Monthly Archives: Styczeń 2014

Profesor

wladyslawowo02
Dziś odbył się pogrzeb profesora Szczepana Bauma.

Profesor był moim pierwszym w życiu szefem. Kiedy na studiach postanowiłam zacząć zdobywać doświadczenie w pracowni projektowej, podeszłam do tego zadania w dość wyrachowany sposób. Uznałam, że jeśli już mam spędzić wakacje pracując, to tylko w znanym biurze. W Trójmieście liczyły się wtedy przede wszystkim dwie pracownie – Fort oraz Baum&Kwieciński, a przynajmniej o ich realizacjach pisała wówczas „Architektura-Murator” (absolutna, bo jedyna wówczas, branżowa wyrocznia). Zdobyłam się więc na odwagę, zgłosiłam do biura i udało się – spędziłam całe lato w pracowni Profesora.

Nie miałam wtedy okazji popracować nad żadnym wyjątkowym budynkiem. To w ogóle nie był najszczęśliwszy okres w polskiej architekturze – niby niewiele ponad dekadę temu, ale zupełnie inna epoka w branży projektowej i budowlanej. Dominowały pastelowe tynki na styropianie, niebieskie ślusarki okienne i zaczęło się zasypywanie kraju chińskimi granitami. Miało być szybko, tanio i kolorowo, a inwestorzy oczekiwali tego również od pracowni z ambitniejszym portfolio. Kończyły się również zlecenia na projekty kościołów, których Profesor zaprojektował chyba z dwadzieścia – „na desce” (czy też raczej „na dysku”) nie było wówczas żadnego, a inne budynki użyteczności publicznej raczej modernizowano niż realizowano nowe. Wysyp muzeów, biurowców i hoteli miał się dopiero zacząć kilka lat później. Terminal w Rębiechowie już funkcjonował i nikt wówczas nie przypuszczał, że tak szybko stanie się zbyt ciasny. Podpatrywanie pracy doświadczonych architektów było dla mnie jednak bezcenne. Proces projektowy przechodził tam przez kolejne analogowe i cyfrowe etapy. Fantastyczne odręczne szkice wędrowały na biurka młodszego, zaprzyjaźnionego z komputerami pokolenia (czyli między innymi na moje), a po przekuciu ich w cyfrową dokumentację projekt znów otrzymywał analogową formę, tym razem akwarelowej wizualizacji.

Najbardziej cenię najwcześniejsze dokonania Profesora, z okresu, kiedy ograniczona dostępność materiałów i niska jakość wykonawstwa utrudniały lub uniemożliwiały realizację bardziej śmiałych koncepcji. W takich warunkach tylko Architektom przez wielkie „A” udawało się wyjść obronną ręką z walki o jakość projektów. Potwierdza to przykład jednego z najbardziej niesamowitych budynków Profesora, kościoła we Władysławowie, ukończonego na początku lat 60. Pamiętam, jakie wrażenie zrobił nam mnie ten budynek, kiedy byłam jeszcze dzieckiem i nie miałam zielonego pojęcia o architekturze. Nie było wtedy jeszcze dzwonnicy, a kościół, mimo że już dwudziestokilkuletni, odbiegał swoją nowoczesnością od wszystkich kościołów, jakie znałam. Pamiętam, że niezbyt rozgarnięty przewodnik tłumaczył, że stalowe podpory, na których opiera się dach, to zawiasy umożliwiające jego otwieranie. Niezła fantazja, ale nawet bez takich gadżetów budynek wyróżnia się do dziś perfekcyjną geometyczną konsekwencją i detalem. Profesor zaprojektował go z zespołem jako dwudziestokilkulatek – wczesna realizacja do pozazdroszczenia! Już pod koniec lat 80. kościół wpisano do ewidencji zabytków i to chyba bezprecedensowy przypadek w Polsce, żeby trafił tam tak młody obiekt.

Cieszy mnie także drugie życie gdańskiego Domu Technika NOT, zaprojektowanego przez Profesora wraz z Danutą Olędzką. Przez lata stał za wysokimi płotami, bo wiele razy zmieniały się pomysły na zagospodarowanie jego otoczenia. Rok temu zniknęły ogrodzenia i NOT jest w końcu odpowiednio wyeksponowany. W audytorium działa scena teatralna, a na piętrze niedawno otwarto knajpę. Nie drażni mnie nawet nieszczęsna Biedronka na parterze – dzięki niej w budynku stale jest ruch i być może osoby, dla których Dom Technika był przez lata zakurzonym pudłem, schowanym gdzieś za płotem, docenią jego urok. Bo właśnie uroku ma wyjątkowo dużo – myślę, że nawet zagorzali przeciwnicy modernizmu są w stanie go docenić, zwłaszcza we wnętrzach z drewnianymi okładzinami i ceramicznymi mozaikami. Przez lata mówiono o planach jego wyburzenia i pewnie dlatego nie został zmodernizowany. Brak remontów wyszedł mu na dobre, bo większość oryginalnej tkanki przetrwała w niezmienionej formie i doczekała czasów, kiedy powojenny modernizm zaczynają doceniać nie tylko eksperci. Budynek dotknęła go nieco ospa bilbordowa, ale to akurat schorzenie uleczalne.

Dzisiejszy pogrzeb odbył się w Straszynie, gdzie znajduje się kościół pw. św. Jacka, zaprojektowany przez Profesora w latach 80. To ważny sakralny obiekt z tamtego okresu – nigdy nie miałam okazji, żeby go zwiedzić, ale na pewno wybiorę się wkrótce, postawię znicz na grobie Profesora i sfotografuję całe założenie. Obiecuję zdjęcia na blogu!

[rys. Monika Arczyńska]

Reklamy

Radar

Gdybym miała wymienić jedną związaną z miastem rzecz, którą najchętniej przeszczepiłabym na polski grunt, to nie byłoby to nic dotyczącego transportu, estetyki, demokratyzacji systemu planowania czy zrównoważonego rozwoju. Byłyby to przyjazne interakcje pomiędzy użytkownikami miejskiej przestrzeni. Absolutne banały: uśmiech albo niezobowiązująca rozmowa. Te drobiazgi skuteczniej niż monitoring dają poczucie bezpieczeństwa i sprawiają, że chętniej wystawia się nos poza twierdzę własnego domu. Niech to będzie nawet nudny, bo słyszany po stokroć komentarz o pogodzie albo głupie „Ale dziś piękny dzień?” od kogoś, kto stoi obok na przejściu dla pieszych. Uwielbiałam to w Dublinie, gdzie uśmiechanie się do nieznajomych jest zupełnie normalną sprawą i cały czas nie mogę (bo nie chcę!) pozbyć się tego przyzwyczajenia. To jak wysyłanie w świat przez cały czas Eksperymentalnego Sygnału Dobra. Muszę przyznać, że obserwowanie reakcji przechodniów faktycznie działa jak namiastka badań socjologicznych – zachęcam do spróbowania. Poszczególne kategorie przechodniów reagują zupełnie inaczej. Uśmiechem odpowiadają najczęściej starsi ludzie albo sympatycznie wyglądające dziewczyny (chłopcy być może też, ale akurat tę grupę wyeliminowałam z moich pseudobadań – chyba nie muszę tłumaczyć dlaczego). Panie w średnim wieku często odczytują uśmiech jako powitanie i odpowiadają skinięciem głową lub „dzień dobry”. Są również wyjątki – niedawno młoda mama z wózkiem wyglądała na mocno przestraszoną moim zachowaniem. Istnieje też grupa, która nie odpowiada niczym – zero, null, kompletne ignorowanie. To ubrane w markowe ciuchy atrakcyjne pary w młodym lub średnim wieku, które spotykam w sezonie na plaży w okolicach Sopotu. Właściwie przesadziłam pisząc o braku jakiejkolwiek reakcji – mam wrażenie, że w ich oczach widzę niepewność, tak jakby nie potrafili odgadnąć czy uśmiecham się DO nich, czy śmieję się Z nich. Chociaż nie znoszę stereotypów, to taka właśnie reakcja powtarza się w 100% przypadków.

Okazało się jednak, że nie tylko mnie brakuje takich interakcji. Słońce wygoniło mnie wczoraj na spacer nad morzem, który marzył mi się od dłuższego czasu. Kiedy zatrzymałam się na chwilę na plaży, zaczepił mnie sympatycznie wyglądający starszy pan. Widać było, że chce sobie z kimś pogawędzić. Czemu nie? Powymienialiśmy się uwagami na temat takich spontanicznych rozmów – okazało się, że od lat mieszka za granicą i za każdym razem uderza go w Polsce pewna wrogość i brak zaufania wobec nieznajomych. Rodzina w Polsce niekiedy czuje się skrępowana jego zachowaniem na ulicy – ich zdaniem zdecydowanie zbyt często zaczepia obcych. Mnie to wcale nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie. W dodatku bardzo odpowiadało mi jego energiczne tempo – najczęściej to za mną trudno jest nadążyć, a tym razem ów dziarski pan narzucał prędkość marszu. Okazało się, że to lata wprawy, bo brał kiedyś udział w maratonach, a do teraz sporo się rusza i jeździ na nartach. Spacer rozciągnął nam się do piętnastu kilometrów i w sumie maszerowalibyśmy dalej, gdyby nie przenikliwy mróz. Pożegnaliśmy się i każde z nas wsiadło do swojego tramwaju. Pogawędka z nieznajomym – tylko tyle i aż tyle.

Cały czas zastanawiałam się, jak wyczuł, że akurat ze mną będzie mógł sobie pogawędzić? Że nie zareaguję wrogością na zaczępiającego mnie nieznajomego? Miał jakiś wewnętrzny radar? Sprawa wyjaśniła się pod sam koniec rozmowy. Widocznie „ciągnie swój do swego”, a osoby zainteresowane miastem mają ze sobą coś wspólnego. Okazało się bowiem, że mój sympatyczny rozmówca jest… urbanistą.

Świszczurka kontratakuje

swiszczurka_czarna
Każdy architekt ma swój własny powód, dla którego wybrał właśnie tę profesję. Jedni postanowili pójść w ślady rodziców, inni marzyli o zostaniu drugim Fosterem. Niektórzy po prostu nie wiedzieli jakie wybrać studia, bo ze wszystkich szkolnych przedmiotów byli w miarę nieźli, ale też w niczym się nie wyróżniali. Mój osobisty powód był zupełnie inny i wynikał z dziecięcych marzeń.

Najpierw, jak chyba wszystkie dzieciaki, chciałam zostać weterynarzem. To musiało być „za pierwszego chomika”. Alergia na sierść przekreśliła te plany i dobrze, bo kiedy dużo później dowiedziałam się, jak obrzydliwe rzeczy muszą robić weterynarze, zrobiło mi się słabo. Napiszę tylko, że czasem do tych czynności potrzebne są gumowe rękawice na całą długość ramienia… Ten pomysł odpadł więc kompletnie, chociaż coś mi z tych okołomedycznych ciągot pozostało. Rodzice zawsze powtarzali, że przydałby się lekarz w rodzinie, więc mają doktora, tylko że nauk technicznych.

Ale wróćmy do dziecięcych pomysłów. Po obejrzeniu „Imperium kontratakuje” zamarzyło mi się robienie efektów specjalnych, koniecznie do filmów science fiction. Nie pamiętam, ile miałam wtedy lat, ale pewnie około sześciu, bo w kinie nie nadążałam z czytaniem napisów i tata pomagał mi w tym szeptem. Nie było wówczas jeszcze efektów komputerowych i wszystko przygotowywano na makietach. Dłubanie, cięcie, klejenie, malowanie – wyobrażałam sobie, że takie nieustające zetpety muszą być świetną zabawą. Do tego praca w Hollywood i to za dolary!

Na początku podstawówki koncepcja nieco się zmieniła. Wychodził wówczas kapitalny kwartalnik „Mała Fantastyka” czyli wersja „Fantastyki” dla dzieci, z opowiadaniami i tekstami popularnonaukowymi. W jednym z pierwszych numerów opublikowano artykuł o inżynierii genetycznej, zilustrowany przykładem „świszczurki” czyli skrzyżowania świni z jaszczurką. Chodziło o humanitarny (ba, niemalże wegetariański!) sposób pozyskiwania mięsa: gdyby gen jaszczurki, odpowiedzialny za odrastanie utraconego ogona, zastosować u świni, można by na tej samej zasadzie stworzyć rzeczoną świszczurkę z odrastającymi szynkami. Co prawda o etycznej stronie tych zagadnień nikt wtedy nie wspominał, ale załóżmy, że jako ośmio- czy dziewięciolatka w komunistycznym kraju miałam prawo nie przewidzieć, że będziemy kiedyś mieć do czynienia z Monsanto czy klonowaniem.

W końcu przyszedł czas na weryfikację marzeń. Do efektów specjalnych zaczęto używać komputerów, a wyjazd do Hollywood? To dopiero science fiction! Z kolei polskie studia filmowe zajmowały się raczej animacją niż fantastyką, a Miś Uszatek aż tak bardzo mnie nie kręcił. Podobnie z genetyką – mogłam co prawda wybrać się na biotechnologię, ale poziom i finansowanie badań na polskich uczelniach wołał o pomstę do nieba. W kraju nie miałabym szans na stworzenie niczego równie rewolucyjnego jak świszczurka, a wyjazd na zagraniczną uczelnię wydawał się równie nierealny jak lot na księżyc. Nie miałam w sumie wyboru – musiałam wybrać zawód, który łączył inżynierię (chociaż nie genetyczną) z robieniem makiet (chociaż nie do filmów). Ostatecznie Polska weszła do Unii i nie dość, że można było postudiować za granicą, to na dodatek otworzył się rynek pracy. Z obu możliwości skorzystałam, ale już w architekturze. Czy gdybym o tym wszystkim wiedziała odpowiednio wcześnie, moje dziecięce marzenia stałyby się rzeczywistością?

Ogarna 3.0

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Gdańszczanie wiedzą doskonale, o czym mowa, ale krótko wyjaśnię o co chodzi dla osób spoza Trójmiasta. Gdański Referat Estetyzacji postanowił umieścić, we współpracy z fundacją Urban Forms, zaproszonymi artystami i wspólnotami mieszkaniowymi, które finansowały przygotowanie elewacji, malowane dekoracje na fasadach 20 kamienic przy ulicy Ogarnej (równoległa do ul.Długiej czyli w samym sercu Głównego Miasta). Koncepcja została skonsultowana z konserwatorem i mieszkańcami, jednak ponieważ wszystko działo się błyskawicznie, ostateczny, uznany za kontrowersyjny z uwagi na ostre kolory i formy projekt, zaprezentowano publicznie praktycznie w momencie rozpoczęcia prac. Już stawiano rusztowania, a nikt do końca nie wiedział, jaki będzie końcowy kształt dekoracji. Nic dziwnego, że cały pomysł został oprotestowany i skrytykowany zarówno przez mieszkańców, jak i architektów, zanim jeszcze ktokolwiek zobaczył pełny projekt. Przyznaję – ja również bałam się, co powstaje pod rusztowaniami. Nawet specjalnie wybrałam się na Ogarną na spacer jeszcze przed rozpoczęciem prac, żeby ją zapamiętać w nieupaćkanej wersji. Pocieszałam się, że jeśli będzie tragicznie, to przecież to żadne sgrafitto czy płaskorzeźby, tylko farba, którą zawsze można przemalować. Spóźniłam się na oficjalne otwarcie, ale dzisiejsze słońce wygoniło mnie z domu i poszłam zobaczyć czy faktycznie jest się czego wstydzić. Nie ma. Naprawdę. Kolorystykę z projektu nieco wyciszono, więc najbardziej kontrowersyjny element nie drażni. A ponieważ elewacje pozostałych kamienic pokryte są grubą warstwą brudu i zacieków (to nie przypadek, że zadecydowano o remoncie właśnie tam), przygaszona kolorystyka nowych dekoracji wtapia się w tło. Wspominał o tym już Marcin Rutkiewicz na stronie Fundacji Sztuki Zewnętrznej. Faktycznie – dopiero po obejrzeniu wszystkich projektów, zorientowałam się, że przegapiłam przynajmniej dwie elewacje.

Okazuje się, że historia lubi się powtarzać. Podczas powojennej odbudowy plastycy pozwolili sobie na sporą twórczą swobodę, tłumacząc sie brakiem archiwalnych materiałów pozwalających na dokładne odtworzenie przedwojennych elewacji. Fakt, że w dawnej gdańskiej architekturze przeważały wpływy holenderskie, został odrzucony z przyczyn politycznych (za bardzo kojarzył się z niemieckim Danzigiem), a na fasadach pojawiły się graficzne wariacje na temat włoskiego renesansu. Pierwotny projekt dekoracji odbudowanych kamienic i tak był znacznie nowocześniejszy od ostatecznie zrealizowanej wersji, złagodzono go podobnie jak w przypadku Ogarnej. Najświeższa wersja silnie nawiązuje do lat 50. i tylko kilka elewacji wygląda współcześnie – co ciekawe, ta właśnie uwaga stanowiła jeden z zarzutów konserwatora.

Którą wersję Ogarnej możemy w takim razie teraz oglądać? Powojenne dekoracje stanowiły swobodną interpretację renesansowych, a dzisiejsze – dosłowne nawiązanie do tych powojennych. W obu przypadkach pierwotne pomysły były odważniejsze, niż ostateczna realizacja. Przyjmując przedwojenną zabudowę jako pierwotny punkt odniesienia, odbudowa i dekoracje z lat 50. stanowiły wersję 2.0. Obecny projekt powinien nosić nazwę „Ogarna 3.0”: działa, zadowala wizualnie, ale nie jest rewolucyjny – jak w nowych wersjach oprogramowania, gdzie jedyną zauważalną zmianą są lekko unowocześnione ikony.

[fot. Monika Arczyńska]

Wirus motoryzacyjny

Zamieściłam wczoraj na Facebooku wycinek z ogłoszonego właśnie projektu „Planu zrównoważonego rozwoju publicznego transportu zbiorowego dla Miasta Gdańska na lata 2014-2030” (tzw. planu transportowego). Obrazek zaczął byskawicznie rozprzestrzeniać się wśród osób zainteresowanych problematyką transportowa i miejską. Zobaczcie sami dlaczego:

Image

Okazuje się, że według prognoz wzrost liczby samochodów w Gdańsku, stanowi wariant… optymistyczny. Hmmm. Z optymizmem zawsze kojarzyły mi się korzystne zmiany, poprawa jakości życia i osiąganie wyższych standardów. Doganianie Zachodu, na co wydawane są unijne środki oznaczałoby, że w najlepszym (czyli najbardziej pesymistycznym?) wariancie liczba samochodów powinna w Gdańsku spadać. Obecnie wynosi 508 na 1000 mieszkańców*, czyli ok. 100-150 więcej niż w europejskich miastach, w których infrastruktura i jakość życia oceniane są najwyżej. Celowe działanie czy lapsus językowy? W facebookowych dyskusjach pojawiły się różne teorie, m.in. że jeśli wzrost zamożności polskiego społeczeństwa mierzy się wskaźnikiem motoryzacji, to ów optymizm wiąże się z przewidywanym bogaceniem się Polaków. Niektórzy sugerowali, że ta freudowska pomyłka ujawniła prawdziwe oczekiwania Biura Rozwoju Gdańska. Przejęzyczenie przejęzyczeniem, ale mam nieśmiałą nadzieję, że gdański samorząd po cichu próbuje przeforsować zrównoważone rozwiązania, pozornie nie dając podstaw samochodowemu lobby, że nastaną dla niego ciężkie czasy. Z jednej strony konsekwentnie rozwijana jest sieć transportu publicznego oraz infrastruktury rowerowej i są to ogromne inwestycje. Chociaż sprawy najbardziej pilne, jak wspólny bilet na kolejkę miejską i pozostałe środki komunikacji zbiorowej nie są jeszcze rozwiązane, liczba ulepszeń zaskakuje. Każda nowa inwestycja powoduje spory szum medialny, a reakcje na nowe linie tramwajowe czy budowę Pomorskiej Kolei Metropolitalnej są entuzjastyczne. Z drugiej strony odnoszę wrażenie, że ograniczenia dla samochodów wprowadzane są stopniowo, niemalże po cichu, tak, aby nie podpaść, zwłaszcza przed wyborami, właścicielom aut. Właściciele się burzą, ale mało gwałtownie, bo dzięki metodzie małych kroków zmiany nie wydają się rewolucyjne, a kierowcy mają czas, aby przyzwyczaić się do nowych warunków – rozszerzanej strefy Tempo 30, zakazów wjazdu czy podnoszenia opłat za parkowanie w śródmieściu. Mam nadzieję, że ta strategia to nie tylko złudzenie.

Aha, chyba wiem, skąd ten „optymistyczny” wariant. To jak „pozytywny” wynik testu na obecność wirusa albo „pozytywny” wynik testu ciążowego. Tylko że wirus nie oznacza nic dobrego, a ciąże bywają niechciane…

*dane z 2012 roku według cytowanego projektu.

Starożytność czy współczesność?

Neapol, Napoli, Naples – bez względu na język ta nazwa zawsze ma sześć liter. Od razu wiedziałam, że mi się tam spodoba. Był kiedyś komiks o mieście, w którym pierzeje ulic stanowią scenografię i cały czas niezauważalnie się przesuwają, aby nie można było rozpoznać tych samych miejsc. Miałam dokładnie takie same odczucia w Neapolu, gdzie w budynki, pierzeje i ulice pozostawały co prawda niezmienne, ale ruchoma „zawartość” wyglądała zupełnie inaczej w zależności od dnia i godziny. Wiele kościołów jest wbudowanych w pierzeje, a ich frontowych elewacji można nie zauważyć w ciągu dnia, tak bardzo podobne są skalą do monumentalnych kamienic. Dopiero wieczorna iluminacja wydobywa je z tła. Włączają się świąteczne dekoracje i na pierwszy plan wychodzą wówczas również podświetlane uliczne kapliczki i ołtarzyki, podobne nieco do tych z podwórek warszawskiej Pragi. Te same miejsca robią zupełnie inne wrażenie w spokojny niedzielny wieczór i w ruchliwe powszednie przedpołudnie. W najbardziej skrajnej wersji na każdym wolnym fragmencie ulicy rozstawiane są stoiska handlowe, przy popularnych pizzeriach tłumy ludzi czekają na stolik, krzyczą naganiacze, a w tym całym chaosie lawirują dostawcy kawy nosząc nad głowami tace z filiżankami espresso. Jest cudownie gwarno i brudno – wszędzie stoją i rozmawiają ludzie, walają się śmieci i niedopałki, rynsztokami spływa woda ze stoisk z rybami i owocami. Ten widok tak mocno kojarzył mi się z arabską mediną, że mimowolnie cały czas patrzyłam pod nogi, żeby nie wdepnąć w odchody osła czy muła, chociaż na ulicach wcale ich nie było. Przez tłum bezustannie przejeżdżają samochody i skutery, a strategii przebijania się jest kilka, podobnie zresztą, jak przechodzenia pieszo przez ulice. Można jechać bardzo wolno, licząc na rozstępowanie się tłumu albo z dużą prędkością, z naciśniętym cały czas klaksonem. Z kolei piesi, podobnie jak kierowcy, kompletnie olewają światła i pasy, a najbezpieczniejszą metodą przechodzenia przez ulicę jest spacer z powolną, ale równą prędkością – moment zawahania może się źle skończyć. Nikt jednak nie jeździ szybko i to właśnie ograniczona prędkość pozwala na płynne, choć powolne przemieszczanie się, bez korków i nerwowego czekania na zielone światło. Samochody są poobijane i odrapane, ale ten organiczny system integracji ruchu kołowego i pieszego wydaje się nie generować niebezpiecznych kolizji.
IMG_4704
Dostawca espresso w neapolitańskim tłumie
Neapol01
Prywatność w przestrzeni publicznej
Neapol02
Uliczny handel w Neapolu

Podobnie gwarne musiały kiedyś być Pompeje. Zestawienie tych dwóch miast pokazuje pewien paradoks: Neapol przetrwał do współczesnych czasów, jednak w jego funkcjonowaniu jest coś starożytnego; Pompeje, mimo że autentycznie starożytne, wydają się zaskakująco współczesne. Zrobiła na mnie ogromne wrażenie wielkość tego miasta oraz jego racjonalny układ, a przecież był to zaledwie jeden z wielu ośrodków Cesarstwa; zamożny, ale wcale nie najważniejszy ani najdoskonalej zaplanowany. Regularna siatka ulic z kilkoma rozwidleniami przypomina współczesne układy urbanistyczne. Konsekwentnie prowadzone pierzeje i rytm sąsiadujących ze sobą budynków robią wrażenie osiedla deweloperskiego, tak jakby erupcja Wezuwiusza miała miejsce wkrótce po ukończeniu ogromnej realizacji. Nie widać tych wszystkich urbanistycznych deformacji i „narośli”, znanych chociażby z wielu średniowiecznych miast. W lepszych dzielnicach stoją luksusowe wille, pod miastem wygodne posiadłości. W najbardziej ruchliwych punktach, w okolicach bram do miasta i głównych przestrzeniach publicznych, zlokalizowano odpowiedniki snack barów z ladami do złudzenia przypominającymi współczesne. Piekarnie czy burdele tak jak i dziś rozstrzelone były po całym mieście, za to poważniejsze funkcje rozrywkowo-sportowe skoncentrowano w multipleksach i centrach fitness – teatrze, odeonie, amfiteatrze i palestrze. Forum z bazyliką, świątyniami i obiektami administracyjnymi to pompejańskie city. Nawet najdrobniejsze szczegóły przypominają współczesne miasto – koleiny w drogach, graffiti na murach i przejścia dla pieszych jak kamienne „zebry” (aby przejść ponad spływającymi ulicami nieczystościami).

Dwa tysiące lat i żadnej wielkiej zmiany?

IMG_4983
Kamienna „zebra”
IMG_4960
Starożytny snack bar

[fot. Monika Arczyńska]

Menis

Jordanki

Okazało się, że całkiem przypadkiem wylądowałam w doborowym towarzystwie. Na kolejnym po mojej prezentacji spotkaniu z cyklu „Zawód: Architekt” pojawił się… Fernando Menis, który przyjechał do Polski przy okazji realizacji Sali Koncertowej na Jordankach w Toruniu. To jego jedyny projekt realizowany obecnie w Polsce, ale Menis chętnie przyjmuje zaproszenia na podobne wydarzenia i pojawia się od czasu do czasu w różnych miejscach, m.in. na szczecińskim Westivalu. Przez moment pomyślałam, że być może jest to świadoma strategia wypracowywania pozycji starchitekta na polskim rynku (kryzys mocno ograniczył liczbę projektów w Hiszpanii), ale biorąc pod uwagę, że praktycznie wszystkie publiczne zlecenia są tu rozdysponowywane poprzez konkursy, nie miałoby to za bardzo sensu. Po wykładzie byłam już pewna – Menis po prostu lubi pokazywać swoje projekty i o nich opowiadać, ale z fantastyczną skromnością i ciągłym podkreślaniem, że chociaż to on sam firmuje pracownię swoim nazwiskiem, projekty zawdzięczają swoją jakość wielu autorom i są wynikiem intensywnej pracy całego biura i branżystów. Cenię go za to, że ceni swój zespół:) Ma żyłkę nauczyciela i ewidentnie daje mu satysfakcję dzielenie się swoimi doświadczeniami. Do projektowania brył podchodzi w bardzo artystyczny sposób rzeźbiąc je z plastycznych materiałów, jednak ma pełną świadomość, że o jakości projektu decyduje doskonały mariaż pomiędzy formą, funkcją a stroną techniczną, czyli pomiędzy pracą architekta, komunikacją z klientem a wkładem branżystów.

Menis pokazywał między innymi muzeum i plac w Adeje oraz winnicę na Krymie. Na stronie internetowej pracowni znajduje się przegląd wszystkich najważniejszych projektów. Oczywiście najwięcej uwagi poświęcił Jordankom i mówił o budynku z takim entuzjazmem i cierpliwością, że nie byłam pewna, czy wynikało to z jego łagodnego usposobienia, czy z obecności toruńskiego architekta miasta, który również przyjechał na wykład. Spodziewałam się lekkiego rozdrażnienia i kilku cierpkich komentarzy, ponieważ już po rozstrzygnięciu konkursu program planowanego jako sala koncertowa i siedziba Toruńskiej Orkiestry Symfonicznej obiektu został rozszerzony, aby można było tam również wystawiać spektakle teatralne i operowe oraz organizować konferencje. Oczywiście wiązało się to z przeprojektowaniem budynku. Pech podobny do pecha Kereza, który nie dość, że pod naciskiem opinii publicznej, a ostatecznie klienta, musiał „zmiękczyć” formę swojej propozycji dla warszawskiego Muzeum Sztuki Nowoczesnej, to jeszcze do muzeum dorzucono mu teatr. Pamiętam wykład Kereza, kiedy jeszcze był zaangażowany w warszawski projekt, wówczas największe zlecenie dla jego biura. Padło wiele gorzkich słów i bardzo żalił się, że zamiast skupić się na pracy nad projektem, cały czas musiał lawirować pomiędzy coraz to nowymi wymaganiami klienta, sprzecznymi z wcześniejszymi ustaleniami. Menis miał więcej szczęścia niż Kerez, bo nie dość, że nie zbankrutował z powodu polskiego projektu, to na dodatek budowa już się rozpoczęła i wygląda na to, że cała inwestycja skończy się szczęśliwie. Jestem bardzo ciekawa, jakim programem Toruń zamierza wypełnić to monstrum, ale to pewnie nie ma znaczenia. Ważne, że Bydgoszcz zostanie w czymś prześcignięta!

[ilustracja z http://www.torun.pl]

Życzenia z Sorrento

Sorrento02
Wszystkiego wymarzonego w Nowym Roku! Życzenia są o tydzień spóźnione, bo zaraz po świętach wyruszyliśmy na wakacje, ale ponieważ miejsca, które odwiedziliśmy, to kilka wyjątkowych włoskich miast, poświęcę im kilka kolejnych postów. Bez typowo podróżniczych relacji – będzie to raczej seria miejsko-architektonicznych spostrzeżeń. Może nawet bardziej miejskich niż architektonicznych, bo w drodze powrotnej z lekkim zdumieniem odkryliśmy, że oprócz dopiero co otwieranego węzła transportowego w Neapolu według projektu Dominica Perrault nie obejrzeliśmy ani jednego współczesnego budynku. Zamierzaliśmy co prawda wybrać się do Ravello i zobaczyć audytorium, które Niemeyer zaprojektował w wieku około stu lat (!), ale pogoda pokrzyżowała nam plany. To chyba nasz pierwszy urlop bez współczesnej architektury:)

Sylwestra spędziliśmy w Sorrento – włoskim odpowiedniku Sopotu, ale jeszcze bardziej zawalonym turystami. Nawet zimą zagęszczenie Azjatów i sklepów z pamiątkami daleko wykraczają poza europejską średnią. Ceny hoteli są tu absolutnie kosmiczne, więc zatrzymaliśmy się w pobliskiej miejscowości, w pełnym podrabianych ludwików B&B prowadzonym przez prawdziwą włoską matronę, która po domu chodziła w czarnej sukni, a do warzywniaka zasuwała w futrze. Ale po co właściwie tu przyjechaliśmy? Nie przepadamy za limoncello, które jest tu produkowane i nie znosimy typowo turystycznych klimatów. Ale to właśnie do Sorrento i Amalfi, do którego również się wybraliśmy, przyjeżdżała dawniej europejska arystokracja oraz artyści. Obowiązkowo w ramach Grand Tour – podróży w rodzaju współczesnego gap year (ale tylko dla wybranych, „na bogato” i w celu poznawania kolebek europejskiej cywilizacji, a nie wolontariatu w Afryce). Czasem urządzano coś  w rodzaju twórczych wakacji i nie wiem, czy to lokalny klimat, czy charakter amalfitańskich niewiast tak inspirowały przyjeżdżających tu artystów, ale Ibsen napisał tu spory fragment „Domu lalki”, a mój ulubiony D.H. Lawrence „Kochanka Lady Chatterley” – teksty o kobietach, które nie całkiem wpasowywały się w gorset obowiązujących wówczas społecznych ról i oczekiwań. Wiele rodzin przyjeżdżało w te okolice na cały sezon, aby odpocząć w cieplejszym klimacie, zaprezentować córki kawalerom z tzw. towarzystwa lub podleczyć gruźlicę. Opisy takich leniwych i rozpustnie luksusowych wakacji zawsze działały na moją wyobraźnię, kiedy czytałam je w wiktoriańskich powieściach (zaczęłam je czytać kilka lat temu z powodu pewnego projektu, ale ta opowieść zdecydowanie zasługuje na osobny post w przyszłości). W końcu musiałam tu przyjechać, żeby zobaczyć te wszystkie niesamowite nadmorskie wille i uginające się pod ciężarem owoców drzewa cytrynowe. Zawsze w podobnie pocztówkowych okolicach prześladuje mnie pewna myśl: dlaczego nie mam włoskich korzeni i jakiejś starej ciotki, po której mogłabym taką willę odziedziczyć? W każdym razie krajobrazy w okolicach Sorrento wydawały mi się dziwnie znajome i cały czas miałam urbanistyczno-krajobrazowe deja vu – zdecydowanie widziałam wcześniej podobne miejsca. W końcu do mnie dotarło, że nie chodzi tylko o wizualne podobieństwo, ale również o nazwę. W południowej części Dublina, w dzielnicy Dalkey, znajduje się… Sorrento Road. Sprawdziłam – ulicę nazwano tak właśnie z uwagi na krajobraz zbliżony do włoskiego Sorrento. Wszystko się zgadza: stoją tu stare, pastelowe domy, rosną palmy, zatoka z kamienistą plażą ma  podobny kształt, a widoczna w oddali góra Sugar Loaf wygląda prawie jak Wezuwiusz. W obu miejscach drogi są wąskie, a wzdłuż nich stoją rustykalne kamienne ogrodzenia. Pogoda bywa skrajnie zmienna, roślinność jest gęsta, klimat łagodny, mieszkańcy zamożni, a nieruchomości koszmarnie drogie (to mnie akurat nie dziwi, a moje marzenia o odziedziczeniu willi w takim miejscu mają jak najbardziej racjonalne podstawy). Zawsze, kiedy trafiałam w tamte dublińskie okolice w słoneczny dzień, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że jestem gdzieś na południu Europy – już wiem, skąd to złudzenie!

Sorento
Wkrótce o Neapolu i Pompejach.

[fot. Monika Arczyńska]

Reklamy
%d blogerów lubi to: