Category Archives: podróże

Wkrótce urlop!

hiszpania 02

Już niedługo spakuję do walizeczki na kółkach wysłużony przewodnik Pascala, mapki z zaznaczonymi miejscami, w których stołują się lokalsi i kilka letnich kiecek. Czuję, że już dawno tak bardzo nie zasługiwałam na odpoczynek. Pomysłów na wyjazd mieliśmy mnóstwo – zamarzyły nam się odległe, egzotyczne miejsca, ale nie mieliśmy siły na planowanie. Przez chwilę nawet rozważaliśmy staycation i wylegiwanie się na trójmiejskich plażach oraz wycieczki rowerowe po okolicy, bo nigdy nie mamy na to dość czasu. Ostatecznie doszliśmy do wniosku, że wyjazd to jedyna możliwość, żebyśmy oderwali się od komputerów.

Przejrzałam ofertę tanich linii i padło na kontynuację trasy sprzed roku – północ Hiszpanii. Lądujemy w Madrycie, jak rok temu, ale potem trasa biegnie nie na północny wschód, ale zachód, przez Segowię, Salamankę, Leon, Oviedo, Gijon, Lugo, Santiago de Compostela i Pontevedrę. Oczywiście wszystko transportem publicznym – nigdzie nie odpoczywam tak dobrze, jak w autobusach ALSA. Plażowo będzie może przez chwilę, ale w sumie to żadna strata, bo to nie jest najbardziej słoneczny rejon Hiszpanii. W czasie deszczu, a pada tam często, będziemy skakać między cukierniami i barami. Tego nie mogę doczekać się równie mocno, jak zwiedzania.

Znów będziemy oglądać trochę współczesnej architektury. Ubiegłoroczny wyjazd zdominowali Gehry, Moneo, Hadid i Nieto Sobejano, a teraz najbardziej nie mogę się doczekać realizacji Mansilla + Tuñón. Niemeyera w Aviles sobie odpuścimy, skoczymy za to zobaczyć dziwacznego Calatravę w Oviedo. Jeśli możecie podpowiedzieć jeszcze inne realizacje, będę bardzo wdzięczna.

hiszpania 05

Za każdym razem podczas wakacji zastanawiam się, jak by tu sobie przeorganizować życie (zawodowe przede wszystkim), żeby móc wynająć jakieś mieszkanie w pięknym, ciepłym miejscu, poza sezonem, więc za grosze i tam na miejscu pisać swoje dyrdymały i dłubać projekty, korzystając przy okazji z bogactwa świeżych ryb i soczystych owoców. I wina, jak mogłam zapomnieć o winie. Na razie mam za dużo obowiązków na miejscu, ale może to pomysł na emeryturę?

Jeśli nie będę się odzywać, odpowiadać na maile, wiadomości, telefony i smsy, proszę mnie nie ścigać. Odpoczywam:)

[Fot. Łukasz Pancewicz/Monika Arczyńska – tak było rok temu]

ArchiteK(t)URA

sebr01

To nie żart. Zgodnie z zapowiedzią spędziłam sobotę na wystawie… kur ozdobnych. Gdyby ktoś zastanawiał się, co kury mają wspólnego z architekturą, zapewniam, że sporo i przypuszczam, że każdy projektant byłby w stanie znaleźć dla siebie kurzą inspirację. Co za bogactwo form, barw, proporcji i wzorów! Także dźwięków, bo zaprezentowane rasy kur (albo raczej kogutów) śpiewających wydobywały z gardeł operowe tony. Patronat nad wystawą objęła m.in. Ambasada Japonii i sporą część klatek zajmowały kury z Dalekiego Wschodu. Japończycy są wielkimi fanami tych ptaków i każda z sześciu faz piania ma specjalną nazwę. Cóż, i architektura, i muzyka opierają się na harmonii.

silka

Silka, ale jedwabista, a nie silikatowa

twarz

Kurza twarz!

Zaprezentowano m.in. czubatki, które pierzastą kulą na głowie przypominają Wielkiego Ptaka z ulicy Sezamkowej. Pojawiły się też kury o tak zdeformowanych grzebieniach, że wyglądają, jakby miały na wierzchu czerwony mózg. Były również ptaki w kształcie idealnej, puszystej kuli, z „hatchbackiem” zamiast typowego ogonowego „sedana”.

mozg

Kurzy móżdżek;)

panterka

Kura w panterkę

Całe to gdakająco-piejące towarzystwo robiło piorunujące wrażenie, ale architektom z reguły najbardziej wpadają w oko czarno-białe, graficzne kompozycje. Miałam nadzieję, że po raz pierwszy zobaczę na żywo sebrytki. Ta rasa występuje w kilku wersjach kolorystycznych, ale zawsze najbardziej podobały mi się białe z czarnymi obwódkami piór. Niestety, sebrytek nie było, ale widziałam kurę i koguta o bardzo podobnym upierzeniu, ale zupełnie innych proporcjach.

czubatka

Czarna kura z białym afro

samograj

Czarny, biały i czerwone akcenty – niby banał kolorystyczny, ale jaki efektowny

sebr02

Prawie jak sebrytki

Największym odkryciem okazała się rasa Ayam Cemani. To najbardziej architektoniczna z kur, w jedynym słusznym kolorze – dzięki nietypowej pigmentacji jest całkowicie czarna. Nie dość, że ma czarne pierze, łapy, dziób i grzebień, ale także mięso. Patrzy się na nią jak przez photoshopowy filtr. Poza tym ma przepiękny, smukły kształt – spójrzcie tylko na rzut, przepraszam, zdjęcie z góry. Z uwagi na cenę podobno nazywa się ją „lamborghini kurników”, chociaż kolor sugerowałby raczej forda T.

Kura w sam raz dla architekta, prawda?

trojkatbw02bw01

[Fot. Monika Arczyńska]

Geologiczno-sejsmiczno-urbanistycznie

img_1841

To już pewnie pozostanie tradycją bloga, że wakacyjne opowieści powracają jeszcze przez kilka tygodni lub miesięcy po moim powrocie. Wracam z setkami zdjęć i wrażeń, a potem nagle okazuje się, że nie wystarcza czasu na opisanie wszystkiego. W archiwum niedokończonych postów mam teksty nawet sprzed dwóch lat – nie usuwam ich z nadzieją, że kiedyś do nich wrócę. Na przykład z postem o Muzeum Guggenheima w Bilbao wyskoczę pewnie przy okazji urodzin Gehry’ego albo serii o najgorszych budynkach świata, ale póki co czeka sobie grzecznie na moment, kiedy będę w wyjątkowo złośliwym nastroju.

Na razie nie zapowiadają się żadne dalekie wyjazdy, a ponieważ majówkę spędzę pracowicie w Gdańsku, wspominam więc ostatnią dłuższą podróż, z przełomu roku. Oprócz Bari spędziliśmy nieco czasu w Lecce i to była zdecydowanie największa niespodzianka wyjazdu. Nie miałam pojęcia, że jest tam aż tak pięknie – całe barokowe miasto zbudowane jest z kamienia, a kościoły to już absolutne mistrzostwo świata. Jakby tego wszystkiego było mało, na głównym placu znajduje się kawał rzymskiego amfiteatru, a na pozostałości z tego okresu można natknąć się w dość niespodziewanych miejscach – np. w najbardziej zasikanych zaułkach. Ponieważ układ ulic jest nieregularny, a ich nawierzchnia wyłożona jest kamieniem bez rozróżnienia na chodniki i jezdnie, kwartały zabudowy o wielokątnych rzutach sprawiają wrażenie bloków skalnych, które wypiętrzyły się  w wyniku jakiegoś dziwnego geologicznego procesu. Dziwnego, bo na tę samą wysokość, w tym samym czasie, z podobnymi barokowymi detalami. Może na Półwyspie Apenińskim po prostu już tak jest geologiczno-sejsmiczno-urbanistycznie: albo wybucha tam jakiś Wezuwiusz pogrążając całe miasto pod wulkanicznym popiołem, albo wypiętrzają się barokowe kwartały.

Samo centrum sprawia dość turystyczne wrażenie pomimo niewielkiej liczby przyjezdnych zimą. Kościoły otwierają się w mało intuicyjnych godzinach, więc kończy się na spacerowaniu, przystawaniu, spacerowaniu, przystawaniu… Na szczęście miasto obfituje w bary, więc można równie często przystawać na espresso lub avernę, aby dojść do siebie po kolejnej zbyt dużej dawce piękna.

img_1869

Basilica di Santa Croce – to jedno z tych miejsc, w których nasz najostrzejszy wykładowca historii architektury szepnąłby: „Ekstaza, ekstaza…”
img_1958
Piazza Sant’Oronzo…
img_1964

…a na nim rzymski amfiteatr. Z litości nie pokazuję zaaranżowanej na dole szopki bożonarodzeniowej, bo takiego kiczu nie spotyka się na co dzień:)

Lecce jest dość małe, więc po powrocie do Bari czułam się potwornie niewyspacerowana i zmusiłam mojego osobistego urbanistę do pokonania sporej trasy wzdłuż wybrzeża. Ku jego rozpaczy okazało się, że tam z kolei wypiętrzyły się nie barokowe kwartały, ale paskudne przemysłowe budynki i zamiast iść plażą, spacerowaliśmy głównie po asfalcie. Industrialne cierpienia wynagrodziły nam jednak sympatyczne nadmorskie miasteczka: Monopoli i Polignano da Mare. Zwłaszcza Polignano wpadło nam w oko – co prawda nie udało nam się zajrzeć do restauracji w grocie z widokiem na morze, która stanowi tam największą atrakcję turystyczną (rozbudowa), za to na szczęście jedna z niewielu otwartych knajp okazała się barem z rybami i owocami morza. Wcinając tatar z tuńczyka zastanawialiśmy się, czy przypadkiem nie bawimy się równie dobrze, jak Amerykanie i Japończycy, którzy z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem rezerwują piekielnie drogie kolacje we wspomnianej grocie. Na pewno było mniej romantycznie, ale powiedzmy sobie szczerze: trasa przez nadmorskie obszary przemysłowe to też nie jest najbardziej nastrojowy spacer.

img_2142

Port rybacki w Monopoli

img_2171

Ulica w Polignano da Mare – cała nadmorska część miasteczka to podobne, niewielkie kwartały w ortogonalnym układzie

Dość już tych wspomnień, bo na myśl o długim weekendzie przed komputerem zaczyna mi się robić niedobrze. Życzę Wam nadzwyczajnie udanej majówki (i niech w końcu zacznie się wiosna z prawdziwego zdarzenia!)

[fot. Monika Arczyńska]

Co w Łodzi wychodzi

WP_20170408_11_33_22_Pro

Po wielkanocnej komputerowo-internetowej abstynencji zabrałam się w końcu za nadrabianie blogowych zaległości. Ta abstynencja ciągnie się kolejny weekend pod rząd – ostatnio co tydzień gdzieś wyjeżdżamy. Poprzednią sobotę i niedzielę spędziliśmy w ulubionej Łodzi na urodzinowej imprezie-niespodziance i spacerowaniu po mieście z częstymi przerywnikami na – jak to w Łodzi – „procentowe” postoje.

To już nie jest to samo miasto, co kiedyś. To nawet nie jest to samo miasto, co rok czy pół roku temu. Takiego tempa zmian na plus nie widziałam jeszcze nigdzie i wychodzi to Łodzi nadzwyczajnie. Po naprawdę kiepskim momencie miasto energicznie odbiło się od dna. Najpierw zrobiło się nieco berlińsko, czyli biednie, ale sexy, a teraz nareszcie są pieniądze, żeby działać porządnie. Nie ma nic gorszego niż naprawianie miasta poprzez prowizorki albo na zasadzie, że lepiej zrobić coś tanio, ale kiepsko, niż wcale.

Już trasa z Kaliskiej do centrum jest pozytywnym zaskoczeniem. Na Starym Polesiu co kawałek pojawia się na zadbany, obsadzony zielenią skwer (projekt „Zielone Polesie”), a w kilku miejscach albo już stoi nowa zabudowa, albo właśnie trwa realizacja nowych biurowców i mieszkań. Działalność deweloperska w łódzkim śródmieściu to nowość – dotychczas oferta mieszkaniowa istniała wyłącznie dla miłośników historycznych kamienic lub peerelowskich bloków. Jedne i drugie poddawane są zresztą teraz remontom. W końcu i w Łodzi na wiosnę pojawiły się rusztowania, chociaż do niedawna można je było zobaczyć głównie na elewacjach miejskich budynków, opatrzone znakiem akcji MIA100 Kamienic.

WP_20170408_13_05_54_Pro

Nawet Kościuszko z Placu Wolności doczekał się remontu

Centrum dogęszczane jest nie tylko nową zabudową mieszkaniową, ale i usługami. Pamiętam, jak podczas wcześniejszych wizyt zaskoczyło mnie, że w przeciwieństwie do większości polskich miast, gdzie spożywcze dyskonty znajdują się niemal na każdym rogu, w Łodzi mieszkańcy śródmieścia skazani są na żabki, a warzywniaków jest jak na lekarstwo. Tak, wiem, biedronki i lidle zabijają brutalnie drobny lokalny handel, ale po pierwsze ceny w osiedlowych sklepikach przekraczają możliwości finansowe emerytów, których w centrum mieszka mnóstwo, a innych mieszkańców zmusza do korzystania z samochodów. Dlatego ucieszył mnie m.in. nowy śródmiejski lidl, do którego można podskoczyć z wózeczkiem na zakupy.

Kolejny woonerf – łódzka specjalność – właśnie się buduje. Tym razem na ul. Zacisze. To pierwszy „prawdziwy” woonerf, czyli dla mieszkańców, zgodnie z pierwotną ideą tego holenderskiego wynalazku. Ten typ zagospodarowania ulicy kojarzy się u nas nieco inaczej, bo ze śródmiejską przestrzenią publiczną z knajpami i stolikami lokali gastronomicznych. Na Zaciszu będą miejsca postojowe, ławki, zachowane drzewa i zieleńce.

^B371BD72506B017EAE886FAE927E201D75CD2A0D1FBAE77F8C^pimgpsh_fullsize_distr

Woonerf na ul. Zacisze

Pierwszy raz miałam też okazję zobaczyć Łódź Fabryczną i to jedyne miejsce, w którym co chwilę wybuchałam złośliwym chichotem. Rozumiem, że dopiero po zbudowaniu tunelu i rozpoczęciu przyjmowania wszystkich przejeżdżających przez Łódź pociągów ta inwestycja zacznie mieć sens, ale skala założenia jest tak przegięta, że nawet gdyby miasto miało stać się globalną metropolią, na dworcu i tak będą pustki, bo tych ogromnych kubatur nie da się chyba zapełnić ludźmi. Chyba, że zaczną pełnić inne, dodatkowe funkcje – wyobrażam go sobie jako olbrzymią halę targową albo… oceanarium. Obiekt przypomina ogromną płaszczkę, więc mógłby stanowić wyjątkowo megalomański przykład architektury parlante. Na razie to przestrzeń, którą trzeba non stop obsługiwać za spore pieniądze – sprzątać, ogrzewać, wentylować.

SPRZATANIE

Ale największe zaskoczenie (i załamanie) to tylne wyjście, zawalone estakadami, betonem, asfaltem i samochodami. Co gorsza, ciężko się stamtąd wydostać inaczej niż taksówką. Próbowaliśmy intuicyjnie szukać drogi dla pieszych, ale albo wychodziliśmy w ślepe narożniki, albo… kończył się chodnik. W końcu znaleźliśmy wąski tunelik, który wyprowadził nas z tego infrastrukturalnego szaleństwa.

^6DD13822EEC73A2DBE2435C043C861922CAE25618B63840DA6^pimgpsh_fullsize_distr

Tak na lewo od wyjścia…

WP_20170408_12_03_00_Pro

…tak na prawo.

WP_20170408_12_05_03_Pro

Potem kończy się chodnik…

 

WP_20170408_12_06_40_Pro

..a wyjść można tylko ukrytym, wąskim i wilgotnym tunelikiem…

smiechnasalibw

…na którego widok nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać.

Aby odetchnąć, popędziliśmy od razu w kierunku pobliskiej ul. Tramwajowej, aby sprawdzić, czy nadal można tam zobaczyć kury (słyszeliśmy od znajomych). Ba, nie dość, że trzy kury, to jeszcze koguta. Całe to drobiowe towarzystwo pasło się luzem między samochodami i wyglądało na zadowolone.

WP_20170408_12_13_56_Pro

Na szczęście słynne kury z Tramwajowej wynagradzają tę infrastrukturalną traumę.

My też wyglądaliśmy na zadowolonych i to przez cały weekend. Pewne sprawy w Łodzi są na szczęście niezmienne – wspaniali łodzianie i intensywne życie nocne. Dla jednego i drugiego warto tam wpadać jak najczęściej i nie mogę się doczekać, aż będzie można dojechać pociągiem do Fabrycznej. Trzeba w końcu zapełnić tę pustkę!

[Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz]

 

Grafton Architects czyli klops, wino i poezja

img_1594

Podczas otwarcia ubiegłorocznego weneckiego biennale catering słabo dopisał. To pewnie wpływ kuratora – Alejandro Araveny – narzucił rezygnację z tradycyjnie lejących się hektolitrów prosecco i ton zakąsek. Niby nie po to się przyjeżdża, ale dwa dni bezustannego odwiedzania wystaw i pawilonów jest tak męczące, że trzeba je przerywać podładowaniem baterii kawą (na szczęście dostępną prawie wszędzie), jedzeniem oraz alkoholem i tę potrzebę zwykle idealnie spełniają otwarcia pawilonów. Tym bardziej, że szkoda czasu, żeby zatrzymywać się na dłużej w niemiłosiernie zapełnionych restauracjach. Tym razem – klops. Co ja piszę, żadnych klopsów nawet nie było. Dlatego z wielką ulgą zauważyliśmy, że wystawa krajów afrykańskich wyłamała się i serwowano tam nie tylko całkiem sympatycznie wyglądający finger food, ale i wino! Zachowaliśmy się potwornie stereotypowo – Polacy i alkohol to przecież nierozłączna para – ale na kogo trafiliśmy przy tym cudownym winopoju? Oczywiście na Irlandczyków, którzy zachowali się równie przewidywalnie jak my. Pogadaliśmy chwilę ze znajomymi chłopakami z Grafton Architects, zamieniliśmy parę słów z Yvonne Farrell i ruszyliśmy zwiedzać dalej.

img_1564

Przedwczoraj ogłoszono, że Shelley McNamara i Yvonne Farrell z Grafton Architects będą kuratorkami przyszłorocznego Biennale. Cieszę się ogromnie, bo nie dość, że to absolutnie wspaniałe projektantki, to na dodatek Irlandki, kobiety, no i równe babki, które zamiast prowadzić dyskusje z innymi starchitektami, idą na darmowe wino z własnym zespołem.

img_1584

Zdaję sobie sprawę, że irlandzka architektura jest w Polsce nieco egzotyczna i takie biura jak Grafton, O’Donnell+Tuomey czy nasze niewiele mówią. Za to świat zerka w stronę Dublina ze sporym zainteresowaniem. Z kimś, kto urodził się w surowym irlandzkim krajobrazie, zostają do końca życia szorstkie faktury, deszcz, który zmienia kolor i połysk kamienia, kontrasty między czarnymi skałami a białą morską pianą i najpiękniejsze światło świata. Stąd irlandzka architektura jest dość „rzemieślnicza” – dużo tam drewna, cegły, surowego betonu, kamienia i ręcznie wykonywanych elementów. Jeśli pojawiają się wyrafinowane technicznie elementy, to nigdy wyzywająco high-techowe, ale raczej popychające materiały budowlane do granic ich właściwości – zadziwiająco lekkie przeszklenia albo niestandardowo użyty kamień. I chyba trzeba również urodzić się Irlandką lub  Irlandczykiem, żeby wpleść w projekty trochę poezji. To gra ciepła i chłodu, światła i cienia, dźwięku i ciszy – tak jest także w projektach Grafton. Solstice Arts Centre w Navan, gdzie niezwiązana z architekturą znajoma pytała, czy „te betonowe ściany będa kiedyś pomalowane”? Za każdym razem odwiedzając okolice Merrion Square zachwycałam się kamienną fasadą w Department of Finance, a używając skrótu przez Trinity College w centrum Dublina, wychodziłam ulubioną furtką przy rozbudowie Mechanical & Manufacturing Engineering Department. Jednak to nie irlandzkie realizacje Graftonek, jak je zwykle pieszczotliwie nazywam, zrobiły na mnie największe wrażenie. To budynek Uniwersytetu Bocconi w Mediolanie. Został ukończony w momencie, kiedy dopiero zaczynał się kryzys, więc nie szczędzono na niego euro, ale ogromny budżet został wydany na kawał świetnej architektury. Bocconi został ogłoszony najlepszym budynkiem roku na World Architecture Festival, znalazł się w finale Miesa i zdobył wiele innych nagród. Odwiedziłam go przy okazji wizyty na EXPO w 2015 roku i muszę przyznać, że chociaż podejrzewałam wcześniej ostre fotoszopowanie prasowych zdjęć, budynek jest jeszcze bardziej niesamowity na żywo niż na fotografiach. Akurat był weekend i w dodatku odbywał się tam remont, więc nie wszędzie udało mi się wejść, ale polizanie przez szyby absolutnie przepięknych wnętrz wystarczyło, żeby wpisać ten obiekt na moją prywatną superlistę. Czy muszę dodawać, że równolegle pstrykała zdjęcia cała pielgrzymka architektów?

Wypijmy więc za następne biennale! Najlepiej guinessem, irlandzką whiskey albo.. darmowym winem:)

IMG_1545.jpg

Jak można nie dopuszczać ludzi do TAKIEJ fasady???

img_1617

I jeszcze przykrywać ją rusztowaniami?

img_1558

Na szczęście można było zobaczyć jedno z bezdyskusyjnie najpiękniejszych przeszkleń na świecie

[Fot. Łukasz Pancewicz, Monika Arczyńska – wszystkie zdjęcia z Bocconi]

Św. Mikołaj

Nie, nie będzie ani o świętach, ani o prezentach, ani o reniferach. Będzie o kościele św. Mikołaja, położonym w niemieckim Anklam, blisko granicy, bo nieco ponad godzinę pociągiem ze Szczecina. Kościół został poważnie zniszczony w czasie wojny i przez wiele lat czekał na lepsze czasy bez sklepień, dachu i szczytu wieży. Kilka lat temu doczekał się nowego dachu, a obecnie pracujemy nad propozycją zorganizowania w środku muzeum Otto Lilienthala, stworzenia punktu widokowego na wieży oraz budowy informacji turystycznej. To projekt, którym zajmuję się obecnie najbardziej intensywnie i parę dni w ubiegłym tygodniu spędziłam w Anklam i w Berlinie. Lubię Berlin (w końcu ma sześć liter, podobnie zresztą jak Anklam:) i zdecydowanie bywam tam rzadziej, niż bym chciała. Dlatego cieszy mnie rozpoczęcie współpracy z niemieckim oddziałem naszego biura.

Skoczyłam zobaczyć kościół oraz spotkać się z projektantami wystawy. To beier + wellach, którzy mają biuro w berlińskim Taut Haus. Tak wyposażonej modelarni nie widziałam już dawno w żadnej pracowni – wykonywane są tam nie tylko makiety wystaw, ale i prototypy ich elementów. Wśród mnóstwa dziwnych przedmiotów najbardziej rozbawiły mnie figurki zwierząt w odpowiedniej skali z projektu zoologicznej ekspozycji:)

img_2300

Widok na kościół z rynku (po prawej historyzująca architektura, którą zastępowane są powojenne bloki)

Anklam było lokowane w XIII wieku na prawie lubeckim i stanowiło kiedyś ważny hanzeatycki ośrodek. Obecnie to nieco zapomniane, senne miasteczko. Wygląda jak typowe pomorskie miejscowości: kwadratowy rynek, rzeka, ciężki ceglany gotyk, regularny układ zabudowy z nieregularnym obrysem. Trochę przypominało mi Chełmno – ma zbliżoną wielkość i liczbę mieszkańców, ale przetrwało tu zdecydowanie mniej oryginalnej zabudowy i nie ma tam wzgórz, dzięki którym Chełmno należy do najbardziej malowniczych miasteczek w Polsce.

img_2357

Repliki latających machin

Kościół robi wrażenie. Jest ogromny, przyciężkawy i świetnie prezentuje się w nieco „ruinistycznej” wersji – brak sklepień sprawia, że wnętrze jest znacznie wyższe niż w oryginalnej wersji. Pod dachem podwieszone są repliki latających machin Otto Lilienthala i innych pionierów lotnictwa, w tym balony, szybowce i dwupłatowce. Muzeum ma przedstawiać drogę od piewszych eksperymentów związanych ze wznoszeniem się w powietrze (od Ikara – stąd nazwa instytucji – IKAREUM), aż do współczesnych wynalazków i technologii. Można wejść na wieżę i rozpościerają się stamtąd naprawdę piękne widoki, zwłaszcza w słoneczny, zimowy dzień. Wyobrażam już sobie, jak niesamowicie będzie je oglądać ze znacznie większej wysokości!

img_2328

Widok z wieży na rynek

img_2349

Widok na okolice Anklam

Jest tylko jedna kwestia, która wzbudza moje obawy: język. Dla moskiewskiego projektu musiałam podszlifować solidnie rosyjski. Tym razem przydałby mi się niemiecki – mimo że uczyłam się go w szkole, nigdy nie miałam okazji go używać. Na spotkaniach (niestety, nie wszystkie udaje się prowadzić po angielsku) rozumiem piąte przez dziesiąte, ale mam nadzieję, że co nieco będzie mi się przypominać w trakcie projektu. Na kolejny kurs językowy niestety nie znajdę w tym roku czasu.

Uff, jak dobrze, że istnieje Google Translator…

[Fot. Monika Arczyńska]

Na Południu bez zmian

img_1795

Aby spełnić noworoczne postanowienie życiowo-zawodowej równowagi, zaczęliśmy od urlopu. Ponieważ między Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem wiele biur jest zamkniętych, więc nasza nieobecność nie narobi nam żadnych nieprzyjemnych zaległości, z reguły pakujemy się i zmykamy gdzieś w cieplejszym kierunku.

Wspominałam już kiedyś o pewnej Włoszce z Bari, która słusznie przekonywała mnie kiedyś, że prawdziwe Włochy to tylko południe, a nie bogate i wylizane północne miasta. Odwiedziliśmy właśnie jej rodzinne miasto i wygląda na to, że im dalej na południe, tym bardziej interesująco. Prowizorki są tam trwalsze, ulice brudniejsze (kocham brudne ulice!), ludzie mniej zmanierowani, a życie przenosi się z domów w przestrzeń publiczną. W podobnych miejscach często czuję się jak w arabskich miastach. Nie tylko z uwagi na gęstą, przypominającą labitynt zabudowę, ale także tradycję, która kobietom każe pilnować domowego ogniska, a facetów magiczną magnetyczną siłą z tych domów wyprowadza i każe im sączyć z kolegami herbatę (w krajach arabskich) albo piwko (w pozostałych).

img_1677

Stare miasto sprawia wrażenie, jakby nic nie zmieniło się tam od co najmniej dwustu lat. No dobra, niezupełnie „nic” – wprowadzono elektryczność i inne podobne wynalazki, plastik zdominował uliczny krajobraz, a zamiast osłów czy mułów pojawiły się skutery. Podobnie jak w Neapolu, w najstarszej części Bari w parterach znajdują się mieszkania z przeszklonymi drzwiami otwierającymi sie bezpośrednio na ulicę. Każde z nich ma białą wyszywaną firankę dla zapewnienia odrobiny prywatności, a przed niektórymi drzwiami stoją siatki z suszącym się makaronem orechiette. Podobno kiedy jest cieplej, gospodynie przygotowują go na ulicy i to nie jest żadna turystyczna ściema.

img_1638

Środek najstarszej części miasta – zamiast turystycznych atrakcji sklep z AGD i chemią

img_1693

Samochody nie mają szans!

img_1696

Plac zabaw – wygląda smutno, ale ma widok na morze:)

Za to nowsza część miasta z kwadratowymi kwartałami przypomina w skali Barcelonę, brakuje tylko ściętych narożników, jak w Eixample. W parterach królują sklepy i kawiarnie, wyżej znajdują się mieszkania – każde z nich, oprócz niektórych starszych budynków – posiada balkon lub taras. Ruch jest spory (niestety, śmierdzi spalinami), ale piesi mogą czuć się bezpiecznie. Samochody jeżdżą wolno, za to parkują dosłownie wszędzie – również na pasach. Jak to we Włoszech, dominują niewielkie, czyli łatwe do zaparkowania, ekonomiczne i niemiłosiernie poobijane auta.

img_1707

Ortogonalny układ ulic w nowszej części miasta

img_2207

Typowy sposób parkowania

img_1798

Warsztaty samochodowe znajdują się nawet w samym śródmieściu

Przyjechaliśmy już po świętach, więc bożonarodzeniową atmosferę czuliśmy głównie dzięki iluminacji. Sylwestrowa noc okazała się dość dynamiczna. Dominowały „domówki” – przez całe miasto zasuwały grupy obładowane tacami z jedzeniem i z brzęczącymi torbami, a z okien dobiegała głośna muzyka. W najstarszej części miasta na ulicach powystawiano grille. Pomimo zakazu puszczania fajerwerków było je słychać i widać w wielu miejscach. Główną miejską imprezę zasiliły włoskie gwiazdy, o których nigdy wcześniej nie słyszeliśmy, ale rozpaliły tłum, śpiewający z pamięci wszystkie refreny. O północy załapaliśmy się na wino musujące w plastikowych kubeczkach od bawiącej się obok grupy i ten sylwestrowy wieczór na pozór był idealny. Po berlińskich wydarzeniach dał się jednak odczuć pewien niepokój, wmocniony betonowymi blokami zastawiającymi wjazd na teren imprezy oraz wszechobecnymi carabinieri i  punktami pomocy medycznej.

Tak już będzie zawsze?

img_1790

Lodowisko i palmy czyli zima w tropikach:)

img_2081

Palmy rosną wdłuż najbardziej reprezentacyjnych ulic miasta

img_2075

A na głównym placu stoi wielka, rozświetlona choinka

W następnym urlopowym odcinku – Lecce (i znów żadnej współczesnej architektury!).

[Fot. Monika Arczyńska]

Żegnaj, 2016

Adria_male.jpg

Żegnaj, 2016,  nie będę za Tobą tęsknić. Wiem, że nie tylko ja z ulgą mówię ci „do widzenia”. Zbyt wiele niedobrych rzeczy wydarzyło się na świecie i ze zbyt dużą niepewnością zaczynamy 2017.

To był dla mnie wyjątkowo trudny rok. Trudniejszy niż kończenie doktoratu równolegle z pracą. Trudniejszy niż przeprowadzki między krajami i trudniejszy nawet niż kolejne lata rozłąki z moim osobistym urbanistą. Zawodowo wszystko wygląda świetnie – wkrótce premiera naszej strony internetowej, mamy więcej zleceń niż jesteśmy w stanie zrealizować bez zarywania nocy i weekendów. Niedługo zostanie wydana nasza pierwsza książka – podręcznik planowania. Studenci znów dali czadu i zrobili świetne – i wykorzystane przez urząd miasta! – opracowanie na temat Długiej i Długiego Targu w Gdańsku. OSSA również wypadła fantastycznie. Za mną kolejne etapy współpracy z powstającym w Gdańsku Muzeum Sztuki Współczesnej oraz z Heneghan Peng. Dublińskie biuro zaliczyło wyjątkowy rok – w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy ukończylismy niemal tyle budynków, ile od momentu powstania pracowni w 2001 roku. To tłumaczy, dlaczego w biurze panuje nieco grobowa atmosfera i nawet świąteczna impreza skończyła się nadzwyczaj wcześnie – wszyscy sa okrutnie zmęczeni. Dla mnie najważniejsze były oczywiście te projekty, przy których pracowałam, czyli akademiki w Maynooth, przebudowa Galerii Narodowej w Dublinie oraz Muzeum Palestyny. Jego otwarcie to zdecydowanie najważniejsze wydarzenie architektoniczne roku, w jakim miałam okazję uczestniczyć, ważniejsze niż weneckie biennale czy triennale w Oslo (moje relacje z obu w bieżącym i kolejnym numerze Architektury-Murator). Dużą część roku zajęła mi praca nad Wielkim Muzeum Egipskim w Kairze oraz Narodowym Centrum Sztuki Współczesnej w Moskwie, ale to tak specyficzne i ogromne przedsięwzięcia, że ich opisywanie byłoby raczej opowieścią o polityce, a nie architekturze. A polityki mam w tym roku zdecydowanie dość. Cieszy mnie więc nowy projekt i sympatyczna zmiana skali – niemieckie Anklam, gdzie we wnętrzach gotyckiego kościoła św. Mikołaja projektujemy muzeum Otto Lilienthala, jednego z pionierów lotnictwa.

Staram się regularnie publikować na blogu, chociaż z uwagi na nadmiar pracy i częstotliwość wyjazdów miałam mniej czasu na komentowanie bieżących wydarzeń. Blog to taki mój ekwiwalent mówienia do ludzi. Bo jeśli podsumowanie poprzedniego roku miało hasło przewodnie „ludzie”, teraz powinnam raczej napisać, że „chcę do ludzi”. Życie towarzyskie, które wcześniej kwitło, nagle zniknęło. Kiedy ktoś kiwa głową ze współczuciem „Oj, musi Ci być ciężko pracować na dwa etaty”, zaczynam się gorzko śmiać, bo chciałabym, żeby to były tylko dwa. Nie co roku trafiam do szpitala i nie co roku do szpitala trafia mój osobisty urbanista. Nie co roku robię ciągnące się miesiącami generalne remonty. Nie co roku brakuje mi czasu i energii, żeby zrobić coś, co nie będzie związane z pracą. I chociaż powinnam być zadowolona, że wyszłam z tego wszystkiego zwycięsko, zmęczenie przesłania satysfakcję.

Dlatego na 2017 rzucam hasło: „równowaga”.

[Fot. Łukasz Pancewicz]

 

Historia lubi się powtarzać

img_1555

Historia lubi się powtarzać. Dokładnie rok temu, podobnie jak teraz, byłam w Dublinie na świątecznej imprezie i wpadłam przy okazji na budowę Galerii Narodowej.  Wówczas spotkałam się z dziennikarką DETAIL Magazine w sprawie Giant’s Causeway Visitor Centre, a tym razem o projekcie zamierza pisać L’Architecture d’Aujourd’hui (nigdy nie nauczę się wymawiać nazwy tego czasopisma!). Rok temu zaraz po corocznej wizycie w Dublinie pędziłam na KOD-owską manifestację, a tym razem na gdańskim proteście pod siedzibą Sam-Wiesz-Jakiej partii pojawiłam się z walizką, prosto z podróży. Druga połowa grudnia zaczyna mi się powoli kojarzyć wcale nie z kupowaniem prezentów, ale z Irlandią, branżową prasą i politycznymi manifestacjami.

W przyszłym roku wizyta w Galerii Narodowej nie będzie już jednak wizytą na budowie. Prace właśnie się zakończyły i chociaż nie mogę jeszcze pokazać żadnych zdjęć (muszę poczekać do oficjalnego otwarcia – chodzi o to, aby nie zepsuć niespodzianki), zapewniam, że efekt jest powalający. Budynek nie przypomina już dawnej dusznej, zakurzonej galerii, w której sama zawsze pomijałam co najmniej dwie sale, bo komunikacja w budynku była prawdziwym labiryntem. Pomijałam je w sumie bez żalu, uciekając jak najszybciej z sal z niewystarczającą wymianą powietrza – nareszcie można tam swobodnie oddychać. Galeria nie straciła jednak swojego wiktoriańskiego uroku. Sprawdziła się zasada, że specjalistom warto zaufać: architekci zajmujący się konserwacją zabytków doradzili kolorystykę i wykończenia jak najbardziej zbliżone do oryginalnych. Nie ma tam uwielbianej przez współczesnych projektantów czystej, matowej bieli, ale złamane odcienie z lekkim połyskiem, które pięknie podkreślają detale wnętrz. Cieszę się, że udało mi się zobaczyć sale przez powieszeniem obrazów i ciekawa jestem, jaki będzie ostateczny efekt, gdy najbardziej wyraziste elementy wnętrz – ściany w soczystych wiktoriańskich kolorach – staną się tłem dla kolekcji.

Ale te zielenie, czerwienie i błękity są mało ważne. Drodzy Czytelnicy, życzę Wam spokojnych świąt. Spokoju nigdy za dużo, a żeby mogli go doświadczyć również mieszkańcy pewnego dalekiego miasta na sześć liter, przyjrzyjcie się, proszę, możliwości wsparcia Aleppo: PAH.

Niech ta historia nigdy się już nie powtórzy.

[Fot. Monika Arczyńska]

Bilbao

IMG_8305

Archdaily opublikowało wczoraj listę dziwnych przyzwyczajeń architektów. Do wielu się przyznaję, chociaż nie podzielam bezkrytycznej miłości do moleskine’ów i Bjarke Ingelsa. Jednak planowanie takich tras wakacyjnych podróży, aby zahaczyć o konkretne budynki, to coś, co robię zdecydowanie za często. A ponieważ z tęsknoty za słońcem przebijam się właśnie przez zdjęcia z letniego wyjazdu na północ Hiszpanii, przypomniał mi się jeden z głównych punktów podróży. Być w okolicach Bilbao i nie zobaczyć Muzeum Guggenheima to gorzej niż być w Rzymie i nie widzieć papieża. Papież może gdzieś akurat wyjechać, a muzeum od prawie 20 lat cierpliwie stoi, odwiedzane przez miliony ludzi.

Realizacja Gehry’ego zdecydowanie zasługuje na oddzielny post, ale muszę go napisać, kiedy będę w odpowiednio złośliwym nastroju. Ciekawsze wydaje mi się samo miasto, bo to miejsce, o którym przed realizacją falistego muzealnego potwora mało kto słyszał. Dzięki świetnemu marketingowi wyrobiło sobie taką turystyczną markę, że właśnie tam trafiliśmy na największą liczbę obcokrajowców spośród odwiedzanych po drodze miast (oprócz San Sebastian, ale to gracz w innej kategorii). Architektoniczny PR jest cały czas podpompowywany i eksploatowany. Już podczas meldowania się w hotelu dostaliśmy mapkę, na której recepcjonista zaczął zaznaczać największe atrakcje turystyczne. Wymieniał przy tym nazwiska – Gehry, Starck, Calatrava – jakby to było oczywiste, że albo wszyscy doskonale je znają, albo przyjeżdżają specjalnie dla realizacji tych projektantów (nie przyznaliśmy się, że jesteśmy architektami). Najbardziej zaintrygowała nas jednak część Bilbao, którą pan z recepcji energicznie zakreślił, napisał tam wielkimi literami ‚NO GO’ i kategorycznie zabronił nam się tam zapuszczać. Zapytaliśmy, czy to jakaś bardzo niebezpieczna dzielnica, z której nie wyjdziemy żywcem – trochę się zmieszał, bo jednak wizerunkowo mordownia nie pasowałaby do odpicowanego obrazu Bilbao. Mruknął pod nosem, że nie, że po prostu „trochę tam brudno i raczej nie mamy tam czego szukać”. Już wiedzieliśmy, od której dzielnicy zaczniemy zwiedzanie!

Okolice ulicy San Francisco faktycznie odbiegały nieco czystością od pozostałych części śródmieścia. W pobliżu znajduje się dworzec kolejowy, więc wcale mnie to nie zaskoczyło – to często najbardziej szemrane dzielnice w miastach. W zaniedbanych miejscach niskie czynsze przyciągają imigrantów i niebieskie ptaki. To bardzo wygodna lokalizacja – blisko centrum, z usługami w parterach i sklepików z egzotycznym jedzeniem. No dobra, momentami byłam jedyną kobietą na ulicy i to już zdecydowanie nie było komfortowe uczucie. Kontrast z odpicowanym centrum tuż po drugiej stronie rzeki był dość szokujący, ale najbardziej zaskoczyła mnie osmoza pomiędzy tymi dwoma światami. Rzeka stanowi barierę, która w jedną stronę przepuszcza turystów, w drugą – grupki żebraków lub młodzież popijającą procenty w wypieszczonej przestrzeni publicznej. Nie trzeba być szczególnie wrażliwym na wizualne niuanse, aby jednoznacznie określić, kto przynależy do którego z tych światów. Pomiędzy nimi śmigała jednak spora grupa mieszkańców Bilbao, którzy w obu miejscach czuli się jak u siebie, spajając to symboliczne rozdarcie.

Ale w sumie nie dla takich miejsc przyjechaliśmy do Bilbao. Ruszyliśmy oglądać  Centrum Azkuna (dawniej  Alhóndiga) czyli dawny magazyn wina przeprojektowany przez Philippe’a Starcka. Obecnie to wielofunkcyjne centrum rozrywkowo-kulturalne, z biblioteką, basenem (na dachu, ze szklanym dnem, przez które można podglądać pływających), restauracją i galerią. Wiele tam wnętrzarskiego gadżeciarstwa w dużej skali i nieintucyjnego rozplanowania funkcji i nie mogłam pozbyć się myśli, że projektowanie budynku to jednak bardziej projektowanie krajobrazu niż wyciskarek do cytrusów.

IMG_8135

U Starcka: szalenie ozdobione kolumny pod szalenie nisko położonym sufitem…

IMG_8133

… i szalenie smukłe kolumny pod szalenie wysoko położonym sufitem:)

Inne architektoniczne must-see w centrum to m.in. kładka projektu Calatravy oraz dość przyjemny, chociaż bazujący na oklepanym pomyśle (przejście przez rozcięcie między skrzydłami) ratusz projektu IMB Arquitectos.

IMG_8271

Rozbudowa ratusza proj. IMB Arquitectos – sympatyczny, ale nie arcydzieło sztuki architektonicznej

Moim ulubieńcem okazał się inny obiekt: biblioteka projektu Rafaela Moneo, z elewacjami z luksferów. Podobnych budynków powstało sporo – z luksferami kombinował i Wiel Arets w Maastricht, i Renzo Piano w Tokyo – ale tu mają jedną ogromną zaletę. Przy całym architektonicznym szaleństwie w okolicy ich jednolita, neutralna powierzchnia przynosi oczom zasłużoną ulgę….

IMG_8546

IMG_8549

Biblioteka projektu Moneo

Moneo jest chyba jednak zbyt krajowy, żeby uznać go w Bilbao za megagwiazdę. Co innego najjaśniej nam błyszczący superstar z „sir” przed nazwiskiem. Zaprojektował dla Bilbao wejścia na stacje metra, które od jego nazwiska nazywane są… „fosteritos”.

fosterito

Sir Norman F. strzelił autograf na jednej z betonowych ścian. To się nazywa architektoniczny PR!

IMG_8334

Same wejścia wyglądają dość… pędrakowato

Im dalej od ścisłego centrum, tym mniej prac starchitektów, ale to wcale nie znaczy, że jest tam nieciekawie. Nie mam nawet na myśli współczesnych budynków, ale np. poprzemysłowe obszary poprzecinane intrygującymi elementami infrastruktury, które wyglądają jak wzorcowe przykłady podnoszenia jakości życia na obszarach zdegradowanych. Na przykład pod wielkim wiaduktem można trafić na zacienione boisko, a sma wiadukt jest zaprojektowany w sposób przyjazny dla pieszych i rowerzystów, oddzielonych od pędzących samochodów.

IMG_8489

IMG_8494Muszę przy okazji rozwiać pewien mit. Pamiętam z wielu artykułów na temat „efektu Bilbao”, że przed realizacją projektu Gehry’ego miasto było zaniedbanym i ogólnie niezbyt pięknym przemysłowym ośrodkiem. Akurat! Może faktycznie było zapuszczone, ale są tam malownicze miejsca, ze spiętrzającą się na wzgórzach zabudową, świetne nabrzeże i schowany w środku historycznych kwartałów plac, gdzie zmęczeni współczesną architekturą turyści lądują na zasłużonym winie i pintxosach. Ale przyznaję – gdyby nie Gehry, pewnie byśmy tu wcale nie przyjechali.

ArchDaily jak zwykle ma rację:)

[Fot. Monika Arczyńska i Łukasz Pancewicz]

Zatańczyć z krową na dachu opery

img_1011

Już dawno żaden znany współczesny budynek tak mnie nie zaskoczył i nie dał mi tyle radości, co opera w Oslo. Tyle razy oglądałam jej zdjęcia i rysunki, że nie oczekiwałam żadnych większych emocji, a tu niespodzianka. To, co wydawało mi się zbiorem nieco wyeksploatowanych architektonicznych trików, jak ogólnodostępny dach czy masa karraryjskiego marmuru, która z powodu samej tylko ilości robi piorunujące wrażenie, w tym konkretnym miejscu broni się doskonale.

Opera była głównym celem naszego wyjazdu. Kilka tygodni temu wraz z grupą znajomych zabukowaliśmy bilety na „Madame Buttefly”. Postanowiliśmy, że to właśnie spektakl będzie naszym pierwszym kontaktem z budynkiem Snøhetty, a na zaglądanie we wszystkie kąty wpadniemy kolejnego dnia. Oglądanie budynku, gdy jest wykorzystywany w celu, w jakim go zaprojektowano, ma zdecydowanie więcej sensu niż wycieczka z przewodnikiem. Za każdym razem żałuję, że w trakcie wyjazdów tak niewiele obiektów mam okazję odbierać jako ich użytkownik. „Madame Butterfly” w Oslo była strzałem w dziesiątkę, chociaż momentami trudno było mi się skupić na cierpieniach Ciociosan, bo nie mogłam przestać się rozglądać.

img_1074

Główne wejście do budynku

img_1072

Foyer z jednym z wejść na wyższe poziomu widowni

img_1102

Dach widoczny od wewnatrz – pas wzdłuż przeszkleń to najmniej śliskie miejsce na oblodzonym dachu

img_1106

Widok na nową mieszkaniówkę niedaleko opery. Poziome pasy na szybach to nie żaluzje, ale ogniwa fotowoltaiczne.

img_1058

Foyer w czasie antraktu…

img_1116

…i w ciągu dnia

img_1129

Obowiązkowe foto:)

img_1061

Bezobsługowa szatnia i zgrabne zakończenie schodzącego dachu

Pierwsze zaskoczenie to szatnie. Bez obsługi, bez numerków, tylko z ponumerowanymi wieszakami, na których zostawia się płaszcze (a damska część naszej grupy także torby z zimowymi butami). Dla mniej ufających, że nic nie zniknie z wieszaków, stoją także zamykane szafki, jak w muzeach, ale większość osób bezstresowo wiesza ubrania w miejscu, do którego wszyscy mają dostęp. Bilety sprawdzane są dopiero przed wejściem na widownię, więc foyer przez cały czas działa jako ogólnostępna przestrzeń publiczna pod dachem. To wskazówka dla osób, które wybierają się do Oslo, ale nie dostały już biletów na żadną operę – chociaż można zwiedzać budynek w ciągu dnia (organizowane są specjalne oprowadzania, także po angielsku), warto wybrać się tam też wieczorem przed spektaklem, żeby poczuć atmosferę operowego wydarzenia. Na bilety warto jednak zapolować. Dobre miejsca kosztują fortunę, jednak na najwyższych balkonach, zwłaszcza z boku, można znaleźć bilety za równowartość cen biletów w polskich operach. To także świetna okazja to przetestowania widoczności – nawet stamtąd jest niezła – oraz akustyki. Ponieważ przysłowiowy słoń nadepnął mi na ucho, trudno mi się wypowiadać na temat jakości docierającego tak daleko dźwięku, ale ciary były:)

W foyer znajduje się kilka elementów, które służą widzom i turystom jako… popularne tło dla selfie, m.in. ażurowe okładziny projektu Olafura Eliassona. Mówiąc elegancko, Eliasson „zaprojektował dla opery w Oslo system wewnętrznych trójwymiarowych okładzin”. Mówiąc dosadniej, zaprojektował ściany kibelków.

img_1067

img_1066

Inna fotogeniczna okładzina to wszechobecne we wnętrzach drewno. Korytarze i schody prowadzące na balkony wyłożono dębem w naturalnym kolorze, a w sali głównej – wędzonym. W zależności od pory dnia i kąta padania światła dębowe deszczułki wyglądają jak przyklejone zapałki albo odbijają promienie słoneczne ze złocistym blaskiem. Dzięki drobnym podziałom udało się uzyskać odpowiedni akustyczny efekt i uniknąć dosłowności w nawiązaniu do drewnianych pudeł rezonansowych instrumentów (jak np. w Forum Muzyki we Wrocławiu).

img_1101

Jak zapałki

img_1112

Norweskie światło słoneczne ma chłodny odcień

img_1033

Cała „tuba” ramp, schodów i korytarzy wyłożona jest drewnem

img_1014

Na każdej kondygnacji znajduje się bar z widokiem na główne foyer

img_1041

Szerokie poręcze ramp i schodów służą jako nieformalne stoliki

Wnętrze głównej sali jest wypełnione ciemnym, ciężkim drewnem. Kameralnie i elegancko, aż chce się tu wygodnie rozsiąść na pomarańczowym welurze, żeby słuchać muzyki i patrzeć na scenę. Każdy  fotel wyposażony jest w wyświetlacz z tekstem po norwesku i angielsku. Nad widownią góruje okrągły, minimalistyczny żyrandol z tysiącami rozpraszających światło kryształków.

img_1016

img_1057

img_1051

Z ciepłem drewna we wnątrzach kontrastuje zimny kamień na zewnątrz. Cieszę się, że trafiliśmy na zimową pogodę. Półprzezroczysta pokrywa lodu na półprzezroczystym marmurze, oświetlona północnym, nisko położonym słońcem, potwierdza, że w tym kontekście był to idealnie trafiony wybór materiału.  Wspinanie się po oblodzonych rampach i stopniach (na własną odpowiedzialność, trzymając się kurczowo poręczy) jest sporym przeżyciem, a na samej górze rozpościera się krajobraz jak z innej planety.

img_1096

img_1140

img_1156

Dach, podobnie jak foyer, to ogólnodostępna przestrzeń publiczna. Zdziwił mnie brak dzieci na sankach, ale może listopad to jeszcze nie jest na nie pora. W cieplejszych miesiącach zdarza się tam jednak zjeżdżanie na deskorolce i na innych pojazdach. Założę się, że latem na dachu odbywają się pikniki, grille i inne towarzyskie wydarzenia, bo nawet przy kilkustopniowym mrozie widzieliśmy grupę pokrzepiającą się winem z gwinta. Mnie się zdarzyło… zatańczyć z krową. Nie pytajcie o szczegóły:)

img_1157

Mam takie zboczenie zawodowe, związane z projektowaniem budynków o funkcji kulturalnej, że bardzo interesuje mnie strona zapleczowa. Nie tyle sama jej organizacja, bo to zwykle odbywa się według kilku podstawowych schematów, ale to, jak architekci poradzili sobie z problemem wjazdów, dostaw i bloków administracyjnych w budynkach, które mają tak rzeźbiarską formę, że praktycznie powinny być pozbawione „tyłu”. Poza tym obiekty kultury bywają tak wielkie, że za dużo zaplecza, zwłaszcza bez okien, z ogromną bramą dla dostaw, wpłynęłoby mocno na charakter sąsiadujących z obiektem miejskich przestrzeni. Snøhetta poradziła sobie z tym problemem pierwszorzędnie. Brama, owszem, jest, ale ma tuż obok interesującą konkurencję, która skutecznie odwraca uwagę od tego infrastrukturalnego elementu: okna warsztatów kostiumów i dekoracji. Można przez nie podglądać pracowników, zapatrzeć się na barokowe peruki i pomarzyć o sukniach na krynolinach. Niby drobiazg, ale sprawia, że ten zdecydowanie mniej intrygujący od frontu budynku narożnik nie przypomina nudnej, biurowej elewacji.

img_1187img_1186

W czterech ostatnich edycjach nagrody im. Miesa van der Rohe trzy laureatki to filharmonie lub opery.  Na wiosnę zdecydowanie powinnam wybrać się do Szczecina, wypatrzywszy wcześniej jakiś przyjemny sobotni koncert w Filharmonii. A potem to chyba Reykjavik i Harpa?

[Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz, Barbara Zgórska]

 

Mam trzy latka…

img_0632

…trzy i pół, sięgam głową ponad stół! Rozpędziłam się – na razie dopiero trzy. W sobotę blog obchodził urodziny i chociaż jak zwykle nie zdążyłam zorganizować świeczek ani tortu, udało mi się spędzić ten dzień i przyjemnie, i miejsko, i architektonicznie. Mój osobisty urbanista prowadził panel o rewitalizacji na Kongresie Obywatelskim, a ja wybrałam się na „Warszawę w budowie” i na nadrabianie zaległości w oglądaniu nowych inwestycji. Bardzo JEMS-owy był ten dzień, bo zaczęłam od wychwalanej pod niebiosa 19. Dzielnicy oraz od nieco kontrowersyjnej przebudowy hali Koszyki.

O Koszykach jeszcze napiszę, a w 19. Dzielnicy zrobiło mi się trochę dziwnie. To osiedle dostało już tyle nagród i pojawiło się tyle razy w mediach jako wzorcowy przykład projektowania dzielnic mieszkaniowych, że spodziewałam się prawdziwej petardy. Pamiętam też odcinek programu „Polska dobrze zaprojektowana”, w którym Kuba Szczęsny, siedząc przy podejrzanie pustej piaskownicy, opowiadał o tej inwestycji w samych „ochach” i „achach”. Bo nie dość, że to osiedle bez płotów, to na dodatek z usługami w parterach i z przestrzeniami rekreacyjnymi dla mieszkańców. Przybyłam, zobaczyłam i… złapałam się za głowę. Czyżby ze stołecznym mieszkalnictwem było aż tak źle? Architekturze – jak to z JEMS-ami bywa – nie mogę nic zarzucić. Bloki wyglądają jak wysmakowane apartamentowce, ale ponieważ są do siebie bardzo podobne, całość sprawia bardzo biurowe wrażenie. Przestrzenie zielone dla mieszkańców owszem są, ale za… szklanymi płotami. I to w postaci porośniętych elegancko przystrzyżoną trawką pagórków, z których nawet na sankach nie da się zjechać bez wyrżnięcia w idealnie wypucowane szyby. Teraz nie było tam nawet widać żadnych dzieci, bo listopad to nie jest najlepsza pora na zabawy podwórkowe, ale spacerując między budynkami wyobrażałam sobie, że mogłyby tam co najwyżej po cichutku (nie przeszkadzać!!!) jeździć miniaturowymi mercedesikami, ubrane w kolekcje junior od fRalpha Laurena. Kręcąc się po osiedli trafiłam kilka razy na zupełnie zwyczajnego tatę z wózkiem, który postanowił pospacerować przy domu i ten widok średnio pasował do wysmakowanego otoczenia.

img_0637

Na szczęście obok kilku sklepów, głównie z wyposażeniem wnętrz, znalazła się jedna „Żabka”, bo nie byłoby nawet dokąd zejść w kapciach po świeże bułki. Kiedy wprowadzi się tam więcej osób, pewnie powstanie francuska piekarnia, bo jednak bardziej stylowo będzie schodzić po bagietki. Na razie lekko parysko jest – w końcu nazwa dzielnicy zobowiązuje! Widziałam kilka osób, które wchodziły do klatek z wózeczkami na zakupy. Tylko nie wiem, czy to byli mieszkańcy, czy ich gosposie.

img_0642

Dobra, dobra, kończę już z tymi złośliwościami:) Spacer po tym osiedlu stał się po prostu pretekstem dla kilku uwag o tym, jak działa miejska przestrzeń. Także pretekstem do tego, aby w końcu napisać o gdańskim Garnizonie, który już od kilku lat działa jak 19. Dzielnica, a po wprowadzeniu funkcji kulturalnych i gastronomicznych stał się nie tyle miejski, co wręcz śródmiejski w charakterze (ale szybkość tych zmian również sprawia problemy). Jeśli coś ma być „dla ludzi”, to nie da się tam uniknąć lekkiej przaśności i nieporządku. Bardzo lubię powiedzenie, że „brudne dzieci to szczęśliwe dzieci” – ta zasada w przenośni dotyczy również dorosłych, którzy dla wyluzowania potrzebują jednak odrobiny chaosu. A gdzie wyluzować, jeśli nie na własnym osiedlu?

[fot. Monika Arczyńska]

 

 

 

 

Jak Sphinx z popiołów;)

bw

Odkąd mój osobisty urbanista zamienił Gdańsk na Łódź, przyjeżdżałam co rok na Design Festival. Po ponownej zamianie miast tym razem pojechaliśmy razem – ŁDF okazał się świetnym pretekstem, żeby odwiedzić łódzką ekipę i zobaczyć, co zmieniło się w mieście. O tym za chwilę, bo zmian sporo, ale na festiwalu miałam wrażenie, że oglądam kolejny raz to samo. Pewnie dlatego, że ci sami sponsorzy powtarzają się na każdej edycji i na myśl o Festivalu przychodzą mi do głowy „Barlinek, Paradyż i IKEA”. Pod temat „Tożsamość” można podciągnąć prawie wszystko i na wystawach głównych pojawił się dość przypadkowy przegląd wzornictwa. Przyznaję, że tym razem skoncentrowałam się na centrum festiwalowym na Tymienieckigo i wyjątkowo nie odhaczyłam wydarzeń ani wystaw odbywających się w pozostałych miejscach. Główna część nieco mnie rozczarowała – może nie powinnam przyjeżdżać co rok? Kilka wystaw widziałam w Gdyni latem, wiele produktów oglądałam wcześniej w sieci. A może przez te wszystkie własne nieszczęsne remonty nie mogę już patrzeć na podłogi i grzejniki.

tym

Inkubator na Tymienieckiego sam w sobie stanowi wystawę designu:)

dupencjoogrzewacz

Uroczy pupogrzewacz z Termy

parawan

Architekt na szpilkach też zwróciła uwagę na ten parawan w krótkiej relacji z ŁDF na FB. Trudno nie zwrócić, jeśli mieszka się nad morzem:)

dp

Gdański i jednocześnie architektoniczny akcent na make me! – Torba Architekta Darii Przybyłowskiej

Największe wrażenie zrobiła na mnie wystawa „No Randomness” o wzornictwie, które pozornie wydaje się przypadkowe, ale ma swoje racjonalne wytłumaczenie. Dlaczego włazy kanalizacyjne są okrągłe, a makaron ma różne dziwne kształty? Kapitalnie pokazany przegląd codziennych przedmiotów był odpowiedni i dla dzieci, którym można na przykładach wyjaśnić, że design to nie tylko ładne meble, i dla dorosłych, którzy mogli dowiedzieć się, dlaczego przedmioty, których używają codziennie, wyglądają tak, a nie inaczej. Podejrzewam, że ciekawostki z „No Randomness” będą hitem dyskusji przy prosecco i fritz coli przez następnych kilka tygodni.

osemki

Gdyby piankowe granulki miały kształt kulek, chronione przedmioty spadałyby na dno pudełka. Ciekawe, czy popcorn działa podobnie:)

schoolofform

Ceramika ze School of Form

Zawsze interesuje mnie, co nowego dzieje się na wydziałach związanych z projektowaniem – trzeba podpatrywać konkurencję, żeby nie zostać w tyle:) Tym razem wpadła mi w oko ceramika ze School of Form, nawiązująca do tradycyjnych form i technik wykonania, ale przygotowywana przy użyciu robotów. Cieszy również współpraca polskich firm, m.in. Barlinka i Porty, z młodymi projektantami.

zrezygnujcie

A przy wystawie Architektury-Murator o architekturze humanitarnej pojawiła się tablica, na której każdy mógł napisać, co ma do przekazania polskim architektom. Oprócz żartobliwych „więcej kolumn i pilastrów” pojawiło się „zrezygnujcie”…

271.jpg

Piotrkowska 217

Ale co tam Design Festival, co tam wystawy, Łódź zaskoczyła mnie najbardziej! Próbuję sobie przypomnieć, kiedy byłam tam ostatnio i to musiało być dokładnie rok temu, na poprzednim wydaniu festiwalu. Tyle się wydarzyło w międzyczasie: Piramowicza gotowa, woonerf na Traugutta gotowy, stacje roweru miejskiego są usytuowane tak gęsto, że aż miło, a na Starym Polesiu pojawiła się zieleń. Dzięki likwidacji przejścia podziemnego pod Piłsudskiego nareszcie czuje się, że Piotrkowska to najdłuższa ulica w Polsce. Pod numerem 217, gdzie wcześniej znajdowała się jedna kawiarnia i wyświetlano latem filmy pod gołym niebem, pojawiło się mnóstwo nowych lokali, a w festiwalową sobotę stanęły food trucki i trzeba było się przepychać między ludźmi. A obok „stajni jednorożców” powstanie wybrany w budżecie obywatelskim… pomnik jednorożców.

Czekam na otwarcie Łodzi Fabrycznej – nareszcie zniknęły wysokie płoty i można zobaczyć, jak bardzo zmienił się teren dookoła. Nie wierzyłam, że ta ogromna budowa kiedykolwiek się skończy, a już na pewno nie w to, że zaraz obok natychmiast zaczną się nowe realizacje. Już buduje się nowy biurowiec, za chwilę zaczną powstawać kolejne. Oprócz tych wszystkich publicznych inwestycji widać, że coś się ruszyło wśród mieszkańców. Być może wspólnoty uznały, że pora na dotrzymanie kroku miejskim remontom ulic i kamienic, bo co kawałek stoją rusztowania, tym razem już bez banerów z napisem „Mia100 kamienic”. To zawsze najbardziej odróżniało łódzkie ulice od innych miast – w Gdańsku, Poznaniu czy Wrocławiu trwał remont za remontem, a w Łodzi tylko sypały się tynki. Ale to opóźnienie ma pewną kolosalną zaletę – dzięki niemu kamienice przetrwały nietknięte okres pastelozy i styropianizacji, a miejskie inwestycje pokazały, jak należy remontować historyczna tkankę.

Jak Sphinx, tfu, Phenix z popiołów!

phenix

[fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz]

Santander

Piano

Kilka lat temu odwiedzałam w Delft siedzibę Octatube, założonej przez prof. Micka Eekhouta firmy, która projektuje i wykonuje nietypowe elementy architektoniczne, głównie przeszklenia. To oni wymyślili i zrealizowali m.in. szklane fasady w Markthalu MVRDV w Rotterdamie, gdzie szkło trzyma się na kablach, które działają jak żyłki rakiety tenisowej, elastycznie reagując na obciążenia wiatrem.Współpracowaliśmy z nimi – najlepszymi, a przy okazji najsympatyczniejszymi wykonawcami,  z jakimi miałam kiedykolwiek styczność – przy okazji projektu w Giant’s Causeway oraz Galerii Narodowej w Dublinie. Wkrótce otwarcie Galerii, a jedną z najbardziej oczekiwanych części projektu jest udostępnienie historycznego dziedzińca, o którego istnieniu prawie nikt nie wiedział. Octatube przekryli go szklanym dachem opartym na szklanych belkach – jest tak lekki i przezroczysty, że w słoneczny dzień niemal znika. Kiedy odwiedzałam ich położony na kampusie Politechniki w Delft warsztat, pokazywali mi kilka prototypów. Jednym z nich była kładka The Botin Centre w Santander projektu Renzo Piano. Miała być wyjątkowo lekka wizualnie pomimo sporej rozpiętości – skakałam po niej jak dzieciak sprawdzając ugięcie.

octatube

Warsztat Octatube w Delft

Ustalając trasę wakacyjnego wyjazdu, pomyślałam, że może będzie okazja poskakać już nie po prototypie, ale po ukończonej kładce. Nazwa „Santander” kojarzyła mi się wyłącznie z bankiem i trochę brakowało mi argumentów, dlaczego akurat tam powinniśmy pojechać. Ponadto mój osobisty urbanista przeczytał gdzieś, że to co prawda malownicze, ale dość nudne miasto i namawiał mnie, żeby może lepiej je ominąć i ruszyć od razu do Bilbao. Uparłam się jednak i okazało się, że intuicja mnie nie zawiodła – miasto okazało się piękne i zaliczyłabym je do mojej ulubionej urbanistycznej kategorii – „świetne do życia”. Czyli nie za duże, ale na tyle duże, aby zapewniać większość potrzebnych usług i wiele miejsc pracy w różnych branżach, zielone i przyjazne dla pieszych, nadmorskie, ale nie typowo turystyczne, z kilkoma eleganckimi miejscami, ale bez aspirowania do pozycji globalnej metropolii.

The Botin Centre jest jeszcze w trakcie realizacji, więc nie byłam w stanie ocenić, czy udało się wykombinować rozwiązanie dla szalonych ugięć kładki, ale sam obiekt zapowiada się sympatycznie. Co prawda elewacja jest niemalże kopią Selfridges w Birmingham Future Systems, ale darzę te aluminiowe dyski sporą sympatią i nie zamierzam się w związku z tym czepiać:)

santander-03

The Botin Centre znajduje się tuż przy brzegu morza, zaraz przy ścisłym centrum miasta i obok niewielkiego parku z wielkim placem zabaw, karuzelą i absolutnie przeuroczym modernistycznym „grzybkiem” z winem i kawą. Tak, proszę Państwa, modernizm potrafi być uroczy!

santander-05

A dalej, wdłuż nadmorskiej promenady, kolejne architektoniczne atrakcje. Jedna z nich wydała nam się szczególnie powalająca – Palacio de Festivales de Cantabria (proj. Francisco Javier Sáenz de Oiza, 1986-90). Takie pomo, że Graves i Stirling przy nim bledną. Jest wielki, ostentacyjny i ostentacyjnie symetryczny, kolorowy, z pasiastą okładziną z kamienia i wieżami. To wszystko sprawia, że nie da się przejść obok obojętnie. Pałac jest niekwestionowanym królem promenady i żaden Renzo Piano nie jest w stanie go zdetronizować.

pomo.jpg

Na promenadzie można trafić również na współczesne elementy-samograje, jak betonowo-drewniane siedziska. Przypominają mi czarne szezlongi Romka Rutkowskiego na wrocławskim Nowym Targu – jeśli docelowo stanie tam zapowiadana fontanna, to mam nadzieję, że plac zacznie działać jak ten zakątek w Santander. Patrzenie na wodę i słuchanie jej szumu jest zdecydowanie bardziej relaksujące od telewizji, a miejsce służy i starszym spacerowiczom, i nastolatkom przychodzącym tu na wino z gwinta, i migdalącym się parom (niektóre szezlongi są dwuosobowe). I chociaż zdaję sobie sprawę, że to nie jest projektowe mistrzostwo świata, a podobnych miejsc w miastach jest mnóstwo, cieszy mnie, że ta prosta interwencja tak dobrze działa.

santander

Przypadkiem trafiliśmy też na rewitalizowany obszar niedaleko centrum. Wylądowaliśmy tam poszukując knajp rybnych przy porcie rybackim – w Barrio Pesquero jest ich mnóstwo, w prostych parterowych pawilonach. Na zewnątrz stoją grille ze skwierczącymi sardynkami i wielkie patelnie z paellą, pachnie rybą i jest cudownie siermiężnie. Widać za to, że ta dość zaniedbana dzielnica przeszła niedawno lifting. Okazuje się, że w całej Europie przepis na rewitalizację jest jeden. Bez względu na lokalizację zawsze pojawiają się te same elementy (oczywiście poza tablicą informacyjną z niebieską flagą i wianuszkiem żółtych gwiazdek):

  • lokalne centrum kultury
  • nowo zasadzona zieleń na ulicach
  • spowolnienie ruchu lub uregulowanie kwestii parkowania (w Barrio Pesquero tę robotę odwalają betonowe kulki)
  • mural, grafitti, malunki przygotowane przez lokalne dzieci albo jakakolwiek inna „sztuka”
  • plac zabaw
santander-01

Pd lewej: centrum kulturalne, nowo zasadzone drzewka i betonowe kule uniemożliwiające parkowanie przy wąskiej ulicy

santander-02

Plac zabaw, ławki, mural

To oczywiście nie wszystkie, ani nawet najważniejsze punkty Santander. To te, na które zwracają uwagę architekci (na pintxos i wino czas był wieczorami). Zwróciliśmy uwagę na jeszcze jedno: całe miasto upstrzone jest… filiami banku Santander:)

CDN

[Fot. Monika Arczyńska/Łukasz Pancewicz]

Praca za granicą – jak się za to zabrać?

PALESTYNA.jpg

Dziś strajk, więc teoretycznie na blogu powinno być cicho, ale po pierwsze post napisałam wczoraj, po drugie na zdjęciu jestem ubrana na czarno (pod kamizelką oczywiście), a po trzecie wyjazd za granicę to też sposób na ominięcie barbarzyńskiego prawa, które – mam nadzieję – nie zostanie wprowadzone.

Niedawno napisała do mnie studentka Politechniki Gdańskiej z prośbą o kilka porad, jak zabrać się za planowanie wyjazdu za granicę. Czy to w ramach gap year, czy wyjazdu na wolontariat albo staż, czy jako odcięcie pępowiny, bo przecież nie każdy wyjeżdża z rodzinnego domu na studia – z każdego z tych powodów warto*. Nie ma lepszej szkoły życia niż konieczność odnalezienia się w innym kraju, innym kręgu kulturowym, wśród nowych ludzi, gdzie używa się obcego języka. A jeśli jest to wyjazd do pracy, to jeszcze lepiej, bo w tym całym intensywnym trybie organizowania sobie życia w nowym miejscu człowiek przestaje się krępować zadawać głupie pytania i przyznawać, że czegoś nie wie. Nie ma szybszej metody uczenia się fachu.

Dziś będzie tylko o wyjazdach do pracy – Erasmusy i stypendia to inna bajka (do tego też oczywiście namawiam, zwłaszcza do zrobienia całego magisterskiego kursu za granicą). Istnieją jednak programy stażowe, dzięki którym wyjazd można zorganizować łatwiej. Na pewno warto zerknąć na programy IAESTE i Leonardo – jeśli znacie inne, będę wdzięczna za informację w komentarzach.

A oto kilka rad – niektóre wynikają z mojego własnego doświadczenia, inne z doświadczenia znajomych i studentów, którzy zdecydowali się na różne kraje i ścieżki kariery. Jeśli chcielibyście podzielić się własnymi uwagami i doświadczeniami, zapraszam do komentowania – dzięki temu powstanie praktyczny poradnik dla zainteresowanych wyjazdem osób.

Dobra koniunktura = dobry kierunek

Warto wyjeżdżać tam, gdzie dużo się buduje. Jeśli na widokówkach z jakiegoś miasta zaczynają dominować zdjęcia dźwigów, jak niegdyś z Berlina, to znaczy, że warto się tam wybrać. Zapotrzebowanie na architektów jest w takich miejscach na tyle duże, że zostaniecie natychmiast rzuceni na głęboką wodę i będziecie projektować, a nie rysować toalety. Trzeba się też jednak przygotować na tymczasowość mieszkania w danym miejscu – po intensywnym inwestowaniu przychodzi posucha i nagle naraz wielu architektów traci pracę. Berlińscy projektanci również musieli stawić czoła temu zjawisku. Zdecydowanie warto unikać miejsc, w których akurat panuje kryzys. Nasza branża jest pod tym względem wyjątkowo wrażliwa i kiedy w gospodarce zaczyna dziać się źle albo chociaż mało pewnie, projekty natychmiast lądują w szufladach.

Oceńcie swoje szanse

Spójrzcie na swoje cv oraz portfolio i zastanówcie się, czym różnią się od dorobku Waszych znajomych – będą się odróżniać od całej reszty zgłoszeń? Warto, żeby przejrzał je ktoś z zewnątrz, a jeśli macie dostęp do architektów, którzy pracowali w Waszym wymarzonym miejscu lub kraju, to idealnie. Studenci naszego gdańskiego wydziału zorganizowali kiedyś akcję pod hasłem „Pokaż portfolio” – zaprosili kilkoro praktykujących architektów z doświadczeniem z Polski i zza granicy, aby skonsultowali portfolio chętnych studentów. Może warto powtórzyć ten pomysł?

Przeglądajcie portale z ogłoszeniami, żeby zobaczyć, czy spełniacie warunki aplikowania o dane stanowisko. Może okazać się, że często albo zawsze wymagana jest np. znajomość oprogramowania, z którym nie mieliście wcześniej do czynienia – wtedy wiadomo od razu, jakie umiejętności trzeba uzupełnić. Gdzie szukać ogłoszeń? Mogę podpowiedzieć dwa popularne serwisy z krajów, w których pracowałam – holenderski Archined i irlandzką stronę RIAI. Podalibyście adresy serwisów z innych krajów w komentarzach?

Jeszcze jedno, bo o to również często pytają studenci. Mimo że żyjemy w scyfryzowanym świecie, a interview przez skype’a staje się powszechną praktyką, zachęcam Was do wysyłania wydrukowanej wersji portfolio i cv (chyba, że ogłoszenie wymaga wyłącznie wersji cyfrowej). Wiecie, architekci to bardzo zapracowani ludzie i całkiem prawdopodobna wydaje mi się anegdota o szefie pewnej holenderskiej pracowni, który był tak zajęty, że czas na przeglądnie aplikacji miał tylko podczas… dłuższych posiedzeń w toalecie. Co prawda to było przed erą tabletów i smartfonów, ale i tak przejrzenie pliku papierów nadal jest szybsze od wędrowania przez gąszcz pdfów. Warto również wysyłać zgłoszenia w ciemno, nawet, jeśli pracownie nie prowadzą akurat rekrutacji. Kto wie, może akurat pojawił się nowy projekt i trzeba będzie szybko zatrudnić kilka nowych osób?

Startujcie do najlepszych…

To na studiach lub po studiach jest czas, żeby zasuwać dniami i nocami w OMA. Potem przyjdzie zmęczenie, kredyty, zobowiązania i już nie będzie Wam się opłacało wracać do wycinania makiet. A żeby zdobyć pracę na wyższym stanowisku u starchitektów, z reguły trzeba mieć doświadczenie od innych starchitektów, więc i tak musicie zacząć u jednych, żeby wylądować u innych – to błędne koło. Oczywiście, jak od każdej zasady, tu również istnieją wyjątki.

…ale niekoniecznie do największych

Istnieje spore prawdopodobieństwo, że  stuosobowym biurze zostaniecie oddelegowani do mało ambitnych zajęć. Oczywiście, sklejanie makiet czy kreślenie detali to sympatyczna robota na start, ale większość z Was przypuszczalnie marzy o projektowaniu. Tu nie ma jednej złotej zasady – równie dobrze w niewielkim biurze możecie do emerytury zajmować się zestawieniami stolarek, bo nikt nie będzie tego robił lepiej od Was, jak i szybko awansować w molochu. Najlepiej przed wysłaniem aplikacji spróbować dowiedzieć się, jak wygląda struktura biura i jakie są możliwości awansu lub przemieszczania się między działami, aby sprawdzić, w jakich aspektach pracy projektowej czujecie się najlepiej (w tej kwestii wygrywają duże pracownie, gdzie możliwości zmiany są większe). Jeszcze jedno, o czym często się zapomina: przez duże biura przewija się dużo osób, więc doświadczenie stamtąd nieco traci na wyjątkowości. Wiecie, ilu architektów ma w cv staż u Koolhaasa?  Setki!

Język

W kwestii języka oczywiście wszystko zależy od kraju, więc dla uproszczenia napiszę o krajach anglojęzycznych. Szczerze – znacie na wyrywki polskie nazwy materiałów i komponentów budowlanych? Wątpię. Założenie jest takie, że na studiach mają się obić o uszy, ale nauczycie się ich w pracy. Zapamiętajcie przede wszystkim podstawowe wyrażenia, żeby nie pomylić kosza z kalenicą. Przed wyjazdem warto zaopatrzyć się w słownik budowlany, żeby trochę się otrzaskać ze screedami, gasketami i jambami, ale radzę Wam raczej poćwiczyć coś innego. Geometrię. Nagle okaże się, że „this” i „that” może zastąpić skutecznie nazwy komponentów budowlanych, kiedy będziecie pokazywać je na rysunkach, ale o ich dokładnych wymiarach i usytuowaniu trzeba będzie opowiedzieć. Zwłaszcza przez telefon, kiedy nagle zadzwoni kierownik budowy i będzie wymagał natychmiastowej odpowiedzi. Wtedy trzeba będzie opowiedzieć, co się ma z czym liniować, co ma wystawać, a co być wycofane.

Pozbądźcie się kompleksów

Jeszcze kilka-kilkanaście lat temu absolwentów z Polski traktowano z podejrzliwością. Byliśmy Dzikim Wschodem, gdzie projektuje się i buduje byle jak, o komputerach nikt jeszcze nie słyszał, a poza tym jak można spodziewać się jakichkolwiek umiejętności od osób pochodzących z kraju, gdzie białe niedźwiedzie chodzą po ulicach. Po wejściu Polski do Unii zmieniło się wszystko. Przyszedł czas na Erasmusy, warsztaty, a do Polski przyjeżdża się oglądać nie tylko Wawel, ale i współczesną architekturę. Z kolei za granicę wyjechało wielu architektów i szybko okazało się, że pracują nie tylko ciężko, ale i dobrze. Wystarczy zerknąć na zakładki „team” najlepszych europejskich pracowni – prawie wszędzie można trafić na polskie nazwiska. Wyrobiliśmy sobie niezłą markę, ale w kilku kwestiach nadal dzieje się źle. Jedna z najważniejszych to uczelnie – między polskimi a dobrymi zachodnimi wydziałami architektury nadal jest przepaść (sami podkreślacie to wracając ze stypendiów). Dlatego moim zdaniem nie warto podkreślać w cv skończenia konkretnej, polskiej szkoły, bo to nikomu na Zachodzie nic nie mówi. Za to jeśli byliście na Erasmusie na uczelni z samego szczytu rankingów, warto się tym pochwalić.

Pamiętajcie także, że po zdobyciu dyplomu inżynierskiego jesteście już wykwalifikowanymi architektami. W Polsce zakodowało się, że dopiero magisterka to jest to, ale założenie systemu bolońskiego jest inne – po licencjacie jest czas na pracę, a robienie magisterki ma sens przede wszystkim jako uzupełnienie. Pomiędzy jest czas na poszukiwanie, próbowanie i zdobywane doświadczenia.

To powodzenia, trzymam kciuki! No i biegnę protestować:)

[fot. Łukasz Pancewicz]

* Dziś przeczytałam, że Parlament Europejski będzie debatował nt. biletów Interrail, które każdy unijny osiemnastolatek  miałby dostać w prezencie. Bomba!

Coś starego, coś nowego…

W tym roku na blogu dominują opowieści z podróży poprzeplatane zrzędzeniem na gentryfikację w dzielnicy* i raportami z zajęć na Politechnice i warsztatów. Chciałabym czasem wrzucić zjadliwy komentarz o bieżących wydarzeniach, najchętniej o transporcie (w której to gminie proboszcz załatwił likwidację ścieżki rowerowej, żeby parafianie mieli gdzie parkować?), ale nie bardzo się wyrabiam. Za chwilę miną dwa miesiące od naszego powrotu z wakacji, a ja jeszcze nie zdążyłam podzielić się na blogu wrażeniami. Najpierw OSSA, zaraz po niej wyskoczyliśmy do Budapesztu, a potem znów wpadłam w projektowo-remontowy kołowrót. Nawet trochę się cieszę, że sierpień nie rozpieszczał pogodowo, bo przynajmniej nie było mi żal, że nie mogę wyskoczyć na plażę.

W lipcu z moim osobistym urbanistą wybraliśmy się na północ Hiszpanii. Jako maniacy transportu publicznego przemieszczalismy się ALSĄ – hiszpańskim PKS-em. Być może Hiszpanie narzekają na nią jak my na polskie autobusy, ale na nasze turystyczne potrzeby jest świetna cenowo, z gęstą siatką częstych połączeń oraz klimatyzowanymi autobusami, w których można sobie zarezerwować konkretne miejsca. I to w automacie z interfejsem w kilku językach. Poza tym przyznaję się do słabości do dworcowych barów i każda przesiadka jest świetną okazją, żeby zjeść tortillę i wypić kawę albo lokalne piwo.

stacja

Dworcowy bar w Madrycie

Długo zastanawiałam się, jaką wybrać trasę między punktami przylotu i wylotu – Madrytem i Barceloną. Celowałam w Bilbao i San Sebastian, żeby zobaczyć Muzeum Guggenheima i Kursaal projektu Moneo, ale oprócz tych miast na wymarzonej liście znajdowało się i Oviedo (miłość od pierwszego wejrzenia z „Vicky Cristina Barcelona”), i Leon (realizacje Mansilla+Tuñón). Będa jednak musiały poczekać na wypad do Santiago de Compostela, który od dłuższego czasu chodzi mi po głowie.

Tym razem pierwszym przystankiem było Burgos, następnie pojechaliśmy do Santander, Bilbao i San Sebastian. Stamtąd musieliśmy się już kierować w stronę Barcelony, ale tę przydługą trasę przerwaliśmy dwudniowym postojem w Saragossie – chcieliśmy zobaczyć, jak wyglądają tereny EXPO po ośmiu latach. Północ nas zaskoczyła. Spodziewaliśmy się tłumów turystów, tłoku i upałów, a tu niespodzianka. Pogoda jest tam prawie jak w Irlandii, czyli z częstą mżawka i niezbyt wysokimi temperaturami, więc zamiast turystów poszukujących słonecznych plaż można tam spotkać raczej osoby z południa, uciekające od nieznośnego gorąca. 

Burgos

No to po kolei! Zaczęliśmy od Burgos, głównie z sentymentu do mojego przyjaciela ze studiów, wielkiego fana gotyku. Katedra w Burgos zachwyciła go szczególnie, a ponieważ Grześka już z nami nie ma, chciałam pobyć przez chwilę w miejscu, które tak bardzo mu się podobało i spróbować poczuć tam to samo. Myślę, że się udało, bo to jeden z tych budynków, na którego widok człowieka ogarnia rodzaj niedowierzania i wzruszenia. Być może zachwyt wszystkich osób, które wcześniej czuły tam coś podobnego, nabudowuje się z każdym kolejnym westchnieniem i pozostaje na miejscu, w powietrzu albo w murach. Grzesiek, dorzuciliśmy dwie kolejne cegiełki do tej dawki emocji, którą tam zostawiłeś kilka lat wcześniej.

Burgos promenada

Promenada w centrum Burgos

Ale Burgos to nie tylko katedra. To również średniowieczne klasztory, położone poza miastem, a także kapitalna promenada położona wzdłuż przecinającej miasto rzeki (określenie „rzeczka” pasowałoby tam nawet bardziej). Trzeba by się dokopać do danych demograficznych, żeby potwierdzić nasze przypuszczenia – odnieśliśmy wrażenie, że seniorzy stanowią wyjątkowo duży odsetek mieszkańców. Ale co to są za seniorzy! Eleganckie panie popijające piwko z koleżankami. Pary, które mają już pewnie prawnuki, spacerujące z uśmiechem promenadą. Grupy znajomych siedzące na ławkach i wybuchające śmiechem, jak grupy nastolatków. Panowie, na których głowach zostało już niewiele włosów, ale nadal dbają o to, na co mają wpływ – spodnie z kantem i świeżo wypastowane buty muszą być. Życzmy sobie wszyscy takiej energii w tym wieku!

IMG_7798

Nowy bulwar proj. Herzoga&deMeurona

Jak to szło z wyposażeniem panny młodej w dniu ślubu – coś starego, coś nowego, coś pożyczonego i coś niebieskiego? Z moim osobistym urbanistą mamy podobny schemat wyboru miejsc do zobaczenia: coś starego, coś nowego, coś urbanistycznego i coś zrewitalizowanego. W Burgos zwiedzanie zaplanowaliśmy podobnie, a jedna z realizacji wpasowała się w kilka z tych kategorii. Na dodatek zaprojektowali ją starchitekci – Herzog & de Meuron. To masterplan dla jedenastokilometrowego bulwaru zbudowanego w miejscu przebiegu dawnych torów kolejowych. Świadomość, że brakuje tam wyraźnie zdefiniowanych pierzei, bo wiadomo, jak z reguły wygląda zabudowa od strony torów – zapleczowo i dość śmietnikowo – nie pozwala oceniać negatywnie lekkiego chaosu w tej przestrzeni. Architektonicznie jest jednak równie mało wyraziście. Szwajcarzy dodali trochę drzew, trochę elementów małej architektury, które mają jedną wspólna cechę – są okrągłe, a jedyna rzecz, która naprawdę mocno wyróżnia się na plus, to zawieszone nad ulicą lampy w kształcie kropli, w układzie przywodzącym na myśl sznury żarówek. Myślę jednak, że na podobne pomysły wpadliby nasi studenci, a skala działania polegająca wyłącznie na meblowaniu przestrzeni to za mało, aby zmienić jej charakter.

Burgs muzeum

Muzeum Ewolucji Człowieka (proj. Juan Navarro Baldeweg)

Żałuję, że nie starczyło nam czasu na zwiedzenie Muzeum Ewolucji Człowieka. Z uwagi na zboczenie zawodowe wpadłam tam tylko na chwilę, żeby zobaczyć, jak jest zorganizowana strefa wejściowa oraz kierunek zwiedzania i obeszłam tego molocha dookoła, aby ocenić strefę zapleczową (jest ok). To muzeum to prawdziwe monstrum z czerwoną kratownicą podtrzymującą dachy o sporej rozpiętości. Nie jestem przekonana co do tej skali – nawet na zdjęciach satelitarnych budynek wybija się na pierwszy plan – i mam tylko nadzieję, że nie chodziło tu o interpretację ewolucji pod hasłem „od jaskini do góry szkła i stali”.

Tyle o Burgos. Gdyby to był blog lajfstajlowy, powinnam dodać kilka słów o lokalnej kaszance, ale pozostanę przy architekturze:) W następnym odcinku – Santander.

*Wyjaśniło się, że we wspomnianym miejscu na Wajdeloty zamiast uszczelek i rurek będą sprzedawane rolki. Rolki sushi.

[Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz]

RUHA CIPŐ

pest_SMALL.jpg

Proszę się nie obruszać tytułem posta. Użyłam tych węgierskich słów z premedytacją, licząc na więcej niż zwykle kliknięć:) Te nieprzyzwoicie brzmiące wyrazy mają bardzo niewinne znaczenie – ODZIEŻ OBUWIE. Takie napisy pojawiają się na szyldach sklepów z ciuchami i butami w Budapeszcie, gdzie zawitałam ponownie po kilkunastu latach nieobecności.

Z tamtego pobytu pamiętam przebłyski (Mamo, może lepiej dalej nie czytaj?). W czasie, gdy w polskich monopolowych królowała Sophia, węgierskie wina, nawet te najbardziej przaśne, sprzedawane w plastikowych butelkach, smakowały nam jak najbardziej luksusowe roczniki. Oczywisty skutek był taki, że zwiedzanie miasta i oglądanie realizacji Makovecza, których egzotyczność przyciągała nas wówczas najbardziej, podlane były sporą ilością tego mało szlachetnego trunku. Trochę zaszaleliśmy, tym bardziej, że trafiliśmy tam zgraną grupą znajomych z roku. W czasach, gdy o Unii, Erasmusach i międzynarodowych warsztatach można było co najwyżej pomarzyć, zorganizowaliśmy wymianę ze studentami architektury z Budapesztu. Najpierw Węgrzy przyjechali do nas. Nocowali na łóżkach polowych w sali cichej nauki w naszym akademiku i nie zapomnę min pań portierek, które odbierały dla nas dostawy z… Polmosu (gorzelnie i browary najchętniej sponsorowały studenckie przedsięwzięcia). Wtedy po raz pierwszy zawstydziła mnie współczesna polska architektura – w Trójmieście było wówczas wyjątkowo beznadziejnie i ani nowe budynki uniwersyteckie, ani  apartamentowce w Orłowie nie zrobiły wrażenia na naszych gościach. Tak jakby garderoby na 300 par butów i widok na morze były normą, eh… Uratował nas krzyżacki gotyk, międzywojenny gdyński modernizm i absolutny hit – falowiec.

Byłam ciekawa, jak obecnie wygląda i funkcjonuje węgierska stolica. Polskie miasta zmieniły się tak bardzo, że pewnie trudno je poznać osobom pamiętającym je sprzed kilkunastu lat. Od znajomych, którzy niedawno odwiedzili Budapeszt, słyszałam zupełnie przeciwstawne opinie. Jedni twierdzili, że polskie „metropolie” mogą się przy nim schować, inni, że na ulicach widać straszną biedę. Może chodziło o liczbę bezdomnych, bo rzeczywiście sporo ich na ulicach? A może o zwykłe ubrania bez eksponowanych metek, które stanowią miłą odmianę dla wszechobecnych w polskich miastach New Balance’ów i Lacoste’ów? O samochody, znacznie starszych niż u nas, co przekłada się na dosłownie oszałamiającą ilość spalin (+ brak rowerów, gdzie są rowery)? Może jednak o coś innego – o to, jak wygląda sama miejska tkanka. W śródmieściu zamiast szklanych wieżowców przeważają XIX-wieczne kamienice i budynki z lat 60. i 70. Jeśli to wynika z ograniczeń inwestycyjnych, to potwierdza sie zasada, że nic nie konserwuje lepiej niż brak pieniędzy. Ilość PCV, tynków na styropianie i polbruku, która  dominuje w polskim miejskim krajobrazie, jest w Budapeszcie minimalna w porównaniu ze szlachetnie starzejącymi się kamieniarkami, ceramiką i anodowanym aluminium, które darzę szczególną sympatią. Na to ostatnie w Polsce niemal urządzano polowania: jeśli się je mało regularnie czyści, po latach pokrywa się matowym, szarym nalotem. Kto pamięta czarne, brudne szpary w aluminiowych ramach okiennych w PKP, wie, co mam na myśli. U nas z zadowoleniem wymieniano te nadzwyczaj trwałe ślusarki  na błyszczące i kolorowe PCV, które po kilku latach użytkowania wygląda fatalnie. Pod tym względem Budapeszt przypomina nieco Łódź – jedyne duże miasto w Polsce, gdzie bez problemu można trafić na kamienice z zachowanymi stolarkami i detalami. W innych, bogatszych miastach, szybko nastąpiła masowa wymiana solidnych drewnianych drzwi na karton w okleinie z marketu budowlanego. Węgrzy wydają się bardziej doceniać to materialne dziedzictwo.

IMG_9678

Podczas mojej poprzedniej wizyty w Budapeszcie nasi gospodarze zabrali nas do tureckiej łaźni Kiraly. Wszystkie panie, w wieku przeważnie matuzalemowym, rozkładały swoje bogato pomarszczone nagie ciała w kamiennym basenie. Jak u Kozyry. Tym razem trafiłam do tego samego miejsca -szesnastowiecznego budynku, który od lat nie był poddawany modernizacji. Łaźnia wcale się nie zmieniła – zmienił się tylko regulamin i teraz nie jest już koedukacyjna oraz obowiązują stroje kąpielowe. Nie odczyszczono zacieków na kamiennej kopule, nie zainstalowano nowego sprzętu. Działa? Działa. Taki pragmatyzm to najskuteczniejsza metoda konserwacji.

IMG_9531

Na ulicach można spotkać wielu obcokrajowców, którzy sprawiają wrażenie, jakby tam mieszkali na dłużej. W mieście nie widać wielkich kompleksów biurowych, a i obcokrajowcy nie wydają się przynależeć do kategorii „korpo”, więc zakładam, że nie są finansistami na kontraktach. Albo to studenci (czyżby, podobnie jak w Polsce, przyciągano zachodnich studentów na wydziały medyczne?), albo szeroko pojęta „klasa kreatywna”. Budapeszt bardzo przypomina Berlin sprzed gentryfikacji, ceny są niskie, jakość życia (zwłaszcza tego nocnego) wysoka, więc nie zdziwiłabym się, gdyby osiadały tam, chociaż na chwilę, osoby pracujące zdalnie lub artyści. Chętnie dowiedziałabym się od kogoś lepiej zorientowanego, czy moje przypuszczenia są słuszne. W całym śródmieściu widać dwujęzyczne informacje o wynajmie i to nie tylko mieszkań, ale także lokali usługowych. Sami musieliśmy przez chwilę popracować i przetestowaliśmy pewną coworkingową kawiarnię  – sporo tam podobnych miejsc.

Wnętrzarsko w nowych lokalach dominują te same trendy, co u nas. Może nie widać aż tyle płyty OSB, ale patchworki z marokańskich płytek, odkryta cegła i gołe żarówki pojawiają się równie często. Można również nierzadko zauważyć u nas rzadko spotykane, a tam nawiązujące do lat 70. (ach, te przejścia podziemne!) kompozycje ze świetlówek. Zachwycające są niektóre z tzw. ruin barów, czyli pubów albo klubów zaaranżowanych w opuszczonych, zaniedbanych kamienicach. Byłam kiedyś w podobnym miejscu w Edynburgu i bardzo podobała mi się plątanina korytarzy, pokoi i klatek schodowych. W Budapeszcie zagospodarowywane są również przepiękne dziedzińce – zamieniają się w wielkie ogródki winno-piwne pod gołym niebem. Niestety, prawie całkowicie zdominowali je turyści i wydawane są nawet specjalne anglojęzyczne przewodniki po zagłębiach barów. Chociaż zabawa w Davida Attenborough i obserwowanie rytuałów godowych homo sapiens bywa intrygujące, jednak powtarzalność interakcji między uczestnikami brytyjskich wieczorów  panieńskich i kawalerskich zaczyna szybko męczyć. Podobnie męczą całe ulice zamienione w gastronomiczne deptaki z „Traditional Hungarian Cuisine” i „Goulash – 5 euro”.

IMG_9808

IMG_9818

IMG_9827

Na zdjęciach powyżej Most Wolności czyli po prostu Most Zielony, który we wspomnieniach sprzed półtorej dekady kojarzy mi się przede wszystkim z przeciąganiem liny przez studentów Politechniki i Uniwersytetu (uczelnie zlokalizowane są na jego końcach). Pamiętam też wspinanie się po jego konstrukcji – na szczęście nie ja się wspinałam, za to wspomniane wino z plastikowych butelek odgrywało w tej mało bezpiecznej przygodzie ważną rolę. Dziś most to popularne miejsce na sączenie piwka – lepiej niż w Kopenhadze, bo z jeszcze atrakcyjniejszym widokiem. Intensywne miejskie życie w śródmieściu zachwyciło mnie poprzednio i równie mocno tym razem. I właśnie po to zamierzam wrócić jeszcze do Budapesztu.

Nie, nie wrócić. Wracać regularnie!

[fot. Monika Arczyńska&Łukasz Pancewicz]

Odkochałam się

team

W branżowej prasie nadal, chociaż z mniejszą częstotliwością, pojawiają się przeglądy weneckich wystaw i pawilonów, Marcin Szczelina chyba jeszcze siedzi we Włoszech (wróci? nie wróci? Dziś wrzucił na FB zdjęcie z Lido), a ja nadal wspominam wystawy, bo przetrawienie takiej dawki informacji i wrażeń wymaga czasu.

Tym razem do Wenecji pojechałam nie tylko z moim osobistym urbanistą, ale i z ulubionym historykiem sztuki. Połączyło nas właśnie Biennale – kiedy trzy lata temu szukaliśmy z Łukaszem kuratora, aby wspólnie przygotować projekt konkursowy na wystawę w polskim pawilonie, znajomi polecili nam Maksa Bochenka*. Zadzwoniłam, umówiliśmy się na kawę i na tej pierwszej kawie zaiskrzyło na tyle, że nie tylko złożyliśmy projekt (nawet dwa, bo i jeszcze jeden, rok temu), ale prowadzimy kolejną serię wykładów, przegadaliśmy setki godzin o architekturze, sztuce i innych mniej poważnych rzeczach, a po głowie chodzą nam  pomysły na kolejne projekty. W Wenecji okazało się, że pomimo różnych profesji – architekt, urbanista i historyk sztuki – odbieraliśmy poszczególne wystawy dość podobnie, a tam, gdzie ekspozycje prowokowały nas do dyskusji, potrafiliśmy mówić tym samym językiem. oponki

[Bez głupawki ani rusz – kto by wytrzymał bieganie po wystawach architektonicznych przez 10 godzin dziennie?]

LPMA.jpg

[Bez espresso też się nie da:)]

Zawsze szukam na Biennale „przekłuwania balona” – potraktowania architektury bez nadmiernego nadęcia i pompy. Tegoroczna edycja była śmiertelnie poważna: klęski żywiołowe, strefy militarne, ubóstwo i nierówności. Z westchnieniem ulgi skoczyliśmy  do serbskiego pawilonu, w którym interpretacja tematu może nie do końca nas przekonała, ale kapitalnie potraktowano wnętrze budynku, bliźniaczego z polskim. To nie jest najłatwiejsza przestrzeń ekspozycyjna -€“ wąska i długa -€“ i ten sposób na jej zagospodarowanie wydaje mi się bardziej odpowiedni niż wstawianie tam plansz czy makiet. Podłoga pawilonu stała się dnem niebieskiego statku, wyposażonego w najważniejszą dla przetrwania rzecz -€“ gniazdka elektryczne. Zapomnieliśmy sprawdzić, czy była też sieć bezprzewodowa, ale nie wyobrażam sobie, że mogłoby być inaczej. Wielki błękit i możliwość podładowania telefonu sprawił, że cichły rozmowy, a pochyłe dno zadziałało jak wielka leżanka…

Slovenia

Biennale to również godziny podpatrywania sposobów prezentacji projektów. Tym razem pięknych, piekielnie drogich makiet było jak na lekarstwo – robiłyby zdecydowanie nieprzyzwoite wrażenie wśród niskobudżetowych projektów w slumsach i na terenach dotkniętych przez kataklizmy. Co prawda Chipperfield i Rizzi pokazali odjechane makiety, no ale im wszystko wolno. Z drugiej strony stylistyka „zrób to sam”, jeśli potraktowana z pewną dozą humoru, również potrafi być atrakcyjna. Moi ulubieńcy to warsztat w pawilonie Recetas Urbanas.

LUDZIKI.jpg

Nie wiem, jak Izrael to załatwił, ale pierwszego dnia zamiast o 19:00, Giardini zamknięto godzinę później. W międzyczasie na tyłach pawilonu rozkręciła się w okamgnieniu niezła impreza – campari lało się strumieniami, a dj podrygiwał puszczając najbardziej kiczowate kawałki świata. Wśród pląsającego tłumu chyba wypatrzyliśmy nawet noblistów, których twarze chwilę wcześniej widzieliśmy na wystawie – opowiadali o relacjach między nauką a architekturą. Relacje między nauką a architekturą na parkiecie również okazały się bliskie.

Israel

Jak już przy nieeuropejskich, ale eurowizyjnych krajach jesteśmy, to w tym roku premierę miał pawilon Australii. Denton Corker Marshall zaproponowali czarne pudło, ale niespodzianka czekała w środku. „Raport z frontu” w interpretacji Australii to raport z frontu willi z basenem, bo postawili właśnie na „pool culture”. Tego samego dnia wieczorem moi towarzysze ratowali pijanych turystów, kórzy postanowili wykąpać się w Canale Grande. Bełkotali tak niewyraźnie, że nie byłam w stanie poznać po akcencie, skąd przyjechali, ale może to też byli Australijczycy?

Australia.jpg

Ale najważniejsze: odkochałam się. Aravena mi się po prostu przejadł. Po Pritzkerze i Biennale aż strach otwierać lodówkę. Już nie będzie walentynek, listów miłosnych ani wzdychania. Może gdybym wpadła na niego gdzieś w Giardini, uczucie by przetrwało, ale żartowaliśmy, że Alejandro A. specjalnie mnie unika. Pewnie dlatego, że krótko przed Biennale dowiedziałam się, że ma żonę (drugą!) i dzieci. Liczna grupa jego psychofanek pewnie nie zauważy nawet, że ich grono zmniejszyło się o jedną architekt z Polski, a ja zacznę szukać nowego obiektu westchnień. Jakieś propozycje?

*W piątek o 18:00 w hali B90 w Stoczni odbędzie się wernisaż Alternativa 2016: Uszczerbki i Straty. Maks  jest producentem tej wystawy – ostatnio wyspał się chyba w Wenecji, tak ogromne jest to przedsięwzięcie. Wpadłam wczoraj  do stoczni, żeby zobaczyć, jak w ogóle przebiega instalacja wystawy i powiem jedno: zapowiada się świetnie. Do zobaczenia w piątek!

[Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz, Maks Bochenek]

Sarona

2016_02

To miejsce pokazała nam w ubiegłym roku Aynav, moja serdeczna przyjaciółka z Erasmusa, która na co dzień mieszka w Europie, ale akurat odwiedzała w Izraelu rodzinę. Sarona to niemiecka kolonia z XIX wieku, wówczas nowoczesna osada rolnicza, produkująca żywność na sprzedaż, a nie tylko dla zapewnienia potrzeb własnej społeczności. Kiedyś zlokalizowana była poza miastem, ale wraz z rozwojem Tel Awiwu znalazła się w atrakcyjnym miejscu w centrum miasta, niedaleko stacji kolejowej i tuż obok sporej bazy wojskowej. Już od lat 70. deweloperzy zacierali ręce na myśl o zainwestowaniu na tym terenie (kilka rozsypujących się chatek do usunięcia – co za problem!), ale ostatecznie zadecydowano o objęciu go ochroną konserwatorską. Część budynków przeniesiono, a wszystkie pieczołowicie odrestaurowano i posadzono między nimi mnóstwo zieleni, obok zachowanych drzew.

WP_20141231_13_56_57_Pro

Kompleks obejmuje kilkadziesiąt sklepów i punktów gastronomicznych wśród zieleni. To rodzaj centrum handlowego i food courtu pod gołym niebem, ale o charakterze skansenu. Miejsce jest niedostępne dla samochodów, lecz dookoła zlokalizowano kilkanaście tysięcy miejsc postojowych. Obok wyrosły kontrastujące skalą wieżowce. ‚Lifestyle centre’ jak się patrzy.

WP_20141231_14_05_19_Pro

Z reguły krytycznie patrzę na podobne komercyjne założenia, podobnie jak na wielkie centra handlowe wysysające handel z ulic. Dwa tygodnie temu siedzieliśmy tam jednak z przyjemnością, popijając z moim osobistym urbanistą kawę i jedząc lody. Do samolotu zostało nam kilka godzin, a ponieważ byliśmy już trochę zmęczeni kilkoma godzinami spacerowania w upale, postanowiliśmy poczekać tam na pociąg na lotnisko. Beztroska atmosfera Sarony kompletnie nas wtedy wciągnęła. To miejsce, w którym wszyscy czują się bezpiecznie, pełne zakochanych par, znajomych grających we frisbee i dzieci biegających po trawnikach. Rozmarzyliśmy się na myśl o sączeniu wina na balkonie w sąsiednich wieżowcach – nie dość, że mają widok na Saronę, to z wyższych pięter również na morze. To prawdziwa zielona oaza w centrum miasta, w którym przez większość roku panują upały.

2016_01

Wczoraj nazwa ‚Sarona’ mignęła mi w internecie. To nie były dobre wiadomości – miał tam miejsce atak przy użyciu broni maszynowej. Zginęły cztery osoby. Dokładnie w tym miejscu siedzieliśmy dwa tygodnie temu. Na zdjęciach, które ukradkiem robiłam parze zakochanych, widać targ, gdzie odbyła się strzelanina.

Z mapy idyllicznych, bezpiecznych miejsc w Tel Awiwie właśnie zniknęło kolejne miejsce. Nie wierzę, aby w przyszłości ktokolwiek wypuścił dzieci na trawę, nie pamiętając o tym, co stało się wczoraj. Mentalne mapy miast, na których w pamięci zaznacza się miejsca kojarzące się z bezpieczeństwem i beztroską, kurczą się po każdym takim wydarzeniu. Miasta też giną w terrorystycznych atakach, nawet, gdy ich mury pozostają nietknięte.

RIP

[Fot. Monika Arczyńska]

 

 

 

 

Raport z frontu

TITLE

A miało być tak pięknie… Ale pięknie tylko przy okazji, bo przede wszystkim prospołecznie, pragmatycznie, humanitarnie. Wyszło dość nijako, powtarzalnie i nudno. Oglądając kolejne, podobne do siebie wystawy, zaprezentowane w ostentacyjnie niskobudżetowy sposób, bo przecież nie wypada wydać na makietę więcej niż na budynek, który reprezentuje, nieraz miałam wrażenie, że podróż do Wenecji była całkiem niepotrzebna. Oglądając katalog i popijając kawę – obowiązkowo fair trade – w zaciszu własnego mieszkania dowiedziałabym się więcej, bo bez pośpiechu, nie wspominając o ilości CO2, którą wyprodukował samolot, pociąg i klimatyzacja w hotelu. Nie wspominając już o tym, że pieniądze wydane na podróż mogłabym wpłacić na jakiś NGO budujący studnie w Afryce (podobną strategię przyjęła zresztą Austria, pożytkując zaoszczędzone dzięki skromnej wystawie fundusze na poprawę warunków mieszkaniowych kilku rodzin uchodźców).

ARRIVAL CITY

Niemcy również wybrnęli sprytnie  z problemu mało spektakularnego tematu i uniknęli szarej tektury, worków foliowych i plastikowych butelek. Nie dość, że wypruli otwory w swoim nazistowskim pawilonie, aby pokazać, jak bardzo są otwarci na przybyszów z zewnątrz – obecnie głównie uchodźców – to jeszcze wybrali stylistykę materiałów graficznych przypominającą przeskalowane kserówki ze spontanicznymi komunikatami. Bez zadęcia, z lekką naiwnością, może aż zbyt lekko, ale jak świeżo po dziesiątkach wystaw o mniejszych i większych problemach ludzkości.

ETH

[Ta instalacja ETH z Zurychu oczarowała chyba wszystkich i to akurat było coś, co trzeba zobaczyć na własne oczy, a nie tylko w katalogu. Konstrukcja składa się wyłącznie z wycinanych komputerowo kamiennych płyt – bez zaprawy, bez żadnych dodatkowych elementów łączących. Jak w czasach gotyckich katedr, których sklepienia wykonywano w podobny sposób. Tyle, że tu gotowe elementy składano zaledwie dwa tygodnie.]

Podczas Biennale rynkowa koniunktura przekłada się zwykle na ilość przelewanego prosecco oraz połysk wystaw, lecz Aravena wykręcił architektom niezły numer. Zachód powoli wykaraskał się z kryzysu, inwestorzy zaczęli wyciągać  odłożone do szuflady projekty, a w krajobrazie europejskich i amerykańskich miast znów pojawiły się dźwigi. Miło byłoby znów pobłyszczeć na okładkach kolorowych magazynów, a medialny szum po śmierci Zahy Hadid potwierdził tęsknotę za wielkimi nazwiskami i ekscentrycznymi twórcami. Dla wielu architeków to za szybko na pochylanie się nad wykluczonymi i  budowanie lepianek z gliny – brzmi świetnie, gdy chce się pochwalić znajomym egzotycznym wolontariatem, ale żeby zaraz przestać marzyć o  projektowaniu wieżowców i muzeów?

MOKOKO.jpg

[Nagrodzony Srebrnym Lwem dla „obiecującego młodego uczestnika” model pływającej szkoły Mokoko]

ZLOTY

[Z przodu makieta West Village w chińskim Chengdu – maksymalizacja przestrzeni rekreacyjnych i sportowych; w tle nagrodzona Złotym Lwem spektakularna instalacja Gabinete de Arquitectura z Paragwaju, wykonana z cegły przez niewykwalifikowaną siłę roboczą – tu akurat aspekt piękna i czystej formy architektonicznej został doceniony]

Polskie akcenty wypadły nieźle, chociaż „śmieciowo”. Wystawa Hugona Kowalskiego i Marcina Szczeliny o odpadach całkiem nieźle prezentuje się w Arsenale, ale tego śladu węglowego (śmieci przywiezione z Polski!) to chłopakom nie wybaczę. Polski pawilon z uwagi na temat, którego spodziewałam się w przynajmniej kilku innych miejscach, a którym jednak zajęli się tylko Polacy, stał się chyba jednym z najpopularniejszych w Giardini. Tu „śmieciowy” motyw dotyczył m.in. sposobu zatrudnienia robotników budowlanych bez umów (lub na tzw. „śmieciówkach”), ale i darmowe nadgodziny architektów załapały się na infografikę o problemach pracowników branży budowlanej. Trochę się martwiłam, że będzie za skromnie i że przygotowywany przez kielecką ekipę research nie wystarczy dla pełnego zobrazowania poruszanych kwestii, ale okazało się, że Biennale to miejsce zadawania pytań, a niekoniecznie podawania gotowych rozwiązań. Mieliśmy jednak z naszym własnym kuratorskim zespołem wrażenie, że wchodzimy na wystawę, którą sami zaproponowaliśmy na tegoroczne Biennale. Chociaż tematy się nie pokrywały, strona wizualna okazała się prawie identyczna. Ustawiony według naszego projektu billboard na dachu polskiego pawilonu miał krzyczeć czarnymi literami na agresywnie żółtym tle – tu krzyczały żółte torby w identycznym odcieniu, po których w całej Wenecji można było poznać architektów. Podobnie jak u nas, całą przestrzeń pawilonu wypełniała stalowa konstrukcja i tak samo była owinięta przepuszczającą światło tkaniną (tyle, że siatką ochronną, jak na rusztowaniach, a nie materiałem, z którego robi się billboard). Tak samo wchodziło się do środka przez wycięcie w materiale. Przynajmniej wiemy, że projekt sprawdziłby się w 1:1:)

Polish

Ciekawostka, ale spodziewana – zabrakło starchitektów. Co prawda pojawiły i garaże dla dronów projektu Fostera, i muzeum Chipperfielda w Sudanie, mignęli gdzieś w filmie dokumentalnym Herzog&de Meuron, a Shigeru Bana obskoczyli łowcy autografów, ale o pojedyncze nazwiska, a nie potężny gwiazdozbiór, jak zwykle bywało. Całą salę na wystawie głównej poświęcono też projektom Renato Rizziego. Zamierzałam podziękować mu za pokazywany w Giardini Teatr Szekspirowski – ostatnio rozmawialiśmy w dniu otwarcia, kiedy jeszcze nie wiedziałam, że Teatr stanie się jednym z moich ulubionych budynków. Rizzi, jak to stuprocentowy Włoch, rozgadał sie jednak z jakimś dziennikarzem. Następnym razem!

baN

Rizzi

[Rizzi, dziennikarze i przepiękne makiety]

DRON

[Fosterowy „garaż” dla dronów]

IRISH.jpg

[Projekcja na wystawie Irlandii (Níall McLaughlin), pokazujący, wraz ze zmieniającą się ścieżką dźwiękową, jak osoby z chorobą Alzheimera odbierają przestrzeń. Subtelnie, pięknie, ale w punkt – takie ekspozycje lubię na Biennale najbardziej.]

Największe rozczarowanie to brak otwartych debat. W Giardini zawsze były organizowane otwarte spotkania -€“ to miejsce stawało się centrum Biennale, gdzie można posłuchać dyskusji zaproszonych kuratorów i projektantów. Tym razem kilka spotkań odbyło się w audytorium, gdzie mieści się tylko niewielki odsetek zainteresowanych osób (nie wspominając o pewnym skandalu – okazało się, że Aravena zaprosił do głównej debaty na otwarcie debaty samych mężczyzn). Tym razem, kiedy na wystawie pokazywano dobre praktyki z odległych od siebie części świata, dyskusja i podzielenie się uwagami byłyby szczególnie ważne. Nawet, jeśli rozwiązania muszą być unikalne i „szyte na miarę” z uwagi na różnice geograficzne czy kulturowe, najbardziej intrygujące fragmenty wystawy głównej to te, które przedstawiały uniwersalność problemów oraz sposobów ich rozwiązania w różnych częściach świata. Do jednej z najbardziej trafnych w tym kontekście wystaw zaliczyłabym porównanie tymczasowych miast – od osiedli dla ofiar klęsk żywiołowych, przez festiwal w Glastonbury, po święto przyciągające w jedno miejsce w Indiach kilkanaście milionów ludzi.

Porażką była również nieobecność i jednoczesna medialna wszechobecność Araveny.  Chociaż wpatrywaliśmy uważnie jego rozwichrzonej czupryny, pojawiącej się dosłownie wszędzie – w magazynach, na filmach, w wywiadach – nie czułam jego roli jako gospodarza, jak chociażby Koolhaasa dwa lata temu. Nie kręcił się cały czas na wystawach, trudno było się wbić na spotkania. To dziwne, bo w trakcie przygotowań intensywnie współpracował z innymi kuratorami. Być może tak już mają niektórzy architekci – interesuje ich proces twórczy, a nie to, co dzieje się później, a może stał się ofiarą własnego sukcesu. Pritzker i Biennale w jednym roku to chyba trochę za dużo nawet dla takiego człowieka-orkiestry. Aravena, podkreślając swoje praktyczne podejście do rozwiązywania problemów, prezentował się nie tyle jako kurator, ale jako stuprocentowy architekt, który do przygotowania Biennale podchodzi jak do projektu architektonicznego. Już w pierwszej sali, wypełnionej gips-kartonem (100 ton pozostałości po poprzednim Biennale), pokazał proces projektowania wystawy, dyskusje z kuratorami i aranżowanie przestrzeni. Wszystko zgodnie z jego kuratorskim przesłaniem o roli architekta, tyle, że w pokazanych dalej projektach architekt stanowił zaledwie element, nie zawsze najważniejszy, procesu rozwiązywania problemów. Za to za każdym prawie razem, gdy tylko pozwalała na to aranżacja i stylistyka wystawy, łechtano ego projektantów jako bogów, twórców czy godnych podziwu filantropów. To trochę jak z Araveną, prawda?

greedy.jpg

[Aravena na filmie…

ARAV

[… i jego instalacja z rozbiórkowych stelaży i płyt gispowo-kartonowych]

 

 

team02

[Czym byłoby Biennale bez fotogenicznych instalacji?]

Najciekawsze wydawały mi się te fragmenty Biennale, gdzie“ rola architekta nie polegała na zbawianiu ludzkości, ale gdzie wyjście poza tradycyjne projektowanie oznaczało działania związane z definiowaniem systemów i procesów rządzących przestrzenią. Na przykład izraelski pawilon pokazywał relacje między nauką a architekturą, gdzie np. symulacje rozwoju kolonii drobnoustrojów można by wykorzystać jako model projektowania ludzkich siedlisk. Wyobrażam sobie świetnie odwrócenie tej zasady i wykorzystanie umiejętności architektów do analizy i zapisu podobnych procesów w nauce – badacze nie zawsze posiadają predyspozycje i doświadczenie, żeby tego dokonać.

Ale to, co zrobiło na mnie największe wrażenie, to wystawa Forensic Architecture, działającej w ramach londyńskiego uniwersytetu agencji zajmującej się dokumentowaniem dowodów (głównie dla organizacji pozarządowych i ONZ) dotyczących zbrodni wojennych czy środowiskowych. Te zadania wymagają współpracy pomiędzy specjalistami z różnych branż – od prawników po filmowców, ale rola architektów, którzy rozumieją przestrzenne relacje, jest szczególna w określaniu miejsca i czasu wydarzeń. Tu nie architekt stał w centrum zainteresowania, ale ofiary. To chyba jedyne miejsce na całej wystawie, gdzie na ludzi nie patrzyło się jak na masę, ale jak na konkretne jednostki. Pięciolatek, który zginął od wybuchu pocisku w Strefie Gazy staje się mniej anonimowy niż afrykańskie dziecko zdobywające wykształcenie dzięki nowemu budynkowi szkoły. Bezimienni rozbitkowie-uchodźcy stają się bliżsi niż społeczność południowoamerykańskich slumsów.

Właśnie takich wystaw oczekiwałam na tegorocznym Biennale.

FORENSIC

[Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz]

Muzeum Palestyny

z daleka

Uff, ależ to były intensywne dwa dni! W środę odbyło się oficjalne otwarcie Muzeum Palestyny. Wyjazd na Bliski Wschód to zawsze niesamowite doświadczenie, a jeśli trwa zaledwie 48 godzin, w międzyczasie trzeba przebić się przez zasieki i punkty kontrolne, a docelowo trafia się do świata jak z arabskiej baśni, emocje stają się jeszcze mocniejsze.

Polska prasa przemilczała temat otwarcia Muzeum (mamy teraz dość własnych problemów…), ale światowe media wysłała na miejsce swoich dziennikarzy. Opinie są różne, ale przeważa zdanie, że budynek jest udany, chociaż kompletnie odbiega od rodzaju i jakości architektury w regionie,a za wyjątkowo kontrowersyjną decyzję uznano otwarcie budynku bez wystawy. Pewnie dlatego, że od początku krystalizowania się profilu tej instytucji nazywano ją „bezpiecznym miejscem dla niebezpiecznych idei”. W międzyczasie zmienił się dyrektor, a ponieważ na przygotowanie wystawy na planowane od dawna otwarcie nie wystarczyłoby czasu, zaaranżowano szybko ekspozycję poświęconą budynkowi i jego realizacji. Pojawiły się betoniarki, kaski, kamienne płyty okładzinowe i wykaligrafowane na naszych rysunkach arabskie słowa, które kojarzą się z Palestyną. Dla wielu krytyków okazało się to niewystarczające – przypuszczalnie spodziewali się prowokacyjnej wystawy związanej z izraelsko-palestyńskim konfliktem. Dla nas, świadomych trudności, jakie wiązały się z realizacją tego budynku oraz niewyobrażalnego zaangażowania wielu osób w jego stworzenie, była to nie tyle bezpieczna decyzja, otwierająca w wyważony sposób pole dla dalszych kuratorskich eksperymentów, co potraktowanie budynku jako głównego eksponatu. Tym bardziej, że to najbardziej zaawansowany architektonicznie i technicznie obiekt w Autonomii, a poza tym, podobnie jak przyszłych wystaw, nie będą mogli go zobaczyć wszyscy zainteresowani z uwagi na restrykcje związane z przekraczaniem granic  w regionie. Nawet Lara Zureikat, architekt krajobrazu odpowiedzialna za projekt tarasowych ogrodów, nie dostała wizy na wjazd z Jordanii na otwarcie. Dlatego Muzeum działa równocześnie na zasadzie internetowej platformy oraz organizuje satelitarne wystawy (obecnie w Bejrucie można obejrzeć tradycyjne hafty).

O samym budynku mogłabym opowiadać godzinami, ale ponieważ „jeden obraz jest wart więcej niż tysiąc słów”, zamieszczam poniżej więcej niż zwykle zdjęć. Obawiałam się najbardziej, że przez cały czas będę dostrzegać tylko niedoskonałości tego obiektu. Tak, tam są niedoróbki, nawet sporo (na szczęście widoczne z bliska). Standard wykonawstwa jest nieporównywalnie niższy, niż gdybyśmy stawiali ten obiekt w Niemczech czy Wielkiej Brytanii, ale wiele elementów zatrzymano na granicy (np. w ostatniej chwili austriackie znaki wyjść ewakuacyjnych zastąpiono… polskimi).albo stwierdzę, że mnóstwo rzeczy można by zrobić inaczej. Kiedy w ubiegłym roku oglądałam dopiero co montowane kamieniarki, pomyślałam, że być może popełniamy błąd decydując się na tak wielkie, mocowane na stalowych szynach płyty. Wykonawcy musieli rozbierać fragmenty okładzin i zakładać je ponownie, bo ten sposób montażu, przeprowadzany po raz pierwszy na tak skomplikowanej geometrycznie bryle, stanowił podwójne wyzwanie i pierwsz próby okazały się porażką. Ta forma architektoniczna wymaga jednak czystych, dużych powierzchni, których nie udałoby się uzyskać przy pomocy mniejszych, typowych dla tamtejszego budownictwa bloczków. Musieliśmy także zachować wysokie standardy izolacyjności cieplnej (budynek posiada certyfikat LEED – pierwszy na obszarze Autonomii) i przeciwwilgociowej, co również stanowi ewenement w tej części świata.

opening

To moje pierwsze otwarcie – do tej pory albo nie mogłam uczestniczyć w podobnych imprezach, bo byłam na drugim końcu swiata, albo budowy są jeszcze rozgrzebane z uwagi na wielkość inwestycji. Ta ceremonia była jednak wyjątkowa, bo wyjątkowe jest znaczenie tego budynku dla Palestyńczyków. Co prawda niewiele brakowało, aby spóźniony taksówkarz, który wiózł nas z Ramallah, nie zdążył na czas przed zamknięciem  dróg, ale przemykał przez koeljne punkty kontrolne pokazując na tylne siedzenia z wyjaśnieniem „Americans!” (to hasło otwiera wiele bramek). Tylu żołnierzy nie widziałam już dawno – kilka kilometrów przez Muzeum obstawiono wszystkie drogi, aby prezydent Abbas mógł bezpiecznie dotrzeć na przecinanie wstęgi. Przed południem odbyły się oficjalne przemowy, a zjeżdżający się zewsząd projektanci, wykonawcy czy kuratorzy mieli okazję, żeby wspólnie obejrzeć gotowy budynek i ogrody. Świeciło słońce, a taras okazał się idealną bankietową przestrzenią.

Wieczorem odbyła się artystyczna część ceremonii. Na parkingu przed budynkiem umieszczono telebim i setki krzeseł, aby jeszcze więcej osób mogło uczestniczyć w tym wydarzeniu, w ogrodach brzdąkały smyczki, ale główną rolę zagrał sam budynek. Amfiteatr zdał egzamin, lecz najbardziej zaskoczyło nas, że oprócz wykorzystania sceny na dole dla orkiestry i mównicy, zaaranżowano spektakl tańca w samym budynku, w tzw. strefie buforowej za wielkim, otwierającym się na tarasy przeszkleniem. Jak mogliśmy o tym nie pomyśleć na etapie projektu? Myślę, że podobne niespodzianki, bo było ich znacznie więcej, sprawiają, że – zabrzmię nieskromnie w imieniu całego zespołu – to kawał naprawdę porządnej architektury. Udało się wyważyć odpowiednio proporcje i w zależności od aranżacji przestrzenie mogą kameralne lub przestronne, jak w przypadku podobnych dużych imprez. Sam spektakl był dość łopatologiczną i wymowną opowieścią o złych najeźdźcach, ale po zakończeniu, kiedy w amfiteatrze huknęły oklaski i entuzjastyczne gwizdy, przyznaję: pociekła mi po policzku niejedna łza. Jeden budynek i tyle wzruszeń!

outdoor

4ladiesofhparc

[Większość damskiej części Heneghan Peng zaangażowanej w projekt: Roisin, Elizabeth, Catherine i ja:)]amfi2

[Widok na amfiteatr]amfiteatrbankietbizreh

[Tarasowo schodzące ogrody z typową dla regionu roślinnością i gatunkami charakterystycznymi dla palestyńskiego rolnictwa. Przy dobrej widoczności z góry można zobaczyć położony kilkadziesiąt kilometrów dalej Tel Awiw i Morze Śródziemne. Widoczne na zdjęciu posadzki wykonano w tradycyjnej w regionie technologii – rodzaj  terazzo, ale bez polerowania. Większość chodników w Ramallah wykończono właśnie  w ten sposób  Wszystkie ścieżki i schody położyło tylko dwóch, podobno najlepszych rzemieślników w kraju. Tu zdecydowanie najbardziej perfekcyjnie wykonana część Muzeum]

buffer02

[Tzw. strefa buforowa, czyli ciągnąca się wzdłuż budynku przestrzeń oddzielająca wystawę oraz biura od zewnętrznych tarasów. To w tej przestrzeni odbywał się spektakl, oglądany z amfiteatru]

buffer_ma

[Wracałam tam co kilka godzin, żeby zobaczyć, jak zmieniają się cienie rzucane przez podtrzymujące fasadę ‚żyletki’]

show

[Najpierw taneczny spektakl w przestrzeni, o której projektując budynek, wcale nie pomyśleliśmy, jako o scenie (a przecież to takie oczywiste!)]

projekcja

[Później muzyka, poezja i projekcje na elewacjach]catering

[Gościnność Palestyńczyków jest legendarna, więc i bufet okazał się wyjątkowy. Wśród słodyczy królowały ciasteczka z logo Muzeum. Zamiast baru z drinkami pojawił się bar z… lodami]

dark

[Ta elewacja to był pot, krew i łzy. Ale warto było:)]

feras

[Feras Tubaila, którego firma wykonała najbardziej skomplikowane technicznie elementy budynku]noc

wyst2

wystawa

[Główna przestrzeń ekspozycyjna z tymczasową, zaaranżowaną minimalnymi środkami wystawą o powstawaniu budynku. Nasze rysunki posłużyły jako tło dla arabskich napisów – skojarzeń związanych z Palestyną]

chlopaki

[Świętowali wszyscy zaangażowani w realizację budynku oraz przygotowanie ceremonii – od firm wykonawczych po ochroniarskie]

team

[Heneghan Peng + towarzyszący mężowie i przyjaciele. Po lewej (pod krawatem) Conor, który był odpowiedzialny za projekt na etapie wykonawczym. Regularnie latał na budowę i to głównie on zmagał się z problemami z dostawami materiałów. W międzyczasie zaczął śmigać po arabsku i zaprzyjaźnił się z miejscową ekipą]

[Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz i inni]

Kto sieje asap, ten zbiera fakap*

Palestine

Tytuł pochodzi ze strony „Korposzczur płakał jak czelendżował„. Co prawda daleko jestem od korporacyjnych klimatów, ale przez kilka ostatnich czelendżów, a zwłaszcza asapów, niewiele brakowało, a skończyłoby się na poważnych fakapach*. Być może zauważyliście, że blogowe posty pojawiają się ostatnio z mniejszą częstotliwością – to przez te asapy właśnie. Nie lubię narzekać na klęskę urodzaju, bo to najlepsza z możliwych klęsk, ale tym razem do zawalonego terminami kalendarza doszły wypadki losowe, z finałami szpitalnymi, niestety. Najwięcej trudności sprawiała jednak jednostka chorobowa o dźwięcznej nazwie „działalność gospodarcza”. Kończymy obecnie z moim osobistym urbanistą podręcznik planowania dla Obszaru Metropolitalnego Gdańsk-Gdynia-Sopot. Teminy napięte, zakres ogromny, a żeby tego wszystkiego było mało, Łukasz złamał ręce w wypadku rowerowym. Obie. W tym jedną tak pechowo, że od razu wylądował w szpitalu na operacji łokcia. Przez chwilę myśleliśmy, że wszystko się posypie, ale uff, chyba udało się opanować terminy. Nie poradzilibyśmy sobie bez pomocy i trzymania kciuków – dziękuję!

Kolejne asapy (oby nie skończyły się fakapami!) mamy na Politechnice. Po kapitalnych doświadczeniach z ubiegłego roku i projektem dla Starego Polesia w Łodzi pracujemy ze studentami nad założeniami dla przebudowy ulicy Długiej i Długiego Targu w Gdańsku. Pomimo kryzysów, stresu, momentów totalnego załamania i nagłych mobilizacyjnych zrywów, jesteśmy dobrej myśli – studenci zostali rzuceni na głęboką wodę, ale radzą sobie świetnie. Napiszę o tym w czerwcu, kiedy doprowadzimy projekt do końca.

Przez ten natłok spraw przegapiłam w ubiegłym tygodniu dziesiątą rocznicę (!) pracy w Heneghan Peng Architects. To też temat, który zasługuje na osobny tekst. Nigdy nie myślałam, że wytrzymam tyle lat w jednym miejscu, ale nadal nie wyobrażam sobie, żebym mogła bez żalu pożegnać się z takim zespołem i z takimi projektami. Już w tym tygodniu, 18 maja, odbędzie się oficjalne otwarcie Muzeum Palestyny (na zdjęciu). Jadę obowiązkowo, bo to przypuszczalnie jeden z najważniejszych projektów, nad którym kiedykolwiek miałam i będę miała okazję pracować. Będzie większa ekipa z biura, niektórzy zostają, żeby pojeździć jeszcze trochę po Bliskim Wschodzie. Niestety, nie dołączę do nich, ale zobaczymy się ponownie już niedługo, bo na początku czerwca wpadam na chwilę do Dublina, żeby zobaczyć, jak idzie przebudowa Galerii Narodowej. Prace mają skończyć się za kilka miesięcy, więc to może być ostatnia szansa, żeby zobaczyć Galerię w ciekawszej, bo rozbebeszonej wersji.

Między tymi biurowymi wyjazdami wyskakujemy jeszcze na previews weneckiego Biennale. Tego wydarzenia nie mogę się doczekać najbardziej: dwóch dni, kiedy liczy się architektura, architektura i tylko architektura. Będę wypatrywać starchitektów, w tym oczywiście boskiego Alejandro. Ba, od innej fanki mam dostać cynk, w którym hotelu się zatrzymuje:) Jeśli nie pojawię się z powrotem w Gdańsku, to znaczy, że zostałam jego groupie. Ahoj, przygodo!

*W razie pytań, co to te fakapy, wrzucam link do wyjaśnienia:)

[fot. Heneghan Peng Architects]

Barrakka

IMG_4527

Nie chce mi się wierzyć, że już po Wielkanocy. Przecież dopiero co świętowaliśmy Boże Narodzenie i Nowy Rok. Zebrało mi się z tej okazji na sylwestrowe wspomnienia i wygrzebałam z czeluści dysku kilka zdjęć z Malty. Dziś opowiem Wam o pewnej maltańskiej windzie (głównie z okazji niedawnego święta – Międzynarodowego Dnia Windy, obchodzonego 23 marca,  w rocznicę uruchomienia przez Otisa pierwszego egzemplarza na świecie).

Malta to nie jest miejsce dla osób poszukujących wyjątkowej współczesnej architektury – jest jej tam jak na lekarstwo i w sumie na mojej liście obowiązkowych punktów były tylko dwa obiekty. Jeden z nich to kamienna brama Renzo Piano, o której już pisałam, drugi – winda Barrakka. Nie tylko obejrzałam ją dokładnie, ale i z niej skorzystałam, gdy po całym dniu spacerowania nie mieliśmy już siły wspinać się pod górę. Winda pokonuje prawie 60m między waterfrontem a ogrodami Barrakka z fontanną, tarasem widokowym i, jak to mówią Anglicy, „wymanikiuriowanym” trawnikiem. W tej samej lokalizacji znajdowała się już wcześniej winda (od 1905 roku), zlikwidowana  w latach 80., kiedy jej utrzymywanie przestało się opłacać. Teraz chętnie korzystają z niej turyści, ale wówczas tedy niebo nie było jeszcze poprzecinane gęstą siatką lotów tanich linii, a popularność wyjazdów na wieczory kawalerskie i panieńskie miała dopiero nadejść. Pewnie trzeba by nadal zasuwać schodami po setkach stopni, gdyby nie – tadam! – fundusze unijne. Projekt przygotowało maltańsko-brytyjskie biuro Architecture Project i od 2012 roku nikomu już nie grozi zadyszka na tym sześćdziesięciometrowym odcinku.

0304

Na górze do windy wsiada się wygodnie, ale na dole znów znajdują się te wszechobecne na Malcie cholerne bramki i automaty biletowe, których nikt nie potrafi obsłużyć. Zaczynam podejrzewać, że osoba, która pisała specyfikacje dla unijnych projektów, miała kogoś znajomego w firmie importującej ten sprzęt. Do wyjaśniania, jak to nieszczęsne ustrojstwo działa, zatrudniony jest pan, który równie dobrze mógłby te bilety sprzedawać. Pewnie zacznie, kiedy minie okres trwałości projektu – to zawsze pięć lat przy unijnych dotacjach?

Ponieważ Valetta znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO, projektować należy tam… ostrożnie. Nie zmyślam – w biurze mamy na koncie kilka obiektów w takich lokalizacjach i podobnych restrykcji odnośnie wizualnych aspektów projektu nie ma nigdzie indziej. Od wielkości (a wcale nie jest łatwo zaprojektować most o dużej rozpiętości bez wielkich pylonów) po zastosowane materiały – problematyczne bywa szkło, bo odbija ostro światło, za bardzo wyróżniając się w otoczeniu. Obiekty infrastrukturalne to wyjątkowo niewdzięczny temat, bo są często spore, linearne w formie i mocno widoczne. Właśnie tak, jak winda Barrakka, więc projektanci zrobili wszystko, aby jak najskuteczniej wtopić ją w tło – kamienne fortyfikacje Valetty. Oryginalna winda była stalowa i lekka, współcześnie postanowiono jednak użyć żelbetu. Aby zmniejszyć jego wizualny ciężar, obłożono całość aluminiową siatką, anodowaną w beżowawym odcieniu, dzięki czemu konstrukcja może nie znika, ale na pewno nie wyróżnia się zbytnio na piaskowym tle.

Na miejscu byłam nieco sceptycznie nastawiona do tego obiektu – siatki wydawały mi się za bardzo dekoracyjne i trochę na siłę doklejone do betonowego trzonu. W takim miejscu zamarzyłaby mi się raczej jakaś wysublimowania stalowa konstrukcja. Ale to byłoby możliwe przy znacznie wyższym budżecie (tym bardziej, że jeszcze musiał zarobić dostawca automatów biletowych bramek:) Im dłużej więc patrzę na te zdjęcia, tym mniej drażnią mnie te siatki. W końcu taki niewinny ornament to chyba nie zbrodnia, co?

[Fot. Monika Arczyńska]

 

Serca w mięsnym

image.jpg

W tym roku w Walentynki wyjątkowo nie będę wzdychać do przystojnych architektów. Alejandro A. dostał już ode mnie taką dawkę słów miłości przy okazji Pritzkera, że musi mu wystarczyć przynajmniej do Biennale. Walentynkowy post poświęcę miastu, o którym już kiedyś pisałam na blogu – o cudzie nad Wisłą i niedoszłej stolicy państwa krzyżackiego czyli Chełmnie. To idealny przykład miejskiego brandingu – samorząd od lat konsekwentnie buduje markę „miasteczka zakochanych”. Dlaczego zakochanych? Bo w kościele farnym znajduje się fragment czaszki św. Walentego. Pewnie gdyby pozbierać jego relikwie z kościołów całego świata, okazałoby się, że święty posiadał kilkanaście czaszek, ale nie bądźmy tacy drobiazgowi.

Kulminacja całorocznych marketingowych działań, które mają sprawić, że zakochani turyści będą zjeżdżać z całej Polski, aby zostawiać  w Chełmnie złotówki, przypada oczywiście na 14 lutego i Walentynki chełmińskie. Przez cały weekend odbywają się tam imprezy dla mniej lub bardziej wzdychających z miłości, a ulice i rynek udekorowane są sercami. Amorków, łabędzi i czerwieni pełno jest również na sklepowych wystawach, bo ogłoszono konkurs na najpiękniejszą witrynę walentynkową. Do tego miana pretendują nie tylko sklepy z bielizną i perfumerie, ale także warzywniaki czy sklepy z artykułami chemicznymi (kilka zdjęć powyżej). Cały czas wypatrywałam jednak czegoś innego. Sklep mięsny – tu jest dopiero pole do popisu! Zakochane różowe prosięta, które zaraz trafią pod nóż rzeźnicki. Wołowy antrykot w kolorze krwistej czerwieni. Girlandy z kurzych serc…

Dużo romantyczności dzisiaj!

[fot. Monika Arczyńska]

Piano

IMG_4037

Przygotowujemy się właśnie z Maksem Bochenkiem do dyskusji po projekcji odcinka „Świątyń kultury” o Centrum Pompidou w gdańskim IKM. Czytam m.in. o Renzo Piano i przypominają mi się inne jego realizacje, które miałam okazję zobaczyć. Naliczyłam ich ponad dziesięć, przy czym niektóre oglądałam tylko z zewnątrz albo właśnie były w budowie. W innych miałam okazję spędzić więcej czasu, np. w Lingotto w Turynie. To był chyba jedyny raz w życiu, kiedy podczas wakacyjnego wyjazdu szarpnęliśmy się z moim osobistym urbanistą na pięciogwiadkowy hotel (na szczęście w dużej promocji*). Piano zajął się tam adaptacją fabryki Fiataz lat 20. To, co przede wszystkim warto zobaczyć w Turynie, to niekoniecznie jego interwencje, ale sama fabryka – żelbetowy budynek-maszyna. Nocleg w hotelu pozwala skorzystać z jej niesamowitego dachu z celach joggingowo-widokowych – oryginalnie znajdował się tam tor testowy dla samochodów i to tam rozgrywa się również jedna ze scen w filmie „Włoska robota”.

turyn.JPG

[Te dwie narośle na dachu to „włoska robota” Renzo Piano w Lingotto]

Jeden z najnowszych budynków Piano oglądałam z kolei miesiąc temu na Malcie. Valetta City Gate – bramę do Valetty połączoną z administracyjno-kulturalnym kompleksem – ukończono w 2014 roku. Zespół wygląda trochę anachronicznie i ma to wszystko, za co kochałam Piano jeszcze na studiach, a za co już go tak bardzo nie kocham. Jest lokalne rzemiosło, ale udawane, bo założę się, że kształtki elewacyjne wycinała maszyna CNC, a nie sprawne dłonie kamieniarzy. Jest lokalny materiał – piaskowiec, ale w takiej masie, że aż przeraża ciężarem. Są dopieszczone elementy konstrukcyjne, ale całość tak gęsto podparto, że nabrała „egipskiego” charakteru. Najgorsze są i tak dwa metalowe wrzeciona przy wejściu, zaprojektowane chyba tylko po to, żeby można było walnąć detal mocowania na okładkę książki „Renzo Piano Building Workshop” z podsumowaniem kolejnej dekady. I ta symetria… I te podwójne blachy oddzielające stare kamienne fortyfikacje od nowej realizacji – co za dosłowność!

Szybkie śledztwo wyjaśnia, skąd takie rozwiązania. W skrócie: rządowi od dawna zależało na realizacji jakiegoś starchitekta w tym ważnym miejscu – to główne wejście do Valetty, znajdują się tam ruiny wiktoriańskiej opery, zaadaptowane ostatecznie na scenę pod gołym niebem, a pusta działka obok wydawała się idealnym miejscem dla siedziby parlamentu. Rozmowy z Piano rozpoczęto już w 1985 roku. Po prezentacji pierwszych propozycji masterplanu publiczny odbiór projektu okazał się tak negatywny, że wstrzymano inwestycję. A może i budżet nie wytrzymał? Nieważne. Ważne, że powrócono do tego pomysłu dopiero w 2008 roku, spodziewając się nowej koncepcji, ale Piano najwidoczniej wyciągnął z szuflady przykurzony już nieco project albo przypomniał sobie, co mu chodziło po głowie dwie dekady wcześniej. Widać te lata osiemdziesiąte, oj widać, a to nie był najszczęśliwszy okres dla architektury…

IMG_4058

[„Walk like Egyptian” to też połowa lat 80…]

szpikulec.jpg

[W sam raz detal na okładkę, prawda?]

IMG_4049

[Stare i nowe, rozdzielone ostrym cięciem stali. Jakoś tak… „studencko”]

IMG_4050

[Tak wygląda dół realizacji – w ten może malowniczy, ale bałaganiarski zakątek można zajrzeć wchodząc do Valetty. Architekt oczywiście nie miał tu wiele do powiedzenia, ale wrzucam to zdjęcie, aby pokazać, że wizytówki miast są zaniedbane nie tylko w Polsce:)]

Zapraszam w środę o 19:00 na opowieść o Centrum Pompidou. Też będziemy się nieco pastwić, ale nad filmem, nie nad Renzo Piano. Za to ja w ramach solidarności jajników być może popastwię się też nieco nad Richardem Rogersem, bo w okresie realizacji Pompidou poznał swoją obecną żonę, rzucając dla niej poprzednią – partnerkę w firmie, współautorkę Centrum i matkę ich trojga dzieci. Czy ktoś dziś pamięta, że Centrum Pompidou współprojektowała Su Rogers?

*Właśnie zauważyłam, że od czasu naszej wizyty hotelowi utrącono jedną gwiazkę – pewnie lampy Castiglioniego straciły nieco ze swojego blasku – więc przyjemność nocowania w miejscu zaprojektowanym przez laureata Pritzkera i porannej przebieżki na dachu jednej z najpiękniejszych fabryk świata jest jeszcze bardziej dostępna.

[fot. Monika Arczyńska]

Styczeń

berlin scharoun 03.jpg

Kasia Tusk co miesiąc przedstawia na swoim blogu listę aktualnych „umilaczy” i „Last month” ze zdjęciową relacją z ostatniego miesiąca. Wśród „umilaczy” ostatnio pojawił się między innymi przepis na naturalny cukier waniliowy oraz długa lista kosmetyków. Ponieważ na SIX LETTER CITY nadal nie ma żadnego lokowania produktu (producenci papy termozgrzewalnej – dlaczego, ach dlaczego wciąż mnie ignorujecie?), a na instagram wciąż nie mogę się zdecydować, to skuszę się chociaż na podsumowanie bieżących wydarzeń.

POLITECHNIKA

W ubiegły piątek studenci Gospodarki Przestrzennej na Politechnice Gdańskiej prezentowali prace semestralne. O zeszłorocznych projektach pisałam szerzej tutaj – w tym roku powtórzyliśmy temat i lokalizację, modyfikując nieco układ zajęć na podstawie wcześniejszych doświadczeń. Znów wyszło świetnie, ale zastanawiam się, czy przypadkiem nie wymagamy od studentów zbyt wiele. Czasem chyba zapominamy, że są dopiero na piątym semestrze! Poradzili sobie fantastycznie, a jako deweloperzy zarobili po kilkadziesiąt milionów złotych wirtualnych złotówek:)

WARSZAWA

Miniony weekend spędziłam pracowicie i przyjemnie w Warszawie. W sobotę opowiadałam o współpracy między projektantami a publicznymi inwestorami na podyplomowych studiach „Miasta i Metropolie” w Instytucie Badań Przestrzeni Publicznej. Nareszcie poplotkowaliśmy na spokojnie z Piotrem Szczepańskim z Instytutu, bo do tej pory zawsze spotykaliśmy się gdzieś w przelocie. Umówiliśmy się także z Gosią Borys z MamArchitekci. Opowiadała o aktualnych projektach – pracownia się rozwija, zlecenia są coraz ciekawsze, a poza tym miło posłuchać kogoś, kto mówi, że przychodzi do pracy z autentyczną przyjemością. To ostatnio rzadkość wśród architektów:) Poznałam też w końcu Jacka Grunt-Mejera, który zajmuje się programem rewitalizacji Pragi. „W końcu”, bo wcześniej czytałam sporo jego tekstów i facebookowych komentarzy – bardzo podoba mi się jego energia i zdroworozsądkowe podejście do rewitalizacji i zasad funkcjonowania miasta.

MUZEA

WP_20160123_18_04_48_Pro

Odwiedziłam przy okazji dwa warszawskie muzea. W Polinie – Muzeum Historii Żydów Polskich – byłam wcześniej jeszcze przed zainstalowaniem wystawy. Treaz prawie trzy godziny nie wystarczyły na dokładne obejrzenie całości i na pewno tam wrócę. Podobało mi się również Muzeum Warszawskiej Pragi z wystawą zaaranżowaną przez 137kilo. Nie wiedziałam nawet, że mieszała przy tym projekcie Charlie Koolhaas. Oprócz obejrzenia samej wystawy warto również zobaczyć konkursowe plansze i grafiki – to prawdziwy majstersztyk w przedstawieniu koncepcji. Mam słabość do makiet i myślę, że nadają się idealnie do prezentacji projektów krajobrazu, przestrzeni publicznych i właśnie wystaw. Uproszczenie, jakie daje model, pozwala na znacznie czytelniejsze wyjaśnienie, jaki jest główny zamysł, ale też na zbudowanie określonej atmosfery wokół projektu, zdecydowanie bardziej trafnie niż nawet najbardziej realistyczne wizualizacje.

MIASTOPROJEKCJE

IKM_MP

Zapowiadałam niedawno, że szykuje się kolejna współpraca z Maksem Bochenkiem. Już dziś zaczynamy nowy cykl spotkań w Instytucie Kultury Miejskiej. Tym razem w ramach serii Miastoprojekcje będziemy opowiadać o budynkach przedstawionych w serii filmów „Świątynie Kultury”. Rozbijamy filmy, oryginalnie złożone z trzech odcinków-budynków, na części prezentujące pojedyncze obiekty. Zaczynamy od Filharmonii Berlińskiej (na zdjęciu na górze), następne w kolejce – Centrum Pompidou.

KANADA

hp

Wspominałam już na Facebooku, że Heneghan Peng wygrało konkurs na Muzeum Kajaków w Kanadzie. Brzmi może mało poważnie (kajaki???), ale będzie się tam mieścić największa na świecie kolekcja kajaków, które stanowią kawał dziedzictwa kulturowego Kanady, w tym osiemnastowieczne eksponaty. Oprócz wystawy w muzeum zostaną zlokalizowane m.in. sale edukacyjne i warsztatowe, a także centrum kajakarstwa. Pracownie z całego świata wysłały prawie sto zgłoszeń, a elementem finałowej selekcji najlepszego projektu była publiczna prezentacja oraz internetowy sondaż – dziękujemy za wszystkie głosy! Nie pracowałam nad projektem konkursowym, ale cieszę się równie mocno, jak autorzy koncepcji. Powstanie budynek, który nie stara się być na siłę ikoną i prawie zniknie w krajobrazie.

A10

Cover-A10-61

A w styczniowo-lutowym numerze A10 pojawił się nasz (mojego osobistego urbanisty i mój) tekst o polskim mieszkalnictwie. Mam nadzieję, że się pojawił, bo nie miałam jeszcze okazji zajrzeć do środka:)

Tyle aktualności. Zamierzam teraz nacieszyć się przerwą w zajęciach na uczelni i zbierać siły na kolejny semestr. Znów będzie się działo – o tym wkrótce:) A gdyby jednak producenci papy termozgrzewalnej zdecydowali się na umieszczenie reklamy na moim blogu, obiecuję, że przemyślę nawet instagram!

[Fot. Monika Arczyńska, A10, designboom, IKM]

 

Państwo-miasto

IMG_3912

Malta to dziwne miejsce. Trochę jak Wielka Brytania, trochę jak Włochy, trochę jak kraj arabski. Wszędzie leniwie snują się tłuste koty, a szeleszczący język, przypominający arabski, kontrastuje z wszechobecnymi oznakami katolickiej religijności mieszkańców. Na Maryjki i Jezuski można natrafić przy każdym wejściu do domu, często z wieczną lampką lub światełkami przypominającymi bożonarodzeniowe dekoracje. Warszawska Praga z kapliczkami w podwórkach wygląda przy tym bardzo skromnie.

IMG_4352IMG_4071

W sumie zawsze o takim miejscu marzyłam. Takim, w którym angielski to język urzędowy (albo jeden z nich) i gdzie dostępne są rzeczy, które lubię z Wysp (banoffi pie! 99s!). Ale jednocześnie z południową pogodą i wspaniałymi lokalnymi owocami i warzywami, bo Dublinie doprowadzała mnie do szału kenijska fasolka szparagowa i południowoafrykańskie jabłka. Tak właśnie jest na Malcie, chociaż ten mariaż północno- i południowoeuropejskich klimatów pozornie powinien zgrzytać. Jest pięknie i pysznie, chociaż nie aż tak, jak na pobliskiej Sycylii, ale przebicie Włoch w konkurencji kulinarnej to chyba zadanie niemożliwe. Ale ani to blog podróżniczy, ani kulinarny, więc odstawiam na bok temat potraw z królika oraz lokalnych win i wracam na miejskie poletko.

IMG_3931

[Przystanek transport publicznego – takie rzeczy tylko na Malcie]

Mam słabość do małych krajów, zwłaszcza wyspiarskich. Jeśli moja ukochana czteroipółmilionowa Irlandia jest małym krajem, to dziesięć razy mniejsza Malta to przy niej kraik. Właściwie państwo-miasto na wyspach, tym bardziej, że trudno tam odróżnić miejscowości od dzielnic, a wsie od przedmieść. Administracyjny podział jest bardzo umowny, przynajmniej dla turystów, a wyspę obsługuje system autobusów i promów. Kursują również dorożki, oczywiście bardziej jako atrakcja turystyczna, co nie przeszkadza im korzystać z… przystanków transportu publicznego.

IMG_4235

[Mdina – katedra św. Pawła]

IMG_4618

[Valetta – katedra św. Jana]

Wiele maltańskich kościołów z zewnątrz wygląda nieco niepozornie i posiada dość toporne detale z kamienia. Dwie katedry zaskoczyły mnie jednak bardzo swoimi wnętrzami – św. Pawła w Mdinie i św. Jana w Valetcie. Nie mam w zwyczaju leżeć plackiem w kościele, ale tam dosłownie padłam na kolana. Jakie tam są posadzki!!! Kamienne inkrustacje w identycznych, prostokątnych polach tworzą razem wielobarwny dywan. W pierwszej chwili skojarzyły mi się z dywanikami modlitewnymi w meczetach – o arabskie skojarzenia nietrudno na Malcie na każdym kroku. Walter Scott napisał podobno o katedrze w Valetcie, że to najpiękniejszy kościół, jaki kiedykolwiek widział. Dla mnie – jeden z najokropniejszych. Zaprojektował go architekt specjalizujący się w budowlach militarnych, więc trudno się spodziewać subtelności w formie. Kościół jest przysadzisty, za to udekorowany na bogato. Złoto aż kapie i założę się, że dziesięcioletnie dziewczynki pieją tam z zachwytu, ale Walter Scott chyba nigdy nie był dziesięcioletnią dziewczynką? To całe złoto oryginalnie musiało być kiepsko oświetlone – bez szczodrze dawkowanego współcześnie sztucznego światła wszystko optycznie by się „spłaszczyło”. To trochę jak ze złotymi ramami obrazów, które stanowią integralną część dzieła sztuki i sposób ich wyeksponowania w galerii – na tle podkreślającym złocenia i z odpowiednim światłem – ma ogromne znaczenie dla odbioru zawartości. Słabo wyeksponowana rama potrafi „położyć” cały obraz – to właśnie stało się w maltańskiej katedrze.

IMG_3961

[Nabrzeże Valetty]

IMG_3838

[Charakterystyczne dla Malty elementy miejskiego krajobrazu: woda, piaskowiec, kot i nowa inwestycja deweloperska]

IMG_4380

[Praktycznie wszystkie ‚waterfrontowe’ budynki w turystycznych lokalizacjach to hotele i mieszkania do wynajęcia – taki był nasz widok z okna:)]

Malta wstąpiła do Unii w tym samym roku co Polska i widać, że również bardzo skorzystała z dotacji. Co prawda infrastruktura, zwłaszcza drogowa, woła nierzadko o pomstę do nieba, ale akurat w branży turystycznej i ochronie dziedzictwa kulturowego (PKB! PKB!) wydano sporo kasy. Nie na filharmonie i muzea, jak w Polsce, ale na masowe tworzenie produktów turystycznych przy każdej, nawet najmniejszej atrakcji. Wszędzie znajdują się miejsca typu „Malta Experience” z filmem lub animacją o danym mniej lub bardziej ważnym miejscu. Trochę żałośnie wyglądają poza letnim sezonem, ze znudzoną obsługą i systemem skanowania biletów, z bamkami jak w metrze, gdzie użytkowników jest jednak tak mało, że spokojnie można by zrezygnować z tego usprawnienia. Tym bardziej, że wstępy kosztują sporo, co niektórych turystów pewnie skutecznie zniechęca przed oglądaniem kolejnych obiektów. Wierzę, że w sezonie tez nie ma dużo większego ruchu, bo latem plaże mają zwyczaj wygrywania z muzeami. Chyba, że to najlepiej klimatyzowane obiekty na Malcie:) Z rozbawieniem czytaliśmy również niektóre tabliczki informacyjne z niebieską flagą w gwiazdki. Wszystkich urzędników należałoby wysyłać na Maltę na korepetycje z pisania wniosków unijnych, bo Unia dotowała m.in. hotelowe windy albo… jacuzzi.

IMG_3980IMG_3977

IMG_4155

Przez okołosylwestrowy tydzień odpoczęłam przyjemnie od współczesnej architektury, ale to nie znaczy, że udało mi się od niej całkowicie uciec. Bo jak tu uciec na przykład od Renzo Piano? Ale to wszystko w kolejnym maltańskim odcinku.

[Fot. Monika Arczyńska]

Tłusty 2015

2015_01.jpg

To był dla mnie wyjątkowo ‚tłusty’ zawodowo rok. Zresztą nie tylko dla mnie – większość znajomych była tak zawalona pracą (i to coraz ciekawszymi zleceniami), że żartowaliśmy na temat siedmiu chudych lat, które na szczęście minęły od kryzysu 2008 roku. Jeśli pasma sukcesów i porażek faktycznie zmieniają się w takich interwałach czasowych, to do końca 2021 będzie dobrze.

Zamiast wyliczania najważniejszych wydarzeń minionego roku, postanowiłam posumować, w jakie sfery działania były dla mnie najważniejsze i najbardziej przełomowe. Kiedy myślę o 2015 roku, na myśl przychodzą mi jednak przede wszystkim wcale nie projekty, ale ludzie, z którymi miałam okazję współpracować, dyskutować i wzajemnie się wspierać w architektonicznych kwestiach. Stąd i na zdjęciach pojawia się wyjątkowo mało budynków:)

GADANIE

Miałam tyle okazji, żeby je poćwiczyć publiczne prezentacje, że w końcu czuję się dość swobodnie podczas wykładów i debat. Bywało ekstremalnie i przyznaję, że cztery godziny  gadania pod rząd to spore wyzwanie. Wybrałam się nawet na warsztaty emisji głosu i mam już przygotowany korek od wina, bo podobno mówienie z korkiem w ustach poprawia artykulację. Muszę jednak głównie popracować nad oddechem, bo kiedy zaczynam opowiadać o achitekturze, tak się nakręcam, że zapominam o nabieraniu powietrza do płuc.

PROJEKTOWANIE

Po raz pierwszy w życiu miałam więcej projektów na budowie niż na papierze. Co prawda większość roku minęła pod hasłem ‚Centrum Sztuki Współczesnej w Moskwie’, które jeszcze nie wyszło poza fazę projektową, ale moje główne równoległe zadanie to opieka nad realizacją Wielkiego Muzeum Egipskiego. Razem to około 150 tysięcy metrów kwadratowych muzeów:) Od czasu do czasu wspieram też zespół w zmaganiach z Galerią Narodową w Dublinie. Przed świętami cieszyłam się jak dzieciak oglądając już zrealizowane części kompleksu, które projektowałam kilka lat temu i bałam się wówczas, że przez kryzys wszytskie pomysły na zawsze trafią do szuflady. Muzeum Palestyny już jest wykańczane – otwarcie odbędzie się już 15 maja i mam nadzieję, że uda mi się tam wybrać, bo to jeden z tych projektów, w które włożyliśmy nie tylko wiele pracy, ale i serca, zdając sobie sprawę ze znaczenia tej instytucji.

UCZENIE

Kolejne przełomy. Zaczęło się od fantastycznych projektów przygotowanych przez studentów Gospodarki Przestrzennej na Politechnice Gdańskiej – właśnie pracujemy nad tym samym urbanistyczno-ekonomicznym zadaniem z kolejną grupą i znów widać szybkie postępy. Później Architektour, gdzie udało się z sukcesem przetestować horyzontalną współpracę między uczestnikami warsztatów – studentami a tutorem. To doświadczenie przełożyło się na późniejsze najbardziej niesamowite dotychczas uczelniane współdziałanie – projekt rewitalizacji Starego Polesia w Łodzi. Do teraz nie wierzę, że udało się tego dokonać w tak krótkim czasie!

2015 to także pierwszy współprowadzony dyplom (Daria, gratulacje!). W kolejce następne i mam nadzieję, że wkrótce uzyskam uprawnienia do samodzielnego prowadzenia dyplomów. A już w styczniu poprowadzę zajęcia na podyplomowych studiach miejskich Miasta i Metropolie w Instytucie Badań Przestrzeni Publicznej w Warszawie.

PODRÓŻOWANIE

Oprócz kilku europejskich wyjazdów nareszcie nadrobiłam krajowe zaległości. Rok temu planowałam odwiedzenie polskich miast, w których nigdy bądź bardzo dawno nie byłam. Udało się i ‚zaliczyłam’ m.in. Katowice, Radom, Poznań, Krakow i Lublin. W Warszawie niestety tylko robię sobie zaległości – tyle powstało nowych budynków, a ja krążę z reguły wyłącznie między dworcem a lotniskiem. Szczecin jeszcze musi poczekać, ale może to lepiej, bo przynajmniej zobaczę nie tylko Filharmonię, ale i ‚Przełomy’ Roberta Koniecznego. Trzeba mieć w końcu jakiś plan na 2016, prawda?

WSPÓŁPRACOWANIE

Nie przyznawałam się wcześniej, bo planowałam premierę z pompą (nie wyszło z braku czasu), ale jesienią założyłam działalność. Dostałam pierwsze własne zlecenia (o tym później, ale zdradzę tylko, że chodzi o pewne muzeum), a plan jest taki, żeby rozwijać współpracę z moim osobistym urbanistą. Wiem, że inne pary niekoniecznie lubią współpracować, ale my tak świetnie uzupełniamy się zawodowo, że szkoda byłoby tego nie wykorzystać. A poza tym to oznacza więcej czasu spędzonego razem:)

Z Menthol Architects co prawda nie udało nam się w tym roku nic wspólnie zaprojektować, ale obserwujemy uważnie konkursy i mam nadzieję, że wkrótce znów zabierzemy się za coś nowego. Zawsze służymy sobie pomocą przez Skype. Zapowiada się również dalsza współpraca z Maksem Bochenkiem. Za nami pierwszy cykl wykładów w Instytucie Kultury Miejskiej w Gdańsku i wygląda na to, że to nie ostatnia okazja do publicznych dyskusji o architekturze i sztuce. Okazało się również, że nasz wykonany wspólnie z moim osobistym urbanistą projekt pawilonu polskiego na tegoroczne Biennale Architektury dostał się do pierwszej trójki. Kolejny konkurs dopiero w 2017, ale może pomyślimy o innej wystawie?

BLOGOWANIE

Z regularnością pisania trochę ostatnio gorzej, ale za to SIX LETTER CITY coraz bardziej przekłada się na ‚real’. Poznaję nie tylko czytelników, ale i innych architektonicznych i architektonicznych blogerów. Na przykład z Kasią z Krainy Deszczowców kolejny raz przegadałyśmy kilka godzin w dublińskim pubie. Na razie spośród archiblogerów poznałam tylko Roberta Skitka (ach, co to była za impreza!) i chłopaków z Archifunbloga. A że z Kasią Antończyk – Architekt na szpilkach – nie miałyśmy jeszcze okazji umówić się na kawę, to już w ogóle karygodne. Kasia, w styczniu? Mogę podjechać do Sopotu:) Pani Dyrektor? AWX2? Nie wybieracie się może nad morze?

Życzę wyjątkowo tłustego 2016:)

 [Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz, Lila Krzycka]

Dla nosa, dla uszu, dla oczu

Dziś w drodze rowerem na KOD-ową manifestację myślałam, że się uduszę. W czasach zakupów online oraz tanich przesyłek kurierskich na przedświąteczne zakupy nadal jednak TRZEBA wybrać się samochodem, wrrrr. W centrum Gdańska aut było tak dużo, że chociaż rzadko jestem w stanie nawet poczuć zapach spalin, tym razem lekka mgiełka nie pozwalała się im unieść i wciskały się, lepkie, śmierdzące i niezdrowe, przez nos i usta.

Za to chwilę wcześniej było pięknie i pachnąco kawą i pierniczkami (a także świeżo usmażonym dorszem w fish&chips:). Wyjechałam, jak co roku, na świąteczny lancz do Dublina i znów miałam okazję nacieszyć się przez chwilę jednym z ulubionych miast. A przed świętami jest tam naprawdę wyjątkowo. Po centrum większość osób przemieszcza się pieszo, więc od rana do wieczora słychać szybki stukot obcasów, muzykę na żywo, śmiech i rozmowy oraz pogwizdywane pod nosem kolędy. Oprócz tych przyjemności dla nosa i uszu, rozpieszczane są też oczy, przede wszystkim światełkami (moje ulubione to żyrandole na Grafton Street) oraz wystawami sklepowymi. Najpiękniejsze, tradycyjnie, to te w luksusowym domu towarowym Brown Thomas.

060405

Ale wystawy wystawami, fish&chips fish&chipsami, ale każdy wypad do Dublina to także nadrobienie pracowych zaległości, których nie jestem w stanie wykonać na odległość. Tym razem było to przede wszystkim spotkanie z edytorką z magazynu DETAIL (w jednym z przyszłorocznych numerów pojawi się nasz projekt) oraz wizyta na budowie Galerii Narodowej. Od ubiegłorocznej wizyty, pomimo pewnych opóźnień, które przy tak głębokim grzebaniu w historycznej, chronionej tkance są dość oczywiste (za to niezwykle frustrujące dla prowadzących projekt architektów – Kasia, trzymam kciuki!), udało się ukończyć sporą część prac. Jednym z głównych celów przebudowy było tak sprytne ulokowanie nowych instalacji, żeby nie było widać żadnych zmian w budynku. Co za koszmar dla architekta, prawda? Projektować tak, aby jego praca nie była widoczna:) Na szczęście kilka przestrzeni, przede wszystkim tych organizujących komunikację w budynku, zmieni zupełnie charakter.

01

Jedna z nich zostanie po raz pierwszy w historii otwarta dla publiczności. Teraz wygląda trochę jak scenografia z Gwiednych Wojen (na zdjęciu powyżej), a to tylko rusztowania i zwykłe świetlówki. Ta przestrzeń była zawsze niedostępnym dla zwiedzających zapleczowym dziedzińcem, a stanie się miejscem pozwalającym na orientację i przejście między skrzydłami tego niezwykle skomplikowanego budynku. Zachowały się tam oryginalne wykończenia ścian – kamień i białe szkliwione cegły, które odbijały światło słoneczne do wnętrza Galerii w czasach, gdy o oświetleniu LED nikt nie śmiał nawet pomarzyć. Zachowały się również okna wpuszczające to światło do środka, jednak zamurowano je niegdyś, aby zwiększyć powierzchnię do wieszania obrazów. Teraz okna zostały na nowo odkryte i odrestaurowane.

07

Dziedziniec został już przekryty świetlikiem. Podpierają go szklane „żyletki”, dzięki którym całość będzie wydawała się tak lekka i przezroczysta, że aż prawie niewidoczna. Udało mi się wspiąć po drabinach, żeby zobaczyć, jak z bliska wyglądają detale, nad którymi pracowaliśmy kilka lat temu z inżynierami z paryskiej T/E/S/S, a które wykonała wykonała holenderska firma Octatube. Chyba wycałuję chłopaków przy najbliższej okazji – jest idealnie.

08

Nie miałam czapki św. Mikołaja (nie spełniłaby wymogów bhp), więc wybrałam najbardziej czerwony kask, jako udało mi się znaleźć. Nie umieszczę w najbliższym czasie nowych postów, więc już teraz życzę Wam wesołych świąt, drodzy Czytelnicy! Odpocznijcie i postarajcie się, proszę, nie myśleć przez ten czas o architekturze. Ja też spróbuję:)

[Fot. Monika Arczyńska]

 

Na ‚L’ i na sześć liter

LUB_02

Pomimo weekendowego ocieplenia wszechobecność  świątecznych motywów nie pozwala zapomnieć o zimie. Szukam więc każdej okazji, aby powspominać wyjątkowo krótkie dla mnie w tym roku lato i od razu podchwytuję każde hasło, które kojarzy mi się z wakacyjnymi wyjazdami. Jedną z najważniejszych krajowych architektonicznych wiadomości ostatnich tygodni był „Upadek Muru Lubelskiego” czyli otwarcie placu przed Centrum Spotkania Kultur w Teatrze w Budowie. Od razu przypomniał mi się sierpniowy wyjazd do Lwowa i krótki przystanek w Lublinie. Nie licząc bardzo odległych czasów, była to moja pierwsza wizyta w tym mieście na sześć liter. Ba, nie dość, że na sześć, to jeszcze „Lublin” brzmi prawie jak „Dublin”, więc wiedziałam, że będę zachwycona.

Zaopiekował się nami Janek Kamiński z Instytutu Architektury Krajobrazu KUL. Oprócz głównych turystycznych atrakcji poprosiliśmy go o pokazanie nam nowych realizacji oraz osiedla Słowackiego projektu Hansenów. Osiedle zdecydowanie zasługuje na oddzielny wpis, więc dziś tylko o nowych budynkach, tym bardziej, że to temat na czasie z uwagi na wspomniane Centrum Spotkania Kultur. Budynek widać na zdjęciu powyżej, jeszcze z „Murem Lubelskim” czyli otaczającym wieloletnią budowę ogrodzenem. Podłużne akwarium na samej górze ma podobno docelowo służyć jako platforma widokowa. Jeszcze nie cały budynek został oddany do użytku, więc niewiele można powiedzieć o jego funkcjonalności. Z zewnątrz wygląda jak pałac królowej lodu, teraz odrobinę bardziej dostępny dzięki likwidacji płotu.

LUB_07

[Lublin architektonicznie ma wszystko: zabytki, porządne współczesne realizacje, a czasem przeziera jakieś urocze „pomo”]

Podobnie chłodno i niedostępnie wygląda większość projektów Bolesława Stelmacha, „wirtuoza szkła i betonu”, architekta Centrum i lokalnego starchitekta. Architektonicznie Lublin to Stelmach, podobnie jak Opole to Domiczowie, a Koszalin – HS99. Nie udawało mi się do tej pory trafić na realizacje Stelmacha ani na żaden jego wykład. Do Żelazowej Woli i Nałęczowa jakoś mi nie po drodze, w Warszawie nigdy nie mam czasu, żeby podskoczyć do Centrum Chopinowskiego. Poza tym byłam ciekawa głównie lubelskich realizacji i to najlepiej komercyjnych, bo tam, gdzie prywatny inwestor płaci i decyduje, widać najlepiej, na ile koncepcja broni się przed cięciami, oszczędnościami i widzimisię zamawiającego.

Żałuję, że nie udało nam się dotrzeć do Parku Naukowo-techologicznego ani do Zana House. Następnym razem. Wpadliśmy jednak do kolejnego wymienionego tu „centrum” – centrum handlowego Tarasy Zamkowe. Nie będę komentować samej idei umieszczenia zakupowego molocha tuż przy starówce, a „parking na 1400 samochodów” brzmi już wystarczająco przerażająco, żeby rozwijać ten temat. To nie decyzja projektanta, któwy w takich przypadkach ma za zadanie wycisnąć z miejsca, funkcji i budżetu maksymalną jakość. Za to doceniam lubelski obiekt, bo centra handlowe to duże obiekty, które rządzą się ściśle zdefiniowanymi zasadami i za bardzo nie da się tam architektonicznie poszaleć. Właściwie cała zabawa po usytuowaniu kloca w miejskiej tkance to głównie znalezienie odpowiedniego materiału na elewacje i we wnętrzach (w Lublinie jest pod tym względem prosto i dość szlachetnie, bo właśnie tak będą się starzały zastosowane materiały, głównie beton i ocynkowana stal). Nie da się uniknąć dużej kubatury. Schody ruchome muszą być, food court musi być, okien najlepiej żeby wcale nie było. Jeśli ma być niestandardowo, to dlatego, że zastosowano oryginalne lub nietypowe materiały albo – jak w przypadku lubelskiego projektu – pojawiła się „wartość dodana”. W Tarasach Zamkowych to… tarasy właśnie, a dokładniej – ogólnodostępny dach. „Przywróciłem Matce Ziemi to, co inwestor zabrał” – boska, dosłownie, deklaracja, prawie jak poezje pewnego katowickiego poety. Ale w sierpniowy wieczór siedziało tam mnóstwo osób, głównie młodzieży, rodziny przchodziły na spacery, dzieci bawiły się na placu zabaw. Działa!

LUB_18

[Zielone tarasy na dachach]

LUB_19

[Ulubione miejsce nastolatków]

LUB_20

[Plac zabaw i bar, czyli dla każdego coś miłego]

LUB_23

 [Elewacja z betonowych „patyków”]

LUB_22

[Pochyły dach-ogród od spodu]

LUB_21

[W środku bez zadęcia. W końcu to tylko centrum handlowe, prawda?]

Spędziliśmy w Lublinie tylko jeden wieczór, więc I wybór miejsca na drinka mógł być tylko jeden: Perłowa Pijalnia Piwa przy Bernardyńskiej, z wnętrzem zaprojektowanym przez Projekt Praga. Realizacja znalazła się w finale otatniej edycji konkursu „Życie w architekturze” w kategorii wnętrz publicznych. Widziałam wcześniej sporo zdjęć tego miejsca i bardzo mnie zaskoczyło swoją wielkością – spodziewałam się, że jest znacznie przestronniejsze. Monstrualny bar zajmuje prawie całą przestrzeń niewielkiego, wyłożonego drewnem wnętrza, a lustra na suficie sprawiają wrażenie, że całość jest znacznie wyższa niż w rzeczywistości. Czułam się trochę jak w ulubionym dublińskim The Church, gdzie pośrodku głównej nawy kościoła, zamienionego w pub z restauracją i dyskoteką, znajduje się podobny owalny bar. Nawet barmani sa równie profesjonalni, jak w Dublinie, ale to już chyba nie wpływ świetnego projektu?

perla

[Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz]

Schrony, neony i nocne architektów rozmowy

mackow

Miałam do pozałatwiania kilka spraw we Wrocławiu, a ponieważ akurat w ten weekend mój osobisty urbanista miał tam prezentację w związku z nowym Studium, też wskoczyłam do pociągu. A pociągi na trasie Trójmiasto-Wrocław wymiatają, proszę Państwa. Są prawie jak pendolino i ‚prawie’ nie robi tu wielkiej różnicy. Jadąc w wygodnym, bezprzedziałowym wagonie dowcipkowaliśmy sobie na temat Polski w ruinie. W ruinie chyba są dawne stereotypy, bo rzeczywistość z czystymi toaletami z ciepłą wodą nie bardzo pasuje do lansowanej przez Sami-Wiecie-Kogo wizji. Z powrotem pierwszy raz w życiu jechałam nocnym i podoba mi się to rozwiązanie – stukot pociągu doskonale usypia, a wdrapywanie się na górne miejsce przypomina studenckie czasy i piętrowe łóżka w akademiku Gdyby jeszcze tylko leżanki były kilka centymetrów dłuższe!

Na spotkaniu odnośnie Studium wynudziłam się jak mops. Nie nadaję się do sluchania takich rzeczy. Wiem, to było spotkanie głównie dla mieszkańców, a nie specjalistów, ale kiedy kolejny prelegent zaczynał cytować Gehla, uciekłam, żeby zobaczyć w sąsiedztwie nową realizację pracowni Maćków. Nie chcę być złośliwa, ale… „Życie między budynkami” ma już 44 lata. Tłumaczenie na angielski – 28. To troche niepokojące, że taki klasyk musiał pojawić się w polskiej wersji, żeby w końcu odkryły go rzesze architektów i urbanistów…

Komin

Za to u Maćkowa, jak zwykle zresztą, jest całkiem kulturalnie. Może biurowiec przy Kurkowej mnie nie zachwycił, ale mieszkaniówka obok – całkiem, całkiem. Gdybym miała taki taras z widokiem na wodę, pewnie wpadłabym w alkoholizm od sączenia wina przy każdej mozliwej okazji. Popstrykałam zdjęcia, żeby pokazać studentom, którzy właśnie walczą z tematem śródmiejskiego kwartału, skalę otwartego z jednej strony dziedzińca, który na Kurkowej miał jakieś 15 metrów szerokości (na pierwszym zdjęciu). Na tyle dużo, żeby spełnić minimalne wymogi dotyczące doświetlenia mieszkań i na tyle mało, aby słońcem cieszyć się przez chwilę, za to dobrze poznać zwyczaje sąsiadów z naprzeciwka.

mackow 03

Główny architektoniczny cel wyjazdu stanowiły jednak nie neony, nie Studium ani nawet nie przejażdżka sypialnią na szynach, a Muzeum Współczesne Wrocław (MWW). Muzeum jest zlokalizowane w schronie przeciwlotniczym z czasów drugiej wojny – intrygującym walcu na Placu Strzegomskim. Adaptację za naprawdę niewielkie pieniądze przeprowadzili architekci z VROA i CH+. To niby tymczasowa siedziba Muzeum – w 2008 pracownia Mirosława Nizio wygrała konkurs na nowy, przeogromny budynek, który miałby stanąć przy Muzeum Architektury- ale szczerze mówiąc wątpię, czy coś z tego wyjdzie. Gotowy już jest przecież równie olbrzymi oddział sztuki współczesnej Muzeum Narodowego w Pawilonie Czterech Kopuł Poelziga, przy Hali Ludowej. Podobno adaptacja wyszła fatalnie (przede wszystkim przyciężkawe przeszklenie dziedzińca), ale nie zamierzam wydawać żadnych opinii, zanim nie zobaczę go na własne oczy.

O tymczasowej siedzibie MWW jak najbardziej mogę się już wypowiedzieć. Widziałam wcześniej mnóstwo zdjęć tego obiektu, przestudiowałam rysunki, poczytałam sporo o samym procesie realizacji. Wiedziałam więc, że jest klaustrofobicznie, ale nie zdawałam sobie sprawy, że aż tak bardzo. Architekci zrobili wszystko, żeby wpuścić tam troche ‚powietrza’, ale założenie schronu jest takie, że ma przecież chronić grubymi murami i stropami. Trudno go sperforować i z przyczyn technicznych (w niektórych miejscach widać ślady po przebijaniu się przez gruby żelbet) i dlatego, że pozbawiony masywności schron straciłby dużo ze swojego charakteru. Brak światła dziennego wprowadza w bardzo depresyjny nastrój i szczerze współczuję pracownikom, którzy siedzą przez cały dzień w tej betonowej puszce. Za to z kawiarni i tarasu na dachu rozpościerają się kapitalne widoki i na pewno wrócę tam na kawę podczas następnej wizyty we Wroclawiu. Na wystawę może już niekoniecznie, bo oglądanie sztuki w wąskich, bębnowatych przestrzeniach to wyjątkowo męczące zajęcie. Jest ciasno, naprawdę. Niewiele brakowało, a pstrykając zdjęcia strąciłabym ze ściany obraz. W tych trudnych przestrzeniach nawet da się w miarę sensownie zaaranżować kameralną wystawę, ale nie każde cylindrowate muzeum sztuki dorównuje nowojorskiemu Muzeum Guggenheima…

MWW

O szczegóły projektu miałam okazję podpytać projektantów, bo w sobotę na odpaleniu nowych neonów na Ruskiej pojawiło się mnóstwo wrocławskich architektów. I VROA, i Kameleonlab i oczywiście ulubieni Menthol Architects. Oprócz architektów pojawił się też problem, który uznaję za nierozwiązywalny: jak w sobotnią noc, w takim towarzystwie, nie rozmawiać o pracy???

[Fot. Monika Arczyńska]

Pawilon idealny

IMG_1264

EXPO zakończone, pora więc zabrać się za podsumowania. Wspominałam, że spróbuję stworzyć subiektywny poradnik projektowania ‚pawilonu idealnego’ na podstawie własnych obserwacji i pokonkursowych doświadczeń. Posłużę się głównie przykładem brytyjskiego pawilonu, który moim zdaniem wyróżniał się najbardziej na tegorocznej wystawie. Jak się ostatecznie okazało, nie była to tylko moja opinia, bo otrzymał główną nagrodę za najlepszą architekturę i projekt krajobrazu.

  • Warunki konkursowe

Przede wszystkim należy wczytać się uważnie w warunki konkursowe i ocenić, czy… mają w ogóle sens. Polska zdecydowała się na udział we włoskim EXPO w ostatniej chwili, po wielokrotnych zapowiedziach wycofania się z imprezy. Regulamin doskonale odzwierciedlał ten pośpiech. Robił też wrażenie, że pisano go na kolanie, na zasadzie ‚kopiuj-wklej’ z poprzednich edycji. Chyba nawet nie zaangażowano do współpracy żadnego architekta, który sprawdziłby, czy wymagany program w ogóle mieści się na wąskiej i długiej działce. Pracując wraz z Menthol Architects nad projektem konkursowym zdecydowanie za bardzo podążaliśmy za warunkami, a trzeba było skupić się na rozwinięciu prostego, bezpośredniego pomysłu.

  • Intrygująca forma.

Pawilon idealny musi odróżniać się od innych, co przy typowej dla EXPO eksplozji form nie jest wcale takim prostym zadaniem. Wielkiej Brytanii udało się to dzięki spektakularnej konstrukcji, z daleka robiącej wrażenie nieregularnej, organicznej formy, z bliska okazującej się zestawieniem powtarzalnych aluminiowych elementów.  Po zmroku metalową konstrukcję dynamicznie podświetlano w rytmie związanym z tematem wystawy.

IMG_1250

  • Wystawa na konkretny temat

Większość pawilonów i wystaw skupia się na pokazywaniu stereotypowych obrazków. Ile można znieść takich banałów? No chyba, że ów banał jest równie apetyczny jak np. w  pawilonie francuskim. „I tak wszyscy wiedzą, że mamy najlepszą kuchnię świata, więc ją po prostu pokażmy”.  Te sery, wina, zioła, ryby zwieszające się z sufitu… W podłodze powinny być zainstalowane korytka dla odprowadzenia cieknącej śliny zwiedzających.

Brytyjczycy postawili na pszczoły  – niby trochę jak my na jabłka, ale w polskim pawilonie oprócz skrzynek na elewacjach i owoców, którymi można było się poczęstować, w środku było już zdecydowanie mniej owocowo. Czekoladowa kolejka Wedla, sklep z bursztynem, film Bagińskiego o historii Polski… co to miało wszystko wspólnego z sadownictwem?

IMG_1268

  • Wystawa zintegrowana z pawilonem

Tego zabrakło w większości pawilonów, które z reguły stanowiły zgrabne opakowanie dla dowolnej zawartości. W Brytyjczyków znów inaczej i konsekwentnie: pulsowanie światła i dźwięków odtwarzało na żywo buczenie prawdziwego ula. Brzęczenie owadów można było także usłyszeć ze specjalnych instalacji, przez rezonans kostny. Próbowałam tego pierwszy raz w życiu i wydało mi się to nieco niepokojące. No bo jak to: słychać to, czego nie słychać i to jeszcze przez wsadzony między zęby patyczek?

IMG_1260

  • Mocne wejście

Do pawilonu wchodziło się przez łąkę. W polskim pawilonie sad na piętrze był gwoździem programu, tu – dopiero wprowadzeniem. Czyli jak u Hitchcocka – zaczyna się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie rośnie.

IMG_1272

  • Olać otoczenie, otworzyć pawilon

Czy też – cytując za klasykiem – ‚fuck the context’. W takiej eksplozji form i kolorów myślenie o kontekście mija się z celem (na przykład obok pawilonu UK stał węgierski – najokropniejszy obiekt tej wystawy, wyglądający jak skrzyżowanie parówki z dżdżownicą). Warto za to ułatwić dostęp do wnętrza, chyba, że lubimy kolejki. U Brytyjczyków trzeba było co prawda poczekać na wejście, ale zaledwie przez kilka minut.

hun

  • Techniczne wyrafinowanie…

Trochę w tradycji dawnych wystaw światowych. Sprawdziłam – ta szalona konstrukcja to dokładnie 169 300 aluminiowe elementy. Budżetu wolę nie sprawdzać 🙂

IMG_1258

  • …lub sprytne wykorzystanie tanich materiałów

EXPO to świetny katalog materiałów, które mogą jednak wypaść bardzo różnie. Np. porządne lustrzane okładziny zastosowano wokół ogrodu w polskim pawilonie i tam wyglądały doskonale, ale już w kilku innych obiektach, gdzie użyto ich tańszego odpowiednika jako okładziny zewnętrznej, z widocznymi mocowaniami, wyglądały strasznie tandetnie. Pojawiło się sporo sklejki, drewna i tworzyw. Im prościej, tym lepiej. A jeśli prosto i oryginalnie, to już w ogóle najlepiej.

IMG_1242

  • Strefa chill-outu

W pawilonie albo tuż obok powinna pojawić się sympatyczna przestrzeń, kusząca, aby zostać tam chociaż na chwilę. Brytyjczycy, zamiast wzorem innych pawilonów bawić się w siedziska czy huśtawki, zorganizowali po prostu bar, serwujący wyspiarskie jedzenie i piwa. Oczywiście zostaliśmy, żeby wypić ale’a, tylko fish&chips już się skończyły. Niestety, a może „stety”, bo wygłodzeni popędziliśmy do holenderskiej części po zasłużoną porcję frytek z majonezem i krokietów.

Holandia w ogóle poszła po bandzie i zamiast stawiać klasyczny kubaturowy pawilon („Kolejny pawilon? Nuuudy!”), ściągnęła kilka food trucków serwujących wspomniane frytki z majonezem, poffertjes i Heinekena przy dźwiękach holenderskiego disco. Bawiłam się doskonale i do szczęścia brakowało mi tylko matjasa z cebulką.

I to chyba najlepsza wskazówka, jak zaprojektować pawilon: albo dać odwiedzającym do myślenia, albo na odwrót: zaserwować im trochę bezmyślnej przyjemności.

NL

[Fot. Monika Arczyńska]

Nie tylko cannoli

szpilki_male

Pamiętam pewien lot przegadany z Włoszką z Bari, która przekonywała mnie, że dopiero część kraju na południe od Neapolu to prawdziwe Włochy. Nie zdawałam sobie wówczas sprawy, jak wiele miała racji. O Neapol i wybrzeże Amalfi zahaczyłam w ubiegłym roku, a niedawno trafiłam na Sycylię. Żałuję, że Włochy nie rozciągają się jeszcze dalej, bo im bardziej na południe, tym piękniej i… smaczniej. Architektoniczne przyjemności dla oczu najlepiej przeplatać przyjemnościami dla podniebienia, wsuwając kolejne cannoli (lokalne słodycze nadziewane ricottą) .

Uwaga, uwaga: przez cały tydzień, po wylocie z Mediolanu, gdzie oprócz EXPO zwiedzałam Fondazione Prada i Uniwersytet Bocconi, nie oglądałam żadnej współczesnej architektury! Czułam się z tym doskonale, bo za to podładowałam architektoniczne baterie antykiem i barokiem. Ba, Antykiem i Barokiem, przez wielkie A i wielkie B, bo Sycylia to prawdziwe zagłębie i jednego i drugiego najwyższej klasy. Sycylijski barok jest wyjątkowy z wielu względów, ale może odpuszczę wykład z historii architektury, tylko napiszę, co zachwyciło mnie w nim najbardziej: trójwymiarowość elewacji. Nie są płaskie i szykowne jak rzymski kościół Il Gesù, ale falują jeszcze dynamiczniej niż fasady Borrominiego. Może tracą nieco na elegancji przez to swoje nieprzyzwoite rozbuchanie, ale są równie rozkoszne jak rubensowskie modelki o bujnych kształtach. Taką właśnie przegiętą elewację ma katedra w Syrakuzach. Niewiele brakowało, a nie udałoby mi się wejść do środka, bo jakiś carabinieri właśnie brał tam ślub ze swoją blond wybranką. Nie mogłam zrozumieć, jak poważny mundurowy mógł zgodzić się na ceremonię w tak dekoracyjnym miejscu. Barokowa elewacja z piaskowca była przez cały czas pięknie oświetlona słońcem i sugerowała wnętrze z puttami i zwielokrotnionymi pilastrami. Tak przyciągała wzrok, że nie spojrzałam nawet na boczną fasadę, która z barokowym przepychem nie miała nic wspólnego, za to zdradzała, co można zobaczyć w środku. A tam zaskoczenie, ale wcale nie dlatego, że zewsząd atakowały te spodziewane putta i złocenia, ale dlatego, że wnętrze okazało się surową… grecką świątynią. Serio. Można się tam uczyć nie tylko architektury starożytnej Grecji, ale również tego, jak przekształcano starożytne świątynie w chrześcijańskie kościoły. W antyku na zewnątrz stały kolumny, a wewnątrz – ściany celli. W kościołach – romańskich, gotyckich, barokowych – jest na odwrót i to kolumny znajdują się wewnątrz, wydzielając nawy. W Syrakuzach przerobiono jeden typ na drugi: w ścianach celli wycięto otwory, aby stworzyć trójnawowy układ, a przestrzenie między doryckimi kolumnami wypełniono. To właśnie kolumny były widoczne na bocznej elewacji. Mimo tej zamiany można tam świetnie poczuć skalę greckiej świątyni, bo w przeciwieństwie do większości zachowanych z tamtego okresu ruin jest przykryta drewnianym stropem.

Sir

[Barokowa elewacja frontowa…]

Syr_02_male

[…i antyczne – przebudowane – wnętrze]

Antyczne teatry przez ten tydzień „zaliczyłam” trzy, przy czym każdy z nich miał zupełnie inny charakter i był inaczej położony. Ten w Syrakuzach – podobno jeden z największych, jeśli nie największy zachowany grecki teatr w Europie – wygląda podręcznikowo. Jest położony na naturalnym zboczu, otoczony zielenią. Miasto rozwijało się głównie w innej części i całość przetrwała w miarę niezłej kondycji. Z kolei w Katanii teatr zabudowywano i przez długie lata zaledwie jego obrys, podejrzanego półkole, był widoczny na mapach gęsto zabudowanego miasta. Obecnie jest częściowo odkryty i trzeba uważać, żeby nie minąć wejścia, tak zakamuflował się w kwartałach zabudowy. Ale największe wrażenie zrobił na mnie teatr w Taorminie. Zresztą nie sam teatr, ale i samo miasteczko, które stanowiło niegdyś obowiązkowy punkt na trasie Grand Tour, urządzanych sobie niegdyś przez arystokrację. Z jednej strony to fantastyczne, że nastały takie czasy, że wystarczy wsiąść do tanich linii, żeby to zobaczyć, a wysokie urodzenie i niezły majątek nie jest już potrzebny do odkrywania antycznego dziedzictwa, z drugiej – te największe atrakcje są dosłownie zadeptywane przez turystów. Taormina, podobnie jak Syrakuzy, stała się prawdziwym Disneylandem. Na każdym kroku można potknąć się o stoiska z pamiątkami lub naganiaczy zachęcających do zatrzymania się w knajpie, gdzie bruschetta kosztuje tyle, co cały posiłek w mniej turystycznym mieście, a na ulicach częściej niż włoski słychać angielski. Z amerykańskim akcentem, oczywiście. I marudząc na to przypominam pewnie siedzącego w samochodzie kierowcę, który klnie na korki, sam je powodując. Jednak podczas gdy dla architekta odpowiednik Grand Tour to ważny element edukacji, większość turystów bezrefleksyjnie pstryka sobie selfie na tle antycznych ruin, odhaczając kolejny punkt z przewodnika „The Best of Sicily”. Zresztą i władze miasta tęsknią chyba do dawnych czasów, bo oprócz tablic informujących o zabytkach, pojawiają się również te związane z ważnymi postaciami, przede wszystkim pisarzami, którzy bywali w Taorminie (mój ukochany D.H.Lawrence spędził tam dwa lata). Jakoś mi te dawne długie suknie, garnitury i kapelusze bardziej pasują do tego miejsca niż klapki i szorty.

Ale ja chyba miałam pisać o teatrze? Otóż teatr to jedno z najbardziej malowniczych miejsc, jakie widziałam. Równa się z numerem jeden na mojej prywatnej liście, czyli Alhambrą, jeśli mowa o połączeniu krajobrazu i architektury. Nie dość, że wpasowuje się w górzysty teren, to rozciągają się z niego widoki na porośnięte zielenią góry i turkusowe morze, a za sceną, przez fragment ruin, widać Etnę. Olbrzymią i – uwaga, osoby nietolerujące takiej dawki kiczu proszone są o wstrzymanie się od czytania – wypuszczającą obłoki pary, dzięki czemu na bezchmurnym sycylijskim niebie nad wulkanem zawsze pojawiają się baranki… Kicz nad kicze!

sir_03

[Syrakuzy…]

Catania_male

[Catania…]

sir_teatr

[Kicz nad kicze w Taorminie – w tle Etna]

Taor_01_male

[Eh, tam nie da się pstryknąć niepocztówkowego zdjęcia]

Kiczem zakończę, ale to nie koniec sycylijskich opowieści, bo Palermo i Katania zasługują na oddzielny wpis:)

[Fot. Monika Arczyńska]

Urodzinowy prezent

plakatA3_ksiazka_podglad

Takie urodzinowe prezenty to ja rozumiem. Właśnie dziś zdmuchuję świeczki na torcie, a w Muzeum Historii Żydów Polskich odbywa się premiera książki „Form Follows Freedom. Architecture for Culture in Poland 2000+”, do której napisałam kilka tekstów o polskich realizacjach ostatnich lat .

Parę obiektów obejrzałam przy okazji mojego kwietniowego Tour de Pologne w drodze na Architektour. Mazowieckie Centrum Sztuki Współczesnej ‚Elektrownia’ w Radomiu zwiedzałam na strasznym kacu po gali Architektury-Murator, ale mam nadzieję, że nie dałam nic po sobie poznać. Kiedy oprowadzający mnie kurator wskazał drogę na dworzec kolejowy – następnym przystankiem był Wrocław i Narodowe Forum Muzyki – stwierdził, że to w sumie kapitalna praca, tak sobie jeździć po całej Polsce i zwiedzać nowe budynki. Szybko wyprowadziłam go z błędu: „Tak, podejrzewam, że to przyjemna praca. Ale właśnie jestem na urlopie”.

Dziś urlopu nie wzięłam, więc zamiast popijać wino podczas promocji książki, spędzę urodzinowy wieczór w Gdańsku. Wyjątkowo odpuszczę sobie jednak nadgodziny. Wyjątkowo, bo mam właśnie na desce pewien budynek kultury w Polsce – w sam raz do kolejnej podsumowującej publikacji. Szczegóły wkrótce:)

[plakat: MCK]

Czarny nie znaczy ponury

DSC08456

Gdyby nie nagła zmiana planów, byłabym właśnie w Weronie na targach Marmomacc, gdzie miałam odbierać w imieniu biura International Award Architecture in Stone 2015. To kolejna nagroda, którą przyznano centrum obsługi turystów w Giant’s Causeway w Północnej Irlandii. Budynek został ukończony w 2012 roku i oprócz dotarcia do finału nagrody Stirlinga oraz shortlisty nagrody im. Miesa van der Rohe otrzymał wiele statuetek w różnych konkursach. Stone Award to niespodzianka – kolejne wyróżnienie, gdy myśleliśmy, że deszcz nagród już ustał. Istnieją jednak konkursy podsumowujące kilkuletnie okresy i tak właśnie należałoby nagradzać obiekty architektoniczne – po kilku latach użytkowania, gdy można już uczciwie ocenić, czy budynek tylko wygląda pięknie na zdjęciach, czy sprawdza się również pod względem funkcjonalnym (chociaż Stone Award, jak nazwa wskazuje, koncentruje się na kamieniu). Ale również, czy jego użytkownicy lubią w ogóle w nim przebywać.

Giant’s Causeway Vistor Centre, pomimo posępnego na pierwszy rzut oka wyglądu, to budynek, który da się lubić. Wielokrotnie rozmawialiśmy z pracownikami już po otwarciu i są bardzo zadowoleni z warunków, w jakich spędzają codziennie kilka godzin. Wiedzą dużo o projekcie i często było słychać dumę, że ich miejsce pracy to nie tylko obiekt doceniany za walory architektoniczne, ale również wyjątkowo energooszczędny budynek. Centrum posiada certyfikat BREEAM Excellent – wcale nie było łatwo go uzyskać w tak nietypowym obiekcie, gdzie kontekst narzucał bardzo restrykcyjne wytyczne projektowe (działka znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO).

Od początku było wiadomo, że należy użyć lokalnego bazaltu – takiego, jak heksagony Giant’s Causeway. Liczył się lokalny kontekst, ale i kwestie zrównoważonego rozwoju – transport materiału odbywał się w promieniu kilkudziesięciu kilometrów. Wybór kamienia i sposobu jego mocowania trwał długie miesiące. Po wielu testach, wizytach w kamieniołomie, konsultacjach geologicznych i obejrzeniu dziesiątek próbek, udało się ostatecznie ustalić, jak można by użyć tego materiału w nietypowy sposób. Bazalt nadaje się świetnie na drogi, jako kostka albo tłuczeń, ale jest zbyt kruchy dla innych zastosowań. U nas miały być z niego zbudowane całe elewacje i to nie jako okładzina, ale masywne słupy. Fasada to prawdziwy inżynieryjny majstersztyk. Kolumny z ręcznie ciętych bloków wyglądają bardzo podobnie, ale w zależności od smukłości są skonstruowane na trzy różne sposoby. Najcieńsze słupy mają w środku stalowe kable, a dodatkowo usztywnia je wypełnienie ze szkła.

Czerń ma wiele odcieni. W Giant’s Causeway bazalt w słońcu wygląda jak grafit, z lekko srebrzystym odcieniem, ale ponieważ w tej lokalizacji często pada, mokra powierzchnia staje się idealnie czarna i błyszcząca. Pamiętam moment, kiedy mieliśmy zadecydować o wykończeniu kamienia. Początkowo planowaliśmy matową powierzchnię, bo połysk wydawał się zbyt oczywisty. Kamieniarze, najlepsi pod słońcem fachowcy z McConnells & Sons, pokazali nam kilka różnych wykończeń, na koniec prezentując lekko wypolerowany blok. Ale nam się wtedy wszystkim zaświeciły oczy! Nie było już mowy o żadnym macie.

Mimo, że wielu osobom ten budynek kojarzy się z grobowcem z czarnego kamienia, stanowi źródło niezłej zabawy. Przede wszystkim dzieciaki szaleją na świetlikach, zaglądając do środka i machając do zwiedzających. Z kolei bazaltowe kolumny to świetne tło do zdjęć i wiele grup pstryka sobie zdjęcia między czarnymi kolumnami i pilastrami. Zabawnie wygląda kontrast między kolorowymi, przeciwdeszczowymi ubraniami a eleganckim, czarnym kamieniem. Prosta forma i czarny kolor nie oznaczają, że budynek staje się automatycznie smętnym sarkofagiem, ale nie można oceniać samej koncepcji. Należy poczekać na ostateczny efekt, po realizacji, gdy będzie można odkrywać bogactwo odcieni czerni i szarości w różnych porach dnia i przy różnej pogodzie. Czarny nie znaczy ponury!

DSC08489

[fot. Monika Arczyńska]

Cud nad Wisłą

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W ubiegłym tygodniu rozstrzygnięto kolejną edycję plebiscytu ‚National Geographic’, w którym czytelnicy wybierają siedem nowych cudów Polski. Chociaż nie jestem fanką ani takich konkursów (nazywanie nominowanych miejsc ‚cudami’ to jednak lekkie nadużycie), doceniam ich edukacyjną i popularyzatorską rolę. W tym roku wyróżniono m.in. Filharmonię Szczecińską, ale nie o niej chcę pisać. Dziś o Chełmnie, miasteczku w województwie kujawsko-pomorskim.

To miejsce wśród znajomych i studentów reklamuję od dawna. Urodziłam się i spędziłam dzieciństwo niedaleko – po drugiej stronie Wisły – więc w Chełmnie bywałam bardzo często. Powody tych wizyt były zwykle prozaiczne. Np. sklepy z butami były tam lepiej zaopatrzone niż w moim rodzinnym miasteczku – dziś brzmi to absurdalnie, ale w czasach PRL, a troszkę je jeszcze pamiętam, miało to ogromne znaczenie. Zakupy zawsze kończyły się spacerem i zachwytami nad regularnym układem urbanistycznym, zachowanymi murami miejskimi, rynkiem z cukierkowym renesansowym ratuszem czy gotyckimi kościołami. Zanim wiedziałam jeszcze cokolwiek o architekturze i urbanistyce, czułam, że to miejsce jest wyjątkowe. Lokacja na prawie chełmińskim to właśnie TO Chełmno – rozwiewam wątpliwości, bo jest w Polsce kilka miast o podobnej nazwie. Chełmno miało być stolicą państwa krzyżackiego, ale ostatecznie zamek – siedzibę główną – zbudowano w Malborku. Zastanawiam się czy jest w Polsce inne  miasto, w którym tak doskonale zachowałby się średniowieczny lokacyjny układ – może Paczków? Pewnie i wiele innych miejscowości, ale z reguły obrosły dookoła nową zabudową lub utraciły mury obronne. Chełmno jest zlokalizowane na wzgórzu, więc na jego zboczach nie można było prawie nic zbudować, a sylweta od strony Wisły wygląda nadal tak, jak kilka wieków temu.

Ulice również zachowały dawny klimat. Dzięki temu, że w ostatnich dekadach Chełmno nie należało do najzamożniejszych ośrodków, udało się uniknąć „styropianizacji”. Gdy zaczynało królować PCV, w Chełmnie zachowało się sporo drewnianych stolarek. Niestety, brakowało też funduszy na remonty zabytków, więc przez wiele lat niektóre z nich, przede wszystkim gotyckie kościoły, były niedostępne dla zwiedzających. W farze znajdują się relikwie św. Walentego, więc władze Chełmna postawiły na lokalny marketing pod hasłem ‚Miasto Miłości”. Nie spodziewajcie się jednak, że znajdziecie tam niezliczone romantyczne kawiarenki czy przytulną bazę noclegową z wygodnymi łóżkami w rozmiarze king size. Na razie organizowane są głównie walentynkowe imprezy, a z „ławeczki zakochanych” można wysłać internetem zdjęcie z pozdrowieniami… Aby uniknąć rozczarowania, lepiej nastawić się więc na porządną lekcję średniowiecznej urbanistyki:)

[fot. Monika Arczyńska]

PS Ponadstulenia wieża ciśnień ze zdjęcia jest zlokalizowana zaraz przy rynku. Zawsze mnie fascynowała i zanim jeszcze ktokolwiek słyszał w Polsce o loftach, marzyło mi się, żeby tam kiedyś zamieszkać albo otworzyć tam kawiarnię. Podobno wieża ma obecnie prywatnego właściciela i faktycznie ktoś tam mieszka. Zazdroszczę!

Mój pierwszy raz

aleja

To był mój pierwszy raz na EXPO. Nie trafiłam wcześniej do Hannoveru, chociaż to najbliższe EXPO ostatniej dekady, więc kiedy wyklarował się nagle wakacyjny kierunek, do którego nie dało się dolecieć bezpośrednio, przesiadka w Mediolanie narzuciła przystanek na wystawę. Na wystawę, której idei nie jestem w stanie zrozumieć. Dawniej – wiadomo. Kryształowe Pałace, wieże Eiffla i inne cuda przyciągały z całego świata ludzi, którzy chcieli zobaczyć je na własne oczy. Na dodatek dawne  wystawy światowe stanowiły niezły biznes (napiszę kiedyś o ekonomicznych aspektach konkursu na odpowiednik wieży Eiffla w Londynie – założenia czyta się jak współczesne wytyczne chciwego inwestora). Ale teraz, kiedy wszystko można zobaczyć w National Geographic albo na Discovery, własną wieżę Eiffla ma i Vegas, i wiele innych miejsc, a kobieta z brodą po zwycięstwie w Eurowizji robi tour po Europie, jaki jest sens EXPO? Tym bardziej, że zwiedzający robią wrażenie zmultiplikowanych inżynierów Mamoniów, którzy najbardziej lubią to, co już znają i zamiast odkrywać nowości, ciągną do pawilonów krajów, w których byli na wakacjach. Lub tych, które dobrze znają z mediów, stąd taki na przykład pawilon amerykański, bez względu na atrakcyjność wystawy czy architektury, zawsze będzie popularny. Na EXPO wszystkiego tak dużo, że chociażby się człowiek uparł i przychodził codziennie przez tydzień, nie da rady zobaczyć wszystkiego. Człowiek gapi się na zmęczone spacerowaniem po wystawie tłumy i zastanawia, po co oni tu wszyscy w ogóle przyjechali?

Tegoroczny temat – Feeding the Planet/Energy for Life -€“ aż prosił się o bardziej refleksyjne spojrzenie na kwestie zrównoważonego rozwoju, niedoborów wody czy głodu na świecie, a ostatecznie okazał się rozrywkowym festiwalem smaków z całego świata serwowanych na jednorazowych talerzykach. Brrr. Herzog & de Meuron, autorzy masterplanu, wycofali się ostatecznie z projektu, gdy okazało się, że zamiast zrewidowania koncepcji światowej wystawy organizatorzy zdecydowali jednak o stworzeniu kolejnego światowego jarmarku. Ogólne ramy masterplanu jednak pozostały, ale jak sprawdziły się w tej jarmarcznej konwencji? Główna ulica zadziałała świetnie, zadaszenia skutecznie chroniły przed słońcem, ale już proporcje działek sprawiały problemy. Pawilony były za wąskie, aby umożliwić wejście i wyjście w tym samym punkcie, więc albo trzeba było kierować zwiedzających przez cały obiekt, co niekoniecznie współgrało z sąsiednimi pawilonami, albo wprowadzać na piętro. A ile razy można pokonywać schody podczas jednego dnia i to jeszcze w upał? Za to na końcu wielkiej alei stanął skromny pawilon Slow Food według projektu Herzoga&deMeurona, z sympatycznym ogrodem warzywnym (i z kapitalnym aperitivo). Idealne wyciszenie na zakończenie zwiedzania.

hdm

hdm02

Oczywiście sporo uwagi poświęciłam polskiemu pawilonowi. Brałam wraz z Menthol Architects udział w konkursie i… dobrze, że nie wygraliśmy. Bo po pierwsze za bardzo staraliśmy się spełnić wymagania konkursu (o tym jeszcze napiszę), po drugie pawilon Argentyny był zorganizowany identycznie jak nasz projekt, a po trzecie nie powinniśmy w ogóle zabierać się za ten konkurs, nie będąc wcześniej na żadnym innym EXPO.  Dlatego biegając od pawilonu do pawilonu cały czas oceniałam je pod kątem sprawdzenia się na tego typu wystawie i weryfikowałam, które z naszych założeń okazały się słuszne, a w których aspektach koncepcji trafiliśmy kulą w płot.

Ponieważ relacji z EXPO było już mnóstwo i  w prasie, i na blogach (obszerny materiał przedstawiła m.in. Pani Dyrektor), swoją przedstawię jako dwa poradniki. Jeden dla osób, które dopiero się wybierają (wystawa trwa do końca października, ale przecież będą kolejne edycje), a drugi dla tych, którzy będą chcieli wziąć udział w kolejnym konkursie na polski pawilon, czyli przegląd projektów, które się sprawdziły i tych, które większość odwiedzających wystawę omijała szerokim łukiem. Jak pokazują przykłady WWAA i 2pm, zwycięstwo to niezła przepustka do kariery dla młodych pracowni. Sama chciałabym dostać taki poradnik rok temu:)

Dziś więc o tym, jak się przygotować do zwiedzania i na co zwracać uwagę.

  • Zadecydujcie wcześniej, jak dokładnie chcecie zwiedzać wystawę. Jeden dzień wystarczy na bardzo pobieżne zobaczenie pawilonów z zewnątrz €- tyle czasu spędziłam odpuszczając sobie wchodzenie do środka. Wyjątek zrobiłam tylko dla kilku, ale czas oczekiwania na wejście był jednym z warunków. Czas oczekiwania trudno ocenić po długości kolejki (każda przesuwa się w innym tempie), a  aktualizowane na bieżąco tabliczki z informacją o czasie oczekiwania zauważyłam tylko€“ przed pawilonami Niemiec i Japonii. Cóż za cudowne potwierdzenie stereotypu o perfekcyjnej organizacji pracy w tych krajach!
  • Wygodne buty to podstawa! Szpilki tym razem najlepiej zostawić w domu.
  • Poczytajcie wcześniej o pawilonach, żeby ustalić, które trzeba zobaczyć obowiązkowo, a które można pominąć. Część decyzji i tak zweryfikujecie na miejscu. Na mojej obowiązkowej liście był m.in. pawilon Brazylii, ale siatkę do chodzenia obejrzałam już tylko od spdu, bo szkoda mi było czasu na czekanie.

Brazylia

  • Podobno (nie testowaliśmy) warto wybrać się na teren EXPO zaraz po otwarciu i od razu zająć miejsce w kolejce do najpopularniejszych miejsc.

Japan

[Kolejka do japońskiego pawilonu – jak po chińskie ręczniki za czasów PRL]

japan02

[Za to w części ogólnodostępnej można było trafić na takie atrakcje]

  • Warto zostać do późna, gdy włączana jest iluminacja pawilonów.

night

  • Jeśli nie chcecie zbankrutować na miejscu, a nie planujecie smakowania specjałów z całego świata, warto zaopatrzyć się w kanapkę. Albo śledzić, w których pawilonach są happy hours (mam wrażenie, że Słowacja przyciągała głównie piwem za 2 euro:)
  • Warto wyspać się porządnie dzień wcześniej. Nie polecam wycieczki naszym sposobem, czyli po locie o szóstej rano i trzech godzinach snu. EXPO to wyjątkowo męczące miejsce i nawet espresso co godzinę nie pomaga. Za to pawilon kawy to jedno z najprzyjemniejszych miejsc na EXPO – działających na wszystkie zmysły, zwłaszcza smaku i węchu.

kawa 02

kawa 01

[W pawilonie kawy]

[fot. Monika Arczyńska/Łukasz Pancewicz]

‚Niestrudzony pracoholik’

nieporzadek

Wszystkie blogerki szafiarsko-lajfstajlowe publikują ostatnie wakacyjne selfie i wyglądają na nich na takie zrelaksowane… A u mnie właśnie jak na zdjęciu –  mam nawet czasu, żeby się uczesać, o zrobieniu porządków nie wspominając. Znów za dużo pracy, pracy po pracy i pracy po pracy po pracy. Skończyłam ostatnie poprawki do tekstu o gdyńskim Muzeum Emigracji do ‚Architektury-Murator’, weekend minął wypełniony pracą nad pewnym konkursem, a cały tydzień spędziłam pod hasłem pośpiechu  i nerwowego odhaczania kolejnych puktów z długiej listy. Na tej liście były też punkty dość przełomowe, ale o nich dopiero napiszę:)

Na blogu też obsuwy. Czekają zaległe relacje z lubelsko-lwowskich wojaży, ba, czeka niedokończony tekst o katowickim modernizmie, który zaczęłam pisać w… kwietniu. Cudownie. W przerwach na kawę poszperałam w sieci i zdiagnozowałam u siebie konkretny rodzaj pracoholizmu. Otóż jestem tzw. ‚niestrudzonym pracoholikiem’, czyli takim, który się zarżnie, ale będzie pracować bezustannie i zawsze chętnie wrzuci sobie na głowę kolejne obowiązki. Oprócz tej kategorii istnieją również pracoholicy ‚bulimiczni’, ‚z deficytami uwagi’ i ‚rozkoszujący się pracą’…

Chyba pora zacząć walczyć z tym uzależnieniem. Najlepsza strategia to pewnie wyjechać gdzieś na koniec świata i zaszyć się w miejscu, gdzie internet nie sięga, ale to mało realne. Dlatego zamiast spędzać pół roku na odludziu, wyskoczę w końcu na niedługie, ale długo wyczekiwane wakacje. W ramach wyjątku postanowiłam nie zabierać komputera, za to zamierzam pstrykać bardzo dużo zdjęć. Trochę architektonicznie będzie, bo odwiedzę w końcu EXPO w Mediolanie (planuję tam tylko jeden dzień, więc zapowiada się galop przez pawilony). Potem zobaczę, produkcją jakiej wystawy zajmuje się w Palermo mój ulubiony historyk sztuki, ale później – naprawdę! – będzie już tylko leniwe spacerowanie po sycylijskich miastach, cannoli oraz wino na plaży. I przerwy na kawę, w ilościach ogromnych. Będę zbierać siły na zapowiadający się bardzo intensywnie przełom września i października. Przywiozę pewnie mnóstwo nowych inspiracji dla SIX LETTER CITY, ale blog też będzie musiał wybrać się na urlop, więc następne posty pojawią się z lekkim poślizgiem.

Podejrzewam, że z uzależnieniami już tak jest, że jedno zastępuje się innymi, więc pewnie pracoholizmu pozbędę się na rzecz wspomnianego wina i kawy. Ale to chyba i tak zdrowsze od bezustannego siedzenia przed komputerem, prawda?

[fot. Monika Arczyńska]

To nie zieleń uspokaja

LWOW

To nieprawda, że najskuteczniej uspokaja patrzenie na kolor zielony. Na pewno to zjawisko nie odnosi się do całej populacji. Na przykład na mnie najlepiej działa połączenie błękitu i piaskowego beżu. Dokładnie takie, jak na plaży w sloneczny dzień, chociaż przyznaję, że szum morza stanowi tam dodatkowy czynnik relaksacyjny. To samo połączenie kolorystyczne pojawia się również w niektórych miastach i spacerując, czuję się tam równie spokojna, jak na plaży.

Na szczęście Lwów okazał się i piaskowy, i słoneczny, dzięki czemu chyba udało mi się zebrać siły przed kolejnym miesiącem (zapowiadającym się wyjątkowo aktywnie). To był mój pierwszy wyjazd na Ukrainę – szkoda, że w takim smutnym dla kraju momencie. Moimi towarzyszami podróży byli regularni lwowscy bywalcy, dzięki którym mogłam posłuchać opowieści o tym, jak miasto funkcjonowało jeszcze kilka lat temu. Między innymi organizacja Euro 2012, która spowodowała niemałą rewolucję i w polskich miastach, przyczyniła się do ogromniej poprawy lwowskiej infrastruktury. Woda płynie już z kranów 24 godziny na dobę, do ustępów można wrzucać papier toaletowy, a wśród tramwajów trafiają się nowoczesne niskopodłogowce. Zabytki remontowane są m.in. dzięki pomocy polskiego Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, o czym owo Ministerstwo skrupulatnie informuje za pośrednictwem charakterystycznych banerów. Główne place i ulice wyglądają jak w każdym innym zadbanym europejskim mieście, jednak ta szybka poprawa przyczyniła się do współistnienia wielu kontrastów. Do mieszkania pani Zosi, u której wynajęliśmy pokój, prowadzą ciemne, niebezpieczne schody, podczas gdy na parterze, przy samym Rynku, działa oblegany bar ostrygowy z szampanem. Remont zakończył się na elewacji. Okolice przepięknego (i również niedawno odnowionego) dworca kolejowego przypominają bardziej północną Afrykę niż Europę. To wszystko składa się na obraz dynamicznego miasta, którego przywiązani do tradycji mieszkańcy z jednej strony nie pozwolą na zniszczenie niepowtarzalnej atmosfery Lwowa, z drugiej są otwarci na zmiany. Wiem jedno – na ich miejscu każdy byłby dumny z tego miasta, gdzie na każdym kroku widać jego dawną potęgę.

[fot. Monika Arczyńska]

Szanowna Cricoteko

Crico_014

Szanowna Cricoteko,

mam z Tobą poważny problem. Tyle obejrzałam Twoich zdjęć, rysunków, nawet wycinankę z Architektury-Murator złożyłam. Zachwyceni znajomi pokazywali zdjęcia detali, Twoim autorom wręczano kolejne nagrody, a ja wciąż nie docierałam do Krakowa, żeby móc Cię w końcu zobaczyć na żywo. Aż stało się, wpadłam nareszcie (pendolino przy dźwiękach Chopina). I co? No i mam z Tobą problem. A właściwie kilka problemów.

Po pierwsze jest w Tobie coś zbyt doskonałego. Za doskonałego dla Kantora. Tego Kantora, którego spektakle bywały wystawiane w bardzo siermiężnych lokalizacjach, a w scenografii nierzadko pojawiały się przedmioty ze śmietnika. Ale to by znaczyło, że prace Leonarda można by wieszać tylko we włoskim palazzo, a Nikifora w wiejskiej chacie. I mam problem, bo nie umiem zdecydować, czy podoba mi sie takie wsadzenie Kantora w eleganckie cortenowe pudełko, czy też nie.

Stoisz sobie, szanowna Cricoteko, nad Wisłą, absurdalnie nowoczesna przy tym całym historycznym otoczeniu, ale wyglądasz, jakbyś tam stała od zawsze. W środku jest jeszcze bardziej perfekcyjnie. Ta żelbetowa kratownica nie powinna wyjść aż tak doskonale. Detale schodów, gdzie wszystko się idealnie liniuje i licuje, powinny mieć jakąś widoczną fuszerkę. I te pochowane zawiasiki, dzięki którym można otworzyć cortenowe panele – kto to widział, w głowach się poprzewracało! No dobrze, lustrzany sufit trochę za bardzo faluje, lecz to chyba jedyna niedoskonałość, jaką udało mi się wypatrzyć.

Crico_016

Ale największy problem jest inny. Zdemaskowałaś mnie. Zawsze byłam taka z siebie dumna, że potrafię z dystansem patrzeć na architekturę. Że lata pracy w międzynarodowym biurze, projektowania muzeów za grube miliony i oglądania budynków na całym świecie dały mi umiejętność chłodnej oceny dzieła architektonicznego. Gdybym zobaczyła Cię gdzieś za granicą, pomyślałabym, że pieniądze z podatków zostały doskonale wydane na stworzenie solidnego dzieła, gdzie w każdym detalu widać pieszczotliwą i doświadczoną rękę architekta. Nagle okazuje się, że po trzech latach w Polsce zaczynam myśleć po „tutejszemu”. Nie bierz tego za bardzo do siebie, ale kiedy spacerowałam po Twoich wnętrzach, po głowie chodziła mi jedna myśl: jesteś tylko salą wystawową nasadzoną na klatkę schodową. Tak, wiem, w budynkach zaadaptowanej elektrowni, nad którą tak spektakularnie się nadwieszasz, są pomieszczenia o innym przeznaczeniu. Twoją najważniejszą funkcją jest jednak dodawanie prestiżu i piękna miejscu, w którym jak grzyby po deszczu wyrastają nowe apartamentowce. Na Twoim tarasie będą przesiadywali krakowscy hipsterzy – jak miło z Twojej strony, że zapewniasz im kolejne miejsce do skolonizowania. Być może zaraz zaczniesz świecić pustkami, bo chociaż wystawy mają się zmieniać, twórczość Kantora to atrakcja dla nisz.

A ja wstydzę się, bo zaczynam przeliczać, co można by zbudować lub kupić za budżet Twojej realizacji – 50 milionów. Jak można by doposażyć biblioteki, zbudować kilka przedszkoli albo ze 2-3 baseny. Przedłużyć linię tramwajową albo posadzić tysiące nowych drzew. Nie umiem patrzeć na Ciebie z radością, bo nie obraź się, ale wydajesz mi się tylko niepotrzebnie drogą gablotką. Wstydzę się tego, bo chciałabym umieć docenić jakość Twojej architektury, tak jak doceniłabym ją w innym miejscu.

Godzę się z Twoją przesadzoną doskonałością. Ale tej demaskacji nie potrafię Ci wybaczyć.

Crico_015

[fot. Monika Arczyńska]

 

Wyprawa przez przerośnięte kalafiory

Kol01

Bez względu na miłość do współczesnej architektury, czasem trzeba przypomnieć sobie o dawnej. Tak w sumie jest ze wszystkim – jeśli na co dzień słucha się Kanye Westa, od czasu do czasu warto wrócić do Schuberta. Jeśli nie można żyć bez Sasnala, nie zaszkodzi pooglądanie Michała Anioła. Jeśli Zaha i tylko Zaha, zwiedzenie romańskiego kościoła przypomni, że w architekturze, muzyce i sztuce wszystko już było. Teraz tylko wyciągamy wymyślone niegdyś formy z wielkiego wora, udając, że wsadzenie ich w nowe opakowania to tworzenie czegoś nowego. Akurat. To dlatego lubię czasem wrócić do Giedionowskiej „Przestrzeni, czasu i architektury”, żeby kolejny raz utwierdzić się w przekonaniu, że kopiowanie i reinterpretacja to całkowicie normalny proceder w projektowaniu.

Tak samo jak Giedion działa oglądanie historycznej architektury, więc w ten upalny weekend, który spędzałam w Łodzi, chociaż z uwagi na temperaturę wolałabym w kajaku, postanowiliśmy z moim osobistym urbanistą podskoczyć do Tumu pod Łęczycą i zwiedzić kolegiatę. Nie mogę sobie przypomnieć, czy już ją kiedyś widziałam. Rodzice* twierdzą, że zahaczyliśmy o Łęczycę podczas jednej z naszych wypraw w Polskę wiele lat temu, ale ja pamiętam tylko opowieści o diable Borucie, które opowiadaliśmy sobie przejeżdżając przez miasteczko naszym granatowym polonezem. Tym razem nie było ani poloneza, ani żadnego innego auta, bo akurat wszyscy nasi zmotoryzowani znajomi mieli inne plany, więc (jak zwykle zresztą) użyliśmy transportu publicznego. Jak stuprocentowi turyści odwiedziliśmy punkt informacji przy rynku, upewniliśmy się, że położona za miastem kolegiata jest tego dnia otwarta do 18:00, dzięki czemu mieliśmy jeszcze czas na obejrzenie zamku i wystawy figurek diabłów. Boruta nas nie postraszył, ale zaintrygował diabeł o wdzięcznym i dźwięcznym imieniu Srala, który w bardzo nieprzyzwoitym geście podwijał spódnicę wyraźnie zadowolonej dziewoi. Po zamku lody w jednej z łęczyckich lodziarni – jest ich tam tak dużo, zwłaszcza w zestawieniu z jednym, jedynym miejscem, gdzie można napić się piwa, że poczuliśmy się jak w kraju arabskim. A może to tylko przykrywki i na zapleczu są salony masażu albo punkty sprzedaży dopalaczy? Nieważne. Ruszyliśmy do kolegiaty najkrótszą drogą, którą pokazał nam GPS, czyli przez pola żyta, kukurydzy i wyraźnie przerośniętych kalafiorów. Kolegiata stoi praktycznie w szczerym polu i to zbliżanie się było bardzo ekscytujące – rosła, rosła, aż w końcu stanęliśmy tuż pod nią, uderzeni jej ogromem. Ogromem w skali polskiego romanizmu, oczywiście.

kol04

Kolegiata jest… współcześnie prosta. Idealna w proporcjach i „skończona” – mam wrażenie, że jedna mniej albo jedna więcej apsyda zaburzyłaby tę idealną formę. Można by się na niej uczyć geometrii wykreślnej i przenikania brył. Do tego te materiały – Zumthor nie powstydziłby się tych surowych kamiennych powierzchni i subtelnego detalu. Ale żeby w pełni docenić klasę budynku, należy wejść do środka, żeby postudiować proporcje wnętrza. A tu niespodzianka: zamknięta na kłódkę krata i powieszona na tablicy karteczka, że akurat tego dnia zwiedzanie jest możliwe wyjątkowo do 14:00. Inni wkurzeni turyści popędzili na plebanię, ale bardzo zajęty proboszcz był nieubłagany. Co nam zostało? Popatrzenie na fragment wnętrza, gdzie nawet nie było widać empory, na dodatek z boku, więc nie dało się zobaczyć ani wnętrz apsyd, ani – najważniejsze – proporcji naw! Na ogół jestem w miarę cierpliwa, ale akurat w to lato, pewnie z powodu nadmiernego przepracowania przez ostatnie pół roku, jakoś nadzwyczaj często puszczają mi nerwy. Tu też puściły i jako komentarz do tej karygodnej sytuacji padło mnóstwo brzydkich słów („przecież to jest, k…., najważniejszy fragment dziedzictwa zbudowanego w tej, k…, części kraju!”, to jest, k…, nie do pomyślenia!”, jak tak można, k…, traktować ludzi, którzy tu, k…, specjalnie przyjechali, żeby podziwiać ten, k…, genialny romanizm?, „tak trudny był, k…, jeden telefon z informacją do informacji turystycznej, k…?”). Ale jakimś dziwnym trafem w podobnych sytuacjach zawsze udaje mi się to, co sobie wymyśliłam. Kiedy tak stałam przy kracie, testując, czy być może jeden z naszych kluczy przypadkiem nie pasuje do kłódki, pojawił się nagle pan z właściwym zestawem, żeby coś zabrać z zakrystii i na chwilę wpuścił nas do środka.

A tam już „o, k…” poleciało z czystego zachwytu…

kol03

*Rodzice z kolei postawili w ten weekend na architekturę najnowszą i pojechali do Szczecina obejrzeć Filharmonię. Punkt dla nich, ja jeszcze nie byłam! Czy muszę dodawać, że rodzice nie mają absolutnie nic wspólnego z architekturą (oprócz  dziecka, oczywiście)? Podobno na zwiedzanie wybrało się oprócz nich ok. 150 osób – chyba dzięki nagrodzie Miesa zaczyna się u nas rozwijać prawdziwa turystyka architektoniczna. Albo raczej „współczesnoarchitektoniczna”.

[Fot. Monika Arczyńska/Łukasz Pancewicz]

Samo się nie zrobi!

postery_wyborcza2-01-01 (1).png

Chwalić jeszcze będę, kiedy wszystko zostanie ukończone w 100%, a na razie zapraszam na piątkową prezentację projektu, przygotowanego przez naszych studentów. Z tak ostro zasuwającą grupą jeszcze nie miałam do czynienia, a hasło „Samo się nie zrobi!” równie trafnie odnosi się do działań, jakie studenci zaproponowali dla Starego Polesia w Łodzi, jak i dla ich własnej pracy.

Prezentacja odbędzie się w najbliższy piątek, 26 czerwca, w Miejskim Punkcie Kultury Prexer-UŁ w Łodzi, przy ulicy Pomorskiej 39. Studenci zaprezentują końcowy raport projektu, zawierający rekomendacje działań rewitalizacyjnych oraz prototypy elementów strategii promującej dzielnicę, m.in. logotypy i projekt identyfikacji wizualnej, gadżety oraz model strony internetowej. Początek prezentacji planowany jest na godzinę 17:00. Zapraszam i… sama jestem ciekawa, jak wszystko wypadnie!

 

Życie między budynkami (Kopenhagi)

pan

Zaczynam się czuć jak Charlize Mystery, która po każdym wyjeździe na New York  Fashion Week umieszcza na blogu dziesiątki postów typu „Zwiedzać Nowy Jork śladami Kevina w Nowym Jorku”.  Obiecuję jednak, że u mnie nie pojawi się post „moje ulubione restauracje w Kopenhadze”, chociaż przyznaję, że jeden arabski przybytek zaraz przy Superkilen (tematycznie, bo imigrancko) miałabym ochotę zarekomendować. Obiecuję też, że to ostatni post o Kopehadze, bo Charlize M. przynajmniej nie rozwleka powyjazdowych opowieści przez trzy miesiące po powrocie:)

Dziś będzie nie o restauracjach, nie o Kevinie, ale o Janie. Janie Gehlu. Postanowiłam sprawdzić, czy Kopenhaga jest faktycznie taka „gehlowata”, jak wskazywałoby na to nie tylko samo „Życie między budynkami”, ale i reputacja miasta uważanego za jedno z najbardziej „zielonych” na świecie. Żeby tylko reputacja – Kopenhaga pojawia się na szczycie wszystkich rankingów miast ekologicznych czy miast o najwyższej jakości życia. Istnieje nawet tzw. „wskaźnik kopenhagenizacji” określający, jak bardzo miasta są przyjazne i bezpieczne dla rowerzystów oraz na ile skuteczna jest ich polityka prorowerowa oraz rozwój infrastruktury.

Przyznaję, że nie mam do Gehla tak nabożnego stosunku jak większość znanych mi architektów i urbanistów. „Życie między budynkami” (które stoi na mojej półce w holenderskiej wersji pod uroczym tytułem „Leven tussen huizen”) to jednak przełomowa lektura i zdaję sobie sprawę, że to między innymi dzięki niej nastąpiła prawdziwa miejska rewolucja. Symbolem „kopenhagenizacji Kopenhagi” było wyrzucenie w 1962 roku samochodów z samego centrum miasta, ulicy Strøget, dziś  deptaka ze sklepami i kawiarniami. Jeden z jego końców wypada na Rådhuspladsen, placu z ratuszem, jednym z miejsc, w których gdzie Gehl prowadził swoje obserwacje zachowań ludzi w przestrzeniach publicznych. Plac, jest w tej chwili zastawiony wielkim ogrodzeniem – realizowana jest właśnie kolejna linia metra i w mieście można natknąć się na sporo budów nowych stacji. Rådhuspladsen cały czas pozostaje jednak miejscem spotkań, poza tym wędrują tam obowiązkowo wszystkie wycieczki . Wiadomo – ratusz, centrum, historyczne miejsce, ale ciekawa jestem, czy przewodnicy wspominają również o Gehlu i jego rewolucyjnej książce.  Wycieczki stanowią za to świetny obiekt obserwacji – turyści ustawiają się w idealne kółka i stają w mniej więcej takich samych odległościach od siebie. koleczka

[Wycieczki w kółeczkach – ciekawe, czy Gehl też zwrócił uwagę na to zjawisko pisząc „Życie…”] Gehl

[To tu! Tylko widok w tle średnio teraz atrakcyjny przez budowę metra]

Przestrzenie publiczne Kopenhagi są demokratyczne i egalitarne aż do bólu. Rozczulają drobne uprzejmości między użytkownikami przestrzeni. Może nie da się zaobserwować tylu rozmów między nieznajomymi, jakie pamiętam z Dublina, za to co chwilę widać pozornie mało ważne interakcje. A to ktoś ustępuje komuś miejsca na ścieżce rowerowej, a to mama z wózkiem odstawia go kawałek dalej, żeby nastolatki szalejące na deskorolkach miały więcej przestrzeni.  Aż trudno wyobrazić tu sobie jakiekolwiek przejawy ulicznej agresji, chociaż wierzę, że muszą jej nieco generować chociażby korki rowerowe w godzinach szczytu. W wielu miejscach ustawione są liczniki rowerów (czy przypadkiem nie Gehl stwierdził kiedyś, że należy mierzyć zjawiska, na których nam zależy?) i z ciekawości porównywałam wyniki ze wskazaniami, które obserwuję na licznikach w Gdańsku. W końcu mieszkam w najbardziej roweowym mieście w Polsce:) Oczywiście kopenhaskie liczby znacznie przekraczają gdańskie, ale np. porównanie duńskiego sobotniego poranka z gdańskimi godzinami szczytu w środku tygodnia nie jest już tak rozbieżne.

Gehlowskie „przysiadanie”, o którym pisałam już kiedyś w kontekście pewnego łódzkiego krawężnika, odbywa się dosłownie wszędzie. Rozumieją to doskonale projektanci nowych przestrzeni publicznych, którzy oprócz standardowych ławek projektują często amfiteatralne struktury albo stosują drewno – znacznie przyjemniejsze do siedzenia niż beton czy kamień – na nabrzeżach, gdzie sympatycznie jest pogapić się na wodę. W ciepły dzień tłumy przysiadły między innymi na jednym z głównych mostów w centrum  miasta, po nasłonecznionej stronie, bezpośrednio na nagrzanych kamieniach. Nikt się nawet nie przejmował, że z poziomu chodnika nie ma widoku na wodę – wystarczająco atrakcyjne było patrzenie na przemieszczających się ludzi oraz dziesiątki rowerzystów i wystawianie twarzy do słońca. W pobliskim supermarkecie można było zaopatrzyć się w zgrzewkę piwa i nikt nie przejmował się piciem w miejscach publicznych (czy tam w ogóle jest jakikolwiek zakaz?). Nikt też nie zachowywał się nieprzyzwoicie, rozochocony promilami w krwiobiegu.

most Tuborg na moscie

[To nie jest reklama tuborga!]

Nieformalnie, bezpiecznie, spontanicznie – tak będą mi się kojarzyć przestrzenie publiczne Kopenhagi. Czego i polskim miastom życzę:)

[Fot. Monika Arczyńska/Łukasz Pancewicz]

Teren zabudowany (czyli krajobrazowy)

zabudowany 02

Mam nadzieję, że wszyscy porządnie odpoczęli podczas  ostatniego weekendu. Ja też skorzystałam z tej niesamowitej pogody i zamiast pracować nad zaległymi zleceniami, wybrałam się z moim osobistym urbanistą na plażę pod Gdańskiem. Po drodze, jadąc spacerowym tempem rowerami, mijaliśmy między innymi takie znaki, jak na zdjęciu i przypomniała mi się pewna nie do końca architektoniczna, ale za to zdecydowanie krajobrazowa anegdota.

Otóż jako już wcale nie taka mała dziewczynka byłam święcie przekonana, że ten znak oznacza początek nie terenu zabudowanego, ale… strefy krajobrazowej. Mówiąc wprost, po minięciu tego właśnie znaku należałoby zacząć uważnie się rozglądać, wypatrując interesującej sylwety miasta albo wsi. W polskim krajobrazie w sywetach z reguły dominuje wieża kościoła – w jakim innym celu miałaby przecież być pokazana na tym czarno-białym obrazku? Chyba tylko po to, żeby wiedzieć, że zaraz się pojawi i jej nie przegapić. Poza tym na tych niemieckich autostradach, jedynych, jakie wówczas znałam, takich znaków nie było, bo po co. „Autobany” przebiegały przecież przez jakieś strasznie nudne płaskie tereny albo, co gorsza, były obstawione ekranami akustycznymi. Z kolei oznaczenie końca  drogi przebiegającej przez obszar zabudowany, czyli ten sam znak z czerwonym przekreśleniem, stanowił w moim przekonaniu informację, że to, co ciekawe, już za nami i można z powrotem skupić się na prowadzeniu samochodu. Byłam bardzo rozczarowana, kiedy w końcu ktoś mi wytłumaczył prawdziwe znaczenie tego znaku.

Od niedawna funkcjonują nowe przepisy i kierowcom, którzy na obszarze zabudowanym przekroczą dozwoloną prędkość o co najmniej 50 km/h, zostanie natychmiast odebrane prawo jazdy. Aby móc się rozglądać, trzeba jechać wolno. Może ten mój dziecięcy pomysł nie był wcale taki absurdalny?

[fot. Monika Arczyńska]

Centymetr do Modulora

Marsylia

Chociaż w Wielkiej Brytanii i Irlandii w przemyśle już od lat obowiązuje system metryczny, w sferach bardziej „życiowych” niż zawodowych nadal zwyczajowo używa się systemu imperialnego. Mimo że przywyczaiłam się szybko do pintów piwa i funtów masła, nawet nie pomyślałabym o przeliczeniu własnej wagi na „stonesy”. Wiem za to dokładnie, ile mam wzrostu w stopach, a dowiedziałam się tego w pracowni w dość śmiesznych, ale jak najbardziej architektonicznych okolicznościach.

Wiadomo, jak wygląda większość zdjęć budynków: nie ma na nich ludzi. Kiedy oddano do użytkowania zaprojektowany przez nasze biuro Urząd Hrabstwa Kildare, w pracowni postanowiono, że oprócz typowych opustoszałych zdjęć zostaną zamówione fotografie z ludźmi. Ale nie z urzędnikami, tylko… modelkami. Wybrano jedną z londyńskich agencji, z którą związane są „topowe” brytyjskie modelki i zaczęła się akcja przebierania w dziewczynach. Oprócz zdjęć na stronach agencji zawsze podawane są wymiary i wzrost. Aby wyobrazić sobie, ile to np. pięć stóp i dziewięć cali, zaczęto wykorzystywać mnie – najwyższą architekt w biurze – jako punkt (czy też raczej odcinek) odniesienia. I tak się właśnie dowiedziałam, że mam sześć stóp wzrostu bez jednego centymetra.

Szkoda, że nie dokładnie sześć, bo to dopiero byłby architektoniczny wzrost! Dokładnie taki, jak przyjęty dla Modulora, opracowanego w latach 40. przez Le Corbusiera systemu miar i proporcji. Miał być w założeniu uniwersalny i przydatny do stosowania w architekturze, wzornictwie i przemyśle, ale wybór takiego, a nie innego wymiaru nie miał zbyt wielkiego związku z ergonomią. Kto wówczas miał aż 183 centymetry wzrostu? Chyba tylko przystojniacy z brytyjskich powieści detektywistycznych, w których zaczytywał się Le Corbusier. Aż trudno w to uwierzyć, ale podobno to właśnie oni stanowili inspirację dla przyjęcia sześciu stop dla Modulora… Pierwotna wersja systemu oparta była na nieco niższym wzroście, ale podejrzewam, że do zmiany skłonili architekta nie tyle wysocy brytyjscy detektywi, co magia okrągłej liczby, na dodatek takiej, która podzielona przez dwa i trzy daje liczby całkowite.

Ciekawe, ile wzrostu miał sam Corbu. Na zdjęciach wygląda na niewysokiego i chuderlawego, zwłaszcza, gdy pozował z kobietami swojego życia, których miewał po kilka jednocześnie. W kwestiach męsko-damskich miał specyficzne preferencje i fascynowały go dość konkretne gabarytowo panie. Na przykład takie (żona) albo takie (wieloletnia kochanka). A jeśli już drobniejsze, to tak egzotyczne i energiczne, jak Josephine Baker, z którą miał podobno romans na statku płynącym do boskiego Buenos. Ile w tym prawdy, a ile plotek, trudno powiedzieć, ale nie ten temat interesuje mnie w tej chwili najbardziej. Chcę wiedzieć coś innego – jak urosnąć ten brakujący centymetr???

[fot. Łukasz Pancewicz]

Turystyka bjarkeingelsowa

VM_01

Od wyjazdu minął już ponad miesiąc, a ja wciąż wracam myślami do Kopenhagi. Wracam na tyle intensywnie, że na zajęciach ze studentami automatycznie przychodzą mi do głowy duńskie projekty. Kiedy podczas wykładu o narzędziach opisywania i interpretowania architektury miałam wybrać przykład diagramu wyjaśniającego, skąd wzięła się koncepcja, nie trafiło ani na Roberta Koniecznego, ani nawet na MVRDV, ale na BIG i VM Houses. Ten schemat nie mógłby być banalniejszy, ale jego siła leży w prostocie pokazania, jak kilka modyfikacji standardowego układu potrafi przełożyć się na  bogate połączenia widokowe i formę. Ale te budynki mają coś jeszcze: szalone balkony, na tle których oczywiście musiałam sobie zrobić obowiązkowe selfie. Na zdjęciach wyglądają na jakiś wyrafinowany element architektoniczny, a w rzeczywistości są bardzo racjonalnie zaprojektowane.Naliczyłam zaledwie trzy typy trójkątnych, stalowych, podwieszonych balkonów – symetryczne oraz przekrzywione na lewo i na prawo. Sprawiają wrażenie nieregularnie wystających z elewacji kolców, a wszystko dzięki temu, że ustawiono je według zasady „kontrolowanego chaosu” – nigdy nie liniują się więcej niż dwa z nich. A może liniują, tylko od patrzenia zaczęło mi się kręcić w głowie:) VM_02

[Szalone balkony]

VM_03

[Tak wygląda spokojniejsza strona] VM_04

[Lepiej niż w Jednostce Marsylskiej! Podniesienie budynku o jedną kondygację umożliwiło zorganizowanie na poziomie zero parkingu rowerowego chroniącego jednoślady przed deszczem, ścianki wspinaczkowej oraz wydzielenie świetlicy dla mieszkańców]

VM_05

[Gdzieniegdzie coś się sypie lub odpada, ale to nie jest architektura, która ma przetrwać stulecia]

Obok VM Housing (czyli w nowej dzielnicy Ørestad, dziesięć minut koeljką do centrum), stoi równie znana mieszkaniowa realizacja BIG (z JDS): Bjerget czyli Mountain Dwellings. Tarasowo schodzące mieszkania przykrywają parking. Na parking można wejść (mogą z niego korzystać nie tylko mieszkańcy budynku), więc oczywiście zaczęliśmy biegać po poszczególnych kondygnacjach, próbując zrozumieć, jak ten budynek jest w ogóle zorganizowany. Zobaczyła nas pewna wjeżdżająca właśnie samochodem pani i widząc nasze zainteresowanie oraz pewnie przyzwyczajona do przewalających się tabunów architektów, zapytała, czy studiujemy architekturę. Jak się nagle poczułam młodo:) Co odpowiedzieliśmy? „My już nie, ale nasi studenci tak”. Chyba ją to przekonało, że może warto nam pokazać więcej, a może uznała, że przydałaby się jej pomóc z wniesieniem zakupów, bo zaprosiła nas do siebie. Dopiero w jej mieszkaniu dotarło do nas, jak wyjątkowy jest ten budynek. Można się tam naprawdę poczuć jak we własnym domu ze słonecznym ogrodem, z pięknym widokiem na kanał, zieleń i domy. Właścicielka mieszkania, które oglądaliśmy, przeniosła się tam po śmierci męża z domu jednorodzinnego i stwierdziła, że w Bjerget ma wszystko to, co wcześniej w domu. Prywatność  jest zapewniona dzięki skrzyniom na rośliny (z systemem irygacji podłączonym do zbierania deszczówki – nadwyżkami są spłukiwane toalety). Są na tyle szerokie, że nie można się przez nie wychylić, żeby zobaczyć, co robią sąsiedzi piętro niżej. Aby zachować spójny wygląd budynku, zostały ustalone pewne zasady, których muszą przestrzegać wszyscy mieszkańcy. Drewna na tarasach nie wolno pomalować ani polakierować, nie można też ingerować we wspomniane skrzynie, gdzie posadzono pnącza. Opiekuje się nimi ogrodnik, który na tarasy wchodzi systemem furtek – podobno nie puka, a wcześniej nie ma ostrzeżeń, kiedy będą przycinane rośliny, więc z tą prywatnością różnie bywa:) Mieszkania w Bjerget okazały się nadzwyczaj popularne i podobno na liście oczekujących na mieszkania (z drugiej ręki) jest około stu osób. Nie tylko dlatego, że mieszka się tam świetnie, ale również z uwagi na projektanta. Okazuje się, że Duńczycy znają swoich starchitektów i mieszkanie w budynku zaprojektowanym przez Bjarke Ingelsa to niezły prestiż.

Mountain_06

[U gory schodzące tarasowo mieszkania, na dole parking] Mountain_07

[A tak ten tarasowy krajobraz wygląda od strony kanału. Nie dość, że tarasy są świetnie nasłonecznione, to jeszcze rozpościera się z nich kapitalny widok] Mountain_08

[Odjechany parking pod tarasową płytą mieszkań i winda, która z uwagi na nachylenie bardziej przypomina kolejkę górską]

Mountain_02

[Przy wejściach widać troskę o szczegóły: identyfikację wizualną i małe wycofanie, dzięki czemu na korytarzach nie walają się buty ani wycieraczki. Każde piętro ma okładziny w innym kolorze. To niby ograny motyw, ale w tym przypadku jest nawiązaniem do kolorów używanych przez Vernera Pantona – ależ ci Duńczycy mieli szczęście do świetnych designerów.]

Ale już 8 Tallet – dom-ósemka, nieco mnie przeraził swoją skalą. Obejmuje różne typy mieszkań, w tym ustawione wzdłuż krawędzi „domki jednorodzinne”, ale w najwyższych częściach sprawia wrażenie zwykłego, obłożonego aluminiowymi płytami bloku. Nietypowego co prawda, bo z zielonymi, ostro schodzącymi dachami i dynamiczną formą, również dziedzińców. Stamtąd zdjęć nie będzie, bo chociaż dziedzińce  są otwarte i każdy może zrobić sobie przez nie skrót, co przy budynku tej wielkości zdecydowanie ma dużo sensu, przy każdym wejściu znajdują się napisy po duńsku i angielsku z prośbą o uszanowanie prywatności mieszkańców, a przede wszystkim o powstrzymanie się od wykonywania fotografii. Muszą być nieźle zmęczeni przyjeżdżającymi z całego świata architektami. Jak widać istnieje nie tylko „turystyka architektoniczna”, ale też jej podkategoria – „turystyka bjarkeingelsowa”. 8 House_04 8 House_03

[„Domki jednorodzinne” wzdłuż krawędzi]

PS W drodze z lotniska podsłuchiwaliśmy uważnie, o czym opowiadał polski kierowca busa jednej z pasażerek. Oprócz standardowych komentarzy na temat poziomu życia w Danii pojawiły się wątki architektoniczne. Pierwszy dotyczył łazienek, które podobno są nieproporcjonalnie małe względem powierzchni mieszkań i domów. Drugi – pracowni architektonicznych w Kopenhadze, które według kierowcy zatrudniają polskich studentów architektury. Studenci są szczęśliwi, że mają w cv staż w znanym biurze, a biura dzięki naszym rodakom wygrywają wszystkie konkursy, a jednocześnie… mało im płacą. Ot, taki architektoniczny spisek;)

[fot. Monika Arczyńska]

Duńczycy są nowymi Holendrami

Superkilen_09

„The Danish are the new Dutch” – nie, nie chodzi o rowery. Chodzi o architekturę. Taki komentarz pojawił się na portalu Dezeen pod tekstem o kopenhaskim Superkilen.

Studenci byli niegdyś bez pamięci zakochani w PLOT, a kiedy biuro się podzieliło, maślany wzrok kierowali w stronę JDS i BIG. Najpierw nie rozumiałam fenomenu popularności tych pracowni, a Bjarke Ingels, pojawiający się WSZĘDZIE, zaczął mnie w pewnym momencie trochę drażnić. Na dodatek jego projekty wydawały mi się początkowo dość wtórne, bo świeżość i odwaga koncepcji oraz proste, wyraziste diagramy kilka lat wcześniej były charakterystyczne dla młodych (teraz już nie takich młodych) holenderskich pracowni. Z drugiej strony studenci mają prawo nie pamiętać realizacji MVRDV czy NL Architects z milenijnego przełomu… Potem nastąpił kryzys i całą tę świeżość i odwagę zasłoniło widmo niezapłaconych rachunków i projektów wkładanych do szuflady. Eksperymentuje się tam, gdzie są pieniądze – jeśli eksperyment się nie powiedzie, budynek można szybko zastąpić nowym. Stąd każdy okres słabszej koniunktury przynosi bardziej konserwatywne rozwiązania. Wcale nie twierdzę, że to niedobrze, bo stabilizacja i uspokojenie są konieczne dla zebrania sił przed kolejną eksplozją eksperymentów, a skracanie cyklu życiowego budynków to zdecydowanie mało „zrównoważona” strategia. Eksperymenty wydają się jednak zdecydowanie bardziej ekscytujące (przynajmniej dla architektów).

W końcu nadarzyła się okazja, żeby zobaczyć na żywo to „holenderskie” podejście w Danii. Podłużna przestrzeń Superkilen – częściowo parku, częściowo placu – kapitalnie reprezentuje takie projektowanie. Podczas zwiedzania przypomniały mi się dwa wykłady. Jeden z nich wygłosiła Ewa Porębska podczas Weekendu Architektury w Gdyni dwa lata temu. To było świeżo po finale konkursu im. Miesa van der Rohe, w którym Ewa była jurorką i mówiła o procesie selekcji finalistów. Opowiadała, jak trudno było oceniać ten projekt na tle typowych kubaturowych realizacji. Tu działania przestrzenne miały zupełnie inny charakter: wyczyszczono teren, pozostawiono i tylo lekko podrasowano elewacje budynków, głównie poprzemysłowych. Przestrzeń umeblowano elementami wyposażenia miejskich przestrzeni ze stron świata, z których pochodzą zamieszkujący okolice Superkilen imigranci – od lamp ulicznych, przez zadaszenia i ławki, aż do pokryw studzienek kanalizacyjnych. Jedna jest z Gdańska. Wydawało mi się wtedy, że głównych bohaterów tego miejsca – imigrantów – potraktowano nieco z góry. „Nie jesteście u siebie, bidulki, to łaskawie postawimy wam parę elementów z domu – będziecie mogli sobie popłakać za odległą ojczyzną na betonowej ławce z rodzinnej miejscowości”.

Superkilen_04

Superkilen_06

Superkilen_02

Drugi wykład to spotkanie z Marthą Schwartz, w Dublinie, przy okazji otwarcia zaprojektowanego przez nią placu w Grand Canal Dock. Żaliła się wtedy, że inwestorzy nie doceniają znaczenia architektury krajobrazu i często proponują absurdalnie niskie stawki z myślą o tym, że przecież kilka metrów trawy z rolki nie może dużo kosztować. Złośliwie komentowała: „Nie ma sprawy, zaprojektujemy Wam najpiękniejszy asfalt świata, może nawet wystarczy na farbę, żeby go pomalować”.

Superkilen_03

Ale to właśnie zrobił BIG na Superkilen. No dobra, nie zrobił tego sam BIG, tylko we współpracy z projektantami krajobrazu Topotek1 i artystami z Superflex. Asfalt i farba to prawie cały przepis na sukces tego miejsca. W części parkowej zieleń jest tak zwyczajna, jaką tylko można sobie wyobrazić. Rośnie trochę drzew, a jedyne bardziej finezyjne elementy krajobrazu to usypane pagórki z trawą. Dokładnie takie, jak na niektórych polskich blokowiskach, gdzie ziemię z wykopów pod fundamenty  pozostawiano przy blokach zamiast ją wywozić. Szybko stawały się ulubionym miejscem zimowych szaleństw na sankach.

Superkilen nie wygląda już tak świeżo, jak tuż po oddaniu. Pamiętam, że kiedy zobaczyłam pierwsze zdjęcia, nie wiedząc jeszcze nic o samym placu, najbardziej zastanawiało mnie, co to za intrygujący kolorowy materiał. Zastosowano trochę miękkich posadzek, takich, jak na placach zabaw, jest kawiarnia, teatr, centrum sportu i miejsce dla deskorolkarzy. Przez całość biegnie ścieżka rowerowa. Od momentu ukończenia w 2011 roku wszystko zdążyło się już mocno przykurzyć i zarysować, kolory na asfalcie straciły siłę rażenia (w oczy), którą miały świeżo po malowaniu, ale całość, zamiast zacząć przypominać pokolorowany śmietnik, nabrała chropowatego miejskiego charakteru. Nie wygląda w każdym razie tak plastikowo, jak na zdjęciach sprzed kilku lat.

Superkilen_01

Superkilen_08

Superkilen_05

Superkilen kosztował równowartość ok. 30 milionów złotych. Bardziej odjechana fontanna w polskim mieście potrafi kosztować 5, a tu mowa nie tylko o fontannie (jest też), ale i o 30 tysiącach metrów kwadratowych placu i parku. Ze ścieżkami rowerowymi, infrastrukturą do odpoczynku i uprawiania sportu oraz elementami umeblowania ściąganymi z całego świata. Ale przede wszystkim mowa o kapitalnej, eksploatowanej do granic możliwości przestrzeni publicznej, w której udaje się realizować idealistyczne założenie integracji mieszkańców, bez względu na ich miejsce pochodzenia i wiek.

BIG jest wielki. Dosłownie.

[fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz]

Tzw. „aktywny wypoczynek”

plakat architektour_bez sti_DRUK_CMYK

Takie urlopy to ja rozumiem. Jedni jeżdżą na narty, drudzy na żagle, a ci walnięci na punkcie architektury jeżdżą oglądać nowe realizacje albo wpadają na warsztaty projektowe. Kiedy kilka miesięcy temu otrzymałam zaproszenie do wzięcia udziału w Architektour najpierw jęknęłam z rozpaczy, że to aż tydzień urlopu, ale ostatecznie doszłam do wniosku, że nie mogę sobie wciąż odmawiać tych architektonicznych odpowiedników stoków i jachtów. Przyznaję, że ostatecznie przekonały mnie trzy kwestie. Przede wszystkim to, co słyszałam o poprzednich edycjach – świetnie zorganizowane, z kapitalnymi wydarzeniami towarzyszącymi, z grupą zakręconych na punkcie projektowania studentów z całej Polski. Działo się tyle, że nie jestem w stanie wymienić tu wszystkich wydarzeń towarzyszących, a z planów zwiedzenia Książa czy Sokołowska nic nie wyszło. Hotel Sudety widziałam tylko z taksówki.

Drugi czynnik to prowadzący. W tym roku wśród tutorów znaleźli się między innymi HS99, Centrala, Kuba Woźniczka, Dariusz Śmiechowski i WWAA (Natalia i Marcin przyjechali z synami i przyznaję, że zamiast o projekty podpytywałam głównie o to, jak organizacyjnie radzą sobie z pogodzeniem obowiązków rodzinnych i prowadzeniem biura jednocześnie). Przyjemnie było znaleźć się w takim towarzystwie i posłuchać, co w tutejszej trawie piszczy, bo z uwagi na pracę cały czas czuję się nieco wyrzucona poza kategorię „polska architektura”.

A_WWAA

[WWAA czyli „2,5 tutora”]

Trzeci czynnik to lokalizacja. Nigdy wcześniej nie byłam w Wałbrzychu, a słyszałam tyle niezbyt pochlebnych opinii o tym mieście, że postanowiłam zobaczyć na własne oczy czy to prawda. I jak to Tischner mówił „są trzy rodzaje prawdy: świento prawda, tys prawda i gówno prawda” €- w przypadku Wałbrzycha to zdecydowanie ta trzecia. Tam jest po prostu przepięknie! Miasto jest położone w dolinach, otoczone górami, wszędzie widać mnóstwo zieleni, a poza tym powala fantastycznie zachowana architektura z czasów, kiedy życie tętniło i pod ziemią, w kopalniach, i w mieście. Najbardziej zachwyciło mnie Nowe Miasto, jedna z dzielnic mieszkaniowych z sielankowymi skwerami. Obecnie wyjątkowo sielankowymi, bo na południu Polski drzewa są właśnie obsypane kwiatami.

A_Rynek

A_Walbrzych

Ale największe i najbardziej pozytywne warsztatowe zaskoczenie to… studenci. Tak ogarniętych, zdolnych, pracowitych, a jednocześnie sympatycznych osób w takiej liczbie (około setki!), kompletnie się nie spodziewałam. Oczekiwałam raczej typowych warsztatowych problemów -€“ rozłażenia się zamiast pracy, cynicznego kwestionowania wszystkich decyzji bądź zbyt dużej liczby liderów przepychających swoje pomysły. Nic takiego nie miało miejsca, przynajmniej nie w grupie, z którą miałam przyjemność pracować. A grupa trafiła mi się absolutnie wspaniała: czternaście fantastycznych osób z różnych części Polski, w tym dwoje  moich byłych studentów z Gdańska. To były moje pierwsze warsztaty i przyznaję, że miałam lekkie obawy, jak to wszystko będzie wyglądało. Po pierwszej dyskusji może jeszcze nie panikowałam, za to przestraszyłam się, jak wyrobimy się czasowo, bo po kilku godzinach dyskusji o zadanym obszarze nie doszliśmy do żadnych konkretnych wniosków. Szybko okazało się jednak, że niecałe cztery popołudnia wystarczyły, aby wymyślić koncepcję, ustalić rozwiązania przestrzenne i program, zrobić makietę oraz – to wypadło szczególnie dobrze – przygotować prezentację. Podczas semestralnego projektu, jaki zwykle prowadzę, jest czas, żeby nauczyć się nowych umiejętności. W warsztatach chodzi przede wszystkim o pracę w grupie, a ponieważ czasu jest mało, trzeba jak najefektywniej wykorzystać to, co każdy w grupie już potrafi. Zaczęliśmy od przedstawienia się -€“ każdy opowiadał nie tylko o sobie i własnych zainteresowaniach, ale także o mocnych stronach. Okazało się, że skład sprawdził się idealnie, bo mieliśmy i osoby zainteresowane głównie projektowaniem w skali architektonicznej, studentów o zacięciu urbanistycznym, społecznym, ale także specjalistów od makiet i animacji. Podział obowiązków okazał tak doskonały, że nikt ani przez chwilę nie kręcił się bezczynnie, a cały projekt udało się przeprowadzić bez paniki, że zaraz skończy się czas. Ostatniej nocy wszyscy spali po kilka godzin, chociaż baliśmy się zarwania nocy. Pod koniec studenci żartowali, że chyba powinni założyć biuro, bo tak im się dobrze razem pracuje. Mogłabym taką pracownię prowadzić:) Obyło się bez zbędnych animozji, nikt się na nikogo nie obraził, nikt nie trzaskał drzwiami, za to czuło się, że wszyscy grają w jednej drużynie. Ostatniego dnia każdy w zespole miał tak precyzyjnie ustalony zakres pracy, że w pewnej chwili usłyszałam żartem, że… grupa już mnie nie potrzebuje. O to właśnie chodziło! W ciągu zaledwie kilku dni ekipie udało się przygotować konsekwentny, mocno osadzony w wałbrzyskich realiach projekt, a do tego przedstawić go w kapitalnej prezentacji (można ją zobaczyć tutaj, a wkrótce wystawa projektów będzie prezentowana na wydziałach architektury). Po ostatecznych przeglądach mnóstwo osób przyszło z gratulacjami i wszyscy czuliśmy, że udało się odwalić kawał dobrej roboty. Jestem z Was bardzo, bardzo dumna!

A_Ekipa przy pizzy

[Grupa 6 przy pizzy…]

A_Ekipa przy pracy

[…i przy pracy]

Przy okazji wydarzyła się dość komiczna sytuacja. W wałbrzyskiej edycji Architektour te same tematy były opracowywane przez dwa zespoły. Naszą lokalizacją, starą winiarnią w okolicach wałbrzyskiego rynku, zajmowała się równolegle grupa prowadzona przez WWAA. Proszę sobie wyobrazić nasze zaskoczenie, kiedy wpadając ostatniego dnia rano na „konkurencję” pstrykającą zdjęcia makiety odkryliśmy, że… oba projekty są prawie identyczne. Zarówno w ogólnych założeniach wykorzystujących spadki terenu, jak i w takich szczegółach, jak pozostawienie tej samej ściany ruin winiarni i dodanie mniejszych kubatur. Ba, powtarzała się nawet większość użytych w makiecie materiałów! Studenci najpierw zaczęli podejrzewać jakieś szpiegowskie praktyki, ale rzecz jasna nic takiego nie miało miejsca. Za to zaskoczona tym zbiegiem okoliczności grupa dodatkowo zmobilizowała się, żeby czytelnie przedstawić, skąd wzięła się koncepcja i dlaczego ostateczny przestrzenny efekt jest taki, a nie inny. Wyszło fantastycznie. Okazało się, że punkty wyjścia dla obu projektów były całkowicie odmienne i ostatecznie doszliśmy wspólnie od wniosku, że obie koncepcje można by zintegrować w jedną.

A_Prezentacje

A_WWAA_projekt

[Znajdź różnice:)]

Oczywiście oprócz intensywnej pracy był czas na dyskusje przy winie -€“ i z innymi tutorami, i ze studentami. Te drugie były szczególnie ważne, także dla mnie. Nie dość, że entuzjazm studentów jest zaraźliwy, to podyskutowaliśmy sobie przy okazji o edukacji architektonicznej. Ostatniego dnia po prezentacjach spadło kompletnie ciśnienie i gdzieś zniknał podział student-prowadzący. Poza tym miło było usłyszeć, że najgorszy moment warsztatów to powrót.

I wiecie co? Po tych wałbrzyskich doświadczeniach już się nie martwię o przyszłość polskiej architektury.

PS Ten warszawsko-radomsko-wrocławsko-wałbrzyski tydzień miał swoją chorzowsko-katowicką kontynuację w weekend. Ale o tym wkrótce, żeby nikogo nie zamęczać zbyt długimi postami, tym bardziej, że w kolejce czekają jeszcze kopenhaskie. Kolejna cudowna klęska urodzaju!

[Fot. Monika Arczyńska]

Kronika towarzyska

img_8061

Uff, jak dobrze w końcu się wyspać. Co prawda ominęły mnie szaleństwa na parkiecie na pierwszej imprezie warsztatów Architektour, ale po warszawsko-radomsko-wrocławsko-wałbrzyskim maratonie i pobudce o 06:30, żeby jeszcze przed wyjazdem do Wałbrzycha odwiedzić jedną budowę, padłam na łóżko i już. Takich padnięć na łóżko w miniony weekend było więcej, a zaczęło się od piątkowej gali rozdania nagród w konkursie „Życie w architekturze”.

W temacie gali, a zwłaszcza tego, co po gali, podpisuję się pod wszystkim, co napisał na swoim blogu Robert Skitek. Z Robertem pierwszy raz spotkaliśmy się właśnie w Warszawie – wcześniej czytaliśmy i komentowaliśmy nawzajem posty, a teraz w końcu nadarzyła się okazja, żeby pogadać na żywo. Oprócz Roberta pierwszy raz spotkałam też m.in. Tomka Bojęcia z BlokBloga, z którym za kilka tygodni będziemy organizować w Gdańsku kolejną z BlokBlogowej serii debatę o edukacji architektonicznej w Polsce. W końcu pogadaliśmy chwilę z Romkiem Rutkowskim, bo dotychczas mijaliśmy się na podobnych imprezach, mimo że „czytamy się” nawzajem. Pomarudziliśmy trochę na temat dziwactw różnych wydawnictw, przeredagowywania tekstów i cenzury. Ale w takich przypadkach na marudzeniu się z reguły kończy, bo ten rynek, podobnie jak rynek projektowy, rządzi się swoimi prawami i z zamówieniami na teksty bywa podobnie jak z architekturą – można albo zaakceptować wymagania klienta, albo zrezygnować ze zlecenia.

blogowo

[Blogowo czyli Tomek Bojęć i Przemek Chimczak z BlokBloga oraz Marcin Szczelina z Architecture Snob]

Relacje z takich imprez to taka trochę kronika towarzyska. O realizacjach i sprawach zawodowych wszyscy są mniej więcej na bieżąco, więc najbardziej intryguje kto, z kim, gdzie i jak, czyli kto jest właśnie z kim pokłócony, kto udaje, że kogo nie widzi i kto jest właśnie dla kogo wyjątkowo przyjemny, bo ma do załatwienia jakiś interes. Wizytowniki pękają w szwach od nowych kontaktów i znów robiło mi się miło, gdy kolejne poznawane osoby przyznawały się, że zdarza im się czytać SIX LETTER CITY. Skończyło się nad ranem (oj dużo było wina, dużo), ale znów jestem zawiedzona, bo nie było ani żadnych tańców na stołach, ani żadnych sensacji. Strasznie się pilnuje to nasze rodzime środowisko. A przecież do końca zostali sami architekci, a nie żadni potencjalni klienci, przed którymi należałoby udawać nadzwyczaj poważnych projektantów.

Tempo rozdawania nagród było naprawdę ekspresowe, nie było ani podziękowań, ani wzruszeń, ani łez. Może wszyscy czuli się już tak przemaglowani przez jury po serii prezentacji w Zachęcie kilka tygodni wcześniej, że tylko z ulgą odebrali nagrody i zapozowali do zdjęcia ze statuetką. Najbardziej zdziwiło mnie jednak to, że chociaż nazwiska zwycięzców do samego końca były utrzymane w tajemnicy, nie było efektu zaskoczenia. W sumie jestem zadowolona z wyników, chociaż przyznaję, że nie widziałam wielu projektów – to w końcu „świeżynki” z ostatnich dwóch lat i to na dodatek zlokalizowane w różnych częściach Polski. Część zaległości już ponadrabiałam, katowickie nowe obiekty zamierzam zwiedzić w weekend. W każdym razie te realizacje, które dobrze znałam i co do których miałam pewne wątpliwości (jak osiedle „Nowe Orłowo” projektu Arch-Deco) nie otrzymały statuetek. Wyjątkowo mocno trzymaliśmy kciuki za Roberta i kiedy ogłoszono nominacje w kategorii „Najlepsza przestrzeń publiczna” zaczęliśmy skandować „Ski-tek, Ski-tek”, ale niestety, w kopercie znajdował się inny projekt niż zagospodarowanie nabrzeży tyskiego jeziora Paprocan. Następnym razem!

myjaki

[Pilnie strzeżone przedmioty pożądania]

IMG_8043

[Robert Skitek i Marcin Kwietowicz]

IMG_8050

[Polskie starchitekty]

IMG_8039

[I jeszcze więcej polskich starchitektów]

scianka

[Jest gala, jest ścianka. A na ściance Mariusz Ścisło i Janusz Sepioł]

Szpilki muszą się zmieścić

szpilki_male_B

Ależ intensywna ta wiosna! Wszystko nagle przyspieszyło i tak zajęta, jak teraz, nie byłam chyba nigdy. Na szczęście w międzyczasie udało mi się naszkicować parę tekstów o Kopenhadze, więc już wkrótce pojawią się wpisy o tym, jak się „żyje między budynkami” i jak się mieszka u Bjarke Ingelsa.

Ten i kolejny tydzień również jest wypełniony co do godziny. Zaczęło się wczoraj od wykładu w Europejskim Centrum Solidarności inaugurującym cykl Stacja-Transformacja, przygotowany przez Fundację Alternativa. Opowiadałam o muzeach –  konkursach architektonicznych i projektowaniu (także o takich aspektach jak ochrona przed pożarem i kradzieżą – jako pomoc naukowa posłużył fragment „Afery Thomasa Crowna”, w której Pierce Brosnan spektakularnie zwraca skradziony wcześniej własnoręcznie obraz). Jutro zaraz po zajęciach na Politechnice wsiadam do pendolino i pędzę do Warszawy na galę rozdania nagród w konkursie „Życie w Architekturze”. Zobaczymy na ile skutecznie trzymałam kciuki za ulubione projekty:)

Z Warszawy zmykam do Radomia, gdzie udało mi sie umówić na obejrzenie Mazowieckiego Centrum Sztuki Współczesnej „Elektrownia”, o którym będę pisać do nowej publikacji Międzynarodowego Centrum Kultury i „Architektury-Murator”. Potem znów wsiadam do pociągu, tym razem do Wrocławia, żeby odwiedzić Lilę i Rafała z Menthol Architects, a przy okazji wpaść na MIASTOmovie. Oraz obejrzeć kilka nowych budynków, rzecz jasna. Weekendowy wyjazd bez oglądania architektury to nie weekendowy wyjazd:)

Z Wrocławia już niedaleko do Wałbrzycha, gdzie przez cały tydzień będę tutorem na warsztatach Architektour. Zapowiada się naprawdę kapitalnie – wśród prowadzących są również WWAA, Centrala i HS99, a z wykładami wpadną m.in. Ewa Porębska i Marcin Szczelina, Mirosław Nizio i Filip Springer. Nie mogę się doczekać!

W drodze powrotnej z kolei planuję zatrzymać się w Katowicach. Nie wiem, czy wystarczy mi czasu na zobaczenie wszystkich NOSPR-ów, MCK-ów, Muzeów Śląskich i CINiBA-ów, ale zapakuję trampki, żeby móc biegać. Oczywiście znów nie wiem, jak się spakować. Wiem jedno: szpilki na galę muszą się zmieścić!

%d blogerów lubi to: