Category Archives: wykłady

MIT/GSD

P1010059.JPG

W środę w Europejskim Centrum Solidarności w Gdańsku odbędzie się nie byle co, bo konferencja z udziałem przedstawicieli z MIT i Harvard GSD. W dodatku przyjedzie sam Hashim Sarkis – dziekan Wydziału Architektury na MIT, a jednocześnie naczelny kurator przyszłorocznego Biennale w Wenecji. Konferencja jest związana z programem SPURS (Special Program for Urban and Regional Studies), czyli naukowym stażem dla profesjonalistów z zakresu planowania, z którego od lat korzystają pracownicy Katedry Urbanistyki i Planowania Regionalnego na naszej Politechnice.

Mój osobisty urbanista także wyjechał kilka lat temu na ten staż. Ponieważ miałam akurat wtedy do sfinalizowania doktorat, a kończył się właśnie jeden z moich projektów w Dublinie, wzięłam kilka miesięcy bezpłatnego urlopu i wyjechałam do Bostonu. Dostaliśmy małżeński akademik, miałam specjalną kartę „MIT WAG”, ale byłam beznadziejną gospodynią domową. Zamiast podgrzewać obiady, przegrzewałam zwoje mózgowe na zajęciach na MIT i Harvardzie. Nikt nie robił problemu z powodu dodatkowej uczestniczki kursów, a otwartych wykładów, konferencji i seminariów jest tam tyle, że odbywają się równolegle i trudno wybrać, czy iść na wykład Araveny czy Chomsky’ego. Żartuję oczywiście, wiadomo, że Aravena zawsze będzie na pierwszym miejscu:)

Moja szefowa i szef uczyli wtedy na Harvard Graduate School of Design i to oni oprowadzili mnie pierwszy raz po szkole. Mieli wówczas złoty dydaktyczny okres – co roku przez jeden semestr prowadzili zajęcia projektowe w najlepszych amerykańskich szkołach architektury. Ślad węglowy tych kursów był jednak przerażający, bo co dwa tygodnie latali między Irlandią a Stanami, a zajęcia pomiędzy odbywały się przez skype’a. Ale poziom studentów i ich projektów powalał, zwłaszcza tych z harvardzkiej szkoły, która bardzo mnie zaskoczyła. Miałam doświadczenia z Delft – wydziału architektury z pierwszej światowej trójki – ale poziom w Holandii był nieporównywalne niższy. Cambridge w USA to inny świat, złożony z wyselekcjonowanych, wybitnych i wybitnie ciężko pracujących ludzi. Nigdy nigdzie nie miałam tak silnego poczucia akademickiej „złotej klatki”, jak właśnie tam. Każdy stara się wycisnąć jak najwięcej z czasu, który ma – opłacony ogromnymi pieniędzmi – do dyspozycji na tych niesamowitych uczelniach. Kariery są już poustalane: można się piąć już tylko w górę, ale ta „góra” jest jeszcze bardziej ograniczona i niedostępna dla przeciętniaków. Nie zapomnę swojego zaskoczenia, gdy jeden z kolegów z kursu wahał się, czy wyjeżdżać na postdoca do London School of Economics. Pomimo renomy tej uczelni w Europie, na Harvardzie uważano ją za dobrą, ale nie wybitną szkołę. Dlatego cieszę się, że miałam okazję posmakować tego świata, ale nie wyobrażam sobie nawet, z jak ogromną presją wiąże się życie tam na stałe. Dobrze będzie sobie o tym przypomnieć.

Więcej informacji o konferencji TUTAJ.

[Fot. Monika Arczyńska – pracownie w Gund Hall na GSD]

Reklamy

2018 czyli jak nie zwariować

 

W latach 50. przeprowadzono eksperyment na szczurach, które dzięki wszczepionym elektrodom przez naciśnięcie dźwigni mogły wywołać u siebie uczucie przyjemności. Biedne gryzonie zaorgazmowywały się na śmierć, zapominając o spaniu, jedzeniu i opiece nad młodymi. Myślę, że architekci zachowują się w podobny sposób, zaharowując się do tego stopnia, że zapominają o całym świecie.

Zdarzają mi się od czasu do czasu takie okresy. Pierwszy miał miejsce podczas  Erasmusa w Delft. Przez 12 miesięcy nie tylko nauczyłam się w końcu, o co chodzi w projektowaniu, ale mając w końcu dostęp do porządnych bibliotek i świetnych architektów przeczytałam absurdalnie dużą liczbę książek, biegając jednocześnie na niezliczone wykłady i zwiedzając architektoniczne holenderskie cuda. Pamiętam do dziś to przedziwne, uzależniające uczucie totalnego zmęczenia połączonego z – jakby to nazwać? – olśnieniem. Podobnie było na początku pracy nad Grand Egyptian Museum w Dublinie, kiedy wrzucono nas na głęboką wodę i wszystko było nowe, trudne, ale ekscytujące – od projektowych wyzwań po… niezrozumiałe akcenty branżystów.

2018 był dla mnie jednym z najintensywniejszych w życiu. Przeszłam ekspresową szkołę prowadzenia własnej firmy. Jak być szefową, jak nauczyć się delegować pracę (to najtrudniejsze!), jak utrzymać ciągłość zleceń, jak utrzymać firmę, jak nie zwariować w tym dzikim pędzie? Z jednej strony padam na pysk, z drugiej mam ogromną satysfakcję, że w tak krótkim czasie nauczyłam się tak dużo. Dlatego jeśli kiedykolwiek w życiu poczujecie, że w Waszym życiu dominują kapcie i seriale, a będzie już za późno na Erasmusa albo pierwszą poważną pracę, mam niezawodne rozwiązanie: załóżcie własną firmę. Zapewniam, że będzie tak ekscytująco, jak nigdy wcześniej!

[Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz]

 

OSSA 2018 – czapki z głów!

Nie wszyscy czytelnicy bloga są architektami, więc już wyjaśniam, czym jest OSSA. To Ogólnopolskie Spotkania Studentów Architektury, niezależna studencka inicjatywa rozpoczęta 20 lat temu.  Zawsze w październiku, na samym początku roku akademickiego, odbywają się warsztaty przygotowywane przez studentów dla studentów. Te pierwsze trwały weekend, teraz – tydzień. Zdarzają się też dodatkowe OSSY, np. letnie. Spotkania co roku odbywają się w innym mieście i kolejne roczniki przejmują organizacyjną pałeczkę. Każda edycja stara się przebić poziomem poprzednią – zaproszeniem znanych gości, wykładami, wycieczkami, pokazami filmowymi. W tym roku przyjechało 70 studentek i studentów z całej Polski i nie tylko – po raz pierwszy obowiązywał angielski. Przygotowanie takiego przedsięwzięcia zajmuje około roku i pochłania ogromny budżet. Już kilka miesięcy przed warsztatami  dostaliśmy od organizatorów zaproszenie do poprowadzenia jednej z grup i pakiet materiałów zapowiadający świetne merytorycznie wydarzenie.

team ossa

Grupa, która zorganizowała łódzką OSSĘ – dziękuję i gratuluję!

Każda OSSA ma temat przewodni, który zespoły interpretują podczas warsztatów. Tym razem było to „widzenie”. W przeciwieństwie do wielu poprzednich edycji nie koncentrowano się na mieście, w którym odbywa się wydarzenie. Owszem, zaplanowano spacer po Łodzi, ale miał raczej zainspirować niż koniecznie wyznaczać pole działań projektowych. Napiszę jedno (nadal pod ogromnym wrażeniem): takiego poziomu i takich wykładów nie pamiętam z żadnych studenckich warsztatów, ani z żadnej EASA (europejskiego odpowiednika), ani z Delft. Tom Emerson na powitanie, Ricardo de Ostos z AA i Bartlett, wykład w ms2 o Strzemińskim – po takim intelektualnym wsadzie nie dało się już potraktować pobieżnie przewodniego  tematu. Warsztaty odbywały się w Art Inkubatorze (tam, gdzie Łódź Design Festival), a wszyscy nocowali w klimatycznym hotelu Polonia, który sam zasługuje na post (o pracownikach obu miejsc, w tym o windziarzu grupa Maćka Siudy i Janka Domicza przygotowała film). Na koniec zjechały się ossowe dinozaury (jak dobrze było Was zobaczyć!). Ale najważniejsi i tak byli uczestnicy, bo to ich działania warsztatowe to sedno OSSY. I to, co zrobili pod kierunkiem prowadzących (wybranych równie uważnie, jak prelegenci) to mistrzostwo świata. Od symbolicznego wyciągnięcia spod ziemi niewidocznych łódzkich rzek (grupa JEJU), przez instalacje, clipy, i modele po moją ulubioną prezentację nt. zmanipulowanego medialnie i kulturowo widzenia, przygotowaną przez zespół Kuby Włodarczyka i Alka Wadasa. Trampolinarium jako uzupełnienie calidarium i frigidarium w rzymskich łaźniach zostanie ze mną na długo:)

grupa 6.JPG

Nasz wspaniały zespół: Maria Dondajewska, Patrycja Dyląg Zofia, Jemioło, Jakub Kaczyński, Artur Mincberger, Paweł Paciorek, Paulina Rączka
Ossowa opiekunka: Justyna Pawlak

Nasza grupa zaczęła od luźnych rozmów na temat Łodzi i zjawiska widzenia. Od rozmów przeszła do eksplorowania miasta, od miasta do pierwszych pomysłów, a potem stało się coś, co wywróciło wszystkie wcześniejsze wnioski do góry nogami. Okazało się, że ‚widzieć’, to nie znaczy ‚wiedzieć’ i że to ważne, aby czasem architekt potrafił przyznać się do niemocy wobec problemów, które przerastają go skalą i powagą. W danym czasie (u nas – 5 dni w Łodzi) i budżecie (500zł na materiały), przy założonym celu dokonania działania, które wpłynie pozytywnie, jeśli nawet chwilowo, na życie Łodzi i łodzian, ten najsłuszniejszy wybór może okazać się nieoczekiwany. Zresztą sami zobaczcie nagranie z finałowych prezentacji – Paweł Paciorek odkrył swój inscenizacyjny talent (to nie przypadek – pracuje w Teatrze Nowym), a całość była uparcie szlifowana podczas prób:

Na tej OSSIE stało się coś ważnego. To nie były ani zwykłe studenckie warsztaty, ani zwykłe działanie edukacyjne, ani tydzień zwykłych spotkań. To był przede wszystkim dowód na sens ciężkiej wspólnej pracy i świadomego uczenia się. Świadomego, bo jedna z głównych idei OSSY to uzupełnianie tego, czego studenci nie są w stanie odnaleźć na swoich wydziałach. Ciągła wymiana uwag, pomysłów i wiedzy w zestawieniu z zespołową pracą, ale i doskonałą zabawą, daje niebywałe efekty. A prowadzący uczą się równie dużo, jak uczestnicy.

Czapki z głów, zrobiliście (zrobiliśmy wspólnie!) coś ważnego. Dziękuję Wam wszystkim bardzo.

[fot. M. Arczyńska]

 

KOKA 2018 czyli kilka słów o konkursach

Kiedy zobaczyłam na Facebooku zapowiedź konferencji o konkursach architektonicznych KOKA 2018, najpierw jęknęłam boleśnie patrząc na daty, ale chwilę później zaczęłam przekładać wszelkie możliwe terminy, żeby jednak wybrać się do Chęcin. Pojechałam z kilku powodów: chciałam posłuchać, co w konkursach słychać nowego, pomyśleć o tematyce badań, które byłyby praktyczne i zobaczyć, czy nie dałoby się rozszerzyć działalności naszej firmy. Przy okazji spotkać starych znajomych, poznać nowych, napić się konferencyjnego wina i pojeździć po okolicy, której kompletnie nie znam.

Wydarzenie odbywało się w Europejskim Centrum Edukacji Geologicznej, realizacji projektu WXCA. Zgrzeszyłam kiedyś nieco w związku z tym budynkiem. Mam zasadę, aby pisać wyłącznie o obiektach, które odwiedziłam. Jednak kiedy czeskie INTRO rzuciło hasło „kamień” dla kolejnego numeru, zaproponowałam właśnie ten (nieobejrzany na własne oczy) budynek. Przestudiowałam dokładnie rysunki i zdjęcia, ale dopiero teraz miałam okazję się przekonać, jak bardzo „wrośnięty” jest w miejsce, w którym powstał. Nawet najlepsze fotografie nie oddają jego zmienności. Stuprocentowo trafne określenie, że „piździ jak w Kieleckiem” oznacza silne wiatry i pogodę, którą porównałabym do irlandzkiej. Raz świeci słońce, raz pada deszcz, a po niebie galopują chmury. Malowniczość okolicy, w tym ściana dawnego kamieniołomu, kadrowana jest ekranami okien i przeszkleń. Trzeba jeszcze odczekać dwa lata, aż minie okres trwałości obiektu i będzie można (mam nadzieję) wynająć tam pokój, żeby nic nie robić, tylko godzinami gapić się przez okno.

Pierwszego dnia konferencji pojeździliśmy po okolicy i spacerowaliśmy po Kielcach. Udało się nawet wejść do wnętrza modernizowanego już dworca PKS. Odczyszczono je już z narastających przez lata „dodatków” – kiosków i budek – dzięki czemu odzyskał dawną przestronność. Mam nadzieję, że po liftingu zyska jeszcze bardziej niż warszawski Dworzec Centralny (niech tylko nikomu nie przyjdą do głowy żadne antresole!). Same Kielce bardzo pozytywnie mnie zaskoczyły. Przyznaję: nie miałam pojęcia, czego się spodziewać i oczekiwałam raczej… dziury (przepraszam za to mieszkańców Kielc). A tu niespodzianka: centrum jest wyjątkowo przyjazne dla pieszych, można tam znaleźć sporo sensownej architektury i za chwilę będzie jej jeszcze więcej (m.in. WXCA modernizuje teatr, a eM4 plac), na ulicach przez cały czas widać pełno ludzi i widać, że żyje się tam i przyjemnie, i wygodnie.

Ale nie o Kielcach miałam przecież pisać, lecz o samej konferencji. Nie mogę się nachwalić, jak bardzo była potrzebna i jak świetnie ją przygotowano. Hubercie i kompanio – dziękuję. Po pierwsze za całkowicie „demokratyczny” klimat – przyjechać mogli i młodzi, i nie tak bardzo już młodzi architekci, studenci, urzędnicy i wszyscy inni, którym temat konkursów jest bliski. To, co jednak było dla mnie szczególnie ważne, zwłaszcza w kontekście różnych niezbyt udanych pod tym względem wydarzeń tego roku, to zachowanie zdrowej relacji między prelegentami a prelegentkami. Doceniam logicznie skonstruowany program, w którym znalazło się miejsce i dla przeglądu polskich praktyk, i dla relacji zagranicznych gości, i dla dodatkowych, zgłoszonych niezależnie tematów. Jak to u Huberta Trammera zwykle bywa, program był bezlitośnie naładowany (śniadanie – 07:45, rozpoczęcie wieczornej debaty – 21:00;), ale to pewnie dzięki temu udało się ściągnąć na intensywne dwa dni uczestników, którym raczej nie udałoby się przyjechać na dłużej.

Nie do końca udał się panel, na który najbardziej czekałam: relacja z przebiegu konkursów i pokonkursowej współpracy opowiedziana z punktu widzenia architektów i zamawiających. Liczyłam na dynamikę w stylu FuckUp Night i anegdoty o mozolnie budowanym zaufaniu, podczas gdy nieco zbyt dużo było tam opowiadania o samych projektach, a za mało o samych procedurach.  Świetnie wypadły za to prelekcje zgłoszone w wolnym naborze, m.in. o eksperymentowaniu z formułą konkursową w Poznaniu i o tym, że w biznesie architekt znajduje się gdzieś na samym końcu listy płac, a jego twórczość to po prostu usługa, która ma być wykonana szybko, sprawnie i tanio. Przez cały czas na pierwszy plan wybijała się dość monopolistyczna pozycja SARP oraz brak standardów m.in. pracy sędziów, którzy bywają przeświadczeni o własnej nieomylności. A sami architekci – o nadzwyczajnym talencie i szczęściu, co sprawia, że przeceniają swoje szanse w konkursach i niezrażeni porażkami próbują dalej. Opowiadała o tym, wbijając ostrą szpilę kolegom po fachu, Antigoni Katsakou, badająca od lat konkursy w różnych krajach. Pojawiły się ostre słowa krytyki wobec polskich, nie zawsze jasnych i doskonałych procedur, ale z debaty po pierwszym dniu prezentacji wynikały dość niepokojące wnioski. Po pierwsze architekci w dużej mierze traktują konkursy jako procedurę, która służy nie tyle pozyskiwaniu koncepcji przez zamawiającego, co zleceń przez projektantów. Po drugie oprócz SARP i urzędów prawie nikt nie wie, jak konkursy wyglądają od strony finansowej i organizacyjnej.

Wśród wielu pokonferencyjnych obserwacji, których nie dam rady tu przytoczyć, ważna wydaje mi się zwłaszcza jedna. Po raz pierwszy nie poczułam konfliktu „starzy-młodzi”. Co prawda w wypowiedziach młodszych uczestników przewijały się różne pretensje, zwłaszcza o bierność Izby i SARP w ułatwianiu młodym pracowniom wejścia na rynek, ale to nie były głosy dominujące. Kiedy z młodszą częścią uczestników dyskutowaliśmy o tym, co można by poprawić, przez cały czas chodziło mi po głowie, że przecież ze dwie-trzy dekady wcześniej podobnie dyskutowali inni, z nieco bardziej dziś przyprószonymi siwizną głowami. To oni tworzyli podwaliny pod obecny system i zrobili to najlepiej, jak się dało w ówczesnych okolicznościach. W trudnych okolicznościach. Dopiero teraz można bez większych problemów zdobyć w zakresie konkursów międzynarodowe doświadczenie i podpatrzeć z bliska, jak robią to inni.

Dyskusje pokonferencyjne jeszcze się nie zakończyły, przeniosły się tylko na podgrupy w mediach społecznościowych. Zamierzam je śledzić, a jeśli czas pozwoli, włączyć się aktywnie, bo czuję, że na edycji 2018 się nie skończy. Tym bardziej, że według europejskich statystyk Polska jest jednym z krajów, w którym konkursów organizuje się najwięcej. Jest nad czym pracować:)

[Fot. M. Arczyńska]

KRYZYS MNIE DOPADŁ

wracac

Kryzys mnie dopadł. Blogowy. W listopadzie SIX LETTER CITY mają stuknąć piąte urodziny, powinnam już zacząć przygotowania do hucznego świętowania, a tymczasem mam coraz mniej energii, aby pisać nowe posty. W szkicowniku czeka prawie 40 rozgrzebanych wpisów – zamiast je kończyć, od dłuższego czasu na ukochanego bloga wrzucam głównie zdjęcia z wyjazdów. A gdzie opinie o bieżących wydarzeniach i zjawiskach? A gdzie złośliwości pod adresem archichwalipięt i archibufonów?

Myślę, że dużo w tym winy wyprowadzki do biura. Co prawda to właśnie dzięki tej zmianie powoli odzyskuję wolny czas, bo mieszkanie nagle stało się mieszkaniem, a nie pracownią. Jednocześnie straciłam coś, co nazywałam zawsze czasem „pomiędzy”. Czyli tym, co nie jest bezpośrednio związane z projektami albo uczelnią, ale jak najbardziej z architekturą, tyle, że bardziej hobbystycznie. W biurze tak intensywnie zasuwam nad projektami, że pisanie, które kiedyś stanowiło odprężający przerywnik w pracy, teraz wydaje mi się nie na miejscu. Poza tym trochę głupio byłoby mi robić coś „niezleceniowego” przy pracownikach. Z kolei w domu nie mam już ochoty włączać laptopa w innym celu niż obejrzenie serialu. Co robić?

Z jednej strony nie chcę rezygnować z SIX LETTER CITY, z drugiej coraz trudniej mi rozwijać blog. Tym bardziej, że czuję pewien zastój. Nie zostałam Charlize Mystery polskiej architektury, nie zarabiam na blogu (no, czasem wpadnie jakaś książka), liczba stałych czytelników ustabilizowała się. Pomyślałam, że może zamiast blogowania powinnam zacząć vlogować, bo przecież tak bardzo lubię gadać o architekturze. To chyba jednak nie jest mniej czasochłonne od pisania. Pewnie zaczęłabym się porównywać do Radka Gajdy, który zawsze ma idealnie wyprasowane koszule oraz perfekcyjnie ustawione kadry i okazałoby się, że chociaż ARCHITECTURE IS A GOOD IDEA, to SIX LETTER CITY w wersji video już niekonieczne. Przy mojej niechęci do żelazka i porządku może jednak poprzestanę na pisaniu.

Co poradzicie? Zmiana formuły? Uroczyste zamknięcie bloga w dzień jego piątych urodzin? Krótsze, mniej pracochłonne posty? Przerzucenie się całkowicie na Facebooka? Założenie konta na Instagramie? Nawet najbardziej szalone pomysły mile widziane!

[Fot. Łukasz Pancewicz]

Zakochaj się w Teatrze Szekspirowskim

Zakochaj sié

W sieci jest już dostępny najnowszy odcinek „Zakochaj się w Polsce”, w którym wymądrzam się trochę na temat mojego ulubionego gdańskiego budynku – Teatru Szekspirowskiego.

Musiałam chwilę poczekać na swoją kolej podczas nagrania, więc posiedziałam na dziedzińcu, obserwując, jak ten „odpychający czarny katafalk” działa w ciągu dnia. Najpierw przewinęła się babska wycieczka z Norwegii z przewodniczką wyjaśniającą, co to za typ teatru i co chodzi z tym Szekspirem w Gdańsku. Potem pojawiły się przedszkolaki, których wychowawczynie zapowiedziały „test na szczupłość” i wprowadziły do najmniejszego, trójkątnego dziedzińca. Wąskie wejście faktycznie nie pozwala na przeciśnięcie się pulchniejszym osobom. Przez cały czas ktoś pstrykał zdjęcia telefonem – dzień był wyjątkowo słoneczny, więc cienie, układające się na antracytowej cegle, stanowiły wyjątkowo malowniczy do fotografowania widok. Przechodnie zatrzymywali się patrząc na otwierający się na potrzeby nagrania dach. Niby dzień jak co dzień, ale potwierdzający, że ta trudna w odbiorze architektura ma swoje miękkie, przyjazne oblicze, do którego poznania nie trzeba mieć ani kierunkowego wykształcenia, ani wyrafinowanego gustu. Czekam niecierpliwie na Festiwal Szekspirowski, bo odkąd wyprowadziliśmy się z Dublina i do Edynburga jest już nam za daleko, to gdański przegląd jest dla nas najważniejszym letnim teatralnym świętem. Wtedy życiem pulsuje nie tylko czarny teatr, ale i cała okolica, aż do – również jednego z moich ulubionych gdańskich obiektów – Teatru Wybrzeże. Wpadniecie?

[Fot. kadr z programu, vod TVP]

5. Forum Praktyków Partycypacji

blogo01

Chociaż to już piąta edycja, miałam okazję pojechać na Forum po raz pierwszy . Nic dziwnego – w sumie partycypacją zajmuję się od niedawna, a jeszcze kilka lat temu byłam kompletnym niedowiarkiem, że to w ogóle może działać w kwestiach projektowych. Mój osobisty urbanisty siedział po uszy w partycypacyjnym podejściu, ale jemu pewnie było łatwiej – nie ta skala, nie ten poziom szczegółowości. Dla mnie było kiedyś niepojęte, jak można zapraszać do współprojektowania niezwiązane z profesją osoby, które często nie radzą sobie za bardzo nawet z urządzeniem własnego przedpokoju. Musiałam sama przetrawić tę niechęć i niedowierzanie, poczytać i poobserwować, pocmokać z zastanowieniem nad „Koszmarem partycypacji” Marcusa Miessena, a potem po prostu spróbować i przekonać się, że to jednak ma sens. I że architekt wcale nie zrzeka się swoich projektowych umiejętności w tym procesie – wręcz przeciwnie.

blogo 03

Podobno rok temu było sporo klepania się po plecach i chwalenia nawzajem za zrealizowane procesy partycypacyjne. Tego nieco się obawiałam, ale tegoroczna edycja wydała mi się bardzo merytoryczna i praktyczna. Z całej Polski zjechało do Wrocławia ok. 250 praktyków i chociaż tylko część z nas zajmowała się kwestiami przestrzennymi, to ten właśnie temat dominował w panelach i warsztatach. Sylwia Widzisz-Pronobis i Grzegorz Pronobis zaprosili nas do zaprezentowania wyników konsultacji społecznych nt. przyszłości ul. Starowiejskiej w Gdyni oraz do współprowadzenia panelu o roli architekta w procesie partycypacyjnym. Mieliśmy kapitalnie przemieszanych branżowo uczestników, dzięki czemu udało się zestawić punkt widzenia i doświadczenie socjologów, projektantów i urzędników. Jeden z moich ulubionych paneli dotyczył komunikacji wizualnej skierowanej do mieszkańców, czyli mówiąc w skrócie plakatów i ulotek zapraszających na konsultacje. Co się okazało? Im prościej, tym lepiej, a na pewno warto unikać gier słownych lub nadmiernie wysmakowanych graficznie materiałów, które wielu mieszkańców zniechęcają zamiast zachęcać. Został zaprezentowany m. in plakat ŁADNIE/NIEŁAD – przykład, który mieszkańcom kojarzył się raczej z zaproszeniem na wystawę sztuki współczesnej niż na konsultacje i okazał się niezbyt skuteczny w zapewnieniu odpowiedniej frekwencji. Nie przeszkodziło mu to jednak w otrzymaniu nominacji do Polish Graphic Design Awards, o czym kilka godzin po panelu poinformowała na Facebooku Marlena Happach. Ot, taka komiczna sprzeczność.

blogo02

Podobał mi się bardzo – to w pewnym sensie powtórka z pozytywnego zaskoczenia na Młodych do Łodzi – poziom dyskusji i prezentowanych przykładów. Okazuje się, że chociaż partycypacja to w sumie w Polsce stosunkowo nowa sprawa, zajmujące się nią osoby mają już na tyle duże doświadczenie, że mogą dzielić się bardzo konkretnymi radami i informacjami. Ale i tak najlepsze jest to, że dzielą się nimi, mimo że konkurujemy w przetargach. Lubię ten partycypacyjny idealizm:)

[Fot. Monika Arczyńska]

 

Uwolnić przestrzeń (do dyskusji)

IMG_0933

Podejrzewam, że tegoroczne Biennale nie będzie miało zbyt dobrych recenzji. Wiele osób, z którymi rozmawiałam jeszcze w Wenecji, twierdziło, że jest nudne, niespójne zachowawcze, chaotyczne i płytkie. Tylko w sumie które Biennale – no, może oprócz Koolhaasowskiego – było spójne? Co odkrywczego pokazał Aravena? Na ile głęboko wgryzł się w temat Chipperfield?

Może nie piałam z zachwytu i nie uważam tej edycji za najlepszą od lat, ale na pewno za przełomową. Wiele pawilonów zawiodło (wyjątkowo słabo wypadł m.in. rosyjski, ale tak to jest, kiedy wystawę o kolejach sponsoruje… kolej), lecz nareszcie w Wenecji pokazano wystawę o architekturze, a nie o działaniach para-, około-, i pseudoarchitektonicznych. Może w końcu uda się wbić architektom do głów, że są projektantami, a nie zbawcami świata. Porażka pływającej szkoły Makoko, nagrodzonej Srebrnym Lwem dwa lata temu, przelała czarę. Graftonki świetnie to wyczuły i postawiły na nowo na fundamentalne wartości architektury – przestrzeń, trwałość, piękno. Banalne opisy bolały – to nie nowość, że architekci nie potrafią pisać – ale może przypomnienie sto razy pod rząd, że „architektura jest sztuką kształtowania przestrzeni” dotrze do architektów, których ego wystrzeliło ponad iglicę Burj Khalifa. Szacunek dla krajobrazu i kontekstu, kulturowe znaczenie architektury, a przede wszystkim trwałość i trwanie, wybrzmiały mocno w tej edycji wystawy.  Dużą wagę przyłożono też do procesu twórczego i narzędzi architektów – rysunku, makiety, przekroju. Wróciły fotogeniczne modele, wrócił zachwyt nad materiałem i światłem, wróciło nawet prosecco na wernisaże . Za Araveny nie wypadało się nim raczyć na wystawie pełnej egzotycznych slumsów.

Wystawa odbywa się co dwa lata, a przygotowania zaczynają się zaraz po zakończeniu poprzedniej edycji. To oznacza znaczny poślizg w możliwości reagowania na to, co w dawnym momencie dzieje się w architekturze. A koniunktura, od której zależy, czy projekty lądują w szufladach, czy są z niej wyciągane, zmienia się znacznie szybciej. W 2008 roku jeszcze nikt nie przewidywał recesji, ale już od kolejnej edycji pokryzysowa skromność i zmiana kierunku działania zdominowała wszystkie kolejne wystawy. Dopiero teraz widać, że wybór Araveny w edycji 2016 mogło być co najwyżej podsumowaniem trendów, które znaliśmy aż za dobrze. Niewielka wystawa ELEMENTAL pojawiła się i w tym roku, na wystawie głównej w Arsenale. Uniwersalny przepis na partycypację, zanotowany ręcznie, jak recepta, prawie „lekarskim” pismem, wydawał się uroczo naiwny przy prezentowanych tuż obok projektach i realizacjach. Nawet moja ukochana grupa Crimson poszła tym prospołecznym tropem i zamiast przewrotnej wystawy wyszedł im kolejny katalog działań… Moim zdaniem Graftonki postanowiły free spaceuwolnić przestrzeń dla nowej dyskusji o architekturze w czasach, gdy znów zaczęto budować i to intensywnie. Ich biuro też przeżywa rozkwit – rozmawiałam na Biennale ze znajomymi Irlandczykami, którzy pracują tam od kilku lat i okazało się, że na Grafton Street pozostała „kwatera główna Biennale”, a reszta rozbudowanego biura pracuje już w nowej lokalizacji w centrum Dublina. Atmosfera odrodzenia w branży jest bardzo mocno wyczuwalna i jestem przekonana, że w następnym Biennale będzie już można pokazać poszukiwania nowych zjawisk. Na razie mamy wyczyszczenie wystawy z naleciałości i narośli poprzednich edycji – dowód mądrej odwagi kuratorek.

Tyle pierwszych wrażeń. Subiektywnych i wyjątkowo pobieżnie obejrzanych wystaw. Tak mi siadło w Wenecji zdrowie, że do niektórych pawilonów nie zdążyłam nawet wejść. Dlatego nie będzie tradycyjnego wpisu o weneckich wygłupach i polowaniu na gwiazdy – nie miałam siły na nie polować. Gdzieś nam tylko mignął Libeskind i – polski akcent! – załapaliśmy się na prywatny mikrowykład Roberta Koniecznego. Polska reprezentacja była w tym roku wyjątkowo duża i świetnie było spotkać wiele osób, z którymi kilka dni wcześniej widzieliśmy się na Młodych do Łodzi. Nie przypominam sobie też, żeby otwarcie polskiego pawilonu spotkało się z takim entuzjazmem i oklaskami – Anko, Gosiu, Simone, gratulacje! My też mocno trzymaliśmy kciuki!

IMG_0908

IMG_0947

IMG_1037

IMG_0905

IMG_0963

IMG_0986

IMG_1013

IMG_1059

[Fot. Monika Arczyńska]

W dobrym miejscu, w dobrym czasie

Muszę przyznać, że wybierałam się na „Młodych do Łodzi” z nastawieniem głównie towarzyskim. Mimo że sama miałam prowadzić jeden z paneli tematycznych, nie do końca chciało mi się wierzyć, że dyskusja w gronie młodych architektów będzie prowadzić do głębszych wniosków niż potakiwanie głowami nad naszym ciężkim losem („Ach, ci okropni klienci! Ach, te straszne nadgodziny!”). Ewentualnie przechwalanie się najnowszymi projektami. Pomyślałam, że zrobię wszystko, aby dyskusja toczyła się w sensownym kierunku, ale jednak jechałam do Łodzi głównie po to, aby spotkać się z dawno niewidzianymi znajomymi i poznać nowych ludzi. Tym bardziej, że na liście uczestników pojawiło się sporo osób, których dokonania śledzę z zainteresowaniem i podziwem. Dlatego w piątek rano wparowałam do pofabrycznej sali, w której odbywało się wydarzenie, z szerokim uśmiechem na twarzy i doskonałym humorem. Co się okazało? Mój uśmiech z godziny na godzinę stawał się coraz szerszy, nastrój coraz lepszy, ale przede wszystkim oczy coraz większe. Ze zdziwienia. Poziom dyskusji przekroczył moje wszelkie oczekiwania, a zaproponowany temat – możliwość pracy w zawodzie dla imigrantów w Polsce – przyjęty poważnie i z ogromną dojrzałością. Tu wielkie podziękowania dla Cristiny Rodriguez Alvarez i Mikołaja Szuberta-Tecla, którzy zgodzili się przyjąć moje zaproszenie i opowiedzieli o swoich imigracyjnych doświadczeniach.

Nie obyło się jednak bez pewnych różnic poglądów – okazało się, że niespodziewanie największe emocje wzbudził panel nt. kobiet w architekturze. Rzadko zdarza mi się ostro reagować, ale nie potrafiłam siedzieć cicho, kiedy równe prawa kobiet i mężczyzn w zawodzie nazywa się „problemami Pierwszego Świata”. Zwłaszcza, gdy sala pełna jest piekielnie utalentowanych i zabójczo pracowitych koleżanek po fachu, które mówią o swoich trudnościach. W kontekście omawianych tematów była to jednak jedyna kwestia, w której mamy jeszcze w Polsce ogromnie dużo do nadrobienia. Jeśli chodzi o poziom projektowania, umiejętność koordynacji i współpracy, mobilność czy chęć eksperymentowania, nie widać już żadnych różnic między nami a Zachodem, które jeszcze kilka lat temu były bardzo wyraźne. Przypuszczam, że każdy z uczestników wyjeżdżał z „Młodych” z jakąś ważną osobistą refleksją – ja też. Jestem teraz w 100% przekonana, że znajduję się w dobrym miejscu i w dobrym czasie. Jeśli nie byłam wcześniej pewna, że wyjazd do Polski był dobrym pomysłem, to teraz nie mam już żadnych wątpliwości. Czuję, że to tu dzieje się teraz najwięcej ekscytujących rzeczy i że mam możliwość realnego wpływu na to, jak zmienia się architektura. I to nie tylko w Polsce, bo eksport umiejętności oraz doświadczenia i na Zachód, i na Wschód, był jednym z poruszanych tematów.

Droga Redakcjo Architektury-murator:  nie jesteście tylko branżowym czasopismem. Jesteście instytucją, bez której to spotkanie nie miałoby szans osiągnąć takiego poziomu i nie mam na myśli organizacji wyrażenia, ale lata ciężkiej pracy nad kondycją i promocją polskiej architektury oraz edukowaniem polskich architektów. Dziękuję – współpraca z Wami to prawdziwy zaszczyt (i przyjemność)!

[Fot. Monika Arczyńska]

Młodzi do Łodzi

mlodzi-do-lodzi-liderzy-2018_244246

Krążył kiedyś taki dowcip, że młody obiecujący architekt ma czterdziestkę, a młody obiecujący urbanista – pięćdziesiątkę. Kiedyś mnie to śmieszyło, ale im bliżej jestem przekroczenia tej pierwszej magicznej liczby, tym bardziej rozumiem, o co chodzi. Zazdroszczę też trochę mojemu osobistemu urbaniście, że będzie młody i obiecujący dekadę dłużej niż ja…

Ale koniec żartów, mam poważne obwieszczenie. Został jeszcze tylko tydzień, aby zgłosić się na „Młodych do Łodzi”. To spotkania architektów przed czterdziestym rokiem życia, które odbywają się co pięć lat, od 2003 roku. Pół dekady to akurat tyle, aby uczelnie wypuściły nowy rocznik mgr inż. arch., zmieniła się – na lepsze lub gorsze – koniunktura, projekty, nawet te większe, zostały zrealizowane, a w międzyczasie wyszło 60 nowych numerów organizatora spotkań – „Architektury-murator”. Przyznaję, że tegoroczna edycja zaplanowana na 18 i 19 maja będzie moją pierwszą i ostatnią. Do tej pory zawsze coś mi wypadało, a na kolejny zjazd będę już niestety za stara. Ale może w końcu dla dinozaurów zostaną kiedyś zorganizowane oddzielne spotkania – ktoś wymyślił już nawet hasło „Starzy na plaży”. Jeśli nie, to pozostanie nam już tylko zapisanie się do SARP-u…

Na razie zachęcam do zapisywania się na „Młodych”. Zgłaszać należy się TU. Zapowiada się świetna zabawa i poważne dyskusje – dokładnie w takiej kolejności. Ponieważ podczas ostatniej edycji jednym z przewodnich tematów była praca za granicą, w tym roku będę prowadzić panel o „Arch(i)migracjach”. Zaprosiłam do niego Cristinę Rodríguez Álvarez, która opowie, jak wygląda to zjawisko w kierunku do Polski, Mateusza Mastalskiego z Henning Larsen, który wyjechał w przeciwną stronę i Mikołaja Szuberta-Tecla z Riegler Riewe, w kórego historii było jeszcze więcej zwrotów. 

Do zobaczenia!

 

 

 

Dzieje się!

FSO.jpg

Gdyby ktoś  jeszcze niedawno powiedział mi, że niedługo będę pracować jednocześnie nad kilkoma tak ekscytującymi projektami, jakie właśnie mamy na tzw. „desce” (teraz to chyba raczej na „dysku”;), postukałabym się w głowę. Dzieje się!

Oddaliśmy projekt woonerfu na Abrahama w Gdyni. Myślę, że biorąc pod uwagę budżet, wyszło całkiem nieźle – czekamy niecierpliwie na pozwolenie na budowę i realizację. W międzyczasie zabraliśmy się za kolejną ulicę w śródmieściu Gdyni, tym razem z Laboratorium Innowacji Społecznych. Już w najbliższą sobotę startujemy z warsztatami na temat przyszłości ul. Starowiejskiej – będziemy dyskutować z mieszkańcami i lokalnymi przedsiębiorcami o tym, co można by poprawić w tej przestrzeni.

Po ogłoszeniu wyników konkursu ruszyły dalsze prace nad projektem masterplanu dla Stoczni Cesarskiej. Obecnie koncentrujemy się na infrastrukturze i kwestiach konserwatorskich.

W marcu kursowaliśmy do Warszawy na warsztaty. Zajmowaliśmy się dwoma ogromnymi terenami na Pradze Północ – Portem Żerańskim oraz obszarem dawnej FSO. Razem to ok. 180 hektarów.  Jak zwykle pracowaliśmy przy pomocy makiet (każda miała ponad 3m długości) – efekty działania na terenie FSO widać na zdjęciu powyżej. Podczas warsztatów wszyscy interesariusze – właściciele działek, urzędnicy i mieszkańcy (w tym także „potencjalni mieszkańcy”, wytypowani przez zespół Mikołaja Lewickiego, socjologa z Uniwersytetu Warszawskiego) usiedli przy wspólnym stole. Chociaż podobne warsztaty, ale z udziałem wyłącznie urzędników i ekspertów, odbywały się już wcześniej w Polsce, tu po raz pierwszy dołączyła do nich strona społeczna. Było tak intensywnie, że po trzech dniach warsztatów wyglądaliśmy z moim osobistym urbanistą jak para zombie. Ale udało się i jesteśmy bardzo zadowoleni z wyników, zwłaszcza w Porcie Żerańskim, gdzie opinii na temat przyszłości tego miejsca było prawie tak wiele, jak uczestników. Ostatecznie został ustalony „protokół zgodności i rozbieżności”, w którym zawarto wspólne postanowienia i elementy dyskusyjne.

W międzyczasie spędziłam chwilę we Wrocławiu, gdzie brałam udział w obradach sądu konkursowego. Ocenialiśmy prace, które wpłynęły na konkurs na Muzeum Książąt Lubomirskich – spośród 104 projektów do drugiego etapu mogło przejść tylko 6. Okazało się, że przydały się bardzo lata spędzone przy projektach muzeów w Heneghan Peng. Moim zadaniem było określenie, czy propozycje uczestników spełnią wymagania klienta – Ossolineum – i czy nowy budynek będzie miał szansę stać się jednocześnie atrakcyjną lokalizacją dla zwiedzających oraz wygodnym miejscem pracy i prowadzenia badań.

Nie odpuszczamy też na froncie uczelnianym i od początku semestru prowadzimy m.in.  kolejne live studio. Tym razem studenci przygotowują program i projekt Centrum Integracji Społecznej w kaszubskim Luzinie.  Znów trafiliśmy na świetną, przesympatyczną, międzynarodową grupę studentów, która błyskawicznie zorganizowała strukturę pracy i tematyczne zespoły. Każdemu życzę również takich klientów – dla pracowników lokalnej biblioteki i gminnych urzędników nie ma rzeczy niemożliwych, są otwarci na wszystkie pomysły, a ponadto mają bardzo konkretne potrzeby, które zespół postara się spełnić w nowym kompleksie. Za nami pierwsze spotkania w gminie, dziś odbędą się konsultacje z mieszkańcami, a w maju festyn, na którym studenci przedstawią swoje propozycje. Ruszyła też strona na Facebooku.

A poza tym nareszcie wynosimy się z pracą z domu! Znaleźliśmy biuro przy jednej z moich ulubionych ulic we Wrzeszczu. Na razie to niewielka przestrzeń, ale jeśli tempo się utrzyma, wkrótce będziemy musieli poszukać czegoś większego. I chociaż mój osobisty urbanista coraz intensywniej namawia mnie na przeprowadzkę do Warszawy, opieram się, jak tylko mogę. A dzięki takiej pogodzie, jak w ostatni weekend, kiedy spacerowaliśmy w słońcu po plaży, mam bardzo silne argumenty, że Trójmiasto to świetne miejsce do życia:)

[Fot. Kamil]

 

 

200!

Untitled_Panorama1.jpg

Dziś blogowy jubileusz: to dokładnie DWUSETNY (!!!) post na Six Letter City. Publikuję go w wyjątkowym momencie. Dopiero co podjęłam jedną z najważniejszych dotychczas zawodowych decyzji, a sprawy A2P2 przyspieszyły nagle tak, że ledwie nadążamy. Jak tylko to poukładam, do wszystkiego grzecznie się przyznam i opiszę.

Ten tydzień był również wyjątkowo intensywny wyjazdowo. Czwartek spędziliśmy w Warszawie, biegając ze spotkania na spotkanie, a potem na galę konkursu „Innowacje w Architekturze”. Do Gdańska jechałam przez… Wrocław, gdzie zaczynam współpracę z SARP. Ale nie ukrywam, że to impreza Architektury-murator była najprzyjemniejszym wydarzeniem tygodnia. Zaczęło się od wykładu Caroline Bos z UN Studio, następnie odbyło się rozdanie nagród, a potem nieco zaszaleliśmy:)

Jeszcze w moich hiolenderskich czasach słyszałam o tym, że UN Studio ma dwie odnogi działalności projektowej – jedną ambitną, o eksperymentalnym charakterze, którą wszyscy znają z konkursów i prasy branżowej – oraz drugą, komercyjną, która w dużej mierze finansuje tę pierwszą. Dotychczas nie miałam okazji zapoznać się z tą bardziej mainstreamową twórczością pracowni i przypuszczałam, że to portfolio jest trzymane w tajemnicy i oglądają je tylko azjatyccy inwestorzy poszukując dużych zachodnich nazwisk dla swoich nowych realizacji. Nie wiem, czy Caroline Bos potraktowała polską publiczność jak dziki wschód, gdzie może warto pokazać komercyjne projekty, żeby zainteresował się nimi jakiś duży deweloper, ale wybór projektów mocno mnie zaskoczył. Ale może to była słodka zemsta za to, że każdy przedstawiający, oprócz ambasadora Holandii, przekręcał jej imię.

IMG_7122

Robert Skitek i wielkie poruszenie

Poznałam kilka osób, o których już wcześniej wiele słyszałam albo z uwagi na ich projekty, albo dlatego, że mamy wspólnych znajomych, albo  – najczęściej – z obu tych powodów jednocześnie. W końcu spotkałam Grzegorza Layera („Cześć Grzegorz, jestem Monika, znam Cię z Internetu”, „O, cześć Monika, jestem Grzegorz, ja też znam Cię z Internetu”) i Mikołaja Szuberta-Tecla z Riegler Riewe. Wpadłam też na Marka Lorensa, którego poznałam na EASA w… ubiegłym wieku i od tamtej pory nie mieliśmy okazji się spotkać. Nie wiem, co Marek zażywa, ale nie zmienił się WCALE od tamtych dawnych czasów.

Imprezy Architektury to przede wszystkim wydarzenie towarzyskie. Robert Skitek, z którym spotkaliśmy się dopiero drugi raz w życiu (poprzednio także na gali A-m), ale jesteśmy w kontakcie i czytamy wzajemnie swoje blogi, stwierdził, że w sumie i tak nie liczył na nagrodę. Gdy kolejne osoby zaczęły pytać, czy będzie na gali, bo też się wybierają, stwierdził, że takiej okazji do spotkania nie odpuści i po innym rozdaniu nagród wskoczył za kierownicę i przyjechał. A właśnie, nagrody! Bank rozbił Oskar Zięta, wyróżniono też Zbyszka Maćkowa i Macieja Siudę. Werdykt był dość przewidywalny, więc kiedy zakończyła się oficjalna część, wszyscy wstali z westchnięciem „No, to w końcu idziemy się razem napić!”.

IMG_7118

Przeszczęśliwy Oskar Zięta, Radosław Stach z jury i Ewa Porębska

Na niedawnym Biennale Architektury w Krakowie Ultra Architects uciekli, zanim zdążyłam się z nimi przywitać. Tym razem miałam w końcu okazję pogadać z Marcinem Kościuchem i okazało się, że branżowy świat jest naprawdę bardzo mały. W Heneghan Peng siedziałam kilka lat biurko w biurko z Wojtkiem Przyweckim, który był jednym ze współzałożycieli Ultra, ale postanowił wyjechać z Polski. Ale najwięcej czasu spędziliśmy z Menthol Architects – Lilą Krzycką i Rafałem Pieszko. Nie do wiary, ale ostatni raz widzieliśmy się na gdyńskiej OSSA ponad rok temu! Niestety, odległość między Wrocławiem a Trójmiastem jest ogromna, dlatego udało nam się zobaczyć dopiero teraz, w połowie drogi. Nie jestem nawet w stanie wymienić wszystkich, z których spotkania się cieszę. Ponadto moja ulubiona redakcja na szczęście nie poszła zbyt szybko spać i mieliśmy okazję pogadać.

IMG_7141

Mój osobisty urbanista i Lila z Menthol Architects z mentholowymi pastylkami w garści…

IMG_7144

…i Grzegorz Layer zapijający pastylkę czerwonym winem.

A co działo się potem, niech lepiej nie zostanie upubliczniane. To trochę jak na weselu – fotograf pstryka tylko zdjęcia do momentu, kiedy twarze stają się czerwone i błyszczące, fryzury potargane, a wzrok dziki i nieobecny. Dlatego na oficjalnych zdjęciach, tych robionych do mniej więcej północy, wszyscy jesteśmy jeszcze w miarę odprasowani, a na nieoficjalnych… i tak ich nikomu nie pokażę;)

[Fot. Monika Arczyńska]

Biennale po krakowsku

Biennale.jpg

Kiedy dowiedziałam się, że tematem tegorocznego krakowskiego Biennale jest podwórze, pomyślałam, że to dobra okazja, aby przedstawić projekty, które w tym i ubiegłym roku przygotowali nasi studenci. Trudno o bardziej kontrastrujące przestrzenie niż ulica Długa i Długi Targ w Gdańsku oraz gdyńskie blokowisko Witomino, jednak obie spełniają „podwórzową” rolę, bo w żadnym z tych fragmentów miasta nie ma podwórzy z prawdziwego zdarzenia. Pierwsza przestrzeń jest tak  nastawiona na turystów, że dla mieszkańców, zwłaszcza seniorów, brakuje tam miejsca, a w drugiej miejsca jest sporo, jednak to przede wszystkim „ziemia niczyja” pomiędzy blokami. Studenci wypracowali wytyczne dla przekształcenia tych przestrzeni, stosując uniwersalną metodologię, a ich praca została doceniona. Wróciłam z trzecią nagrodą w konkursie „Seminarium”, co wydaje mi się całkiem przyzwoitym wynikiem biorąc pod uwagę paskudne przeziębienie (chyba tylko siłą woli wstrzymałam katar na 10 minut prezentacji). 10 minut okazało się oczywiście zbyt krótkie dla takiej gaduły jak ja, więc  kiedy moderująca panel Marta Urbańska teatralnym szeptem ogłosiła „Pozostały trzy minuty”, lekko spanikowałam. Byłam przekonana, że dopiero tyle minęło, więc nie miałam wyjścia i zrobiłam jedyną sensowną w tej sytuacji rzecz: zachowałam zimną krew. Jak się później okazało, nikt z widowni, włączając jury, nie zorientował się, że cokolwiek poszło niezgodnie z planem.

03

ICE – International Conferences and Entertainment, gdzie odbyła się impreza. Zawsze mi się wydawało, że skróconą nazwę tego przybytku wymawia się jako ‚i-ce-e’ lub ‚aj-si-i’, a tu niespodzianka… ‚ajs ajs bejbi’:)

Nagrodzone w tej samej konkurencji prace wytypowaliśmy z moim osobistym urbanistą prawie bezbłędnie. Obstawialiśmy przede wszystkim Marysię Dankowską z Łodzi, która kapitalnie powiązała opowieść o historii łódzkiej kamienicy i podwórza z obecnymi pseudorewitalizacyjnymi działaniami (wyróżnienie). Podobał mi się też pomysł na zagospodarowanie wnętrza blokowiska na poznańskich Starych Żegrzach (II miejsce). Zaskoczyło mnie za to bardzo pierwsze miejsce dla Luisa Navaro Jovera. Dużo tam było „studenckiego” sposobu patrzenia na wyspowość miejskiej przestrzeni, podczas gdy nie doceniono moim zdaniem Martyny Mokrzeckiej, badającej temperatury wnętrz wrocławskich kwartałów. Może to dlatego, że przedstawiła na razie metodologię i pierwsze wyniki badań, a nie dotarła jeszcze do etapu wypracowania konkretnych wytycznych dla przekształceń podwórzy. Czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy, bo to bardzo istotny głos w dyskusji o zmianach klimatu i ich wpływie na miejskie środowisko.

04

„Boska” prezentacja Stanisława Niemczyka

A samo Biennale? To była moja pierwsza wizyta na krakowskiej imprezie i szczerze mówiąc spodziewałam się czegoś innego – przede wszystkim bardziej konsekwentnego potraktowania tematu przewodniego. Zabrakło poszukiwań, które inspirują i popychają architekturę naprzód. Formuła krakowskiej imprezy opiera się na kongresie i konkursach, a nie wystawach i ogromnie dużo było w tych spotkaniach bicia piany i „pompowania balonika”, co złośliwie podsumował Przemo Łukasik w swoim wykładzie. Kiedy przyjeżdżam do Krakowa, mam zawsze wrażenie, że wyjeżdżam do innego kraju. Brakuje mi tam naszego ‚Ordnungu’ i mam problem z krakowskim klepaniem się po plecach oraz… kwiecistym językiem. Łukasik również odniósł się do tego zjawiska, mówiąc m.in. o „nadmiarze przymiotników”. Zacna widownia, szacowni goście i utalentowani uczestnicy wysłuchali kilku niezbyt inspirujących prezentacji. Gdyby nie wtrącane często anegdoty i wspomnienia z przeszłości, które uwielbiam, spędziłabym większość czasu pijąc kawę poza audytorium. W konkurencji anegdot wygrywa Małgorzata Omilanowska z opowieścią o reakcji Lecha Wałęsy na Europejskie Centrum Solidarności (przytoczę przy innej okazji) oraz Romuald Loegler wspominający początki Biennale i zaproszenie na jedną z pierwszych edycji Herzoga i de Meurona, zanim jeszcze dołączyli do grona gwiazd. Podobno krakowscy architekci byli oburzeni, że na tak ambitną branżową imprezę jako gwiazdy przyjeżdżają projektanci, którzy mają na koncie zaledwie „jakiś tam domek ze sklejki”.

Tym razem wśród zagranicznych gości oprócz architektów z Chin pojawiła się m.in. Viviana Muscettola, która jest jedną z Associate Directors w Zaha Hadid Architects. W konkursowym jury był także m.in. Rainer Mahlamäki. Trochę się zdenerwowałam podczas jego wykładu. Na samym początku swojej prezentacji przedstawił propozycję na Pomnik Holokaustu w Londynie takim tonem, jakby już wygrał ten konkurs. Nie interesowałoby mnie to nawet, gdyby nie fakt, że Heneghan Peng również jest wśród dziesięciu finalistów i wciąż czekamy na wyniki. O podwórzach nie padło jednak ani słowo, podobnie jak w pierwszej sesji kongresu o… tradycji w architekturze. Dopiero drugiego dnia temat Biennale pojawił się w kilku prezentacjach – sytuację uratowali polscy jurorzy konkursu. Zamarzyło mi się alternatywne wydarzenie w stylu Biennale Urbana odbywającego się równolegle do oficjalnej weneckiej imprezy. Znalazłoby się tam miejsce i dla „Placu na glanc„, i dla „Podwórkowych rewolucji„, i dla wielu innych działań, które faktycznie zmieniają podwórza.

Na szczęście jesienny Kraków, spotkanie wielu znajomych i poznanie nowych osób zrekompensowało mój niedosyt. A może tak to właśnie w Krakowie jest, że podobne wydarzenia mają głównie towarzyski charakter?

[fot. Łukasz Pancewicz, Monika Arczyńska]

Keep calm and let us bind your thesis

Oprócz uczestniczenia w konferencji mieliśmy również trochę czasu na pozwiedzanie Oxfordu. Miasto, pomimo swojej liczby mieszkańców, ok. 150 tysięcy, sprawia wrażenie maleńkiej mieściny. Centrum to raptem kilka malowniczych ulic. Na wszystkich tablicach informacyjnych dla turystów pojawiają się informacje, że Pevsner, ten od historii literatury, uznał dane miejsce a to za najpiękniejszą ulicę, a to za najbardziej harmonijny plac w Europie. Trafiliśmy akurat na Open Day, więc udało nam się zwiedzić sporo wnętrz i dziedzińców. Muszę przyznać, że wrażenie zrobiła na mnie nie tyle majestatyczność uniwersyteckich gmachów, co ich pragmatyczne wykorzystywanie. Dookoła przystrzyżonych co do milimetra trawników, w pięknych, kamiennych murach, nadal funkcjonują akademiki. Nie są jednak umeblowane antykami, które wydawałyby się tam najbardziej odpowiednie. Na podłodze leżą paskudne wykładziny dywanowe, meble przypominają wyposażenie nędznej sali konferencyjnej z tapicerowanymi, niebieskimi krzesełkami, a w oczy najbardziej rzuca sie ustawiona gdzieś pod ścianą lodówka. To wnętrza, które zachęcają do spędzania tam jak najmniej czasu – może dlatego studenci tyle godzin przesiadują w bibliotece i stąd wysoki poziom uczelni?

IMG_6262IMG_6310

Większość świetnej współczesnej architektury podobno jest poukrywana za historycznymi murami lub gdzieś na obrzeżach. Tak przynajmniej twierdzą architekci z Oxford Brookes. Powinna istnieć (może istnieje?) gra miejska polegająca na wyszukiwaniu tych poukrywanych architektonicznych skarbów. Nie dotarliśmy do Zahy, nie dotarliśmy do Níalla McLaughlina, za to nie odpuściliśmy St Catherine’s College projektu Arne Jacobsena. Z ręką na sercu przyznaję: to jeden z najpiękniejszych kampusów, jakie miałam okazję zobaczyć. Może dobrze, że większość obiektów była zamknięta, bo jeśli wydawałam z siebie ochy i achy na widok harmonii między budynkami a krajobrazem, we wnętrzach mogłabym dostać syndromu Stendhala. A do meblowych marzeń doszło Oxford chair

IMG_6278male

Akademickie motywy, podobnie jak Harry Potter (część scen była kręcona w Oxfordzie) i Alicja w Krainie Czarów (Lewis Carroll był dziekanem Christ Church College), pojawiają się dosłownie wszędzie. Koszulki i bluzy z logo uczelni, togi i studenckie czapki kuszą na większości sklepowych wystaw. Podobnie jest na wszytskich najlepszych uczelniach świata – nie każdy może być studentem Cambridge czy Harvardu, ale zawsze może nosić koszulkę z ich logo.

IMG_6305

‚Keep calm and let us bind your thesis’

IMG_6343

Tort dla absolwenta

IMG_6339

Myślenie życzeniowe ambitnych rodziców:)

Zastanowiła mnie tylko jedna rzecz. Wydawałoby sie, ze miasto uniwersyteckie powinno być pełne pubów i barów. W Oxfordzie wcale nie ma ich tak wiele, za to zagęszczenie kawiarni na kazdej ulicy jest zaskakujące. Może oni tam faktycznie nie mają czasu na życie studenckie, tylko piją non stop kawę, żeby nie zasnąć nad książkami?

[fot. Monika Arczyńska]

 

Architecture Connects

IMG_6222

Wróciliśmy właśnie z moim osobistym urbanistą z konferencji „Architecture Connects”, zorganizowanej przez Oxford Brookes University. Pierwszy raz uwierzyłam, że być może uczelnia to jednak miejsce dla mnie. Średnio raz na miesiąć mam ochotę ciapnąć ją w cholerę, zwłaszcza, gdy nadmiernie zaczyna mnie drażnić sztywny akademicki język, sztuczna hierarchia, której nie potrafię zrozumieć i – przede wszystkim – teoretyzowanie, rozbuchane ego środowiska oraz umieszczanie studentów na samym końcu łańcucha pokarmowego. Tym razem wszystko odbyło się w nieformalnej atmosferze, bez udawanej wyższości i chwalenia własnych dokonań. Wręcz przeciwnie, wiele komentarzy, pytań i warsztatów dotyczyło porażek, które uczą przecież więcej niż sukcesy. Ursula Hartig z CoCoon Studio przedstawiła projekt szkoły muzycznej w Meksyku, której realizacja wydawała się sukcesem, ale po kilku latach okazało się, że budynek się sypie, bo nie przemyślano, kto i z jakich funduszy ma zajmować się jego utrzymaniem. To jeden z najczęściej popełnianych błędów w live studios, także w Polsce: szybka, spektakularna akcja nierzadko daje więcej satysfakcji organizatorom, niż pożytku mieszkańcom. Życie instalacji z palet i opon jest krótkie i trzeba przewidzieć, co stanie się z nimi po zakończeniu działań w terenie.

IMG_6216.JPG

W międzyczasie na wydziale odbywały się warsztaty – studenci układali kwadratowe fragmenty wykładziny w różnych konfiguracjach i analizowali, jak przemieszczają się po nich ludzie. Trochę jak nasze prototypowanie:)

Obyło się bez szpilek i garsonek, bez „Pani Profesor” i „Panie Doktorze Habilitowany”, za to z opowieściami o podróżowaniu ze studentami vanem przez amerykańskie pustkowia czy zaproszeniu pisarza science fiction i rysowniczkę komiksów do współpracy w studio projektowym. Zaprezentowana przez nas metodologia, przećwiczona w projektach dla Starego Polesia, Traktu Królewskiego i Witomina, spotkała się z uznaniem, mimo że odbiegała znacznie skalą od innych przykładów. Nasi studenci wykonali taki kawał profesjonalnej roboty, że aż padło pytanie, czy mieli okazję chociaż przez moment dobrze się bawić przy tych projektach:) Okazuje się, że zabawa to nieodłączny i konieczny warunek sukcesu live studio, więc mam nadzieję, że nieformalna atmosfera i sporo śmiechu na zajęciach zrekompensowały chociaż trochę tę ciężką pracę.

IMG_6230

Najbardziej cieszę się, że udało nam się posłuchać i pogadać z Peterem Fattingerem z Wiednia. To, co robi ze studentami, to jakiś dydaktyczny lot w kosmos. W półtora roku udało mu się zaprojektować i zrealizować dla Caritasu adaptację historycznego budynku na Bed&Breakfast, prowadzony przez osoby z niepełnosprawnościami. Były one także zaangażowane w budowę – zatrudniono tylko elektryka, hydraulika, dwóch budowlańców, którzy bardziej uczyli fachu niż pracowali oraz kilku branżystów weryfikujących projekt i załatwiających sprawy administracyjne.  Resztę wykonali studenci. Płacono im w punktach ECTS lub klasycznie – pieniędzmi – jednak gdyby nie entuzjazm, poczucie odpowiedzialności i mnóstwo dodatkowej ochotniczej pracy, z projektu nic by nie wyszło. Motyw morderczej pracy za darmo przewijał się jednak często (podobnie jak „ten idiotyczny Brexit”).

Od razu wyjaśniam, dlaczego takie projekty, jak Petera, nie bardzo udają się w Polsce: udają się w ogóle w niewielu miejscach, także na Zachodzie. Nie tylko my wzdychaliśmy z rozrzewnieniem. Głośniej wzdychali wykładowcy z UK, którzy nie tylko, podobnie jak i my, nie mają możliwości rozciągania zajęć na kilka semestrów, ale spotykają się z ostrymi restrykcjami związanymi z ubezpieczeniami oraz odpowiedzialnością za zdrowie i życie studentów. W naszej części Europy te kwestie są dużo łatwiejsze do przeskoczenia (oprócz naszej prezentacji pojawiły się jednak tylko dwa inne przykłady – z Pragi i z Belgradu). Chodzi nam właśnie po głowie podobna realizacja w Gdańsku i chociaż organizacyjnie oraz finansowo (przy wsparciu sponsorów podrzucających materiały budowlane) pewnie udałoby się nam ją przeprowadzić, brakuje nam formalnych możliwości. Na zajęciach na Politechnice nie da się tego zrobić, bo po pierwsze skala projektu jest architektoniczna, a nie urbanistyczna, a po drugie potrzebne byłyby na to co najmniej dwa semestry.  Peterowi udaje się pozyskać studentów na dłużej tylko dlatego, że jego studio jest bardzo małe w porównaniu do całego wiedeńskiego wydziału, więc ewentualna „szkoda” poczyniona niestandardowym nauczaniem jest niewielka. Będziemy więc szukać innych możliwości, ale postaramy się nie rezygnować z tego rodzaju kursów – po konferencji jesteśmy pewni na 100%, że to dobry kierunek i że udaje się nam je prowadzić na światowym poziomie.

[fot. Monika Arczyńska]

 

Jan „naprawię każde miasto” Gehl

WP_20170315_15_50_54_Pro.jpg

Wróciłam właśnie ze spotkania z Gehlem. Wahałam się – wybierać się, nie wybierać – ale pogoda zachęciła mnie do wyjścia z domu. W takim mieście, jak Gdańsk, gdzie architektonicznie i urbanistycznie dzieje się niewiele, a gwiazdy tych dziedzin omijają Trójmiasto, jakby szalała tu epidemia dżumy, to nie lada wydarzenie. Można spotkać przyjaciół, znajomych, byłych studentów, obecnych studentów i przyszłych studentów, wykładowców, urzędników i aktywistów od przestrzeni. Bardzo przypominało to spotkanie towarzyskie, tym bardziej, że wynudziłam się okropnie i nie mogłam doczekać końca. Było jak to zwykle u Gehla – wszyscy zadają pytania o lokalne sprawy, spodziewając sie konkretnych rozwiązań, a przecież po dwóch spacerach po mieście nawet najbardziej wizjonerski urbanista świata nie dałby sobie rady  z takim zadaniem.

Chociaż bardzo lubię książki Gehla i często odsyłam do nich studentów, nie jestem przekonana do jego obecnych koncepcji. Jak magik wyciaga z kapelusza swoje złote zasady – podejrzewam, że od początku swojej kariery, czyli od ładnych kilkudziesięciu lat, zbiera różne „pomysły na miasto”. Tu trochę z własnego doświadczenia, tam trochę z Jane Jacobs albo Christophera Alexandra. Nie muszą być odkrywcze, ale powinny być w miarę możliwości uniwersalne. Kiedyś pewnie zbierałje w notesie, teraz pewnie istnieją już w formie aplikacji. Wpisuje się dane wejściowe – wielkość miasta, główne problemy, system polityczny, liczbę samochodów na 1000 mieszkańców czy procent terenów zielonych, wklepuje pożądaną liczbę pomysłów oraz poziom ich uszczegółowienia, klika enter i voila! „Dwanaście zasad Jana Gehla” albo „Profesora Gehla pomysły na uzdrowienie miasta X” gotowe, można wystawiać fakturę. Ale żeby była odpowiednio wysoka, trzeba mieć wyrobioną silną markę, a J.G. pracuje nad nią od lat. Nie każda książka staje się kultowa, nie każdy urbanista jest zapraszany do współpracy na całym świecie, nie każdy pojawia się w weneckim pawilonie Danii sfilmowany jak kapłan i prorok w jednym.

Pamiętam jeszcze z Dublina jego koncepcje dla poprawy przestrzeni publicznych w jednej z części miasta. Myślę, że bardziej złożone projekty potrafią przygotować studenci. Tymi mniejszymi zleceniami Gehl się rzadko chwali – pokazowe projekty to Nowy Jork, San Francisco czy Moskwa. Gehl nie jest tani – przypuszczam, że polskie samorządy, które zaprosily go do siebie z nadzieją współpracy, zrezygnowało z niej po otrzymaniu oferty z wyceną. A może nie tylko oferty, ale i samego zakresu opracowania – sporo się u nas zmieniło i duńskie patenty są już tu stosowane. Na dzisiejszym spotkaniu siedziałam przed ekipą z Biura Rozwoju Gdańska i co chwilę słyszałam szepty „No, to właśnie tak jak u nas!”. Ja też zachichotałam pod nosem słysząc o koncepcji sadzenia drzew przez mieszkańców Kopenhagi, przy współpracy z miastem. Sama „posadziłam” w tym tygodniu kilka drzew w Gdańsku i czekam właśnie na akceptację. I to jest chyba najbardziej optymistyczny akcent dzisiejszego spotkania – już umiemy sami rozwiązywać miejskie problemy. Tylko czasem przydałoby się trochę wizjonerstwa.

[fot. Monika Arczyńska]

Nowy semestr

portland

Dziś zaczął się nowy semestr na Politechnice. Jestem tam obecnie na etacie, więc mam więcej godzin dydaktycznych. Jeszcze nie wiem, jak się z tym wszystkim wyrobię czasowo, ale czuję, że ostatniego dnia upiję się z radości. Bo uczenie jest dla mnie najbardziej satysfakcjonującym zajęciem, ale i najbardziej wyczerpującym. Godzina nad własnym projektem wymaga poświęcenia zdecydowanie mniejszej dawki energii niż doradzanie przy studenckich pracach. Na szczęście przekleństwo „obyś cudze dzieci uczył” studentów nie dotyczy, bo to już nie dzieci, ale zdolni i pracowici młodzi dorośli.

Z moim osobistym urbanistą będziemy prowadzić dwa przedmioty, w tym jeden, na którym kolejny raz przetestujemy naszą eksperymentalną metodę, czyli zorganizowanie studia projektowego jak prawdziwej pracy w biurze, z zewnętrznymi konsultantami. Stosowaliśmy ją wcześniej w projekcie rewitalizacji Starego Polesia w Łodzi i opracowaniu wytycznych dla modernizacji Długiej i Długiego Targu w Gdańsku. Zapraszamy dziś o 19:00 do FRAG na Ogarnej, gdzie będziemy opowiadać o tych projektach. Tym razem zabieramy się za Witomino – gdyńskie blokowisko położone w środku lasu. We współpracy z Laboratorium Innowacji Społecznych cały zespół będzie pracować nad projektem poprawy jakości przestrzeni publicznych w tej dzielnicy.  Zapowiada się większa grupa niż dotychczas, będą też studenci z bardziej egzotycznych krajów niż w ubiegłych latach, m.in. z Chin, RPA i Egiptu. Będzie mnóstwo pracy, ale mam nadzieję, że zespół zgra się tak dobrze, jak poprzednie i znów nas zaskoczy. Wszystko zależy od studentów – ich zaangażowanie i talenty są warunkiem sukcesu.

PS Ilustracja do dzisiejszego posta nie ma być żadną sugestią, że nowy semestr zapowiada się przeraźliwie – to po prostu pączek. Pamiętacie, że dziś Tłusty Czwartek?

[Fot. Monika Arczyńska – najlepsze pączki w Portland]

Żegnaj, 2016

Adria_male.jpg

Żegnaj, 2016,  nie będę za Tobą tęsknić. Wiem, że nie tylko ja z ulgą mówię ci „do widzenia”. Zbyt wiele niedobrych rzeczy wydarzyło się na świecie i ze zbyt dużą niepewnością zaczynamy 2017.

To był dla mnie wyjątkowo trudny rok. Trudniejszy niż kończenie doktoratu równolegle z pracą. Trudniejszy niż przeprowadzki między krajami i trudniejszy nawet niż kolejne lata rozłąki z moim osobistym urbanistą. Zawodowo wszystko wygląda świetnie – wkrótce premiera naszej strony internetowej, mamy więcej zleceń niż jesteśmy w stanie zrealizować bez zarywania nocy i weekendów. Niedługo zostanie wydana nasza pierwsza książka – podręcznik planowania. Studenci znów dali czadu i zrobili świetne – i wykorzystane przez urząd miasta! – opracowanie na temat Długiej i Długiego Targu w Gdańsku. OSSA również wypadła fantastycznie. Za mną kolejne etapy współpracy z powstającym w Gdańsku Muzeum Sztuki Współczesnej oraz z Heneghan Peng. Dublińskie biuro zaliczyło wyjątkowy rok – w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy ukończylismy niemal tyle budynków, ile od momentu powstania pracowni w 2001 roku. To tłumaczy, dlaczego w biurze panuje nieco grobowa atmosfera i nawet świąteczna impreza skończyła się nadzwyczaj wcześnie – wszyscy sa okrutnie zmęczeni. Dla mnie najważniejsze były oczywiście te projekty, przy których pracowałam, czyli akademiki w Maynooth, przebudowa Galerii Narodowej w Dublinie oraz Muzeum Palestyny. Jego otwarcie to zdecydowanie najważniejsze wydarzenie architektoniczne roku, w jakim miałam okazję uczestniczyć, ważniejsze niż weneckie biennale czy triennale w Oslo (moje relacje z obu w bieżącym i kolejnym numerze Architektury-Murator). Dużą część roku zajęła mi praca nad Wielkim Muzeum Egipskim w Kairze oraz Narodowym Centrum Sztuki Współczesnej w Moskwie, ale to tak specyficzne i ogromne przedsięwzięcia, że ich opisywanie byłoby raczej opowieścią o polityce, a nie architekturze. A polityki mam w tym roku zdecydowanie dość. Cieszy mnie więc nowy projekt i sympatyczna zmiana skali – niemieckie Anklam, gdzie we wnętrzach gotyckiego kościoła św. Mikołaja projektujemy muzeum Otto Lilienthala, jednego z pionierów lotnictwa.

Staram się regularnie publikować na blogu, chociaż z uwagi na nadmiar pracy i częstotliwość wyjazdów miałam mniej czasu na komentowanie bieżących wydarzeń. Blog to taki mój ekwiwalent mówienia do ludzi. Bo jeśli podsumowanie poprzedniego roku miało hasło przewodnie „ludzie”, teraz powinnam raczej napisać, że „chcę do ludzi”. Życie towarzyskie, które wcześniej kwitło, nagle zniknęło. Kiedy ktoś kiwa głową ze współczuciem „Oj, musi Ci być ciężko pracować na dwa etaty”, zaczynam się gorzko śmiać, bo chciałabym, żeby to były tylko dwa. Nie co roku trafiam do szpitala i nie co roku do szpitala trafia mój osobisty urbanista. Nie co roku robię ciągnące się miesiącami generalne remonty. Nie co roku brakuje mi czasu i energii, żeby zrobić coś, co nie będzie związane z pracą. I chociaż powinnam być zadowolona, że wyszłam z tego wszystkiego zwycięsko, zmęczenie przesłania satysfakcję.

Dlatego na 2017 rzucam hasło: „równowaga”.

[Fot. Łukasz Pancewicz]

 

OSSA 2016 czyli kapsuła czasu, rozmowy przy ognisku i mewa nr OP51

IMG_9373

Mewa numer OP51* – o 6 rano budził nas jej tupot o pusty parapet i operowe wrzaski

Nie ma to jak wrócić z urlopu w środku nocy i już następnego dnia wystartować ze studenckimi warsztatami. Dzięki temu, mimo że przez prawie cały tydzień Ogólnopolskich Spotkań Studentów Architektury OSSA 2016 pracowałam przedpołudniami, miałam wrażenie, że moje wakacje trwały miesiąc. Z ulgą przeniosłam się do Gdyni, bo wcześniej czułam, że nie starcza mi czasu ani na pracę z grupą, ani na rozmowy przy ognisku.

lila_01

Część naszego Wunderteamu – Dominika, Artur, Daniel, mój osobisty urbanista, który dzielnie zastępował mnie przedpołudniami, ja, Julia i Karolina

To moja pierwsza OSSA w roli tutora. Dużo się zmieniło, odkąd brałam w niej udział w czasie studiów. Relacje między uczestnikami a prowadzącymi są teraz zdecydowanie mniej sztywne, praca intensywniejsza, a prezentacje zdecydowanie bardziej wysmakowane. Tym razem organizatorzy zasugerowali także w ramach eksperymentu, aby mniej więcej na półmetku pracy nastąpiło podzielenie grup na trzy części i rozproszenie wśród innych zespołów. Okazało się się to świetną okazją dla wymiany przemyśleń i weryfikacji wstępnych wniosków oraz nieformalnego przetestowania, czy przyjęte założenia są czytelne dla innych. Półtorej godziny dyskusji z osobami, które w zupełnie odmienny sposób interpretowały zadany temat, okazało się czynnikiem mocno popychającym pracę naprzód.

A było co popychać. Wraz z moim osobistym urbanistą jechaliśmy do Gdyni bez konkretnego pomysłu na to, w jaką stronę można by pokierować grupą. Założenie było takie, aby rzucić hasło warsztatów- TRANS-PORT/-FORM, przedyskutować je porządnie i szlifować najbardziej obiecujący pomysł, jaki się wykluje. Zależało nam jednak na tym, aby zgodnie z sugestiami organizatorów skupić się na faktycznej interpretacji tematu, a nie tylko przygotowaniu przeestetyzowanego filmu na końcową prezentację. To podobno problem wielu warsztatów. Ponadto byliśmy jedynymi tutorami z Trójmiasta i staraliśmy się unikać zbyt bezpośredniego odnoszenia się do Gdyni i poszczególnych lokalizacji w mieście, bo po prostu za dobrze znamy kontekst różnych inwestycyjnych decyzji. Strategię lokalnych interwencji wybrały m.in. grupy Kuby Woźniczki odnosząc się do lotniska w Kosakowie („gorzka wisienka na słodkim gdyńskim torcie”) czy Marty Mnich i Mikołaja Smoleńskiego, których studenci w Sea Towers zobaczyli transformersa. Nam trudno byłoby o takie świeże spojrzenie, bo za dobrze znamy te kąty.

IMG_9333

Wszyscy słuchają Karola:)

Lokalnie zadziałali także Menthol Architects i ich studenci, którzy umieścili w różnych częściach śródmieścia 1500 niebieskim łódeczek origami prowadzących do Hali Targowej. Hala, pomimo spektakularnej architektury, lata świetności ma już za sobą. Najpierw przeprowadzono wywiady i z rozmów ze studentami, którzy podczas przetasowania grup trafili do nas, wynikało kilka bardzo interesujących wniosków. Gdynianom nadal mieszka się doskonale w ich mieście (co roku Gdynia wygrywa w rankingach najbardziej zadowolonych mieszkańców), lecz po ’89 stracili poczucie wyjątkowości swojego miejsca zamieszkania. Nadal jest wyjątkowe z uwagi na położenie i plażę, ach tę plażę w samym centrum, jednak miasto nie stanowi już takiego okna na świat, jak przed wojną lub przed transformacją. W szarych czasach komunizmu to tu docierały zachodnie towary i kultura – od dezodorantów Fa po płyty z brytyjską muzyką. Łódeczki na jeden dzień przyniosły wyjątkowość, ale aż kusi, żeby przeprowadzić pogłębione badania odnośnie tej utraconej pozycji.

Z kolei grupa Karola Szparkowskiego usiłowała uroczo nieporadnie zbudować na plaży kopułę z piasku. Skończyło się na siatce zbrojeniowej i geowłókninie, które z kolei zadziałały jako lampiony podczas ogniska ostatniej nocy. Kuba Szczęsny postawił na tekst i teatralną,  ironiczną interpretację pojęcia utopii. Wyszło przewrotnie, ale najbardziej przewrotne okazało się jednak to, że prezentacja nie została w pełni zrozumiana przez publiczność. To bardzo wymowna szkoła dla studentów, którzy dopiero uczą się współpracy z klientem. Jeśli architekci nie potrafią odczytać teatralnych środków wyrazu, podobnie niearchitekci nie są w stanie zinterpretować znaczenia decyzji projektowych. 

IMG_9353

Rozdanie dyplomów przez Karolinę, naszą niezastąpioną opiekunkę. Obok Robert, Edyta, Julia, Artur i Dominika.

Do naszej grupy trafiło dziewięcioro studentów różnym wieku, z różnych uczelni, różnymi doświadczeniami i podejściem do projektowyania. Po długich godzinach niełatwych rozmów na temat tranformacji i transportu wykrystalizowała się koncepcja „transportu formy w przyszłość”, za pośrednictwem materialnego nośnika. Odniesienie stanowiła kapsuła czasu – pojemnik z różnymi przedmiotami codziennego użytku – umieszczany podczas budowy lub remontu w niedostępnej części budynku, odkopywany przypadkiem po wielu latach, podczas kolejnej przebudowy. Podczas burzy mózgów zastanawialiśmy się, co chcielibyśmy teraz umieścić w takiej kapsule – do głowy przchodziły przede wszystkim informacje zapisane na cyfrowych nośnikach. Gazeta, monety czy pudełko zapałek są jednak trwalsze od dysku USB. Studenci wskazywali na problem nietrwałości cyfrowego nośnika oraz nadmiaru produkowanych i archiwizowanych informacji. W kontekście architektury zauważyli strach przed utratą na zawsze zarówno samego historycznego budynku, jak i informacji o nim, stąd badania historyczne, inwentaryzacje i dokumentacje fotograficzne. Grupa wypracowała przewrotną konserwatorską doktrynę zakładającą, że przy każdej przebudowie obiektu architektonicznego, nawet najnowszego i pozornie pozbawionego wartości estetycznych czy historycznych, należy pozostawić jego materialny fragment.

praca01

Ekipa podczas składania ostatecznej prezentacji – za stołem Weronika, Julia, Daniel i Małgosia

Za symbol takiego działania posłużył „kolec” z korony wrocławskiego Solpolu – budynku, odnośnie którego trudno podjąć decyzję, na ile jest wartościowy z konserwatorskiego punktu widzenia. Z jednej strony nadal pamiętane są kontrowersje związane z jego formą i kolorystyką, z drugiej od jego powstania minęło już tyle czasu, że można go jednoznacznie uznać za jeden z najbardziej reprezentatywnych przykładów postmodernizmu w Polsce. Gdy budynek jest jeszcze zbyt młody i brakuje dystansu czasowego dla oceny jego wartości, trudno określić, jak zweryfikuje go czas – to problem wielu powojennych obiektów, które są bez kontroli wyburzane lub przebudowywane. W postmodernistycznym, pełnym detali budynku łatwo jednak ustalić, które charakterystyczne elementy można by pozostawić według wymyślonej przez grupę strategii. Trudniej o decyzję, które elementy modernistycznych budynków byłyby najlepszym nośnikiem informacji o ich historycznym czy sentymentalnym znaczeniu – które powinny znaleźć się w „kapsule czasu”.

Gdyński modernizm dał nam do myślenia o tym zagadnieniu, a gdyński powojenny budynek – mieszkaniowa”szafa” z balkonikami przy domu towarowym Batory – posłużył jako bohater amimacji pokazującej symulację przekształceń z pozostawieniem istniejących elementów. Ekipa przygotowała także – bo przecież mowa o materialnych nośnikach –  lapidarium złożone ze współczesnych elementów architektonicznych. Stanowiło antytezę idei pozostawienia ich in situ i wskazało, jak bardzo są nietrwałe i powtarzalne w przeciwieństwie do historycznego detalu. Pobliska budowa okazała się doskonałym źródłem materiałów – dziewczynom udało się zdobyć nawet fragment tynku na styropianie. Po prezentacji rozgorzała dyskusja – najlepsza weryfikacja, czy cały myślowy proces był spójny i logiczny. Hubert Trammer, który przyjechał specjalnie na ossowe prezentacje, był szczególnie dociekliwy i cała grupa, z tutorami włącznie, miała wypieki z wrażenia, jak wiele opinii zostało wymienionych.

IMG_9363.JPG

Lapidarium złożone ze współczesnych elementów budowlanych

Warsztaty to nowe znajomości nie tylko ze studentami, ale też z tutorami i osobami zaproszonymi do wygłoszenia wykładów. W ramach „Europejskiej Stolicy Kultury” Wrocław zaprosił do siebie trójmiejskich artystów w ramach trwającej właśnie akcji „Znajomi znad morza„. W przypadku OSSA i architektury  do Trójmiasta wpadli „Znajomi z Wrocławia”. Ponieważ sama przyczyniłam się do wrocławskiego desantu (udało mi się namówić na przyjazd Menthol Architects i podpowiedziałam organizatorom VROA oraz CH+), a Kuba Woźniczka to warsztatowy weteran, wśród ekipy prowadzących byli prawie sami znajomi. Ponieważ niektórzy ściągnęli do Gdyni swoich bliskich, w końcu poznałam Kasię Kajdanek, której „Suburbanizację po polsku” uważam za najlepszą książkę ostatnich lat o polskim mieszkalnictwie („13 pięter” może się schować).

IMG_9354

Część ekipy tutorskiej z Wrocławia

IMG_9280.JPG

Lila z Menthol Architects skupiona nad projektem ożywienia Hali Targowej

Lila_02

Z wykładem wpadła Pani Dyrektor czyli Agnieszka Puchyr, która w czasie OSSY gościła na blogerskiej imprezie w Gdyni. To kolejna osoba z archiblogosfery, z którą w końcu spotkałyśmy się w realu

Następna OSSA już w październiku w Zakopanem. Już zazdroszczę studentom i tutorom, tym bardziej, że organizatorzy planują kolejny eksperyment – połączenie prowadzących w pary: architektów z osobami niezwiązanymi z branżą. Mogą pojawić się historycy sztuki, biolodzy, psycholodzy – podpowiedzieliśmy kilka nazwisk i najbardziej żałujemy, że nie uda nam się raczej wpaść, chociaż na chwilę, na drugi koniec Polski.

*Ponieważ pierwszy raz w życiu udało mi się odczytać numer ptasiej obrączki, postanowiłam zarejestrować go w internetowym serwisie zbierającym takie dane. Lista do wypełnienia jest dość długa, w większości kategorii wybiera się dane z rozwijalnego menu. Jedna z kombinacji pytanie-odpowiedź wydała mi się dość rubaszna: „Czynności wykonane z ptakiem?” „Uszkodzony podczas trzymania w ręku”. Kurtyna:)

[Fot. Monika Arczyńska, Lila Krzycka]

Kto sieje asap, ten zbiera fakap*

Palestine

Tytuł pochodzi ze strony „Korposzczur płakał jak czelendżował„. Co prawda daleko jestem od korporacyjnych klimatów, ale przez kilka ostatnich czelendżów, a zwłaszcza asapów, niewiele brakowało, a skończyłoby się na poważnych fakapach*. Być może zauważyliście, że blogowe posty pojawiają się ostatnio z mniejszą częstotliwością – to przez te asapy właśnie. Nie lubię narzekać na klęskę urodzaju, bo to najlepsza z możliwych klęsk, ale tym razem do zawalonego terminami kalendarza doszły wypadki losowe, z finałami szpitalnymi, niestety. Najwięcej trudności sprawiała jednak jednostka chorobowa o dźwięcznej nazwie „działalność gospodarcza”. Kończymy obecnie z moim osobistym urbanistą podręcznik planowania dla Obszaru Metropolitalnego Gdańsk-Gdynia-Sopot. Teminy napięte, zakres ogromny, a żeby tego wszystkiego było mało, Łukasz złamał ręce w wypadku rowerowym. Obie. W tym jedną tak pechowo, że od razu wylądował w szpitalu na operacji łokcia. Przez chwilę myśleliśmy, że wszystko się posypie, ale uff, chyba udało się opanować terminy. Nie poradzilibyśmy sobie bez pomocy i trzymania kciuków – dziękuję!

Kolejne asapy (oby nie skończyły się fakapami!) mamy na Politechnice. Po kapitalnych doświadczeniach z ubiegłego roku i projektem dla Starego Polesia w Łodzi pracujemy ze studentami nad założeniami dla przebudowy ulicy Długiej i Długiego Targu w Gdańsku. Pomimo kryzysów, stresu, momentów totalnego załamania i nagłych mobilizacyjnych zrywów, jesteśmy dobrej myśli – studenci zostali rzuceni na głęboką wodę, ale radzą sobie świetnie. Napiszę o tym w czerwcu, kiedy doprowadzimy projekt do końca.

Przez ten natłok spraw przegapiłam w ubiegłym tygodniu dziesiątą rocznicę (!) pracy w Heneghan Peng Architects. To też temat, który zasługuje na osobny tekst. Nigdy nie myślałam, że wytrzymam tyle lat w jednym miejscu, ale nadal nie wyobrażam sobie, żebym mogła bez żalu pożegnać się z takim zespołem i z takimi projektami. Już w tym tygodniu, 18 maja, odbędzie się oficjalne otwarcie Muzeum Palestyny (na zdjęciu). Jadę obowiązkowo, bo to przypuszczalnie jeden z najważniejszych projektów, nad którym kiedykolwiek miałam i będę miała okazję pracować. Będzie większa ekipa z biura, niektórzy zostają, żeby pojeździć jeszcze trochę po Bliskim Wschodzie. Niestety, nie dołączę do nich, ale zobaczymy się ponownie już niedługo, bo na początku czerwca wpadam na chwilę do Dublina, żeby zobaczyć, jak idzie przebudowa Galerii Narodowej. Prace mają skończyć się za kilka miesięcy, więc to może być ostatnia szansa, żeby zobaczyć Galerię w ciekawszej, bo rozbebeszonej wersji.

Między tymi biurowymi wyjazdami wyskakujemy jeszcze na previews weneckiego Biennale. Tego wydarzenia nie mogę się doczekać najbardziej: dwóch dni, kiedy liczy się architektura, architektura i tylko architektura. Będę wypatrywać starchitektów, w tym oczywiście boskiego Alejandro. Ba, od innej fanki mam dostać cynk, w którym hotelu się zatrzymuje:) Jeśli nie pojawię się z powrotem w Gdańsku, to znaczy, że zostałam jego groupie. Ahoj, przygodo!

*W razie pytań, co to te fakapy, wrzucam link do wyjaśnienia:)

[fot. Heneghan Peng Architects]

Młode Miasto nie za młodych mężczyzn

stocznia_01

Nie dałam rady wpaść na konferencję o Młodym Mieście na terenach postoczniowych w Gdańsku, więc obejrzałam sobie z ciekawości relację zdjęciową. Okazało się, że to idealna ilustracja do niedawnej rozmowy o sytuacji kobiet w branży. Sami zobaczcie: Aneta Szyłak była JEDYNĄ prelegentką i to reprezentującą świat sztuki, a nie architektury i planowania. Reszta to faceci, na dodatek w większości niezbyt młodzi i chociaż żadnemu z nich nie odmawiam wiedzy i doświadczenia, a niektórych na dodatek lubię prywatnie, to kiedy widzę kolejny raz podobną koncentrację, cholera mnie bierze. W takich sytuacjach przypomina mi się pewien cytat z Margaret Thatcher: Jeśli chcesz, by coś zostało powiedziane – powierz to mężczyźnie. Jeśli chcesz by zostało zrobione – powierz to kobiecie. I tak sobie panowie gadają od kilkunastu lat, a na terenach postoczniowych niewiele się zmienia.
Tak się wkurzyłam, że aż wysłałam zgłoszenie do bazy danych o kobietach-ekspertkach. Wstrzymywałam się bardzo długo, bo zawsze mi się wydawało, że trzeba łamać stereotypy działaniem, a nie podobnymi parytetopodobnymi akcjami. Ale czara goryczy się przelała. Za dużo miałam ostatnio okazji uczestniczenia w mało przyjemnych sytuacjach, kiedy jako jeszcze w miarę młoda kobieta, która na dodatek nie próbuje się wizualnie postarzać (babciowatym garsonkom mówię zdecydowane nie!), jestem traktowana z ogromną podejrzliwością. Na dodatek pracuję w jakimś zagranicznym biurze o dziwnej nazwie, jakbym nie mogła po bożemu zatrudnić się gdzieś lokalnie, wtedy można by zadzwonić do szefa –  kolegi ze studiów albo kumpla od wódeczki, powiedziałby, co to za jedna. Zazdroszczę Warszawie, bo tam dziewczyny mają więcej do powiedzenia – bardzo się ucieszyłam, kiedy Marlena Happach została prezeską SARP. Napisałam ‚prezeską’! Chyba staję się prawdziwą feministką (ale ‚architektka’ przez gardło mi nie przejdzie).
Kiedy patrzę na nasz coraz bardziej sfeminizowany wydział i niesamowite studentki, które mają tyle talentu i samozaparcia, że wielu facetów mogłoby o tym tylko pomarzyć, z jeszcze większą energią mam ochotę kruszyć beton, żeby ułatwić im podbijanie architektonicznego świata. Pomożecie?
[fot. Monika Arczyńska]

Hallo Frau Dr. Monika Arczynska

obrona.jpg

Facebook przypomniał mi właśnie, że broniłam się dokładnie trzy lata temu. W sumie to był całkiem przyjemny dzień. Byłam raczej wkurzona niż zestresowana (ale już nawet nie pamiętam na co), poza tym przyjechali rodzice, uśmiechający się tego dnia bezustannie  i wpadło sporo znajomych. Niektórzy szczęśliwym przypadkiem – akurat tego dnia Lila i Rafał z Menthol Architects przylatywali do Gdańska z Dublina, chociaż wcale nie planowali przyjazdu akurat na obronę. Wpadli lekko spóźnieni, a ja byłam już tak zaaferowana prezentacją, że nawet nie zauważyłam, kiedy się pojawili.

Doktorat zajął mi osiem lat. Za długo? Może i tak, ale przez cały czas równolegle pracowałam i powstało w tym czasie kilka chyba niezłych projektów. Wiele razy słyszałam jednak pytanie „po co Ci, kobieto, doktorat”? Do projektowania jest kompletnie nieprzydatny, architekci-doktorzy są nawet niekiedy traktowani z lekką podejrzliwością, bo teoria a praktyka to jednak dwa zupełnie odmienne światy. Zawsze bałam się jednak utknięcia w tylko jednym z nich – zawsze wydawało mi się, że najciekawsze rzeczy dzieją się na ich styku. Odkąd przeniosłam się do Polski mam coraz więcej okazji, żeby pracować właśnie w tej przestrzeni „pomiędzy”, ale przyczyn zabrania się za tę mozolną pracę było całkiem sporo:

Bo miałam świetnego promotora. Profesor Andrzej Baranowski to… nie, nie wiem nawet, jak napisać o jego wiedzy i klasie, żeby nie zabrzmiało to banalnie. Spotykaliśmy się za każdym razem, kiedy przylatywałam do Polski, a raz nawet w Dublinie przy okazji pewnej konferencji (guiness w pubie zaliczony:). Każde z tych spotkań było dla mnie ważne nie tylko w kontekście popychania do przodu pracy nad doktoratem, ale również ogromną przyjemnością i wypełnieniem głowy kolejnymi ważnymi sprawami do przemyślenia. Poza tym to właśnie profesor pierwszy raz opowiedział mi o niejakim Alejandro A.:)

Bo nauczyłam się dużo nie tyle o samym prowadzeniu badań, co o świecie. Pisałam o wyborach mieszkaniowych w kontekście społeczeństwa konsumpcyjnego i okazało się, że całkiem przypadkiem mogłam poobserwować na żywo zjawiska, o których równolegle czytałam w literaturze. Polski boom mieszkaniowy, kryzys w Irlandii, bańka na rynku nieruchomości – mogłabym długo wymieniać. Nawet teraz, kiedy słyszę o mieszkaniowych planach znajomych, wiem, dlaczego przychodzą im do głowy właśnie takie pomysły.

Bo w dość jeszcze niestety seksistowskiej Polsce „dr” przydaje się dość jeszcze młodej kobiecie, która nie lubi udawać babochłopa, za to odzywa się, kiedy ma coś do powiedzenia.

Bo przydaje się do zleceń związanych z doradztwem, a nie samym projektowaniem. Moje doświadczenie w projektowaniu dużych budynków użyteczności publicznej według zachodnich standardów przydaje się w Polsce, a „dr” przed nazwiskiem otwiera drogę do opracowań eksperckich w tym temacie.

Bo jest przepustką do uczenia studentów, a ja to naprawdę bardzo lubię.

Ale największa korzyść z doktoratu to ten moment, kiedy na biurowego maila dostaję newsletter z niemieckiego sewisu o konkursach architektonicznych. Nasza sekretarka skrupulatnie zarejestrowała  wszystkie stopnie zawodowe, naukowe i afiliacje, więc kiedy przychodzi nowa wiadomość, za każdym razem parskam ze śmiechu, bo czy nagłówek „Hallo Frau Dr. Monika Arczynska” nie wygląda przekomicznie?

A poza tym rodzice zawsze powtarzali, że dobrze byłoby mieć lekarza w rodzinie:)

[Fot. Barbara Zgórska]

Piano

IMG_4037

Przygotowujemy się właśnie z Maksem Bochenkiem do dyskusji po projekcji odcinka „Świątyń kultury” o Centrum Pompidou w gdańskim IKM. Czytam m.in. o Renzo Piano i przypominają mi się inne jego realizacje, które miałam okazję zobaczyć. Naliczyłam ich ponad dziesięć, przy czym niektóre oglądałam tylko z zewnątrz albo właśnie były w budowie. W innych miałam okazję spędzić więcej czasu, np. w Lingotto w Turynie. To był chyba jedyny raz w życiu, kiedy podczas wakacyjnego wyjazdu szarpnęliśmy się z moim osobistym urbanistą na pięciogwiadkowy hotel (na szczęście w dużej promocji*). Piano zajął się tam adaptacją fabryki Fiataz lat 20. To, co przede wszystkim warto zobaczyć w Turynie, to niekoniecznie jego interwencje, ale sama fabryka – żelbetowy budynek-maszyna. Nocleg w hotelu pozwala skorzystać z jej niesamowitego dachu z celach joggingowo-widokowych – oryginalnie znajdował się tam tor testowy dla samochodów i to tam rozgrywa się również jedna ze scen w filmie „Włoska robota”.

turyn.JPG

[Te dwie narośle na dachu to „włoska robota” Renzo Piano w Lingotto]

Jeden z najnowszych budynków Piano oglądałam z kolei miesiąc temu na Malcie. Valetta City Gate – bramę do Valetty połączoną z administracyjno-kulturalnym kompleksem – ukończono w 2014 roku. Zespół wygląda trochę anachronicznie i ma to wszystko, za co kochałam Piano jeszcze na studiach, a za co już go tak bardzo nie kocham. Jest lokalne rzemiosło, ale udawane, bo założę się, że kształtki elewacyjne wycinała maszyna CNC, a nie sprawne dłonie kamieniarzy. Jest lokalny materiał – piaskowiec, ale w takiej masie, że aż przeraża ciężarem. Są dopieszczone elementy konstrukcyjne, ale całość tak gęsto podparto, że nabrała „egipskiego” charakteru. Najgorsze są i tak dwa metalowe wrzeciona przy wejściu, zaprojektowane chyba tylko po to, żeby można było walnąć detal mocowania na okładkę książki „Renzo Piano Building Workshop” z podsumowaniem kolejnej dekady. I ta symetria… I te podwójne blachy oddzielające stare kamienne fortyfikacje od nowej realizacji – co za dosłowność!

Szybkie śledztwo wyjaśnia, skąd takie rozwiązania. W skrócie: rządowi od dawna zależało na realizacji jakiegoś starchitekta w tym ważnym miejscu – to główne wejście do Valetty, znajdują się tam ruiny wiktoriańskiej opery, zaadaptowane ostatecznie na scenę pod gołym niebem, a pusta działka obok wydawała się idealnym miejscem dla siedziby parlamentu. Rozmowy z Piano rozpoczęto już w 1985 roku. Po prezentacji pierwszych propozycji masterplanu publiczny odbiór projektu okazał się tak negatywny, że wstrzymano inwestycję. A może i budżet nie wytrzymał? Nieważne. Ważne, że powrócono do tego pomysłu dopiero w 2008 roku, spodziewając się nowej koncepcji, ale Piano najwidoczniej wyciągnął z szuflady przykurzony już nieco project albo przypomniał sobie, co mu chodziło po głowie dwie dekady wcześniej. Widać te lata osiemdziesiąte, oj widać, a to nie był najszczęśliwszy okres dla architektury…

IMG_4058

[„Walk like Egyptian” to też połowa lat 80…]

szpikulec.jpg

[W sam raz detal na okładkę, prawda?]

IMG_4049

[Stare i nowe, rozdzielone ostrym cięciem stali. Jakoś tak… „studencko”]

IMG_4050

[Tak wygląda dół realizacji – w ten może malowniczy, ale bałaganiarski zakątek można zajrzeć wchodząc do Valetty. Architekt oczywiście nie miał tu wiele do powiedzenia, ale wrzucam to zdjęcie, aby pokazać, że wizytówki miast są zaniedbane nie tylko w Polsce:)]

Zapraszam w środę o 19:00 na opowieść o Centrum Pompidou. Też będziemy się nieco pastwić, ale nad filmem, nie nad Renzo Piano. Za to ja w ramach solidarności jajników być może popastwię się też nieco nad Richardem Rogersem, bo w okresie realizacji Pompidou poznał swoją obecną żonę, rzucając dla niej poprzednią – partnerkę w firmie, współautorkę Centrum i matkę ich trojga dzieci. Czy ktoś dziś pamięta, że Centrum Pompidou współprojektowała Su Rogers?

*Właśnie zauważyłam, że od czasu naszej wizyty hotelowi utrącono jedną gwiazkę – pewnie lampy Castiglioniego straciły nieco ze swojego blasku – więc przyjemność nocowania w miejscu zaprojektowanym przez laureata Pritzkera i porannej przebieżki na dachu jednej z najpiękniejszych fabryk świata jest jeszcze bardziej dostępna.

[fot. Monika Arczyńska]

Styczeń

berlin scharoun 03.jpg

Kasia Tusk co miesiąc przedstawia na swoim blogu listę aktualnych „umilaczy” i „Last month” ze zdjęciową relacją z ostatniego miesiąca. Wśród „umilaczy” ostatnio pojawił się między innymi przepis na naturalny cukier waniliowy oraz długa lista kosmetyków. Ponieważ na SIX LETTER CITY nadal nie ma żadnego lokowania produktu (producenci papy termozgrzewalnej – dlaczego, ach dlaczego wciąż mnie ignorujecie?), a na instagram wciąż nie mogę się zdecydować, to skuszę się chociaż na podsumowanie bieżących wydarzeń.

POLITECHNIKA

W ubiegły piątek studenci Gospodarki Przestrzennej na Politechnice Gdańskiej prezentowali prace semestralne. O zeszłorocznych projektach pisałam szerzej tutaj – w tym roku powtórzyliśmy temat i lokalizację, modyfikując nieco układ zajęć na podstawie wcześniejszych doświadczeń. Znów wyszło świetnie, ale zastanawiam się, czy przypadkiem nie wymagamy od studentów zbyt wiele. Czasem chyba zapominamy, że są dopiero na piątym semestrze! Poradzili sobie fantastycznie, a jako deweloperzy zarobili po kilkadziesiąt milionów złotych wirtualnych złotówek:)

WARSZAWA

Miniony weekend spędziłam pracowicie i przyjemnie w Warszawie. W sobotę opowiadałam o współpracy między projektantami a publicznymi inwestorami na podyplomowych studiach „Miasta i Metropolie” w Instytucie Badań Przestrzeni Publicznej. Nareszcie poplotkowaliśmy na spokojnie z Piotrem Szczepańskim z Instytutu, bo do tej pory zawsze spotykaliśmy się gdzieś w przelocie. Umówiliśmy się także z Gosią Borys z MamArchitekci. Opowiadała o aktualnych projektach – pracownia się rozwija, zlecenia są coraz ciekawsze, a poza tym miło posłuchać kogoś, kto mówi, że przychodzi do pracy z autentyczną przyjemością. To ostatnio rzadkość wśród architektów:) Poznałam też w końcu Jacka Grunt-Mejera, który zajmuje się programem rewitalizacji Pragi. „W końcu”, bo wcześniej czytałam sporo jego tekstów i facebookowych komentarzy – bardzo podoba mi się jego energia i zdroworozsądkowe podejście do rewitalizacji i zasad funkcjonowania miasta.

MUZEA

WP_20160123_18_04_48_Pro

Odwiedziłam przy okazji dwa warszawskie muzea. W Polinie – Muzeum Historii Żydów Polskich – byłam wcześniej jeszcze przed zainstalowaniem wystawy. Treaz prawie trzy godziny nie wystarczyły na dokładne obejrzenie całości i na pewno tam wrócę. Podobało mi się również Muzeum Warszawskiej Pragi z wystawą zaaranżowaną przez 137kilo. Nie wiedziałam nawet, że mieszała przy tym projekcie Charlie Koolhaas. Oprócz obejrzenia samej wystawy warto również zobaczyć konkursowe plansze i grafiki – to prawdziwy majstersztyk w przedstawieniu koncepcji. Mam słabość do makiet i myślę, że nadają się idealnie do prezentacji projektów krajobrazu, przestrzeni publicznych i właśnie wystaw. Uproszczenie, jakie daje model, pozwala na znacznie czytelniejsze wyjaśnienie, jaki jest główny zamysł, ale też na zbudowanie określonej atmosfery wokół projektu, zdecydowanie bardziej trafnie niż nawet najbardziej realistyczne wizualizacje.

MIASTOPROJEKCJE

IKM_MP

Zapowiadałam niedawno, że szykuje się kolejna współpraca z Maksem Bochenkiem. Już dziś zaczynamy nowy cykl spotkań w Instytucie Kultury Miejskiej. Tym razem w ramach serii Miastoprojekcje będziemy opowiadać o budynkach przedstawionych w serii filmów „Świątynie Kultury”. Rozbijamy filmy, oryginalnie złożone z trzech odcinków-budynków, na części prezentujące pojedyncze obiekty. Zaczynamy od Filharmonii Berlińskiej (na zdjęciu na górze), następne w kolejce – Centrum Pompidou.

KANADA

hp

Wspominałam już na Facebooku, że Heneghan Peng wygrało konkurs na Muzeum Kajaków w Kanadzie. Brzmi może mało poważnie (kajaki???), ale będzie się tam mieścić największa na świecie kolekcja kajaków, które stanowią kawał dziedzictwa kulturowego Kanady, w tym osiemnastowieczne eksponaty. Oprócz wystawy w muzeum zostaną zlokalizowane m.in. sale edukacyjne i warsztatowe, a także centrum kajakarstwa. Pracownie z całego świata wysłały prawie sto zgłoszeń, a elementem finałowej selekcji najlepszego projektu była publiczna prezentacja oraz internetowy sondaż – dziękujemy za wszystkie głosy! Nie pracowałam nad projektem konkursowym, ale cieszę się równie mocno, jak autorzy koncepcji. Powstanie budynek, który nie stara się być na siłę ikoną i prawie zniknie w krajobrazie.

A10

Cover-A10-61

A w styczniowo-lutowym numerze A10 pojawił się nasz (mojego osobistego urbanisty i mój) tekst o polskim mieszkalnictwie. Mam nadzieję, że się pojawił, bo nie miałam jeszcze okazji zajrzeć do środka:)

Tyle aktualności. Zamierzam teraz nacieszyć się przerwą w zajęciach na uczelni i zbierać siły na kolejny semestr. Znów będzie się działo – o tym wkrótce:) A gdyby jednak producenci papy termozgrzewalnej zdecydowali się na umieszczenie reklamy na moim blogu, obiecuję, że przemyślę nawet instagram!

[Fot. Monika Arczyńska, A10, designboom, IKM]

 

Tłusty 2015

2015_01.jpg

To był dla mnie wyjątkowo ‚tłusty’ zawodowo rok. Zresztą nie tylko dla mnie – większość znajomych była tak zawalona pracą (i to coraz ciekawszymi zleceniami), że żartowaliśmy na temat siedmiu chudych lat, które na szczęście minęły od kryzysu 2008 roku. Jeśli pasma sukcesów i porażek faktycznie zmieniają się w takich interwałach czasowych, to do końca 2021 będzie dobrze.

Zamiast wyliczania najważniejszych wydarzeń minionego roku, postanowiłam posumować, w jakie sfery działania były dla mnie najważniejsze i najbardziej przełomowe. Kiedy myślę o 2015 roku, na myśl przychodzą mi jednak przede wszystkim wcale nie projekty, ale ludzie, z którymi miałam okazję współpracować, dyskutować i wzajemnie się wspierać w architektonicznych kwestiach. Stąd i na zdjęciach pojawia się wyjątkowo mało budynków:)

GADANIE

Miałam tyle okazji, żeby je poćwiczyć publiczne prezentacje, że w końcu czuję się dość swobodnie podczas wykładów i debat. Bywało ekstremalnie i przyznaję, że cztery godziny  gadania pod rząd to spore wyzwanie. Wybrałam się nawet na warsztaty emisji głosu i mam już przygotowany korek od wina, bo podobno mówienie z korkiem w ustach poprawia artykulację. Muszę jednak głównie popracować nad oddechem, bo kiedy zaczynam opowiadać o achitekturze, tak się nakręcam, że zapominam o nabieraniu powietrza do płuc.

PROJEKTOWANIE

Po raz pierwszy w życiu miałam więcej projektów na budowie niż na papierze. Co prawda większość roku minęła pod hasłem ‚Centrum Sztuki Współczesnej w Moskwie’, które jeszcze nie wyszło poza fazę projektową, ale moje główne równoległe zadanie to opieka nad realizacją Wielkiego Muzeum Egipskiego. Razem to około 150 tysięcy metrów kwadratowych muzeów:) Od czasu do czasu wspieram też zespół w zmaganiach z Galerią Narodową w Dublinie. Przed świętami cieszyłam się jak dzieciak oglądając już zrealizowane części kompleksu, które projektowałam kilka lat temu i bałam się wówczas, że przez kryzys wszytskie pomysły na zawsze trafią do szuflady. Muzeum Palestyny już jest wykańczane – otwarcie odbędzie się już 15 maja i mam nadzieję, że uda mi się tam wybrać, bo to jeden z tych projektów, w które włożyliśmy nie tylko wiele pracy, ale i serca, zdając sobie sprawę ze znaczenia tej instytucji.

UCZENIE

Kolejne przełomy. Zaczęło się od fantastycznych projektów przygotowanych przez studentów Gospodarki Przestrzennej na Politechnice Gdańskiej – właśnie pracujemy nad tym samym urbanistyczno-ekonomicznym zadaniem z kolejną grupą i znów widać szybkie postępy. Później Architektour, gdzie udało się z sukcesem przetestować horyzontalną współpracę między uczestnikami warsztatów – studentami a tutorem. To doświadczenie przełożyło się na późniejsze najbardziej niesamowite dotychczas uczelniane współdziałanie – projekt rewitalizacji Starego Polesia w Łodzi. Do teraz nie wierzę, że udało się tego dokonać w tak krótkim czasie!

2015 to także pierwszy współprowadzony dyplom (Daria, gratulacje!). W kolejce następne i mam nadzieję, że wkrótce uzyskam uprawnienia do samodzielnego prowadzenia dyplomów. A już w styczniu poprowadzę zajęcia na podyplomowych studiach miejskich Miasta i Metropolie w Instytucie Badań Przestrzeni Publicznej w Warszawie.

PODRÓŻOWANIE

Oprócz kilku europejskich wyjazdów nareszcie nadrobiłam krajowe zaległości. Rok temu planowałam odwiedzenie polskich miast, w których nigdy bądź bardzo dawno nie byłam. Udało się i ‚zaliczyłam’ m.in. Katowice, Radom, Poznań, Krakow i Lublin. W Warszawie niestety tylko robię sobie zaległości – tyle powstało nowych budynków, a ja krążę z reguły wyłącznie między dworcem a lotniskiem. Szczecin jeszcze musi poczekać, ale może to lepiej, bo przynajmniej zobaczę nie tylko Filharmonię, ale i ‚Przełomy’ Roberta Koniecznego. Trzeba mieć w końcu jakiś plan na 2016, prawda?

WSPÓŁPRACOWANIE

Nie przyznawałam się wcześniej, bo planowałam premierę z pompą (nie wyszło z braku czasu), ale jesienią założyłam działalność. Dostałam pierwsze własne zlecenia (o tym później, ale zdradzę tylko, że chodzi o pewne muzeum), a plan jest taki, żeby rozwijać współpracę z moim osobistym urbanistą. Wiem, że inne pary niekoniecznie lubią współpracować, ale my tak świetnie uzupełniamy się zawodowo, że szkoda byłoby tego nie wykorzystać. A poza tym to oznacza więcej czasu spędzonego razem:)

Z Menthol Architects co prawda nie udało nam się w tym roku nic wspólnie zaprojektować, ale obserwujemy uważnie konkursy i mam nadzieję, że wkrótce znów zabierzemy się za coś nowego. Zawsze służymy sobie pomocą przez Skype. Zapowiada się również dalsza współpraca z Maksem Bochenkiem. Za nami pierwszy cykl wykładów w Instytucie Kultury Miejskiej w Gdańsku i wygląda na to, że to nie ostatnia okazja do publicznych dyskusji o architekturze i sztuce. Okazało się również, że nasz wykonany wspólnie z moim osobistym urbanistą projekt pawilonu polskiego na tegoroczne Biennale Architektury dostał się do pierwszej trójki. Kolejny konkurs dopiero w 2017, ale może pomyślimy o innej wystawie?

BLOGOWANIE

Z regularnością pisania trochę ostatnio gorzej, ale za to SIX LETTER CITY coraz bardziej przekłada się na ‚real’. Poznaję nie tylko czytelników, ale i innych architektonicznych i architektonicznych blogerów. Na przykład z Kasią z Krainy Deszczowców kolejny raz przegadałyśmy kilka godzin w dublińskim pubie. Na razie spośród archiblogerów poznałam tylko Roberta Skitka (ach, co to była za impreza!) i chłopaków z Archifunbloga. A że z Kasią Antończyk – Architekt na szpilkach – nie miałyśmy jeszcze okazji umówić się na kawę, to już w ogóle karygodne. Kasia, w styczniu? Mogę podjechać do Sopotu:) Pani Dyrektor? AWX2? Nie wybieracie się może nad morze?

Życzę wyjątkowo tłustego 2016:)

 [Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz, Lila Krzycka]

Schrony, neony i nocne architektów rozmowy

mackow

Miałam do pozałatwiania kilka spraw we Wrocławiu, a ponieważ akurat w ten weekend mój osobisty urbanista miał tam prezentację w związku z nowym Studium, też wskoczyłam do pociągu. A pociągi na trasie Trójmiasto-Wrocław wymiatają, proszę Państwa. Są prawie jak pendolino i ‚prawie’ nie robi tu wielkiej różnicy. Jadąc w wygodnym, bezprzedziałowym wagonie dowcipkowaliśmy sobie na temat Polski w ruinie. W ruinie chyba są dawne stereotypy, bo rzeczywistość z czystymi toaletami z ciepłą wodą nie bardzo pasuje do lansowanej przez Sami-Wiecie-Kogo wizji. Z powrotem pierwszy raz w życiu jechałam nocnym i podoba mi się to rozwiązanie – stukot pociągu doskonale usypia, a wdrapywanie się na górne miejsce przypomina studenckie czasy i piętrowe łóżka w akademiku Gdyby jeszcze tylko leżanki były kilka centymetrów dłuższe!

Na spotkaniu odnośnie Studium wynudziłam się jak mops. Nie nadaję się do sluchania takich rzeczy. Wiem, to było spotkanie głównie dla mieszkańców, a nie specjalistów, ale kiedy kolejny prelegent zaczynał cytować Gehla, uciekłam, żeby zobaczyć w sąsiedztwie nową realizację pracowni Maćków. Nie chcę być złośliwa, ale… „Życie między budynkami” ma już 44 lata. Tłumaczenie na angielski – 28. To troche niepokojące, że taki klasyk musiał pojawić się w polskiej wersji, żeby w końcu odkryły go rzesze architektów i urbanistów…

Komin

Za to u Maćkowa, jak zwykle zresztą, jest całkiem kulturalnie. Może biurowiec przy Kurkowej mnie nie zachwycił, ale mieszkaniówka obok – całkiem, całkiem. Gdybym miała taki taras z widokiem na wodę, pewnie wpadłabym w alkoholizm od sączenia wina przy każdej mozliwej okazji. Popstrykałam zdjęcia, żeby pokazać studentom, którzy właśnie walczą z tematem śródmiejskiego kwartału, skalę otwartego z jednej strony dziedzińca, który na Kurkowej miał jakieś 15 metrów szerokości (na pierwszym zdjęciu). Na tyle dużo, żeby spełnić minimalne wymogi dotyczące doświetlenia mieszkań i na tyle mało, aby słońcem cieszyć się przez chwilę, za to dobrze poznać zwyczaje sąsiadów z naprzeciwka.

mackow 03

Główny architektoniczny cel wyjazdu stanowiły jednak nie neony, nie Studium ani nawet nie przejażdżka sypialnią na szynach, a Muzeum Współczesne Wrocław (MWW). Muzeum jest zlokalizowane w schronie przeciwlotniczym z czasów drugiej wojny – intrygującym walcu na Placu Strzegomskim. Adaptację za naprawdę niewielkie pieniądze przeprowadzili architekci z VROA i CH+. To niby tymczasowa siedziba Muzeum – w 2008 pracownia Mirosława Nizio wygrała konkurs na nowy, przeogromny budynek, który miałby stanąć przy Muzeum Architektury- ale szczerze mówiąc wątpię, czy coś z tego wyjdzie. Gotowy już jest przecież równie olbrzymi oddział sztuki współczesnej Muzeum Narodowego w Pawilonie Czterech Kopuł Poelziga, przy Hali Ludowej. Podobno adaptacja wyszła fatalnie (przede wszystkim przyciężkawe przeszklenie dziedzińca), ale nie zamierzam wydawać żadnych opinii, zanim nie zobaczę go na własne oczy.

O tymczasowej siedzibie MWW jak najbardziej mogę się już wypowiedzieć. Widziałam wcześniej mnóstwo zdjęć tego obiektu, przestudiowałam rysunki, poczytałam sporo o samym procesie realizacji. Wiedziałam więc, że jest klaustrofobicznie, ale nie zdawałam sobie sprawy, że aż tak bardzo. Architekci zrobili wszystko, żeby wpuścić tam troche ‚powietrza’, ale założenie schronu jest takie, że ma przecież chronić grubymi murami i stropami. Trudno go sperforować i z przyczyn technicznych (w niektórych miejscach widać ślady po przebijaniu się przez gruby żelbet) i dlatego, że pozbawiony masywności schron straciłby dużo ze swojego charakteru. Brak światła dziennego wprowadza w bardzo depresyjny nastrój i szczerze współczuję pracownikom, którzy siedzą przez cały dzień w tej betonowej puszce. Za to z kawiarni i tarasu na dachu rozpościerają się kapitalne widoki i na pewno wrócę tam na kawę podczas następnej wizyty we Wroclawiu. Na wystawę może już niekoniecznie, bo oglądanie sztuki w wąskich, bębnowatych przestrzeniach to wyjątkowo męczące zajęcie. Jest ciasno, naprawdę. Niewiele brakowało, a pstrykając zdjęcia strąciłabym ze ściany obraz. W tych trudnych przestrzeniach nawet da się w miarę sensownie zaaranżować kameralną wystawę, ale nie każde cylindrowate muzeum sztuki dorównuje nowojorskiemu Muzeum Guggenheima…

MWW

O szczegóły projektu miałam okazję podpytać projektantów, bo w sobotę na odpaleniu nowych neonów na Ruskiej pojawiło się mnóstwo wrocławskich architektów. I VROA, i Kameleonlab i oczywiście ulubieni Menthol Architects. Oprócz architektów pojawił się też problem, który uznaję za nierozwiązywalny: jak w sobotnią noc, w takim towarzystwie, nie rozmawiać o pracy???

[Fot. Monika Arczyńska]

Zbyt ambitnie?

IMG_9380

Coś mi w tym roku nie zagrało na Gdynia Design Days. Chyba nie rozumiem do końca koncepcji tej imprezy. Przede wszystkim wydaje mi się zbyt długa – obejmowała dwa weekendy – i przeładowana. Zaproszono mnóstwo interesujących gości, ale wydarzenia okazały  tak rozrzucone czasowo, że trudno było ustawić sensowny program. Większość wystaw i warsztatów miała miejsce w Pomorskim Parku Naukowo-Technologicznym (PPNT), ale część odbywała się w śródmieściu. W dodatku zakres tematyczny okazał się przeogromny. Brakowało mocnego motywu przewodniego, który posklejałby w całość ten koktajl wykładów, wystaw i warsztatów. Niby było hasło i to rybacko-nadmorskie („Sieci”), ale zostały w nie złapane i krzesła, i przestrzeń publiczna, i młodzi projektanci, i jakość zamieszkania, i dyplomy z gdańskiej ASP…

Dla porównania: na łódzki festiwal designu, który również trwa nieco ponad tydzień, zjeżdża się cała Polska. To wydarzenie, na którym po prostu trzeba być, chociaż nie da się ukryć, że z większości polskich miast łatwiej tam dojechać niż do Gdyni. Co chwilę trafia się na znajomych, co chwilę idzie z kimś na kawę albo drinka. Towarzysko-networkingowy (oho, ale poleciałam korponowomową:) aspekt festiwalu jest równie ważny, jak same jego wydarzenia. A w Gdyni, jak to latem w mieście nadmorskim, konkurencyjnych atrakcji  jest aż nadto. Jeśli przygrzeje słońce, plaża wygrywa z wystawami. Jeśli trwa Open’er, jak w pierwszy weekend Design Days, trudno po całonocnych szaleństwach wytrzymać na wykładach. Na dodatek pierwszy weekend okazał się zbyt upalny, drugi zbyt pochmurny. I jak tu się poświęcić designowi w takich okolicznościach przyrody?

A może nagle po prostu zrobiło się zbyt ambitnie? Gdzieś zniknęła świeżość dawnych Dni. Pierwotna formuła, znacznie mniej rozbudowanego festiwalu z wystawą w kontenerach i kontenerowym barem przy Teatrze Muzycznym, bliżej plaży i śródmieścia, pozwalała na bardziej spontaniczne uczestniczenie w imprezie.  Może po prostu wakacyjny festiwal w nadmorskim mieście powinien przyjąć lżejszą formułę? Najdłuższa sofa świata (na zdjęciu powyżej) w słoneczny weekend była obsadzona zwiedzającymi. Przez „Terminal Designu” na Placu Kaszubskim w centrum miasta, gdzie jak rok temu zaaranżowano warsztaty, ksiegarnię i bar, przewijało się mnóstwo osób. Przypuszczam, że hitem były warsztaty dla dzieci – może to najmłodsi mogliby stać się główną grupą docelową Design Days?

Póki co odliczam czas do października – spotykamy się w Łodzi!

01

[Jedna z ciekawszych wystaw w PPNT – „Dom. Osiedle. Mieszkanie – przestrzeń życia Polaków na osiedlach mieszkaniowych”]

03

[Część wystawy głównej „Sieci”, chociaż może tytuł powinien brzmieć „Pustki”]

06

[Jeden z nasympatyczniejszych obiektów na wystawie „Sieci”, czyli system wymiany sąsiedzkiej. Jak się okazało po bliższym przestudiowaniu opisu, to projekt Mikołaja Smoleńskiego, autora Polegiwacza]

13

[Gdynia Design Days to także konferencje i wykłady. Na zdjęciu Ela Petruk z Bęc Zmiany i Joanna Piaścik, autorka ‚Reflexu’, zwycięskiego projektu ubiegłorocznego konkursu BMW Urban Transforms]

09

[Przedstawiciele PoCoTo, czyli trójmiejskiego Dream Teamu projektowego. Wcześniej działalność kieleckiego Instytutu Designu prezentowali  Dominika Janicka i Michał Gdak, z którym poznaliśmy się kiedyś na wspomnianym festiwalu w Łodzi. Świat jest mały, a branżowy półświatek jeszcze mniejszy]

11

12

[Wystawa projektów studia Rygalik w Muzeum Miasta Gdyni – tu zdecydowanie warto wpaść, a ja już się nie mogę doczekać Rygalikowej imprezy na festiwalu designu w… Łodzi]

[fot. Monika Arczyńska]

Tzw. „aktywny wypoczynek”

plakat architektour_bez sti_DRUK_CMYK

Takie urlopy to ja rozumiem. Jedni jeżdżą na narty, drudzy na żagle, a ci walnięci na punkcie architektury jeżdżą oglądać nowe realizacje albo wpadają na warsztaty projektowe. Kiedy kilka miesięcy temu otrzymałam zaproszenie do wzięcia udziału w Architektour najpierw jęknęłam z rozpaczy, że to aż tydzień urlopu, ale ostatecznie doszłam do wniosku, że nie mogę sobie wciąż odmawiać tych architektonicznych odpowiedników stoków i jachtów. Przyznaję, że ostatecznie przekonały mnie trzy kwestie. Przede wszystkim to, co słyszałam o poprzednich edycjach – świetnie zorganizowane, z kapitalnymi wydarzeniami towarzyszącymi, z grupą zakręconych na punkcie projektowania studentów z całej Polski. Działo się tyle, że nie jestem w stanie wymienić tu wszystkich wydarzeń towarzyszących, a z planów zwiedzenia Książa czy Sokołowska nic nie wyszło. Hotel Sudety widziałam tylko z taksówki.

Drugi czynnik to prowadzący. W tym roku wśród tutorów znaleźli się między innymi HS99, Centrala, Kuba Woźniczka, Dariusz Śmiechowski i WWAA (Natalia i Marcin przyjechali z synami i przyznaję, że zamiast o projekty podpytywałam głównie o to, jak organizacyjnie radzą sobie z pogodzeniem obowiązków rodzinnych i prowadzeniem biura jednocześnie). Przyjemnie było znaleźć się w takim towarzystwie i posłuchać, co w tutejszej trawie piszczy, bo z uwagi na pracę cały czas czuję się nieco wyrzucona poza kategorię „polska architektura”.

A_WWAA

[WWAA czyli „2,5 tutora”]

Trzeci czynnik to lokalizacja. Nigdy wcześniej nie byłam w Wałbrzychu, a słyszałam tyle niezbyt pochlebnych opinii o tym mieście, że postanowiłam zobaczyć na własne oczy czy to prawda. I jak to Tischner mówił „są trzy rodzaje prawdy: świento prawda, tys prawda i gówno prawda” €- w przypadku Wałbrzycha to zdecydowanie ta trzecia. Tam jest po prostu przepięknie! Miasto jest położone w dolinach, otoczone górami, wszędzie widać mnóstwo zieleni, a poza tym powala fantastycznie zachowana architektura z czasów, kiedy życie tętniło i pod ziemią, w kopalniach, i w mieście. Najbardziej zachwyciło mnie Nowe Miasto, jedna z dzielnic mieszkaniowych z sielankowymi skwerami. Obecnie wyjątkowo sielankowymi, bo na południu Polski drzewa są właśnie obsypane kwiatami.

A_Rynek

A_Walbrzych

Ale największe i najbardziej pozytywne warsztatowe zaskoczenie to… studenci. Tak ogarniętych, zdolnych, pracowitych, a jednocześnie sympatycznych osób w takiej liczbie (około setki!), kompletnie się nie spodziewałam. Oczekiwałam raczej typowych warsztatowych problemów -€“ rozłażenia się zamiast pracy, cynicznego kwestionowania wszystkich decyzji bądź zbyt dużej liczby liderów przepychających swoje pomysły. Nic takiego nie miało miejsca, przynajmniej nie w grupie, z którą miałam przyjemność pracować. A grupa trafiła mi się absolutnie wspaniała: czternaście fantastycznych osób z różnych części Polski, w tym dwoje  moich byłych studentów z Gdańska. To były moje pierwsze warsztaty i przyznaję, że miałam lekkie obawy, jak to wszystko będzie wyglądało. Po pierwszej dyskusji może jeszcze nie panikowałam, za to przestraszyłam się, jak wyrobimy się czasowo, bo po kilku godzinach dyskusji o zadanym obszarze nie doszliśmy do żadnych konkretnych wniosków. Szybko okazało się jednak, że niecałe cztery popołudnia wystarczyły, aby wymyślić koncepcję, ustalić rozwiązania przestrzenne i program, zrobić makietę oraz – to wypadło szczególnie dobrze – przygotować prezentację. Podczas semestralnego projektu, jaki zwykle prowadzę, jest czas, żeby nauczyć się nowych umiejętności. W warsztatach chodzi przede wszystkim o pracę w grupie, a ponieważ czasu jest mało, trzeba jak najefektywniej wykorzystać to, co każdy w grupie już potrafi. Zaczęliśmy od przedstawienia się -€“ każdy opowiadał nie tylko o sobie i własnych zainteresowaniach, ale także o mocnych stronach. Okazało się, że skład sprawdził się idealnie, bo mieliśmy i osoby zainteresowane głównie projektowaniem w skali architektonicznej, studentów o zacięciu urbanistycznym, społecznym, ale także specjalistów od makiet i animacji. Podział obowiązków okazał tak doskonały, że nikt ani przez chwilę nie kręcił się bezczynnie, a cały projekt udało się przeprowadzić bez paniki, że zaraz skończy się czas. Ostatniej nocy wszyscy spali po kilka godzin, chociaż baliśmy się zarwania nocy. Pod koniec studenci żartowali, że chyba powinni założyć biuro, bo tak im się dobrze razem pracuje. Mogłabym taką pracownię prowadzić:) Obyło się bez zbędnych animozji, nikt się na nikogo nie obraził, nikt nie trzaskał drzwiami, za to czuło się, że wszyscy grają w jednej drużynie. Ostatniego dnia każdy w zespole miał tak precyzyjnie ustalony zakres pracy, że w pewnej chwili usłyszałam żartem, że… grupa już mnie nie potrzebuje. O to właśnie chodziło! W ciągu zaledwie kilku dni ekipie udało się przygotować konsekwentny, mocno osadzony w wałbrzyskich realiach projekt, a do tego przedstawić go w kapitalnej prezentacji (można ją zobaczyć tutaj, a wkrótce wystawa projektów będzie prezentowana na wydziałach architektury). Po ostatecznych przeglądach mnóstwo osób przyszło z gratulacjami i wszyscy czuliśmy, że udało się odwalić kawał dobrej roboty. Jestem z Was bardzo, bardzo dumna!

A_Ekipa przy pizzy

[Grupa 6 przy pizzy…]

A_Ekipa przy pracy

[…i przy pracy]

Przy okazji wydarzyła się dość komiczna sytuacja. W wałbrzyskiej edycji Architektour te same tematy były opracowywane przez dwa zespoły. Naszą lokalizacją, starą winiarnią w okolicach wałbrzyskiego rynku, zajmowała się równolegle grupa prowadzona przez WWAA. Proszę sobie wyobrazić nasze zaskoczenie, kiedy wpadając ostatniego dnia rano na „konkurencję” pstrykającą zdjęcia makiety odkryliśmy, że… oba projekty są prawie identyczne. Zarówno w ogólnych założeniach wykorzystujących spadki terenu, jak i w takich szczegółach, jak pozostawienie tej samej ściany ruin winiarni i dodanie mniejszych kubatur. Ba, powtarzała się nawet większość użytych w makiecie materiałów! Studenci najpierw zaczęli podejrzewać jakieś szpiegowskie praktyki, ale rzecz jasna nic takiego nie miało miejsca. Za to zaskoczona tym zbiegiem okoliczności grupa dodatkowo zmobilizowała się, żeby czytelnie przedstawić, skąd wzięła się koncepcja i dlaczego ostateczny przestrzenny efekt jest taki, a nie inny. Wyszło fantastycznie. Okazało się, że punkty wyjścia dla obu projektów były całkowicie odmienne i ostatecznie doszliśmy wspólnie od wniosku, że obie koncepcje można by zintegrować w jedną.

A_Prezentacje

A_WWAA_projekt

[Znajdź różnice:)]

Oczywiście oprócz intensywnej pracy był czas na dyskusje przy winie -€“ i z innymi tutorami, i ze studentami. Te drugie były szczególnie ważne, także dla mnie. Nie dość, że entuzjazm studentów jest zaraźliwy, to podyskutowaliśmy sobie przy okazji o edukacji architektonicznej. Ostatniego dnia po prezentacjach spadło kompletnie ciśnienie i gdzieś zniknał podział student-prowadzący. Poza tym miło było usłyszeć, że najgorszy moment warsztatów to powrót.

I wiecie co? Po tych wałbrzyskich doświadczeniach już się nie martwię o przyszłość polskiej architektury.

PS Ten warszawsko-radomsko-wrocławsko-wałbrzyski tydzień miał swoją chorzowsko-katowicką kontynuację w weekend. Ale o tym wkrótce, żeby nikogo nie zamęczać zbyt długimi postami, tym bardziej, że w kolejce czekają jeszcze kopenhaskie. Kolejna cudowna klęska urodzaju!

[Fot. Monika Arczyńska]

Szpilki muszą się zmieścić

szpilki_male_B

Ależ intensywna ta wiosna! Wszystko nagle przyspieszyło i tak zajęta, jak teraz, nie byłam chyba nigdy. Na szczęście w międzyczasie udało mi się naszkicować parę tekstów o Kopenhadze, więc już wkrótce pojawią się wpisy o tym, jak się „żyje między budynkami” i jak się mieszka u Bjarke Ingelsa.

Ten i kolejny tydzień również jest wypełniony co do godziny. Zaczęło się wczoraj od wykładu w Europejskim Centrum Solidarności inaugurującym cykl Stacja-Transformacja, przygotowany przez Fundację Alternativa. Opowiadałam o muzeach –  konkursach architektonicznych i projektowaniu (także o takich aspektach jak ochrona przed pożarem i kradzieżą – jako pomoc naukowa posłużył fragment „Afery Thomasa Crowna”, w której Pierce Brosnan spektakularnie zwraca skradziony wcześniej własnoręcznie obraz). Jutro zaraz po zajęciach na Politechnice wsiadam do pendolino i pędzę do Warszawy na galę rozdania nagród w konkursie „Życie w Architekturze”. Zobaczymy na ile skutecznie trzymałam kciuki za ulubione projekty:)

Z Warszawy zmykam do Radomia, gdzie udało mi sie umówić na obejrzenie Mazowieckiego Centrum Sztuki Współczesnej „Elektrownia”, o którym będę pisać do nowej publikacji Międzynarodowego Centrum Kultury i „Architektury-Murator”. Potem znów wsiadam do pociągu, tym razem do Wrocławia, żeby odwiedzić Lilę i Rafała z Menthol Architects, a przy okazji wpaść na MIASTOmovie. Oraz obejrzeć kilka nowych budynków, rzecz jasna. Weekendowy wyjazd bez oglądania architektury to nie weekendowy wyjazd:)

Z Wrocławia już niedaleko do Wałbrzycha, gdzie przez cały tydzień będę tutorem na warsztatach Architektour. Zapowiada się naprawdę kapitalnie – wśród prowadzących są również WWAA, Centrala i HS99, a z wykładami wpadną m.in. Ewa Porębska i Marcin Szczelina, Mirosław Nizio i Filip Springer. Nie mogę się doczekać!

W drodze powrotnej z kolei planuję zatrzymać się w Katowicach. Nie wiem, czy wystarczy mi czasu na zobaczenie wszystkich NOSPR-ów, MCK-ów, Muzeów Śląskich i CINiBA-ów, ale zapakuję trampki, żeby móc biegać. Oczywiście znów nie wiem, jak się spakować. Wiem jedno: szpilki na galę muszą się zmieścić!

Miasto mężczyzn

wyklad_02

Już po Budmie i po wykładzie. Przyszło ponad sto osób – mam nadzieję, że chociaż jedną z nich udało mi się przekonać, że właśnie teraz następuje moment, w którym polska architektura przestaje odstawać od zachodniej. Na widowni pojawiło się kilka znajomych twarzy, m.in. przyszli się przywitać Piotr Loska i Rafał Bełoniak prowadzący Archifunblog. Znaliśmy się wcześniej z blogosfery, a tym razem udało nam się chwilę pogadać bez pośrednictwa klawiatury. Lubię ich czytać, a jeszcze większą sympatią darzę ich kapitalne, odręczne rysunki.

 archifunblog_Rafał Bełoniak

[Rafał z Archifunbloga – rozpoznaliśmy się dzięki ustalonym wcześniej hasłom:)]

Po wykładzie miałam kilka godzin, żeby pozwiedzać Budmę. Targi są ogromne i jest na nich chyba wszystko,  o czym w budownictwie można sobie w ogóle pomyśleć. Przyznaję – z braku czasu zdążyłam dosłownie przebiec przez hale wystawowe, zgarnęłam tylko kilka folderów, ale to wystarczyło, żeby mniej więcej zorientować się w wystawianych materiałach. Interesowały mnie głównie świetliki Fakro do płaskich dachów, których reklamy widziałam wcześniej w branżowej prasie (nie wiem, ile kosztują, ale coś czuję, że to będzie hit). Oprócz wielkich producentów wystawiały się także mniejsze firmy o tak swojskich nazwach jak „Kow-Kot”. Ale największe wrażenie zrobiła na mnie wystawa ciężkiego sprzętu (jakie wielkie traktory!) i maszyn produkcyjnych. Przy jednej z nich utknęłam na dobre – maszyna robiła WSZYSTKO. Cięła i gięła profile okienne, łączyła elementy, przerzucała gotowe produkty – stałam jak zahipnotyzowana i nie wierzyłam własnym oczom. Jedną halę poświęcono drewnu – pięknie tam pachniało, a prezentowano m.in. szalone przykłady giętego drewna. Równolegle odbywał się kilkudniowy panel poświęcony budownictwu pasywnemu (wpadłam tylko na chwilę, ale wiem, że studenci z gdańskiej Polibudy jechali tam w ramach jednego z przedmiotów obieralnych). Rozstrzygnięto też kilka konkursów architektonicznych, m.in. kolejną edycję Domu Dostępnego. 

bdma

[Takich hal jest wiele…]

miasto mezczyzn_01

[Jedna z maszyn, które „robią wszystko”]

drewno

[Nieco przegięte drewo gięte]

Kow-Kot

[Kow-Kot niekwestionowanym zwycięzcą w plebiscycie na najbardziej swojską nazwę]

Budma ma podobno swój nieoficjalny harmonogram. Pierwszego dnia dopiero rozstawia się stoiska, jest mnóstwo stresu i pracy, więc wszyscy grzecznie wracają do swoich hoteli, żeby zbierać siły przed kolejnym dniem. Następny wieczór to punkt kulminacyjny – spotkanie starych znajomych I sporo drinków integracyjnych. Trafiłam na Budmę dzień po takim wieczorze i było widać, że dominuje krok powolny, wzrok mętny, a oddech nieświeży. Wśród różnorodności języków (dużo niemieckiego) czy kolorów skóry wystawców i zwiedzających, jedna cecha łączyła ich wszystkich: 90, a może nawet 95 procent to mężczyźni. Różni – od młodszych, pewnie studentów, przez tych w średnim wieku, najczęściej w granatowych garniturach (dlaczego akurat granatowych?), tzw. „repów” czyli przedstawicieli sprzedaży, po typowych panów budowlańców w kraciastych koszulach. Wąsów naliczyłam stosunkowo niewiele. Ten zdecydowany nadmiar facetów działał bardzo dziwnie i gdyby Felliniemu, zamiast „Miasta kobiet”, przyszło do głowy nakręcenie „Miasta mężczyzn”, to targi budowlane z ich parującą testosteronem atmosferą stanowiłyby idealną scenerię. Nie wiem, co mi strzeliło do głowy, żeby założyć mini i obcasy, ale nigdy, przenigdy, nawet w żadnej Hiszpanii czy Włoszech, nie czułam się tak ostentacyjnie taksowana, przy czym żadna ze mnie Miss Polonia, a osiemnaście lat skończyłam dawno temu. Najpierw mnie to śmieszyło, potem irytowało, a na koniec przestało w ogóle ruszać, ale współczuję hostessom, które w tym męskim tłumie musiały zasuwać na szpilkach i w obcisłych kieckach. Jeśli w Polsce dachówki i kaloryfery reklamuje się zdjęciami biuściastych blondynek, proszę sobie wyobrazić żywy odpowiednik takich reklam na targach budowlanych. Podobno pierwszego dnia pojawiły się również mocno roznegliżowane hostessy, które z żalem skarżyły się, że „one naprawdę nie przyjechały tu szukać męża”. Męża, akurat! Panowie ewidentnie byli spragnieni przygód na wyjeździe służbowym. Nie przyglądałam się, żeby nie zdradzać jakiegokolwiek ewentualnego zainteresowania, ale przypuszczam, że na wielu palcach błyszczały ślady po pospiesznie zdjętych obrączkach. Oczywiście po Budmowych godzinach szczytu, bo podczas prezentacji I rozmów ze zwiedzającymi obrączki sa obowiązkowe – stateczny mąż, głowa rodziny, wzbudza większe zaufanie potencjalnych klientów. Kiedy zwiedzający znikają, bo ile w końcu można łazić wśród desek podłogowych i farb, alkohol zaczyna lać się strumieniami, panowie w granatowych garniturach rozluźniają się coraz bardziej  i pozwalają sobie nawet na bezpośrednie zaczepki. Jeśli z żadną hostess, studentek architektury czy pań inżynier budownictwa nie uda się na samych targach, zawsze można próbować jeszcze w knajpach i w hotelach, bo cały Poznań jest zdominowany przez ludzi z branży i staje się prawdziwym miastem mężczyzn.

Następnym razem jadę męskim przebraniu…

miasto mezczyzn_02

[To właśnie typowe Budmowe proporcje między liczbą kobiet i mężczyzn]

rynna

[Niektóre hostessy miały sporo szczęścia w kwestii ubrań – bez golizny]

[fot. Anna Żmijewska, Monika Arczyńska]

Tour de Pologne

tour

Na wiosnę zapowiada mi się prawdziwe Tour de Pologne. Świetnie się składa, bo pojeżdżenie po Polsce było jednym z moich noworocznych postanowień. Start w Łodzi, już za tydzień – będziemy oprowadzać studentów, bo właśnie Łódź (a dokładnie Stare Polesie) wzięliśmy na tapetę w tym semestrze. W grupie jest kilkoro zagranicznych studentów – ciekawe, jakie analogiczne przykłady shrinking cities przytoczą ze swoich krajów.

Tydzień po Łodzi czas na poznańską Budmę. Będę reprezentować „Architekturę-Murator” i mówić o konkursach na najlepsze realizacje ostatnich lat. Temat na czasie, bo dokładnie w tym samym momencie jury będzie obradować nad „Życiem w architekturze”, a niedługo później zostaną ogłoszone wyniki konkursu im. Miesa van der Rohe. Jak mnie cieszy szczecińska Filharmonia w finale!  Szkoda, że w najbliższym czasie nie zahaczę o Szczecin, bo bardzo chciałabym ją w końcu zobaczyć. Niby Szczecin to też wybrzeże i podróż z Gdańska nie powinna być zbyt kłopotliwa, ale akurat ten fragment Polski jest lekko zapomniany transportowo. Nie dość, że nie jeżdżą tam żadne pendolino ani polskie busy, to nawet poczciwe TLK i Regio suną po szynach wyjątkowo rzadko i powoli. Do Poznania można dostać się znacznie łatwiej z każdego zakątka kraju i jeśli wybieracie się  na Budmę – zapraszam na wykład. Co prawda równolegle będą się odbywać II Mistrzostwa Polski w montażu wykładzin, ale na godzinę chyba można się z nich urwać:)

W Poznaniu zostanę na cały weekend, bo odbywa się wówczas również MIASTO-SZTUKA, ogólnopolska interdyscyplinarna konferencja naukowa poświęcona sztuce  w kontekście miejskim. Tam będę z kolei opowiadać o muzeach sztuki współczesnej – bardzo aktualny dla mnie temat, biorąc pod uwagę moskiewski projekt. Co prawda myślałam, że jeśli poprodukuję się jeszcze naukowo, to bardziej w temacie mieszkalnictwa, ale jak widać doświadczenie projektowe wzięło górę nad akademickim. Trochę nasiedziałam  się nad muzeami przez ostatnie lata i proszę trzymać kciuki za następne, bo ekipa w Heneghan Peng złożyła niedawno projekt na konkurs na Muzeum Ruchu Oporu w Kopenhadze. Już dawno żadna koncepcja biura nie wydawała mi się aż tak konsekwentna, ale kciuki jednak będą potrzebne, bo wśród konkurentów są m.in. BIG i Henning Larsen.

Również w temacie sztuki i architektury, w tym także o muzeach sztuki, będą zapowiadane już wcześniej dyskusje z Maksem Bochenkiem w Instytucie Kultury Miejskiej. Okazało się, że startujemy wcale nie jesienią, ale już w kwietniu. Dokładnie pierwszego i to wcale nie jest żart primaaprilisowy. Przekażę więcej szczegółów, kiedy tylko pojawią się ulotki i zapowiedzi spotkań. Tam już żadne pendolino nie jest potrzebne, ale chyba zdecyduję się na tramwaj lub SKM, a nie rower, bo coś czuję, że dyskusje będą kontynuowane w którymś z barów na Głównym Mieście. Na tę nieformalną część także zapraszam!

Ale to nie wszystko, bo otrzymałam zaproszenie do poprowadzenia tegorocznych warsztatów Architektour, które odbędą się pod koniec kwietnia w Wałbrzychu. Cieszę się, bo po pierwsze słyszałam dużo dobrego o ubiegłorocznej elbląskiej edycji, a po drugie nigdy nie byłam w Wałbrzychu. To miasto, pomimo opinii delikatnie mówiąc niezbyt pięknego, kojarzy mi się całkiem pozytywnie, bo to tam rozgrywała się akcja „Sztuczek” Andrzeja Jakimowskiego, a ja też lubię czasem pozaklinać rzeczywistość. Po trzecie – zahaczę po drodze o Wrocław, a tam mieszkają Menthol Architekci i Paweł Wojdylak z Wydziału Rewitalizacji, który może tym razem pokaże mi Nadodrze – ostatnio łaziliśmy po Przedmieściu Oławskim. W tajemnicy zdradzę, że być może Menthol Architekci też pojadą na Architektour – namawiam ich bardzo intensywnie.

Czeka mnie więc trochę czasu na walizkach. Muszę przyznać, że poczułam się ostatnio nieco zignorowana w tym temacie. W lutym wszystkie blogerki modowe dostały od pewnej niemieckiej firmy na ‚B….’ zestaw suszarek podróżnych, żeby móc się nienagannie prezentować na feszyn łikach. Ba, niektóre nawet dostały kilka kompletów i organizują na swoich blogach konkursy. A ja to na Budmę mam niby pojechać z rozwianym włosem? Do Instytutu jak strach na wróble? Ostatecznie minisuszarkę kupiłam sobie sama, ale na firmę ‚B….’ pozostanę obrażona, mimo że i mikser, i blender, i nawet młynek do kawy mam właśnie od tego producenta.

Olewaniu blogerek architektonicznych mówimy zdecydowane nie!

Reklamy
%d blogerów lubi to: