Monthly Archives: Listopad 2016

Bilbao

IMG_8305

Archdaily opublikowało wczoraj listę dziwnych przyzwyczajeń architektów. Do wielu się przyznaję, chociaż nie podzielam bezkrytycznej miłości do moleskine’ów i Bjarke Ingelsa. Jednak planowanie takich tras wakacyjnych podróży, aby zahaczyć o konkretne budynki, to coś, co robię zdecydowanie za często. A ponieważ z tęsknoty za słońcem przebijam się właśnie przez zdjęcia z letniego wyjazdu na północ Hiszpanii, przypomniał mi się jeden z głównych punktów podróży. Być w okolicach Bilbao i nie zobaczyć Muzeum Guggenheima to gorzej niż być w Rzymie i nie widzieć papieża. Papież może gdzieś akurat wyjechać, a muzeum od prawie 20 lat cierpliwie stoi, odwiedzane przez miliony ludzi.

Realizacja Gehry’ego zdecydowanie zasługuje na oddzielny post, ale muszę go napisać, kiedy będę w odpowiednio złośliwym nastroju. Ciekawsze wydaje mi się samo miasto, bo to miejsce, o którym przed realizacją falistego muzealnego potwora mało kto słyszał. Dzięki świetnemu marketingowi wyrobiło sobie taką turystyczną markę, że właśnie tam trafiliśmy na największą liczbę obcokrajowców spośród odwiedzanych po drodze miast (oprócz San Sebastian, ale to gracz w innej kategorii). Architektoniczny PR jest cały czas podpompowywany i eksploatowany. Już podczas meldowania się w hotelu dostaliśmy mapkę, na której recepcjonista zaczął zaznaczać największe atrakcje turystyczne. Wymieniał przy tym nazwiska – Gehry, Starck, Calatrava – jakby to było oczywiste, że albo wszyscy doskonale je znają, albo przyjeżdżają specjalnie dla realizacji tych projektantów (nie przyznaliśmy się, że jesteśmy architektami). Najbardziej zaintrygowała nas jednak część Bilbao, którą pan z recepcji energicznie zakreślił, napisał tam wielkimi literami ‚NO GO’ i kategorycznie zabronił nam się tam zapuszczać. Zapytaliśmy, czy to jakaś bardzo niebezpieczna dzielnica, z której nie wyjdziemy żywcem – trochę się zmieszał, bo jednak wizerunkowo mordownia nie pasowałaby do odpicowanego obrazu Bilbao. Mruknął pod nosem, że nie, że po prostu „trochę tam brudno i raczej nie mamy tam czego szukać”. Już wiedzieliśmy, od której dzielnicy zaczniemy zwiedzanie!

Okolice ulicy San Francisco faktycznie odbiegały nieco czystością od pozostałych części śródmieścia. W pobliżu znajduje się dworzec kolejowy, więc wcale mnie to nie zaskoczyło – to często najbardziej szemrane dzielnice w miastach. W zaniedbanych miejscach niskie czynsze przyciągają imigrantów i niebieskie ptaki. To bardzo wygodna lokalizacja – blisko centrum, z usługami w parterach i sklepików z egzotycznym jedzeniem. No dobra, momentami byłam jedyną kobietą na ulicy i to już zdecydowanie nie było komfortowe uczucie. Kontrast z odpicowanym centrum tuż po drugiej stronie rzeki był dość szokujący, ale najbardziej zaskoczyła mnie osmoza pomiędzy tymi dwoma światami. Rzeka stanowi barierę, która w jedną stronę przepuszcza turystów, w drugą – grupki żebraków lub młodzież popijającą procenty w wypieszczonej przestrzeni publicznej. Nie trzeba być szczególnie wrażliwym na wizualne niuanse, aby jednoznacznie określić, kto przynależy do którego z tych światów. Pomiędzy nimi śmigała jednak spora grupa mieszkańców Bilbao, którzy w obu miejscach czuli się jak u siebie, spajając to symboliczne rozdarcie.

Ale w sumie nie dla takich miejsc przyjechaliśmy do Bilbao. Ruszyliśmy oglądać  Centrum Azkuna (dawniej  Alhóndiga) czyli dawny magazyn wina przeprojektowany przez Philippe’a Starcka. Obecnie to wielofunkcyjne centrum rozrywkowo-kulturalne, z biblioteką, basenem (na dachu, ze szklanym dnem, przez które można podglądać pływających), restauracją i galerią. Wiele tam wnętrzarskiego gadżeciarstwa w dużej skali i nieintucyjnego rozplanowania funkcji i nie mogłam pozbyć się myśli, że projektowanie budynku to jednak bardziej projektowanie krajobrazu niż wyciskarek do cytrusów.

IMG_8135

U Starcka: szalenie ozdobione kolumny pod szalenie nisko położonym sufitem…

IMG_8133

… i szalenie smukłe kolumny pod szalenie wysoko położonym sufitem:)

Inne architektoniczne must-see w centrum to m.in. kładka projektu Calatravy oraz dość przyjemny, chociaż bazujący na oklepanym pomyśle (przejście przez rozcięcie między skrzydłami) ratusz projektu IMB Arquitectos.

IMG_8271

Rozbudowa ratusza proj. IMB Arquitectos – sympatyczny, ale nie arcydzieło sztuki architektonicznej

Moim ulubieńcem okazał się inny obiekt: biblioteka projektu Rafaela Moneo, z elewacjami z luksferów. Podobnych budynków powstało sporo – z luksferami kombinował i Wiel Arets w Maastricht, i Renzo Piano w Tokyo – ale tu mają jedną ogromną zaletę. Przy całym architektonicznym szaleństwie w okolicy ich jednolita, neutralna powierzchnia przynosi oczom zasłużoną ulgę….

IMG_8546

IMG_8549

Biblioteka projektu Moneo

Moneo jest chyba jednak zbyt krajowy, żeby uznać go w Bilbao za megagwiazdę. Co innego najjaśniej nam błyszczący superstar z „sir” przed nazwiskiem. Zaprojektował dla Bilbao wejścia na stacje metra, które od jego nazwiska nazywane są… „fosteritos”.

fosterito

Sir Norman F. strzelił autograf na jednej z betonowych ścian. To się nazywa architektoniczny PR!

IMG_8334

Same wejścia wyglądają dość… pędrakowato

Im dalej od ścisłego centrum, tym mniej prac starchitektów, ale to wcale nie znaczy, że jest tam nieciekawie. Nie mam nawet na myśli współczesnych budynków, ale np. poprzemysłowe obszary poprzecinane intrygującymi elementami infrastruktury, które wyglądają jak wzorcowe przykłady podnoszenia jakości życia na obszarach zdegradowanych. Na przykład pod wielkim wiaduktem można trafić na zacienione boisko, a sma wiadukt jest zaprojektowany w sposób przyjazny dla pieszych i rowerzystów, oddzielonych od pędzących samochodów.

IMG_8489

IMG_8494Muszę przy okazji rozwiać pewien mit. Pamiętam z wielu artykułów na temat „efektu Bilbao”, że przed realizacją projektu Gehry’ego miasto było zaniedbanym i ogólnie niezbyt pięknym przemysłowym ośrodkiem. Akurat! Może faktycznie było zapuszczone, ale są tam malownicze miejsca, ze spiętrzającą się na wzgórzach zabudową, świetne nabrzeże i schowany w środku historycznych kwartałów plac, gdzie zmęczeni współczesną architekturą turyści lądują na zasłużonym winie i pintxosach. Ale przyznaję – gdyby nie Gehry, pewnie byśmy tu wcale nie przyjechali.

ArchDaily jak zwykle ma rację:)

[Fot. Monika Arczyńska i Łukasz Pancewicz]

Reklamy

Zatańczyć z krową na dachu opery

img_1011

Już dawno żaden znany współczesny budynek tak mnie nie zaskoczył i nie dał mi tyle radości, co opera w Oslo. Tyle razy oglądałam jej zdjęcia i rysunki, że nie oczekiwałam żadnych większych emocji, a tu niespodzianka. To, co wydawało mi się zbiorem nieco wyeksploatowanych architektonicznych trików, jak ogólnodostępny dach czy masa karraryjskiego marmuru, która z powodu samej tylko ilości robi piorunujące wrażenie, w tym konkretnym miejscu broni się doskonale.

Opera była głównym celem naszego wyjazdu. Kilka tygodni temu wraz z grupą znajomych zabukowaliśmy bilety na „Madame Buttefly”. Postanowiliśmy, że to właśnie spektakl będzie naszym pierwszym kontaktem z budynkiem Snøhetty, a na zaglądanie we wszystkie kąty wpadniemy kolejnego dnia. Oglądanie budynku, gdy jest wykorzystywany w celu, w jakim go zaprojektowano, ma zdecydowanie więcej sensu niż wycieczka z przewodnikiem. Za każdym razem żałuję, że w trakcie wyjazdów tak niewiele obiektów mam okazję odbierać jako ich użytkownik. „Madame Butterfly” w Oslo była strzałem w dziesiątkę, chociaż momentami trudno było mi się skupić na cierpieniach Ciociosan, bo nie mogłam przestać się rozglądać.

img_1074

Główne wejście do budynku

img_1072

Foyer z jednym z wejść na wyższe poziomu widowni

img_1102

Dach widoczny od wewnatrz – pas wzdłuż przeszkleń to najmniej śliskie miejsce na oblodzonym dachu

img_1106

Widok na nową mieszkaniówkę niedaleko opery. Poziome pasy na szybach to nie żaluzje, ale ogniwa fotowoltaiczne.

img_1058

Foyer w czasie antraktu…

img_1116

…i w ciągu dnia

img_1129

Obowiązkowe foto:)

img_1061

Bezobsługowa szatnia i zgrabne zakończenie schodzącego dachu

Pierwsze zaskoczenie to szatnie. Bez obsługi, bez numerków, tylko z ponumerowanymi wieszakami, na których zostawia się płaszcze (a damska część naszej grupy także torby z zimowymi butami). Dla mniej ufających, że nic nie zniknie z wieszaków, stoją także zamykane szafki, jak w muzeach, ale większość osób bezstresowo wiesza ubrania w miejscu, do którego wszyscy mają dostęp. Bilety sprawdzane są dopiero przed wejściem na widownię, więc foyer przez cały czas działa jako ogólnostępna przestrzeń publiczna pod dachem. To wskazówka dla osób, które wybierają się do Oslo, ale nie dostały już biletów na żadną operę – chociaż można zwiedzać budynek w ciągu dnia (organizowane są specjalne oprowadzania, także po angielsku), warto wybrać się tam też wieczorem przed spektaklem, żeby poczuć atmosferę operowego wydarzenia. Na bilety warto jednak zapolować. Dobre miejsca kosztują fortunę, jednak na najwyższych balkonach, zwłaszcza z boku, można znaleźć bilety za równowartość cen biletów w polskich operach. To także świetna okazja to przetestowania widoczności – nawet stamtąd jest niezła – oraz akustyki. Ponieważ przysłowiowy słoń nadepnął mi na ucho, trudno mi się wypowiadać na temat jakości docierającego tak daleko dźwięku, ale ciary były:)

W foyer znajduje się kilka elementów, które służą widzom i turystom jako… popularne tło dla selfie, m.in. ażurowe okładziny projektu Olafura Eliassona. Mówiąc elegancko, Eliasson „zaprojektował dla opery w Oslo system wewnętrznych trójwymiarowych okładzin”. Mówiąc dosadniej, zaprojektował ściany kibelków.

img_1067

img_1066

Inna fotogeniczna okładzina to wszechobecne we wnętrzach drewno. Korytarze i schody prowadzące na balkony wyłożono dębem w naturalnym kolorze, a w sali głównej – wędzonym. W zależności od pory dnia i kąta padania światła dębowe deszczułki wyglądają jak przyklejone zapałki albo odbijają promienie słoneczne ze złocistym blaskiem. Dzięki drobnym podziałom udało się uzyskać odpowiedni akustyczny efekt i uniknąć dosłowności w nawiązaniu do drewnianych pudeł rezonansowych instrumentów (jak np. w Forum Muzyki we Wrocławiu).

img_1101

Jak zapałki

img_1112

Norweskie światło słoneczne ma chłodny odcień

img_1033

Cała „tuba” ramp, schodów i korytarzy wyłożona jest drewnem

img_1014

Na każdej kondygnacji znajduje się bar z widokiem na główne foyer

img_1041

Szerokie poręcze ramp i schodów służą jako nieformalne stoliki

Wnętrze głównej sali jest wypełnione ciemnym, ciężkim drewnem. Kameralnie i elegancko, aż chce się tu wygodnie rozsiąść na pomarańczowym welurze, żeby słuchać muzyki i patrzeć na scenę. Każdy  fotel wyposażony jest w wyświetlacz z tekstem po norwesku i angielsku. Nad widownią góruje okrągły, minimalistyczny żyrandol z tysiącami rozpraszających światło kryształków.

img_1016

img_1057

img_1051

Z ciepłem drewna we wnątrzach kontrastuje zimny kamień na zewnątrz. Cieszę się, że trafiliśmy na zimową pogodę. Półprzezroczysta pokrywa lodu na półprzezroczystym marmurze, oświetlona północnym, nisko położonym słońcem, potwierdza, że w tym kontekście był to idealnie trafiony wybór materiału.  Wspinanie się po oblodzonych rampach i stopniach (na własną odpowiedzialność, trzymając się kurczowo poręczy) jest sporym przeżyciem, a na samej górze rozpościera się krajobraz jak z innej planety.

img_1096

img_1140

img_1156

Dach, podobnie jak foyer, to ogólnodostępna przestrzeń publiczna. Zdziwił mnie brak dzieci na sankach, ale może listopad to jeszcze nie jest na nie pora. W cieplejszych miesiącach zdarza się tam jednak zjeżdżanie na deskorolce i na innych pojazdach. Założę się, że latem na dachu odbywają się pikniki, grille i inne towarzyskie wydarzenia, bo nawet przy kilkustopniowym mrozie widzieliśmy grupę pokrzepiającą się winem z gwinta. Mnie się zdarzyło… zatańczyć z krową. Nie pytajcie o szczegóły:)

img_1157

Mam takie zboczenie zawodowe, związane z projektowaniem budynków o funkcji kulturalnej, że bardzo interesuje mnie strona zapleczowa. Nie tyle sama jej organizacja, bo to zwykle odbywa się według kilku podstawowych schematów, ale to, jak architekci poradzili sobie z problemem wjazdów, dostaw i bloków administracyjnych w budynkach, które mają tak rzeźbiarską formę, że praktycznie powinny być pozbawione „tyłu”. Poza tym obiekty kultury bywają tak wielkie, że za dużo zaplecza, zwłaszcza bez okien, z ogromną bramą dla dostaw, wpłynęłoby mocno na charakter sąsiadujących z obiektem miejskich przestrzeni. Snøhetta poradziła sobie z tym problemem pierwszorzędnie. Brama, owszem, jest, ale ma tuż obok interesującą konkurencję, która skutecznie odwraca uwagę od tego infrastrukturalnego elementu: okna warsztatów kostiumów i dekoracji. Można przez nie podglądać pracowników, zapatrzeć się na barokowe peruki i pomarzyć o sukniach na krynolinach. Niby drobiazg, ale sprawia, że ten zdecydowanie mniej intrygujący od frontu budynku narożnik nie przypomina nudnej, biurowej elewacji.

img_1187img_1186

W czterech ostatnich edycjach nagrody im. Miesa van der Rohe trzy laureatki to filharmonie lub opery.  Na wiosnę zdecydowanie powinnam wybrać się do Szczecina, wypatrzywszy wcześniej jakiś przyjemny sobotni koncert w Filharmonii. A potem to chyba Reykjavik i Harpa?

[Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz, Barbara Zgórska]

 

Mam trzy latka…

img_0632

…trzy i pół, sięgam głową ponad stół! Rozpędziłam się – na razie dopiero trzy. W sobotę blog obchodził urodziny i chociaż jak zwykle nie zdążyłam zorganizować świeczek ani tortu, udało mi się spędzić ten dzień i przyjemnie, i miejsko, i architektonicznie. Mój osobisty urbanista prowadził panel o rewitalizacji na Kongresie Obywatelskim, a ja wybrałam się na „Warszawę w budowie” i na nadrabianie zaległości w oglądaniu nowych inwestycji. Bardzo JEMS-owy był ten dzień, bo zaczęłam od wychwalanej pod niebiosa 19. Dzielnicy oraz od nieco kontrowersyjnej przebudowy hali Koszyki.

O Koszykach jeszcze napiszę, a w 19. Dzielnicy zrobiło mi się trochę dziwnie. To osiedle dostało już tyle nagród i pojawiło się tyle razy w mediach jako wzorcowy przykład projektowania dzielnic mieszkaniowych, że spodziewałam się prawdziwej petardy. Pamiętam też odcinek programu „Polska dobrze zaprojektowana”, w którym Kuba Szczęsny, siedząc przy podejrzanie pustej piaskownicy, opowiadał o tej inwestycji w samych „ochach” i „achach”. Bo nie dość, że to osiedle bez płotów, to na dodatek z usługami w parterach i z przestrzeniami rekreacyjnymi dla mieszkańców. Przybyłam, zobaczyłam i… złapałam się za głowę. Czyżby ze stołecznym mieszkalnictwem było aż tak źle? Architekturze – jak to z JEMS-ami bywa – nie mogę nic zarzucić. Bloki wyglądają jak wysmakowane apartamentowce, ale ponieważ są do siebie bardzo podobne, całość sprawia bardzo biurowe wrażenie. Przestrzenie zielone dla mieszkańców owszem są, ale za… szklanymi płotami. I to w postaci porośniętych elegancko przystrzyżoną trawką pagórków, z których nawet na sankach nie da się zjechać bez wyrżnięcia w idealnie wypucowane szyby. Teraz nie było tam nawet widać żadnych dzieci, bo listopad to nie jest najlepsza pora na zabawy podwórkowe, ale spacerując między budynkami wyobrażałam sobie, że mogłyby tam co najwyżej po cichutku (nie przeszkadzać!!!) jeździć miniaturowymi mercedesikami, ubrane w kolekcje junior od Ralpha Laurena. Kręcąc się po osiedli trafiłam kilka razy na zupełnie zwyczajnego tatę z wózkiem, który postanowił pospacerować przy domu i ten widok średnio pasował do wysmakowanego otoczenia.

img_0637

Na szczęście obok kilku sklepów, głównie z wyposażeniem wnętrz, znalazła się jedna „Żabka”, bo nie byłoby nawet dokąd zejść w kapciach po świeże bułki. Kiedy wprowadzi się tam więcej osób, pewnie powstanie francuska piekarnia, bo jednak bardziej stylowo będzie schodzić po bagietki. Na razie lekko parysko jest – w końcu nazwa dzielnicy zobowiązuje! Widziałam kilka osób, które wchodziły do klatek z wózeczkami na zakupy. Tylko nie wiem, czy to byli mieszkańcy, czy ich gosposie.

img_0642

Dobra, dobra, kończę już z tymi złośliwościami:) Spacer po tym osiedlu stał się po prostu pretekstem dla kilku uwag o tym, jak działa miejska przestrzeń. Także pretekstem do tego, aby w końcu napisać o gdańskim Garnizonie, który już od kilku lat działa jak 19. Dzielnica, a po wprowadzeniu funkcji kulturalnych i gastronomicznych stał się nie tyle miejski, co wręcz śródmiejski w charakterze (ale szybkość tych zmian również sprawia problemy). Jeśli coś ma być „dla ludzi”, to nie da się tam uniknąć lekkiej przaśności i nieporządku. Bardzo lubię powiedzenie, że „brudne dzieci to szczęśliwe dzieci” – ta zasada w przenośni dotyczy również dorosłych, którzy dla wyluzowania potrzebują jednak odrobiny chaosu. A gdzie wyluzować, jeśli nie na własnym osiedlu?

[fot. Monika Arczyńska]

 

 

 

 

Przebranie dla architekta

happy-halloween

Są takie rzeczy w architekturze, które wywołują u mnie dreszcze. Dreszcze strachu, obrzydzenia albo po prostu szoku – jak w horrorze. Pomyślałam, że warto byłoby wykorzystać je jako przebranie na Halloween, ale dokładniejsza analiza wymusiła skreślenie wszystkich propozycji.

Przebrać się za termomodernizację byłoby nieco passé, bo przecież „Wanna z kolumnadą” ma już kilka lat. Z pastelozą jest ten sam problem, a poza tym może byłoby nawet twarzowo, ale mężczyzna mojego życia ma alergię na jasne róże i fiolety w odcieniu jagodowego jogurtu. Za billboard też nie wypada się przebierać, bo przecież już uchwalono ustawę krajobrazową. Za drewnopodobne płytki ceramiczne – trochę ciężko (dosłownie). Za Zahę, która nie dość, że wyglądała wiedźmowato, to jeszcze zdarzało się jej puszczać wiedźmowate teksty, nie wypada, bo przecież o zmarłych powinno się mówić albo dobrze, albo wcale.

W tym roku skończyło się więc na tradycyjnym przebraniu czarownicy. Akcesoria miałam pod ręką. Miotłę w kolorze różowym nabyłam niedawno w hipermarkecie budowlanym, a kapelusz dokupiłam w Lidlu za całe 6,99PLN. Czarne ubrania wyciągnęłam z szafy – u architektów ich pełno. Pochodzenia peruki nie pamiętam.

Przebrałam się więc za niskobudżetowy, mało kreatywny, nieoryginalny i przaśny projekt z elementami recyklingu.

Czyli to, co u większości architektów wywołuje dreszcze:)

[Fot. Łukasz Pancewicz]

Reklamy
%d blogerów lubi to: