Monthly Archives: Styczeń 2015

Tak trzymać!

Zrobione przy użyciu Lumia Selfie

Ale poranek! Dziś na Politechnice odbyły się prezentacje projektów semestralnych na Gospodarce Przestrzennej. Zajęcia miały eksperymentalny charakter, bo w ramach jednego modułu „Urbanistyka i Ekonomia” połączono trzy zintegrowane przedmioty. Na ogół na większości uczelni wszystkie wykłady i ćwiczenia prowadzone są oddzielnie, więc studentom trudno jest użyć wiedzy i umiejętności zdobytych w ramach jednego przedmiotu w innym. Na dodatek do prowadzenia zajęć rzadko zaprasza się praktyków. Tym razem miało być inaczej – tak, jak odbywa się to w rzeczywistości, w warunkach rynkowych. Urbanista i architekt (czyli ja) prowadzili projekt zagospodarowania śródmiejskiego kwartału w Gdyni. Równolegle ekspertka – praktyk ogromnym doświadczeniem – koordynowała wycenę planowanej tam przez studentów inwestycji, a całość uzupełniały wykłady projektanta z firmy deweloperskiej. Był objazd po inwestycjach mieszkaniowych, ćwiczenia z opracowywania strategii marketingowej, długie dyskusje o stylu życia i potrzebach mieszkaniowych, a nawet spontaniczne telefoniczne konsultacje z fachowcem od certyfikacji LEED. Inwestycja miała nie tylko opłacić się wyimaginowanemu deweloperowi, ale również wpisywać się w urbanistyczny kontekst i zapewnić zgodność z założeniami planu miejscowego oraz zasadami zrównoważonego rozwoju. Kładliśmy też nacisk na elastyczność koncepcji, aby z upływem lat zabudowa mogła zostać dostosowywana do nowych funkcji. Wycena inwestycji pozwoliła na przetestowanie, jak wysoki zysk zostanie uzyskany dla różnych standardów i cen nieruchomości. Niektóre grupy udowodniły, że przy odpowiednio wysokiej intensywności zabudowy śródmiejskie mieszkanie niedaleko plaży, w mieście o najwyższej jakości życia w Polsce, może być dostępne również dla mniej zamożnych nabywców niż finansowe elity. Aby określić optymalną cenę metra kwadratowego, studenci badali między inymi zdolność kredytową gdynian (dla uproszczenia nie braliśmy poprawki na kurs franka;). Najtrudniejsze okazało się spojrzenie na projekt z kilku zupełnie odmiennych perspektyw, sugerujących przeciwstawne decyzje projektowe – nastawionego na zysk inwestora, przyszłego użytkownika czy planisty ustalającego strategię rozwoju miasta. Dużo i poważnie jak na piąty semestr, prawda?

Eksperyment okazał się sukcesem. Pomimo początkowych trudności  – był taki moment, kiedy myślałam, że nic z tego nie wyjdzie – studenci zrobili ogromne postępy i bardzo pozytywnie nas dziś zaskoczyli. Chyba nawet nie obrazili się za nadmiar pracy i „ciśnięcie” do oporu, mimo że rzuty parkingów podziemnych pewnie jeszcze długo będą im się śnić po nocach. Czuję się wyjątkowo  usatysfakcjonowana, bo zobaczyłam dziś, jak wiele udało się osiągnąć w tak krótkim czasie. Uczenie jest super:)

Wasze zdrowie, szanowni studenci, tak trzymać!

[fot. Monika Arczyńska]

Reklamy

I Ty zostaniesz gadżeciarzem

Zrobione przy użyciu Lumia Selfie

Stało się. Po wielu latach wierności przedpotopowej nokii, oporowi wobec ekranów dotykowych oraz ogólnego antygadżeciarstwa i ja zdecydowałam się na smartfon. Dotychczas dumnie omijałam te urządzenia szerokim łukiem, cichutko śmiejąc się z blogerów robiących selfie z dzióbkami przy każdej możliwej okazji i czułam się doskonale będąc „ponad”. Brak smartfona wydawał mi się wyrazem antykonsumpcyjnego stylu życia, tak jak brak samochodu i telewizora. Hm, o kolekcji butów cicho sza… Bloger powinien jednak mieć cały czas możliwość robienia zdjęć, a aparat, który zepsuł się na Putinie, nadal nie jest naprawiony. Zresztą moje torebki są zwykle tak przeładowane, że nie ma już w nich miejsca nawet na niewielki aparat (tak, proszę Państwa, jestem architektem nieposiadającym lustrzanki). Zdecydowałam się w końcu na smartfon, oczywiście ten bez jabłka, bo to byłby przecież szczyt gadżeciarstwa i… no właśnie, jak mogłam żyć bez dostępnego 24/7 aparatu? Rach-ciach i blogowe zdjęcie gotowe. Chciałabym jeszcze tylko mieć możliwość zrobienia „pstryk” i cudownego wygospodarowania czasu na pisanie tych wszystkich zaległych postów.

Nadal uważam jednak, że telefon służy głównie do dzwonienia i smsów,  więc po prostu uznaję go za medium podstawowej telekomunikacji, tyle, że z wbudowanym aparatem. Nie chce mi się nawet szukać żadnych aplikacji ani dodatkowych funkcji – zainstalowałam sobie tylko latarkę, bo ostatnio prawie połamałam nogi oglądając lokal, w którym właściciel odciął prąd. Zaskakują mnie więc cały czas absurdalne dodatki, które odkrywam zupełnym przypadkiem. Najbardziej groteskowe wydaje mi się… edytowanie selfie. Wiedziałam, że istnieją filtry, dzięki którym można poprawić kolorystykę zdjęcia, ale możliwość powiększenia oczu, wybielenia zębów czy wyszczuplenia twarzy jednym kliknięciem to już chyba lekka przesada. Oczywiście od razu zaczęłam testować na sobie, ale nie pokażę efektów podrasowania własnej fizjonomii, bo zwłaszcza opcja powiększania oczu robi ze mnie jakieś Bambi. Nie mogłam jednak powstrzymać się od poeksperymentowania. Architektonicznego, oczywiście.

Eksperyment 1

Co zrobi smartfon ze zdjęciem „Domu-Twarzy” Kazumasa Yamashity (Kyoto, 1974)? Wybieli pożółkłe ramy drzwi wejściowych? Powiększy okrągłe okna na drugim piętrze? Wygładzi zmarszczki na elewacji i poprawi kolorystykę fasad? Nie, nic z tych rzeczy. Nic nie zrobi, bo… nie rozpoznaje twarzy. Serio? Jak można nie rozpoznać twarzy w tym budynku?

Kazumasa Yamashita Kyoto Face House 1974_architectstudio3d.org

Eksperyment 2

Eksperyment zakończony sukcesem, twarz rozpoznana. Na szczęście aplikacja nie usunęła pewnego znaku szczególnego na nosie, bo Zaha H. bez brodawki nie byłaby Zahą H.

Zaha

Wniosek

Nie dość, że samo urządzenie nie jest zbyt mądre (nie rozpoznać twarzy u Yamashity?), to na dodatek ma działanie lekko ogłupiające. Zamiast wygładzać cerę pani Hadid powinnam dzielnie zasuwać nad projektem, przygotowywać wykłady albo popracować nad kolejnym artykułem. Ale może czasem w poniedziałkowe popołudnie potrzebna jest odrobina odmóżdżającej rozrywki?

[fot. Monika Arczyńska, http://www.architectstudio3d.org, http://www.walesonline.co.uk]

 

Chłopaki, na rowery!

teczowo rowerowo

Tego się po Tel Awiwie nie spodziewałam: jego „urowerowienia”! Widać, że to stosunkowo nowe zjawisko, ale jeśli trend się utrzyma, za jakiś czas będzie tam drugi Amsterdam. Oczywiście przesadzam, ale miasto ma idealne ukształtowanie, wielkość i układ, aby rowery skutecznie wypierały tam samochody. Porównywałam ostatnio Tel Awiw do Nowego Jorku: skala rozległego śródmieścia idealnie nadaje się do spacerowania i chociaż Izraelczycy, podobnie jak Amerykanie, są uzależnieni od samochodów, w tych dwóch miastach wygodniej można przemieszczać się pieszo, rowerem lub transportem publicznym. Muszę jednak przyznać, że po tel Awiwie chodzi się wolniej niż po Manhattanie – siatka urbanistyczna jest bardzo gęsta, więc co chwilę trafia się na przejście przez ulicę i światła. Co prawda podobnie jak w Nowym Jorku nikt nie zwraca uwagi na światła, ale dla własnego bezpieczeństwa lepiej się na chwilę zatrzymać i rozejrzeć. Kierowcy na szczęście jeżdżą dość powoli – może rozumieją, że płynność ruchu, a nie prędkość, jest najważniejsza dla sprawnego przedarcia się przez śródmieście? Zdarza im się zachowywać nieprzewidywalnie (w końcu to Bliski Wschód, więc ruch uliczny ma prawo funkcjonować nieco chaotycznie:), ale akurat w tej konkurencji bezapelacyjnymi mistrzami są rowerzyści. Bez względu na to, czy w pobliżu biegnie ścieżka rowerowa czy nie, trzeba uważać, aby nie zderzyć się z rowerzystą, który akurat ma fantazję jechać chodnikiem. Piesi reagują jednak ze spokojem – może etap uliczych pyskówek, które tak często zdarzają się w Polsce między kierowcami, rowerzystami i pieszymi, mają już za sobą.

W mieście funkcjonuje system rowerów miejskich i faktycznie wiele osób z nich korzysta. Obecnie Tel Awiw posiada również ok. 120 kilometrów ścieżek rowerowych (dla porównania: Gdańsk, o nieco większej liczbie ludności, ale również mniej więcej pięć razy większej powierzchni, ma ich ponad 500km). Rowery przydają się bardzo w soboty, ponieważ podczas szabasu nie działa komunikacja miejska.

Tel-O-Fun

W mieście widać także hulajnogi i przede wszystkim bardzo dużo rowerów z elektrycznym napędem. Ich liczba najpierw mnie zaskoczyła, bo Tel Awiw jest praktycznie tak płaski, jak holenderskie miasta. Silniki kojarzyły mi sie zawsze z  miejscami, gdzie różnice wysokości utrudniają jazdę pod górkę osobom o przeciętnej kondycji.  Rozumiem chyba jednak, skąd ten napęd – chodzi o klimat! Zimą nie ma problemu, ale latem, przy 40oC, pedałowanie musi być piekielna torturą.

Miasto wprowadza liczne ograniczenia dla parkowania. Krawężniki są malowane według specjalnego kodu, który określa, kto może parkować w danym miejscu i czy jest za to pobierana opłata). Liczbę miejsc postojowych ogranicza się w wielu strefach miasta, głównie na rzecz parkingów dla rowerów.

WP_20141230_23_00_33_Pro

W wielu miejscach można zauważyć pozytywne efekty polityki redukowania liczby pasów ruchu. Na obszarach mieszkaniowych wiele ulic zmieniono w jednokierunkowe lub usunięto po jednym pasie w każdą stronę z ulic 2×2. Dzięki temu udało się zarówno ograniczyć prędkość (im węższa ulica, tym wolniej jeżdżą kierowcy) i wygospodarować miejsce na ścieżkę rowerową. Miejsca postojowe nadal istnieją w takim układzie, ale zamiast parkować bezpośrednio przy chodniku lub na chodniku (tak, znamy ten problem z Polski) auta zatrzymują się równolegle do drogi, między ścieżką rowerową a jezdnią, dodatkowo odgradzając rowerzystów od jadących samochodów. Z kolei w pasie chodnika, który wcześniej zajmowały auta, udaje się wygospodarować miejsce na stojaki rowerowe, dodatkową zieleń albo ławki.

ulica_male

Napiszę kiedyś osobny post o pierwszych oznakach gentryfikacji, ale już teraz zdradzę jedną z nich. Jeśli w zaniedbanej dzielnicy parkują takie rowery, to znaczy, że już niedługo będzie tam łatwiej kupić bezglutenowy chleb niż zwykłe bagietki:

gentryfikacja

Na rowerach przewozi się wszystko – dzieci, zakupy, karabiny maszynowe. Najpiękniejszy jest widok przystojnego surfera z deską pod pachą. I kiedy tak oglądałam się kolejny raz za pedałującymi chłopakami z surfingowym ekwipunkiem, przypomniało mi się zauważone latem w Polsce zjawisko. Jeszcze kilka lat temu wszyscy FF ( fajni faceci) jeździli wyłącznie samochodami. W tramwaju można było spotkać głównie pryszczatych nastolatków albo emerytów, a FF chowali się za przyciemnianymi szybami swoich aut. Odkąd zaczął się szał na dwa kółka, w końcu jest na kim zawiesić oko na ulicy.  Chłopaki, na rowery!

surf

[fot. Monika Arczyńska]

Like it’s 1999*

IMG_0585

Przed wyjazdem do Izraela poprosiłam o kilka rad kolegę z biura, który regularnie kursuje na naszą palestyńską budowę. Zasugerował parę miejsc, które koniecznie powinnam odwiedzić, a o Tel Awiwie powiedział: „Spotkasz tam samych najpiękniejszych ludzi, najszczęśliwsze psy i najlepsze jedzenie, jakie możesz sobie wyobrazić. A poza tym przygotuj się na intensywne życie nocne, bo oni nawet w zwykłe dni imprezują like it’s 1999*”. Jakoś mi to zapachniało Nowym Jorkiem i słusznie. Oba miasta mają ze sobą wiele wspólnego pomimo różnic w klimacie (punkt dla Tel Awiwu), położeniu (kolejny punkt – plaża!) czy zabudowie (o telawiwskim modernizmie za chwilę). W sumie modernistyczne śródmieście tuż przy plaży ma też… Gdynia, ale Gdynia z reguły jest jednak strasznie senna, a Tel Awiw i Nowy Jork mają pewną wspólną cechę: nigdy nie śpią!

IMG_0630

Szczęśliwe, rozpieszczone psy. Najczęściej rasowe, zadbane, w kubraczkach i z psimi uśmiechami na pyskach. Dla równowagi wszędzie można trafić na bezpańskie koty.

IMG_0576

Trochę nowoczesności, trochę swojskości, a za plecami palmy i plaża – dla każdego coś miłego.

Z pięknymi ludźmi kolega miał rację i gdyby nie to, że nie bardzo gustuję w południowym typie urody, zamiast na architekturę patrzyłabym pewnie na zupełnie inne obiekty na ulicach. Ta piękność była mocno uzależniona od używanego przez owe obiekty języka. Na ulicach wcale nie dominuje hebrajski i równie często słychać rosyjski, francuski czy angielski – ten ostatni z mocnym amerykańskim akcentem. Kolejne fale imigrantów przywoziły języki, zwyczaje i… wygląd, więc Izraelczycy pochodzący z krajów dawnego Związku Radzieckiego wyglądają wschodnioeuropejsko, z Francji są najlepiej ubrani, a ci z Ameryki Północnej wyróżniają się wzrostem i mają najbardziej idealne uzębienie. Zapowiedzi kolegi zgadzały się również w kwestii jakości jedzenia. Punktów gastronomicznych jest tak dużo, że po prostu muszą być dobre – gdyby którykolwiek z nich serwował kiepskie jedzenie, natychmiast przegrałby z konkurencją. Króluje shoarma, sałatki i hummus, ale jako szybkie danie „do ręki” popularne są również między innymi… podroby. Na przykład pita z hummusem i smażonymi sercami kurczaka – brzmi może okropnie, ale smakuje doskonale.

WP_20141231_16_59_33_Pro

Wspomnienie targów wywołuje u mnie natychmiastowy ślinotok. Idę zaraz hummus robić:)

Pita pitą, serca sercami, ale to w końcu blog o architekturze i miastach, a nie o urodzie mieszkańców i lokalnym fast foodzie. Architektoniczne hasło numer jeden w Tel Awiwie to zdecydowanie MODERNIZM. I to jaki! Jeździ człowiek po jakichś Dessauach, Weissenhofach i Dammerstockach, żeby zobaczyć trochę zachowanego Bauhausu, a nagle okazuje się, że to zaledwie jakieś drobiazgi porozrzucane po Europie. Na dodatek każdy się nad nimi pochyla, roztkliwia i zachwyca, że takie doskonałe i w takich świetnie zachowanych zespołach. A guzik! Żeby zobaczyć taki Bauhaus, że oczy wychodzą z orbit, trzeba pojechać do Tel Awiwu. I nawet szukać tego Bauhausu nie trzeba, bo pokrywa ogromną część śródmieścia. „Białe miasto”, które znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO, to kilka tysięcy (!) zachowanych modernistycznych budynków, głównie z lat 30. i 40., na planie Patricka Geddesa z 1925 roku. Każdy miłośnik modernizmu jest tam skazany na wielokrotny orgazm estetyczny – architektoniczny raj musi właśnie tak wyglądać. A najlepsze, że to wcale nie są żadne kiepskie, powtarzalne projekty, ale wysmakowane realizacje, autorstwa między innymi żydowskich architektów z Bauhausu, którzy ewakuowali się z hitlerowskich Niemiec. To głównie dwu- lub trzykondygnacyjne budynki mieszkalne, z mniejszymi niż znamy z niemieckiego modernizmu oknami (upał!), ale też większymi balkonami, które zapewniały dodatkowo zacienienie. Wyglądają jak stojące obok siebie modele – ćwiczenie na temat „5000 operacji, jakim może zostać poddana kostka”. Stoją blisko siebie, bo niedobór słońca nie stanowi w Izraelu problemu i nie ma już między nimi miejsca na drzewa czy ogródki, za to wiele z nich jest obrośniętych pnączami. Jest śródziemnomorsko, elegancko i nowocześnie, chociaż zabudowa pamięta przedwojenne czasy.

WP_20141231_16_33_21_Pro

WP_20141231_16_02_35_Pro

IMG_0549

Nowe, stawione między modernistyczne budynki realizacje deweloperskie „wyciskają” maksymalnie metry kwadratowe z niewielkich działek i mają zdecydowanie bardziej luksusowy character od swoich sąsiadów z międzywojnia.

WP_20141231_15_48_07_Pro

Takie pamiątki można kupić w Centrum Bauhausu. Przypominają mi bardzo porcelanowe modele warszawskich budynków z okresu PRL.

IMG_0780

A jeśli już o modelach mowa, trafiłam również  na takie, zaprojektowane przez lokalnych artystów, suweniry do składania. Pamiątki z Izraela: biblijna przypowieść, merkava i F-16…

W Tel Awiwie można również trafić na sporo powojennego modernizmu wysokiej klasy. W tym stylu została zrealizowana między innymi infrastruktura rekreacyjno-hotelowa wzdłuż plaży. Wiele z obiektów lata swojej świetności ma już za sobą i zmaga się z tym samym problemem, co budynki z tego samego okresu w Polsce – ich stan jest opłakany, chociaż to wilgotne, słone, morskie powietrze, a nie srogie zimy są przyczyną tego rozkłady. Żelbet się sypie, zbrojenia rdzewieją. Nie wiem, czy lokalni deweloperzy też mają na sumieniu izraelskie odpowiedniki Supersamu czy katowickiego dworca, ale najbardziej zaniedbane budynki wyglądają, jakby ktoś bardzo się starał, aby rozsypały się same i udostępniły swoje działki z widokiem na morze.

IMG_0557

Przykład sypiącego się powojennego modernizmu. Z żelbetowych grzybków wystają przerdzewiałe pręty zbrojeniowe…

IMG_0559

… a w takim stanie jest sąsiedni budynek.

IMG_0569

Dla odmiany współczesna architektura w nadmorskim pasie potrafi być okrutna dla oczu.

Mój powojenny modernistyczny faworyt, oprócz muzeum sztuki, które pewnie doczeka się własnego wpisu, to imponujące Audytorium Manna (Dov Karmi, Zeev i Yaakov Rechter, 1957). Stoi na zakończeniu ogromnego placu Habima z budynkami użyteczności publicznej z lat 40. i 50., na skrzyżowaniu głównych bulwarów miasta. Kilka lat temu plac został na nowo zagospodarowany według projektu izraelskiej gwiazdy, Daniego Karavana. Dodano parking podziemny pod płytą, zieleń, kilka scen dla występów oraz zagłębiony ogród, w którym szaleją dzieciaki. To jedyna intensywnie użytkowana część projektu – plac sprawia wrażenie opustoszałego, a Karavan do tej pory jest krytykowany za niewłaściwe odniesienie się do skali tego miejsca. Zdecydowanie sympatyczniejsze wrażenie sprawia dwupoziomowy park obok Audytorium, kilka lat temu odrestaurowany i zapewniający fantastyczne, ciche i zacienione miejsce do odpoczynku w samym centrum miasta. Modernizm potrafi mieć jednak ludzkie oblicze:)

IMG_0629

Na wprost – Audytorium Manna. W drewnianych stopniach zagłębionego ogrodu są zamontowane głośniki i przez cały dzień można tam posłuchać muzyki (w pierwszej chwili pomyślałam, że to transmisja z koncertów w Audytorium)

IMG_0646

Ludzka twarz modernistycznej architektury:)

IMG_0632

 Białe stalowe ramy równiez były bardzo krytykowane i muszę przyznać, że ja też nie umiem znaleźć dla nich uzasadnienia. Gdyby chociaż zacieniały przejście?

Sporo zaniedbanych budynków widać również w drogich dzielnicah i nawet w przypadku obiektów, którym przydałby się tylko lekki lifting. Zaskakuje za to kontrast między stanem wnętrza a zewnętrza. W środku widać błysk i designerskie meble, a na zewnątrz odrapany tynk. Rzuca się to mocno w oczy zwłaszcza wieczorami, kiedy zapalają się te wszystkie lampy z Vitry, ale jest na tyle jasno, że widać jeszcze elewacje budynku. Przypuszczam, że wynika to z braku dbałości o „opakowanie” mieszkania (to w sumie bardzo polska cecha), ale moja przyjaciółka-Izraelka twierdzi, że pozostawienie fasad w kiepskim stanie to celowe działanie, które ma dodać budynkowi charakteru. Wierzyć jej?

WP_20141231_16_45_46_Pro

Mieszkania w tych budynkach przypuszczalnie można by zaprezentować we wnętrzarskich magazynach, ale odpadający tynk nie przeszkadza mieszkańcom.

Wierzę jednak, że to celowy zabieg w najbardziej hipsterskich dzielnicach miasta. Mekka „drwaloseksualnych” to Florentin o największej na świecie liczbie bród i kraciastych koszul na metr kwadratowy, co w połączeniu ze wspomnianą wcześniej urodą mieszkańców daje nawet przyjemne widoki. To taki Williamsburg, z knajpami, galeriami, bezglutenowym żarciem, szkołami jogi oraz kosmicznymi cenami nieruchomości. I nawet karabinów maszynowych tam jakoś mniej. Florentin znajduje się w każdym możliwym światowym rankingu najbardziej ‚hip’ rejonów. Dogania go Newe Cedek, jedna z nastarszych dzielnic, z drobną zabudową, która w latach 60. miała być zastąpiona wieżowcami. Przetrwała, jest obecnie świetnym adresem, więc wieżowce i tak wciskają się w każdy możliwy skrawek ziemi dookoła. Wcale się nie dziwię – nie dość, że to kapitalna i modna dzielnica, to jeszcze wszystkie wysokie budynki mają stamtąd widok na morze.

WP_20141231_15_06_03_Pro

IMG_0601

To nie jest jedyny post o Tel Awiwie, wkrótce kolejny – o rowerach. Tyle na dziś.

Idę robić hummus.

 

PS Popularne powiedzenie, pochodzące z piosenki Prince’a: ‚Cause they say two thousand zero zero, party over, oops out of time, so tonight I’m gonna party like it’s 1999′.

[Fot. Monika Arczyńska]

To był dobry rok!

2014_male

Po ostatnich irlandzko-palestyńsko-izraelskich rozjazdach mam tyle do pisania, że nie wiem, od czego zacząć. A ponieważ wszyscy blogerzy publikują teraz swoje podsumowania roku, to nie będę silić się na oryginalność, tylko zrobię to samo. Nie przebiję co prawda Maffashion, której ostatnio trafił się kontrakt dla Versace, ale branża architektoniczna jest jednak mniej glamour od modowej. W każdym razie „Bryła” donosi, że to był dobry rok dla polskiej architektury. Dla mnie też, bo chociaż nie udało mi się zrealizować wszystkich zaplanowanych na ten rok założeń, działo się znacznie więcej, niż się spodziewałam. Oto moje podsumowanie:

1. Więcej pisać!

Udało mi się zrealizować najważniejsze postanowienie sprzed roku! Nie dość, że moja współpraca z „Architekturą Murator” jeszcze nigdy nie była tak intensywna, to na dodatek szykują się nowe szanse na publikacje. O nich na razie cicho sza, żeby nie zapeszać.

2. SIX LETTER CITY.

Utrzymuję regularność blogowych wpisów, chociaż bałam się, że nawał pracy mi to uniemożliwi. Liczba czytelników rośnie, odzew jest pozytywny, a podczas gdyńskiej Pecha Kucha okazało się, że nie tylko architektów bawią opowieści o mizianiu budynków, przystojnych projektantach i rozterkach młodej architekt. Dziękuję!

3. Heneghan Peng.

Nadal pracuję na odległość dla mojego ulubionego biura, a telepraca okazuje się tak sprawna, że większość branżystów nie orientuje się chyba nawet, że na co dzień jestem w Gdańsku, a nie w Dublinie. Internecie, jesteś potężny! I chociaż moskiewski projekt w dalszym ciągu przeraża mnie swoją wielkością i poziomem skomplikowania, nie poddaję się i walczę jak lwica, żeby finalny efekt był jak najlepszy. Poza tym trzy inne projekty, nad którymi pracowałam wcześniej, są w trakcie realizacji. O Galerii Narodowej w Dublinie i Muzeum Palestyny wkrótce napiszę, bo w grudniu odwiedziłam obie budowy.

4. Rosyjski.

To pozornie mało architektoniczna kwestia, jednak ściśle związana z moskiewskim projektem. Chociaż nie mówię jeszcze swobodnie i sporo wody w Wołdze upłynie, zanim osiągnę satysfakcjonujący dla mnie poziom, techniczny rosyjski „wchodzi” mi coraz łatwiej. Ponieważ pracowałam projektowo głównie poza Polską, jako pierwsze przychodzą mi do głowy angielskie określenia. Teraz jako drugie będą przychodzić rosyjskie, a studenci zaczną dostawać ataków śmiechu, kiedy w ferworze opowiadania o projekcie będę rzucać tekstami „No, jak to się nazywało po polsku, mam to przecież na końcu języka!”.

5. Menthol Architects.

Będę ich promować ich przy każdej możliwej okazji nie tylko dlatego, że sa moimi serdecznymi przyjaciółmi, ale przede wszystkim bardzo cenię ich projekty i jestem pod nieustającym wrażeniem świeżości ich pomysłów. To był ich pierwszy rok w Polsce i już zostali zauważeni (mam nadzieję, że przyczyniło się do tego moje trzymanie kciuków). Poza tym nie dość, że pomimo odległości między Gdańskiem a Wrocławiem udaje nam się w miarę często spotykać (w Dublinie byliśmy sąsiadami), to na dodatek w końcu przetestowaliśmy, jak nam się razem projektuje. Mam nadzieję, że nie ostatni raz!

6. Biennale w Wenecji.

To zdecydowanie najważniejsze architektoniczne wydarzenie ubiegłego roku, w jakim miałam okazję uczestniczyć. Koolhaas jest nie do przebicia i już współczuję dyrektorowi kolejnego Biennale, bo nie wiem, co musiałby zaproponować, żeby porównania nie wypadły na jego niekorzyść.

6. Podróże

Jak na mocno zajęty rok, nie było źle. Oprócz Wenecji udało mi się dwa razy wpaść do Berlina (Berlinie, jak dobrze, że jesteś tak blisko!), odwiedzić Dublin i wyskoczyć na Bliski Wschód. W kolejce czekają jednak przede wszystkim polskie miasta, w których nie byłam od lat. Wrocław „odhaczony”, Poznań może uda mi się odwiedzić wiosną. Próbuję również wybrać się do Szczecina, żeby w końcu zobaczyć Filharmonię. Śledzę regularnie repertuar, żeby znaleźć jakiś sobotni koncert, bo to dla mnie jedyna możliwość, żeby wpaść tam na weekend, ale jak na złość w soboty odbywają się tylko warsztaty dla dzieci. Szanowna Dyrekcjo, proszę pomyśleć, ilu architektów chętnie przyjechałoby na weekend i jakie spowodowałoby to ożywienie ruchu turystycznego w mieście!

7. Uczelnia.

Musiałam co prawda ostatnio zredukować liczbę godzin dydaktycznych z powodu moskiewskiego projektu, ale już w następnym semestrze będę znów prowadzić dwa przedmioty projektowe i wykłady na Uniwersytecie Gdańskim z Planowania Rozwoju Miast. A jesienią być może poprowadzę w Gdańsku warsztaty. Niedługo na BlokBlogu pojawi się również mój tekst o edukacji architektonicznej w Polsce.

8. Teatr.

Odkąd wyprowadziłam się z Dublina, nie wyjeżdżam już na festiwal w Edynburgu, za to w końcu udało mi się ponadrabiać zaległości teatralne w Polsce. I tu też pojawi się architektoniczny motyw, bo jeden z najlepszych spektakli, jakie udało mi się zobaczyć w minionym roku, to „Bitwa warszawska 1920” Pawła Demirskiego w reż. Moniki Strzępki. A Paweł, zanim zajął się teatrem, przez chwilę studiował w Gdańsku architekturę, na moim roku i to na dodatek w tej samej grupie dziekańskiej. Byłam bardzo ciekawa „Bitwy”, bo dotychczas znałam tylko jego sztuki sprzed współpracy z Moniką Strzępką. Okazało się, że to jeden z tych spektakli, po którym wychodzi się z teatru z głową pełną kotłujących się myśli i emocji, które nie opadają przez kolejne dni. Paweł, dziękuję, że nie zostałeś architektem (chociaż z geometrii wykreślnej byłeś niezły:)

9. Ludzie.

To zdecydowanie najważniejszy punkt 2014 roku. Poznałam świetnych architektów i niearchitektów. Udało mi się podtrzymać przyjaźnie z osobami z różnych zakątków Europy oraz w końcu poznać razem osoby, które nie miały wcześniej okazji się spotkać. Wynikło z tego kilka ciekawych znajomości. Kursowanie między Trójmiastem a Łodzią również ma swoje plusy – dzięki kapitalnemu towarzystwu w obu miejscach czuję się świetnie, ale moje miejsce jest jednak nad morzem.

10. 2015.

Ale najważniejsze, że kolejny rok też zapowiada się interesująco. Dogrywam właśnie kilka projektów – dam znać, kiedy tylko uda mi się z nimi ruszyć. Mam nadzieję, że czasowo  pozwoli mi na to zaległy urlop z… 2012 roku:)

Ściskam kciuki za Wasze i własne plany!

[fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz, Lila Krzycka, Marcin Nowiński]

Reklamy
%d blogerów lubi to: