Category Archives: edukacja

Doigraliśmy się

BLOG_MA

No to się doigraliśmy.

Tyle było pracy, stresu i deadlinów w ostatnich tygodniach, że nie tylko gdzieś nam umknął z kalendarza mniej więcej miesiąc, ale mój osobisty urbanista wylądował w szpitalu. Z przemęczenia.  I to akurat w momencie, kiedy już wracał do Gdańska z ostatniego wyjazdowego zlecenia, gdy już miało się nieco uspokoić… Najedliśmy się strachu, ale na szczęście okazało się, że to po prostu reakcja na nadmiar stresu i obowiązków. Sprawa wyglądała jednak poważnie, więc zamierzamy ją poważnie potraktować i spróbować nieco przystopować z ilością pracy.  Własna firma mocno nas ekscytuje, ale pochłania jednocześnie ogromne ilości energii. A my nie jesteśmy cyborgami (pomimo podejrzeń;).

Próbujemy właśnie przebudować sobie życiowo-pracowe relacje, ale najważniejszy jest na razie urlop. Rok temu zrezygnowaliśmy z letniej przerwy, ale teraz nie odpuścimy! Miała być Bawaria, będzie nieco bliżej, chociaż w podobnym kierunku – Czechy. Zgodnie z postanowieniem na ten rok nie będziemy przemieszczać się samolotem, ale bardziej zrównoważonymi środkami transportu. Mamy ustaloną trasę: Hradec Kralove – Ceske Budejovice – Cesky Krumlov – Pilzno – Karlowe Wary – Drezno. Zarezerwowaliśmy noclegi – w Pilznie zatrzymujemy się w hotelu z mojej ulubionej kategorii i chyba nawet załapiemy się tam na potańcówkę. Ponieważ wszystko wyszło dość spontanicznie, nie mamy za bardzo czasu na przygotowanie bardziej szczegółowego planu i tu bardzo liczę na podpowiedzi: co obejrzeć, dokąd koniecznie się wybrać, gdzie szukać ukrytych pereł architektury (niestety, z tego nie potrafimy zrezygnować) oraz gdzie zjeść knedliki i wypić najlepsze czeskie piwo. Podpowiecie?

[Fot. Łukasz Pancewicz]

.

 

Reklamy

Starzy na plaży

Starzy na plazy.jpg

W sezonie Trójmiasto staje się popularnym miejscem zjazdów, konferencji i innych podobnych wydarzeń. Praktycznie zawsze wypadają – to nie przypadek – na początku lub pod koniec tygodnia. Chodzi o to, aby można było połączyć udział z weekendem plażowania. Pod tym względem miniony weekend był dla nas wyjątkowy, bo nie dość, że w piątek odbyło się spotkanie „Starzy na plaży” dla architektów 40+, to od wczoraj praktycy partycypacji dyskutują na Forum.

Przyznaję, że na „Starych na plaży” pojawiłam się nielegalnie, bo do czterdziestki pozostało mi jeszcze trochę czasu. Dlatego grzecznie spasowałam z oficjalnej części i podjechałam do Sopotu dopiero na barową fazę imprezy. A właściwie barowo-berkową, bo przyjezdni architekci, którzy nie mają na co dzień dostępu do morza, postanowili pobiegać boso po piasku. Wszystko odbywało się w niesamowitej, niemal filmowej mgle. Cieszę się, że tam poskoczyłam, bo do Sopotu zjechało się wiele moich ulubionych architektek i architektów oraz najulubieńsza redakcja. Jak dobrze Was zobaczyć! Bardzo pocieszająca okazała się obserwacja, że architekci to taki dziwny rodzaj człowieka, który się praktycznie nie starzeje. Metryka to jedno, a poziom energii to zupełnie niezależna sprawa – nie zanika z wiekiem. Pogadaliśmy, poplotkowaliśmy, zaczęły się nocne architektów rozmowy. Takie o świecie, o życiu, o przyszłości. Może trafiłam na nieodpowiednich rozmówców, ale jeśli cokolwiek rozczarowało mnie w tym nadzwyczaj przyjemnym spotkaniu, to ta właśnie część. Zabrakło idealizmu, który dominuje podczas „Młodych do Łodzi” czy na uczelni. Często prowadzę dyskusje z mądrymi, młodymi ludźmi – studentami i architektami z młodszego pokolenia. Mają w sobie ochotę i siłę na zmienianie świata. Rozumieją odpowiedzialność za zmiany klimatu i szacunek dla drugiego człowieka. A co najważniejsze, nie traktują tego jak naiwnych haseł. Może jeszcze nie wsiąkli w świat faktur i rachunków, może jeszcze nie przeżyli większych porażek, ale widać, że ich aspiracje są inne, niż starszego – nawet nieznacznie – pokolenia.

Wczoraj doświadczyłam dwóch rzeczy, które wytrąciły mnie zupełnie z codziennego zabiegania. Najpierw bezradności – jak pomóc bezdomnemu człowiekowi, którego wypuszczono z szpitala na ulicę tak po prostu, z kartką z adresem noclegowni w dłoni? A potem silnej burzy, która chyba zamierzała zmieść Trójmiasto z powierzchni ziemi. Zmiany klimatyczne tak przyspieszyły, że „ulewy stulecia” mamy tu co roku. Coś z tym światem nie do końca działa. Dlatego drodzy Młodzi, jestem po Waszej stronie i proszę, nie rezygnujcie z jego zmieniania. Pozostańcie idealistami, nawet jeśli będą Wam wmawiać, że to naiwne. Niech Wasi „Starzy na plaży” zaczną się od posprzątania tej plaży . Żebyście mogli jeszcze gdzie pograć w berka na piasku, a nie, jak w litewskim pawilonie na tegorocznym Biennale Sztuki, wspominali piękno, którego doświadczali „starzy”. 

[Fot. Marcin Czechowicz – z FB Architektury-murator]

Popieram strajk nauczycieli

Popieram.jpg

Moja mama jest emerytowaną nauczycielką. Przez wiele lat uczyła polskiego w podstawówce (mnie również). Uczyła świetnie i do dziś dostaje wyrazy wdzięczności od byłych uczniów – nauczyciele przedmiotów humanistycznych mają zwykle największy wpływ na kształtowanie się osobowości i postaw młodych ludzi. Ale to nie był łatwy kawałek chleba. Wtorek, sobota, rano, wieczór, nieważne: trzeba sprawdzić dyktanda, wypracowania, pojechać z uczniami na konkurs, przygotować przedstawienie, przejrzeć zeszyty. Dużo zeszytów. Wszystkiego było zawsze dużo, oprócz liczby złotówek w pensji.

Gdyby nie nauczyciele w liceum, pewnie nie zajmowałabym się dziś architekturą. Gdyby nie rozbudzone w licealnych czasach humanistyczne zainteresowania, pewnie wybrałabym bardziej ścisły lub przyrodniczy kierunek. Pochodzę z małego miasteczka, a w przedinternetowych czasach dostęp do kultury był w takich miejscach delikatnie mówiąc ograniczony. Jedno kino, dwie zakurzone biblioteki, jedna półka z klasyką filmu w jednej wypożyczalni kaset. Ale w naszym ogólniaku polskiego uczyli Halina i Andrzej Schonertowie. Nieważne, że ceremonia rozdania Oscarów kończyła się o 3 nad ranem – następnego dnia rano mieliśmy kartkówki z nagród. Mieli energię, aby organizować regularnie wyjazdy do teatru, którego byli wielkimi miłośnikami, załatwiali wejściówki na festiwale, a raz w roku wyjeżdżaliśmy na tzw. obóz polonistyczny. Warszawa, Kraków, muzea, wystawy, spektakle, zawsze niskobudżetowo, z noclegami w schroniskach albo hotelach robotniczych, żeby każdy spragniony kultury uczeń mógł pozwolić sobie na taki wyjazd. Maestro Miłowski od muzyki prowadził chór i gdyby nie jego determinacja, wielu uczniów pewnie nigdy nie pojechałoby na koncert czy spektakl operowy. I chociaż zazdrościliśmy rówieśnikom z dużych miast, że te wszystkie inspirujące wystawy i przedstawienia mają na wyciągnięcie ręki, nie czuliśmy się wykluczeni z dostępu do kultury. Po maturze wyruszyliśmy na podbój wielkiego świata może z pewną nieśmiałością, ale gotowi na błyskawiczne nadrabianie zaległości. 

Teraz sama zajmuję się uczeniem i zdecydowaną większość moich studentów – i na uczelni, i na warsztatach – stanowią fantastyczni młodzi ludzie autentycznie zainteresowani swoją dziedziną. Oni też musieli trafić na odpowiednich nauczycieli.

Dziękuję, zasługujecie na godne warunki pracy!

[Fot. Łukasz Pancewicz]

Mój tydzień z JEDZ

JEDZ.jpg

Jednolity Europejski Dokument Zamówienia (JEDZ) to elektroniczny formularz, umożliwiający wysłanie przez internet oferty w zamówieniach publicznych. Wprowadzono go m.in. po to, aby uniknąć nadmiernej biurokracji i pozwolić na ustandaryzowanie procedur. Miałam z nim ostatnio bliskie spotkania trzeciego stopnia przy okazji składania oferty konkursowej i przetargowej, więc zobaczmy, jak uprościł te procedury.

Najpierw musiałam wyposażyć się w kwalifikowany podpis elektroniczny, bo bez niego nic nie da się zrobić. Chociaż w Polsce działa tzw. „profil zaufany” (aby go uzyskać, trzeba potwierdzić swoją tożsamość w urzędzie), JEDZ jednak wymaga  podpisu. Wszystko fajnie, ale podpis kosztuje ponad 3 stówy. Zagryzłam zęby, chociaż wolałabym inaczej wydać te pieniądze i kupiłam zestaw z roczną licencją. To nie jest najbardziej intuicyjna aplikacja świata i bez naszego najcierpliwszego pod słońcem informatyka nic by się nie udało.

Uzbrojona w podpis elektroniczny zabrałam się za wypełnienie formularza. Robi się to m.in. za pośrednictwem unijnej strony internetowej, która… wyłożyła się w poniedziałek rano. Pewnie wszyscy nieszczęśni przedsiębiorcy przyszli do pracy i zaczęli wypełniać formularze. W końcu ruszyła (za to ja zdążyłam nieźle się zestresować). Aby znaleźć odpowiedni formularz, trzeba wstukać długaśny kod zamówienia. Najłatwiej byłoby go po prostu przekopiować ze specyfikacji warunków zamówienia, ale… co to dokument bez pieczątki, prawda? Opieczętowany dokument trzeba zeskanować, a ze skanu nic się łatwo nie da przekopiować.

Ale to nie koniec. Aby wysłać swoje wypełnione i podpisane elektronicznie dokumenty, trzeba je jeszcze dodatkowo zaszyfrować. Po co? Nie mam pojęcia, bo nie wysyłałam żadnych sekretnych informacji. W każdym razie do szyfrowania plików służy specjalna aplikacja – kolejną, którą trzeba zainstalować na swoim komputerze. Oczywiście za pierwszym, drugim ani trzecim razem nie chce zadziałać, a operatorzy na infolinii są wiecznie  zajęci. W końcu się udało. „Proszę spróbować przez miniportal, bo przez ePUAP może nie zadziałać.” Spróbowałam. Link i tak przekierował mnie na tę samą stronę, co wcześniej. „Aha, przeglądarka – najlepiej Mozilla, bo z innymi może się nie udać”. Ściągnęłam Mozillę. Powtórzyłam wszystkie kroki po kolei. Znów klęska. „Wie Pani co, ale w sumie jeśli wszystkie załączone dokumenty są podpisane podpisem kwalifikowanym, to już na koniec nic nie trzeba podpisywać”. Ufff. Poszło. Poczułam się mistrzynią świata w rozwiązywaniu nierozwiązywalnych problemów, gotową na kolejne JEDZ-owe wyzwania! Pewnie tylko do następnego razu…

Bo wiecie, co jest w tej historii najlepsze? Że po tej całej walce z formularzami, szyfrowaniem oferty, JEDZ-ami i podpisami elektronicznymi  i tak trzeba było wszystko… wydrukować, podpisać, wrzucić do koperty i zawieźć do urzędu.

Ralph van der Rohe <3

Brenda K Pinterest

Edith Farnsworth, znana i zamożna lekarka, w 1945 roku zamówiła u Miesa van der Rohe projekt domu. A właściwie domku. Letniskowego, w którym zamierzała relaksować się w weekendy. Sprawa skończyła się mało relaksacyjnie, a mianowicie konfliktem, pozwem sądowym i wielką awanturą o kasę. Projekt był się niedoszacowany, architekt zażyczył sobie ogromnej dopłaty do gaży, a dom okazał się trudny do mieszkania – co to za weekendowy relaks, jeśli każda brudna szklanka jest na widoku? A może pani doktor wcale nie zależało na aż tak przełomowej architekturze? Ta zajmująca opowieść  jest dokładnie opisana tutaj.

O  historii ma powstać hollywoodzki film. W panią doktor wcieli się Maggie Gyllenhaal, ale co to w ogóle za pomysł, żeby Miesa grał Ralph Fiennes? Przecież to jest jawna manipulacja. Co nieszczęsna dr Farnsworth miałaby zrobić, niż wpaść po uszy, zaufać kompletnie swojemu architektowi, wydać 70 tysięcy dolarów na kawalerkę na odludziu, a na koniec dać się zamknąć w akwarium jak jakaś złota rybka? Jeśli pierwszy lepszy oszust matrymonialny o wyglądzie orangutana potrafi tak zamącić w głowie kobietom, że pożyczają mu oszczędności życia na „ratowanie chorej matki”, to jak oprzeć się popalającemu markowe cygara genialnemu architektowi z pięknymi, smutnymi oczami Ralpha F.? Według pierwszych doniesień Miesa miał grać Jeff Bridges i to byłoby bardziej zrozumiałe, bo jednak urok Dude’a to nie to sama kategoria.

Urok urokiem, ale domyślam się, że historia zostanie zaprezentowana zdecydowanie niejednoznacznie. Niegdyś inwestorkę przedstawiano w tym konflikcie jako niezbyt atrakcyjną, zadurzoną jak nastolatka panią doktor, która oczekiwała czegoś więcej niż tylko projektu. Ale może to jednak architekt, rozpoczynający dopiero karierę w Stanach, wykorzystał swój urok osobisty do realizacji własnej wizji? Czekam niecierpliwie na film (i pozdrawiam walentynkowo)!

[Zdjęcie – w czarnym  golfie, a jak! – pożyczyłam od Brendy K z Pinteresta]

 

Instagram

IMG_6019.JPG
Byłam wczoraj w Warszawie na wizji lokalnej w Starych Świdrach, w dawnej fabryce prefabrykatów. Wcześniej biegałam tam w deszczu i po kostki w błocie, ale teraz była tak piękna pogoda do oglądania i fotografowania poprzemysłowych pozostałości, że złamałam się i w końcu… założyłam blogowe konto na Instagramie. Niestety, dopiero po fakcie zostałam oświecona, że tam da się wrzucać zdjęcia tylko z komórki! A ja pstrykam ukochanym Canonem, a nie telefonem. Wygląda na to, że przestałam nadążać za tym wszystkim… Co teraz? Jak żyć?
Pozdrawiam, Wasza Instagramowa Sierotka Monisia<3
PS Poprawka: warto się przyznać do porażki – dostałam podpowiedź, jak rozwiązać problem (dziękuję, Dawidzie!). Serdecznie zapraszam: https://www.instagram.com/sixlettercity/
[Fot. Monika Arczyńska – aparatem, ale nie telefonicznym]

Publiczne inwestycje

 

Często pracuję dla publicznych klientów i dobrze rozumiem ograniczenia finansowe, z jakimi borykają się urzędy. Infrastruktura kosztuje tak kosmiczne pieniądze, że nierzadko aż głupio proponować rozwiązania, które oprócz funkcjonalności będą również atrakcyjne wizualnie. Tak, wiem, w teorii da się połączyć jedno i drugie, a „tanio” nie musi od razu oznaczać „źle” czy „brzydko”. W praktyce jednak wychodzi różnie. Wspominałam już kiedyś wykład Marthy Schwartz w Dublinie. Mówiła wówczas, co robi, gdy klient proponuje jej absurdalnie niski budżet na projekt przestrzeni publicznej. Odpowiada wtedy, że owszem, nie ma sprawy, zaprojektuje bardzo piękny asfalt i może nawet wystarczy na jego pomalowanie. Podobnie wyglądają dyskusja o trwałości. Oczywiście, że najpraktyczniej i najekonomiczniej byłoby wszędzie, gdzie materiały są poddane intensywnemu użytkowania, stosować kamień i nierdzewkę, ale tu też rzeczywistość finansowa potrafi zaskrzeczeć.

A co zrobili Rzymianie, w Dżaraszu, w dzisiejszej Jordanii, około II-III wieku? Otóż mocno zainwestowali w publiczne przestrzenie i budynki. I to tak pięknie, że aż dech zapiera, a z trwałością taką, że do teraz można to wszystko oglądać  w parku archeologicznym. Owszem, nieco są zdemolowane trzęsieniami ziemi, które zniszczyły tę antyczną metropolię. Kiedy patrzyłam na ręcznie wykuwane astragale i kapitele w ilościach zdecydowanie hurtowych,  robiło mi się momentami dziwnie. Co to za musiało być za bogate miasto, w którym nie tylko zbudowano akwedukt, świątynie, targi, odpicowano nimfeum i wielki owalny plac, ale też całe cardo i decumanus obstawiono rzędami kolumn? Tylko po to, aby uzyskać jednolity efekt w ciągu ulic – za tymi regularnymi kolumnadami stały dopiero, lekko odsunięte, budynki, także z dekorowanymi fasadami. Plus łuki triumfalne na końcach… jak mogłam zapomnieć o łukach triumfalnych?

Nie powiem, udały im się te publiczne inwestycje. Ale może, aby tak szastać kasą, należy podbić pół świata i korzystać z niewolniczej pracy. To może jednak poprzestańmy na asfalcie…

[Fot. Monika Arczyńska]

2018 czyli jak nie zwariować

 

W latach 50. przeprowadzono eksperyment na szczurach, które dzięki wszczepionym elektrodom przez naciśnięcie dźwigni mogły wywołać u siebie uczucie przyjemności. Biedne gryzonie zaorgazmowywały się na śmierć, zapominając o spaniu, jedzeniu i opiece nad młodymi. Myślę, że architekci zachowują się w podobny sposób, zaharowując się do tego stopnia, że zapominają o całym świecie.

Zdarzają mi się od czasu do czasu takie okresy. Pierwszy miał miejsce podczas  Erasmusa w Delft. Przez 12 miesięcy nie tylko nauczyłam się w końcu, o co chodzi w projektowaniu, ale mając w końcu dostęp do porządnych bibliotek i świetnych architektów przeczytałam absurdalnie dużą liczbę książek, biegając jednocześnie na niezliczone wykłady i zwiedzając architektoniczne holenderskie cuda. Pamiętam do dziś to przedziwne, uzależniające uczucie totalnego zmęczenia połączonego z – jakby to nazwać? – olśnieniem. Podobnie było na początku pracy nad Grand Egyptian Museum w Dublinie, kiedy wrzucono nas na głęboką wodę i wszystko było nowe, trudne, ale ekscytujące – od projektowych wyzwań po… niezrozumiałe akcenty branżystów.

2018 był dla mnie jednym z najintensywniejszych w życiu. Przeszłam ekspresową szkołę prowadzenia własnej firmy. Jak być szefową, jak nauczyć się delegować pracę (to najtrudniejsze!), jak utrzymać ciągłość zleceń, jak utrzymać firmę, jak nie zwariować w tym dzikim pędzie? Z jednej strony padam na pysk, z drugiej mam ogromną satysfakcję, że w tak krótkim czasie nauczyłam się tak dużo. Dlatego jeśli kiedykolwiek w życiu poczujecie, że w Waszym życiu dominują kapcie i seriale, a będzie już za późno na Erasmusa albo pierwszą poważną pracę, mam niezawodne rozwiązanie: załóżcie własną firmę. Zapewniam, że będzie tak ekscytująco, jak nigdy wcześniej!

[Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz]

 

Najpowolniejsze wakacje życia

 

Lekkie ADHD (a na pewno duża nadaktywność) w codziennym życiu przekłada się także na sposób spędzania wakacji. Nigdy jeszcze nie pojechaliśmy z moim osobistym urbanistą odpoczywać dłużej na plaży czy nad jeziorem. Zdarzało nam się, owszem, spędzić tak dzień czy dwa, najczęściej ze stosem książek przy leżaku, ale zaraz potem wracaliśmy do zasuwania po miastach. Nasze typowe wakacyjne wyjazdy wiążą się z ciągłym przemieszczaniem – spędzamy z reguły nie więcej niż dwie noce w jednym miejscu i ruszamy dalej. Oczywiście wszystko transportem publicznym, więc każda podróż musi być szczegółowo przygotowana: zabukowane noclegi, spisane połączenia, szczegółowo zaplanowane przesiadki. Tym razem mieliśmy jednak tak serdecznie dość spieszenia się na pociągi i wciskania kolejnych punktów programu w napięty grafik, że spędziliśmy właśnie najpowolniejsze wakacje swojego życia. Na dziesięć dni zaplanowaliśmy zaledwie trzy miasta do odwiedzenia, a wieczory zdarzało nam się spędzać w hotelu, bez wyrzutów sumienia, że nie korzystamy z lokalnych atrakcji.

Okazało się, że spędzanie wieczorów w hotelu nie jest wcale takie bezsensowne. Pisałam  te słowa w jednym z najprzyjemniejszych miejsc, w jakich zdarzyło mi się zatrzymać (Black Iris w Madabie).  Nie wierzyłam opiniom gości – „nie było ciepłej wody, ale miejsce jest tak urocze, że daję 10/10” – lecz to wszystko prawda. Nieczęsto zdarzają się miejsca z taką atmosferą, że goście przychodzą do hotelowego lobby po prostu po to, aby posiedzieć sobie na puchatych kanapach i pograć w scrabble z dziećmi właścicieli. Pokoje usytuowane są tak, że zawsze trzeba przejść obok jadalni, kąta z herbatą i kilku przyjemnych zakamarków. Wszystkie strefy się przenikają, zapachy (apetyczne) roznoszą, a goście i obsługa non stop uśmiechają się do siebie.

Przed Madabą zatrzymaliśmy się w Ammanie i w Dżaraszu. Amman jest – jakby to w miarę delikatnie określić? – trudny turystycznie. Zwłaszcza dla takich maniaków spacerowania, jak my. Prawie nie ma tam chodników ani przejść dla pieszych, transport publiczny istnieje, ale nie sposób się w nim połapać, a różnice wysokości sprawiają, że odległości, które na mapie wyglądały niewinnie, wydłużają się w nieskończoność. Najtrudniejsze jest jednak coś innego – jakość powietrza. Tłuste, śmierdzące  spaliny wciskają się w nos i gardło, a poza tym prawie nie ma zieleni, która chociaż częściowo filtrowałaby tę truciznę. Ale to nie znaczy, że z Ammanu trzeba uciekać i miasto nie ma wiele do zaoferowania, wręcz przeciwnie. Oprócz bezdyskusyjnie przepięknych miejsc (przede wszystkim Cytadeli i  ogromnego rzymskiego teatru), ma fantastyczne handlowe ulice i wspaniałe kawiarnie (szisza!). Dla mnie najciekawsze było jednak objęcie skali tego miasta, jednego z największych na Bliskim Wschodzie, tym bardziej, że trudno w jego strukturze znaleźć jasną dla Europejczyków hierarchię w układzie przestrzennym. Byłam też ciekawa, czy w tej ogromnej masie budynków i ulic można zobaczyć nowoczesne oblicze miasta. To ostatnie zadanie okazało się najłatwiejsze, bo zatrzymaliśmy się niedaleko Abdali – ogromnego kompleksu, który ma podnieść znaczenie Ammanu jako ważnego globalnego ośrodka. Wygląda światowo – są wieżowce, szerokie chodniki (!), wielkie centrum handlowe, luksusowe hotele i biurowce, ale duża część powierzchni dopiero czeka na najemców.

Nie współczesny urbanistyczny rozmach Ammanu zaskoczył mnie najbardziej, lecz… rzymski i starożytny. Dżarasz okazał się gwoździem programu. Ale o tym w następnym odcinku:)

[Fot. Monika Arczyńska]

 

RACHUNEK SUMIENIA

IMG_3666

Bałam się tego potwornie, ale w końcu zdobyłam się na odwagę i to zrobiłam. Policzyłam, ile wylatałam CO2 w 2018 roku… no i klops. Lutowy weekend w Lizbonie to… 1.1 t C02 (ile???). Majówka w Wiedniu – 0.361 t. Biennale w Wenecji – 0.963 t. Erasmus Plus w Permie z krótkim postojem w Moskwie –  1 t. Wypad do przyjaciółki do Zurychu – 0.463 t. Wyjazd do Kijowa – 0.428 t. Charków – 0.546 t. A na dobicie zabukowaliśmy już wyjazd na święta i wyprodukuję kolejną tonę. Razem daje to 5.861 t… To oznacza, że mogłabym przez cały rok wozić cztery litery samochodem, zamiast używać nóg, roweru albo transportu publicznego, a i tak mój transportowy ślad węglowy byłby mniejszy, niż gdybym tylko zrezygnowała z latania.

Dotychczas tłumaczyłam się sama przed sobą, że przecież na co dzień staram się ograniczać ślad węglowy, więc jeśli od czasu do czasu wsiądę do samolotu, nic strasznego się nie stanie. Nie używam samochodu, od kilkunastu lat piję kranówkę i segreguję śmieci. Mój osobisty urbanista ciągle marudzi, że w mieszkaniu jest zimno, więc raczej nie przesadzam z ogrzewaniem (ale mogłabym pewnie brać nieco krótsze prysznice). Z wegetarianizmem i weganizmem niestety nie bardzo mi po drodze – jako IBS-owiec mam mocno ograniczoną dietę, ale zredukowałam jedzenie mięsa. Voluntary simplicity (czyli dobrowolna prostota) nie musi oznaczać od razu przeprowadzki w Bieszczady (które i tak są regularnie zadeptywane przez turystów;). Chodzi bardziej o to aby nie kupować plastikowego szajsu, zastanowić się dwa razy, czy coś jest faktycznie potrzebne, zaakceptować sweter z załataną dziurą i nie bać się pożyczania rzeczy. Przyznaję się co prawda do kompulsywnego konsumpcjonizmu w kontekście kupowania butów, za to noszę je aż do zdarcia i nie wyrzucam rzeczy, które nadają się jeszcze do noszenia. Dlatego czułam się dość komfortowo z własnym wpływem na środowisko, ale podejrzewałam, że to nieszczęsne latanie pogorszy moje dobre samopoczucie, dlatego unikałam policzenia śladu…

Miałam też dotychczas niezłą wymówkę. Nasze podróże zawsze, ale to zawsze, mają spore znaczenie zawodowe i edukacyjne. W Wiedniu oglądaliśmy ulice (w związku z projektem dla Starowiejskiej) i osiedla mieszkaniowe (przydatne dla nowego warszawskiego przedsięwzięcia), w Charkowie złapaliśmy kontakt z młodymi architektami, Perm i Moskwa okazały się kopalnią wiedzy i doświadczeń. Na uczelni cały czas rzucamy przykładami, które mieliśmy okazję zobaczyć na własne oczy. Praktycznie nie zdarza nam się wyjeżdżać dla samej rozrywki, bez przywiezienia nowych miejskich i architektonicznych obserwacji, więc czułam, że to nieszczęsne CO2 rozkłada się nieco na kolejne osoby, które naszymi oczami poznają doświadczenia z innych miejsc na świecie. Nie zdawałam sobie jednak sprawy, że to aż tyle ton!

Ograniczenie latania to nasze postanowienie noworoczne. Jeśli trzeba będzie gdzieś polecieć w związku z pracą – trudno, pewnych spraw nie przeskoczymy. Ale postaramy się, żeby co najwyżej raz w roku polecieć gdzieś dla przyjemności. Przestanę nawet sprawdzać połączenia lotnicze z Krakowem czy Berlinem (chociaż do Berlina właśnie uruchomiono loty z Gdańska, eh!), bo przecież można pojechać tam pociągiem. Nie będę polować na promocje. Jeśli już gdzieś będziemy musieli polecieć zawodowo, spróbujemy (oj, będzie ciężko!) zostać dłużej, żeby to nie był bezsensownie krótki wyjazd. Jeśli poczujemy potrzebę wyrwania się na chwilę – a to się na pewno zdarzy, biorąc pod uwagę nasz skrajny pracoholizm – popatrzymy w stronę najbliższych sąsiadów. Drezno?  Český Krumlov? Do Hamburga i Weimaru też da się sprawnie dojechać, a – wstyd się przyznać – nigdy tam nie byłam. W końcu zaczniemy też podróżować po Polsce, oczywiście transportem publicznym. Trudno mi przewidzieć, jakie okażą się rzeczywiste efekty tego postanowienia, ale trzymajcie za nas kciuki:)

[Fot. Monika Arczyńska, obliczenia na podstawie co2.myclimate.org]

OSSA 2018 – czapki z głów!

Nie wszyscy czytelnicy bloga są architektami, więc już wyjaśniam, czym jest OSSA. To Ogólnopolskie Spotkania Studentów Architektury, niezależna studencka inicjatywa rozpoczęta 20 lat temu.  Zawsze w październiku, na samym początku roku akademickiego, odbywają się warsztaty przygotowywane przez studentów dla studentów. Te pierwsze trwały weekend, teraz – tydzień. Zdarzają się też dodatkowe OSSY, np. letnie. Spotkania co roku odbywają się w innym mieście i kolejne roczniki przejmują organizacyjną pałeczkę. Każda edycja stara się przebić poziomem poprzednią – zaproszeniem znanych gości, wykładami, wycieczkami, pokazami filmowymi. W tym roku przyjechało 70 studentek i studentów z całej Polski i nie tylko – po raz pierwszy obowiązywał angielski. Przygotowanie takiego przedsięwzięcia zajmuje około roku i pochłania ogromny budżet. Już kilka miesięcy przed warsztatami  dostaliśmy od organizatorów zaproszenie do poprowadzenia jednej z grup i pakiet materiałów zapowiadający świetne merytorycznie wydarzenie.

team ossa

Grupa, która zorganizowała łódzką OSSĘ – dziękuję i gratuluję!

Każda OSSA ma temat przewodni, który zespoły interpretują podczas warsztatów. Tym razem było to „widzenie”. W przeciwieństwie do wielu poprzednich edycji nie koncentrowano się na mieście, w którym odbywa się wydarzenie. Owszem, zaplanowano spacer po Łodzi, ale miał raczej zainspirować niż koniecznie wyznaczać pole działań projektowych. Napiszę jedno (nadal pod ogromnym wrażeniem): takiego poziomu i takich wykładów nie pamiętam z żadnych studenckich warsztatów, ani z żadnej EASA (europejskiego odpowiednika), ani z Delft. Tom Emerson na powitanie, Ricardo de Ostos z AA i Bartlett, wykład w ms2 o Strzemińskim – po takim intelektualnym wsadzie nie dało się już potraktować pobieżnie przewodniego  tematu. Warsztaty odbywały się w Art Inkubatorze (tam, gdzie Łódź Design Festival), a wszyscy nocowali w klimatycznym hotelu Polonia, który sam zasługuje na post (o pracownikach obu miejsc, w tym o windziarzu grupa Maćka Siudy i Janka Domicza przygotowała film). Na koniec zjechały się ossowe dinozaury (jak dobrze było Was zobaczyć!). Ale najważniejsi i tak byli uczestnicy, bo to ich działania warsztatowe to sedno OSSY. I to, co zrobili pod kierunkiem prowadzących (wybranych równie uważnie, jak prelegenci) to mistrzostwo świata. Od symbolicznego wyciągnięcia spod ziemi niewidocznych łódzkich rzek (grupa JEJU), przez instalacje, clipy, i modele po moją ulubioną prezentację nt. zmanipulowanego medialnie i kulturowo widzenia, przygotowaną przez zespół Kuby Włodarczyka i Alka Wadasa. Trampolinarium jako uzupełnienie calidarium i frigidarium w rzymskich łaźniach zostanie ze mną na długo:)

grupa 6.JPG

Nasz wspaniały zespół: Maria Dondajewska, Patrycja Dyląg Zofia, Jemioło, Jakub Kaczyński, Artur Mincberger, Paweł Paciorek, Paulina Rączka
Ossowa opiekunka: Justyna Pawlak

Nasza grupa zaczęła od luźnych rozmów na temat Łodzi i zjawiska widzenia. Od rozmów przeszła do eksplorowania miasta, od miasta do pierwszych pomysłów, a potem stało się coś, co wywróciło wszystkie wcześniejsze wnioski do góry nogami. Okazało się, że ‚widzieć’, to nie znaczy ‚wiedzieć’ i że to ważne, aby czasem architekt potrafił przyznać się do niemocy wobec problemów, które przerastają go skalą i powagą. W danym czasie (u nas – 5 dni w Łodzi) i budżecie (500zł na materiały), przy założonym celu dokonania działania, które wpłynie pozytywnie, jeśli nawet chwilowo, na życie Łodzi i łodzian, ten najsłuszniejszy wybór może okazać się nieoczekiwany. Zresztą sami zobaczcie nagranie z finałowych prezentacji – Paweł Paciorek odkrył swój inscenizacyjny talent (to nie przypadek – pracuje w Teatrze Nowym), a całość była uparcie szlifowana podczas prób:

Na tej OSSIE stało się coś ważnego. To nie były ani zwykłe studenckie warsztaty, ani zwykłe działanie edukacyjne, ani tydzień zwykłych spotkań. To był przede wszystkim dowód na sens ciężkiej wspólnej pracy i świadomego uczenia się. Świadomego, bo jedna z głównych idei OSSY to uzupełnianie tego, czego studenci nie są w stanie odnaleźć na swoich wydziałach. Ciągła wymiana uwag, pomysłów i wiedzy w zestawieniu z zespołową pracą, ale i doskonałą zabawą, daje niebywałe efekty. A prowadzący uczą się równie dużo, jak uczestnicy.

Czapki z głów, zrobiliście (zrobiliśmy wspólnie!) coś ważnego. Dziękuję Wam wszystkim bardzo.

[fot. M. Arczyńska]

 

KOKA 2018 czyli kilka słów o konkursach

Kiedy zobaczyłam na Facebooku zapowiedź konferencji o konkursach architektonicznych KOKA 2018, najpierw jęknęłam boleśnie patrząc na daty, ale chwilę później zaczęłam przekładać wszelkie możliwe terminy, żeby jednak wybrać się do Chęcin. Pojechałam z kilku powodów: chciałam posłuchać, co w konkursach słychać nowego, pomyśleć o tematyce badań, które byłyby praktyczne i zobaczyć, czy nie dałoby się rozszerzyć działalności naszej firmy. Przy okazji spotkać starych znajomych, poznać nowych, napić się konferencyjnego wina i pojeździć po okolicy, której kompletnie nie znam.

Wydarzenie odbywało się w Europejskim Centrum Edukacji Geologicznej, realizacji projektu WXCA. Zgrzeszyłam kiedyś nieco w związku z tym budynkiem. Mam zasadę, aby pisać wyłącznie o obiektach, które odwiedziłam. Jednak kiedy czeskie INTRO rzuciło hasło „kamień” dla kolejnego numeru, zaproponowałam właśnie ten (nieobejrzany na własne oczy) budynek. Przestudiowałam dokładnie rysunki i zdjęcia, ale dopiero teraz miałam okazję się przekonać, jak bardzo „wrośnięty” jest w miejsce, w którym powstał. Nawet najlepsze fotografie nie oddają jego zmienności. Stuprocentowo trafne określenie, że „piździ jak w Kieleckiem” oznacza silne wiatry i pogodę, którą porównałabym do irlandzkiej. Raz świeci słońce, raz pada deszcz, a po niebie galopują chmury. Malowniczość okolicy, w tym ściana dawnego kamieniołomu, kadrowana jest ekranami okien i przeszkleń. Trzeba jeszcze odczekać dwa lata, aż minie okres trwałości obiektu i będzie można (mam nadzieję) wynająć tam pokój, żeby nic nie robić, tylko godzinami gapić się przez okno.

Pierwszego dnia konferencji pojeździliśmy po okolicy i spacerowaliśmy po Kielcach. Udało się nawet wejść do wnętrza modernizowanego już dworca PKS. Odczyszczono je już z narastających przez lata „dodatków” – kiosków i budek – dzięki czemu odzyskał dawną przestronność. Mam nadzieję, że po liftingu zyska jeszcze bardziej niż warszawski Dworzec Centralny (niech tylko nikomu nie przyjdą do głowy żadne antresole!). Same Kielce bardzo pozytywnie mnie zaskoczyły. Przyznaję: nie miałam pojęcia, czego się spodziewać i oczekiwałam raczej… dziury (przepraszam za to mieszkańców Kielc). A tu niespodzianka: centrum jest wyjątkowo przyjazne dla pieszych, można tam znaleźć sporo sensownej architektury i za chwilę będzie jej jeszcze więcej (m.in. WXCA modernizuje teatr, a eM4 plac), na ulicach przez cały czas widać pełno ludzi i widać, że żyje się tam i przyjemnie, i wygodnie.

Ale nie o Kielcach miałam przecież pisać, lecz o samej konferencji. Nie mogę się nachwalić, jak bardzo była potrzebna i jak świetnie ją przygotowano. Hubercie i kompanio – dziękuję. Po pierwsze za całkowicie „demokratyczny” klimat – przyjechać mogli i młodzi, i nie tak bardzo już młodzi architekci, studenci, urzędnicy i wszyscy inni, którym temat konkursów jest bliski. To, co jednak było dla mnie szczególnie ważne, zwłaszcza w kontekście różnych niezbyt udanych pod tym względem wydarzeń tego roku, to zachowanie zdrowej relacji między prelegentami a prelegentkami. Doceniam logicznie skonstruowany program, w którym znalazło się miejsce i dla przeglądu polskich praktyk, i dla relacji zagranicznych gości, i dla dodatkowych, zgłoszonych niezależnie tematów. Jak to u Huberta Trammera zwykle bywa, program był bezlitośnie naładowany (śniadanie – 07:45, rozpoczęcie wieczornej debaty – 21:00;), ale to pewnie dzięki temu udało się ściągnąć na intensywne dwa dni uczestników, którym raczej nie udałoby się przyjechać na dłużej.

Nie do końca udał się panel, na który najbardziej czekałam: relacja z przebiegu konkursów i pokonkursowej współpracy opowiedziana z punktu widzenia architektów i zamawiających. Liczyłam na dynamikę w stylu FuckUp Night i anegdoty o mozolnie budowanym zaufaniu, podczas gdy nieco zbyt dużo było tam opowiadania o samych projektach, a za mało o samych procedurach.  Świetnie wypadły za to prelekcje zgłoszone w wolnym naborze, m.in. o eksperymentowaniu z formułą konkursową w Poznaniu i o tym, że w biznesie architekt znajduje się gdzieś na samym końcu listy płac, a jego twórczość to po prostu usługa, która ma być wykonana szybko, sprawnie i tanio. Przez cały czas na pierwszy plan wybijała się dość monopolistyczna pozycja SARP oraz brak standardów m.in. pracy sędziów, którzy bywają przeświadczeni o własnej nieomylności. A sami architekci – o nadzwyczajnym talencie i szczęściu, co sprawia, że przeceniają swoje szanse w konkursach i niezrażeni porażkami próbują dalej. Opowiadała o tym, wbijając ostrą szpilę kolegom po fachu, Antigoni Katsakou, badająca od lat konkursy w różnych krajach. Pojawiły się ostre słowa krytyki wobec polskich, nie zawsze jasnych i doskonałych procedur, ale z debaty po pierwszym dniu prezentacji wynikały dość niepokojące wnioski. Po pierwsze architekci w dużej mierze traktują konkursy jako procedurę, która służy nie tyle pozyskiwaniu koncepcji przez zamawiającego, co zleceń przez projektantów. Po drugie oprócz SARP i urzędów prawie nikt nie wie, jak konkursy wyglądają od strony finansowej i organizacyjnej.

Wśród wielu pokonferencyjnych obserwacji, których nie dam rady tu przytoczyć, ważna wydaje mi się zwłaszcza jedna. Po raz pierwszy nie poczułam konfliktu „starzy-młodzi”. Co prawda w wypowiedziach młodszych uczestników przewijały się różne pretensje, zwłaszcza o bierność Izby i SARP w ułatwianiu młodym pracowniom wejścia na rynek, ale to nie były głosy dominujące. Kiedy z młodszą częścią uczestników dyskutowaliśmy o tym, co można by poprawić, przez cały czas chodziło mi po głowie, że przecież ze dwie-trzy dekady wcześniej podobnie dyskutowali inni, z nieco bardziej dziś przyprószonymi siwizną głowami. To oni tworzyli podwaliny pod obecny system i zrobili to najlepiej, jak się dało w ówczesnych okolicznościach. W trudnych okolicznościach. Dopiero teraz można bez większych problemów zdobyć w zakresie konkursów międzynarodowe doświadczenie i podpatrzeć z bliska, jak robią to inni.

Dyskusje pokonferencyjne jeszcze się nie zakończyły, przeniosły się tylko na podgrupy w mediach społecznościowych. Zamierzam je śledzić, a jeśli czas pozwoli, włączyć się aktywnie, bo czuję, że na edycji 2018 się nie skończy. Tym bardziej, że według europejskich statystyk Polska jest jednym z krajów, w którym konkursów organizuje się najwięcej. Jest nad czym pracować:)

[Fot. M. Arczyńska]

Doskonałość na sześć liter

Teksty z czytanej w dzieciństwie „Małej Fantastyki” musiały mocno utkwić mi w pamięci. Jeszcze na początku blogowania wspominałam o „świszczurce”, która zainspirowała najwcześniejsze marzenia o zawodzie, który chciałabym wykonywać, kiedy dorosnę (nie, nie był to zawód architekta). Pamiętam też opowiadanie „Anihilacja wszechświata”. Chłopiec, odwiedzający z kolegą laboratorium, w którym pracował jego tata, nacisnął z ciekawości przycisk do tytułowej anihilacji – zniknęła nagle materia wszechświata, ale została kształtująca ją forma. Nagle tramwaje zaczęły przyjeżdżać punktualnie, śmietniki stały się czyste i pachnące, a cały świat jakby nieco bardziej perfekcyjny niż wcześniej. To opowiadanie musiało być napisane jeszcze w peerelowskich czasach, więc pewnie nawet kolejki po papier toaletowy nagle zniknęły wraz z materią. I kiedy wylądowałam w piątek w Zurychu, poczułam się jak po takiej właśnie anihilacji. Jeszcze nigdzie nie widziałam tak doskonałego systemu transportu publicznego, nie udało mi się zgubić na żadnym dworcu (no, prawie), ulice są czyste, jedyny nieprzyjemny zapach to rozpuszczony raclette, a post napisałam na lotnisku, gdzie wszystkie siedziska dla oczekujących pasażerów mają gniazdka (oczywiście po dwa rodzaje). Co prawda nagłe załamanie pogody uniemożliwiło mi popływanie w jednym z miejskich kąpielisk (jezioro w centrum – to dopiero jest luksus!), ale i tak spędziłam tu kapitalny weekend.

Byłam tam już kiedyś, kilkanaście lat temu na wycieczce ze studentami. Teraz zwracałam uwagę na zupełnie inne rzeczy, ale z ciekawości obejrzałam miejsca, które wtedy dopiero co zrealizowano. Byłam bardzo ciekawa, jak obrósł zielenią trójwymiarowy park na Oerlikonie – wtedy bluszcze dopiero zaczynały się piąć, a teraz całość jest pokryta gęstą zielenią. Obejrzałam kilka kooperatyw mieszkaniowych i ekoosiedli (dziękuję za Facabookowe rekomendacje!), ale przede wszystkim przyglądałam się miastu – przestrzeniom publicznym i architekturze. I to nie nawet nie wybitnym dziełom szwajcarskich gwiazd, ale współczesnym biurowy i mieszkaniowym „wypełniaczom”.  Pragmatyzm (niestety, kosztowny) w wersji szwajcarskiej ma dużo sensu – chociaż architektura jest „praktisch, kwadratisch und gut”, ale w wersji bardziej ekskluzywnej niż w Niemczech, zabudowa idealnie się uzupełnia. Biurowce i apartamentowce z lat 70. sąsiadują bez wstydu z nowymi realizacjami, materiały – kamień, drewno, beton, terrazzo i ceramika – starzeją się szalenie szlachetnie i widać, że wyburzanie zabudowy nie ma tu za bardzo sensu. Wystarczy lifting lub ewentualna zmiana funkcji, żeby przez kolejne dekady spełniała swoją rolę. Jeśli coś mnie zaskoczyło, to niewielka ilość powierzchni biologicznie czynnych w nowych realizacjach – dominują utwardzone nawierzchnie i to w dużej mierze wyasfaltowane (cieszy mnie powrót do tego materiału). Są za to rekompensowane albo parkami, albo pozostawioną dziką zielenią – podobnie jak wiosną zauważyliśmy w wiedeńskich osiedlach.  To też działą – wypełnianie wymaganych powierzchni biologicznie czynnych tak jak w Polsce, czyli wygospodarowywanie skrawków zieleni gdzie popadnie, gdzie i tak zaraz ją zniszczą parkujące nielegalnie samochody oraz szatkowanie przestrzeni kilometrami krawężników mija się z celem.

A poza tym Zurych/Zürich/Zurich/Zurigo ma sześć liter w każdej wersji językowej;)

[Fot. M. Arczyńska]

Ukraina

UKR.jpg

Uzgodnione: w tym roku dłuższego urlopu nie będzie. Jeden porządny wyjazd zastąpimy przedłużanymi weekendami i wieczorami na lokalnej – brzeźnieńskiej – plaży. To takie nasze part-time staycation, czyli wakacje spędzane w miejscu zamieszkania, w niepełnym wymiarze czasowym (anglicyzmy jednak bywają wygodne;). W skrócie: wychodzimy przed 20:00 z biura i jedziemy nad morze. A plaża nam się ostatnio poprawiła pod względem infrastruktury – pojawiły się toalety, prysznice i całkiem niezły bar, sinice w końcu diabli wzięli, a turyści wieczorami chyba smarują spalone ciała zsiadłym mlekiem, bo o pewnej godzinie robi się pustawo. Jeśli mój osobisty urbanista namówi mnie kiedyś  na przeprowadzkę do Warszawy, nie będę przynajmniej czuć, że nie wykorzystywałam wystarczająco naszej gdańskiej lokalizacji.

Jeśli o wyjazdach mowa, w tym roku dominuje kierunek wschodni. Sama dotarłam tylko do Rosji, ale mój osobisty urbanista co chwilę wyjeżdżał na misje szkoleniowe do Gruzji, przywożąc stamtąd przepyszne wina i sery.  Zamierzamy teraz skorzystać z coraz łatwiejszych połączeń z Ukrainą. Jeszcze w sierpniu wyskoczymy do Kijowa, a dziś w ramach impulsywnych zakupów kupiłam na jesień bilety do Charkowa. I tu pytanie do Was, drodzy czytelnicy: co architektoniczno-urbanistycznego polecicie? Internet podpowiada kilka obowiązkowych miejsc do zwiedzenia, ale ciężko znaleźć nowe realizacje albo ukryte skarby. Nie pogardzimy wyjątkowymi blokowiskami, odjechanym konstruktywizmem, szalonym postmodernizmem ani współczesnymi inwestycjami „na bogato”. Liczę na Wasze rekomendacje!

[Fot. Monika Arczyńska]

KRYZYS MNIE DOPADŁ

wracac

Kryzys mnie dopadł. Blogowy. W listopadzie SIX LETTER CITY mają stuknąć piąte urodziny, powinnam już zacząć przygotowania do hucznego świętowania, a tymczasem mam coraz mniej energii, aby pisać nowe posty. W szkicowniku czeka prawie 40 rozgrzebanych wpisów – zamiast je kończyć, od dłuższego czasu na ukochanego bloga wrzucam głównie zdjęcia z wyjazdów. A gdzie opinie o bieżących wydarzeniach i zjawiskach? A gdzie złośliwości pod adresem archichwalipięt i archibufonów?

Myślę, że dużo w tym winy wyprowadzki do biura. Co prawda to właśnie dzięki tej zmianie powoli odzyskuję wolny czas, bo mieszkanie nagle stało się mieszkaniem, a nie pracownią. Jednocześnie straciłam coś, co nazywałam zawsze czasem „pomiędzy”. Czyli tym, co nie jest bezpośrednio związane z projektami albo uczelnią, ale jak najbardziej z architekturą, tyle, że bardziej hobbystycznie. W biurze tak intensywnie zasuwam nad projektami, że pisanie, które kiedyś stanowiło odprężający przerywnik w pracy, teraz wydaje mi się nie na miejscu. Poza tym trochę głupio byłoby mi robić coś „niezleceniowego” przy pracownikach. Z kolei w domu nie mam już ochoty włączać laptopa w innym celu niż obejrzenie serialu. Co robić?

Z jednej strony nie chcę rezygnować z SIX LETTER CITY, z drugiej coraz trudniej mi rozwijać blog. Tym bardziej, że czuję pewien zastój. Nie zostałam Charlize Mystery polskiej architektury, nie zarabiam na blogu (no, czasem wpadnie jakaś książka), liczba stałych czytelników ustabilizowała się. Pomyślałam, że może zamiast blogowania powinnam zacząć vlogować, bo przecież tak bardzo lubię gadać o architekturze. To chyba jednak nie jest mniej czasochłonne od pisania. Pewnie zaczęłabym się porównywać do Radka Gajdy, który zawsze ma idealnie wyprasowane koszule oraz perfekcyjnie ustawione kadry i okazałoby się, że chociaż ARCHITECTURE IS A GOOD IDEA, to SIX LETTER CITY w wersji video już niekonieczne. Przy mojej niechęci do żelazka i porządku może jednak poprzestanę na pisaniu.

Co poradzicie? Zmiana formuły? Uroczyste zamknięcie bloga w dzień jego piątych urodzin? Krótsze, mniej pracochłonne posty? Przerzucenie się całkowicie na Facebooka? Założenie konta na Instagramie? Nawet najbardziej szalone pomysły mile widziane!

[Fot. Łukasz Pancewicz]

ZRÓWNOWAŻONE BUDYNKI BIUROWE

stieklo.jpg

Pisałam niedawno o patronacie medialnym SIX LETTER CITY nad najnowszą publikacją PWN o zrównoważonych budynkach biurowych. Dzięki długim godzinom na lotniskach  udało mi się w końcu dokładnie przeczytać całość. Z kolei obejrzenie największego w Moskwie centrum biurowego zlożonego praktycznie wyłącznie z całkowicie przeszklonych budynków (na zdjęciu) jeszcze bardziej rozbudziło moją ciekawość – jak to w końcu jest, że kolosalne biurowe szklarnie mogą jednak otrzymać wyśrubowane ekologiczne certyfikaty?

Temu zagadnieniu poświęcono co prawda spory fragment rozdziału o izolacyjności przegród, jednak nie byłam w stanie wydedukować ze wzorów i tabelek czy istnieje jakakolwiek uniwersalna zasada w tym temacie. Chociaż nadmiar szkła w rosyjskiej architekturze wcale mnie nie zaskakuje (przy tych zasobach naturalnych nikt się pewnie nie martwi energochłonnością), to za naszą zachodnią granicą widać wyraźnie, że od kilku lat powstaje coraz więcej obiektów, które są co najwyżej gęsto perforowane. Zamiast  hektarów lustrzanych powierzchni dominują po prostu okna, między którymi znajduje się solidna masa termiczna i to w grubości zapewniającej porządne zacienianie. W książce również pojawiają się inne konkretnie opisane rozwiązania, które potrafią ograniczyć nadmierną ekspozycję – od nachylenia elewacji po nowoczesne rodzaje szkła, żaluzje i nadruki.

„Zrównoważone budynki biurowe” to kompleksowe opracowanie, które przedstawia energooszczędne budownictwo i certyfikację nie tylko jako standard, który świetnie działa marketingowo, ale jako odpowiedzialne pod względem ekologicznym i ekonomicznym podejście do tworzenia środowiska zbudowanego. Tu chodzi o coś więcej niż prestiżowa plakietka z napisem „LEED Platinum” i niskie rachunki za prąd i wodę. To kwestia rozpowszechnienia rozwiązań, które obecnie są zbyt drogie i zbyt mało znane, aby stały się popularne w sektorach, w których pieniędzy jest mniej niż w nowoczesnych inwestycjach biurowych. Mam oczywiście na myśli mieszkalnictwo, ale także budynki użyteczności publicznej – szkoły, przedszkola, przychodnie. Tam już nie chodzi tylko o plakietkę, ale o niskie koszty – zarówno finansowe, jak i środowiskowe.

Niektóre rozdziały ksiązki dość łopatologicznie wyjaśniają założenia projektowe (np. kontekst urbanistyczny ), inne skupiają się na szczegółach, do których zrozumienia potrzebna jest pewna wiedza projektowa. Gdybym miała się do czegoś przyczepić, to do braku spójności – każdy rozdział pisany przez innego autora, z kompletnie innegopunktu widzenia i z zupełnie różnym poziomem szczegółowości. Jeśli czegoś zabrakło, to może wnikliwej analizy kilku przykładów. Na końcu znajduje się przegląd polskich przykładów z ostatnich lat i byłoby świetnie, gdyby chociaż dwa czy trzy przeanalizowano dokładniej pod kątem przedstawionych wcześniej aspektów. Sama informacja, czy na budynku znajduje się zielony dach, niewiele jeszcze mówi. Gdyby jednak określono, jakie konkretnie ma on znaczenie z uwagi na odzysk deszczówki czy zapewnienie dodatkowej izolacji, na opisane rozwiązania można by spojrzeć nie jak na kolejne odhaczane z listy punkty (niestety, tak często wygląda certyfikacja), ale jak na integralne elementy spójnej koncepcji. Tym bardziej, że nie wszystkie z opisanych strategii działania są oczywiste i popularne. Sama uśmiechnęłam się pod nosem czytając jeden z najlepszych moim zdaniem rozdziałów o recyklingu materiałów budowlanych. Przypomniało mi się, jak w jednym z projektów, który miał uzyskać certyfikację BREEAM, musieliśmy zastosować beton z domieszką kruszywa z recyklingu. Tak, „musieliśmy” – gdybyśmy zastosowali zwykły, nie udałoby się uzyskać wymaganej punktacji. Ach, ta certyfikacyjna punktoza! Co się okazało? Przy wysokiej zawartości takiego kruszywa beton nieco „głupieje” – przy niewielkich elementach zachowuje się normalnie, ale kiedy trzeba wylać kilkumetrową ścianę, wyciskana pod jej ciężarem woda znajduje sobie ujście do góry bezpośrednio przy powierzchni szalunków. A to oznacza jedno – pęcherzyki! Co zrobić, gdy powierzchnia ma być idealnie gładka? Rozebrać ścianę, produkując dodatkowy materiał do recyklingu… tego nikt już nie kontroluje na budowie.

Sprawdziłam, że książka jest już dostępna w naszej wydziałowej bibliotece. To świetnie, bo będę do niej odsyłać i studentów architektury poszukujących dobrego kompendium wiedzy o projektowaniu zrównoważonym, i studentów gospodarki przestrzennej. We współpracy z praktykami – ekspertką w zakresie wyceny inwestycji oraz architektem związanym z jedną z największych na trójmiejskim rynku firm deweloperskich – prowadzimy projektowanie w module pod nazwą „urbanistyka i ekonomia”. Studenci przygotowują propozycję inwestycji w śródmiejskim kontekście – mają pełną dowolność doboru funkcji, oczywiście w ramach obowiązującego planu miejscowego. Wiele zespołów decyduje się na biura (to pewnie przez biurowcowe szaleństwo na gdańskim rynku nieruchomości), a ponieważ oprócz projektu opracowują także strategię marketingową. nierzadko pojawia się kwestia certyfikacji. Do tej pory posługiwałam się „telefonem do przyjaciela” pracującego jako konsultant LEED, ale dzięki PWN-owskiej publikacji nie będę już musiała zawracać mu głowy.  A studenci w końcu zrozumieją, że niskie koszty eksploatacji to tylko jeden z aspektów zielonego budownictwa.

Zrównoważone budynki biurowe_okładka

Zrównoważone budynki biurowe. Projektowanie. Uwarunkowania prawne. Rozwiązania technologiczne.

Praca zbiorowa we współpracy z PLGBC pod redakcją Szymona Firląga.

Wydawnictwo Naukowe PWN

[fot. Monika Arczyńska]

Zakochaj się w Teatrze Szekspirowskim

Zakochaj sié

W sieci jest już dostępny najnowszy odcinek „Zakochaj się w Polsce”, w którym wymądrzam się trochę na temat mojego ulubionego gdańskiego budynku – Teatru Szekspirowskiego.

Musiałam chwilę poczekać na swoją kolej podczas nagrania, więc posiedziałam na dziedzińcu, obserwując, jak ten „odpychający czarny katafalk” działa w ciągu dnia. Najpierw przewinęła się babska wycieczka z Norwegii z przewodniczką wyjaśniającą, co to za typ teatru i co chodzi z tym Szekspirem w Gdańsku. Potem pojawiły się przedszkolaki, których wychowawczynie zapowiedziały „test na szczupłość” i wprowadziły do najmniejszego, trójkątnego dziedzińca. Wąskie wejście faktycznie nie pozwala na przeciśnięcie się pulchniejszym osobom. Przez cały czas ktoś pstrykał zdjęcia telefonem – dzień był wyjątkowo słoneczny, więc cienie, układające się na antracytowej cegle, stanowiły wyjątkowo malowniczy do fotografowania widok. Przechodnie zatrzymywali się patrząc na otwierający się na potrzeby nagrania dach. Niby dzień jak co dzień, ale potwierdzający, że ta trudna w odbiorze architektura ma swoje miękkie, przyjazne oblicze, do którego poznania nie trzeba mieć ani kierunkowego wykształcenia, ani wyrafinowanego gustu. Czekam niecierpliwie na Festiwal Szekspirowski, bo odkąd wyprowadziliśmy się z Dublina i do Edynburga jest już nam za daleko, to gdański przegląd jest dla nas najważniejszym letnim teatralnym świętem. Wtedy życiem pulsuje nie tylko czarny teatr, ale i cała okolica, aż do – również jednego z moich ulubionych gdańskich obiektów – Teatru Wybrzeże. Wpadniecie?

[Fot. kadr z programu, vod TVP]

Kebab

pixabay

Koniec czerwca to dla nas zawsze wyjątkowo aktywny okres. Kończy się semestr, trzeba podsumować zajęcia, posprawdzać projekty, wystawić oceny i odsiedzieć swoje w komisjach egzaminacyjnych i dyplomowych. To ostatnie akurat bardzo lubię, zwłaszcza, kiedy bronią się nasze dyplomatki lub dyplomanci (Wiktoria, Patrycja, Cristina – gratulacje!). Z trudem znajdujemy jednak czas na pracę, skacząc cały czas między Politechniką a pracownią. Nic dziwnego, ze wychodzimy z biura późnymi wieczorami, a zamiast obiadu kończy się na kanapkach. Wczoraj akurat wyjątkowo na pączkach, które przyniosła nam Marta Urbańska z Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu – przyjechała do Gdańska, żeby przeprowadzić z nami rozmowę w ramach badań do swojego doktoratu. Ale ponieważ na pączkach trudno przetrwać cały dzień, w drodze do domu zahaczyliśmy o pobliski bar z kebabem, jedyne jeszcze otwarte miejsce. Wpadamy tam czasem, bo nie dość, że obsługuje tam przesympatyczna pani, to można kupić pyszny domowy humus. Czekając na jedzenie musieliśmy coś mruknąć o Politechnice, bo pani podchwyciła temat i tak od słowa do słowa okazało się, że nie dość, że jej córka właśnie kończy budownictwo, to mąż – Syryjczyk – jest architektem. Teraz razem prowadzą rodziny biznes (co tłumaczy jakość humusu:). Przyjechał do Polski z Aleppo jeszcze w latach 80., żeby zrobić we Wrocławiu doktorat o… projektowaniu portów.  Pogadaliśmy chwilę, wymieniliśmy się kontaktami i spróbujemy poznać go z naszą koleżanką z katedry, która specjalizuje się w tej tematyce. Uwielbiam takie zbiegi okoliczności!

[Fot. z Pixabay]

PWN

okladka.jpg

Kilka, a może nawet kilkanaście miesięcy temu Wydawnictwo Naukowe PWN przysłało mi listę planowanych w kolejnym roku publikacji z pytaniem, czy byłabym może którąś z nich zainteresowana. Dwie książki wpadły mi w oko i zdążyłam już zapomnieć o całej sprawie, gdyby nie odebrana wczoraj z poczty przesyłka. Wyciągnęłam z koperty pachnące jeszcze farbą drukarską „Zrównoważone budynki biurowe” pod redakcją Szymona Firląga, wydane we współpracy z Polskim Stowarzyszeniem Budownictwa Ekologicznego. To pierwszy oficjalny patronat medialny SIX LETTER CITY – jakie to kapitalne uczucie zobaczyć na okładce nazwę bloga obok takich gigantów jak A&B czy Builder!

Ucieszyłam się bardzo z tej książki z kilku powodów. Po pierwsze nigdy nie zaprojektowałam żadnego biurowca i chociaż znam ogólne zasady, chętnie doczytam, jak sprawić, aby były bardziej „zielone”. Po drugie moi studenci czasem projektują biurowce – niekiedy na dyplomach, ale przede wszystkim podczas jednego z moich ulubionych przedmiotów na Gospodarce Przestrzennej. Ponieważ opracowują tam także wycenę inwestycji oraz strategię marketingową, często sięgając np. do certyfikacji LEED czy BREEAM, do tej pory bazowałam na wiedzy, jaką udało mi się samodzielnie zdobyć oraz na „telefonach do przyjaciela”, czyli konsultacjach z kolegą, który zajmuje się certyfikacją. Teraz będę mieć w końcu pod ręką pewne źródło. Ale najważniejszy jest jeszcze inny powód: dowiem się, teraz już na 100%, czy latem słusznie dostaję białej gorączki na widok przeszklonych elewacji ogromnych budynków biurowych. Za każdym razem, kiedy przejeżdżam w okolicach największego w Gdańsku centrum biurowego, patrząc na przeszklenia od południa zastanawiam się, jaka jest tam w środku temperatura. I pewnie się nie mylę zgadując, że na tyle niska, aby można tam było wytrzymać w garniturze albo garsonce.

Odpowiedź już niedługo, siadam do czytania:)

 

5. Forum Praktyków Partycypacji

blogo01

Chociaż to już piąta edycja, miałam okazję pojechać na Forum po raz pierwszy . Nic dziwnego – w sumie partycypacją zajmuję się od niedawna, a jeszcze kilka lat temu byłam kompletnym niedowiarkiem, że to w ogóle może działać w kwestiach projektowych. Mój osobisty urbanisty siedział po uszy w partycypacyjnym podejściu, ale jemu pewnie było łatwiej – nie ta skala, nie ten poziom szczegółowości. Dla mnie było kiedyś niepojęte, jak można zapraszać do współprojektowania niezwiązane z profesją osoby, które często nie radzą sobie za bardzo nawet z urządzeniem własnego przedpokoju. Musiałam sama przetrawić tę niechęć i niedowierzanie, poczytać i poobserwować, pocmokać z zastanowieniem nad „Koszmarem partycypacji” Marcusa Miessena, a potem po prostu spróbować i przekonać się, że to jednak ma sens. I że architekt wcale nie zrzeka się swoich projektowych umiejętności w tym procesie – wręcz przeciwnie.

blogo 03

Podobno rok temu było sporo klepania się po plecach i chwalenia nawzajem za zrealizowane procesy partycypacyjne. Tego nieco się obawiałam, ale tegoroczna edycja wydała mi się bardzo merytoryczna i praktyczna. Z całej Polski zjechało do Wrocławia ok. 250 praktyków i chociaż tylko część z nas zajmowała się kwestiami przestrzennymi, to ten właśnie temat dominował w panelach i warsztatach. Sylwia Widzisz-Pronobis i Grzegorz Pronobis zaprosili nas do zaprezentowania wyników konsultacji społecznych nt. przyszłości ul. Starowiejskiej w Gdyni oraz do współprowadzenia panelu o roli architekta w procesie partycypacyjnym. Mieliśmy kapitalnie przemieszanych branżowo uczestników, dzięki czemu udało się zestawić punkt widzenia i doświadczenie socjologów, projektantów i urzędników. Jeden z moich ulubionych paneli dotyczył komunikacji wizualnej skierowanej do mieszkańców, czyli mówiąc w skrócie plakatów i ulotek zapraszających na konsultacje. Co się okazało? Im prościej, tym lepiej, a na pewno warto unikać gier słownych lub nadmiernie wysmakowanych graficznie materiałów, które wielu mieszkańców zniechęcają zamiast zachęcać. Został zaprezentowany m. in plakat ŁADNIE/NIEŁAD – przykład, który mieszkańcom kojarzył się raczej z zaproszeniem na wystawę sztuki współczesnej niż na konsultacje i okazał się niezbyt skuteczny w zapewnieniu odpowiedniej frekwencji. Nie przeszkodziło mu to jednak w otrzymaniu nominacji do Polish Graphic Design Awards, o czym kilka godzin po panelu poinformowała na Facebooku Marlena Happach. Ot, taka komiczna sprzeczność.

blogo02

Podobał mi się bardzo – to w pewnym sensie powtórka z pozytywnego zaskoczenia na Młodych do Łodzi – poziom dyskusji i prezentowanych przykładów. Okazuje się, że chociaż partycypacja to w sumie w Polsce stosunkowo nowa sprawa, zajmujące się nią osoby mają już na tyle duże doświadczenie, że mogą dzielić się bardzo konkretnymi radami i informacjami. Ale i tak najlepsze jest to, że dzielą się nimi, mimo że konkurujemy w przetargach. Lubię ten partycypacyjny idealizm:)

[Fot. Monika Arczyńska]

 

Uwolnić przestrzeń (do dyskusji)

IMG_0933

Podejrzewam, że tegoroczne Biennale nie będzie miało zbyt dobrych recenzji. Wiele osób, z którymi rozmawiałam jeszcze w Wenecji, twierdziło, że jest nudne, niespójne zachowawcze, chaotyczne i płytkie. Tylko w sumie które Biennale – no, może oprócz Koolhaasowskiego – było spójne? Co odkrywczego pokazał Aravena? Na ile głęboko wgryzł się w temat Chipperfield?

Może nie piałam z zachwytu i nie uważam tej edycji za najlepszą od lat, ale na pewno za przełomową. Wiele pawilonów zawiodło (wyjątkowo słabo wypadł m.in. rosyjski, ale tak to jest, kiedy wystawę o kolejach sponsoruje… kolej), lecz nareszcie w Wenecji pokazano wystawę o architekturze, a nie o działaniach para-, około-, i pseudoarchitektonicznych. Może w końcu uda się wbić architektom do głów, że są projektantami, a nie zbawcami świata. Porażka pływającej szkoły Makoko, nagrodzonej Srebrnym Lwem dwa lata temu, przelała czarę. Graftonki świetnie to wyczuły i postawiły na nowo na fundamentalne wartości architektury – przestrzeń, trwałość, piękno. Banalne opisy bolały – to nie nowość, że architekci nie potrafią pisać – ale może przypomnienie sto razy pod rząd, że „architektura jest sztuką kształtowania przestrzeni” dotrze do architektów, których ego wystrzeliło ponad iglicę Burj Khalifa. Szacunek dla krajobrazu i kontekstu, kulturowe znaczenie architektury, a przede wszystkim trwałość i trwanie, wybrzmiały mocno w tej edycji wystawy.  Dużą wagę przyłożono też do procesu twórczego i narzędzi architektów – rysunku, makiety, przekroju. Wróciły fotogeniczne modele, wrócił zachwyt nad materiałem i światłem, wróciło nawet prosecco na wernisaże . Za Araveny nie wypadało się nim raczyć na wystawie pełnej egzotycznych slumsów.

Wystawa odbywa się co dwa lata, a przygotowania zaczynają się zaraz po zakończeniu poprzedniej edycji. To oznacza znaczny poślizg w możliwości reagowania na to, co w dawnym momencie dzieje się w architekturze. A koniunktura, od której zależy, czy projekty lądują w szufladach, czy są z niej wyciągane, zmienia się znacznie szybciej. W 2008 roku jeszcze nikt nie przewidywał recesji, ale już od kolejnej edycji pokryzysowa skromność i zmiana kierunku działania zdominowała wszystkie kolejne wystawy. Dopiero teraz widać, że wybór Araveny w edycji 2016 mogło być co najwyżej podsumowaniem trendów, które znaliśmy aż za dobrze. Niewielka wystawa ELEMENTAL pojawiła się i w tym roku, na wystawie głównej w Arsenale. Uniwersalny przepis na partycypację, zanotowany ręcznie, jak recepta, prawie „lekarskim” pismem, wydawał się uroczo naiwny przy prezentowanych tuż obok projektach i realizacjach. Nawet moja ukochana grupa Crimson poszła tym prospołecznym tropem i zamiast przewrotnej wystawy wyszedł im kolejny katalog działań… Moim zdaniem Graftonki postanowiły free spaceuwolnić przestrzeń dla nowej dyskusji o architekturze w czasach, gdy znów zaczęto budować i to intensywnie. Ich biuro też przeżywa rozkwit – rozmawiałam na Biennale ze znajomymi Irlandczykami, którzy pracują tam od kilku lat i okazało się, że na Grafton Street pozostała „kwatera główna Biennale”, a reszta rozbudowanego biura pracuje już w nowej lokalizacji w centrum Dublina. Atmosfera odrodzenia w branży jest bardzo mocno wyczuwalna i jestem przekonana, że w następnym Biennale będzie już można pokazać poszukiwania nowych zjawisk. Na razie mamy wyczyszczenie wystawy z naleciałości i narośli poprzednich edycji – dowód mądrej odwagi kuratorek.

Tyle pierwszych wrażeń. Subiektywnych i wyjątkowo pobieżnie obejrzanych wystaw. Tak mi siadło w Wenecji zdrowie, że do niektórych pawilonów nie zdążyłam nawet wejść. Dlatego nie będzie tradycyjnego wpisu o weneckich wygłupach i polowaniu na gwiazdy – nie miałam siły na nie polować. Gdzieś nam tylko mignął Libeskind i – polski akcent! – załapaliśmy się na prywatny mikrowykład Roberta Koniecznego. Polska reprezentacja była w tym roku wyjątkowo duża i świetnie było spotkać wiele osób, z którymi kilka dni wcześniej widzieliśmy się na Młodych do Łodzi. Nie przypominam sobie też, żeby otwarcie polskiego pawilonu spotkało się z takim entuzjazmem i oklaskami – Anko, Gosiu, Simone, gratulacje! My też mocno trzymaliśmy kciuki!

IMG_0908

IMG_0947

IMG_1037

IMG_0905

IMG_0963

IMG_0986

IMG_1013

IMG_1059

[Fot. Monika Arczyńska]

W dobrym miejscu, w dobrym czasie

Muszę przyznać, że wybierałam się na „Młodych do Łodzi” z nastawieniem głównie towarzyskim. Mimo że sama miałam prowadzić jeden z paneli tematycznych, nie do końca chciało mi się wierzyć, że dyskusja w gronie młodych architektów będzie prowadzić do głębszych wniosków niż potakiwanie głowami nad naszym ciężkim losem („Ach, ci okropni klienci! Ach, te straszne nadgodziny!”). Ewentualnie przechwalanie się najnowszymi projektami. Pomyślałam, że zrobię wszystko, aby dyskusja toczyła się w sensownym kierunku, ale jednak jechałam do Łodzi głównie po to, aby spotkać się z dawno niewidzianymi znajomymi i poznać nowych ludzi. Tym bardziej, że na liście uczestników pojawiło się sporo osób, których dokonania śledzę z zainteresowaniem i podziwem. Dlatego w piątek rano wparowałam do pofabrycznej sali, w której odbywało się wydarzenie, z szerokim uśmiechem na twarzy i doskonałym humorem. Co się okazało? Mój uśmiech z godziny na godzinę stawał się coraz szerszy, nastrój coraz lepszy, ale przede wszystkim oczy coraz większe. Ze zdziwienia. Poziom dyskusji przekroczył moje wszelkie oczekiwania, a zaproponowany temat – możliwość pracy w zawodzie dla imigrantów w Polsce – przyjęty poważnie i z ogromną dojrzałością. Tu wielkie podziękowania dla Cristiny Rodriguez Alvarez i Mikołaja Szuberta-Tecla, którzy zgodzili się przyjąć moje zaproszenie i opowiedzieli o swoich imigracyjnych doświadczeniach.

Nie obyło się jednak bez pewnych różnic poglądów – okazało się, że niespodziewanie największe emocje wzbudził panel nt. kobiet w architekturze. Rzadko zdarza mi się ostro reagować, ale nie potrafiłam siedzieć cicho, kiedy równe prawa kobiet i mężczyzn w zawodzie nazywa się „problemami Pierwszego Świata”. Zwłaszcza, gdy sala pełna jest piekielnie utalentowanych i zabójczo pracowitych koleżanek po fachu, które mówią o swoich trudnościach. W kontekście omawianych tematów była to jednak jedyna kwestia, w której mamy jeszcze w Polsce ogromnie dużo do nadrobienia. Jeśli chodzi o poziom projektowania, umiejętność koordynacji i współpracy, mobilność czy chęć eksperymentowania, nie widać już żadnych różnic między nami a Zachodem, które jeszcze kilka lat temu były bardzo wyraźne. Przypuszczam, że każdy z uczestników wyjeżdżał z „Młodych” z jakąś ważną osobistą refleksją – ja też. Jestem teraz w 100% przekonana, że znajduję się w dobrym miejscu i w dobrym czasie. Jeśli nie byłam wcześniej pewna, że wyjazd do Polski był dobrym pomysłem, to teraz nie mam już żadnych wątpliwości. Czuję, że to tu dzieje się teraz najwięcej ekscytujących rzeczy i że mam możliwość realnego wpływu na to, jak zmienia się architektura. I to nie tylko w Polsce, bo eksport umiejętności oraz doświadczenia i na Zachód, i na Wschód, był jednym z poruszanych tematów.

Droga Redakcjo Architektury-murator:  nie jesteście tylko branżowym czasopismem. Jesteście instytucją, bez której to spotkanie nie miałoby szans osiągnąć takiego poziomu i nie mam na myśli organizacji wyrażenia, ale lata ciężkiej pracy nad kondycją i promocją polskiej architektury oraz edukowaniem polskich architektów. Dziękuję – współpraca z Wami to prawdziwy zaszczyt (i przyjemność)!

[Fot. Monika Arczyńska]

Majówka po wiedeńsku (na sześć liter)

 

Ktoś mnie kiedyś próbował przekonać, że Wiedeń jest nudny. Trudno mi było polemizować – byłam tam wcześniej tylko raz w życiu, gdzieś na początku liceum, na dodatek tylko przejazdem w drodze do Włoch, przez kilka godzin, więc nie miałam okazji, aby wyrobić sobie opinię na ten temat. Pamiętam, że padało, a najważniejszym punktem wycieczki było wzgórze Kahlenberg i opowieści o odsieczy wiedeńskiej, które w ogóle mnie nie interesowały (szczerze mówiąc, teraz interesowałyby mnie jeszcze mniej). Zafascynowała mnie za to spalarnia śmieci projektu Hundertwassera i Haas Haus Holleina – wtedy jeszcze szczyt nowoczesności i projektowej odwagi. I chociaż Wiedeń, właśnie podczas tek licealnej wycieczki, był pierwszą europejską stolicą, jaką miałam okazję zwiedzić, bladł w porównaniu z kolejnymi punktami wyjazdu – Wenecją, Rzymem i Florencją. Potem śledziłam oczywiście co się tam dzieje w architekturze, zwłaszcza w mieszkalnictwie i organizacji przestrzeni publicznych, ale domyślałam  się, że opinie o rzekomej nudzie mogą mieć w sobie sporo prawdy. Wiedeń znajduje się na szczycie rankingów miast zapewniających najwyższą jakość życia i tak to już jest, że najlepiej mieszka się w niezbyt ekscytujących, ale dobrze i wygodnie zorganizowanych ośrodkach.

Postanowiliśmy to sprawdzić i wyskoczyliśmy na majówkowe przeszpiegi. Co się okazało? O żadnej nudzie nie ma mowy! Owszem, pogoda nas rozpieszczała, ale wierzę, że nawet podczas deszczu w Wiedniu nie da się nudzić. Może nie wypada się do tego przyznawać, ale przez słońce zrezygnowaliśmy z wystaw i muzeów. Przeszliśmy kilometry ulic z Mariahilfer Strasse na czele (to pod kątem projektu dla Starowiejskiej w Gdyni, nad którym obecnie pracujemy), pojechaliśmy do Aspern Seestadt i Nordbahnhof, żeby zwiedzić nowe osiedla, pooglądaliśmy Loosy, Holleiny oraz Zahy i objadaliśmy się strudlami, sznyclami i kluskami z makiem. Pierwszego maja podskoczyliśmy do Karl-Marx-Hof, a wieczory spędzaliśmy popijając lokalne piwa i wina nad pięknym, modrym kanałem Dunaju, w tym na jednej z najlepszych miejskich plaż, jaką miałam okazję odwiedzić. A te kawiarnie, te targi, te parki… jeśli Wiedeń faktycznie uważany jest za mało ekscytujący, życzę wszystkim miastom takiej nudy.

 

[Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz]

Młodzi do Łodzi

mlodzi-do-lodzi-liderzy-2018_244246

Krążył kiedyś taki dowcip, że młody obiecujący architekt ma czterdziestkę, a młody obiecujący urbanista – pięćdziesiątkę. Kiedyś mnie to śmieszyło, ale im bliżej jestem przekroczenia tej pierwszej magicznej liczby, tym bardziej rozumiem, o co chodzi. Zazdroszczę też trochę mojemu osobistemu urbaniście, że będzie młody i obiecujący dekadę dłużej niż ja…

Ale koniec żartów, mam poważne obwieszczenie. Został jeszcze tylko tydzień, aby zgłosić się na „Młodych do Łodzi”. To spotkania architektów przed czterdziestym rokiem życia, które odbywają się co pięć lat, od 2003 roku. Pół dekady to akurat tyle, aby uczelnie wypuściły nowy rocznik mgr inż. arch., zmieniła się – na lepsze lub gorsze – koniunktura, projekty, nawet te większe, zostały zrealizowane, a w międzyczasie wyszło 60 nowych numerów organizatora spotkań – „Architektury-murator”. Przyznaję, że tegoroczna edycja zaplanowana na 18 i 19 maja będzie moją pierwszą i ostatnią. Do tej pory zawsze coś mi wypadało, a na kolejny zjazd będę już niestety za stara. Ale może w końcu dla dinozaurów zostaną kiedyś zorganizowane oddzielne spotkania – ktoś wymyślił już nawet hasło „Starzy na plaży”. Jeśli nie, to pozostanie nam już tylko zapisanie się do SARP-u…

Na razie zachęcam do zapisywania się na „Młodych”. Zgłaszać należy się TU. Zapowiada się świetna zabawa i poważne dyskusje – dokładnie w takiej kolejności. Ponieważ podczas ostatniej edycji jednym z przewodnich tematów była praca za granicą, w tym roku będę prowadzić panel o „Arch(i)migracjach”. Zaprosiłam do niego Cristinę Rodríguez Álvarez, która opowie, jak wygląda to zjawisko w kierunku do Polski, Mateusza Mastalskiego z Henning Larsen, który wyjechał w przeciwną stronę i Mikołaja Szuberta-Tecla z Riegler Riewe, w kórego historii było jeszcze więcej zwrotów. 

Do zobaczenia!

 

 

 

Dzieje się!

FSO.jpg

Gdyby ktoś  jeszcze niedawno powiedział mi, że niedługo będę pracować jednocześnie nad kilkoma tak ekscytującymi projektami, jakie właśnie mamy na tzw. „desce” (teraz to chyba raczej na „dysku”;), postukałabym się w głowę. Dzieje się!

Oddaliśmy projekt woonerfu na Abrahama w Gdyni. Myślę, że biorąc pod uwagę budżet, wyszło całkiem nieźle – czekamy niecierpliwie na pozwolenie na budowę i realizację. W międzyczasie zabraliśmy się za kolejną ulicę w śródmieściu Gdyni, tym razem z Laboratorium Innowacji Społecznych. Już w najbliższą sobotę startujemy z warsztatami na temat przyszłości ul. Starowiejskiej – będziemy dyskutować z mieszkańcami i lokalnymi przedsiębiorcami o tym, co można by poprawić w tej przestrzeni.

Po ogłoszeniu wyników konkursu ruszyły dalsze prace nad projektem masterplanu dla Stoczni Cesarskiej. Obecnie koncentrujemy się na infrastrukturze i kwestiach konserwatorskich.

W marcu kursowaliśmy do Warszawy na warsztaty. Zajmowaliśmy się dwoma ogromnymi terenami na Pradze Północ – Portem Żerańskim oraz obszarem dawnej FSO. Razem to ok. 180 hektarów.  Jak zwykle pracowaliśmy przy pomocy makiet (każda miała ponad 3m długości) – efekty działania na terenie FSO widać na zdjęciu powyżej. Podczas warsztatów wszyscy interesariusze – właściciele działek, urzędnicy i mieszkańcy (w tym także „potencjalni mieszkańcy”, wytypowani przez zespół Mikołaja Lewickiego, socjologa z Uniwersytetu Warszawskiego) usiedli przy wspólnym stole. Chociaż podobne warsztaty, ale z udziałem wyłącznie urzędników i ekspertów, odbywały się już wcześniej w Polsce, tu po raz pierwszy dołączyła do nich strona społeczna. Było tak intensywnie, że po trzech dniach warsztatów wyglądaliśmy z moim osobistym urbanistą jak para zombie. Ale udało się i jesteśmy bardzo zadowoleni z wyników, zwłaszcza w Porcie Żerańskim, gdzie opinii na temat przyszłości tego miejsca było prawie tak wiele, jak uczestników. Ostatecznie został ustalony „protokół zgodności i rozbieżności”, w którym zawarto wspólne postanowienia i elementy dyskusyjne.

W międzyczasie spędziłam chwilę we Wrocławiu, gdzie brałam udział w obradach sądu konkursowego. Ocenialiśmy prace, które wpłynęły na konkurs na Muzeum Książąt Lubomirskich – spośród 104 projektów do drugiego etapu mogło przejść tylko 6. Okazało się, że przydały się bardzo lata spędzone przy projektach muzeów w Heneghan Peng. Moim zadaniem było określenie, czy propozycje uczestników spełnią wymagania klienta – Ossolineum – i czy nowy budynek będzie miał szansę stać się jednocześnie atrakcyjną lokalizacją dla zwiedzających oraz wygodnym miejscem pracy i prowadzenia badań.

Nie odpuszczamy też na froncie uczelnianym i od początku semestru prowadzimy m.in.  kolejne live studio. Tym razem studenci przygotowują program i projekt Centrum Integracji Społecznej w kaszubskim Luzinie.  Znów trafiliśmy na świetną, przesympatyczną, międzynarodową grupę studentów, która błyskawicznie zorganizowała strukturę pracy i tematyczne zespoły. Każdemu życzę również takich klientów – dla pracowników lokalnej biblioteki i gminnych urzędników nie ma rzeczy niemożliwych, są otwarci na wszystkie pomysły, a ponadto mają bardzo konkretne potrzeby, które zespół postara się spełnić w nowym kompleksie. Za nami pierwsze spotkania w gminie, dziś odbędą się konsultacje z mieszkańcami, a w maju festyn, na którym studenci przedstawią swoje propozycje. Ruszyła też strona na Facebooku.

A poza tym nareszcie wynosimy się z pracą z domu! Znaleźliśmy biuro przy jednej z moich ulubionych ulic we Wrzeszczu. Na razie to niewielka przestrzeń, ale jeśli tempo się utrzyma, wkrótce będziemy musieli poszukać czegoś większego. I chociaż mój osobisty urbanista coraz intensywniej namawia mnie na przeprowadzkę do Warszawy, opieram się, jak tylko mogę. A dzięki takiej pogodzie, jak w ostatni weekend, kiedy spacerowaliśmy w słońcu po plaży, mam bardzo silne argumenty, że Trójmiasto to świetne miejsce do życia:)

[Fot. Kamil]

 

 

Szkło

glass

Mam do Was prośbę. Od pewnego czasu współpracuję z czeskim magazynem INTRO – piszę o polskich budynkach, które odpowiadają materiałowo tematom kolejnych numerów. Był już metal i kamień, a kolejny numer będzie poświęcony szkłu. I z tym właśnie materiałem mam pewien problem: nie przychodzi mi do głowy żaden polski budynek, w którym szkło byłoby zastosowane w szczególny, czyli np. bardzo zaawansowany technicznie lub wyjątkowy wizualnie sposób. Przeważają standardowe systemy fasadowe, o szklanych kształtkach można pomarzyć, jeśli pojawia się gdzieś kolorowe szkło, to z reguły jako banalna dekoracja, a ogniwa PV jako proekologiczny gadżet. Ale może po prostu nie znam szczegółów projektów albo jestem zbyt wymagająca – w Heneghan Peng zajmowałam się często fasadami i projektowaliśmy tam wiele nietypowych przeszkleń. Jedno z nich widać na zdjęciu – to świetlik na szklanych „żyletkach” w Galerii Narodowej w Dublinie.  Przy jego projektowaniu wspierało nas paryskie biuro T/E/S/S, a świetlik zrealizowało – jak zwykle perfekcyjnie – Octatube z Delft.

Najchętniej pokazałabym krakowski pawilon Wyspiańskiego – obiekt, w którym witraże grają główną rolę – ale chodzi o nowszą architekturę. Czekam na podpowiedzi i propozycje:)

[Fot. Monika Arczyńska]

Pura Poesia

Lizbona01.jpg

Dotychczas zawsze na Walentynki na SIX LETTER CITY pojawiały się miłosno-architektoniczne motywy: wyznanie miłości do przystojnego architekta, architektoniczne akcesoria sado-maso czy walentynkowe wystawy w mieście zakochanych .  W tym roku sprawy nieco się skomplikowały. W Alejandro A. odkochałam się już dawno, najnowsza część Greya podobno jest nudna jak flaki z olejem, a żadne witryny nie wpadły mi w oko. Poza tym dopiero w walentynkową noc wróciłam z krótkiego wypadu do Lizbony. Miałam nadzieję, że może tam znajdę jakiś ciekawy walentynkowy temat, ale zamiast spodziewanego przesłodzonego kiczu trafiłam tylko na piękne stare kamienice pokryte azulejo i wysmakowaną współczesną architekturę.

Miłośnie jednak było, bo zakochałam się mocno podczas tego wyjazdu. W ceramice. Chociaż największym uczuciem darzę tradycyjne, niebiesko-białe płytki, tym razem zachwyciły mnie mniej popularne kolory – zwłaszcza zielenie i brązy – oraz wszelkie nierówności, braki i łaty. To, jak wyglądają odpadające, przybrudzone płytki i kamienne obramowania okien w portugalskim słońcu to czysta poezja.

pura poesia male

IMG_8697IMG_8699

Poprzedni raz odwiedziłam Lizbonę dziesięć lat temu. Z jednej strony niby nie zmieniło się zbyt wiele – miasto było tak nieznośnie piękne, jak zawsze – z drugiej okazało się, że gentryfikacja w Europie ma podobne oblicze bez względu na szerokość geograficzną. Między sypiącymi się kamienicami pojawiły się kawiarnie, w których oprócz zwykłej bica można zamówić kawę parzoną na dziesiątki sposobów, małe, prywatne galerie, sklepy z meblami vintage oraz czarne szyldy i markizy z białym, prostym liternictwem. Dress code również jest międzynarodowy: dominują najnowsze modele sportowych butów i obszerne, czarne płaszcze. Ewentualnie granatowe pikowane kurtki, ale to w przypadku panów w wieku 45+, którzy identyfikują się bardziej z biznesem niż z klasą kreatywną. Gentryfikacja okazuje się jednak, jak to z gentryfikacją bywa, zbawienna dla tkanki miasta. Na nowe, luksusowe apartamentowce w gęsto zabudowanej Lizbonie nie ma zbyt wiele miejsca, dlatego modernizowane są stare kamienice. Sypiący się kamień i odpadające płytki wymienia się na nowe (choć zwykle już w mniej papuzich kolorach), a nowe detale są eleganckie i minimalistyczne. Ciekawostka: często można trafić na okna PCV, jednak chociaż mam na nie prawdziwą alergię, w Lizbonie mnie nie drażniły. Może dlatego, że z reguły mają zróżnicowane profile, przemyślane proporcje i wykończenia, spójne w całym budynku, a w ostrym słońcu z daleka trudno nawet rozpoznać, co to za materiał.

IMG_8947

Oczywiście obejrzałam również najnowsze realizacje – głownym punktem programu był MAAT projektu Amandy Levete. Chociaż osobiście nie przepadam za tego rodzaju falującymi formami, ta biała płastuga rozwiązuje całkiem poważny problem związany z  dostępem. W Lizbonie miasto odcięte jest od wody transportowo-industrialnym pasem. MAAT rozkracza się nad nim, pozwalajać na wejście z dowolnego punktu na łagodnie nachylony dach. Z kolei w środku poczułam, jakby czas nieco się cofnął i wciąż pracowałabym w Dublinie. Budynek zrealizowany jest zgodnie ze współczesnymi „muzealnymi standardami” – tak sobie roboczo nazywam kombinację sposobu łączenia poszczególnych stref budynku, rozwiązania przestrzeni ekspozycyjnych (zwłaszcza oświetlenia i wentylacji) oraz materiałów i detali. AL_A to londyńskie biuro, więc podobieństw do znanych mi z Wysp rozwiązań było tam mnóstwo. Ale najbardziej zachwyciła mnie tam oczywiście moja nowa miłość: ceramiczna okładzina. Ciężkie, glazurowane, równoległoboczne panele będą starzały się równie szlachetnie, jak okładziny kamienic. Ponieważ każdy pas ułożony jest pod nieco innym kątem, wieczorem część z nich odbija zachodzące słońce, część – niebieskie niebo i wodę. Znów ta pura poesia

Ponieważ mam zawsze niebywałe szczęście do różnych zbiegów okoliczności, w MAAT odbywała się właśnie konferencja RESONATE. Nawet zastanawiałam się przed wyjazdem, czy na nią nie wpaść, ale ceny wejściówek ostudziły mój zapał. Wiadomo jednak, jak to jest z architektami – wałęsają się po całym budynku, zaglądając we wszystkie kąty, więc kiedy miły pan otworzył zapraszająco drzwi, nie zważając na brak identyfikatora, nie wahałam się ani chwili. Co prawda konferencja ostatecznie przegrała z pogodą (nie wyobrażam sobie siedzenia w ciemnej, klimatyzowanej sali, kiedy na zewnątrz można chodzić w krótkim rękawku i to w lutym), ale będę się teraz uważniej przyglądać wydarzeniom reSITE.

Baterie podładowane, tylko dlaczego ten powrót do komputera i terminów jest taki ciężki…

IMG_8868

Cały dach to wielka pochylnia z łagodnymi spadkami.

IMG_8818

Tak ta niezwykła okładzina wygląda z bliska  większość kafli ma kształt równoległoboku, ale wzdłuż krawędzi zdarzają się dłuższe panele, z dociętym jednym bokiem.

[Fot. Monika Arczyńska]

 

Wyciskarka Starcka

A-m_round.jpg

Wspominałam przy okazji remontowej sagi, że będzie można zobaczyć, jak mieszkamy –  już nie z zielonym piecem, ale w naszej starej miejscówce we Wrzeszczu. Właśnie pojawił się nowy numer „Architektury – murator” z przeglądem mieszkań polskich architektów. Aż mnie zatkało, kiedy zobaczyłam, w jakim znaleźliśmy się towarzystwie. Tak, jak się spodziewałam, nasze mieszkanie jest jednym z mniej oryginalnych w tym zestawieniu – nie ma w nim ani szaleństwa i betonu, jak u Przemo Łukasika, ani luksusowej elegancji, jak u Ewy Kuryłowicz. Ale to znaczy, że jest właśnie takie, jak my – zwyczajne. Lata wynajmowania mieszkań sprawiły, że właściwie moglibyśmy się  przenieść kolejny raz bez większego problemu, zabierając walizkę rzeczy. Mój osobisty urbanista czasem śmieje się, że jest jak roślina doniczkowa, która poradzi sobie na każdym parapecie. Mnie zamarzyła się jednak baza – miejsce, w którym może niekoniecznie spędzę resztę życia, ale które będzie spełniać moje potrzeby. Teraz, kiedy po przebudowie mieszkanie stało się w końcu bardzo wygodne, doceniam, że wszystko ma swoje miejsce, a użyte materiały wytrzymują nasze beztroskie użytkowanie. Tylko moje buty nigdzie nie mieszczą, ale to pewnie kwestia ich liczby…

emotional design

Troszkę nam się (z sympatią) oberwało w „Architekturze” za monsterę, eamesy i wyciskarkę Starcka, czyli elementy obowiązkowe w mieszkaniu architektów. Z tego ostatniego przedmiotu chętnie się wytłumaczę, bo ma dla mnie szczególne znaczenie. Przypomina mi studenckie czasy, kiedy „Juicy Salif” była jednym z symboli wysmakowanego designu. Rzecz jasna nie było mnie wtedy absolutnie stać na takie przedmioty zbytku i bardzo zazdrościłam właścicielom pięknych mieszkań, w których ten aluminiowy trójnóg stał na kuchennym blacie. Wiele lat później trafiłam na „Emotional Design” Donalda Normana. Autor wyjaśnia, dlaczego wyciskarka stała się przedmiotem pożądania, chociaż jest niezbyt wygodna, a pozłacana wersja uległaby uszkodzeniu w zetknięciu z kwaśnym sokiem. Jak to jednak określił projektant, ten przedmiot nie ma służyć do wyciskania cytryn, ale jako temat do rozpoczęcia rozmowy. Swój egzemplarz kupiłam niedawno, ot tak, jak kolejną parę butów. Wybrałam jednak używany egzemplarz zastanawiając się, jakie znaczenie miał dla poprzedniego właściciela. Teraz wyciskarka stoi na parapecie i też opowiada pewną historię – moją. Przypomina mi i te dawne, studenckie czasy, i książkę Normana, która pomogła mi zrozumieć, od czego uzależnione są wybory konsumentów. Cytryn nawet nie próbowałam wyciskać, ale za to rozmów faktycznie zaczęło się od niej sporo.

[Fot. Monika Arczyńska]

Petra

IMG_0000

W Petrze można poczuć się jak na Tatooine. Wytwornie kroczące wielbłądy, pustynia, zerodowane skały o przedziwnych kształtach – wszystko sprawia wrażenie przeskalowanej scenografii „Gwiezdnych Wojen”. Efekt potęgują egzotycznie wyglądający Beduini, pył w powietrzu i zapach łajna. Ale to jeszcze nic – to pozostałości po starożytnych „wodociągach” i wykute w skałach obiekty tak zaskakują swoją skalą, pięknem i techniczną doskonałością, jakby powstały na obcej planecie. Däniken nie miał żadnej teorii na ten temat?

IMG_7700

Al-Siq – kanion prowadzący do serca miasta. Wygląda jak wyrzeźbiony wiatrem i przypudrowany na różowo. Zawsze myślałam, że to tylko krótki odcinek, a okazuje się, że w rzeczywistości ciągnie się i ciągnie, otwierając coraz to nowe kadry.

IMG_0001

Skarbiec to najbardziej znany widok z Petry, na samym zakończeniu al-Siq. Nazywany jest Skarbcem, ale nie wiadomo, jaka była jego prawdziwa funkcja. Nie wiem, do czego porównać wrażenie, jakie robi jego oświetlona porannym słońcem fasada wyłaniająca się z zakręconych skał wąwozu. To mistrzostwo świata w kompozycji urbanistycznej w starożytnym wykonaniu.

IMG_7669

Styk między fasadą a „dziką” skałą.

IMG_8047

Wyrzeźbionych w skałach grobowców jest mnóstwo i to nie tylko w samym środku założenia. Ciągną się kilometrami we wszystkich kierunkach.

IMG_8129

Petra najbardziej zaskoczyła mnie wielkością – nie zdawałam sobie sprawy, że cały teren jest aż tak ogromny.

IMG_8185

Petra potrzebuje słońca, aby zabłysnąć kolorami tęczy, ale kiedy już zabłyśnie, pojawia się żółty, różowy, fioletowy, niebieski…

Zaplanowaliśmy ten świąteczno-noworoczny wyjazd z myślą o tym, aby odpocząć, dużo spacerować i porządnie się wyspać. To ostatnie postanowienie było najtrudniejsze do zrealizowania, bo nie pamiętam urlopu, podczas którego wstawałabym tak wcześnie. Petra jest dostępna dla turystów od 6 rano i chociaż nie udało nam się dotrzeć tam tuż po otwarciu, staraliśmy się jak najintensywniej wykorzystać kilka godzin słońca. Drugiego dnia wybraliśmy się na jeden z najdłuższych szlaków, do Jabal Haroun. Widzieliśmy z daleka białą kropkę na jednym ze szczytów – okazało się, że to kopuła meczetu, do którego mieliśmy się wspiąć. Na szlaku nie ma oznaczeń oprócz niewielkich kopców kamieni (zalecane jest odwiedzenie tego miejsca z przewodnikiem), więc nic dziwnego, że byliśmy tam jedynymi turystami. W mijanych przez nas po drodze prowizorycznych chatach mieszkają beduińskie rodziny, które pozostały na terenie parku po wysiedleniach. Osły transportują baniaki wody do ich prowizorycznych domów, a ogrzewanie stanowią  gałęzie zebrane w okolicy przez umorusane dzieci. Ogniwa słoneczne na dachach i gdzieniegdzie zaparkowane samochody to jedyne oznaki cywilizacji.

IMG_8014

 

 

W bardziej turystycznych miejscach co rusz trafia się na wychudzone psy, koty przymilające się w nadziei na smakołyki oraz wspinające się po skałach kozy, którym czasem zdarza się utknąć gdzieś wysoko. Gorszy jest los osłów, mułów, wielbłądów i brutalnie poganianych konie=, zwłaszcza w ostatniej godzinie otwarcia parku, gdy kursów można zrobić najwięcej (przypomniały nam się obrazy ze szlaku nad Morskie Oko). Osły, nazywane są przez właścicieli „taxi”, wspinają się po stromych schodach i kamieniach transportując turystów w najwyżej położone punkty szlaków.

 

Oprócz możliwości przejażdżki cały czas oferowane są chusty, pamiątki i herbata z miętą, przygotowywana na prowizorycznych paleniskach. Najaktywniejsi w zachęcaniu do zakupów sa mężczyźni przypominający Jacka Sparrowa (podobno to beduini byli inspiracją dla charakteryzacji Johny’ego Deppa – to jednak nie Keith Richards?). Mocno podkreślają oczy kohlem i noszą na głowach chusty – podobno na turystki to działa. Niestety, nie zawsze szczęśliwie – internet pełny jest informacji o oszukanych, zakochanych dziewczynach.

IMG_7724

Trochę przypominały mi ukraińskie lalki-motanki.

IMG_7788

Widok może i spektakularny, ale znaki kierują głównie do miejsca sprzedaży chust i herbaty z miętą:)

Po palestyńskim projekcie złapałam bliskowschodniego bakcyla i ciągnie mnie coraz bardziej w tamtym kierunku. Już kombinujemy, jak wrócić do Jordanii. Petra jest niesamowita, ale jednocześnie tak sturystyfikowana, że trudno na jej podstawie wyobrazić sobie, jak wygląda i funkcjonuje reszta kraju. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na chwilę w Akabie, ale to także nietypowe miejsce – kurort, który coraz bardziej otwiera się na gości zza granicy. Połączenia lotnicze z Eilatem pozwalają jednak na wygodne i niedrogie dotarcie w tamte okolice. Przekroczenie granicy okazało się łatwiejsze, niż się spodziewaliśmy, a z Akaby, położonej tuż przy granicy z Izraelem, można dostać się transportem publicznym na północ kraju. Następny w kolejce – Amman!

[Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz]

Witaj, 2018!

Rok temu nie było mi za wesoło. 2016 dał mi mocno w kość i cieszę się bardzo, że już od samego początku 2017 przynosił same dobre rzeczy – i przyjemne drobiazgi, i przełomowe decyzje. Nie co roku kończę dwa generalne remonty. Nie co roku rzucam pracę, w którą byłam zaangażowana od ponad dziesięciu lat. Po raz pierwszy miałam okazję pracować na własny rachunek i to w skali, jaka wcześniej nawet mi się nie marzyła. Nareszcie mogłam też poświęcić więcej czasu uczelni i bardzo podoba mi się kierunek, w którym rozwija się współpraca i relacje ze studentami.

Działanie z moim osobistym urbanistąw ramach A2P2 również idzie świetnie i nareszcie robimy to, co zawsze nam się marzyło – wspieramy się i uzupełniamy nie tylko życiowo, ale i zawodowo. Przekłada się to niestety na trudny do wyleczenia pracoholizm, ale i na to znaleźliśmy metodę. Okazało się, że jedyny skuteczny sposób, aby oderwać się od obowiązków i komputerów to wyjazd – niekoniecznie daleko. W tym roku planujemy także częściej spacerować trójmiejskimi plażami i od czasu do czasu zafundować sobie dzień nicnierobienia z kocem, herbatą i serialem.

Blog też się rozwija, chociaż mogę poświęcać mu coraz mniej czasu. W archiwum czekają dziesiątki tematów, którymi zamierzałam się zająć – będę je sukcesywnie wyciągać z czeluści dysku. Może od czasu do czasu będę zamieszczać posty złożone głównie ze zdjęć i tylko krótkiego komentarza, zwłaszcza w przypadkach, gdy komentarz jest praktycznie zbędny. Czasem odpowiedni kadr potrafi być bardziej złośliwy od słów;)

2017 był dla mnie rokiem uśmiechu i ogromnej ilości pozytywnej energii – niech i 2018 taki będzie. Życzę Wam wszystkim doskonałych dwunastu miesięcy!

[Fot. M.Arczyńska, Ł.Pancewicz]

Oda do Dublina

Dublinie, ach, Dublinie, jak bardzo Cię lubię, zwłaszcza przed Bożym Narodzeniem! Całe centrum pełne jest znajomych, którzy spotykają się przedświątecznie w pubach i kawiarniach. Do najpopularniejszych miejsc stoją kolejki, wszędzie słychać gwar, śmiech oraz kolędy śpiewane przez ulicznych grajków i chóry zbierające datki na cele charytatywne. Niektórych budynków prawie nie widać zza światełek i świątecznych ozdób, a w kominkach trzaska ogień. Święty Mikołaj w Irlandii nosi pewnie ognioodporny kostium, żeby móc podrzucić prezenty przez komin.

Biuro zakwaterowało mnie w ulubionym miejscu. W Central Hotel podłogi skrzypią jak w starym zamku, a na pierwszym piętrze znajduje się Library Bar – pub z kominkiem i cudownie miękkimi fotelami. Przed moim przyjazdem podobno padał śnieg, ale miałam wyjątkowe szczęście i jak na życzenie trafiłam na słoneczną pogodę. Ba, znów przywitała mnie tęcza. Przez kilka dni wędrowałam po mieście z takim uśmiechem, że czuję jeszcze lekkie zakwasy na twarzy.  Odhaczałam tylko punkty z listy przyjemności, jakie zaplanowałam sobie sprawić, spędziłam mnóstwo czasu na plotkach i rozmowach z przyjaciółmi oraz odwiedziłam ulubione miejsca. Już pierwszego wieczoru zaliczyłam guinessy w banku i kościele, a kościół zaadaptowany na nietypową funkcję obejrzałam jeszcze jeden – wielorodzinny. Kolega z biura mieszka tam od lat, a w wynajmowanym przez niego mieszkaniu nie ma zwykłych okien, tylko witraże.

Najlepsze jest to, że wcale nie zasmuciło mnie to żegnanie się z miastem. Dublin i tak na zawsze pozostanie jednym z moich miejsc na ziemi. Nie czuję tęsknoty, ale myślę o nim raczej jak o starym, dobrym przyjacielu, z którym przeżyliśmy wiele pięknych chwil i do którego zawsze mogę jeszcze zawitać. Jeszcze nieraz będę pisać o Dublinie, dlatego dziś pokażę Wam głównie zdjęcia – trochę architektury, trochę świątecznych klimatów.

Życzę wspaniałych Świąt, pełnych wypoczynku i przyjemności!

IMG_7386

Dublin wygląda jak Berlin po upadku muru – wszędzie stoją dźwigi. Takiego boomu budowlanego nie było od lat.

IMG_7377

Budowane są głównie biurowce i mieszkaniówka (tu dublińskie Doki).

IMG_7182

The Long Room Hub w Trinity College, projektu McCullough Mulvin.

IMG_7193

Berkeley Library na kampusie Trinity College – bezdyskusyjnie jeden z najlepszych przykładów powojennego modernizmu w Irlandii.

IMG_7349

Alto Vetro w Dokach – jeden z moich ulubionych wieżowców (albo raczej „mikrowieżowców”).

IMG_7535

Central Bank przy Dame Street – zdecydowanie najlepszy przykład powojennego modernizmu w Irlandii. Wszystkie kondygnacje podwieszone są na widocznych na zewnątrz stalowych wieszakach. Właśnie trwają tam prace budowlane – parter zostanie otwarty dla wszystkich, a cały obiekt zmodernizowany.

IMG_7503

W centrum pojawiło się kilka nowych sklepów ze spektakularnymi wnętrzami. Na zdjęciu ogromny sklep Victoria’s Secret z kryształowo-ekranową klatką schodową.

IMG_7547

Szklany dach mojego ukochanego Irish Film Institute.

IMG_7565

Muzeum Archeologiczne – wspaniałe gmaszysko ze wspaniałą kolekcją.

IMG_7594

Zaplecze National Concert Hall, czyli dość często spotykane w Irlandii połączenie historycznego budynku z „nowoczesnymi” interwencjami. Pod kasetonowym sufitem ze świetlikami stoi sobie taka oto konstrukcja pomalowana błyszczącą farbą olejną. Plus świetlówki. Efekt – piorunujący!

IMG_7337

Wiktoriańskie Muzeum Historii Naturalnej. Nic się tu nie zmieniło od mniej więcej 150 lat, oprócz odkurzania i prac remontowych. Jeśli oglądaliście „Penny Dreadful” – serial z Evą Green – nakręcono tu sporo scen z finałowych odcinków.

IMG_7323

Krewetki jestem jeszcze w stanie ogladać, ale na górne galerie, gdzie można ogladać różne mniej apetyczne robactwo, nigdy się tam nie zapuszczam.

IMG_7581

Na wystawach można znaleźć wszystko…

IMG_7587

…w dowolnym kolorze i rozmiarze.

IMG_7521

Grafton Street. No i znów nie załapię się na Bono śpiewającego tam kolędy!

IMG_7500

To dekoracyjny hit sezonu w tym roku.

IMG_7154

Dom towarowy Brown Thomas zawsze ma najpiękniejsze dekoracje.

IMG_7152

Wesołych Świąt!!!

[Fot. Monika Arczyńska]

A co z wysokimi?

dostepnosc

Wielu architektom projektowanie uniwersalne kojarzy się przede wszystkim z osobami niepełnosprawnymi. A chodzi w nim przecież przede wszystkim o to, aby podczas projektowania myśleć o potrzebach i ograniczeniach różnych użytkowników, nie tylko poruszających się na wózkach czy niewidomych. Różnych, czyli m.in. niskich lub wysokich. Obawiam się jednak, że o tej ostatniej kategorii myśli się nie za dużo. Tak mnie naszło przy ostatnich projektach, kiedy przeglądając wytyczne dotyczące obniżonych włączników, umywalek i blatów zdałam sobie sprawę, jak często musiałabym się do nich schylać.

Nie wyobrażam sobie nawet, jak w niektórych miejscach musi być ciężko mojemu dwumetrowemu koledze. Przy bankomacie musi pewnie schylać się w pół, na żadnej ławce nie jest mu wygodnie i pewnie wzdycha z ulgą na widok spłuczki z fotokomórką. Na szczęście wysocy ludzie mają proporcjonalnie dłuższe ręce, więc przynajmniej do obniżonych kontaktów i papieru toaletowego jest nam trochę łatwiej dosięgnąć. Kiedyś zmagałam się z rwą kulszową (tak to jest, jak się za dużo pływa nie umiejąc pływać poprawnie) i pamiętam, że schylanie się to był najgorszy koszmar. W połączeniu z nie najlepszym wzrokiem, kiedy trzeba prawie szorować nosem po wyświetlaczach, żeby cokolwiek zobaczyć, robiło się naprawdę niewesoło. Pewnie niektórym niskim osobom łatwiej byłoby podskoczyć do standardowego poziomu. A ponieważ  ludzie są coraż wyżsi, problem będzie też wzrastał. Co robić? Instalować włączniki na dwóch poziomach?

Zdjęcie powyżej to nie fotomontaż. Zdarza mi się wejść do męskiego kibla, bo jestem ciekawa, jak rozwiązywane są pisuary. Rynienka czy oddzielne? Z przegródkami czy bez? To akurat budynek projektu Sizy, gdzie wszystkie ściany i podłogi wyłożone zostały marmurem. A na zdjęciu mój osobisty urbanista – tak wysoki, że musi się pochylać nawet nad umywalką zamontowaną na standardowej wysokości…

[Fot. Monika Arczyńska]

Biennale po krakowsku

Biennale.jpg

Kiedy dowiedziałam się, że tematem tegorocznego krakowskiego Biennale jest podwórze, pomyślałam, że to dobra okazja, aby przedstawić projekty, które w tym i ubiegłym roku przygotowali nasi studenci. Trudno o bardziej kontrastrujące przestrzenie niż ulica Długa i Długi Targ w Gdańsku oraz gdyńskie blokowisko Witomino, jednak obie spełniają „podwórzową” rolę, bo w żadnym z tych fragmentów miasta nie ma podwórzy z prawdziwego zdarzenia. Pierwsza przestrzeń jest tak  nastawiona na turystów, że dla mieszkańców, zwłaszcza seniorów, brakuje tam miejsca, a w drugiej miejsca jest sporo, jednak to przede wszystkim „ziemia niczyja” pomiędzy blokami. Studenci wypracowali wytyczne dla przekształcenia tych przestrzeni, stosując uniwersalną metodologię, a ich praca została doceniona. Wróciłam z trzecią nagrodą w konkursie „Seminarium”, co wydaje mi się całkiem przyzwoitym wynikiem biorąc pod uwagę paskudne przeziębienie (chyba tylko siłą woli wstrzymałam katar na 10 minut prezentacji). 10 minut okazało się oczywiście zbyt krótkie dla takiej gaduły jak ja, więc  kiedy moderująca panel Marta Urbańska teatralnym szeptem ogłosiła „Pozostały trzy minuty”, lekko spanikowałam. Byłam przekonana, że dopiero tyle minęło, więc nie miałam wyjścia i zrobiłam jedyną sensowną w tej sytuacji rzecz: zachowałam zimną krew. Jak się później okazało, nikt z widowni, włączając jury, nie zorientował się, że cokolwiek poszło niezgodnie z planem.

03

ICE – International Conferences and Entertainment, gdzie odbyła się impreza. Zawsze mi się wydawało, że skróconą nazwę tego przybytku wymawia się jako ‚i-ce-e’ lub ‚aj-si-i’, a tu niespodzianka… ‚ajs ajs bejbi’:)

Nagrodzone w tej samej konkurencji prace wytypowaliśmy z moim osobistym urbanistą prawie bezbłędnie. Obstawialiśmy przede wszystkim Marysię Dankowską z Łodzi, która kapitalnie powiązała opowieść o historii łódzkiej kamienicy i podwórza z obecnymi pseudorewitalizacyjnymi działaniami (wyróżnienie). Podobał mi się też pomysł na zagospodarowanie wnętrza blokowiska na poznańskich Starych Żegrzach (II miejsce). Zaskoczyło mnie za to bardzo pierwsze miejsce dla Luisa Navaro Jovera. Dużo tam było „studenckiego” sposobu patrzenia na wyspowość miejskiej przestrzeni, podczas gdy nie doceniono moim zdaniem Martyny Mokrzeckiej, badającej temperatury wnętrz wrocławskich kwartałów. Może to dlatego, że przedstawiła na razie metodologię i pierwsze wyniki badań, a nie dotarła jeszcze do etapu wypracowania konkretnych wytycznych dla przekształceń podwórzy. Czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy, bo to bardzo istotny głos w dyskusji o zmianach klimatu i ich wpływie na miejskie środowisko.

04

„Boska” prezentacja Stanisława Niemczyka

A samo Biennale? To była moja pierwsza wizyta na krakowskiej imprezie i szczerze mówiąc spodziewałam się czegoś innego – przede wszystkim bardziej konsekwentnego potraktowania tematu przewodniego. Zabrakło poszukiwań, które inspirują i popychają architekturę naprzód. Formuła krakowskiej imprezy opiera się na kongresie i konkursach, a nie wystawach i ogromnie dużo było w tych spotkaniach bicia piany i „pompowania balonika”, co złośliwie podsumował Przemo Łukasik w swoim wykładzie. Kiedy przyjeżdżam do Krakowa, mam zawsze wrażenie, że wyjeżdżam do innego kraju. Brakuje mi tam naszego ‚Ordnungu’ i mam problem z krakowskim klepaniem się po plecach oraz… kwiecistym językiem. Łukasik również odniósł się do tego zjawiska, mówiąc m.in. o „nadmiarze przymiotników”. Zacna widownia, szacowni goście i utalentowani uczestnicy wysłuchali kilku niezbyt inspirujących prezentacji. Gdyby nie wtrącane często anegdoty i wspomnienia z przeszłości, które uwielbiam, spędziłabym większość czasu pijąc kawę poza audytorium. W konkurencji anegdot wygrywa Małgorzata Omilanowska z opowieścią o reakcji Lecha Wałęsy na Europejskie Centrum Solidarności (przytoczę przy innej okazji) oraz Romuald Loegler wspominający początki Biennale i zaproszenie na jedną z pierwszych edycji Herzoga i de Meurona, zanim jeszcze dołączyli do grona gwiazd. Podobno krakowscy architekci byli oburzeni, że na tak ambitną branżową imprezę jako gwiazdy przyjeżdżają projektanci, którzy mają na koncie zaledwie „jakiś tam domek ze sklejki”.

Tym razem wśród zagranicznych gości oprócz architektów z Chin pojawiła się m.in. Viviana Muscettola, która jest jedną z Associate Directors w Zaha Hadid Architects. W konkursowym jury był także m.in. Rainer Mahlamäki. Trochę się zdenerwowałam podczas jego wykładu. Na samym początku swojej prezentacji przedstawił propozycję na Pomnik Holokaustu w Londynie takim tonem, jakby już wygrał ten konkurs. Nie interesowałoby mnie to nawet, gdyby nie fakt, że Heneghan Peng również jest wśród dziesięciu finalistów i wciąż czekamy na wyniki. O podwórzach nie padło jednak ani słowo, podobnie jak w pierwszej sesji kongresu o… tradycji w architekturze. Dopiero drugiego dnia temat Biennale pojawił się w kilku prezentacjach – sytuację uratowali polscy jurorzy konkursu. Zamarzyło mi się alternatywne wydarzenie w stylu Biennale Urbana odbywającego się równolegle do oficjalnej weneckiej imprezy. Znalazłoby się tam miejsce i dla „Placu na glanc„, i dla „Podwórkowych rewolucji„, i dla wielu innych działań, które faktycznie zmieniają podwórza.

Na szczęście jesienny Kraków, spotkanie wielu znajomych i poznanie nowych osób zrekompensowało mój niedosyt. A może tak to właśnie w Krakowie jest, że podobne wydarzenia mają głównie towarzyski charakter?

[fot. Łukasz Pancewicz, Monika Arczyńska]

Kociewie

TCZEW MASKOTKA

Dobrze, że mój osobisty urbanista jest teraz gdzieś w Rosji, bo pewnie marudziłby jak zawsze, kiedy wrzucam na bloga rzeczy z kategorii „niezbyt mądre”. Tak zareagował na Reporterkę Śmieszkę i do teraz jest zażenowany, kiedy przypominam ten temat. Ale czasami mam tak wielką ochotę na zrobienie czegoś lekko infantylnego, że nie mogę się powstrzymać.

Kilka miesięcy temu również złapała mnie ta niepohamowana chęć, kiedy dowiedziałam się o konkursie na maskotkę (tym razem już pluszaka, nie przebranie) Fabryki Sztuk w Tczewie. Miało być lekko regionalnie, a że Tczew to Kociewie, podobnie zresztą jak moje rodzinne Świecie, wiedziałam, że to musi być jakiś „koci” temat. Ta nazwa rozbawia wiele osób – faktycznie, brzmi mało poważnie w porównaniu do „Mazowsza” czy „Kaszub”.  Przyznaję, że chociaż w moich podstawówkowych czasach pojawiało się sporo regionalno-folklorystycznych tematów, musiałam sobie wyguglać, jak wygląda tradycyjny strój kociewski. Okazało się, że kobiecy strój ma mocno zgeometryzowany biały ‚żabot‚, więc ubranie dla kota stało się oczywiste – przecież architekci kochają geometryczne formy i wzory. Pozostał wybór materiału, ale i tu nie trzeba było się długo zastanawiać – miało być naturalnie, najlepiej dość szaro-buro, z jednym mocnym kolorem. Najlepiej pomarańczowym, bo to kolor Fabryki. Materiał miał być również łatwy w obróbce, żeby dzieciaki mogły same zrobić sobie maskotkę podczas warsztatów w Fabryce Sztuk. Wybór padł więc na wełniany filc. Kot kociewiak wygrał konkurs i jeśli uda mi się jutro podjechać do Tczewa na dziesięciolecie Fabryki, zobaczę, jak uczestnicy warsztatów radzą sobie z szyciem. Może sama też uszyję jednego?

 

Keep calm and let us bind your thesis

Oprócz uczestniczenia w konferencji mieliśmy również trochę czasu na pozwiedzanie Oxfordu. Miasto, pomimo swojej liczby mieszkańców, ok. 150 tysięcy, sprawia wrażenie maleńkiej mieściny. Centrum to raptem kilka malowniczych ulic. Na wszystkich tablicach informacyjnych dla turystów pojawiają się informacje, że Pevsner, ten od historii literatury, uznał dane miejsce a to za najpiękniejszą ulicę, a to za najbardziej harmonijny plac w Europie. Trafiliśmy akurat na Open Day, więc udało nam się zwiedzić sporo wnętrz i dziedzińców. Muszę przyznać, że wrażenie zrobiła na mnie nie tyle majestatyczność uniwersyteckich gmachów, co ich pragmatyczne wykorzystywanie. Dookoła przystrzyżonych co do milimetra trawników, w pięknych, kamiennych murach, nadal funkcjonują akademiki. Nie są jednak umeblowane antykami, które wydawałyby się tam najbardziej odpowiednie. Na podłodze leżą paskudne wykładziny dywanowe, meble przypominają wyposażenie nędznej sali konferencyjnej z tapicerowanymi, niebieskimi krzesełkami, a w oczy najbardziej rzuca sie ustawiona gdzieś pod ścianą lodówka. To wnętrza, które zachęcają do spędzania tam jak najmniej czasu – może dlatego studenci tyle godzin przesiadują w bibliotece i stąd wysoki poziom uczelni?

IMG_6262IMG_6310

Większość świetnej współczesnej architektury podobno jest poukrywana za historycznymi murami lub gdzieś na obrzeżach. Tak przynajmniej twierdzą architekci z Oxford Brookes. Powinna istnieć (może istnieje?) gra miejska polegająca na wyszukiwaniu tych poukrywanych architektonicznych skarbów. Nie dotarliśmy do Zahy, nie dotarliśmy do Níalla McLaughlina, za to nie odpuściliśmy St Catherine’s College projektu Arne Jacobsena. Z ręką na sercu przyznaję: to jeden z najpiękniejszych kampusów, jakie miałam okazję zobaczyć. Może dobrze, że większość obiektów była zamknięta, bo jeśli wydawałam z siebie ochy i achy na widok harmonii między budynkami a krajobrazem, we wnętrzach mogłabym dostać syndromu Stendhala. A do meblowych marzeń doszło Oxford chair

IMG_6278male

Akademickie motywy, podobnie jak Harry Potter (część scen była kręcona w Oxfordzie) i Alicja w Krainie Czarów (Lewis Carroll był dziekanem Christ Church College), pojawiają się dosłownie wszędzie. Koszulki i bluzy z logo uczelni, togi i studenckie czapki kuszą na większości sklepowych wystaw. Podobnie jest na wszytskich najlepszych uczelniach świata – nie każdy może być studentem Cambridge czy Harvardu, ale zawsze może nosić koszulkę z ich logo.

IMG_6305

‚Keep calm and let us bind your thesis’

IMG_6343

Tort dla absolwenta

IMG_6339

Myślenie życzeniowe ambitnych rodziców:)

Zastanowiła mnie tylko jedna rzecz. Wydawałoby sie, ze miasto uniwersyteckie powinno być pełne pubów i barów. W Oxfordzie wcale nie ma ich tak wiele, za to zagęszczenie kawiarni na kazdej ulicy jest zaskakujące. Może oni tam faktycznie nie mają czasu na życie studenckie, tylko piją non stop kawę, żeby nie zasnąć nad książkami?

[fot. Monika Arczyńska]

 

Architecture Connects

IMG_6222

Wróciliśmy właśnie z moim osobistym urbanistą z konferencji „Architecture Connects”, zorganizowanej przez Oxford Brookes University. Pierwszy raz uwierzyłam, że być może uczelnia to jednak miejsce dla mnie. Średnio raz na miesiąć mam ochotę ciapnąć ją w cholerę, zwłaszcza, gdy nadmiernie zaczyna mnie drażnić sztywny akademicki język, sztuczna hierarchia, której nie potrafię zrozumieć i – przede wszystkim – teoretyzowanie, rozbuchane ego środowiska oraz umieszczanie studentów na samym końcu łańcucha pokarmowego. Tym razem wszystko odbyło się w nieformalnej atmosferze, bez udawanej wyższości i chwalenia własnych dokonań. Wręcz przeciwnie, wiele komentarzy, pytań i warsztatów dotyczyło porażek, które uczą przecież więcej niż sukcesy. Ursula Hartig z CoCoon Studio przedstawiła projekt szkoły muzycznej w Meksyku, której realizacja wydawała się sukcesem, ale po kilku latach okazało się, że budynek się sypie, bo nie przemyślano, kto i z jakich funduszy ma zajmować się jego utrzymaniem. To jeden z najczęściej popełnianych błędów w live studios, także w Polsce: szybka, spektakularna akcja nierzadko daje więcej satysfakcji organizatorom, niż pożytku mieszkańcom. Życie instalacji z palet i opon jest krótkie i trzeba przewidzieć, co stanie się z nimi po zakończeniu działań w terenie.

IMG_6216.JPG

W międzyczasie na wydziale odbywały się warsztaty – studenci układali kwadratowe fragmenty wykładziny w różnych konfiguracjach i analizowali, jak przemieszczają się po nich ludzie. Trochę jak nasze prototypowanie:)

Obyło się bez szpilek i garsonek, bez „Pani Profesor” i „Panie Doktorze Habilitowany”, za to z opowieściami o podróżowaniu ze studentami vanem przez amerykańskie pustkowia czy zaproszeniu pisarza science fiction i rysowniczkę komiksów do współpracy w studio projektowym. Zaprezentowana przez nas metodologia, przećwiczona w projektach dla Starego Polesia, Traktu Królewskiego i Witomina, spotkała się z uznaniem, mimo że odbiegała znacznie skalą od innych przykładów. Nasi studenci wykonali taki kawał profesjonalnej roboty, że aż padło pytanie, czy mieli okazję chociaż przez moment dobrze się bawić przy tych projektach:) Okazuje się, że zabawa to nieodłączny i konieczny warunek sukcesu live studio, więc mam nadzieję, że nieformalna atmosfera i sporo śmiechu na zajęciach zrekompensowały chociaż trochę tę ciężką pracę.

IMG_6230

Najbardziej cieszę się, że udało nam się posłuchać i pogadać z Peterem Fattingerem z Wiednia. To, co robi ze studentami, to jakiś dydaktyczny lot w kosmos. W półtora roku udało mu się zaprojektować i zrealizować dla Caritasu adaptację historycznego budynku na Bed&Breakfast, prowadzony przez osoby z niepełnosprawnościami. Były one także zaangażowane w budowę – zatrudniono tylko elektryka, hydraulika, dwóch budowlańców, którzy bardziej uczyli fachu niż pracowali oraz kilku branżystów weryfikujących projekt i załatwiających sprawy administracyjne.  Resztę wykonali studenci. Płacono im w punktach ECTS lub klasycznie – pieniędzmi – jednak gdyby nie entuzjazm, poczucie odpowiedzialności i mnóstwo dodatkowej ochotniczej pracy, z projektu nic by nie wyszło. Motyw morderczej pracy za darmo przewijał się jednak często (podobnie jak „ten idiotyczny Brexit”).

Od razu wyjaśniam, dlaczego takie projekty, jak Petera, nie bardzo udają się w Polsce: udają się w ogóle w niewielu miejscach, także na Zachodzie. Nie tylko my wzdychaliśmy z rozrzewnieniem. Głośniej wzdychali wykładowcy z UK, którzy nie tylko, podobnie jak i my, nie mają możliwości rozciągania zajęć na kilka semestrów, ale spotykają się z ostrymi restrykcjami związanymi z ubezpieczeniami oraz odpowiedzialnością za zdrowie i życie studentów. W naszej części Europy te kwestie są dużo łatwiejsze do przeskoczenia (oprócz naszej prezentacji pojawiły się jednak tylko dwa inne przykłady – z Pragi i z Belgradu). Chodzi nam właśnie po głowie podobna realizacja w Gdańsku i chociaż organizacyjnie oraz finansowo (przy wsparciu sponsorów podrzucających materiały budowlane) pewnie udałoby się nam ją przeprowadzić, brakuje nam formalnych możliwości. Na zajęciach na Politechnice nie da się tego zrobić, bo po pierwsze skala projektu jest architektoniczna, a nie urbanistyczna, a po drugie potrzebne byłyby na to co najmniej dwa semestry.  Peterowi udaje się pozyskać studentów na dłużej tylko dlatego, że jego studio jest bardzo małe w porównaniu do całego wiedeńskiego wydziału, więc ewentualna „szkoda” poczyniona niestandardowym nauczaniem jest niewielka. Będziemy więc szukać innych możliwości, ale postaramy się nie rezygnować z tego rodzaju kursów – po konferencji jesteśmy pewni na 100%, że to dobry kierunek i że udaje się nam je prowadzić na światowym poziomie.

[fot. Monika Arczyńska]

 

Zespołowa kreatywność

kropki.jpg

Wspominałam już wcześniej o projekcie, nad którym pracujemy obecnie ze studentami. Mowa o Witominie i obszarze objętym programem rewitalizacji, dla którego tworzymy wytyczne dla przekształcenia biegnącej między blokami przestrzeni publicznej. O przebiegu i efektach pracy napiszę, kiedy tylko uda nam się zakończyć prace nad podsumowującym raportem (właśnie robię jego korektę). Sesja już się skończyła, wszyscy mają już wystawione oceny, a prace trwają nadal. Stereotyp, że obecnie studenci marzą tylko o jak najmniejszym wysiłku przy odbębnianiu swoich obowiązków, kolejny raz okazał się wyssany z palca.

To trzeci taki semestralny projekt w naszej wspólnej (mojego osobistego urbanisty i mojej) dydaktycznej karierze i odnoszę wrażenie, że co roku kurs wychodzi coraz lepiej. Informacja zwrotna jest kluczowa i za każdym razem pytamy studentów – czy to w anonimowych formularzach, czy przy piwie – co ich zdaniem  można by przeprowadzić inaczej. Za każdym razem wprowadzamy sugerowane przez poprzednie grupy zmiany i chociaż nie zawsze jest to proste, staramy się pracować i nad samymi kursami, i nad naszym podejściem. Tym razem było wyjątkowo trudno – grupa liczyła aż 45 osób. Nigdy nie pracowaliśmy z tak dużym zespołem i przyznajemy, że to zdecydowanie za dużo jak na dwoje wykładowców, co zresztą wskazało wielu studentów. Przy tej liczbie nie ma szans na indywidualny i satysfakcjonujący kontakt z każdym. Ponieważ pracowaliśmy nad jednym projektem, zadanie polegało przede wszystkim na skoordynowaniu i zaplanowaniu w 15 tygodni dużego, sprawnie działającego biura. Dlatego trzeba wykorzystać jak najlepiej potencjał wszystkich uczestników, usprawnić komunikację i  rozdzielanie obowiązków oraz – szczególnie ważne – zaufać uczestnikom projektu. O tym wszystkim napiszę jeszcze bardziej szczegółowo, wychwalając pod niebiosa absolutnie niesamowitą grupę, która pobiła wszelkie rekordy samoorganizacji i odpowiedzialności. To była taka przyjemność, z tak energetyzującą atmosferą podczas piątkowych zajęć, że zawsze po ich zakończeniu  poziom adrenaliny wracał mi do normy dopiero następnego dnia. W środę 5 lipca podczas Gdynia Design Days opowiemy o tym, jak ten proces wyglądał „od kuchni” i jakie zastosowaliśmy metody nowoczesnego zarządzania zespołem. Zapraszamy!

PS Komentarze odnośnie naszej pracy okazały się w tym roku wyjątkowo rozbudowane i wartościowe. Oczywiście nie wszystkie miały pozytywny wydźwięk – oberwało nam się (i słusznie!), za to, że za dużo gadamy i że elastyczna formuła nie wszystkim odpowiada. Wśród pozytywnych opinii najbardziej rozczuliła nas ta: Nie zamieńcie się w „normalnych” profesorów.

 

 

Ruinizm depresjonistyczny

ruiny

To było w wakacje, na samym początku studiów, gdy ekipa z roku zorganizowała plener malarski w Kwidzynie. Zakwaterowano nas w bursie szkoły muzycznej, gdzie wyeksploatowane pianina już w pierwszych dniach naszego pobytu rozstroiły się na amen. Dostaliśmy po palecie, worku farb i pędzli oraz tektury i ruszyliśmy w miasto w poszukiwaniu malowniczych miejsc. Nie wiem, czy zadziałały rzewne kawałki Radiohead, męczone na tych wymęczonych pianinach, czy używałam za dużo błękitu paryskiego, czy to może moja słabość do malowniczych, podniszczonych miejsc, ale moje prace ochrzciliśmy mianem „ruinizmu depresjonistycznego”.

Teraz o studenckim „ruinizmie” przypomniała mi galeria Raster, przysyłając album „Ruiny Warszawy”, opracowany przez Łukasza Gorczycę i Michała Kaczyńskiego. Od razu przyznaję się bez bicia: nie spodziewałam się po tej książce wiele więcej, niż zbioru smutno-sentymentalnych fotografii powojennej stolicy. Nawet nie spieszyłam się za bardzo na pocztę, żeby odebrać przesyłkę. Myślałam, że nie zobaczę w niej nic nowego, ale znów obrazy zapamiętane z lektur szkolnych, „Czterech pancernych” i „Pianisty”, z Muzeum Powstania Warszawskiego i z Muzeum II Wojny Światowej. Są tak zakodowane w pamięci, że trudno je odczuwać inaczej niż sentymentalnie – jako zakończenie, ale i jako rozpoczęcie nowej historii. Warszawa jest dla mnie nieco odległa, ale ruiny Gdańska pamiętam doskonale z opowieści dziadka, który przeniósł się tutaj tuż po wojnie. Wspominał, że Długa, ta sama Długa, którą zajmowałam się rok temu ze studentami, patrząc na jej odbudowane pierzeje jak na Disneyland, była kiedyś kupą gruzu z biegnącą środkiem wąską ścieżką. Ale to w tym pełnym ruin mieście poznał moją babcię i tam urodziła się moja mama. Z kolei moje wspomnienia to Wyspa Spichrzów, na której nie tyle straszyły, co malowniczo „ruinistycznie” przypominały o przeszłości pozostałości ceglanych spichlerzy. Kiedy patrzę na beton wylewany brutalnie w ich sąsiedztwie, zaczynam się zastanawiać, czy to przypadkiem również nie jest barbarzyństwo, chociaż cieszę się, że ta część miasta w końcu ożyje. Deweloperskie inwestycje zabierają mi jednak obraz dzieciństwa i młodości.

cover

Płócienna oprawa albumu mieści zdecydowanie więcej, niż wspomniane obrazy. Kiedy w końcu usiadłam na spokojnie do oglądania i czytania, nie mogłam przerwać. Książka obejmuje nie tylko wojenne zniszczenia, ale całe ostatnie stulecie – od zdjęć wysadzonego w 1915 roku Mostu Poniatowskiego po współczesne wyburzenia pod nowe inwestycje. Ogląda się go jak doskonałą wystawę opatrzoną świetnym wstępem, przedstawiającą warszawskie ruiny sfotografowane przez różnych autorów. Zamiast typowego dla podobnych publikacji zbioru anonimowych zdjęć są tam zamieszczone i uzupełnione tekstami serie. Wśród nich m.in. „Ślady” Mariusza Hermanowicza – chłodny zapis na kliszy powojennych blizn warszawskich murów czy dzieci sfotografowane przez Davida Seymoura. Jedna z najbardziej zaskakujących serii to fotokolaże Romana Cieślewicza, Teresy Kuczyńskiej i Bohdana Łopieńskiego z miesięcznika „Ty i Ja” z 1962, zrealizowana z okazji obchodzonego we wrześniu miesiąca odbudowy Warszawy.  Na czarno-białym tle ruin wyginają się wycięte z francuskich magazynów modelki w pokolorowanych kostiumach i kombinezonach. Łukasz Gorczyca tak komentuje te kolaże :

Wyreżyserowane na łamach „Ty i Ja” spotkanie dwóch światów jest tym bardziej paradoksalne, że konfrontuje ze sobą widmowe rzeczywistości: odchodzące w przeszłość widoki ostatnich warszawskich, powojennych ruin oraz nabierający po wojnie ropzędu globalny przemysł fotografii modowej. Z tego połączenia wynikł wyjątkowy dokument jakże trafnie opisujący warszawski krajobraz przełomu lat 50, i 60,: biedę i surowość, ale też kosmopolityczne aspiracje pwoojennej odbudowy, zapisaną w ruinach wojenną traumę i nie wolne od desperacji próby jej odczarowania za pomoca witalnej figury młodej, modnej dziewczyny-kociaka […] 

Część poświęcona mniej odległym czasom, tym po ’89, jest nie mniej ciekawa. Fotografie Marty Leśniakowskiej z wyburzania Supersamu mają podobny wydźwięk jak zdjęcia Michała Szlagi, dokumentujące znikanie materialnych pozostałości Stoczni Gdańskiej. Z kolei seria Franciszka Buchnera przedstawia współczesne budynki wyburzane pod nowe deweloperskie inwestycje – kolejne kapitalistyczne symbole w stolicy. Większość z ich to niezbyt cenne obiekty, po których nikt nie będzie raczej płakał, ale wśród zdjęć znalazła się m.in. rozbiórka Emilii. Cieszę się z umieszczenia w albumie obrazów znikania cennego powojennego modernizmu – zapis obrazów przeszłości sprawia, że zaczyna się odczuwać te straty jako coś nieuniknionego, należącego już do historii. Ich oglądanie odbieram jak przeglądanie konserwatorskiej dokumentacji niestniejących już obiektów. Były – nie ma – trudno. Idziemy dalej.

Przymierzaliśmy się kiedyś z moim ulubionym historykiem sztuki do tematu ruin – chodziła nam po głowie wystawa albo tekst, bo pomyśleliśmy, że zestawienie punktu widzenia człowieka od sztuki i od architektury przyniesie ciekawe wnioski. Nie będziemy jednak się tym już zajmować – Raster zrobił to aż za dobrze. A tekstów Łukasza Gorczycy zdecydowanie chcę poczytać więcej.

Album można przejrzeć na stronie galerii: http://rastergallery.com/galeria/materialy-prasowe/ruiny-warszawy-materialy-prasowe/?kontekst=prasowe, a kupić w intermetowej księgarni Bęc Zmiany: http://sklep.beczmiana.pl/2-glowna/797-ruiny-warszawy-lukasz-gorczyca-michal-kaczynski.html

[Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz]

 

Głupia winda

wind

Piątek, 8:30 rano, Politechnika, trzy panie doktor z Wydziału Architektury próbują wsiąść do windy, żeby bez zadyszki zdążyć na zajęcia. Mamy bardzo wysokie kondygnacje w Gmachu Głównym, więc przy braku superkondycji bez zadyszki się nie da. Z kolei windy mamy nieprzewidywalne, najwolniejsze pod słońcem i generalnie nie za mądre. Stanowią świetny temat dla porannego small talka (ile można komentować pogodę). Nasz dialog wyglądał mniej więcej tak:

Pani dr K: Ojoj, znów się nie zatrzymała.

Pani dr B: Ależ głupie te windy.

Pani dr A (ja): Ups, ale to kiepsko brzmi.

B: Co kiepsko brzmi?

A: „Głupia winda” kiepsko brzmi. Jak „głupia baba” albo „głupia krowa”. Zawsze rodzaj żeński jest głupi.

B: Ooo, ale feministycznie od samego rana! (uśmiech)

A: No pewnie. Dlatego proponuję nazywać ją jednak po męsku. Np. „głupi wind”. Albo „głupi lift”.

K: Hm, ja tam nie chcę pań architekt poprawiać, ale fachowo „winda” to nie „winda”, ale… „dźwig”.

A i B jednocześnie: „Głupi dźwig”? Idealnie!!!

KURTYNA.

 

Parki i ogrody terapeutyczne

terap

Dostałam niedawno z PWN „Parki i ogrody terapeutyczne” autorstwa Moniki Trojanowskiej. Początkowo wahałam się, czy zająć się tym tematem, bo nie jestem przecież architektem krajobrazu, ale parki, drzewa i trawniki ostatnio mnie prześladują. Projektowo dosłownie utknęłam w „powierzchniach biologicznie czynnych”. Na tzw. desce mam teraz woonerf na Abrahama w Gdyni, gdzie pojawi się w końcu więcej zieleni. Książka traktuje również o sensorycznym odbieraniu zieleni, które ma wiele wspólnego berlińskim Ogrodem Botanicznym. Z Heneghan Peng właśnie projektujemy tam pawilon wejściowy i bistro, a w Tast- und Duftgarten, czyli ogrodzie dotyku i zapachu… toalety. Ze studentami zajmujemy się przestrzeniami publicznymi na Witominie – jednej z najbardzej zielonych dzielnic Gdyni, położonej w lesie. Z kolei z uwagi na ciągły nadmiar pracy eksploatuję ostatnio intensywnie okoliczną zieleń w celach terapeutycznych i antystresowych. Nie tyle na łonie przyrody, bo trudno tam gapić się w monitor komputera, co patrząc przez okno i wdychając zapach kwitnących pod moją kamienicą bzów.

Ale miało być o książce, a nie o moich parkowych doświadczeniach. Nie traktowałabym tej książki jako opracowania naukowego, lecz bardziej jako podręcznik i katalog dobrych parkowych praktyk, zilustrowany wieloma przykładami, głównie polskimi i francuskimi. Autorka przedstawia zestawienie cech, nazwanych przez nią atrybutami, które decydują o tym, czy park faktycznie ma działanie terapeutyczne. Bo choć w sumie relaksujący i uspokajający wpływ zieleni wydaje się oczywisty, nie każdy projekt w pełni wykorzystuje jej terapeutyczny potencjał. Cechy zostały usystematyzowane we „wzorcu zestawienia atrybutów parku o właściwościach terapeutycznych” – narzędzia, które podczas projektowania parku warto mieć pod ręką przez cały czas. Od pierwszych idei, które powinny uwzględniać wspomniane atrybuty, po ostateczne sprawdzenie, czy zostały one faktycznie uwzględnione. Wzorca można także  użyć do ewaluacji już w trakcie użytkowania i w książce znajduje się jeden taki przykład. Brakuje mi jednak rozróżnienia na zielone przestrzenie o różnej skali. W silnie zurbanizowanej przestrzeni park kieszonkowy może mieć większe znaczenie terapeutyczne dla spragnionych zieleni mieszkańców niż duży, wielofunkcyjny park wśród zabudowy o niskiej intensywności. Żałuję również, że nie zamieszczono więcej informacji o wyspecjalizowanych ogrodach terapeutycznych, ukierunkowanych na konkretne schorzenia. Przedstawione studia przypadku dają co prawda pojęcie o sposobach wykorzystywania zieleni jako elementu terapii i leczenia, jednak w podziale na kategorie schorzeń, np. wsparcie terapii demencji i Alzheimera, poparzeń czy depresji, pojawiają się tylko odnośniki do zlokalizowanych na całym świecie ogrodów.

Polecam tę książkę przede wszystkim każdemu, kto za temat parków dopiero się zabiera. Żałuję, że nie miałam dostępu do podobnej publikacji, kiedy przymierzałam się do parkowych tematów podczas konkursów. Innowacyjna, oryginalna koncepcja funkcjonalna lub przestrzenna pozwala świetnie „sprzedać” projekt, ale parki rządzą się własnymi prawami i warto te prawa – czy też może atrybuty – poznać i zrozumieć, żeby intuicyjnie stosować je w projektowaniu.

„Parki i ogrody terapeutyczne” można kupić  m.in. w księgarni internetowej PWN, również jako ebook.

[Fot. Paweł Unger]

ArchiteK(t)URA

sebr01

To nie żart. Zgodnie z zapowiedzią spędziłam sobotę na wystawie… kur ozdobnych. Gdyby ktoś zastanawiał się, co kury mają wspólnego z architekturą, zapewniam, że sporo i przypuszczam, że każdy projektant byłby w stanie znaleźć dla siebie kurzą inspirację. Co za bogactwo form, barw, proporcji i wzorów! Także dźwięków, bo zaprezentowane rasy kur (albo raczej kogutów) śpiewających wydobywały z gardeł operowe tony. Patronat nad wystawą objęła m.in. Ambasada Japonii i sporą część klatek zajmowały kury z Dalekiego Wschodu. Japończycy są wielkimi fanami tych ptaków i każda z sześciu faz piania ma specjalną nazwę. Cóż, i architektura, i muzyka opierają się na harmonii.

silka

Silka, ale jedwabista, a nie silikatowa

twarz

Kurza twarz!

Zaprezentowano m.in. czubatki, które pierzastą kulą na głowie przypominają Wielkiego Ptaka z ulicy Sezamkowej. Pojawiły się też kury o tak zdeformowanych grzebieniach, że wyglądają, jakby miały na wierzchu czerwony mózg. Były również ptaki w kształcie idealnej, puszystej kuli, z „hatchbackiem” zamiast typowego ogonowego „sedana”.

mozg

Kurzy móżdżek;)

panterka

Kura w panterkę

Całe to gdakająco-piejące towarzystwo robiło piorunujące wrażenie, ale architektom z reguły najbardziej wpadają w oko czarno-białe, graficzne kompozycje. Miałam nadzieję, że po raz pierwszy zobaczę na żywo sebrytki. Ta rasa występuje w kilku wersjach kolorystycznych, ale zawsze najbardziej podobały mi się białe z czarnymi obwódkami piór. Niestety, sebrytek nie było, ale widziałam kurę i koguta o bardzo podobnym upierzeniu, ale zupełnie innych proporcjach.

czubatka

Czarna kura z białym afro

samograj

Czarny, biały i czerwone akcenty – niby banał kolorystyczny, ale jaki efektowny

sebr02

Prawie jak sebrytki

Największym odkryciem okazała się rasa Ayam Cemani. To najbardziej architektoniczna z kur, w jedynym słusznym kolorze – dzięki nietypowej pigmentacji jest całkowicie czarna. Nie dość, że ma czarne pierze, łapy, dziób i grzebień, ale także mięso. Patrzy się na nią jak przez photoshopowy filtr. Poza tym ma przepiękny, smukły kształt – spójrzcie tylko na rzut, przepraszam, zdjęcie z góry. Z uwagi na cenę podobno nazywa się ją „lamborghini kurników”, chociaż kolor sugerowałby raczej forda T.

Kura w sam raz dla architekta, prawda?

trojkatbw02bw01

[Fot. Monika Arczyńska]

Geologiczno-sejsmiczno-urbanistycznie

img_1841

To już pewnie pozostanie tradycją bloga, że wakacyjne opowieści powracają jeszcze przez kilka tygodni lub miesięcy po moim powrocie. Wracam z setkami zdjęć i wrażeń, a potem nagle okazuje się, że nie wystarcza czasu na opisanie wszystkiego. W archiwum niedokończonych postów mam teksty nawet sprzed dwóch lat – nie usuwam ich z nadzieją, że kiedyś do nich wrócę. Na przykład z postem o Muzeum Guggenheima w Bilbao wyskoczę pewnie przy okazji urodzin Gehry’ego albo serii o najgorszych budynkach świata, ale póki co czeka sobie grzecznie na moment, kiedy będę w wyjątkowo złośliwym nastroju.

Na razie nie zapowiadają się żadne dalekie wyjazdy, a ponieważ majówkę spędzę pracowicie w Gdańsku, wspominam więc ostatnią dłuższą podróż, z przełomu roku. Oprócz Bari spędziliśmy nieco czasu w Lecce i to była zdecydowanie największa niespodzianka wyjazdu. Nie miałam pojęcia, że jest tam aż tak pięknie – całe barokowe miasto zbudowane jest z kamienia, a kościoły to już absolutne mistrzostwo świata. Jakby tego wszystkiego było mało, na głównym placu znajduje się kawał rzymskiego amfiteatru, a na pozostałości z tego okresu można natknąć się w dość niespodziewanych miejscach – np. w najbardziej zasikanych zaułkach. Ponieważ układ ulic jest nieregularny, a ich nawierzchnia wyłożona jest kamieniem bez rozróżnienia na chodniki i jezdnie, kwartały zabudowy o wielokątnych rzutach sprawiają wrażenie bloków skalnych, które wypiętrzyły się  w wyniku jakiegoś dziwnego geologicznego procesu. Dziwnego, bo na tę samą wysokość, w tym samym czasie, z podobnymi barokowymi detalami. Może na Półwyspie Apenińskim po prostu już tak jest geologiczno-sejsmiczno-urbanistycznie: albo wybucha tam jakiś Wezuwiusz pogrążając całe miasto pod wulkanicznym popiołem, albo wypiętrzają się barokowe kwartały.

Samo centrum sprawia dość turystyczne wrażenie pomimo niewielkiej liczby przyjezdnych zimą. Kościoły otwierają się w mało intuicyjnych godzinach, więc kończy się na spacerowaniu, przystawaniu, spacerowaniu, przystawaniu… Na szczęście miasto obfituje w bary, więc można równie często przystawać na espresso lub avernę, aby dojść do siebie po kolejnej zbyt dużej dawce piękna.

img_1869

Basilica di Santa Croce – to jedno z tych miejsc, w których nasz najostrzejszy wykładowca historii architektury szepnąłby: „Ekstaza, ekstaza…”
img_1958
Piazza Sant’Oronzo…
img_1964

…a na nim rzymski amfiteatr. Z litości nie pokazuję zaaranżowanej na dole szopki bożonarodzeniowej, bo takiego kiczu nie spotyka się na co dzień:)

Lecce jest dość małe, więc po powrocie do Bari czułam się potwornie niewyspacerowana i zmusiłam mojego osobistego urbanistę do pokonania sporej trasy wzdłuż wybrzeża. Ku jego rozpaczy okazało się, że tam z kolei wypiętrzyły się nie barokowe kwartały, ale paskudne przemysłowe budynki i zamiast iść plażą, spacerowaliśmy głównie po asfalcie. Industrialne cierpienia wynagrodziły nam jednak sympatyczne nadmorskie miasteczka: Monopoli i Polignano da Mare. Zwłaszcza Polignano wpadło nam w oko – co prawda nie udało nam się zajrzeć do restauracji w grocie z widokiem na morze, która stanowi tam największą atrakcję turystyczną (rozbudowa), za to na szczęście jedna z niewielu otwartych knajp okazała się barem z rybami i owocami morza. Wcinając tatar z tuńczyka zastanawialiśmy się, czy przypadkiem nie bawimy się równie dobrze, jak Amerykanie i Japończycy, którzy z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem rezerwują piekielnie drogie kolacje we wspomnianej grocie. Na pewno było mniej romantycznie, ale powiedzmy sobie szczerze: trasa przez nadmorskie obszary przemysłowe to też nie jest najbardziej nastrojowy spacer.

img_2142

Port rybacki w Monopoli

img_2171

Ulica w Polignano da Mare – cała nadmorska część miasteczka to podobne, niewielkie kwartały w ortogonalnym układzie

Dość już tych wspomnień, bo na myśl o długim weekendzie przed komputerem zaczyna mi się robić niedobrze. Życzę Wam nadzwyczajnie udanej majówki (i niech w końcu zacznie się wiosna z prawdziwego zdarzenia!)

[fot. Monika Arczyńska]

Co w Łodzi wychodzi

WP_20170408_11_33_22_Pro

Po wielkanocnej komputerowo-internetowej abstynencji zabrałam się w końcu za nadrabianie blogowych zaległości. Ta abstynencja ciągnie się kolejny weekend pod rząd – ostatnio co tydzień gdzieś wyjeżdżamy. Poprzednią sobotę i niedzielę spędziliśmy w ulubionej Łodzi na urodzinowej imprezie-niespodziance i spacerowaniu po mieście z częstymi przerywnikami na – jak to w Łodzi – „procentowe” postoje.

To już nie jest to samo miasto, co kiedyś. To nawet nie jest to samo miasto, co rok czy pół roku temu. Takiego tempa zmian na plus nie widziałam jeszcze nigdzie i wychodzi to Łodzi nadzwyczajnie. Po naprawdę kiepskim momencie miasto energicznie odbiło się od dna. Najpierw zrobiło się nieco berlińsko, czyli biednie, ale sexy, a teraz nareszcie są pieniądze, żeby działać porządnie. Nie ma nic gorszego niż naprawianie miasta poprzez prowizorki albo na zasadzie, że lepiej zrobić coś tanio, ale kiepsko, niż wcale.

Już trasa z Kaliskiej do centrum jest pozytywnym zaskoczeniem. Na Starym Polesiu co kawałek pojawia się na zadbany, obsadzony zielenią skwer (projekt „Zielone Polesie”), a w kilku miejscach albo już stoi nowa zabudowa, albo właśnie trwa realizacja nowych biurowców i mieszkań. Działalność deweloperska w łódzkim śródmieściu to nowość – dotychczas oferta mieszkaniowa istniała wyłącznie dla miłośników historycznych kamienic lub peerelowskich bloków. Jedne i drugie poddawane są zresztą teraz remontom. W końcu i w Łodzi na wiosnę pojawiły się rusztowania, chociaż do niedawna można je było zobaczyć głównie na elewacjach miejskich budynków, opatrzone znakiem akcji MIA100 Kamienic.

WP_20170408_13_05_54_Pro

Nawet Kościuszko z Placu Wolności doczekał się remontu

Centrum dogęszczane jest nie tylko nową zabudową mieszkaniową, ale i usługami. Pamiętam, jak podczas wcześniejszych wizyt zaskoczyło mnie, że w przeciwieństwie do większości polskich miast, gdzie spożywcze dyskonty znajdują się niemal na każdym rogu, w Łodzi mieszkańcy śródmieścia skazani są na żabki, a warzywniaków jest jak na lekarstwo. Tak, wiem, biedronki i lidle zabijają brutalnie drobny lokalny handel, ale po pierwsze ceny w osiedlowych sklepikach przekraczają możliwości finansowe emerytów, których w centrum mieszka mnóstwo, a innych mieszkańców zmusza do korzystania z samochodów. Dlatego ucieszył mnie m.in. nowy śródmiejski lidl, do którego można podskoczyć z wózeczkiem na zakupy.

Kolejny woonerf – łódzka specjalność – właśnie się buduje. Tym razem na ul. Zacisze. To pierwszy „prawdziwy” woonerf, czyli dla mieszkańców, zgodnie z pierwotną ideą tego holenderskiego wynalazku. Ten typ zagospodarowania ulicy kojarzy się u nas nieco inaczej, bo ze śródmiejską przestrzenią publiczną z knajpami i stolikami lokali gastronomicznych. Na Zaciszu będą miejsca postojowe, ławki, zachowane drzewa i zieleńce.

^B371BD72506B017EAE886FAE927E201D75CD2A0D1FBAE77F8C^pimgpsh_fullsize_distr

Woonerf na ul. Zacisze

Pierwszy raz miałam też okazję zobaczyć Łódź Fabryczną i to jedyne miejsce, w którym co chwilę wybuchałam złośliwym chichotem. Rozumiem, że dopiero po zbudowaniu tunelu i rozpoczęciu przyjmowania wszystkich przejeżdżających przez Łódź pociągów ta inwestycja zacznie mieć sens, ale skala założenia jest tak przegięta, że nawet gdyby miasto miało stać się globalną metropolią, na dworcu i tak będą pustki, bo tych ogromnych kubatur nie da się chyba zapełnić ludźmi. Chyba, że zaczną pełnić inne, dodatkowe funkcje – wyobrażam go sobie jako olbrzymią halę targową albo… oceanarium. Obiekt przypomina ogromną płaszczkę, więc mógłby stanowić wyjątkowo megalomański przykład architektury parlante. Na razie to przestrzeń, którą trzeba non stop obsługiwać za spore pieniądze – sprzątać, ogrzewać, wentylować.

SPRZATANIE

Ale największe zaskoczenie (i załamanie) to tylne wyjście, zawalone estakadami, betonem, asfaltem i samochodami. Co gorsza, ciężko się stamtąd wydostać inaczej niż taksówką. Próbowaliśmy intuicyjnie szukać drogi dla pieszych, ale albo wychodziliśmy w ślepe narożniki, albo… kończył się chodnik. W końcu znaleźliśmy wąski tunelik, który wyprowadził nas z tego infrastrukturalnego szaleństwa.

^6DD13822EEC73A2DBE2435C043C861922CAE25618B63840DA6^pimgpsh_fullsize_distr

Tak na lewo od wyjścia…

WP_20170408_12_03_00_Pro

…tak na prawo.

WP_20170408_12_05_03_Pro

Potem kończy się chodnik…

 

WP_20170408_12_06_40_Pro

..a wyjść można tylko ukrytym, wąskim i wilgotnym tunelikiem…

smiechnasalibw

…na którego widok nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać.

Aby odetchnąć, popędziliśmy od razu w kierunku pobliskiej ul. Tramwajowej, aby sprawdzić, czy nadal można tam zobaczyć kury (słyszeliśmy od znajomych). Ba, nie dość, że trzy kury, to jeszcze koguta. Całe to drobiowe towarzystwo pasło się luzem między samochodami i wyglądało na zadowolone.

WP_20170408_12_13_56_Pro

Na szczęście słynne kury z Tramwajowej wynagradzają tę infrastrukturalną traumę.

My też wyglądaliśmy na zadowolonych i to przez cały weekend. Pewne sprawy w Łodzi są na szczęście niezmienne – wspaniali łodzianie i intensywne życie nocne. Dla jednego i drugiego warto tam wpadać jak najczęściej i nie mogę się doczekać, aż będzie można dojechać pociągiem do Fabrycznej. Trzeba w końcu zapełnić tę pustkę!

[Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz]

 

Jan „naprawię każde miasto” Gehl

WP_20170315_15_50_54_Pro.jpg

Wróciłam właśnie ze spotkania z Gehlem. Wahałam się – wybierać się, nie wybierać – ale pogoda zachęciła mnie do wyjścia z domu. W takim mieście, jak Gdańsk, gdzie architektonicznie i urbanistycznie dzieje się niewiele, a gwiazdy tych dziedzin omijają Trójmiasto, jakby szalała tu epidemia dżumy, to nie lada wydarzenie. Można spotkać przyjaciół, znajomych, byłych studentów, obecnych studentów i przyszłych studentów, wykładowców, urzędników i aktywistów od przestrzeni. Bardzo przypominało to spotkanie towarzyskie, tym bardziej, że wynudziłam się okropnie i nie mogłam doczekać końca. Było jak to zwykle u Gehla – wszyscy zadają pytania o lokalne sprawy, spodziewając sie konkretnych rozwiązań, a przecież po dwóch spacerach po mieście nawet najbardziej wizjonerski urbanista świata nie dałby sobie rady  z takim zadaniem.

Chociaż bardzo lubię książki Gehla i często odsyłam do nich studentów, nie jestem przekonana do jego obecnych koncepcji. Jak magik wyciaga z kapelusza swoje złote zasady – podejrzewam, że od początku swojej kariery, czyli od ładnych kilkudziesięciu lat, zbiera różne „pomysły na miasto”. Tu trochę z własnego doświadczenia, tam trochę z Jane Jacobs albo Christophera Alexandra. Nie muszą być odkrywcze, ale powinny być w miarę możliwości uniwersalne. Kiedyś pewnie zbierałje w notesie, teraz pewnie istnieją już w formie aplikacji. Wpisuje się dane wejściowe – wielkość miasta, główne problemy, system polityczny, liczbę samochodów na 1000 mieszkańców czy procent terenów zielonych, wklepuje pożądaną liczbę pomysłów oraz poziom ich uszczegółowienia, klika enter i voila! „Dwanaście zasad Jana Gehla” albo „Profesora Gehla pomysły na uzdrowienie miasta X” gotowe, można wystawiać fakturę. Ale żeby była odpowiednio wysoka, trzeba mieć wyrobioną silną markę, a J.G. pracuje nad nią od lat. Nie każda książka staje się kultowa, nie każdy urbanista jest zapraszany do współpracy na całym świecie, nie każdy pojawia się w weneckim pawilonie Danii sfilmowany jak kapłan i prorok w jednym.

Pamiętam jeszcze z Dublina jego koncepcje dla poprawy przestrzeni publicznych w jednej z części miasta. Myślę, że bardziej złożone projekty potrafią przygotować studenci. Tymi mniejszymi zleceniami Gehl się rzadko chwali – pokazowe projekty to Nowy Jork, San Francisco czy Moskwa. Gehl nie jest tani – przypuszczam, że polskie samorządy, które zaprosily go do siebie z nadzieją współpracy, zrezygnowało z niej po otrzymaniu oferty z wyceną. A może nie tylko oferty, ale i samego zakresu opracowania – sporo się u nas zmieniło i duńskie patenty są już tu stosowane. Na dzisiejszym spotkaniu siedziałam przed ekipą z Biura Rozwoju Gdańska i co chwilę słyszałam szepty „No, to właśnie tak jak u nas!”. Ja też zachichotałam pod nosem słysząc o koncepcji sadzenia drzew przez mieszkańców Kopenhagi, przy współpracy z miastem. Sama „posadziłam” w tym tygodniu kilka drzew w Gdańsku i czekam właśnie na akceptację. I to jest chyba najbardziej optymistyczny akcent dzisiejszego spotkania – już umiemy sami rozwiązywać miejskie problemy. Tylko czasem przydałoby się trochę wizjonerstwa.

[fot. Monika Arczyńska]

Słaba, mała i niemądra?

8marca01

Jako słaba, mała (phi, tylko 182cm!) i zdecydowanie niemądra kobieta nie umiem ustalić, czy dziś należy ubrać się na czerwono, czy na czarno. Bo w Ameryce niby na czerwono, a u nas na czarno. Wolałabym na czerwono, bo kilka dni temu zepsułam zamek w czarnym płaszczu. Naprawienie zamka to zadanie godne wygrania partyjki szachów z Garrim Kasparowem… A parasolkę mam zieloną. No to co ja mam w końcu zrobić? Ach, my, kobiety, mamy takie skomplikowane problemy!

Dobra, koniec tych żartów. Bez względu na kolor płaszcza dołączę dziś do protestu, ale dopiero po południu. Nie opuszczę pracy dla Heneghan Peng, bo to właśnie tam zobaczyłam, jak powinny być traktowane kobiety, także te bardzo młode, jeśli wykonują tradycyjnie męski zawód. Nawet na samym początku, gdy miałam jeszcze niewiele doświadczenia, a niektórzy branżyści mogliby równie dobrze używać swahili, tak egzotyczne były ich akcenty, zawsze czułam wsparcie i szacunek zespołu. Rzucenie na głęboką wodę pozwala błyskawicznie się uczyć, więc jeśli dziewczynom na starcie daje się do roboty kreślenie i parzenie kawy, nic dziwnego, że to chłopacy są szybciej gotowi do prowadzenia projektów. Dlatego na wydziale traktuję równo studentki i studentów, a określenie „zdolny, ale leniwy”, które stosuje się głównie wobec facetów, wyrzucam do kosza. Uśmiechających się z pobłażaniem podtatusiałych panów, którzy próbują zwracać się do mnie jak do niedoświadczonej dziewczynki, traktuję z kłującą jak szpilka złośliwością. Szkoda tylko, że muszę jeszcze się tu wspierać arsenałem środków, których w Dublinie czy Londynie nie musiałam stosować – obcasami, korpomundurkami i poważną miną. A przecież w sukience w kwiaty mam dokładnie to samo do powiedzenia.

Do zobaczenia, a z okazji Dnia Kobiet przede wszystkim dużo odwagi!

[fot. Łukasz Pancewicz]

Nowy semestr

portland

Dziś zaczął się nowy semestr na Politechnice. Jestem tam obecnie na etacie, więc mam więcej godzin dydaktycznych. Jeszcze nie wiem, jak się z tym wszystkim wyrobię czasowo, ale czuję, że ostatniego dnia upiję się z radości. Bo uczenie jest dla mnie najbardziej satysfakcjonującym zajęciem, ale i najbardziej wyczerpującym. Godzina nad własnym projektem wymaga poświęcenia zdecydowanie mniejszej dawki energii niż doradzanie przy studenckich pracach. Na szczęście przekleństwo „obyś cudze dzieci uczył” studentów nie dotyczy, bo to już nie dzieci, ale zdolni i pracowici młodzi dorośli.

Z moim osobistym urbanistą będziemy prowadzić dwa przedmioty, w tym jeden, na którym kolejny raz przetestujemy naszą eksperymentalną metodę, czyli zorganizowanie studia projektowego jak prawdziwej pracy w biurze, z zewnętrznymi konsultantami. Stosowaliśmy ją wcześniej w projekcie rewitalizacji Starego Polesia w Łodzi i opracowaniu wytycznych dla modernizacji Długiej i Długiego Targu w Gdańsku. Zapraszamy dziś o 19:00 do FRAG na Ogarnej, gdzie będziemy opowiadać o tych projektach. Tym razem zabieramy się za Witomino – gdyńskie blokowisko położone w środku lasu. We współpracy z Laboratorium Innowacji Społecznych cały zespół będzie pracować nad projektem poprawy jakości przestrzeni publicznych w tej dzielnicy.  Zapowiada się większa grupa niż dotychczas, będą też studenci z bardziej egzotycznych krajów niż w ubiegłych latach, m.in. z Chin, RPA i Egiptu. Będzie mnóstwo pracy, ale mam nadzieję, że zespół zgra się tak dobrze, jak poprzednie i znów nas zaskoczy. Wszystko zależy od studentów – ich zaangażowanie i talenty są warunkiem sukcesu.

PS Ilustracja do dzisiejszego posta nie ma być żadną sugestią, że nowy semestr zapowiada się przeraźliwie – to po prostu pączek. Pamiętacie, że dziś Tłusty Czwartek?

[Fot. Monika Arczyńska – najlepsze pączki w Portland]

Połączenia męsko-damskie

bolt-with-nut

Ponieważ nie jestem już zakochana w Alejandro Aravenie, w tym roku walentynkowy wpis będzie bardzo techniczny.

Nie mam zielonego pojęcia, czy istnieje polskie tłumaczenie tego określenia, ale w technicznym angielskim funkcjonuje male-female connector, czyli dosłownie połączenie męsko-damskie. Dosłowne jest nie tylko tłumaczenie, ale również zasada działania tych połączeń. Chodzi o dwa elementy, z których jedno posiada dziurkę, a drugie wypustkę. Jeden wkłada się w drugi i chyba nie muszę tłumaczyć, który jest męski, a który damski. Nawet pozornie niewinne klocki LEGO mają męską górę i damski spód.

Za każdym razem, kiedy słyszę to określenie, lekko się rumienię lub muszę powstrzymywać chichot. Wyobraźnia działa i już, nic na to nie poradzę. Gdybyście również mieli ochotę się porumienić, Wikipedia obszernie przedstawia ten męsko-damski świat. Ostrzegam tylko, że ilustracje są bardzo nieprzyzwoite!

[fot. Pavel KrokOwn work, A fastening bolt with nut, wikipedia]

Grafton Architects czyli klops, wino i poezja

img_1594

Podczas otwarcia ubiegłorocznego weneckiego biennale catering słabo dopisał. To pewnie wpływ kuratora – Alejandro Araveny – narzucił rezygnację z tradycyjnie lejących się hektolitrów prosecco i ton zakąsek. Niby nie po to się przyjeżdża, ale dwa dni bezustannego odwiedzania wystaw i pawilonów jest tak męczące, że trzeba je przerywać podładowaniem baterii kawą (na szczęście dostępną prawie wszędzie), jedzeniem oraz alkoholem i tę potrzebę zwykle idealnie spełniają otwarcia pawilonów. Tym bardziej, że szkoda czasu, żeby zatrzymywać się na dłużej w niemiłosiernie zapełnionych restauracjach. Tym razem – klops. Co ja piszę, żadnych klopsów nawet nie było. Dlatego z wielką ulgą zauważyliśmy, że wystawa krajów afrykańskich wyłamała się i serwowano tam nie tylko całkiem sympatycznie wyglądający finger food, ale i wino! Zachowaliśmy się potwornie stereotypowo – Polacy i alkohol to przecież nierozłączna para – ale na kogo trafiliśmy przy tym cudownym winopoju? Oczywiście na Irlandczyków, którzy zachowali się równie przewidywalnie jak my. Pogadaliśmy chwilę ze znajomymi chłopakami z Grafton Architects, zamieniliśmy parę słów z Yvonne Farrell i ruszyliśmy zwiedzać dalej.

img_1564

Przedwczoraj ogłoszono, że Shelley McNamara i Yvonne Farrell z Grafton Architects będą kuratorkami przyszłorocznego Biennale. Cieszę się ogromnie, bo nie dość, że to absolutnie wspaniałe projektantki, to na dodatek Irlandki, kobiety, no i równe babki, które zamiast prowadzić dyskusje z innymi starchitektami, idą na darmowe wino z własnym zespołem.

img_1584

Zdaję sobie sprawę, że irlandzka architektura jest w Polsce nieco egzotyczna i takie biura jak Grafton, O’Donnell+Tuomey czy nasze niewiele mówią. Za to świat zerka w stronę Dublina ze sporym zainteresowaniem. Z kimś, kto urodził się w surowym irlandzkim krajobrazie, zostają do końca życia szorstkie faktury, deszcz, który zmienia kolor i połysk kamienia, kontrasty między czarnymi skałami a białą morską pianą i najpiękniejsze światło świata. Stąd irlandzka architektura jest dość „rzemieślnicza” – dużo tam drewna, cegły, surowego betonu, kamienia i ręcznie wykonywanych elementów. Jeśli pojawiają się wyrafinowane technicznie elementy, to nigdy wyzywająco high-techowe, ale raczej popychające materiały budowlane do granic ich właściwości – zadziwiająco lekkie przeszklenia albo niestandardowo użyty kamień. I chyba trzeba również urodzić się Irlandką lub  Irlandczykiem, żeby wpleść w projekty trochę poezji. To gra ciepła i chłodu, światła i cienia, dźwięku i ciszy – tak jest także w projektach Grafton. Solstice Arts Centre w Navan, gdzie niezwiązana z architekturą znajoma pytała, czy „te betonowe ściany będa kiedyś pomalowane”? Za każdym razem odwiedzając okolice Merrion Square zachwycałam się kamienną fasadą w Department of Finance, a używając skrótu przez Trinity College w centrum Dublina, wychodziłam ulubioną furtką przy rozbudowie Mechanical & Manufacturing Engineering Department. Jednak to nie irlandzkie realizacje Graftonek, jak je zwykle pieszczotliwie nazywam, zrobiły na mnie największe wrażenie. To budynek Uniwersytetu Bocconi w Mediolanie. Został ukończony w momencie, kiedy dopiero zaczynał się kryzys, więc nie szczędzono na niego euro, ale ogromny budżet został wydany na kawał świetnej architektury. Bocconi został ogłoszony najlepszym budynkiem roku na World Architecture Festival, znalazł się w finale Miesa i zdobył wiele innych nagród. Odwiedziłam go przy okazji wizyty na EXPO w 2015 roku i muszę przyznać, że chociaż podejrzewałam wcześniej ostre fotoszopowanie prasowych zdjęć, budynek jest jeszcze bardziej niesamowity na żywo niż na fotografiach. Akurat był weekend i w dodatku odbywał się tam remont, więc nie wszędzie udało mi się wejść, ale polizanie przez szyby absolutnie przepięknych wnętrz wystarczyło, żeby wpisać ten obiekt na moją prywatną superlistę. Czy muszę dodawać, że równolegle pstrykała zdjęcia cała pielgrzymka architektów?

Wypijmy więc za następne biennale! Najlepiej guinessem, irlandzką whiskey albo.. darmowym winem:)

IMG_1545.jpg

Jak można nie dopuszczać ludzi do TAKIEJ fasady???

img_1617

I jeszcze przykrywać ją rusztowaniami?

img_1558

Na szczęście można było zobaczyć jedno z bezdyskusyjnie najpiękniejszych przeszkleń na świecie

[Fot. Łukasz Pancewicz, Monika Arczyńska – wszystkie zdjęcia z Bocconi]

Żegnaj, 2016

Adria_male.jpg

Żegnaj, 2016,  nie będę za Tobą tęsknić. Wiem, że nie tylko ja z ulgą mówię ci „do widzenia”. Zbyt wiele niedobrych rzeczy wydarzyło się na świecie i ze zbyt dużą niepewnością zaczynamy 2017.

To był dla mnie wyjątkowo trudny rok. Trudniejszy niż kończenie doktoratu równolegle z pracą. Trudniejszy niż przeprowadzki między krajami i trudniejszy nawet niż kolejne lata rozłąki z moim osobistym urbanistą. Zawodowo wszystko wygląda świetnie – wkrótce premiera naszej strony internetowej, mamy więcej zleceń niż jesteśmy w stanie zrealizować bez zarywania nocy i weekendów. Niedługo zostanie wydana nasza pierwsza książka – podręcznik planowania. Studenci znów dali czadu i zrobili świetne – i wykorzystane przez urząd miasta! – opracowanie na temat Długiej i Długiego Targu w Gdańsku. OSSA również wypadła fantastycznie. Za mną kolejne etapy współpracy z powstającym w Gdańsku Muzeum Sztuki Współczesnej oraz z Heneghan Peng. Dublińskie biuro zaliczyło wyjątkowy rok – w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy ukończylismy niemal tyle budynków, ile od momentu powstania pracowni w 2001 roku. To tłumaczy, dlaczego w biurze panuje nieco grobowa atmosfera i nawet świąteczna impreza skończyła się nadzwyczaj wcześnie – wszyscy sa okrutnie zmęczeni. Dla mnie najważniejsze były oczywiście te projekty, przy których pracowałam, czyli akademiki w Maynooth, przebudowa Galerii Narodowej w Dublinie oraz Muzeum Palestyny. Jego otwarcie to zdecydowanie najważniejsze wydarzenie architektoniczne roku, w jakim miałam okazję uczestniczyć, ważniejsze niż weneckie biennale czy triennale w Oslo (moje relacje z obu w bieżącym i kolejnym numerze Architektury-Murator). Dużą część roku zajęła mi praca nad Wielkim Muzeum Egipskim w Kairze oraz Narodowym Centrum Sztuki Współczesnej w Moskwie, ale to tak specyficzne i ogromne przedsięwzięcia, że ich opisywanie byłoby raczej opowieścią o polityce, a nie architekturze. A polityki mam w tym roku zdecydowanie dość. Cieszy mnie więc nowy projekt i sympatyczna zmiana skali – niemieckie Anklam, gdzie we wnętrzach gotyckiego kościoła św. Mikołaja projektujemy muzeum Otto Lilienthala, jednego z pionierów lotnictwa.

Staram się regularnie publikować na blogu, chociaż z uwagi na nadmiar pracy i częstotliwość wyjazdów miałam mniej czasu na komentowanie bieżących wydarzeń. Blog to taki mój ekwiwalent mówienia do ludzi. Bo jeśli podsumowanie poprzedniego roku miało hasło przewodnie „ludzie”, teraz powinnam raczej napisać, że „chcę do ludzi”. Życie towarzyskie, które wcześniej kwitło, nagle zniknęło. Kiedy ktoś kiwa głową ze współczuciem „Oj, musi Ci być ciężko pracować na dwa etaty”, zaczynam się gorzko śmiać, bo chciałabym, żeby to były tylko dwa. Nie co roku trafiam do szpitala i nie co roku do szpitala trafia mój osobisty urbanista. Nie co roku robię ciągnące się miesiącami generalne remonty. Nie co roku brakuje mi czasu i energii, żeby zrobić coś, co nie będzie związane z pracą. I chociaż powinnam być zadowolona, że wyszłam z tego wszystkiego zwycięsko, zmęczenie przesłania satysfakcję.

Dlatego na 2017 rzucam hasło: „równowaga”.

[Fot. Łukasz Pancewicz]

 

PREZENT DLA ARCHITEKTA

Poczta Polska zapowiada, że w najbliższym czasie będą opóźnienia w dostawach przesyłek, więc najwyższa pora, aby zamówić świąteczne prezenty. Z moim osobistym urbanistą tradycyjnie nie kupujemy żadnych upominków, ale fundujemy sobie wyjazd gdzieś, gdzie najnowsza architektura ma co najmniej sto lat. Za to w biurze co roku organizujemy Kris Kindle, czyli wymianę drobnych podarunków podczas świątecznego spotkania. Losujemy obdarowywanego (eh, trudny mi się wybór trafił tym razem:) i ustalamy limit ceny oraz temat przewodni – w tym roku ma to być coś związanego z miejscem, z którego pochodzimy. Trochę to zaprzecza zasadzie anonimowości prezentów, ale w sumie i tak ostatecznie przy kolejnym guinessie tajemnice przestają być tajemnicami.

Co w takim razie kupić architektowi? Ponieważ nie znoszę ajfonów, moleskinów, artpenów i podobnych gadżetów, mam kilka innych propozycji. Tylko trochę przeklinam pod nosem – to taka okazja, żeby wystawić fakturę za reklamę, a do mnie wciąż nikt się nie zgłasza. Kasia Tusk już zdążyła puścić reklamę kosmetyków, sklepu z kawą, książki z przepisami, czapek i piżamo-dresów, a to dopiero początek grudnia…

  1. DVD

Jeśli ktoś jeszcze nie jest fanem duetu Ila Bêka i Louise Lemoine, stanie się nim po obejrzeniu ich filmów. „Koolhaas Houselife”, „Barbicania”, „The Infinite Happiness” i inne – zestaw do kupienia online.

kh.jpg

2. GRA

Zestaw kart do gry z grafikami przedstawiającymi budynki Szczecina. Architekturo w Szczecinie, można je już kupić czy dopiero na kolejne Boże Narodzenie?

karty.JPG

3. BILET NA KONCERT

Bilet na koncert do Filharmonii Szczecińskiej. Albo do NOSPR-u. Albo do Jordanek. Albo do Teatru Szekspirowskiego.

bm10_fot

4. BILET NA SAMOLOT

Na przykład na wycieczkę pod hasłem „Najnowsze realizacje Herzoga&deMeurona”, czyli do Londynu albo Hamburga. Irlandzką linią lotniczą w kolorach żółto-granatowych można tam dolecieć od 65PLN w jedną stronę, a węgierską w różu za dwie dychy więcej.

dezeen.jpg

5. MATERIAŁ BUDOWLANY

Ale szlachetny i w odpowiedniej oprawie. Najlepiej minimalistycznej.

pb903-slv-001

6. CZARNY GOLF

Mało oryginalnie, ale za to jak klasycznie. Najlepiej z porządnej wełny. Albo bawełny, bo wełna lubi drapać w szyję.

nmt27nv_mu

7. CZARNY GOLF

Ewentualnie – czarny golf  w skali 1:87.

vw-golf-ii

[Zdjęcia: Architektura w Szczecinie, Sztuka Architektury, http://www.dezeen.com, Ila Bêka & Louise Lemoine, http://www.tallinder.com, http://www.neimanmarcus.com, http://www.modele1-87.cba.pl]

Reklamy
%d blogerów lubi to: