Monthly Archives: Listopad 2014

Czym pisze architekt?

CZYM PISZE

Dziś temat na luzie – w końcu piątek! Czym pisze architekt?

DO OBGRYZANIA

Klasyczny ołówek do obgryzania. Cudownie uspokajający, idealny zamiast psychoterapii, chociaż zbyt intensywne podgryzanie może skutkować problemami ze stawami skroniowo-żuchwowymi. Wspaniały i wielofunkcyjny przedmiot, ale po studiach, kiedy już kończą się martwe natury i geometria wykreślna, używany rzadko i niechętnie. Założę się, że w ciągu dekady od dyplomu 99% architektów nie kupiło sobie żadnego nowego ołówka, tylko bazuje na zapasach ze studiów. Zgadza się?

DLA LENIWYCH

Jak wyżej, tylko nie trzeba temperować. Lub ostrzyć. Lub… właśnie, jak? Przyrząd do wykonywania tej czynności posiada absurdalnie ogromną liczbę lokalnych nazw. Spotkałam się z temperówką, ostrzynką, ostrzytkiem, ostrzałką, strugawką, strugaczką, strugałką, zastrugaczką, zastrugiwaczką i podstrugiwaczką. Chyba już sama liczba możliwości wystarczająco zniechęca do używania tradycyjnego drewnianego ołówka i zastąpienia go automatycznym. Ale może niekoniecznie, bo w tym przypadku trzeba zmierzyć się z wkładami, grafitami, rysikami

DLA LANSU

Pamiętam doskonale wykłady z pierwszego roku, kiedy Stanisław Dopierała opowiadał nam, że aby być dobrymi architektami, musimy być wyposażeni w porządne zegarki i pióra oraz wiedzę o winach i cygarach. Będziemy przecież projektować piwniczki na wina, pokoje do picia whisky i palenia cygar oraz garaże na mustangi i jaguary. Oraz specjalne garderoby na 300 par butów. Słuchaliśmy z zachwytem myśląc o swojej pełnej sukcesów przyszłości. Zapomniał jednak wspomnieć, że bardziej przydatna okaże się umiejętność upakowania czteroosobowej rodziny w trzech pokojach na 45m2, a hale garażowe projektować będziemy na fiaty i citroeny. Na dodatek „na wczoraj”, więc wieczne pióro odpada – za dużo zachodu z napełnianiem, odkręcaniem i zakręcaniem.

DLA WYGODY

Pisak – wyparł pióro, wyparł ołówek, wyparł rapidograf. Właśnie, rapidografy! Na studiach nazywaliśmy je „rapiTografami” lub pieszczotliwie „rapitami” – czy ktoś tego sprzętu jeszcze używa? Studenci pewnie już nawet nie wiedzą co to takiego, a to po prostu taka bardzo stara wersja AutoCADa. Zbierało się zaskórniaki na rotringi, bo dużo tańszy polski rystor niestety lubił chlapać. Pisak nie cieknie, nie brudzi, nie trzeba go temperować, a jeśli jest wodoodporny, to już w ogóle bomba. Zawsze marzyłam o opatentowaniu wersji, która mogłaby jednocześnie służyć jako eyeliner – wówczas wodoodporność byłaby jeszcze większą zaletą.

TO CHYBA JAKIŚ ŻART

Długopis? Plastikowy? Jednorazowy? Tani? Popularny? Architektom nie wypada nawet zbliżać się do takich antydizajnerskich, pozbawionych prestiżu i unikalności przedmiotów!

A prawda jest taka, że odkąd pismo techniczne poszło w niepamięć, a na odręczne notatki nikt nie ma czasu, architekt najczęściej pisze przy pomocy klawiatury. Albo gładząc ekran smartphona. Wot, technika!

[fot. Monika Arczyńska]

Reklamy

Śmierć i życie

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

1961 rok: BB (Brigitte Bardot) zagrała w „Kłopotliwej narzeczonej”, MM (Marylin Monroe) w „Skłóconych z życiem”, a JJ (Jane Jacobs) wydała książkę, która wszystkim osobom zainteresowanym miejską tematyką nieźle namieszała w głowach. Ta książka to oczywiście „Śmierć i życie wielkich miast Ameryki”. Przy okazji jej wydania wybuchła niezła afera, bo JJ nie była  ani architektem, ani urbanistką, tylko dziennikarką, a ośmieliła się odważnie wypowiadać się na tematy zmonopolizowane przez ekspertów od miasta. Przypuszczam, że reakcja szacownego „środowiska” musiała być podobna do tej, którą wywołał Filip Springer „Wanną z kolumnadą” („Springer? Jaki Springer? Phi, przecież on nawet nie jest architektem!”). Między innymi dzięki JJ narodził się miejski aktywizm, a mieszkańcy zaczęli domagać się prawa do współdecydowania o przestrzeni. Nagle okazało się, że miasto jest dla ludzi – ta deklaracja brzmi zaskakująco współcześnie.

Dziś odbyła się premiera polskiego tłumaczenia tej książki, wydanego przez Centrum Architektury. Centrum odwala kawał naprawdę dobrej roboty z tymi tłumaczeniami. Pamiętam, jak kilkanaście lat temu marzyło się nam, stęsknionym dostępu do literatury studentom, żeby zrobić dokładnie to samo – zacząć tłumaczyć „klasyki”. Skończyło się na marzeniach. Po pierwsze wydawało nam się to zbyt dużym wysiłkiem czasowym i finansowym, bo w tamtych czasach o grantach na podobną działalność można było zapomnieć. Po drugie baliśmy się, że nasza praca poszłaby na marne, bo kto byłby zainteresowany tymi książkami. Inni studenci? Przecież studenci nie czytają. Wtedy nie mieli jednak nawet czego czytać. To były czasy, kiedy w naszej wydziałowej bibliotece znajdowała się JEDNA książka Le Corbusiera. Na dodatek po francusku. Książki przywoziło się zza granicy, ale w przeliczeniu na złotówki kosztowały wówczas fortunę*. Pamiętam, że za równowartość Koolhaasowskiego „S,M,L,XL” mogłam opłacić akademik przez półtora miesiąca. A kiedy w jakimś holenderskim antykwariacie zobaczyłam przepiękne wydanie „Space, Time and Architecture” Giediona z 1954 roku, postanowiłam, że przez następny rok nie kupię sobie nic nowego do ubrania, nawet pary nowych skarpetek, bo po prostu MUSZĘ go mieć. Czasem trzeba było trochę pokombinować. Z Erasmusa przywiozłam kilka wielkich kartonów książek z wyprzedaży (mój entuzjazm podczas sale’a w księgarni NAi był na pewno większy niż pierwsza wizyta szafiarek w TK Maxx) oraz kserówek. Do dziś na mojej półce stoją kserokopie „Delirious New York” i „The Image of the City”. Pamiętam, że kopiowałam te książki jednocześnie,  na formacie A3, przecinając później strony – tak było i szybciej, i taniej. Po kilku latach kupiłam już „prawdziwe” egzemplarze, a gdybym poczekała jeszcze chwilę, mogłabym kupić polskie tłumaczenia. Dziś dzięki polskim wersjom po literaturę zaczynają nareszcie sięgać studenci. Każdy projektowy semestr na Politechnice zaczynam od anonimowej „wejściówki”: dyktuję dziesięć nazwisk – w tym i JJ, i Koolhaasa, i Le Corbusiera – prosząc o podanie tytułu przynajmniej jednej napisanej przez te osoby książki. Ten test zawsze wypada kiepsko, ale widzę ostatnio pewną poprawę i przyczyniają się do niej głównie polskie tłumaczenia.

Nie kupię jednak Jane Jacobs po polsku. Niepotrzebny mi kolejny egzemplarz, bo mam już jeden w oryginale, kupiony kilka lat temu w Dublinie. Jak widać na zdjęciu, jest cały wypełniony zakładkami i ma niemiłosiernie upaćkaną okładkę – to książka, której intensywnie się używa, notuje na marginesach i często do niej wraca. Chętnie dorwałabym jednak posłowie Kacpra Pobłockiego – może jest gdzieś dostępne? Teksty Kacpra zawsze czytam z największą przyjemnością, a nie dalej niż wczoraj tłumacząc znajomemu, kto to taki ten Pobłocki, określiłam go krótko: to jedna z najmądrzej piszących o mieście osób w Polsce. Trochę może wstyd, że najmądrzej pisze wcale nie architekt czy urbanista, ale… przecież JJ była dziennikarką, prawda?

* Przy okazji mam praktyczną radę dla osób, które chciałyby możliwie niskobudżetowo uzupełnić własną bibliotekę o architektoniczne klasyki. Amazon, zwłaszcza amerykański, jest prawdziwą kopalnią – ceny zaczynają się od kilku centów.

[fot. Monika Arczyńska]

 

 

 

 

Ćwiczyłam od tygodnia…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Co ćwiczyłam? Stawianie krzyżyków, rzecz jasna! Po to, aby dziś nie okazało się, że któryś postawiłam krzywo i mój głos jest nieważny. Nie będę nikogo namawiać do głosowania na konkretne osoby czy ugrupowanie, bo to indywidualna sprawa, ale namawiam do wzięcia udziału w wyborach. Samorządowe są szczególnie ważne, bo od ich wyniku zależy kto i jak będzie zarządzał naszymi miastami – tymi na sześć i nie na sześć liter. Pamiętajcie – zignorowanie wyborów nie daje prawa do późniejszego narzekania:)

Po głosowaniu skoczyłam do Empiku, żeby kupić grudniowy numer „Muratora”. Nie, nie zamierzam budować domu, ale okazało się, że dostałam wyróżnienie w konkursie na esej „Dom Polski 2021”. Nie mogłam oprzeć się tematowi, bo właśnie o mieszkalnictwie popełniłam doktorat, a już dawno nie miałam okazji o tym pisać. Poza tym objętość tekstu tylko trochę przekraczała blogowe posty, więc przy kieliszku białego wina* szybko naszkicowałam esej (albo raczej „eseik”). Wpłynęło 45 prac, nagrodzono 3, więc chyba blogowa praktyka w pisaniu przynosi powoli efekty.

Z tematem mieszkalnictwa to w ogóle dziwna sprawa. Temat kręci mnie od końca studiów, kiedy wylądowałam w Delft na Erasmusie i zrobiłam tam projekt bloku mieszkalnego, który stał się ostatecznie moim dyplomem. Gdy chwilę później zaczynałam studia doktoranckie, początkowo myślałam o zupełnie niezwiązanym z mieszkalnictwem temacie, ale… tak jakoś wyszło. Zaczęłam od partycypacji, która wtedy – serio, serio – wcale jeszcze nie była modnym tematem. Cały czas miałam jednak wątpliwości, czy na pewno wierzę w całą tę partycypację, bo nie mogłam zrozumieć, kto przy zdrowych zmysłach współdecydowałby z myślą o dobru wspólnym, a nie swoim własnym. A w Polsce i w kwestiach przestrzennych to już w ogóle.  Z tych wątpliwości urodził się pomysł przeanalizowania powiązań pomiędzy podejmowaniem decyzji a społeczeństwem konsumpcyjnym. A ponieważ mieszkanie to ta najbardziej prywatna związana  z architekturą sfera, w kwestii której wszyscy mają najwięcej do powiedzenia, skończyło się na mieszkalnictwie.

Najśmieszniejsze, że jako architekt pracowałam prawie wyłącznie nad budynkami użyteczności publicznej. Do moich dyżurnych żartów należy odpowiedź na pytanie, czy zaprojektowałam kiedykolwiek jakiś dom:

„Tak, jeden. Przedpogrzebowy”.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

* Posty najlepiej pisze się przy winie, ale doktorat, którego zdecydowaną większość napisałam w Irlandii, powinnam zadedykować Jamesonowi, Bushmillsowi i Tullamore Dew, które nie dość, że skutecznie namuzowywały mnie naukowo, to jeszcze doskonale uzupełniały skromne ogrzewanie w moim dublińskim mieszkaniu. Polecam na sezon grzewczy, byle z umiarem!

 [fot. Monika Arczyńska]

Wiertła nie będzie

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Chicago Spire nie powstanie – ogłoszono to oficjalnie w ubiegłym tygodniu. Nie ma kasy i już – wszelkie próby poradzenia sobie z długami zawiodły i nie będzie ani wieżowca, ani parku projektu Calatravy. Akurat parku szkoda najbardziej, zwłaszcza, że jego realizacja miała być warunkiem, na podstawie którego udało się wynegocjować z miastem więcej pięter, niż pozwalały na to warunki planistyczne.

Wielkie Wiertło miało być najwyższym budynkiem w Stanach. Usłyszalam o nim pierwszy raz niedługo po rozpoczęciu budowy w 2007 – rok po moim przyjeździe do Dublina. W każdym irlandzkim biurze przy porannej kawie, zwłaszcza w czwartki, kiedy wychodził dodatek do „Irish Timesa” o nieruchomościach, nikt nie poruszał innych tematów niż „co kupić, gdzie i za ile”. A ponieważ deweloper Wiertła, Garrett Kelleher, to Irlandczyk operujący i na irlandzkim, i na amerykańskim rynku, postanowił zareklamować ten projekt w Dublinie. Tym bardziej, że w Stanach właśnie zaczynała pękać bańka na rynku nieruchomości i Amerykanie niezbyt ochoczo inwestowali w drogie apartamenty (pisaliśmy o tym dla Architektury-Murator 4/2008). Podczas promocji projektu krztusiłam się ze śmiechu słuchając specjalnie skomponowanego dla promocji inwestycji utworu (na orkiestrę symfoniczną, a co tam!) i dusiłam od zapachu świeżych lilii. Nie dość, że na promocyjne imprezy wynajęto cały georgiański park w centrum Dublina, to jeszcze projekt promował Liam Neeson, świeżo po jednym z popularniejszych filmów sensacyjnych. Gwiazdy filmowe ewidentnie przynoszą pecha inwestycjom deweloperskim – mieliśmy też w Polsce taki przypadek. Borys Szyc był twarzą loftów „U Scheiblera”, które co prawda zostały ukończone, ale do dziś próbuje je sprzedać syndyk. Widać gwiazda kina w kampanii reklamowej jest jak baba na pokładzie.

Rok po moim przyjeździe do Dublina to także rok przed recesją. Tematyka plotek przy kawie nagle zupełnie się zmieniła – rozmawiało się już nie o tym, co kupić, ale jak szybko sprzedać to, co się przed chwilą kupiło. Bańka pękła. Zapomniałam kompletnie o Wiertle i kiedy jakiś czas później wylądowałam w Chicago, przechodząc koło  rozgrzebanej działki, na której miało stanąć, nie zorientowałam się nawet, że to właśnie tam.

W sumie nawet nie jest mi smutno, że realizacja się nie zakończy. Żal mi tylko tych wszystkich osób, które straciły pieniądze oraz – to w ramach zawodowej solidarności – architektów, którzy spędzili nad tym projektem cały kawał życia. Kolejna rzecz w dorobku do szuflady. Poza tym mimo że lubię wieżowce, ten miał być naprawdę nieprzyzwoicie ogromny – po co robić Dubaj z pięknego Chicago? Wiertło byłoby wyższe od Hancock Tower, a Hancock Tower jest tak piękna, że aż żal by było stawiać obok jakąś konkurencję (to ten czarny, zwężający się ku górze wieżowiec w głębi, po lewej):

Chicago Spire

Poza tym Calatrava zaczął się powtarzać. Rozumiem, że przy mostach nie może sobie zbytnio poszaleć, bo w mostach już chyba niewiele nowego da się wymyślić, ale wieżowce to inna bajka. Chicago Spire to większa wersja Turning Torso z Malmö – ile można zbudować budynków opartych na tej samej zasadzie? Amerykanom Chicago Spire nie kojarzyła się z wiertłem, ale ze spiralnym lizakiem. Włochom pewnie z makaronem fussili, a plażowiczom z Międzyzdrojów z lodami tzw. „amerykańskimi” lub „maczanymi”.

Dla mnie to wiertło. Albo wydłużona wersja wkrętacza z Tytusa, Romka i A’Tomka (moc: 20 000 kretów mechanicznych).

tytus-romek-i-atomek-ksiega-xv_2_a

PS Podobno w pewnym momencie Kelleher wisiał Calatravie ponad 10 milionów dolarów. Czyli niepłacenie architektom to nie jest tylko polski problem. Mamy przechlapane.

[fot. Monika Arczyńska, „Tytus” ze strony http://www.komiksbaza.pl]

Musi być świeczka?

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wypadałoby coś zdmuchnąć, bo SIX LETTER CITY obchodzi dziś pierwsze urodziny. Miał być tort, ale zabrakło czasu na takie luksusy. Urodziny spędzę więc tradycyjnie, jak to architekt, robiąc nadgodziny. Świętowanie przekładam na piątek, bo nadarza się ku temu idealna okazja: będę prezentować blog podczas Pecha Kucha Gdańsk. Zapraszam serdecznie! Jak sama nazwa wskazuje, impreza odbędzie się w Gdyni (na szczęście też na sześć liter), podczas pierwszych urodzin tuBazy. No proszę, jaki urodzinowy zbieg okoliczności. Może tam będzie tort?

Opowiem o tym, jak to się w ogóle stało, że zaczęłam prowadzić blog i po raz pierwszy publicznie – nie słowem pisanym, jak dotychczas, lecz „głosem paszczą” i to jeszcze przed ludźmi – przyznam się do mojej architektonicznej dewiacji: „Mam na imię Monika i jestem uzależniona od architektury”.

Prezentacje na Pecha Kucha trwają zaledwie 6 minut 40 sekund (po 20 sekund na każdy z 20 slajdów). Nie będę miała więc czasu na przekazanie żadnych większych podsumowań, a przecież urodziny do nich skłaniają. Blog, oprócz pozytywnego odzewu czytelników i samej przyjemności pisania, dał mi znacznie więcej. Przede wszystkim stał się czymś w rodzaju marki czy instytucjonalnej afiliacji, która pozwala na umiejscowienie w określonej – a właściwie określanej przeze mnie – szufladce. Mieszkam w Polsce dopiero od dwóch lat po dłuższej przerwie i bardzo brakowało mi lokalnego zaczepienia, tym bardziej, że w Polsce szufladkowanie wydaje mi się wyjątkowo powszechne i… bezmyślne. Nieważne, co robisz, ważne, kim są twoi rodzice, twój promotor, twój pracodawca, twoi sąsiedzi, czym jeździsz i czy twój pies jest rasowy. Wyjechałam niedługo po dyplomie, więc w branży mogli mnie pamiętać wyłącznie dawni wykładowcy i rówieśnicy – koledzy po fachu. A reszta tzw. „środowiska”? Reszta nie wiedziała, jak mnie zaklasyfikować. Najbardziej absurdalne sytuacje zdarzały się podczas niektórych spotkań z architektami, o których realizacjach pisałam dla „Architektury-Murator”. Panowie, bo to praktycznie zawsze panowie, urządzali sobie na początku małe interview, żeby mniej więcej zorientować się, jak się do mnie zwracać i jak ująć niektóre tematy. Pytali kim jestem, w którym mieście mieszkam („Pani z Warszawy?”), czy jestem praktykującym architektem. Z reguły odpowiadałam mało precyzyjnie, że owszem, jestem architektem, ale nie pracuję w Polsce. Interpretowali moje odpowiedzi po swojemu, na podstawie stereotypów, np. uznawali, że praca za granicą to wyłącznie „architektoniczny zmywak” i nie interesowało ich ani czym dokładniej się zajmuję, ani w jakim biurze.

Nie lubię zresztą używać biurowej afiliacji. Pracownie firmują swoimi nazwiskami ich właściciele, a poza tym architektura jest zawsze pracą zespołową. Trudno budować na tej podstawie swoją zawodową tożsamość w dłuższej czasowej prespektywie. To możliwe chyba tylko wówczas, gdy prowadzi się niewielkie biuro i samodzielnie podejmuje praktycznie wszystkie decyzje projektowe. Pracuję też na uczelniach, ale to tylko kilka godzin dydaktycznych, głównie dla przyjemności, więc również nie identyfikuję się w pełni z rolą wykładowcy. Blog to pierwsza inicjatywa, która jest stuprocentowo moja i za którą biorę pełną odpowiedzialność. Zauważyłam, że coraz częściej przedstawiam się jako autorka SIX LETTER CITY i tożsamość architektonicznej blogerki bardzo mi odpowiada.

Drogi blogu – dziękuję!

[fot. Łukasz Pancewicz]

Reklamy
%d blogerów lubi to: