Monthly Archives: Grudzień 2014

Samych małych problemów

???????????????????????????????

To jedna z  najdziwniejszych podróży, jaką kiedykolwiek odbyłam. Przez arabskie suki i nowoczesne centra handlowe, meczety, synagogi i chrześcijańskie bazyliki w biblijnych lokalizacjach. Przez rzymskie obozy, centra biznesowe z wieżowcami i obstawione żołnierzami przejścia graniczne. Przez plażę nad Morzem Martwym z naczelnym strażnikiem parku narodowego, który wziął nas na stopa do Jerozolimy, ale bocznymi drogami, bo szukał przy okazji beduińskich psów polujących na dzikie zwierzęta. Nigdy nie jadłam tak pysznych deserów i nigdy nie widziałam tylu karabinów maszynowych. Kolacją wigilijną poczęstowała mnie w swoim domu palestyńska rodzina, a sylwestra spędzam w Tel Avivie, którego śródmieście przypomina mi Manhattan, tylko w bardziej imprezowej wersji (poza tym Manhattan nie ma plaży ani morza, w którym można się kąpać nawet zimą – dziś termometr wskazywał 22 stopnie). Mam tyle do opowiadania, że kilka następnych tekstów na SIX LETTER CITY będzie dotyczyć kolejnych punktów tej podróży. Ich różnorodność będzie pewnie sprawiać wrażenie, że nie przemieszczałam się w jednym regionie, ale pomiędzy różnymi planetami. W sumie biorąc pod uwagę bliskość pustyni, architekturę oraz religijne atrybuty w wyglądzie mieszkańców czasem można się tu poczuć jak na planie „Gwiezdnych Wojen”.

Co prawda w Izraelu nie obchodzi się oficjalnie Nowego Roku (nowy rok 5776 zacznie się dopiero we wrześniu), w Tel Avivie każda okazja jest dobra do zabawy, więc wyskoczę za chwilę, żeby wypić za zdrowie i pomyślność na kolejne dwanaście miesięcy. Wam życzę przede wszystkim, aby w 2015 roku wszystkie problemy miały rangę tego, z którym właśnie muszę się zmierzyć. A problem mam poważny: nie wzięłam kostiumu kąpielowego!

 [fot. Monika Arczyńska]

Reklamy

„Last 24 hours”

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Kasia Tusk na swoim blogu regularnie publikuje ‚last month’ czyli opis tego, co się u niej działo w ostatnim miesiącu. Z reguły mało tam treści, ale dużo morza, kawy na wynos i nowych ubrań. A ja dziś podzielę się moim ‚last 24 hours’, które nie były może najbardziej „architektoniczną” dobą mojego życia, ale zdecydowanie należały do najdziwniejszych 24 godzin tego roku. Też będzie morze i kawa na wynos oraz ubrania, ale nie nowe, za to wrzucane do walizki w bardzo stresujących okolicznościach.

Sobota trochę za bardzo się udała. Na tyle bardzo, że zamiast wrócić do domu o przyzwoitej godzinie i spakować się na wyjazd do Dublina, zostałam na paru drinkach więcej niż planowałam, bo przecież wylot miał być dopiero w niedzielę, chwilę po południu. Mnóstwo czasu, żeby zjeść spokojnie śniadanie, wysłać kilka zaległych maili, spakować się na wyjazd i grzecznie podjechać autobusem na lotnisko. O szóstej obudziłam się w doskonałym nastroju, bo śniło mi się, że jestem w Rzymie i w jakiejś idiotycznej loterii wygrywam wypasiony nowy model samochodu. Chyba fiata, ale fiaty raczej nie są luksusowe, prawda? Sen był jednak tak realistyczny, że zaraz po przebudzeniu zaczęłam planować, co sobie kupię za pieniądze ze sprzedaży nagrody, bo przecież przy całej swojej niechęci do samochodów pozbyłabym się jej czym prędzej. A to tylko sen… Zasnęłam ponownie, a potem obudziłam się z lekkim bólem głowy (to ta sobota) i zabrałam się za zaplanowane śniadanie i maile. Pakowanie postanowiłam zacząć od sprawdzenia, o której dokładnie mam lot i… okazało się, że pomyliłam godzinę odlotu z przylotem. Przez dłuższą chwilę z niedowierzaniem patrzyłam to na zegarek, to na kartę pokładową i kiedy w końcu zrozumiałam, że mam dokładnie 45 minut, żeby się spakować, dotrzeć na lotnisko i przejść przez kontrolę bezpieczeństwa, poczułam się jakbym właśnie dostała zastrzyk adrenaliny. Zamówiłam taksówkę („Oj, nie ma teraz żadnych wolnych, ale jak się pani tak spieszy, to zobaczę, co się da zrobić”), w pięć minut wrzuciłam rzeczy do walizki (poskładam w taksówce), powyłączałam wszystkie wtyczki z gniazdek i sprawdziłam zawory wody i gazu (to takie natręctwo),  wsiadłam do taksówki prosząc kierowcę o tempo błyskawicy (i tak wszyscy na drodze go wyprzedzali), ale udało się! Okazało się, że zapomniałam tylko szczotki do włosów i książki, którą planowałam dokończyć w samolocie:)

A Dublin przywitał mnie przepięknie. Na lotnisku czekali przyjaciele z kubkiem gorącej kawy na wynos. Kiedy przejeżdzaliśmy przez miasto, na niebie pojawiła się tęcza – nie żartuję! W Dun Laoghaire, jednej z najsympatyczniejszych nadmorskich dzielnic Dublina, czekał zrewitalizowany park z niedzielnym targiem i nową restauracją. W ulubionym miejscu z widokiem na morze, które od dwóch sezonów stało puste, właśnie otwarto nową knajpę i rozdawano powitalne drinki. Jedyny zgrzyt tego idealnego dnia to nowy budynek biblioteki projektu Carr Cotter and Naessens. Braliśmy nawet z biurem udział w konkursie na ten obiekt kilka lat temu i pamiętam, że zwycięska koncepcja już wtedy była dyskusyjna. Ten bydlak jest po prostu za wysoki! Brutalnie dominuje nad otoczeniem, gdzie wśród cukierkowych domów znajduje się co prawda kilka sporych nowych apartamentowców i nawet centrum handlowe, ale tworzą zwarte kubatury i nie drażnią tak mocno, jak ten przyciężkawy kloc nadwieszający się nad trasą spacerową z widokiem na morze. Na dodatek dookoła znajdują się bardzo „studencki” projekt krajobrazu. Pisząc „studencki” mam na myśli, że czasem, przy braku mocnego pomysłu na zagospodarowanie terenu, studenci zaczynają go szatkować i wypełniać poszczególne pola innymi materiałami – tu damy basen z wodą, tu postawimy latarnie, tam będzie rosła trawa,  a zaraz obok posadzone w regularny wzór krzewy. To banalna strategia na zapełnienie białych plam w projekcie i dokładnie tak wygląda otoczenie biblioteki. Nie udało mi się co prawda wejść do środka (niedziela), ale nie sądzę, aby wnętrza zrekompensowały to, co zobaczyłam na zewnątrz. Szkoda. Wcale nie dziwią mnie krytyczne słowa mieszkańców, nie wspominając już o tym, że podczas budowy zaczęły pękać ściany sąsiednich historycznych budynków.

W Dublinie spędzę najbliższych kilka dni. Potem tylko szybko przepakuję się na świąteczny wyjazd (tym razem dokładnie sprawdzę godzinę wylotu i mam też nadzieję, że pendolino zawiezie mnie na czas do Warszawy). Nie będę już miała czasu na pisanie, więc już dziś życzę Wam fantastycznych świąt i Nowego Roku! I niech realizacje 2015 roku będą bardziej udane niż ta nieszczęsna biblioteka:)

[fot. Monika Arczyńska]

Sezamie, otwórz się!

P1010101

Panie Holl, z okazji urodzin życzę Panu tyle lat w dobrym zdrowiu, ile jest okienek w Simmons Hall!

Przyznam się przy okazji, chociaż wstyd mi strasznie z tego powodu, że przez kilka miesięcy mieszkałam obok tego budynku i mijałam go przynajmniej dwa razy dziennie, ale nigdy nie udało mi się wejść do środka. A przecież wszystko, co najciekawsze oprócz tych podziurawionych kwadratami elewacji to właśnie środek z dziwnymi „płucami” czy raczej „przetchlinkami” wcinającymi się nieregularnie do wnętrza. Pomimo sporych przeszkleń na parterze nie można ich jednak zobaczyć z ulicy, a wejścia strzegły czytniki kart, kamery i alarmy. Planowałam, że kiedyś pogadam z którymś z wchodzących tam studentów, powiem, że jestem architektem i bardzo chciałabym wejść do budynku, żeby sobie popatrzeć, ale mijał tydzień za tygodniem i nigdy tego nie zrobiłam. Chyba bałam się, że zostanę potraktowana jak potencjalna terrorystka.

Przy okazji tej historii przypomniała mi się zaskakująca skuteczność w dostawaniu się w różne niedostępne miejsca na hasło „Jestem studentką architektury i bardzo chciałabym wejść do tego budynku”. To prawie jak „Sezamie, otwórz się!” – ten tekst otwierał drzwi zarówno do zamkniętych na cztery spusty kościółków na odludziu, niedostępnych dla zwiedzających instytucji czy działających fabryk. Gdybym posiadała atrybuty zmiękczające serca dozorców, na przykład długie blond włosy, wiedziałabym, skąd ta skuteczność (inne atrybuty trochę strach eksponować, jeśli zaraz ma się wejść do niedostępnego budynku z jakimś obcym cieciem). Dziś  wszędzie spacerują ochroniarze, a żeby wejść do jakiejkolwiek fabryki, trzeba by się pewnie zaanonsować z dużym wyprzedzeniem, załatwić stos pozwoleń, przejść szkolenie bhp i założyć strój ochronny. A przecież nie zapomnę spontanicznej wizyty w łódzkiej przędzalni, tej z „Ziemi obiecanej”, w której teraz znajdują się lofty „U Scheiblera”. Podczas warsztatów OSSA, tak odległych czasowo, że wstydzę się podać rok, wybraliśmy się tam ze znajomymi i chyba tak zaskoczyliśmy dozorcę swoją prośbą, że wpuścił nas do środka. A tam inny świat: stukot wielkich maszyn, kilometry przędzy i unoszące się wszędzie puchate obłoki pochodzących z niej włókien. Cieszę się, że mogłam zobaczyć tę przemysłową Łódź, bo lofty wydają się w porównaniu z nią zupełnie martwe. Cieszę się też z wielu innych miejsc, które udało mi się w ten sposób zwiedzić, bo był to jeden z ważniejszych elementów mojej architektonicznej edukacji. Taki Neufert na żywo – przegląd budynków o różnych funkcjach i formach, a także zajrzenie do ich bebechów. O najdziwniejszej wizycie napiszę kiedyś osobny post, bo zarówno budynek, jak i cała historia o tym, w jaki sposób udało mi się do niego wejść, są niesamowite. Do teraz chętnie wybieram się na różne nietypowe „drzwi otwarte” bez względu na to, czy są to drzwi na zaplecze teatru, elektrociepłownia czy zamknięta na co dzień loża masońska. Pewnie nie będę nigdy projektować loży ani elektrociepłowni, ale odwiedzanie takich miejsc pozwala później w niestandardowy sposób spojrzeć na rozwiązywane problemy projektowe. Obrazy, dźwięki i sposób organizacji przestrzeni zostają gdzieś w głowie i wracają, często nieświadomie, jako inspiracja. Polecam!

A na następnych zajęciach zapytam studentów czy hasło otwierające wszystkie drzwi nadal działa.

[fot. Monika Arczyńska]

Wigilia na budowie

granada

Zaczynam rozumieć, dlaczego w sklepach Boże Narodzenie zaczęło się jeszcze przed Halloween. Początkowo mnie to zdziwiło, bo wszystkie marcepaniki, bombeczki i choineczki komicznie kontrastowały z wampiryczno-krwawymi gadżetami, ale chyba odkryłam sens tej strategii. To nie z myślą o zysku sklepów, ale z troski o nas, klientów!  Czy może być coś bardziej wkurzającego niż zakupy przed samymi świętami? Szukanie prezentów na ostatnią chwilę, karpie, śledzie, makowce – przecież to horror, z którym Halloween nie może się równać.  A przecież można było zacząć już w październiku… Kolejny raz wyjeżdżam na Boże Narodzenie, żeby uniknąć tego całego szaleństwa i po raz kolejny zapominam, że zorganizowanie podróży to też czasochłonne zajęcie. A czasu jest mało, bo pod koniec roku trzeba zawsze zamknąć mnóstwo spraw i jeszcze wpaść do Dublina na biurową imprezę (ale to akurat przyjemność). Ustalanie trasy, noclegi, transport – na szczęście wolę to niż kupowanie prezentów. Przeglądając setną stronę z ofertami hoteli i tak ciągle sobie powtarzam, że przecież mogłam zacząć już w październiku…

Jak już kiedyś pisałam, święta spędzałam dotychczas w różnych miejscach – od Nowego Jorku po Ho Chi Minh. Na wigilię zawsze starałam się zaplanować coś wyjątkowego, co zapamiętam na długo. Najpiękniejsze wspomnienie wiąże się ze zwiedzaniem Alhambry. To był wyjątkowo słoneczny dzień,  na drzewach wisiały owoce, jak na zdjęciu powyżej, wszyscy turyści, których na szczęście było całkiem niewielu, wyglądali na zadowolonych i rozmarzonych. I nie wiem, czy to uroda miejsca, czy magia tego dnia sprawiły, że właśnie Alhambra jako pierwsza przychodzi mi na myśl jako najpiękniejsze miejsce, jakie kiedykolwiek widziałam. Ale bywają również wigilijne wydarzenia, które także będę długo wspominać z uwagi na ich… nietypowość. W Nowym Jorku zaplanowaliśmy spacer po Brooklynie. Zrobiliśmy sobie serię obowiązkowych zdjęć na Moście Brooklińskim (ze wspomnianymi kiedyś Empire State i Chrysler Building w tle), a potem zaczęliśmy ścigać się ze znajomym, który tego dnia miał dwie czy trzy randki, każdą w innej części miasta, żeby dziewczyny się nie spotkały. My też jakoś nie mogliśmy się spotkać, a po kilku godzinach spacerowania byliśmy już tak przemarznięci i głodni, że zaczęliśmy szukać jakiejś przyjemnej kawiarni, żeby się ogrzać, wypić coś ciepłego i poczekać na naszego donżuana. Chociaż spodziewaliśmy się zatrzęsienia tętniących życiem hipsterskich knajp, akurat w tej części miasta nie było otwarte nic oprócz przaśnej hamburgerowni. W tamtą wigilię zamiast karpia i pierogów z kapustą i grzybami skończyło się więc na fast foodzie.

Tym razem również będzie nietypowo, bo w wigilię wyląduję na… budowie. Nie, nie dlatego, że wypadł mi w święta służbowy wyjazd, lecz przypadkiem będę w pobliżu realizowanego właśnie Muzeum Palestyny. Nie planowałam na urlop niczego związanego z pracą, ale ponieważ włożyłam w ten projekt sporo czasu i energii, podskoczę tam w drodze między Jerozolimą a Nablusem, żeby zobaczyć na własne oczy, czy faktycznie wszystko wygląda tak dobrze, jak na zdjęciach. Tak, wiem, w wigilię należałoby raczej odwiedzić Betlejem, ale tam wybierzemy się dopiero po świętach, kiedy tłumy turystów już wyjadą (24 grudnia to podobno i tak tylko umowna data:). Z kolei na Nowy Rok zaplanowaliśmy Tel Aviv i mam w związku z tym pytanie, drodzy czytelnicy. Czy moglibyście mi podpowiedzieć, dokąd warto się wybrać w wymienionych miastach? Rozpisuję właśnie listę architektonicznych must-see i chętnie przyjmę Wasze propozycje. Już niedługo będę więc donosić nie o łódzkim czy gdyńskim modernizmie, ale o Białym Mieście w Tel Avivie. Ale dopiero jak ochłonę po powrocie, bo to podobno bardzo imprezowe miasto!

[fot. Monika Arczyńska]

Reklamy
%d blogerów lubi to: