Category Archives: podróże

Zapach świeżego asfaltu (w mieście na sześć liter)

Chociaż pracowałam nad dużym projektem w Moskwie, a mój osobisty urbanista regularnie kursuje do Rosji z wykładami i warsztatami, to był mój pierwszy wyjazd w tamtą stronę. Docelowym przystankiem był Perm (o nim później), ale po drodze postanowiłam zatrzymać się na chwilę w Moskwie. To była jedna jedna wielka miejska niespodzianka. Spodziewałam się tego, co znam z rosyjskich filmów: okrutnego pomo z lat 90. i pewnego stopnia „zaśniedziałości”. W nowych komediach romantycznych (a co tam, na nich najlepiej szlifuje się język!) Moskwa wygląda co prawda jak nowoczesna, europejska metropolia, ale każde miasto można tak pokazać  – patrz polskie seriale. Doceniam malowniczość rozpadających się kamienic, dziur w chodnikach i smutnych słowiańskich twarzy, lecz trochę się obawiałam nadmiaru ciężkich klimatów. Niepotrzebnie. To jest nowoczesna, europejska metropolia (a przynajmniej śródmieście takie jest) i dopiero, kiedy pojechałam do Permu, zrozumiałam, dlaczego „Moskwa to nie jest prawdziwa Rosja”.

Przyznam jednak, że zaniepokoiła mnie wielkość tego miasta. W ciągu kilku dni udało mi się zobaczyć spory kawał śródmieścia, ale kiedy zajrzałam w cyfrową mapę, żeby popatrzeć, co dzieje się poza „kolcami” (śródmiejskimi obwodnicami), trochę mnie zatkało. Śródmieście jest za to logicznie zaplanowane i elementy tradycyjnego myślenia o kompozycji miasta – osie, dominanty, pierzeje – sprawdzają się tu wyśmienicie. „Wysotki” to idealne punkty orientacyjne (nic dziwnego, że i PKiN jest najbardziej wyrazistą dominantą w Warszawie). Tym bardziej, że nie mają konkurencji – moskiewskie City jest tak skoncentrowane w jednym miejscu, że tworzy w oddali spójną koronę wieżowców.

Bardzo rzuca się w oczy ogromny program infrastrukturalny modernizacji ulic, placów i parków, realizowany w ostatnich latach. To nie tylko dopieszczony co do najmniejszego źdźbła trawy Park Zaryadye projektu Diller Scofidio + Renfro, ale i hektary nowych nawierzchni z kamienia i tytułowego świeżego, pachnącego asfaltu. Wygodnie i pięknie, chociaż o projektowaniu uniwersalnym można tam zapomnieć, bo nikt jeszcze nie zasypuje przejść podziemnych, a biegnąca przez centrum sześcio- czy ośmiopasmówka bez pasów jest czymś normalnym.  Po powrocie do Gdańska zaczęłam przychylniej patrzeć na Aleję Grunwaldzką….

Jeszcze w Heneghan Peng przez ponad rok prowadziłam projekt Narodowego Centrum Sztuki Współczesnej, które miało powstać w dzielnicy rozwijającej się wokół nowej stacji metra. Zaplanowano je rosyjskim rozmachem: kilkanaście tysięcy metrów kwadratowych przestrzeni ekspozycyjnych, ponad sto metrów wysokości, ikoniczna forma (to pewnie dlatego udało się wygrać konkurs z Araveną i Hollem). Projekt ostatecznie trafił do szuflady, a w międzyczasie został otwarty „Garaż” – prywatna inicjatywa i€“ adaptacja dawnej restauracji w Parku Gorkiego na centrum sztuki współczesnej (projektu OMA). Skoczyłam je zobaczyć i chociaż adaptacja jest nieźle przeprowadzona, ciasne przestrzenie ekspozycyjne bardzo narzucają rozwiązania kuratorskie i nie bardzo pozwalają na zorganizowanie większej wystawy. Stąd koncepcja wystaw – zmieniają się często i są dość niewielkie. Za to w samym Parku Gorkiego przepadłam  kompletnie, bo oprócz plenerowego kina, infrastruktury sportowej i jogi na trawie można się też uczyć tańca przy muzyce z lat 50.

Spacer po centrum to zastrzyk kulturalno-historyczno-miejskiej energii o niewyobrażalnej intensywności. Na Arbacie słychać Okudżawę, a na Sadowej człowiek zaczyna wypatruywać kota Behemota. Przy Centrosojuzie trzeba obowiązkowo zrobić sobie zdjęcie z pomnikiem Le Corbusiera, a przy domu Mielnikowa poleciała mi łezka wzruszenia, bo zawsze bardzo chciałam zobaczyć ten budynek. To kolejne wspaniałe miasto na sześć liter na mojej liście i koniecznie muszę tam wrócić – kilka dni to za mało!

[Fot. Monika Arczyńska]

 

Reklamy

5. Forum Praktyków Partycypacji

blogo01

Chociaż to już piąta edycja, miałam okazję pojechać na Forum po raz pierwszy . Nic dziwnego – w sumie partycypacją zajmuję się od niedawna, a jeszcze kilka lat temu byłam kompletnym niedowiarkiem, że to w ogóle może działać w kwestiach projektowych. Mój osobisty urbanisty siedział po uszy w partycypacyjnym podejściu, ale jemu pewnie było łatwiej – nie ta skala, nie ten poziom szczegółowości. Dla mnie było kiedyś niepojęte, jak można zapraszać do współprojektowania niezwiązane z profesją osoby, które często nie radzą sobie za bardzo nawet z urządzeniem własnego przedpokoju. Musiałam sama przetrawić tę niechęć i niedowierzanie, poczytać i poobserwować, pocmokać z zastanowieniem nad „Koszmarem partycypacji” Marcusa Miessena, a potem po prostu spróbować i przekonać się, że to jednak ma sens. I że architekt wcale nie zrzeka się swoich projektowych umiejętności w tym procesie – wręcz przeciwnie.

blogo 03

Podobno rok temu było sporo klepania się po plecach i chwalenia nawzajem za zrealizowane procesy partycypacyjne. Tego nieco się obawiałam, ale tegoroczna edycja wydała mi się bardzo merytoryczna i praktyczna. Z całej Polski zjechało do Wrocławia ok. 250 praktyków i chociaż tylko część z nas zajmowała się kwestiami przestrzennymi, to ten właśnie temat dominował w panelach i warsztatach. Sylwia Widzisz-Pronobis i Grzegorz Pronobis zaprosili nas do zaprezentowania wyników konsultacji społecznych nt. przyszłości ul. Starowiejskiej w Gdyni oraz do współprowadzenia panelu o roli architekta w procesie partycypacyjnym. Mieliśmy kapitalnie przemieszanych branżowo uczestników, dzięki czemu udało się zestawić punkt widzenia i doświadczenie socjologów, projektantów i urzędników. Jeden z moich ulubionych paneli dotyczył komunikacji wizualnej skierowanej do mieszkańców, czyli mówiąc w skrócie plakatów i ulotek zapraszających na konsultacje. Co się okazało? Im prościej, tym lepiej, a na pewno warto unikać gier słownych lub nadmiernie wysmakowanych graficznie materiałów, które wielu mieszkańców zniechęcają zamiast zachęcać. Został zaprezentowany m. in plakat ŁADNIE/NIEŁAD – przykład, który mieszkańcom kojarzył się raczej z zaproszeniem na wystawę sztuki współczesnej niż na konsultacje i okazał się niezbyt skuteczny w zapewnieniu odpowiedniej frekwencji. Nie przeszkodziło mu to jednak w otrzymaniu nominacji do Polish Graphic Design Awards, o czym kilka godzin po panelu poinformowała na Facebooku Marlena Happach. Ot, taka komiczna sprzeczność.

blogo02

Podobał mi się bardzo – to w pewnym sensie powtórka z pozytywnego zaskoczenia na Młodych do Łodzi – poziom dyskusji i prezentowanych przykładów. Okazuje się, że chociaż partycypacja to w sumie w Polsce stosunkowo nowa sprawa, zajmujące się nią osoby mają już na tyle duże doświadczenie, że mogą dzielić się bardzo konkretnymi radami i informacjami. Ale i tak najlepsze jest to, że dzielą się nimi, mimo że konkurujemy w przetargach. Lubię ten partycypacyjny idealizm:)

[Fot. Monika Arczyńska]

 

Uwolnić przestrzeń (do dyskusji)

IMG_0933

Podejrzewam, że tegoroczne Biennale nie będzie miało zbyt dobrych recenzji. Wiele osób, z którymi rozmawiałam jeszcze w Wenecji, twierdziło, że jest nudne, niespójne zachowawcze, chaotyczne i płytkie. Tylko w sumie które Biennale – no, może oprócz Koolhaasowskiego – było spójne? Co odkrywczego pokazał Aravena? Na ile głęboko wgryzł się w temat Chipperfield?

Może nie piałam z zachwytu i nie uważam tej edycji za najlepszą od lat, ale na pewno za przełomową. Wiele pawilonów zawiodło (wyjątkowo słabo wypadł m.in. rosyjski, ale tak to jest, kiedy wystawę o kolejach sponsoruje… kolej), lecz nareszcie w Wenecji pokazano wystawę o architekturze, a nie o działaniach para-, około-, i pseudoarchitektonicznych. Może w końcu uda się wbić architektom do głów, że są projektantami, a nie zbawcami świata. Porażka pływającej szkoły Makoko, nagrodzonej Srebrnym Lwem dwa lata temu, przelała czarę. Graftonki świetnie to wyczuły i postawiły na nowo na fundamentalne wartości architektury – przestrzeń, trwałość, piękno. Banalne opisy bolały – to nie nowość, że architekci nie potrafią pisać – ale może przypomnienie sto razy pod rząd, że „architektura jest sztuką kształtowania przestrzeni” dotrze do architektów, których ego wystrzeliło ponad iglicę Burj Khalifa. Szacunek dla krajobrazu i kontekstu, kulturowe znaczenie architektury, a przede wszystkim trwałość i trwanie, wybrzmiały mocno w tej edycji wystawy.  Dużą wagę przyłożono też do procesu twórczego i narzędzi architektów – rysunku, makiety, przekroju. Wróciły fotogeniczne modele, wrócił zachwyt nad materiałem i światłem, wróciło nawet prosecco na wernisaże . Za Araveny nie wypadało się nim raczyć na wystawie pełnej egzotycznych slumsów.

Wystawa odbywa się co dwa lata, a przygotowania zaczynają się zaraz po zakończeniu poprzedniej edycji. To oznacza znaczny poślizg w możliwości reagowania na to, co w dawnym momencie dzieje się w architekturze. A koniunktura, od której zależy, czy projekty lądują w szufladach, czy są z niej wyciągane, zmienia się znacznie szybciej. W 2008 roku jeszcze nikt nie przewidywał recesji, ale już od kolejnej edycji pokryzysowa skromność i zmiana kierunku działania zdominowała wszystkie kolejne wystawy. Dopiero teraz widać, że wybór Araveny w edycji 2016 mogło być co najwyżej podsumowaniem trendów, które znaliśmy aż za dobrze. Niewielka wystawa ELEMENTAL pojawiła się i w tym roku, na wystawie głównej w Arsenale. Uniwersalny przepis na partycypację, zanotowany ręcznie, jak recepta, prawie „lekarskim” pismem, wydawał się uroczo naiwny przy prezentowanych tuż obok projektach i realizacjach. Nawet moja ukochana grupa Crimson poszła tym prospołecznym tropem i zamiast przewrotnej wystawy wyszedł im kolejny katalog działań… Moim zdaniem Graftonki postanowiły free spaceuwolnić przestrzeń dla nowej dyskusji o architekturze w czasach, gdy znów zaczęto budować i to intensywnie. Ich biuro też przeżywa rozkwit – rozmawiałam na Biennale ze znajomymi Irlandczykami, którzy pracują tam od kilku lat i okazało się, że na Grafton Street pozostała „kwatera główna Biennale”, a reszta rozbudowanego biura pracuje już w nowej lokalizacji w centrum Dublina. Atmosfera odrodzenia w branży jest bardzo mocno wyczuwalna i jestem przekonana, że w następnym Biennale będzie już można pokazać poszukiwania nowych zjawisk. Na razie mamy wyczyszczenie wystawy z naleciałości i narośli poprzednich edycji – dowód mądrej odwagi kuratorek.

Tyle pierwszych wrażeń. Subiektywnych i wyjątkowo pobieżnie obejrzanych wystaw. Tak mi siadło w Wenecji zdrowie, że do niektórych pawilonów nie zdążyłam nawet wejść. Dlatego nie będzie tradycyjnego wpisu o weneckich wygłupach i polowaniu na gwiazdy – nie miałam siły na nie polować. Gdzieś nam tylko mignął Libeskind i – polski akcent! – załapaliśmy się na prywatny mikrowykład Roberta Koniecznego. Polska reprezentacja była w tym roku wyjątkowo duża i świetnie było spotkać wiele osób, z którymi kilka dni wcześniej widzieliśmy się na Młodych do Łodzi. Nie przypominam sobie też, żeby otwarcie polskiego pawilonu spotkało się z takim entuzjazmem i oklaskami – Anko, Gosiu, Simone, gratulacje! My też mocno trzymaliśmy kciuki!

IMG_0908

IMG_0947

IMG_1037

IMG_0905

IMG_0963

IMG_0986

IMG_1013

IMG_1059

[Fot. Monika Arczyńska]

W dobrym miejscu, w dobrym czasie

Muszę przyznać, że wybierałam się na „Młodych do Łodzi” z nastawieniem głównie towarzyskim. Mimo że sama miałam prowadzić jeden z paneli tematycznych, nie do końca chciało mi się wierzyć, że dyskusja w gronie młodych architektów będzie prowadzić do głębszych wniosków niż potakiwanie głowami nad naszym ciężkim losem („Ach, ci okropni klienci! Ach, te straszne nadgodziny!”). Ewentualnie przechwalanie się najnowszymi projektami. Pomyślałam, że zrobię wszystko, aby dyskusja toczyła się w sensownym kierunku, ale jednak jechałam do Łodzi głównie po to, aby spotkać się z dawno niewidzianymi znajomymi i poznać nowych ludzi. Tym bardziej, że na liście uczestników pojawiło się sporo osób, których dokonania śledzę z zainteresowaniem i podziwem. Dlatego w piątek rano wparowałam do pofabrycznej sali, w której odbywało się wydarzenie, z szerokim uśmiechem na twarzy i doskonałym humorem. Co się okazało? Mój uśmiech z godziny na godzinę stawał się coraz szerszy, nastrój coraz lepszy, ale przede wszystkim oczy coraz większe. Ze zdziwienia. Poziom dyskusji przekroczył moje wszelkie oczekiwania, a zaproponowany temat – możliwość pracy w zawodzie dla imigrantów w Polsce – przyjęty poważnie i z ogromną dojrzałością. Tu wielkie podziękowania dla Cristiny Rodriguez Alvarez i Mikołaja Szuberta-Tecla, którzy zgodzili się przyjąć moje zaproszenie i opowiedzieli o swoich imigracyjnych doświadczeniach.

Nie obyło się jednak bez pewnych różnic poglądów – okazało się, że niespodziewanie największe emocje wzbudził panel nt. kobiet w architekturze. Rzadko zdarza mi się ostro reagować, ale nie potrafiłam siedzieć cicho, kiedy równe prawa kobiet i mężczyzn w zawodzie nazywa się „problemami Pierwszego Świata”. Zwłaszcza, gdy sala pełna jest piekielnie utalentowanych i zabójczo pracowitych koleżanek po fachu, które mówią o swoich trudnościach. W kontekście omawianych tematów była to jednak jedyna kwestia, w której mamy jeszcze w Polsce ogromnie dużo do nadrobienia. Jeśli chodzi o poziom projektowania, umiejętność koordynacji i współpracy, mobilność czy chęć eksperymentowania, nie widać już żadnych różnic między nami a Zachodem, które jeszcze kilka lat temu były bardzo wyraźne. Przypuszczam, że każdy z uczestników wyjeżdżał z „Młodych” z jakąś ważną osobistą refleksją – ja też. Jestem teraz w 100% przekonana, że znajduję się w dobrym miejscu i w dobrym czasie. Jeśli nie byłam wcześniej pewna, że wyjazd do Polski był dobrym pomysłem, to teraz nie mam już żadnych wątpliwości. Czuję, że to tu dzieje się teraz najwięcej ekscytujących rzeczy i że mam możliwość realnego wpływu na to, jak zmienia się architektura. I to nie tylko w Polsce, bo eksport umiejętności oraz doświadczenia i na Zachód, i na Wschód, był jednym z poruszanych tematów.

Droga Redakcjo Architektury-murator:  nie jesteście tylko branżowym czasopismem. Jesteście instytucją, bez której to spotkanie nie miałoby szans osiągnąć takiego poziomu i nie mam na myśli organizacji wyrażenia, ale lata ciężkiej pracy nad kondycją i promocją polskiej architektury oraz edukowaniem polskich architektów. Dziękuję – współpraca z Wami to prawdziwy zaszczyt (i przyjemność)!

[Fot. Monika Arczyńska]

Majówka po wiedeńsku (na sześć liter)

 

Ktoś mnie kiedyś próbował przekonać, że Wiedeń jest nudny. Trudno mi było polemizować – byłam tam wcześniej tylko raz w życiu, gdzieś na początku liceum, na dodatek tylko przejazdem w drodze do Włoch, przez kilka godzin, więc nie miałam okazji, aby wyrobić sobie opinię na ten temat. Pamiętam, że padało, a najważniejszym punktem wycieczki było wzgórze Kahlenberg i opowieści o odsieczy wiedeńskiej, które w ogóle mnie nie interesowały (szczerze mówiąc, teraz interesowałyby mnie jeszcze mniej). Zafascynowała mnie za to spalarnia śmieci projektu Hundertwassera i Haas Haus Holleina – wtedy jeszcze szczyt nowoczesności i projektowej odwagi. I chociaż Wiedeń, właśnie podczas tek licealnej wycieczki, był pierwszą europejską stolicą, jaką miałam okazję zwiedzić, bladł w porównaniu z kolejnymi punktami wyjazdu – Wenecją, Rzymem i Florencją. Potem śledziłam oczywiście co się tam dzieje w architekturze, zwłaszcza w mieszkalnictwie i organizacji przestrzeni publicznych, ale domyślałam  się, że opinie o rzekomej nudzie mogą mieć w sobie sporo prawdy. Wiedeń znajduje się na szczycie rankingów miast zapewniających najwyższą jakość życia i tak to już jest, że najlepiej mieszka się w niezbyt ekscytujących, ale dobrze i wygodnie zorganizowanych ośrodkach.

Postanowiliśmy to sprawdzić i wyskoczyliśmy na majówkowe przeszpiegi. Co się okazało? O żadnej nudzie nie ma mowy! Owszem, pogoda nas rozpieszczała, ale wierzę, że nawet podczas deszczu w Wiedniu nie da się nudzić. Może nie wypada się do tego przyznawać, ale przez słońce zrezygnowaliśmy z wystaw i muzeów. Przeszliśmy kilometry ulic z Mariahilfer Strasse na czele (to pod kątem projektu dla Starowiejskiej w Gdyni, nad którym obecnie pracujemy), pojechaliśmy do Aspern Seestadt i Nordbahnhof, żeby zwiedzić nowe osiedla, pooglądaliśmy Loosy, Holleiny oraz Zahy i objadaliśmy się strudlami, sznyclami i kluskami z makiem. Pierwszego maja podskoczyliśmy do Karl-Marx-Hof, a wieczory spędzaliśmy popijając lokalne piwa i wina nad pięknym, modrym kanałem Dunaju, w tym na jednej z najlepszych miejskich plaż, jaką miałam okazję odwiedzić. A te kawiarnie, te targi, te parki… jeśli Wiedeń faktycznie uważany jest za mało ekscytujący, życzę wszystkim miastom takiej nudy.

 

[Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz]

Młodzi do Łodzi

mlodzi-do-lodzi-liderzy-2018_244246

Krążył kiedyś taki dowcip, że młody obiecujący architekt ma czterdziestkę, a młody obiecujący urbanista – pięćdziesiątkę. Kiedyś mnie to śmieszyło, ale im bliżej jestem przekroczenia tej pierwszej magicznej liczby, tym bardziej rozumiem, o co chodzi. Zazdroszczę też trochę mojemu osobistemu urbaniście, że będzie młody i obiecujący dekadę dłużej niż ja…

Ale koniec żartów, mam poważne obwieszczenie. Został jeszcze tylko tydzień, aby zgłosić się na „Młodych do Łodzi”. To spotkania architektów przed czterdziestym rokiem życia, które odbywają się co pięć lat, od 2003 roku. Pół dekady to akurat tyle, aby uczelnie wypuściły nowy rocznik mgr inż. arch., zmieniła się – na lepsze lub gorsze – koniunktura, projekty, nawet te większe, zostały zrealizowane, a w międzyczasie wyszło 60 nowych numerów organizatora spotkań – „Architektury-murator”. Przyznaję, że tegoroczna edycja zaplanowana na 18 i 19 maja będzie moją pierwszą i ostatnią. Do tej pory zawsze coś mi wypadało, a na kolejny zjazd będę już niestety za stara. Ale może w końcu dla dinozaurów zostaną kiedyś zorganizowane oddzielne spotkania – ktoś wymyślił już nawet hasło „Starzy na plaży”. Jeśli nie, to pozostanie nam już tylko zapisanie się do SARP-u…

Na razie zachęcam do zapisywania się na „Młodych”. Zgłaszać należy się TU. Zapowiada się świetna zabawa i poważne dyskusje – dokładnie w takiej kolejności. Ponieważ podczas ostatniej edycji jednym z przewodnich tematów była praca za granicą, w tym roku będę prowadzić panel o „Arch(i)migracjach”. Zaprosiłam do niego Cristinę Rodríguez Álvarez, która opowie, jak wygląda to zjawisko w kierunku do Polski, Mateusza Mastalskiego z Henning Larsen, który wyjechał w przeciwną stronę i Mikołaja Szuberta-Tecla z Riegler Riewe, w kórego historii było jeszcze więcej zwrotów. 

Do zobaczenia!

 

 

 

Dzieje się!

FSO.jpg

Gdyby ktoś  jeszcze niedawno powiedział mi, że niedługo będę pracować jednocześnie nad kilkoma tak ekscytującymi projektami, jakie właśnie mamy na tzw. „desce” (teraz to chyba raczej na „dysku”;), postukałabym się w głowę. Dzieje się!

Oddaliśmy projekt woonerfu na Abrahama w Gdyni. Myślę, że biorąc pod uwagę budżet, wyszło całkiem nieźle – czekamy niecierpliwie na pozwolenie na budowę i realizację. W międzyczasie zabraliśmy się za kolejną ulicę w śródmieściu Gdyni, tym razem z Laboratorium Innowacji Społecznych. Już w najbliższą sobotę startujemy z warsztatami na temat przyszłości ul. Starowiejskiej – będziemy dyskutować z mieszkańcami i lokalnymi przedsiębiorcami o tym, co można by poprawić w tej przestrzeni.

Po ogłoszeniu wyników konkursu ruszyły dalsze prace nad projektem masterplanu dla Stoczni Cesarskiej. Obecnie koncentrujemy się na infrastrukturze i kwestiach konserwatorskich.

W marcu kursowaliśmy do Warszawy na warsztaty. Zajmowaliśmy się dwoma ogromnymi terenami na Pradze Północ – Portem Żerańskim oraz obszarem dawnej FSO. Razem to ok. 180 hektarów.  Jak zwykle pracowaliśmy przy pomocy makiet (każda miała ponad 3m długości) – efekty działania na terenie FSO widać na zdjęciu powyżej. Podczas warsztatów wszyscy interesariusze – właściciele działek, urzędnicy i mieszkańcy (w tym także „potencjalni mieszkańcy”, wytypowani przez zespół Mikołaja Lewickiego, socjologa z Uniwersytetu Warszawskiego) usiedli przy wspólnym stole. Chociaż podobne warsztaty, ale z udziałem wyłącznie urzędników i ekspertów, odbywały się już wcześniej w Polsce, tu po raz pierwszy dołączyła do nich strona społeczna. Było tak intensywnie, że po trzech dniach warsztatów wyglądaliśmy z moim osobistym urbanistą jak para zombie. Ale udało się i jesteśmy bardzo zadowoleni z wyników, zwłaszcza w Porcie Żerańskim, gdzie opinii na temat przyszłości tego miejsca było prawie tak wiele, jak uczestników. Ostatecznie został ustalony „protokół zgodności i rozbieżności”, w którym zawarto wspólne postanowienia i elementy dyskusyjne.

W międzyczasie spędziłam chwilę we Wrocławiu, gdzie brałam udział w obradach sądu konkursowego. Ocenialiśmy prace, które wpłynęły na konkurs na Muzeum Książąt Lubomirskich – spośród 104 projektów do drugiego etapu mogło przejść tylko 6. Okazało się, że przydały się bardzo lata spędzone przy projektach muzeów w Heneghan Peng. Moim zadaniem było określenie, czy propozycje uczestników spełnią wymagania klienta – Ossolineum – i czy nowy budynek będzie miał szansę stać się jednocześnie atrakcyjną lokalizacją dla zwiedzających oraz wygodnym miejscem pracy i prowadzenia badań.

Nie odpuszczamy też na froncie uczelnianym i od początku semestru prowadzimy m.in.  kolejne live studio. Tym razem studenci przygotowują program i projekt Centrum Integracji Społecznej w kaszubskim Luzinie.  Znów trafiliśmy na świetną, przesympatyczną, międzynarodową grupę studentów, która błyskawicznie zorganizowała strukturę pracy i tematyczne zespoły. Każdemu życzę również takich klientów – dla pracowników lokalnej biblioteki i gminnych urzędników nie ma rzeczy niemożliwych, są otwarci na wszystkie pomysły, a ponadto mają bardzo konkretne potrzeby, które zespół postara się spełnić w nowym kompleksie. Za nami pierwsze spotkania w gminie, dziś odbędą się konsultacje z mieszkańcami, a w maju festyn, na którym studenci przedstawią swoje propozycje. Ruszyła też strona na Facebooku.

A poza tym nareszcie wynosimy się z pracą z domu! Znaleźliśmy biuro przy jednej z moich ulubionych ulic we Wrzeszczu. Na razie to niewielka przestrzeń, ale jeśli tempo się utrzyma, wkrótce będziemy musieli poszukać czegoś większego. I chociaż mój osobisty urbanista coraz intensywniej namawia mnie na przeprowadzkę do Warszawy, opieram się, jak tylko mogę. A dzięki takiej pogodzie, jak w ostatni weekend, kiedy spacerowaliśmy w słońcu po plaży, mam bardzo silne argumenty, że Trójmiasto to świetne miejsce do życia:)

[Fot. Kamil]

 

 

Pura Poesia

Lizbona01.jpg

Dotychczas zawsze na Walentynki na SIX LETTER CITY pojawiały się miłosno-architektoniczne motywy: wyznanie miłości do przystojnego architekta, architektoniczne akcesoria sado-maso czy walentynkowe wystawy w mieście zakochanych .  W tym roku sprawy nieco się skomplikowały. W Alejandro A. odkochałam się już dawno, najnowsza część Greya podobno jest nudna jak flaki z olejem, a żadne witryny nie wpadły mi w oko. Poza tym dopiero w walentynkową noc wróciłam z krótkiego wypadu do Lizbony. Miałam nadzieję, że może tam znajdę jakiś ciekawy walentynkowy temat, ale zamiast spodziewanego przesłodzonego kiczu trafiłam tylko na piękne stare kamienice pokryte azulejo i wysmakowaną współczesną architekturę.

Miłośnie jednak było, bo zakochałam się mocno podczas tego wyjazdu. W ceramice. Chociaż największym uczuciem darzę tradycyjne, niebiesko-białe płytki, tym razem zachwyciły mnie mniej popularne kolory – zwłaszcza zielenie i brązy – oraz wszelkie nierówności, braki i łaty. To, jak wyglądają odpadające, przybrudzone płytki i kamienne obramowania okien w portugalskim słońcu to czysta poezja.

pura poesia male

IMG_8697IMG_8699

Poprzedni raz odwiedziłam Lizbonę dziesięć lat temu. Z jednej strony niby nie zmieniło się zbyt wiele – miasto było tak nieznośnie piękne, jak zawsze – z drugiej okazało się, że gentryfikacja w Europie ma podobne oblicze bez względu na szerokość geograficzną. Między sypiącymi się kamienicami pojawiły się kawiarnie, w których oprócz zwykłej bica można zamówić kawę parzoną na dziesiątki sposobów, małe, prywatne galerie, sklepy z meblami vintage oraz czarne szyldy i markizy z białym, prostym liternictwem. Dress code również jest międzynarodowy: dominują najnowsze modele sportowych butów i obszerne, czarne płaszcze. Ewentualnie granatowe pikowane kurtki, ale to w przypadku panów w wieku 45+, którzy identyfikują się bardziej z biznesem niż z klasą kreatywną. Gentryfikacja okazuje się jednak, jak to z gentryfikacją bywa, zbawienna dla tkanki miasta. Na nowe, luksusowe apartamentowce w gęsto zabudowanej Lizbonie nie ma zbyt wiele miejsca, dlatego modernizowane są stare kamienice. Sypiący się kamień i odpadające płytki wymienia się na nowe (choć zwykle już w mniej papuzich kolorach), a nowe detale są eleganckie i minimalistyczne. Ciekawostka: często można trafić na okna PCV, jednak chociaż mam na nie prawdziwą alergię, w Lizbonie mnie nie drażniły. Może dlatego, że z reguły mają zróżnicowane profile, przemyślane proporcje i wykończenia, spójne w całym budynku, a w ostrym słońcu z daleka trudno nawet rozpoznać, co to za materiał.

IMG_8947

Oczywiście obejrzałam również najnowsze realizacje – głownym punktem programu był MAAT projektu Amandy Levete. Chociaż osobiście nie przepadam za tego rodzaju falującymi formami, ta biała płastuga rozwiązuje całkiem poważny problem związany z  dostępem. W Lizbonie miasto odcięte jest od wody transportowo-industrialnym pasem. MAAT rozkracza się nad nim, pozwalajać na wejście z dowolnego punktu na łagodnie nachylony dach. Z kolei w środku poczułam, jakby czas nieco się cofnął i wciąż pracowałabym w Dublinie. Budynek zrealizowany jest zgodnie ze współczesnymi „muzealnymi standardami” – tak sobie roboczo nazywam kombinację sposobu łączenia poszczególnych stref budynku, rozwiązania przestrzeni ekspozycyjnych (zwłaszcza oświetlenia i wentylacji) oraz materiałów i detali. AL_A to londyńskie biuro, więc podobieństw do znanych mi z Wysp rozwiązań było tam mnóstwo. Ale najbardziej zachwyciła mnie tam oczywiście moja nowa miłość: ceramiczna okładzina. Ciężkie, glazurowane, równoległoboczne panele będą starzały się równie szlachetnie, jak okładziny kamienic. Ponieważ każdy pas ułożony jest pod nieco innym kątem, wieczorem część z nich odbija zachodzące słońce, część – niebieskie niebo i wodę. Znów ta pura poesia

Ponieważ mam zawsze niebywałe szczęście do różnych zbiegów okoliczności, w MAAT odbywała się właśnie konferencja RESONATE. Nawet zastanawiałam się przed wyjazdem, czy na nią nie wpaść, ale ceny wejściówek ostudziły mój zapał. Wiadomo jednak, jak to jest z architektami – wałęsają się po całym budynku, zaglądając we wszystkie kąty, więc kiedy miły pan otworzył zapraszająco drzwi, nie zważając na brak identyfikatora, nie wahałam się ani chwili. Co prawda konferencja ostatecznie przegrała z pogodą (nie wyobrażam sobie siedzenia w ciemnej, klimatyzowanej sali, kiedy na zewnątrz można chodzić w krótkim rękawku i to w lutym), ale będę się teraz uważniej przyglądać wydarzeniom reSITE.

Baterie podładowane, tylko dlaczego ten powrót do komputera i terminów jest taki ciężki…

IMG_8868

Cały dach to wielka pochylnia z łagodnymi spadkami.

IMG_8818

Tak ta niezwykła okładzina wygląda z bliska  większość kafli ma kształt równoległoboku, ale wzdłuż krawędzi zdarzają się dłuższe panele, z dociętym jednym bokiem.

[Fot. Monika Arczyńska]

 

Blue Monday

Serio, dziś jest najbardziej depresyjny dzień w roku? Co prawda czarny kot przebiegł mi  drogę, w katedrze siadło ogrzewanie, a roboty jest tyle, że nie wiem, w co ręce włożyć, jednak humor mi dopisuje i czuję napływ energii. Tak jakby już miała zacząć się wiosna, chociaż podobno od jutra czeka nas pogodowy horror. Ale jak to powtarzała Scarlett O’Hara: „Pomyślę o tym jutro”.

A specjalnie dla tych, którzy faktycznie czują się dziś dość ‚blue’, wklejam zdjęcia niebieskich budynków na tle niebieskiego nieba. Jeśli nie będą w stanie poprawić Wam nastroju, to obawiam się, że pomoże tylko zjedzenie całej tabliczki czekolady…

[Fot. Monika Arczyńska]

Petra

IMG_0000

W Petrze można poczuć się jak na Tatooine. Wytwornie kroczące wielbłądy, pustynia, zerodowane skały o przedziwnych kształtach – wszystko sprawia wrażenie przeskalowanej scenografii „Gwiezdnych Wojen”. Efekt potęgują egzotycznie wyglądający Beduini, pył w powietrzu i zapach łajna. Ale to jeszcze nic – to pozostałości po starożytnych „wodociągach” i wykute w skałach obiekty tak zaskakują swoją skalą, pięknem i techniczną doskonałością, jakby powstały na obcej planecie. Däniken nie miał żadnej teorii na ten temat?

IMG_7700

Al-Siq – kanion prowadzący do serca miasta. Wygląda jak wyrzeźbiony wiatrem i przypudrowany na różowo. Zawsze myślałam, że to tylko krótki odcinek, a okazuje się, że w rzeczywistości ciągnie się i ciągnie, otwierając coraz to nowe kadry.

IMG_0001

Skarbiec to najbardziej znany widok z Petry, na samym zakończeniu al-Siq. Nazywany jest Skarbcem, ale nie wiadomo, jaka była jego prawdziwa funkcja. Nie wiem, do czego porównać wrażenie, jakie robi jego oświetlona porannym słońcem fasada wyłaniająca się z zakręconych skał wąwozu. To mistrzostwo świata w kompozycji urbanistycznej w starożytnym wykonaniu.

IMG_7669

Styk między fasadą a „dziką” skałą.

IMG_8047

Wyrzeźbionych w skałach grobowców jest mnóstwo i to nie tylko w samym środku założenia. Ciągną się kilometrami we wszystkich kierunkach.

IMG_8129

Petra najbardziej zaskoczyła mnie wielkością – nie zdawałam sobie sprawy, że cały teren jest aż tak ogromny.

IMG_8185

Petra potrzebuje słońca, aby zabłysnąć kolorami tęczy, ale kiedy już zabłyśnie, pojawia się żółty, różowy, fioletowy, niebieski…

Zaplanowaliśmy ten świąteczno-noworoczny wyjazd z myślą o tym, aby odpocząć, dużo spacerować i porządnie się wyspać. To ostatnie postanowienie było najtrudniejsze do zrealizowania, bo nie pamiętam urlopu, podczas którego wstawałabym tak wcześnie. Petra jest dostępna dla turystów od 6 rano i chociaż nie udało nam się dotrzeć tam tuż po otwarciu, staraliśmy się jak najintensywniej wykorzystać kilka godzin słońca. Drugiego dnia wybraliśmy się na jeden z najdłuższych szlaków, do Jabal Haroun. Widzieliśmy z daleka białą kropkę na jednym ze szczytów – okazało się, że to kopuła meczetu, do którego mieliśmy się wspiąć. Na szlaku nie ma oznaczeń oprócz niewielkich kopców kamieni (zalecane jest odwiedzenie tego miejsca z przewodnikiem), więc nic dziwnego, że byliśmy tam jedynymi turystami. W mijanych przez nas po drodze prowizorycznych chatach mieszkają beduińskie rodziny, które pozostały na terenie parku po wysiedleniach. Osły transportują baniaki wody do ich prowizorycznych domów, a ogrzewanie stanowią  gałęzie zebrane w okolicy przez umorusane dzieci. Ogniwa słoneczne na dachach i gdzieniegdzie zaparkowane samochody to jedyne oznaki cywilizacji.

IMG_8014

 

 

W bardziej turystycznych miejscach co rusz trafia się na wychudzone psy, koty przymilające się w nadziei na smakołyki oraz wspinające się po skałach kozy, którym czasem zdarza się utknąć gdzieś wysoko. Gorszy jest los osłów, mułów, wielbłądów i brutalnie poganianych konie=, zwłaszcza w ostatniej godzinie otwarcia parku, gdy kursów można zrobić najwięcej (przypomniały nam się obrazy ze szlaku nad Morskie Oko). Osły, nazywane są przez właścicieli „taxi”, wspinają się po stromych schodach i kamieniach transportując turystów w najwyżej położone punkty szlaków.

 

Oprócz możliwości przejażdżki cały czas oferowane są chusty, pamiątki i herbata z miętą, przygotowywana na prowizorycznych paleniskach. Najaktywniejsi w zachęcaniu do zakupów sa mężczyźni przypominający Jacka Sparrowa (podobno to beduini byli inspiracją dla charakteryzacji Johny’ego Deppa – to jednak nie Keith Richards?). Mocno podkreślają oczy kohlem i noszą na głowach chusty – podobno na turystki to działa. Niestety, nie zawsze szczęśliwie – internet pełny jest informacji o oszukanych, zakochanych dziewczynach.

IMG_7724

Trochę przypominały mi ukraińskie lalki-motanki.

IMG_7788

Widok może i spektakularny, ale znaki kierują głównie do miejsca sprzedaży chust i herbaty z miętą:)

Po palestyńskim projekcie złapałam bliskowschodniego bakcyla i ciągnie mnie coraz bardziej w tamtym kierunku. Już kombinujemy, jak wrócić do Jordanii. Petra jest niesamowita, ale jednocześnie tak sturystyfikowana, że trudno na jej podstawie wyobrazić sobie, jak wygląda i funkcjonuje reszta kraju. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na chwilę w Akabie, ale to także nietypowe miejsce – kurort, który coraz bardziej otwiera się na gości zza granicy. Połączenia lotnicze z Eilatem pozwalają jednak na wygodne i niedrogie dotarcie w tamte okolice. Przekroczenie granicy okazało się łatwiejsze, niż się spodziewaliśmy, a z Akaby, położonej tuż przy granicy z Izraelem, można dostać się transportem publicznym na północ kraju. Następny w kolejce – Amman!

[Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz]

Witaj, 2018!

Rok temu nie było mi za wesoło. 2016 dał mi mocno w kość i cieszę się bardzo, że już od samego początku 2017 przynosił same dobre rzeczy – i przyjemne drobiazgi, i przełomowe decyzje. Nie co roku kończę dwa generalne remonty. Nie co roku rzucam pracę, w którą byłam zaangażowana od ponad dziesięciu lat. Po raz pierwszy miałam okazję pracować na własny rachunek i to w skali, jaka wcześniej nawet mi się nie marzyła. Nareszcie mogłam też poświęcić więcej czasu uczelni i bardzo podoba mi się kierunek, w którym rozwija się współpraca i relacje ze studentami.

Działanie z moim osobistym urbanistąw ramach A2P2 również idzie świetnie i nareszcie robimy to, co zawsze nam się marzyło – wspieramy się i uzupełniamy nie tylko życiowo, ale i zawodowo. Przekłada się to niestety na trudny do wyleczenia pracoholizm, ale i na to znaleźliśmy metodę. Okazało się, że jedyny skuteczny sposób, aby oderwać się od obowiązków i komputerów to wyjazd – niekoniecznie daleko. W tym roku planujemy także częściej spacerować trójmiejskimi plażami i od czasu do czasu zafundować sobie dzień nicnierobienia z kocem, herbatą i serialem.

Blog też się rozwija, chociaż mogę poświęcać mu coraz mniej czasu. W archiwum czekają dziesiątki tematów, którymi zamierzałam się zająć – będę je sukcesywnie wyciągać z czeluści dysku. Może od czasu do czasu będę zamieszczać posty złożone głównie ze zdjęć i tylko krótkiego komentarza, zwłaszcza w przypadkach, gdy komentarz jest praktycznie zbędny. Czasem odpowiedni kadr potrafi być bardziej złośliwy od słów;)

2017 był dla mnie rokiem uśmiechu i ogromnej ilości pozytywnej energii – niech i 2018 taki będzie. Życzę Wam wszystkim doskonałych dwunastu miesięcy!

[Fot. M.Arczyńska, Ł.Pancewicz]

Oda do Dublina

Dublinie, ach, Dublinie, jak bardzo Cię lubię, zwłaszcza przed Bożym Narodzeniem! Całe centrum pełne jest znajomych, którzy spotykają się przedświątecznie w pubach i kawiarniach. Do najpopularniejszych miejsc stoją kolejki, wszędzie słychać gwar, śmiech oraz kolędy śpiewane przez ulicznych grajków i chóry zbierające datki na cele charytatywne. Niektórych budynków prawie nie widać zza światełek i świątecznych ozdób, a w kominkach trzaska ogień. Święty Mikołaj w Irlandii nosi pewnie ognioodporny kostium, żeby móc podrzucić prezenty przez komin.

Biuro zakwaterowało mnie w ulubionym miejscu. W Central Hotel podłogi skrzypią jak w starym zamku, a na pierwszym piętrze znajduje się Library Bar – pub z kominkiem i cudownie miękkimi fotelami. Przed moim przyjazdem podobno padał śnieg, ale miałam wyjątkowe szczęście i jak na życzenie trafiłam na słoneczną pogodę. Ba, znów przywitała mnie tęcza. Przez kilka dni wędrowałam po mieście z takim uśmiechem, że czuję jeszcze lekkie zakwasy na twarzy.  Odhaczałam tylko punkty z listy przyjemności, jakie zaplanowałam sobie sprawić, spędziłam mnóstwo czasu na plotkach i rozmowach z przyjaciółmi oraz odwiedziłam ulubione miejsca. Już pierwszego wieczoru zaliczyłam guinessy w banku i kościele, a kościół zaadaptowany na nietypową funkcję obejrzałam jeszcze jeden – wielorodzinny. Kolega z biura mieszka tam od lat, a w wynajmowanym przez niego mieszkaniu nie ma zwykłych okien, tylko witraże.

Najlepsze jest to, że wcale nie zasmuciło mnie to żegnanie się z miastem. Dublin i tak na zawsze pozostanie jednym z moich miejsc na ziemi. Nie czuję tęsknoty, ale myślę o nim raczej jak o starym, dobrym przyjacielu, z którym przeżyliśmy wiele pięknych chwil i do którego zawsze mogę jeszcze zawitać. Jeszcze nieraz będę pisać o Dublinie, dlatego dziś pokażę Wam głównie zdjęcia – trochę architektury, trochę świątecznych klimatów.

Życzę wspaniałych Świąt, pełnych wypoczynku i przyjemności!

IMG_7386

Dublin wygląda jak Berlin po upadku muru – wszędzie stoją dźwigi. Takiego boomu budowlanego nie było od lat.

IMG_7377

Budowane są głównie biurowce i mieszkaniówka (tu dublińskie Doki).

IMG_7182

The Long Room Hub w Trinity College, projektu McCullough Mulvin.

IMG_7193

Berkeley Library na kampusie Trinity College – bezdyskusyjnie jeden z najlepszych przykładów powojennego modernizmu w Irlandii.

IMG_7349

Alto Vetro w Dokach – jeden z moich ulubionych wieżowców (albo raczej „mikrowieżowców”).

IMG_7535

Central Bank przy Dame Street – zdecydowanie najlepszy przykład powojennego modernizmu w Irlandii. Wszystkie kondygnacje podwieszone są na widocznych na zewnątrz stalowych wieszakach. Właśnie trwają tam prace budowlane – parter zostanie otwarty dla wszystkich, a cały obiekt zmodernizowany.

IMG_7503

W centrum pojawiło się kilka nowych sklepów ze spektakularnymi wnętrzami. Na zdjęciu ogromny sklep Victoria’s Secret z kryształowo-ekranową klatką schodową.

IMG_7547

Szklany dach mojego ukochanego Irish Film Institute.

IMG_7565

Muzeum Archeologiczne – wspaniałe gmaszysko ze wspaniałą kolekcją.

IMG_7594

Zaplecze National Concert Hall, czyli dość często spotykane w Irlandii połączenie historycznego budynku z „nowoczesnymi” interwencjami. Pod kasetonowym sufitem ze świetlikami stoi sobie taka oto konstrukcja pomalowana błyszczącą farbą olejną. Plus świetlówki. Efekt – piorunujący!

IMG_7337

Wiktoriańskie Muzeum Historii Naturalnej. Nic się tu nie zmieniło od mniej więcej 150 lat, oprócz odkurzania i prac remontowych. Jeśli oglądaliście „Penny Dreadful” – serial z Evą Green – nakręcono tu sporo scen z finałowych odcinków.

IMG_7323

Krewetki jestem jeszcze w stanie ogladać, ale na górne galerie, gdzie można ogladać różne mniej apetyczne robactwo, nigdy się tam nie zapuszczam.

IMG_7581

Na wystawach można znaleźć wszystko…

IMG_7587

…w dowolnym kolorze i rozmiarze.

IMG_7521

Grafton Street. No i znów nie załapię się na Bono śpiewającego tam kolędy!

IMG_7500

To dekoracyjny hit sezonu w tym roku.

IMG_7154

Dom towarowy Brown Thomas zawsze ma najpiękniejsze dekoracje.

IMG_7152

Wesołych Świąt!!!

[Fot. Monika Arczyńska]

Potrzebna rada

Ejlat

Potrzebna rada i to szybko. Czując, że końcówka roku będzie ciężka (oj, jest, zaczynam zarywać noce, chociaż nie robiłam tego od kilku lat), postanowiliśmy wyjechać na tydzień między świętami a sylwestrem. Warunki wyboru miejsca były dwa: miało być ciepło albo w miarę ciepło i z bezpośrednim lotem z Gdańska. Zdecydowaliśmy się na Ejlat, bo nie dość, że mamy słabość do tamtych okolic, to na dodatek udało nam się kupić absurdalnie tanie loty. Najwyższa pora ustalić jakiś plan i zarezerwować spanie. Planowaliśmy zostać chwilę w samym Ejlacie, ale myślimy przede wszystkim o spędzeniu kilku dni w Petrze. I tu pytanie: łatwo tam dotrzeć? Jeśli planujemy odpocząć, nie uśmiecha nam się za bardzo stres związany z przedziwnymi kombinacjami transportowymi i dyskusje ze strażą graniczną (mimo słabości do tej części świata doświadczenia z przejść granicznych mamy takie sobie).

Byliście? Poradzicie, podpowiecie?

[Fot. Łukasz Pancewicz – tak ciepło było w sylwestra w Tel Avivie dwa albo trzy lata temu]

Good Bye Dublin

hparc biuro

Stało się: po 11 latach zrezygnowałam ze współpracy z Heneghan Peng. Za dużo zaczęło się dla mnie dziać w Polsce. A2P2 rozwija się błyskawicznie, uczelnia zabiera mi coraz więcej czasu i nagle przestało mi się udawać rozciągać doby jak gumę, żeby zmieścić w grafiku wszystkie zajęcia. Po dłuższej przerwie wróciłam do zdalnej pracy, żeby kontynuować projekt w Anklam i… wytrzymałam dwa tygodnie. Za dużo pośpiechu, za dużo obowiązków i zdecydowanie za dużo stresu. Mimo że projekt zapowiadał się kusząco, bo pracują nad nim inżynierowie-magicy, a efekt będzie na pewno powalający, uznałam, że nie będę w stanie zaangażować się w to zlecenie wystarczająco intensywnie. Trochę mi się zakręciła łezka w oku, kiedy zadzwoniłam z tą informacją do szefowej, ale jestem przekonana, że to słuszna decyzja.

Żeby było dramatyczniej, tego samego dnia, kiedy zakomunikowałam w biurze tę decyzję,  dostałam informację, że Muzeum Palestyny zostało nagrodzone na berlińskim WAF jako najlepszy zrealizowany obiekt o funkcji kulturalnej… Kiedyś pewnie uznałabym to za złośliwy zbieg okoliczności, który miał mi przypomnieć, że właśnie zrezygnowałam z uczestniczenia w tak wyjątkowych projektach. Ale to chyba szkolenia motywacyjne w gdańskim Starterze sa tak skuteczne, że pomyślałam o tym raczej jak o przyjemnym wydarzeniu na pożegnanie. W końcu spędziłam tam kawał życia i najlepsze zawodowo lata! Nauczyłam się ogromnie dużo – współpracy i organizacji pracy, zarządzania projektami, komunikacji w zespole, a niektóre przyzwyczajenia z pracowni już mnie pewnie nigdy nie opuszczą. Z rysowaniem z dokładnością do ośmiu miejsc po przecinku włącznie:)

To były bardzo dobre lata, ale czas na nowy etap w moim zawodowym życiu. W przyszłym tygodniu lecę do Dublina na świąteczną imprezę, która będzie dla mnie jednocześnie pożegnaniem z biurem. Wykorzystam tę okazję, aby pożegnać sie także z ukochanym miastem na sześć liter. Na szczęście Gdańsk też ma sześć, a im dłużej tu mieszkam, tym większą czuję do niego sympatię. Witaj nowe!

[Fot. Monika Arczyńska]

 

200!

Untitled_Panorama1.jpg

Dziś blogowy jubileusz: to dokładnie DWUSETNY (!!!) post na Six Letter City. Publikuję go w wyjątkowym momencie. Dopiero co podjęłam jedną z najważniejszych dotychczas zawodowych decyzji, a sprawy A2P2 przyspieszyły nagle tak, że ledwie nadążamy. Jak tylko to poukładam, do wszystkiego grzecznie się przyznam i opiszę.

Ten tydzień był również wyjątkowo intensywny wyjazdowo. Czwartek spędziliśmy w Warszawie, biegając ze spotkania na spotkanie, a potem na galę konkursu „Innowacje w Architekturze”. Do Gdańska jechałam przez… Wrocław, gdzie zaczynam współpracę z SARP. Ale nie ukrywam, że to impreza Architektury-murator była najprzyjemniejszym wydarzeniem tygodnia. Zaczęło się od wykładu Caroline Bos z UN Studio, następnie odbyło się rozdanie nagród, a potem nieco zaszaleliśmy:)

Jeszcze w moich hiolenderskich czasach słyszałam o tym, że UN Studio ma dwie odnogi działalności projektowej – jedną ambitną, o eksperymentalnym charakterze, którą wszyscy znają z konkursów i prasy branżowej – oraz drugą, komercyjną, która w dużej mierze finansuje tę pierwszą. Dotychczas nie miałam okazji zapoznać się z tą bardziej mainstreamową twórczością pracowni i przypuszczałam, że to portfolio jest trzymane w tajemnicy i oglądają je tylko azjatyccy inwestorzy poszukując dużych zachodnich nazwisk dla swoich nowych realizacji. Nie wiem, czy Caroline Bos potraktowała polską publiczność jak dziki wschód, gdzie może warto pokazać komercyjne projekty, żeby zainteresował się nimi jakiś duży deweloper, ale wybór projektów mocno mnie zaskoczył. Ale może to była słodka zemsta za to, że każdy przedstawiający, oprócz ambasadora Holandii, przekręcał jej imię.

IMG_7122

Robert Skitek i wielkie poruszenie

Poznałam kilka osób, o których już wcześniej wiele słyszałam albo z uwagi na ich projekty, albo dlatego, że mamy wspólnych znajomych, albo  – najczęściej – z obu tych powodów jednocześnie. W końcu spotkałam Grzegorza Layera („Cześć Grzegorz, jestem Monika, znam Cię z Internetu”, „O, cześć Monika, jestem Grzegorz, ja też znam Cię z Internetu”) i Mikołaja Szuberta-Tecla z Riegler Riewe. Wpadłam też na Marka Lorensa, którego poznałam na EASA w… ubiegłym wieku i od tamtej pory nie mieliśmy okazji się spotkać. Nie wiem, co Marek zażywa, ale nie zmienił się WCALE od tamtych dawnych czasów.

Imprezy Architektury to przede wszystkim wydarzenie towarzyskie. Robert Skitek, z którym spotkaliśmy się dopiero drugi raz w życiu (poprzednio także na gali A-m), ale jesteśmy w kontakcie i czytamy wzajemnie swoje blogi, stwierdził, że w sumie i tak nie liczył na nagrodę. Gdy kolejne osoby zaczęły pytać, czy będzie na gali, bo też się wybierają, stwierdził, że takiej okazji do spotkania nie odpuści i po innym rozdaniu nagród wskoczył za kierownicę i przyjechał. A właśnie, nagrody! Bank rozbił Oskar Zięta, wyróżniono też Zbyszka Maćkowa i Macieja Siudę. Werdykt był dość przewidywalny, więc kiedy zakończyła się oficjalna część, wszyscy wstali z westchnięciem „No, to w końcu idziemy się razem napić!”.

IMG_7118

Przeszczęśliwy Oskar Zięta, Radosław Stach z jury i Ewa Porębska

Na niedawnym Biennale Architektury w Krakowie Ultra Architects uciekli, zanim zdążyłam się z nimi przywitać. Tym razem miałam w końcu okazję pogadać z Marcinem Kościuchem i okazało się, że branżowy świat jest naprawdę bardzo mały. W Heneghan Peng siedziałam kilka lat biurko w biurko z Wojtkiem Przyweckim, który był jednym ze współzałożycieli Ultra, ale postanowił wyjechać z Polski. Ale najwięcej czasu spędziliśmy z Menthol Architects – Lilą Krzycką i Rafałem Pieszko. Nie do wiary, ale ostatni raz widzieliśmy się na gdyńskiej OSSA ponad rok temu! Niestety, odległość między Wrocławiem a Trójmiastem jest ogromna, dlatego udało nam się zobaczyć dopiero teraz, w połowie drogi. Nie jestem nawet w stanie wymienić wszystkich, z których spotkania się cieszę. Ponadto moja ulubiona redakcja na szczęście nie poszła zbyt szybko spać i mieliśmy okazję pogadać.

IMG_7141

Mój osobisty urbanista i Lila z Menthol Architects z mentholowymi pastylkami w garści…

IMG_7144

…i Grzegorz Layer zapijający pastylkę czerwonym winem.

A co działo się potem, niech lepiej nie zostanie upubliczniane. To trochę jak na weselu – fotograf pstryka tylko zdjęcia do momentu, kiedy twarze stają się czerwone i błyszczące, fryzury potargane, a wzrok dziki i nieobecny. Dlatego na oficjalnych zdjęciach, tych robionych do mniej więcej północy, wszyscy jesteśmy jeszcze w miarę odprasowani, a na nieoficjalnych… i tak ich nikomu nie pokażę;)

[Fot. Monika Arczyńska]

Biennale po krakowsku

Biennale.jpg

Kiedy dowiedziałam się, że tematem tegorocznego krakowskiego Biennale jest podwórze, pomyślałam, że to dobra okazja, aby przedstawić projekty, które w tym i ubiegłym roku przygotowali nasi studenci. Trudno o bardziej kontrastrujące przestrzenie niż ulica Długa i Długi Targ w Gdańsku oraz gdyńskie blokowisko Witomino, jednak obie spełniają „podwórzową” rolę, bo w żadnym z tych fragmentów miasta nie ma podwórzy z prawdziwego zdarzenia. Pierwsza przestrzeń jest tak  nastawiona na turystów, że dla mieszkańców, zwłaszcza seniorów, brakuje tam miejsca, a w drugiej miejsca jest sporo, jednak to przede wszystkim „ziemia niczyja” pomiędzy blokami. Studenci wypracowali wytyczne dla przekształcenia tych przestrzeni, stosując uniwersalną metodologię, a ich praca została doceniona. Wróciłam z trzecią nagrodą w konkursie „Seminarium”, co wydaje mi się całkiem przyzwoitym wynikiem biorąc pod uwagę paskudne przeziębienie (chyba tylko siłą woli wstrzymałam katar na 10 minut prezentacji). 10 minut okazało się oczywiście zbyt krótkie dla takiej gaduły jak ja, więc  kiedy moderująca panel Marta Urbańska teatralnym szeptem ogłosiła „Pozostały trzy minuty”, lekko spanikowałam. Byłam przekonana, że dopiero tyle minęło, więc nie miałam wyjścia i zrobiłam jedyną sensowną w tej sytuacji rzecz: zachowałam zimną krew. Jak się później okazało, nikt z widowni, włączając jury, nie zorientował się, że cokolwiek poszło niezgodnie z planem.

03

ICE – International Conferences and Entertainment, gdzie odbyła się impreza. Zawsze mi się wydawało, że skróconą nazwę tego przybytku wymawia się jako ‚i-ce-e’ lub ‚aj-si-i’, a tu niespodzianka… ‚ajs ajs bejbi’:)

Nagrodzone w tej samej konkurencji prace wytypowaliśmy z moim osobistym urbanistą prawie bezbłędnie. Obstawialiśmy przede wszystkim Marysię Dankowską z Łodzi, która kapitalnie powiązała opowieść o historii łódzkiej kamienicy i podwórza z obecnymi pseudorewitalizacyjnymi działaniami (wyróżnienie). Podobał mi się też pomysł na zagospodarowanie wnętrza blokowiska na poznańskich Starych Żegrzach (II miejsce). Zaskoczyło mnie za to bardzo pierwsze miejsce dla Luisa Navaro Jovera. Dużo tam było „studenckiego” sposobu patrzenia na wyspowość miejskiej przestrzeni, podczas gdy nie doceniono moim zdaniem Martyny Mokrzeckiej, badającej temperatury wnętrz wrocławskich kwartałów. Może to dlatego, że przedstawiła na razie metodologię i pierwsze wyniki badań, a nie dotarła jeszcze do etapu wypracowania konkretnych wytycznych dla przekształceń podwórzy. Czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy, bo to bardzo istotny głos w dyskusji o zmianach klimatu i ich wpływie na miejskie środowisko.

04

„Boska” prezentacja Stanisława Niemczyka

A samo Biennale? To była moja pierwsza wizyta na krakowskiej imprezie i szczerze mówiąc spodziewałam się czegoś innego – przede wszystkim bardziej konsekwentnego potraktowania tematu przewodniego. Zabrakło poszukiwań, które inspirują i popychają architekturę naprzód. Formuła krakowskiej imprezy opiera się na kongresie i konkursach, a nie wystawach i ogromnie dużo było w tych spotkaniach bicia piany i „pompowania balonika”, co złośliwie podsumował Przemo Łukasik w swoim wykładzie. Kiedy przyjeżdżam do Krakowa, mam zawsze wrażenie, że wyjeżdżam do innego kraju. Brakuje mi tam naszego ‚Ordnungu’ i mam problem z krakowskim klepaniem się po plecach oraz… kwiecistym językiem. Łukasik również odniósł się do tego zjawiska, mówiąc m.in. o „nadmiarze przymiotników”. Zacna widownia, szacowni goście i utalentowani uczestnicy wysłuchali kilku niezbyt inspirujących prezentacji. Gdyby nie wtrącane często anegdoty i wspomnienia z przeszłości, które uwielbiam, spędziłabym większość czasu pijąc kawę poza audytorium. W konkurencji anegdot wygrywa Małgorzata Omilanowska z opowieścią o reakcji Lecha Wałęsy na Europejskie Centrum Solidarności (przytoczę przy innej okazji) oraz Romuald Loegler wspominający początki Biennale i zaproszenie na jedną z pierwszych edycji Herzoga i de Meurona, zanim jeszcze dołączyli do grona gwiazd. Podobno krakowscy architekci byli oburzeni, że na tak ambitną branżową imprezę jako gwiazdy przyjeżdżają projektanci, którzy mają na koncie zaledwie „jakiś tam domek ze sklejki”.

Tym razem wśród zagranicznych gości oprócz architektów z Chin pojawiła się m.in. Viviana Muscettola, która jest jedną z Associate Directors w Zaha Hadid Architects. W konkursowym jury był także m.in. Rainer Mahlamäki. Trochę się zdenerwowałam podczas jego wykładu. Na samym początku swojej prezentacji przedstawił propozycję na Pomnik Holokaustu w Londynie takim tonem, jakby już wygrał ten konkurs. Nie interesowałoby mnie to nawet, gdyby nie fakt, że Heneghan Peng również jest wśród dziesięciu finalistów i wciąż czekamy na wyniki. O podwórzach nie padło jednak ani słowo, podobnie jak w pierwszej sesji kongresu o… tradycji w architekturze. Dopiero drugiego dnia temat Biennale pojawił się w kilku prezentacjach – sytuację uratowali polscy jurorzy konkursu. Zamarzyło mi się alternatywne wydarzenie w stylu Biennale Urbana odbywającego się równolegle do oficjalnej weneckiej imprezy. Znalazłoby się tam miejsce i dla „Placu na glanc„, i dla „Podwórkowych rewolucji„, i dla wielu innych działań, które faktycznie zmieniają podwórza.

Na szczęście jesienny Kraków, spotkanie wielu znajomych i poznanie nowych osób zrekompensowało mój niedosyt. A może tak to właśnie w Krakowie jest, że podobne wydarzenia mają głównie towarzyski charakter?

[fot. Łukasz Pancewicz, Monika Arczyńska]

Biały słoń Eisenmana

hiszpania 06

Są takie miejsca na świecie, gdzie nie można nie dostać głupawki. Czasem architektura jest tak przekombinowana i przesadzona w skali, że człowieka ogarnia najpierw wielkie zdziwienie, a potem napad złośliwego chichotania. W architekturze takie absurdalnie przegięte inwestycje nazywa się white elephants. Zdecydowanie należy do nich Cidade da Cultura w Santiago de Compostela, megaprojekt autorstwa Petera Eisenmana, który w konkursie w 1999 roku pokonał inne supergwiazdy pokroju Koolhaasa, Libeskinda i Nouvela. Wszystkie projekty można zobaczyć na stronie kompleksu i nie tylko zwycięski  pachnie mocno końcówką lat dziewięćdziesiątych.  Według autora kompleks ma przypominać miasto. Może i trochę przypomina – na pewno skalą, bo jest tam i muzeum, i biblioteka, i inkubator przedsiębiorczości. Kilka lat temu inwestycję przerwano z uwagi na astronomiczne koszty (podobno przekroczono założony budżet cztery razy).

Niby dojeżdża tam jakiś autobus, ale ponieważ odległość na mapie nie wyglądała na dużą, poszliśmy pieszo. Najpierw dziwnymi tunelami pod autostradą, a potem pieszą serpentyną przez park, który jest moim zdaniem najciekawszą (i pewnie najtańszą) częścią tej inwestycji. Drodzy projektanci krajobrazu, to do Was prośba: wijące się ścieżki wyglądają malowniczo, ale jeśli projektowany przez Was park ma służyć nie tylko do podziwiania, ale jest zlokalizowany między centrum miasta a największym kompleksem kulturalnym w regionie, pomyślcie o skrótach, do jasnej cholery. Rozumiem założenia projektowania uniwersalnego, ale domagam się też odrobiny funkcjonalności. Zwłaszcza w lipcowym upale maksymalne wydłużenie pieszej trasy to okrucieństwo. Ale tak, wiem, przecież i tak wszyscy dojeżdżają tam klimatyzowanymi samochodami, właśnie po to wybetonowano tam parking wielki jak pod IKEA.

20

Nie wiem, jak można mieć taką jazdę na temat kwadratów, jak Eisenman, ale tu też zrobił to, co robi prawie wszędzie… Kamienne okładziny podzielone są na większe kwadraty, a te większe kwadrat na mniejsze kwadraty. Chociaż może ten spikselowany obraz mógłby się wydawać symbolicznie uzasadniony w tym miejscu („ja, człowiek, rżnę w tym litym kamieniu, który składa się z geometrycznych okruchów stworzonych przez naturę” i dalej podobne bla bla bla), ale męczy nieco powtarzalnością i -ponownie – niepokojącą myślą, ile to wszystko musiało kosztować.

21

02

0304

Najsympatyczniejsze wydawały mi się place zabaw, ale co z tego, jeśli prawie nie było na nich dzieci?

06

01

Na zewnątrz stoją sobie grzecznie dwie wieże projektu Hejduka, do których da się wejść tylko na najniższy poziom, żeby zobaczyć projekt tego wielkopomnego, niesamowitego, genialnego i absolutnie najwspanialszego dzieła architektury.

17

Wszystko jest wielkie i z zewnątrz, i od wewnątrz. W urbanistyce istnieje pojęcie SLOAP, czyli skrótowiec od space left over after planning. Oznacza to mniej więcej przestrzeń, która nie służy praktycznie niczemu, po prostu stanowi jakiś skrawek pozostały po zaplanowaniu danego obszaru. W skali miejskiej kończy się to najczęściej zasianiem tam trawnika (taka przynajmniej jest strategia studentów, którym takie przestrzenie „wychodzą” w projektach).  Tu w praktycznie każdym budynku istnieje SLOAP w wersji architektonicznej – przedziwne formy wyprodukowały pozostałości przestrzeni, które niczemu nie służą, za to trzeba klimatyzować każdy ich metr sześcienny…

10

Inkubator przedsiębiorczości, o przepraszam, Centre for Creative Enterprising, okazał się kolejnym ogromnym i pustym gmaszyskiem. Ogromne przestrzenie  podzielono całkiem sympatycznymi przepierzeniami z białych kartonów i musiało tam wypadać chyba po 100 metrów kwadratowych na pracownika. Luksus! Chciałabym mieć takie coworkingowe biuro pod domem, pod warunkiem, że w cenę wynajmu biurka nie są wliczone koszty eksploatacji.

19

„Czy tu zawsze jest tak pusto?”  – zapytałam miłych panów w recepcji muzeum. Lekko zmieszani odpwoiedzieli, że nie, że czasem się zapełnia, ale w całym kompleksie zapełniła się tylko restauracja. W czasie lanczu i to głównie pracownikami. Rozumiem, że był środek tygodnia, ale to również sam środek sezonu turystycznego i centrum Santiago pękało w szwach. Komunikację pomiędzy kondygnacjami galerii zapewniają schody ruchome (jakby frekwencja miała być co najmniej taka, jak w Tate Modern, phi!). Najlepsze, że wejścia na wystawy na poszczególnych piętrach są tak zaprojektowane, że… prawie je ominęliśmy wchodząc na kolejny poziom schodów. Niskie białe drzwi na białym tle, dostępne z wcale nie tak dużego spocznika, wyglądały jak wyjście ewakuacyjne. Oprócz nas wystawy zwiedzały może ze dwie pary. Dla architektów ma to jedną niezaprzeczalną zaletę – nie trzeba wyczekiwać godzinami, żeby pstryknąć zdjęcie, na którym nie będzie ludzi.

09

07

Zastanowiło mnie też bardzo ogromne przeszklenie w muzeum, z potężnymi kratownicami, które wyglądały na tak przewymiarowane, że musiał je projektować chyba jakiś stażysta, kiedy koszty realizacji zaczęły wymykać się spod kontroli i pierwsze cięcia dotknęły konsultantów od tak mało znaczących rzeczy jak fasady.

1213

Jedyne w miarę zapełnione użytkownikami miejsce to biblioteka. Niewiele różni się od sal ekspozycyjnych poza liczbą kolumn – sporo ich tu. Poza tym faluje wszystko – sufit, „pokoje” z półkami na książki, na szczęście w głowie kręci się tylko na widok z daleka, a w wydzielonych częściach czytelni można nawet się skupić. Generalnie wygląda to trochę tak, jakby Richard Meier zainspirował się karpatką.

22

Może w sumie ten brak odwiedzających ma swoje plusy poza pustkami na zdjęciach. Brak użytkowników to brak eksploatacji, a brak eksploatacji to brak kosztów remontów i napraw. Ławki z białego betonu nie są poplamione gumą do żucia, a kosze na śmieci ze stali nierdzewnej błyszczą się jak wypolerowane…

16

18

400 milionów euro to jednak trochę dużo jak na park rozrywki dla architektów.

[Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz]

Keep calm and let us bind your thesis

Oprócz uczestniczenia w konferencji mieliśmy również trochę czasu na pozwiedzanie Oxfordu. Miasto, pomimo swojej liczby mieszkańców, ok. 150 tysięcy, sprawia wrażenie maleńkiej mieściny. Centrum to raptem kilka malowniczych ulic. Na wszystkich tablicach informacyjnych dla turystów pojawiają się informacje, że Pevsner, ten od historii literatury, uznał dane miejsce a to za najpiękniejszą ulicę, a to za najbardziej harmonijny plac w Europie. Trafiliśmy akurat na Open Day, więc udało nam się zwiedzić sporo wnętrz i dziedzińców. Muszę przyznać, że wrażenie zrobiła na mnie nie tyle majestatyczność uniwersyteckich gmachów, co ich pragmatyczne wykorzystywanie. Dookoła przystrzyżonych co do milimetra trawników, w pięknych, kamiennych murach, nadal funkcjonują akademiki. Nie są jednak umeblowane antykami, które wydawałyby się tam najbardziej odpowiednie. Na podłodze leżą paskudne wykładziny dywanowe, meble przypominają wyposażenie nędznej sali konferencyjnej z tapicerowanymi, niebieskimi krzesełkami, a w oczy najbardziej rzuca sie ustawiona gdzieś pod ścianą lodówka. To wnętrza, które zachęcają do spędzania tam jak najmniej czasu – może dlatego studenci tyle godzin przesiadują w bibliotece i stąd wysoki poziom uczelni?

IMG_6262IMG_6310

Większość świetnej współczesnej architektury podobno jest poukrywana za historycznymi murami lub gdzieś na obrzeżach. Tak przynajmniej twierdzą architekci z Oxford Brookes. Powinna istnieć (może istnieje?) gra miejska polegająca na wyszukiwaniu tych poukrywanych architektonicznych skarbów. Nie dotarliśmy do Zahy, nie dotarliśmy do Níalla McLaughlina, za to nie odpuściliśmy St Catherine’s College projektu Arne Jacobsena. Z ręką na sercu przyznaję: to jeden z najpiękniejszych kampusów, jakie miałam okazję zobaczyć. Może dobrze, że większość obiektów była zamknięta, bo jeśli wydawałam z siebie ochy i achy na widok harmonii między budynkami a krajobrazem, we wnętrzach mogłabym dostać syndromu Stendhala. A do meblowych marzeń doszło Oxford chair

IMG_6278male

Akademickie motywy, podobnie jak Harry Potter (część scen była kręcona w Oxfordzie) i Alicja w Krainie Czarów (Lewis Carroll był dziekanem Christ Church College), pojawiają się dosłownie wszędzie. Koszulki i bluzy z logo uczelni, togi i studenckie czapki kuszą na większości sklepowych wystaw. Podobnie jest na wszytskich najlepszych uczelniach świata – nie każdy może być studentem Cambridge czy Harvardu, ale zawsze może nosić koszulkę z ich logo.

IMG_6305

‚Keep calm and let us bind your thesis’

IMG_6343

Tort dla absolwenta

IMG_6339

Myślenie życzeniowe ambitnych rodziców:)

Zastanowiła mnie tylko jedna rzecz. Wydawałoby sie, ze miasto uniwersyteckie powinno być pełne pubów i barów. W Oxfordzie wcale nie ma ich tak wiele, za to zagęszczenie kawiarni na kazdej ulicy jest zaskakujące. Może oni tam faktycznie nie mają czasu na życie studenckie, tylko piją non stop kawę, żeby nie zasnąć nad książkami?

[fot. Monika Arczyńska]

 

Architecture Connects

IMG_6222

Wróciliśmy właśnie z moim osobistym urbanistą z konferencji „Architecture Connects”, zorganizowanej przez Oxford Brookes University. Pierwszy raz uwierzyłam, że być może uczelnia to jednak miejsce dla mnie. Średnio raz na miesiąć mam ochotę ciapnąć ją w cholerę, zwłaszcza, gdy nadmiernie zaczyna mnie drażnić sztywny akademicki język, sztuczna hierarchia, której nie potrafię zrozumieć i – przede wszystkim – teoretyzowanie, rozbuchane ego środowiska oraz umieszczanie studentów na samym końcu łańcucha pokarmowego. Tym razem wszystko odbyło się w nieformalnej atmosferze, bez udawanej wyższości i chwalenia własnych dokonań. Wręcz przeciwnie, wiele komentarzy, pytań i warsztatów dotyczyło porażek, które uczą przecież więcej niż sukcesy. Ursula Hartig z CoCoon Studio przedstawiła projekt szkoły muzycznej w Meksyku, której realizacja wydawała się sukcesem, ale po kilku latach okazało się, że budynek się sypie, bo nie przemyślano, kto i z jakich funduszy ma zajmować się jego utrzymaniem. To jeden z najczęściej popełnianych błędów w live studios, także w Polsce: szybka, spektakularna akcja nierzadko daje więcej satysfakcji organizatorom, niż pożytku mieszkańcom. Życie instalacji z palet i opon jest krótkie i trzeba przewidzieć, co stanie się z nimi po zakończeniu działań w terenie.

IMG_6216.JPG

W międzyczasie na wydziale odbywały się warsztaty – studenci układali kwadratowe fragmenty wykładziny w różnych konfiguracjach i analizowali, jak przemieszczają się po nich ludzie. Trochę jak nasze prototypowanie:)

Obyło się bez szpilek i garsonek, bez „Pani Profesor” i „Panie Doktorze Habilitowany”, za to z opowieściami o podróżowaniu ze studentami vanem przez amerykańskie pustkowia czy zaproszeniu pisarza science fiction i rysowniczkę komiksów do współpracy w studio projektowym. Zaprezentowana przez nas metodologia, przećwiczona w projektach dla Starego Polesia, Traktu Królewskiego i Witomina, spotkała się z uznaniem, mimo że odbiegała znacznie skalą od innych przykładów. Nasi studenci wykonali taki kawał profesjonalnej roboty, że aż padło pytanie, czy mieli okazję chociaż przez moment dobrze się bawić przy tych projektach:) Okazuje się, że zabawa to nieodłączny i konieczny warunek sukcesu live studio, więc mam nadzieję, że nieformalna atmosfera i sporo śmiechu na zajęciach zrekompensowały chociaż trochę tę ciężką pracę.

IMG_6230

Najbardziej cieszę się, że udało nam się posłuchać i pogadać z Peterem Fattingerem z Wiednia. To, co robi ze studentami, to jakiś dydaktyczny lot w kosmos. W półtora roku udało mu się zaprojektować i zrealizować dla Caritasu adaptację historycznego budynku na Bed&Breakfast, prowadzony przez osoby z niepełnosprawnościami. Były one także zaangażowane w budowę – zatrudniono tylko elektryka, hydraulika, dwóch budowlańców, którzy bardziej uczyli fachu niż pracowali oraz kilku branżystów weryfikujących projekt i załatwiających sprawy administracyjne.  Resztę wykonali studenci. Płacono im w punktach ECTS lub klasycznie – pieniędzmi – jednak gdyby nie entuzjazm, poczucie odpowiedzialności i mnóstwo dodatkowej ochotniczej pracy, z projektu nic by nie wyszło. Motyw morderczej pracy za darmo przewijał się jednak często (podobnie jak „ten idiotyczny Brexit”).

Od razu wyjaśniam, dlaczego takie projekty, jak Petera, nie bardzo udają się w Polsce: udają się w ogóle w niewielu miejscach, także na Zachodzie. Nie tylko my wzdychaliśmy z rozrzewnieniem. Głośniej wzdychali wykładowcy z UK, którzy nie tylko, podobnie jak i my, nie mają możliwości rozciągania zajęć na kilka semestrów, ale spotykają się z ostrymi restrykcjami związanymi z ubezpieczeniami oraz odpowiedzialnością za zdrowie i życie studentów. W naszej części Europy te kwestie są dużo łatwiejsze do przeskoczenia (oprócz naszej prezentacji pojawiły się jednak tylko dwa inne przykłady – z Pragi i z Belgradu). Chodzi nam właśnie po głowie podobna realizacja w Gdańsku i chociaż organizacyjnie oraz finansowo (przy wsparciu sponsorów podrzucających materiały budowlane) pewnie udałoby się nam ją przeprowadzić, brakuje nam formalnych możliwości. Na zajęciach na Politechnice nie da się tego zrobić, bo po pierwsze skala projektu jest architektoniczna, a nie urbanistyczna, a po drugie potrzebne byłyby na to co najmniej dwa semestry.  Peterowi udaje się pozyskać studentów na dłużej tylko dlatego, że jego studio jest bardzo małe w porównaniu do całego wiedeńskiego wydziału, więc ewentualna „szkoda” poczyniona niestandardowym nauczaniem jest niewielka. Będziemy więc szukać innych możliwości, ale postaramy się nie rezygnować z tego rodzaju kursów – po konferencji jesteśmy pewni na 100%, że to dobry kierunek i że udaje się nam je prowadzić na światowym poziomie.

[fot. Monika Arczyńska]

 

Jak się pracuje w Kopenhadze

02

W weekend wrócilimy z Kopenhagi. Razem z ekipami z Henning Larsen i BBGK pracowaliśmy nad konkursowym projektem masterplanu dla terenów dawnej Stoczni Cesarskiej w Gdańsku. O projekcie na razie cicho sza, bo wszystko jest tajne przez poufne, ale ponieważ pierwszy raz miałam okazję odwiedzić biuro Henning Larsen, opowiem Wam trochę o tym miejscu.

Świetne projekty to jedno, ale warunki i atmosfera pracy dodatkowo kuszą, aby złożyć tam portfolio. Pomimo wielkości biura – w samej Kopenhadze pracuje ok. 200 osób – czuje się kameralny klimat, a organizacja pracy (i odpoczynku!) sprzyja bliskim relacjom z zespołem. Jak to bywa w podobnych firmach, przyjęty jest horyzontalny system zarządzania, tzn. wszyscy mają coś do powiedzenia – i kierujący projektem, i stażyści. Co piątek organizowane są biurowe imprezy i przyznam, że rozluźnioną atmosferę czuje się od samego rana – więcej ruchu, więcej rozmów i zdecydowanie więcej śmiechu niż w zwykły dzień.

 

01

Biuro znajduje się w samym centrum miasta, w budynku dawnego domu towarowego, gdzie na górze jest pracownia, a poniżej fitness i supermarket. Miejsca pracy zajmują dwie kondygnacje z atrium, a powyżej zlokalizowana jest kantyna z kuchnią oraz taras. Idealnie, żeby wyskoczyć się przewietrzyć albo poopalać twarz słońcem, a nie tylko światłem monitora. Atmosfera jest bardzo nieformalna – dominują raczej trampki niż krawaty, a do pracy, jak to w Kopenhadze, dojeżdża się rowerem.

03

Wszędzie stoją misy ze świeżymi owocami, a o 12:00 wszyscy udają się piętro wyżej na lancz. Pracownia ma własnego kucharza i kilka zasad, m.in. taką, że jedzenia się nie marnuje. Z reguły resztki lądują  następnego dnia w… ‚creative salads’.  Kuchnia to zdecydowanie jedno z najważniejszych miejsc w pracowni architektonicznej. Pamiętam, że pierwszą rzeczą, którą zaprezentowano mi w Heneghan Peng po udanym interview była nie makieciarnia, nie biblioteka, ale ogromny, włoski ekspres do kawy – centrum życia pracowni. Żartowaliśmy sobie czasem, że dzięki codziennym ćwiczeniom w przygotowywaniu espresso i spienianiu mleka w razie kryzysu zawsze będziemy mogli znaleźć pracę jako bariści.

W Henning Larsen nie zakładają kryzysu – kawa jest na przycisk:)

[Fot. Monika Arczyńska]

 

Idealny balans

balans idealny_male

Ach, co to był za urlop! Wszystkiego było w sam raz. Słońca i chmur, grillowanych świńskich uszu i ośmiorniczek (od dnia powrotu jestem na diecie), boskiego romanizmu i piekielnego pomo. Mieliśmy i święty spokój, i szansę na zobaczenie prawdziwej orgii. W Pontevedrze trafiliśmy na wekeend corridy i chociaż młodzież raczej potępia obecnie zabijanie byków, okołocorridowe tradycje są kultywowane, m.in. tzw. Botellón. Przepis jest prosty: należy zebrać grupę znajomych, założyć identyczne koszulki (najlepiej z jakimś śmiesznym rysunkiem i listą uczestników – to pewnie na wypadek zgubienia), kupić w supermarkecie wielką plastikową butlę z kolorowym napojem, dolać do niej jakiś tani alkohol i od rana popijać tę lepką mieszankę. Najlepiej na jakimś placu albo schodach przed kościołem. Zaczyna się niewinnie, ale wieczorem kompletnie pijany tłum w różnokolorowych koszulkach zajmuje całe centrum śpiewając, krzycząc, sikając i rzygając gdzie popadnie oraz migdaląc się w bramach. Tego dnia policja nie wchodzi nawet do centrum, może bardziej ze strachu niż ze zrozumienia dla tradycji.

Pewnie również dla równowagi w bezproblemowo przebiegającej podróży mieliśmy też kilka małych wtop. Na przykład jedyny dzień zaplanowany na plażowanie okazał się najzimniejszym i najbardziej deszczowym momentem wyjazdu. Z kolei w Santiago de Compostela, gdzie czekałam na dziesięciopunktowy „efekt wow” na widok fasady katedry, okazało się, że calusieńki front przykryty jest rusztowaniami. Co za szczęście, że nie szłam tam pieszo kilkaset kilometrów… Ale to wszystko drobiazgi – ważne, że udało nam się przez całe dwa tygodnie nie myśleć o pracy i obowiązkach. Ale od architektury nie dało się uciec, zwłaszcza, że po drodze mieliśmy do zobaczenia realizacje Calatravy czy Eisenmanna (na zdjęciu). Oj, będę się pastwić na blogu!

[Fot. Łukasz Pancewicz]

Wkrótce urlop!

hiszpania 02

Już niedługo spakuję do walizeczki na kółkach wysłużony przewodnik Pascala, mapki z zaznaczonymi miejscami, w których stołują się lokalsi i kilka letnich kiecek. Czuję, że już dawno tak bardzo nie zasługiwałam na odpoczynek. Pomysłów na wyjazd mieliśmy mnóstwo – zamarzyły nam się odległe, egzotyczne miejsca, ale nie mieliśmy siły na planowanie. Przez chwilę nawet rozważaliśmy staycation i wylegiwanie się na trójmiejskich plażach oraz wycieczki rowerowe po okolicy, bo nigdy nie mamy na to dość czasu. Ostatecznie doszliśmy do wniosku, że wyjazd to jedyna możliwość, żebyśmy oderwali się od komputerów.

Przejrzałam ofertę tanich linii i padło na kontynuację trasy sprzed roku – północ Hiszpanii. Lądujemy w Madrycie, jak rok temu, ale potem trasa biegnie nie na północny wschód, ale zachód, przez Segowię, Salamankę, Leon, Oviedo, Gijon, Lugo, Santiago de Compostela i Pontevedrę. Oczywiście wszystko transportem publicznym – nigdzie nie odpoczywam tak dobrze, jak w autobusach ALSA. Plażowo będzie może przez chwilę, ale w sumie to żadna strata, bo to nie jest najbardziej słoneczny rejon Hiszpanii. W czasie deszczu, a pada tam często, będziemy skakać między cukierniami i barami. Tego nie mogę doczekać się równie mocno, jak zwiedzania.

Znów będziemy oglądać trochę współczesnej architektury. Ubiegłoroczny wyjazd zdominowali Gehry, Moneo, Hadid i Nieto Sobejano, a teraz najbardziej nie mogę się doczekać realizacji Mansilla + Tuñón. Niemeyera w Aviles sobie odpuścimy, skoczymy za to zobaczyć dziwacznego Calatravę w Oviedo. Jeśli możecie podpowiedzieć jeszcze inne realizacje, będę bardzo wdzięczna.

hiszpania 05

Za każdym razem podczas wakacji zastanawiam się, jak by tu sobie przeorganizować życie (zawodowe przede wszystkim), żeby móc wynająć jakieś mieszkanie w pięknym, ciepłym miejscu, poza sezonem, więc za grosze i tam na miejscu pisać swoje dyrdymały i dłubać projekty, korzystając przy okazji z bogactwa świeżych ryb i soczystych owoców. I wina, jak mogłam zapomnieć o winie. Na razie mam za dużo obowiązków na miejscu, ale może to pomysł na emeryturę?

Jeśli nie będę się odzywać, odpowiadać na maile, wiadomości, telefony i smsy, proszę mnie nie ścigać. Odpoczywam:)

[Fot. Łukasz Pancewicz/Monika Arczyńska – tak było rok temu]

ArchiteK(t)URA

sebr01

To nie żart. Zgodnie z zapowiedzią spędziłam sobotę na wystawie… kur ozdobnych. Gdyby ktoś zastanawiał się, co kury mają wspólnego z architekturą, zapewniam, że sporo i przypuszczam, że każdy projektant byłby w stanie znaleźć dla siebie kurzą inspirację. Co za bogactwo form, barw, proporcji i wzorów! Także dźwięków, bo zaprezentowane rasy kur (albo raczej kogutów) śpiewających wydobywały z gardeł operowe tony. Patronat nad wystawą objęła m.in. Ambasada Japonii i sporą część klatek zajmowały kury z Dalekiego Wschodu. Japończycy są wielkimi fanami tych ptaków i każda z sześciu faz piania ma specjalną nazwę. Cóż, i architektura, i muzyka opierają się na harmonii.

silka

Silka, ale jedwabista, a nie silikatowa

twarz

Kurza twarz!

Zaprezentowano m.in. czubatki, które pierzastą kulą na głowie przypominają Wielkiego Ptaka z ulicy Sezamkowej. Pojawiły się też kury o tak zdeformowanych grzebieniach, że wyglądają, jakby miały na wierzchu czerwony mózg. Były również ptaki w kształcie idealnej, puszystej kuli, z „hatchbackiem” zamiast typowego ogonowego „sedana”.

mozg

Kurzy móżdżek;)

panterka

Kura w panterkę

Całe to gdakająco-piejące towarzystwo robiło piorunujące wrażenie, ale architektom z reguły najbardziej wpadają w oko czarno-białe, graficzne kompozycje. Miałam nadzieję, że po raz pierwszy zobaczę na żywo sebrytki. Ta rasa występuje w kilku wersjach kolorystycznych, ale zawsze najbardziej podobały mi się białe z czarnymi obwódkami piór. Niestety, sebrytek nie było, ale widziałam kurę i koguta o bardzo podobnym upierzeniu, ale zupełnie innych proporcjach.

czubatka

Czarna kura z białym afro

samograj

Czarny, biały i czerwone akcenty – niby banał kolorystyczny, ale jaki efektowny

sebr02

Prawie jak sebrytki

Największym odkryciem okazała się rasa Ayam Cemani. To najbardziej architektoniczna z kur, w jedynym słusznym kolorze – dzięki nietypowej pigmentacji jest całkowicie czarna. Nie dość, że ma czarne pierze, łapy, dziób i grzebień, ale także mięso. Patrzy się na nią jak przez photoshopowy filtr. Poza tym ma przepiękny, smukły kształt – spójrzcie tylko na rzut, przepraszam, zdjęcie z góry. Z uwagi na cenę podobno nazywa się ją „lamborghini kurników”, chociaż kolor sugerowałby raczej forda T.

Kura w sam raz dla architekta, prawda?

trojkatbw02bw01

[Fot. Monika Arczyńska]

Geologiczno-sejsmiczno-urbanistycznie

img_1841

To już pewnie pozostanie tradycją bloga, że wakacyjne opowieści powracają jeszcze przez kilka tygodni lub miesięcy po moim powrocie. Wracam z setkami zdjęć i wrażeń, a potem nagle okazuje się, że nie wystarcza czasu na opisanie wszystkiego. W archiwum niedokończonych postów mam teksty nawet sprzed dwóch lat – nie usuwam ich z nadzieją, że kiedyś do nich wrócę. Na przykład z postem o Muzeum Guggenheima w Bilbao wyskoczę pewnie przy okazji urodzin Gehry’ego albo serii o najgorszych budynkach świata, ale póki co czeka sobie grzecznie na moment, kiedy będę w wyjątkowo złośliwym nastroju.

Na razie nie zapowiadają się żadne dalekie wyjazdy, a ponieważ majówkę spędzę pracowicie w Gdańsku, wspominam więc ostatnią dłuższą podróż, z przełomu roku. Oprócz Bari spędziliśmy nieco czasu w Lecce i to była zdecydowanie największa niespodzianka wyjazdu. Nie miałam pojęcia, że jest tam aż tak pięknie – całe barokowe miasto zbudowane jest z kamienia, a kościoły to już absolutne mistrzostwo świata. Jakby tego wszystkiego było mało, na głównym placu znajduje się kawał rzymskiego amfiteatru, a na pozostałości z tego okresu można natknąć się w dość niespodziewanych miejscach – np. w najbardziej zasikanych zaułkach. Ponieważ układ ulic jest nieregularny, a ich nawierzchnia wyłożona jest kamieniem bez rozróżnienia na chodniki i jezdnie, kwartały zabudowy o wielokątnych rzutach sprawiają wrażenie bloków skalnych, które wypiętrzyły się  w wyniku jakiegoś dziwnego geologicznego procesu. Dziwnego, bo na tę samą wysokość, w tym samym czasie, z podobnymi barokowymi detalami. Może na Półwyspie Apenińskim po prostu już tak jest geologiczno-sejsmiczno-urbanistycznie: albo wybucha tam jakiś Wezuwiusz pogrążając całe miasto pod wulkanicznym popiołem, albo wypiętrzają się barokowe kwartały.

Samo centrum sprawia dość turystyczne wrażenie pomimo niewielkiej liczby przyjezdnych zimą. Kościoły otwierają się w mało intuicyjnych godzinach, więc kończy się na spacerowaniu, przystawaniu, spacerowaniu, przystawaniu… Na szczęście miasto obfituje w bary, więc można równie często przystawać na espresso lub avernę, aby dojść do siebie po kolejnej zbyt dużej dawce piękna.

img_1869

Basilica di Santa Croce – to jedno z tych miejsc, w których nasz najostrzejszy wykładowca historii architektury szepnąłby: „Ekstaza, ekstaza…”
img_1958
Piazza Sant’Oronzo…
img_1964

…a na nim rzymski amfiteatr. Z litości nie pokazuję zaaranżowanej na dole szopki bożonarodzeniowej, bo takiego kiczu nie spotyka się na co dzień:)

Lecce jest dość małe, więc po powrocie do Bari czułam się potwornie niewyspacerowana i zmusiłam mojego osobistego urbanistę do pokonania sporej trasy wzdłuż wybrzeża. Ku jego rozpaczy okazało się, że tam z kolei wypiętrzyły się nie barokowe kwartały, ale paskudne przemysłowe budynki i zamiast iść plażą, spacerowaliśmy głównie po asfalcie. Industrialne cierpienia wynagrodziły nam jednak sympatyczne nadmorskie miasteczka: Monopoli i Polignano da Mare. Zwłaszcza Polignano wpadło nam w oko – co prawda nie udało nam się zajrzeć do restauracji w grocie z widokiem na morze, która stanowi tam największą atrakcję turystyczną (rozbudowa), za to na szczęście jedna z niewielu otwartych knajp okazała się barem z rybami i owocami morza. Wcinając tatar z tuńczyka zastanawialiśmy się, czy przypadkiem nie bawimy się równie dobrze, jak Amerykanie i Japończycy, którzy z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem rezerwują piekielnie drogie kolacje we wspomnianej grocie. Na pewno było mniej romantycznie, ale powiedzmy sobie szczerze: trasa przez nadmorskie obszary przemysłowe to też nie jest najbardziej nastrojowy spacer.

img_2142

Port rybacki w Monopoli

img_2171

Ulica w Polignano da Mare – cała nadmorska część miasteczka to podobne, niewielkie kwartały w ortogonalnym układzie

Dość już tych wspomnień, bo na myśl o długim weekendzie przed komputerem zaczyna mi się robić niedobrze. Życzę Wam nadzwyczajnie udanej majówki (i niech w końcu zacznie się wiosna z prawdziwego zdarzenia!)

[fot. Monika Arczyńska]

Co w Łodzi wychodzi

WP_20170408_11_33_22_Pro

Po wielkanocnej komputerowo-internetowej abstynencji zabrałam się w końcu za nadrabianie blogowych zaległości. Ta abstynencja ciągnie się kolejny weekend pod rząd – ostatnio co tydzień gdzieś wyjeżdżamy. Poprzednią sobotę i niedzielę spędziliśmy w ulubionej Łodzi na urodzinowej imprezie-niespodziance i spacerowaniu po mieście z częstymi przerywnikami na – jak to w Łodzi – „procentowe” postoje.

To już nie jest to samo miasto, co kiedyś. To nawet nie jest to samo miasto, co rok czy pół roku temu. Takiego tempa zmian na plus nie widziałam jeszcze nigdzie i wychodzi to Łodzi nadzwyczajnie. Po naprawdę kiepskim momencie miasto energicznie odbiło się od dna. Najpierw zrobiło się nieco berlińsko, czyli biednie, ale sexy, a teraz nareszcie są pieniądze, żeby działać porządnie. Nie ma nic gorszego niż naprawianie miasta poprzez prowizorki albo na zasadzie, że lepiej zrobić coś tanio, ale kiepsko, niż wcale.

Już trasa z Kaliskiej do centrum jest pozytywnym zaskoczeniem. Na Starym Polesiu co kawałek pojawia się na zadbany, obsadzony zielenią skwer (projekt „Zielone Polesie”), a w kilku miejscach albo już stoi nowa zabudowa, albo właśnie trwa realizacja nowych biurowców i mieszkań. Działalność deweloperska w łódzkim śródmieściu to nowość – dotychczas oferta mieszkaniowa istniała wyłącznie dla miłośników historycznych kamienic lub peerelowskich bloków. Jedne i drugie poddawane są zresztą teraz remontom. W końcu i w Łodzi na wiosnę pojawiły się rusztowania, chociaż do niedawna można je było zobaczyć głównie na elewacjach miejskich budynków, opatrzone znakiem akcji MIA100 Kamienic.

WP_20170408_13_05_54_Pro

Nawet Kościuszko z Placu Wolności doczekał się remontu

Centrum dogęszczane jest nie tylko nową zabudową mieszkaniową, ale i usługami. Pamiętam, jak podczas wcześniejszych wizyt zaskoczyło mnie, że w przeciwieństwie do większości polskich miast, gdzie spożywcze dyskonty znajdują się niemal na każdym rogu, w Łodzi mieszkańcy śródmieścia skazani są na żabki, a warzywniaków jest jak na lekarstwo. Tak, wiem, biedronki i lidle zabijają brutalnie drobny lokalny handel, ale po pierwsze ceny w osiedlowych sklepikach przekraczają możliwości finansowe emerytów, których w centrum mieszka mnóstwo, a innych mieszkańców zmusza do korzystania z samochodów. Dlatego ucieszył mnie m.in. nowy śródmiejski lidl, do którego można podskoczyć z wózeczkiem na zakupy.

Kolejny woonerf – łódzka specjalność – właśnie się buduje. Tym razem na ul. Zacisze. To pierwszy „prawdziwy” woonerf, czyli dla mieszkańców, zgodnie z pierwotną ideą tego holenderskiego wynalazku. Ten typ zagospodarowania ulicy kojarzy się u nas nieco inaczej, bo ze śródmiejską przestrzenią publiczną z knajpami i stolikami lokali gastronomicznych. Na Zaciszu będą miejsca postojowe, ławki, zachowane drzewa i zieleńce.

^B371BD72506B017EAE886FAE927E201D75CD2A0D1FBAE77F8C^pimgpsh_fullsize_distr

Woonerf na ul. Zacisze

Pierwszy raz miałam też okazję zobaczyć Łódź Fabryczną i to jedyne miejsce, w którym co chwilę wybuchałam złośliwym chichotem. Rozumiem, że dopiero po zbudowaniu tunelu i rozpoczęciu przyjmowania wszystkich przejeżdżających przez Łódź pociągów ta inwestycja zacznie mieć sens, ale skala założenia jest tak przegięta, że nawet gdyby miasto miało stać się globalną metropolią, na dworcu i tak będą pustki, bo tych ogromnych kubatur nie da się chyba zapełnić ludźmi. Chyba, że zaczną pełnić inne, dodatkowe funkcje – wyobrażam go sobie jako olbrzymią halę targową albo… oceanarium. Obiekt przypomina ogromną płaszczkę, więc mógłby stanowić wyjątkowo megalomański przykład architektury parlante. Na razie to przestrzeń, którą trzeba non stop obsługiwać za spore pieniądze – sprzątać, ogrzewać, wentylować.

SPRZATANIE

Ale największe zaskoczenie (i załamanie) to tylne wyjście, zawalone estakadami, betonem, asfaltem i samochodami. Co gorsza, ciężko się stamtąd wydostać inaczej niż taksówką. Próbowaliśmy intuicyjnie szukać drogi dla pieszych, ale albo wychodziliśmy w ślepe narożniki, albo… kończył się chodnik. W końcu znaleźliśmy wąski tunelik, który wyprowadził nas z tego infrastrukturalnego szaleństwa.

^6DD13822EEC73A2DBE2435C043C861922CAE25618B63840DA6^pimgpsh_fullsize_distr

Tak na lewo od wyjścia…

WP_20170408_12_03_00_Pro

…tak na prawo.

WP_20170408_12_05_03_Pro

Potem kończy się chodnik…

 

WP_20170408_12_06_40_Pro

..a wyjść można tylko ukrytym, wąskim i wilgotnym tunelikiem…

smiechnasalibw

…na którego widok nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać.

Aby odetchnąć, popędziliśmy od razu w kierunku pobliskiej ul. Tramwajowej, aby sprawdzić, czy nadal można tam zobaczyć kury (słyszeliśmy od znajomych). Ba, nie dość, że trzy kury, to jeszcze koguta. Całe to drobiowe towarzystwo pasło się luzem między samochodami i wyglądało na zadowolone.

WP_20170408_12_13_56_Pro

Na szczęście słynne kury z Tramwajowej wynagradzają tę infrastrukturalną traumę.

My też wyglądaliśmy na zadowolonych i to przez cały weekend. Pewne sprawy w Łodzi są na szczęście niezmienne – wspaniali łodzianie i intensywne życie nocne. Dla jednego i drugiego warto tam wpadać jak najczęściej i nie mogę się doczekać, aż będzie można dojechać pociągiem do Fabrycznej. Trzeba w końcu zapełnić tę pustkę!

[Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz]

 

Grafton Architects czyli klops, wino i poezja

img_1594

Podczas otwarcia ubiegłorocznego weneckiego biennale catering słabo dopisał. To pewnie wpływ kuratora – Alejandro Araveny – narzucił rezygnację z tradycyjnie lejących się hektolitrów prosecco i ton zakąsek. Niby nie po to się przyjeżdża, ale dwa dni bezustannego odwiedzania wystaw i pawilonów jest tak męczące, że trzeba je przerywać podładowaniem baterii kawą (na szczęście dostępną prawie wszędzie), jedzeniem oraz alkoholem i tę potrzebę zwykle idealnie spełniają otwarcia pawilonów. Tym bardziej, że szkoda czasu, żeby zatrzymywać się na dłużej w niemiłosiernie zapełnionych restauracjach. Tym razem – klops. Co ja piszę, żadnych klopsów nawet nie było. Dlatego z wielką ulgą zauważyliśmy, że wystawa krajów afrykańskich wyłamała się i serwowano tam nie tylko całkiem sympatycznie wyglądający finger food, ale i wino! Zachowaliśmy się potwornie stereotypowo – Polacy i alkohol to przecież nierozłączna para – ale na kogo trafiliśmy przy tym cudownym winopoju? Oczywiście na Irlandczyków, którzy zachowali się równie przewidywalnie jak my. Pogadaliśmy chwilę ze znajomymi chłopakami z Grafton Architects, zamieniliśmy parę słów z Yvonne Farrell i ruszyliśmy zwiedzać dalej.

img_1564

Przedwczoraj ogłoszono, że Shelley McNamara i Yvonne Farrell z Grafton Architects będą kuratorkami przyszłorocznego Biennale. Cieszę się ogromnie, bo nie dość, że to absolutnie wspaniałe projektantki, to na dodatek Irlandki, kobiety, no i równe babki, które zamiast prowadzić dyskusje z innymi starchitektami, idą na darmowe wino z własnym zespołem.

img_1584

Zdaję sobie sprawę, że irlandzka architektura jest w Polsce nieco egzotyczna i takie biura jak Grafton, O’Donnell+Tuomey czy nasze niewiele mówią. Za to świat zerka w stronę Dublina ze sporym zainteresowaniem. Z kimś, kto urodził się w surowym irlandzkim krajobrazie, zostają do końca życia szorstkie faktury, deszcz, który zmienia kolor i połysk kamienia, kontrasty między czarnymi skałami a białą morską pianą i najpiękniejsze światło świata. Stąd irlandzka architektura jest dość „rzemieślnicza” – dużo tam drewna, cegły, surowego betonu, kamienia i ręcznie wykonywanych elementów. Jeśli pojawiają się wyrafinowane technicznie elementy, to nigdy wyzywająco high-techowe, ale raczej popychające materiały budowlane do granic ich właściwości – zadziwiająco lekkie przeszklenia albo niestandardowo użyty kamień. I chyba trzeba również urodzić się Irlandką lub  Irlandczykiem, żeby wpleść w projekty trochę poezji. To gra ciepła i chłodu, światła i cienia, dźwięku i ciszy – tak jest także w projektach Grafton. Solstice Arts Centre w Navan, gdzie niezwiązana z architekturą znajoma pytała, czy „te betonowe ściany będa kiedyś pomalowane”? Za każdym razem odwiedzając okolice Merrion Square zachwycałam się kamienną fasadą w Department of Finance, a używając skrótu przez Trinity College w centrum Dublina, wychodziłam ulubioną furtką przy rozbudowie Mechanical & Manufacturing Engineering Department. Jednak to nie irlandzkie realizacje Graftonek, jak je zwykle pieszczotliwie nazywam, zrobiły na mnie największe wrażenie. To budynek Uniwersytetu Bocconi w Mediolanie. Został ukończony w momencie, kiedy dopiero zaczynał się kryzys, więc nie szczędzono na niego euro, ale ogromny budżet został wydany na kawał świetnej architektury. Bocconi został ogłoszony najlepszym budynkiem roku na World Architecture Festival, znalazł się w finale Miesa i zdobył wiele innych nagród. Odwiedziłam go przy okazji wizyty na EXPO w 2015 roku i muszę przyznać, że chociaż podejrzewałam wcześniej ostre fotoszopowanie prasowych zdjęć, budynek jest jeszcze bardziej niesamowity na żywo niż na fotografiach. Akurat był weekend i w dodatku odbywał się tam remont, więc nie wszędzie udało mi się wejść, ale polizanie przez szyby absolutnie przepięknych wnętrz wystarczyło, żeby wpisać ten obiekt na moją prywatną superlistę. Czy muszę dodawać, że równolegle pstrykała zdjęcia cała pielgrzymka architektów?

Wypijmy więc za następne biennale! Najlepiej guinessem, irlandzką whiskey albo.. darmowym winem:)

IMG_1545.jpg

Jak można nie dopuszczać ludzi do TAKIEJ fasady???

img_1617

I jeszcze przykrywać ją rusztowaniami?

img_1558

Na szczęście można było zobaczyć jedno z bezdyskusyjnie najpiękniejszych przeszkleń na świecie

[Fot. Łukasz Pancewicz, Monika Arczyńska – wszystkie zdjęcia z Bocconi]

Św. Mikołaj

Nie, nie będzie ani o świętach, ani o prezentach, ani o reniferach. Będzie o kościele św. Mikołaja, położonym w niemieckim Anklam, blisko granicy, bo nieco ponad godzinę pociągiem ze Szczecina. Kościół został poważnie zniszczony w czasie wojny i przez wiele lat czekał na lepsze czasy bez sklepień, dachu i szczytu wieży. Kilka lat temu doczekał się nowego dachu, a obecnie pracujemy nad propozycją zorganizowania w środku muzeum Otto Lilienthala, stworzenia punktu widokowego na wieży oraz budowy informacji turystycznej. To projekt, którym zajmuję się obecnie najbardziej intensywnie i parę dni w ubiegłym tygodniu spędziłam w Anklam i w Berlinie. Lubię Berlin (w końcu ma sześć liter, podobnie zresztą jak Anklam:) i zdecydowanie bywam tam rzadziej, niż bym chciała. Dlatego cieszy mnie rozpoczęcie współpracy z niemieckim oddziałem naszego biura.

Skoczyłam zobaczyć kościół oraz spotkać się z projektantami wystawy. To beier + wellach, którzy mają biuro w berlińskim Taut Haus. Tak wyposażonej modelarni nie widziałam już dawno w żadnej pracowni – wykonywane są tam nie tylko makiety wystaw, ale i prototypy ich elementów. Wśród mnóstwa dziwnych przedmiotów najbardziej rozbawiły mnie figurki zwierząt w odpowiedniej skali z projektu zoologicznej ekspozycji:)

img_2300

Widok na kościół z rynku (po prawej historyzująca architektura, którą zastępowane są powojenne bloki)

Anklam było lokowane w XIII wieku na prawie lubeckim i stanowiło kiedyś ważny hanzeatycki ośrodek. Obecnie to nieco zapomniane, senne miasteczko. Wygląda jak typowe pomorskie miejscowości: kwadratowy rynek, rzeka, ciężki ceglany gotyk, regularny układ zabudowy z nieregularnym obrysem. Trochę przypominało mi Chełmno – ma zbliżoną wielkość i liczbę mieszkańców, ale przetrwało tu zdecydowanie mniej oryginalnej zabudowy i nie ma tam wzgórz, dzięki którym Chełmno należy do najbardziej malowniczych miasteczek w Polsce.

img_2357

Repliki latających machin

Kościół robi wrażenie. Jest ogromny, przyciężkawy i świetnie prezentuje się w nieco „ruinistycznej” wersji – brak sklepień sprawia, że wnętrze jest znacznie wyższe niż w oryginalnej wersji. Pod dachem podwieszone są repliki latających machin Otto Lilienthala i innych pionierów lotnictwa, w tym balony, szybowce i dwupłatowce. Muzeum ma przedstawiać drogę od piewszych eksperymentów związanych ze wznoszeniem się w powietrze (od Ikara – stąd nazwa instytucji – IKAREUM), aż do współczesnych wynalazków i technologii. Można wejść na wieżę i rozpościerają się stamtąd naprawdę piękne widoki, zwłaszcza w słoneczny, zimowy dzień. Wyobrażam już sobie, jak niesamowicie będzie je oglądać ze znacznie większej wysokości!

img_2328

Widok z wieży na rynek

img_2349

Widok na okolice Anklam

Jest tylko jedna kwestia, która wzbudza moje obawy: język. Dla moskiewskiego projektu musiałam podszlifować solidnie rosyjski. Tym razem przydałby mi się niemiecki – mimo że uczyłam się go w szkole, nigdy nie miałam okazji go używać. Na spotkaniach (niestety, nie wszystkie udaje się prowadzić po angielsku) rozumiem piąte przez dziesiąte, ale mam nadzieję, że co nieco będzie mi się przypominać w trakcie projektu. Na kolejny kurs językowy niestety nie znajdę w tym roku czasu.

Uff, jak dobrze, że istnieje Google Translator…

[Fot. Monika Arczyńska]

Na Południu bez zmian

img_1795

Aby spełnić noworoczne postanowienie życiowo-zawodowej równowagi, zaczęliśmy od urlopu. Ponieważ między Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem wiele biur jest zamkniętych, więc nasza nieobecność nie narobi nam żadnych nieprzyjemnych zaległości, z reguły pakujemy się i zmykamy gdzieś w cieplejszym kierunku.

Wspominałam już kiedyś o pewnej Włoszce z Bari, która słusznie przekonywała mnie kiedyś, że prawdziwe Włochy to tylko południe, a nie bogate i wylizane północne miasta. Odwiedziliśmy właśnie jej rodzinne miasto i wygląda na to, że im dalej na południe, tym bardziej interesująco. Prowizorki są tam trwalsze, ulice brudniejsze (kocham brudne ulice!), ludzie mniej zmanierowani, a życie przenosi się z domów w przestrzeń publiczną. W podobnych miejscach często czuję się jak w arabskich miastach. Nie tylko z uwagi na gęstą, przypominającą labitynt zabudowę, ale także tradycję, która kobietom każe pilnować domowego ogniska, a facetów magiczną magnetyczną siłą z tych domów wyprowadza i każe im sączyć z kolegami herbatę (w krajach arabskich) albo piwko (w pozostałych).

img_1677

Stare miasto sprawia wrażenie, jakby nic nie zmieniło się tam od co najmniej dwustu lat. No dobra, niezupełnie „nic” – wprowadzono elektryczność i inne podobne wynalazki, plastik zdominował uliczny krajobraz, a zamiast osłów czy mułów pojawiły się skutery. Podobnie jak w Neapolu, w najstarszej części Bari w parterach znajdują się mieszkania z przeszklonymi drzwiami otwierającymi sie bezpośrednio na ulicę. Każde z nich ma białą wyszywaną firankę dla zapewnienia odrobiny prywatności, a przed niektórymi drzwiami stoją siatki z suszącym się makaronem orechiette. Podobno kiedy jest cieplej, gospodynie przygotowują go na ulicy i to nie jest żadna turystyczna ściema.

img_1638

Środek najstarszej części miasta – zamiast turystycznych atrakcji sklep z AGD i chemią

img_1693

Samochody nie mają szans!

img_1696

Plac zabaw – wygląda smutno, ale ma widok na morze:)

Za to nowsza część miasta z kwadratowymi kwartałami przypomina w skali Barcelonę, brakuje tylko ściętych narożników, jak w Eixample. W parterach królują sklepy i kawiarnie, wyżej znajdują się mieszkania – każde z nich, oprócz niektórych starszych budynków – posiada balkon lub taras. Ruch jest spory (niestety, śmierdzi spalinami), ale piesi mogą czuć się bezpiecznie. Samochody jeżdżą wolno, za to parkują dosłownie wszędzie – również na pasach. Jak to we Włoszech, dominują niewielkie, czyli łatwe do zaparkowania, ekonomiczne i niemiłosiernie poobijane auta.

img_1707

Ortogonalny układ ulic w nowszej części miasta

img_2207

Typowy sposób parkowania

img_1798

Warsztaty samochodowe znajdują się nawet w samym śródmieściu

Przyjechaliśmy już po świętach, więc bożonarodzeniową atmosferę czuliśmy głównie dzięki iluminacji. Sylwestrowa noc okazała się dość dynamiczna. Dominowały „domówki” – przez całe miasto zasuwały grupy obładowane tacami z jedzeniem i z brzęczącymi torbami, a z okien dobiegała głośna muzyka. W najstarszej części miasta na ulicach powystawiano grille. Pomimo zakazu puszczania fajerwerków było je słychać i widać w wielu miejscach. Główną miejską imprezę zasiliły włoskie gwiazdy, o których nigdy wcześniej nie słyszeliśmy, ale rozpaliły tłum, śpiewający z pamięci wszystkie refreny. O północy załapaliśmy się na wino musujące w plastikowych kubeczkach od bawiącej się obok grupy i ten sylwestrowy wieczór na pozór był idealny. Po berlińskich wydarzeniach dał się jednak odczuć pewien niepokój, wmocniony betonowymi blokami zastawiającymi wjazd na teren imprezy oraz wszechobecnymi carabinieri i  punktami pomocy medycznej.

Tak już będzie zawsze?

img_1790

Lodowisko i palmy czyli zima w tropikach:)

img_2081

Palmy rosną wdłuż najbardziej reprezentacyjnych ulic miasta

img_2075

A na głównym placu stoi wielka, rozświetlona choinka

W następnym urlopowym odcinku – Lecce (i znów żadnej współczesnej architektury!).

[Fot. Monika Arczyńska]

Żegnaj, 2016

Adria_male.jpg

Żegnaj, 2016,  nie będę za Tobą tęsknić. Wiem, że nie tylko ja z ulgą mówię ci „do widzenia”. Zbyt wiele niedobrych rzeczy wydarzyło się na świecie i ze zbyt dużą niepewnością zaczynamy 2017.

To był dla mnie wyjątkowo trudny rok. Trudniejszy niż kończenie doktoratu równolegle z pracą. Trudniejszy niż przeprowadzki między krajami i trudniejszy nawet niż kolejne lata rozłąki z moim osobistym urbanistą. Zawodowo wszystko wygląda świetnie – wkrótce premiera naszej strony internetowej, mamy więcej zleceń niż jesteśmy w stanie zrealizować bez zarywania nocy i weekendów. Niedługo zostanie wydana nasza pierwsza książka – podręcznik planowania. Studenci znów dali czadu i zrobili świetne – i wykorzystane przez urząd miasta! – opracowanie na temat Długiej i Długiego Targu w Gdańsku. OSSA również wypadła fantastycznie. Za mną kolejne etapy współpracy z powstającym w Gdańsku Muzeum Sztuki Współczesnej oraz z Heneghan Peng. Dublińskie biuro zaliczyło wyjątkowy rok – w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy ukończylismy niemal tyle budynków, ile od momentu powstania pracowni w 2001 roku. To tłumaczy, dlaczego w biurze panuje nieco grobowa atmosfera i nawet świąteczna impreza skończyła się nadzwyczaj wcześnie – wszyscy sa okrutnie zmęczeni. Dla mnie najważniejsze były oczywiście te projekty, przy których pracowałam, czyli akademiki w Maynooth, przebudowa Galerii Narodowej w Dublinie oraz Muzeum Palestyny. Jego otwarcie to zdecydowanie najważniejsze wydarzenie architektoniczne roku, w jakim miałam okazję uczestniczyć, ważniejsze niż weneckie biennale czy triennale w Oslo (moje relacje z obu w bieżącym i kolejnym numerze Architektury-Murator). Dużą część roku zajęła mi praca nad Wielkim Muzeum Egipskim w Kairze oraz Narodowym Centrum Sztuki Współczesnej w Moskwie, ale to tak specyficzne i ogromne przedsięwzięcia, że ich opisywanie byłoby raczej opowieścią o polityce, a nie architekturze. A polityki mam w tym roku zdecydowanie dość. Cieszy mnie więc nowy projekt i sympatyczna zmiana skali – niemieckie Anklam, gdzie we wnętrzach gotyckiego kościoła św. Mikołaja projektujemy muzeum Otto Lilienthala, jednego z pionierów lotnictwa.

Staram się regularnie publikować na blogu, chociaż z uwagi na nadmiar pracy i częstotliwość wyjazdów miałam mniej czasu na komentowanie bieżących wydarzeń. Blog to taki mój ekwiwalent mówienia do ludzi. Bo jeśli podsumowanie poprzedniego roku miało hasło przewodnie „ludzie”, teraz powinnam raczej napisać, że „chcę do ludzi”. Życie towarzyskie, które wcześniej kwitło, nagle zniknęło. Kiedy ktoś kiwa głową ze współczuciem „Oj, musi Ci być ciężko pracować na dwa etaty”, zaczynam się gorzko śmiać, bo chciałabym, żeby to były tylko dwa. Nie co roku trafiam do szpitala i nie co roku do szpitala trafia mój osobisty urbanista. Nie co roku robię ciągnące się miesiącami generalne remonty. Nie co roku brakuje mi czasu i energii, żeby zrobić coś, co nie będzie związane z pracą. I chociaż powinnam być zadowolona, że wyszłam z tego wszystkiego zwycięsko, zmęczenie przesłania satysfakcję.

Dlatego na 2017 rzucam hasło: „równowaga”.

[Fot. Łukasz Pancewicz]

 

Historia lubi się powtarzać

img_1555

Historia lubi się powtarzać. Dokładnie rok temu, podobnie jak teraz, byłam w Dublinie na świątecznej imprezie i wpadłam przy okazji na budowę Galerii Narodowej.  Wówczas spotkałam się z dziennikarką DETAIL Magazine w sprawie Giant’s Causeway Visitor Centre, a tym razem o projekcie zamierza pisać L’Architecture d’Aujourd’hui (nigdy nie nauczę się wymawiać nazwy tego czasopisma!). Rok temu zaraz po corocznej wizycie w Dublinie pędziłam na KOD-owską manifestację, a tym razem na gdańskim proteście pod siedzibą Sam-Wiesz-Jakiej partii pojawiłam się z walizką, prosto z podróży. Druga połowa grudnia zaczyna mi się powoli kojarzyć wcale nie z kupowaniem prezentów, ale z Irlandią, branżową prasą i politycznymi manifestacjami.

W przyszłym roku wizyta w Galerii Narodowej nie będzie już jednak wizytą na budowie. Prace właśnie się zakończyły i chociaż nie mogę jeszcze pokazać żadnych zdjęć (muszę poczekać do oficjalnego otwarcia – chodzi o to, aby nie zepsuć niespodzianki), zapewniam, że efekt jest powalający. Budynek nie przypomina już dawnej dusznej, zakurzonej galerii, w której sama zawsze pomijałam co najmniej dwie sale, bo komunikacja w budynku była prawdziwym labiryntem. Pomijałam je w sumie bez żalu, uciekając jak najszybciej z sal z niewystarczającą wymianą powietrza – nareszcie można tam swobodnie oddychać. Galeria nie straciła jednak swojego wiktoriańskiego uroku. Sprawdziła się zasada, że specjalistom warto zaufać: architekci zajmujący się konserwacją zabytków doradzili kolorystykę i wykończenia jak najbardziej zbliżone do oryginalnych. Nie ma tam uwielbianej przez współczesnych projektantów czystej, matowej bieli, ale złamane odcienie z lekkim połyskiem, które pięknie podkreślają detale wnętrz. Cieszę się, że udało mi się zobaczyć sale przez powieszeniem obrazów i ciekawa jestem, jaki będzie ostateczny efekt, gdy najbardziej wyraziste elementy wnętrz – ściany w soczystych wiktoriańskich kolorach – staną się tłem dla kolekcji.

Ale te zielenie, czerwienie i błękity są mało ważne. Drodzy Czytelnicy, życzę Wam spokojnych świąt. Spokoju nigdy za dużo, a żeby mogli go doświadczyć również mieszkańcy pewnego dalekiego miasta na sześć liter, przyjrzyjcie się, proszę, możliwości wsparcia Aleppo: PAH.

Niech ta historia nigdy się już nie powtórzy.

[Fot. Monika Arczyńska]

Bilbao

IMG_8305

Archdaily opublikowało wczoraj listę dziwnych przyzwyczajeń architektów. Do wielu się przyznaję, chociaż nie podzielam bezkrytycznej miłości do moleskine’ów i Bjarke Ingelsa. Jednak planowanie takich tras wakacyjnych podróży, aby zahaczyć o konkretne budynki, to coś, co robię zdecydowanie za często. A ponieważ z tęsknoty za słońcem przebijam się właśnie przez zdjęcia z letniego wyjazdu na północ Hiszpanii, przypomniał mi się jeden z głównych punktów podróży. Być w okolicach Bilbao i nie zobaczyć Muzeum Guggenheima to gorzej niż być w Rzymie i nie widzieć papieża. Papież może gdzieś akurat wyjechać, a muzeum od prawie 20 lat cierpliwie stoi, odwiedzane przez miliony ludzi.

Realizacja Gehry’ego zdecydowanie zasługuje na oddzielny post, ale muszę go napisać, kiedy będę w odpowiednio złośliwym nastroju. Ciekawsze wydaje mi się samo miasto, bo to miejsce, o którym przed realizacją falistego muzealnego potwora mało kto słyszał. Dzięki świetnemu marketingowi wyrobiło sobie taką turystyczną markę, że właśnie tam trafiliśmy na największą liczbę obcokrajowców spośród odwiedzanych po drodze miast (oprócz San Sebastian, ale to gracz w innej kategorii). Architektoniczny PR jest cały czas podpompowywany i eksploatowany. Już podczas meldowania się w hotelu dostaliśmy mapkę, na której recepcjonista zaczął zaznaczać największe atrakcje turystyczne. Wymieniał przy tym nazwiska – Gehry, Starck, Calatrava – jakby to było oczywiste, że albo wszyscy doskonale je znają, albo przyjeżdżają specjalnie dla realizacji tych projektantów (nie przyznaliśmy się, że jesteśmy architektami). Najbardziej zaintrygowała nas jednak część Bilbao, którą pan z recepcji energicznie zakreślił, napisał tam wielkimi literami ‚NO GO’ i kategorycznie zabronił nam się tam zapuszczać. Zapytaliśmy, czy to jakaś bardzo niebezpieczna dzielnica, z której nie wyjdziemy żywcem – trochę się zmieszał, bo jednak wizerunkowo mordownia nie pasowałaby do odpicowanego obrazu Bilbao. Mruknął pod nosem, że nie, że po prostu „trochę tam brudno i raczej nie mamy tam czego szukać”. Już wiedzieliśmy, od której dzielnicy zaczniemy zwiedzanie!

Okolice ulicy San Francisco faktycznie odbiegały nieco czystością od pozostałych części śródmieścia. W pobliżu znajduje się dworzec kolejowy, więc wcale mnie to nie zaskoczyło – to często najbardziej szemrane dzielnice w miastach. W zaniedbanych miejscach niskie czynsze przyciągają imigrantów i niebieskie ptaki. To bardzo wygodna lokalizacja – blisko centrum, z usługami w parterach i sklepików z egzotycznym jedzeniem. No dobra, momentami byłam jedyną kobietą na ulicy i to już zdecydowanie nie było komfortowe uczucie. Kontrast z odpicowanym centrum tuż po drugiej stronie rzeki był dość szokujący, ale najbardziej zaskoczyła mnie osmoza pomiędzy tymi dwoma światami. Rzeka stanowi barierę, która w jedną stronę przepuszcza turystów, w drugą – grupki żebraków lub młodzież popijającą procenty w wypieszczonej przestrzeni publicznej. Nie trzeba być szczególnie wrażliwym na wizualne niuanse, aby jednoznacznie określić, kto przynależy do którego z tych światów. Pomiędzy nimi śmigała jednak spora grupa mieszkańców Bilbao, którzy w obu miejscach czuli się jak u siebie, spajając to symboliczne rozdarcie.

Ale w sumie nie dla takich miejsc przyjechaliśmy do Bilbao. Ruszyliśmy oglądać  Centrum Azkuna (dawniej  Alhóndiga) czyli dawny magazyn wina przeprojektowany przez Philippe’a Starcka. Obecnie to wielofunkcyjne centrum rozrywkowo-kulturalne, z biblioteką, basenem (na dachu, ze szklanym dnem, przez które można podglądać pływających), restauracją i galerią. Wiele tam wnętrzarskiego gadżeciarstwa w dużej skali i nieintucyjnego rozplanowania funkcji i nie mogłam pozbyć się myśli, że projektowanie budynku to jednak bardziej projektowanie krajobrazu niż wyciskarek do cytrusów.

IMG_8135

U Starcka: szalenie ozdobione kolumny pod szalenie nisko położonym sufitem…

IMG_8133

… i szalenie smukłe kolumny pod szalenie wysoko położonym sufitem:)

Inne architektoniczne must-see w centrum to m.in. kładka projektu Calatravy oraz dość przyjemny, chociaż bazujący na oklepanym pomyśle (przejście przez rozcięcie między skrzydłami) ratusz projektu IMB Arquitectos.

IMG_8271

Rozbudowa ratusza proj. IMB Arquitectos – sympatyczny, ale nie arcydzieło sztuki architektonicznej

Moim ulubieńcem okazał się inny obiekt: biblioteka projektu Rafaela Moneo, z elewacjami z luksferów. Podobnych budynków powstało sporo – z luksferami kombinował i Wiel Arets w Maastricht, i Renzo Piano w Tokyo – ale tu mają jedną ogromną zaletę. Przy całym architektonicznym szaleństwie w okolicy ich jednolita, neutralna powierzchnia przynosi oczom zasłużoną ulgę….

IMG_8546

IMG_8549

Biblioteka projektu Moneo

Moneo jest chyba jednak zbyt krajowy, żeby uznać go w Bilbao za megagwiazdę. Co innego najjaśniej nam błyszczący superstar z „sir” przed nazwiskiem. Zaprojektował dla Bilbao wejścia na stacje metra, które od jego nazwiska nazywane są… „fosteritos”.

fosterito

Sir Norman F. strzelił autograf na jednej z betonowych ścian. To się nazywa architektoniczny PR!

IMG_8334

Same wejścia wyglądają dość… pędrakowato

Im dalej od ścisłego centrum, tym mniej prac starchitektów, ale to wcale nie znaczy, że jest tam nieciekawie. Nie mam nawet na myśli współczesnych budynków, ale np. poprzemysłowe obszary poprzecinane intrygującymi elementami infrastruktury, które wyglądają jak wzorcowe przykłady podnoszenia jakości życia na obszarach zdegradowanych. Na przykład pod wielkim wiaduktem można trafić na zacienione boisko, a sma wiadukt jest zaprojektowany w sposób przyjazny dla pieszych i rowerzystów, oddzielonych od pędzących samochodów.

IMG_8489

IMG_8494Muszę przy okazji rozwiać pewien mit. Pamiętam z wielu artykułów na temat „efektu Bilbao”, że przed realizacją projektu Gehry’ego miasto było zaniedbanym i ogólnie niezbyt pięknym przemysłowym ośrodkiem. Akurat! Może faktycznie było zapuszczone, ale są tam malownicze miejsca, ze spiętrzającą się na wzgórzach zabudową, świetne nabrzeże i schowany w środku historycznych kwartałów plac, gdzie zmęczeni współczesną architekturą turyści lądują na zasłużonym winie i pintxosach. Ale przyznaję – gdyby nie Gehry, pewnie byśmy tu wcale nie przyjechali.

ArchDaily jak zwykle ma rację:)

[Fot. Monika Arczyńska i Łukasz Pancewicz]

Zatańczyć z krową na dachu opery

img_1011

Już dawno żaden znany współczesny budynek tak mnie nie zaskoczył i nie dał mi tyle radości, co opera w Oslo. Tyle razy oglądałam jej zdjęcia i rysunki, że nie oczekiwałam żadnych większych emocji, a tu niespodzianka. To, co wydawało mi się zbiorem nieco wyeksploatowanych architektonicznych trików, jak ogólnodostępny dach czy masa karraryjskiego marmuru, która z powodu samej tylko ilości robi piorunujące wrażenie, w tym konkretnym miejscu broni się doskonale.

Opera była głównym celem naszego wyjazdu. Kilka tygodni temu wraz z grupą znajomych zabukowaliśmy bilety na „Madame Buttefly”. Postanowiliśmy, że to właśnie spektakl będzie naszym pierwszym kontaktem z budynkiem Snøhetty, a na zaglądanie we wszystkie kąty wpadniemy kolejnego dnia. Oglądanie budynku, gdy jest wykorzystywany w celu, w jakim go zaprojektowano, ma zdecydowanie więcej sensu niż wycieczka z przewodnikiem. Za każdym razem żałuję, że w trakcie wyjazdów tak niewiele obiektów mam okazję odbierać jako ich użytkownik. „Madame Butterfly” w Oslo była strzałem w dziesiątkę, chociaż momentami trudno było mi się skupić na cierpieniach Ciociosan, bo nie mogłam przestać się rozglądać.

img_1074

Główne wejście do budynku

img_1072

Foyer z jednym z wejść na wyższe poziomu widowni

img_1102

Dach widoczny od wewnatrz – pas wzdłuż przeszkleń to najmniej śliskie miejsce na oblodzonym dachu

img_1106

Widok na nową mieszkaniówkę niedaleko opery. Poziome pasy na szybach to nie żaluzje, ale ogniwa fotowoltaiczne.

img_1058

Foyer w czasie antraktu…

img_1116

…i w ciągu dnia

img_1129

Obowiązkowe foto:)

img_1061

Bezobsługowa szatnia i zgrabne zakończenie schodzącego dachu

Pierwsze zaskoczenie to szatnie. Bez obsługi, bez numerków, tylko z ponumerowanymi wieszakami, na których zostawia się płaszcze (a damska część naszej grupy także torby z zimowymi butami). Dla mniej ufających, że nic nie zniknie z wieszaków, stoją także zamykane szafki, jak w muzeach, ale większość osób bezstresowo wiesza ubrania w miejscu, do którego wszyscy mają dostęp. Bilety sprawdzane są dopiero przed wejściem na widownię, więc foyer przez cały czas działa jako ogólnostępna przestrzeń publiczna pod dachem. To wskazówka dla osób, które wybierają się do Oslo, ale nie dostały już biletów na żadną operę – chociaż można zwiedzać budynek w ciągu dnia (organizowane są specjalne oprowadzania, także po angielsku), warto wybrać się tam też wieczorem przed spektaklem, żeby poczuć atmosferę operowego wydarzenia. Na bilety warto jednak zapolować. Dobre miejsca kosztują fortunę, jednak na najwyższych balkonach, zwłaszcza z boku, można znaleźć bilety za równowartość cen biletów w polskich operach. To także świetna okazja to przetestowania widoczności – nawet stamtąd jest niezła – oraz akustyki. Ponieważ przysłowiowy słoń nadepnął mi na ucho, trudno mi się wypowiadać na temat jakości docierającego tak daleko dźwięku, ale ciary były:)

W foyer znajduje się kilka elementów, które służą widzom i turystom jako… popularne tło dla selfie, m.in. ażurowe okładziny projektu Olafura Eliassona. Mówiąc elegancko, Eliasson „zaprojektował dla opery w Oslo system wewnętrznych trójwymiarowych okładzin”. Mówiąc dosadniej, zaprojektował ściany kibelków.

img_1067

img_1066

Inna fotogeniczna okładzina to wszechobecne we wnętrzach drewno. Korytarze i schody prowadzące na balkony wyłożono dębem w naturalnym kolorze, a w sali głównej – wędzonym. W zależności od pory dnia i kąta padania światła dębowe deszczułki wyglądają jak przyklejone zapałki albo odbijają promienie słoneczne ze złocistym blaskiem. Dzięki drobnym podziałom udało się uzyskać odpowiedni akustyczny efekt i uniknąć dosłowności w nawiązaniu do drewnianych pudeł rezonansowych instrumentów (jak np. w Forum Muzyki we Wrocławiu).

img_1101

Jak zapałki

img_1112

Norweskie światło słoneczne ma chłodny odcień

img_1033

Cała „tuba” ramp, schodów i korytarzy wyłożona jest drewnem

img_1014

Na każdej kondygnacji znajduje się bar z widokiem na główne foyer

img_1041

Szerokie poręcze ramp i schodów służą jako nieformalne stoliki

Wnętrze głównej sali jest wypełnione ciemnym, ciężkim drewnem. Kameralnie i elegancko, aż chce się tu wygodnie rozsiąść na pomarańczowym welurze, żeby słuchać muzyki i patrzeć na scenę. Każdy  fotel wyposażony jest w wyświetlacz z tekstem po norwesku i angielsku. Nad widownią góruje okrągły, minimalistyczny żyrandol z tysiącami rozpraszających światło kryształków.

img_1016

img_1057

img_1051

Z ciepłem drewna we wnątrzach kontrastuje zimny kamień na zewnątrz. Cieszę się, że trafiliśmy na zimową pogodę. Półprzezroczysta pokrywa lodu na półprzezroczystym marmurze, oświetlona północnym, nisko położonym słońcem, potwierdza, że w tym kontekście był to idealnie trafiony wybór materiału.  Wspinanie się po oblodzonych rampach i stopniach (na własną odpowiedzialność, trzymając się kurczowo poręczy) jest sporym przeżyciem, a na samej górze rozpościera się krajobraz jak z innej planety.

img_1096

img_1140

img_1156

Dach, podobnie jak foyer, to ogólnodostępna przestrzeń publiczna. Zdziwił mnie brak dzieci na sankach, ale może listopad to jeszcze nie jest na nie pora. W cieplejszych miesiącach zdarza się tam jednak zjeżdżanie na deskorolce i na innych pojazdach. Założę się, że latem na dachu odbywają się pikniki, grille i inne towarzyskie wydarzenia, bo nawet przy kilkustopniowym mrozie widzieliśmy grupę pokrzepiającą się winem z gwinta. Mnie się zdarzyło… zatańczyć z krową. Nie pytajcie o szczegóły:)

img_1157

Mam takie zboczenie zawodowe, związane z projektowaniem budynków o funkcji kulturalnej, że bardzo interesuje mnie strona zapleczowa. Nie tyle sama jej organizacja, bo to zwykle odbywa się według kilku podstawowych schematów, ale to, jak architekci poradzili sobie z problemem wjazdów, dostaw i bloków administracyjnych w budynkach, które mają tak rzeźbiarską formę, że praktycznie powinny być pozbawione „tyłu”. Poza tym obiekty kultury bywają tak wielkie, że za dużo zaplecza, zwłaszcza bez okien, z ogromną bramą dla dostaw, wpłynęłoby mocno na charakter sąsiadujących z obiektem miejskich przestrzeni. Snøhetta poradziła sobie z tym problemem pierwszorzędnie. Brama, owszem, jest, ale ma tuż obok interesującą konkurencję, która skutecznie odwraca uwagę od tego infrastrukturalnego elementu: okna warsztatów kostiumów i dekoracji. Można przez nie podglądać pracowników, zapatrzeć się na barokowe peruki i pomarzyć o sukniach na krynolinach. Niby drobiazg, ale sprawia, że ten zdecydowanie mniej intrygujący od frontu budynku narożnik nie przypomina nudnej, biurowej elewacji.

img_1187img_1186

W czterech ostatnich edycjach nagrody im. Miesa van der Rohe trzy laureatki to filharmonie lub opery.  Na wiosnę zdecydowanie powinnam wybrać się do Szczecina, wypatrzywszy wcześniej jakiś przyjemny sobotni koncert w Filharmonii. A potem to chyba Reykjavik i Harpa?

[Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz, Barbara Zgórska]

 

Mam trzy latka…

img_0632

…trzy i pół, sięgam głową ponad stół! Rozpędziłam się – na razie dopiero trzy. W sobotę blog obchodził urodziny i chociaż jak zwykle nie zdążyłam zorganizować świeczek ani tortu, udało mi się spędzić ten dzień i przyjemnie, i miejsko, i architektonicznie. Mój osobisty urbanista prowadził panel o rewitalizacji na Kongresie Obywatelskim, a ja wybrałam się na „Warszawę w budowie” i na nadrabianie zaległości w oglądaniu nowych inwestycji. Bardzo JEMS-owy był ten dzień, bo zaczęłam od wychwalanej pod niebiosa 19. Dzielnicy oraz od nieco kontrowersyjnej przebudowy hali Koszyki.

O Koszykach jeszcze napiszę, a w 19. Dzielnicy zrobiło mi się trochę dziwnie. To osiedle dostało już tyle nagród i pojawiło się tyle razy w mediach jako wzorcowy przykład projektowania dzielnic mieszkaniowych, że spodziewałam się prawdziwej petardy. Pamiętam też odcinek programu „Polska dobrze zaprojektowana”, w którym Kuba Szczęsny, siedząc przy podejrzanie pustej piaskownicy, opowiadał o tej inwestycji w samych „ochach” i „achach”. Bo nie dość, że to osiedle bez płotów, to na dodatek z usługami w parterach i z przestrzeniami rekreacyjnymi dla mieszkańców. Przybyłam, zobaczyłam i… złapałam się za głowę. Czyżby ze stołecznym mieszkalnictwem było aż tak źle? Architekturze – jak to z JEMS-ami bywa – nie mogę nic zarzucić. Bloki wyglądają jak wysmakowane apartamentowce, ale ponieważ są do siebie bardzo podobne, całość sprawia bardzo biurowe wrażenie. Przestrzenie zielone dla mieszkańców owszem są, ale za… szklanymi płotami. I to w postaci porośniętych elegancko przystrzyżoną trawką pagórków, z których nawet na sankach nie da się zjechać bez wyrżnięcia w idealnie wypucowane szyby. Teraz nie było tam nawet widać żadnych dzieci, bo listopad to nie jest najlepsza pora na zabawy podwórkowe, ale spacerując między budynkami wyobrażałam sobie, że mogłyby tam co najwyżej po cichutku (nie przeszkadzać!!!) jeździć miniaturowymi mercedesikami, ubrane w kolekcje junior od Ralpha Laurena. Kręcąc się po osiedli trafiłam kilka razy na zupełnie zwyczajnego tatę z wózkiem, który postanowił pospacerować przy domu i ten widok średnio pasował do wysmakowanego otoczenia.

img_0637

Na szczęście obok kilku sklepów, głównie z wyposażeniem wnętrz, znalazła się jedna „Żabka”, bo nie byłoby nawet dokąd zejść w kapciach po świeże bułki. Kiedy wprowadzi się tam więcej osób, pewnie powstanie francuska piekarnia, bo jednak bardziej stylowo będzie schodzić po bagietki. Na razie lekko parysko jest – w końcu nazwa dzielnicy zobowiązuje! Widziałam kilka osób, które wchodziły do klatek z wózeczkami na zakupy. Tylko nie wiem, czy to byli mieszkańcy, czy ich gosposie.

img_0642

Dobra, dobra, kończę już z tymi złośliwościami:) Spacer po tym osiedlu stał się po prostu pretekstem dla kilku uwag o tym, jak działa miejska przestrzeń. Także pretekstem do tego, aby w końcu napisać o gdańskim Garnizonie, który już od kilku lat działa jak 19. Dzielnica, a po wprowadzeniu funkcji kulturalnych i gastronomicznych stał się nie tyle miejski, co wręcz śródmiejski w charakterze (ale szybkość tych zmian również sprawia problemy). Jeśli coś ma być „dla ludzi”, to nie da się tam uniknąć lekkiej przaśności i nieporządku. Bardzo lubię powiedzenie, że „brudne dzieci to szczęśliwe dzieci” – ta zasada w przenośni dotyczy również dorosłych, którzy dla wyluzowania potrzebują jednak odrobiny chaosu. A gdzie wyluzować, jeśli nie na własnym osiedlu?

[fot. Monika Arczyńska]

 

 

 

 

Jak Sphinx z popiołów;)

bw

Odkąd mój osobisty urbanista zamienił Gdańsk na Łódź, przyjeżdżałam co rok na Design Festival. Po ponownej zamianie miast tym razem pojechaliśmy razem – ŁDF okazał się świetnym pretekstem, żeby odwiedzić łódzką ekipę i zobaczyć, co zmieniło się w mieście. O tym za chwilę, bo zmian sporo, ale na festiwalu miałam wrażenie, że oglądam kolejny raz to samo. Pewnie dlatego, że ci sami sponsorzy powtarzają się na każdej edycji i na myśl o Festivalu przychodzą mi do głowy „Barlinek, Paradyż i IKEA”. Pod temat „Tożsamość” można podciągnąć prawie wszystko i na wystawach głównych pojawił się dość przypadkowy przegląd wzornictwa. Przyznaję, że tym razem skoncentrowałam się na centrum festiwalowym na Tymienieckigo i wyjątkowo nie odhaczyłam wydarzeń ani wystaw odbywających się w pozostałych miejscach. Główna część nieco mnie rozczarowała – może nie powinnam przyjeżdżać co rok? Kilka wystaw widziałam w Gdyni latem, wiele produktów oglądałam wcześniej w sieci. A może przez te wszystkie własne nieszczęsne remonty nie mogę już patrzeć na podłogi i grzejniki.

tym

Inkubator na Tymienieckiego sam w sobie stanowi wystawę designu:)

dupencjoogrzewacz

Uroczy pupogrzewacz z Termy

parawan

Architekt na szpilkach też zwróciła uwagę na ten parawan w krótkiej relacji z ŁDF na FB. Trudno nie zwrócić, jeśli mieszka się nad morzem:)

dp

Gdański i jednocześnie architektoniczny akcent na make me! – Torba Architekta Darii Przybyłowskiej

Największe wrażenie zrobiła na mnie wystawa „No Randomness” o wzornictwie, które pozornie wydaje się przypadkowe, ale ma swoje racjonalne wytłumaczenie. Dlaczego włazy kanalizacyjne są okrągłe, a makaron ma różne dziwne kształty? Kapitalnie pokazany przegląd codziennych przedmiotów był odpowiedni i dla dzieci, którym można na przykładach wyjaśnić, że design to nie tylko ładne meble, i dla dorosłych, którzy mogli dowiedzieć się, dlaczego przedmioty, których używają codziennie, wyglądają tak, a nie inaczej. Podejrzewam, że ciekawostki z „No Randomness” będą hitem dyskusji przy prosecco i fritz coli przez następnych kilka tygodni.

osemki

Gdyby piankowe granulki miały kształt kulek, chronione przedmioty spadałyby na dno pudełka. Ciekawe, czy popcorn działa podobnie:)

schoolofform

Ceramika ze School of Form

Zawsze interesuje mnie, co nowego dzieje się na wydziałach związanych z projektowaniem – trzeba podpatrywać konkurencję, żeby nie zostać w tyle:) Tym razem wpadła mi w oko ceramika ze School of Form, nawiązująca do tradycyjnych form i technik wykonania, ale przygotowywana przy użyciu robotów. Cieszy również współpraca polskich firm, m.in. Barlinka i Porty, z młodymi projektantami.

zrezygnujcie

A przy wystawie Architektury-Murator o architekturze humanitarnej pojawiła się tablica, na której każdy mógł napisać, co ma do przekazania polskim architektom. Oprócz żartobliwych „więcej kolumn i pilastrów” pojawiło się „zrezygnujcie”…

271.jpg

Piotrkowska 217

Ale co tam Design Festival, co tam wystawy, Łódź zaskoczyła mnie najbardziej! Próbuję sobie przypomnieć, kiedy byłam tam ostatnio i to musiało być dokładnie rok temu, na poprzednim wydaniu festiwalu. Tyle się wydarzyło w międzyczasie: Piramowicza gotowa, woonerf na Traugutta gotowy, stacje roweru miejskiego są usytuowane tak gęsto, że aż miło, a na Starym Polesiu pojawiła się zieleń. Dzięki likwidacji przejścia podziemnego pod Piłsudskiego nareszcie czuje się, że Piotrkowska to najdłuższa ulica w Polsce. Pod numerem 217, gdzie wcześniej znajdowała się jedna kawiarnia i wyświetlano latem filmy pod gołym niebem, pojawiło się mnóstwo nowych lokali, a w festiwalową sobotę stanęły food trucki i trzeba było się przepychać między ludźmi. A obok „stajni jednorożców” powstanie wybrany w budżecie obywatelskim… pomnik jednorożców.

Czekam na otwarcie Łodzi Fabrycznej – nareszcie zniknęły wysokie płoty i można zobaczyć, jak bardzo zmienił się teren dookoła. Nie wierzyłam, że ta ogromna budowa kiedykolwiek się skończy, a już na pewno nie w to, że zaraz obok natychmiast zaczną się nowe realizacje. Już buduje się nowy biurowiec, za chwilę zaczną powstawać kolejne. Oprócz tych wszystkich publicznych inwestycji widać, że coś się ruszyło wśród mieszkańców. Być może wspólnoty uznały, że pora na dotrzymanie kroku miejskim remontom ulic i kamienic, bo co kawałek stoją rusztowania, tym razem już bez banerów z napisem „Mia100 kamienic”. To zawsze najbardziej odróżniało łódzkie ulice od innych miast – w Gdańsku, Poznaniu czy Wrocławiu trwał remont za remontem, a w Łodzi tylko sypały się tynki. Ale to opóźnienie ma pewną kolosalną zaletę – dzięki niemu kamienice przetrwały nietknięte okres pastelozy i styropianizacji, a miejskie inwestycje pokazały, jak należy remontować historyczna tkankę.

Jak Sphinx, tfu, Phenix z popiołów!

phenix

[fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz]

Santander

Piano

Kilka lat temu odwiedzałam w Delft siedzibę Octatube, założonej przez prof. Micka Eekhouta firmy, która projektuje i wykonuje nietypowe elementy architektoniczne, głównie przeszklenia. To oni wymyślili i zrealizowali m.in. szklane fasady w Markthalu MVRDV w Rotterdamie, gdzie szkło trzyma się na kablach, które działają jak żyłki rakiety tenisowej, elastycznie reagując na obciążenia wiatrem.Współpracowaliśmy z nimi – najlepszymi, a przy okazji najsympatyczniejszymi wykonawcami,  z jakimi miałam kiedykolwiek styczność – przy okazji projektu w Giant’s Causeway oraz Galerii Narodowej w Dublinie. Wkrótce otwarcie Galerii, a jedną z najbardziej oczekiwanych części projektu jest udostępnienie historycznego dziedzińca, o którego istnieniu prawie nikt nie wiedział. Octatube przekryli go szklanym dachem opartym na szklanych belkach – jest tak lekki i przezroczysty, że w słoneczny dzień niemal znika. Kiedy odwiedzałam ich położony na kampusie Politechniki w Delft warsztat, pokazywali mi kilka prototypów. Jednym z nich była kładka The Botin Centre w Santander projektu Renzo Piano. Miała być wyjątkowo lekka wizualnie pomimo sporej rozpiętości – skakałam po niej jak dzieciak sprawdzając ugięcie.

octatube

Warsztat Octatube w Delft

Ustalając trasę wakacyjnego wyjazdu, pomyślałam, że może będzie okazja poskakać już nie po prototypie, ale po ukończonej kładce. Nazwa „Santander” kojarzyła mi się wyłącznie z bankiem i trochę brakowało mi argumentów, dlaczego akurat tam powinniśmy pojechać. Ponadto mój osobisty urbanista przeczytał gdzieś, że to co prawda malownicze, ale dość nudne miasto i namawiał mnie, żeby może lepiej je ominąć i ruszyć od razu do Bilbao. Uparłam się jednak i okazało się, że intuicja mnie nie zawiodła – miasto okazało się piękne i zaliczyłabym je do mojej ulubionej urbanistycznej kategorii – „świetne do życia”. Czyli nie za duże, ale na tyle duże, aby zapewniać większość potrzebnych usług i wiele miejsc pracy w różnych branżach, zielone i przyjazne dla pieszych, nadmorskie, ale nie typowo turystyczne, z kilkoma eleganckimi miejscami, ale bez aspirowania do pozycji globalnej metropolii.

The Botin Centre jest jeszcze w trakcie realizacji, więc nie byłam w stanie ocenić, czy udało się wykombinować rozwiązanie dla szalonych ugięć kładki, ale sam obiekt zapowiada się sympatycznie. Co prawda elewacja jest niemalże kopią Selfridges w Birmingham Future Systems, ale darzę te aluminiowe dyski sporą sympatią i nie zamierzam się w związku z tym czepiać:)

santander-03

The Botin Centre znajduje się tuż przy brzegu morza, zaraz przy ścisłym centrum miasta i obok niewielkiego parku z wielkim placem zabaw, karuzelą i absolutnie przeuroczym modernistycznym „grzybkiem” z winem i kawą. Tak, proszę Państwa, modernizm potrafi być uroczy!

santander-05

A dalej, wdłuż nadmorskiej promenady, kolejne architektoniczne atrakcje. Jedna z nich wydała nam się szczególnie powalająca – Palacio de Festivales de Cantabria (proj. Francisco Javier Sáenz de Oiza, 1986-90). Takie pomo, że Graves i Stirling przy nim bledną. Jest wielki, ostentacyjny i ostentacyjnie symetryczny, kolorowy, z pasiastą okładziną z kamienia i wieżami. To wszystko sprawia, że nie da się przejść obok obojętnie. Pałac jest niekwestionowanym królem promenady i żaden Renzo Piano nie jest w stanie go zdetronizować.

pomo.jpg

Na promenadzie można trafić również na współczesne elementy-samograje, jak betonowo-drewniane siedziska. Przypominają mi czarne szezlongi Romka Rutkowskiego na wrocławskim Nowym Targu – jeśli docelowo stanie tam zapowiadana fontanna, to mam nadzieję, że plac zacznie działać jak ten zakątek w Santander. Patrzenie na wodę i słuchanie jej szumu jest zdecydowanie bardziej relaksujące od telewizji, a miejsce służy i starszym spacerowiczom, i nastolatkom przychodzącym tu na wino z gwinta, i migdalącym się parom (niektóre szezlongi są dwuosobowe). I chociaż zdaję sobie sprawę, że to nie jest projektowe mistrzostwo świata, a podobnych miejsc w miastach jest mnóstwo, cieszy mnie, że ta prosta interwencja tak dobrze działa.

santander

Przypadkiem trafiliśmy też na rewitalizowany obszar niedaleko centrum. Wylądowaliśmy tam poszukując knajp rybnych przy porcie rybackim – w Barrio Pesquero jest ich mnóstwo, w prostych parterowych pawilonach. Na zewnątrz stoją grille ze skwierczącymi sardynkami i wielkie patelnie z paellą, pachnie rybą i jest cudownie siermiężnie. Widać za to, że ta dość zaniedbana dzielnica przeszła niedawno lifting. Okazuje się, że w całej Europie przepis na rewitalizację jest jeden. Bez względu na lokalizację zawsze pojawiają się te same elementy (oczywiście poza tablicą informacyjną z niebieską flagą i wianuszkiem żółtych gwiazdek):

  • lokalne centrum kultury
  • nowo zasadzona zieleń na ulicach
  • spowolnienie ruchu lub uregulowanie kwestii parkowania (w Barrio Pesquero tę robotę odwalają betonowe kulki)
  • mural, grafitti, malunki przygotowane przez lokalne dzieci albo jakakolwiek inna „sztuka”
  • plac zabaw
santander-01

Pd lewej: centrum kulturalne, nowo zasadzone drzewka i betonowe kule uniemożliwiające parkowanie przy wąskiej ulicy

santander-02

Plac zabaw, ławki, mural

To oczywiście nie wszystkie, ani nawet najważniejsze punkty Santander. To te, na które zwracają uwagę architekci (na pintxos i wino czas był wieczorami). Zwróciliśmy uwagę na jeszcze jedno: całe miasto upstrzone jest… filiami banku Santander:)

CDN

[Fot. Monika Arczyńska/Łukasz Pancewicz]

Praca za granicą – jak się za to zabrać?

PALESTYNA.jpg

Dziś strajk, więc teoretycznie na blogu powinno być cicho, ale po pierwsze post napisałam wczoraj, po drugie na zdjęciu jestem ubrana na czarno (pod kamizelką oczywiście), a po trzecie wyjazd za granicę to też sposób na ominięcie barbarzyńskiego prawa, które – mam nadzieję – nie zostanie wprowadzone.

Niedawno napisała do mnie studentka Politechniki Gdańskiej z prośbą o kilka porad, jak zabrać się za planowanie wyjazdu za granicę. Czy to w ramach gap year, czy wyjazdu na wolontariat albo staż, czy jako odcięcie pępowiny, bo przecież nie każdy wyjeżdża z rodzinnego domu na studia – z każdego z tych powodów warto*. Nie ma lepszej szkoły życia niż konieczność odnalezienia się w innym kraju, innym kręgu kulturowym, wśród nowych ludzi, gdzie używa się obcego języka. A jeśli jest to wyjazd do pracy, to jeszcze lepiej, bo w tym całym intensywnym trybie organizowania sobie życia w nowym miejscu człowiek przestaje się krępować zadawać głupie pytania i przyznawać, że czegoś nie wie. Nie ma szybszej metody uczenia się fachu.

Dziś będzie tylko o wyjazdach do pracy – Erasmusy i stypendia to inna bajka (do tego też oczywiście namawiam, zwłaszcza do zrobienia całego magisterskiego kursu za granicą). Istnieją jednak programy stażowe, dzięki którym wyjazd można zorganizować łatwiej. Na pewno warto zerknąć na programy IAESTE i Leonardo – jeśli znacie inne, będę wdzięczna za informację w komentarzach.

A oto kilka rad – niektóre wynikają z mojego własnego doświadczenia, inne z doświadczenia znajomych i studentów, którzy zdecydowali się na różne kraje i ścieżki kariery. Jeśli chcielibyście podzielić się własnymi uwagami i doświadczeniami, zapraszam do komentowania – dzięki temu powstanie praktyczny poradnik dla zainteresowanych wyjazdem osób.

Dobra koniunktura = dobry kierunek

Warto wyjeżdżać tam, gdzie dużo się buduje. Jeśli na widokówkach z jakiegoś miasta zaczynają dominować zdjęcia dźwigów, jak niegdyś z Berlina, to znaczy, że warto się tam wybrać. Zapotrzebowanie na architektów jest w takich miejscach na tyle duże, że zostaniecie natychmiast rzuceni na głęboką wodę i będziecie projektować, a nie rysować toalety. Trzeba się też jednak przygotować na tymczasowość mieszkania w danym miejscu – po intensywnym inwestowaniu przychodzi posucha i nagle naraz wielu architektów traci pracę. Berlińscy projektanci również musieli stawić czoła temu zjawisku. Zdecydowanie warto unikać miejsc, w których akurat panuje kryzys. Nasza branża jest pod tym względem wyjątkowo wrażliwa i kiedy w gospodarce zaczyna dziać się źle albo chociaż mało pewnie, projekty natychmiast lądują w szufladach.

Oceńcie swoje szanse

Spójrzcie na swoje cv oraz portfolio i zastanówcie się, czym różnią się od dorobku Waszych znajomych – będą się odróżniać od całej reszty zgłoszeń? Warto, żeby przejrzał je ktoś z zewnątrz, a jeśli macie dostęp do architektów, którzy pracowali w Waszym wymarzonym miejscu lub kraju, to idealnie. Studenci naszego gdańskiego wydziału zorganizowali kiedyś akcję pod hasłem „Pokaż portfolio” – zaprosili kilkoro praktykujących architektów z doświadczeniem z Polski i zza granicy, aby skonsultowali portfolio chętnych studentów. Może warto powtórzyć ten pomysł?

Przeglądajcie portale z ogłoszeniami, żeby zobaczyć, czy spełniacie warunki aplikowania o dane stanowisko. Może okazać się, że często albo zawsze wymagana jest np. znajomość oprogramowania, z którym nie mieliście wcześniej do czynienia – wtedy wiadomo od razu, jakie umiejętności trzeba uzupełnić. Gdzie szukać ogłoszeń? Mogę podpowiedzieć dwa popularne serwisy z krajów, w których pracowałam – holenderski Archined i irlandzką stronę RIAI. Podalibyście adresy serwisów z innych krajów w komentarzach?

Jeszcze jedno, bo o to również często pytają studenci. Mimo że żyjemy w scyfryzowanym świecie, a interview przez skype’a staje się powszechną praktyką, zachęcam Was do wysyłania wydrukowanej wersji portfolio i cv (chyba, że ogłoszenie wymaga wyłącznie wersji cyfrowej). Wiecie, architekci to bardzo zapracowani ludzie i całkiem prawdopodobna wydaje mi się anegdota o szefie pewnej holenderskiej pracowni, który był tak zajęty, że czas na przeglądnie aplikacji miał tylko podczas… dłuższych posiedzeń w toalecie. Co prawda to było przed erą tabletów i smartfonów, ale i tak przejrzenie pliku papierów nadal jest szybsze od wędrowania przez gąszcz pdfów. Warto również wysyłać zgłoszenia w ciemno, nawet, jeśli pracownie nie prowadzą akurat rekrutacji. Kto wie, może akurat pojawił się nowy projekt i trzeba będzie szybko zatrudnić kilka nowych osób?

Startujcie do najlepszych…

To na studiach lub po studiach jest czas, żeby zasuwać dniami i nocami w OMA. Potem przyjdzie zmęczenie, kredyty, zobowiązania i już nie będzie Wam się opłacało wracać do wycinania makiet. A żeby zdobyć pracę na wyższym stanowisku u starchitektów, z reguły trzeba mieć doświadczenie od innych starchitektów, więc i tak musicie zacząć u jednych, żeby wylądować u innych – to błędne koło. Oczywiście, jak od każdej zasady, tu również istnieją wyjątki.

…ale niekoniecznie do największych

Istnieje spore prawdopodobieństwo, że  stuosobowym biurze zostaniecie oddelegowani do mało ambitnych zajęć. Oczywiście, sklejanie makiet czy kreślenie detali to sympatyczna robota na start, ale większość z Was przypuszczalnie marzy o projektowaniu. Tu nie ma jednej złotej zasady – równie dobrze w niewielkim biurze możecie do emerytury zajmować się zestawieniami stolarek, bo nikt nie będzie tego robił lepiej od Was, jak i szybko awansować w molochu. Najlepiej przed wysłaniem aplikacji spróbować dowiedzieć się, jak wygląda struktura biura i jakie są możliwości awansu lub przemieszczania się między działami, aby sprawdzić, w jakich aspektach pracy projektowej czujecie się najlepiej (w tej kwestii wygrywają duże pracownie, gdzie możliwości zmiany są większe). Jeszcze jedno, o czym często się zapomina: przez duże biura przewija się dużo osób, więc doświadczenie stamtąd nieco traci na wyjątkowości. Wiecie, ilu architektów ma w cv staż u Koolhaasa?  Setki!

Język

W kwestii języka oczywiście wszystko zależy od kraju, więc dla uproszczenia napiszę o krajach anglojęzycznych. Szczerze – znacie na wyrywki polskie nazwy materiałów i komponentów budowlanych? Wątpię. Założenie jest takie, że na studiach mają się obić o uszy, ale nauczycie się ich w pracy. Zapamiętajcie przede wszystkim podstawowe wyrażenia, żeby nie pomylić kosza z kalenicą. Przed wyjazdem warto zaopatrzyć się w słownik budowlany, żeby trochę się otrzaskać ze screedami, gasketami i jambami, ale radzę Wam raczej poćwiczyć coś innego. Geometrię. Nagle okaże się, że „this” i „that” może zastąpić skutecznie nazwy komponentów budowlanych, kiedy będziecie pokazywać je na rysunkach, ale o ich dokładnych wymiarach i usytuowaniu trzeba będzie opowiedzieć. Zwłaszcza przez telefon, kiedy nagle zadzwoni kierownik budowy i będzie wymagał natychmiastowej odpowiedzi. Wtedy trzeba będzie opowiedzieć, co się ma z czym liniować, co ma wystawać, a co być wycofane.

Pozbądźcie się kompleksów

Jeszcze kilka-kilkanaście lat temu absolwentów z Polski traktowano z podejrzliwością. Byliśmy Dzikim Wschodem, gdzie projektuje się i buduje byle jak, o komputerach nikt jeszcze nie słyszał, a poza tym jak można spodziewać się jakichkolwiek umiejętności od osób pochodzących z kraju, gdzie białe niedźwiedzie chodzą po ulicach. Po wejściu Polski do Unii zmieniło się wszystko. Przyszedł czas na Erasmusy, warsztaty, a do Polski przyjeżdża się oglądać nie tylko Wawel, ale i współczesną architekturę. Z kolei za granicę wyjechało wielu architektów i szybko okazało się, że pracują nie tylko ciężko, ale i dobrze. Wystarczy zerknąć na zakładki „team” najlepszych europejskich pracowni – prawie wszędzie można trafić na polskie nazwiska. Wyrobiliśmy sobie niezłą markę, ale w kilku kwestiach nadal dzieje się źle. Jedna z najważniejszych to uczelnie – między polskimi a dobrymi zachodnimi wydziałami architektury nadal jest przepaść (sami podkreślacie to wracając ze stypendiów). Dlatego moim zdaniem nie warto podkreślać w cv skończenia konkretnej, polskiej szkoły, bo to nikomu na Zachodzie nic nie mówi. Za to jeśli byliście na Erasmusie na uczelni z samego szczytu rankingów, warto się tym pochwalić.

Pamiętajcie także, że po zdobyciu dyplomu inżynierskiego jesteście już wykwalifikowanymi architektami. W Polsce zakodowało się, że dopiero magisterka to jest to, ale założenie systemu bolońskiego jest inne – po licencjacie jest czas na pracę, a robienie magisterki ma sens przede wszystkim jako uzupełnienie. Pomiędzy jest czas na poszukiwanie, próbowanie i zdobywane doświadczenia.

To powodzenia, trzymam kciuki! No i biegnę protestować:)

[fot. Łukasz Pancewicz]

* Dziś przeczytałam, że Parlament Europejski będzie debatował nt. biletów Interrail, które każdy unijny osiemnastolatek  miałby dostać w prezencie. Bomba!

Coś starego, coś nowego…

W tym roku na blogu dominują opowieści z podróży poprzeplatane zrzędzeniem na gentryfikację w dzielnicy* i raportami z zajęć na Politechnice i warsztatów. Chciałabym czasem wrzucić zjadliwy komentarz o bieżących wydarzeniach, najchętniej o transporcie (w której to gminie proboszcz załatwił likwidację ścieżki rowerowej, żeby parafianie mieli gdzie parkować?), ale nie bardzo się wyrabiam. Za chwilę miną dwa miesiące od naszego powrotu z wakacji, a ja jeszcze nie zdążyłam podzielić się na blogu wrażeniami. Najpierw OSSA, zaraz po niej wyskoczyliśmy do Budapesztu, a potem znów wpadłam w projektowo-remontowy kołowrót. Nawet trochę się cieszę, że sierpień nie rozpieszczał pogodowo, bo przynajmniej nie było mi żal, że nie mogę wyskoczyć na plażę.

W lipcu z moim osobistym urbanistą wybraliśmy się na północ Hiszpanii. Jako maniacy transportu publicznego przemieszczalismy się ALSĄ – hiszpańskim PKS-em. Być może Hiszpanie narzekają na nią jak my na polskie autobusy, ale na nasze turystyczne potrzeby jest świetna cenowo, z gęstą siatką częstych połączeń oraz klimatyzowanymi autobusami, w których można sobie zarezerwować konkretne miejsca. I to w automacie z interfejsem w kilku językach. Poza tym przyznaję się do słabości do dworcowych barów i każda przesiadka jest świetną okazją, żeby zjeść tortillę i wypić kawę albo lokalne piwo.

stacja

Dworcowy bar w Madrycie

Długo zastanawiałam się, jaką wybrać trasę między punktami przylotu i wylotu – Madrytem i Barceloną. Celowałam w Bilbao i San Sebastian, żeby zobaczyć Muzeum Guggenheima i Kursaal projektu Moneo, ale oprócz tych miast na wymarzonej liście znajdowało się i Oviedo (miłość od pierwszego wejrzenia z „Vicky Cristina Barcelona”), i Leon (realizacje Mansilla+Tuñón). Będa jednak musiały poczekać na wypad do Santiago de Compostela, który od dłuższego czasu chodzi mi po głowie.

Tym razem pierwszym przystankiem było Burgos, następnie pojechaliśmy do Santander, Bilbao i San Sebastian. Stamtąd musieliśmy się już kierować w stronę Barcelony, ale tę przydługą trasę przerwaliśmy dwudniowym postojem w Saragossie – chcieliśmy zobaczyć, jak wyglądają tereny EXPO po ośmiu latach. Północ nas zaskoczyła. Spodziewaliśmy się tłumów turystów, tłoku i upałów, a tu niespodzianka. Pogoda jest tam prawie jak w Irlandii, czyli z częstą mżawka i niezbyt wysokimi temperaturami, więc zamiast turystów poszukujących słonecznych plaż można tam spotkać raczej osoby z południa, uciekające od nieznośnego gorąca. 

Burgos

No to po kolei! Zaczęliśmy od Burgos, głównie z sentymentu do mojego przyjaciela ze studiów, wielkiego fana gotyku. Katedra w Burgos zachwyciła go szczególnie, a ponieważ Grześka już z nami nie ma, chciałam pobyć przez chwilę w miejscu, które tak bardzo mu się podobało i spróbować poczuć tam to samo. Myślę, że się udało, bo to jeden z tych budynków, na którego widok człowieka ogarnia rodzaj niedowierzania i wzruszenia. Być może zachwyt wszystkich osób, które wcześniej czuły tam coś podobnego, nabudowuje się z każdym kolejnym westchnieniem i pozostaje na miejscu, w powietrzu albo w murach. Grzesiek, dorzuciliśmy dwie kolejne cegiełki do tej dawki emocji, którą tam zostawiłeś kilka lat wcześniej.

Burgos promenada

Promenada w centrum Burgos

Ale Burgos to nie tylko katedra. To również średniowieczne klasztory, położone poza miastem, a także kapitalna promenada położona wzdłuż przecinającej miasto rzeki (określenie „rzeczka” pasowałoby tam nawet bardziej). Trzeba by się dokopać do danych demograficznych, żeby potwierdzić nasze przypuszczenia – odnieśliśmy wrażenie, że seniorzy stanowią wyjątkowo duży odsetek mieszkańców. Ale co to są za seniorzy! Eleganckie panie popijające piwko z koleżankami. Pary, które mają już pewnie prawnuki, spacerujące z uśmiechem promenadą. Grupy znajomych siedzące na ławkach i wybuchające śmiechem, jak grupy nastolatków. Panowie, na których głowach zostało już niewiele włosów, ale nadal dbają o to, na co mają wpływ – spodnie z kantem i świeżo wypastowane buty muszą być. Życzmy sobie wszyscy takiej energii w tym wieku!

IMG_7798

Nowy bulwar proj. Herzoga&deMeurona

Jak to szło z wyposażeniem panny młodej w dniu ślubu – coś starego, coś nowego, coś pożyczonego i coś niebieskiego? Z moim osobistym urbanistą mamy podobny schemat wyboru miejsc do zobaczenia: coś starego, coś nowego, coś urbanistycznego i coś zrewitalizowanego. W Burgos zwiedzanie zaplanowaliśmy podobnie, a jedna z realizacji wpasowała się w kilka z tych kategorii. Na dodatek zaprojektowali ją starchitekci – Herzog & de Meuron. To masterplan dla jedenastokilometrowego bulwaru zbudowanego w miejscu przebiegu dawnych torów kolejowych. Świadomość, że brakuje tam wyraźnie zdefiniowanych pierzei, bo wiadomo, jak z reguły wygląda zabudowa od strony torów – zapleczowo i dość śmietnikowo – nie pozwala oceniać negatywnie lekkiego chaosu w tej przestrzeni. Architektonicznie jest jednak równie mało wyraziście. Szwajcarzy dodali trochę drzew, trochę elementów małej architektury, które mają jedną wspólna cechę – są okrągłe, a jedyna rzecz, która naprawdę mocno wyróżnia się na plus, to zawieszone nad ulicą lampy w kształcie kropli, w układzie przywodzącym na myśl sznury żarówek. Myślę jednak, że na podobne pomysły wpadliby nasi studenci, a skala działania polegająca wyłącznie na meblowaniu przestrzeni to za mało, aby zmienić jej charakter.

Burgs muzeum

Muzeum Ewolucji Człowieka (proj. Juan Navarro Baldeweg)

Żałuję, że nie starczyło nam czasu na zwiedzenie Muzeum Ewolucji Człowieka. Z uwagi na zboczenie zawodowe wpadłam tam tylko na chwilę, żeby zobaczyć, jak jest zorganizowana strefa wejściowa oraz kierunek zwiedzania i obeszłam tego molocha dookoła, aby ocenić strefę zapleczową (jest ok). To muzeum to prawdziwe monstrum z czerwoną kratownicą podtrzymującą dachy o sporej rozpiętości. Nie jestem przekonana co do tej skali – nawet na zdjęciach satelitarnych budynek wybija się na pierwszy plan – i mam tylko nadzieję, że nie chodziło tu o interpretację ewolucji pod hasłem „od jaskini do góry szkła i stali”.

Tyle o Burgos. Gdyby to był blog lajfstajlowy, powinnam dodać kilka słów o lokalnej kaszance, ale pozostanę przy architekturze:) W następnym odcinku – Santander.

*Wyjaśniło się, że we wspomnianym miejscu na Wajdeloty zamiast uszczelek i rurek będą sprzedawane rolki. Rolki sushi.

[Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz]

RUHA CIPŐ

pest_SMALL.jpg

Proszę się nie obruszać tytułem posta. Użyłam tych węgierskich słów z premedytacją, licząc na więcej niż zwykle kliknięć:) Te nieprzyzwoicie brzmiące wyrazy mają bardzo niewinne znaczenie – ODZIEŻ OBUWIE. Takie napisy pojawiają się na szyldach sklepów z ciuchami i butami w Budapeszcie, gdzie zawitałam ponownie po kilkunastu latach nieobecności.

Z tamtego pobytu pamiętam przebłyski (Mamo, może lepiej dalej nie czytaj?). W czasie, gdy w polskich monopolowych królowała Sophia, węgierskie wina, nawet te najbardziej przaśne, sprzedawane w plastikowych butelkach, smakowały nam jak najbardziej luksusowe roczniki. Oczywisty skutek był taki, że zwiedzanie miasta i oglądanie realizacji Makovecza, których egzotyczność przyciągała nas wówczas najbardziej, podlane były sporą ilością tego mało szlachetnego trunku. Trochę zaszaleliśmy, tym bardziej, że trafiliśmy tam zgraną grupą znajomych z roku. W czasach, gdy o Unii, Erasmusach i międzynarodowych warsztatach można było co najwyżej pomarzyć, zorganizowaliśmy wymianę ze studentami architektury z Budapesztu. Najpierw Węgrzy przyjechali do nas. Nocowali na łóżkach polowych w sali cichej nauki w naszym akademiku i nie zapomnę min pań portierek, które odbierały dla nas dostawy z… Polmosu (gorzelnie i browary najchętniej sponsorowały studenckie przedsięwzięcia). Wtedy po raz pierwszy zawstydziła mnie współczesna polska architektura – w Trójmieście było wówczas wyjątkowo beznadziejnie i ani nowe budynki uniwersyteckie, ani  apartamentowce w Orłowie nie zrobiły wrażenia na naszych gościach. Tak jakby garderoby na 300 par butów i widok na morze były normą, eh… Uratował nas krzyżacki gotyk, międzywojenny gdyński modernizm i absolutny hit – falowiec.

Byłam ciekawa, jak obecnie wygląda i funkcjonuje węgierska stolica. Polskie miasta zmieniły się tak bardzo, że pewnie trudno je poznać osobom pamiętającym je sprzed kilkunastu lat. Od znajomych, którzy niedawno odwiedzili Budapeszt, słyszałam zupełnie przeciwstawne opinie. Jedni twierdzili, że polskie „metropolie” mogą się przy nim schować, inni, że na ulicach widać straszną biedę. Może chodziło o liczbę bezdomnych, bo rzeczywiście sporo ich na ulicach? A może o zwykłe ubrania bez eksponowanych metek, które stanowią miłą odmianę dla wszechobecnych w polskich miastach New Balance’ów i Lacoste’ów? O samochody, znacznie starszych niż u nas, co przekłada się na dosłownie oszałamiającą ilość spalin (+ brak rowerów, gdzie są rowery)? Może jednak o coś innego – o to, jak wygląda sama miejska tkanka. W śródmieściu zamiast szklanych wieżowców przeważają XIX-wieczne kamienice i budynki z lat 60. i 70. Jeśli to wynika z ograniczeń inwestycyjnych, to potwierdza sie zasada, że nic nie konserwuje lepiej niż brak pieniędzy. Ilość PCV, tynków na styropianie i polbruku, która  dominuje w polskim miejskim krajobrazie, jest w Budapeszcie minimalna w porównaniu ze szlachetnie starzejącymi się kamieniarkami, ceramiką i anodowanym aluminium, które darzę szczególną sympatią. Na to ostatnie w Polsce niemal urządzano polowania: jeśli się je mało regularnie czyści, po latach pokrywa się matowym, szarym nalotem. Kto pamięta czarne, brudne szpary w aluminiowych ramach okiennych w PKP, wie, co mam na myśli. U nas z zadowoleniem wymieniano te nadzwyczaj trwałe ślusarki  na błyszczące i kolorowe PCV, które po kilku latach użytkowania wygląda fatalnie. Pod tym względem Budapeszt przypomina nieco Łódź – jedyne duże miasto w Polsce, gdzie bez problemu można trafić na kamienice z zachowanymi stolarkami i detalami. W innych, bogatszych miastach, szybko nastąpiła masowa wymiana solidnych drewnianych drzwi na karton w okleinie z marketu budowlanego. Węgrzy wydają się bardziej doceniać to materialne dziedzictwo.

IMG_9678

Podczas mojej poprzedniej wizyty w Budapeszcie nasi gospodarze zabrali nas do tureckiej łaźni Kiraly. Wszystkie panie, w wieku przeważnie matuzalemowym, rozkładały swoje bogato pomarszczone nagie ciała w kamiennym basenie. Jak u Kozyry. Tym razem trafiłam do tego samego miejsca -szesnastowiecznego budynku, który od lat nie był poddawany modernizacji. Łaźnia wcale się nie zmieniła – zmienił się tylko regulamin i teraz nie jest już koedukacyjna oraz obowiązują stroje kąpielowe. Nie odczyszczono zacieków na kamiennej kopule, nie zainstalowano nowego sprzętu. Działa? Działa. Taki pragmatyzm to najskuteczniejsza metoda konserwacji.

IMG_9531

Na ulicach można spotkać wielu obcokrajowców, którzy sprawiają wrażenie, jakby tam mieszkali na dłużej. W mieście nie widać wielkich kompleksów biurowych, a i obcokrajowcy nie wydają się przynależeć do kategorii „korpo”, więc zakładam, że nie są finansistami na kontraktach. Albo to studenci (czyżby, podobnie jak w Polsce, przyciągano zachodnich studentów na wydziały medyczne?), albo szeroko pojęta „klasa kreatywna”. Budapeszt bardzo przypomina Berlin sprzed gentryfikacji, ceny są niskie, jakość życia (zwłaszcza tego nocnego) wysoka, więc nie zdziwiłabym się, gdyby osiadały tam, chociaż na chwilę, osoby pracujące zdalnie lub artyści. Chętnie dowiedziałabym się od kogoś lepiej zorientowanego, czy moje przypuszczenia są słuszne. W całym śródmieściu widać dwujęzyczne informacje o wynajmie i to nie tylko mieszkań, ale także lokali usługowych. Sami musieliśmy przez chwilę popracować i przetestowaliśmy pewną coworkingową kawiarnię  – sporo tam podobnych miejsc.

Wnętrzarsko w nowych lokalach dominują te same trendy, co u nas. Może nie widać aż tyle płyty OSB, ale patchworki z marokańskich płytek, odkryta cegła i gołe żarówki pojawiają się równie często. Można również nierzadko zauważyć u nas rzadko spotykane, a tam nawiązujące do lat 70. (ach, te przejścia podziemne!) kompozycje ze świetlówek. Zachwycające są niektóre z tzw. ruin barów, czyli pubów albo klubów zaaranżowanych w opuszczonych, zaniedbanych kamienicach. Byłam kiedyś w podobnym miejscu w Edynburgu i bardzo podobała mi się plątanina korytarzy, pokoi i klatek schodowych. W Budapeszcie zagospodarowywane są również przepiękne dziedzińce – zamieniają się w wielkie ogródki winno-piwne pod gołym niebem. Niestety, prawie całkowicie zdominowali je turyści i wydawane są nawet specjalne anglojęzyczne przewodniki po zagłębiach barów. Chociaż zabawa w Davida Attenborough i obserwowanie rytuałów godowych homo sapiens bywa intrygujące, jednak powtarzalność interakcji między uczestnikami brytyjskich wieczorów  panieńskich i kawalerskich zaczyna szybko męczyć. Podobnie męczą całe ulice zamienione w gastronomiczne deptaki z „Traditional Hungarian Cuisine” i „Goulash – 5 euro”.

IMG_9808

IMG_9818

IMG_9827

Na zdjęciach powyżej Most Wolności czyli po prostu Most Zielony, który we wspomnieniach sprzed półtorej dekady kojarzy mi się przede wszystkim z przeciąganiem liny przez studentów Politechniki i Uniwersytetu (uczelnie zlokalizowane są na jego końcach). Pamiętam też wspinanie się po jego konstrukcji – na szczęście nie ja się wspinałam, za to wspomniane wino z plastikowych butelek odgrywało w tej mało bezpiecznej przygodzie ważną rolę. Dziś most to popularne miejsce na sączenie piwka – lepiej niż w Kopenhadze, bo z jeszcze atrakcyjniejszym widokiem. Intensywne miejskie życie w śródmieściu zachwyciło mnie poprzednio i równie mocno tym razem. I właśnie po to zamierzam wrócić jeszcze do Budapesztu.

Nie, nie wrócić. Wracać regularnie!

[fot. Monika Arczyńska&Łukasz Pancewicz]

Odkochałam się

team

W branżowej prasie nadal, chociaż z mniejszą częstotliwością, pojawiają się przeglądy weneckich wystaw i pawilonów, Marcin Szczelina chyba jeszcze siedzi we Włoszech (wróci? nie wróci? Dziś wrzucił na FB zdjęcie z Lido), a ja nadal wspominam wystawy, bo przetrawienie takiej dawki informacji i wrażeń wymaga czasu.

Tym razem do Wenecji pojechałam nie tylko z moim osobistym urbanistą, ale i z ulubionym historykiem sztuki. Połączyło nas właśnie Biennale – kiedy trzy lata temu szukaliśmy z Łukaszem kuratora, aby wspólnie przygotować projekt konkursowy na wystawę w polskim pawilonie, znajomi polecili nam Maksa Bochenka*. Zadzwoniłam, umówiliśmy się na kawę i na tej pierwszej kawie zaiskrzyło na tyle, że nie tylko złożyliśmy projekt (nawet dwa, bo i jeszcze jeden, rok temu), ale prowadzimy kolejną serię wykładów, przegadaliśmy setki godzin o architekturze, sztuce i innych mniej poważnych rzeczach, a po głowie chodzą nam  pomysły na kolejne projekty. W Wenecji okazało się, że pomimo różnych profesji – architekt, urbanista i historyk sztuki – odbieraliśmy poszczególne wystawy dość podobnie, a tam, gdzie ekspozycje prowokowały nas do dyskusji, potrafiliśmy mówić tym samym językiem. oponki

[Bez głupawki ani rusz – kto by wytrzymał bieganie po wystawach architektonicznych przez 10 godzin dziennie?]

LPMA.jpg

[Bez espresso też się nie da:)]

Zawsze szukam na Biennale „przekłuwania balona” – potraktowania architektury bez nadmiernego nadęcia i pompy. Tegoroczna edycja była śmiertelnie poważna: klęski żywiołowe, strefy militarne, ubóstwo i nierówności. Z westchnieniem ulgi skoczyliśmy  do serbskiego pawilonu, w którym interpretacja tematu może nie do końca nas przekonała, ale kapitalnie potraktowano wnętrze budynku, bliźniaczego z polskim. To nie jest najłatwiejsza przestrzeń ekspozycyjna -€“ wąska i długa -€“ i ten sposób na jej zagospodarowanie wydaje mi się bardziej odpowiedni niż wstawianie tam plansz czy makiet. Podłoga pawilonu stała się dnem niebieskiego statku, wyposażonego w najważniejszą dla przetrwania rzecz -€“ gniazdka elektryczne. Zapomnieliśmy sprawdzić, czy była też sieć bezprzewodowa, ale nie wyobrażam sobie, że mogłoby być inaczej. Wielki błękit i możliwość podładowania telefonu sprawił, że cichły rozmowy, a pochyłe dno zadziałało jak wielka leżanka…

Slovenia

Biennale to również godziny podpatrywania sposobów prezentacji projektów. Tym razem pięknych, piekielnie drogich makiet było jak na lekarstwo – robiłyby zdecydowanie nieprzyzwoite wrażenie wśród niskobudżetowych projektów w slumsach i na terenach dotkniętych przez kataklizmy. Co prawda Chipperfield i Rizzi pokazali odjechane makiety, no ale im wszystko wolno. Z drugiej strony stylistyka „zrób to sam”, jeśli potraktowana z pewną dozą humoru, również potrafi być atrakcyjna. Moi ulubieńcy to warsztat w pawilonie Recetas Urbanas.

LUDZIKI.jpg

Nie wiem, jak Izrael to załatwił, ale pierwszego dnia zamiast o 19:00, Giardini zamknięto godzinę później. W międzyczasie na tyłach pawilonu rozkręciła się w okamgnieniu niezła impreza – campari lało się strumieniami, a dj podrygiwał puszczając najbardziej kiczowate kawałki świata. Wśród pląsającego tłumu chyba wypatrzyliśmy nawet noblistów, których twarze chwilę wcześniej widzieliśmy na wystawie – opowiadali o relacjach między nauką a architekturą. Relacje między nauką a architekturą na parkiecie również okazały się bliskie.

Israel

Jak już przy nieeuropejskich, ale eurowizyjnych krajach jesteśmy, to w tym roku premierę miał pawilon Australii. Denton Corker Marshall zaproponowali czarne pudło, ale niespodzianka czekała w środku. „Raport z frontu” w interpretacji Australii to raport z frontu willi z basenem, bo postawili właśnie na „pool culture”. Tego samego dnia wieczorem moi towarzysze ratowali pijanych turystów, kórzy postanowili wykąpać się w Canale Grande. Bełkotali tak niewyraźnie, że nie byłam w stanie poznać po akcencie, skąd przyjechali, ale może to też byli Australijczycy?

Australia.jpg

Ale najważniejsze: odkochałam się. Aravena mi się po prostu przejadł. Po Pritzkerze i Biennale aż strach otwierać lodówkę. Już nie będzie walentynek, listów miłosnych ani wzdychania. Może gdybym wpadła na niego gdzieś w Giardini, uczucie by przetrwało, ale żartowaliśmy, że Alejandro A. specjalnie mnie unika. Pewnie dlatego, że krótko przed Biennale dowiedziałam się, że ma żonę (drugą!) i dzieci. Liczna grupa jego psychofanek pewnie nie zauważy nawet, że ich grono zmniejszyło się o jedną architekt z Polski, a ja zacznę szukać nowego obiektu westchnień. Jakieś propozycje?

*W piątek o 18:00 w hali B90 w Stoczni odbędzie się wernisaż Alternativa 2016: Uszczerbki i Straty. Maks  jest producentem tej wystawy – ostatnio wyspał się chyba w Wenecji, tak ogromne jest to przedsięwzięcie. Wpadłam wczoraj  do stoczni, żeby zobaczyć, jak w ogóle przebiega instalacja wystawy i powiem jedno: zapowiada się świetnie. Do zobaczenia w piątek!

[Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz, Maks Bochenek]

Sarona

2016_02

To miejsce pokazała nam w ubiegłym roku Aynav, moja serdeczna przyjaciółka z Erasmusa, która na co dzień mieszka w Europie, ale akurat odwiedzała w Izraelu rodzinę. Sarona to niemiecka kolonia z XIX wieku, wówczas nowoczesna osada rolnicza, produkująca żywność na sprzedaż, a nie tylko dla zapewnienia potrzeb własnej społeczności. Kiedyś zlokalizowana była poza miastem, ale wraz z rozwojem Tel Awiwu znalazła się w atrakcyjnym miejscu w centrum miasta, niedaleko stacji kolejowej i tuż obok sporej bazy wojskowej. Już od lat 70. deweloperzy zacierali ręce na myśl o zainwestowaniu na tym terenie (kilka rozsypujących się chatek do usunięcia – co za problem!), ale ostatecznie zadecydowano o objęciu go ochroną konserwatorską. Część budynków przeniesiono, a wszystkie pieczołowicie odrestaurowano i posadzono między nimi mnóstwo zieleni, obok zachowanych drzew.

WP_20141231_13_56_57_Pro

Kompleks obejmuje kilkadziesiąt sklepów i punktów gastronomicznych wśród zieleni. To rodzaj centrum handlowego i food courtu pod gołym niebem, ale o charakterze skansenu. Miejsce jest niedostępne dla samochodów, lecz dookoła zlokalizowano kilkanaście tysięcy miejsc postojowych. Obok wyrosły kontrastujące skalą wieżowce. ‚Lifestyle centre’ jak się patrzy.

WP_20141231_14_05_19_Pro

Z reguły krytycznie patrzę na podobne komercyjne założenia, podobnie jak na wielkie centra handlowe wysysające handel z ulic. Dwa tygodnie temu siedzieliśmy tam jednak z przyjemnością, popijając z moim osobistym urbanistą kawę i jedząc lody. Do samolotu zostało nam kilka godzin, a ponieważ byliśmy już trochę zmęczeni kilkoma godzinami spacerowania w upale, postanowiliśmy poczekać tam na pociąg na lotnisko. Beztroska atmosfera Sarony kompletnie nas wtedy wciągnęła. To miejsce, w którym wszyscy czują się bezpiecznie, pełne zakochanych par, znajomych grających we frisbee i dzieci biegających po trawnikach. Rozmarzyliśmy się na myśl o sączeniu wina na balkonie w sąsiednich wieżowcach – nie dość, że mają widok na Saronę, to z wyższych pięter również na morze. To prawdziwa zielona oaza w centrum miasta, w którym przez większość roku panują upały.

2016_01

Wczoraj nazwa ‚Sarona’ mignęła mi w internecie. To nie były dobre wiadomości – miał tam miejsce atak przy użyciu broni maszynowej. Zginęły cztery osoby. Dokładnie w tym miejscu siedzieliśmy dwa tygodnie temu. Na zdjęciach, które ukradkiem robiłam parze zakochanych, widać targ, gdzie odbyła się strzelanina.

Z mapy idyllicznych, bezpiecznych miejsc w Tel Awiwie właśnie zniknęło kolejne miejsce. Nie wierzę, aby w przyszłości ktokolwiek wypuścił dzieci na trawę, nie pamiętając o tym, co stało się wczoraj. Mentalne mapy miast, na których w pamięci zaznacza się miejsca kojarzące się z bezpieczeństwem i beztroską, kurczą się po każdym takim wydarzeniu. Miasta też giną w terrorystycznych atakach, nawet, gdy ich mury pozostają nietknięte.

RIP

[Fot. Monika Arczyńska]

 

 

 

 

Raport z frontu

TITLE

A miało być tak pięknie… Ale pięknie tylko przy okazji, bo przede wszystkim prospołecznie, pragmatycznie, humanitarnie. Wyszło dość nijako, powtarzalnie i nudno. Oglądając kolejne, podobne do siebie wystawy, zaprezentowane w ostentacyjnie niskobudżetowy sposób, bo przecież nie wypada wydać na makietę więcej niż na budynek, który reprezentuje, nieraz miałam wrażenie, że podróż do Wenecji była całkiem niepotrzebna. Oglądając katalog i popijając kawę – obowiązkowo fair trade – w zaciszu własnego mieszkania dowiedziałabym się więcej, bo bez pośpiechu, nie wspominając o ilości CO2, którą wyprodukował samolot, pociąg i klimatyzacja w hotelu. Nie wspominając już o tym, że pieniądze wydane na podróż mogłabym wpłacić na jakiś NGO budujący studnie w Afryce (podobną strategię przyjęła zresztą Austria, pożytkując zaoszczędzone dzięki skromnej wystawie fundusze na poprawę warunków mieszkaniowych kilku rodzin uchodźców).

ARRIVAL CITY

Niemcy również wybrnęli sprytnie  z problemu mało spektakularnego tematu i uniknęli szarej tektury, worków foliowych i plastikowych butelek. Nie dość, że wypruli otwory w swoim nazistowskim pawilonie, aby pokazać, jak bardzo są otwarci na przybyszów z zewnątrz – obecnie głównie uchodźców – to jeszcze wybrali stylistykę materiałów graficznych przypominającą przeskalowane kserówki ze spontanicznymi komunikatami. Bez zadęcia, z lekką naiwnością, może aż zbyt lekko, ale jak świeżo po dziesiątkach wystaw o mniejszych i większych problemach ludzkości.

ETH

[Ta instalacja ETH z Zurychu oczarowała chyba wszystkich i to akurat było coś, co trzeba zobaczyć na własne oczy, a nie tylko w katalogu. Konstrukcja składa się wyłącznie z wycinanych komputerowo kamiennych płyt – bez zaprawy, bez żadnych dodatkowych elementów łączących. Jak w czasach gotyckich katedr, których sklepienia wykonywano w podobny sposób. Tyle, że tu gotowe elementy składano zaledwie dwa tygodnie.]

Podczas Biennale rynkowa koniunktura przekłada się zwykle na ilość przelewanego prosecco oraz połysk wystaw, lecz Aravena wykręcił architektom niezły numer. Zachód powoli wykaraskał się z kryzysu, inwestorzy zaczęli wyciągać  odłożone do szuflady projekty, a w krajobrazie europejskich i amerykańskich miast znów pojawiły się dźwigi. Miło byłoby znów pobłyszczeć na okładkach kolorowych magazynów, a medialny szum po śmierci Zahy Hadid potwierdził tęsknotę za wielkimi nazwiskami i ekscentrycznymi twórcami. Dla wielu architeków to za szybko na pochylanie się nad wykluczonymi i  budowanie lepianek z gliny – brzmi świetnie, gdy chce się pochwalić znajomym egzotycznym wolontariatem, ale żeby zaraz przestać marzyć o  projektowaniu wieżowców i muzeów?

MOKOKO.jpg

[Nagrodzony Srebrnym Lwem dla „obiecującego młodego uczestnika” model pływającej szkoły Mokoko]

ZLOTY

[Z przodu makieta West Village w chińskim Chengdu – maksymalizacja przestrzeni rekreacyjnych i sportowych; w tle nagrodzona Złotym Lwem spektakularna instalacja Gabinete de Arquitectura z Paragwaju, wykonana z cegły przez niewykwalifikowaną siłę roboczą – tu akurat aspekt piękna i czystej formy architektonicznej został doceniony]

Polskie akcenty wypadły nieźle, chociaż „śmieciowo”. Wystawa Hugona Kowalskiego i Marcina Szczeliny o odpadach całkiem nieźle prezentuje się w Arsenale, ale tego śladu węglowego (śmieci przywiezione z Polski!) to chłopakom nie wybaczę. Polski pawilon z uwagi na temat, którego spodziewałam się w przynajmniej kilku innych miejscach, a którym jednak zajęli się tylko Polacy, stał się chyba jednym z najpopularniejszych w Giardini. Tu „śmieciowy” motyw dotyczył m.in. sposobu zatrudnienia robotników budowlanych bez umów (lub na tzw. „śmieciówkach”), ale i darmowe nadgodziny architektów załapały się na infografikę o problemach pracowników branży budowlanej. Trochę się martwiłam, że będzie za skromnie i że przygotowywany przez kielecką ekipę research nie wystarczy dla pełnego zobrazowania poruszanych kwestii, ale okazało się, że Biennale to miejsce zadawania pytań, a niekoniecznie podawania gotowych rozwiązań. Mieliśmy jednak z naszym własnym kuratorskim zespołem wrażenie, że wchodzimy na wystawę, którą sami zaproponowaliśmy na tegoroczne Biennale. Chociaż tematy się nie pokrywały, strona wizualna okazała się prawie identyczna. Ustawiony według naszego projektu billboard na dachu polskiego pawilonu miał krzyczeć czarnymi literami na agresywnie żółtym tle – tu krzyczały żółte torby w identycznym odcieniu, po których w całej Wenecji można było poznać architektów. Podobnie jak u nas, całą przestrzeń pawilonu wypełniała stalowa konstrukcja i tak samo była owinięta przepuszczającą światło tkaniną (tyle, że siatką ochronną, jak na rusztowaniach, a nie materiałem, z którego robi się billboard). Tak samo wchodziło się do środka przez wycięcie w materiale. Przynajmniej wiemy, że projekt sprawdziłby się w 1:1:)

Polish

Ciekawostka, ale spodziewana – zabrakło starchitektów. Co prawda pojawiły i garaże dla dronów projektu Fostera, i muzeum Chipperfielda w Sudanie, mignęli gdzieś w filmie dokumentalnym Herzog&de Meuron, a Shigeru Bana obskoczyli łowcy autografów, ale o pojedyncze nazwiska, a nie potężny gwiazdozbiór, jak zwykle bywało. Całą salę na wystawie głównej poświęcono też projektom Renato Rizziego. Zamierzałam podziękować mu za pokazywany w Giardini Teatr Szekspirowski – ostatnio rozmawialiśmy w dniu otwarcia, kiedy jeszcze nie wiedziałam, że Teatr stanie się jednym z moich ulubionych budynków. Rizzi, jak to stuprocentowy Włoch, rozgadał sie jednak z jakimś dziennikarzem. Następnym razem!

baN

Rizzi

[Rizzi, dziennikarze i przepiękne makiety]

DRON

[Fosterowy „garaż” dla dronów]

IRISH.jpg

[Projekcja na wystawie Irlandii (Níall McLaughlin), pokazujący, wraz ze zmieniającą się ścieżką dźwiękową, jak osoby z chorobą Alzheimera odbierają przestrzeń. Subtelnie, pięknie, ale w punkt – takie ekspozycje lubię na Biennale najbardziej.]

Największe rozczarowanie to brak otwartych debat. W Giardini zawsze były organizowane otwarte spotkania -€“ to miejsce stawało się centrum Biennale, gdzie można posłuchać dyskusji zaproszonych kuratorów i projektantów. Tym razem kilka spotkań odbyło się w audytorium, gdzie mieści się tylko niewielki odsetek zainteresowanych osób (nie wspominając o pewnym skandalu – okazało się, że Aravena zaprosił do głównej debaty na otwarcie debaty samych mężczyzn). Tym razem, kiedy na wystawie pokazywano dobre praktyki z odległych od siebie części świata, dyskusja i podzielenie się uwagami byłyby szczególnie ważne. Nawet, jeśli rozwiązania muszą być unikalne i „szyte na miarę” z uwagi na różnice geograficzne czy kulturowe, najbardziej intrygujące fragmenty wystawy głównej to te, które przedstawiały uniwersalność problemów oraz sposobów ich rozwiązania w różnych częściach świata. Do jednej z najbardziej trafnych w tym kontekście wystaw zaliczyłabym porównanie tymczasowych miast – od osiedli dla ofiar klęsk żywiołowych, przez festiwal w Glastonbury, po święto przyciągające w jedno miejsce w Indiach kilkanaście milionów ludzi.

Porażką była również nieobecność i jednoczesna medialna wszechobecność Araveny.  Chociaż wpatrywaliśmy uważnie jego rozwichrzonej czupryny, pojawiącej się dosłownie wszędzie – w magazynach, na filmach, w wywiadach – nie czułam jego roli jako gospodarza, jak chociażby Koolhaasa dwa lata temu. Nie kręcił się cały czas na wystawach, trudno było się wbić na spotkania. To dziwne, bo w trakcie przygotowań intensywnie współpracował z innymi kuratorami. Być może tak już mają niektórzy architekci – interesuje ich proces twórczy, a nie to, co dzieje się później, a może stał się ofiarą własnego sukcesu. Pritzker i Biennale w jednym roku to chyba trochę za dużo nawet dla takiego człowieka-orkiestry. Aravena, podkreślając swoje praktyczne podejście do rozwiązywania problemów, prezentował się nie tyle jako kurator, ale jako stuprocentowy architekt, który do przygotowania Biennale podchodzi jak do projektu architektonicznego. Już w pierwszej sali, wypełnionej gips-kartonem (100 ton pozostałości po poprzednim Biennale), pokazał proces projektowania wystawy, dyskusje z kuratorami i aranżowanie przestrzeni. Wszystko zgodnie z jego kuratorskim przesłaniem o roli architekta, tyle, że w pokazanych dalej projektach architekt stanowił zaledwie element, nie zawsze najważniejszy, procesu rozwiązywania problemów. Za to za każdym prawie razem, gdy tylko pozwalała na to aranżacja i stylistyka wystawy, łechtano ego projektantów jako bogów, twórców czy godnych podziwu filantropów. To trochę jak z Araveną, prawda?

greedy.jpg

[Aravena na filmie…

ARAV

[… i jego instalacja z rozbiórkowych stelaży i płyt gispowo-kartonowych]

 

 

team02

[Czym byłoby Biennale bez fotogenicznych instalacji?]

Najciekawsze wydawały mi się te fragmenty Biennale, gdzie“ rola architekta nie polegała na zbawianiu ludzkości, ale gdzie wyjście poza tradycyjne projektowanie oznaczało działania związane z definiowaniem systemów i procesów rządzących przestrzenią. Na przykład izraelski pawilon pokazywał relacje między nauką a architekturą, gdzie np. symulacje rozwoju kolonii drobnoustrojów można by wykorzystać jako model projektowania ludzkich siedlisk. Wyobrażam sobie świetnie odwrócenie tej zasady i wykorzystanie umiejętności architektów do analizy i zapisu podobnych procesów w nauce – badacze nie zawsze posiadają predyspozycje i doświadczenie, żeby tego dokonać.

Ale to, co zrobiło na mnie największe wrażenie, to wystawa Forensic Architecture, działającej w ramach londyńskiego uniwersytetu agencji zajmującej się dokumentowaniem dowodów (głównie dla organizacji pozarządowych i ONZ) dotyczących zbrodni wojennych czy środowiskowych. Te zadania wymagają współpracy pomiędzy specjalistami z różnych branż – od prawników po filmowców, ale rola architektów, którzy rozumieją przestrzenne relacje, jest szczególna w określaniu miejsca i czasu wydarzeń. Tu nie architekt stał w centrum zainteresowania, ale ofiary. To chyba jedyne miejsce na całej wystawie, gdzie na ludzi nie patrzyło się jak na masę, ale jak na konkretne jednostki. Pięciolatek, który zginął od wybuchu pocisku w Strefie Gazy staje się mniej anonimowy niż afrykańskie dziecko zdobywające wykształcenie dzięki nowemu budynkowi szkoły. Bezimienni rozbitkowie-uchodźcy stają się bliżsi niż społeczność południowoamerykańskich slumsów.

Właśnie takich wystaw oczekiwałam na tegorocznym Biennale.

FORENSIC

[Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz]

Muzeum Palestyny

z daleka

Uff, ależ to były intensywne dwa dni! W środę odbyło się oficjalne otwarcie Muzeum Palestyny. Wyjazd na Bliski Wschód to zawsze niesamowite doświadczenie, a jeśli trwa zaledwie 48 godzin, w międzyczasie trzeba przebić się przez zasieki i punkty kontrolne, a docelowo trafia się do świata jak z arabskiej baśni, emocje stają się jeszcze mocniejsze.

Polska prasa przemilczała temat otwarcia Muzeum (mamy teraz dość własnych problemów…), ale światowe media wysłała na miejsce swoich dziennikarzy. Opinie są różne, ale przeważa zdanie, że budynek jest udany, chociaż kompletnie odbiega od rodzaju i jakości architektury w regionie,a za wyjątkowo kontrowersyjną decyzję uznano otwarcie budynku bez wystawy. Pewnie dlatego, że od początku krystalizowania się profilu tej instytucji nazywano ją „bezpiecznym miejscem dla niebezpiecznych idei”. W międzyczasie zmienił się dyrektor, a ponieważ na przygotowanie wystawy na planowane od dawna otwarcie nie wystarczyłoby czasu, zaaranżowano szybko ekspozycję poświęconą budynkowi i jego realizacji. Pojawiły się betoniarki, kaski, kamienne płyty okładzinowe i wykaligrafowane na naszych rysunkach arabskie słowa, które kojarzą się z Palestyną. Dla wielu krytyków okazało się to niewystarczające – przypuszczalnie spodziewali się prowokacyjnej wystawy związanej z izraelsko-palestyńskim konfliktem. Dla nas, świadomych trudności, jakie wiązały się z realizacją tego budynku oraz niewyobrażalnego zaangażowania wielu osób w jego stworzenie, była to nie tyle bezpieczna decyzja, otwierająca w wyważony sposób pole dla dalszych kuratorskich eksperymentów, co potraktowanie budynku jako głównego eksponatu. Tym bardziej, że to najbardziej zaawansowany architektonicznie i technicznie obiekt w Autonomii, a poza tym, podobnie jak przyszłych wystaw, nie będą mogli go zobaczyć wszyscy zainteresowani z uwagi na restrykcje związane z przekraczaniem granic  w regionie. Nawet Lara Zureikat, architekt krajobrazu odpowiedzialna za projekt tarasowych ogrodów, nie dostała wizy na wjazd z Jordanii na otwarcie. Dlatego Muzeum działa równocześnie na zasadzie internetowej platformy oraz organizuje satelitarne wystawy (obecnie w Bejrucie można obejrzeć tradycyjne hafty).

O samym budynku mogłabym opowiadać godzinami, ale ponieważ „jeden obraz jest wart więcej niż tysiąc słów”, zamieszczam poniżej więcej niż zwykle zdjęć. Obawiałam się najbardziej, że przez cały czas będę dostrzegać tylko niedoskonałości tego obiektu. Tak, tam są niedoróbki, nawet sporo (na szczęście widoczne z bliska). Standard wykonawstwa jest nieporównywalnie niższy, niż gdybyśmy stawiali ten obiekt w Niemczech czy Wielkiej Brytanii, ale wiele elementów zatrzymano na granicy (np. w ostatniej chwili austriackie znaki wyjść ewakuacyjnych zastąpiono… polskimi).albo stwierdzę, że mnóstwo rzeczy można by zrobić inaczej. Kiedy w ubiegłym roku oglądałam dopiero co montowane kamieniarki, pomyślałam, że być może popełniamy błąd decydując się na tak wielkie, mocowane na stalowych szynach płyty. Wykonawcy musieli rozbierać fragmenty okładzin i zakładać je ponownie, bo ten sposób montażu, przeprowadzany po raz pierwszy na tak skomplikowanej geometrycznie bryle, stanowił podwójne wyzwanie i pierwsz próby okazały się porażką. Ta forma architektoniczna wymaga jednak czystych, dużych powierzchni, których nie udałoby się uzyskać przy pomocy mniejszych, typowych dla tamtejszego budownictwa bloczków. Musieliśmy także zachować wysokie standardy izolacyjności cieplnej (budynek posiada certyfikat LEED – pierwszy na obszarze Autonomii) i przeciwwilgociowej, co również stanowi ewenement w tej części świata.

opening

To moje pierwsze otwarcie – do tej pory albo nie mogłam uczestniczyć w podobnych imprezach, bo byłam na drugim końcu swiata, albo budowy są jeszcze rozgrzebane z uwagi na wielkość inwestycji. Ta ceremonia była jednak wyjątkowa, bo wyjątkowe jest znaczenie tego budynku dla Palestyńczyków. Co prawda niewiele brakowało, aby spóźniony taksówkarz, który wiózł nas z Ramallah, nie zdążył na czas przed zamknięciem  dróg, ale przemykał przez koeljne punkty kontrolne pokazując na tylne siedzenia z wyjaśnieniem „Americans!” (to hasło otwiera wiele bramek). Tylu żołnierzy nie widziałam już dawno – kilka kilometrów przez Muzeum obstawiono wszystkie drogi, aby prezydent Abbas mógł bezpiecznie dotrzeć na przecinanie wstęgi. Przed południem odbyły się oficjalne przemowy, a zjeżdżający się zewsząd projektanci, wykonawcy czy kuratorzy mieli okazję, żeby wspólnie obejrzeć gotowy budynek i ogrody. Świeciło słońce, a taras okazał się idealną bankietową przestrzenią.

Wieczorem odbyła się artystyczna część ceremonii. Na parkingu przed budynkiem umieszczono telebim i setki krzeseł, aby jeszcze więcej osób mogło uczestniczyć w tym wydarzeniu, w ogrodach brzdąkały smyczki, ale główną rolę zagrał sam budynek. Amfiteatr zdał egzamin, lecz najbardziej zaskoczyło nas, że oprócz wykorzystania sceny na dole dla orkiestry i mównicy, zaaranżowano spektakl tańca w samym budynku, w tzw. strefie buforowej za wielkim, otwierającym się na tarasy przeszkleniem. Jak mogliśmy o tym nie pomyśleć na etapie projektu? Myślę, że podobne niespodzianki, bo było ich znacznie więcej, sprawiają, że – zabrzmię nieskromnie w imieniu całego zespołu – to kawał naprawdę porządnej architektury. Udało się wyważyć odpowiednio proporcje i w zależności od aranżacji przestrzenie mogą kameralne lub przestronne, jak w przypadku podobnych dużych imprez. Sam spektakl był dość łopatologiczną i wymowną opowieścią o złych najeźdźcach, ale po zakończeniu, kiedy w amfiteatrze huknęły oklaski i entuzjastyczne gwizdy, przyznaję: pociekła mi po policzku niejedna łza. Jeden budynek i tyle wzruszeń!

outdoor

4ladiesofhparc

[Większość damskiej części Heneghan Peng zaangażowanej w projekt: Roisin, Elizabeth, Catherine i ja:)]amfi2

[Widok na amfiteatr]amfiteatrbankietbizreh

[Tarasowo schodzące ogrody z typową dla regionu roślinnością i gatunkami charakterystycznymi dla palestyńskiego rolnictwa. Przy dobrej widoczności z góry można zobaczyć położony kilkadziesiąt kilometrów dalej Tel Awiw i Morze Śródziemne. Widoczne na zdjęciu posadzki wykonano w tradycyjnej w regionie technologii – rodzaj  terazzo, ale bez polerowania. Większość chodników w Ramallah wykończono właśnie  w ten sposób  Wszystkie ścieżki i schody położyło tylko dwóch, podobno najlepszych rzemieślników w kraju. Tu zdecydowanie najbardziej perfekcyjnie wykonana część Muzeum]

buffer02

[Tzw. strefa buforowa, czyli ciągnąca się wzdłuż budynku przestrzeń oddzielająca wystawę oraz biura od zewnętrznych tarasów. To w tej przestrzeni odbywał się spektakl, oglądany z amfiteatru]

buffer_ma

[Wracałam tam co kilka godzin, żeby zobaczyć, jak zmieniają się cienie rzucane przez podtrzymujące fasadę ‚żyletki’]

show

[Najpierw taneczny spektakl w przestrzeni, o której projektując budynek, wcale nie pomyśleliśmy, jako o scenie (a przecież to takie oczywiste!)]

projekcja

[Później muzyka, poezja i projekcje na elewacjach]catering

[Gościnność Palestyńczyków jest legendarna, więc i bufet okazał się wyjątkowy. Wśród słodyczy królowały ciasteczka z logo Muzeum. Zamiast baru z drinkami pojawił się bar z… lodami]

dark

[Ta elewacja to był pot, krew i łzy. Ale warto było:)]

feras

[Feras Tubaila, którego firma wykonała najbardziej skomplikowane technicznie elementy budynku]noc

wyst2

wystawa

[Główna przestrzeń ekspozycyjna z tymczasową, zaaranżowaną minimalnymi środkami wystawą o powstawaniu budynku. Nasze rysunki posłużyły jako tło dla arabskich napisów – skojarzeń związanych z Palestyną]

chlopaki

[Świętowali wszyscy zaangażowani w realizację budynku oraz przygotowanie ceremonii – od firm wykonawczych po ochroniarskie]

team

[Heneghan Peng + towarzyszący mężowie i przyjaciele. Po lewej (pod krawatem) Conor, który był odpowiedzialny za projekt na etapie wykonawczym. Regularnie latał na budowę i to głównie on zmagał się z problemami z dostawami materiałów. W międzyczasie zaczął śmigać po arabsku i zaprzyjaźnił się z miejscową ekipą]

[Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz i inni]

Kto sieje asap, ten zbiera fakap*

Palestine

Tytuł pochodzi ze strony „Korposzczur płakał jak czelendżował„. Co prawda daleko jestem od korporacyjnych klimatów, ale przez kilka ostatnich czelendżów, a zwłaszcza asapów, niewiele brakowało, a skończyłoby się na poważnych fakapach*. Być może zauważyliście, że blogowe posty pojawiają się ostatnio z mniejszą częstotliwością – to przez te asapy właśnie. Nie lubię narzekać na klęskę urodzaju, bo to najlepsza z możliwych klęsk, ale tym razem do zawalonego terminami kalendarza doszły wypadki losowe, z finałami szpitalnymi, niestety. Najwięcej trudności sprawiała jednak jednostka chorobowa o dźwięcznej nazwie „działalność gospodarcza”. Kończymy obecnie z moim osobistym urbanistą podręcznik planowania dla Obszaru Metropolitalnego Gdańsk-Gdynia-Sopot. Teminy napięte, zakres ogromny, a żeby tego wszystkiego było mało, Łukasz złamał ręce w wypadku rowerowym. Obie. W tym jedną tak pechowo, że od razu wylądował w szpitalu na operacji łokcia. Przez chwilę myśleliśmy, że wszystko się posypie, ale uff, chyba udało się opanować terminy. Nie poradzilibyśmy sobie bez pomocy i trzymania kciuków – dziękuję!

Kolejne asapy (oby nie skończyły się fakapami!) mamy na Politechnice. Po kapitalnych doświadczeniach z ubiegłego roku i projektem dla Starego Polesia w Łodzi pracujemy ze studentami nad założeniami dla przebudowy ulicy Długiej i Długiego Targu w Gdańsku. Pomimo kryzysów, stresu, momentów totalnego załamania i nagłych mobilizacyjnych zrywów, jesteśmy dobrej myśli – studenci zostali rzuceni na głęboką wodę, ale radzą sobie świetnie. Napiszę o tym w czerwcu, kiedy doprowadzimy projekt do końca.

Przez ten natłok spraw przegapiłam w ubiegłym tygodniu dziesiątą rocznicę (!) pracy w Heneghan Peng Architects. To też temat, który zasługuje na osobny tekst. Nigdy nie myślałam, że wytrzymam tyle lat w jednym miejscu, ale nadal nie wyobrażam sobie, żebym mogła bez żalu pożegnać się z takim zespołem i z takimi projektami. Już w tym tygodniu, 18 maja, odbędzie się oficjalne otwarcie Muzeum Palestyny (na zdjęciu). Jadę obowiązkowo, bo to przypuszczalnie jeden z najważniejszych projektów, nad którym kiedykolwiek miałam i będę miała okazję pracować. Będzie większa ekipa z biura, niektórzy zostają, żeby pojeździć jeszcze trochę po Bliskim Wschodzie. Niestety, nie dołączę do nich, ale zobaczymy się ponownie już niedługo, bo na początku czerwca wpadam na chwilę do Dublina, żeby zobaczyć, jak idzie przebudowa Galerii Narodowej. Prace mają skończyć się za kilka miesięcy, więc to może być ostatnia szansa, żeby zobaczyć Galerię w ciekawszej, bo rozbebeszonej wersji.

Między tymi biurowymi wyjazdami wyskakujemy jeszcze na previews weneckiego Biennale. Tego wydarzenia nie mogę się doczekać najbardziej: dwóch dni, kiedy liczy się architektura, architektura i tylko architektura. Będę wypatrywać starchitektów, w tym oczywiście boskiego Alejandro. Ba, od innej fanki mam dostać cynk, w którym hotelu się zatrzymuje:) Jeśli nie pojawię się z powrotem w Gdańsku, to znaczy, że zostałam jego groupie. Ahoj, przygodo!

*W razie pytań, co to te fakapy, wrzucam link do wyjaśnienia:)

[fot. Heneghan Peng Architects]

Barrakka

IMG_4527

Nie chce mi się wierzyć, że już po Wielkanocy. Przecież dopiero co świętowaliśmy Boże Narodzenie i Nowy Rok. Zebrało mi się z tej okazji na sylwestrowe wspomnienia i wygrzebałam z czeluści dysku kilka zdjęć z Malty. Dziś opowiem Wam o pewnej maltańskiej windzie (głównie z okazji niedawnego święta – Międzynarodowego Dnia Windy, obchodzonego 23 marca,  w rocznicę uruchomienia przez Otisa pierwszego egzemplarza na świecie).

Malta to nie jest miejsce dla osób poszukujących wyjątkowej współczesnej architektury – jest jej tam jak na lekarstwo i w sumie na mojej liście obowiązkowych punktów były tylko dwa obiekty. Jeden z nich to kamienna brama Renzo Piano, o której już pisałam, drugi – winda Barrakka. Nie tylko obejrzałam ją dokładnie, ale i z niej skorzystałam, gdy po całym dniu spacerowania nie mieliśmy już siły wspinać się pod górę. Winda pokonuje prawie 60m między waterfrontem a ogrodami Barrakka z fontanną, tarasem widokowym i, jak to mówią Anglicy, „wymanikiuriowanym” trawnikiem. W tej samej lokalizacji znajdowała się już wcześniej winda (od 1905 roku), zlikwidowana  w latach 80., kiedy jej utrzymywanie przestało się opłacać. Teraz chętnie korzystają z niej turyści, ale wówczas tedy niebo nie było jeszcze poprzecinane gęstą siatką lotów tanich linii, a popularność wyjazdów na wieczory kawalerskie i panieńskie miała dopiero nadejść. Pewnie trzeba by nadal zasuwać schodami po setkach stopni, gdyby nie – tadam! – fundusze unijne. Projekt przygotowało maltańsko-brytyjskie biuro Architecture Project i od 2012 roku nikomu już nie grozi zadyszka na tym sześćdziesięciometrowym odcinku.

0304

Na górze do windy wsiada się wygodnie, ale na dole znów znajdują się te wszechobecne na Malcie cholerne bramki i automaty biletowe, których nikt nie potrafi obsłużyć. Zaczynam podejrzewać, że osoba, która pisała specyfikacje dla unijnych projektów, miała kogoś znajomego w firmie importującej ten sprzęt. Do wyjaśniania, jak to nieszczęsne ustrojstwo działa, zatrudniony jest pan, który równie dobrze mógłby te bilety sprzedawać. Pewnie zacznie, kiedy minie okres trwałości projektu – to zawsze pięć lat przy unijnych dotacjach?

Ponieważ Valetta znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO, projektować należy tam… ostrożnie. Nie zmyślam – w biurze mamy na koncie kilka obiektów w takich lokalizacjach i podobnych restrykcji odnośnie wizualnych aspektów projektu nie ma nigdzie indziej. Od wielkości (a wcale nie jest łatwo zaprojektować most o dużej rozpiętości bez wielkich pylonów) po zastosowane materiały – problematyczne bywa szkło, bo odbija ostro światło, za bardzo wyróżniając się w otoczeniu. Obiekty infrastrukturalne to wyjątkowo niewdzięczny temat, bo są często spore, linearne w formie i mocno widoczne. Właśnie tak, jak winda Barrakka, więc projektanci zrobili wszystko, aby jak najskuteczniej wtopić ją w tło – kamienne fortyfikacje Valetty. Oryginalna winda była stalowa i lekka, współcześnie postanowiono jednak użyć żelbetu. Aby zmniejszyć jego wizualny ciężar, obłożono całość aluminiową siatką, anodowaną w beżowawym odcieniu, dzięki czemu konstrukcja może nie znika, ale na pewno nie wyróżnia się zbytnio na piaskowym tle.

Na miejscu byłam nieco sceptycznie nastawiona do tego obiektu – siatki wydawały mi się za bardzo dekoracyjne i trochę na siłę doklejone do betonowego trzonu. W takim miejscu zamarzyłaby mi się raczej jakaś wysublimowania stalowa konstrukcja. Ale to byłoby możliwe przy znacznie wyższym budżecie (tym bardziej, że jeszcze musiał zarobić dostawca automatów biletowych bramek:) Im dłużej więc patrzę na te zdjęcia, tym mniej drażnią mnie te siatki. W końcu taki niewinny ornament to chyba nie zbrodnia, co?

[Fot. Monika Arczyńska]

 

Serca w mięsnym

image.jpg

W tym roku w Walentynki wyjątkowo nie będę wzdychać do przystojnych architektów. Alejandro A. dostał już ode mnie taką dawkę słów miłości przy okazji Pritzkera, że musi mu wystarczyć przynajmniej do Biennale. Walentynkowy post poświęcę miastu, o którym już kiedyś pisałam na blogu – o cudzie nad Wisłą i niedoszłej stolicy państwa krzyżackiego czyli Chełmnie. To idealny przykład miejskiego brandingu – samorząd od lat konsekwentnie buduje markę „miasteczka zakochanych”. Dlaczego zakochanych? Bo w kościele farnym znajduje się fragment czaszki św. Walentego. Pewnie gdyby pozbierać jego relikwie z kościołów całego świata, okazałoby się, że święty posiadał kilkanaście czaszek, ale nie bądźmy tacy drobiazgowi.

Kulminacja całorocznych marketingowych działań, które mają sprawić, że zakochani turyści będą zjeżdżać z całej Polski, aby zostawiać  w Chełmnie złotówki, przypada oczywiście na 14 lutego i Walentynki chełmińskie. Przez cały weekend odbywają się tam imprezy dla mniej lub bardziej wzdychających z miłości, a ulice i rynek udekorowane są sercami. Amorków, łabędzi i czerwieni pełno jest również na sklepowych wystawach, bo ogłoszono konkurs na najpiękniejszą witrynę walentynkową. Do tego miana pretendują nie tylko sklepy z bielizną i perfumerie, ale także warzywniaki czy sklepy z artykułami chemicznymi (kilka zdjęć powyżej). Cały czas wypatrywałam jednak czegoś innego. Sklep mięsny – tu jest dopiero pole do popisu! Zakochane różowe prosięta, które zaraz trafią pod nóż rzeźnicki. Wołowy antrykot w kolorze krwistej czerwieni. Girlandy z kurzych serc…

Dużo romantyczności dzisiaj!

[fot. Monika Arczyńska]

Piano

IMG_4037

Przygotowujemy się właśnie z Maksem Bochenkiem do dyskusji po projekcji odcinka „Świątyń kultury” o Centrum Pompidou w gdańskim IKM. Czytam m.in. o Renzo Piano i przypominają mi się inne jego realizacje, które miałam okazję zobaczyć. Naliczyłam ich ponad dziesięć, przy czym niektóre oglądałam tylko z zewnątrz albo właśnie były w budowie. W innych miałam okazję spędzić więcej czasu, np. w Lingotto w Turynie. To był chyba jedyny raz w życiu, kiedy podczas wakacyjnego wyjazdu szarpnęliśmy się z moim osobistym urbanistą na pięciogwiadkowy hotel (na szczęście w dużej promocji*). Piano zajął się tam adaptacją fabryki Fiataz lat 20. To, co przede wszystkim warto zobaczyć w Turynie, to niekoniecznie jego interwencje, ale sama fabryka – żelbetowy budynek-maszyna. Nocleg w hotelu pozwala skorzystać z jej niesamowitego dachu z celach joggingowo-widokowych – oryginalnie znajdował się tam tor testowy dla samochodów i to tam rozgrywa się również jedna ze scen w filmie „Włoska robota”.

turyn.JPG

[Te dwie narośle na dachu to „włoska robota” Renzo Piano w Lingotto]

Jeden z najnowszych budynków Piano oglądałam z kolei miesiąc temu na Malcie. Valetta City Gate – bramę do Valetty połączoną z administracyjno-kulturalnym kompleksem – ukończono w 2014 roku. Zespół wygląda trochę anachronicznie i ma to wszystko, za co kochałam Piano jeszcze na studiach, a za co już go tak bardzo nie kocham. Jest lokalne rzemiosło, ale udawane, bo założę się, że kształtki elewacyjne wycinała maszyna CNC, a nie sprawne dłonie kamieniarzy. Jest lokalny materiał – piaskowiec, ale w takiej masie, że aż przeraża ciężarem. Są dopieszczone elementy konstrukcyjne, ale całość tak gęsto podparto, że nabrała „egipskiego” charakteru. Najgorsze są i tak dwa metalowe wrzeciona przy wejściu, zaprojektowane chyba tylko po to, żeby można było walnąć detal mocowania na okładkę książki „Renzo Piano Building Workshop” z podsumowaniem kolejnej dekady. I ta symetria… I te podwójne blachy oddzielające stare kamienne fortyfikacje od nowej realizacji – co za dosłowność!

Szybkie śledztwo wyjaśnia, skąd takie rozwiązania. W skrócie: rządowi od dawna zależało na realizacji jakiegoś starchitekta w tym ważnym miejscu – to główne wejście do Valetty, znajdują się tam ruiny wiktoriańskiej opery, zaadaptowane ostatecznie na scenę pod gołym niebem, a pusta działka obok wydawała się idealnym miejscem dla siedziby parlamentu. Rozmowy z Piano rozpoczęto już w 1985 roku. Po prezentacji pierwszych propozycji masterplanu publiczny odbiór projektu okazał się tak negatywny, że wstrzymano inwestycję. A może i budżet nie wytrzymał? Nieważne. Ważne, że powrócono do tego pomysłu dopiero w 2008 roku, spodziewając się nowej koncepcji, ale Piano najwidoczniej wyciągnął z szuflady przykurzony już nieco project albo przypomniał sobie, co mu chodziło po głowie dwie dekady wcześniej. Widać te lata osiemdziesiąte, oj widać, a to nie był najszczęśliwszy okres dla architektury…

IMG_4058

[„Walk like Egyptian” to też połowa lat 80…]

szpikulec.jpg

[W sam raz detal na okładkę, prawda?]

IMG_4049

[Stare i nowe, rozdzielone ostrym cięciem stali. Jakoś tak… „studencko”]

IMG_4050

[Tak wygląda dół realizacji – w ten może malowniczy, ale bałaganiarski zakątek można zajrzeć wchodząc do Valetty. Architekt oczywiście nie miał tu wiele do powiedzenia, ale wrzucam to zdjęcie, aby pokazać, że wizytówki miast są zaniedbane nie tylko w Polsce:)]

Zapraszam w środę o 19:00 na opowieść o Centrum Pompidou. Też będziemy się nieco pastwić, ale nad filmem, nie nad Renzo Piano. Za to ja w ramach solidarności jajników być może popastwię się też nieco nad Richardem Rogersem, bo w okresie realizacji Pompidou poznał swoją obecną żonę, rzucając dla niej poprzednią – partnerkę w firmie, współautorkę Centrum i matkę ich trojga dzieci. Czy ktoś dziś pamięta, że Centrum Pompidou współprojektowała Su Rogers?

*Właśnie zauważyłam, że od czasu naszej wizyty hotelowi utrącono jedną gwiazkę – pewnie lampy Castiglioniego straciły nieco ze swojego blasku – więc przyjemność nocowania w miejscu zaprojektowanym przez laureata Pritzkera i porannej przebieżki na dachu jednej z najpiękniejszych fabryk świata jest jeszcze bardziej dostępna.

[fot. Monika Arczyńska]

Styczeń

berlin scharoun 03.jpg

Kasia Tusk co miesiąc przedstawia na swoim blogu listę aktualnych „umilaczy” i „Last month” ze zdjęciową relacją z ostatniego miesiąca. Wśród „umilaczy” ostatnio pojawił się między innymi przepis na naturalny cukier waniliowy oraz długa lista kosmetyków. Ponieważ na SIX LETTER CITY nadal nie ma żadnego lokowania produktu (producenci papy termozgrzewalnej – dlaczego, ach dlaczego wciąż mnie ignorujecie?), a na instagram wciąż nie mogę się zdecydować, to skuszę się chociaż na podsumowanie bieżących wydarzeń.

POLITECHNIKA

W ubiegły piątek studenci Gospodarki Przestrzennej na Politechnice Gdańskiej prezentowali prace semestralne. O zeszłorocznych projektach pisałam szerzej tutaj – w tym roku powtórzyliśmy temat i lokalizację, modyfikując nieco układ zajęć na podstawie wcześniejszych doświadczeń. Znów wyszło świetnie, ale zastanawiam się, czy przypadkiem nie wymagamy od studentów zbyt wiele. Czasem chyba zapominamy, że są dopiero na piątym semestrze! Poradzili sobie fantastycznie, a jako deweloperzy zarobili po kilkadziesiąt milionów złotych wirtualnych złotówek:)

WARSZAWA

Miniony weekend spędziłam pracowicie i przyjemnie w Warszawie. W sobotę opowiadałam o współpracy między projektantami a publicznymi inwestorami na podyplomowych studiach „Miasta i Metropolie” w Instytucie Badań Przestrzeni Publicznej. Nareszcie poplotkowaliśmy na spokojnie z Piotrem Szczepańskim z Instytutu, bo do tej pory zawsze spotykaliśmy się gdzieś w przelocie. Umówiliśmy się także z Gosią Borys z MamArchitekci. Opowiadała o aktualnych projektach – pracownia się rozwija, zlecenia są coraz ciekawsze, a poza tym miło posłuchać kogoś, kto mówi, że przychodzi do pracy z autentyczną przyjemością. To ostatnio rzadkość wśród architektów:) Poznałam też w końcu Jacka Grunt-Mejera, który zajmuje się programem rewitalizacji Pragi. „W końcu”, bo wcześniej czytałam sporo jego tekstów i facebookowych komentarzy – bardzo podoba mi się jego energia i zdroworozsądkowe podejście do rewitalizacji i zasad funkcjonowania miasta.

MUZEA

WP_20160123_18_04_48_Pro

Odwiedziłam przy okazji dwa warszawskie muzea. W Polinie – Muzeum Historii Żydów Polskich – byłam wcześniej jeszcze przed zainstalowaniem wystawy. Treaz prawie trzy godziny nie wystarczyły na dokładne obejrzenie całości i na pewno tam wrócę. Podobało mi się również Muzeum Warszawskiej Pragi z wystawą zaaranżowaną przez 137kilo. Nie wiedziałam nawet, że mieszała przy tym projekcie Charlie Koolhaas. Oprócz obejrzenia samej wystawy warto również zobaczyć konkursowe plansze i grafiki – to prawdziwy majstersztyk w przedstawieniu koncepcji. Mam słabość do makiet i myślę, że nadają się idealnie do prezentacji projektów krajobrazu, przestrzeni publicznych i właśnie wystaw. Uproszczenie, jakie daje model, pozwala na znacznie czytelniejsze wyjaśnienie, jaki jest główny zamysł, ale też na zbudowanie określonej atmosfery wokół projektu, zdecydowanie bardziej trafnie niż nawet najbardziej realistyczne wizualizacje.

MIASTOPROJEKCJE

IKM_MP

Zapowiadałam niedawno, że szykuje się kolejna współpraca z Maksem Bochenkiem. Już dziś zaczynamy nowy cykl spotkań w Instytucie Kultury Miejskiej. Tym razem w ramach serii Miastoprojekcje będziemy opowiadać o budynkach przedstawionych w serii filmów „Świątynie Kultury”. Rozbijamy filmy, oryginalnie złożone z trzech odcinków-budynków, na części prezentujące pojedyncze obiekty. Zaczynamy od Filharmonii Berlińskiej (na zdjęciu na górze), następne w kolejce – Centrum Pompidou.

KANADA

hp

Wspominałam już na Facebooku, że Heneghan Peng wygrało konkurs na Muzeum Kajaków w Kanadzie. Brzmi może mało poważnie (kajaki???), ale będzie się tam mieścić największa na świecie kolekcja kajaków, które stanowią kawał dziedzictwa kulturowego Kanady, w tym osiemnastowieczne eksponaty. Oprócz wystawy w muzeum zostaną zlokalizowane m.in. sale edukacyjne i warsztatowe, a także centrum kajakarstwa. Pracownie z całego świata wysłały prawie sto zgłoszeń, a elementem finałowej selekcji najlepszego projektu była publiczna prezentacja oraz internetowy sondaż – dziękujemy za wszystkie głosy! Nie pracowałam nad projektem konkursowym, ale cieszę się równie mocno, jak autorzy koncepcji. Powstanie budynek, który nie stara się być na siłę ikoną i prawie zniknie w krajobrazie.

A10

Cover-A10-61

A w styczniowo-lutowym numerze A10 pojawił się nasz (mojego osobistego urbanisty i mój) tekst o polskim mieszkalnictwie. Mam nadzieję, że się pojawił, bo nie miałam jeszcze okazji zajrzeć do środka:)

Tyle aktualności. Zamierzam teraz nacieszyć się przerwą w zajęciach na uczelni i zbierać siły na kolejny semestr. Znów będzie się działo – o tym wkrótce:) A gdyby jednak producenci papy termozgrzewalnej zdecydowali się na umieszczenie reklamy na moim blogu, obiecuję, że przemyślę nawet instagram!

[Fot. Monika Arczyńska, A10, designboom, IKM]

 

Państwo-miasto

IMG_3912

Malta to dziwne miejsce. Trochę jak Wielka Brytania, trochę jak Włochy, trochę jak kraj arabski. Wszędzie leniwie snują się tłuste koty, a szeleszczący język, przypominający arabski, kontrastuje z wszechobecnymi oznakami katolickiej religijności mieszkańców. Na Maryjki i Jezuski można natrafić przy każdym wejściu do domu, często z wieczną lampką lub światełkami przypominającymi bożonarodzeniowe dekoracje. Warszawska Praga z kapliczkami w podwórkach wygląda przy tym bardzo skromnie.

IMG_4352IMG_4071

W sumie zawsze o takim miejscu marzyłam. Takim, w którym angielski to język urzędowy (albo jeden z nich) i gdzie dostępne są rzeczy, które lubię z Wysp (banoffi pie! 99s!). Ale jednocześnie z południową pogodą i wspaniałymi lokalnymi owocami i warzywami, bo Dublinie doprowadzała mnie do szału kenijska fasolka szparagowa i południowoafrykańskie jabłka. Tak właśnie jest na Malcie, chociaż ten mariaż północno- i południowoeuropejskich klimatów pozornie powinien zgrzytać. Jest pięknie i pysznie, chociaż nie aż tak, jak na pobliskiej Sycylii, ale przebicie Włoch w konkurencji kulinarnej to chyba zadanie niemożliwe. Ale ani to blog podróżniczy, ani kulinarny, więc odstawiam na bok temat potraw z królika oraz lokalnych win i wracam na miejskie poletko.

IMG_3931

[Przystanek transport publicznego – takie rzeczy tylko na Malcie]

Mam słabość do małych krajów, zwłaszcza wyspiarskich. Jeśli moja ukochana czteroipółmilionowa Irlandia jest małym krajem, to dziesięć razy mniejsza Malta to przy niej kraik. Właściwie państwo-miasto na wyspach, tym bardziej, że trudno tam odróżnić miejscowości od dzielnic, a wsie od przedmieść. Administracyjny podział jest bardzo umowny, przynajmniej dla turystów, a wyspę obsługuje system autobusów i promów. Kursują również dorożki, oczywiście bardziej jako atrakcja turystyczna, co nie przeszkadza im korzystać z… przystanków transportu publicznego.

IMG_4235

[Mdina – katedra św. Pawła]

IMG_4618

[Valetta – katedra św. Jana]

Wiele maltańskich kościołów z zewnątrz wygląda nieco niepozornie i posiada dość toporne detale z kamienia. Dwie katedry zaskoczyły mnie jednak bardzo swoimi wnętrzami – św. Pawła w Mdinie i św. Jana w Valetcie. Nie mam w zwyczaju leżeć plackiem w kościele, ale tam dosłownie padłam na kolana. Jakie tam są posadzki!!! Kamienne inkrustacje w identycznych, prostokątnych polach tworzą razem wielobarwny dywan. W pierwszej chwili skojarzyły mi się z dywanikami modlitewnymi w meczetach – o arabskie skojarzenia nietrudno na Malcie na każdym kroku. Walter Scott napisał podobno o katedrze w Valetcie, że to najpiękniejszy kościół, jaki kiedykolwiek widział. Dla mnie – jeden z najokropniejszych. Zaprojektował go architekt specjalizujący się w budowlach militarnych, więc trudno się spodziewać subtelności w formie. Kościół jest przysadzisty, za to udekorowany na bogato. Złoto aż kapie i założę się, że dziesięcioletnie dziewczynki pieją tam z zachwytu, ale Walter Scott chyba nigdy nie był dziesięcioletnią dziewczynką? To całe złoto oryginalnie musiało być kiepsko oświetlone – bez szczodrze dawkowanego współcześnie sztucznego światła wszystko optycznie by się „spłaszczyło”. To trochę jak ze złotymi ramami obrazów, które stanowią integralną część dzieła sztuki i sposób ich wyeksponowania w galerii – na tle podkreślającym złocenia i z odpowiednim światłem – ma ogromne znaczenie dla odbioru zawartości. Słabo wyeksponowana rama potrafi „położyć” cały obraz – to właśnie stało się w maltańskiej katedrze.

IMG_3961

[Nabrzeże Valetty]

IMG_3838

[Charakterystyczne dla Malty elementy miejskiego krajobrazu: woda, piaskowiec, kot i nowa inwestycja deweloperska]

IMG_4380

[Praktycznie wszystkie ‚waterfrontowe’ budynki w turystycznych lokalizacjach to hotele i mieszkania do wynajęcia – taki był nasz widok z okna:)]

Malta wstąpiła do Unii w tym samym roku co Polska i widać, że również bardzo skorzystała z dotacji. Co prawda infrastruktura, zwłaszcza drogowa, woła nierzadko o pomstę do nieba, ale akurat w branży turystycznej i ochronie dziedzictwa kulturowego (PKB! PKB!) wydano sporo kasy. Nie na filharmonie i muzea, jak w Polsce, ale na masowe tworzenie produktów turystycznych przy każdej, nawet najmniejszej atrakcji. Wszędzie znajdują się miejsca typu „Malta Experience” z filmem lub animacją o danym mniej lub bardziej ważnym miejscu. Trochę żałośnie wyglądają poza letnim sezonem, ze znudzoną obsługą i systemem skanowania biletów, z bamkami jak w metrze, gdzie użytkowników jest jednak tak mało, że spokojnie można by zrezygnować z tego usprawnienia. Tym bardziej, że wstępy kosztują sporo, co niektórych turystów pewnie skutecznie zniechęca przed oglądaniem kolejnych obiektów. Wierzę, że w sezonie tez nie ma dużo większego ruchu, bo latem plaże mają zwyczaj wygrywania z muzeami. Chyba, że to najlepiej klimatyzowane obiekty na Malcie:) Z rozbawieniem czytaliśmy również niektóre tabliczki informacyjne z niebieską flagą w gwiazdki. Wszystkich urzędników należałoby wysyłać na Maltę na korepetycje z pisania wniosków unijnych, bo Unia dotowała m.in. hotelowe windy albo… jacuzzi.

IMG_3980