Monthly Archives: Lipiec 2015

Telepraca

tele2

Na Six Letter City przeważają ostatnio lżejsze, wakacyjne tematy, ale ponieważ do ewentualnego urlopu (jeśli w ogóle będę go miała w tym roku) jeszcze sporo czasu, pozwolę sobie na parę słów o pracy.

Wiele osób pyta, jak się pracuje na odległość. Najczęściej spotykam się z komentarzami: „Aha, dostajesz zadanie, wykonujesz w domu i odsyłasz z powrotem, tak?”. Nie, nie tak. Pracuję na identycznych zasadach jak pozostali pracownicy biura. Zresztą nie tylko ja, lecz także kilka innych osób pracujących w różnych punktach Europy, np. w naszym berlińskim oddziale, zorganizowanym w przestrzeni coworkingowej na Kreuzbergu. Telepraca wymaga dyscypliny i to nie tylko ode mnie, ale również od całego zespołu. Nieformalne uzgadnianie projektu między biurkami czy poprawianie wydrukowanych rysunków ołówkiem nie sprawdza się na odległość. Wszystko musi być archiwizowane i zapisywane cyfrowo, aby każdy mógł w dowolnym momencie sprawdzić co, kiedy i z kim ustalono. Siłą rzeczy najczęściej pracuję nad projektami spoza Irlandii, bo lokalne inwestycje opierają się jednak na  spotkaniach twarzą w twarz, w których nie mogłabym regularnie uczestniczyć. Obecnie skaczę wirtualnie między Kairem a Moskwą, od czasu do czasu zahaczając o Zachodni Brzeg w Palestynie. Jeśli trzeba koniecznie z kimś się spotkać lub pojechać na budowę, wsiadam w samolot i tyle. I tak większość projektów mamy poza Irlandią, więc podróży służbowych nie da się uniknąć.

Brak elastycznych godzin pracy wymaga sporego kombinowania, zwłaszcza, jeśli usiłuję pogodzić projektowanie z dodatkowymi zajęciami, np. uczeniem na Politechnice i Uniwersytecie. Przyjemnie jest zagadać się ze studentami o projektach i jeśli akurat mam zajęcia przed pracą, żal mi zawsze, że muszę natychmiast uciekać. Obowiązują mnie prawie takie same godziny jak architektów w Dublinie. Prawie, bo uwagi na różnicę czasu między Polską a Irlandią, zaczynam godzinę wcześniej niż ekipa w siedzibie głównej, w innym razie kończyłabym pracę późnym wieczorem (i tak często tak kończę, bo wiadomo, ile się pracuje w tym zawodzie). Ta pierwsza godzina to spokój  bez telefonów i maili, kiedy jestem w stanie najwięcej zrobić. Za to rano mogę wstać dwie sekundy przed dziewiątą, bo pracownię mam w domu. Przerwa lanczowa pokrywa się z dublińską, żebyśmy nie rozmijali się z zespołem.

Telepracy nie da się zorganizować bez odpowiednich technologii. Mam bezpośrednie połączenie z dublińskim serwerem, oprogramowanie przyspieszające wymianę danych oraz wpięty do internetu telefon, za pośrednictwem kórego łączę się z biurem tak samo, jakbym siedziała w pokoju obok – wybieram tylko numery wewnętrzne. Często korzystam też ze skype’a i przez wiele godzin dziennie siedzę ze słuchawkami na uszach, jakbym pracowała w call centre. Na szczęście nie używam kamery internetowej, dzięki czemu mogę siedzieć cały dzień w piżamie. Podczas spotkań z biurem i branżystami używamy oprogramowania do telekonferencji, które umożliwia wszystkim uczestnikom szkicowanie na ekranie. Wszystko działa sprawnie, brakuje mi jednak nieco bezpośredniego kontaktu z ludźmi – zarówno kuchennych plotek, jak i wyjść do pubu. Życie towarzyskie trudno załatwiać przez telefon i kiedy w piątki zaczyna się mailowe ustalanie, dokąd zaraz wszyscy wyskoczą na guinessa, zielenieję z zazdrości. Rzecz jasna w szmaragdowym irlandzkim odcieniu zieleni.

A historia najlepiej obrazująca gospodarcze relacje i rynek pracy w Unii, to rodowód mojego domowego-biurowego komputera. Kiedy w Irlandii rozszalał się kryzys, DELL postanowił przenieść montownie komputerów z Limeryku do Łodzi. Świetnie dla Łodzi, ale kiepsko dla Limeryku, gdzie pracę straciło mnóstwo osób i to w bardzo trudnym dla Irlandczyków okresie. Ale co ma z tym wspólnego mój komputer? Został złożony już w polskiej fabryce, po czym pojechał do Irlandii tylko po to, aby go tam kupiono i taką nówkę nieśmiganą wysłano z powrotem do Polski. Eh, ten globalny kapitalizm…

 [fot. Monika Arczyńska]

Reklamy

Wyprawa przez przerośnięte kalafiory

Kol01

Bez względu na miłość do współczesnej architektury, czasem trzeba przypomnieć sobie o dawnej. Tak w sumie jest ze wszystkim – jeśli na co dzień słucha się Kanye Westa, od czasu do czasu warto wrócić do Schuberta. Jeśli nie można żyć bez Sasnala, nie zaszkodzi pooglądanie Michała Anioła. Jeśli Zaha i tylko Zaha, zwiedzenie romańskiego kościoła przypomni, że w architekturze, muzyce i sztuce wszystko już było. Teraz tylko wyciągamy wymyślone niegdyś formy z wielkiego wora, udając, że wsadzenie ich w nowe opakowania to tworzenie czegoś nowego. Akurat. To dlatego lubię czasem wrócić do Giedionowskiej „Przestrzeni, czasu i architektury”, żeby kolejny raz utwierdzić się w przekonaniu, że kopiowanie i reinterpretacja to całkowicie normalny proceder w projektowaniu.

Tak samo jak Giedion działa oglądanie historycznej architektury, więc w ten upalny weekend, który spędzałam w Łodzi, chociaż z uwagi na temperaturę wolałabym w kajaku, postanowiliśmy z moim osobistym urbanistą podskoczyć do Tumu pod Łęczycą i zwiedzić kolegiatę. Nie mogę sobie przypomnieć, czy już ją kiedyś widziałam. Rodzice* twierdzą, że zahaczyliśmy o Łęczycę podczas jednej z naszych wypraw w Polskę wiele lat temu, ale ja pamiętam tylko opowieści o diable Borucie, które opowiadaliśmy sobie przejeżdżając przez miasteczko naszym granatowym polonezem. Tym razem nie było ani poloneza, ani żadnego innego auta, bo akurat wszyscy nasi zmotoryzowani znajomi mieli inne plany, więc (jak zwykle zresztą) użyliśmy transportu publicznego. Jak stuprocentowi turyści odwiedziliśmy punkt informacji przy rynku, upewniliśmy się, że położona za miastem kolegiata jest tego dnia otwarta do 18:00, dzięki czemu mieliśmy jeszcze czas na obejrzenie zamku i wystawy figurek diabłów. Boruta nas nie postraszył, ale zaintrygował diabeł o wdzięcznym i dźwięcznym imieniu Srala, który w bardzo nieprzyzwoitym geście podwijał spódnicę wyraźnie zadowolonej dziewoi. Po zamku lody w jednej z łęczyckich lodziarni – jest ich tam tak dużo, zwłaszcza w zestawieniu z jednym, jedynym miejscem, gdzie można napić się piwa, że poczuliśmy się jak w kraju arabskim. A może to tylko przykrywki i na zapleczu są salony masażu albo punkty sprzedaży dopalaczy? Nieważne. Ruszyliśmy do kolegiaty najkrótszą drogą, którą pokazał nam GPS, czyli przez pola żyta, kukurydzy i wyraźnie przerośniętych kalafiorów. Kolegiata stoi praktycznie w szczerym polu i to zbliżanie się było bardzo ekscytujące – rosła, rosła, aż w końcu stanęliśmy tuż pod nią, uderzeni jej ogromem. Ogromem w skali polskiego romanizmu, oczywiście.

kol04

Kolegiata jest… współcześnie prosta. Idealna w proporcjach i „skończona” – mam wrażenie, że jedna mniej albo jedna więcej apsyda zaburzyłaby tę idealną formę. Można by się na niej uczyć geometrii wykreślnej i przenikania brył. Do tego te materiały – Zumthor nie powstydziłby się tych surowych kamiennych powierzchni i subtelnego detalu. Ale żeby w pełni docenić klasę budynku, należy wejść do środka, żeby postudiować proporcje wnętrza. A tu niespodzianka: zamknięta na kłódkę krata i powieszona na tablicy karteczka, że akurat tego dnia zwiedzanie jest możliwe wyjątkowo do 14:00. Inni wkurzeni turyści popędzili na plebanię, ale bardzo zajęty proboszcz był nieubłagany. Co nam zostało? Popatrzenie na fragment wnętrza, gdzie nawet nie było widać empory, na dodatek z boku, więc nie dało się zobaczyć ani wnętrz apsyd, ani – najważniejsze – proporcji naw! Na ogół jestem w miarę cierpliwa, ale akurat w to lato, pewnie z powodu nadmiernego przepracowania przez ostatnie pół roku, jakoś nadzwyczaj często puszczają mi nerwy. Tu też puściły i jako komentarz do tej karygodnej sytuacji padło mnóstwo brzydkich słów („przecież to jest, k…., najważniejszy fragment dziedzictwa zbudowanego w tej, k…, części kraju!”, to jest, k…, nie do pomyślenia!”, jak tak można, k…, traktować ludzi, którzy tu, k…, specjalnie przyjechali, żeby podziwiać ten, k…, genialny romanizm?, „tak trudny był, k…, jeden telefon z informacją do informacji turystycznej, k…?”). Ale jakimś dziwnym trafem w podobnych sytuacjach zawsze udaje mi się to, co sobie wymyśliłam. Kiedy tak stałam przy kracie, testując, czy być może jeden z naszych kluczy przypadkiem nie pasuje do kłódki, pojawił się nagle pan z właściwym zestawem, żeby coś zabrać z zakrystii i na chwilę wpuścił nas do środka.

A tam już „o, k…” poleciało z czystego zachwytu…

kol03

*Rodzice z kolei postawili w ten weekend na architekturę najnowszą i pojechali do Szczecina obejrzeć Filharmonię. Punkt dla nich, ja jeszcze nie byłam! Czy muszę dodawać, że rodzice nie mają absolutnie nic wspólnego z architekturą (oprócz  dziecka, oczywiście)? Podobno na zwiedzanie wybrało się oprócz nich ok. 150 osób – chyba dzięki nagrodzie Miesa zaczyna się u nas rozwijać prawdziwa turystyka architektoniczna. Albo raczej „współczesnoarchitektoniczna”.

[Fot. Monika Arczyńska/Łukasz Pancewicz]

Zbyt ambitnie?

IMG_9380

Coś mi w tym roku nie zagrało na Gdynia Design Days. Chyba nie rozumiem do końca koncepcji tej imprezy. Przede wszystkim wydaje mi się zbyt długa – obejmowała dwa weekendy – i przeładowana. Zaproszono mnóstwo interesujących gości, ale wydarzenia okazały  tak rozrzucone czasowo, że trudno było ustawić sensowny program. Większość wystaw i warsztatów miała miejsce w Pomorskim Parku Naukowo-Technologicznym (PPNT), ale część odbywała się w śródmieściu. W dodatku zakres tematyczny okazał się przeogromny. Brakowało mocnego motywu przewodniego, który posklejałby w całość ten koktajl wykładów, wystaw i warsztatów. Niby było hasło i to rybacko-nadmorskie („Sieci”), ale zostały w nie złapane i krzesła, i przestrzeń publiczna, i młodzi projektanci, i jakość zamieszkania, i dyplomy z gdańskiej ASP…

Dla porównania: na łódzki festiwal designu, który również trwa nieco ponad tydzień, zjeżdża się cała Polska. To wydarzenie, na którym po prostu trzeba być, chociaż nie da się ukryć, że z większości polskich miast łatwiej tam dojechać niż do Gdyni. Co chwilę trafia się na znajomych, co chwilę idzie z kimś na kawę albo drinka. Towarzysko-networkingowy (oho, ale poleciałam korponowomową:) aspekt festiwalu jest równie ważny, jak same jego wydarzenia. A w Gdyni, jak to latem w mieście nadmorskim, konkurencyjnych atrakcji  jest aż nadto. Jeśli przygrzeje słońce, plaża wygrywa z wystawami. Jeśli trwa Open’er, jak w pierwszy weekend Design Days, trudno po całonocnych szaleństwach wytrzymać na wykładach. Na dodatek pierwszy weekend okazał się zbyt upalny, drugi zbyt pochmurny. I jak tu się poświęcić designowi w takich okolicznościach przyrody?

A może nagle po prostu zrobiło się zbyt ambitnie? Gdzieś zniknęła świeżość dawnych Dni. Pierwotna formuła, znacznie mniej rozbudowanego festiwalu z wystawą w kontenerach i kontenerowym barem przy Teatrze Muzycznym, bliżej plaży i śródmieścia, pozwalała na bardziej spontaniczne uczestniczenie w imprezie.  Może po prostu wakacyjny festiwal w nadmorskim mieście powinien przyjąć lżejszą formułę? Najdłuższa sofa świata (na zdjęciu powyżej) w słoneczny weekend była obsadzona zwiedzającymi. Przez „Terminal Designu” na Placu Kaszubskim w centrum miasta, gdzie jak rok temu zaaranżowano warsztaty, ksiegarnię i bar, przewijało się mnóstwo osób. Przypuszczam, że hitem były warsztaty dla dzieci – może to najmłodsi mogliby stać się główną grupą docelową Design Days?

Póki co odliczam czas do października – spotykamy się w Łodzi!

01

[Jedna z ciekawszych wystaw w PPNT – „Dom. Osiedle. Mieszkanie – przestrzeń życia Polaków na osiedlach mieszkaniowych”]

03

[Część wystawy głównej „Sieci”, chociaż może tytuł powinien brzmieć „Pustki”]

06

[Jeden z nasympatyczniejszych obiektów na wystawie „Sieci”, czyli system wymiany sąsiedzkiej. Jak się okazało po bliższym przestudiowaniu opisu, to projekt Mikołaja Smoleńskiego, autora Polegiwacza]

13

[Gdynia Design Days to także konferencje i wykłady. Na zdjęciu Ela Petruk z Bęc Zmiany i Joanna Piaścik, autorka ‚Reflexu’, zwycięskiego projektu ubiegłorocznego konkursu BMW Urban Transforms]

09

[Przedstawiciele PoCoTo, czyli trójmiejskiego Dream Teamu projektowego. Wcześniej działalność kieleckiego Instytutu Designu prezentowali  Dominika Janicka i Michał Gdak, z którym poznaliśmy się kiedyś na wspomnianym festiwalu w Łodzi. Świat jest mały, a branżowy półświatek jeszcze mniejszy]

11

12

[Wystawa projektów studia Rygalik w Muzeum Miasta Gdyni – tu zdecydowanie warto wpaść, a ja już się nie mogę doczekać Rygalikowej imprezy na festiwalu designu w… Łodzi]

[fot. Monika Arczyńska]

Architektura plażowa

Mam wrażenie, że cała „branża” wylądowała w ubiegły weekend w Trójmieście. Albo na Open’er, albo na Gdynia Design Days, albo po prostu po to, aby oderwać się od AutoCADa i dzięki bryzie oraz zimnemu piwku na plaży przetrwać te straszne upały. Na „gazeta.pl” pojawił się przewodnik po Trójmieście autorstwa Filipa Springera – jeśli i on wpadł nad morze w ten właśnie weekend, to bardzo go podziwiam. Wędrowanie  przez blokowiska, powojenny modernizm i nowe realizacje w taką pogodę musiało być wyzwaniem nawet dla największych architektonicznych twardzieli.

Na koncertach nie byłam, Design Days to temat dość smutny, chociaż postaram się co nieco o nich napisać, a zwiedzanie Muzeum Emigracji przełożyłam na bliżej nieokreśloną, lecz chłodniejszą przyszłość. Za to na plaży bywałam ostatnio praktycznie codziennie. Ale jako twardzielka prawie równa pod tym względem Filipowi S. rozglądałam się uważnie na prawo i lewo, bo architektury tam całe mnóstwo. I wcale nie mam na myśli kompozycji parawanowo-ręcznikowych ani tymczasowej zabudowy plażowych barów, lecz zamki i rzeźby z piasku. Kiedy spacerowałam tuż przed zachodem słońca, plażowiczów grzębiących w piachu już nie było, więc nie jestem w stanie ocenić autorstwa tych piaskowych form. Zakładam, że większość wykonały dzieci, ale gdzieniegdzie można domyślić się sprawnej ręki rodziców. Oto najbardziej popularne typologie:

1. Nad samym brzegiem, z fosą, do której wpływa i wypływa woda przy każdym ruchu fal. Pełne – puste. Pełne – puste. Trochę jak z tą baryłeczką po miodzie i pękniętym balonikiem, które Kłapouchy dostał na urodziny od Puchatka i Prosiaczka. Pełne – puste…

02

2. Organiczna forma, system obronny, ale proszę zwrócić uwagę na lokalny ornament z mewich piór:

03

3. Po A.A.Milne pora na J.R.R. Tolkiena (czy wszyscy angielscy pisarze mieli takie złożone inicjały?). Oto dwie wieże. Zwieńczenia ponownie z piór:

WP_20150702_19_41_34_Pro

4. Masada jak w mordę strzelił:

04

5. Bardzo geometrycznie, z nawiązaniami do historycznych zamków. Jest fosa, ale sucha. Pewnie mieszał przy tym zamku jakiś podeskcytowany tatuś przy głośnym aplauzie swojej latorośli. Intrygują mnie te regularne formy zaraz za wałem obronnym:

06

6. Blobowo. Zwracam uwagę, że poniższa forma posiada uśmiech, oczy i rzęsy i może trudno ją w pierwszym momencie uznać za architekturę, ale widzę tu duże wpływy Grega Lynna:

07

Mam wrażenie, że można by z tego napisać porządną pracę magisterską. „Rzeźba dziecięca z piasku jako podstawa diagnozy terapeutycznej”. „Archetypowe formy architektoniczne w twórczości plażowej” „Organiczne kontra geometryczne – czynniki determinujące formę spontanicznych działań rzeźbiarskich”. „Gender a systemy obronne: fortyfikacje jako motyw przewodni rzeźb plażowych chłopców i dziewcząt”. „Okrągłe czy kwadratowe – preferencje użytkowników chińskich foremek do piasku”. Ale to wszystko wykracza daleko poza naszą dziedzinę, a ponadto wszystkim zapracowanym architektom przyda się przede wszystkim porządny odpoczynek na plaży. Z odrobiną relaksacyjnego stawiania zamków z piasku oczywiście.

[fot. Monika Arczyńska]

Reklamy
%d blogerów lubi to: