Category Archives: miasto

Tokio 24

Bywamy teraz regularnie w Krakowie w związku z projektem dotyczącym przestrzeni pod estakadą na Grzegórzkach. Nasz terminarz jest jednak tak zapchany spotkaniami, że  plany skorzystania z krakowskiego kulturalno-rozrywkowego życia biorą w łeb. Tym razem udało nam się jednak wpaść do centrum Manggha na „Tokio 24” Krzysztofa Gonciarza. I chociaż sama wystawa mogłaby jak dla mnie składać się z samych filmów (bo są jeszcze „neony” oraz projekcje na instalacjach o różnych poziomach przezroczystości – od kubików z pleksi po tkaniny), to wsiąkłam kompletnie. Ale przede wszystkim poczułam wdzięczność za pokazanie mi Tokio w taki sposób, w jaki chciałabym je zobaczyć. To jedno z tych miejsc, dokąd zawsze chciałam pojechać i nigdy mi się to nie udało. Teraz, kiedy nie bardzo wyobrażam sobie zostawić biuro na dłużej niż dwa tygodnie, a latanie ograniczam do absolutnego minimum (od prawie roku nie siedziałam w samolocie!), muszę to marzenie odłożyć na bliżej nieokreślone „później”. Film Gonciarza pozwolił mi na odłożenie go bez żalu, bo dostałam taką dawkę tokijskich wrażeń, jakbym sama tam już była. Rytm miasta, tłumy spieszące się do metra, deszcz i setki plastikowych parasolek, wciskająca się w każdy kąt przyroda, cienie na tkaninie marynarki starszego pana – na te wszystkie rzeczy zwróciłabym uwagę z takim samym zachwytem, z jakim oglądałam je w Krakowie. I to bez wyprodukowania prawie trzech ton CO2. Może to przyszłość podróżowania? To tylko obraz i dźwięk, ale może VR uzupełniony zapachem kanałów i doustnym spritzem zapobiegłby zadeptaniu Wenecji przez turystów? Pewnie był już na ten temat odcinek „Black Mirror”. Obawiam się jednak, że wygra „autentyczność”, bez względu na disneylandyzację najpopularniejszych turystycznych kierunków, a także satysfakcja z odhaczenia danego miejsca z listy…

Wystawa trwa do 29 września, szczegóły tutaj.

[Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz]

Reklamy

Energia wbudowana (i spełnione marzenie)

dark

Energia – wbudowana i zużywana lub generowana podczas całego cyklu życiowego budynku – to nie tylko dżule. To również ludzka energia osób zaangażowanych w proces planowania, projektowania, realizacji i użytkowania obiektu. W przypadku Muzeum Palestyny była od samego początku szczególnie wysoka, chociaż niemierzalna i niepoliczalna. Wybrzmiewało to bardzo podczas procesu projektowego i otwarcia, kiedy najważniejsze były się nie oficjalne przemowy, ale autentyczne wzruszenie i radość każdej osoby, która dołożyła do projektu swoją cegiełkę. Wybrzmiewa cały czas w organizowanych przez Muzeum wystawach i wydarzeniach. Działalność Muzeum to jedna z niewielu możliwości, jakie mają Palestyńczycy, aby mówić o swojej kulturze i historii. W Heneghan Peng pracowaliśmy nad tym projektem w niewielkim zespole i przez cały czas czuliśmy, że ten projekt jest ważny nie tylko pod względem projektowym, ale i międzyludzkim. Ten projekt kojarzy mi się nie tyle z piękną formą i krajobrazem, co z poczuciem humoru, ambicjami i niesamowitą gościnnością Palestyńczyków. Cieszę się bardzo, że Muzeum zostało docenione przez jury Aga Khan Award, które wczoraj przyznało mu jedną z nagród.

Nagroda jest przyznawana co trzy lata najlepszym realizacjom służącym społeczności muzułmańskiej na całym świecie, dlatego oddany w 2016 roku obiekt został uwzględniony w konkursie dopiero teraz, kiedy już od prawie dwóch lat nie pracuję dla Heneghan Peng. Nie mam nic przeciwko takim „duchom przeszłości”, bo Aga Khan Award to spełnienie jednego z moich największych zawodowych marzeń. Wśród wielu architektonicznych nagród najbardziej cenię trzy: Stirlinga, Miesa van der Rohe i właśnie Aga Khan Award. Projekty, nad którymi pracowałam w Dublinie, przede wszystkim Giant’s Causeway Visitor Centre, były wcześniej bardzo blisko otrzymania dwóch pierwszych nagród, dlatego pomimo mocnego trzymania kciuków za Aga Khan Award starałam się nie liczyć na zbyt wiele. Oczywiście wczoraj nie umiałam jednak się powstrzymać i sprawdzałam co chwilę, czy już opublikowano listę laureatów. Marzenia się spełniają!

[Fot. M. Arczyńska]

 

Jak dobrze!

 

Jak dobrze wyjechać na urlop!

Jeszcze nigdy wcześniej tak doskonale nie odpoczęłam, chociaż wyjeżdżaliśmy niemiłosiernie zmęczeni, po oddaniu kilku projektów, zakończeniu roku akademickiego i szpitalnych historiach mojego osobistego urbanisty. Mieliśmy też oczywiście lekkie obawy, czy coś w firmie nie zacznie się bez nas sypać. Nasz wspaniały zespół poradził sobie świetnie, telefon szczęśliwie milczał, a zabrany na wszelki wypadek komputer służył głównie do poszukiwania knedlikowych rekomendacji w kolejnych miastach. Warunek był jeden: nie spieszymy się z niczym i czyścimy głowy z myślenia o projektach i obowiązkach.

Wybraliśmy najskuteczniejszy dla nas sposób odpoczywania: podróżowanie pomiędzy miastami, najlepiej niedużymi i malowniczymi. Idealnie, jeśli dzielą je co najmniej dwie godziny drogi. Gapię się wtedy leniwie przez szybę pociągu albo autokaru, co chwilę przysypiając. Na stacji zawsze jesteśmy wystarczająco wcześnie, żeby spokojnie wypić kawę albo piwo. Może wstyd się przyznać, ale jedyną zabraną książkę (i to tak niskich lotów, że jeszcze bardziej mi wstyd) otworzyłam dopiero ostatniego dnia. Ale to mój mózg tak bardzo domagał się, aby jedyne docierające do niego bodźce były proste i przyjemne. Dlatego nie umiem odpoczywać na plaży – straszne nudy. Odpoczynek to dla mnie porządne wyspacerowanie i piękne widoki (może w końcu trzeba spróbować gór). Tym razem wyjątkowo dużo przesiadywaliśmy na ławkach gapiąc się na ludzi. Czasem z lokalnym piwem, a w Karlovych Varach z kolejnymi dolewkami gorącej wody mineralnej.

A miejsca do siedzenia i gapienia wybraliśmy przednie. Oczywiście bez branżowego spojrzenia na miasta i architekturę się nie obyło. Fotografowaliśmy przestrzenie publiczne, przedyskutowaliśmy układy urbanistyczne, a w Pilznie zobaczyliśmy trzy niesamowite wnętrza projektu Loosa. W Czeskim Krumlovie, najbardziej turystycznym mieście na naszej trasie, wpadliśmy do muzeum Egona Schiele, gdzie co prawda stała ekspozycja nie jest zbyt powalająca, ale trafiliśmy na wystawę, którą rok wcześniej mieliśmy okazję obejrzeć na weneckim Biennale. Czesi przedstawili wówczas ironiczny projekt o zatrudnieniu statystów udających mieszkańców w zadeptywanych przez turystów miastach z listy UNESCO. Fakt, tubylców nie było tam widać praktycznie żadnych. Za to takie miejsca jak Hradec Kralove czy Czeskie Budejovice są już jak najbardziej autentyczne i niezepsute turystycznie. Mają nawet – brzmi znajomo, prawda? – wyasfaltowane rynki zajęte przez samochody. Za to kultura jazdy, a przede wszystkim parkowania, jest nieporównywalnie wyższa niż w Polsce.

To był przy okazji doskonały test urlopu bez latania. Okazało się, że nie trzeba wsiadać do samolotu, aby posmakować prawdziwej egzotyki. Bo czy może być coś bardziej egzotycznego niż pogawędki konduktorów  o zapiekankach ziemniaczanych z kapustą kiszoną?

[Fot. M. Arczyńska]

Doigraliśmy się

BLOG_MA

No to się doigraliśmy.

Tyle było pracy, stresu i deadlinów w ostatnich tygodniach, że nie tylko gdzieś nam umknął z kalendarza mniej więcej miesiąc, ale mój osobisty urbanista wylądował w szpitalu. Z przemęczenia.  I to akurat w momencie, kiedy już wracał do Gdańska z ostatniego wyjazdowego zlecenia, gdy już miało się nieco uspokoić… Najedliśmy się strachu, ale na szczęście okazało się, że to po prostu reakcja na nadmiar stresu i obowiązków. Sprawa wyglądała jednak poważnie, więc zamierzamy ją poważnie potraktować i spróbować nieco przystopować z ilością pracy.  Własna firma mocno nas ekscytuje, ale pochłania jednocześnie ogromne ilości energii. A my nie jesteśmy cyborgami (pomimo podejrzeń;).

Próbujemy właśnie przebudować sobie życiowo-pracowe relacje, ale najważniejszy jest na razie urlop. Rok temu zrezygnowaliśmy z letniej przerwy, ale teraz nie odpuścimy! Miała być Bawaria, będzie nieco bliżej, chociaż w podobnym kierunku – Czechy. Zgodnie z postanowieniem na ten rok nie będziemy przemieszczać się samolotem, ale bardziej zrównoważonymi środkami transportu. Mamy ustaloną trasę: Hradec Kralove – Ceske Budejovice – Cesky Krumlov – Pilzno – Karlowe Wary – Drezno. Zarezerwowaliśmy noclegi – w Pilznie zatrzymujemy się w hotelu z mojej ulubionej kategorii i chyba nawet załapiemy się tam na potańcówkę. Ponieważ wszystko wyszło dość spontanicznie, nie mamy za bardzo czasu na przygotowanie bardziej szczegółowego planu i tu bardzo liczę na podpowiedzi: co obejrzeć, dokąd koniecznie się wybrać, gdzie szukać ukrytych pereł architektury (niestety, z tego nie potrafimy zrezygnować) oraz gdzie zjeść knedliki i wypić najlepsze czeskie piwo. Podpowiecie?

[Fot. Łukasz Pancewicz]

.

 

Starzy na plaży

Starzy na plazy.jpg

W sezonie Trójmiasto staje się popularnym miejscem zjazdów, konferencji i innych podobnych wydarzeń. Praktycznie zawsze wypadają – to nie przypadek – na początku lub pod koniec tygodnia. Chodzi o to, aby można było połączyć udział z weekendem plażowania. Pod tym względem miniony weekend był dla nas wyjątkowy, bo nie dość, że w piątek odbyło się spotkanie „Starzy na plaży” dla architektów 40+, to od wczoraj praktycy partycypacji dyskutują na Forum.

Przyznaję, że na „Starych na plaży” pojawiłam się nielegalnie, bo do czterdziestki pozostało mi jeszcze trochę czasu. Dlatego grzecznie spasowałam z oficjalnej części i podjechałam do Sopotu dopiero na barową fazę imprezy. A właściwie barowo-berkową, bo przyjezdni architekci, którzy nie mają na co dzień dostępu do morza, postanowili pobiegać boso po piasku. Wszystko odbywało się w niesamowitej, niemal filmowej mgle. Cieszę się, że tam poskoczyłam, bo do Sopotu zjechało się wiele moich ulubionych architektek i architektów oraz najulubieńsza redakcja. Jak dobrze Was zobaczyć! Bardzo pocieszająca okazała się obserwacja, że architekci to taki dziwny rodzaj człowieka, który się praktycznie nie starzeje. Metryka to jedno, a poziom energii to zupełnie niezależna sprawa – nie zanika z wiekiem. Pogadaliśmy, poplotkowaliśmy, zaczęły się nocne architektów rozmowy. Takie o świecie, o życiu, o przyszłości. Może trafiłam na nieodpowiednich rozmówców, ale jeśli cokolwiek rozczarowało mnie w tym nadzwyczaj przyjemnym spotkaniu, to ta właśnie część. Zabrakło idealizmu, który dominuje podczas „Młodych do Łodzi” czy na uczelni. Często prowadzę dyskusje z mądrymi, młodymi ludźmi – studentami i architektami z młodszego pokolenia. Mają w sobie ochotę i siłę na zmienianie świata. Rozumieją odpowiedzialność za zmiany klimatu i szacunek dla drugiego człowieka. A co najważniejsze, nie traktują tego jak naiwnych haseł. Może jeszcze nie wsiąkli w świat faktur i rachunków, może jeszcze nie przeżyli większych porażek, ale widać, że ich aspiracje są inne, niż starszego – nawet nieznacznie – pokolenia.

Wczoraj doświadczyłam dwóch rzeczy, które wytrąciły mnie zupełnie z codziennego zabiegania. Najpierw bezradności – jak pomóc bezdomnemu człowiekowi, którego wypuszczono z szpitala na ulicę tak po prostu, z kartką z adresem noclegowni w dłoni? A potem silnej burzy, która chyba zamierzała zmieść Trójmiasto z powierzchni ziemi. Zmiany klimatyczne tak przyspieszyły, że „ulewy stulecia” mamy tu co roku. Coś z tym światem nie do końca działa. Dlatego drodzy Młodzi, jestem po Waszej stronie i proszę, nie rezygnujcie z jego zmieniania. Pozostańcie idealistami, nawet jeśli będą Wam wmawiać, że to naiwne. Niech Wasi „Starzy na plaży” zaczną się od posprzątania tej plaży . Żebyście mogli jeszcze gdzie pograć w berka na piasku, a nie, jak w litewskim pawilonie na tegorocznym Biennale Sztuki, wspominali piękno, którego doświadczali „starzy”. 

[Fot. Marcin Czechowicz – z FB Architektury-murator]

Nagrody Polityki

 

Bobrowisko

A my znów w Warszawie. Tym razem do wyjazdu zmobilizowały nas nie tyle spotkania (chociaż znów poumawialiśmy ich tyle, że znów będziemy biegać z wywieszonymi językami po całym mieście), co zaproszenie na galę rozdania nagród architektonicznych ‚Polityki’. To dobra okazja, żeby spotkać znajomych z branży, którzy ściągają z całej Polski albo po nagrody, albo po prostu poplotkować i napić się wina. Poplotkowaliśmy więc, posłuchaliśmy kilku niewinnych sucharów („Owszem, w Bobrowisku trudno zobaczyć bobra, ale czy ktoś widział potwora w jeziorze Loch Ness?”) i poznaliśmy kilka nowych osób, m.in. Małeckich z Katowic. W końcu miałam okazję pogratulować im przepięknego Wydziału Radia i Telewizji. Przy okazji umówiliśmy się na plażowanie w Sopocie, bo oboje wpadają na „Starych na plaży” – organizowane przez „Architekturę murator” spotkanie architektek i architektów, którzy są po tej drugiej stronie czterdziestki. Małeccy nie dość, że projektują jak szatany, to jeszcze mają czwórkę dzieci (prowadzić biuro przy tylu obowiązkach?) i są przesympatyczni. Sami zobaczcie, jakie oboje mają piękne zmarszczki przy oczach od częstego śmiechu!

Tegoroczne nagrody, jak zresztą słusznie zauważyła redakcja „Polityki”, to znak, że idzie nowe. Nowe czyli skromniejsze, bez zadęcia i przegięcia oraz o niższych budżetach niż nominowane w poprzednich edycjach projekty. Wśród pięciu finałowych realizacji, wybranych spośród kilkudziesięciu propozycji z całej Polski, znalazło się katowickie Unikato (KWK Promes), Bobrowisko w Starym Sączu (55Architekci), ratusz gminy Konstancin-Jeziorna (BBGK), warszawski Zodiak (Kalata Architekci) i Hala Cracovia (Lewicki i Łatak). Zwyciężył ostatni projekt, który co prawda miał wyjątkowo wysoki budżet i niezbyt symbolizuje wspomniany powiew skromności, ale szczerze mówiąc wymienione obiekty są kompletnie nieporównywalne i Grand Prix można potraktować jako czysto symboliczny wybór. Za to nagrodę publiczności otrzymało Bobrowisko i cieszy mnie to nie tylko z uwagi na architektoniczne i krajobrazowe walory tego projektu, ale dlatego, że realizacja powstała w systemie Zaprojektuj i Wybuduj, który rzadko przekłada się na wartościową architekturę. W tym przypadku udało się udowodnić, że odpowiednie zaangażowanie i współpraca projektantów i wykonawców potrafi przynieść fantastyczne efekty. Gratulacje dla wszystkich laureatów!

[Fot. Łukasz Pancewicz]

Ukochane stare hotele

Zaczęłam pisać ten post już dawno temu, a do jego skończenia i publikacji zmobilizowała mnie rozpoczynająca się dziś wyprzedaż wyposażenia łódzkiego Grand Hotelu. Nie wiem, czy można tam kupić elementy oryginalnego wyposażenia, czy też raczej paździerzowe stoliki nocne z lat 90., ale jeśli jesteście akurat w Łodzi (a właśnie trwa Łódź Design Festival), to warto zajrzeć i być może wyjść z jakąś uroczą lampką z przetartym abażurem.

Ale miało być o hotelach, a nie o abażurach. Jeśli szukam noclegów, mój pierwszy wybór to stare hotele, zwłaszcza takie, które od dziesięcioleci nie doświadczyły modernizacji. W tych pieczołowicie wyremontowanych też oczywiście chętnie sypiam, ale rzadko pozwala mi na to stan portfela. Staruszki bez liftingu wygrywają nie tylko ceną, lecz przede wszystkim autentyczną, filmową atmosferą. Filmową nierzadko dosłownie, bo ich wnętrza są wykorzystywane jako scenografia. Oto lista moich ulubieńców:

Łódź – Grand, Savoy, Polonia

Wspomniany Grand to hotel, w którym na długo przed Design Festivalem zabukowane są wszystkie pokoje. Wygodny, doskonale zlokalizowany przy samej Pietrynie, z wnętrzami, o które bardzo martwię w związku z planowaną modernizacją. Wyjątkowo filmowy – to tu kręcono „Zaklęte rewiry”.

Do Savoy dotarło już niestety PCV (modernizacja!!!), ale długie korytarze, jak z „Lśnienia”, rekompensują ten minus. Lokalizacja – tuż przy jednym z łódzkich woonerfów.

W Polonii nocowałam dwa razy: chwilę po studiach i podczas ubiegłorocznych warsztatów OSSA. Można tu poczuć klimat dawnej, wielkiej Łodzi. Uwaga: dźwig osobowy obsługuje windziarz!

Aida, San Francisco

To był hit naszej podróży przez Stany kilka lat temu. Hotel deklaruje, że oferuje „today’s comforts at yesterday’s prices” i nie sposób się z tym nie zgodzić, chociaż ta „dzisiejsza wygoda” jest mocno w klimacie retro. Wielkie pokoje ze starymi meblami, wyłożona materiałem w kwiaty winda z muzyką jak  od „Buena Vista Social Club”, szafy grające i dłuuugie korytarze. Nawet recepcjoniści byli tam wiekowi.

Continental, Tangier

Hotel przeszedł jakiś czas temu poważny remont, ale pamiętam go sprzed kilkunastu lat, kiedy nie można jeszcze nawet było zarezerwować tam pokoju przez internet. Trzeba było zatelefonować, dogadać się z recepcjonistą i mieć nadzieję, że poprawnie zapisze daty w swoim kajeciku. Na szczęście się udało, a śniadanie z widokiem na morze i piękne wnętrza nie mają sobie równych. Filmowa historia obecna jest i tutaj: w Continentalu kręcono m.in. „Pod osłoną nieba”.

Paris Hotel, Saragossa

Przez ponad 200 lat musiał przejść sporo gruntownych remontów – po każdym z nich pozostały jakieś ślad. Od oryginalnej fasady, przez ceramiczne i kamienne okładziny, po halogenki w sufitach podwieszanych. Ach, te kiczowate obrazy na ścianach! Ach, te żyrandole! Ach, to umeblowanie od Sasa do lasa! Mam nadzieję, że nikt nie wpadnie na pomysł gruntownej modernizacji tego hotelu, bo straci wiele ze swojego chaotycznego uroku.

Macie też swoich hotelowych ulubieńców w tym klimacie?

[Fot. Monika Arczyńska]

Popieram strajk nauczycieli

Popieram.jpg

Moja mama jest emerytowaną nauczycielką. Przez wiele lat uczyła polskiego w podstawówce (mnie również). Uczyła świetnie i do dziś dostaje wyrazy wdzięczności od byłych uczniów – nauczyciele przedmiotów humanistycznych mają zwykle największy wpływ na kształtowanie się osobowości i postaw młodych ludzi. Ale to nie był łatwy kawałek chleba. Wtorek, sobota, rano, wieczór, nieważne: trzeba sprawdzić dyktanda, wypracowania, pojechać z uczniami na konkurs, przygotować przedstawienie, przejrzeć zeszyty. Dużo zeszytów. Wszystkiego było zawsze dużo, oprócz liczby złotówek w pensji.

Gdyby nie nauczyciele w liceum, pewnie nie zajmowałabym się dziś architekturą. Gdyby nie rozbudzone w licealnych czasach humanistyczne zainteresowania, pewnie wybrałabym bardziej ścisły lub przyrodniczy kierunek. Pochodzę z małego miasteczka, a w przedinternetowych czasach dostęp do kultury był w takich miejscach delikatnie mówiąc ograniczony. Jedno kino, dwie zakurzone biblioteki, jedna półka z klasyką filmu w jednej wypożyczalni kaset. Ale w naszym ogólniaku polskiego uczyli Halina i Andrzej Schonertowie. Nieważne, że ceremonia rozdania Oscarów kończyła się o 3 nad ranem – następnego dnia rano mieliśmy kartkówki z nagród. Mieli energię, aby organizować regularnie wyjazdy do teatru, którego byli wielkimi miłośnikami, załatwiali wejściówki na festiwale, a raz w roku wyjeżdżaliśmy na tzw. obóz polonistyczny. Warszawa, Kraków, muzea, wystawy, spektakle, zawsze niskobudżetowo, z noclegami w schroniskach albo hotelach robotniczych, żeby każdy spragniony kultury uczeń mógł pozwolić sobie na taki wyjazd. Maestro Miłowski od muzyki prowadził chór i gdyby nie jego determinacja, wielu uczniów pewnie nigdy nie pojechałoby na koncert czy spektakl operowy. I chociaż zazdrościliśmy rówieśnikom z dużych miast, że te wszystkie inspirujące wystawy i przedstawienia mają na wyciągnięcie ręki, nie czuliśmy się wykluczeni z dostępu do kultury. Po maturze wyruszyliśmy na podbój wielkiego świata może z pewną nieśmiałością, ale gotowi na błyskawiczne nadrabianie zaległości. 

Teraz sama zajmuję się uczeniem i zdecydowaną większość moich studentów – i na uczelni, i na warsztatach – stanowią fantastyczni młodzi ludzie autentycznie zainteresowani swoją dziedziną. Oni też musieli trafić na odpowiednich nauczycieli.

Dziękuję, zasługujecie na godne warunki pracy!

[Fot. Łukasz Pancewicz]

Publiczne inwestycje

 

Często pracuję dla publicznych klientów i dobrze rozumiem ograniczenia finansowe, z jakimi borykają się urzędy. Infrastruktura kosztuje tak kosmiczne pieniądze, że nierzadko aż głupio proponować rozwiązania, które oprócz funkcjonalności będą również atrakcyjne wizualnie. Tak, wiem, w teorii da się połączyć jedno i drugie, a „tanio” nie musi od razu oznaczać „źle” czy „brzydko”. W praktyce jednak wychodzi różnie. Wspominałam już kiedyś wykład Marthy Schwartz w Dublinie. Mówiła wówczas, co robi, gdy klient proponuje jej absurdalnie niski budżet na projekt przestrzeni publicznej. Odpowiada wtedy, że owszem, nie ma sprawy, zaprojektuje bardzo piękny asfalt i może nawet wystarczy na jego pomalowanie. Podobnie wyglądają dyskusja o trwałości. Oczywiście, że najpraktyczniej i najekonomiczniej byłoby wszędzie, gdzie materiały są poddane intensywnemu użytkowania, stosować kamień i nierdzewkę, ale tu też rzeczywistość finansowa potrafi zaskrzeczeć.

A co zrobili Rzymianie, w Dżaraszu, w dzisiejszej Jordanii, około II-III wieku? Otóż mocno zainwestowali w publiczne przestrzenie i budynki. I to tak pięknie, że aż dech zapiera, a z trwałością taką, że do teraz można to wszystko oglądać  w parku archeologicznym. Owszem, nieco są zdemolowane trzęsieniami ziemi, które zniszczyły tę antyczną metropolię. Kiedy patrzyłam na ręcznie wykuwane astragale i kapitele w ilościach zdecydowanie hurtowych,  robiło mi się momentami dziwnie. Co to za musiało być za bogate miasto, w którym nie tylko zbudowano akwedukt, świątynie, targi, odpicowano nimfeum i wielki owalny plac, ale też całe cardo i decumanus obstawiono rzędami kolumn? Tylko po to, aby uzyskać jednolity efekt w ciągu ulic – za tymi regularnymi kolumnadami stały dopiero, lekko odsunięte, budynki, także z dekorowanymi fasadami. Plus łuki triumfalne na końcach… jak mogłam zapomnieć o łukach triumfalnych?

Nie powiem, udały im się te publiczne inwestycje. Ale może, aby tak szastać kasą, należy podbić pół świata i korzystać z niewolniczej pracy. To może jednak poprzestańmy na asfalcie…

[Fot. Monika Arczyńska]

2018 czyli jak nie zwariować

 

W latach 50. przeprowadzono eksperyment na szczurach, które dzięki wszczepionym elektrodom przez naciśnięcie dźwigni mogły wywołać u siebie uczucie przyjemności. Biedne gryzonie zaorgazmowywały się na śmierć, zapominając o spaniu, jedzeniu i opiece nad młodymi. Myślę, że architekci zachowują się w podobny sposób, zaharowując się do tego stopnia, że zapominają o całym świecie.

Zdarzają mi się od czasu do czasu takie okresy. Pierwszy miał miejsce podczas  Erasmusa w Delft. Przez 12 miesięcy nie tylko nauczyłam się w końcu, o co chodzi w projektowaniu, ale mając w końcu dostęp do porządnych bibliotek i świetnych architektów przeczytałam absurdalnie dużą liczbę książek, biegając jednocześnie na niezliczone wykłady i zwiedzając architektoniczne holenderskie cuda. Pamiętam do dziś to przedziwne, uzależniające uczucie totalnego zmęczenia połączonego z – jakby to nazwać? – olśnieniem. Podobnie było na początku pracy nad Grand Egyptian Museum w Dublinie, kiedy wrzucono nas na głęboką wodę i wszystko było nowe, trudne, ale ekscytujące – od projektowych wyzwań po… niezrozumiałe akcenty branżystów.

2018 był dla mnie jednym z najintensywniejszych w życiu. Przeszłam ekspresową szkołę prowadzenia własnej firmy. Jak być szefową, jak nauczyć się delegować pracę (to najtrudniejsze!), jak utrzymać ciągłość zleceń, jak utrzymać firmę, jak nie zwariować w tym dzikim pędzie? Z jednej strony padam na pysk, z drugiej mam ogromną satysfakcję, że w tak krótkim czasie nauczyłam się tak dużo. Dlatego jeśli kiedykolwiek w życiu poczujecie, że w Waszym życiu dominują kapcie i seriale, a będzie już za późno na Erasmusa albo pierwszą poważną pracę, mam niezawodne rozwiązanie: załóżcie własną firmę. Zapewniam, że będzie tak ekscytująco, jak nigdy wcześniej!

[Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz]

 

Najpowolniejsze wakacje życia

 

Lekkie ADHD (a na pewno duża nadaktywność) w codziennym życiu przekłada się także na sposób spędzania wakacji. Nigdy jeszcze nie pojechaliśmy z moim osobistym urbanistą odpoczywać dłużej na plaży czy nad jeziorem. Zdarzało nam się, owszem, spędzić tak dzień czy dwa, najczęściej ze stosem książek przy leżaku, ale zaraz potem wracaliśmy do zasuwania po miastach. Nasze typowe wakacyjne wyjazdy wiążą się z ciągłym przemieszczaniem – spędzamy z reguły nie więcej niż dwie noce w jednym miejscu i ruszamy dalej. Oczywiście wszystko transportem publicznym, więc każda podróż musi być szczegółowo przygotowana: zabukowane noclegi, spisane połączenia, szczegółowo zaplanowane przesiadki. Tym razem mieliśmy jednak tak serdecznie dość spieszenia się na pociągi i wciskania kolejnych punktów programu w napięty grafik, że spędziliśmy właśnie najpowolniejsze wakacje swojego życia. Na dziesięć dni zaplanowaliśmy zaledwie trzy miasta do odwiedzenia, a wieczory zdarzało nam się spędzać w hotelu, bez wyrzutów sumienia, że nie korzystamy z lokalnych atrakcji.

Okazało się, że spędzanie wieczorów w hotelu nie jest wcale takie bezsensowne. Pisałam  te słowa w jednym z najprzyjemniejszych miejsc, w jakich zdarzyło mi się zatrzymać (Black Iris w Madabie).  Nie wierzyłam opiniom gości – „nie było ciepłej wody, ale miejsce jest tak urocze, że daję 10/10” – lecz to wszystko prawda. Nieczęsto zdarzają się miejsca z taką atmosferą, że goście przychodzą do hotelowego lobby po prostu po to, aby posiedzieć sobie na puchatych kanapach i pograć w scrabble z dziećmi właścicieli. Pokoje usytuowane są tak, że zawsze trzeba przejść obok jadalni, kąta z herbatą i kilku przyjemnych zakamarków. Wszystkie strefy się przenikają, zapachy (apetyczne) roznoszą, a goście i obsługa non stop uśmiechają się do siebie.

Przed Madabą zatrzymaliśmy się w Ammanie i w Dżaraszu. Amman jest – jakby to w miarę delikatnie określić? – trudny turystycznie. Zwłaszcza dla takich maniaków spacerowania, jak my. Prawie nie ma tam chodników ani przejść dla pieszych, transport publiczny istnieje, ale nie sposób się w nim połapać, a różnice wysokości sprawiają, że odległości, które na mapie wyglądały niewinnie, wydłużają się w nieskończoność. Najtrudniejsze jest jednak coś innego – jakość powietrza. Tłuste, śmierdzące  spaliny wciskają się w nos i gardło, a poza tym prawie nie ma zieleni, która chociaż częściowo filtrowałaby tę truciznę. Ale to nie znaczy, że z Ammanu trzeba uciekać i miasto nie ma wiele do zaoferowania, wręcz przeciwnie. Oprócz bezdyskusyjnie przepięknych miejsc (przede wszystkim Cytadeli i  ogromnego rzymskiego teatru), ma fantastyczne handlowe ulice i wspaniałe kawiarnie (szisza!). Dla mnie najciekawsze było jednak objęcie skali tego miasta, jednego z największych na Bliskim Wschodzie, tym bardziej, że trudno w jego strukturze znaleźć jasną dla Europejczyków hierarchię w układzie przestrzennym. Byłam też ciekawa, czy w tej ogromnej masie budynków i ulic można zobaczyć nowoczesne oblicze miasta. To ostatnie zadanie okazało się najłatwiejsze, bo zatrzymaliśmy się niedaleko Abdali – ogromnego kompleksu, który ma podnieść znaczenie Ammanu jako ważnego globalnego ośrodka. Wygląda światowo – są wieżowce, szerokie chodniki (!), wielkie centrum handlowe, luksusowe hotele i biurowce, ale duża część powierzchni dopiero czeka na najemców.

Nie współczesny urbanistyczny rozmach Ammanu zaskoczył mnie najbardziej, lecz… rzymski i starożytny. Dżarasz okazał się gwoździem programu. Ale o tym w następnym odcinku:)

[Fot. Monika Arczyńska]

 

RACHUNEK SUMIENIA

IMG_3666

Bałam się tego potwornie, ale w końcu zdobyłam się na odwagę i to zrobiłam. Policzyłam, ile wylatałam CO2 w 2018 roku… no i klops. Lutowy weekend w Lizbonie to… 1.1 t C02 (ile???). Majówka w Wiedniu – 0.361 t. Biennale w Wenecji – 0.963 t. Erasmus Plus w Permie z krótkim postojem w Moskwie –  1 t. Wypad do przyjaciółki do Zurychu – 0.463 t. Wyjazd do Kijowa – 0.428 t. Charków – 0.546 t. A na dobicie zabukowaliśmy już wyjazd na święta i wyprodukuję kolejną tonę. Razem daje to 5.861 t… To oznacza, że mogłabym przez cały rok wozić cztery litery samochodem, zamiast używać nóg, roweru albo transportu publicznego, a i tak mój transportowy ślad węglowy byłby mniejszy, niż gdybym tylko zrezygnowała z latania.

Dotychczas tłumaczyłam się sama przed sobą, że przecież na co dzień staram się ograniczać ślad węglowy, więc jeśli od czasu do czasu wsiądę do samolotu, nic strasznego się nie stanie. Nie używam samochodu, od kilkunastu lat piję kranówkę i segreguję śmieci. Mój osobisty urbanista ciągle marudzi, że w mieszkaniu jest zimno, więc raczej nie przesadzam z ogrzewaniem (ale mogłabym pewnie brać nieco krótsze prysznice). Z wegetarianizmem i weganizmem niestety nie bardzo mi po drodze – jako IBS-owiec mam mocno ograniczoną dietę, ale zredukowałam jedzenie mięsa. Voluntary simplicity (czyli dobrowolna prostota) nie musi oznaczać od razu przeprowadzki w Bieszczady (które i tak są regularnie zadeptywane przez turystów;). Chodzi bardziej o to aby nie kupować plastikowego szajsu, zastanowić się dwa razy, czy coś jest faktycznie potrzebne, zaakceptować sweter z załataną dziurą i nie bać się pożyczania rzeczy. Przyznaję się co prawda do kompulsywnego konsumpcjonizmu w kontekście kupowania butów, za to noszę je aż do zdarcia i nie wyrzucam rzeczy, które nadają się jeszcze do noszenia. Dlatego czułam się dość komfortowo z własnym wpływem na środowisko, ale podejrzewałam, że to nieszczęsne latanie pogorszy moje dobre samopoczucie, dlatego unikałam policzenia śladu…

Miałam też dotychczas niezłą wymówkę. Nasze podróże zawsze, ale to zawsze, mają spore znaczenie zawodowe i edukacyjne. W Wiedniu oglądaliśmy ulice (w związku z projektem dla Starowiejskiej) i osiedla mieszkaniowe (przydatne dla nowego warszawskiego przedsięwzięcia), w Charkowie złapaliśmy kontakt z młodymi architektami, Perm i Moskwa okazały się kopalnią wiedzy i doświadczeń. Na uczelni cały czas rzucamy przykładami, które mieliśmy okazję zobaczyć na własne oczy. Praktycznie nie zdarza nam się wyjeżdżać dla samej rozrywki, bez przywiezienia nowych miejskich i architektonicznych obserwacji, więc czułam, że to nieszczęsne CO2 rozkłada się nieco na kolejne osoby, które naszymi oczami poznają doświadczenia z innych miejsc na świecie. Nie zdawałam sobie jednak sprawy, że to aż tyle ton!

Ograniczenie latania to nasze postanowienie noworoczne. Jeśli trzeba będzie gdzieś polecieć w związku z pracą – trudno, pewnych spraw nie przeskoczymy. Ale postaramy się, żeby co najwyżej raz w roku polecieć gdzieś dla przyjemności. Przestanę nawet sprawdzać połączenia lotnicze z Krakowem czy Berlinem (chociaż do Berlina właśnie uruchomiono loty z Gdańska, eh!), bo przecież można pojechać tam pociągiem. Nie będę polować na promocje. Jeśli już gdzieś będziemy musieli polecieć zawodowo, spróbujemy (oj, będzie ciężko!) zostać dłużej, żeby to nie był bezsensownie krótki wyjazd. Jeśli poczujemy potrzebę wyrwania się na chwilę – a to się na pewno zdarzy, biorąc pod uwagę nasz skrajny pracoholizm – popatrzymy w stronę najbliższych sąsiadów. Drezno?  Český Krumlov? Do Hamburga i Weimaru też da się sprawnie dojechać, a – wstyd się przyznać – nigdy tam nie byłam. W końcu zaczniemy też podróżować po Polsce, oczywiście transportem publicznym. Trudno mi przewidzieć, jakie okażą się rzeczywiste efekty tego postanowienia, ale trzymajcie za nas kciuki:)

[Fot. Monika Arczyńska, obliczenia na podstawie co2.myclimate.org]

Хaрків – miasto na 6 liter

Zdążyłam już prawie zapomnieć o wyjeździe do Charkowa, a przecież już dawno żadne miasto nie zaskoczyło mnie tak bardzo. Ma przepiękny układ urbanistyczny, wspaniałą architekturę i mnóstwo zieleni – nie tylko stare, zadbane parki i aleje, ale także nowe nasadzenia, które jakimś cudem nie przegrywają z miejscami postojowymi. To, co rzuca się od razu w oczy (i uszy), to przedziwny spokój na ulicach. Przechodnie nie zasuwają w pośpiechu, ale płynnie suną, prowadząc cicho rozmowy. Mieszanina wszechobecnej zieleni, kameralnej skali i elegancji ulic oraz budynków kształtuje przyjazną miejską przestrzeń, gdzie nie ma miejsca na niechlujność.

Wśród tej wyjątkowej miejskiej tkanki można trafić na tak dziwne rzeczy jak kolejka linowa na blokowisko, ale i na prawdziwe perły architektury. Największe wrażenie (także z uwagi na skalę) zrobił na mnie oczywiście Derżprom – monstrualny, choć zbudowany w zaledwie trzy lata, konstruktywistyczny kompleks rządowych budynków administracyjnych z lat 20. Charków przez kilka lat był stolicą Ukrainy, zanim przeniesiono ją do Kijowa i ambicje pokazania światu, jak nowoczesny jest ten nowy kraj, przełożyły się fantastycznie awangardową architekturę.

Spotkaliśmy się przy okazji z naszą była studentką Erasmusa. Zabrała nas w miejsce, którego na pewno sami byśmy nie znaleźli – ukrytego, piwnicznego baru, gdzie mówi się wyłącznie w innych językach niż ukraiński i rosyjski. Bar to jedno, ale nigdy nie widziałam tylu szkół językowych w jednym mieście! Helen Doron, Business English, maleńkie szkółki i językowe kombinaty – od koloru, do wyboru. Widać, jak mocno stawia się tam na edukację. W Charkowie znajduje się uniwersytet o pozycji w światowych rankingach zbliżonej do Jagiellonki, a gdy wpadliśmy na prezentację projektów roku zerowego w nowej prywatnej szkole architektury, przekonałam się ostatecznie o wysokim poziomie edukacji.

Wybraliśmy się też w wyjątkowo nietypowe miejsce – targowisko Barabaszowa, jedno z nawiększych na świecie. To „AliExpress pod dachem” – można tam kupić dosłownie wszystko. Dominują ubrania i buty, części zamienne do samochodów, materiały budowlane, wyposażenie domu, ale jest i ogromny dział z modą i akcesoriami weselnymi. 75-hektarowe targowisko robi wrażenie kompletnej prowizorki, lecz wystarczy chwilę tam pospacerować, aby zauważyć, jak wszystko jest tam uporządkowane. Perfekcyjnie poukładane towary,  galopujący slalomem między ludźmi „kurierzy”, dostarczający błyskawicznie futra i płaszcze w odpowiednim rozmiarze (jak najszybciej, żeby tylko klient się nie zniecierpliwił), fast food z różnych zakątków świata i sprzedawcy zachęcający do obejrzenia towaru – wszystko działa tam jak w szwajcarskim zegarku.

Mój osobisty urbanista preferuje większe miasta – jemu bardziej podobał się Kijów. Ale dla mnie Dublin, Gdańsk i Berlin wygrywają z Londynem, Moskwą czy Warszawą, więc to Charków wymienię jako pierwszy, gdy ktoś zapyta mnie o wyjątkowe ukraińskie miasto. I nawet warieniki i syrniki smakowały mi tam bardziej, niż gdziekolwiek indziej. Sekret tkwi pewnie w sześciu literach;)

[Fot. Monika Arczyńska]

Plan pięcioletni

URODZINY.JPG

Nie dość, że przez nadmiar pracy nie udało mi się świętować niedawno własnych urodzin (przypadły – jak podczas studiów – na OSSĘ), to prawie zapomniałam o urodzinach bloga. A to właśnie dziś stuknął mu już piąty rok!

Pięć lat bloga, pięć lat w Polsce, pięć kapitalnych lat.  Mimo przeoczenia tej daty musiałam intuicyjnie wyczuć,  że to ważny moment. Zamiast wybrać się na cmentarz albo na halloweenową imprezę (albo w oba miejsca), zaplanowałam krótki urlop. Wyłączyłam telefon, odcięłam się od służbowych maili, facebooków i nawet studentom zapowiedziałam, że nie będę w stanie zajrzeć do ich projektów. Chyba zasłużyliśmy z moim osobistym urbanistą na odpoczynek, bo pogoda nas rozpieszczała, a Charków, bo tam się wybraliśmy, okazał się znacznie piękniejszy niż na zdjęciach. Zamiast urodzinowego tortu objadłam się syrnikami i czuję się gotowa na kolejny intensywny plan pięcioletni:)

[Fot. Łukasz Pancewicz]

 

Rozmowa z nieznajomym

jelitkowo

Czy Wam też coraz częściej zdarza się ostatnio rozmawiać z nieznajomymi? Mnie tak i ogromnie mnie to cieszy – przypomina mi się za każdym razem Irlandia i spontaniczne pogawędki przy każdej możliwej okazji. W Polsce ostatnio najbardziej rozgadane wydają mi się pociągi. Z jednej strony powinnam pewnie rezerwować miejsce w strefie ciszy, żeby spokojnie postukać w klawiaturę, z drugiej – bardzo lubię pogadać ze współpasażerami. Ostatnio spędzam tak większość podróży, trafiając na wyjątkowo rozmownych i sympatycznych sąsiadów. Żeby daleko nie szukać – ostatnio prawie całą drogę do Warszawy przegadaliśmy z mieszkającym od lat w Polsce Południowoafrykańczykiem. O samochodach elektrycznych, o śmieciach i o plastiku…

W sobotę wybraliśmy z moim osobistym urbanistą się na spacer. Wygrzewaliśmy się w słońcu w nadmorskim parku w dzielnicy o wdzięcznej nazwie „Jelitkowo” – znajduje się tam zawsze oblegany przez starsze osoby plac. Dosiadł się do nas dziarski pan, jak się później okazało – prawie osiemdziesięcioletni. Elektromobilność ewidentnie sprzyja rozmowom – pan podjechał eleganckim elektrycznym rowerem i zaczął nam opowiadać o swoich dwóch kółkach (świetny zakup, lepszy niż spalinowy, którym jeździł wcześniej), o krajach, które odwiedził na emeryturze (26), ale przede wszystkim o tym, jak poukładało mu się życie. Podobnie jak mój dziadek przyjechał po wojnie do pracy w Stoczni Gdańskiej. W pewnym momencie za 20 zł, które jego matka znalazła przy śmietniku kupił los w totolotku i trafił „piątkę”. Nagroda wystarczyła, żeby urządzić magiel, który prowadził przez ponad dwadzieścia lat. Potem pojawiła się w sklepach chińska pościel z kory i biznes upadł. Na szczęście znalazł szybko kolejne zajęcie, a teraz aktywnie spędza emeryturę jeżdżąc na swoim elektrycznym rowerze i podróżując po świecie.

Dlaczego piszę o takich sytuacjach na blogu o miastach  i architekturze? Coraz częściej trafiam m.in. w warunkach konkursowych na enigmatyczny wymóg projektowania przestrzeni „w sposób sprzyjający integracji”. Podstawowe zasady są oczywiste – miejsce integracji ma wiele wspólnych cech z każdym miejscem, w którym i w samotności siedzi się przyjemnie. Wystarczy poczytać Christophera Alexandra, żeby zrozumieć, na czym to polega i nauczyć się paru trików. Ale to nie samo miejsce przyczynia się do spontanicznych interakcji i rozmów – to „ludzki wypełniacz” tych miejsc. Ktoś musi się uśmiechnąć, życzyć miłego dnia albo pochwalić się nowym rowerem – reszta zrobi się sama:)

[Fot. M. Arczyńska]

 

KOKA 2018 czyli kilka słów o konkursach

Kiedy zobaczyłam na Facebooku zapowiedź konferencji o konkursach architektonicznych KOKA 2018, najpierw jęknęłam boleśnie patrząc na daty, ale chwilę później zaczęłam przekładać wszelkie możliwe terminy, żeby jednak wybrać się do Chęcin. Pojechałam z kilku powodów: chciałam posłuchać, co w konkursach słychać nowego, pomyśleć o tematyce badań, które byłyby praktyczne i zobaczyć, czy nie dałoby się rozszerzyć działalności naszej firmy. Przy okazji spotkać starych znajomych, poznać nowych, napić się konferencyjnego wina i pojeździć po okolicy, której kompletnie nie znam.

Wydarzenie odbywało się w Europejskim Centrum Edukacji Geologicznej, realizacji projektu WXCA. Zgrzeszyłam kiedyś nieco w związku z tym budynkiem. Mam zasadę, aby pisać wyłącznie o obiektach, które odwiedziłam. Jednak kiedy czeskie INTRO rzuciło hasło „kamień” dla kolejnego numeru, zaproponowałam właśnie ten (nieobejrzany na własne oczy) budynek. Przestudiowałam dokładnie rysunki i zdjęcia, ale dopiero teraz miałam okazję się przekonać, jak bardzo „wrośnięty” jest w miejsce, w którym powstał. Nawet najlepsze fotografie nie oddają jego zmienności. Stuprocentowo trafne określenie, że „piździ jak w Kieleckiem” oznacza silne wiatry i pogodę, którą porównałabym do irlandzkiej. Raz świeci słońce, raz pada deszcz, a po niebie galopują chmury. Malowniczość okolicy, w tym ściana dawnego kamieniołomu, kadrowana jest ekranami okien i przeszkleń. Trzeba jeszcze odczekać dwa lata, aż minie okres trwałości obiektu i będzie można (mam nadzieję) wynająć tam pokój, żeby nic nie robić, tylko godzinami gapić się przez okno.

Pierwszego dnia konferencji pojeździliśmy po okolicy i spacerowaliśmy po Kielcach. Udało się nawet wejść do wnętrza modernizowanego już dworca PKS. Odczyszczono je już z narastających przez lata „dodatków” – kiosków i budek – dzięki czemu odzyskał dawną przestronność. Mam nadzieję, że po liftingu zyska jeszcze bardziej niż warszawski Dworzec Centralny (niech tylko nikomu nie przyjdą do głowy żadne antresole!). Same Kielce bardzo pozytywnie mnie zaskoczyły. Przyznaję: nie miałam pojęcia, czego się spodziewać i oczekiwałam raczej… dziury (przepraszam za to mieszkańców Kielc). A tu niespodzianka: centrum jest wyjątkowo przyjazne dla pieszych, można tam znaleźć sporo sensownej architektury i za chwilę będzie jej jeszcze więcej (m.in. WXCA modernizuje teatr, a eM4 plac), na ulicach przez cały czas widać pełno ludzi i widać, że żyje się tam i przyjemnie, i wygodnie.

Ale nie o Kielcach miałam przecież pisać, lecz o samej konferencji. Nie mogę się nachwalić, jak bardzo była potrzebna i jak świetnie ją przygotowano. Hubercie i kompanio – dziękuję. Po pierwsze za całkowicie „demokratyczny” klimat – przyjechać mogli i młodzi, i nie tak bardzo już młodzi architekci, studenci, urzędnicy i wszyscy inni, którym temat konkursów jest bliski. To, co jednak było dla mnie szczególnie ważne, zwłaszcza w kontekście różnych niezbyt udanych pod tym względem wydarzeń tego roku, to zachowanie zdrowej relacji między prelegentami a prelegentkami. Doceniam logicznie skonstruowany program, w którym znalazło się miejsce i dla przeglądu polskich praktyk, i dla relacji zagranicznych gości, i dla dodatkowych, zgłoszonych niezależnie tematów. Jak to u Huberta Trammera zwykle bywa, program był bezlitośnie naładowany (śniadanie – 07:45, rozpoczęcie wieczornej debaty – 21:00;), ale to pewnie dzięki temu udało się ściągnąć na intensywne dwa dni uczestników, którym raczej nie udałoby się przyjechać na dłużej.

Nie do końca udał się panel, na który najbardziej czekałam: relacja z przebiegu konkursów i pokonkursowej współpracy opowiedziana z punktu widzenia architektów i zamawiających. Liczyłam na dynamikę w stylu FuckUp Night i anegdoty o mozolnie budowanym zaufaniu, podczas gdy nieco zbyt dużo było tam opowiadania o samych projektach, a za mało o samych procedurach.  Świetnie wypadły za to prelekcje zgłoszone w wolnym naborze, m.in. o eksperymentowaniu z formułą konkursową w Poznaniu i o tym, że w biznesie architekt znajduje się gdzieś na samym końcu listy płac, a jego twórczość to po prostu usługa, która ma być wykonana szybko, sprawnie i tanio. Przez cały czas na pierwszy plan wybijała się dość monopolistyczna pozycja SARP oraz brak standardów m.in. pracy sędziów, którzy bywają przeświadczeni o własnej nieomylności. A sami architekci – o nadzwyczajnym talencie i szczęściu, co sprawia, że przeceniają swoje szanse w konkursach i niezrażeni porażkami próbują dalej. Opowiadała o tym, wbijając ostrą szpilę kolegom po fachu, Antigoni Katsakou, badająca od lat konkursy w różnych krajach. Pojawiły się ostre słowa krytyki wobec polskich, nie zawsze jasnych i doskonałych procedur, ale z debaty po pierwszym dniu prezentacji wynikały dość niepokojące wnioski. Po pierwsze architekci w dużej mierze traktują konkursy jako procedurę, która służy nie tyle pozyskiwaniu koncepcji przez zamawiającego, co zleceń przez projektantów. Po drugie oprócz SARP i urzędów prawie nikt nie wie, jak konkursy wyglądają od strony finansowej i organizacyjnej.

Wśród wielu pokonferencyjnych obserwacji, których nie dam rady tu przytoczyć, ważna wydaje mi się zwłaszcza jedna. Po raz pierwszy nie poczułam konfliktu „starzy-młodzi”. Co prawda w wypowiedziach młodszych uczestników przewijały się różne pretensje, zwłaszcza o bierność Izby i SARP w ułatwianiu młodym pracowniom wejścia na rynek, ale to nie były głosy dominujące. Kiedy z młodszą częścią uczestników dyskutowaliśmy o tym, co można by poprawić, przez cały czas chodziło mi po głowie, że przecież ze dwie-trzy dekady wcześniej podobnie dyskutowali inni, z nieco bardziej dziś przyprószonymi siwizną głowami. To oni tworzyli podwaliny pod obecny system i zrobili to najlepiej, jak się dało w ówczesnych okolicznościach. W trudnych okolicznościach. Dopiero teraz można bez większych problemów zdobyć w zakresie konkursów międzynarodowe doświadczenie i podpatrzeć z bliska, jak robią to inni.

Dyskusje pokonferencyjne jeszcze się nie zakończyły, przeniosły się tylko na podgrupy w mediach społecznościowych. Zamierzam je śledzić, a jeśli czas pozwoli, włączyć się aktywnie, bo czuję, że na edycji 2018 się nie skończy. Tym bardziej, że według europejskich statystyk Polska jest jednym z krajów, w którym konkursów organizuje się najwięcej. Jest nad czym pracować:)

[Fot. M. Arczyńska]

Mam dość!

sf.JPG

Dziś już naprawdę mam dość! Najpierw przed naszym biurowcem ostentacyjnie wielki  samochód zatarasował kompletnie nie tylko wjazd dla straży pożarnej, o którego przejezdność walczę jak lwica, ale nawet samo wejście do budynku. Właściciele, którym śmiałam zwrócić uwagę, wyjaśniali, że po pierwsze przyjechali tylko na 10 minut (!), a po drugie, że przecież nie zastawili wjazdu dla straży, bo to już było zastawione, ale stanęli na… chodniku (!!!). Na całej szerokości wąskiego chodnika. Chwilę później prawie rozjechał nas na pasach pędzący jak wicher kierowca, niezwracający kompletnie uwagi na ograniczoną widoczność – przed nami skręcał samochód dostawczy i każdy myślący człowiek zwolniłby przed pasami. Miał otwarte okna, przez które zaczął wrzeszczeć, że przecież ma pierwszeństwo – przed idącymi już po pasach pieszymi i na dodatek w strefie skrzyżowań równorzędnych… Ba, lepiej – próbował mnie zepchnąć z pasów.

Ostatnio doszliśmy ze znajomymi do wniosku, że od mniej więcej roku czy dwóch na ulicach jest coraz mniej bezpiecznie. Agresja, wymuszanie pierwszeństwa, ignorowanie znaków i przepisów, czyli to, co wcześniej z roku na rok wydawało się poprawiać, nagle ruszyło z kopyta w przeciwną stronę. Przypuszczamy, że to naturalny – chociaż ohydny i piekielnie niebezpieczny – efekt wszechobecnej politycznej niepoprawności i „odzyskiwania godności”, bo to pewnie godność nie pozwala zwolnić przed przejściem dla pieszych. Ale jeśli słupki upokarzają kierowców, to tym bardziej uderzają w nich ograniczenia prędkości i czerwone światło…

[Fot. Monika Arczyńska]

Kijów

W tym roku wakacyjne wyjazdy mamy skondensowane do granic możliwości. Przygotowania do nich również, dlatego zamiast jak zwykle wyjeżdżać ze stosem map, list i rekomendacji, po prostu pakujemy walizki (albo nie rozpakowujemy ich po poprzednim wyjeździe) i na miejscu okazuje się, że problem może stanowić nawet znalezienie marszrutki do centrum;)

W samym mieście mieliśmy już pewne pojęcie, co zwiedzać, przede wszystkim dzięki Wam, drodzy Czytelnicy i Waszym Facebookowym rekomendacjom. Dziękuję przede wszystkim za polecenie miejsca, do którego na pewno nie trafilibyśmy sami – siłowni Kaczalka na świeżym powietrzu. To nie jest zwyczajny fitness pod chmurką przypominający nasze hity budżetów obywatelskich – nie dość, że siłownia powstała jeszcze w latach 70., to wszystkie maszyny są chałupniczo zmontowane ze złomu i części maszyn. Ciężarki, które ewentualnie można by ukraść, przymocowane są ciężkimi łańcuchami, wszystkie maszyny pomalowane są na jednakowy niebieski kolor, ćwiczący panowie są silni jak niedźwiedzie, pachnie smarem i atmosfera przypomina „Mad Maxa”. Miejsce jest ogromne, chociaż nieco schowane w parku, za to dla odmiany tuż obok znajduje się nadrzeczna plaża z zupełnie nowoczesną infrastrukturą i zupełnie innymi mężczyznami – wydepilowanymi i w obowiązkowych speedosach.  Kontrasty to specjalność Kijowa.

Spacerując po mieście przez cały czas myślałam o tym, że podobnie byłoby w Polsce, gdyby nie przydarzyło nam się wejście do Unii. Najbardziej znacząca różnica dotyczy infrastruktury – stanu dróg i transportu publicznego. Za to bez względu na porę dnia na placach i w parkach siedzą sympatyczni, uśmiechnięci ludzie, wszędzie pełno jest drobnego handlu i tylko kontrasty między widocznym bogactwem a ubóstwem uderzają. Z jednej strony drogie restauracje, pod którymi parkują drogie auta, z drugiej smutny widok proszących o pomoc emerytek. Trudno czuć się beztroskim turystą wiedząc, jak niesprawiedliwie potrafi poukładać się historia.

20180831_184646.jpg

Kilka rozwiązań absolutnie mnie zachwyciło, m.in. wykorzystanie podziemnej infrastruktury dla handlu i to nie tylko w przejściach podziemnych czy na stacjach metra. Pod niektórymi ulicami ciągną się pasaże handlowe, a jeśli ulice biegną ze spadkiem, spadek pojawia się i pod ziemią. Brak naturalnego światła nikomu nie przeszkadza, a w tym podziemnym świecie oprócz sklepów (niekiedy także drogich butików), znajdują się kawiarnie czy zakłady fryzjerskie.

Oczywiście pomimo krótkiego pobytu zapuściliśmy się poza centrum, przede wszystkim po to, żeby zobaczyć typowe mieszkaniowe dzielnice. Blokowiska wyglądają jak wszędzie w naszej części Europy, ale byliśmy ciekawi nowszych realizacji. Najbardziej zależało nam na zobaczeniu ogromnego kolorowego grodzonego osiedla w północnej części miasta. Próbowaliśmy zakraść się do środka z wchodzącym akurat mieszkańcem, ale ochrona od razu zidentyfikowała nas jako intruzów. Ta przedziwna „ekskluzywność” zupełnie nie pasowała do skali osiedla liczącego tysiące mieszkań, ale wszyscy karnie podtrzymują pozory luksusu na tym ciasnym blokowisku opakowanym w wielokolorowe fasady.

20180901_135303

Najdziwniejsze wydało nam się miejsce, na które trafiliśmy przypadkiem, pomimo centralnej lokalizacji. Stylizowane na XIX-wieczne kamienice osiedle Vozdvyzhenka, które miało stać się dzielnicą bogaczy, po czym w związku z kryzysem prawie nie zostało zasiedlone, dosłownie powala bogactwem. Przez „bogactwo” nie mam na myśli zaparkowanych wszędzie mercedesów, ale budynki – ociekają detalami i to wcale nie są styropianowe elementy. Pomimo alergii na pseudohistoryzującą architekturę muszę przyznać, że zrobiła na mnie wrażenie konsekwencja inwestorów i projektantów. Osiedle jest właśnie rozbudowywane i nie widać spadku jakości w nowo realizowanej części. Trzeba też przyznać, że ten kijowski disneyland jest idealnie „wszyty” w oryginalną tkankę miasta – połączenia praktycznie nie widać, a kilka zachowanych budynków można odróżnić tylko po tym, że są mniej idealne od swoich sąsiadów.

20180902_134133.jpg

To był zdecydowanie zbyt krótki wyjazd i myślę, że jeszcze tam wrócimy. Na razie nie mogę się doczekać przełomu października i listopada – tym razem wyruszamy do Charkowa! Wszelkie architektoniczno-miejskie podpowiedzi są oczywiście mile widziane.

[Fot. M. Arczyńska i Ł. Pancewicz]

Doskonałość na sześć liter

Teksty z czytanej w dzieciństwie „Małej Fantastyki” musiały mocno utkwić mi w pamięci. Jeszcze na początku blogowania wspominałam o „świszczurce”, która zainspirowała najwcześniejsze marzenia o zawodzie, który chciałabym wykonywać, kiedy dorosnę (nie, nie był to zawód architekta). Pamiętam też opowiadanie „Anihilacja wszechświata”. Chłopiec, odwiedzający z kolegą laboratorium, w którym pracował jego tata, nacisnął z ciekawości przycisk do tytułowej anihilacji – zniknęła nagle materia wszechświata, ale została kształtująca ją forma. Nagle tramwaje zaczęły przyjeżdżać punktualnie, śmietniki stały się czyste i pachnące, a cały świat jakby nieco bardziej perfekcyjny niż wcześniej. To opowiadanie musiało być napisane jeszcze w peerelowskich czasach, więc pewnie nawet kolejki po papier toaletowy nagle zniknęły wraz z materią. I kiedy wylądowałam w piątek w Zurychu, poczułam się jak po takiej właśnie anihilacji. Jeszcze nigdzie nie widziałam tak doskonałego systemu transportu publicznego, nie udało mi się zgubić na żadnym dworcu (no, prawie), ulice są czyste, jedyny nieprzyjemny zapach to rozpuszczony raclette, a post napisałam na lotnisku, gdzie wszystkie siedziska dla oczekujących pasażerów mają gniazdka (oczywiście po dwa rodzaje). Co prawda nagłe załamanie pogody uniemożliwiło mi popływanie w jednym z miejskich kąpielisk (jezioro w centrum – to dopiero jest luksus!), ale i tak spędziłam tu kapitalny weekend.

Byłam tam już kiedyś, kilkanaście lat temu na wycieczce ze studentami. Teraz zwracałam uwagę na zupełnie inne rzeczy, ale z ciekawości obejrzałam miejsca, które wtedy dopiero co zrealizowano. Byłam bardzo ciekawa, jak obrósł zielenią trójwymiarowy park na Oerlikonie – wtedy bluszcze dopiero zaczynały się piąć, a teraz całość jest pokryta gęstą zielenią. Obejrzałam kilka kooperatyw mieszkaniowych i ekoosiedli (dziękuję za Facabookowe rekomendacje!), ale przede wszystkim przyglądałam się miastu – przestrzeniom publicznym i architekturze. I to nie nawet nie wybitnym dziełom szwajcarskich gwiazd, ale współczesnym biurowy i mieszkaniowym „wypełniaczom”.  Pragmatyzm (niestety, kosztowny) w wersji szwajcarskiej ma dużo sensu – chociaż architektura jest „praktisch, kwadratisch und gut”, ale w wersji bardziej ekskluzywnej niż w Niemczech, zabudowa idealnie się uzupełnia. Biurowce i apartamentowce z lat 70. sąsiadują bez wstydu z nowymi realizacjami, materiały – kamień, drewno, beton, terrazzo i ceramika – starzeją się szalenie szlachetnie i widać, że wyburzanie zabudowy nie ma tu za bardzo sensu. Wystarczy lifting lub ewentualna zmiana funkcji, żeby przez kolejne dekady spełniała swoją rolę. Jeśli coś mnie zaskoczyło, to niewielka ilość powierzchni biologicznie czynnych w nowych realizacjach – dominują utwardzone nawierzchnie i to w dużej mierze wyasfaltowane (cieszy mnie powrót do tego materiału). Są za to rekompensowane albo parkami, albo pozostawioną dziką zielenią – podobnie jak wiosną zauważyliśmy w wiedeńskich osiedlach.  To też działą – wypełnianie wymaganych powierzchni biologicznie czynnych tak jak w Polsce, czyli wygospodarowywanie skrawków zieleni gdzie popadnie, gdzie i tak zaraz ją zniszczą parkujące nielegalnie samochody oraz szatkowanie przestrzeni kilometrami krawężników mija się z celem.

A poza tym Zurych/Zürich/Zurich/Zurigo ma sześć liter w każdej wersji językowej;)

[Fot. M. Arczyńska]

Ukraina

UKR.jpg

Uzgodnione: w tym roku dłuższego urlopu nie będzie. Jeden porządny wyjazd zastąpimy przedłużanymi weekendami i wieczorami na lokalnej – brzeźnieńskiej – plaży. To takie nasze part-time staycation, czyli wakacje spędzane w miejscu zamieszkania, w niepełnym wymiarze czasowym (anglicyzmy jednak bywają wygodne;). W skrócie: wychodzimy przed 20:00 z biura i jedziemy nad morze. A plaża nam się ostatnio poprawiła pod względem infrastruktury – pojawiły się toalety, prysznice i całkiem niezły bar, sinice w końcu diabli wzięli, a turyści wieczorami chyba smarują spalone ciała zsiadłym mlekiem, bo o pewnej godzinie robi się pustawo. Jeśli mój osobisty urbanista namówi mnie kiedyś  na przeprowadzkę do Warszawy, nie będę przynajmniej czuć, że nie wykorzystywałam wystarczająco naszej gdańskiej lokalizacji.

Jeśli o wyjazdach mowa, w tym roku dominuje kierunek wschodni. Sama dotarłam tylko do Rosji, ale mój osobisty urbanista co chwilę wyjeżdżał na misje szkoleniowe do Gruzji, przywożąc stamtąd przepyszne wina i sery.  Zamierzamy teraz skorzystać z coraz łatwiejszych połączeń z Ukrainą. Jeszcze w sierpniu wyskoczymy do Kijowa, a dziś w ramach impulsywnych zakupów kupiłam na jesień bilety do Charkowa. I tu pytanie do Was, drodzy czytelnicy: co architektoniczno-urbanistycznego polecicie? Internet podpowiada kilka obowiązkowych miejsc do zwiedzenia, ale ciężko znaleźć nowe realizacje albo ukryte skarby. Nie pogardzimy wyjątkowymi blokowiskami, odjechanym konstruktywizmem, szalonym postmodernizmem ani współczesnymi inwestycjami „na bogato”. Liczę na Wasze rekomendacje!

[Fot. Monika Arczyńska]

Zapach świeżego asfaltu (w mieście na sześć liter)

Chociaż pracowałam nad dużym projektem w Moskwie, a mój osobisty urbanista regularnie kursuje do Rosji z wykładami i warsztatami, to był mój pierwszy wyjazd w tamtą stronę. Docelowym przystankiem był Perm (o nim później), ale po drodze postanowiłam zatrzymać się na chwilę w Moskwie. To była jedna jedna wielka miejska niespodzianka. Spodziewałam się tego, co znam z rosyjskich filmów: okrutnego pomo z lat 90. i pewnego stopnia „zaśniedziałości”. W nowych komediach romantycznych (a co tam, na nich najlepiej szlifuje się język!) Moskwa wygląda co prawda jak nowoczesna, europejska metropolia, ale każde miasto można tak pokazać  – patrz polskie seriale. Doceniam malowniczość rozpadających się kamienic, dziur w chodnikach i smutnych słowiańskich twarzy, lecz trochę się obawiałam nadmiaru ciężkich klimatów. Niepotrzebnie. To jest nowoczesna, europejska metropolia (a przynajmniej śródmieście takie jest) i dopiero, kiedy pojechałam do Permu, zrozumiałam, dlaczego „Moskwa to nie jest prawdziwa Rosja”.

Przyznam jednak, że zaniepokoiła mnie wielkość tego miasta. W ciągu kilku dni udało mi się zobaczyć spory kawał śródmieścia, ale kiedy zajrzałam w cyfrową mapę, żeby popatrzeć, co dzieje się poza „kolcami” (śródmiejskimi obwodnicami), trochę mnie zatkało. Śródmieście jest za to logicznie zaplanowane i elementy tradycyjnego myślenia o kompozycji miasta – osie, dominanty, pierzeje – sprawdzają się tu wyśmienicie. „Wysotki” to idealne punkty orientacyjne (nic dziwnego, że i PKiN jest najbardziej wyrazistą dominantą w Warszawie). Tym bardziej, że nie mają konkurencji – moskiewskie City jest tak skoncentrowane w jednym miejscu, że tworzy w oddali spójną koronę wieżowców.

Bardzo rzuca się w oczy ogromny program infrastrukturalny modernizacji ulic, placów i parków, realizowany w ostatnich latach. To nie tylko dopieszczony co do najmniejszego źdźbła trawy Park Zaryadye projektu Diller Scofidio + Renfro, ale i hektary nowych nawierzchni z kamienia i tytułowego świeżego, pachnącego asfaltu. Wygodnie i pięknie, chociaż o projektowaniu uniwersalnym można tam zapomnieć, bo nikt jeszcze nie zasypuje przejść podziemnych, a biegnąca przez centrum sześcio- czy ośmiopasmówka bez pasów jest czymś normalnym.  Po powrocie do Gdańska zaczęłam przychylniej patrzeć na Aleję Grunwaldzką….

Jeszcze w Heneghan Peng przez ponad rok prowadziłam projekt Narodowego Centrum Sztuki Współczesnej, które miało powstać w dzielnicy rozwijającej się wokół nowej stacji metra. Zaplanowano je rosyjskim rozmachem: kilkanaście tysięcy metrów kwadratowych przestrzeni ekspozycyjnych, ponad sto metrów wysokości, ikoniczna forma (to pewnie dlatego udało się wygrać konkurs z Araveną i Hollem). Projekt ostatecznie trafił do szuflady, a w międzyczasie został otwarty „Garaż” – prywatna inicjatywa i€“ adaptacja dawnej restauracji w Parku Gorkiego na centrum sztuki współczesnej (projektu OMA). Skoczyłam je zobaczyć i chociaż adaptacja jest nieźle przeprowadzona, ciasne przestrzenie ekspozycyjne bardzo narzucają rozwiązania kuratorskie i nie bardzo pozwalają na zorganizowanie większej wystawy. Stąd koncepcja wystaw – zmieniają się często i są dość niewielkie. Za to w samym Parku Gorkiego przepadłam  kompletnie, bo oprócz plenerowego kina, infrastruktury sportowej i jogi na trawie można się też uczyć tańca przy muzyce z lat 50.

Spacer po centrum to zastrzyk kulturalno-historyczno-miejskiej energii o niewyobrażalnej intensywności. Na Arbacie słychać Okudżawę, a na Sadowej człowiek zaczyna wypatruywać kota Behemota. Przy Centrosojuzie trzeba obowiązkowo zrobić sobie zdjęcie z pomnikiem Le Corbusiera, a przy domu Mielnikowa poleciała mi łezka wzruszenia, bo zawsze bardzo chciałam zobaczyć ten budynek. To kolejne wspaniałe miasto na sześć liter na mojej liście i koniecznie muszę tam wrócić – kilka dni to za mało!

[Fot. Monika Arczyńska]

 

Zakochaj się w Teatrze Szekspirowskim

Zakochaj sié

W sieci jest już dostępny najnowszy odcinek „Zakochaj się w Polsce”, w którym wymądrzam się trochę na temat mojego ulubionego gdańskiego budynku – Teatru Szekspirowskiego.

Musiałam chwilę poczekać na swoją kolej podczas nagrania, więc posiedziałam na dziedzińcu, obserwując, jak ten „odpychający czarny katafalk” działa w ciągu dnia. Najpierw przewinęła się babska wycieczka z Norwegii z przewodniczką wyjaśniającą, co to za typ teatru i co chodzi z tym Szekspirem w Gdańsku. Potem pojawiły się przedszkolaki, których wychowawczynie zapowiedziały „test na szczupłość” i wprowadziły do najmniejszego, trójkątnego dziedzińca. Wąskie wejście faktycznie nie pozwala na przeciśnięcie się pulchniejszym osobom. Przez cały czas ktoś pstrykał zdjęcia telefonem – dzień był wyjątkowo słoneczny, więc cienie, układające się na antracytowej cegle, stanowiły wyjątkowo malowniczy do fotografowania widok. Przechodnie zatrzymywali się patrząc na otwierający się na potrzeby nagrania dach. Niby dzień jak co dzień, ale potwierdzający, że ta trudna w odbiorze architektura ma swoje miękkie, przyjazne oblicze, do którego poznania nie trzeba mieć ani kierunkowego wykształcenia, ani wyrafinowanego gustu. Czekam niecierpliwie na Festiwal Szekspirowski, bo odkąd wyprowadziliśmy się z Dublina i do Edynburga jest już nam za daleko, to gdański przegląd jest dla nas najważniejszym letnim teatralnym świętem. Wtedy życiem pulsuje nie tylko czarny teatr, ale i cała okolica, aż do – również jednego z moich ulubionych gdańskich obiektów – Teatru Wybrzeże. Wpadniecie?

[Fot. kadr z programu, vod TVP]

Kebab

pixabay

Koniec czerwca to dla nas zawsze wyjątkowo aktywny okres. Kończy się semestr, trzeba podsumować zajęcia, posprawdzać projekty, wystawić oceny i odsiedzieć swoje w komisjach egzaminacyjnych i dyplomowych. To ostatnie akurat bardzo lubię, zwłaszcza, kiedy bronią się nasze dyplomatki lub dyplomanci (Wiktoria, Patrycja, Cristina – gratulacje!). Z trudem znajdujemy jednak czas na pracę, skacząc cały czas między Politechniką a pracownią. Nic dziwnego, ze wychodzimy z biura późnymi wieczorami, a zamiast obiadu kończy się na kanapkach. Wczoraj akurat wyjątkowo na pączkach, które przyniosła nam Marta Urbańska z Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu – przyjechała do Gdańska, żeby przeprowadzić z nami rozmowę w ramach badań do swojego doktoratu. Ale ponieważ na pączkach trudno przetrwać cały dzień, w drodze do domu zahaczyliśmy o pobliski bar z kebabem, jedyne jeszcze otwarte miejsce. Wpadamy tam czasem, bo nie dość, że obsługuje tam przesympatyczna pani, to można kupić pyszny domowy humus. Czekając na jedzenie musieliśmy coś mruknąć o Politechnice, bo pani podchwyciła temat i tak od słowa do słowa okazało się, że nie dość, że jej córka właśnie kończy budownictwo, to mąż – Syryjczyk – jest architektem. Teraz razem prowadzą rodziny biznes (co tłumaczy jakość humusu:). Przyjechał do Polski z Aleppo jeszcze w latach 80., żeby zrobić we Wrocławiu doktorat o… projektowaniu portów.  Pogadaliśmy chwilę, wymieniliśmy się kontaktami i spróbujemy poznać go z naszą koleżanką z katedry, która specjalizuje się w tej tematyce. Uwielbiam takie zbiegi okoliczności!

[Fot. z Pixabay]

PWN

okladka.jpg

Kilka, a może nawet kilkanaście miesięcy temu Wydawnictwo Naukowe PWN przysłało mi listę planowanych w kolejnym roku publikacji z pytaniem, czy byłabym może którąś z nich zainteresowana. Dwie książki wpadły mi w oko i zdążyłam już zapomnieć o całej sprawie, gdyby nie odebrana wczoraj z poczty przesyłka. Wyciągnęłam z koperty pachnące jeszcze farbą drukarską „Zrównoważone budynki biurowe” pod redakcją Szymona Firląga, wydane we współpracy z Polskim Stowarzyszeniem Budownictwa Ekologicznego. To pierwszy oficjalny patronat medialny SIX LETTER CITY – jakie to kapitalne uczucie zobaczyć na okładce nazwę bloga obok takich gigantów jak A&B czy Builder!

Ucieszyłam się bardzo z tej książki z kilku powodów. Po pierwsze nigdy nie zaprojektowałam żadnego biurowca i chociaż znam ogólne zasady, chętnie doczytam, jak sprawić, aby były bardziej „zielone”. Po drugie moi studenci czasem projektują biurowce – niekiedy na dyplomach, ale przede wszystkim podczas jednego z moich ulubionych przedmiotów na Gospodarce Przestrzennej. Ponieważ opracowują tam także wycenę inwestycji oraz strategię marketingową, często sięgając np. do certyfikacji LEED czy BREEAM, do tej pory bazowałam na wiedzy, jaką udało mi się samodzielnie zdobyć oraz na „telefonach do przyjaciela”, czyli konsultacjach z kolegą, który zajmuje się certyfikacją. Teraz będę mieć w końcu pod ręką pewne źródło. Ale najważniejszy jest jeszcze inny powód: dowiem się, teraz już na 100%, czy latem słusznie dostaję białej gorączki na widok przeszklonych elewacji ogromnych budynków biurowych. Za każdym razem, kiedy przejeżdżam w okolicach największego w Gdańsku centrum biurowego, patrząc na przeszklenia od południa zastanawiam się, jaka jest tam w środku temperatura. I pewnie się nie mylę zgadując, że na tyle niska, aby można tam było wytrzymać w garniturze albo garsonce.

Odpowiedź już niedługo, siadam do czytania:)

 

Majówka po wiedeńsku (na sześć liter)

 

Ktoś mnie kiedyś próbował przekonać, że Wiedeń jest nudny. Trudno mi było polemizować – byłam tam wcześniej tylko raz w życiu, gdzieś na początku liceum, na dodatek tylko przejazdem w drodze do Włoch, przez kilka godzin, więc nie miałam okazji, aby wyrobić sobie opinię na ten temat. Pamiętam, że padało, a najważniejszym punktem wycieczki było wzgórze Kahlenberg i opowieści o odsieczy wiedeńskiej, które w ogóle mnie nie interesowały (szczerze mówiąc, teraz interesowałyby mnie jeszcze mniej). Zafascynowała mnie za to spalarnia śmieci projektu Hundertwassera i Haas Haus Holleina – wtedy jeszcze szczyt nowoczesności i projektowej odwagi. I chociaż Wiedeń, właśnie podczas tek licealnej wycieczki, był pierwszą europejską stolicą, jaką miałam okazję zwiedzić, bladł w porównaniu z kolejnymi punktami wyjazdu – Wenecją, Rzymem i Florencją. Potem śledziłam oczywiście co się tam dzieje w architekturze, zwłaszcza w mieszkalnictwie i organizacji przestrzeni publicznych, ale domyślałam  się, że opinie o rzekomej nudzie mogą mieć w sobie sporo prawdy. Wiedeń znajduje się na szczycie rankingów miast zapewniających najwyższą jakość życia i tak to już jest, że najlepiej mieszka się w niezbyt ekscytujących, ale dobrze i wygodnie zorganizowanych ośrodkach.

Postanowiliśmy to sprawdzić i wyskoczyliśmy na majówkowe przeszpiegi. Co się okazało? O żadnej nudzie nie ma mowy! Owszem, pogoda nas rozpieszczała, ale wierzę, że nawet podczas deszczu w Wiedniu nie da się nudzić. Może nie wypada się do tego przyznawać, ale przez słońce zrezygnowaliśmy z wystaw i muzeów. Przeszliśmy kilometry ulic z Mariahilfer Strasse na czele (to pod kątem projektu dla Starowiejskiej w Gdyni, nad którym obecnie pracujemy), pojechaliśmy do Aspern Seestadt i Nordbahnhof, żeby zwiedzić nowe osiedla, pooglądaliśmy Loosy, Holleiny oraz Zahy i objadaliśmy się strudlami, sznyclami i kluskami z makiem. Pierwszego maja podskoczyliśmy do Karl-Marx-Hof, a wieczory spędzaliśmy popijając lokalne piwa i wina nad pięknym, modrym kanałem Dunaju, w tym na jednej z najlepszych miejskich plaż, jaką miałam okazję odwiedzić. A te kawiarnie, te targi, te parki… jeśli Wiedeń faktycznie uważany jest za mało ekscytujący, życzę wszystkim miastom takiej nudy.

 

[Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz]

Młodzi do Łodzi

mlodzi-do-lodzi-liderzy-2018_244246

Krążył kiedyś taki dowcip, że młody obiecujący architekt ma czterdziestkę, a młody obiecujący urbanista – pięćdziesiątkę. Kiedyś mnie to śmieszyło, ale im bliżej jestem przekroczenia tej pierwszej magicznej liczby, tym bardziej rozumiem, o co chodzi. Zazdroszczę też trochę mojemu osobistemu urbaniście, że będzie młody i obiecujący dekadę dłużej niż ja…

Ale koniec żartów, mam poważne obwieszczenie. Został jeszcze tylko tydzień, aby zgłosić się na „Młodych do Łodzi”. To spotkania architektów przed czterdziestym rokiem życia, które odbywają się co pięć lat, od 2003 roku. Pół dekady to akurat tyle, aby uczelnie wypuściły nowy rocznik mgr inż. arch., zmieniła się – na lepsze lub gorsze – koniunktura, projekty, nawet te większe, zostały zrealizowane, a w międzyczasie wyszło 60 nowych numerów organizatora spotkań – „Architektury-murator”. Przyznaję, że tegoroczna edycja zaplanowana na 18 i 19 maja będzie moją pierwszą i ostatnią. Do tej pory zawsze coś mi wypadało, a na kolejny zjazd będę już niestety za stara. Ale może w końcu dla dinozaurów zostaną kiedyś zorganizowane oddzielne spotkania – ktoś wymyślił już nawet hasło „Starzy na plaży”. Jeśli nie, to pozostanie nam już tylko zapisanie się do SARP-u…

Na razie zachęcam do zapisywania się na „Młodych”. Zgłaszać należy się TU. Zapowiada się świetna zabawa i poważne dyskusje – dokładnie w takiej kolejności. Ponieważ podczas ostatniej edycji jednym z przewodnich tematów była praca za granicą, w tym roku będę prowadzić panel o „Arch(i)migracjach”. Zaprosiłam do niego Cristinę Rodríguez Álvarez, która opowie, jak wygląda to zjawisko w kierunku do Polski, Mateusza Mastalskiego z Henning Larsen, który wyjechał w przeciwną stronę i Mikołaja Szuberta-Tecla z Riegler Riewe, w kórego historii było jeszcze więcej zwrotów. 

Do zobaczenia!

 

 

 

Dzieje się!

FSO.jpg

Gdyby ktoś  jeszcze niedawno powiedział mi, że niedługo będę pracować jednocześnie nad kilkoma tak ekscytującymi projektami, jakie właśnie mamy na tzw. „desce” (teraz to chyba raczej na „dysku”;), postukałabym się w głowę. Dzieje się!

Oddaliśmy projekt woonerfu na Abrahama w Gdyni. Myślę, że biorąc pod uwagę budżet, wyszło całkiem nieźle – czekamy niecierpliwie na pozwolenie na budowę i realizację. W międzyczasie zabraliśmy się za kolejną ulicę w śródmieściu Gdyni, tym razem z Laboratorium Innowacji Społecznych. Już w najbliższą sobotę startujemy z warsztatami na temat przyszłości ul. Starowiejskiej – będziemy dyskutować z mieszkańcami i lokalnymi przedsiębiorcami o tym, co można by poprawić w tej przestrzeni.

Po ogłoszeniu wyników konkursu ruszyły dalsze prace nad projektem masterplanu dla Stoczni Cesarskiej. Obecnie koncentrujemy się na infrastrukturze i kwestiach konserwatorskich.

W marcu kursowaliśmy do Warszawy na warsztaty. Zajmowaliśmy się dwoma ogromnymi terenami na Pradze Północ – Portem Żerańskim oraz obszarem dawnej FSO. Razem to ok. 180 hektarów.  Jak zwykle pracowaliśmy przy pomocy makiet (każda miała ponad 3m długości) – efekty działania na terenie FSO widać na zdjęciu powyżej. Podczas warsztatów wszyscy interesariusze – właściciele działek, urzędnicy i mieszkańcy (w tym także „potencjalni mieszkańcy”, wytypowani przez zespół Mikołaja Lewickiego, socjologa z Uniwersytetu Warszawskiego) usiedli przy wspólnym stole. Chociaż podobne warsztaty, ale z udziałem wyłącznie urzędników i ekspertów, odbywały się już wcześniej w Polsce, tu po raz pierwszy dołączyła do nich strona społeczna. Było tak intensywnie, że po trzech dniach warsztatów wyglądaliśmy z moim osobistym urbanistą jak para zombie. Ale udało się i jesteśmy bardzo zadowoleni z wyników, zwłaszcza w Porcie Żerańskim, gdzie opinii na temat przyszłości tego miejsca było prawie tak wiele, jak uczestników. Ostatecznie został ustalony „protokół zgodności i rozbieżności”, w którym zawarto wspólne postanowienia i elementy dyskusyjne.

W międzyczasie spędziłam chwilę we Wrocławiu, gdzie brałam udział w obradach sądu konkursowego. Ocenialiśmy prace, które wpłynęły na konkurs na Muzeum Książąt Lubomirskich – spośród 104 projektów do drugiego etapu mogło przejść tylko 6. Okazało się, że przydały się bardzo lata spędzone przy projektach muzeów w Heneghan Peng. Moim zadaniem było określenie, czy propozycje uczestników spełnią wymagania klienta – Ossolineum – i czy nowy budynek będzie miał szansę stać się jednocześnie atrakcyjną lokalizacją dla zwiedzających oraz wygodnym miejscem pracy i prowadzenia badań.

Nie odpuszczamy też na froncie uczelnianym i od początku semestru prowadzimy m.in.  kolejne live studio. Tym razem studenci przygotowują program i projekt Centrum Integracji Społecznej w kaszubskim Luzinie.  Znów trafiliśmy na świetną, przesympatyczną, międzynarodową grupę studentów, która błyskawicznie zorganizowała strukturę pracy i tematyczne zespoły. Każdemu życzę również takich klientów – dla pracowników lokalnej biblioteki i gminnych urzędników nie ma rzeczy niemożliwych, są otwarci na wszystkie pomysły, a ponadto mają bardzo konkretne potrzeby, które zespół postara się spełnić w nowym kompleksie. Za nami pierwsze spotkania w gminie, dziś odbędą się konsultacje z mieszkańcami, a w maju festyn, na którym studenci przedstawią swoje propozycje. Ruszyła też strona na Facebooku.

A poza tym nareszcie wynosimy się z pracą z domu! Znaleźliśmy biuro przy jednej z moich ulubionych ulic we Wrzeszczu. Na razie to niewielka przestrzeń, ale jeśli tempo się utrzyma, wkrótce będziemy musieli poszukać czegoś większego. I chociaż mój osobisty urbanista coraz intensywniej namawia mnie na przeprowadzkę do Warszawy, opieram się, jak tylko mogę. A dzięki takiej pogodzie, jak w ostatni weekend, kiedy spacerowaliśmy w słońcu po plaży, mam bardzo silne argumenty, że Trójmiasto to świetne miejsce do życia:)

[Fot. Kamil]

 

 

I jak tu nie wierzyć w przeznaczenie?

harbour_small.jpg

Wygraliśmy!!! W konsorcjum z Henning Larsen i BBGK zajęliśmy pierwsze miejsce w międzynarodowym konkursie na masterplan dla Stoczni Cesarskiej.  Dziękujemy wszystkim za trzymanie kciuków i za gratulacje – czuliśmy przez cały czas ogromne wsparcie i zaufanie! Zrobimy wszystko, żeby go nie zawieść.

Podczas pracy nad konkursem żartowaliśmy, że nasza obecność w zespole to przeznaczenie. Historia mojego osobistego urbanisty i moja zaczęła się… właśnie od Stoczni. Znaliśmy się z akademika, ale zaczęliśmy częściej rozmawiać dopiero przy okazji studenckiego konkursu na zagospodarowanie terenów postoczniowych. To była jedna z pierwszych projektowych przymiarek do tego terenu – plany przekształcenia go w miejską dzielnicę mają już ponad dwie dekady. Łukasz był wówczas na czwartym roku i pracował nad konkursem z koleżankami z roku w ramach zajęć z projektowania urbanistycznego. Ja byłam rok niżej i zabrałam się za ten temat dodatkowo, bo zakochałam się już wcześniej w tym niesamowitym miejscu. Na zakochaniu w samej Stoczni się nie skończyło. Okazało się, że rozmowy o poprzemysłowych halach i nowej zabudowie potrafią być całkiem romantyczne i tak sobie rozmawiamy już kilkanaście lat:)

Stocznia była nawet jednym z argumentów mojego osobistego urbanisty przeciwko przeniesieniu się do Irlandii. „Przecież jeśli teraz wyjedziemy, to nam tu już wszystko zbudują!”. Zdążyliśmy wyjechać, wrócić, założyć własną pracownię i nikt nam tam jeszcze nic nie zbudował. Wręcz przeciwnie – praca nad masterplanem to największy wkład, jaki możemy mieć w przyszłość tego obszaru.

I jak tu nie wierzyć w przeznaczenie?

Pura Poesia

Lizbona01.jpg

Dotychczas zawsze na Walentynki na SIX LETTER CITY pojawiały się miłosno-architektoniczne motywy: wyznanie miłości do przystojnego architekta, architektoniczne akcesoria sado-maso czy walentynkowe wystawy w mieście zakochanych .  W tym roku sprawy nieco się skomplikowały. W Alejandro A. odkochałam się już dawno, najnowsza część Greya podobno jest nudna jak flaki z olejem, a żadne witryny nie wpadły mi w oko. Poza tym dopiero w walentynkową noc wróciłam z krótkiego wypadu do Lizbony. Miałam nadzieję, że może tam znajdę jakiś ciekawy walentynkowy temat, ale zamiast spodziewanego przesłodzonego kiczu trafiłam tylko na piękne stare kamienice pokryte azulejo i wysmakowaną współczesną architekturę.

Miłośnie jednak było, bo zakochałam się mocno podczas tego wyjazdu. W ceramice. Chociaż największym uczuciem darzę tradycyjne, niebiesko-białe płytki, tym razem zachwyciły mnie mniej popularne kolory – zwłaszcza zielenie i brązy – oraz wszelkie nierówności, braki i łaty. To, jak wyglądają odpadające, przybrudzone płytki i kamienne obramowania okien w portugalskim słońcu to czysta poezja.

pura poesia male

IMG_8697IMG_8699

Poprzedni raz odwiedziłam Lizbonę dziesięć lat temu. Z jednej strony niby nie zmieniło się zbyt wiele – miasto było tak nieznośnie piękne, jak zawsze – z drugiej okazało się, że gentryfikacja w Europie ma podobne oblicze bez względu na szerokość geograficzną. Między sypiącymi się kamienicami pojawiły się kawiarnie, w których oprócz zwykłej bica można zamówić kawę parzoną na dziesiątki sposobów, małe, prywatne galerie, sklepy z meblami vintage oraz czarne szyldy i markizy z białym, prostym liternictwem. Dress code również jest międzynarodowy: dominują najnowsze modele sportowych butów i obszerne, czarne płaszcze. Ewentualnie granatowe pikowane kurtki, ale to w przypadku panów w wieku 45+, którzy identyfikują się bardziej z biznesem niż z klasą kreatywną. Gentryfikacja okazuje się jednak, jak to z gentryfikacją bywa, zbawienna dla tkanki miasta. Na nowe, luksusowe apartamentowce w gęsto zabudowanej Lizbonie nie ma zbyt wiele miejsca, dlatego modernizowane są stare kamienice. Sypiący się kamień i odpadające płytki wymienia się na nowe (choć zwykle już w mniej papuzich kolorach), a nowe detale są eleganckie i minimalistyczne. Ciekawostka: często można trafić na okna PCV, jednak chociaż mam na nie prawdziwą alergię, w Lizbonie mnie nie drażniły. Może dlatego, że z reguły mają zróżnicowane profile, przemyślane proporcje i wykończenia, spójne w całym budynku, a w ostrym słońcu z daleka trudno nawet rozpoznać, co to za materiał.

IMG_8947

Oczywiście obejrzałam również najnowsze realizacje – głownym punktem programu był MAAT projektu Amandy Levete. Chociaż osobiście nie przepadam za tego rodzaju falującymi formami, ta biała płastuga rozwiązuje całkiem poważny problem związany z  dostępem. W Lizbonie miasto odcięte jest od wody transportowo-industrialnym pasem. MAAT rozkracza się nad nim, pozwalajać na wejście z dowolnego punktu na łagodnie nachylony dach. Z kolei w środku poczułam, jakby czas nieco się cofnął i wciąż pracowałabym w Dublinie. Budynek zrealizowany jest zgodnie ze współczesnymi „muzealnymi standardami” – tak sobie roboczo nazywam kombinację sposobu łączenia poszczególnych stref budynku, rozwiązania przestrzeni ekspozycyjnych (zwłaszcza oświetlenia i wentylacji) oraz materiałów i detali. AL_A to londyńskie biuro, więc podobieństw do znanych mi z Wysp rozwiązań było tam mnóstwo. Ale najbardziej zachwyciła mnie tam oczywiście moja nowa miłość: ceramiczna okładzina. Ciężkie, glazurowane, równoległoboczne panele będą starzały się równie szlachetnie, jak okładziny kamienic. Ponieważ każdy pas ułożony jest pod nieco innym kątem, wieczorem część z nich odbija zachodzące słońce, część – niebieskie niebo i wodę. Znów ta pura poesia

Ponieważ mam zawsze niebywałe szczęście do różnych zbiegów okoliczności, w MAAT odbywała się właśnie konferencja RESONATE. Nawet zastanawiałam się przed wyjazdem, czy na nią nie wpaść, ale ceny wejściówek ostudziły mój zapał. Wiadomo jednak, jak to jest z architektami – wałęsają się po całym budynku, zaglądając we wszystkie kąty, więc kiedy miły pan otworzył zapraszająco drzwi, nie zważając na brak identyfikatora, nie wahałam się ani chwili. Co prawda konferencja ostatecznie przegrała z pogodą (nie wyobrażam sobie siedzenia w ciemnej, klimatyzowanej sali, kiedy na zewnątrz można chodzić w krótkim rękawku i to w lutym), ale będę się teraz uważniej przyglądać wydarzeniom reSITE.

Baterie podładowane, tylko dlaczego ten powrót do komputera i terminów jest taki ciężki…

IMG_8868

Cały dach to wielka pochylnia z łagodnymi spadkami.

IMG_8818

Tak ta niezwykła okładzina wygląda z bliska  większość kafli ma kształt równoległoboku, ale wzdłuż krawędzi zdarzają się dłuższe panele, z dociętym jednym bokiem.

[Fot. Monika Arczyńska]

 

Wyciskarka Starcka

A-m_round.jpg

Wspominałam przy okazji remontowej sagi, że będzie można zobaczyć, jak mieszkamy –  już nie z zielonym piecem, ale w naszej starej miejscówce we Wrzeszczu. Właśnie pojawił się nowy numer „Architektury – murator” z przeglądem mieszkań polskich architektów. Aż mnie zatkało, kiedy zobaczyłam, w jakim znaleźliśmy się towarzystwie. Tak, jak się spodziewałam, nasze mieszkanie jest jednym z mniej oryginalnych w tym zestawieniu – nie ma w nim ani szaleństwa i betonu, jak u Przemo Łukasika, ani luksusowej elegancji, jak u Ewy Kuryłowicz. Ale to znaczy, że jest właśnie takie, jak my – zwyczajne. Lata wynajmowania mieszkań sprawiły, że właściwie moglibyśmy się  przenieść kolejny raz bez większego problemu, zabierając walizkę rzeczy. Mój osobisty urbanista czasem śmieje się, że jest jak roślina doniczkowa, która poradzi sobie na każdym parapecie. Mnie zamarzyła się jednak baza – miejsce, w którym może niekoniecznie spędzę resztę życia, ale które będzie spełniać moje potrzeby. Teraz, kiedy po przebudowie mieszkanie stało się w końcu bardzo wygodne, doceniam, że wszystko ma swoje miejsce, a użyte materiały wytrzymują nasze beztroskie użytkowanie. Tylko moje buty nigdzie nie mieszczą, ale to pewnie kwestia ich liczby…

emotional design

Troszkę nam się (z sympatią) oberwało w „Architekturze” za monsterę, eamesy i wyciskarkę Starcka, czyli elementy obowiązkowe w mieszkaniu architektów. Z tego ostatniego przedmiotu chętnie się wytłumaczę, bo ma dla mnie szczególne znaczenie. Przypomina mi studenckie czasy, kiedy „Juicy Salif” była jednym z symboli wysmakowanego designu. Rzecz jasna nie było mnie wtedy absolutnie stać na takie przedmioty zbytku i bardzo zazdrościłam właścicielom pięknych mieszkań, w których ten aluminiowy trójnóg stał na kuchennym blacie. Wiele lat później trafiłam na „Emotional Design” Donalda Normana. Autor wyjaśnia, dlaczego wyciskarka stała się przedmiotem pożądania, chociaż jest niezbyt wygodna, a pozłacana wersja uległaby uszkodzeniu w zetknięciu z kwaśnym sokiem. Jak to jednak określił projektant, ten przedmiot nie ma służyć do wyciskania cytryn, ale jako temat do rozpoczęcia rozmowy. Swój egzemplarz kupiłam niedawno, ot tak, jak kolejną parę butów. Wybrałam jednak używany egzemplarz zastanawiając się, jakie znaczenie miał dla poprzedniego właściciela. Teraz wyciskarka stoi na parapecie i też opowiada pewną historię – moją. Przypomina mi i te dawne, studenckie czasy, i książkę Normana, która pomogła mi zrozumieć, od czego uzależnione są wybory konsumentów. Cytryn nawet nie próbowałam wyciskać, ale za to rozmów faktycznie zaczęło się od niej sporo.

[Fot. Monika Arczyńska]

Blue Monday

Serio, dziś jest najbardziej depresyjny dzień w roku? Co prawda czarny kot przebiegł mi  drogę, w katedrze siadło ogrzewanie, a roboty jest tyle, że nie wiem, w co ręce włożyć, jednak humor mi dopisuje i czuję napływ energii. Tak jakby już miała zacząć się wiosna, chociaż podobno od jutra czeka nas pogodowy horror. Ale jak to powtarzała Scarlett O’Hara: „Pomyślę o tym jutro”.

A specjalnie dla tych, którzy faktycznie czują się dziś dość ‚blue’, wklejam zdjęcia niebieskich budynków na tle niebieskiego nieba. Jeśli nie będą w stanie poprawić Wam nastroju, to obawiam się, że pomoże tylko zjedzenie całej tabliczki czekolady…

[Fot. Monika Arczyńska]

Petra

IMG_0000

W Petrze można poczuć się jak na Tatooine. Wytwornie kroczące wielbłądy, pustynia, zerodowane skały o przedziwnych kształtach – wszystko sprawia wrażenie przeskalowanej scenografii „Gwiezdnych Wojen”. Efekt potęgują egzotycznie wyglądający Beduini, pył w powietrzu i zapach łajna. Ale to jeszcze nic – to pozostałości po starożytnych „wodociągach” i wykute w skałach obiekty tak zaskakują swoją skalą, pięknem i techniczną doskonałością, jakby powstały na obcej planecie. Däniken nie miał żadnej teorii na ten temat?

IMG_7700

Al-Siq – kanion prowadzący do serca miasta. Wygląda jak wyrzeźbiony wiatrem i przypudrowany na różowo. Zawsze myślałam, że to tylko krótki odcinek, a okazuje się, że w rzeczywistości ciągnie się i ciągnie, otwierając coraz to nowe kadry.

IMG_0001

Skarbiec to najbardziej znany widok z Petry, na samym zakończeniu al-Siq. Nazywany jest Skarbcem, ale nie wiadomo, jaka była jego prawdziwa funkcja. Nie wiem, do czego porównać wrażenie, jakie robi jego oświetlona porannym słońcem fasada wyłaniająca się z zakręconych skał wąwozu. To mistrzostwo świata w kompozycji urbanistycznej w starożytnym wykonaniu.

IMG_7669

Styk między fasadą a „dziką” skałą.

IMG_8047

Wyrzeźbionych w skałach grobowców jest mnóstwo i to nie tylko w samym środku założenia. Ciągną się kilometrami we wszystkich kierunkach.

IMG_8129

Petra najbardziej zaskoczyła mnie wielkością – nie zdawałam sobie sprawy, że cały teren jest aż tak ogromny.

IMG_8185

Petra potrzebuje słońca, aby zabłysnąć kolorami tęczy, ale kiedy już zabłyśnie, pojawia się żółty, różowy, fioletowy, niebieski…

Zaplanowaliśmy ten świąteczno-noworoczny wyjazd z myślą o tym, aby odpocząć, dużo spacerować i porządnie się wyspać. To ostatnie postanowienie było najtrudniejsze do zrealizowania, bo nie pamiętam urlopu, podczas którego wstawałabym tak wcześnie. Petra jest dostępna dla turystów od 6 rano i chociaż nie udało nam się dotrzeć tam tuż po otwarciu, staraliśmy się jak najintensywniej wykorzystać kilka godzin słońca. Drugiego dnia wybraliśmy się na jeden z najdłuższych szlaków, do Jabal Haroun. Widzieliśmy z daleka białą kropkę na jednym ze szczytów – okazało się, że to kopuła meczetu, do którego mieliśmy się wspiąć. Na szlaku nie ma oznaczeń oprócz niewielkich kopców kamieni (zalecane jest odwiedzenie tego miejsca z przewodnikiem), więc nic dziwnego, że byliśmy tam jedynymi turystami. W mijanych przez nas po drodze prowizorycznych chatach mieszkają beduińskie rodziny, które pozostały na terenie parku po wysiedleniach. Osły transportują baniaki wody do ich prowizorycznych domów, a ogrzewanie stanowią  gałęzie zebrane w okolicy przez umorusane dzieci. Ogniwa słoneczne na dachach i gdzieniegdzie zaparkowane samochody to jedyne oznaki cywilizacji.

IMG_8014

 

 

W bardziej turystycznych miejscach co rusz trafia się na wychudzone psy, koty przymilające się w nadziei na smakołyki oraz wspinające się po skałach kozy, którym czasem zdarza się utknąć gdzieś wysoko. Gorszy jest los osłów, mułów, wielbłądów i brutalnie poganianych konie=, zwłaszcza w ostatniej godzinie otwarcia parku, gdy kursów można zrobić najwięcej (przypomniały nam się obrazy ze szlaku nad Morskie Oko). Osły, nazywane są przez właścicieli „taxi”, wspinają się po stromych schodach i kamieniach transportując turystów w najwyżej położone punkty szlaków.

 

Oprócz możliwości przejażdżki cały czas oferowane są chusty, pamiątki i herbata z miętą, przygotowywana na prowizorycznych paleniskach. Najaktywniejsi w zachęcaniu do zakupów sa mężczyźni przypominający Jacka Sparrowa (podobno to beduini byli inspiracją dla charakteryzacji Johny’ego Deppa – to jednak nie Keith Richards?). Mocno podkreślają oczy kohlem i noszą na głowach chusty – podobno na turystki to działa. Niestety, nie zawsze szczęśliwie – internet pełny jest informacji o oszukanych, zakochanych dziewczynach.

IMG_7724

Trochę przypominały mi ukraińskie lalki-motanki.

IMG_7788

Widok może i spektakularny, ale znaki kierują głównie do miejsca sprzedaży chust i herbaty z miętą:)

Po palestyńskim projekcie złapałam bliskowschodniego bakcyla i ciągnie mnie coraz bardziej w tamtym kierunku. Już kombinujemy, jak wrócić do Jordanii. Petra jest niesamowita, ale jednocześnie tak sturystyfikowana, że trudno na jej podstawie wyobrazić sobie, jak wygląda i funkcjonuje reszta kraju. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na chwilę w Akabie, ale to także nietypowe miejsce – kurort, który coraz bardziej otwiera się na gości zza granicy. Połączenia lotnicze z Eilatem pozwalają jednak na wygodne i niedrogie dotarcie w tamte okolice. Przekroczenie granicy okazało się łatwiejsze, niż się spodziewaliśmy, a z Akaby, położonej tuż przy granicy z Izraelem, można dostać się transportem publicznym na północ kraju. Następny w kolejce – Amman!

[Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz]

Witaj, 2018!

Rok temu nie było mi za wesoło. 2016 dał mi mocno w kość i cieszę się bardzo, że już od samego początku 2017 przynosił same dobre rzeczy – i przyjemne drobiazgi, i przełomowe decyzje. Nie co roku kończę dwa generalne remonty. Nie co roku rzucam pracę, w którą byłam zaangażowana od ponad dziesięciu lat. Po raz pierwszy miałam okazję pracować na własny rachunek i to w skali, jaka wcześniej nawet mi się nie marzyła. Nareszcie mogłam też poświęcić więcej czasu uczelni i bardzo podoba mi się kierunek, w którym rozwija się współpraca i relacje ze studentami.

Działanie z moim osobistym urbanistąw ramach A2P2 również idzie świetnie i nareszcie robimy to, co zawsze nam się marzyło – wspieramy się i uzupełniamy nie tylko życiowo, ale i zawodowo. Przekłada się to niestety na trudny do wyleczenia pracoholizm, ale i na to znaleźliśmy metodę. Okazało się, że jedyny skuteczny sposób, aby oderwać się od obowiązków i komputerów to wyjazd – niekoniecznie daleko. W tym roku planujemy także częściej spacerować trójmiejskimi plażami i od czasu do czasu zafundować sobie dzień nicnierobienia z kocem, herbatą i serialem.

Blog też się rozwija, chociaż mogę poświęcać mu coraz mniej czasu. W archiwum czekają dziesiątki tematów, którymi zamierzałam się zająć – będę je sukcesywnie wyciągać z czeluści dysku. Może od czasu do czasu będę zamieszczać posty złożone głównie ze zdjęć i tylko krótkiego komentarza, zwłaszcza w przypadkach, gdy komentarz jest praktycznie zbędny. Czasem odpowiedni kadr potrafi być bardziej złośliwy od słów;)

2017 był dla mnie rokiem uśmiechu i ogromnej ilości pozytywnej energii – niech i 2018 taki będzie. Życzę Wam wszystkim doskonałych dwunastu miesięcy!

[Fot. M.Arczyńska, Ł.Pancewicz]

Oda do Dublina

Dublinie, ach, Dublinie, jak bardzo Cię lubię, zwłaszcza przed Bożym Narodzeniem! Całe centrum pełne jest znajomych, którzy spotykają się przedświątecznie w pubach i kawiarniach. Do najpopularniejszych miejsc stoją kolejki, wszędzie słychać gwar, śmiech oraz kolędy śpiewane przez ulicznych grajków i chóry zbierające datki na cele charytatywne. Niektórych budynków prawie nie widać zza światełek i świątecznych ozdób, a w kominkach trzaska ogień. Święty Mikołaj w Irlandii nosi pewnie ognioodporny kostium, żeby móc podrzucić prezenty przez komin.

Biuro zakwaterowało mnie w ulubionym miejscu. W Central Hotel podłogi skrzypią jak w starym zamku, a na pierwszym piętrze znajduje się Library Bar – pub z kominkiem i cudownie miękkimi fotelami. Przed moim przyjazdem podobno padał śnieg, ale miałam wyjątkowe szczęście i jak na życzenie trafiłam na słoneczną pogodę. Ba, znów przywitała mnie tęcza. Przez kilka dni wędrowałam po mieście z takim uśmiechem, że czuję jeszcze lekkie zakwasy na twarzy.  Odhaczałam tylko punkty z listy przyjemności, jakie zaplanowałam sobie sprawić, spędziłam mnóstwo czasu na plotkach i rozmowach z przyjaciółmi oraz odwiedziłam ulubione miejsca. Już pierwszego wieczoru zaliczyłam guinessy w banku i kościele, a kościół zaadaptowany na nietypową funkcję obejrzałam jeszcze jeden – wielorodzinny. Kolega z biura mieszka tam od lat, a w wynajmowanym przez niego mieszkaniu nie ma zwykłych okien, tylko witraże.

Najlepsze jest to, że wcale nie zasmuciło mnie to żegnanie się z miastem. Dublin i tak na zawsze pozostanie jednym z moich miejsc na ziemi. Nie czuję tęsknoty, ale myślę o nim raczej jak o starym, dobrym przyjacielu, z którym przeżyliśmy wiele pięknych chwil i do którego zawsze mogę jeszcze zawitać. Jeszcze nieraz będę pisać o Dublinie, dlatego dziś pokażę Wam głównie zdjęcia – trochę architektury, trochę świątecznych klimatów.

Życzę wspaniałych Świąt, pełnych wypoczynku i przyjemności!

IMG_7386

Dublin wygląda jak Berlin po upadku muru – wszędzie stoją dźwigi. Takiego boomu budowlanego nie było od lat.

IMG_7377

Budowane są głównie biurowce i mieszkaniówka (tu dublińskie Doki).

IMG_7182

The Long Room Hub w Trinity College, projektu McCullough Mulvin.

IMG_7193

Berkeley Library na kampusie Trinity College – bezdyskusyjnie jeden z najlepszych przykładów powojennego modernizmu w Irlandii.

IMG_7349

Alto Vetro w Dokach – jeden z moich ulubionych wieżowców (albo raczej „mikrowieżowców”).

IMG_7535

Central Bank przy Dame Street – zdecydowanie najlepszy przykład powojennego modernizmu w Irlandii. Wszystkie kondygnacje podwieszone są na widocznych na zewnątrz stalowych wieszakach. Właśnie trwają tam prace budowlane – parter zostanie otwarty dla wszystkich, a cały obiekt zmodernizowany.

IMG_7503

W centrum pojawiło się kilka nowych sklepów ze spektakularnymi wnętrzami. Na zdjęciu ogromny sklep Victoria’s Secret z kryształowo-ekranową klatką schodową.

IMG_7547

Szklany dach mojego ukochanego Irish Film Institute.

IMG_7565

Muzeum Archeologiczne – wspaniałe gmaszysko ze wspaniałą kolekcją.

IMG_7594

Zaplecze National Concert Hall, czyli dość często spotykane w Irlandii połączenie historycznego budynku z „nowoczesnymi” interwencjami. Pod kasetonowym sufitem ze świetlikami stoi sobie taka oto konstrukcja pomalowana błyszczącą farbą olejną. Plus świetlówki. Efekt – piorunujący!

IMG_7337

Wiktoriańskie Muzeum Historii Naturalnej. Nic się tu nie zmieniło od mniej więcej 150 lat, oprócz odkurzania i prac remontowych. Jeśli oglądaliście „Penny Dreadful” – serial z Evą Green – nakręcono tu sporo scen z finałowych odcinków.

IMG_7323

Krewetki jestem jeszcze w stanie ogladać, ale na górne galerie, gdzie można ogladać różne mniej apetyczne robactwo, nigdy się tam nie zapuszczam.

IMG_7581

Na wystawach można znaleźć wszystko…

IMG_7587

…w dowolnym kolorze i rozmiarze.

IMG_7521

Grafton Street. No i znów nie załapię się na Bono śpiewającego tam kolędy!

IMG_7500

To dekoracyjny hit sezonu w tym roku.

IMG_7154

Dom towarowy Brown Thomas zawsze ma najpiękniejsze dekoracje.

IMG_7152

Wesołych Świąt!!!

[Fot. Monika Arczyńska]

Co za dzień!

INNOWACJE

Uff, przetrwałam… dziś był jeden z tych dni, kiedy powinnam być w kilku miejscach w tym samym czasie. W planie na dziś była prezentacja propozycji konkursowej na masterplan dla Stoczni Cesarskiej w Gdańsku, wprowadzenie do nowego projektu w Heneghan Peng, a w międzyczasie telefony, maile, oferty, studenci i załatwienie rzeczy niemożliwej – superekspresowego druku plansz projektowych. Na nieszczęście mój osobisty urbanista moderował dziś panel na Smart Metropolii i nie mogłam mu zrzucić na głowę tego niewdzięcznego zadania. Na szczęście plansze udało się wydrukować w najspanialszym na świecie zakładzie fotograficznym na… parterze naszej kamienicy. Idealna miejscówka dla architektów, prawda? Nasz wyrozumiały i przesympatyczny sąsiad-fotograf zakasał rękawy i dokonał cudu – wszystko było wydrukowane na czas i w świetnej jakości. To się nazywa idealna sąsiedzka współpraca!

Kolejne dwa tygodnie zapowiadają się podobnie intensywnie, ale oprócz obowiązków czeka nas jedna duża przyjemność – gala konkursu Innowacje w Architekturze w Warszawie. Przyjedzie sporo znajomych z całej Polski i nie mogę się doczekać plotek przy winie. Byle do czwartku;)

PS Proszę o trzymanie kciuków za stoczniowy konkurs!

A co z wysokimi?

dostepnosc

Wielu architektom projektowanie uniwersalne kojarzy się przede wszystkim z osobami niepełnosprawnymi. A chodzi w nim przecież przede wszystkim o to, aby podczas projektowania myśleć o potrzebach i ograniczeniach różnych użytkowników, nie tylko poruszających się na wózkach czy niewidomych. Różnych, czyli m.in. niskich lub wysokich. Obawiam się jednak, że o tej ostatniej kategorii myśli się nie za dużo. Tak mnie naszło przy ostatnich projektach, kiedy przeglądając wytyczne dotyczące obniżonych włączników, umywalek i blatów zdałam sobie sprawę, jak często musiałabym się do nich schylać.

Nie wyobrażam sobie nawet, jak w niektórych miejscach musi być ciężko mojemu dwumetrowemu koledze. Przy bankomacie musi pewnie schylać się w pół, na żadnej ławce nie jest mu wygodnie i pewnie wzdycha z ulgą na widok spłuczki z fotokomórką. Na szczęście wysocy ludzie mają proporcjonalnie dłuższe ręce, więc przynajmniej do obniżonych kontaktów i papieru toaletowego jest nam trochę łatwiej dosięgnąć. Kiedyś zmagałam się z rwą kulszową (tak to jest, jak się za dużo pływa nie umiejąc pływać poprawnie) i pamiętam, że schylanie się to był najgorszy koszmar. W połączeniu z nie najlepszym wzrokiem, kiedy trzeba prawie szorować nosem po wyświetlaczach, żeby cokolwiek zobaczyć, robiło się naprawdę niewesoło. Pewnie niektórym niskim osobom łatwiej byłoby podskoczyć do standardowego poziomu. A ponieważ  ludzie są coraż wyżsi, problem będzie też wzrastał. Co robić? Instalować włączniki na dwóch poziomach?

Zdjęcie powyżej to nie fotomontaż. Zdarza mi się wejść do męskiego kibla, bo jestem ciekawa, jak rozwiązywane są pisuary. Rynienka czy oddzielne? Z przegródkami czy bez? To akurat budynek projektu Sizy, gdzie wszystkie ściany i podłogi wyłożone zostały marmurem. A na zdjęciu mój osobisty urbanista – tak wysoki, że musi się pochylać nawet nad umywalką zamontowaną na standardowej wysokości…

[Fot. Monika Arczyńska]

Biennale po krakowsku

Biennale.jpg

Kiedy dowiedziałam się, że tematem tegorocznego krakowskiego Biennale jest podwórze, pomyślałam, że to dobra okazja, aby przedstawić projekty, które w tym i ubiegłym roku przygotowali nasi studenci. Trudno o bardziej kontrastrujące przestrzenie niż ulica Długa i Długi Targ w Gdańsku oraz gdyńskie blokowisko Witomino, jednak obie spełniają „podwórzową” rolę, bo w żadnym z tych fragmentów miasta nie ma podwórzy z prawdziwego zdarzenia. Pierwsza przestrzeń jest tak  nastawiona na turystów, że dla mieszkańców, zwłaszcza seniorów, brakuje tam miejsca, a w drugiej miejsca jest sporo, jednak to przede wszystkim „ziemia niczyja” pomiędzy blokami. Studenci wypracowali wytyczne dla przekształcenia tych przestrzeni, stosując uniwersalną metodologię, a ich praca została doceniona. Wróciłam z trzecią nagrodą w konkursie „Seminarium”, co wydaje mi się całkiem przyzwoitym wynikiem biorąc pod uwagę paskudne przeziębienie (chyba tylko siłą woli wstrzymałam katar na 10 minut prezentacji). 10 minut okazało się oczywiście zbyt krótkie dla takiej gaduły jak ja, więc  kiedy moderująca panel Marta Urbańska teatralnym szeptem ogłosiła „Pozostały trzy minuty”, lekko spanikowałam. Byłam przekonana, że dopiero tyle minęło, więc nie miałam wyjścia i zrobiłam jedyną sensowną w tej sytuacji rzecz: zachowałam zimną krew. Jak się później okazało, nikt z widowni, włączając jury, nie zorientował się, że cokolwiek poszło niezgodnie z planem.

03

ICE – International Conferences and Entertainment, gdzie odbyła się impreza. Zawsze mi się wydawało, że skróconą nazwę tego przybytku wymawia się jako ‚i-ce-e’ lub ‚aj-si-i’, a tu niespodzianka… ‚ajs ajs bejbi’:)

Nagrodzone w tej samej konkurencji prace wytypowaliśmy z moim osobistym urbanistą prawie bezbłędnie. Obstawialiśmy przede wszystkim Marysię Dankowską z Łodzi, która kapitalnie powiązała opowieść o historii łódzkiej kamienicy i podwórza z obecnymi pseudorewitalizacyjnymi działaniami (wyróżnienie). Podobał mi się też pomysł na zagospodarowanie wnętrza blokowiska na poznańskich Starych Żegrzach (II miejsce). Zaskoczyło mnie za to bardzo pierwsze miejsce dla Luisa Navaro Jovera. Dużo tam było „studenckiego” sposobu patrzenia na wyspowość miejskiej przestrzeni, podczas gdy nie doceniono moim zdaniem Martyny Mokrzeckiej, badającej temperatury wnętrz wrocławskich kwartałów. Może to dlatego, że przedstawiła na razie metodologię i pierwsze wyniki badań, a nie dotarła jeszcze do etapu wypracowania konkretnych wytycznych dla przekształceń podwórzy. Czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy, bo to bardzo istotny głos w dyskusji o zmianach klimatu i ich wpływie na miejskie środowisko.

04

„Boska” prezentacja Stanisława Niemczyka

A samo Biennale? To była moja pierwsza wizyta na krakowskiej imprezie i szczerze mówiąc spodziewałam się czegoś innego – przede wszystkim bardziej konsekwentnego potraktowania tematu przewodniego. Zabrakło poszukiwań, które inspirują i popychają architekturę naprzód. Formuła krakowskiej imprezy opiera się na kongresie i konkursach, a nie wystawach i ogromnie dużo było w tych spotkaniach bicia piany i „pompowania balonika”, co złośliwie podsumował Przemo Łukasik w swoim wykładzie. Kiedy przyjeżdżam do Krakowa, mam zawsze wrażenie, że wyjeżdżam do innego kraju. Brakuje mi tam naszego ‚Ordnungu’ i mam problem z krakowskim klepaniem się po plecach oraz… kwiecistym językiem. Łukasik również odniósł się do tego zjawiska, mówiąc m.in. o „nadmiarze przymiotników”. Zacna widownia, szacowni goście i utalentowani uczestnicy wysłuchali kilku niezbyt inspirujących prezentacji. Gdyby nie wtrącane często anegdoty i wspomnienia z przeszłości, które uwielbiam, spędziłabym większość czasu pijąc kawę poza audytorium. W konkurencji anegdot wygrywa Małgorzata Omilanowska z opowieścią o reakcji Lecha Wałęsy na Europejskie Centrum Solidarności (przytoczę przy innej okazji) oraz Romuald Loegler wspominający początki Biennale i zaproszenie na jedną z pierwszych edycji Herzoga i de Meurona, zanim jeszcze dołączyli do grona gwiazd. Podobno krakowscy architekci byli oburzeni, że na tak ambitną branżową imprezę jako gwiazdy przyjeżdżają projektanci, którzy mają na koncie zaledwie „jakiś tam domek ze sklejki”.

Tym razem wśród zagranicznych gości oprócz architektów z Chin pojawiła się m.in. Viviana Muscettola, która jest jedną z Associate Directors w Zaha Hadid Architects. W konkursowym jury był także m.in. Rainer Mahlamäki. Trochę się zdenerwowałam podczas jego wykładu. Na samym początku swojej prezentacji przedstawił propozycję na Pomnik Holokaustu w Londynie takim tonem, jakby już wygrał ten konkurs. Nie interesowałoby mnie to nawet, gdyby nie fakt, że Heneghan Peng również jest wśród dziesięciu finalistów i wciąż czekamy na wyniki. O podwórzach nie padło jednak ani słowo, podobnie jak w pierwszej sesji kongresu o… tradycji w architekturze. Dopiero drugiego dnia temat Biennale pojawił się w kilku prezentacjach – sytuację uratowali polscy jurorzy konkursu. Zamarzyło mi się alternatywne wydarzenie w stylu Biennale Urbana odbywającego się równolegle do oficjalnej weneckiej imprezy. Znalazłoby się tam miejsce i dla „Placu na glanc„, i dla „Podwórkowych rewolucji„, i dla wielu innych działań, które faktycznie zmieniają podwórza.

Na szczęście jesienny Kraków, spotkanie wielu znajomych i poznanie nowych osób zrekompensowało mój niedosyt. A może tak to właśnie w Krakowie jest, że podobne wydarzenia mają głównie towarzyski charakter?

[fot. Łukasz Pancewicz, Monika Arczyńska]

Biały słoń Eisenmana

hiszpania 06

Są takie miejsca na świecie, gdzie nie można nie dostać głupawki. Czasem architektura jest tak przekombinowana i przesadzona w skali, że człowieka ogarnia najpierw wielkie zdziwienie, a potem napad złośliwego chichotania. W architekturze takie absurdalnie przegięte inwestycje nazywa się white elephants. Zdecydowanie należy do nich Cidade da Cultura w Santiago de Compostela, megaprojekt autorstwa Petera Eisenmana, który w konkursie w 1999 roku pokonał inne supergwiazdy pokroju Koolhaasa, Libeskinda i Nouvela. Wszystkie projekty można zobaczyć na stronie kompleksu i nie tylko zwycięski  pachnie mocno końcówką lat dziewięćdziesiątych.  Według autora kompleks ma przypominać miasto. Może i trochę przypomina – na pewno skalą, bo jest tam i muzeum, i biblioteka, i inkubator przedsiębiorczości. Kilka lat temu inwestycję przerwano z uwagi na astronomiczne koszty (podobno przekroczono założony budżet cztery razy).

Niby dojeżdża tam jakiś autobus, ale ponieważ odległość na mapie nie wyglądała na dużą, poszliśmy pieszo. Najpierw dziwnymi tunelami pod autostradą, a potem pieszą serpentyną przez park, który jest moim zdaniem najciekawszą (i pewnie najtańszą) częścią tej inwestycji. Drodzy projektanci krajobrazu, to do Was prośba: wijące się ścieżki wyglądają malowniczo, ale jeśli projektowany przez Was park ma służyć nie tylko do podziwiania, ale jest zlokalizowany między centrum miasta a największym kompleksem kulturalnym w regionie, pomyślcie o skrótach, do jasnej cholery. Rozumiem założenia projektowania uniwersalnego, ale domagam się też odrobiny funkcjonalności. Zwłaszcza w lipcowym upale maksymalne wydłużenie pieszej trasy to okrucieństwo. Ale tak, wiem, przecież i tak wszyscy dojeżdżają tam klimatyzowanymi samochodami, właśnie po to wybetonowano tam parking wielki jak pod IKEA.

20

Nie wiem, jak można mieć taką jazdę na temat kwadratów, jak Eisenman, ale tu też zrobił to, co robi prawie wszędzie… Kamienne okładziny podzielone są na większe kwadraty, a te większe kwadrat na mniejsze kwadraty. Chociaż może ten spikselowany obraz mógłby się wydawać symbolicznie uzasadniony w tym miejscu („ja, człowiek, rżnę w tym litym kamieniu, który składa się z geometrycznych okruchów stworzonych przez naturę” i dalej podobne bla bla bla), ale męczy nieco powtarzalnością i -ponownie – niepokojącą myślą, ile to wszystko musiało kosztować.

21

02

0304

Najsympatyczniejsze wydawały mi się place zabaw, ale co z tego, jeśli prawie nie było na nich dzieci?

06

01

Na zewnątrz stoją sobie grzecznie dwie wieże projektu Hejduka, do których da się wejść tylko na najniższy poziom, żeby zobaczyć projekt tego wielkopomnego, niesamowitego, genialnego i absolutnie najwspanialszego dzieła architektury.

17

Wszystko jest wielkie i z zewnątrz, i od wewnątrz. W urbanistyce istnieje pojęcie SLOAP, czyli skrótowiec od space left over after planning. Oznacza to mniej więcej przestrzeń, która nie służy praktycznie niczemu, po prostu stanowi jakiś skrawek pozostały po zaplanowaniu danego obszaru. W skali miejskiej kończy się to najczęściej zasianiem tam trawnika (taka przynajmniej jest strategia studentów, którym takie przestrzenie „wychodzą” w projektach).  Tu w praktycznie każdym budynku istnieje SLOAP w wersji architektonicznej – przedziwne formy wyprodukowały pozostałości przestrzeni, które niczemu nie służą, za to trzeba klimatyzować każdy ich metr sześcienny…

10

Inkubator przedsiębiorczości, o przepraszam, Centre for Creative Enterprising, okazał się kolejnym ogromnym i pustym gmaszyskiem. Ogromne przestrzenie  podzielono całkiem sympatycznymi przepierzeniami z białych kartonów i musiało tam wypadać chyba po 100 metrów kwadratowych na pracownika. Luksus! Chciałabym mieć takie coworkingowe biuro pod domem, pod warunkiem, że w cenę wynajmu biurka nie są wliczone koszty eksploatacji.

19

„Czy tu zawsze jest tak pusto?”  – zapytałam miłych panów w recepcji muzeum. Lekko zmieszani odpwoiedzieli, że nie, że czasem się zapełnia, ale w całym kompleksie zapełniła się tylko restauracja. W czasie lanczu i to głównie pracownikami. Rozumiem, że był środek tygodnia, ale to również sam środek sezonu turystycznego i centrum Santiago pękało w szwach. Komunikację pomiędzy kondygnacjami galerii zapewniają schody ruchome (jakby frekwencja miała być co najmniej taka, jak w Tate Modern, phi!). Najlepsze, że wejścia na wystawy na poszczególnych piętrach są tak zaprojektowane, że… prawie je ominęliśmy wchodząc na kolejny poziom schodów. Niskie białe drzwi na białym tle, dostępne z wcale nie tak dużego spocznika, wyglądały jak wyjście ewakuacyjne. Oprócz nas wystawy zwiedzały może ze dwie pary. Dla architektów ma to jedną niezaprzeczalną zaletę – nie trzeba wyczekiwać godzinami, żeby pstryknąć zdjęcie, na którym nie będzie ludzi.

09

07

Zastanowiło mnie też bardzo ogromne przeszklenie w muzeum, z potężnymi kratownicami, które wyglądały na tak przewymiarowane, że musiał je projektować chyba jakiś stażysta, kiedy koszty realizacji zaczęły wymykać się spod kontroli i pierwsze cięcia dotknęły konsultantów od tak mało znaczących rzeczy jak fasady.

1213

Jedyne w miarę zapełnione użytkownikami miejsce to biblioteka. Niewiele różni się od sal ekspozycyjnych poza liczbą kolumn – sporo ich tu. Poza tym faluje wszystko – sufit, „pokoje” z półkami na książki, na szczęście w głowie kręci się tylko na widok z daleka, a w wydzielonych częściach czytelni można nawet się skupić. Generalnie wygląda to trochę tak, jakby Richard Meier zainspirował się karpatką.

22

Może w sumie ten brak odwiedzających ma swoje plusy poza pustkami na zdjęciach. Brak użytkowników to brak eksploatacji, a brak eksploatacji to brak kosztów remontów i napraw. Ławki z białego betonu nie są poplamione gumą do żucia, a kosze na śmieci ze stali nierdzewnej błyszczą się jak wypolerowane…

16

18

400 milionów euro to jednak trochę dużo jak na park rozrywki dla architektów.

[Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz]

Keep calm and let us bind your thesis

Oprócz uczestniczenia w konferencji mieliśmy również trochę czasu na pozwiedzanie Oxfordu. Miasto, pomimo swojej liczby mieszkańców, ok. 150 tysięcy, sprawia wrażenie maleńkiej mieściny. Centrum to raptem kilka malowniczych ulic. Na wszystkich tablicach informacyjnych dla turystów pojawiają się informacje, że Pevsner, ten od historii literatury, uznał dane miejsce a to za najpiękniejszą ulicę, a to za najbardziej harmonijny plac w Europie. Trafiliśmy akurat na Open Day, więc udało nam się zwiedzić sporo wnętrz i dziedzińców. Muszę przyznać, że wrażenie zrobiła na mnie nie tyle majestatyczność uniwersyteckich gmachów, co ich pragmatyczne wykorzystywanie. Dookoła przystrzyżonych co do milimetra trawników, w pięknych, kamiennych murach, nadal funkcjonują akademiki. Nie są jednak umeblowane antykami, które wydawałyby się tam najbardziej odpowiednie. Na podłodze leżą paskudne wykładziny dywanowe, meble przypominają wyposażenie nędznej sali konferencyjnej z tapicerowanymi, niebieskimi krzesełkami, a w oczy najbardziej rzuca sie ustawiona gdzieś pod ścianą lodówka. To wnętrza, które zachęcają do spędzania tam jak najmniej czasu – może dlatego studenci tyle godzin przesiadują w bibliotece i stąd wysoki poziom uczelni?

IMG_6262IMG_6310

Większość świetnej współczesnej architektury podobno jest poukrywana za historycznymi murami lub gdzieś na obrzeżach. Tak przynajmniej twierdzą architekci z Oxford Brookes. Powinna istnieć (może istnieje?) gra miejska polegająca na wyszukiwaniu tych poukrywanych architektonicznych skarbów. Nie dotarliśmy do Zahy, nie dotarliśmy do Níalla McLaughlina, za to nie odpuściliśmy St Catherine’s College projektu Arne Jacobsena. Z ręką na sercu przyznaję: to jeden z najpiękniejszych kampusów, jakie miałam okazję zobaczyć. Może dobrze, że większość obiektów była zamknięta, bo jeśli wydawałam z siebie ochy i achy na widok harmonii między budynkami a krajobrazem, we wnętrzach mogłabym dostać syndromu Stendhala. A do meblowych marzeń doszło Oxford chair

IMG_6278male

Akademickie motywy, podobnie jak Harry Potter (część scen była kręcona w Oxfordzie) i Alicja w Krainie Czarów (Lewis Carroll był dziekanem Christ Church College), pojawiają się dosłownie wszędzie. Koszulki i bluzy z logo uczelni, togi i studenckie czapki kuszą na większości sklepowych wystaw. Podobnie jest na wszytskich najlepszych uczelniach świata – nie każdy może być studentem Cambridge czy Harvardu, ale zawsze może nosić koszulkę z ich logo.

IMG_6305

‚Keep calm and let us bind your thesis’

IMG_6343

Tort dla absolwenta

IMG_6339

Myślenie życzeniowe ambitnych rodziców:)

Zastanowiła mnie tylko jedna rzecz. Wydawałoby sie, ze miasto uniwersyteckie powinno być pełne pubów i barów. W Oxfordzie wcale nie ma ich tak wiele, za to zagęszczenie kawiarni na kazdej ulicy jest zaskakujące. Może oni tam faktycznie nie mają czasu na życie studenckie, tylko piją non stop kawę, żeby nie zasnąć nad książkami?

[fot. Monika Arczyńska]

 

Idealny balans

balans idealny_male

Ach, co to był za urlop! Wszystkiego było w sam raz. Słońca i chmur, grillowanych świńskich uszu i ośmiorniczek (od dnia powrotu jestem na diecie), boskiego romanizmu i piekielnego pomo. Mieliśmy i święty spokój, i szansę na zobaczenie prawdziwej orgii. W Pontevedrze trafiliśmy na wekeend corridy i chociaż młodzież raczej potępia obecnie zabijanie byków, okołocorridowe tradycje są kultywowane, m.in. tzw. Botellón. Przepis jest prosty: należy zebrać grupę znajomych, założyć identyczne koszulki (najlepiej z jakimś śmiesznym rysunkiem i listą uczestników – to pewnie na wypadek zgubienia), kupić w supermarkecie wielką plastikową butlę z kolorowym napojem, dolać do niej jakiś tani alkohol i od rana popijać tę lepką mieszankę. Najlepiej na jakimś placu albo schodach przed kościołem. Zaczyna się niewinnie, ale wieczorem kompletnie pijany tłum w różnokolorowych koszulkach zajmuje całe centrum śpiewając, krzycząc, sikając i rzygając gdzie popadnie oraz migdaląc się w bramach. Tego dnia policja nie wchodzi nawet do centrum, może bardziej ze strachu niż ze zrozumienia dla tradycji.

Pewnie również dla równowagi w bezproblemowo przebiegającej podróży mieliśmy też kilka małych wtop. Na przykład jedyny dzień zaplanowany na plażowanie okazał się najzimniejszym i najbardziej deszczowym momentem wyjazdu. Z kolei w Santiago de Compostela, gdzie czekałam na dziesięciopunktowy „efekt wow” na widok fasady katedry, okazało się, że calusieńki front przykryty jest rusztowaniami. Co za szczęście, że nie szłam tam pieszo kilkaset kilometrów… Ale to wszystko drobiazgi – ważne, że udało nam się przez całe dwa tygodnie nie myśleć o pracy i obowiązkach. Ale od architektury nie dało się uciec, zwłaszcza, że po drodze mieliśmy do zobaczenia realizacje Calatravy czy Eisenmanna (na zdjęciu). Oj, będę się pastwić na blogu!

[Fot. Łukasz Pancewicz]

Wkrótce urlop!

hiszpania 02

Już niedługo spakuję do walizeczki na kółkach wysłużony przewodnik Pascala, mapki z zaznaczonymi miejscami, w których stołują się lokalsi i kilka letnich kiecek. Czuję, że już dawno tak bardzo nie zasługiwałam na odpoczynek. Pomysłów na wyjazd mieliśmy mnóstwo – zamarzyły nam się odległe, egzotyczne miejsca, ale nie mieliśmy siły na planowanie. Przez chwilę nawet rozważaliśmy staycation i wylegiwanie się na trójmiejskich plażach oraz wycieczki rowerowe po okolicy, bo nigdy nie mamy na to dość czasu. Ostatecznie doszliśmy do wniosku, że wyjazd to jedyna możliwość, żebyśmy oderwali się od komputerów.

Przejrzałam ofertę tanich linii i padło na kontynuację trasy sprzed roku – północ Hiszpanii. Lądujemy w Madrycie, jak rok temu, ale potem trasa biegnie nie na północny wschód, ale zachód, przez Segowię, Salamankę, Leon, Oviedo, Gijon, Lugo, Santiago de Compostela i Pontevedrę. Oczywiście wszystko transportem publicznym – nigdzie nie odpoczywam tak dobrze, jak w autobusach ALSA. Plażowo będzie może przez chwilę, ale w sumie to żadna strata, bo to nie jest najbardziej słoneczny rejon Hiszpanii. W czasie deszczu, a pada tam często, będziemy skakać między cukierniami i barami. Tego nie mogę doczekać się równie mocno, jak zwiedzania.

Znów będziemy oglądać trochę współczesnej architektury. Ubiegłoroczny wyjazd zdominowali Gehry, Moneo, Hadid i Nieto Sobejano, a teraz najbardziej nie mogę się doczekać realizacji Mansilla + Tuñón. Niemeyera w Aviles sobie odpuścimy, skoczymy za to zobaczyć dziwacznego Calatravę w Oviedo. Jeśli możecie podpowiedzieć jeszcze inne realizacje, będę bardzo wdzięczna.

hiszpania 05

Za każdym razem podczas wakacji zastanawiam się, jak by tu sobie przeorganizować życie (zawodowe przede wszystkim), żeby móc wynająć jakieś mieszkanie w pięknym, ciepłym miejscu, poza sezonem, więc za grosze i tam na miejscu pisać swoje dyrdymały i dłubać projekty, korzystając przy okazji z bogactwa świeżych ryb i soczystych owoców. I wina, jak mogłam zapomnieć o winie. Na razie mam za dużo obowiązków na miejscu, ale może to pomysł na emeryturę?

Jeśli nie będę się odzywać, odpowiadać na maile, wiadomości, telefony i smsy, proszę mnie nie ścigać. Odpoczywam:)

[Fot. Łukasz Pancewicz/Monika Arczyńska – tak było rok temu]

A2P2

IMG_1675a.jpg

Miała być oficjalna premiera strony internetowej – baloniki, fajerwerki i fanfary, ale skończyło się jak zwykle. Nie wszystko jeszcze działa idealnie, wprowadzamy ostatnie poprawki, ale zapraszamy już na A2P2.pl oraz na nasz fejsbukowy fanpejdż. W końcu współpraca z moim osobistym urbanistą nie jest już tylko robieniem razem fuch po godzinach, ale pracujemy nareszcie na własne  nazwiska.

Stronę www oraz identyfikację wizualną opracował nam Patryk Kalista z Pictodo. W końcu mamy wizytówki i papier firmowy z prawdziwego zdarzenia. Ba, nawet kupiłam kilka korpokiecek. Na stronie będzie zdecydowanie poważniej niż na blogu – same oficjalne informacje o projektach, którymi się zajmujemy. A mamy się czym zajmować, bo chociaż zaczęliśmy współpracować mniej więcej rok temu, okazało się, że jest spore zapotrzebowanie na projekty i doradztwo z pogranicza architektury i urbanistyki. Lokalnie i międzynarodowo – na przykład zajmujemy się wspólnie z Henning Larsen oraz BBGK obszarem Stoczni Cesarskiej. Żartujemy, że to przeznaczenie, bo w 2000 roku po raz pierwszy pracowaliśmy razem, jeszcze w akademiku, nad studenckim konkursem dla tego terenu. Wyjeżdżając kilka lat później do Dublina martwiliśmy się, że nie będziemy już mieć okazji zmienić nic na tym terenie, a tu niespodzianka – czekał na nas kilkanaście lat. A z konsekwencjami tej studenckiej współpracy zmagamy się do dziś – skończyło się na obrączkach i wspólnej firmie.

Przeciwko naszemu zespołowi MVRDV i Studio Paola Viganò – trzymajcie kciuki!

[Fot. Jakub Nanowski]

Ruinizm depresjonistyczny

ruiny

To było w wakacje, na samym początku studiów, gdy ekipa z roku zorganizowała plener malarski w Kwidzynie. Zakwaterowano nas w bursie szkoły muzycznej, gdzie wyeksploatowane pianina już w pierwszych dniach naszego pobytu rozstroiły się na amen. Dostaliśmy po palecie, worku farb i pędzli oraz tektury i ruszyliśmy w miasto w poszukiwaniu malowniczych miejsc. Nie wiem, czy zadziałały rzewne kawałki Radiohead, męczone na tych wymęczonych pianinach, czy używałam za dużo błękitu paryskiego, czy to może moja słabość do malowniczych, podniszczonych miejsc, ale moje prace ochrzciliśmy mianem „ruinizmu depresjonistycznego”.

Teraz o studenckim „ruinizmie” przypomniała mi galeria Raster, przysyłając album „Ruiny Warszawy”, opracowany przez Łukasza Gorczycę i Michała Kaczyńskiego. Od razu przyznaję się bez bicia: nie spodziewałam się po tej książce wiele więcej, niż zbioru smutno-sentymentalnych fotografii powojennej stolicy. Nawet nie spieszyłam się za bardzo na pocztę, żeby odebrać przesyłkę. Myślałam, że nie zobaczę w niej nic nowego, ale znów obrazy zapamiętane z lektur szkolnych, „Czterech pancernych” i „Pianisty”, z Muzeum Powstania Warszawskiego i z Muzeum II Wojny Światowej. Są tak zakodowane w pamięci, że trudno je odczuwać inaczej niż sentymentalnie – jako zakończenie, ale i jako rozpoczęcie nowej historii. Warszawa jest dla mnie nieco odległa, ale ruiny Gdańska pamiętam doskonale z opowieści dziadka, który przeniósł się tutaj tuż po wojnie. Wspominał, że Długa, ta sama Długa, którą zajmowałam się rok temu ze studentami, patrząc na jej odbudowane pierzeje jak na Disneyland, była kiedyś kupą gruzu z biegnącą środkiem wąską ścieżką. Ale to w tym pełnym ruin mieście poznał moją babcię i tam urodziła się moja mama. Z kolei moje wspomnienia to Wyspa Spichrzów, na której nie tyle straszyły, co malowniczo „ruinistycznie” przypominały o przeszłości pozostałości ceglanych spichlerzy. Kiedy patrzę na beton wylewany brutalnie w ich sąsiedztwie, zaczynam się zastanawiać, czy to przypadkiem również nie jest barbarzyństwo, chociaż cieszę się, że ta część miasta w końcu ożyje. Deweloperskie inwestycje zabierają mi jednak obraz dzieciństwa i młodości.

cover

Płócienna oprawa albumu mieści zdecydowanie więcej, niż wspomniane obrazy. Kiedy w końcu usiadłam na spokojnie do oglądania i czytania, nie mogłam przerwać. Książka obejmuje nie tylko wojenne zniszczenia, ale całe ostatnie stulecie – od zdjęć wysadzonego w 1915 roku Mostu Poniatowskiego po współczesne wyburzenia pod nowe inwestycje. Ogląda się go jak doskonałą wystawę opatrzoną świetnym wstępem, przedstawiającą warszawskie ruiny sfotografowane przez różnych autorów. Zamiast typowego dla podobnych publikacji zbioru anonimowych zdjęć są tam zamieszczone i uzupełnione tekstami serie. Wśród nich m.in. „Ślady” Mariusza Hermanowicza – chłodny zapis na kliszy powojennych blizn warszawskich murów czy dzieci sfotografowane przez Davida Seymoura. Jedna z najbardziej zaskakujących serii to fotokolaże Romana Cieślewicza, Teresy Kuczyńskiej i Bohdana Łopieńskiego z miesięcznika „Ty i Ja” z 1962, zrealizowana z okazji obchodzonego we wrześniu miesiąca odbudowy Warszawy.  Na czarno-białym tle ruin wyginają się wycięte z francuskich magazynów modelki w pokolorowanych kostiumach i kombinezonach. Łukasz Gorczyca tak komentuje te kolaże :

Wyreżyserowane na łamach „Ty i Ja” spotkanie dwóch światów jest tym bardziej paradoksalne, że konfrontuje ze sobą widmowe rzeczywistości: odchodzące w przeszłość widoki ostatnich warszawskich, powojennych ruin oraz nabierający po wojnie ropzędu globalny przemysł fotografii modowej. Z tego połączenia wynikł wyjątkowy dokument jakże trafnie opisujący warszawski krajobraz przełomu lat 50, i 60,: biedę i surowość, ale też kosmopolityczne aspiracje pwoojennej odbudowy, zapisaną w ruinach wojenną traumę i nie wolne od desperacji próby jej odczarowania za pomoca witalnej figury młodej, modnej dziewczyny-kociaka […] 

Część poświęcona mniej odległym czasom, tym po ’89, jest nie mniej ciekawa. Fotografie Marty Leśniakowskiej z wyburzania Supersamu mają podobny wydźwięk jak zdjęcia Michała Szlagi, dokumentujące znikanie materialnych pozostałości Stoczni Gdańskiej. Z kolei seria Franciszka Buchnera przedstawia współczesne budynki wyburzane pod nowe deweloperskie inwestycje – kolejne kapitalistyczne symbole w stolicy. Większość z ich to niezbyt cenne obiekty, po których nikt nie będzie raczej płakał, ale wśród zdjęć znalazła się m.in. rozbiórka Emilii. Cieszę się z umieszczenia w albumie obrazów znikania cennego powojennego modernizmu – zapis obrazów przeszłości sprawia, że zaczyna się odczuwać te straty jako coś nieuniknionego, należącego już do historii. Ich oglądanie odbieram jak przeglądanie konserwatorskiej dokumentacji niestniejących już obiektów. Były – nie ma – trudno. Idziemy dalej.

Przymierzaliśmy się kiedyś z moim ulubionym historykiem sztuki do tematu ruin – chodziła nam po głowie wystawa albo tekst, bo pomyśleliśmy, że zestawienie punktu widzenia człowieka od sztuki i od architektury przyniesie ciekawe wnioski. Nie będziemy jednak się tym już zajmować – Raster zrobił to aż za dobrze. A tekstów Łukasza Gorczycy zdecydowanie chcę poczytać więcej.

Album można przejrzeć na stronie galerii: http://rastergallery.com/galeria/materialy-prasowe/ruiny-warszawy-materialy-prasowe/?kontekst=prasowe, a kupić w intermetowej księgarni Bęc Zmiany: http://sklep.beczmiana.pl/2-glowna/797-ruiny-warszawy-lukasz-gorczyca-michal-kaczynski.html

[Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz]

 

Parki i ogrody terapeutyczne

terap

Dostałam niedawno z PWN „Parki i ogrody terapeutyczne” autorstwa Moniki Trojanowskiej. Początkowo wahałam się, czy zająć się tym tematem, bo nie jestem przecież architektem krajobrazu, ale parki, drzewa i trawniki ostatnio mnie prześladują. Projektowo dosłownie utknęłam w „powierzchniach biologicznie czynnych”. Na tzw. desce mam teraz woonerf na Abrahama w Gdyni, gdzie pojawi się w końcu więcej zieleni. Książka traktuje również o sensorycznym odbieraniu zieleni, które ma wiele wspólnego berlińskim Ogrodem Botanicznym. Z Heneghan Peng właśnie projektujemy tam pawilon wejściowy i bistro, a w Tast- und Duftgarten, czyli ogrodzie dotyku i zapachu… toalety. Ze studentami zajmujemy się przestrzeniami publicznymi na Witominie – jednej z najbardzej zielonych dzielnic Gdyni, położonej w lesie. Z kolei z uwagi na ciągły nadmiar pracy eksploatuję ostatnio intensywnie okoliczną zieleń w celach terapeutycznych i antystresowych. Nie tyle na łonie przyrody, bo trudno tam gapić się w monitor komputera, co patrząc przez okno i wdychając zapach kwitnących pod moją kamienicą bzów.

Ale miało być o książce, a nie o moich parkowych doświadczeniach. Nie traktowałabym tej książki jako opracowania naukowego, lecz bardziej jako podręcznik i katalog dobrych parkowych praktyk, zilustrowany wieloma przykładami, głównie polskimi i francuskimi. Autorka przedstawia zestawienie cech, nazwanych przez nią atrybutami, które decydują o tym, czy park faktycznie ma działanie terapeutyczne. Bo choć w sumie relaksujący i uspokajający wpływ zieleni wydaje się oczywisty, nie każdy projekt w pełni wykorzystuje jej terapeutyczny potencjał. Cechy zostały usystematyzowane we „wzorcu zestawienia atrybutów parku o właściwościach terapeutycznych” – narzędzia, które podczas projektowania parku warto mieć pod ręką przez cały czas. Od pierwszych idei, które powinny uwzględniać wspomniane atrybuty, po ostateczne sprawdzenie, czy zostały one faktycznie uwzględnione. Wzorca można także  użyć do ewaluacji już w trakcie użytkowania i w książce znajduje się jeden taki przykład. Brakuje mi jednak rozróżnienia na zielone przestrzenie o różnej skali. W silnie zurbanizowanej przestrzeni park kieszonkowy może mieć większe znaczenie terapeutyczne dla spragnionych zieleni mieszkańców niż duży, wielofunkcyjny park wśród zabudowy o niskiej intensywności. Żałuję również, że nie zamieszczono więcej informacji o wyspecjalizowanych ogrodach terapeutycznych, ukierunkowanych na konkretne schorzenia. Przedstawione studia przypadku dają co prawda pojęcie o sposobach wykorzystywania zieleni jako elementu terapii i leczenia, jednak w podziale na kategorie schorzeń, np. wsparcie terapii demencji i Alzheimera, poparzeń czy depresji, pojawiają się tylko odnośniki do zlokalizowanych na całym świecie ogrodów.

Polecam tę książkę przede wszystkim każdemu, kto za temat parków dopiero się zabiera. Żałuję, że nie miałam dostępu do podobnej publikacji, kiedy przymierzałam się do parkowych tematów podczas konkursów. Innowacyjna, oryginalna koncepcja funkcjonalna lub przestrzenna pozwala świetnie „sprzedać” projekt, ale parki rządzą się własnymi prawami i warto te prawa – czy też może atrybuty – poznać i zrozumieć, żeby intuicyjnie stosować je w projektowaniu.

„Parki i ogrody terapeutyczne” można kupić  m.in. w księgarni internetowej PWN, również jako ebook.

[Fot. Paweł Unger]

Geologiczno-sejsmiczno-urbanistycznie

img_1841

To już pewnie pozostanie tradycją bloga, że wakacyjne opowieści powracają jeszcze przez kilka tygodni lub miesięcy po moim powrocie. Wracam z setkami zdjęć i wrażeń, a potem nagle okazuje się, że nie wystarcza czasu na opisanie wszystkiego. W archiwum niedokończonych postów mam teksty nawet sprzed dwóch lat – nie usuwam ich z nadzieją, że kiedyś do nich wrócę. Na przykład z postem o Muzeum Guggenheima w Bilbao wyskoczę pewnie przy okazji urodzin Gehry’ego albo serii o najgorszych budynkach świata, ale póki co czeka sobie grzecznie na moment, kiedy będę w wyjątkowo złośliwym nastroju.

Na razie nie zapowiadają się żadne dalekie wyjazdy, a ponieważ majówkę spędzę pracowicie w Gdańsku, wspominam więc ostatnią dłuższą podróż, z przełomu roku. Oprócz Bari spędziliśmy nieco czasu w Lecce i to była zdecydowanie największa niespodzianka wyjazdu. Nie miałam pojęcia, że jest tam aż tak pięknie – całe barokowe miasto zbudowane jest z kamienia, a kościoły to już absolutne mistrzostwo świata. Jakby tego wszystkiego było mało, na głównym placu znajduje się kawał rzymskiego amfiteatru, a na pozostałości z tego okresu można natknąć się w dość niespodziewanych miejscach – np. w najbardziej zasikanych zaułkach. Ponieważ układ ulic jest nieregularny, a ich nawierzchnia wyłożona jest kamieniem bez rozróżnienia na chodniki i jezdnie, kwartały zabudowy o wielokątnych rzutach sprawiają wrażenie bloków skalnych, które wypiętrzyły się  w wyniku jakiegoś dziwnego geologicznego procesu. Dziwnego, bo na tę samą wysokość, w tym samym czasie, z podobnymi barokowymi detalami. Może na Półwyspie Apenińskim po prostu już tak jest geologiczno-sejsmiczno-urbanistycznie: albo wybucha tam jakiś Wezuwiusz pogrążając całe miasto pod wulkanicznym popiołem, albo wypiętrzają się barokowe kwartały.

Samo centrum sprawia dość turystyczne wrażenie pomimo niewielkiej liczby przyjezdnych zimą. Kościoły otwierają się w mało intuicyjnych godzinach, więc kończy się na spacerowaniu, przystawaniu, spacerowaniu, przystawaniu… Na szczęście miasto obfituje w bary, więc można równie często przystawać na espresso lub avernę, aby dojść do siebie po kolejnej zbyt dużej dawce piękna.

img_1869

Basilica di Santa Croce – to jedno z tych miejsc, w których nasz najostrzejszy wykładowca historii architektury szepnąłby: „Ekstaza, ekstaza…”
img_1958
Piazza Sant’Oronzo…
img_1964

…a na nim rzymski amfiteatr. Z litości nie pokazuję zaaranżowanej na dole szopki bożonarodzeniowej, bo takiego kiczu nie spotyka się na co dzień:)

Lecce jest dość małe, więc po powrocie do Bari czułam się potwornie niewyspacerowana i zmusiłam mojego osobistego urbanistę do pokonania sporej trasy wzdłuż wybrzeża. Ku jego rozpaczy okazało się, że tam z kolei wypiętrzyły się nie barokowe kwartały, ale paskudne przemysłowe budynki i zamiast iść plażą, spacerowaliśmy głównie po asfalcie. Industrialne cierpienia wynagrodziły nam jednak sympatyczne nadmorskie miasteczka: Monopoli i Polignano da Mare. Zwłaszcza Polignano wpadło nam w oko – co prawda nie udało nam się zajrzeć do restauracji w grocie z widokiem na morze, która stanowi tam największą atrakcję turystyczną (rozbudowa), za to na szczęście jedna z niewielu otwartych knajp okazała się barem z rybami i owocami morza. Wcinając tatar z tuńczyka zastanawialiśmy się, czy przypadkiem nie bawimy się równie dobrze, jak Amerykanie i Japończycy, którzy z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem rezerwują piekielnie drogie kolacje we wspomnianej grocie. Na pewno było mniej romantycznie, ale powiedzmy sobie szczerze: trasa przez nadmorskie obszary przemysłowe to też nie jest najbardziej nastrojowy spacer.

img_2142

Port rybacki w Monopoli

img_2171

Ulica w Polignano da Mare – cała nadmorska część miasteczka to podobne, niewielkie kwartały w ortogonalnym układzie

Dość już tych wspomnień, bo na myśl o długim weekendzie przed komputerem zaczyna mi się robić niedobrze. Życzę Wam nadzwyczajnie udanej majówki (i niech w końcu zacznie się wiosna z prawdziwego zdarzenia!)

[fot. Monika Arczyńska]

Co w Łodzi wychodzi

WP_20170408_11_33_22_Pro

Po wielkanocnej komputerowo-internetowej abstynencji zabrałam się w końcu za nadrabianie blogowych zaległości. Ta abstynencja ciągnie się kolejny weekend pod rząd – ostatnio co tydzień gdzieś wyjeżdżamy. Poprzednią sobotę i niedzielę spędziliśmy w ulubionej Łodzi na urodzinowej imprezie-niespodziance i spacerowaniu po mieście z częstymi przerywnikami na – jak to w Łodzi – „procentowe” postoje.

To już nie jest to samo miasto, co kiedyś. To nawet nie jest to samo miasto, co rok czy pół roku temu. Takiego tempa zmian na plus nie widziałam jeszcze nigdzie i wychodzi to Łodzi nadzwyczajnie. Po naprawdę kiepskim momencie miasto energicznie odbiło się od dna. Najpierw zrobiło się nieco berlińsko, czyli biednie, ale sexy, a teraz nareszcie są pieniądze, żeby działać porządnie. Nie ma nic gorszego niż naprawianie miasta poprzez prowizorki albo na zasadzie, że lepiej zrobić coś tanio, ale kiepsko, niż wcale.

Już trasa z Kaliskiej do centrum jest pozytywnym zaskoczeniem. Na Starym Polesiu co kawałek pojawia się na zadbany, obsadzony zielenią skwer (projekt „Zielone Polesie”), a w kilku miejscach albo już stoi nowa zabudowa, albo właśnie trwa realizacja nowych biurowców i mieszkań. Działalność deweloperska w łódzkim śródmieściu to nowość – dotychczas oferta mieszkaniowa istniała wyłącznie dla miłośników historycznych kamienic lub peerelowskich bloków. Jedne i drugie poddawane są zresztą teraz remontom. W końcu i w Łodzi na wiosnę pojawiły się rusztowania, chociaż do niedawna można je było zobaczyć głównie na elewacjach miejskich budynków, opatrzone znakiem akcji MIA100 Kamienic.

WP_20170408_13_05_54_Pro

Nawet Kościuszko z Placu Wolności doczekał się remontu

Centrum dogęszczane jest nie tylko nową zabudową mieszkaniową, ale i usługami. Pamiętam, jak podczas wcześniejszych wizyt zaskoczyło mnie, że w przeciwieństwie do większości polskich miast, gdzie spożywcze dyskonty znajdują się niemal na każdym rogu, w Łodzi mieszkańcy śródmieścia skazani są na żabki, a warzywniaków jest jak na lekarstwo. Tak, wiem, biedronki i lidle zabijają brutalnie drobny lokalny handel, ale po pierwsze ceny w osiedlowych sklepikach przekraczają możliwości finansowe emerytów, których w centrum mieszka mnóstwo, a innych mieszkańców zmusza do korzystania z samochodów. Dlatego ucieszył mnie m.in. nowy śródmiejski lidl, do którego można podskoczyć z wózeczkiem na zakupy.

Kolejny woonerf – łódzka specjalność – właśnie się buduje. Tym razem na ul. Zacisze. To pierwszy „prawdziwy” woonerf, czyli dla mieszkańców, zgodnie z pierwotną ideą tego holenderskiego wynalazku. Ten typ zagospodarowania ulicy kojarzy się u nas nieco inaczej, bo ze śródmiejską przestrzenią publiczną z knajpami i stolikami lokali gastronomicznych. Na Zaciszu będą miejsca postojowe, ławki, zachowane drzewa i zieleńce.

^B371BD72506B017EAE886FAE927E201D75CD2A0D1FBAE77F8C^pimgpsh_fullsize_distr

Woonerf na ul. Zacisze

Pierwszy raz miałam też okazję zobaczyć Łódź Fabryczną i to jedyne miejsce, w którym co chwilę wybuchałam złośliwym chichotem. Rozumiem, że dopiero po zbudowaniu tunelu i rozpoczęciu przyjmowania wszystkich przejeżdżających przez Łódź pociągów ta inwestycja zacznie mieć sens, ale skala założenia jest tak przegięta, że nawet gdyby miasto miało stać się globalną metropolią, na dworcu i tak będą pustki, bo tych ogromnych kubatur nie da się chyba zapełnić ludźmi. Chyba, że zaczną pełnić inne, dodatkowe funkcje – wyobrażam go sobie jako olbrzymią halę targową albo… oceanarium. Obiekt przypomina ogromną płaszczkę, więc mógłby stanowić wyjątkowo megalomański przykład architektury parlante. Na razie to przestrzeń, którą trzeba non stop obsługiwać za spore pieniądze – sprzątać, ogrzewać, wentylować.

SPRZATANIE

Ale największe zaskoczenie (i załamanie) to tylne wyjście, zawalone estakadami, betonem, asfaltem i samochodami. Co gorsza, ciężko się stamtąd wydostać inaczej niż taksówką. Próbowaliśmy intuicyjnie szukać drogi dla pieszych, ale albo wychodziliśmy w ślepe narożniki, albo… kończył się chodnik. W końcu znaleźliśmy wąski tunelik, który wyprowadził nas z tego infrastrukturalnego szaleństwa.

^6DD13822EEC73A2DBE2435C043C861922CAE25618B63840DA6^pimgpsh_fullsize_distr

Tak na lewo od wyjścia…

WP_20170408_12_03_00_Pro

…tak na prawo.

WP_20170408_12_05_03_Pro

Potem kończy się chodnik…

 

WP_20170408_12_06_40_Pro

..a wyjść można tylko ukrytym, wąskim i wilgotnym tunelikiem…

smiechnasalibw

…na którego widok nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać.

Aby odetchnąć, popędziliśmy od razu w kierunku pobliskiej ul. Tramwajowej, aby sprawdzić, czy nadal można tam zobaczyć kury (słyszeliśmy od znajomych). Ba, nie dość, że trzy kury, to jeszcze koguta. Całe to drobiowe towarzystwo pasło się luzem między samochodami i wyglądało na zadowolone.

WP_20170408_12_13_56_Pro

Na szczęście słynne kury z Tramwajowej wynagradzają tę infrastrukturalną traumę.

My też wyglądaliśmy na zadowolonych i to przez cały weekend. Pewne sprawy w Łodzi są na szczęście niezmienne – wspaniali łodzianie i intensywne życie nocne. Dla jednego i drugiego warto tam wpadać jak najczęściej i nie mogę się doczekać, aż będzie można dojechać pociągiem do Fabrycznej. Trzeba w końcu zapełnić tę pustkę!

[Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz]

 

Jan „naprawię każde miasto” Gehl

WP_20170315_15_50_54_Pro.jpg

Wróciłam właśnie ze spotkania z Gehlem. Wahałam się – wybierać się, nie wybierać – ale pogoda zachęciła mnie do wyjścia z domu. W takim mieście, jak Gdańsk, gdzie architektonicznie i urbanistycznie dzieje się niewiele, a gwiazdy tych dziedzin omijają Trójmiasto, jakby szalała tu epidemia dżumy, to nie lada wydarzenie. Można spotkać przyjaciół, znajomych, byłych studentów, obecnych studentów i przyszłych studentów, wykładowców, urzędników i aktywistów od przestrzeni. Bardzo przypominało to spotkanie towarzyskie, tym bardziej, że wynudziłam się okropnie i nie mogłam doczekać końca. Było jak to zwykle u Gehla – wszyscy zadają pytania o lokalne sprawy, spodziewając sie konkretnych rozwiązań, a przecież po dwóch spacerach po mieście nawet najbardziej wizjonerski urbanista świata nie dałby sobie rady  z takim zadaniem.

Chociaż bardzo lubię książki Gehla i często odsyłam do nich studentów, nie jestem przekonana do jego obecnych koncepcji. Jak magik wyciaga z kapelusza swoje złote zasady – podejrzewam, że od początku swojej kariery, czyli od ładnych kilkudziesięciu lat, zbiera różne „pomysły na miasto”. Tu trochę z własnego doświadczenia, tam trochę z Jane Jacobs albo Christophera Alexandra. Nie muszą być odkrywcze, ale powinny być w miarę możliwości uniwersalne. Kiedyś pewnie zbierałje w notesie, teraz pewnie istnieją już w formie aplikacji. Wpisuje się dane wejściowe – wielkość miasta, główne problemy, system polityczny, liczbę samochodów na 1000 mieszkańców czy procent terenów zielonych, wklepuje pożądaną liczbę pomysłów oraz poziom ich uszczegółowienia, klika enter i voila! „Dwanaście zasad Jana Gehla” albo „Profesora Gehla pomysły na uzdrowienie miasta X” gotowe, można wystawiać fakturę. Ale żeby była odpowiednio wysoka, trzeba mieć wyrobioną silną markę, a J.G. pracuje nad nią od lat. Nie każda książka staje się kultowa, nie każdy urbanista jest zapraszany do współpracy na całym świecie, nie każdy pojawia się w weneckim pawilonie Danii sfilmowany jak kapłan i prorok w jednym.

Pamiętam jeszcze z Dublina jego koncepcje dla poprawy przestrzeni publicznych w jednej z części miasta. Myślę, że bardziej złożone projekty potrafią przygotować studenci. Tymi mniejszymi zleceniami Gehl się rzadko chwali – pokazowe projekty to Nowy Jork, San Francisco czy Moskwa. Gehl nie jest tani – przypuszczam, że polskie samorządy, które zaprosily go do siebie z nadzieją współpracy, zrezygnowało z niej po otrzymaniu oferty z wyceną. A może nie tylko oferty, ale i samego zakresu opracowania – sporo się u nas zmieniło i duńskie patenty są już tu stosowane. Na dzisiejszym spotkaniu siedziałam przed ekipą z Biura Rozwoju Gdańska i co chwilę słyszałam szepty „No, to właśnie tak jak u nas!”. Ja też zachichotałam pod nosem słysząc o koncepcji sadzenia drzew przez mieszkańców Kopenhagi, przy współpracy z miastem. Sama „posadziłam” w tym tygodniu kilka drzew w Gdańsku i czekam właśnie na akceptację. I to jest chyba najbardziej optymistyczny akcent dzisiejszego spotkania – już umiemy sami rozwiązywać miejskie problemy. Tylko czasem przydałoby się trochę wizjonerstwa.

[fot. Monika Arczyńska]

JAK WYKOŃCZYĆ MIESZKANIE WYKAŃCZAJĄC I SIEBIE, ODC.4

piec.jpg

Pora w końcu się przyznać, co doprowadzało mnie ostatnio do remontowej rozpaczy. To żadna nowość, że architekci mają kota na punkcie mieszkań w starych kamienicach. Tam jest po prostu klimat i już – wysokość, duże okna, nietypowe układy. O takich miejscach pisze (głównie o swoim, w sopockiej kamienicy) moja blogowa koleżanka – Kasia Antończyk czyli Architekt na Szpilkach. O zachowanych stolarkach czy podłogach w Gdańsku można jednak z reguły pomarzyć, bo to miasto względnego dobrobytu i w większości kamienic od lat 90. dokonywano zabójczych dla oryginalnej tkanki modernizacji. Królują drzwi z OBI i panele z Castoramy, a co gorsza proceder usuwania oryginalnych elementów budynku trwa nadal i co rusz widzę na śmietnikach piękne stare drzwi z litego drewna. Przy okazji prośba: jeśli też kiedyś traficie na takie rarytasy, zróbcie zdjęcie i wrzućcie np. na facebookowy fanpage Uwaga, śmieciarka jedzie, który ma kilka lokalnych wersji. Niejedne drzwi udało się w ten sposób uratować.

Mieszkania w kamienicach są z reguły wielkie, a ja szukałam czegoś niedużego. Mniejsze lokale to przede wszystkim wynik podziału ponadstumetrowych molochów i zdarzają się w nich różne niespodzianki. Miałam okazję zobaczyć miejsca jak rodem z serwisu Chujowe mieszkania do wynajęcia, czyli np. z prysznicami w kuchniach. Nie mogę też odżałować lokalizacji przy jednej z moich ulubionych ulic we Wrzeszczu, pod samym lasem. W pięknej, choć zaniedbanej kamienicy, trzeba było przejść nie tylko przez główną klatkę schdodową, ale również przez labirynt przedziwnie pozakręcanych korytarzy. Uciekłam w popłochu na samą myśl o ewakuacji stamtąd w razie pożaru.

Po dwóch czy trzech latach poszukiwań w końcu trafiłam na odpowiednie mieszkanie, którego układ i wyposażenie wymagały jednak pewnych przekształceń. Jedyny pokój był spory, za to kuchnia miała  proporcje godne tramwaju: 6 metrów długości i całe 175cm szerokości. To mniej niż rozpiętość moich ramion. Do tego zero (!) wentylacji oraz łazienka ze skosem, o takiej wielkości, że nie dało się tam prawie wyprostować. O takich luksusach jak umywalka można było tylko pomarzyć – brakowało na nia miejsca. Mimo to, kiedy tylko weszłam do tego mieszkania, od razu zaczęłam ustawiać w głowie, jak można by wykorzystać jego potencjał, zrobiłam kilka pomiarów, sprawdziłam, gdzie są przewody wentylacyjne i już wiedziałam, że tego właśnie szukałam.

To, co przekonało mnie najbardziej, to przede wszystkim ilość światła wpadającego przez wielkie, drewniane okna (wymienione niedawno – to duża finansowa ulga) oraz zachowane stolarki drzwiowe i… piec kaflowy. Piec ma sto lat, obłędny kolor i trzy metry wzrostu. Na zdjęciu jest przykurzony, ale po kilkugodzinym pucowaniu i usuwaniu gliny, brudu oraz kurzu z tysiąca zawijasów na kaflach przy pomocy patyczków do uszu odzyskał taki blask, iż śmiem podejrzewać, że to jeden z najpiękniejszych pieców kaflowych w Gdańsku. A jeśli ktoś podejmuje wyzwanie i twierdzi, że to jego piec jest jeszcze bardziej niesamowity, poproszę o zdjęcie, policytujemy się. Dwór Artusa uprzejmie proszę o odkrochmalenie się:)

16_0225-PRZEBUDOWA Model (1).jpg

Tak było – tak jest

Zmiany układu były niewielkie, ale znacznie poprawiły funkcjonalność mieszkania. Tramwaj podzieliłam na dwa pomieszczenia dostępne z pokoju dziennego – maleńką sypialnię z oknem i szafą oraz kuchnię. W kuchni pozostawiłam oryginalne wejście z przedpokoju – dzięki temu wydaje sie przestronniejsza, wygodnie wchodzi się tam z zakupami, a stale otwarte drzwi to niezłe miejsce do składowania (wieszam tam torby). Dodatkowa szafa zmieściła się także w przedpokoju. Pomogły bardzo takie istotne drobiazgi jak zmiana kierunku otwierania drzwi w kuchni oraz łazience – mieszkanie zostało wyodrębnione z większego lokalu i do łazienki wchodziło się wcześniej z korytarza od drugiej, zabudowanej obecnie strony. Wentylację w kuchni podpięliśmy do biegnących obok wolnych przewodów kominowych, a w łazience – do dotychczasowego odprowadzenia dymu z pieca, którego wolimy nie używać. To już staruszek, nagrzał się dość w swoim stuletnim życiu i zasłużył na emeryturę.

wp_20160707_14_32_28_pro

Przed położeniem nowych desek

Najwięcej problemów sprawiła podłoga. Okazało się, że stuletni budynek lekko osiadł i spadek podłogi był – delikatnie mówiąc – mało komfortowy. Pierwotny plan zachowania oryginalnych desek nie powiódł się, ale dzięki wspomnianej Architekt na Szpilkach problem udało się rozwiązać i cieszę się teraz piękną sosnową podłogą (pisałam o tym tu). Nie tylko podłogi okazały się krzywe – w przedpokoju i kuchni zdecydowałam się na sufit podwieszany, aby schować kilometry rur oraz uzyskać proste powierzchnie – i płytki, i szafki miały ciągnąć się aż do samej góry, więc wszystkie nierówności zostałyby wyeksponowane.

O kuchni i łazience w następnych odcinkach. Wygląda na to, że im dalej w las, tym mniej wykańczająco, a bardziej wykończeniowo;)

[Fot. Monika Arczyńska]

Św. Mikołaj

Nie, nie będzie ani o świętach, ani o prezentach, ani o reniferach. Będzie o kościele św. Mikołaja, położonym w niemieckim Anklam, blisko granicy, bo nieco ponad godzinę pociągiem ze Szczecina. Kościół został poważnie zniszczony w czasie wojny i przez wiele lat czekał na lepsze czasy bez sklepień, dachu i szczytu wieży. Kilka lat temu doczekał się nowego dachu, a obecnie pracujemy nad propozycją zorganizowania w środku muzeum Otto Lilienthala, stworzenia punktu widokowego na wieży oraz budowy informacji turystycznej. To projekt, którym zajmuję się obecnie najbardziej intensywnie i parę dni w ubiegłym tygodniu spędziłam w Anklam i w Berlinie. Lubię Berlin (w końcu ma sześć liter, podobnie zresztą jak Anklam:) i zdecydowanie bywam tam rzadziej, niż bym chciała. Dlatego cieszy mnie rozpoczęcie współpracy z niemieckim oddziałem naszego biura.

Skoczyłam zobaczyć kościół oraz spotkać się z projektantami wystawy. To beier + wellach, którzy mają biuro w berlińskim Taut Haus. Tak wyposażonej modelarni nie widziałam już dawno w żadnej pracowni – wykonywane są tam nie tylko makiety wystaw, ale i prototypy ich elementów. Wśród mnóstwa dziwnych przedmiotów najbardziej rozbawiły mnie figurki zwierząt w odpowiedniej skali z projektu zoologicznej ekspozycji:)

img_2300

Widok na kościół z rynku (po prawej historyzująca architektura, którą zastępowane są powojenne bloki)

Anklam było lokowane w XIII wieku na prawie lubeckim i stanowiło kiedyś ważny hanzeatycki ośrodek. Obecnie to nieco zapomniane, senne miasteczko. Wygląda jak typowe pomorskie miejscowości: kwadratowy rynek, rzeka, ciężki ceglany gotyk, regularny układ zabudowy z nieregularnym obrysem. Trochę przypominało mi Chełmno – ma zbliżoną wielkość i liczbę mieszkańców, ale przetrwało tu zdecydowanie mniej oryginalnej zabudowy i nie ma tam wzgórz, dzięki którym Chełmno należy do najbardziej malowniczych miasteczek w Polsce.

img_2357

Repliki latających machin

Kościół robi wrażenie. Jest ogromny, przyciężkawy i świetnie prezentuje się w nieco „ruinistycznej” wersji – brak sklepień sprawia, że wnętrze jest znacznie wyższe niż w oryginalnej wersji. Pod dachem podwieszone są repliki latających machin Otto Lilienthala i innych pionierów lotnictwa, w tym balony, szybowce i dwupłatowce. Muzeum ma przedstawiać drogę od piewszych eksperymentów związanych ze wznoszeniem się w powietrze (od Ikara – stąd nazwa instytucji – IKAREUM), aż do współczesnych wynalazków i technologii. Można wejść na wieżę i rozpościerają się stamtąd naprawdę piękne widoki, zwłaszcza w słoneczny, zimowy dzień. Wyobrażam już sobie, jak niesamowicie będzie je oglądać ze znacznie większej wysokości!

img_2328

Widok z wieży na rynek

img_2349

Widok na okolice Anklam

Jest tylko jedna kwestia, która wzbudza moje obawy: język. Dla moskiewskiego projektu musiałam podszlifować solidnie rosyjski. Tym razem przydałby mi się niemiecki – mimo że uczyłam się go w szkole, nigdy nie miałam okazji go używać. Na spotkaniach (niestety, nie wszystkie udaje się prowadzić po angielsku) rozumiem piąte przez dziesiąte, ale mam nadzieję, że co nieco będzie mi się przypominać w trakcie projektu. Na kolejny kurs językowy niestety nie znajdę w tym roku czasu.

Uff, jak dobrze, że istnieje Google Translator…

[Fot. Monika Arczyńska]

Na Południu bez zmian

img_1795

Aby spełnić noworoczne postanowienie życiowo-zawodowej równowagi, zaczęliśmy od urlopu. Ponieważ między Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem wiele biur jest zamkniętych, więc nasza nieobecność nie narobi nam żadnych nieprzyjemnych zaległości, z reguły pakujemy się i zmykamy gdzieś w cieplejszym kierunku.

Wspominałam już kiedyś o pewnej Włoszce z Bari, która słusznie przekonywała mnie kiedyś, że prawdziwe Włochy to tylko południe, a nie bogate i wylizane północne miasta. Odwiedziliśmy właśnie jej rodzinne miasto i wygląda na to, że im dalej na południe, tym bardziej interesująco. Prowizorki są tam trwalsze, ulice brudniejsze (kocham brudne ulice!), ludzie mniej zmanierowani, a życie przenosi się z domów w przestrzeń publiczną. W podobnych miejscach często czuję się jak w arabskich miastach. Nie tylko z uwagi na gęstą, przypominającą labitynt zabudowę, ale także tradycję, która kobietom każe pilnować domowego ogniska, a facetów magiczną magnetyczną siłą z tych domów wyprowadza i każe im sączyć z kolegami herbatę (w krajach arabskich) albo piwko (w pozostałych).

img_1677

Stare miasto sprawia wrażenie, jakby nic nie zmieniło się tam od co najmniej dwustu lat. No dobra, niezupełnie „nic” – wprowadzono elektryczność i inne podobne wynalazki, plastik zdominował uliczny krajobraz, a zamiast osłów czy mułów pojawiły się skutery. Podobnie jak w Neapolu, w najstarszej części Bari w parterach znajdują się mieszkania z przeszklonymi drzwiami otwierającymi sie bezpośrednio na ulicę. Każde z nich ma białą wyszywaną firankę dla zapewnienia odrobiny prywatności, a przed niektórymi drzwiami stoją siatki z suszącym się makaronem orechiette. Podobno kiedy jest cieplej, gospodynie przygotowują go na ulicy i to nie jest żadna turystyczna ściema.

img_1638

Środek najstarszej części miasta – zamiast turystycznych atrakcji sklep z AGD i chemią

img_1693

Samochody nie mają szans!

img_1696

Plac zabaw – wygląda smutno, ale ma widok na morze:)

Za to nowsza część miasta z kwadratowymi kwartałami przypomina w skali Barcelonę, brakuje tylko ściętych narożników, jak w Eixample. W parterach królują sklepy i kawiarnie, wyżej znajdują się mieszkania – każde z nich, oprócz niektórych starszych budynków – posiada balkon lub taras. Ruch jest spory (niestety, śmierdzi spalinami), ale piesi mogą czuć się bezpiecznie. Samochody jeżdżą wolno, za to parkują dosłownie wszędzie – również na pasach. Jak to we Włoszech, dominują niewielkie, czyli łatwe do zaparkowania, ekonomiczne i niemiłosiernie poobijane auta.

img_1707

Ortogonalny układ ulic w nowszej części miasta

img_2207

Typowy sposób parkowania

img_1798

Warsztaty samochodowe znajdują się nawet w samym śródmieściu

Przyjechaliśmy już po świętach, więc bożonarodzeniową atmosferę czuliśmy głównie dzięki iluminacji. Sylwestrowa noc okazała się dość dynamiczna. Dominowały „domówki” – przez całe miasto zasuwały grupy obładowane tacami z jedzeniem i z brzęczącymi torbami, a z okien dobiegała głośna muzyka. W najstarszej części miasta na ulicach powystawiano grille. Pomimo zakazu puszczania fajerwerków było je słychać i widać w wielu miejscach. Główną miejską imprezę zasiliły włoskie gwiazdy, o których nigdy wcześniej nie słyszeliśmy, ale rozpaliły tłum, śpiewający z pamięci wszystkie refreny. O północy załapaliśmy się na wino musujące w plastikowych kubeczkach od bawiącej się obok grupy i ten sylwestrowy wieczór na pozór był idealny. Po berlińskich wydarzeniach dał się jednak odczuć pewien niepokój, wmocniony betonowymi blokami zastawiającymi wjazd na teren imprezy oraz wszechobecnymi carabinieri i  punktami pomocy medycznej.

Tak już będzie zawsze?

img_1790

Lodowisko i palmy czyli zima w tropikach:)

img_2081

Palmy rosną wdłuż najbardziej reprezentacyjnych ulic miasta

img_2075

A na głównym placu stoi wielka, rozświetlona choinka

W następnym urlopowym odcinku – Lecce (i znów żadnej współczesnej architektury!).

[Fot. Monika Arczyńska]

Reklamy
%d blogerów lubi to: