Monthly Archives: Grudzień 2013

Wesołych!

Dublin01

Na blogu cisza, bo ostatni tydzień spędziłam w Dublinie. Jak zwykle było bardzo intensywnie: praca, za mało snu i za dużo guinnessa, bo nie ma nic przyjemniejszego niż wypad do pubu ze starymi dobrymi przyjaciółmi. W międzyczasie intensywnie ściskałam kciuki za moskiewski konkurs, którego wyniki wczoraj ogłoszono – wygraliśmy! Zadeklarowałam, że w razie zwycięstwa zapiszę się na kurs rosyjskiego, więc chyba nie pozostaje mi nic innego, jak tylko w nowym roku poszukać szkoły językowej.

Pobyt w Dublinie dał mi do myślenia o świątecznej miejskiej scenerii. Mrozu, sopli i śniegowej pierzyny nie da się wszędzie zorganizować z przyczyn czysto geograficznych – zawsze rozbawiają mnie świąteczne zdjęcia z Australii i możliwość spędzania Bożego Narodzenia w bikini na plaży. Ponieważ przerwa świąteczna to świetna okazja, aby wykorzystać urlop na dłuższe wakacje, miałam okazję spędzać Boże Narodzenie w różnych miastach na świecie. Najbardziej bajkowy wydawał mi się Nowy Jork, ale to miasto zawsze jest ekscytujące, więc Boże Narodzenie tylko dodaje kilka motywów znanych wszystkim na pamięć  z komedii romantycznych – lodowiska, światełka, choinki i niesamowite wystawy sklepowe. Nigdy nie byłam we wspomnianej Australii, ale w podobnym klimacie – owszem. Na dodatek w bardzo ważnym momencie, bo kilka lat temu dokładnie 24 grudnia Wietnam zdobył mistrzostwo Azji w piłce nożnej. Po finałowym meczu na ulicach Ho Chi Minh świętowały tysiące ludzi. Takiej eksplozji dumy i szczęścia nie widziałam jeszcze nigdy w miejskiej przestrzeni. Wszyscy wymachiwali flagami i chorągiewkami, więc liczba pięcioramiennych gwiazd na czerwonym tle przypominała archiwalne zdjęcia z Placu Czerwonego – zdecydowanie mało świątecznie, ale jak radośnie! Ciekawe  jest również obserwowanie, które bożonarodzeniowe motywy przejmowane są w krajach, w których większość osób nie obchodzi katolickich świąt. W Ramallah w Palestynie, gdzie wylądowałam rok temu, zdarzają się szopki (to niedaleko od Betlejem), ale na inne dekoracje trafia się raczej w popularnych wśród zachodnich turystów hotelach. W Maroku widać głównie znane z mediów świąteczne akcenty o mocno konsumpcyjnym zabarwieniu. Tańczący w rytm arabskiej muzyki Święty Mikołaj to niezapomniany widok, ale kojarzy się przede wszystkim z reklamami Coca-Coli.

Dublin w święta łączy w sobie to, co najlepsze (oprócz śniegu, ale kto przejmowałby się takim drobiazgiem, zwłaszcza, kiedy na ulicach są już wiosenne kwiaty?). Światełka na Grafton Street, w kształcie kryształowych żyrandoli, wymiatają. Choinka na O’Connell Street jest ogromna, lodowiska i wzorowany na niemieckich jarmark – pełne ludzi. Dom towarowy Brown Thomas, a w tym roku również Avoca (zdjęcie poniżej) mogą śmiało konkurować z Macy’s baśniowością wystaw. To jednak, co dzieje się na dublińskich ulicach przed świętami, najbardziej przypomina mi jednak południe Europy. Nie zapomnę, jak w Granadzie kilka godzin przed kolacją wigilijną ulice i bary nagle zapełniły się ludźmi. Szybkie piwo na ulicy było ostatnią okazją do spotkania z przyjaciółmi przed zarezerwowaną dla rodziny kolacją. Liczebnie dominowali panowie – matki, żony i kochanki najwyraźniej utknęły w kuchni. W Dublinie ta proporcja jest bardziej sprawiedliwa, a puby tak pełne, że bez względu na pogodę trzeba wyjść na zewnątrz. Nieważne, że pada albo że zimno – atmosfera jest rozgrzana, rozmowy głośne, a śmiechu słychać więcej niż zwykle. W tym roku absolutnym hitem stały się Christmas jumpers, czyli paskudne swetry ze świątecznymi motywami (kto pamięta Bridget Jones, wie o czym mowa). Widok tak ubranych irlandzkich dresiarzy – bezcenny. I jak tu nie kochać Dublina? Nawet Ryanair zmiękł przed świętami i nie dość, że skończyło się złośliwe ważenie bagażu podręcznego przed samym wejściem na pokład, to na dodatek można zabrać ze sobą dodatkową małą torbę* bez limitów wagowych, w związku z czym moja wróciła do Gdańska szczelnie wypełniona cheddarem, bekonem i irlandzką whiskey. Czyli Święta będą pod znakiem dobrego jedzenia i odpoczynku, czego i Wam życzę!

Dublin03

*Nie, post nie jest sponsorowany przez Michaela O’Leary.

[fot. Monika Arczyńska]

Reklamy

Zawód: architekt

Już jutro na Politechnice kolejne spotkanie organizowane przez BUA – Brygadę Urbanistyczno-Architektoniczną. Opowiem o tym, jak pracuje się w pierwszoligowym zachodnim biurze, czym różni się praktyka projektowa w Polsce od tej za granicą, do jakich pracowni warto startować i na co należy zwracać uwagę rozsyłając aplikacje. Studenci prosili o „samo mięcho”, więc skupię się na konkretach – mam również nadzieję na dużo pytań od uczestników. O poszukiwaniu własnej zawodowej ścieżki mówi się podczas studiów mało lub wcale, możliwości jest naprawdę wiele, a pierwsze doświadczenia często determinują dalsze wybory. Do zobaczenia o 19:00!

Obrazek

Pochwała babcinych metod

Obrazek
Udało mi się niedawno zrobić wrażenie na pewnym młodym i całkiem przystojnym urbaniście. Niezbyt pozytywne wrażenie – potwornie staroświeckiej osoby. Nie dość, że na zakupy chodzę z wózkiem, to na dodatek używam termoforu. Najpierw zrobiło mi się trochę głupio, ale to urbaniście przydałoby się lekkie uwrażliwienie na kwestie środowiskowe, bo te dwa proste przedmioty mają znaczenie dla energooszczędności w skali zarówno budynku, jak i miasta. Wpisują się idealnie w trend simple living, jak wiele innych babcinych metod.

Do termoforu przekonali mnie znajomi z Dublina. Klimat w Irlandii jest na tyle łagodny, że nie potrzeba tam ani za dużo ochłody latem, ani zbyt wiele ogrzewania zimą. Co nie znaczy, że zimno nie bywa, bo bywa koszmarnie, zwłaszcza w kiepsko izolowanych budynkach – po co je porządnie ocieplać w tak łagodnym klimacie? W starych kamienicach z reguły spotyka się pojedyncze szyby w oknach, ogrzewanie najczęściej jest elektryczne i mało wydajne, więc chłodnymi wieczorami trzeba dogrzewać się inaczej. Sposoby o charakterze erotycznym pozostawiam wyobraźni czytelników, ale pozostałe podstawowe metody są trzy: kominek, whiskey albo termofor. Nie każdy ma kominek, nie każda wątroba wytrzyma codzienne picie, więc pozostaje rozwiązanie najprostsze – gumowa butelka z ciepłą wodą. Bardzo energooszczędnie, bo do jej ogrzania potrzeba zdecydowanie mniej energii niż do ogrzania sypialni.  Do spania i tak najlepsza jest niska temperatura, a kubatura przestrzeni pod kołdrą jest zdecydowanie mniejsza niż całego mieszkania. Z kolei same termofory bardzo się unowocześniły i nie przypominają już śmierdzących gumą płaskich flaków, ale dostępne są wersje w całkiem przyjemnych wełnianych sweterkach.

Wózek to z kolei alternatywa dla samochodu podczas zakupów – pozwala uniknąć dźwigania ciężkich siat, czyli jednego z najczęściej przytaczanych argumentów dla konieczności posiadania auta w mieście. Poza tym prawie połowa Polaków mieszka nie dalej niż kilometr od dyskontu, a niewielu mniej ma w zasięgu spaceru hipermarket, więc narzekanie na wysokie ceny lub ograniczony wybór towarów w lokalnych sklepikach również nie ma sensu. Wózki, podobnie jak termofory, także się zmieniły i chociaż te paskudne i faktycznie mocno babcine, w zieloną lub granatową kratę, nadal są dostępne, można znaleźć mnóstwo kolorowych wersji. Stają się coraz bardziej popularne i potwierdzam, że osoba poniżej osiemdziesiątego roku życia z wózkiem nie wzbudza już w Polsce sensacji. W Barcelonie widziałam w supermarketach specjalne stanowiska do zaparkowania i przypięcia – ten patent przydałby się  wszędzie. Sama używam wózka również do transportowania szkła, ponieważ najbliższe kontenery na odpady do recyklingu znajdują się dość daleko, a butelki sporo ważą. Podkreślam również przewagę tzw. stair climbera z trzema kółeczkami po każdej stronie nad zwyklym dwukołowcem – radzi sobie i ze schodami, i z krawężnikami.

Do Świąt dwa tygodnie – może to niezłe sugestie prezentowe, niekoniecznie dla babci?

[Zdjęcia z Allegro, chociaż może powinnam zrobić sobie zdjęcia z wózkiem oraz termoforem i stać się Kasią Tusk architektonicznego segmentu polskiej blogosfery]

Luźne gatki

Zapraszam dziś (4 grudnia) o 19:45 do gdańskiego LOFTU na drugie spotkanie z serii „Luźne Gatki” organizowane przez dwa koła naukowe naukowe Wydziału Architektury Politechniki Gdańskiej – Brygadę Urbanistyczno-Architektoniczną (BUA) i Lem-ura. Będziemy rozmawiać o studiowaniu w ramach programu Erasmus. Studenci prezentują szkoły i projekty, a mnie przypadła rola komentatora. Zapowiada się spotkanie, po którym stos Erasmusowych aplikacji zdecydowanie urośnie:)

Image

 

Reklamy
%d blogerów lubi to: