Category Archives: edukacja

Zespołowa kreatywność

kropki.jpg

Wspominałam już wcześniej o projekcie, nad którym pracujemy obecnie ze studentami. Mowa o Witominie i obszarze objętym programem rewitalizacji, dla którego tworzymy wytyczne dla przekształcenia biegnącej między blokami przestrzeni publicznej. O przebiegu i efektach pracy napiszę, kiedy tylko uda nam się zakończyć prace nad podsumowującym raportem (właśnie robię jego korektę). Sesja już się skończyła, wszyscy mają już wystawione oceny, a prace trwają nadal. Stereotyp, że obecnie studenci marzą tylko o jak najmniejszym wysiłku przy odbębnianiu swoich obowiązków, kolejny raz okazał się wyssany z palca.

To trzeci taki semestralny projekt w naszej wspólnej (mojego osobistego urbanisty i mojej) dydaktycznej karierze i odnoszę wrażenie, że co roku kurs wychodzi coraz lepiej. Informacja zwrotna jest kluczowa i za każdym razem pytamy studentów – czy to w anonimowych formularzach, czy przy piwie – co ich zdaniem  można by przeprowadzić inaczej. Za każdym razem wprowadzamy sugerowane przez poprzednie grupy zmiany i chociaż nie zawsze jest to proste, staramy się pracować i nad samymi kursami, i nad naszym podejściem. Tym razem było wyjątkowo trudno – grupa liczyła aż 45 osób. Nigdy nie pracowaliśmy z tak dużym zespołem i przyznajemy, że to zdecydowanie za dużo jak na dwoje wykładowców, co zresztą wskazało wielu studentów. Przy tej liczbie nie ma szans na indywidualny i satysfakcjonujący kontakt z każdym. Ponieważ pracowaliśmy nad jednym projektem, zadanie polegało przede wszystkim na skoordynowaniu i zaplanowaniu w 15 tygodni dużego, sprawnie działającego biura. Dlatego trzeba wykorzystać jak najlepiej potencjał wszystkich uczestników, usprawnić komunikację i  rozdzielanie obowiązków oraz – szczególnie ważne – zaufać uczestnikom projektu. O tym wszystkim napiszę jeszcze bardziej szczegółowo, wychwalając pod niebiosa absolutnie niesamowitą grupę, która pobiła wszelkie rekordy samoorganizacji i odpowiedzialności. To była taka przyjemność, z tak energetyzującą atmosferą podczas piątkowych zajęć, że zawsze po ich zakończeniu  poziom adrenaliny wracał mi do normy dopiero następnego dnia. W środę 5 lipca podczas Gdynia Design Days opowiemy o tym, jak ten proces wyglądał „od kuchni” i jakie zastosowaliśmy metody nowoczesnego zarządzania zespołem. Zapraszamy!

PS Komentarze odnośnie naszej pracy okazały się w tym roku wyjątkowo rozbudowane i wartościowe. Oczywiście nie wszystkie miały pozytywny wydźwięk – oberwało nam się (i słusznie!), za to, że za dużo gadamy i że elastyczna formuła nie wszystkim odpowiada. Wśród pozytywnych opinii najbardziej rozczuliła nas ta: Nie zamieńcie się w „normalnych” profesorów.

 

 

Ruinizm depresjonistyczny

ruiny

To było w wakacje, na samym początku studiów, gdy ekipa z roku zorganizowała plener malarski w Kwidzynie. Zakwaterowano nas w bursie szkoły muzycznej, gdzie wyeksploatowane pianina już w pierwszych dniach naszego pobytu rozstroiły się na amen. Dostaliśmy po palecie, worku farb i pędzli oraz tektury i ruszyliśmy w miasto w poszukiwaniu malowniczych miejsc. Nie wiem, czy zadziałały rzewne kawałki Radiohead, męczone na tych wymęczonych pianinach, czy używałam za dużo błękitu paryskiego, czy to może moja słabość do malowniczych, podniszczonych miejsc, ale moje prace ochrzciliśmy mianem „ruinizmu depresjonistycznego”.

Teraz o studenckim „ruinizmie” przypomniała mi galeria Raster, przysyłając album „Ruiny Warszawy”, opracowany przez Łukasza Gorczycę i Michała Kaczyńskiego. Od razu przyznaję się bez bicia: nie spodziewałam się po tej książce wiele więcej, niż zbioru smutno-sentymentalnych fotografii powojennej stolicy. Nawet nie spieszyłam się za bardzo na pocztę, żeby odebrać przesyłkę. Myślałam, że nie zobaczę w niej nic nowego, ale znów obrazy zapamiętane z lektur szkolnych, „Czterech pancernych” i „Pianisty”, z Muzeum Powstania Warszawskiego i z Muzeum II Wojny Światowej. Są tak zakodowane w pamięci, że trudno je odczuwać inaczej niż sentymentalnie – jako zakończenie, ale i jako rozpoczęcie nowej historii. Warszawa jest dla mnie nieco odległa, ale ruiny Gdańska pamiętam doskonale z opowieści dziadka, który przeniósł się tutaj tuż po wojnie. Wspominał, że Długa, ta sama Długa, którą zajmowałam się rok temu ze studentami, patrząc na jej odbudowane pierzeje jak na Disneyland, była kiedyś kupą gruzu z biegnącą środkiem wąską ścieżką. Ale to w tym pełnym ruin mieście poznał moją babcię i tam urodziła się moja mama. Z kolei moje wspomnienia to Wyspa Spichrzów, na której nie tyle straszyły, co malowniczo „ruinistycznie” przypominały o przeszłości pozostałości ceglanych spichlerzy. Kiedy patrzę na beton wylewany brutalnie w ich sąsiedztwie, zaczynam się zastanawiać, czy to przypadkiem również nie jest barbarzyństwo, chociaż cieszę się, że ta część miasta w końcu ożyje. Deweloperskie inwestycje zabierają mi jednak obraz dzieciństwa i młodości.

cover

Płócienna oprawa albumu mieści zdecydowanie więcej, niż wspomniane obrazy. Kiedy w końcu usiadłam na spokojnie do oglądania i czytania, nie mogłam przerwać. Książka obejmuje nie tylko wojenne zniszczenia, ale całe ostatnie stulecie – od zdjęć wysadzonego w 1915 roku Mostu Poniatowskiego po współczesne wyburzenia pod nowe inwestycje. Ogląda się go jak doskonałą wystawę opatrzoną świetnym wstępem, przedstawiającą warszawskie ruiny sfotografowane przez różnych autorów. Zamiast typowego dla podobnych publikacji zbioru anonimowych zdjęć są tam zamieszczone i uzupełnione tekstami serie. Wśród nich m.in. „Ślady” Mariusza Hermanowicza – chłodny zapis na kliszy powojennych blizn warszawskich murów czy dzieci sfotografowane przez Davida Seymoura. Jedna z najbardziej zaskakujących serii to fotokolaże Romana Cieślewicza, Teresy Kuczyńskiej i Bohdana Łopieńskiego z miesięcznika „Ty i Ja” z 1962, zrealizowana z okazji obchodzonego we wrześniu miesiąca odbudowy Warszawy.  Na czarno-białym tle ruin wyginają się wycięte z francuskich magazynów modelki w pokolorowanych kostiumach i kombinezonach. Łukasz Gorczyca tak komentuje te kolaże :

Wyreżyserowane na łamach „Ty i Ja” spotkanie dwóch światów jest tym bardziej paradoksalne, że konfrontuje ze sobą widmowe rzeczywistości: odchodzące w przeszłość widoki ostatnich warszawskich, powojennych ruin oraz nabierający po wojnie ropzędu globalny przemysł fotografii modowej. Z tego połączenia wynikł wyjątkowy dokument jakże trafnie opisujący warszawski krajobraz przełomu lat 50, i 60,: biedę i surowość, ale też kosmopolityczne aspiracje pwoojennej odbudowy, zapisaną w ruinach wojenną traumę i nie wolne od desperacji próby jej odczarowania za pomoca witalnej figury młodej, modnej dziewczyny-kociaka […] 

Część poświęcona mniej odległym czasom, tym po ’89, jest nie mniej ciekawa. Fotografie Marty Leśniakowskiej z wyburzania Supersamu mają podobny wydźwięk jak zdjęcia Michała Szlagi, dokumentujące znikanie materialnych pozostałości Stoczni Gdańskiej. Z kolei seria Franciszka Buchnera przedstawia współczesne budynki wyburzane pod nowe deweloperskie inwestycje – kolejne kapitalistyczne symbole w stolicy. Większość z ich to niezbyt cenne obiekty, po których nikt nie będzie raczej płakał, ale wśród zdjęć znalazła się m.in. rozbiórka Emilii. Cieszę się z umieszczenia w albumie obrazów znikania cennego powojennego modernizmu – zapis obrazów przeszłości sprawia, że zaczyna się odczuwać te straty jako coś nieuniknionego, należącego już do historii. Ich oglądanie odbieram jak przeglądanie konserwatorskiej dokumentacji niestniejących już obiektów. Były – nie ma – trudno. Idziemy dalej.

Przymierzaliśmy się kiedyś z moim ulubionym historykiem sztuki do tematu ruin – chodziła nam po głowie wystawa albo tekst, bo pomyśleliśmy, że zestawienie punktu widzenia człowieka od sztuki i od architektury przyniesie ciekawe wnioski. Nie będziemy jednak się tym już zajmować – Raster zrobił to aż za dobrze. A tekstów Łukasza Gorczycy zdecydowanie chcę poczytać więcej.

Album można przejrzeć na stronie galerii: http://rastergallery.com/galeria/materialy-prasowe/ruiny-warszawy-materialy-prasowe/?kontekst=prasowe, a kupić w intermetowej księgarni Bęc Zmiany: http://sklep.beczmiana.pl/2-glowna/797-ruiny-warszawy-lukasz-gorczyca-michal-kaczynski.html

[Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz]

 

Głupia winda

wind

Piątek, 8:30 rano, Politechnika, trzy panie doktor z Wydziału Architektury próbują wsiąść do windy, żeby bez zadyszki zdążyć na zajęcia. Mamy bardzo wysokie kondygnacje w Gmachu Głównym, więc przy braku superkondycji bez zadyszki się nie da. Z kolei windy mamy nieprzewidywalne, najwolniejsze pod słońcem i generalnie nie za mądre. Stanowią świetny temat dla porannego small talka (ile można komentować pogodę). Nasz dialog wyglądał mniej więcej tak:

Pani dr K: Ojoj, znów się nie zatrzymała.

Pani dr B: Ależ głupie te windy.

Pani dr A (ja): Ups, ale to kiepsko brzmi.

B: Co kiepsko brzmi?

A: „Głupia winda” kiepsko brzmi. Jak „głupia baba” albo „głupia krowa”. Zawsze rodzaj żeński jest głupi.

B: Ooo, ale feministycznie od samego rana! (uśmiech)

A: No pewnie. Dlatego proponuję nazywać ją jednak po męsku. Np. „głupi wind”. Albo „głupi lift”.

K: Hm, ja tam nie chcę pań architekt poprawiać, ale fachowo „winda” to nie „winda”, ale… „dźwig”.

A i B jednocześnie: „Głupi dźwig”? Idealnie!!!

KURTYNA.

 

Parki i ogrody terapeutyczne

terap

Dostałam niedawno z PWN „Parki i ogrody terapeutyczne” autorstwa Moniki Trojanowskiej. Początkowo wahałam się, czy zająć się tym tematem, bo nie jestem przecież architektem krajobrazu, ale parki, drzewa i trawniki ostatnio mnie prześladują. Projektowo dosłownie utknęłam w „powierzchniach biologicznie czynnych”. Na tzw. desce mam teraz woonerf na Abrahama w Gdyni, gdzie pojawi się w końcu więcej zieleni. Książka traktuje również o sensorycznym odbieraniu zieleni, które ma wiele wspólnego berlińskim Ogrodem Botanicznym. Z Heneghan Peng właśnie projektujemy tam pawilon wejściowy i bistro, a w Tast- und Duftgarten, czyli ogrodzie dotyku i zapachu… toalety. Ze studentami zajmujemy się przestrzeniami publicznymi na Witominie – jednej z najbardzej zielonych dzielnic Gdyni, położonej w lesie. Z kolei z uwagi na ciągły nadmiar pracy eksploatuję ostatnio intensywnie okoliczną zieleń w celach terapeutycznych i antystresowych. Nie tyle na łonie przyrody, bo trudno tam gapić się w monitor komputera, co patrząc przez okno i wdychając zapach kwitnących pod moją kamienicą bzów.

Ale miało być o książce, a nie o moich parkowych doświadczeniach. Nie traktowałabym tej książki jako opracowania naukowego, lecz bardziej jako podręcznik i katalog dobrych parkowych praktyk, zilustrowany wieloma przykładami, głównie polskimi i francuskimi. Autorka przedstawia zestawienie cech, nazwanych przez nią atrybutami, które decydują o tym, czy park faktycznie ma działanie terapeutyczne. Bo choć w sumie relaksujący i uspokajający wpływ zieleni wydaje się oczywisty, nie każdy projekt w pełni wykorzystuje jej terapeutyczny potencjał. Cechy zostały usystematyzowane we „wzorcu zestawienia atrybutów parku o właściwościach terapeutycznych” – narzędzia, które podczas projektowania parku warto mieć pod ręką przez cały czas. Od pierwszych idei, które powinny uwzględniać wspomniane atrybuty, po ostateczne sprawdzenie, czy zostały one faktycznie uwzględnione. Wzorca można także  użyć do ewaluacji już w trakcie użytkowania i w książce znajduje się jeden taki przykład. Brakuje mi jednak rozróżnienia na zielone przestrzenie o różnej skali. W silnie zurbanizowanej przestrzeni park kieszonkowy może mieć większe znaczenie terapeutyczne dla spragnionych zieleni mieszkańców niż duży, wielofunkcyjny park wśród zabudowy o niskiej intensywności. Żałuję również, że nie zamieszczono więcej informacji o wyspecjalizowanych ogrodach terapeutycznych, ukierunkowanych na konkretne schorzenia. Przedstawione studia przypadku dają co prawda pojęcie o sposobach wykorzystywania zieleni jako elementu terapii i leczenia, jednak w podziale na kategorie schorzeń, np. wsparcie terapii demencji i Alzheimera, poparzeń czy depresji, pojawiają się tylko odnośniki do zlokalizowanych na całym świecie ogrodów.

Polecam tę książkę przede wszystkim każdemu, kto za temat parków dopiero się zabiera. Żałuję, że nie miałam dostępu do podobnej publikacji, kiedy przymierzałam się do parkowych tematów podczas konkursów. Innowacyjna, oryginalna koncepcja funkcjonalna lub przestrzenna pozwala świetnie „sprzedać” projekt, ale parki rządzą się własnymi prawami i warto te prawa – czy też może atrybuty – poznać i zrozumieć, żeby intuicyjnie stosować je w projektowaniu.

„Parki i ogrody terapeutyczne” można kupić  m.in. w księgarni internetowej PWN, również jako ebook.

[Fot. Paweł Unger]

ArchiteK(t)URA

sebr01

To nie żart. Zgodnie z zapowiedzią spędziłam sobotę na wystawie… kur ozdobnych. Gdyby ktoś zastanawiał się, co kury mają wspólnego z architekturą, zapewniam, że sporo i przypuszczam, że każdy projektant byłby w stanie znaleźć dla siebie kurzą inspirację. Co za bogactwo form, barw, proporcji i wzorów! Także dźwięków, bo zaprezentowane rasy kur (albo raczej kogutów) śpiewających wydobywały z gardeł operowe tony. Patronat nad wystawą objęła m.in. Ambasada Japonii i sporą część klatek zajmowały kury z Dalekiego Wschodu. Japończycy są wielkimi fanami tych ptaków i każda z sześciu faz piania ma specjalną nazwę. Cóż, i architektura, i muzyka opierają się na harmonii.

silka

Silka, ale jedwabista, a nie silikatowa

twarz

Kurza twarz!

Zaprezentowano m.in. czubatki, które pierzastą kulą na głowie przypominają Wielkiego Ptaka z ulicy Sezamkowej. Pojawiły się też kury o tak zdeformowanych grzebieniach, że wyglądają, jakby miały na wierzchu czerwony mózg. Były również ptaki w kształcie idealnej, puszystej kuli, z „hatchbackiem” zamiast typowego ogonowego „sedana”.

mozg

Kurzy móżdżek;)

panterka

Kura w panterkę

Całe to gdakająco-piejące towarzystwo robiło piorunujące wrażenie, ale architektom z reguły najbardziej wpadają w oko czarno-białe, graficzne kompozycje. Miałam nadzieję, że po raz pierwszy zobaczę na żywo sebrytki. Ta rasa występuje w kilku wersjach kolorystycznych, ale zawsze najbardziej podobały mi się białe z czarnymi obwódkami piór. Niestety, sebrytek nie było, ale widziałam kurę i koguta o bardzo podobnym upierzeniu, ale zupełnie innych proporcjach.

czubatka

Czarna kura z białym afro

samograj

Czarny, biały i czerwone akcenty – niby banał kolorystyczny, ale jaki efektowny

sebr02

Prawie jak sebrytki

Największym odkryciem okazała się rasa Ayam Cemani. To najbardziej architektoniczna z kur, w jedynym słusznym kolorze – dzięki nietypowej pigmentacji jest całkowicie czarna. Nie dość, że ma czarne pierze, łapy, dziób i grzebień, ale także mięso. Patrzy się na nią jak przez photoshopowy filtr. Poza tym ma przepiękny, smukły kształt – spójrzcie tylko na rzut, przepraszam, zdjęcie z góry. Z uwagi na cenę podobno nazywa się ją „lamborghini kurników”, chociaż kolor sugerowałby raczej forda T.

Kura w sam raz dla architekta, prawda?

trojkatbw02bw01

[Fot. Monika Arczyńska]

Geologiczno-sejsmiczno-urbanistycznie

img_1841

To już pewnie pozostanie tradycją bloga, że wakacyjne opowieści powracają jeszcze przez kilka tygodni lub miesięcy po moim powrocie. Wracam z setkami zdjęć i wrażeń, a potem nagle okazuje się, że nie wystarcza czasu na opisanie wszystkiego. W archiwum niedokończonych postów mam teksty nawet sprzed dwóch lat – nie usuwam ich z nadzieją, że kiedyś do nich wrócę. Na przykład z postem o Muzeum Guggenheima w Bilbao wyskoczę pewnie przy okazji urodzin Gehry’ego albo serii o najgorszych budynkach świata, ale póki co czeka sobie grzecznie na moment, kiedy będę w wyjątkowo złośliwym nastroju.

Na razie nie zapowiadają się żadne dalekie wyjazdy, a ponieważ majówkę spędzę pracowicie w Gdańsku, wspominam więc ostatnią dłuższą podróż, z przełomu roku. Oprócz Bari spędziliśmy nieco czasu w Lecce i to była zdecydowanie największa niespodzianka wyjazdu. Nie miałam pojęcia, że jest tam aż tak pięknie – całe barokowe miasto zbudowane jest z kamienia, a kościoły to już absolutne mistrzostwo świata. Jakby tego wszystkiego było mało, na głównym placu znajduje się kawał rzymskiego amfiteatru, a na pozostałości z tego okresu można natknąć się w dość niespodziewanych miejscach – np. w najbardziej zasikanych zaułkach. Ponieważ układ ulic jest nieregularny, a ich nawierzchnia wyłożona jest kamieniem bez rozróżnienia na chodniki i jezdnie, kwartały zabudowy o wielokątnych rzutach sprawiają wrażenie bloków skalnych, które wypiętrzyły się  w wyniku jakiegoś dziwnego geologicznego procesu. Dziwnego, bo na tę samą wysokość, w tym samym czasie, z podobnymi barokowymi detalami. Może na Półwyspie Apenińskim po prostu już tak jest geologiczno-sejsmiczno-urbanistycznie: albo wybucha tam jakiś Wezuwiusz pogrążając całe miasto pod wulkanicznym popiołem, albo wypiętrzają się barokowe kwartały.

Samo centrum sprawia dość turystyczne wrażenie pomimo niewielkiej liczby przyjezdnych zimą. Kościoły otwierają się w mało intuicyjnych godzinach, więc kończy się na spacerowaniu, przystawaniu, spacerowaniu, przystawaniu… Na szczęście miasto obfituje w bary, więc można równie często przystawać na espresso lub avernę, aby dojść do siebie po kolejnej zbyt dużej dawce piękna.

img_1869

Basilica di Santa Croce – to jedno z tych miejsc, w których nasz najostrzejszy wykładowca historii architektury szepnąłby: „Ekstaza, ekstaza…”
img_1958
Piazza Sant’Oronzo…
img_1964

…a na nim rzymski amfiteatr. Z litości nie pokazuję zaaranżowanej na dole szopki bożonarodzeniowej, bo takiego kiczu nie spotyka się na co dzień:)

Lecce jest dość małe, więc po powrocie do Bari czułam się potwornie niewyspacerowana i zmusiłam mojego osobistego urbanistę do pokonania sporej trasy wzdłuż wybrzeża. Ku jego rozpaczy okazało się, że tam z kolei wypiętrzyły się nie barokowe kwartały, ale paskudne przemysłowe budynki i zamiast iść plażą, spacerowaliśmy głównie po asfalcie. Industrialne cierpienia wynagrodziły nam jednak sympatyczne nadmorskie miasteczka: Monopoli i Polignano da Mare. Zwłaszcza Polignano wpadło nam w oko – co prawda nie udało nam się zajrzeć do restauracji w grocie z widokiem na morze, która stanowi tam największą atrakcję turystyczną (rozbudowa), za to na szczęście jedna z niewielu otwartych knajp okazała się barem z rybami i owocami morza. Wcinając tatar z tuńczyka zastanawialiśmy się, czy przypadkiem nie bawimy się równie dobrze, jak Amerykanie i Japończycy, którzy z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem rezerwują piekielnie drogie kolacje we wspomnianej grocie. Na pewno było mniej romantycznie, ale powiedzmy sobie szczerze: trasa przez nadmorskie obszary przemysłowe to też nie jest najbardziej nastrojowy spacer.

img_2142

Port rybacki w Monopoli

img_2171

Ulica w Polignano da Mare – cała nadmorska część miasteczka to podobne, niewielkie kwartały w ortogonalnym układzie

Dość już tych wspomnień, bo na myśl o długim weekendzie przed komputerem zaczyna mi się robić niedobrze. Życzę Wam nadzwyczajnie udanej majówki (i niech w końcu zacznie się wiosna z prawdziwego zdarzenia!)

[fot. Monika Arczyńska]

Co w Łodzi wychodzi

WP_20170408_11_33_22_Pro

Po wielkanocnej komputerowo-internetowej abstynencji zabrałam się w końcu za nadrabianie blogowych zaległości. Ta abstynencja ciągnie się kolejny weekend pod rząd – ostatnio co tydzień gdzieś wyjeżdżamy. Poprzednią sobotę i niedzielę spędziliśmy w ulubionej Łodzi na urodzinowej imprezie-niespodziance i spacerowaniu po mieście z częstymi przerywnikami na – jak to w Łodzi – „procentowe” postoje.

To już nie jest to samo miasto, co kiedyś. To nawet nie jest to samo miasto, co rok czy pół roku temu. Takiego tempa zmian na plus nie widziałam jeszcze nigdzie i wychodzi to Łodzi nadzwyczajnie. Po naprawdę kiepskim momencie miasto energicznie odbiło się od dna. Najpierw zrobiło się nieco berlińsko, czyli biednie, ale sexy, a teraz nareszcie są pieniądze, żeby działać porządnie. Nie ma nic gorszego niż naprawianie miasta poprzez prowizorki albo na zasadzie, że lepiej zrobić coś tanio, ale kiepsko, niż wcale.

Już trasa z Kaliskiej do centrum jest pozytywnym zaskoczeniem. Na Starym Polesiu co kawałek pojawia się na zadbany, obsadzony zielenią skwer (projekt „Zielone Polesie”), a w kilku miejscach albo już stoi nowa zabudowa, albo właśnie trwa realizacja nowych biurowców i mieszkań. Działalność deweloperska w łódzkim śródmieściu to nowość – dotychczas oferta mieszkaniowa istniała wyłącznie dla miłośników historycznych kamienic lub peerelowskich bloków. Jedne i drugie poddawane są zresztą teraz remontom. W końcu i w Łodzi na wiosnę pojawiły się rusztowania, chociaż do niedawna można je było zobaczyć głównie na elewacjach miejskich budynków, opatrzone znakiem akcji MIA100 Kamienic.

WP_20170408_13_05_54_Pro

Nawet Kościuszko z Placu Wolności doczekał się remontu

Centrum dogęszczane jest nie tylko nową zabudową mieszkaniową, ale i usługami. Pamiętam, jak podczas wcześniejszych wizyt zaskoczyło mnie, że w przeciwieństwie do większości polskich miast, gdzie spożywcze dyskonty znajdują się niemal na każdym rogu, w Łodzi mieszkańcy śródmieścia skazani są na żabki, a warzywniaków jest jak na lekarstwo. Tak, wiem, biedronki i lidle zabijają brutalnie drobny lokalny handel, ale po pierwsze ceny w osiedlowych sklepikach przekraczają możliwości finansowe emerytów, których w centrum mieszka mnóstwo, a innych mieszkańców zmusza do korzystania z samochodów. Dlatego ucieszył mnie m.in. nowy śródmiejski lidl, do którego można podskoczyć z wózeczkiem na zakupy.

Kolejny woonerf – łódzka specjalność – właśnie się buduje. Tym razem na ul. Zacisze. To pierwszy „prawdziwy” woonerf, czyli dla mieszkańców, zgodnie z pierwotną ideą tego holenderskiego wynalazku. Ten typ zagospodarowania ulicy kojarzy się u nas nieco inaczej, bo ze śródmiejską przestrzenią publiczną z knajpami i stolikami lokali gastronomicznych. Na Zaciszu będą miejsca postojowe, ławki, zachowane drzewa i zieleńce.

^B371BD72506B017EAE886FAE927E201D75CD2A0D1FBAE77F8C^pimgpsh_fullsize_distr

Woonerf na ul. Zacisze

Pierwszy raz miałam też okazję zobaczyć Łódź Fabryczną i to jedyne miejsce, w którym co chwilę wybuchałam złośliwym chichotem. Rozumiem, że dopiero po zbudowaniu tunelu i rozpoczęciu przyjmowania wszystkich przejeżdżających przez Łódź pociągów ta inwestycja zacznie mieć sens, ale skala założenia jest tak przegięta, że nawet gdyby miasto miało stać się globalną metropolią, na dworcu i tak będą pustki, bo tych ogromnych kubatur nie da się chyba zapełnić ludźmi. Chyba, że zaczną pełnić inne, dodatkowe funkcje – wyobrażam go sobie jako olbrzymią halę targową albo… oceanarium. Obiekt przypomina ogromną płaszczkę, więc mógłby stanowić wyjątkowo megalomański przykład architektury parlante. Na razie to przestrzeń, którą trzeba non stop obsługiwać za spore pieniądze – sprzątać, ogrzewać, wentylować.

SPRZATANIE

Ale największe zaskoczenie (i załamanie) to tylne wyjście, zawalone estakadami, betonem, asfaltem i samochodami. Co gorsza, ciężko się stamtąd wydostać inaczej niż taksówką. Próbowaliśmy intuicyjnie szukać drogi dla pieszych, ale albo wychodziliśmy w ślepe narożniki, albo… kończył się chodnik. W końcu znaleźliśmy wąski tunelik, który wyprowadził nas z tego infrastrukturalnego szaleństwa.

^6DD13822EEC73A2DBE2435C043C861922CAE25618B63840DA6^pimgpsh_fullsize_distr

Tak na lewo od wyjścia…

WP_20170408_12_03_00_Pro

…tak na prawo.

WP_20170408_12_05_03_Pro

Potem kończy się chodnik…

 

WP_20170408_12_06_40_Pro

..a wyjść można tylko ukrytym, wąskim i wilgotnym tunelikiem…

smiechnasalibw

…na którego widok nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać.

Aby odetchnąć, popędziliśmy od razu w kierunku pobliskiej ul. Tramwajowej, aby sprawdzić, czy nadal można tam zobaczyć kury (słyszeliśmy od znajomych). Ba, nie dość, że trzy kury, to jeszcze koguta. Całe to drobiowe towarzystwo pasło się luzem między samochodami i wyglądało na zadowolone.

WP_20170408_12_13_56_Pro

Na szczęście słynne kury z Tramwajowej wynagradzają tę infrastrukturalną traumę.

My też wyglądaliśmy na zadowolonych i to przez cały weekend. Pewne sprawy w Łodzi są na szczęście niezmienne – wspaniali łodzianie i intensywne życie nocne. Dla jednego i drugiego warto tam wpadać jak najczęściej i nie mogę się doczekać, aż będzie można dojechać pociągiem do Fabrycznej. Trzeba w końcu zapełnić tę pustkę!

[Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz]

 

Jan „naprawię każde miasto” Gehl

WP_20170315_15_50_54_Pro.jpg

Wróciłam właśnie ze spotkania z Gehlem. Wahałam się – wybierać się, nie wybierać – ale pogoda zachęciła mnie do wyjścia z domu. W takim mieście, jak Gdańsk, gdzie architektonicznie i urbanistycznie dzieje się niewiele, a gwiazdy tych dziedzin omijają Trójmiasto, jakby szalała tu epidemia dżumy, to nie lada wydarzenie. Można spotkać przyjaciół, znajomych, byłych studentów, obecnych studentów i przyszłych studentów, wykładowców, urzędników i aktywistów od przestrzeni. Bardzo przypominało to spotkanie towarzyskie, tym bardziej, że wynudziłam się okropnie i nie mogłam doczekać końca. Było jak to zwykle u Gehla – wszyscy zadają pytania o lokalne sprawy, spodziewając sie konkretnych rozwiązań, a przecież po dwóch spacerach po mieście nawet najbardziej wizjonerski urbanista świata nie dałby sobie rady  z takim zadaniem.

Chociaż bardzo lubię książki Gehla i często odsyłam do nich studentów, nie jestem przekonana do jego obecnych koncepcji. Jak magik wyciaga z kapelusza swoje złote zasady – podejrzewam, że od początku swojej kariery, czyli od ładnych kilkudziesięciu lat, zbiera różne „pomysły na miasto”. Tu trochę z własnego doświadczenia, tam trochę z Jane Jacobs albo Christophera Alexandra. Nie muszą być odkrywcze, ale powinny być w miarę możliwości uniwersalne. Kiedyś pewnie zbierałje w notesie, teraz pewnie istnieją już w formie aplikacji. Wpisuje się dane wejściowe – wielkość miasta, główne problemy, system polityczny, liczbę samochodów na 1000 mieszkańców czy procent terenów zielonych, wklepuje pożądaną liczbę pomysłów oraz poziom ich uszczegółowienia, klika enter i voila! „Dwanaście zasad Jana Gehla” albo „Profesora Gehla pomysły na uzdrowienie miasta X” gotowe, można wystawiać fakturę. Ale żeby była odpowiednio wysoka, trzeba mieć wyrobioną silną markę, a J.G. pracuje nad nią od lat. Nie każda książka staje się kultowa, nie każdy urbanista jest zapraszany do współpracy na całym świecie, nie każdy pojawia się w weneckim pawilonie Danii sfilmowany jak kapłan i prorok w jednym.

Pamiętam jeszcze z Dublina jego koncepcje dla poprawy przestrzeni publicznych w jednej z części miasta. Myślę, że bardziej złożone projekty potrafią przygotować studenci. Tymi mniejszymi zleceniami Gehl się rzadko chwali – pokazowe projekty to Nowy Jork, San Francisco czy Moskwa. Gehl nie jest tani – przypuszczam, że polskie samorządy, które zaprosily go do siebie z nadzieją współpracy, zrezygnowało z niej po otrzymaniu oferty z wyceną. A może nie tylko oferty, ale i samego zakresu opracowania – sporo się u nas zmieniło i duńskie patenty są już tu stosowane. Na dzisiejszym spotkaniu siedziałam przed ekipą z Biura Rozwoju Gdańska i co chwilę słyszałam szepty „No, to właśnie tak jak u nas!”. Ja też zachichotałam pod nosem słysząc o koncepcji sadzenia drzew przez mieszkańców Kopenhagi, przy współpracy z miastem. Sama „posadziłam” w tym tygodniu kilka drzew w Gdańsku i czekam właśnie na akceptację. I to jest chyba najbardziej optymistyczny akcent dzisiejszego spotkania – już umiemy sami rozwiązywać miejskie problemy. Tylko czasem przydałoby się trochę wizjonerstwa.

[fot. Monika Arczyńska]

Słaba, mała i niemądra?

8marca01

Jako słaba, mała (phi, tylko 182cm!) i zdecydowanie niemądra kobieta nie umiem ustalić, czy dziś należy ubrać się na czerwono, czy na czarno. Bo w Ameryce niby na czerwono, a u nas na czarno. Wolałabym na czerwono, bo kilka dni temu zepsułam zamek w czarnym płaszczu. Naprawienie zamka to zadanie godne wygrania partyjki szachów z Garrim Kasparowem… A parasolkę mam zieloną. No to co ja mam w końcu zrobić? Ach, my, kobiety, mamy takie skomplikowane problemy!

Dobra, koniec tych żartów. Bez względu na kolor płaszcza dołączę dziś do protestu, ale dopiero po południu. Nie opuszczę pracy dla Heneghan Peng, bo to właśnie tam zobaczyłam, jak powinny być traktowane kobiety, także te bardzo młode, jeśli wykonują tradycyjnie męski zawód. Nawet na samym początku, gdy miałam jeszcze niewiele doświadczenia, a niektórzy branżyści mogliby równie dobrze używać swahili, tak egzotyczne były ich akcenty, zawsze czułam wsparcie i szacunek zespołu. Rzucenie na głęboką wodę pozwala błyskawicznie się uczyć, więc jeśli dziewczynom na starcie daje się do roboty kreślenie i parzenie kawy, nic dziwnego, że to chłopacy są szybciej gotowi do prowadzenia projektów. Dlatego na wydziale traktuję równo studentki i studentów, a określenie „zdolny, ale leniwy”, które stosuje się głównie wobec facetów, wyrzucam do kosza. Uśmiechających się z pobłażaniem podtatusiałych panów, którzy próbują zwracać się do mnie jak do niedoświadczonej dziewczynki, traktuję z kłującą jak szpilka złośliwością. Szkoda tylko, że muszę jeszcze się tu wspierać arsenałem środków, których w Dublinie czy Londynie nie musiałam stosować – obcasami, korpomundurkami i poważną miną. A przecież w sukience w kwiaty mam dokładnie to samo do powiedzenia.

Do zobaczenia, a z okazji Dnia Kobiet przede wszystkim dużo odwagi!

[fot. Łukasz Pancewicz]

Nowy semestr

portland

Dziś zaczął się nowy semestr na Politechnice. Jestem tam obecnie na etacie, więc mam więcej godzin dydaktycznych. Jeszcze nie wiem, jak się z tym wszystkim wyrobię czasowo, ale czuję, że ostatniego dnia upiję się z radości. Bo uczenie jest dla mnie najbardziej satysfakcjonującym zajęciem, ale i najbardziej wyczerpującym. Godzina nad własnym projektem wymaga poświęcenia zdecydowanie mniejszej dawki energii niż doradzanie przy studenckich pracach. Na szczęście przekleństwo „obyś cudze dzieci uczył” studentów nie dotyczy, bo to już nie dzieci, ale zdolni i pracowici młodzi dorośli.

Z moim osobistym urbanistą będziemy prowadzić dwa przedmioty, w tym jeden, na którym kolejny raz przetestujemy naszą eksperymentalną metodę, czyli zorganizowanie studia projektowego jak prawdziwej pracy w biurze, z zewnętrznymi konsultantami. Stosowaliśmy ją wcześniej w projekcie rewitalizacji Starego Polesia w Łodzi i opracowaniu wytycznych dla modernizacji Długiej i Długiego Targu w Gdańsku. Zapraszamy dziś o 19:00 do FRAG na Ogarnej, gdzie będziemy opowiadać o tych projektach. Tym razem zabieramy się za Witomino – gdyńskie blokowisko położone w środku lasu. We współpracy z Laboratorium Innowacji Społecznych cały zespół będzie pracować nad projektem poprawy jakości przestrzeni publicznych w tej dzielnicy.  Zapowiada się większa grupa niż dotychczas, będą też studenci z bardziej egzotycznych krajów niż w ubiegłych latach, m.in. z Chin, RPA i Egiptu. Będzie mnóstwo pracy, ale mam nadzieję, że zespół zgra się tak dobrze, jak poprzednie i znów nas zaskoczy. Wszystko zależy od studentów – ich zaangażowanie i talenty są warunkiem sukcesu.

PS Ilustracja do dzisiejszego posta nie ma być żadną sugestią, że nowy semestr zapowiada się przeraźliwie – to po prostu pączek. Pamiętacie, że dziś Tłusty Czwartek?

[Fot. Monika Arczyńska – najlepsze pączki w Portland]

Połączenia męsko-damskie

bolt-with-nut

Ponieważ nie jestem już zakochana w Alejandro Aravenie, w tym roku walentynkowy wpis będzie bardzo techniczny.

Nie mam zielonego pojęcia, czy istnieje polskie tłumaczenie tego określenia, ale w technicznym angielskim funkcjonuje male-female connector, czyli dosłownie połączenie męsko-damskie. Dosłowne jest nie tylko tłumaczenie, ale również zasada działania tych połączeń. Chodzi o dwa elementy, z których jedno posiada dziurkę, a drugie wypustkę. Jeden wkłada się w drugi i chyba nie muszę tłumaczyć, który jest męski, a który damski. Nawet pozornie niewinne klocki LEGO mają męską górę i damski spód.

Za każdym razem, kiedy słyszę to określenie, lekko się rumienię lub muszę powstrzymywać chichot. Wyobraźnia działa i już, nic na to nie poradzę. Gdybyście również mieli ochotę się porumienić, Wikipedia obszernie przedstawia ten męsko-damski świat. Ostrzegam tylko, że ilustracje są bardzo nieprzyzwoite!

[fot. Pavel KrokOwn work, A fastening bolt with nut, wikipedia]

Grafton Architects czyli klops, wino i poezja

img_1594

Podczas otwarcia ubiegłorocznego weneckiego biennale catering słabo dopisał. To pewnie wpływ kuratora – Alejandro Araveny – narzucił rezygnację z tradycyjnie lejących się hektolitrów prosecco i ton zakąsek. Niby nie po to się przyjeżdża, ale dwa dni bezustannego odwiedzania wystaw i pawilonów jest tak męczące, że trzeba je przerywać podładowaniem baterii kawą (na szczęście dostępną prawie wszędzie), jedzeniem oraz alkoholem i tę potrzebę zwykle idealnie spełniają otwarcia pawilonów. Tym bardziej, że szkoda czasu, żeby zatrzymywać się na dłużej w niemiłosiernie zapełnionych restauracjach. Tym razem – klops. Co ja piszę, żadnych klopsów nawet nie było. Dlatego z wielką ulgą zauważyliśmy, że wystawa krajów afrykańskich wyłamała się i serwowano tam nie tylko całkiem sympatycznie wyglądający finger food, ale i wino! Zachowaliśmy się potwornie stereotypowo – Polacy i alkohol to przecież nierozłączna para – ale na kogo trafiliśmy przy tym cudownym winopoju? Oczywiście na Irlandczyków, którzy zachowali się równie przewidywalnie jak my. Pogadaliśmy chwilę ze znajomymi chłopakami z Grafton Architects, zamieniliśmy parę słów z Yvonne Farrell i ruszyliśmy zwiedzać dalej.

img_1564

Przedwczoraj ogłoszono, że Shelley McNamara i Yvonne Farrell z Grafton Architects będą kuratorkami przyszłorocznego Biennale. Cieszę się ogromnie, bo nie dość, że to absolutnie wspaniałe projektantki, to na dodatek Irlandki, kobiety, no i równe babki, które zamiast prowadzić dyskusje z innymi starchitektami, idą na darmowe wino z własnym zespołem.

img_1584

Zdaję sobie sprawę, że irlandzka architektura jest w Polsce nieco egzotyczna i takie biura jak Grafton, O’Donnell+Tuomey czy nasze niewiele mówią. Za to świat zerka w stronę Dublina ze sporym zainteresowaniem. Z kimś, kto urodził się w surowym irlandzkim krajobrazie, zostają do końca życia szorstkie faktury, deszcz, który zmienia kolor i połysk kamienia, kontrasty między czarnymi skałami a białą morską pianą i najpiękniejsze światło świata. Stąd irlandzka architektura jest dość „rzemieślnicza” – dużo tam drewna, cegły, surowego betonu, kamienia i ręcznie wykonywanych elementów. Jeśli pojawiają się wyrafinowane technicznie elementy, to nigdy wyzywająco high-techowe, ale raczej popychające materiały budowlane do granic ich właściwości – zadziwiająco lekkie przeszklenia albo niestandardowo użyty kamień. I chyba trzeba również urodzić się Irlandką lub  Irlandczykiem, żeby wpleść w projekty trochę poezji. To gra ciepła i chłodu, światła i cienia, dźwięku i ciszy – tak jest także w projektach Grafton. Solstice Arts Centre w Navan, gdzie niezwiązana z architekturą znajoma pytała, czy „te betonowe ściany będa kiedyś pomalowane”? Za każdym razem odwiedzając okolice Merrion Square zachwycałam się kamienną fasadą w Department of Finance, a używając skrótu przez Trinity College w centrum Dublina, wychodziłam ulubioną furtką przy rozbudowie Mechanical & Manufacturing Engineering Department. Jednak to nie irlandzkie realizacje Graftonek, jak je zwykle pieszczotliwie nazywam, zrobiły na mnie największe wrażenie. To budynek Uniwersytetu Bocconi w Mediolanie. Został ukończony w momencie, kiedy dopiero zaczynał się kryzys, więc nie szczędzono na niego euro, ale ogromny budżet został wydany na kawał świetnej architektury. Bocconi został ogłoszony najlepszym budynkiem roku na World Architecture Festival, znalazł się w finale Miesa i zdobył wiele innych nagród. Odwiedziłam go przy okazji wizyty na EXPO w 2015 roku i muszę przyznać, że chociaż podejrzewałam wcześniej ostre fotoszopowanie prasowych zdjęć, budynek jest jeszcze bardziej niesamowity na żywo niż na fotografiach. Akurat był weekend i w dodatku odbywał się tam remont, więc nie wszędzie udało mi się wejść, ale polizanie przez szyby absolutnie przepięknych wnętrz wystarczyło, żeby wpisać ten obiekt na moją prywatną superlistę. Czy muszę dodawać, że równolegle pstrykała zdjęcia cała pielgrzymka architektów?

Wypijmy więc za następne biennale! Najlepiej guinessem, irlandzką whiskey albo.. darmowym winem:)

IMG_1545.jpg

Jak można nie dopuszczać ludzi do TAKIEJ fasady???

img_1617

I jeszcze przykrywać ją rusztowaniami?

img_1558

Na szczęście można było zobaczyć jedno z bezdyskusyjnie najpiękniejszych przeszkleń na świecie

[Fot. Łukasz Pancewicz, Monika Arczyńska – wszystkie zdjęcia z Bocconi]

Żegnaj, 2016

Adria_male.jpg

Żegnaj, 2016,  nie będę za Tobą tęsknić. Wiem, że nie tylko ja z ulgą mówię ci „do widzenia”. Zbyt wiele niedobrych rzeczy wydarzyło się na świecie i ze zbyt dużą niepewnością zaczynamy 2017.

To był dla mnie wyjątkowo trudny rok. Trudniejszy niż kończenie doktoratu równolegle z pracą. Trudniejszy niż przeprowadzki między krajami i trudniejszy nawet niż kolejne lata rozłąki z moim osobistym urbanistą. Zawodowo wszystko wygląda świetnie – wkrótce premiera naszej strony internetowej, mamy więcej zleceń niż jesteśmy w stanie zrealizować bez zarywania nocy i weekendów. Niedługo zostanie wydana nasza pierwsza książka – podręcznik planowania. Studenci znów dali czadu i zrobili świetne – i wykorzystane przez urząd miasta! – opracowanie na temat Długiej i Długiego Targu w Gdańsku. OSSA również wypadła fantastycznie. Za mną kolejne etapy współpracy z powstającym w Gdańsku Muzeum Sztuki Współczesnej oraz z Heneghan Peng. Dublińskie biuro zaliczyło wyjątkowy rok – w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy ukończylismy niemal tyle budynków, ile od momentu powstania pracowni w 2001 roku. To tłumaczy, dlaczego w biurze panuje nieco grobowa atmosfera i nawet świąteczna impreza skończyła się nadzwyczaj wcześnie – wszyscy sa okrutnie zmęczeni. Dla mnie najważniejsze były oczywiście te projekty, przy których pracowałam, czyli akademiki w Maynooth, przebudowa Galerii Narodowej w Dublinie oraz Muzeum Palestyny. Jego otwarcie to zdecydowanie najważniejsze wydarzenie architektoniczne roku, w jakim miałam okazję uczestniczyć, ważniejsze niż weneckie biennale czy triennale w Oslo (moje relacje z obu w bieżącym i kolejnym numerze Architektury-Murator). Dużą część roku zajęła mi praca nad Wielkim Muzeum Egipskim w Kairze oraz Narodowym Centrum Sztuki Współczesnej w Moskwie, ale to tak specyficzne i ogromne przedsięwzięcia, że ich opisywanie byłoby raczej opowieścią o polityce, a nie architekturze. A polityki mam w tym roku zdecydowanie dość. Cieszy mnie więc nowy projekt i sympatyczna zmiana skali – niemieckie Anklam, gdzie we wnętrzach gotyckiego kościoła św. Mikołaja projektujemy muzeum Otto Lilienthala, jednego z pionierów lotnictwa.

Staram się regularnie publikować na blogu, chociaż z uwagi na nadmiar pracy i częstotliwość wyjazdów miałam mniej czasu na komentowanie bieżących wydarzeń. Blog to taki mój ekwiwalent mówienia do ludzi. Bo jeśli podsumowanie poprzedniego roku miało hasło przewodnie „ludzie”, teraz powinnam raczej napisać, że „chcę do ludzi”. Życie towarzyskie, które wcześniej kwitło, nagle zniknęło. Kiedy ktoś kiwa głową ze współczuciem „Oj, musi Ci być ciężko pracować na dwa etaty”, zaczynam się gorzko śmiać, bo chciałabym, żeby to były tylko dwa. Nie co roku trafiam do szpitala i nie co roku do szpitala trafia mój osobisty urbanista. Nie co roku robię ciągnące się miesiącami generalne remonty. Nie co roku brakuje mi czasu i energii, żeby zrobić coś, co nie będzie związane z pracą. I chociaż powinnam być zadowolona, że wyszłam z tego wszystkiego zwycięsko, zmęczenie przesłania satysfakcję.

Dlatego na 2017 rzucam hasło: „równowaga”.

[Fot. Łukasz Pancewicz]

 

PREZENT DLA ARCHITEKTA

Poczta Polska zapowiada, że w najbliższym czasie będą opóźnienia w dostawach przesyłek, więc najwyższa pora, aby zamówić świąteczne prezenty. Z moim osobistym urbanistą tradycyjnie nie kupujemy żadnych upominków, ale fundujemy sobie wyjazd gdzieś, gdzie najnowsza architektura ma co najmniej sto lat. Za to w biurze co roku organizujemy Kris Kindle, czyli wymianę drobnych podarunków podczas świątecznego spotkania. Losujemy obdarowywanego (eh, trudny mi się wybór trafił tym razem:) i ustalamy limit ceny oraz temat przewodni – w tym roku ma to być coś związanego z miejscem, z którego pochodzimy. Trochę to zaprzecza zasadzie anonimowości prezentów, ale w sumie i tak ostatecznie przy kolejnym guinessie tajemnice przestają być tajemnicami.

Co w takim razie kupić architektowi? Ponieważ nie znoszę ajfonów, moleskinów, artpenów i podobnych gadżetów, mam kilka innych propozycji. Tylko trochę przeklinam pod nosem – to taka okazja, żeby wystawić fakturę za reklamę, a do mnie wciąż nikt się nie zgłasza. Kasia Tusk już zdążyła puścić reklamę kosmetyków, sklepu z kawą, książki z przepisami, czapek i piżamo-dresów, a to dopiero początek grudnia…

  1. DVD

Jeśli ktoś jeszcze nie jest fanem duetu Ila Bêka i Louise Lemoine, stanie się nim po obejrzeniu ich filmów. „Koolhaas Houselife”, „Barbicania”, „The Infinite Happiness” i inne – zestaw do kupienia online.

kh.jpg

2. GRA

Zestaw kart do gry z grafikami przedstawiającymi budynki Szczecina. Architekturo w Szczecinie, można je już kupić czy dopiero na kolejne Boże Narodzenie?

karty.JPG

3. BILET NA KONCERT

Bilet na koncert do Filharmonii Szczecińskiej. Albo do NOSPR-u. Albo do Jordanek. Albo do Teatru Szekspirowskiego.

bm10_fot

4. BILET NA SAMOLOT

Na przykład na wycieczkę pod hasłem „Najnowsze realizacje Herzoga&deMeurona”, czyli do Londynu albo Hamburga. Irlandzką linią lotniczą w kolorach żółto-granatowych można tam dolecieć od 65PLN w jedną stronę, a węgierską w różu za dwie dychy więcej.

dezeen.jpg

5. MATERIAŁ BUDOWLANY

Ale szlachetny i w odpowiedniej oprawie. Najlepiej minimalistycznej.

pb903-slv-001

6. CZARNY GOLF

Mało oryginalnie, ale za to jak klasycznie. Najlepiej z porządnej wełny. Albo bawełny, bo wełna lubi drapać w szyję.

nmt27nv_mu

7. CZARNY GOLF

Ewentualnie – czarny golf  w skali 1:87.

vw-golf-ii

[Zdjęcia: Architektura w Szczecinie, Sztuka Architektury, http://www.dezeen.com, Ila Bêka & Louise Lemoine, http://www.tallinder.com, http://www.neimanmarcus.com, http://www.modele1-87.cba.pl]

Bilbao

IMG_8305

Archdaily opublikowało wczoraj listę dziwnych przyzwyczajeń architektów. Do wielu się przyznaję, chociaż nie podzielam bezkrytycznej miłości do moleskine’ów i Bjarke Ingelsa. Jednak planowanie takich tras wakacyjnych podróży, aby zahaczyć o konkretne budynki, to coś, co robię zdecydowanie za często. A ponieważ z tęsknoty za słońcem przebijam się właśnie przez zdjęcia z letniego wyjazdu na północ Hiszpanii, przypomniał mi się jeden z głównych punktów podróży. Być w okolicach Bilbao i nie zobaczyć Muzeum Guggenheima to gorzej niż być w Rzymie i nie widzieć papieża. Papież może gdzieś akurat wyjechać, a muzeum od prawie 20 lat cierpliwie stoi, odwiedzane przez miliony ludzi.

Realizacja Gehry’ego zdecydowanie zasługuje na oddzielny post, ale muszę go napisać, kiedy będę w odpowiednio złośliwym nastroju. Ciekawsze wydaje mi się samo miasto, bo to miejsce, o którym przed realizacją falistego muzealnego potwora mało kto słyszał. Dzięki świetnemu marketingowi wyrobiło sobie taką turystyczną markę, że właśnie tam trafiliśmy na największą liczbę obcokrajowców spośród odwiedzanych po drodze miast (oprócz San Sebastian, ale to gracz w innej kategorii). Architektoniczny PR jest cały czas podpompowywany i eksploatowany. Już podczas meldowania się w hotelu dostaliśmy mapkę, na której recepcjonista zaczął zaznaczać największe atrakcje turystyczne. Wymieniał przy tym nazwiska – Gehry, Starck, Calatrava – jakby to było oczywiste, że albo wszyscy doskonale je znają, albo przyjeżdżają specjalnie dla realizacji tych projektantów (nie przyznaliśmy się, że jesteśmy architektami). Najbardziej zaintrygowała nas jednak część Bilbao, którą pan z recepcji energicznie zakreślił, napisał tam wielkimi literami ‚NO GO’ i kategorycznie zabronił nam się tam zapuszczać. Zapytaliśmy, czy to jakaś bardzo niebezpieczna dzielnica, z której nie wyjdziemy żywcem – trochę się zmieszał, bo jednak wizerunkowo mordownia nie pasowałaby do odpicowanego obrazu Bilbao. Mruknął pod nosem, że nie, że po prostu „trochę tam brudno i raczej nie mamy tam czego szukać”. Już wiedzieliśmy, od której dzielnicy zaczniemy zwiedzanie!

Okolice ulicy San Francisco faktycznie odbiegały nieco czystością od pozostałych części śródmieścia. W pobliżu znajduje się dworzec kolejowy, więc wcale mnie to nie zaskoczyło – to często najbardziej szemrane dzielnice w miastach. W zaniedbanych miejscach niskie czynsze przyciągają imigrantów i niebieskie ptaki. To bardzo wygodna lokalizacja – blisko centrum, z usługami w parterach i sklepików z egzotycznym jedzeniem. No dobra, momentami byłam jedyną kobietą na ulicy i to już zdecydowanie nie było komfortowe uczucie. Kontrast z odpicowanym centrum tuż po drugiej stronie rzeki był dość szokujący, ale najbardziej zaskoczyła mnie osmoza pomiędzy tymi dwoma światami. Rzeka stanowi barierę, która w jedną stronę przepuszcza turystów, w drugą – grupki żebraków lub młodzież popijającą procenty w wypieszczonej przestrzeni publicznej. Nie trzeba być szczególnie wrażliwym na wizualne niuanse, aby jednoznacznie określić, kto przynależy do którego z tych światów. Pomiędzy nimi śmigała jednak spora grupa mieszkańców Bilbao, którzy w obu miejscach czuli się jak u siebie, spajając to symboliczne rozdarcie.

Ale w sumie nie dla takich miejsc przyjechaliśmy do Bilbao. Ruszyliśmy oglądać  Centrum Azkuna (dawniej  Alhóndiga) czyli dawny magazyn wina przeprojektowany przez Philippe’a Starcka. Obecnie to wielofunkcyjne centrum rozrywkowo-kulturalne, z biblioteką, basenem (na dachu, ze szklanym dnem, przez które można podglądać pływających), restauracją i galerią. Wiele tam wnętrzarskiego gadżeciarstwa w dużej skali i nieintucyjnego rozplanowania funkcji i nie mogłam pozbyć się myśli, że projektowanie budynku to jednak bardziej projektowanie krajobrazu niż wyciskarek do cytrusów.

IMG_8135

U Starcka: szalenie ozdobione kolumny pod szalenie nisko położonym sufitem…

IMG_8133

… i szalenie smukłe kolumny pod szalenie wysoko położonym sufitem:)

Inne architektoniczne must-see w centrum to m.in. kładka projektu Calatravy oraz dość przyjemny, chociaż bazujący na oklepanym pomyśle (przejście przez rozcięcie między skrzydłami) ratusz projektu IMB Arquitectos.

IMG_8271

Rozbudowa ratusza proj. IMB Arquitectos – sympatyczny, ale nie arcydzieło sztuki architektonicznej

Moim ulubieńcem okazał się inny obiekt: biblioteka projektu Rafaela Moneo, z elewacjami z luksferów. Podobnych budynków powstało sporo – z luksferami kombinował i Wiel Arets w Maastricht, i Renzo Piano w Tokyo – ale tu mają jedną ogromną zaletę. Przy całym architektonicznym szaleństwie w okolicy ich jednolita, neutralna powierzchnia przynosi oczom zasłużoną ulgę….

IMG_8546

IMG_8549

Biblioteka projektu Moneo

Moneo jest chyba jednak zbyt krajowy, żeby uznać go w Bilbao za megagwiazdę. Co innego najjaśniej nam błyszczący superstar z „sir” przed nazwiskiem. Zaprojektował dla Bilbao wejścia na stacje metra, które od jego nazwiska nazywane są… „fosteritos”.

fosterito

Sir Norman F. strzelił autograf na jednej z betonowych ścian. To się nazywa architektoniczny PR!

IMG_8334

Same wejścia wyglądają dość… pędrakowato

Im dalej od ścisłego centrum, tym mniej prac starchitektów, ale to wcale nie znaczy, że jest tam nieciekawie. Nie mam nawet na myśli współczesnych budynków, ale np. poprzemysłowe obszary poprzecinane intrygującymi elementami infrastruktury, które wyglądają jak wzorcowe przykłady podnoszenia jakości życia na obszarach zdegradowanych. Na przykład pod wielkim wiaduktem można trafić na zacienione boisko, a sma wiadukt jest zaprojektowany w sposób przyjazny dla pieszych i rowerzystów, oddzielonych od pędzących samochodów.

IMG_8489

IMG_8494Muszę przy okazji rozwiać pewien mit. Pamiętam z wielu artykułów na temat „efektu Bilbao”, że przed realizacją projektu Gehry’ego miasto było zaniedbanym i ogólnie niezbyt pięknym przemysłowym ośrodkiem. Akurat! Może faktycznie było zapuszczone, ale są tam malownicze miejsca, ze spiętrzającą się na wzgórzach zabudową, świetne nabrzeże i schowany w środku historycznych kwartałów plac, gdzie zmęczeni współczesną architekturą turyści lądują na zasłużonym winie i pintxosach. Ale przyznaję – gdyby nie Gehry, pewnie byśmy tu wcale nie przyjechali.

ArchDaily jak zwykle ma rację:)

[Fot. Monika Arczyńska i Łukasz Pancewicz]

Mam trzy latka…

img_0632

…trzy i pół, sięgam głową ponad stół! Rozpędziłam się – na razie dopiero trzy. W sobotę blog obchodził urodziny i chociaż jak zwykle nie zdążyłam zorganizować świeczek ani tortu, udało mi się spędzić ten dzień i przyjemnie, i miejsko, i architektonicznie. Mój osobisty urbanista prowadził panel o rewitalizacji na Kongresie Obywatelskim, a ja wybrałam się na „Warszawę w budowie” i na nadrabianie zaległości w oglądaniu nowych inwestycji. Bardzo JEMS-owy był ten dzień, bo zaczęłam od wychwalanej pod niebiosa 19. Dzielnicy oraz od nieco kontrowersyjnej przebudowy hali Koszyki.

O Koszykach jeszcze napiszę, a w 19. Dzielnicy zrobiło mi się trochę dziwnie. To osiedle dostało już tyle nagród i pojawiło się tyle razy w mediach jako wzorcowy przykład projektowania dzielnic mieszkaniowych, że spodziewałam się prawdziwej petardy. Pamiętam też odcinek programu „Polska dobrze zaprojektowana”, w którym Kuba Szczęsny, siedząc przy podejrzanie pustej piaskownicy, opowiadał o tej inwestycji w samych „ochach” i „achach”. Bo nie dość, że to osiedle bez płotów, to na dodatek z usługami w parterach i z przestrzeniami rekreacyjnymi dla mieszkańców. Przybyłam, zobaczyłam i… złapałam się za głowę. Czyżby ze stołecznym mieszkalnictwem było aż tak źle? Architekturze – jak to z JEMS-ami bywa – nie mogę nic zarzucić. Bloki wyglądają jak wysmakowane apartamentowce, ale ponieważ są do siebie bardzo podobne, całość sprawia bardzo biurowe wrażenie. Przestrzenie zielone dla mieszkańców owszem są, ale za… szklanymi płotami. I to w postaci porośniętych elegancko przystrzyżoną trawką pagórków, z których nawet na sankach nie da się zjechać bez wyrżnięcia w idealnie wypucowane szyby. Teraz nie było tam nawet widać żadnych dzieci, bo listopad to nie jest najlepsza pora na zabawy podwórkowe, ale spacerując między budynkami wyobrażałam sobie, że mogłyby tam co najwyżej po cichutku (nie przeszkadzać!!!) jeździć miniaturowymi mercedesikami, ubrane w kolekcje junior od fRalpha Laurena. Kręcąc się po osiedli trafiłam kilka razy na zupełnie zwyczajnego tatę z wózkiem, który postanowił pospacerować przy domu i ten widok średnio pasował do wysmakowanego otoczenia.

img_0637

Na szczęście obok kilku sklepów, głównie z wyposażeniem wnętrz, znalazła się jedna „Żabka”, bo nie byłoby nawet dokąd zejść w kapciach po świeże bułki. Kiedy wprowadzi się tam więcej osób, pewnie powstanie francuska piekarnia, bo jednak bardziej stylowo będzie schodzić po bagietki. Na razie lekko parysko jest – w końcu nazwa dzielnicy zobowiązuje! Widziałam kilka osób, które wchodziły do klatek z wózeczkami na zakupy. Tylko nie wiem, czy to byli mieszkańcy, czy ich gosposie.

img_0642

Dobra, dobra, kończę już z tymi złośliwościami:) Spacer po tym osiedlu stał się po prostu pretekstem dla kilku uwag o tym, jak działa miejska przestrzeń. Także pretekstem do tego, aby w końcu napisać o gdańskim Garnizonie, który już od kilku lat działa jak 19. Dzielnica, a po wprowadzeniu funkcji kulturalnych i gastronomicznych stał się nie tyle miejski, co wręcz śródmiejski w charakterze (ale szybkość tych zmian również sprawia problemy). Jeśli coś ma być „dla ludzi”, to nie da się tam uniknąć lekkiej przaśności i nieporządku. Bardzo lubię powiedzenie, że „brudne dzieci to szczęśliwe dzieci” – ta zasada w przenośni dotyczy również dorosłych, którzy dla wyluzowania potrzebują jednak odrobiny chaosu. A gdzie wyluzować, jeśli nie na własnym osiedlu?

[fot. Monika Arczyńska]

 

 

 

 

60m2

60m2_p

Co za tydzień, a przede wszystkim – co za sobota! W Warszawie wernisaż „Warszawy w budowie” pod tytułem „Wreszcie we własnym domu. Dom polski w transformacji”, a w „Wysokich obcasach” wywiad, który rozpalił do czerwoności tysiące Polaków. I nie wiem, czy to kuratorzy wystawy dodali czegoś do wody, czy po prostu mają dobrą firmę od PR, ale nagle hasła „za małe mieszkanie”, „brak miejsc a na książki”, a przede wszystkim „60m2” zostały odmienione  przez wszystkie możliwe przypadki.

Gorączka, która sprawiła, że z kilkustronicowego wywiadu, w którym rzucona ot tak powierzchnia mieszkania została tak wyraźnie wysunięta na pierwszy plan, może mieć kilka przyczyn:

  1. Ludzie najłatwiej zapamiętują liczby.

To może być pozostałość zakuwania dat na lekcjach historii. Co prawda badania, ile zostaje ich później w głowach wskazują, że niewiele (ja też nie pamiętam, kiedy miała miejsce bitwa pod Warną), ale może to tylko oznacza, że i nieszczęsne 60m2 zostanie wkrótce zapomniane.

  1. Zakodowane w pamięci normatywy.

„Normatyw projektowania mieszkań i budynków mieszkalnych wielorodzinnych w miastach i osiedlach” z 1959 definiował 60m2 jako mieszkanie kategorii M6. Kategorie określano według liczby mieszkańców, stąd wniosek, że w rzeczonym lokalu można by jeszcze spokojnie zmieścić dodatkowe dwie osoby. Być może reakcja na artykuł wynika z sentymentu do PRL-u.

  1. Za małe mieszkania.

Na „Warszawę w budowie” wybieram się dopiero w przyszłym tygodniu, ale materiały organizatorów i pierwsze relacje prasowe wskazują na to, że jednym z poruszonych problemów są zbyt małe mieszkania Polaków.  Pal licho statystyki, porównania do europejskiej średniej czy badania naukowe na ten temat. Nie ma lepszego potwierdzenia tej hipotezy niż reakcja na wywiad.

Książki Gehla i Jacobs dopiero niedawno zostały przetłumaczone na polski, ale od dawna dostępny był „Ukryty wymiar” Edwarda T. Halla o m.in. badaniach behawioralnych przeprowadzonych na szczurach. Przy zbyt dużym zagęszczeniu na niewielkiej powierzchni zwierzęta zaczynały się zagryzać. Taką sytuację przegęszczenia i stresu nazywa się „bagnem behawioralnym”. Jeśli Polacy mieszkają w zbyt małych mieszkaniach, przypuszczalnie też muszą się na kimś odreagować. Nie są jednak przecież nieucywilizowanymi zwierzętami, więc zamiast zagryzać współmieszkańców, wolą internetowo rzucić się do gardła piosenkarce, które pewnie w życiu nie widzieli na oczy.

Ten wywiad miał prawdziwie „Ukryty wymiar”.

Jak Sphinx z popiołów;)

bw

Odkąd mój osobisty urbanista zamienił Gdańsk na Łódź, przyjeżdżałam co rok na Design Festival. Po ponownej zamianie miast tym razem pojechaliśmy razem – ŁDF okazał się świetnym pretekstem, żeby odwiedzić łódzką ekipę i zobaczyć, co zmieniło się w mieście. O tym za chwilę, bo zmian sporo, ale na festiwalu miałam wrażenie, że oglądam kolejny raz to samo. Pewnie dlatego, że ci sami sponsorzy powtarzają się na każdej edycji i na myśl o Festivalu przychodzą mi do głowy „Barlinek, Paradyż i IKEA”. Pod temat „Tożsamość” można podciągnąć prawie wszystko i na wystawach głównych pojawił się dość przypadkowy przegląd wzornictwa. Przyznaję, że tym razem skoncentrowałam się na centrum festiwalowym na Tymienieckigo i wyjątkowo nie odhaczyłam wydarzeń ani wystaw odbywających się w pozostałych miejscach. Główna część nieco mnie rozczarowała – może nie powinnam przyjeżdżać co rok? Kilka wystaw widziałam w Gdyni latem, wiele produktów oglądałam wcześniej w sieci. A może przez te wszystkie własne nieszczęsne remonty nie mogę już patrzeć na podłogi i grzejniki.

tym

Inkubator na Tymienieckiego sam w sobie stanowi wystawę designu:)

dupencjoogrzewacz

Uroczy pupogrzewacz z Termy

parawan

Architekt na szpilkach też zwróciła uwagę na ten parawan w krótkiej relacji z ŁDF na FB. Trudno nie zwrócić, jeśli mieszka się nad morzem:)

dp

Gdański i jednocześnie architektoniczny akcent na make me! – Torba Architekta Darii Przybyłowskiej

Największe wrażenie zrobiła na mnie wystawa „No Randomness” o wzornictwie, które pozornie wydaje się przypadkowe, ale ma swoje racjonalne wytłumaczenie. Dlaczego włazy kanalizacyjne są okrągłe, a makaron ma różne dziwne kształty? Kapitalnie pokazany przegląd codziennych przedmiotów był odpowiedni i dla dzieci, którym można na przykładach wyjaśnić, że design to nie tylko ładne meble, i dla dorosłych, którzy mogli dowiedzieć się, dlaczego przedmioty, których używają codziennie, wyglądają tak, a nie inaczej. Podejrzewam, że ciekawostki z „No Randomness” będą hitem dyskusji przy prosecco i fritz coli przez następnych kilka tygodni.

osemki

Gdyby piankowe granulki miały kształt kulek, chronione przedmioty spadałyby na dno pudełka. Ciekawe, czy popcorn działa podobnie:)

schoolofform

Ceramika ze School of Form

Zawsze interesuje mnie, co nowego dzieje się na wydziałach związanych z projektowaniem – trzeba podpatrywać konkurencję, żeby nie zostać w tyle:) Tym razem wpadła mi w oko ceramika ze School of Form, nawiązująca do tradycyjnych form i technik wykonania, ale przygotowywana przy użyciu robotów. Cieszy również współpraca polskich firm, m.in. Barlinka i Porty, z młodymi projektantami.

zrezygnujcie

A przy wystawie Architektury-Murator o architekturze humanitarnej pojawiła się tablica, na której każdy mógł napisać, co ma do przekazania polskim architektom. Oprócz żartobliwych „więcej kolumn i pilastrów” pojawiło się „zrezygnujcie”…

271.jpg

Piotrkowska 217

Ale co tam Design Festival, co tam wystawy, Łódź zaskoczyła mnie najbardziej! Próbuję sobie przypomnieć, kiedy byłam tam ostatnio i to musiało być dokładnie rok temu, na poprzednim wydaniu festiwalu. Tyle się wydarzyło w międzyczasie: Piramowicza gotowa, woonerf na Traugutta gotowy, stacje roweru miejskiego są usytuowane tak gęsto, że aż miło, a na Starym Polesiu pojawiła się zieleń. Dzięki likwidacji przejścia podziemnego pod Piłsudskiego nareszcie czuje się, że Piotrkowska to najdłuższa ulica w Polsce. Pod numerem 217, gdzie wcześniej znajdowała się jedna kawiarnia i wyświetlano latem filmy pod gołym niebem, pojawiło się mnóstwo nowych lokali, a w festiwalową sobotę stanęły food trucki i trzeba było się przepychać między ludźmi. A obok „stajni jednorożców” powstanie wybrany w budżecie obywatelskim… pomnik jednorożców.

Czekam na otwarcie Łodzi Fabrycznej – nareszcie zniknęły wysokie płoty i można zobaczyć, jak bardzo zmienił się teren dookoła. Nie wierzyłam, że ta ogromna budowa kiedykolwiek się skończy, a już na pewno nie w to, że zaraz obok natychmiast zaczną się nowe realizacje. Już buduje się nowy biurowiec, za chwilę zaczną powstawać kolejne. Oprócz tych wszystkich publicznych inwestycji widać, że coś się ruszyło wśród mieszkańców. Być może wspólnoty uznały, że pora na dotrzymanie kroku miejskim remontom ulic i kamienic, bo co kawałek stoją rusztowania, tym razem już bez banerów z napisem „Mia100 kamienic”. To zawsze najbardziej odróżniało łódzkie ulice od innych miast – w Gdańsku, Poznaniu czy Wrocławiu trwał remont za remontem, a w Łodzi tylko sypały się tynki. Ale to opóźnienie ma pewną kolosalną zaletę – dzięki niemu kamienice przetrwały nietknięte okres pastelozy i styropianizacji, a miejskie inwestycje pokazały, jak należy remontować historyczna tkankę.

Jak Sphinx, tfu, Phenix z popiołów!

phenix

[fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz]

Praca za granicą – jak się za to zabrać?

PALESTYNA.jpg

Dziś strajk, więc teoretycznie na blogu powinno być cicho, ale po pierwsze post napisałam wczoraj, po drugie na zdjęciu jestem ubrana na czarno (pod kamizelką oczywiście), a po trzecie wyjazd za granicę to też sposób na ominięcie barbarzyńskiego prawa, które – mam nadzieję – nie zostanie wprowadzone.

Niedawno napisała do mnie studentka Politechniki Gdańskiej z prośbą o kilka porad, jak zabrać się za planowanie wyjazdu za granicę. Czy to w ramach gap year, czy wyjazdu na wolontariat albo staż, czy jako odcięcie pępowiny, bo przecież nie każdy wyjeżdża z rodzinnego domu na studia – z każdego z tych powodów warto*. Nie ma lepszej szkoły życia niż konieczność odnalezienia się w innym kraju, innym kręgu kulturowym, wśród nowych ludzi, gdzie używa się obcego języka. A jeśli jest to wyjazd do pracy, to jeszcze lepiej, bo w tym całym intensywnym trybie organizowania sobie życia w nowym miejscu człowiek przestaje się krępować zadawać głupie pytania i przyznawać, że czegoś nie wie. Nie ma szybszej metody uczenia się fachu.

Dziś będzie tylko o wyjazdach do pracy – Erasmusy i stypendia to inna bajka (do tego też oczywiście namawiam, zwłaszcza do zrobienia całego magisterskiego kursu za granicą). Istnieją jednak programy stażowe, dzięki którym wyjazd można zorganizować łatwiej. Na pewno warto zerknąć na programy IAESTE i Leonardo – jeśli znacie inne, będę wdzięczna za informację w komentarzach.

A oto kilka rad – niektóre wynikają z mojego własnego doświadczenia, inne z doświadczenia znajomych i studentów, którzy zdecydowali się na różne kraje i ścieżki kariery. Jeśli chcielibyście podzielić się własnymi uwagami i doświadczeniami, zapraszam do komentowania – dzięki temu powstanie praktyczny poradnik dla zainteresowanych wyjazdem osób.

Dobra koniunktura = dobry kierunek

Warto wyjeżdżać tam, gdzie dużo się buduje. Jeśli na widokówkach z jakiegoś miasta zaczynają dominować zdjęcia dźwigów, jak niegdyś z Berlina, to znaczy, że warto się tam wybrać. Zapotrzebowanie na architektów jest w takich miejscach na tyle duże, że zostaniecie natychmiast rzuceni na głęboką wodę i będziecie projektować, a nie rysować toalety. Trzeba się też jednak przygotować na tymczasowość mieszkania w danym miejscu – po intensywnym inwestowaniu przychodzi posucha i nagle naraz wielu architektów traci pracę. Berlińscy projektanci również musieli stawić czoła temu zjawisku. Zdecydowanie warto unikać miejsc, w których akurat panuje kryzys. Nasza branża jest pod tym względem wyjątkowo wrażliwa i kiedy w gospodarce zaczyna dziać się źle albo chociaż mało pewnie, projekty natychmiast lądują w szufladach.

Oceńcie swoje szanse

Spójrzcie na swoje cv oraz portfolio i zastanówcie się, czym różnią się od dorobku Waszych znajomych – będą się odróżniać od całej reszty zgłoszeń? Warto, żeby przejrzał je ktoś z zewnątrz, a jeśli macie dostęp do architektów, którzy pracowali w Waszym wymarzonym miejscu lub kraju, to idealnie. Studenci naszego gdańskiego wydziału zorganizowali kiedyś akcję pod hasłem „Pokaż portfolio” – zaprosili kilkoro praktykujących architektów z doświadczeniem z Polski i zza granicy, aby skonsultowali portfolio chętnych studentów. Może warto powtórzyć ten pomysł?

Przeglądajcie portale z ogłoszeniami, żeby zobaczyć, czy spełniacie warunki aplikowania o dane stanowisko. Może okazać się, że często albo zawsze wymagana jest np. znajomość oprogramowania, z którym nie mieliście wcześniej do czynienia – wtedy wiadomo od razu, jakie umiejętności trzeba uzupełnić. Gdzie szukać ogłoszeń? Mogę podpowiedzieć dwa popularne serwisy z krajów, w których pracowałam – holenderski Archined i irlandzką stronę RIAI. Podalibyście adresy serwisów z innych krajów w komentarzach?

Jeszcze jedno, bo o to również często pytają studenci. Mimo że żyjemy w scyfryzowanym świecie, a interview przez skype’a staje się powszechną praktyką, zachęcam Was do wysyłania wydrukowanej wersji portfolio i cv (chyba, że ogłoszenie wymaga wyłącznie wersji cyfrowej). Wiecie, architekci to bardzo zapracowani ludzie i całkiem prawdopodobna wydaje mi się anegdota o szefie pewnej holenderskiej pracowni, który był tak zajęty, że czas na przeglądnie aplikacji miał tylko podczas… dłuższych posiedzeń w toalecie. Co prawda to było przed erą tabletów i smartfonów, ale i tak przejrzenie pliku papierów nadal jest szybsze od wędrowania przez gąszcz pdfów. Warto również wysyłać zgłoszenia w ciemno, nawet, jeśli pracownie nie prowadzą akurat rekrutacji. Kto wie, może akurat pojawił się nowy projekt i trzeba będzie szybko zatrudnić kilka nowych osób?

Startujcie do najlepszych…

To na studiach lub po studiach jest czas, żeby zasuwać dniami i nocami w OMA. Potem przyjdzie zmęczenie, kredyty, zobowiązania i już nie będzie Wam się opłacało wracać do wycinania makiet. A żeby zdobyć pracę na wyższym stanowisku u starchitektów, z reguły trzeba mieć doświadczenie od innych starchitektów, więc i tak musicie zacząć u jednych, żeby wylądować u innych – to błędne koło. Oczywiście, jak od każdej zasady, tu również istnieją wyjątki.

…ale niekoniecznie do największych

Istnieje spore prawdopodobieństwo, że  stuosobowym biurze zostaniecie oddelegowani do mało ambitnych zajęć. Oczywiście, sklejanie makiet czy kreślenie detali to sympatyczna robota na start, ale większość z Was przypuszczalnie marzy o projektowaniu. Tu nie ma jednej złotej zasady – równie dobrze w niewielkim biurze możecie do emerytury zajmować się zestawieniami stolarek, bo nikt nie będzie tego robił lepiej od Was, jak i szybko awansować w molochu. Najlepiej przed wysłaniem aplikacji spróbować dowiedzieć się, jak wygląda struktura biura i jakie są możliwości awansu lub przemieszczania się między działami, aby sprawdzić, w jakich aspektach pracy projektowej czujecie się najlepiej (w tej kwestii wygrywają duże pracownie, gdzie możliwości zmiany są większe). Jeszcze jedno, o czym często się zapomina: przez duże biura przewija się dużo osób, więc doświadczenie stamtąd nieco traci na wyjątkowości. Wiecie, ilu architektów ma w cv staż u Koolhaasa?  Setki!

Język

W kwestii języka oczywiście wszystko zależy od kraju, więc dla uproszczenia napiszę o krajach anglojęzycznych. Szczerze – znacie na wyrywki polskie nazwy materiałów i komponentów budowlanych? Wątpię. Założenie jest takie, że na studiach mają się obić o uszy, ale nauczycie się ich w pracy. Zapamiętajcie przede wszystkim podstawowe wyrażenia, żeby nie pomylić kosza z kalenicą. Przed wyjazdem warto zaopatrzyć się w słownik budowlany, żeby trochę się otrzaskać ze screedami, gasketami i jambami, ale radzę Wam raczej poćwiczyć coś innego. Geometrię. Nagle okaże się, że „this” i „that” może zastąpić skutecznie nazwy komponentów budowlanych, kiedy będziecie pokazywać je na rysunkach, ale o ich dokładnych wymiarach i usytuowaniu trzeba będzie opowiedzieć. Zwłaszcza przez telefon, kiedy nagle zadzwoni kierownik budowy i będzie wymagał natychmiastowej odpowiedzi. Wtedy trzeba będzie opowiedzieć, co się ma z czym liniować, co ma wystawać, a co być wycofane.

Pozbądźcie się kompleksów

Jeszcze kilka-kilkanaście lat temu absolwentów z Polski traktowano z podejrzliwością. Byliśmy Dzikim Wschodem, gdzie projektuje się i buduje byle jak, o komputerach nikt jeszcze nie słyszał, a poza tym jak można spodziewać się jakichkolwiek umiejętności od osób pochodzących z kraju, gdzie białe niedźwiedzie chodzą po ulicach. Po wejściu Polski do Unii zmieniło się wszystko. Przyszedł czas na Erasmusy, warsztaty, a do Polski przyjeżdża się oglądać nie tylko Wawel, ale i współczesną architekturę. Z kolei za granicę wyjechało wielu architektów i szybko okazało się, że pracują nie tylko ciężko, ale i dobrze. Wystarczy zerknąć na zakładki „team” najlepszych europejskich pracowni – prawie wszędzie można trafić na polskie nazwiska. Wyrobiliśmy sobie niezłą markę, ale w kilku kwestiach nadal dzieje się źle. Jedna z najważniejszych to uczelnie – między polskimi a dobrymi zachodnimi wydziałami architektury nadal jest przepaść (sami podkreślacie to wracając ze stypendiów). Dlatego moim zdaniem nie warto podkreślać w cv skończenia konkretnej, polskiej szkoły, bo to nikomu na Zachodzie nic nie mówi. Za to jeśli byliście na Erasmusie na uczelni z samego szczytu rankingów, warto się tym pochwalić.

Pamiętajcie także, że po zdobyciu dyplomu inżynierskiego jesteście już wykwalifikowanymi architektami. W Polsce zakodowało się, że dopiero magisterka to jest to, ale założenie systemu bolońskiego jest inne – po licencjacie jest czas na pracę, a robienie magisterki ma sens przede wszystkim jako uzupełnienie. Pomiędzy jest czas na poszukiwanie, próbowanie i zdobywane doświadczenia.

To powodzenia, trzymam kciuki! No i biegnę protestować:)

[fot. Łukasz Pancewicz]

* Dziś przeczytałam, że Parlament Europejski będzie debatował nt. biletów Interrail, które każdy unijny osiemnastolatek  miałby dostać w prezencie. Bomba!

Blog Day 2016

dzien blogera

Dziś Dzień Blogera. Rok temu kompletnie go przegapiłam, ba, nie wiedziałam nawet o jego istnieniu, ale okazało się, że przy tej okazji blogerzy typują po pięć ulubionych blogów. Six Letter City również został kilka razy wymieniony i obiecałam sobie, że następnym razem ja też podam swój wybór.

Nie umiem wybrać tylku pięciu blogów. Niektórych architektonicznych blogerów znam osobiście, innych czytam regularnie i mam wrażenie, że i tak się znamy (i to długie lata). Na dłuższej liście na pewno pojawiłyby się blogi AWX2, Architekt na SzpilkachRS+, Lektury Architektury, Pani DyrektorArchifunblog, BlokBLOGArchitektura w Szczecinie czy KM we wnętrzu. Postanowiłam więc wymienić kilka innych blogów, o których nie wspominałam jeszcze na Six Letter City. Nie trafiam nawet na nie  regularnie, ale kiedy już trafię, czytam po kilka postów wstecz i obiecuję sobie, że będę wracać tam częściej.

Powojenny Modernizm

Tam są cuda na blogu, proszę państwa, powojenne modernistyczne cuda. Prowadzi go fundacja o takiej samej nazwie, która wydaje także miesięcznik „Blok”. Zaczęło się jednak od bloga, co cieszy mnie niesłychanie, bo to znaczy, że internetowe początki mogą stanowić zalążek poważniejszej działalności w sferach bardziej niszowych niż moda, sport czy kosmetyki.

Kazula

Mateusz Kazula to dj i producent muzyczny. Czaję się cały czas, żeby go w końcu poznać podczas jakiegoś wypadu do Wrocławia (mamy wspólnych znajomych, więc nie jest to takie nieprawdopodobne), ale do tej pory nie mogę trafić na odpowiednią okazję. Przejrzenie bloga sugeruje też, że Mateusza nosi po całej Polsce, co dodatkowo utrudnia mi zadanie. Ale kiedy w końcu ten dzień nastąpi, zamierzam zostać jego psychofanką. Bo Kazula pisze tak, jak sama chciałabym umieć,  a z jego miejsko-architektonicznymi obserwacjami zgadzam się w 100%.

Niepokoje 

Blog Łukasza Wojciechowskiego z VROA i Politechniki Wrocławskiej. Od roku nie pojawiają się żadne nowe posty, ale wciąż dostępne archiwum stanowi prawdziwą kopalnię wiedzy o architekturze. To nie jest lekki, łatwy i przyjemny blożek do przejrzenia przy kawie. Pojawiające się tam dziesiątki nazwisk, miejsc i budynków potrafią doprowadzić do kilkugodzinnego googlania i wertowania setek stron książek.

Teoretycznie

Kiedyś jako blog, obecnie „Teoretycznie” działa wyłącznie w facebookowej wersji. To prawdziwy architektoniczny „Pudelek” i najlepsza archirozrywka pod słońcem. Jeśli interesują Was wszystkie kobiety Adolfa Loosa albo wiśniowa marynarka Wojciecha Jarząbka, to najlepszy adres.

Pokoje umeblowane

Blog Agaty Gabiś z Wrocławia. Jedyny w zestawieniu, w którym pojawiają się wnętrza, bo z wnętrzami mi trochę  nie po drodze, a z wnętrzarską częścią blogosfery tym bardziej. Agata zajmuje się historią sztuki i ma kilka talentów, których jej bardzo zazdroszczę. Najbardziej – umiejętności wyszukiwania pereł designu za grosze (zobaczcie, jakie u niej stoi szkło i ceramika!) oraz niskobudżetowego urządzania wnętrz. Na jej blog trafiłam z forum „Wnętrza mieszkań” – na opisy postępów z remontu mieszkania niejakiego eSzI (czyli Szanownego Inwestora) czekałam jak na kolejne odcinki kryminału.

A Dzień Blogera zamierzam uczcić jak na zdjęciu – na zdrowie, szanowni blogerzy i czytelnicy!

[Fot. Łukasz Pancewicz]

 

 

#myfirst7jobs

my first 7 jobs 01.jpg
Mam słabość do internetowych akcji. Aktualna, #myfirst7jobs, dotyczy  pierwszych siedmiu sposobów zarobienia pieniędzy. Musiałam się przez chwilę zastanowić… Większość moich zarobkowych działań związana była z edukacją – to chyba coś związanego z genami. Nigdy nie pracowałam w żadnym McDonaldzie ani barze, nigdy nie sprzątałam ani nie opiekowałam się dziećmi. Chyba coś mnie w życiu ominęło, ale z drugiej strony byłabym najgorszą kelnerką świata, sprzątać nie potrafię, a dzieci pozostawione pod moją opieką przypuszczalnie skończyłyby na ostrym dyżurze (na pewno mocno odwodnione). Przyjaciel twierdzi, że nie tylko nie zostawiłby mi podczas urlopu kota*, ale nie powierzyłby mi nawet podlewania pelargonii na balkonie.
1. Pierwsze pieniądze w czasach „dziecięciem będąc” zarobiłam u rodziców za wrzucenie drewna do piwnicy. Całe 20 złotych! Niestety, do podziału z kuzynem.
2. Korepetycje z matematyki dla uczennicy podstawówki, w liceum.
3. Korepetycje z geometrii wykreślnej, ale tylko na drugim i trzecim roku studiów. Później już zapomniałam, jak się wykreśla cień sześcianu na grzybku. Jak się wykreśla cień grzybka na sześcianie tym bardziej zapomniałam.
4. Przygotowanie brata kolegi do egzaminów wstępnych na architekturę. Trochę geometrii, trochę historii architektury. Dużo zabawy w skojarzenia, żeby przyswoić skomplikowane nazwy detali architektonicznych. Mój uczeń najlepiej zapamiętał, że LIZENY podpierają ściany – skojarzyły nam się z dziewczynami, z którymi nikt nie chce tańczyć na dyskotece. Pewnie dlatego, że płaskie i jakieś takie mało udekorowane.
5. Pierwszy staż w biurze. Miał być damowy, ale okazało się, że szybko śmigam w AutoCADzie i już nie był darmowy.
6. Drugi staż w biurze, tym razem na Erasmusie. Też miał być darmowy, ale okazało się, że sprawnie sklejam makiety i też już nie był darmowy.
7. Siódma praca to był hit – etat w firmie budowlanej! W papierach miałam wpisane, że jestem zastępcą kierownika budowy, chociaż zamiast na budowie siedziałam w biurze rysując… w sumie już nawet nie pamiętam co. To zdecydowanie nie było najbardziej ekscytujące zajęcie mojego życia i gdyby nie przesympatyczny kierownik Jarek, z którym dzieliłam biuro, zanudziłabym się tam na smierć. Zarabiałam szaloną kwotę 1500PLN brutto, która do wypłaty kurczyła się do nieco ponad tysiaka. To prawie tyle, ile kosztowało nas wówczas wynajęcie mieszkania. Księgowa, pani Brygidka, przed którą wszyscy robotnicy budowlani w firmie kłaniali się uniżenie i całowali po pulchnych rączkach, przekazywała mi z gotówką pasek wynagrodzenia ze słowami: „A to dla mamusi, żeby się pochwalić”. Chyba spaliłabym się ze wstydu, więc mama nigdy nie zobaczyła żadnego paska, a ja zwiałam, kiedy tylko odpracowałam wymagany etatowy staż do uprawnień.
Uprawnień nie mam do dziś:)
*Gdyby akcja dotyczyła nie siedmiu pierwszych, ale siedmiu ostatnich prac, mogłabym dopisać cat sitting u znajomych na Manhattanie. Wydaje mi się, że kot żyje do tej pory, więc przy następnej serii żartów o kotach i pelargoniach zacznę się domagać przeprosin!

RUHA CIPŐ

pest_SMALL.jpg

Proszę się nie obruszać tytułem posta. Użyłam tych węgierskich słów z premedytacją, licząc na więcej niż zwykle kliknięć:) Te nieprzyzwoicie brzmiące wyrazy mają bardzo niewinne znaczenie – ODZIEŻ OBUWIE. Takie napisy pojawiają się na szyldach sklepów z ciuchami i butami w Budapeszcie, gdzie zawitałam ponownie po kilkunastu latach nieobecności.

Z tamtego pobytu pamiętam przebłyski (Mamo, może lepiej dalej nie czytaj?). W czasie, gdy w polskich monopolowych królowała Sophia, węgierskie wina, nawet te najbardziej przaśne, sprzedawane w plastikowych butelkach, smakowały nam jak najbardziej luksusowe roczniki. Oczywisty skutek był taki, że zwiedzanie miasta i oglądanie realizacji Makovecza, których egzotyczność przyciągała nas wówczas najbardziej, podlane były sporą ilością tego mało szlachetnego trunku. Trochę zaszaleliśmy, tym bardziej, że trafiliśmy tam zgraną grupą znajomych z roku. W czasach, gdy o Unii, Erasmusach i międzynarodowych warsztatach można było co najwyżej pomarzyć, zorganizowaliśmy wymianę ze studentami architektury z Budapesztu. Najpierw Węgrzy przyjechali do nas. Nocowali na łóżkach polowych w sali cichej nauki w naszym akademiku i nie zapomnę min pań portierek, które odbierały dla nas dostawy z… Polmosu (gorzelnie i browary najchętniej sponsorowały studenckie przedsięwzięcia). Wtedy po raz pierwszy zawstydziła mnie współczesna polska architektura – w Trójmieście było wówczas wyjątkowo beznadziejnie i ani nowe budynki uniwersyteckie, ani  apartamentowce w Orłowie nie zrobiły wrażenia na naszych gościach. Tak jakby garderoby na 300 par butów i widok na morze były normą, eh… Uratował nas krzyżacki gotyk, międzywojenny gdyński modernizm i absolutny hit – falowiec.

Byłam ciekawa, jak obecnie wygląda i funkcjonuje węgierska stolica. Polskie miasta zmieniły się tak bardzo, że pewnie trudno je poznać osobom pamiętającym je sprzed kilkunastu lat. Od znajomych, którzy niedawno odwiedzili Budapeszt, słyszałam zupełnie przeciwstawne opinie. Jedni twierdzili, że polskie „metropolie” mogą się przy nim schować, inni, że na ulicach widać straszną biedę. Może chodziło o liczbę bezdomnych, bo rzeczywiście sporo ich na ulicach? A może o zwykłe ubrania bez eksponowanych metek, które stanowią miłą odmianę dla wszechobecnych w polskich miastach New Balance’ów i Lacoste’ów? O samochody, znacznie starszych niż u nas, co przekłada się na dosłownie oszałamiającą ilość spalin (+ brak rowerów, gdzie są rowery)? Może jednak o coś innego – o to, jak wygląda sama miejska tkanka. W śródmieściu zamiast szklanych wieżowców przeważają XIX-wieczne kamienice i budynki z lat 60. i 70. Jeśli to wynika z ograniczeń inwestycyjnych, to potwierdza sie zasada, że nic nie konserwuje lepiej niż brak pieniędzy. Ilość PCV, tynków na styropianie i polbruku, która  dominuje w polskim miejskim krajobrazie, jest w Budapeszcie minimalna w porównaniu ze szlachetnie starzejącymi się kamieniarkami, ceramiką i anodowanym aluminium, które darzę szczególną sympatią. Na to ostatnie w Polsce niemal urządzano polowania: jeśli się je mało regularnie czyści, po latach pokrywa się matowym, szarym nalotem. Kto pamięta czarne, brudne szpary w aluminiowych ramach okiennych w PKP, wie, co mam na myśli. U nas z zadowoleniem wymieniano te nadzwyczaj trwałe ślusarki  na błyszczące i kolorowe PCV, które po kilku latach użytkowania wygląda fatalnie. Pod tym względem Budapeszt przypomina nieco Łódź – jedyne duże miasto w Polsce, gdzie bez problemu można trafić na kamienice z zachowanymi stolarkami i detalami. W innych, bogatszych miastach, szybko nastąpiła masowa wymiana solidnych drewnianych drzwi na karton w okleinie z marketu budowlanego. Węgrzy wydają się bardziej doceniać to materialne dziedzictwo.

IMG_9678

Podczas mojej poprzedniej wizyty w Budapeszcie nasi gospodarze zabrali nas do tureckiej łaźni Kiraly. Wszystkie panie, w wieku przeważnie matuzalemowym, rozkładały swoje bogato pomarszczone nagie ciała w kamiennym basenie. Jak u Kozyry. Tym razem trafiłam do tego samego miejsca -szesnastowiecznego budynku, który od lat nie był poddawany modernizacji. Łaźnia wcale się nie zmieniła – zmienił się tylko regulamin i teraz nie jest już koedukacyjna oraz obowiązują stroje kąpielowe. Nie odczyszczono zacieków na kamiennej kopule, nie zainstalowano nowego sprzętu. Działa? Działa. Taki pragmatyzm to najskuteczniejsza metoda konserwacji.

IMG_9531

Na ulicach można spotkać wielu obcokrajowców, którzy sprawiają wrażenie, jakby tam mieszkali na dłużej. W mieście nie widać wielkich kompleksów biurowych, a i obcokrajowcy nie wydają się przynależeć do kategorii „korpo”, więc zakładam, że nie są finansistami na kontraktach. Albo to studenci (czyżby, podobnie jak w Polsce, przyciągano zachodnich studentów na wydziały medyczne?), albo szeroko pojęta „klasa kreatywna”. Budapeszt bardzo przypomina Berlin sprzed gentryfikacji, ceny są niskie, jakość życia (zwłaszcza tego nocnego) wysoka, więc nie zdziwiłabym się, gdyby osiadały tam, chociaż na chwilę, osoby pracujące zdalnie lub artyści. Chętnie dowiedziałabym się od kogoś lepiej zorientowanego, czy moje przypuszczenia są słuszne. W całym śródmieściu widać dwujęzyczne informacje o wynajmie i to nie tylko mieszkań, ale także lokali usługowych. Sami musieliśmy przez chwilę popracować i przetestowaliśmy pewną coworkingową kawiarnię  – sporo tam podobnych miejsc.

Wnętrzarsko w nowych lokalach dominują te same trendy, co u nas. Może nie widać aż tyle płyty OSB, ale patchworki z marokańskich płytek, odkryta cegła i gołe żarówki pojawiają się równie często. Można również nierzadko zauważyć u nas rzadko spotykane, a tam nawiązujące do lat 70. (ach, te przejścia podziemne!) kompozycje ze świetlówek. Zachwycające są niektóre z tzw. ruin barów, czyli pubów albo klubów zaaranżowanych w opuszczonych, zaniedbanych kamienicach. Byłam kiedyś w podobnym miejscu w Edynburgu i bardzo podobała mi się plątanina korytarzy, pokoi i klatek schodowych. W Budapeszcie zagospodarowywane są również przepiękne dziedzińce – zamieniają się w wielkie ogródki winno-piwne pod gołym niebem. Niestety, prawie całkowicie zdominowali je turyści i wydawane są nawet specjalne anglojęzyczne przewodniki po zagłębiach barów. Chociaż zabawa w Davida Attenborough i obserwowanie rytuałów godowych homo sapiens bywa intrygujące, jednak powtarzalność interakcji między uczestnikami brytyjskich wieczorów  panieńskich i kawalerskich zaczyna szybko męczyć. Podobnie męczą całe ulice zamienione w gastronomiczne deptaki z „Traditional Hungarian Cuisine” i „Goulash – 5 euro”.

IMG_9808

IMG_9818

IMG_9827

Na zdjęciach powyżej Most Wolności czyli po prostu Most Zielony, który we wspomnieniach sprzed półtorej dekady kojarzy mi się przede wszystkim z przeciąganiem liny przez studentów Politechniki i Uniwersytetu (uczelnie zlokalizowane są na jego końcach). Pamiętam też wspinanie się po jego konstrukcji – na szczęście nie ja się wspinałam, za to wspomniane wino z plastikowych butelek odgrywało w tej mało bezpiecznej przygodzie ważną rolę. Dziś most to popularne miejsce na sączenie piwka – lepiej niż w Kopenhadze, bo z jeszcze atrakcyjniejszym widokiem. Intensywne miejskie życie w śródmieściu zachwyciło mnie poprzednio i równie mocno tym razem. I właśnie po to zamierzam wrócić jeszcze do Budapesztu.

Nie, nie wrócić. Wracać regularnie!

[fot. Monika Arczyńska&Łukasz Pancewicz]

OSSA 2016 czyli kapsuła czasu, rozmowy przy ognisku i mewa nr OP51

IMG_9373

Mewa numer OP51* – o 6 rano budził nas jej tupot o pusty parapet i operowe wrzaski

Nie ma to jak wrócić z urlopu w środku nocy i już następnego dnia wystartować ze studenckimi warsztatami. Dzięki temu, mimo że przez prawie cały tydzień Ogólnopolskich Spotkań Studentów Architektury OSSA 2016 pracowałam przedpołudniami, miałam wrażenie, że moje wakacje trwały miesiąc. Z ulgą przeniosłam się do Gdyni, bo wcześniej czułam, że nie starcza mi czasu ani na pracę z grupą, ani na rozmowy przy ognisku.

lila_01

Część naszego Wunderteamu – Dominika, Artur, Daniel, mój osobisty urbanista, który dzielnie zastępował mnie przedpołudniami, ja, Julia i Karolina

To moja pierwsza OSSA w roli tutora. Dużo się zmieniło, odkąd brałam w niej udział w czasie studiów. Relacje między uczestnikami a prowadzącymi są teraz zdecydowanie mniej sztywne, praca intensywniejsza, a prezentacje zdecydowanie bardziej wysmakowane. Tym razem organizatorzy zasugerowali także w ramach eksperymentu, aby mniej więcej na półmetku pracy nastąpiło podzielenie grup na trzy części i rozproszenie wśród innych zespołów. Okazało się się to świetną okazją dla wymiany przemyśleń i weryfikacji wstępnych wniosków oraz nieformalnego przetestowania, czy przyjęte założenia są czytelne dla innych. Półtorej godziny dyskusji z osobami, które w zupełnie odmienny sposób interpretowały zadany temat, okazało się czynnikiem mocno popychającym pracę naprzód.

A było co popychać. Wraz z moim osobistym urbanistą jechaliśmy do Gdyni bez konkretnego pomysłu na to, w jaką stronę można by pokierować grupą. Założenie było takie, aby rzucić hasło warsztatów- TRANS-PORT/-FORM, przedyskutować je porządnie i szlifować najbardziej obiecujący pomysł, jaki się wykluje. Zależało nam jednak na tym, aby zgodnie z sugestiami organizatorów skupić się na faktycznej interpretacji tematu, a nie tylko przygotowaniu przeestetyzowanego filmu na końcową prezentację. To podobno problem wielu warsztatów. Ponadto byliśmy jedynymi tutorami z Trójmiasta i staraliśmy się unikać zbyt bezpośredniego odnoszenia się do Gdyni i poszczególnych lokalizacji w mieście, bo po prostu za dobrze znamy kontekst różnych inwestycyjnych decyzji. Strategię lokalnych interwencji wybrały m.in. grupy Kuby Woźniczki odnosząc się do lotniska w Kosakowie („gorzka wisienka na słodkim gdyńskim torcie”) czy Marty Mnich i Mikołaja Smoleńskiego, których studenci w Sea Towers zobaczyli transformersa. Nam trudno byłoby o takie świeże spojrzenie, bo za dobrze znamy te kąty.

IMG_9333

Wszyscy słuchają Karola:)

Lokalnie zadziałali także Menthol Architects i ich studenci, którzy umieścili w różnych częściach śródmieścia 1500 niebieskim łódeczek origami prowadzących do Hali Targowej. Hala, pomimo spektakularnej architektury, lata świetności ma już za sobą. Najpierw przeprowadzono wywiady i z rozmów ze studentami, którzy podczas przetasowania grup trafili do nas, wynikało kilka bardzo interesujących wniosków. Gdynianom nadal mieszka się doskonale w ich mieście (co roku Gdynia wygrywa w rankingach najbardziej zadowolonych mieszkańców), lecz po ’89 stracili poczucie wyjątkowości swojego miejsca zamieszkania. Nadal jest wyjątkowe z uwagi na położenie i plażę, ach tę plażę w samym centrum, jednak miasto nie stanowi już takiego okna na świat, jak przed wojną lub przed transformacją. W szarych czasach komunizmu to tu docierały zachodnie towary i kultura – od dezodorantów Fa po płyty z brytyjską muzyką. Łódeczki na jeden dzień przyniosły wyjątkowość, ale aż kusi, żeby przeprowadzić pogłębione badania odnośnie tej utraconej pozycji.

Z kolei grupa Karola Szparkowskiego usiłowała uroczo nieporadnie zbudować na plaży kopułę z piasku. Skończyło się na siatce zbrojeniowej i geowłókninie, które z kolei zadziałały jako lampiony podczas ogniska ostatniej nocy. Kuba Szczęsny postawił na tekst i teatralną,  ironiczną interpretację pojęcia utopii. Wyszło przewrotnie, ale najbardziej przewrotne okazało się jednak to, że prezentacja nie została w pełni zrozumiana przez publiczność. To bardzo wymowna szkoła dla studentów, którzy dopiero uczą się współpracy z klientem. Jeśli architekci nie potrafią odczytać teatralnych środków wyrazu, podobnie niearchitekci nie są w stanie zinterpretować znaczenia decyzji projektowych. 

IMG_9353

Rozdanie dyplomów przez Karolinę, naszą niezastąpioną opiekunkę. Obok Robert, Edyta, Julia, Artur i Dominika.

Do naszej grupy trafiło dziewięcioro studentów różnym wieku, z różnych uczelni, różnymi doświadczeniami i podejściem do projektowyania. Po długich godzinach niełatwych rozmów na temat tranformacji i transportu wykrystalizowała się koncepcja „transportu formy w przyszłość”, za pośrednictwem materialnego nośnika. Odniesienie stanowiła kapsuła czasu – pojemnik z różnymi przedmiotami codziennego użytku – umieszczany podczas budowy lub remontu w niedostępnej części budynku, odkopywany przypadkiem po wielu latach, podczas kolejnej przebudowy. Podczas burzy mózgów zastanawialiśmy się, co chcielibyśmy teraz umieścić w takiej kapsule – do głowy przchodziły przede wszystkim informacje zapisane na cyfrowych nośnikach. Gazeta, monety czy pudełko zapałek są jednak trwalsze od dysku USB. Studenci wskazywali na problem nietrwałości cyfrowego nośnika oraz nadmiaru produkowanych i archiwizowanych informacji. W kontekście architektury zauważyli strach przed utratą na zawsze zarówno samego historycznego budynku, jak i informacji o nim, stąd badania historyczne, inwentaryzacje i dokumentacje fotograficzne. Grupa wypracowała przewrotną konserwatorską doktrynę zakładającą, że przy każdej przebudowie obiektu architektonicznego, nawet najnowszego i pozornie pozbawionego wartości estetycznych czy historycznych, należy pozostawić jego materialny fragment.

praca01

Ekipa podczas składania ostatecznej prezentacji – za stołem Weronika, Julia, Daniel i Małgosia

Za symbol takiego działania posłużył „kolec” z korony wrocławskiego Solpolu – budynku, odnośnie którego trudno podjąć decyzję, na ile jest wartościowy z konserwatorskiego punktu widzenia. Z jednej strony nadal pamiętane są kontrowersje związane z jego formą i kolorystyką, z drugiej od jego powstania minęło już tyle czasu, że można go jednoznacznie uznać za jeden z najbardziej reprezentatywnych przykładów postmodernizmu w Polsce. Gdy budynek jest jeszcze zbyt młody i brakuje dystansu czasowego dla oceny jego wartości, trudno określić, jak zweryfikuje go czas – to problem wielu powojennych obiektów, które są bez kontroli wyburzane lub przebudowywane. W postmodernistycznym, pełnym detali budynku łatwo jednak ustalić, które charakterystyczne elementy można by pozostawić według wymyślonej przez grupę strategii. Trudniej o decyzję, które elementy modernistycznych budynków byłyby najlepszym nośnikiem informacji o ich historycznym czy sentymentalnym znaczeniu – które powinny znaleźć się w „kapsule czasu”.

Gdyński modernizm dał nam do myślenia o tym zagadnieniu, a gdyński powojenny budynek – mieszkaniowa”szafa” z balkonikami przy domu towarowym Batory – posłużył jako bohater amimacji pokazującej symulację przekształceń z pozostawieniem istniejących elementów. Ekipa przygotowała także – bo przecież mowa o materialnych nośnikach –  lapidarium złożone ze współczesnych elementów architektonicznych. Stanowiło antytezę idei pozostawienia ich in situ i wskazało, jak bardzo są nietrwałe i powtarzalne w przeciwieństwie do historycznego detalu. Pobliska budowa okazała się doskonałym źródłem materiałów – dziewczynom udało się zdobyć nawet fragment tynku na styropianie. Po prezentacji rozgorzała dyskusja – najlepsza weryfikacja, czy cały myślowy proces był spójny i logiczny. Hubert Trammer, który przyjechał specjalnie na ossowe prezentacje, był szczególnie dociekliwy i cała grupa, z tutorami włącznie, miała wypieki z wrażenia, jak wiele opinii zostało wymienionych.

IMG_9363.JPG

Lapidarium złożone ze współczesnych elementów budowlanych

Warsztaty to nowe znajomości nie tylko ze studentami, ale też z tutorami i osobami zaproszonymi do wygłoszenia wykładów. W ramach „Europejskiej Stolicy Kultury” Wrocław zaprosił do siebie trójmiejskich artystów w ramach trwającej właśnie akcji „Znajomi znad morza„. W przypadku OSSA i architektury  do Trójmiasta wpadli „Znajomi z Wrocławia”. Ponieważ sama przyczyniłam się do wrocławskiego desantu (udało mi się namówić na przyjazd Menthol Architects i podpowiedziałam organizatorom VROA oraz CH+), a Kuba Woźniczka to warsztatowy weteran, wśród ekipy prowadzących byli prawie sami znajomi. Ponieważ niektórzy ściągnęli do Gdyni swoich bliskich, w końcu poznałam Kasię Kajdanek, której „Suburbanizację po polsku” uważam za najlepszą książkę ostatnich lat o polskim mieszkalnictwie („13 pięter” może się schować).

IMG_9354

Część ekipy tutorskiej z Wrocławia

IMG_9280.JPG

Lila z Menthol Architects skupiona nad projektem ożywienia Hali Targowej

Lila_02

Z wykładem wpadła Pani Dyrektor czyli Agnieszka Puchyr, która w czasie OSSY gościła na blogerskiej imprezie w Gdyni. To kolejna osoba z archiblogosfery, z którą w końcu spotkałyśmy się w realu

Następna OSSA już w październiku w Zakopanem. Już zazdroszczę studentom i tutorom, tym bardziej, że organizatorzy planują kolejny eksperyment – połączenie prowadzących w pary: architektów z osobami niezwiązanymi z branżą. Mogą pojawić się historycy sztuki, biolodzy, psycholodzy – podpowiedzieliśmy kilka nazwisk i najbardziej żałujemy, że nie uda nam się raczej wpaść, chociaż na chwilę, na drugi koniec Polski.

*Ponieważ pierwszy raz w życiu udało mi się odczytać numer ptasiej obrączki, postanowiłam zarejestrować go w internetowym serwisie zbierającym takie dane. Lista do wypełnienia jest dość długa, w większości kategorii wybiera się dane z rozwijalnego menu. Jedna z kombinacji pytanie-odpowiedź wydała mi się dość rubaszna: „Czynności wykonane z ptakiem?” „Uszkodzony podczas trzymania w ręku”. Kurtyna:)

[Fot. Monika Arczyńska, Lila Krzycka]

Odkochałam się

team

W branżowej prasie nadal, chociaż z mniejszą częstotliwością, pojawiają się przeglądy weneckich wystaw i pawilonów, Marcin Szczelina chyba jeszcze siedzi we Włoszech (wróci? nie wróci? Dziś wrzucił na FB zdjęcie z Lido), a ja nadal wspominam wystawy, bo przetrawienie takiej dawki informacji i wrażeń wymaga czasu.

Tym razem do Wenecji pojechałam nie tylko z moim osobistym urbanistą, ale i z ulubionym historykiem sztuki. Połączyło nas właśnie Biennale – kiedy trzy lata temu szukaliśmy z Łukaszem kuratora, aby wspólnie przygotować projekt konkursowy na wystawę w polskim pawilonie, znajomi polecili nam Maksa Bochenka*. Zadzwoniłam, umówiliśmy się na kawę i na tej pierwszej kawie zaiskrzyło na tyle, że nie tylko złożyliśmy projekt (nawet dwa, bo i jeszcze jeden, rok temu), ale prowadzimy kolejną serię wykładów, przegadaliśmy setki godzin o architekturze, sztuce i innych mniej poważnych rzeczach, a po głowie chodzą nam  pomysły na kolejne projekty. W Wenecji okazało się, że pomimo różnych profesji – architekt, urbanista i historyk sztuki – odbieraliśmy poszczególne wystawy dość podobnie, a tam, gdzie ekspozycje prowokowały nas do dyskusji, potrafiliśmy mówić tym samym językiem. oponki

[Bez głupawki ani rusz – kto by wytrzymał bieganie po wystawach architektonicznych przez 10 godzin dziennie?]

LPMA.jpg

[Bez espresso też się nie da:)]

Zawsze szukam na Biennale „przekłuwania balona” – potraktowania architektury bez nadmiernego nadęcia i pompy. Tegoroczna edycja była śmiertelnie poważna: klęski żywiołowe, strefy militarne, ubóstwo i nierówności. Z westchnieniem ulgi skoczyliśmy  do serbskiego pawilonu, w którym interpretacja tematu może nie do końca nas przekonała, ale kapitalnie potraktowano wnętrze budynku, bliźniaczego z polskim. To nie jest najłatwiejsza przestrzeń ekspozycyjna -€“ wąska i długa -€“ i ten sposób na jej zagospodarowanie wydaje mi się bardziej odpowiedni niż wstawianie tam plansz czy makiet. Podłoga pawilonu stała się dnem niebieskiego statku, wyposażonego w najważniejszą dla przetrwania rzecz -€“ gniazdka elektryczne. Zapomnieliśmy sprawdzić, czy była też sieć bezprzewodowa, ale nie wyobrażam sobie, że mogłoby być inaczej. Wielki błękit i możliwość podładowania telefonu sprawił, że cichły rozmowy, a pochyłe dno zadziałało jak wielka leżanka…

Slovenia

Biennale to również godziny podpatrywania sposobów prezentacji projektów. Tym razem pięknych, piekielnie drogich makiet było jak na lekarstwo – robiłyby zdecydowanie nieprzyzwoite wrażenie wśród niskobudżetowych projektów w slumsach i na terenach dotkniętych przez kataklizmy. Co prawda Chipperfield i Rizzi pokazali odjechane makiety, no ale im wszystko wolno. Z drugiej strony stylistyka „zrób to sam”, jeśli potraktowana z pewną dozą humoru, również potrafi być atrakcyjna. Moi ulubieńcy to warsztat w pawilonie Recetas Urbanas.

LUDZIKI.jpg

Nie wiem, jak Izrael to załatwił, ale pierwszego dnia zamiast o 19:00, Giardini zamknięto godzinę później. W międzyczasie na tyłach pawilonu rozkręciła się w okamgnieniu niezła impreza – campari lało się strumieniami, a dj podrygiwał puszczając najbardziej kiczowate kawałki świata. Wśród pląsającego tłumu chyba wypatrzyliśmy nawet noblistów, których twarze chwilę wcześniej widzieliśmy na wystawie – opowiadali o relacjach między nauką a architekturą. Relacje między nauką a architekturą na parkiecie również okazały się bliskie.

Israel

Jak już przy nieeuropejskich, ale eurowizyjnych krajach jesteśmy, to w tym roku premierę miał pawilon Australii. Denton Corker Marshall zaproponowali czarne pudło, ale niespodzianka czekała w środku. „Raport z frontu” w interpretacji Australii to raport z frontu willi z basenem, bo postawili właśnie na „pool culture”. Tego samego dnia wieczorem moi towarzysze ratowali pijanych turystów, kórzy postanowili wykąpać się w Canale Grande. Bełkotali tak niewyraźnie, że nie byłam w stanie poznać po akcencie, skąd przyjechali, ale może to też byli Australijczycy?

Australia.jpg

Ale najważniejsze: odkochałam się. Aravena mi się po prostu przejadł. Po Pritzkerze i Biennale aż strach otwierać lodówkę. Już nie będzie walentynek, listów miłosnych ani wzdychania. Może gdybym wpadła na niego gdzieś w Giardini, uczucie by przetrwało, ale żartowaliśmy, że Alejandro A. specjalnie mnie unika. Pewnie dlatego, że krótko przed Biennale dowiedziałam się, że ma żonę (drugą!) i dzieci. Liczna grupa jego psychofanek pewnie nie zauważy nawet, że ich grono zmniejszyło się o jedną architekt z Polski, a ja zacznę szukać nowego obiektu westchnień. Jakieś propozycje?

*W piątek o 18:00 w hali B90 w Stoczni odbędzie się wernisaż Alternativa 2016: Uszczerbki i Straty. Maks  jest producentem tej wystawy – ostatnio wyspał się chyba w Wenecji, tak ogromne jest to przedsięwzięcie. Wpadłam wczoraj  do stoczni, żeby zobaczyć, jak w ogóle przebiega instalacja wystawy i powiem jedno: zapowiada się świetnie. Do zobaczenia w piątek!

[Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz, Maks Bochenek]

Raport z frontu

TITLE

A miało być tak pięknie… Ale pięknie tylko przy okazji, bo przede wszystkim prospołecznie, pragmatycznie, humanitarnie. Wyszło dość nijako, powtarzalnie i nudno. Oglądając kolejne, podobne do siebie wystawy, zaprezentowane w ostentacyjnie niskobudżetowy sposób, bo przecież nie wypada wydać na makietę więcej niż na budynek, który reprezentuje, nieraz miałam wrażenie, że podróż do Wenecji była całkiem niepotrzebna. Oglądając katalog i popijając kawę – obowiązkowo fair trade – w zaciszu własnego mieszkania dowiedziałabym się więcej, bo bez pośpiechu, nie wspominając o ilości CO2, którą wyprodukował samolot, pociąg i klimatyzacja w hotelu. Nie wspominając już o tym, że pieniądze wydane na podróż mogłabym wpłacić na jakiś NGO budujący studnie w Afryce (podobną strategię przyjęła zresztą Austria, pożytkując zaoszczędzone dzięki skromnej wystawie fundusze na poprawę warunków mieszkaniowych kilku rodzin uchodźców).

ARRIVAL CITY

Niemcy również wybrnęli sprytnie  z problemu mało spektakularnego tematu i uniknęli szarej tektury, worków foliowych i plastikowych butelek. Nie dość, że wypruli otwory w swoim nazistowskim pawilonie, aby pokazać, jak bardzo są otwarci na przybyszów z zewnątrz – obecnie głównie uchodźców – to jeszcze wybrali stylistykę materiałów graficznych przypominającą przeskalowane kserówki ze spontanicznymi komunikatami. Bez zadęcia, z lekką naiwnością, może aż zbyt lekko, ale jak świeżo po dziesiątkach wystaw o mniejszych i większych problemach ludzkości.

ETH

[Ta instalacja ETH z Zurychu oczarowała chyba wszystkich i to akurat było coś, co trzeba zobaczyć na własne oczy, a nie tylko w katalogu. Konstrukcja składa się wyłącznie z wycinanych komputerowo kamiennych płyt – bez zaprawy, bez żadnych dodatkowych elementów łączących. Jak w czasach gotyckich katedr, których sklepienia wykonywano w podobny sposób. Tyle, że tu gotowe elementy składano zaledwie dwa tygodnie.]

Podczas Biennale rynkowa koniunktura przekłada się zwykle na ilość przelewanego prosecco oraz połysk wystaw, lecz Aravena wykręcił architektom niezły numer. Zachód powoli wykaraskał się z kryzysu, inwestorzy zaczęli wyciągać  odłożone do szuflady projekty, a w krajobrazie europejskich i amerykańskich miast znów pojawiły się dźwigi. Miło byłoby znów pobłyszczeć na okładkach kolorowych magazynów, a medialny szum po śmierci Zahy Hadid potwierdził tęsknotę za wielkimi nazwiskami i ekscentrycznymi twórcami. Dla wielu architeków to za szybko na pochylanie się nad wykluczonymi i  budowanie lepianek z gliny – brzmi świetnie, gdy chce się pochwalić znajomym egzotycznym wolontariatem, ale żeby zaraz przestać marzyć o  projektowaniu wieżowców i muzeów?

MOKOKO.jpg

[Nagrodzony Srebrnym Lwem dla „obiecującego młodego uczestnika” model pływającej szkoły Mokoko]

ZLOTY

[Z przodu makieta West Village w chińskim Chengdu – maksymalizacja przestrzeni rekreacyjnych i sportowych; w tle nagrodzona Złotym Lwem spektakularna instalacja Gabinete de Arquitectura z Paragwaju, wykonana z cegły przez niewykwalifikowaną siłę roboczą – tu akurat aspekt piękna i czystej formy architektonicznej został doceniony]

Polskie akcenty wypadły nieźle, chociaż „śmieciowo”. Wystawa Hugona Kowalskiego i Marcina Szczeliny o odpadach całkiem nieźle prezentuje się w Arsenale, ale tego śladu węglowego (śmieci przywiezione z Polski!) to chłopakom nie wybaczę. Polski pawilon z uwagi na temat, którego spodziewałam się w przynajmniej kilku innych miejscach, a którym jednak zajęli się tylko Polacy, stał się chyba jednym z najpopularniejszych w Giardini. Tu „śmieciowy” motyw dotyczył m.in. sposobu zatrudnienia robotników budowlanych bez umów (lub na tzw. „śmieciówkach”), ale i darmowe nadgodziny architektów załapały się na infografikę o problemach pracowników branży budowlanej. Trochę się martwiłam, że będzie za skromnie i że przygotowywany przez kielecką ekipę research nie wystarczy dla pełnego zobrazowania poruszanych kwestii, ale okazało się, że Biennale to miejsce zadawania pytań, a niekoniecznie podawania gotowych rozwiązań. Mieliśmy jednak z naszym własnym kuratorskim zespołem wrażenie, że wchodzimy na wystawę, którą sami zaproponowaliśmy na tegoroczne Biennale. Chociaż tematy się nie pokrywały, strona wizualna okazała się prawie identyczna. Ustawiony według naszego projektu billboard na dachu polskiego pawilonu miał krzyczeć czarnymi literami na agresywnie żółtym tle – tu krzyczały żółte torby w identycznym odcieniu, po których w całej Wenecji można było poznać architektów. Podobnie jak u nas, całą przestrzeń pawilonu wypełniała stalowa konstrukcja i tak samo była owinięta przepuszczającą światło tkaniną (tyle, że siatką ochronną, jak na rusztowaniach, a nie materiałem, z którego robi się billboard). Tak samo wchodziło się do środka przez wycięcie w materiale. Przynajmniej wiemy, że projekt sprawdziłby się w 1:1:)

Polish

Ciekawostka, ale spodziewana – zabrakło starchitektów. Co prawda pojawiły i garaże dla dronów projektu Fostera, i muzeum Chipperfielda w Sudanie, mignęli gdzieś w filmie dokumentalnym Herzog&de Meuron, a Shigeru Bana obskoczyli łowcy autografów, ale o pojedyncze nazwiska, a nie potężny gwiazdozbiór, jak zwykle bywało. Całą salę na wystawie głównej poświęcono też projektom Renato Rizziego. Zamierzałam podziękować mu za pokazywany w Giardini Teatr Szekspirowski – ostatnio rozmawialiśmy w dniu otwarcia, kiedy jeszcze nie wiedziałam, że Teatr stanie się jednym z moich ulubionych budynków. Rizzi, jak to stuprocentowy Włoch, rozgadał sie jednak z jakimś dziennikarzem. Następnym razem!

baN

Rizzi

[Rizzi, dziennikarze i przepiękne makiety]

DRON

[Fosterowy „garaż” dla dronów]

IRISH.jpg

[Projekcja na wystawie Irlandii (Níall McLaughlin), pokazujący, wraz ze zmieniającą się ścieżką dźwiękową, jak osoby z chorobą Alzheimera odbierają przestrzeń. Subtelnie, pięknie, ale w punkt – takie ekspozycje lubię na Biennale najbardziej.]

Największe rozczarowanie to brak otwartych debat. W Giardini zawsze były organizowane otwarte spotkania -€“ to miejsce stawało się centrum Biennale, gdzie można posłuchać dyskusji zaproszonych kuratorów i projektantów. Tym razem kilka spotkań odbyło się w audytorium, gdzie mieści się tylko niewielki odsetek zainteresowanych osób (nie wspominając o pewnym skandalu – okazało się, że Aravena zaprosił do głównej debaty na otwarcie debaty samych mężczyzn). Tym razem, kiedy na wystawie pokazywano dobre praktyki z odległych od siebie części świata, dyskusja i podzielenie się uwagami byłyby szczególnie ważne. Nawet, jeśli rozwiązania muszą być unikalne i „szyte na miarę” z uwagi na różnice geograficzne czy kulturowe, najbardziej intrygujące fragmenty wystawy głównej to te, które przedstawiały uniwersalność problemów oraz sposobów ich rozwiązania w różnych częściach świata. Do jednej z najbardziej trafnych w tym kontekście wystaw zaliczyłabym porównanie tymczasowych miast – od osiedli dla ofiar klęsk żywiołowych, przez festiwal w Glastonbury, po święto przyciągające w jedno miejsce w Indiach kilkanaście milionów ludzi.

Porażką była również nieobecność i jednoczesna medialna wszechobecność Araveny.  Chociaż wpatrywaliśmy uważnie jego rozwichrzonej czupryny, pojawiącej się dosłownie wszędzie – w magazynach, na filmach, w wywiadach – nie czułam jego roli jako gospodarza, jak chociażby Koolhaasa dwa lata temu. Nie kręcił się cały czas na wystawach, trudno było się wbić na spotkania. To dziwne, bo w trakcie przygotowań intensywnie współpracował z innymi kuratorami. Być może tak już mają niektórzy architekci – interesuje ich proces twórczy, a nie to, co dzieje się później, a może stał się ofiarą własnego sukcesu. Pritzker i Biennale w jednym roku to chyba trochę za dużo nawet dla takiego człowieka-orkiestry. Aravena, podkreślając swoje praktyczne podejście do rozwiązywania problemów, prezentował się nie tyle jako kurator, ale jako stuprocentowy architekt, który do przygotowania Biennale podchodzi jak do projektu architektonicznego. Już w pierwszej sali, wypełnionej gips-kartonem (100 ton pozostałości po poprzednim Biennale), pokazał proces projektowania wystawy, dyskusje z kuratorami i aranżowanie przestrzeni. Wszystko zgodnie z jego kuratorskim przesłaniem o roli architekta, tyle, że w pokazanych dalej projektach architekt stanowił zaledwie element, nie zawsze najważniejszy, procesu rozwiązywania problemów. Za to za każdym prawie razem, gdy tylko pozwalała na to aranżacja i stylistyka wystawy, łechtano ego projektantów jako bogów, twórców czy godnych podziwu filantropów. To trochę jak z Araveną, prawda?

greedy.jpg

[Aravena na filmie…

ARAV

[… i jego instalacja z rozbiórkowych stelaży i płyt gispowo-kartonowych]

 

 

team02

[Czym byłoby Biennale bez fotogenicznych instalacji?]

Najciekawsze wydawały mi się te fragmenty Biennale, gdzie“ rola architekta nie polegała na zbawianiu ludzkości, ale gdzie wyjście poza tradycyjne projektowanie oznaczało działania związane z definiowaniem systemów i procesów rządzących przestrzenią. Na przykład izraelski pawilon pokazywał relacje między nauką a architekturą, gdzie np. symulacje rozwoju kolonii drobnoustrojów można by wykorzystać jako model projektowania ludzkich siedlisk. Wyobrażam sobie świetnie odwrócenie tej zasady i wykorzystanie umiejętności architektów do analizy i zapisu podobnych procesów w nauce – badacze nie zawsze posiadają predyspozycje i doświadczenie, żeby tego dokonać.

Ale to, co zrobiło na mnie największe wrażenie, to wystawa Forensic Architecture, działającej w ramach londyńskiego uniwersytetu agencji zajmującej się dokumentowaniem dowodów (głównie dla organizacji pozarządowych i ONZ) dotyczących zbrodni wojennych czy środowiskowych. Te zadania wymagają współpracy pomiędzy specjalistami z różnych branż – od prawników po filmowców, ale rola architektów, którzy rozumieją przestrzenne relacje, jest szczególna w określaniu miejsca i czasu wydarzeń. Tu nie architekt stał w centrum zainteresowania, ale ofiary. To chyba jedyne miejsce na całej wystawie, gdzie na ludzi nie patrzyło się jak na masę, ale jak na konkretne jednostki. Pięciolatek, który zginął od wybuchu pocisku w Strefie Gazy staje się mniej anonimowy niż afrykańskie dziecko zdobywające wykształcenie dzięki nowemu budynkowi szkoły. Bezimienni rozbitkowie-uchodźcy stają się bliżsi niż społeczność południowoamerykańskich slumsów.

Właśnie takich wystaw oczekiwałam na tegorocznym Biennale.

FORENSIC

[Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz]

Kto sieje asap, ten zbiera fakap*

Palestine

Tytuł pochodzi ze strony „Korposzczur płakał jak czelendżował„. Co prawda daleko jestem od korporacyjnych klimatów, ale przez kilka ostatnich czelendżów, a zwłaszcza asapów, niewiele brakowało, a skończyłoby się na poważnych fakapach*. Być może zauważyliście, że blogowe posty pojawiają się ostatnio z mniejszą częstotliwością – to przez te asapy właśnie. Nie lubię narzekać na klęskę urodzaju, bo to najlepsza z możliwych klęsk, ale tym razem do zawalonego terminami kalendarza doszły wypadki losowe, z finałami szpitalnymi, niestety. Najwięcej trudności sprawiała jednak jednostka chorobowa o dźwięcznej nazwie „działalność gospodarcza”. Kończymy obecnie z moim osobistym urbanistą podręcznik planowania dla Obszaru Metropolitalnego Gdańsk-Gdynia-Sopot. Teminy napięte, zakres ogromny, a żeby tego wszystkiego było mało, Łukasz złamał ręce w wypadku rowerowym. Obie. W tym jedną tak pechowo, że od razu wylądował w szpitalu na operacji łokcia. Przez chwilę myśleliśmy, że wszystko się posypie, ale uff, chyba udało się opanować terminy. Nie poradzilibyśmy sobie bez pomocy i trzymania kciuków – dziękuję!

Kolejne asapy (oby nie skończyły się fakapami!) mamy na Politechnice. Po kapitalnych doświadczeniach z ubiegłego roku i projektem dla Starego Polesia w Łodzi pracujemy ze studentami nad założeniami dla przebudowy ulicy Długiej i Długiego Targu w Gdańsku. Pomimo kryzysów, stresu, momentów totalnego załamania i nagłych mobilizacyjnych zrywów, jesteśmy dobrej myśli – studenci zostali rzuceni na głęboką wodę, ale radzą sobie świetnie. Napiszę o tym w czerwcu, kiedy doprowadzimy projekt do końca.

Przez ten natłok spraw przegapiłam w ubiegłym tygodniu dziesiątą rocznicę (!) pracy w Heneghan Peng Architects. To też temat, który zasługuje na osobny tekst. Nigdy nie myślałam, że wytrzymam tyle lat w jednym miejscu, ale nadal nie wyobrażam sobie, żebym mogła bez żalu pożegnać się z takim zespołem i z takimi projektami. Już w tym tygodniu, 18 maja, odbędzie się oficjalne otwarcie Muzeum Palestyny (na zdjęciu). Jadę obowiązkowo, bo to przypuszczalnie jeden z najważniejszych projektów, nad którym kiedykolwiek miałam i będę miała okazję pracować. Będzie większa ekipa z biura, niektórzy zostają, żeby pojeździć jeszcze trochę po Bliskim Wschodzie. Niestety, nie dołączę do nich, ale zobaczymy się ponownie już niedługo, bo na początku czerwca wpadam na chwilę do Dublina, żeby zobaczyć, jak idzie przebudowa Galerii Narodowej. Prace mają skończyć się za kilka miesięcy, więc to może być ostatnia szansa, żeby zobaczyć Galerię w ciekawszej, bo rozbebeszonej wersji.

Między tymi biurowymi wyjazdami wyskakujemy jeszcze na previews weneckiego Biennale. Tego wydarzenia nie mogę się doczekać najbardziej: dwóch dni, kiedy liczy się architektura, architektura i tylko architektura. Będę wypatrywać starchitektów, w tym oczywiście boskiego Alejandro. Ba, od innej fanki mam dostać cynk, w którym hotelu się zatrzymuje:) Jeśli nie pojawię się z powrotem w Gdańsku, to znaczy, że zostałam jego groupie. Ahoj, przygodo!

*W razie pytań, co to te fakapy, wrzucam link do wyjaśnienia:)

[fot. Heneghan Peng Architects]

Młode Miasto nie za młodych mężczyzn

stocznia_01

Nie dałam rady wpaść na konferencję o Młodym Mieście na terenach postoczniowych w Gdańsku, więc obejrzałam sobie z ciekawości relację zdjęciową. Okazało się, że to idealna ilustracja do niedawnej rozmowy o sytuacji kobiet w branży. Sami zobaczcie: Aneta Szyłak była JEDYNĄ prelegentką i to reprezentującą świat sztuki, a nie architektury i planowania. Reszta to faceci, na dodatek w większości niezbyt młodzi i chociaż żadnemu z nich nie odmawiam wiedzy i doświadczenia, a niektórych na dodatek lubię prywatnie, to kiedy widzę kolejny raz podobną koncentrację, cholera mnie bierze. W takich sytuacjach przypomina mi się pewien cytat z Margaret Thatcher: Jeśli chcesz, by coś zostało powiedziane – powierz to mężczyźnie. Jeśli chcesz by zostało zrobione – powierz to kobiecie. I tak sobie panowie gadają od kilkunastu lat, a na terenach postoczniowych niewiele się zmienia.
Tak się wkurzyłam, że aż wysłałam zgłoszenie do bazy danych o kobietach-ekspertkach. Wstrzymywałam się bardzo długo, bo zawsze mi się wydawało, że trzeba łamać stereotypy działaniem, a nie podobnymi parytetopodobnymi akcjami. Ale czara goryczy się przelała. Za dużo miałam ostatnio okazji uczestniczenia w mało przyjemnych sytuacjach, kiedy jako jeszcze w miarę młoda kobieta, która na dodatek nie próbuje się wizualnie postarzać (babciowatym garsonkom mówię zdecydowane nie!), jestem traktowana z ogromną podejrzliwością. Na dodatek pracuję w jakimś zagranicznym biurze o dziwnej nazwie, jakbym nie mogła po bożemu zatrudnić się gdzieś lokalnie, wtedy można by zadzwonić do szefa –  kolegi ze studiów albo kumpla od wódeczki, powiedziałby, co to za jedna. Zazdroszczę Warszawie, bo tam dziewczyny mają więcej do powiedzenia – bardzo się ucieszyłam, kiedy Marlena Happach została prezeską SARP. Napisałam ‚prezeską’! Chyba staję się prawdziwą feministką (ale ‚architektka’ przez gardło mi nie przejdzie).
Kiedy patrzę na nasz coraz bardziej sfeminizowany wydział i niesamowite studentki, które mają tyle talentu i samozaparcia, że wielu facetów mogłoby o tym tylko pomarzyć, z jeszcze większą energią mam ochotę kruszyć beton, żeby ułatwić im podbijanie architektonicznego świata. Pomożecie?
[fot. Monika Arczyńska]

Hallo Frau Dr. Monika Arczynska

obrona.jpg

Facebook przypomniał mi właśnie, że broniłam się dokładnie trzy lata temu. W sumie to był całkiem przyjemny dzień. Byłam raczej wkurzona niż zestresowana (ale już nawet nie pamiętam na co), poza tym przyjechali rodzice, uśmiechający się tego dnia bezustannie  i wpadło sporo znajomych. Niektórzy szczęśliwym przypadkiem – akurat tego dnia Lila i Rafał z Menthol Architects przylatywali do Gdańska z Dublina, chociaż wcale nie planowali przyjazdu akurat na obronę. Wpadli lekko spóźnieni, a ja byłam już tak zaaferowana prezentacją, że nawet nie zauważyłam, kiedy się pojawili.

Doktorat zajął mi osiem lat. Za długo? Może i tak, ale przez cały czas równolegle pracowałam i powstało w tym czasie kilka chyba niezłych projektów. Wiele razy słyszałam jednak pytanie „po co Ci, kobieto, doktorat”? Do projektowania jest kompletnie nieprzydatny, architekci-doktorzy są nawet niekiedy traktowani z lekką podejrzliwością, bo teoria a praktyka to jednak dwa zupełnie odmienne światy. Zawsze bałam się jednak utknięcia w tylko jednym z nich – zawsze wydawało mi się, że najciekawsze rzeczy dzieją się na ich styku. Odkąd przeniosłam się do Polski mam coraz więcej okazji, żeby pracować właśnie w tej przestrzeni „pomiędzy”, ale przyczyn zabrania się za tę mozolną pracę było całkiem sporo:

Bo miałam świetnego promotora. Profesor Andrzej Baranowski to… nie, nie wiem nawet, jak napisać o jego wiedzy i klasie, żeby nie zabrzmiało to banalnie. Spotykaliśmy się za każdym razem, kiedy przylatywałam do Polski, a raz nawet w Dublinie przy okazji pewnej konferencji (guiness w pubie zaliczony:). Każde z tych spotkań było dla mnie ważne nie tylko w kontekście popychania do przodu pracy nad doktoratem, ale również ogromną przyjemnością i wypełnieniem głowy kolejnymi ważnymi sprawami do przemyślenia. Poza tym to właśnie profesor pierwszy raz opowiedział mi o niejakim Alejandro A.:)

Bo nauczyłam się dużo nie tyle o samym prowadzeniu badań, co o świecie. Pisałam o wyborach mieszkaniowych w kontekście społeczeństwa konsumpcyjnego i okazało się, że całkiem przypadkiem mogłam poobserwować na żywo zjawiska, o których równolegle czytałam w literaturze. Polski boom mieszkaniowy, kryzys w Irlandii, bańka na rynku nieruchomości – mogłabym długo wymieniać. Nawet teraz, kiedy słyszę o mieszkaniowych planach znajomych, wiem, dlaczego przychodzą im do głowy właśnie takie pomysły.

Bo w dość jeszcze niestety seksistowskiej Polsce „dr” przydaje się dość jeszcze młodej kobiecie, która nie lubi udawać babochłopa, za to odzywa się, kiedy ma coś do powiedzenia.

Bo przydaje się do zleceń związanych z doradztwem, a nie samym projektowaniem. Moje doświadczenie w projektowaniu dużych budynków użyteczności publicznej według zachodnich standardów przydaje się w Polsce, a „dr” przed nazwiskiem otwiera drogę do opracowań eksperckich w tym temacie.

Bo jest przepustką do uczenia studentów, a ja to naprawdę bardzo lubię.

Ale największa korzyść z doktoratu to ten moment, kiedy na biurowego maila dostaję newsletter z niemieckiego sewisu o konkursach architektonicznych. Nasza sekretarka skrupulatnie zarejestrowała  wszystkie stopnie zawodowe, naukowe i afiliacje, więc kiedy przychodzi nowa wiadomość, za każdym razem parskam ze śmiechu, bo czy nagłówek „Hallo Frau Dr. Monika Arczynska” nie wygląda przekomicznie?

A poza tym rodzice zawsze powtarzali, że dobrze byłoby mieć lekarza w rodzinie:)

[Fot. Barbara Zgórska]

Tego Wam nie wybaczę!

Wajdeloty

Już dawno przymierzałam się do tego tematu. Czekałam tylko na wiosnę i zazielenione drzewa, żeby zrobić serię porządnych zdjęć. O co chodzi? O miejsce, o którym pisali już chyba wszyscy trójmiejscy blogerzy – Dolny Wrzeszcz i ulicę Wajdeloty. Większość wypowiadała się z zachwytem, mnie zachwyca tylko część zachodzących tam zmian, bo teraz to już gentryfikacja w najbrutalniejszym wydaniu. Chciałam o tym napisać w żartobliwie-uszczypliwym stylu, przygotowując test poziomu zgentryfikowania ulicy. Miały się tam znaleźć pytania o dostępność produktów bezglutenowych (na Wajdeloty – żaden problem), możliwość przystrzyżenia brody (pod numerem 9), jakość humusu (podobno przyzwoita) i deserów z chia (znośna) oraz liczba miejsc, w których można poćwiczyć jogę (obecnie chyba dwa). Zrobiłabym to, gdyby nie wczorajsze wydarzenie…

Mieszkam w Dolnym Wrzeszczu. Kiedy szukaliśmy z moim osobistym urbanistą miejsca, żeby stworzyć w Gdańsku bazę (nie piszę ‚osiąść’, bo jak znam życie, znów nas stąd kiedyś wywieje), nie patrzyliśmy nawet na inne dzielnice niż Wrzeszcz. To nie jest centrum wszechświata, ale ma największą kumulację tych rzeczy, które w życiu w mieście są najważniejsze: świetną dostępność komunikacyjną (tramwaj, autobus, ścieżki rowerowe, pociąg i kolejka miejska, teraz również na lotnisko), usługi – od zegarmistrza po sieciówki z ciuchami, na Politechnikę idzie się stąd 20 minut jedną z moich ulubionych ulic, a przychodnię mamy przy domu. Zapomniałabym! W promieniu kilkuset metrów znajdują się trzy parki i skwery, z nowym wyposażeniem dzięki sąsiedzkim staraniom i budżetowi obywatelskiemu. Dzielnica wydaje się skazana na sukces, stąd moje zdziwienie, że jeszcze niedawno Urząd Miasta myślał serio o zaplanowaniu tam działań rewitalizacyjnych.

Odkąd dokonano ‚rewitalizacji’ (tzn. remontu) ulicy, trudno nadążyć za prędkością zmian. Zaczęło się od wegańskiej knajpy, która zaczęła działać jeszcze podczas remontu, gdy przejście przez rozkopy i stalowe siatki przypominało tor przeszkód. W miejscu spożywczaka powstał ‚Hummusland’. W miejscu mięsnego – ‚The Barbers’. Przetrwała pizzeria ‚Ósemka’, którą pamiętam jeszcze ze studenckich czasów, gdy na Wajdeloty czasem przychodziło się popatrzeć na piękne przedwojenne kamienice, ale cały ten obszar za torami wydawał się wówczas taki odległy… ‚Ósemka’ przetrwała, chociaż serwowana tam pizza zawsze była raczej polską wariacją na temat włoskiego oryginału, za to w ubiegłym roku pojawiła się taka informacja :

vegan.jpg

Wzdychałam z lekkim zniecierpliwieniem za każdym razem, gdy następowały podobne zmiany, ale nie chciało mi się wierzyć, że gentryfikacja może mieć tu takie tempo jak w Berlinie, przebadanym od pod tym kątem z laboratoryjną dokładnością. Pocieszałam się, że przecież w sumie wszystko idzie w dobrym kierunku, ulica wypiękniała, podziemna infrastruktura została wymieniona, fundamenty kamienic zaizolowane, ruch uspokojony, a atrakcyjność miejsca wprowadzi tam nowe biznesy i miejsca pracy. Wzdychałam i mamrotałam pod nosem, że dopóki na ulicy przetrwają lumpeksy i sklep metalowy, nie jest jeszcze tak źle. Lumpeksów zawsze było kilka, a metalowy to takie miejsce, na widok którego człowiekowi robi się lżej na duszy, bo wiadomo, że jeśli trzaśnie w domu jakiś wężyk albo uszczelka, to przemiły pan sprzedawca na pewno dobierze odpowiedni zamiennik i poradzi, jak go zamontować. To też sklep, na którego wystawie znajduje się stary szyld z nazwą ulicy – ot, taki lokalny sentyment.

Lumpeksy powoli zaczęły znikać, sąsiednie solarium padło, ale metalowy dzielnie trwał. Wczoraj w drodze na rosyjski zobaczyłam jednak w oknach informację o likwidacji.

Nigdy Wam tego nie wybaczę, ale kim jesteście, tajemniczy ‚Wy’? Lokalną hipsterką sączącą rzemieślnicze piwo w pubie na końcowym rondzie? Sama je tam wczoraj sączyłam. Klasą średnią, która zamieszkała na nowym osiedlu w starym browarze na końcu ulicy? To takie miejsce, gdzie w każdej klatce mieszkają co najmniej trzy buldożki francuskie, a liczba samochodów na gospodarstwo domowe jest taka, jak na przedmieściach. A może ‚Wy’ to właściciele lokali, którzy po latach dokładania do swoich lokalnych sklepików zauważyli szansę na niezły biznes? Rozumiem to doskonale. A może chodzi o blogerki lajfstajlowe, które interesuje ładne tło do zdjęć i dobra kawa? Nie wiem. Pewnie nie ma sensu szukanie winnych, pewnie jestem równie winna, bo częściej korzystam z Biedronki przy browarze niż z ostatniego warzywniaka na Wajdeloty. Nie tylko więc Wam – sobie tego też nie wybaczę.

[fot.Monika Arczyńska]

Czas to pieniądz

rury.jpg

Co za budowlano-remontowy sezon! Znajoma kupuje mieszkanie i czeka ją wykańczanie stanu deweloperskiego. My niedługo utkniemy w dwóch remontach. Przepraszam – przebudowach, bo według prawa budowlanego postawienie ścianki działowej bywa przebudową. Szukam właśnie umywalek, baterii, podłóg i tysiąca innych rzeczy, ale przede wszystkim zgrzytam zębami na myśl o tym, ile to wszystko jeszcze potrwa. Problemem nie jest nadmiar materiałów do wyboru ani moje projektowe niezdecydowanie, chociaż właśnie nieco utknęłam przy płytkach ceramicznych. Problem to urzędowe procedury, które trwają wieki.Pomimo chichotów znajomych („Serio? Zamierzasz to zgłaszać do urzędu?”) robię wszystko zgodnie z prawem. Jedno pozwolenie na budowę czeka już od roku, drugi projekt jest gotowy. Dziś składam zgłoszenie, bo wystarczy do większości prac remontowych, a znacznie przyspieszy inwestycję. Na szczęście zalecenia konserwatorskie (jeden z budynków jest w ewidencji) są zgodne z moimi zamierzeniami, ale ich uzyskanie trwało ponad miesiąc…

Czytuję od czasu do czasu blog Michała Szafrańskiego „Jak oszczędzać pieniądze”. Też bym chciała być równie przedsiębiorcza jak Michał Sz., ale chyba za dobrze znam przepisy budowlane. Zaintrygował mnie wpis „Mieszkanie jako inwestycja krótkoterminowa, czyli jak można zarobić kilkadziesiąt tysięcy w 2,5 miesiąca”. Sprawa wyglądała prosto: Michał kupił w dobrej cenie zadłużone mieszkanie w nie najlepszym miejscu i standardzie z myślą o wynajmie studentom lub sprzedaży. Po wyprostowaniu kilku administracyjnych problemów i błyskawicznym, niskobudżetowym remoncie udało mu się korzystnie sprzedać mieszkanie. Zafascynował mnie harmonogram tego przedsięwzięcia: 29 listopada – zakup mieszkania; […] 5 grudnia – start prac remontowych. Liczę i liczę, ale nijak nie chce mi się zmieścić  między tymi datami 30 dni. To tyle, ile należy odczekać po zgłoszeniu prac budowlanych do urzędu. Milczenie oznacza zgodę – jeśli nie będzie reakcji, można zacząć działać. Jeśli okaże się, że potrzebne są jakieś uzgodnienia albo planowane prace kwalifikują się do pozwolenia na budowę (np. jakiekolwiek zmiany w instalacji gazowej), urząd wyśle odpowiednie instrukcje. Zgłoszenie to tylko dwa łatwe do wypełnienia formularze i ewentualnie rysunek, który można wykonać samodzielnie. To nic nie kosztuje, tylko… no właśnie, czas.

Jaki jest sens zgłaszania prac budowlanych? A chociażby taki, że wymaga zastanowienia się nad ich ewentualnymi konsekwencjami, a urzędnicy odpowiednio to zweryfikują. Przykłady z życia: przyjaciółka z rodziną musiała ewakuować się z mieszkania, bo sąsiadka z dołu po likwidacji pieca kaflowego zafundowała sobie kominek z otwartym paleniskiem. Komin to komin, co za problem, po co to w ogóle z kimkolwiek konsultować? Inny poziom wilgotności i temperatura dymu sprawiły jednak, że przewód bez wkładu zaczął przepuszczać spaliny do mieszkania powyżej. Ktoś inny przyznał się niedawno, że bez pozwolenia zmieniał w swoim mieszkaniu (w bloku!) instalację gazową. To zdecydowanie inny kaliber niż banalna wymiana podłóg, ale chodzi o tę samą zasadę: gdzie są granice dysponowania swoją własnością oraz zaufania do wiedzy budowlanej – własnej lub niekoniecznie świetnie wykwalifikowanego fachowca. Z jednej strony wściekamy się na zalew szmat reklamowych na elewacjach czy nieskoordynowane podziały okienne w zabytkowych kamienicach, a przecież wynikają z tego samego podejścia lub niewiedzy. Ostrożniej działają ci, którzy przymierzają się do większej inwestycji (może ze strachu przed inspekcją budowlaną?). Można już budować domy jednorodzinne na samo zgłoszenie. Bałam się, że przyczyni się to do jeszcze większego chaosu na suburbiach, ale okazuje się, że inwestorzy niezbyt chętnie korzystają z tego pozornego udogodnienia. Pozornego, bo jakakolwiek wątpliwość ze strony urzędu bądź błąd w dokumentacji znacznie komplikują i wydłużają inwestycję w porównaniu do spokojnego budowania po uzyskaniu pozwolenia. A przecież czas to pieniądz, prawda?

[Fot. Monika Arczyńska]

 

 

 

Piano

IMG_4037

Przygotowujemy się właśnie z Maksem Bochenkiem do dyskusji po projekcji odcinka „Świątyń kultury” o Centrum Pompidou w gdańskim IKM. Czytam m.in. o Renzo Piano i przypominają mi się inne jego realizacje, które miałam okazję zobaczyć. Naliczyłam ich ponad dziesięć, przy czym niektóre oglądałam tylko z zewnątrz albo właśnie były w budowie. W innych miałam okazję spędzić więcej czasu, np. w Lingotto w Turynie. To był chyba jedyny raz w życiu, kiedy podczas wakacyjnego wyjazdu szarpnęliśmy się z moim osobistym urbanistą na pięciogwiadkowy hotel (na szczęście w dużej promocji*). Piano zajął się tam adaptacją fabryki Fiataz lat 20. To, co przede wszystkim warto zobaczyć w Turynie, to niekoniecznie jego interwencje, ale sama fabryka – żelbetowy budynek-maszyna. Nocleg w hotelu pozwala skorzystać z jej niesamowitego dachu z celach joggingowo-widokowych – oryginalnie znajdował się tam tor testowy dla samochodów i to tam rozgrywa się również jedna ze scen w filmie „Włoska robota”.

turyn.JPG

[Te dwie narośle na dachu to „włoska robota” Renzo Piano w Lingotto]

Jeden z najnowszych budynków Piano oglądałam z kolei miesiąc temu na Malcie. Valetta City Gate – bramę do Valetty połączoną z administracyjno-kulturalnym kompleksem – ukończono w 2014 roku. Zespół wygląda trochę anachronicznie i ma to wszystko, za co kochałam Piano jeszcze na studiach, a za co już go tak bardzo nie kocham. Jest lokalne rzemiosło, ale udawane, bo założę się, że kształtki elewacyjne wycinała maszyna CNC, a nie sprawne dłonie kamieniarzy. Jest lokalny materiał – piaskowiec, ale w takiej masie, że aż przeraża ciężarem. Są dopieszczone elementy konstrukcyjne, ale całość tak gęsto podparto, że nabrała „egipskiego” charakteru. Najgorsze są i tak dwa metalowe wrzeciona przy wejściu, zaprojektowane chyba tylko po to, żeby można było walnąć detal mocowania na okładkę książki „Renzo Piano Building Workshop” z podsumowaniem kolejnej dekady. I ta symetria… I te podwójne blachy oddzielające stare kamienne fortyfikacje od nowej realizacji – co za dosłowność!

Szybkie śledztwo wyjaśnia, skąd takie rozwiązania. W skrócie: rządowi od dawna zależało na realizacji jakiegoś starchitekta w tym ważnym miejscu – to główne wejście do Valetty, znajdują się tam ruiny wiktoriańskiej opery, zaadaptowane ostatecznie na scenę pod gołym niebem, a pusta działka obok wydawała się idealnym miejscem dla siedziby parlamentu. Rozmowy z Piano rozpoczęto już w 1985 roku. Po prezentacji pierwszych propozycji masterplanu publiczny odbiór projektu okazał się tak negatywny, że wstrzymano inwestycję. A może i budżet nie wytrzymał? Nieważne. Ważne, że powrócono do tego pomysłu dopiero w 2008 roku, spodziewając się nowej koncepcji, ale Piano najwidoczniej wyciągnął z szuflady przykurzony już nieco project albo przypomniał sobie, co mu chodziło po głowie dwie dekady wcześniej. Widać te lata osiemdziesiąte, oj widać, a to nie był najszczęśliwszy okres dla architektury…

IMG_4058

[„Walk like Egyptian” to też połowa lat 80…]

szpikulec.jpg

[W sam raz detal na okładkę, prawda?]

IMG_4049

[Stare i nowe, rozdzielone ostrym cięciem stali. Jakoś tak… „studencko”]

IMG_4050

[Tak wygląda dół realizacji – w ten może malowniczy, ale bałaganiarski zakątek można zajrzeć wchodząc do Valetty. Architekt oczywiście nie miał tu wiele do powiedzenia, ale wrzucam to zdjęcie, aby pokazać, że wizytówki miast są zaniedbane nie tylko w Polsce:)]

Zapraszam w środę o 19:00 na opowieść o Centrum Pompidou. Też będziemy się nieco pastwić, ale nad filmem, nie nad Renzo Piano. Za to ja w ramach solidarności jajników być może popastwię się też nieco nad Richardem Rogersem, bo w okresie realizacji Pompidou poznał swoją obecną żonę, rzucając dla niej poprzednią – partnerkę w firmie, współautorkę Centrum i matkę ich trojga dzieci. Czy ktoś dziś pamięta, że Centrum Pompidou współprojektowała Su Rogers?

*Właśnie zauważyłam, że od czasu naszej wizyty hotelowi utrącono jedną gwiazkę – pewnie lampy Castiglioniego straciły nieco ze swojego blasku – więc przyjemność nocowania w miejscu zaprojektowanym przez laureata Pritzkera i porannej przebieżki na dachu jednej z najpiękniejszych fabryk świata jest jeszcze bardziej dostępna.

[fot. Monika Arczyńska]

Styczeń

berlin scharoun 03.jpg

Kasia Tusk co miesiąc przedstawia na swoim blogu listę aktualnych „umilaczy” i „Last month” ze zdjęciową relacją z ostatniego miesiąca. Wśród „umilaczy” ostatnio pojawił się między innymi przepis na naturalny cukier waniliowy oraz długa lista kosmetyków. Ponieważ na SIX LETTER CITY nadal nie ma żadnego lokowania produktu (producenci papy termozgrzewalnej – dlaczego, ach dlaczego wciąż mnie ignorujecie?), a na instagram wciąż nie mogę się zdecydować, to skuszę się chociaż na podsumowanie bieżących wydarzeń.

POLITECHNIKA

W ubiegły piątek studenci Gospodarki Przestrzennej na Politechnice Gdańskiej prezentowali prace semestralne. O zeszłorocznych projektach pisałam szerzej tutaj – w tym roku powtórzyliśmy temat i lokalizację, modyfikując nieco układ zajęć na podstawie wcześniejszych doświadczeń. Znów wyszło świetnie, ale zastanawiam się, czy przypadkiem nie wymagamy od studentów zbyt wiele. Czasem chyba zapominamy, że są dopiero na piątym semestrze! Poradzili sobie fantastycznie, a jako deweloperzy zarobili po kilkadziesiąt milionów złotych wirtualnych złotówek:)

WARSZAWA

Miniony weekend spędziłam pracowicie i przyjemnie w Warszawie. W sobotę opowiadałam o współpracy między projektantami a publicznymi inwestorami na podyplomowych studiach „Miasta i Metropolie” w Instytucie Badań Przestrzeni Publicznej. Nareszcie poplotkowaliśmy na spokojnie z Piotrem Szczepańskim z Instytutu, bo do tej pory zawsze spotykaliśmy się gdzieś w przelocie. Umówiliśmy się także z Gosią Borys z MamArchitekci. Opowiadała o aktualnych projektach – pracownia się rozwija, zlecenia są coraz ciekawsze, a poza tym miło posłuchać kogoś, kto mówi, że przychodzi do pracy z autentyczną przyjemością. To ostatnio rzadkość wśród architektów:) Poznałam też w końcu Jacka Grunt-Mejera, który zajmuje się programem rewitalizacji Pragi. „W końcu”, bo wcześniej czytałam sporo jego tekstów i facebookowych komentarzy – bardzo podoba mi się jego energia i zdroworozsądkowe podejście do rewitalizacji i zasad funkcjonowania miasta.

MUZEA

WP_20160123_18_04_48_Pro

Odwiedziłam przy okazji dwa warszawskie muzea. W Polinie – Muzeum Historii Żydów Polskich – byłam wcześniej jeszcze przed zainstalowaniem wystawy. Treaz prawie trzy godziny nie wystarczyły na dokładne obejrzenie całości i na pewno tam wrócę. Podobało mi się również Muzeum Warszawskiej Pragi z wystawą zaaranżowaną przez 137kilo. Nie wiedziałam nawet, że mieszała przy tym projekcie Charlie Koolhaas. Oprócz obejrzenia samej wystawy warto również zobaczyć konkursowe plansze i grafiki – to prawdziwy majstersztyk w przedstawieniu koncepcji. Mam słabość do makiet i myślę, że nadają się idealnie do prezentacji projektów krajobrazu, przestrzeni publicznych i właśnie wystaw. Uproszczenie, jakie daje model, pozwala na znacznie czytelniejsze wyjaśnienie, jaki jest główny zamysł, ale też na zbudowanie określonej atmosfery wokół projektu, zdecydowanie bardziej trafnie niż nawet najbardziej realistyczne wizualizacje.

MIASTOPROJEKCJE

IKM_MP

Zapowiadałam niedawno, że szykuje się kolejna współpraca z Maksem Bochenkiem. Już dziś zaczynamy nowy cykl spotkań w Instytucie Kultury Miejskiej. Tym razem w ramach serii Miastoprojekcje będziemy opowiadać o budynkach przedstawionych w serii filmów „Świątynie Kultury”. Rozbijamy filmy, oryginalnie złożone z trzech odcinków-budynków, na części prezentujące pojedyncze obiekty. Zaczynamy od Filharmonii Berlińskiej (na zdjęciu na górze), następne w kolejce – Centrum Pompidou.

KANADA

hp

Wspominałam już na Facebooku, że Heneghan Peng wygrało konkurs na Muzeum Kajaków w Kanadzie. Brzmi może mało poważnie (kajaki???), ale będzie się tam mieścić największa na świecie kolekcja kajaków, które stanowią kawał dziedzictwa kulturowego Kanady, w tym osiemnastowieczne eksponaty. Oprócz wystawy w muzeum zostaną zlokalizowane m.in. sale edukacyjne i warsztatowe, a także centrum kajakarstwa. Pracownie z całego świata wysłały prawie sto zgłoszeń, a elementem finałowej selekcji najlepszego projektu była publiczna prezentacja oraz internetowy sondaż – dziękujemy za wszystkie głosy! Nie pracowałam nad projektem konkursowym, ale cieszę się równie mocno, jak autorzy koncepcji. Powstanie budynek, który nie stara się być na siłę ikoną i prawie zniknie w krajobrazie.

A10

Cover-A10-61

A w styczniowo-lutowym numerze A10 pojawił się nasz (mojego osobistego urbanisty i mój) tekst o polskim mieszkalnictwie. Mam nadzieję, że się pojawił, bo nie miałam jeszcze okazji zajrzeć do środka:)

Tyle aktualności. Zamierzam teraz nacieszyć się przerwą w zajęciach na uczelni i zbierać siły na kolejny semestr. Znów będzie się działo – o tym wkrótce:) A gdyby jednak producenci papy termozgrzewalnej zdecydowali się na umieszczenie reklamy na moim blogu, obiecuję, że przemyślę nawet instagram!

[Fot. Monika Arczyńska, A10, designboom, IKM]

 

Tłusty 2015

2015_01.jpg

To był dla mnie wyjątkowo ‚tłusty’ zawodowo rok. Zresztą nie tylko dla mnie – większość znajomych była tak zawalona pracą (i to coraz ciekawszymi zleceniami), że żartowaliśmy na temat siedmiu chudych lat, które na szczęście minęły od kryzysu 2008 roku. Jeśli pasma sukcesów i porażek faktycznie zmieniają się w takich interwałach czasowych, to do końca 2021 będzie dobrze.

Zamiast wyliczania najważniejszych wydarzeń minionego roku, postanowiłam posumować, w jakie sfery działania były dla mnie najważniejsze i najbardziej przełomowe. Kiedy myślę o 2015 roku, na myśl przychodzą mi jednak przede wszystkim wcale nie projekty, ale ludzie, z którymi miałam okazję współpracować, dyskutować i wzajemnie się wspierać w architektonicznych kwestiach. Stąd i na zdjęciach pojawia się wyjątkowo mało budynków:)

GADANIE

Miałam tyle okazji, żeby je poćwiczyć publiczne prezentacje, że w końcu czuję się dość swobodnie podczas wykładów i debat. Bywało ekstremalnie i przyznaję, że cztery godziny  gadania pod rząd to spore wyzwanie. Wybrałam się nawet na warsztaty emisji głosu i mam już przygotowany korek od wina, bo podobno mówienie z korkiem w ustach poprawia artykulację. Muszę jednak głównie popracować nad oddechem, bo kiedy zaczynam opowiadać o achitekturze, tak się nakręcam, że zapominam o nabieraniu powietrza do płuc.

PROJEKTOWANIE

Po raz pierwszy w życiu miałam więcej projektów na budowie niż na papierze. Co prawda większość roku minęła pod hasłem ‚Centrum Sztuki Współczesnej w Moskwie’, które jeszcze nie wyszło poza fazę projektową, ale moje główne równoległe zadanie to opieka nad realizacją Wielkiego Muzeum Egipskiego. Razem to około 150 tysięcy metrów kwadratowych muzeów:) Od czasu do czasu wspieram też zespół w zmaganiach z Galerią Narodową w Dublinie. Przed świętami cieszyłam się jak dzieciak oglądając już zrealizowane części kompleksu, które projektowałam kilka lat temu i bałam się wówczas, że przez kryzys wszytskie pomysły na zawsze trafią do szuflady. Muzeum Palestyny już jest wykańczane – otwarcie odbędzie się już 15 maja i mam nadzieję, że uda mi się tam wybrać, bo to jeden z tych projektów, w które włożyliśmy nie tylko wiele pracy, ale i serca, zdając sobie sprawę ze znaczenia tej instytucji.

UCZENIE

Kolejne przełomy. Zaczęło się od fantastycznych projektów przygotowanych przez studentów Gospodarki Przestrzennej na Politechnice Gdańskiej – właśnie pracujemy nad tym samym urbanistyczno-ekonomicznym zadaniem z kolejną grupą i znów widać szybkie postępy. Później Architektour, gdzie udało się z sukcesem przetestować horyzontalną współpracę między uczestnikami warsztatów – studentami a tutorem. To doświadczenie przełożyło się na późniejsze najbardziej niesamowite dotychczas uczelniane współdziałanie – projekt rewitalizacji Starego Polesia w Łodzi. Do teraz nie wierzę, że udało się tego dokonać w tak krótkim czasie!

2015 to także pierwszy współprowadzony dyplom (Daria, gratulacje!). W kolejce następne i mam nadzieję, że wkrótce uzyskam uprawnienia do samodzielnego prowadzenia dyplomów. A już w styczniu poprowadzę zajęcia na podyplomowych studiach miejskich Miasta i Metropolie w Instytucie Badań Przestrzeni Publicznej w Warszawie.

PODRÓŻOWANIE

Oprócz kilku europejskich wyjazdów nareszcie nadrobiłam krajowe zaległości. Rok temu planowałam odwiedzenie polskich miast, w których nigdy bądź bardzo dawno nie byłam. Udało się i ‚zaliczyłam’ m.in. Katowice, Radom, Poznań, Krakow i Lublin. W Warszawie niestety tylko robię sobie zaległości – tyle powstało nowych budynków, a ja krążę z reguły wyłącznie między dworcem a lotniskiem. Szczecin jeszcze musi poczekać, ale może to lepiej, bo przynajmniej zobaczę nie tylko Filharmonię, ale i ‚Przełomy’ Roberta Koniecznego. Trzeba mieć w końcu jakiś plan na 2016, prawda?

WSPÓŁPRACOWANIE

Nie przyznawałam się wcześniej, bo planowałam premierę z pompą (nie wyszło z braku czasu), ale jesienią założyłam działalność. Dostałam pierwsze własne zlecenia (o tym później, ale zdradzę tylko, że chodzi o pewne muzeum), a plan jest taki, żeby rozwijać współpracę z moim osobistym urbanistą. Wiem, że inne pary niekoniecznie lubią współpracować, ale my tak świetnie uzupełniamy się zawodowo, że szkoda byłoby tego nie wykorzystać. A poza tym to oznacza więcej czasu spędzonego razem:)

Z Menthol Architects co prawda nie udało nam się w tym roku nic wspólnie zaprojektować, ale obserwujemy uważnie konkursy i mam nadzieję, że wkrótce znów zabierzemy się za coś nowego. Zawsze służymy sobie pomocą przez Skype. Zapowiada się również dalsza współpraca z Maksem Bochenkiem. Za nami pierwszy cykl wykładów w Instytucie Kultury Miejskiej w Gdańsku i wygląda na to, że to nie ostatnia okazja do publicznych dyskusji o architekturze i sztuce. Okazało się również, że nasz wykonany wspólnie z moim osobistym urbanistą projekt pawilonu polskiego na tegoroczne Biennale Architektury dostał się do pierwszej trójki. Kolejny konkurs dopiero w 2017, ale może pomyślimy o innej wystawie?

BLOGOWANIE

Z regularnością pisania trochę ostatnio gorzej, ale za to SIX LETTER CITY coraz bardziej przekłada się na ‚real’. Poznaję nie tylko czytelników, ale i innych architektonicznych i architektonicznych blogerów. Na przykład z Kasią z Krainy Deszczowców kolejny raz przegadałyśmy kilka godzin w dublińskim pubie. Na razie spośród archiblogerów poznałam tylko Roberta Skitka (ach, co to była za impreza!) i chłopaków z Archifunbloga. A że z Kasią Antończyk – Architekt na szpilkach – nie miałyśmy jeszcze okazji umówić się na kawę, to już w ogóle karygodne. Kasia, w styczniu? Mogę podjechać do Sopotu:) Pani Dyrektor? AWX2? Nie wybieracie się może nad morze?

Życzę wyjątkowo tłustego 2016:)

 [Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz, Lila Krzycka]

Schrony, neony i nocne architektów rozmowy

mackow

Miałam do pozałatwiania kilka spraw we Wrocławiu, a ponieważ akurat w ten weekend mój osobisty urbanista miał tam prezentację w związku z nowym Studium, też wskoczyłam do pociągu. A pociągi na trasie Trójmiasto-Wrocław wymiatają, proszę Państwa. Są prawie jak pendolino i ‚prawie’ nie robi tu wielkiej różnicy. Jadąc w wygodnym, bezprzedziałowym wagonie dowcipkowaliśmy sobie na temat Polski w ruinie. W ruinie chyba są dawne stereotypy, bo rzeczywistość z czystymi toaletami z ciepłą wodą nie bardzo pasuje do lansowanej przez Sami-Wiecie-Kogo wizji. Z powrotem pierwszy raz w życiu jechałam nocnym i podoba mi się to rozwiązanie – stukot pociągu doskonale usypia, a wdrapywanie się na górne miejsce przypomina studenckie czasy i piętrowe łóżka w akademiku Gdyby jeszcze tylko leżanki były kilka centymetrów dłuższe!

Na spotkaniu odnośnie Studium wynudziłam się jak mops. Nie nadaję się do sluchania takich rzeczy. Wiem, to było spotkanie głównie dla mieszkańców, a nie specjalistów, ale kiedy kolejny prelegent zaczynał cytować Gehla, uciekłam, żeby zobaczyć w sąsiedztwie nową realizację pracowni Maćków. Nie chcę być złośliwa, ale… „Życie między budynkami” ma już 44 lata. Tłumaczenie na angielski – 28. To troche niepokojące, że taki klasyk musiał pojawić się w polskiej wersji, żeby w końcu odkryły go rzesze architektów i urbanistów…

Komin

Za to u Maćkowa, jak zwykle zresztą, jest całkiem kulturalnie. Może biurowiec przy Kurkowej mnie nie zachwycił, ale mieszkaniówka obok – całkiem, całkiem. Gdybym miała taki taras z widokiem na wodę, pewnie wpadłabym w alkoholizm od sączenia wina przy każdej mozliwej okazji. Popstrykałam zdjęcia, żeby pokazać studentom, którzy właśnie walczą z tematem śródmiejskiego kwartału, skalę otwartego z jednej strony dziedzińca, który na Kurkowej miał jakieś 15 metrów szerokości (na pierwszym zdjęciu). Na tyle dużo, żeby spełnić minimalne wymogi dotyczące doświetlenia mieszkań i na tyle mało, aby słońcem cieszyć się przez chwilę, za to dobrze poznać zwyczaje sąsiadów z naprzeciwka.

mackow 03

Główny architektoniczny cel wyjazdu stanowiły jednak nie neony, nie Studium ani nawet nie przejażdżka sypialnią na szynach, a Muzeum Współczesne Wrocław (MWW). Muzeum jest zlokalizowane w schronie przeciwlotniczym z czasów drugiej wojny – intrygującym walcu na Placu Strzegomskim. Adaptację za naprawdę niewielkie pieniądze przeprowadzili architekci z VROA i CH+. To niby tymczasowa siedziba Muzeum – w 2008 pracownia Mirosława Nizio wygrała konkurs na nowy, przeogromny budynek, który miałby stanąć przy Muzeum Architektury- ale szczerze mówiąc wątpię, czy coś z tego wyjdzie. Gotowy już jest przecież równie olbrzymi oddział sztuki współczesnej Muzeum Narodowego w Pawilonie Czterech Kopuł Poelziga, przy Hali Ludowej. Podobno adaptacja wyszła fatalnie (przede wszystkim przyciężkawe przeszklenie dziedzińca), ale nie zamierzam wydawać żadnych opinii, zanim nie zobaczę go na własne oczy.

O tymczasowej siedzibie MWW jak najbardziej mogę się już wypowiedzieć. Widziałam wcześniej mnóstwo zdjęć tego obiektu, przestudiowałam rysunki, poczytałam sporo o samym procesie realizacji. Wiedziałam więc, że jest klaustrofobicznie, ale nie zdawałam sobie sprawy, że aż tak bardzo. Architekci zrobili wszystko, żeby wpuścić tam troche ‚powietrza’, ale założenie schronu jest takie, że ma przecież chronić grubymi murami i stropami. Trudno go sperforować i z przyczyn technicznych (w niektórych miejscach widać ślady po przebijaniu się przez gruby żelbet) i dlatego, że pozbawiony masywności schron straciłby dużo ze swojego charakteru. Brak światła dziennego wprowadza w bardzo depresyjny nastrój i szczerze współczuję pracownikom, którzy siedzą przez cały dzień w tej betonowej puszce. Za to z kawiarni i tarasu na dachu rozpościerają się kapitalne widoki i na pewno wrócę tam na kawę podczas następnej wizyty we Wroclawiu. Na wystawę może już niekoniecznie, bo oglądanie sztuki w wąskich, bębnowatych przestrzeniach to wyjątkowo męczące zajęcie. Jest ciasno, naprawdę. Niewiele brakowało, a pstrykając zdjęcia strąciłabym ze ściany obraz. W tych trudnych przestrzeniach nawet da się w miarę sensownie zaaranżować kameralną wystawę, ale nie każde cylindrowate muzeum sztuki dorównuje nowojorskiemu Muzeum Guggenheima…

MWW

O szczegóły projektu miałam okazję podpytać projektantów, bo w sobotę na odpaleniu nowych neonów na Ruskiej pojawiło się mnóstwo wrocławskich architektów. I VROA, i Kameleonlab i oczywiście ulubieni Menthol Architects. Oprócz architektów pojawił się też problem, który uznaję za nierozwiązywalny: jak w sobotnią noc, w takim towarzystwie, nie rozmawiać o pracy???

[Fot. Monika Arczyńska]

Pawilon idealny

IMG_1264

EXPO zakończone, pora więc zabrać się za podsumowania. Wspominałam, że spróbuję stworzyć subiektywny poradnik projektowania ‚pawilonu idealnego’ na podstawie własnych obserwacji i pokonkursowych doświadczeń. Posłużę się głównie przykładem brytyjskiego pawilonu, który moim zdaniem wyróżniał się najbardziej na tegorocznej wystawie. Jak się ostatecznie okazało, nie była to tylko moja opinia, bo otrzymał główną nagrodę za najlepszą architekturę i projekt krajobrazu.

  • Warunki konkursowe

Przede wszystkim należy wczytać się uważnie w warunki konkursowe i ocenić, czy… mają w ogóle sens. Polska zdecydowała się na udział we włoskim EXPO w ostatniej chwili, po wielokrotnych zapowiedziach wycofania się z imprezy. Regulamin doskonale odzwierciedlał ten pośpiech. Robił też wrażenie, że pisano go na kolanie, na zasadzie ‚kopiuj-wklej’ z poprzednich edycji. Chyba nawet nie zaangażowano do współpracy żadnego architekta, który sprawdziłby, czy wymagany program w ogóle mieści się na wąskiej i długiej działce. Pracując wraz z Menthol Architects nad projektem konkursowym zdecydowanie za bardzo podążaliśmy za warunkami, a trzeba było skupić się na rozwinięciu prostego, bezpośredniego pomysłu.

  • Intrygująca forma.

Pawilon idealny musi odróżniać się od innych, co przy typowej dla EXPO eksplozji form nie jest wcale takim prostym zadaniem. Wielkiej Brytanii udało się to dzięki spektakularnej konstrukcji, z daleka robiącej wrażenie nieregularnej, organicznej formy, z bliska okazującej się zestawieniem powtarzalnych aluminiowych elementów.  Po zmroku metalową konstrukcję dynamicznie podświetlano w rytmie związanym z tematem wystawy.

IMG_1250

  • Wystawa na konkretny temat

Większość pawilonów i wystaw skupia się na pokazywaniu stereotypowych obrazków. Ile można znieść takich banałów? No chyba, że ów banał jest równie apetyczny jak np. w  pawilonie francuskim. „I tak wszyscy wiedzą, że mamy najlepszą kuchnię świata, więc ją po prostu pokażmy”.  Te sery, wina, zioła, ryby zwieszające się z sufitu… W podłodze powinny być zainstalowane korytka dla odprowadzenia cieknącej śliny zwiedzających.

Brytyjczycy postawili na pszczoły  – niby trochę jak my na jabłka, ale w polskim pawilonie oprócz skrzynek na elewacjach i owoców, którymi można było się poczęstować, w środku było już zdecydowanie mniej owocowo. Czekoladowa kolejka Wedla, sklep z bursztynem, film Bagińskiego o historii Polski… co to miało wszystko wspólnego z sadownictwem?

IMG_1268

  • Wystawa zintegrowana z pawilonem

Tego zabrakło w większości pawilonów, które z reguły stanowiły zgrabne opakowanie dla dowolnej zawartości. W Brytyjczyków znów inaczej i konsekwentnie: pulsowanie światła i dźwięków odtwarzało na żywo buczenie prawdziwego ula. Brzęczenie owadów można było także usłyszeć ze specjalnych instalacji, przez rezonans kostny. Próbowałam tego pierwszy raz w życiu i wydało mi się to nieco niepokojące. No bo jak to: słychać to, czego nie słychać i to jeszcze przez wsadzony między zęby patyczek?

IMG_1260

  • Mocne wejście

Do pawilonu wchodziło się przez łąkę. W polskim pawilonie sad na piętrze był gwoździem programu, tu – dopiero wprowadzeniem. Czyli jak u Hitchcocka – zaczyna się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie rośnie.

IMG_1272

  • Olać otoczenie, otworzyć pawilon

Czy też – cytując za klasykiem – ‚fuck the context’. W takiej eksplozji form i kolorów myślenie o kontekście mija się z celem (na przykład obok pawilonu UK stał węgierski – najokropniejszy obiekt tej wystawy, wyglądający jak skrzyżowanie parówki z dżdżownicą). Warto za to ułatwić dostęp do wnętrza, chyba, że lubimy kolejki. U Brytyjczyków trzeba było co prawda poczekać na wejście, ale zaledwie przez kilka minut.

hun

  • Techniczne wyrafinowanie…

Trochę w tradycji dawnych wystaw światowych. Sprawdziłam – ta szalona konstrukcja to dokładnie 169 300 aluminiowe elementy. Budżetu wolę nie sprawdzać 🙂

IMG_1258

  • …lub sprytne wykorzystanie tanich materiałów

EXPO to świetny katalog materiałów, które mogą jednak wypaść bardzo różnie. Np. porządne lustrzane okładziny zastosowano wokół ogrodu w polskim pawilonie i tam wyglądały doskonale, ale już w kilku innych obiektach, gdzie użyto ich tańszego odpowiednika jako okładziny zewnętrznej, z widocznymi mocowaniami, wyglądały strasznie tandetnie. Pojawiło się sporo sklejki, drewna i tworzyw. Im prościej, tym lepiej. A jeśli prosto i oryginalnie, to już w ogóle najlepiej.

IMG_1242

  • Strefa chill-outu

W pawilonie albo tuż obok powinna pojawić się sympatyczna przestrzeń, kusząca, aby zostać tam chociaż na chwilę. Brytyjczycy, zamiast wzorem innych pawilonów bawić się w siedziska czy huśtawki, zorganizowali po prostu bar, serwujący wyspiarskie jedzenie i piwa. Oczywiście zostaliśmy, żeby wypić ale’a, tylko fish&chips już się skończyły. Niestety, a może „stety”, bo wygłodzeni popędziliśmy do holenderskiej części po zasłużoną porcję frytek z majonezem i krokietów.

Holandia w ogóle poszła po bandzie i zamiast stawiać klasyczny kubaturowy pawilon („Kolejny pawilon? Nuuudy!”), ściągnęła kilka food trucków serwujących wspomniane frytki z majonezem, poffertjes i Heinekena przy dźwiękach holenderskiego disco. Bawiłam się doskonale i do szczęścia brakowało mi tylko matjasa z cebulką.

I to chyba najlepsza wskazówka, jak zaprojektować pawilon: albo dać odwiedzającym do myślenia, albo na odwrót: zaserwować im trochę bezmyślnej przyjemności.

NL

[Fot. Monika Arczyńska]

Urodzinowy prezent

plakatA3_ksiazka_podglad

Takie urodzinowe prezenty to ja rozumiem. Właśnie dziś zdmuchuję świeczki na torcie, a w Muzeum Historii Żydów Polskich odbywa się premiera książki „Form Follows Freedom. Architecture for Culture in Poland 2000+”, do której napisałam kilka tekstów o polskich realizacjach ostatnich lat .

Parę obiektów obejrzałam przy okazji mojego kwietniowego Tour de Pologne w drodze na Architektour. Mazowieckie Centrum Sztuki Współczesnej ‚Elektrownia’ w Radomiu zwiedzałam na strasznym kacu po gali Architektury-Murator, ale mam nadzieję, że nie dałam nic po sobie poznać. Kiedy oprowadzający mnie kurator wskazał drogę na dworzec kolejowy – następnym przystankiem był Wrocław i Narodowe Forum Muzyki – stwierdził, że to w sumie kapitalna praca, tak sobie jeździć po całej Polsce i zwiedzać nowe budynki. Szybko wyprowadziłam go z błędu: „Tak, podejrzewam, że to przyjemna praca. Ale właśnie jestem na urlopie”.

Dziś urlopu nie wzięłam, więc zamiast popijać wino podczas promocji książki, spędzę urodzinowy wieczór w Gdańsku. Wyjątkowo odpuszczę sobie jednak nadgodziny. Wyjątkowo, bo mam właśnie na desce pewien budynek kultury w Polsce – w sam raz do kolejnej podsumowującej publikacji. Szczegóły wkrótce:)

[plakat: MCK]

Cud nad Wisłą

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W ubiegłym tygodniu rozstrzygnięto kolejną edycję plebiscytu ‚National Geographic’, w którym czytelnicy wybierają siedem nowych cudów Polski. Chociaż nie jestem fanką ani takich konkursów (nazywanie nominowanych miejsc ‚cudami’ to jednak lekkie nadużycie), doceniam ich edukacyjną i popularyzatorską rolę. W tym roku wyróżniono m.in. Filharmonię Szczecińską, ale nie o niej chcę pisać. Dziś o Chełmnie, miasteczku w województwie kujawsko-pomorskim.

To miejsce wśród znajomych i studentów reklamuję od dawna. Urodziłam się i spędziłam dzieciństwo niedaleko – po drugiej stronie Wisły – więc w Chełmnie bywałam bardzo często. Powody tych wizyt były zwykle prozaiczne. Np. sklepy z butami były tam lepiej zaopatrzone niż w moim rodzinnym miasteczku – dziś brzmi to absurdalnie, ale w czasach PRL, a troszkę je jeszcze pamiętam, miało to ogromne znaczenie. Zakupy zawsze kończyły się spacerem i zachwytami nad regularnym układem urbanistycznym, zachowanymi murami miejskimi, rynkiem z cukierkowym renesansowym ratuszem czy gotyckimi kościołami. Zanim wiedziałam jeszcze cokolwiek o architekturze i urbanistyce, czułam, że to miejsce jest wyjątkowe. Lokacja na prawie chełmińskim to właśnie TO Chełmno – rozwiewam wątpliwości, bo jest w Polsce kilka miast o podobnej nazwie. Chełmno miało być stolicą państwa krzyżackiego, ale ostatecznie zamek – siedzibę główną – zbudowano w Malborku. Zastanawiam się czy jest w Polsce inne  miasto, w którym tak doskonale zachowałby się średniowieczny lokacyjny układ – może Paczków? Pewnie i wiele innych miejscowości, ale z reguły obrosły dookoła nową zabudową lub utraciły mury obronne. Chełmno jest zlokalizowane na wzgórzu, więc na jego zboczach nie można było prawie nic zbudować, a sylweta od strony Wisły wygląda nadal tak, jak kilka wieków temu.

Ulice również zachowały dawny klimat. Dzięki temu, że w ostatnich dekadach Chełmno nie należało do najzamożniejszych ośrodków, udało się uniknąć „styropianizacji”. Gdy zaczynało królować PCV, w Chełmnie zachowało się sporo drewnianych stolarek. Niestety, brakowało też funduszy na remonty zabytków, więc przez wiele lat niektóre z nich, przede wszystkim gotyckie kościoły, były niedostępne dla zwiedzających. W farze znajdują się relikwie św. Walentego, więc władze Chełmna postawiły na lokalny marketing pod hasłem ‚Miasto Miłości”. Nie spodziewajcie się jednak, że znajdziecie tam niezliczone romantyczne kawiarenki czy przytulną bazę noclegową z wygodnymi łóżkami w rozmiarze king size. Na razie organizowane są głównie walentynkowe imprezy, a z „ławeczki zakochanych” można wysłać internetem zdjęcie z pozdrowieniami… Aby uniknąć rozczarowania, lepiej nastawić się więc na porządną lekcję średniowiecznej urbanistyki:)

[fot. Monika Arczyńska]

PS Ponadstulenia wieża ciśnień ze zdjęcia jest zlokalizowana zaraz przy rynku. Zawsze mnie fascynowała i zanim jeszcze ktokolwiek słyszał w Polsce o loftach, marzyło mi się, żeby tam kiedyś zamieszkać albo otworzyć tam kawiarnię. Podobno wieża ma obecnie prywatnego właściciela i faktycznie ktoś tam mieszka. Zazdroszczę!

Zbyt ambitnie?

IMG_9380

Coś mi w tym roku nie zagrało na Gdynia Design Days. Chyba nie rozumiem do końca koncepcji tej imprezy. Przede wszystkim wydaje mi się zbyt długa – obejmowała dwa weekendy – i przeładowana. Zaproszono mnóstwo interesujących gości, ale wydarzenia okazały  tak rozrzucone czasowo, że trudno było ustawić sensowny program. Większość wystaw i warsztatów miała miejsce w Pomorskim Parku Naukowo-Technologicznym (PPNT), ale część odbywała się w śródmieściu. W dodatku zakres tematyczny okazał się przeogromny. Brakowało mocnego motywu przewodniego, który posklejałby w całość ten koktajl wykładów, wystaw i warsztatów. Niby było hasło i to rybacko-nadmorskie („Sieci”), ale zostały w nie złapane i krzesła, i przestrzeń publiczna, i młodzi projektanci, i jakość zamieszkania, i dyplomy z gdańskiej ASP…

Dla porównania: na łódzki festiwal designu, który również trwa nieco ponad tydzień, zjeżdża się cała Polska. To wydarzenie, na którym po prostu trzeba być, chociaż nie da się ukryć, że z większości polskich miast łatwiej tam dojechać niż do Gdyni. Co chwilę trafia się na znajomych, co chwilę idzie z kimś na kawę albo drinka. Towarzysko-networkingowy (oho, ale poleciałam korponowomową:) aspekt festiwalu jest równie ważny, jak same jego wydarzenia. A w Gdyni, jak to latem w mieście nadmorskim, konkurencyjnych atrakcji  jest aż nadto. Jeśli przygrzeje słońce, plaża wygrywa z wystawami. Jeśli trwa Open’er, jak w pierwszy weekend Design Days, trudno po całonocnych szaleństwach wytrzymać na wykładach. Na dodatek pierwszy weekend okazał się zbyt upalny, drugi zbyt pochmurny. I jak tu się poświęcić designowi w takich okolicznościach przyrody?

A może nagle po prostu zrobiło się zbyt ambitnie? Gdzieś zniknęła świeżość dawnych Dni. Pierwotna formuła, znacznie mniej rozbudowanego festiwalu z wystawą w kontenerach i kontenerowym barem przy Teatrze Muzycznym, bliżej plaży i śródmieścia, pozwalała na bardziej spontaniczne uczestniczenie w imprezie.  Może po prostu wakacyjny festiwal w nadmorskim mieście powinien przyjąć lżejszą formułę? Najdłuższa sofa świata (na zdjęciu powyżej) w słoneczny weekend była obsadzona zwiedzającymi. Przez „Terminal Designu” na Placu Kaszubskim w centrum miasta, gdzie jak rok temu zaaranżowano warsztaty, ksiegarnię i bar, przewijało się mnóstwo osób. Przypuszczam, że hitem były warsztaty dla dzieci – może to najmłodsi mogliby stać się główną grupą docelową Design Days?

Póki co odliczam czas do października – spotykamy się w Łodzi!

01

[Jedna z ciekawszych wystaw w PPNT – „Dom. Osiedle. Mieszkanie – przestrzeń życia Polaków na osiedlach mieszkaniowych”]

03

[Część wystawy głównej „Sieci”, chociaż może tytuł powinien brzmieć „Pustki”]

06

[Jeden z nasympatyczniejszych obiektów na wystawie „Sieci”, czyli system wymiany sąsiedzkiej. Jak się okazało po bliższym przestudiowaniu opisu, to projekt Mikołaja Smoleńskiego, autora Polegiwacza]

13

[Gdynia Design Days to także konferencje i wykłady. Na zdjęciu Ela Petruk z Bęc Zmiany i Joanna Piaścik, autorka ‚Reflexu’, zwycięskiego projektu ubiegłorocznego konkursu BMW Urban Transforms]

09

[Przedstawiciele PoCoTo, czyli trójmiejskiego Dream Teamu projektowego. Wcześniej działalność kieleckiego Instytutu Designu prezentowali  Dominika Janicka i Michał Gdak, z którym poznaliśmy się kiedyś na wspomnianym festiwalu w Łodzi. Świat jest mały, a branżowy półświatek jeszcze mniejszy]

11

12

[Wystawa projektów studia Rygalik w Muzeum Miasta Gdyni – tu zdecydowanie warto wpaść, a ja już się nie mogę doczekać Rygalikowej imprezy na festiwalu designu w… Łodzi]

[fot. Monika Arczyńska]

Stało się coś niebywałego

zajecia_03

„Stało się coś niebywałego” – taki komentarz wywołało piątkowe wydarzenie w łódzkim Prexerze. Studenci zaprezentowali wyniki projektu rewitalizacji Starego Polesia, który prowadziliśmy z Łukaszem Pancewiczem w ramach kursu projektowania urbanistycznego dla pierwszego roku studiów magisterskich na Politechnice Gdańskiej. Zajęcia były prowadzone po angielsku i brali w nich również udział studenci z wymiany Erasmus z Niemiec i Francji.

Zamiast podzielić studentów na grupy, z których każda pracowałaby nad własną koncepcją, postanowiliśmy przeprowadzić pewien eksperyment i pracować ze wszystkimi jako jednym zespołem. Nasze obserwacje i doświadczenia zawsze potwierdzały, że chociaż studenci i absolwenci polskich uczelni nie odstają merytorycznie od  tych z zachodnich wydziałów, umiejętność organizacji pracy, a przede wszystkim współpracy z branżystami i zespołem, to prawdziwa pięta Achillesowa. O tym między innymi rozmawialiśmy kilka tygodni temu podczas debaty z Blok Blogiem o kształceniu architektonicznym w Polsce. Rozwinięcie umiejętności pracy w grupie stanowiło więc absolutny priorytet. Wprawką był wałbrzyski Architektour, który pokazał, że taki eksperyment może udać się na małą skalę, ale czym innym jest kilkudniowa intensywna praca w dwa razy mniejszej grupie, a czym innym semestralny projekt. Sami nie wiedzieliśmy, jak się wszystko potoczy, ale okazało się, że zdecydowanie było warto spróbować. Przez piętnaście tygodni sala 415 zamieniała się co piątek w sporą, bo ponadtrzydziestosobową, pracownię. Tematem zajęć była rewitalizacja Starego Polesia w Łodzi – fantastycznie zlokalizowanej i zdecydowanie klimatycznej, ale bardzo zdegradowanej dzielnicy o złej sławie. Założeniem było stworzenie wielowątkowej koncepcji poprawy jakości życia w dzielnicy, ale w oparciu o istniejącą infrastrukturę, bez nierealistycznych (zwłaszcza finansowo) założeń, do przeprowadzenia przy dużym udziale mieszkańców. Kilka pomysłów, takich jak przekształcenia podwórek, zostało zaprezentowanych w dwóch wersjach – tymczasowej, niskobudżetowej i trwalszej, wymagającej większych nakładów finansowych.

Łukasz był odpowiedzialny głównie za sprawy merytoryczne i kontakty z Łodzią, ja za organizację pracy. Ale to, co się wydarzyło później nie jest naszą zasługą, tylko niesamowitej ekipy studentów. Ekipy, która zaskakiwała nas od samego początku. Ani nie narzekała, że z zaledwie tygodniowym wyprzedzeniem zarządziliśmy wyjazd do Łodzi, ani już na miejscu, kiedy podczas biegania od spotkania do spotkania nie było nawet czasu na zjedzenie kanapki. Ba, zamiast spędzić całą noc na imprezowaniu w łódzkich knajpach, część osób wstała o siódmej rano, żeby jeszcze raz zobaczyć teren. Nie było nawet sugestii rezygnacji z angielskiego podczas zajęć, chociaż nie we wszystkich grupach pracowali studenci z wymiany, a końcowy raport napisany był po polsku, żeby wszyscy zainteresowani łodzianie mogli z niego skorzystać. Dopiero w Łodzi po raz pierwszy usłyszeliśmy studentów prezentujących projekt po polsku. Kontakt z urzędnikami i lokalnymi aktywistami nie skończył się na tym pierwszym spotkaniu, ale trwał przez cały semestr. Studenci zdążyli zorganizować dofinansowanie do projektu, pojechać ponownie do Łodzi, żeby przeprowadzić wywiady z mieszkańcami i uzupełnić dokumentację fotograficzną oraz… złożyć wniosek grantowy na przekształcenie podwórek na Starym Polesiu.

Złożony temat wymagał precyzyjnego podziału obowiązków. Na podstawie wstępnych analiz i dyskusji zostało wyodrębnionych pięć zespołów: projektowe, zajmujące się przestrzeniami publicznymi i ulicami, grupa koncentrująca się na działaniach społecznych, odpowiedzialna za marketing oraz tzw. glue team, czyli zespół „sklejający” poszczególne działania. Każda grupa miała lidera koordynującego prace zespołu. Studenci sami wybierali, w której grupie chcą pracować i czy chcieliby przyjąć obowiązki koordynatora. Warunkiem udanego, spójnego rezultatu była bliska współpraca poszczególnych zespołów, dlatego przy omawianiu każdego tematu działań od razu ustalalano, które grupy powinny wspólnie się nim zająć. Takich konfiguracji było sporo, a ponieważ nie udałoby się koordynować i sprawdzać na bieżąco pracy ponad trzydziestu osób, co tydzień rozmawialiśmy z liderami, a co kilka zajęć z całą grupą, kiedy demokratycznie były podejmowane najważniejsze decyzje projektowe. Wsparciem były także konsultacje projektowe zaproszonych ekspertów zewnętrznych.

zajecia_01

Nie zawsze było łatwo. Grupy toczyły prawdziwe boje, zwłaszcza, gdy trzeba było podjąć kluczowe decyzje w kwestiach transportu. Kiedy jednak rozmawialiśmy już po łódzkiej prezentacji, okazało się, że wszyscy są doskonale świadomi, czego nauczyli sie przez ten semestr, zarówno w kwestiach merytorycznych, jak i organizacyjnych, związanych z zarządzaniem procesem projektowym. Problemy były identyczne z tymi „korporacyjnymi” – trudność w wypośrodkowaniu między nadmierną autorytarnością a wycofaniem, utrzymywanie stałego poziomu motywowania zespołu, precyzja w definiowaniu zadań oraz praca według weryfikowanego na bieżąco harmonogramu i pod ogromną presją czasu.

„Docieranie się” zespołu następowało tak błyskawicznie. To dojrzała grupa, która potrafiła słuchać i nie upierała się przy pierwszych pomysłach (to największa zmora we współpracy ze studentami). Koncepcji było tyle, że najważniejsze okazało się ustalenie ich optymalnej liczby i decyzja, które działania są priorytetowe. W wielu momentach wycofywaliśmy się jako prowadzący, bo cały proces organizacji pracy i podejmowania decyzji był doskonale ustalony przez studentów. Wtrącaliśmy się głównie wtedy, kiedy zespół komunikował taka potrzebę (głównie w kwestiach merytorycznych) lub gdy widzieliśmy, że potrzebne jest lekkie sterowanie z góry. Tydzień przed zakończeniem projektu spotkaliśmy się, żeby złożyć raport podsumowujący prace. Chociaż na początku przewidywaliśmy, że skończy się na niewielkiej broszurze, zakres rósł i rósł, aż skończyło się na… ponad dwustu stronach.

zajecia_02

[Składanie raportu]

prezentacja_02

[Plansze i materiały reklamowe]

prezentacja_07

[Raport i materiały reklamowe – koszulki, piny, torby, pocztówki, stempel, wlepki – z motywami graficznymi ze Starego Polesia]

prezentacja_06

[Na pierwszym osoby, które bardzo pomagały w projekcie: planie Bartek Zimny – twórca łódzkiego woonerfu i oficer rowerowy, tyłem Agnieszka Reiske ze stowarzyszenia Współ-dzielnia ze Starego Polesia]

prezentacja_05

[Publiczność podczas prezentacji; na oknach plakaty reklamujące dzielnicę i planowane w niej wydarzenia]

prezentacja_04

[Ania Sokołowska z Miejskiej Pracowni Urbanistycznej z raportem]

prezentacja_03

[Kinga Rzeplińska, odpowiedzialna za grafikę i Zofia Ulman, autorka strony internetowej]

Na prezentację w ubiegły piątek do Łodzi przyjechali liderzy oraz część zespołu marketingowego. Nie było już czasu ani na porządne wsparcie w ustaleniu ostatecznej prezentacji, ani na próbę generalną. Obawialiśmy się trochę, czy ponadgodzinny wykład o tak wielowątkowym projekcie okaże się wystaczająco czytelny i wciągający dla publiczności, ale skończyło się kolejnym pozytywnym zaskoczeniem! Podczas dyskusji po prezentacji liderzy odpowiadali na pytania (przede wszystkim te najtrudniejsze – dotyczące kwestii transportowych i finansowania przekształceń) z takim profesjonalizmem, jakby od lat byli zaangażowani w programy rewitalizacji.

Wszystkie materiały zostały przekazane miastu – urzędnikom, społecznikom i radnym. Na pewno zostanie wzdrożona strategia marketingowa – to element koncepcji, który nie wymaga oddolnego zaangażowania ani wielkich nakładów finansowych, bo materiały (identyfikacja wizualna, strona internetowa czy plakaty) są już gotowe. Wiele działań można zrealizować przy minimalnym dofinansowaniu, jak grant, o który studenci starali się w trakcie semestru. Podczas prezentacji padały konkretne kwoty, określone w oparciu o analogiczne działania przeprowadzone wcześniej w innych polskich ośrodkach. Wyniki pracy można zobaczyć na stronie www.starepolesie.com, raport także tu.

prezentacja_01

[Prezentacja części marketingowej prowadzonej pod kierownictwem Karoliny Zarychty, na fotelach od lewej Natalia Podejko, liderka grupy koordynacyjnej, Agnieszka Stobierska, szefowa działań społecznych, Justyna Król – liderka grupy projektującej ulice i Michał Bainka – przestrzenie publiczne oraz Zofia Ulman]

Po takim semestrze potwierdza się, jak ważne jest wzajemne zaufanie w zespole. Okazało się, że warto rzucić studentów na głęboką wodę i pozwolić im współtworzyć cały proces organizacji zajęć – efekty tego eksperymentu przeszły nasze najśmielsze oczekiwania. Momentami czułam się jak podczas pracy w biurze, gdzie również mamy idealnie zgrany zespół – zresztą metody organizacji pracy właśnie stamtąd zostały zaczerpnięte. Szkoda, że nie szukam właśnie pracowników do gdańskiego oddziału, ale i tak prawie wszyscy studenci zaraz wyjeżdżają na Erasmusa:)  Cały czas nie mogę uwierzyć, że wszystko się udało i że w zaledwie cztery miesiące udało się uzyskać takie rezultaty.

Dziękuję, współpraca z Wami była ogromną przyjemnością!

Autorzy

[fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz, Agnieszka Chromiec – portrety]

Samo się nie zrobi!

postery_wyborcza2-01-01 (1).png

Chwalić jeszcze będę, kiedy wszystko zostanie ukończone w 100%, a na razie zapraszam na piątkową prezentację projektu, przygotowanego przez naszych studentów. Z tak ostro zasuwającą grupą jeszcze nie miałam do czynienia, a hasło „Samo się nie zrobi!” równie trafnie odnosi się do działań, jakie studenci zaproponowali dla Starego Polesia w Łodzi, jak i dla ich własnej pracy.

Prezentacja odbędzie się w najbliższy piątek, 26 czerwca, w Miejskim Punkcie Kultury Prexer-UŁ w Łodzi, przy ulicy Pomorskiej 39. Studenci zaprezentują końcowy raport projektu, zawierający rekomendacje działań rewitalizacyjnych oraz prototypy elementów strategii promującej dzielnicę, m.in. logotypy i projekt identyfikacji wizualnej, gadżety oraz model strony internetowej. Początek prezentacji planowany jest na godzinę 17:00. Zapraszam i… sama jestem ciekawa, jak wszystko wypadnie!

 

Tzw. „aktywny wypoczynek”

plakat architektour_bez sti_DRUK_CMYK

Takie urlopy to ja rozumiem. Jedni jeżdżą na narty, drudzy na żagle, a ci walnięci na punkcie architektury jeżdżą oglądać nowe realizacje albo wpadają na warsztaty projektowe. Kiedy kilka miesięcy temu otrzymałam zaproszenie do wzięcia udziału w Architektour najpierw jęknęłam z rozpaczy, że to aż tydzień urlopu, ale ostatecznie doszłam do wniosku, że nie mogę sobie wciąż odmawiać tych architektonicznych odpowiedników stoków i jachtów. Przyznaję, że ostatecznie przekonały mnie trzy kwestie. Przede wszystkim to, co słyszałam o poprzednich edycjach – świetnie zorganizowane, z kapitalnymi wydarzeniami towarzyszącymi, z grupą zakręconych na punkcie projektowania studentów z całej Polski. Działo się tyle, że nie jestem w stanie wymienić tu wszystkich wydarzeń towarzyszących, a z planów zwiedzenia Książa czy Sokołowska nic nie wyszło. Hotel Sudety widziałam tylko z taksówki.

Drugi czynnik to prowadzący. W tym roku wśród tutorów znaleźli się między innymi HS99, Centrala, Kuba Woźniczka, Dariusz Śmiechowski i WWAA (Natalia i Marcin przyjechali z synami i przyznaję, że zamiast o projekty podpytywałam głównie o to, jak organizacyjnie radzą sobie z pogodzeniem obowiązków rodzinnych i prowadzeniem biura jednocześnie). Przyjemnie było znaleźć się w takim towarzystwie i posłuchać, co w tutejszej trawie piszczy, bo z uwagi na pracę cały czas czuję się nieco wyrzucona poza kategorię „polska architektura”.

A_WWAA

[WWAA czyli „2,5 tutora”]

Trzeci czynnik to lokalizacja. Nigdy wcześniej nie byłam w Wałbrzychu, a słyszałam tyle niezbyt pochlebnych opinii o tym mieście, że postanowiłam zobaczyć na własne oczy czy to prawda. I jak to Tischner mówił „są trzy rodzaje prawdy: świento prawda, tys prawda i gówno prawda” €- w przypadku Wałbrzycha to zdecydowanie ta trzecia. Tam jest po prostu przepięknie! Miasto jest położone w dolinach, otoczone górami, wszędzie widać mnóstwo zieleni, a poza tym powala fantastycznie zachowana architektura z czasów, kiedy życie tętniło i pod ziemią, w kopalniach, i w mieście. Najbardziej zachwyciło mnie Nowe Miasto, jedna z dzielnic mieszkaniowych z sielankowymi skwerami. Obecnie wyjątkowo sielankowymi, bo na południu Polski drzewa są właśnie obsypane kwiatami.

A_Rynek

A_Walbrzych

Ale największe i najbardziej pozytywne warsztatowe zaskoczenie to… studenci. Tak ogarniętych, zdolnych, pracowitych, a jednocześnie sympatycznych osób w takiej liczbie (około setki!), kompletnie się nie spodziewałam. Oczekiwałam raczej typowych warsztatowych problemów -€“ rozłażenia się zamiast pracy, cynicznego kwestionowania wszystkich decyzji bądź zbyt dużej liczby liderów przepychających swoje pomysły. Nic takiego nie miało miejsca, przynajmniej nie w grupie, z którą miałam przyjemność pracować. A grupa trafiła mi się absolutnie wspaniała: czternaście fantastycznych osób z różnych części Polski, w tym dwoje  moich byłych studentów z Gdańska. To były moje pierwsze warsztaty i przyznaję, że miałam lekkie obawy, jak to wszystko będzie wyglądało. Po pierwszej dyskusji może jeszcze nie panikowałam, za to przestraszyłam się, jak wyrobimy się czasowo, bo po kilku godzinach dyskusji o zadanym obszarze nie doszliśmy do żadnych konkretnych wniosków. Szybko okazało się jednak, że niecałe cztery popołudnia wystarczyły, aby wymyślić koncepcję, ustalić rozwiązania przestrzenne i program, zrobić makietę oraz – to wypadło szczególnie dobrze – przygotować prezentację. Podczas semestralnego projektu, jaki zwykle prowadzę, jest czas, żeby nauczyć się nowych umiejętności. W warsztatach chodzi przede wszystkim o pracę w grupie, a ponieważ czasu jest mało, trzeba jak najefektywniej wykorzystać to, co każdy w grupie już potrafi. Zaczęliśmy od przedstawienia się -€“ każdy opowiadał nie tylko o sobie i własnych zainteresowaniach, ale także o mocnych stronach. Okazało się, że skład sprawdził się idealnie, bo mieliśmy i osoby zainteresowane głównie projektowaniem w skali architektonicznej, studentów o zacięciu urbanistycznym, społecznym, ale także specjalistów od makiet i animacji. Podział obowiązków okazał tak doskonały, że nikt ani przez chwilę nie kręcił się bezczynnie, a cały projekt udało się przeprowadzić bez paniki, że zaraz skończy się czas. Ostatniej nocy wszyscy spali po kilka godzin, chociaż baliśmy się zarwania nocy. Pod koniec studenci żartowali, że chyba powinni założyć biuro, bo tak im się dobrze razem pracuje. Mogłabym taką pracownię prowadzić:) Obyło się bez zbędnych animozji, nikt się na nikogo nie obraził, nikt nie trzaskał drzwiami, za to czuło się, że wszyscy grają w jednej drużynie. Ostatniego dnia każdy w zespole miał tak precyzyjnie ustalony zakres pracy, że w pewnej chwili usłyszałam żartem, że… grupa już mnie nie potrzebuje. O to właśnie chodziło! W ciągu zaledwie kilku dni ekipie udało się przygotować konsekwentny, mocno osadzony w wałbrzyskich realiach projekt, a do tego przedstawić go w kapitalnej prezentacji (można ją zobaczyć tutaj, a wkrótce wystawa projektów będzie prezentowana na wydziałach architektury). Po ostatecznych przeglądach mnóstwo osób przyszło z gratulacjami i wszyscy czuliśmy, że udało się odwalić kawał dobrej roboty. Jestem z Was bardzo, bardzo dumna!

A_Ekipa przy pizzy

[Grupa 6 przy pizzy…]

A_Ekipa przy pracy

[…i przy pracy]

Przy okazji wydarzyła się dość komiczna sytuacja. W wałbrzyskiej edycji Architektour te same tematy były opracowywane przez dwa zespoły. Naszą lokalizacją, starą winiarnią w okolicach wałbrzyskiego rynku, zajmowała się równolegle grupa prowadzona przez WWAA. Proszę sobie wyobrazić nasze zaskoczenie, kiedy wpadając ostatniego dnia rano na „konkurencję” pstrykającą zdjęcia makiety odkryliśmy, że… oba projekty są prawie identyczne. Zarówno w ogólnych założeniach wykorzystujących spadki terenu, jak i w takich szczegółach, jak pozostawienie tej samej ściany ruin winiarni i dodanie mniejszych kubatur. Ba, powtarzała się nawet większość użytych w makiecie materiałów! Studenci najpierw zaczęli podejrzewać jakieś szpiegowskie praktyki, ale rzecz jasna nic takiego nie miało miejsca. Za to zaskoczona tym zbiegiem okoliczności grupa dodatkowo zmobilizowała się, żeby czytelnie przedstawić, skąd wzięła się koncepcja i dlaczego ostateczny przestrzenny efekt jest taki, a nie inny. Wyszło fantastycznie. Okazało się, że punkty wyjścia dla obu projektów były całkowicie odmienne i ostatecznie doszliśmy wspólnie od wniosku, że obie koncepcje można by zintegrować w jedną.

A_Prezentacje

A_WWAA_projekt

[Znajdź różnice:)]

Oczywiście oprócz intensywnej pracy był czas na dyskusje przy winie -€“ i z innymi tutorami, i ze studentami. Te drugie były szczególnie ważne, także dla mnie. Nie dość, że entuzjazm studentów jest zaraźliwy, to podyskutowaliśmy sobie przy okazji o edukacji architektonicznej. Ostatniego dnia po prezentacjach spadło kompletnie ciśnienie i gdzieś zniknał podział student-prowadzący. Poza tym miło było usłyszeć, że najgorszy moment warsztatów to powrót.

I wiecie co? Po tych wałbrzyskich doświadczeniach już się nie martwię o przyszłość polskiej architektury.

PS Ten warszawsko-radomsko-wrocławsko-wałbrzyski tydzień miał swoją chorzowsko-katowicką kontynuację w weekend. Ale o tym wkrótce, żeby nikogo nie zamęczać zbyt długimi postami, tym bardziej, że w kolejce czekają jeszcze kopenhaskie. Kolejna cudowna klęska urodzaju!

[Fot. Monika Arczyńska]

Tak trzymać!

Zrobione przy użyciu Lumia Selfie

Ale poranek! Dziś na Politechnice odbyły się prezentacje projektów semestralnych na Gospodarce Przestrzennej. Zajęcia miały eksperymentalny charakter, bo w ramach jednego modułu „Urbanistyka i Ekonomia” połączono trzy zintegrowane przedmioty. Na ogół na większości uczelni wszystkie wykłady i ćwiczenia prowadzone są oddzielnie, więc studentom trudno jest użyć wiedzy i umiejętności zdobytych w ramach jednego przedmiotu w innym. Na dodatek do prowadzenia zajęć rzadko zaprasza się praktyków. Tym razem miało być inaczej – tak, jak odbywa się to w rzeczywistości, w warunkach rynkowych. Urbanista i architekt (czyli ja) prowadzili projekt zagospodarowania śródmiejskiego kwartału w Gdyni. Równolegle ekspertka – praktyk ogromnym doświadczeniem – koordynowała wycenę planowanej tam przez studentów inwestycji, a całość uzupełniały wykłady projektanta z firmy deweloperskiej. Był objazd po inwestycjach mieszkaniowych, ćwiczenia z opracowywania strategii marketingowej, długie dyskusje o stylu życia i potrzebach mieszkaniowych, a nawet spontaniczne telefoniczne konsultacje z fachowcem od certyfikacji LEED. Inwestycja miała nie tylko opłacić się wyimaginowanemu deweloperowi, ale również wpisywać się w urbanistyczny kontekst i zapewnić zgodność z założeniami planu miejscowego oraz zasadami zrównoważonego rozwoju. Kładliśmy też nacisk na elastyczność koncepcji, aby z upływem lat zabudowa mogła zostać dostosowywana do nowych funkcji. Wycena inwestycji pozwoliła na przetestowanie, jak wysoki zysk zostanie uzyskany dla różnych standardów i cen nieruchomości. Niektóre grupy udowodniły, że przy odpowiednio wysokiej intensywności zabudowy śródmiejskie mieszkanie niedaleko plaży, w mieście o najwyższej jakości życia w Polsce, może być dostępne również dla mniej zamożnych nabywców niż finansowe elity. Aby określić optymalną cenę metra kwadratowego, studenci badali między inymi zdolność kredytową gdynian (dla uproszczenia nie braliśmy poprawki na kurs franka;). Najtrudniejsze okazało się spojrzenie na projekt z kilku zupełnie odmiennych perspektyw, sugerujących przeciwstawne decyzje projektowe – nastawionego na zysk inwestora, przyszłego użytkownika czy planisty ustalającego strategię rozwoju miasta. Dużo i poważnie jak na piąty semestr, prawda?

Eksperyment okazał się sukcesem. Pomimo początkowych trudności  – był taki moment, kiedy myślałam, że nic z tego nie wyjdzie – studenci zrobili ogromne postępy i bardzo pozytywnie nas dziś zaskoczyli. Chyba nawet nie obrazili się za nadmiar pracy i „ciśnięcie” do oporu, mimo że rzuty parkingów podziemnych pewnie jeszcze długo będą im się śnić po nocach. Czuję się wyjątkowo  usatysfakcjonowana, bo zobaczyłam dziś, jak wiele udało się osiągnąć w tak krótkim czasie. Uczenie jest super:)

Wasze zdrowie, szanowni studenci, tak trzymać!

[fot. Monika Arczyńska]

%d blogerów lubi to: