Monthly Archives: Luty 2014

Stereotyp

ERCO
Nie, to nie ja na zdjęciu. To kadr z reklamy ERCO – firmy produkującej systemy oświetleniowe. W filmiku pojawia się pani architekt, która poszukując inspiracji projektowych spaceruje po mieście, rozgląda się dookoła, uśmiecha (najbardziej promiennie na widok machających łapkami chińskich figurek kotków), po czym siada w kawiarni i zaczyna szkicować. Eureka! Chyba właśnie wpadła na jakiś genialny pomysł!

Przy całym moim szacunku i świetnych doświadczeniach z ERCO mam ochotę wrzasnąć: „Skończcie z tymi stereotypami, przecież dobrze wiecie, jak wygląda praca architektów!”. Gdyby ten film miał odzwierciedlać typowy dzień typowego architekta, to przede wszystkim tempo reklamy powinno być co najmniej trzy razy szybsze. Pani architekt, zamiast spacerować, raczej biegłaby przez miasto szybko rzucając tylko okiem na wystawę z kotkami. Poza tym zamiast do kawiarni, pędziłaby na kolejne tego dnia spotkanie. Kawę to się kupuje na wynos, żeby można ją było wypić w locie. Do tego zawsze istnieje ryzyko oblania się, bo trudno trzymać kubek, jeśli trzeba jeszcze nieść torbę z laptopem, aparat fotograficzny, wydruki, próbki materiałów budowlanych i odzież ochronną – a buty potrafią ważyć! Zrelaksowana pani z filmu ma przy sobie tylko torebkę, która wcale nie wygląda na ciężką. Do pełnego stereotypowego wyglądu brakuje jej jeszcze tylko okularów w wyrazistych oprawkach. Czarne golfy chwilowo poszły w niepamięć, ale za to na palcu bohaterki reklamy pojawiła się geometryczna biżuteria. Elementy wskazujące, że pani architekt nie musi spędzać rano wiele czasu przed lustrem to prawie niewidoczny makijaż i nieskomplikowana fryzura – przynajmniej tu wkradła się odrobina realności. Do tego jest szczupła (nie wiem, na czym to polega, ale podobno nie ma grubych architektów). Gdyby to była polska reklama, pewnie podjechałaby pod tę kawiarnię jakimś błyszczącym SUV-em, ale ponieważ to nie Polska, wybrała spacer (dozwolony byłby również holenderski rower). Oglądam ten film kolejny raz i dochodzę do wniosku, że w sumie mam z tą panią wizualnie wiele wspólnego, podobnie jak wielu znajomych architektów. Tylko to spacerowe tempo i zrelaksowany wyraz twarzy kompletnie się nie zgadzają.

A może ten film przedstawia niedzielę? Albo może firmę pani z reklamy dopadła recesja i nagle ma tyle czasu na przemyślenie koncepcji, że może sobie pozwolić na siedzenie w kawiarniach w godzinach pracy? Ale gdyby to było jej jedyne zlecenie, raczej musiałaby zwinąć interes i zająć się czymś innym. Mogłaby na przykład otworzyć kawiarnię. Albo sklep z chińskimi kotkami.

Reklamy

Solarium i drogie zegarki

phaidonatlas.com

Zaczęłam właśnie kurs rosyjskiego. Trochę ze względu na ten projekt, a trochę po to, żeby spełnić dawne marzenie i móc sobie obejrzeć w oryginale Czechowa. Chociaż to nie Czechow, a Gorki zmobilizował mnie do pierwszej próby odświeżenia tego języka (załapałam się na kurs w podstawówce). Kilka lat temu na prezentowanych na festiwalu w Dublinie „Letnikach” siadł system wyświetlania napisów, a ponieważ spektakl wystawiał po rosyjsku teatr z Omska, byłam jedną z niewielu osób na widowni, która mniej więcej rozumiała tekst i dotrwała do końca. W Irlandii znajomość rosyjskiego wydaje się bardziej egzotyczna niż mandaryńskiego, więc bardzo z siebie zadowolona, z myślą o podszlifowaniu tej absolutnie wyjątkowej umiejętności, kupiłam nawet podręcznik, żeby uczyć się samodzielnie. Wiadomo, jak się skończyło – po kilku pierwszych rozdziałach książka wylądowała na półce. Teraz jestem na kursie prowadzonym przez sympatyczną Rosjankę, a w kilkuosobowej grupie uczy się jeszcze jedna architekt, urbanistka, inżynier budownictwa i budowlaniec. Czyżby polska branża projektowo-budowlana planowała zmasowane uderzenie na rosyjski rynek?

To uderzenie to zdecydowanie niegłupi pomysł. Zachód powolutku podnosi się po kryzysie, a w Rosji są takie budżety, że każdy chciałby tam projektować. Ma być prestiżowo i zachodnio, więc łatwo tam o zlecenia światowym starchitektom, a status gwiazdy architektury w Rosji oznacza kawior, szampana, limuzynę i ubóstwianie przez tłumy. Tylko że chociaż wielu projektantów próbuje podbić tamtejszy rynek, udaje się tylko największym lub tym, którzy konsekwentnie i od lat pracują na markę swojego nazwiska. Przypatrzmy się, jak zrobiła to sztandarowa rosyjska gwiazda – Erick van Egeraat. Zaczynał lata temu od mocno pretensjonalnych deweloperskich założeń, a teraz działa już w prawdziwie dubajskiej skali. Zresztą nie tylko skali – również z dubajską dosłownością. W okolicach terenów olimpijskich w Soczi zaproponował wyspy w kształcie Federacji Rosyjskiej. Projekt oczywiście wywołał zachwyty (ach, ten imperialny rozmach!), a van Egeraat sprytnie wykorzystał swoje holenderskie pochodzenie, żeby zapewnić inwestorów o technicznej niezawodności proponowanych rozwiązań – przecież nikt nie ma takiego doświadczenia w budowaniu na morzu jak Holendrzy. Na razie nic nie zrealizowano, ale prezentacja projektu dla Putina i klepanie się po plecach owszem było. Marketing ponad wszystko!

Zacznijmy jednak od ważnego stwierdzenia – van Egeraat wcale nie jest kiepskim architektem. Ma na koncie kilka niezłych budynków, zwłaszcza tych zaprojektowanych jeszcze z Mecanoo, chociaż poziom obniża mu się z wiekiem. Albo może raczej im dalej na wschód, tym słabiej. Coś go na ten wschód ciągnęło jednak od dawna. Najpierw uderzał w kierunku Węgier i zazdrościliśmy Budapesztowi, że projektują tam zachodni architekci, podczas gdy w Polsce mieliśmy jeszcze okres niebieskich ścian kurtynowych. Na nas też jednak przyszła pora i doczekaliśmy się mocno ornamentowej ambasady Królestwa Niderlandów, ale to już w momencie, kiedy van Egeraat był już w Rosji wielką gwiazdą. Jak to zrobił? Projekty projektami, ale musiał mieć to „coś”, co Rosjanie bezrefleksyjnie kupią. Postawił na to, co sprzedaje się  najlepiej w krajach, gdzie kapitalizm jest dziki, a konsumpcjonizm rozbuchany: bling-bling. Trzeba wyglądać drogo i już. Drogie garnitury, drogie buty, obowiązkowa opalenizna. Kiedyś Egeraata porównywano do Brada Pitta, ale to chyba przez fryzurę. Teraz się postarzał, roztył i wygląda jak wschodnioeuropejski biznesmen. Czy to botoks na jego twarzy? A może ktoś potrafi rozpoznać na zdjęciu powyżej, co to za zgrabnie wyeksponowany zegarek? Założę się, że van Egeraat pisze wiecznym piórem. Złotym. Ten imidż byłby niepełny bez odpowiednio atrakcyjnej trophy wife, najlepiej pochodzącej z Rosji – poślubienie Rosjanki to jak symboliczne zaślubiny z krajem. Ten punkt programu też odhaczył.

Z tą żoną to w ogóle jakaś dziwna sprawa. Tiffany van Egeraatova podobno jest modelką, ale na stronie biura męża pojawia się na liście pracowników. Pamiętam za to, że kiedy jeszcze studiowałam w Delft, na gościnnym wykładzie van Egeraata zaskoczyła wszystkich pewna sytuacja. Wśród studentów, w pierwszym rzędzie, siedziała wpatrzona w niego przez cały czas blondyna. Mocno wyróżniała się na tle zmęczonych ślęczeniem nad projektami studentów. Typ Barbie, długie nogi, krótka kiecka – kobieta o funkcji zdecydowanie ozdobnej (podobnie, jak wiele budynków Egeraata). W kuluarach plotkowano, że to była miss Czech. Później dopiero doczytałam, że to jednak Rosjanka i nie miss, tylko modelka. Ale może to faktycznie była Czeszka, ale okazała się mało skuteczna jako przynęta dla czeskich zleceń i trzeba ją było wymienić na bardziej obiecujący – rosyjski – model? W sumie nie przypominam sobie, żeby van Egeraat cokolwiek zaprojektował w Czechach. Nieważne. Erickowi i Tiffany życzę wszystkiego najlepszego, ale marzy mi się powrót do jakości Mecanoo zamiast sztucznych wysp i sesji zdjęciowych z Putinem.

[zdjęcie z www.phaidonatlas.com]

Walentynka

alejandro-aravena-Metalocus.es

Alejandro,
Walentynki to najlepsza okazja, żeby Ci się do czegoś przyznać: kocham się w Tobie od czasu tego wykładu. Pamiętam dokładnie ten dzień. Byłam bardzo ciekawa, o czym opowiesz i które projekty pokażesz, ale to, co mnie spotkało, to był prawdziwy piorun sycylijski. Od tamtej pory miałam już gotową odpowiedź na pytanie „kto jest Twoim ulubionym architektem”. Nie dość, że doskonały architekt, to jeszcze taki facet!

Twój ELEMENTAL – współpraca pomiędzy projektantami, uczelnią a największym chilijskim koncernem naftowym – to genialna koncepcja. Jak już się za coś zabierasz, to porządnie – kiedy postanowiłeś zrobić „coś” w kwestii mieszkalnictwa socjalnego, zrealizowałeś już ponad tysiąc jednostek. Quinta Monroy to absolutnie genialny projekt, a zawsze wydawało mi się, że w mieszkalnictwie już za wiele nowego nie da się wymyślić. Zbudowaliście połowę każdego mieszkania, żeby zmieścić się w restrykcyjnym budżecie publicznej dotacji – konstrukcję, kuchnię, łazienkę i dach. Resztę mieszkańcy mieli dobudować sami. Z jednej strony zajmujesz się tak pragmatycznymi zagadnieniami odkładając na bok kwestie estetyczne, z drugiej potrafisz zaprojektować tak niesamowite budynki jak Wydział Medyczny PUC. Dla skomplikowanych problemów znajdujesz banalnie proste rozwiązania, jak drzewa jako remedium przeciwko tsunami w Constitución czy dla poprawy jakości życia w Calamie. Nie wspominam nawet o tak sprytnym (i przedsiębiorczym!) pomyśle jak antykrzesło Vitry. Wiesz, ile Eamesowie musieli się napracować, żeby dopracować te swoje gięte sklejki? Długie miesiące prototypowania, a Ty rach-ciach, wymyśliłeś jeden pasek, do tego logo Vitry i biznes jest. Ach, nawet inicjały masz takie doskonałe – Alejandro Aravena – podwójne A jak „architektura”. Do tego wszystkiego uczysz na Harvard GSD i jesteś w jury Pritzkera, w Twoim wieku!

Ale nie samą architekturą człowiek żyje, prawda? Wpadłeś mi w oko już w „Urbanized”. Nie każdy wygląda tak świetnie w garniturze, nie wspominając o białych koszulach, które tak często nosisz. Skąd masz ten niesamowity, lekko brytyjski akcent? Ach, i ten Twój chłopięcy urok i rozwichrzone włosy, które dodają Ci lekkiej łobuzerskości. Podobno kiedy po studiach miałeś kiepskie zlecenia projektowe, prowadziłeś bar, ale myślę, że równie dobrze sprawdziłbyś się jako amant w komediach romantycznych. Nie miałam odwagi podejść i porozmawiać na tym pamiętnym wykładzie – nogi chyba trzęsłyby mi się jak galareta, głos łamał i tylko gapiłabym się na Ciebie maślanym wzrokiem. Dziewczyny z biura, które spotkały Cię przy okazji moskiewskiego konkursu, mówią, że jesteś bardzo sympatyczny. Myślę, że również są zauroczone, chociaż nie chcą się przyznać.

Gdybyś szukał żony, zgłaszam się jako ochotniczka! O świetnej reputacji żon ze Wschodniej Europy nie muszę Ci chyba przypominać. Co prawda nie znoszę sprzątać i średnio gotuję, ale życie z Tobą musi być bajką, a w bajkach takimi bzdurami zajmują się inni. Do garów więc nie bardzo, ale chętnie dam się zagonić do projektowania w Twoim biurze. Mam już co prawda męża, ale bardzo wyrozumiałego. Myślę, że się dogadamy.

Twoja cicha wielbicielka.

PS Zdjęcie ukradłam z www.metalocus.es, ale mam nadzieję, że mi wybaczysz.

Archidżender

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Szefowa została niedawno nominowana do nagrody Architects’ Journal Woman Architect of the Year, w polskich mediach trwa nadal dyskusja o tym strasznym słowie na ‚G’, a ja właśnie się zorientowałam, że Six Letter City brzmi prawie jak Sex and the City. Czuję się więc zobowiązana do komentarza na ten temat, chociaż zdaję sobie sprawę, że wszyscy już o nim pisali (nie tak dawno m.in. Marcin Szczelina w Sukcesie). Boli mnie jednak, kiedy na hasło „kobieta i architektura” wszystkim automatycznie przychodzi do głowy Zaha H. To trochę jak z testem, w którym po rozwiązaniu kilka prostych arytmetycznych zadań pytani są proszeni o podanie nazwy jakiegoś warzywa i 98% podaje marchewkę. A temat jest przecież znacznie rozleglejszy. O różnicach w zarobkach trąbią stale media, na uczelniach są kursy z Architecture and Gender, powstały o tym opracowania naukowe i książki – tam odsyłam więc po obiektywne dane i opinie, a tu dorzucę kilka własnych doświadczeń.

Wydaje mi się, że istnieje kolosalna różnica pomiędzy „kobietą-architektem” a „młodą kobietą-architektem”. Tej drugiej łatwiej wmówić, że czegoś nie da się zaprojektować albo bez skrępowania rzucić jakąś seksistowską uwagę. Kiedy jeszcze jako studentka zaczęłam zdobywać pierwsze doświadczenia w pracowni projektowej, często przesiadywał tam współpracujący z biurem architekt starszego pokolenia, swoją drogą niezła legenda (jego utopijne modernistyczne projekty z czasów wczesnej młodości można znaleźć w podręcznikach architektury XX wieku). Z reguły grzecznie siedziałam w tym czasie przy biurku i klikałam, ale kiedy raz wstałam, żeby podejść do drukarki, pan architekt-legenda zastrzelił mnie tekstem: „No, nareszcie się pani pokazała w całej okazałości”. Chyba towarzyszyło temu mlaśnięcie, ale mam nadzieję, że był to tylko dźwięk papieru wypluwanego z drukarki. Teraz myślę, że to i tak było dość niewinne sformułowanie, ale jednak pamiętam to do dziś.

Pod koniec studiów trafiłam do firmy budowlanej. Cieszyłam się, że zdobędę dużo praktycznego doświadczenia, ale zasady były proste: od budowy są faceci, od biura – babki. Nawet do stolarni prawie nie miałam wstępu, chociaż w stolarni dziadka spędziłam całe dzieciństwo. Kiedy lądowałam na budowie, to głównie po to, żeby wykonać jakąś mało istotną robotę typu fotografowanie postępów prac. Zasady BHP były wówczas w Polsce mocno olewane, więc uważano, że nie warto, żebym traciła czas na przebieranie się w ubranie ochronne, więc zdarzało mi się biegać na obcasach po szalunkach i zbrojeniach. W takich warunkach naprawdę trudno robić profesjonalne wrażenie.

Po moim wyjeździe z Polski nagle okazało się, że mimo iż chyba wszędzie istnieje w branży szklany sufit, to są na świecie miejsca, gdzie przynajmniej na początku zawodowej drogi jest łatwiej. Nie chcę gloryfikować zachodnich warunków pracy, ale nie przypominam sobie stamtąd seksistowskich uwag lub podważania moich kompetencji tylko dlatego, że jestem kobietą. Nie ma też taryfy ulgowej dla pań – na budowie każdy wspina się po rusztowaniach albo tapla po kolana w błocie. Powoli doganiamy w Polsce te standardy. Cieszą mnie akcje typu „dziewczyny na politechniki” i nie wyobrażam sobie, żeby mogła teraz zaistnieć sytuacja, którą znajoma miała na studiach kilkanaście lat temu – broniąc koncepcji projektowej usłyszała od prowadzącego, że jeśli będzie się tak przy wszystkim upierać, to nigdy nie wyjdzie za mąż. Kobiety zaistniały w zawodzie i dotarły na szczyt zhierarchizowanych struktur i instytucji – przykładem niech będzie zarząd warszawskiego SARP-u, gdzie działają Marlena Happach i Ola Wasilkowska, czy naczelne redaktorki Architektury-Murator i A&B. Największy postęp polega na tym, że mówi się już głównie o ogólnych nierównościach oraz trudnościach w pogodzeniu macierzyństwa z pracą, a nie o tym, czy sama profesja jest „damska” czy „męska”.

Na koniec krótka deklaracja: pomimo feministycznego zacięcia nie używam określenia „architektka” – zbitek „ktk” tak mnie odpycha, że mogę być architektem, panią architekt czy eine Architektin, byle nie używać tego dziwnego językowego tworu. Istnieje w ogóle w polskim inne słowo z taką kombinacją spółgłosek?

[fot. Monika Arczyńska]

„W 2008 roku…”

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
“W 2008 roku połowa światowej populacji będzie mieszkać w miastach” – Joanna Kusiak zażartowała kiedyś, że odkąd tylko to stwierdzono, prawie wszystkie publikacje o miastach zaczynały się właśnie tymi słowami. Chwytliwy początek czy odpowiednik nieszczęsnego „Na wstępie mego listu pozdrawiam Cię serdecznie”? Może bardziej papierek lakmusowy pozwalający ocenić, czy warto przebijać się przez ciąg dalszy tekstu. Polecam tę metodę – jeśli te słowa padają w artykule opublikowanym po 2008 roku, proszę go bez czytania wyrzucić do kosza, bo będzie się na pewno składać z frazesów i mało odkrywczych wniosków. Zastosowałam właśnie tę metodę wobec dyskusji po projekcji „Megacities” w gdańskim Instytucie Kultury Miejskiej. Chociaż staram się nie wychodzić, zanim rozmowa się rozkręci, uciekłam po trzeciej rundzie komentarzy prowadzących. Niestety, padło nie tylko „W 2008 roku…” ale i kilka podobnych formułek. Nie wierzę w cudowny rozwój tej dyskusji, ale jeśli tak się stało i ktoś dotrwał do końca, chętnie wysłucham relacji.

A sam film? Michael Glawogger nakręcił go dokładnie dekadę przed przełomowym 2008 rokiem, ze świeżym spojrzeniem na ówczesny obraz megamiast: Bombaju, Meksyku, Moskwy i Nowego Jorku. Ówczesny, bo w ciągu tych kilkunastu lat wiele się zmieniło – Moskwa stała się jednym z najdroższych miast świata, a brudne ulice Nowego Jorku, na których w filmie przeważają alfonsi i handlarze narkotykami, pewnie już dawno się zgentryfikowały i spacerują nimi co najwyżej hipsterzy. Glawogger skupił się jednak na najniższych klasach społecznych, które nadal żyją tak samo w swoich zwartych społecznościach, wykonując monotonną, ciężką pracę i poszukując od niej ucieczki w prostych rozrywkach i marzeniach o lepszym życiu. Dokładnie jak robotnicy od czasów rewolucji przemysłowej, tylko świat zglobalizował się bardziej i szyte w Bombaju koszule szybciej trafiają na nowojorską ulicę. Życie miejskiej biedoty jest jednak zdecydowanie bardziej malownicze i mówi więcej o lokalnym kontekście, niż gdyby pokazano westernizującą się klasę średnią, która bez względu na geograficzne położenie zmierza do jedynego słusznego konsumpcyjnego modelu. Mam jednak wrażenie, że tytuł filmu jest nieco mylący – to dokument nie tyle o megamiastach, co o megamiastach w pierwszym i trzecim świecie, w których anonimowość lub jej brak i miejski surwiwal mają zupełnie inny charakter. Różna jest też relacja wobec infrastruktury i technologii. W ogromnych ośrodkach ludzie zawsze przypominają trybiki złożonej miejskiej maszyny, ale w pokazanym w filmie trzecim świecie wydają się prawie zrośnięci z posiadanymi narzędziami, które zapewniają im codzienny chleb i definują ich tożsamość. A gdy nie ma narzędzi, sprzedawanie własnego ciała również wpasowuje się w skomplikowany system współzależności oraz wymiany towarów i usług. Dobrze zobaczyć ten działający prostymi, ale zmysłowymi obrazami film po kilku latach czytania akademickich tekstów o istocie megaurbanizacji i wiążących się z nią zagrożeń. „W 2008 roku…”, brzmiące w momencie powstania dokumentu nieco futurystycznie, byłoby akurat dla niego trafnym wstępem.

[fot. Monika Arczyńska]

13 metrów kwadratowych

PRZEDPO
13 metrów kwadratowych – taka powierzchnia do pokrycia gładzią gipsową wystarczyła, żebym całkowicie zmieniła zdanie o poziomie trudności podstawowych robót budowlanych. Nakładanie to łatwizna, ale szlifowanie? Po kilku godzinach czuję się jak po ostrym treningu na siłowni i na pewno będę mieć jutro zakwasy. Mimo maski mam w płucach chyba tonę gipsu, na dłoniach odciski jak po wiosłowaniu, a moje paznokcie wyglądają zdecydowanie niewyjściowo. Właściwie to już nawet nie mam paznokci. Żeby chociaż efekt na ścianach był powalający (piiiip, właśnie padło bardzo brzydkie słowo). Wszyscy pytali, dlaczego zabieram się za to sama, a ja po prostu chciałam zobaczyć, czy to faktycznie takie proste, jak mi się zawsze wydawało. Nie jest. To tylko wygląda jak brudna, ale nieskomplikowana czynność. Wstydzę się teraz strasznie, bo dotychczas spośród większości robót na budowie wrażenie robiło na mnie tylko układanie zbrojenia. Koronkowa robota w prętowo-drucianej wersji, na dodatek wykonywana w rękawicach i to często dłońmi zgrabiałymi od zimna – to faktycznie wymaga umiejętności i doświadczenia. Ale inne roboty? Wibrowanie betonu – łatwizna. Murowanie – żadna filozofia. Wylewki – phi, przecież same się poziomują. Ale od tej pory będę ze zdecydowanie większym szacunkiem patrzeć na robotników, zwłaszcza tych szlifujących ściany i będę o nich myśleć za każdym razem, kiedy w projekcie stanę przed wyborem gładź kontra gips-karton.

Obiecuję, że w ogóle będę o nich częściej myśleć, bo zdarza mi się to zbyt rzadko. O BHP jak najbardziej, ale czy architekci przejmują się komfortem osób, które będą realizować ich projekty? Chyba raczej uważają je za roboty, które są w stanie wejść w najciaśniejszy kąt, żeby wkręcić jakąś cholerną śrubkę albo zamalować zupełnie niewidoczny fragment ściany. Z myślą o bardziej humanitarnym traktowaniu robotników budowlanych i większym szacunku dla ich pracy proponuję następujący zestaw pięciu przykazań:

1. Nie marudź, kiedy temperatura spada poniżej zera, a trzeba iść na budowę.
Niektórzy już na niej są.

2. Nigdy nie komentuj, że byle małpa potrafiłaby … (tu wstaw odpowiednią czynność).
Jeśli tak uważasz, spróbuj zrobić to sam.

3. Projektuj tak, żeby wykonawcy Twoich pomysłów nie musieli być akrobatami.

4. Nigdy nie narzekaj na jakość wykonawstwa przy robotnikach.
Usłyszą to i tak od kierownika budowy.

5. Zaakceptuj, że odzież ochronna jest mało sexy. Twoja jest przynajmniej w miarę czysta.

Amen.

[fot. Monika Arczyńska]

Reklamy
%d blogerów lubi to: