Category Archives: architektura

Monarchitektura pocztowa

stamp.jpg

Księżna Kate i książę William odwiedzają dziś Gdańsk, a ja oglądam sobie znaczki Poczty Królewskiej. Głównie jeden znaczek, ze specjalnej serii poświęconej współczesnej brytyjskiej architekturze – obok rozbudowy Tate Modern, Edenu czy biblioteki w Birmingham znalazło się tam także Giant’s Causeway Visitor Centre.

Patrzę na ten kamienny narożnik i przypominają mi się długie godziny spędzone na kombinowaniu, jak pogodzić restrykcyjną geometrię z materiałem – lokalnym bazaltem, który kompletnie nie nadawał się do celu, w jakim zamierzaliśmy go użyć.  Kilka razy modyfikowałam podziały bloków, bo w trakcie budowy okazało się, że nie da się pozyskać wymaganych wielkości. A bloków było ponad 14 tysięcy, wszystkie docinane pod kątem i ręcznie montowane w elewacjach. Na północnym wybrzeżu pada wyjątkowo często, a zimno jest potwornie przenikliwe i kiedy przypomnę sobie kamieniarzy cierpliwie układających w mżawce zimne bloki kamienia, myślę o nich z podziwem i wdzięcznością. To wspólna, świetna robota ogromnego zespołu – projektantów, wykonawców, klienta – i cieszę się, że została wyróżniona w ten sposób. Gratulacje dla wszystkich!

PS O projekcie pisałam więcej tutaj.

Wkrótce urlop!

hiszpania 02

Już niedługo spakuję do walizeczki na kółkach wysłużony przewodnik Pascala, mapki z zaznaczonymi miejscami, w których stołują się lokalsi i kilka letnich kiecek. Czuję, że już dawno tak bardzo nie zasługiwałam na odpoczynek. Pomysłów na wyjazd mieliśmy mnóstwo – zamarzyły nam się odległe, egzotyczne miejsca, ale nie mieliśmy siły na planowanie. Przez chwilę nawet rozważaliśmy staycation i wylegiwanie się na trójmiejskich plażach oraz wycieczki rowerowe po okolicy, bo nigdy nie mamy na to dość czasu. Ostatecznie doszliśmy do wniosku, że wyjazd to jedyna możliwość, żebyśmy oderwali się od komputerów.

Przejrzałam ofertę tanich linii i padło na kontynuację trasy sprzed roku – północ Hiszpanii. Lądujemy w Madrycie, jak rok temu, ale potem trasa biegnie nie na północny wschód, ale zachód, przez Segowię, Salamankę, Leon, Oviedo, Gijon, Lugo, Santiago de Compostela i Pontevedrę. Oczywiście wszystko transportem publicznym – nigdzie nie odpoczywam tak dobrze, jak w autobusach ALSA. Plażowo będzie może przez chwilę, ale w sumie to żadna strata, bo to nie jest najbardziej słoneczny rejon Hiszpanii. W czasie deszczu, a pada tam często, będziemy skakać między cukierniami i barami. Tego nie mogę doczekać się równie mocno, jak zwiedzania.

Znów będziemy oglądać trochę współczesnej architektury. Ubiegłoroczny wyjazd zdominowali Gehry, Moneo, Hadid i Nieto Sobejano, a teraz najbardziej nie mogę się doczekać realizacji Mansilla + Tuñón. Niemeyera w Aviles sobie odpuścimy, skoczymy za to zobaczyć dziwacznego Calatravę w Oviedo. Jeśli możecie podpowiedzieć jeszcze inne realizacje, będę bardzo wdzięczna.

hiszpania 05

Za każdym razem podczas wakacji zastanawiam się, jak by tu sobie przeorganizować życie (zawodowe przede wszystkim), żeby móc wynająć jakieś mieszkanie w pięknym, ciepłym miejscu, poza sezonem, więc za grosze i tam na miejscu pisać swoje dyrdymały i dłubać projekty, korzystając przy okazji z bogactwa świeżych ryb i soczystych owoców. I wina, jak mogłam zapomnieć o winie. Na razie mam za dużo obowiązków na miejscu, ale może to pomysł na emeryturę?

Jeśli nie będę się odzywać, odpowiadać na maile, wiadomości, telefony i smsy, proszę mnie nie ścigać. Odpoczywam:)

[Fot. Łukasz Pancewicz/Monika Arczyńska – tak było rok temu]

A2P2

IMG_1675a.jpg

Miała być oficjalna premiera strony internetowej – baloniki, fajerwerki i fanfary, ale skończyło się jak zwykle. Nie wszystko jeszcze działa idealnie, wprowadzamy ostatnie poprawki, ale zapraszamy już na A2P2.pl oraz na nasz fejsbukowy fanpejdż. W końcu współpraca z moim osobistym urbanistą nie jest już tylko robieniem razem fuch po godzinach, ale pracujemy nareszcie na własne  nazwiska.

Stronę www oraz identyfikację wizualną opracował nam Patryk Kalista z Pictodo. W końcu mamy wizytówki i papier firmowy z prawdziwego zdarzenia. Ba, nawet kupiłam kilka korpokiecek. Na stronie będzie zdecydowanie poważniej niż na blogu – same oficjalne informacje o projektach, którymi się zajmujemy. A mamy się czym zajmować, bo chociaż zaczęliśmy współpracować mniej więcej rok temu, okazało się, że jest spore zapotrzebowanie na projekty i doradztwo z pogranicza architektury i urbanistyki. Lokalnie i międzynarodowo – na przykład zajmujemy się wspólnie z Henning Larsen oraz BBGK obszarem Stoczni Cesarskiej. Żartujemy, że to przeznaczenie, bo w 2000 roku po raz pierwszy pracowaliśmy razem, jeszcze w akademiku, nad studenckim konkursem dla tego terenu. Wyjeżdżając kilka lat później do Dublina martwiliśmy się, że nie będziemy już mieć okazji zmienić nic na tym terenie, a tu niespodzianka – czekał na nas kilkanaście lat. A z konsekwencjami tej studenckiej współpracy zmagamy się do dziś – skończyło się na obrączkach i wspólnej firmie.

Przeciwko naszemu zespołowi MVRDV i Studio Paola Viganò – trzymajcie kciuki!

[Fot. Jakub Nanowski]

Zespołowa kreatywność

kropki.jpg

Wspominałam już wcześniej o projekcie, nad którym pracujemy obecnie ze studentami. Mowa o Witominie i obszarze objętym programem rewitalizacji, dla którego tworzymy wytyczne dla przekształcenia biegnącej między blokami przestrzeni publicznej. O przebiegu i efektach pracy napiszę, kiedy tylko uda nam się zakończyć prace nad podsumowującym raportem (właśnie robię jego korektę). Sesja już się skończyła, wszyscy mają już wystawione oceny, a prace trwają nadal. Stereotyp, że obecnie studenci marzą tylko o jak najmniejszym wysiłku przy odbębnianiu swoich obowiązków, kolejny raz okazał się wyssany z palca.

To trzeci taki semestralny projekt w naszej wspólnej (mojego osobistego urbanisty i mojej) dydaktycznej karierze i odnoszę wrażenie, że co roku kurs wychodzi coraz lepiej. Informacja zwrotna jest kluczowa i za każdym razem pytamy studentów – czy to w anonimowych formularzach, czy przy piwie – co ich zdaniem  można by przeprowadzić inaczej. Za każdym razem wprowadzamy sugerowane przez poprzednie grupy zmiany i chociaż nie zawsze jest to proste, staramy się pracować i nad samymi kursami, i nad naszym podejściem. Tym razem było wyjątkowo trudno – grupa liczyła aż 45 osób. Nigdy nie pracowaliśmy z tak dużym zespołem i przyznajemy, że to zdecydowanie za dużo jak na dwoje wykładowców, co zresztą wskazało wielu studentów. Przy tej liczbie nie ma szans na indywidualny i satysfakcjonujący kontakt z każdym. Ponieważ pracowaliśmy nad jednym projektem, zadanie polegało przede wszystkim na skoordynowaniu i zaplanowaniu w 15 tygodni dużego, sprawnie działającego biura. Dlatego trzeba wykorzystać jak najlepiej potencjał wszystkich uczestników, usprawnić komunikację i  rozdzielanie obowiązków oraz – szczególnie ważne – zaufać uczestnikom projektu. O tym wszystkim napiszę jeszcze bardziej szczegółowo, wychwalając pod niebiosa absolutnie niesamowitą grupę, która pobiła wszelkie rekordy samoorganizacji i odpowiedzialności. To była taka przyjemność, z tak energetyzującą atmosferą podczas piątkowych zajęć, że zawsze po ich zakończeniu  poziom adrenaliny wracał mi do normy dopiero następnego dnia. W środę 5 lipca podczas Gdynia Design Days opowiemy o tym, jak ten proces wyglądał „od kuchni” i jakie zastosowaliśmy metody nowoczesnego zarządzania zespołem. Zapraszamy!

PS Komentarze odnośnie naszej pracy okazały się w tym roku wyjątkowo rozbudowane i wartościowe. Oczywiście nie wszystkie miały pozytywny wydźwięk – oberwało nam się (i słusznie!), za to, że za dużo gadamy i że elastyczna formuła nie wszystkim odpowiada. Wśród pozytywnych opinii najbardziej rozczuliła nas ta: Nie zamieńcie się w „normalnych” profesorów.

 

 

Jak wykończyć mieszkanie wykańczając i siebie, odc.5

04

Dawno nie pisałam o remoncie, pewnie dlatego, że już wszystko skończone i tak cieszę się uczuciem ulgi, że nie mam nawet ochoty przypominać sobie tego koszmaru. Jednym z największych wyzwań była łazienka. Maleństwo pod skosem, o trójkątnym przekroju, tak ciasna, że nie zmieściła się tam nawet umywalka. Kiedy po raz pierwszy zobaczył ją mój wysoki osobisty urbanista (tak się złożyło, że nie mógł zobaczyć mieszkania przed jego zakupem), załamał się, bo nie udało mu się tam nawet wyprostować.

laz mala.jpg

Ale ja się nie załamałam, bo chodził mi po głowie pewien pomysł. Musiałam go jednak najpierw sprawdzić na rysunku i makiecie. Łazienka miała klaustrofobiczne proporcje przede wszystkim z powodu dachowego mikrookienka. Na dodatek mocno prehistorycznego, z pojedynczym uchylnym szkleniem od zewnątrz i mocowaną specjalnymi uchwytami przeszkloną ramką okienną od wewnątrz. Dlatego pierwszą rzeczą, za jaką się zabrałam, było dobranie nowego okna dachowego – tej samej wielkości od zewnątrz, ale otwieranego do góry i z obróbkami zapewniającymi możliwie dużo miejsca w środku. W budynkach, które znajdują się w ewidencji zabytków, okno można wymienić na podstawie zgłoszenia, ale należy to uzgodnić z konserwatorem. Zajęło to trochę czasu, ale nie było skomplikowane. Pod oknem umieściłam umywalkę i to okazało się strzałem w dziesiątkę. Szczotkując zęby przyjemnie patrzy się na sikorki, sroki czy sójki przysiadające na rosnącym tuż obok drzewie. A już na pewno zdecydowanie przyjemniej niż na własne odbicie w lustrze, zwłaszcza tuż po deadlinie.

06

Jeśli chodzi o ściany, zdecydowałam się na płytki – cegiełki. Chociaż nie znoszę ich w nowych mieszkaniach, do kamienic pasują mi idealnie. Najpierw zamarzył mi się zielony kolor zbliżony do kafli pieca, ale okazało się, że kiedy szuka się czegoś konkretnego, nigdzie nie można tego kupić. Oczywiście oprócz brytyjskich manufaktur, gdzie metr kwadratowy kosztuje tyle, że można by za to wyremontować całą łazienkę. Poszukując płytek trafiłam na zielone kafelki w zupełnie „niepiecowym” odcieniu, za to w takim, w jakim wykańczano łazienki przed wojną. Bardzo „higienicznie” kojarzy mi się ta seledynowa zieleń, może z uwagi na ubrania chirurgiczne i kolor papierowych ręczników.

Początkowo planowałam zabudowanie pralki w kuchni, ale wówczas nie byłoby miejsca na zmywarkę. W cudownie powiększonej łazience zmieściła się za to bez problemu jedna z najmniejszych pralek na rynku – okazało się, że mieści się w niej prawie tyle samo prania, co w standardowych. Początkowo doprowadzała mnie do rozpaczy dudnieniem przy wirowaniu i przesuwaniu się o ładnych kilkadziesiąt centymentów. To przez nią mam teraz w domu matę antywibracyjną, gumowe kliny, i duży zapas tabletek od bólu głowy – nic nie działało…Skąd te łazienkowe tańce? Hm, nie przeczytaliśmy dokładnie instrukcji. Niektóre pralki mają więcej niż jedną blokadę i zdarza się, że ta informacja jest opisana wyjątkowo małymi literkami. Dwoje doktorów nauk technicznych nie poradziło sobie  z tym problemem i wezwało serwisanta, który w trzy minuty wyciągnął ze środka dwie metalowe śrubki, kasując za to tyle, ile dostaję za kilka godzin wykładów. Czytajcie instrukcje!

[Fot. Monika Arczyńska]

Ruinizm depresjonistyczny

ruiny

To było w wakacje, na samym początku studiów, gdy ekipa z roku zorganizowała plener malarski w Kwidzynie. Zakwaterowano nas w bursie szkoły muzycznej, gdzie wyeksploatowane pianina już w pierwszych dniach naszego pobytu rozstroiły się na amen. Dostaliśmy po palecie, worku farb i pędzli oraz tektury i ruszyliśmy w miasto w poszukiwaniu malowniczych miejsc. Nie wiem, czy zadziałały rzewne kawałki Radiohead, męczone na tych wymęczonych pianinach, czy używałam za dużo błękitu paryskiego, czy to może moja słabość do malowniczych, podniszczonych miejsc, ale moje prace ochrzciliśmy mianem „ruinizmu depresjonistycznego”.

Teraz o studenckim „ruinizmie” przypomniała mi galeria Raster, przysyłając album „Ruiny Warszawy”, opracowany przez Łukasza Gorczycę i Michała Kaczyńskiego. Od razu przyznaję się bez bicia: nie spodziewałam się po tej książce wiele więcej, niż zbioru smutno-sentymentalnych fotografii powojennej stolicy. Nawet nie spieszyłam się za bardzo na pocztę, żeby odebrać przesyłkę. Myślałam, że nie zobaczę w niej nic nowego, ale znów obrazy zapamiętane z lektur szkolnych, „Czterech pancernych” i „Pianisty”, z Muzeum Powstania Warszawskiego i z Muzeum II Wojny Światowej. Są tak zakodowane w pamięci, że trudno je odczuwać inaczej niż sentymentalnie – jako zakończenie, ale i jako rozpoczęcie nowej historii. Warszawa jest dla mnie nieco odległa, ale ruiny Gdańska pamiętam doskonale z opowieści dziadka, który przeniósł się tutaj tuż po wojnie. Wspominał, że Długa, ta sama Długa, którą zajmowałam się rok temu ze studentami, patrząc na jej odbudowane pierzeje jak na Disneyland, była kiedyś kupą gruzu z biegnącą środkiem wąską ścieżką. Ale to w tym pełnym ruin mieście poznał moją babcię i tam urodziła się moja mama. Z kolei moje wspomnienia to Wyspa Spichrzów, na której nie tyle straszyły, co malowniczo „ruinistycznie” przypominały o przeszłości pozostałości ceglanych spichlerzy. Kiedy patrzę na beton wylewany brutalnie w ich sąsiedztwie, zaczynam się zastanawiać, czy to przypadkiem również nie jest barbarzyństwo, chociaż cieszę się, że ta część miasta w końcu ożyje. Deweloperskie inwestycje zabierają mi jednak obraz dzieciństwa i młodości.

cover

Płócienna oprawa albumu mieści zdecydowanie więcej, niż wspomniane obrazy. Kiedy w końcu usiadłam na spokojnie do oglądania i czytania, nie mogłam przerwać. Książka obejmuje nie tylko wojenne zniszczenia, ale całe ostatnie stulecie – od zdjęć wysadzonego w 1915 roku Mostu Poniatowskiego po współczesne wyburzenia pod nowe inwestycje. Ogląda się go jak doskonałą wystawę opatrzoną świetnym wstępem, przedstawiającą warszawskie ruiny sfotografowane przez różnych autorów. Zamiast typowego dla podobnych publikacji zbioru anonimowych zdjęć są tam zamieszczone i uzupełnione tekstami serie. Wśród nich m.in. „Ślady” Mariusza Hermanowicza – chłodny zapis na kliszy powojennych blizn warszawskich murów czy dzieci sfotografowane przez Davida Seymoura. Jedna z najbardziej zaskakujących serii to fotokolaże Romana Cieślewicza, Teresy Kuczyńskiej i Bohdana Łopieńskiego z miesięcznika „Ty i Ja” z 1962, zrealizowana z okazji obchodzonego we wrześniu miesiąca odbudowy Warszawy.  Na czarno-białym tle ruin wyginają się wycięte z francuskich magazynów modelki w pokolorowanych kostiumach i kombinezonach. Łukasz Gorczyca tak komentuje te kolaże :

Wyreżyserowane na łamach „Ty i Ja” spotkanie dwóch światów jest tym bardziej paradoksalne, że konfrontuje ze sobą widmowe rzeczywistości: odchodzące w przeszłość widoki ostatnich warszawskich, powojennych ruin oraz nabierający po wojnie ropzędu globalny przemysł fotografii modowej. Z tego połączenia wynikł wyjątkowy dokument jakże trafnie opisujący warszawski krajobraz przełomu lat 50, i 60,: biedę i surowość, ale też kosmopolityczne aspiracje pwoojennej odbudowy, zapisaną w ruinach wojenną traumę i nie wolne od desperacji próby jej odczarowania za pomoca witalnej figury młodej, modnej dziewczyny-kociaka […] 

Część poświęcona mniej odległym czasom, tym po ’89, jest nie mniej ciekawa. Fotografie Marty Leśniakowskiej z wyburzania Supersamu mają podobny wydźwięk jak zdjęcia Michała Szlagi, dokumentujące znikanie materialnych pozostałości Stoczni Gdańskiej. Z kolei seria Franciszka Buchnera przedstawia współczesne budynki wyburzane pod nowe deweloperskie inwestycje – kolejne kapitalistyczne symbole w stolicy. Większość z ich to niezbyt cenne obiekty, po których nikt nie będzie raczej płakał, ale wśród zdjęć znalazła się m.in. rozbiórka Emilii. Cieszę się z umieszczenia w albumie obrazów znikania cennego powojennego modernizmu – zapis obrazów przeszłości sprawia, że zaczyna się odczuwać te straty jako coś nieuniknionego, należącego już do historii. Ich oglądanie odbieram jak przeglądanie konserwatorskiej dokumentacji niestniejących już obiektów. Były – nie ma – trudno. Idziemy dalej.

Przymierzaliśmy się kiedyś z moim ulubionym historykiem sztuki do tematu ruin – chodziła nam po głowie wystawa albo tekst, bo pomyśleliśmy, że zestawienie punktu widzenia człowieka od sztuki i od architektury przyniesie ciekawe wnioski. Nie będziemy jednak się tym już zajmować – Raster zrobił to aż za dobrze. A tekstów Łukasza Gorczycy zdecydowanie chcę poczytać więcej.

Album można przejrzeć na stronie galerii: http://rastergallery.com/galeria/materialy-prasowe/ruiny-warszawy-materialy-prasowe/?kontekst=prasowe, a kupić w intermetowej księgarni Bęc Zmiany: http://sklep.beczmiana.pl/2-glowna/797-ruiny-warszawy-lukasz-gorczyca-michal-kaczynski.html

[Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz]

 

Głupia winda

wind

Piątek, 8:30 rano, Politechnika, trzy panie doktor z Wydziału Architektury próbują wsiąść do windy, żeby bez zadyszki zdążyć na zajęcia. Mamy bardzo wysokie kondygnacje w Gmachu Głównym, więc przy braku superkondycji bez zadyszki się nie da. Z kolei windy mamy nieprzewidywalne, najwolniejsze pod słońcem i generalnie nie za mądre. Stanowią świetny temat dla porannego small talka (ile można komentować pogodę). Nasz dialog wyglądał mniej więcej tak:

Pani dr K: Ojoj, znów się nie zatrzymała.

Pani dr B: Ależ głupie te windy.

Pani dr A (ja): Ups, ale to kiepsko brzmi.

B: Co kiepsko brzmi?

A: „Głupia winda” kiepsko brzmi. Jak „głupia baba” albo „głupia krowa”. Zawsze rodzaj żeński jest głupi.

B: Ooo, ale feministycznie od samego rana! (uśmiech)

A: No pewnie. Dlatego proponuję nazywać ją jednak po męsku. Np. „głupi wind”. Albo „głupi lift”.

K: Hm, ja tam nie chcę pań architekt poprawiać, ale fachowo „winda” to nie „winda”, ale… „dźwig”.

A i B jednocześnie: „Głupi dźwig”? Idealnie!!!

KURTYNA.

 

Parki i ogrody terapeutyczne

terap

Dostałam niedawno z PWN „Parki i ogrody terapeutyczne” autorstwa Moniki Trojanowskiej. Początkowo wahałam się, czy zająć się tym tematem, bo nie jestem przecież architektem krajobrazu, ale parki, drzewa i trawniki ostatnio mnie prześladują. Projektowo dosłownie utknęłam w „powierzchniach biologicznie czynnych”. Na tzw. desce mam teraz woonerf na Abrahama w Gdyni, gdzie pojawi się w końcu więcej zieleni. Książka traktuje również o sensorycznym odbieraniu zieleni, które ma wiele wspólnego berlińskim Ogrodem Botanicznym. Z Heneghan Peng właśnie projektujemy tam pawilon wejściowy i bistro, a w Tast- und Duftgarten, czyli ogrodzie dotyku i zapachu… toalety. Ze studentami zajmujemy się przestrzeniami publicznymi na Witominie – jednej z najbardzej zielonych dzielnic Gdyni, położonej w lesie. Z kolei z uwagi na ciągły nadmiar pracy eksploatuję ostatnio intensywnie okoliczną zieleń w celach terapeutycznych i antystresowych. Nie tyle na łonie przyrody, bo trudno tam gapić się w monitor komputera, co patrząc przez okno i wdychając zapach kwitnących pod moją kamienicą bzów.

Ale miało być o książce, a nie o moich parkowych doświadczeniach. Nie traktowałabym tej książki jako opracowania naukowego, lecz bardziej jako podręcznik i katalog dobrych parkowych praktyk, zilustrowany wieloma przykładami, głównie polskimi i francuskimi. Autorka przedstawia zestawienie cech, nazwanych przez nią atrybutami, które decydują o tym, czy park faktycznie ma działanie terapeutyczne. Bo choć w sumie relaksujący i uspokajający wpływ zieleni wydaje się oczywisty, nie każdy projekt w pełni wykorzystuje jej terapeutyczny potencjał. Cechy zostały usystematyzowane we „wzorcu zestawienia atrybutów parku o właściwościach terapeutycznych” – narzędzia, które podczas projektowania parku warto mieć pod ręką przez cały czas. Od pierwszych idei, które powinny uwzględniać wspomniane atrybuty, po ostateczne sprawdzenie, czy zostały one faktycznie uwzględnione. Wzorca można także  użyć do ewaluacji już w trakcie użytkowania i w książce znajduje się jeden taki przykład. Brakuje mi jednak rozróżnienia na zielone przestrzenie o różnej skali. W silnie zurbanizowanej przestrzeni park kieszonkowy może mieć większe znaczenie terapeutyczne dla spragnionych zieleni mieszkańców niż duży, wielofunkcyjny park wśród zabudowy o niskiej intensywności. Żałuję również, że nie zamieszczono więcej informacji o wyspecjalizowanych ogrodach terapeutycznych, ukierunkowanych na konkretne schorzenia. Przedstawione studia przypadku dają co prawda pojęcie o sposobach wykorzystywania zieleni jako elementu terapii i leczenia, jednak w podziale na kategorie schorzeń, np. wsparcie terapii demencji i Alzheimera, poparzeń czy depresji, pojawiają się tylko odnośniki do zlokalizowanych na całym świecie ogrodów.

Polecam tę książkę przede wszystkim każdemu, kto za temat parków dopiero się zabiera. Żałuję, że nie miałam dostępu do podobnej publikacji, kiedy przymierzałam się do parkowych tematów podczas konkursów. Innowacyjna, oryginalna koncepcja funkcjonalna lub przestrzenna pozwala świetnie „sprzedać” projekt, ale parki rządzą się własnymi prawami i warto te prawa – czy też może atrybuty – poznać i zrozumieć, żeby intuicyjnie stosować je w projektowaniu.

„Parki i ogrody terapeutyczne” można kupić  m.in. w księgarni internetowej PWN, również jako ebook.

[Fot. Paweł Unger]

Artykuł sponsorowany

Eames

Żartuję sobie od czasu do czasu, że przydałoby się w końcu zacząć zarabiać na blogu. A jeśli nie zarabiać konkretne pieniądze, to wzorem modowo-mejkapowych blogerek dostawać suweniry od firm poszukujący reklamy. Nie zapomnę podróży autobusem fotel w fotel z szafiarką (do tej pory nie udało mi się jej zidentyfikować), która przez kilka godzin dzielących Gdańsk i Łódź omawiała przez telefon otrzymane tego dnia prezenty: zegarki, kiecki, torebki… Też bym tak chciała! Tym bardziej, że po prawie roku remontów doceniłabym branżowe suweniry w postaci parapetów z konglomeratu czy wolnoopadających desek wc. Ale jak znam życie, pewnie wszystko byłoby w popularnych w Polsce beżach i brązach, a chociaż darowanemu koniowi nie patrzy się w zęby, beżów i brązów we wnętrzach nie znoszę. W zegarkach, kieckach i torebkach zresztą też. Niestety, żadna Vitra nie chce mi sprezentować krzeseł do pracowni, a przydałyby się bardzo. Dla takich EA 108 byłabym gotowa zrobić rozbieraną sesję i to nawet z krzesłami w wersji z siatką.

Coś się jednak ostatnio ruszyło i zaczęłam dostawać m.in. książki do zrecenzowania na blogu. Wkrótce napiszę o dwóch pozycjach. Obiecuję, że zawsze będę uczciwie zaznaczać, czy dany post jest „sponsorowany” czy nie, bo nic nie drażni mnie tak bardzo na cudzych blogach, jak opis np. leniwego poranka z kąpielą w bąbelkach firmy X i śniadaniem z margaryną firmy Y.  Tak jakby blogerki od lat używały produktów X i Y, chociaż dopiero co wprowadzono je na rynek. Ale gdyby Vitra jednak postanowiła zasponsorować mi te krzesła, to będę ich przecież faktycznie używać w pracowni i uczciwie mogłabym rozpoczynać posty od „Siedząc właśnie na EA 108…”.

[Fot. Łukasz Pancewicz]

 

ArchiteK(t)URA

sebr01

To nie żart. Zgodnie z zapowiedzią spędziłam sobotę na wystawie… kur ozdobnych. Gdyby ktoś zastanawiał się, co kury mają wspólnego z architekturą, zapewniam, że sporo i przypuszczam, że każdy projektant byłby w stanie znaleźć dla siebie kurzą inspirację. Co za bogactwo form, barw, proporcji i wzorów! Także dźwięków, bo zaprezentowane rasy kur (albo raczej kogutów) śpiewających wydobywały z gardeł operowe tony. Patronat nad wystawą objęła m.in. Ambasada Japonii i sporą część klatek zajmowały kury z Dalekiego Wschodu. Japończycy są wielkimi fanami tych ptaków i każda z sześciu faz piania ma specjalną nazwę. Cóż, i architektura, i muzyka opierają się na harmonii.

silka

Silka, ale jedwabista, a nie silikatowa

twarz

Kurza twarz!

Zaprezentowano m.in. czubatki, które pierzastą kulą na głowie przypominają Wielkiego Ptaka z ulicy Sezamkowej. Pojawiły się też kury o tak zdeformowanych grzebieniach, że wyglądają, jakby miały na wierzchu czerwony mózg. Były również ptaki w kształcie idealnej, puszystej kuli, z „hatchbackiem” zamiast typowego ogonowego „sedana”.

mozg

Kurzy móżdżek;)

panterka

Kura w panterkę

Całe to gdakająco-piejące towarzystwo robiło piorunujące wrażenie, ale architektom z reguły najbardziej wpadają w oko czarno-białe, graficzne kompozycje. Miałam nadzieję, że po raz pierwszy zobaczę na żywo sebrytki. Ta rasa występuje w kilku wersjach kolorystycznych, ale zawsze najbardziej podobały mi się białe z czarnymi obwódkami piór. Niestety, sebrytek nie było, ale widziałam kurę i koguta o bardzo podobnym upierzeniu, ale zupełnie innych proporcjach.

czubatka

Czarna kura z białym afro

samograj

Czarny, biały i czerwone akcenty – niby banał kolorystyczny, ale jaki efektowny

sebr02

Prawie jak sebrytki

Największym odkryciem okazała się rasa Ayam Cemani. To najbardziej architektoniczna z kur, w jedynym słusznym kolorze – dzięki nietypowej pigmentacji jest całkowicie czarna. Nie dość, że ma czarne pierze, łapy, dziób i grzebień, ale także mięso. Patrzy się na nią jak przez photoshopowy filtr. Poza tym ma przepiękny, smukły kształt – spójrzcie tylko na rzut, przepraszam, zdjęcie z góry. Z uwagi na cenę podobno nazywa się ją „lamborghini kurników”, chociaż kolor sugerowałby raczej forda T.

Kura w sam raz dla architekta, prawda?

trojkatbw02bw01

[Fot. Monika Arczyńska]

Geologiczno-sejsmiczno-urbanistycznie

img_1841

To już pewnie pozostanie tradycją bloga, że wakacyjne opowieści powracają jeszcze przez kilka tygodni lub miesięcy po moim powrocie. Wracam z setkami zdjęć i wrażeń, a potem nagle okazuje się, że nie wystarcza czasu na opisanie wszystkiego. W archiwum niedokończonych postów mam teksty nawet sprzed dwóch lat – nie usuwam ich z nadzieją, że kiedyś do nich wrócę. Na przykład z postem o Muzeum Guggenheima w Bilbao wyskoczę pewnie przy okazji urodzin Gehry’ego albo serii o najgorszych budynkach świata, ale póki co czeka sobie grzecznie na moment, kiedy będę w wyjątkowo złośliwym nastroju.

Na razie nie zapowiadają się żadne dalekie wyjazdy, a ponieważ majówkę spędzę pracowicie w Gdańsku, wspominam więc ostatnią dłuższą podróż, z przełomu roku. Oprócz Bari spędziliśmy nieco czasu w Lecce i to była zdecydowanie największa niespodzianka wyjazdu. Nie miałam pojęcia, że jest tam aż tak pięknie – całe barokowe miasto zbudowane jest z kamienia, a kościoły to już absolutne mistrzostwo świata. Jakby tego wszystkiego było mało, na głównym placu znajduje się kawał rzymskiego amfiteatru, a na pozostałości z tego okresu można natknąć się w dość niespodziewanych miejscach – np. w najbardziej zasikanych zaułkach. Ponieważ układ ulic jest nieregularny, a ich nawierzchnia wyłożona jest kamieniem bez rozróżnienia na chodniki i jezdnie, kwartały zabudowy o wielokątnych rzutach sprawiają wrażenie bloków skalnych, które wypiętrzyły się  w wyniku jakiegoś dziwnego geologicznego procesu. Dziwnego, bo na tę samą wysokość, w tym samym czasie, z podobnymi barokowymi detalami. Może na Półwyspie Apenińskim po prostu już tak jest geologiczno-sejsmiczno-urbanistycznie: albo wybucha tam jakiś Wezuwiusz pogrążając całe miasto pod wulkanicznym popiołem, albo wypiętrzają się barokowe kwartały.

Samo centrum sprawia dość turystyczne wrażenie pomimo niewielkiej liczby przyjezdnych zimą. Kościoły otwierają się w mało intuicyjnych godzinach, więc kończy się na spacerowaniu, przystawaniu, spacerowaniu, przystawaniu… Na szczęście miasto obfituje w bary, więc można równie często przystawać na espresso lub avernę, aby dojść do siebie po kolejnej zbyt dużej dawce piękna.

img_1869

Basilica di Santa Croce – to jedno z tych miejsc, w których nasz najostrzejszy wykładowca historii architektury szepnąłby: „Ekstaza, ekstaza…”
img_1958
Piazza Sant’Oronzo…
img_1964

…a na nim rzymski amfiteatr. Z litości nie pokazuję zaaranżowanej na dole szopki bożonarodzeniowej, bo takiego kiczu nie spotyka się na co dzień:)

Lecce jest dość małe, więc po powrocie do Bari czułam się potwornie niewyspacerowana i zmusiłam mojego osobistego urbanistę do pokonania sporej trasy wzdłuż wybrzeża. Ku jego rozpaczy okazało się, że tam z kolei wypiętrzyły się nie barokowe kwartały, ale paskudne przemysłowe budynki i zamiast iść plażą, spacerowaliśmy głównie po asfalcie. Industrialne cierpienia wynagrodziły nam jednak sympatyczne nadmorskie miasteczka: Monopoli i Polignano da Mare. Zwłaszcza Polignano wpadło nam w oko – co prawda nie udało nam się zajrzeć do restauracji w grocie z widokiem na morze, która stanowi tam największą atrakcję turystyczną (rozbudowa), za to na szczęście jedna z niewielu otwartych knajp okazała się barem z rybami i owocami morza. Wcinając tatar z tuńczyka zastanawialiśmy się, czy przypadkiem nie bawimy się równie dobrze, jak Amerykanie i Japończycy, którzy z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem rezerwują piekielnie drogie kolacje we wspomnianej grocie. Na pewno było mniej romantycznie, ale powiedzmy sobie szczerze: trasa przez nadmorskie obszary przemysłowe to też nie jest najbardziej nastrojowy spacer.

img_2142

Port rybacki w Monopoli

img_2171

Ulica w Polignano da Mare – cała nadmorska część miasteczka to podobne, niewielkie kwartały w ortogonalnym układzie

Dość już tych wspomnień, bo na myśl o długim weekendzie przed komputerem zaczyna mi się robić niedobrze. Życzę Wam nadzwyczajnie udanej majówki (i niech w końcu zacznie się wiosna z prawdziwego zdarzenia!)

[fot. Monika Arczyńska]

Co w Łodzi wychodzi

WP_20170408_11_33_22_Pro

Po wielkanocnej komputerowo-internetowej abstynencji zabrałam się w końcu za nadrabianie blogowych zaległości. Ta abstynencja ciągnie się kolejny weekend pod rząd – ostatnio co tydzień gdzieś wyjeżdżamy. Poprzednią sobotę i niedzielę spędziliśmy w ulubionej Łodzi na urodzinowej imprezie-niespodziance i spacerowaniu po mieście z częstymi przerywnikami na – jak to w Łodzi – „procentowe” postoje.

To już nie jest to samo miasto, co kiedyś. To nawet nie jest to samo miasto, co rok czy pół roku temu. Takiego tempa zmian na plus nie widziałam jeszcze nigdzie i wychodzi to Łodzi nadzwyczajnie. Po naprawdę kiepskim momencie miasto energicznie odbiło się od dna. Najpierw zrobiło się nieco berlińsko, czyli biednie, ale sexy, a teraz nareszcie są pieniądze, żeby działać porządnie. Nie ma nic gorszego niż naprawianie miasta poprzez prowizorki albo na zasadzie, że lepiej zrobić coś tanio, ale kiepsko, niż wcale.

Już trasa z Kaliskiej do centrum jest pozytywnym zaskoczeniem. Na Starym Polesiu co kawałek pojawia się na zadbany, obsadzony zielenią skwer (projekt „Zielone Polesie”), a w kilku miejscach albo już stoi nowa zabudowa, albo właśnie trwa realizacja nowych biurowców i mieszkań. Działalność deweloperska w łódzkim śródmieściu to nowość – dotychczas oferta mieszkaniowa istniała wyłącznie dla miłośników historycznych kamienic lub peerelowskich bloków. Jedne i drugie poddawane są zresztą teraz remontom. W końcu i w Łodzi na wiosnę pojawiły się rusztowania, chociaż do niedawna można je było zobaczyć głównie na elewacjach miejskich budynków, opatrzone znakiem akcji MIA100 Kamienic.

WP_20170408_13_05_54_Pro

Nawet Kościuszko z Placu Wolności doczekał się remontu

Centrum dogęszczane jest nie tylko nową zabudową mieszkaniową, ale i usługami. Pamiętam, jak podczas wcześniejszych wizyt zaskoczyło mnie, że w przeciwieństwie do większości polskich miast, gdzie spożywcze dyskonty znajdują się niemal na każdym rogu, w Łodzi mieszkańcy śródmieścia skazani są na żabki, a warzywniaków jest jak na lekarstwo. Tak, wiem, biedronki i lidle zabijają brutalnie drobny lokalny handel, ale po pierwsze ceny w osiedlowych sklepikach przekraczają możliwości finansowe emerytów, których w centrum mieszka mnóstwo, a innych mieszkańców zmusza do korzystania z samochodów. Dlatego ucieszył mnie m.in. nowy śródmiejski lidl, do którego można podskoczyć z wózeczkiem na zakupy.

Kolejny woonerf – łódzka specjalność – właśnie się buduje. Tym razem na ul. Zacisze. To pierwszy „prawdziwy” woonerf, czyli dla mieszkańców, zgodnie z pierwotną ideą tego holenderskiego wynalazku. Ten typ zagospodarowania ulicy kojarzy się u nas nieco inaczej, bo ze śródmiejską przestrzenią publiczną z knajpami i stolikami lokali gastronomicznych. Na Zaciszu będą miejsca postojowe, ławki, zachowane drzewa i zieleńce.

^B371BD72506B017EAE886FAE927E201D75CD2A0D1FBAE77F8C^pimgpsh_fullsize_distr

Woonerf na ul. Zacisze

Pierwszy raz miałam też okazję zobaczyć Łódź Fabryczną i to jedyne miejsce, w którym co chwilę wybuchałam złośliwym chichotem. Rozumiem, że dopiero po zbudowaniu tunelu i rozpoczęciu przyjmowania wszystkich przejeżdżających przez Łódź pociągów ta inwestycja zacznie mieć sens, ale skala założenia jest tak przegięta, że nawet gdyby miasto miało stać się globalną metropolią, na dworcu i tak będą pustki, bo tych ogromnych kubatur nie da się chyba zapełnić ludźmi. Chyba, że zaczną pełnić inne, dodatkowe funkcje – wyobrażam go sobie jako olbrzymią halę targową albo… oceanarium. Obiekt przypomina ogromną płaszczkę, więc mógłby stanowić wyjątkowo megalomański przykład architektury parlante. Na razie to przestrzeń, którą trzeba non stop obsługiwać za spore pieniądze – sprzątać, ogrzewać, wentylować.

SPRZATANIE

Ale największe zaskoczenie (i załamanie) to tylne wyjście, zawalone estakadami, betonem, asfaltem i samochodami. Co gorsza, ciężko się stamtąd wydostać inaczej niż taksówką. Próbowaliśmy intuicyjnie szukać drogi dla pieszych, ale albo wychodziliśmy w ślepe narożniki, albo… kończył się chodnik. W końcu znaleźliśmy wąski tunelik, który wyprowadził nas z tego infrastrukturalnego szaleństwa.

^6DD13822EEC73A2DBE2435C043C861922CAE25618B63840DA6^pimgpsh_fullsize_distr

Tak na lewo od wyjścia…

WP_20170408_12_03_00_Pro

…tak na prawo.

WP_20170408_12_05_03_Pro

Potem kończy się chodnik…

 

WP_20170408_12_06_40_Pro

..a wyjść można tylko ukrytym, wąskim i wilgotnym tunelikiem…

smiechnasalibw

…na którego widok nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać.

Aby odetchnąć, popędziliśmy od razu w kierunku pobliskiej ul. Tramwajowej, aby sprawdzić, czy nadal można tam zobaczyć kury (słyszeliśmy od znajomych). Ba, nie dość, że trzy kury, to jeszcze koguta. Całe to drobiowe towarzystwo pasło się luzem między samochodami i wyglądało na zadowolone.

WP_20170408_12_13_56_Pro

Na szczęście słynne kury z Tramwajowej wynagradzają tę infrastrukturalną traumę.

My też wyglądaliśmy na zadowolonych i to przez cały weekend. Pewne sprawy w Łodzi są na szczęście niezmienne – wspaniali łodzianie i intensywne życie nocne. Dla jednego i drugiego warto tam wpadać jak najczęściej i nie mogę się doczekać, aż będzie można dojechać pociągiem do Fabrycznej. Trzeba w końcu zapełnić tę pustkę!

[Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz]

 

Kartony, wszędzie kartony!

KUCHNIA.jpg

Znów zmiany mieszkaniowe – mam nadzieję, że to już ostatnia przeprowadzka w tej dekadzie. Nienawidzę pakowania i rozpakowywania oraz szukania rzeczy, które tak dobrze schowałam, że nie da się ich znaleźć. Tym razem, zamiast szaleńczo starać się opanować przeprowadzkowy chaos, zgodnie z wyznaczonym na ten rok hasłem „równowaga” spakowaliśmy się błyskawicznie i pojechaliśmy do Jastarni, żeby nacieszyć się wiosną, a nie sprzątaniem. Słońce, plaża i dorsze tak nas naładowały energią, że nawet życie na kartonach nie przeszkadza nam za bardzo. Nawet, jeśli oznacza to jedzenie z kartonu (na szczęście mamy niedaleko sympatyczną pizzerię).

Zastanawiam się, czy architekci mają ponadprzeciętne predyspozycje przeprowadzkowe. Nie chodzi mi o częstotliwość przenoszenia się z miejsca na miejsce czy umiejętność urządzania nowych mieszkań, ale o samo przenoszenie dobytku. Teoretycznie nasza wyobraźnia przestrzenna powinna nam pozwolić efektywniej zapakować kartony i lepiej przewidzieć kolejność rozpakowywania. Moim największym problemem jest zwykle ustalenie, ile należy przygotować pudeł i skrzynek – zawsze kończą się zbyt szybko. Raz przydarzyła mi się jednak odwrotna sytuacja. Przeprowadzając się z Dublina do Gdańska, skorzystałam z usług firmy transportowej, która miała w ofercie przewożenie dobytku liczonego nie w kilogramach, ale w metrach sześciennych. Pomyślałam, że wszystkie książki, garnki i torebki zajmą tych metrów co najmniej kilka, a tu niespodzianka. Wiecie, jaki pojemny jest jeden metr sześcienny? Tak pojemny, że chociaż początkowo planowałam zutylizować takie rzeczy jak wieszaki na ubrania czy podstawowe kuchenne sprzęty, zmieściło się wszystko, łącznie z rowerami. Od tamtej pory podczas projektowania traktuję metry sześcienne z dużym respektem:)

[Fot. Łukasz Pancewicz]

Jan „naprawię każde miasto” Gehl

WP_20170315_15_50_54_Pro.jpg

Wróciłam właśnie ze spotkania z Gehlem. Wahałam się – wybierać się, nie wybierać – ale pogoda zachęciła mnie do wyjścia z domu. W takim mieście, jak Gdańsk, gdzie architektonicznie i urbanistycznie dzieje się niewiele, a gwiazdy tych dziedzin omijają Trójmiasto, jakby szalała tu epidemia dżumy, to nie lada wydarzenie. Można spotkać przyjaciół, znajomych, byłych studentów, obecnych studentów i przyszłych studentów, wykładowców, urzędników i aktywistów od przestrzeni. Bardzo przypominało to spotkanie towarzyskie, tym bardziej, że wynudziłam się okropnie i nie mogłam doczekać końca. Było jak to zwykle u Gehla – wszyscy zadają pytania o lokalne sprawy, spodziewając sie konkretnych rozwiązań, a przecież po dwóch spacerach po mieście nawet najbardziej wizjonerski urbanista świata nie dałby sobie rady  z takim zadaniem.

Chociaż bardzo lubię książki Gehla i często odsyłam do nich studentów, nie jestem przekonana do jego obecnych koncepcji. Jak magik wyciaga z kapelusza swoje złote zasady – podejrzewam, że od początku swojej kariery, czyli od ładnych kilkudziesięciu lat, zbiera różne „pomysły na miasto”. Tu trochę z własnego doświadczenia, tam trochę z Jane Jacobs albo Christophera Alexandra. Nie muszą być odkrywcze, ale powinny być w miarę możliwości uniwersalne. Kiedyś pewnie zbierałje w notesie, teraz pewnie istnieją już w formie aplikacji. Wpisuje się dane wejściowe – wielkość miasta, główne problemy, system polityczny, liczbę samochodów na 1000 mieszkańców czy procent terenów zielonych, wklepuje pożądaną liczbę pomysłów oraz poziom ich uszczegółowienia, klika enter i voila! „Dwanaście zasad Jana Gehla” albo „Profesora Gehla pomysły na uzdrowienie miasta X” gotowe, można wystawiać fakturę. Ale żeby była odpowiednio wysoka, trzeba mieć wyrobioną silną markę, a J.G. pracuje nad nią od lat. Nie każda książka staje się kultowa, nie każdy urbanista jest zapraszany do współpracy na całym świecie, nie każdy pojawia się w weneckim pawilonie Danii sfilmowany jak kapłan i prorok w jednym.

Pamiętam jeszcze z Dublina jego koncepcje dla poprawy przestrzeni publicznych w jednej z części miasta. Myślę, że bardziej złożone projekty potrafią przygotować studenci. Tymi mniejszymi zleceniami Gehl się rzadko chwali – pokazowe projekty to Nowy Jork, San Francisco czy Moskwa. Gehl nie jest tani – przypuszczam, że polskie samorządy, które zaprosily go do siebie z nadzieją współpracy, zrezygnowało z niej po otrzymaniu oferty z wyceną. A może nie tylko oferty, ale i samego zakresu opracowania – sporo się u nas zmieniło i duńskie patenty są już tu stosowane. Na dzisiejszym spotkaniu siedziałam przed ekipą z Biura Rozwoju Gdańska i co chwilę słyszałam szepty „No, to właśnie tak jak u nas!”. Ja też zachichotałam pod nosem słysząc o koncepcji sadzenia drzew przez mieszkańców Kopenhagi, przy współpracy z miastem. Sama „posadziłam” w tym tygodniu kilka drzew w Gdańsku i czekam właśnie na akceptację. I to jest chyba najbardziej optymistyczny akcent dzisiejszego spotkania – już umiemy sami rozwiązywać miejskie problemy. Tylko czasem przydałoby się trochę wizjonerstwa.

[fot. Monika Arczyńska]

Słaba, mała i niemądra?

8marca01

Jako słaba, mała (phi, tylko 182cm!) i zdecydowanie niemądra kobieta nie umiem ustalić, czy dziś należy ubrać się na czerwono, czy na czarno. Bo w Ameryce niby na czerwono, a u nas na czarno. Wolałabym na czerwono, bo kilka dni temu zepsułam zamek w czarnym płaszczu. Naprawienie zamka to zadanie godne wygrania partyjki szachów z Garrim Kasparowem… A parasolkę mam zieloną. No to co ja mam w końcu zrobić? Ach, my, kobiety, mamy takie skomplikowane problemy!

Dobra, koniec tych żartów. Bez względu na kolor płaszcza dołączę dziś do protestu, ale dopiero po południu. Nie opuszczę pracy dla Heneghan Peng, bo to właśnie tam zobaczyłam, jak powinny być traktowane kobiety, także te bardzo młode, jeśli wykonują tradycyjnie męski zawód. Nawet na samym początku, gdy miałam jeszcze niewiele doświadczenia, a niektórzy branżyści mogliby równie dobrze używać swahili, tak egzotyczne były ich akcenty, zawsze czułam wsparcie i szacunek zespołu. Rzucenie na głęboką wodę pozwala błyskawicznie się uczyć, więc jeśli dziewczynom na starcie daje się do roboty kreślenie i parzenie kawy, nic dziwnego, że to chłopacy są szybciej gotowi do prowadzenia projektów. Dlatego na wydziale traktuję równo studentki i studentów, a określenie „zdolny, ale leniwy”, które stosuje się głównie wobec facetów, wyrzucam do kosza. Uśmiechających się z pobłażaniem podtatusiałych panów, którzy próbują zwracać się do mnie jak do niedoświadczonej dziewczynki, traktuję z kłującą jak szpilka złośliwością. Szkoda tylko, że muszę jeszcze się tu wspierać arsenałem środków, których w Dublinie czy Londynie nie musiałam stosować – obcasami, korpomundurkami i poważną miną. A przecież w sukience w kwiaty mam dokładnie to samo do powiedzenia.

Do zobaczenia, a z okazji Dnia Kobiet przede wszystkim dużo odwagi!

[fot. Łukasz Pancewicz]

Nowy semestr

portland

Dziś zaczął się nowy semestr na Politechnice. Jestem tam obecnie na etacie, więc mam więcej godzin dydaktycznych. Jeszcze nie wiem, jak się z tym wszystkim wyrobię czasowo, ale czuję, że ostatniego dnia upiję się z radości. Bo uczenie jest dla mnie najbardziej satysfakcjonującym zajęciem, ale i najbardziej wyczerpującym. Godzina nad własnym projektem wymaga poświęcenia zdecydowanie mniejszej dawki energii niż doradzanie przy studenckich pracach. Na szczęście przekleństwo „obyś cudze dzieci uczył” studentów nie dotyczy, bo to już nie dzieci, ale zdolni i pracowici młodzi dorośli.

Z moim osobistym urbanistą będziemy prowadzić dwa przedmioty, w tym jeden, na którym kolejny raz przetestujemy naszą eksperymentalną metodę, czyli zorganizowanie studia projektowego jak prawdziwej pracy w biurze, z zewnętrznymi konsultantami. Stosowaliśmy ją wcześniej w projekcie rewitalizacji Starego Polesia w Łodzi i opracowaniu wytycznych dla modernizacji Długiej i Długiego Targu w Gdańsku. Zapraszamy dziś o 19:00 do FRAG na Ogarnej, gdzie będziemy opowiadać o tych projektach. Tym razem zabieramy się za Witomino – gdyńskie blokowisko położone w środku lasu. We współpracy z Laboratorium Innowacji Społecznych cały zespół będzie pracować nad projektem poprawy jakości przestrzeni publicznych w tej dzielnicy.  Zapowiada się większa grupa niż dotychczas, będą też studenci z bardziej egzotycznych krajów niż w ubiegłych latach, m.in. z Chin, RPA i Egiptu. Będzie mnóstwo pracy, ale mam nadzieję, że zespół zgra się tak dobrze, jak poprzednie i znów nas zaskoczy. Wszystko zależy od studentów – ich zaangażowanie i talenty są warunkiem sukcesu.

PS Ilustracja do dzisiejszego posta nie ma być żadną sugestią, że nowy semestr zapowiada się przeraźliwie – to po prostu pączek. Pamiętacie, że dziś Tłusty Czwartek?

[Fot. Monika Arczyńska – najlepsze pączki w Portland]

Połączenia męsko-damskie

bolt-with-nut

Ponieważ nie jestem już zakochana w Alejandro Aravenie, w tym roku walentynkowy wpis będzie bardzo techniczny.

Nie mam zielonego pojęcia, czy istnieje polskie tłumaczenie tego określenia, ale w technicznym angielskim funkcjonuje male-female connector, czyli dosłownie połączenie męsko-damskie. Dosłowne jest nie tylko tłumaczenie, ale również zasada działania tych połączeń. Chodzi o dwa elementy, z których jedno posiada dziurkę, a drugie wypustkę. Jeden wkłada się w drugi i chyba nie muszę tłumaczyć, który jest męski, a który damski. Nawet pozornie niewinne klocki LEGO mają męską górę i damski spód.

Za każdym razem, kiedy słyszę to określenie, lekko się rumienię lub muszę powstrzymywać chichot. Wyobraźnia działa i już, nic na to nie poradzę. Gdybyście również mieli ochotę się porumienić, Wikipedia obszernie przedstawia ten męsko-damski świat. Ostrzegam tylko, że ilustracje są bardzo nieprzyzwoite!

[fot. Pavel KrokOwn work, A fastening bolt with nut, wikipedia]

JAK WYKOŃCZYĆ MIESZKANIE WYKAŃCZAJĄC I SIEBIE, ODC.4

piec.jpg

Pora w końcu się przyznać, co doprowadzało mnie ostatnio do remontowej rozpaczy. To żadna nowość, że architekci mają kota na punkcie mieszkań w starych kamienicach. Tam jest po prostu klimat i już – wysokość, duże okna, nietypowe układy. O takich miejscach pisze (głównie o swoim, w sopockiej kamienicy) moja blogowa koleżanka – Kasia Antończyk czyli Architekt na Szpilkach. O zachowanych stolarkach czy podłogach w Gdańsku można jednak z reguły pomarzyć, bo to miasto względnego dobrobytu i w większości kamienic od lat 90. dokonywano zabójczych dla oryginalnej tkanki modernizacji. Królują drzwi z OBI i panele z Castoramy, a co gorsza proceder usuwania oryginalnych elementów budynku trwa nadal i co rusz widzę na śmietnikach piękne stare drzwi z litego drewna. Przy okazji prośba: jeśli też kiedyś traficie na takie rarytasy, zróbcie zdjęcie i wrzućcie np. na facebookowy fanpage Uwaga, śmieciarka jedzie, który ma kilka lokalnych wersji. Niejedne drzwi udało się w ten sposób uratować.

Mieszkania w kamienicach są z reguły wielkie, a ja szukałam czegoś niedużego. Mniejsze lokale to przede wszystkim wynik podziału ponadstumetrowych molochów i zdarzają się w nich różne niespodzianki. Miałam okazję zobaczyć miejsca jak rodem z serwisu Chujowe mieszkania do wynajęcia, czyli np. z prysznicami w kuchniach. Nie mogę też odżałować lokalizacji przy jednej z moich ulubionych ulic we Wrzeszczu, pod samym lasem. W pięknej, choć zaniedbanej kamienicy, trzeba było przejść nie tylko przez główną klatkę schdodową, ale również przez labirynt przedziwnie pozakręcanych korytarzy. Uciekłam w popłochu na samą myśl o ewakuacji stamtąd w razie pożaru.

Po dwóch czy trzech latach poszukiwań w końcu trafiłam na odpowiednie mieszkanie, którego układ i wyposażenie wymagały jednak pewnych przekształceń. Jedyny pokój był spory, za to kuchnia miała  proporcje godne tramwaju: 6 metrów długości i całe 175cm szerokości. To mniej niż rozpiętość moich ramion. Do tego zero (!) wentylacji oraz łazienka ze skosem, o takiej wielkości, że nie dało się tam prawie wyprostować. O takich luksusach jak umywalka można było tylko pomarzyć – brakowało na nia miejsca. Mimo to, kiedy tylko weszłam do tego mieszkania, od razu zaczęłam ustawiać w głowie, jak można by wykorzystać jego potencjał, zrobiłam kilka pomiarów, sprawdziłam, gdzie są przewody wentylacyjne i już wiedziałam, że tego właśnie szukałam.

To, co przekonało mnie najbardziej, to przede wszystkim ilość światła wpadającego przez wielkie, drewniane okna (wymienione niedawno – to duża finansowa ulga) oraz zachowane stolarki drzwiowe i… piec kaflowy. Piec ma sto lat, obłędny kolor i trzy metry wzrostu. Na zdjęciu jest przykurzony, ale po kilkugodzinym pucowaniu i usuwaniu gliny, brudu oraz kurzu z tysiąca zawijasów na kaflach przy pomocy patyczków do uszu odzyskał taki blask, iż śmiem podejrzewać, że to jeden z najpiękniejszych pieców kaflowych w Gdańsku. A jeśli ktoś podejmuje wyzwanie i twierdzi, że to jego piec jest jeszcze bardziej niesamowity, poproszę o zdjęcie, policytujemy się. Dwór Artusa uprzejmie proszę o odkrochmalenie się:)

16_0225-PRZEBUDOWA Model (1).jpg

Tak było – tak jest

Zmiany układu były niewielkie, ale znacznie poprawiły funkcjonalność mieszkania. Tramwaj podzieliłam na dwa pomieszczenia dostępne z pokoju dziennego – maleńką sypialnię z oknem i szafą oraz kuchnię. W kuchni pozostawiłam oryginalne wejście z przedpokoju – dzięki temu wydaje sie przestronniejsza, wygodnie wchodzi się tam z zakupami, a stale otwarte drzwi to niezłe miejsce do składowania (wieszam tam torby). Dodatkowa szafa zmieściła się także w przedpokoju. Pomogły bardzo takie istotne drobiazgi jak zmiana kierunku otwierania drzwi w kuchni oraz łazience – mieszkanie zostało wyodrębnione z większego lokalu i do łazienki wchodziło się wcześniej z korytarza od drugiej, zabudowanej obecnie strony. Wentylację w kuchni podpięliśmy do biegnących obok wolnych przewodów kominowych, a w łazience – do dotychczasowego odprowadzenia dymu z pieca, którego wolimy nie używać. To już staruszek, nagrzał się dość w swoim stuletnim życiu i zasłużył na emeryturę.

wp_20160707_14_32_28_pro

Przed położeniem nowych desek

Najwięcej problemów sprawiła podłoga. Okazało się, że stuletni budynek lekko osiadł i spadek podłogi był – delikatnie mówiąc – mało komfortowy. Pierwotny plan zachowania oryginalnych desek nie powiódł się, ale dzięki wspomnianej Architekt na Szpilkach problem udało się rozwiązać i cieszę się teraz piękną sosnową podłogą (pisałam o tym tu). Nie tylko podłogi okazały się krzywe – w przedpokoju i kuchni zdecydowałam się na sufit podwieszany, aby schować kilometry rur oraz uzyskać proste powierzchnie – i płytki, i szafki miały ciągnąć się aż do samej góry, więc wszystkie nierówności zostałyby wyeksponowane.

O kuchni i łazience w następnych odcinkach. Wygląda na to, że im dalej w las, tym mniej wykańczająco, a bardziej wykończeniowo;)

[Fot. Monika Arczyńska]

Grafton Architects czyli klops, wino i poezja

img_1594

Podczas otwarcia ubiegłorocznego weneckiego biennale catering słabo dopisał. To pewnie wpływ kuratora – Alejandro Araveny – narzucił rezygnację z tradycyjnie lejących się hektolitrów prosecco i ton zakąsek. Niby nie po to się przyjeżdża, ale dwa dni bezustannego odwiedzania wystaw i pawilonów jest tak męczące, że trzeba je przerywać podładowaniem baterii kawą (na szczęście dostępną prawie wszędzie), jedzeniem oraz alkoholem i tę potrzebę zwykle idealnie spełniają otwarcia pawilonów. Tym bardziej, że szkoda czasu, żeby zatrzymywać się na dłużej w niemiłosiernie zapełnionych restauracjach. Tym razem – klops. Co ja piszę, żadnych klopsów nawet nie było. Dlatego z wielką ulgą zauważyliśmy, że wystawa krajów afrykańskich wyłamała się i serwowano tam nie tylko całkiem sympatycznie wyglądający finger food, ale i wino! Zachowaliśmy się potwornie stereotypowo – Polacy i alkohol to przecież nierozłączna para – ale na kogo trafiliśmy przy tym cudownym winopoju? Oczywiście na Irlandczyków, którzy zachowali się równie przewidywalnie jak my. Pogadaliśmy chwilę ze znajomymi chłopakami z Grafton Architects, zamieniliśmy parę słów z Yvonne Farrell i ruszyliśmy zwiedzać dalej.

img_1564

Przedwczoraj ogłoszono, że Shelley McNamara i Yvonne Farrell z Grafton Architects będą kuratorkami przyszłorocznego Biennale. Cieszę się ogromnie, bo nie dość, że to absolutnie wspaniałe projektantki, to na dodatek Irlandki, kobiety, no i równe babki, które zamiast prowadzić dyskusje z innymi starchitektami, idą na darmowe wino z własnym zespołem.

img_1584

Zdaję sobie sprawę, że irlandzka architektura jest w Polsce nieco egzotyczna i takie biura jak Grafton, O’Donnell+Tuomey czy nasze niewiele mówią. Za to świat zerka w stronę Dublina ze sporym zainteresowaniem. Z kimś, kto urodził się w surowym irlandzkim krajobrazie, zostają do końca życia szorstkie faktury, deszcz, który zmienia kolor i połysk kamienia, kontrasty między czarnymi skałami a białą morską pianą i najpiękniejsze światło świata. Stąd irlandzka architektura jest dość „rzemieślnicza” – dużo tam drewna, cegły, surowego betonu, kamienia i ręcznie wykonywanych elementów. Jeśli pojawiają się wyrafinowane technicznie elementy, to nigdy wyzywająco high-techowe, ale raczej popychające materiały budowlane do granic ich właściwości – zadziwiająco lekkie przeszklenia albo niestandardowo użyty kamień. I chyba trzeba również urodzić się Irlandką lub  Irlandczykiem, żeby wpleść w projekty trochę poezji. To gra ciepła i chłodu, światła i cienia, dźwięku i ciszy – tak jest także w projektach Grafton. Solstice Arts Centre w Navan, gdzie niezwiązana z architekturą znajoma pytała, czy „te betonowe ściany będa kiedyś pomalowane”? Za każdym razem odwiedzając okolice Merrion Square zachwycałam się kamienną fasadą w Department of Finance, a używając skrótu przez Trinity College w centrum Dublina, wychodziłam ulubioną furtką przy rozbudowie Mechanical & Manufacturing Engineering Department. Jednak to nie irlandzkie realizacje Graftonek, jak je zwykle pieszczotliwie nazywam, zrobiły na mnie największe wrażenie. To budynek Uniwersytetu Bocconi w Mediolanie. Został ukończony w momencie, kiedy dopiero zaczynał się kryzys, więc nie szczędzono na niego euro, ale ogromny budżet został wydany na kawał świetnej architektury. Bocconi został ogłoszony najlepszym budynkiem roku na World Architecture Festival, znalazł się w finale Miesa i zdobył wiele innych nagród. Odwiedziłam go przy okazji wizyty na EXPO w 2015 roku i muszę przyznać, że chociaż podejrzewałam wcześniej ostre fotoszopowanie prasowych zdjęć, budynek jest jeszcze bardziej niesamowity na żywo niż na fotografiach. Akurat był weekend i w dodatku odbywał się tam remont, więc nie wszędzie udało mi się wejść, ale polizanie przez szyby absolutnie przepięknych wnętrz wystarczyło, żeby wpisać ten obiekt na moją prywatną superlistę. Czy muszę dodawać, że równolegle pstrykała zdjęcia cała pielgrzymka architektów?

Wypijmy więc za następne biennale! Najlepiej guinessem, irlandzką whiskey albo.. darmowym winem:)

IMG_1545.jpg

Jak można nie dopuszczać ludzi do TAKIEJ fasady???

img_1617

I jeszcze przykrywać ją rusztowaniami?

img_1558

Na szczęście można było zobaczyć jedno z bezdyskusyjnie najpiękniejszych przeszkleń na świecie

[Fot. Łukasz Pancewicz, Monika Arczyńska – wszystkie zdjęcia z Bocconi]

Św. Mikołaj

Nie, nie będzie ani o świętach, ani o prezentach, ani o reniferach. Będzie o kościele św. Mikołaja, położonym w niemieckim Anklam, blisko granicy, bo nieco ponad godzinę pociągiem ze Szczecina. Kościół został poważnie zniszczony w czasie wojny i przez wiele lat czekał na lepsze czasy bez sklepień, dachu i szczytu wieży. Kilka lat temu doczekał się nowego dachu, a obecnie pracujemy nad propozycją zorganizowania w środku muzeum Otto Lilienthala, stworzenia punktu widokowego na wieży oraz budowy informacji turystycznej. To projekt, którym zajmuję się obecnie najbardziej intensywnie i parę dni w ubiegłym tygodniu spędziłam w Anklam i w Berlinie. Lubię Berlin (w końcu ma sześć liter, podobnie zresztą jak Anklam:) i zdecydowanie bywam tam rzadziej, niż bym chciała. Dlatego cieszy mnie rozpoczęcie współpracy z niemieckim oddziałem naszego biura.

Skoczyłam zobaczyć kościół oraz spotkać się z projektantami wystawy. To beier + wellach, którzy mają biuro w berlińskim Taut Haus. Tak wyposażonej modelarni nie widziałam już dawno w żadnej pracowni – wykonywane są tam nie tylko makiety wystaw, ale i prototypy ich elementów. Wśród mnóstwa dziwnych przedmiotów najbardziej rozbawiły mnie figurki zwierząt w odpowiedniej skali z projektu zoologicznej ekspozycji:)

img_2300

Widok na kościół z rynku (po prawej historyzująca architektura, którą zastępowane są powojenne bloki)

Anklam było lokowane w XIII wieku na prawie lubeckim i stanowiło kiedyś ważny hanzeatycki ośrodek. Obecnie to nieco zapomniane, senne miasteczko. Wygląda jak typowe pomorskie miejscowości: kwadratowy rynek, rzeka, ciężki ceglany gotyk, regularny układ zabudowy z nieregularnym obrysem. Trochę przypominało mi Chełmno – ma zbliżoną wielkość i liczbę mieszkańców, ale przetrwało tu zdecydowanie mniej oryginalnej zabudowy i nie ma tam wzgórz, dzięki którym Chełmno należy do najbardziej malowniczych miasteczek w Polsce.

img_2357

Repliki latających machin

Kościół robi wrażenie. Jest ogromny, przyciężkawy i świetnie prezentuje się w nieco „ruinistycznej” wersji – brak sklepień sprawia, że wnętrze jest znacznie wyższe niż w oryginalnej wersji. Pod dachem podwieszone są repliki latających machin Otto Lilienthala i innych pionierów lotnictwa, w tym balony, szybowce i dwupłatowce. Muzeum ma przedstawiać drogę od piewszych eksperymentów związanych ze wznoszeniem się w powietrze (od Ikara – stąd nazwa instytucji – IKAREUM), aż do współczesnych wynalazków i technologii. Można wejść na wieżę i rozpościerają się stamtąd naprawdę piękne widoki, zwłaszcza w słoneczny, zimowy dzień. Wyobrażam już sobie, jak niesamowicie będzie je oglądać ze znacznie większej wysokości!

img_2328

Widok z wieży na rynek

img_2349

Widok na okolice Anklam

Jest tylko jedna kwestia, która wzbudza moje obawy: język. Dla moskiewskiego projektu musiałam podszlifować solidnie rosyjski. Tym razem przydałby mi się niemiecki – mimo że uczyłam się go w szkole, nigdy nie miałam okazji go używać. Na spotkaniach (niestety, nie wszystkie udaje się prowadzić po angielsku) rozumiem piąte przez dziesiąte, ale mam nadzieję, że co nieco będzie mi się przypominać w trakcie projektu. Na kolejny kurs językowy niestety nie znajdę w tym roku czasu.

Uff, jak dobrze, że istnieje Google Translator…

[Fot. Monika Arczyńska]

Na Południu bez zmian

img_1795

Aby spełnić noworoczne postanowienie życiowo-zawodowej równowagi, zaczęliśmy od urlopu. Ponieważ między Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem wiele biur jest zamkniętych, więc nasza nieobecność nie narobi nam żadnych nieprzyjemnych zaległości, z reguły pakujemy się i zmykamy gdzieś w cieplejszym kierunku.

Wspominałam już kiedyś o pewnej Włoszce z Bari, która słusznie przekonywała mnie kiedyś, że prawdziwe Włochy to tylko południe, a nie bogate i wylizane północne miasta. Odwiedziliśmy właśnie jej rodzinne miasto i wygląda na to, że im dalej na południe, tym bardziej interesująco. Prowizorki są tam trwalsze, ulice brudniejsze (kocham brudne ulice!), ludzie mniej zmanierowani, a życie przenosi się z domów w przestrzeń publiczną. W podobnych miejscach często czuję się jak w arabskich miastach. Nie tylko z uwagi na gęstą, przypominającą labitynt zabudowę, ale także tradycję, która kobietom każe pilnować domowego ogniska, a facetów magiczną magnetyczną siłą z tych domów wyprowadza i każe im sączyć z kolegami herbatę (w krajach arabskich) albo piwko (w pozostałych).

img_1677

Stare miasto sprawia wrażenie, jakby nic nie zmieniło się tam od co najmniej dwustu lat. No dobra, niezupełnie „nic” – wprowadzono elektryczność i inne podobne wynalazki, plastik zdominował uliczny krajobraz, a zamiast osłów czy mułów pojawiły się skutery. Podobnie jak w Neapolu, w najstarszej części Bari w parterach znajdują się mieszkania z przeszklonymi drzwiami otwierającymi sie bezpośrednio na ulicę. Każde z nich ma białą wyszywaną firankę dla zapewnienia odrobiny prywatności, a przed niektórymi drzwiami stoją siatki z suszącym się makaronem orechiette. Podobno kiedy jest cieplej, gospodynie przygotowują go na ulicy i to nie jest żadna turystyczna ściema.

img_1638

Środek najstarszej części miasta – zamiast turystycznych atrakcji sklep z AGD i chemią

img_1693

Samochody nie mają szans!

img_1696

Plac zabaw – wygląda smutno, ale ma widok na morze:)

Za to nowsza część miasta z kwadratowymi kwartałami przypomina w skali Barcelonę, brakuje tylko ściętych narożników, jak w Eixample. W parterach królują sklepy i kawiarnie, wyżej znajdują się mieszkania – każde z nich, oprócz niektórych starszych budynków – posiada balkon lub taras. Ruch jest spory (niestety, śmierdzi spalinami), ale piesi mogą czuć się bezpiecznie. Samochody jeżdżą wolno, za to parkują dosłownie wszędzie – również na pasach. Jak to we Włoszech, dominują niewielkie, czyli łatwe do zaparkowania, ekonomiczne i niemiłosiernie poobijane auta.

img_1707

Ortogonalny układ ulic w nowszej części miasta

img_2207

Typowy sposób parkowania

img_1798

Warsztaty samochodowe znajdują się nawet w samym śródmieściu

Przyjechaliśmy już po świętach, więc bożonarodzeniową atmosferę czuliśmy głównie dzięki iluminacji. Sylwestrowa noc okazała się dość dynamiczna. Dominowały „domówki” – przez całe miasto zasuwały grupy obładowane tacami z jedzeniem i z brzęczącymi torbami, a z okien dobiegała głośna muzyka. W najstarszej części miasta na ulicach powystawiano grille. Pomimo zakazu puszczania fajerwerków było je słychać i widać w wielu miejscach. Główną miejską imprezę zasiliły włoskie gwiazdy, o których nigdy wcześniej nie słyszeliśmy, ale rozpaliły tłum, śpiewający z pamięci wszystkie refreny. O północy załapaliśmy się na wino musujące w plastikowych kubeczkach od bawiącej się obok grupy i ten sylwestrowy wieczór na pozór był idealny. Po berlińskich wydarzeniach dał się jednak odczuć pewien niepokój, wmocniony betonowymi blokami zastawiającymi wjazd na teren imprezy oraz wszechobecnymi carabinieri i  punktami pomocy medycznej.

Tak już będzie zawsze?

img_1790

Lodowisko i palmy czyli zima w tropikach:)

img_2081

Palmy rosną wdłuż najbardziej reprezentacyjnych ulic miasta

img_2075

A na głównym placu stoi wielka, rozświetlona choinka

W następnym urlopowym odcinku – Lecce (i znów żadnej współczesnej architektury!).

[Fot. Monika Arczyńska]

Żegnaj, 2016

Adria_male.jpg

Żegnaj, 2016,  nie będę za Tobą tęsknić. Wiem, że nie tylko ja z ulgą mówię ci „do widzenia”. Zbyt wiele niedobrych rzeczy wydarzyło się na świecie i ze zbyt dużą niepewnością zaczynamy 2017.

To był dla mnie wyjątkowo trudny rok. Trudniejszy niż kończenie doktoratu równolegle z pracą. Trudniejszy niż przeprowadzki między krajami i trudniejszy nawet niż kolejne lata rozłąki z moim osobistym urbanistą. Zawodowo wszystko wygląda świetnie – wkrótce premiera naszej strony internetowej, mamy więcej zleceń niż jesteśmy w stanie zrealizować bez zarywania nocy i weekendów. Niedługo zostanie wydana nasza pierwsza książka – podręcznik planowania. Studenci znów dali czadu i zrobili świetne – i wykorzystane przez urząd miasta! – opracowanie na temat Długiej i Długiego Targu w Gdańsku. OSSA również wypadła fantastycznie. Za mną kolejne etapy współpracy z powstającym w Gdańsku Muzeum Sztuki Współczesnej oraz z Heneghan Peng. Dublińskie biuro zaliczyło wyjątkowy rok – w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy ukończylismy niemal tyle budynków, ile od momentu powstania pracowni w 2001 roku. To tłumaczy, dlaczego w biurze panuje nieco grobowa atmosfera i nawet świąteczna impreza skończyła się nadzwyczaj wcześnie – wszyscy sa okrutnie zmęczeni. Dla mnie najważniejsze były oczywiście te projekty, przy których pracowałam, czyli akademiki w Maynooth, przebudowa Galerii Narodowej w Dublinie oraz Muzeum Palestyny. Jego otwarcie to zdecydowanie najważniejsze wydarzenie architektoniczne roku, w jakim miałam okazję uczestniczyć, ważniejsze niż weneckie biennale czy triennale w Oslo (moje relacje z obu w bieżącym i kolejnym numerze Architektury-Murator). Dużą część roku zajęła mi praca nad Wielkim Muzeum Egipskim w Kairze oraz Narodowym Centrum Sztuki Współczesnej w Moskwie, ale to tak specyficzne i ogromne przedsięwzięcia, że ich opisywanie byłoby raczej opowieścią o polityce, a nie architekturze. A polityki mam w tym roku zdecydowanie dość. Cieszy mnie więc nowy projekt i sympatyczna zmiana skali – niemieckie Anklam, gdzie we wnętrzach gotyckiego kościoła św. Mikołaja projektujemy muzeum Otto Lilienthala, jednego z pionierów lotnictwa.

Staram się regularnie publikować na blogu, chociaż z uwagi na nadmiar pracy i częstotliwość wyjazdów miałam mniej czasu na komentowanie bieżących wydarzeń. Blog to taki mój ekwiwalent mówienia do ludzi. Bo jeśli podsumowanie poprzedniego roku miało hasło przewodnie „ludzie”, teraz powinnam raczej napisać, że „chcę do ludzi”. Życie towarzyskie, które wcześniej kwitło, nagle zniknęło. Kiedy ktoś kiwa głową ze współczuciem „Oj, musi Ci być ciężko pracować na dwa etaty”, zaczynam się gorzko śmiać, bo chciałabym, żeby to były tylko dwa. Nie co roku trafiam do szpitala i nie co roku do szpitala trafia mój osobisty urbanista. Nie co roku robię ciągnące się miesiącami generalne remonty. Nie co roku brakuje mi czasu i energii, żeby zrobić coś, co nie będzie związane z pracą. I chociaż powinnam być zadowolona, że wyszłam z tego wszystkiego zwycięsko, zmęczenie przesłania satysfakcję.

Dlatego na 2017 rzucam hasło: „równowaga”.

[Fot. Łukasz Pancewicz]

 

Historia lubi się powtarzać

img_1555

Historia lubi się powtarzać. Dokładnie rok temu, podobnie jak teraz, byłam w Dublinie na świątecznej imprezie i wpadłam przy okazji na budowę Galerii Narodowej.  Wówczas spotkałam się z dziennikarką DETAIL Magazine w sprawie Giant’s Causeway Visitor Centre, a tym razem o projekcie zamierza pisać L’Architecture d’Aujourd’hui (nigdy nie nauczę się wymawiać nazwy tego czasopisma!). Rok temu zaraz po corocznej wizycie w Dublinie pędziłam na KOD-owską manifestację, a tym razem na gdańskim proteście pod siedzibą Sam-Wiesz-Jakiej partii pojawiłam się z walizką, prosto z podróży. Druga połowa grudnia zaczyna mi się powoli kojarzyć wcale nie z kupowaniem prezentów, ale z Irlandią, branżową prasą i politycznymi manifestacjami.

W przyszłym roku wizyta w Galerii Narodowej nie będzie już jednak wizytą na budowie. Prace właśnie się zakończyły i chociaż nie mogę jeszcze pokazać żadnych zdjęć (muszę poczekać do oficjalnego otwarcia – chodzi o to, aby nie zepsuć niespodzianki), zapewniam, że efekt jest powalający. Budynek nie przypomina już dawnej dusznej, zakurzonej galerii, w której sama zawsze pomijałam co najmniej dwie sale, bo komunikacja w budynku była prawdziwym labiryntem. Pomijałam je w sumie bez żalu, uciekając jak najszybciej z sal z niewystarczającą wymianą powietrza – nareszcie można tam swobodnie oddychać. Galeria nie straciła jednak swojego wiktoriańskiego uroku. Sprawdziła się zasada, że specjalistom warto zaufać: architekci zajmujący się konserwacją zabytków doradzili kolorystykę i wykończenia jak najbardziej zbliżone do oryginalnych. Nie ma tam uwielbianej przez współczesnych projektantów czystej, matowej bieli, ale złamane odcienie z lekkim połyskiem, które pięknie podkreślają detale wnętrz. Cieszę się, że udało mi się zobaczyć sale przez powieszeniem obrazów i ciekawa jestem, jaki będzie ostateczny efekt, gdy najbardziej wyraziste elementy wnętrz – ściany w soczystych wiktoriańskich kolorach – staną się tłem dla kolekcji.

Ale te zielenie, czerwienie i błękity są mało ważne. Drodzy Czytelnicy, życzę Wam spokojnych świąt. Spokoju nigdy za dużo, a żeby mogli go doświadczyć również mieszkańcy pewnego dalekiego miasta na sześć liter, przyjrzyjcie się, proszę, możliwości wsparcia Aleppo: PAH.

Niech ta historia nigdy się już nie powtórzy.

[Fot. Monika Arczyńska]

PREZENT DLA ARCHITEKTA

Poczta Polska zapowiada, że w najbliższym czasie będą opóźnienia w dostawach przesyłek, więc najwyższa pora, aby zamówić świąteczne prezenty. Z moim osobistym urbanistą tradycyjnie nie kupujemy żadnych upominków, ale fundujemy sobie wyjazd gdzieś, gdzie najnowsza architektura ma co najmniej sto lat. Za to w biurze co roku organizujemy Kris Kindle, czyli wymianę drobnych podarunków podczas świątecznego spotkania. Losujemy obdarowywanego (eh, trudny mi się wybór trafił tym razem:) i ustalamy limit ceny oraz temat przewodni – w tym roku ma to być coś związanego z miejscem, z którego pochodzimy. Trochę to zaprzecza zasadzie anonimowości prezentów, ale w sumie i tak ostatecznie przy kolejnym guinessie tajemnice przestają być tajemnicami.

Co w takim razie kupić architektowi? Ponieważ nie znoszę ajfonów, moleskinów, artpenów i podobnych gadżetów, mam kilka innych propozycji. Tylko trochę przeklinam pod nosem – to taka okazja, żeby wystawić fakturę za reklamę, a do mnie wciąż nikt się nie zgłasza. Kasia Tusk już zdążyła puścić reklamę kosmetyków, sklepu z kawą, książki z przepisami, czapek i piżamo-dresów, a to dopiero początek grudnia…

  1. DVD

Jeśli ktoś jeszcze nie jest fanem duetu Ila Bêka i Louise Lemoine, stanie się nim po obejrzeniu ich filmów. „Koolhaas Houselife”, „Barbicania”, „The Infinite Happiness” i inne – zestaw do kupienia online.

kh.jpg

2. GRA

Zestaw kart do gry z grafikami przedstawiającymi budynki Szczecina. Architekturo w Szczecinie, można je już kupić czy dopiero na kolejne Boże Narodzenie?

karty.JPG

3. BILET NA KONCERT

Bilet na koncert do Filharmonii Szczecińskiej. Albo do NOSPR-u. Albo do Jordanek. Albo do Teatru Szekspirowskiego.

bm10_fot

4. BILET NA SAMOLOT

Na przykład na wycieczkę pod hasłem „Najnowsze realizacje Herzoga&deMeurona”, czyli do Londynu albo Hamburga. Irlandzką linią lotniczą w kolorach żółto-granatowych można tam dolecieć od 65PLN w jedną stronę, a węgierską w różu za dwie dychy więcej.

dezeen.jpg

5. MATERIAŁ BUDOWLANY

Ale szlachetny i w odpowiedniej oprawie. Najlepiej minimalistycznej.

pb903-slv-001

6. CZARNY GOLF

Mało oryginalnie, ale za to jak klasycznie. Najlepiej z porządnej wełny. Albo bawełny, bo wełna lubi drapać w szyję.

nmt27nv_mu

7. CZARNY GOLF

Ewentualnie – czarny golf  w skali 1:87.

vw-golf-ii

[Zdjęcia: Architektura w Szczecinie, Sztuka Architektury, http://www.dezeen.com, Ila Bêka & Louise Lemoine, http://www.tallinder.com, http://www.neimanmarcus.com, http://www.modele1-87.cba.pl]

Bilbao

IMG_8305

Archdaily opublikowało wczoraj listę dziwnych przyzwyczajeń architektów. Do wielu się przyznaję, chociaż nie podzielam bezkrytycznej miłości do moleskine’ów i Bjarke Ingelsa. Jednak planowanie takich tras wakacyjnych podróży, aby zahaczyć o konkretne budynki, to coś, co robię zdecydowanie za często. A ponieważ z tęsknoty za słońcem przebijam się właśnie przez zdjęcia z letniego wyjazdu na północ Hiszpanii, przypomniał mi się jeden z głównych punktów podróży. Być w okolicach Bilbao i nie zobaczyć Muzeum Guggenheima to gorzej niż być w Rzymie i nie widzieć papieża. Papież może gdzieś akurat wyjechać, a muzeum od prawie 20 lat cierpliwie stoi, odwiedzane przez miliony ludzi.

Realizacja Gehry’ego zdecydowanie zasługuje na oddzielny post, ale muszę go napisać, kiedy będę w odpowiednio złośliwym nastroju. Ciekawsze wydaje mi się samo miasto, bo to miejsce, o którym przed realizacją falistego muzealnego potwora mało kto słyszał. Dzięki świetnemu marketingowi wyrobiło sobie taką turystyczną markę, że właśnie tam trafiliśmy na największą liczbę obcokrajowców spośród odwiedzanych po drodze miast (oprócz San Sebastian, ale to gracz w innej kategorii). Architektoniczny PR jest cały czas podpompowywany i eksploatowany. Już podczas meldowania się w hotelu dostaliśmy mapkę, na której recepcjonista zaczął zaznaczać największe atrakcje turystyczne. Wymieniał przy tym nazwiska – Gehry, Starck, Calatrava – jakby to było oczywiste, że albo wszyscy doskonale je znają, albo przyjeżdżają specjalnie dla realizacji tych projektantów (nie przyznaliśmy się, że jesteśmy architektami). Najbardziej zaintrygowała nas jednak część Bilbao, którą pan z recepcji energicznie zakreślił, napisał tam wielkimi literami ‚NO GO’ i kategorycznie zabronił nam się tam zapuszczać. Zapytaliśmy, czy to jakaś bardzo niebezpieczna dzielnica, z której nie wyjdziemy żywcem – trochę się zmieszał, bo jednak wizerunkowo mordownia nie pasowałaby do odpicowanego obrazu Bilbao. Mruknął pod nosem, że nie, że po prostu „trochę tam brudno i raczej nie mamy tam czego szukać”. Już wiedzieliśmy, od której dzielnicy zaczniemy zwiedzanie!

Okolice ulicy San Francisco faktycznie odbiegały nieco czystością od pozostałych części śródmieścia. W pobliżu znajduje się dworzec kolejowy, więc wcale mnie to nie zaskoczyło – to często najbardziej szemrane dzielnice w miastach. W zaniedbanych miejscach niskie czynsze przyciągają imigrantów i niebieskie ptaki. To bardzo wygodna lokalizacja – blisko centrum, z usługami w parterach i sklepików z egzotycznym jedzeniem. No dobra, momentami byłam jedyną kobietą na ulicy i to już zdecydowanie nie było komfortowe uczucie. Kontrast z odpicowanym centrum tuż po drugiej stronie rzeki był dość szokujący, ale najbardziej zaskoczyła mnie osmoza pomiędzy tymi dwoma światami. Rzeka stanowi barierę, która w jedną stronę przepuszcza turystów, w drugą – grupki żebraków lub młodzież popijającą procenty w wypieszczonej przestrzeni publicznej. Nie trzeba być szczególnie wrażliwym na wizualne niuanse, aby jednoznacznie określić, kto przynależy do którego z tych światów. Pomiędzy nimi śmigała jednak spora grupa mieszkańców Bilbao, którzy w obu miejscach czuli się jak u siebie, spajając to symboliczne rozdarcie.

Ale w sumie nie dla takich miejsc przyjechaliśmy do Bilbao. Ruszyliśmy oglądać  Centrum Azkuna (dawniej  Alhóndiga) czyli dawny magazyn wina przeprojektowany przez Philippe’a Starcka. Obecnie to wielofunkcyjne centrum rozrywkowo-kulturalne, z biblioteką, basenem (na dachu, ze szklanym dnem, przez które można podglądać pływających), restauracją i galerią. Wiele tam wnętrzarskiego gadżeciarstwa w dużej skali i nieintucyjnego rozplanowania funkcji i nie mogłam pozbyć się myśli, że projektowanie budynku to jednak bardziej projektowanie krajobrazu niż wyciskarek do cytrusów.

IMG_8135

U Starcka: szalenie ozdobione kolumny pod szalenie nisko położonym sufitem…

IMG_8133

… i szalenie smukłe kolumny pod szalenie wysoko położonym sufitem:)

Inne architektoniczne must-see w centrum to m.in. kładka projektu Calatravy oraz dość przyjemny, chociaż bazujący na oklepanym pomyśle (przejście przez rozcięcie między skrzydłami) ratusz projektu IMB Arquitectos.

IMG_8271

Rozbudowa ratusza proj. IMB Arquitectos – sympatyczny, ale nie arcydzieło sztuki architektonicznej

Moim ulubieńcem okazał się inny obiekt: biblioteka projektu Rafaela Moneo, z elewacjami z luksferów. Podobnych budynków powstało sporo – z luksferami kombinował i Wiel Arets w Maastricht, i Renzo Piano w Tokyo – ale tu mają jedną ogromną zaletę. Przy całym architektonicznym szaleństwie w okolicy ich jednolita, neutralna powierzchnia przynosi oczom zasłużoną ulgę….

IMG_8546

IMG_8549

Biblioteka projektu Moneo

Moneo jest chyba jednak zbyt krajowy, żeby uznać go w Bilbao za megagwiazdę. Co innego najjaśniej nam błyszczący superstar z „sir” przed nazwiskiem. Zaprojektował dla Bilbao wejścia na stacje metra, które od jego nazwiska nazywane są… „fosteritos”.

fosterito

Sir Norman F. strzelił autograf na jednej z betonowych ścian. To się nazywa architektoniczny PR!

IMG_8334

Same wejścia wyglądają dość… pędrakowato

Im dalej od ścisłego centrum, tym mniej prac starchitektów, ale to wcale nie znaczy, że jest tam nieciekawie. Nie mam nawet na myśli współczesnych budynków, ale np. poprzemysłowe obszary poprzecinane intrygującymi elementami infrastruktury, które wyglądają jak wzorcowe przykłady podnoszenia jakości życia na obszarach zdegradowanych. Na przykład pod wielkim wiaduktem można trafić na zacienione boisko, a sma wiadukt jest zaprojektowany w sposób przyjazny dla pieszych i rowerzystów, oddzielonych od pędzących samochodów.

IMG_8489

IMG_8494Muszę przy okazji rozwiać pewien mit. Pamiętam z wielu artykułów na temat „efektu Bilbao”, że przed realizacją projektu Gehry’ego miasto było zaniedbanym i ogólnie niezbyt pięknym przemysłowym ośrodkiem. Akurat! Może faktycznie było zapuszczone, ale są tam malownicze miejsca, ze spiętrzającą się na wzgórzach zabudową, świetne nabrzeże i schowany w środku historycznych kwartałów plac, gdzie zmęczeni współczesną architekturą turyści lądują na zasłużonym winie i pintxosach. Ale przyznaję – gdyby nie Gehry, pewnie byśmy tu wcale nie przyjechali.

ArchDaily jak zwykle ma rację:)

[Fot. Monika Arczyńska i Łukasz Pancewicz]

Zatańczyć z krową na dachu opery

img_1011

Już dawno żaden znany współczesny budynek tak mnie nie zaskoczył i nie dał mi tyle radości, co opera w Oslo. Tyle razy oglądałam jej zdjęcia i rysunki, że nie oczekiwałam żadnych większych emocji, a tu niespodzianka. To, co wydawało mi się zbiorem nieco wyeksploatowanych architektonicznych trików, jak ogólnodostępny dach czy masa karraryjskiego marmuru, która z powodu samej tylko ilości robi piorunujące wrażenie, w tym konkretnym miejscu broni się doskonale.

Opera była głównym celem naszego wyjazdu. Kilka tygodni temu wraz z grupą znajomych zabukowaliśmy bilety na „Madame Buttefly”. Postanowiliśmy, że to właśnie spektakl będzie naszym pierwszym kontaktem z budynkiem Snøhetty, a na zaglądanie we wszystkie kąty wpadniemy kolejnego dnia. Oglądanie budynku, gdy jest wykorzystywany w celu, w jakim go zaprojektowano, ma zdecydowanie więcej sensu niż wycieczka z przewodnikiem. Za każdym razem żałuję, że w trakcie wyjazdów tak niewiele obiektów mam okazję odbierać jako ich użytkownik. „Madame Butterfly” w Oslo była strzałem w dziesiątkę, chociaż momentami trudno było mi się skupić na cierpieniach Ciociosan, bo nie mogłam przestać się rozglądać.

img_1074

Główne wejście do budynku

img_1072

Foyer z jednym z wejść na wyższe poziomu widowni

img_1102

Dach widoczny od wewnatrz – pas wzdłuż przeszkleń to najmniej śliskie miejsce na oblodzonym dachu

img_1106

Widok na nową mieszkaniówkę niedaleko opery. Poziome pasy na szybach to nie żaluzje, ale ogniwa fotowoltaiczne.

img_1058

Foyer w czasie antraktu…

img_1116

…i w ciągu dnia

img_1129

Obowiązkowe foto:)

img_1061

Bezobsługowa szatnia i zgrabne zakończenie schodzącego dachu

Pierwsze zaskoczenie to szatnie. Bez obsługi, bez numerków, tylko z ponumerowanymi wieszakami, na których zostawia się płaszcze (a damska część naszej grupy także torby z zimowymi butami). Dla mniej ufających, że nic nie zniknie z wieszaków, stoją także zamykane szafki, jak w muzeach, ale większość osób bezstresowo wiesza ubrania w miejscu, do którego wszyscy mają dostęp. Bilety sprawdzane są dopiero przed wejściem na widownię, więc foyer przez cały czas działa jako ogólnostępna przestrzeń publiczna pod dachem. To wskazówka dla osób, które wybierają się do Oslo, ale nie dostały już biletów na żadną operę – chociaż można zwiedzać budynek w ciągu dnia (organizowane są specjalne oprowadzania, także po angielsku), warto wybrać się tam też wieczorem przed spektaklem, żeby poczuć atmosferę operowego wydarzenia. Na bilety warto jednak zapolować. Dobre miejsca kosztują fortunę, jednak na najwyższych balkonach, zwłaszcza z boku, można znaleźć bilety za równowartość cen biletów w polskich operach. To także świetna okazja to przetestowania widoczności – nawet stamtąd jest niezła – oraz akustyki. Ponieważ przysłowiowy słoń nadepnął mi na ucho, trudno mi się wypowiadać na temat jakości docierającego tak daleko dźwięku, ale ciary były:)

W foyer znajduje się kilka elementów, które służą widzom i turystom jako… popularne tło dla selfie, m.in. ażurowe okładziny projektu Olafura Eliassona. Mówiąc elegancko, Eliasson „zaprojektował dla opery w Oslo system wewnętrznych trójwymiarowych okładzin”. Mówiąc dosadniej, zaprojektował ściany kibelków.

img_1067

img_1066

Inna fotogeniczna okładzina to wszechobecne we wnętrzach drewno. Korytarze i schody prowadzące na balkony wyłożono dębem w naturalnym kolorze, a w sali głównej – wędzonym. W zależności od pory dnia i kąta padania światła dębowe deszczułki wyglądają jak przyklejone zapałki albo odbijają promienie słoneczne ze złocistym blaskiem. Dzięki drobnym podziałom udało się uzyskać odpowiedni akustyczny efekt i uniknąć dosłowności w nawiązaniu do drewnianych pudeł rezonansowych instrumentów (jak np. w Forum Muzyki we Wrocławiu).

img_1101

Jak zapałki

img_1112

Norweskie światło słoneczne ma chłodny odcień

img_1033

Cała „tuba” ramp, schodów i korytarzy wyłożona jest drewnem

img_1014

Na każdej kondygnacji znajduje się bar z widokiem na główne foyer

img_1041

Szerokie poręcze ramp i schodów służą jako nieformalne stoliki

Wnętrze głównej sali jest wypełnione ciemnym, ciężkim drewnem. Kameralnie i elegancko, aż chce się tu wygodnie rozsiąść na pomarańczowym welurze, żeby słuchać muzyki i patrzeć na scenę. Każdy  fotel wyposażony jest w wyświetlacz z tekstem po norwesku i angielsku. Nad widownią góruje okrągły, minimalistyczny żyrandol z tysiącami rozpraszających światło kryształków.

img_1016

img_1057

img_1051

Z ciepłem drewna we wnątrzach kontrastuje zimny kamień na zewnątrz. Cieszę się, że trafiliśmy na zimową pogodę. Półprzezroczysta pokrywa lodu na półprzezroczystym marmurze, oświetlona północnym, nisko położonym słońcem, potwierdza, że w tym kontekście był to idealnie trafiony wybór materiału.  Wspinanie się po oblodzonych rampach i stopniach (na własną odpowiedzialność, trzymając się kurczowo poręczy) jest sporym przeżyciem, a na samej górze rozpościera się krajobraz jak z innej planety.

img_1096

img_1140

img_1156

Dach, podobnie jak foyer, to ogólnodostępna przestrzeń publiczna. Zdziwił mnie brak dzieci na sankach, ale może listopad to jeszcze nie jest na nie pora. W cieplejszych miesiącach zdarza się tam jednak zjeżdżanie na deskorolce i na innych pojazdach. Założę się, że latem na dachu odbywają się pikniki, grille i inne towarzyskie wydarzenia, bo nawet przy kilkustopniowym mrozie widzieliśmy grupę pokrzepiającą się winem z gwinta. Mnie się zdarzyło… zatańczyć z krową. Nie pytajcie o szczegóły:)

img_1157

Mam takie zboczenie zawodowe, związane z projektowaniem budynków o funkcji kulturalnej, że bardzo interesuje mnie strona zapleczowa. Nie tyle sama jej organizacja, bo to zwykle odbywa się według kilku podstawowych schematów, ale to, jak architekci poradzili sobie z problemem wjazdów, dostaw i bloków administracyjnych w budynkach, które mają tak rzeźbiarską formę, że praktycznie powinny być pozbawione „tyłu”. Poza tym obiekty kultury bywają tak wielkie, że za dużo zaplecza, zwłaszcza bez okien, z ogromną bramą dla dostaw, wpłynęłoby mocno na charakter sąsiadujących z obiektem miejskich przestrzeni. Snøhetta poradziła sobie z tym problemem pierwszorzędnie. Brama, owszem, jest, ale ma tuż obok interesującą konkurencję, która skutecznie odwraca uwagę od tego infrastrukturalnego elementu: okna warsztatów kostiumów i dekoracji. Można przez nie podglądać pracowników, zapatrzeć się na barokowe peruki i pomarzyć o sukniach na krynolinach. Niby drobiazg, ale sprawia, że ten zdecydowanie mniej intrygujący od frontu budynku narożnik nie przypomina nudnej, biurowej elewacji.

img_1187img_1186

W czterech ostatnich edycjach nagrody im. Miesa van der Rohe trzy laureatki to filharmonie lub opery.  Na wiosnę zdecydowanie powinnam wybrać się do Szczecina, wypatrzywszy wcześniej jakiś przyjemny sobotni koncert w Filharmonii. A potem to chyba Reykjavik i Harpa?

[Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz, Barbara Zgórska]

 

Mam trzy latka…

img_0632

…trzy i pół, sięgam głową ponad stół! Rozpędziłam się – na razie dopiero trzy. W sobotę blog obchodził urodziny i chociaż jak zwykle nie zdążyłam zorganizować świeczek ani tortu, udało mi się spędzić ten dzień i przyjemnie, i miejsko, i architektonicznie. Mój osobisty urbanista prowadził panel o rewitalizacji na Kongresie Obywatelskim, a ja wybrałam się na „Warszawę w budowie” i na nadrabianie zaległości w oglądaniu nowych inwestycji. Bardzo JEMS-owy był ten dzień, bo zaczęłam od wychwalanej pod niebiosa 19. Dzielnicy oraz od nieco kontrowersyjnej przebudowy hali Koszyki.

O Koszykach jeszcze napiszę, a w 19. Dzielnicy zrobiło mi się trochę dziwnie. To osiedle dostało już tyle nagród i pojawiło się tyle razy w mediach jako wzorcowy przykład projektowania dzielnic mieszkaniowych, że spodziewałam się prawdziwej petardy. Pamiętam też odcinek programu „Polska dobrze zaprojektowana”, w którym Kuba Szczęsny, siedząc przy podejrzanie pustej piaskownicy, opowiadał o tej inwestycji w samych „ochach” i „achach”. Bo nie dość, że to osiedle bez płotów, to na dodatek z usługami w parterach i z przestrzeniami rekreacyjnymi dla mieszkańców. Przybyłam, zobaczyłam i… złapałam się za głowę. Czyżby ze stołecznym mieszkalnictwem było aż tak źle? Architekturze – jak to z JEMS-ami bywa – nie mogę nic zarzucić. Bloki wyglądają jak wysmakowane apartamentowce, ale ponieważ są do siebie bardzo podobne, całość sprawia bardzo biurowe wrażenie. Przestrzenie zielone dla mieszkańców owszem są, ale za… szklanymi płotami. I to w postaci porośniętych elegancko przystrzyżoną trawką pagórków, z których nawet na sankach nie da się zjechać bez wyrżnięcia w idealnie wypucowane szyby. Teraz nie było tam nawet widać żadnych dzieci, bo listopad to nie jest najlepsza pora na zabawy podwórkowe, ale spacerując między budynkami wyobrażałam sobie, że mogłyby tam co najwyżej po cichutku (nie przeszkadzać!!!) jeździć miniaturowymi mercedesikami, ubrane w kolekcje junior od fRalpha Laurena. Kręcąc się po osiedli trafiłam kilka razy na zupełnie zwyczajnego tatę z wózkiem, który postanowił pospacerować przy domu i ten widok średnio pasował do wysmakowanego otoczenia.

img_0637

Na szczęście obok kilku sklepów, głównie z wyposażeniem wnętrz, znalazła się jedna „Żabka”, bo nie byłoby nawet dokąd zejść w kapciach po świeże bułki. Kiedy wprowadzi się tam więcej osób, pewnie powstanie francuska piekarnia, bo jednak bardziej stylowo będzie schodzić po bagietki. Na razie lekko parysko jest – w końcu nazwa dzielnicy zobowiązuje! Widziałam kilka osób, które wchodziły do klatek z wózeczkami na zakupy. Tylko nie wiem, czy to byli mieszkańcy, czy ich gosposie.

img_0642

Dobra, dobra, kończę już z tymi złośliwościami:) Spacer po tym osiedlu stał się po prostu pretekstem dla kilku uwag o tym, jak działa miejska przestrzeń. Także pretekstem do tego, aby w końcu napisać o gdańskim Garnizonie, który już od kilku lat działa jak 19. Dzielnica, a po wprowadzeniu funkcji kulturalnych i gastronomicznych stał się nie tyle miejski, co wręcz śródmiejski w charakterze (ale szybkość tych zmian również sprawia problemy). Jeśli coś ma być „dla ludzi”, to nie da się tam uniknąć lekkiej przaśności i nieporządku. Bardzo lubię powiedzenie, że „brudne dzieci to szczęśliwe dzieci” – ta zasada w przenośni dotyczy również dorosłych, którzy dla wyluzowania potrzebują jednak odrobiny chaosu. A gdzie wyluzować, jeśli nie na własnym osiedlu?

[fot. Monika Arczyńska]

 

 

 

 

Przebranie dla architekta

happy-halloween

Są takie rzeczy w architekturze, które wywołują u mnie dreszcze. Dreszcze strachu, obrzydzenia albo po prostu szoku – jak w horrorze. Pomyślałam, że warto byłoby wykorzystać je jako przebranie na Halloween, ale dokładniejsza analiza wymusiła skreślenie wszystkich propozycji.

Przebrać się za termomodernizację byłoby nieco passé, bo przecież „Wanna z kolumnadą” ma już kilka lat. Z pastelozą jest ten sam problem, a poza tym może byłoby nawet twarzowo, ale mężczyzna mojego życia ma alergię na jasne róże i fiolety w odcieniu jagodowego jogurtu. Za billboard też nie wypada się przebierać, bo przecież już uchwalono ustawę krajobrazową. Za drewnopodobne płytki ceramiczne – trochę ciężko (dosłownie). Za Zahę, która nie dość, że wyglądała wiedźmowato, to jeszcze zdarzało się jej puszczać wiedźmowate teksty, nie wypada, bo przecież o zmarłych powinno się mówić albo dobrze, albo wcale.

W tym roku skończyło się więc na tradycyjnym przebraniu czarownicy. Akcesoria miałam pod ręką. Miotłę w kolorze różowym nabyłam niedawno w hipermarkecie budowlanym, a kapelusz dokupiłam w Lidlu za całe 6,99PLN. Czarne ubrania wyciągnęłam z szafy – u architektów ich pełno. Pochodzenia peruki nie pamiętam.

Przebrałam się więc za niskobudżetowy, mało kreatywny, nieoryginalny i przaśny projekt z elementami recyklingu.

Czyli to, co u większości architektów wywołuje dreszcze:)

[Fot. Łukasz Pancewicz]

60m2

60m2_p

Co za tydzień, a przede wszystkim – co za sobota! W Warszawie wernisaż „Warszawy w budowie” pod tytułem „Wreszcie we własnym domu. Dom polski w transformacji”, a w „Wysokich obcasach” wywiad, który rozpalił do czerwoności tysiące Polaków. I nie wiem, czy to kuratorzy wystawy dodali czegoś do wody, czy po prostu mają dobrą firmę od PR, ale nagle hasła „za małe mieszkanie”, „brak miejsc a na książki”, a przede wszystkim „60m2” zostały odmienione  przez wszystkie możliwe przypadki.

Gorączka, która sprawiła, że z kilkustronicowego wywiadu, w którym rzucona ot tak powierzchnia mieszkania została tak wyraźnie wysunięta na pierwszy plan, może mieć kilka przyczyn:

  1. Ludzie najłatwiej zapamiętują liczby.

To może być pozostałość zakuwania dat na lekcjach historii. Co prawda badania, ile zostaje ich później w głowach wskazują, że niewiele (ja też nie pamiętam, kiedy miała miejsce bitwa pod Warną), ale może to tylko oznacza, że i nieszczęsne 60m2 zostanie wkrótce zapomniane.

  1. Zakodowane w pamięci normatywy.

„Normatyw projektowania mieszkań i budynków mieszkalnych wielorodzinnych w miastach i osiedlach” z 1959 definiował 60m2 jako mieszkanie kategorii M6. Kategorie określano według liczby mieszkańców, stąd wniosek, że w rzeczonym lokalu można by jeszcze spokojnie zmieścić dodatkowe dwie osoby. Być może reakcja na artykuł wynika z sentymentu do PRL-u.

  1. Za małe mieszkania.

Na „Warszawę w budowie” wybieram się dopiero w przyszłym tygodniu, ale materiały organizatorów i pierwsze relacje prasowe wskazują na to, że jednym z poruszonych problemów są zbyt małe mieszkania Polaków.  Pal licho statystyki, porównania do europejskiej średniej czy badania naukowe na ten temat. Nie ma lepszego potwierdzenia tej hipotezy niż reakcja na wywiad.

Książki Gehla i Jacobs dopiero niedawno zostały przetłumaczone na polski, ale od dawna dostępny był „Ukryty wymiar” Edwarda T. Halla o m.in. badaniach behawioralnych przeprowadzonych na szczurach. Przy zbyt dużym zagęszczeniu na niewielkiej powierzchni zwierzęta zaczynały się zagryzać. Taką sytuację przegęszczenia i stresu nazywa się „bagnem behawioralnym”. Jeśli Polacy mieszkają w zbyt małych mieszkaniach, przypuszczalnie też muszą się na kimś odreagować. Nie są jednak przecież nieucywilizowanymi zwierzętami, więc zamiast zagryzać współmieszkańców, wolą internetowo rzucić się do gardła piosenkarce, które pewnie w życiu nie widzieli na oczy.

Ten wywiad miał prawdziwie „Ukryty wymiar”.

Jak Sphinx z popiołów;)

bw

Odkąd mój osobisty urbanista zamienił Gdańsk na Łódź, przyjeżdżałam co rok na Design Festival. Po ponownej zamianie miast tym razem pojechaliśmy razem – ŁDF okazał się świetnym pretekstem, żeby odwiedzić łódzką ekipę i zobaczyć, co zmieniło się w mieście. O tym za chwilę, bo zmian sporo, ale na festiwalu miałam wrażenie, że oglądam kolejny raz to samo. Pewnie dlatego, że ci sami sponsorzy powtarzają się na każdej edycji i na myśl o Festivalu przychodzą mi do głowy „Barlinek, Paradyż i IKEA”. Pod temat „Tożsamość” można podciągnąć prawie wszystko i na wystawach głównych pojawił się dość przypadkowy przegląd wzornictwa. Przyznaję, że tym razem skoncentrowałam się na centrum festiwalowym na Tymienieckigo i wyjątkowo nie odhaczyłam wydarzeń ani wystaw odbywających się w pozostałych miejscach. Główna część nieco mnie rozczarowała – może nie powinnam przyjeżdżać co rok? Kilka wystaw widziałam w Gdyni latem, wiele produktów oglądałam wcześniej w sieci. A może przez te wszystkie własne nieszczęsne remonty nie mogę już patrzeć na podłogi i grzejniki.

tym

Inkubator na Tymienieckiego sam w sobie stanowi wystawę designu:)

dupencjoogrzewacz

Uroczy pupogrzewacz z Termy

parawan

Architekt na szpilkach też zwróciła uwagę na ten parawan w krótkiej relacji z ŁDF na FB. Trudno nie zwrócić, jeśli mieszka się nad morzem:)

dp

Gdański i jednocześnie architektoniczny akcent na make me! – Torba Architekta Darii Przybyłowskiej

Największe wrażenie zrobiła na mnie wystawa „No Randomness” o wzornictwie, które pozornie wydaje się przypadkowe, ale ma swoje racjonalne wytłumaczenie. Dlaczego włazy kanalizacyjne są okrągłe, a makaron ma różne dziwne kształty? Kapitalnie pokazany przegląd codziennych przedmiotów był odpowiedni i dla dzieci, którym można na przykładach wyjaśnić, że design to nie tylko ładne meble, i dla dorosłych, którzy mogli dowiedzieć się, dlaczego przedmioty, których używają codziennie, wyglądają tak, a nie inaczej. Podejrzewam, że ciekawostki z „No Randomness” będą hitem dyskusji przy prosecco i fritz coli przez następnych kilka tygodni.

osemki

Gdyby piankowe granulki miały kształt kulek, chronione przedmioty spadałyby na dno pudełka. Ciekawe, czy popcorn działa podobnie:)

schoolofform

Ceramika ze School of Form

Zawsze interesuje mnie, co nowego dzieje się na wydziałach związanych z projektowaniem – trzeba podpatrywać konkurencję, żeby nie zostać w tyle:) Tym razem wpadła mi w oko ceramika ze School of Form, nawiązująca do tradycyjnych form i technik wykonania, ale przygotowywana przy użyciu robotów. Cieszy również współpraca polskich firm, m.in. Barlinka i Porty, z młodymi projektantami.

zrezygnujcie

A przy wystawie Architektury-Murator o architekturze humanitarnej pojawiła się tablica, na której każdy mógł napisać, co ma do przekazania polskim architektom. Oprócz żartobliwych „więcej kolumn i pilastrów” pojawiło się „zrezygnujcie”…

271.jpg

Piotrkowska 217

Ale co tam Design Festival, co tam wystawy, Łódź zaskoczyła mnie najbardziej! Próbuję sobie przypomnieć, kiedy byłam tam ostatnio i to musiało być dokładnie rok temu, na poprzednim wydaniu festiwalu. Tyle się wydarzyło w międzyczasie: Piramowicza gotowa, woonerf na Traugutta gotowy, stacje roweru miejskiego są usytuowane tak gęsto, że aż miło, a na Starym Polesiu pojawiła się zieleń. Dzięki likwidacji przejścia podziemnego pod Piłsudskiego nareszcie czuje się, że Piotrkowska to najdłuższa ulica w Polsce. Pod numerem 217, gdzie wcześniej znajdowała się jedna kawiarnia i wyświetlano latem filmy pod gołym niebem, pojawiło się mnóstwo nowych lokali, a w festiwalową sobotę stanęły food trucki i trzeba było się przepychać między ludźmi. A obok „stajni jednorożców” powstanie wybrany w budżecie obywatelskim… pomnik jednorożców.

Czekam na otwarcie Łodzi Fabrycznej – nareszcie zniknęły wysokie płoty i można zobaczyć, jak bardzo zmienił się teren dookoła. Nie wierzyłam, że ta ogromna budowa kiedykolwiek się skończy, a już na pewno nie w to, że zaraz obok natychmiast zaczną się nowe realizacje. Już buduje się nowy biurowiec, za chwilę zaczną powstawać kolejne. Oprócz tych wszystkich publicznych inwestycji widać, że coś się ruszyło wśród mieszkańców. Być może wspólnoty uznały, że pora na dotrzymanie kroku miejskim remontom ulic i kamienic, bo co kawałek stoją rusztowania, tym razem już bez banerów z napisem „Mia100 kamienic”. To zawsze najbardziej odróżniało łódzkie ulice od innych miast – w Gdańsku, Poznaniu czy Wrocławiu trwał remont za remontem, a w Łodzi tylko sypały się tynki. Ale to opóźnienie ma pewną kolosalną zaletę – dzięki niemu kamienice przetrwały nietknięte okres pastelozy i styropianizacji, a miejskie inwestycje pokazały, jak należy remontować historyczna tkankę.

Jak Sphinx, tfu, Phenix z popiołów!

phenix

[fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz]

Santander

Piano

Kilka lat temu odwiedzałam w Delft siedzibę Octatube, założonej przez prof. Micka Eekhouta firmy, która projektuje i wykonuje nietypowe elementy architektoniczne, głównie przeszklenia. To oni wymyślili i zrealizowali m.in. szklane fasady w Markthalu MVRDV w Rotterdamie, gdzie szkło trzyma się na kablach, które działają jak żyłki rakiety tenisowej, elastycznie reagując na obciążenia wiatrem.Współpracowaliśmy z nimi – najlepszymi, a przy okazji najsympatyczniejszymi wykonawcami,  z jakimi miałam kiedykolwiek styczność – przy okazji projektu w Giant’s Causeway oraz Galerii Narodowej w Dublinie. Wkrótce otwarcie Galerii, a jedną z najbardziej oczekiwanych części projektu jest udostępnienie historycznego dziedzińca, o którego istnieniu prawie nikt nie wiedział. Octatube przekryli go szklanym dachem opartym na szklanych belkach – jest tak lekki i przezroczysty, że w słoneczny dzień niemal znika. Kiedy odwiedzałam ich położony na kampusie Politechniki w Delft warsztat, pokazywali mi kilka prototypów. Jednym z nich była kładka The Botin Centre w Santander projektu Renzo Piano. Miała być wyjątkowo lekka wizualnie pomimo sporej rozpiętości – skakałam po niej jak dzieciak sprawdzając ugięcie.

octatube

Warsztat Octatube w Delft

Ustalając trasę wakacyjnego wyjazdu, pomyślałam, że może będzie okazja poskakać już nie po prototypie, ale po ukończonej kładce. Nazwa „Santander” kojarzyła mi się wyłącznie z bankiem i trochę brakowało mi argumentów, dlaczego akurat tam powinniśmy pojechać. Ponadto mój osobisty urbanista przeczytał gdzieś, że to co prawda malownicze, ale dość nudne miasto i namawiał mnie, żeby może lepiej je ominąć i ruszyć od razu do Bilbao. Uparłam się jednak i okazało się, że intuicja mnie nie zawiodła – miasto okazało się piękne i zaliczyłabym je do mojej ulubionej urbanistycznej kategorii – „świetne do życia”. Czyli nie za duże, ale na tyle duże, aby zapewniać większość potrzebnych usług i wiele miejsc pracy w różnych branżach, zielone i przyjazne dla pieszych, nadmorskie, ale nie typowo turystyczne, z kilkoma eleganckimi miejscami, ale bez aspirowania do pozycji globalnej metropolii.

The Botin Centre jest jeszcze w trakcie realizacji, więc nie byłam w stanie ocenić, czy udało się wykombinować rozwiązanie dla szalonych ugięć kładki, ale sam obiekt zapowiada się sympatycznie. Co prawda elewacja jest niemalże kopią Selfridges w Birmingham Future Systems, ale darzę te aluminiowe dyski sporą sympatią i nie zamierzam się w związku z tym czepiać:)

santander-03

The Botin Centre znajduje się tuż przy brzegu morza, zaraz przy ścisłym centrum miasta i obok niewielkiego parku z wielkim placem zabaw, karuzelą i absolutnie przeuroczym modernistycznym „grzybkiem” z winem i kawą. Tak, proszę Państwa, modernizm potrafi być uroczy!

santander-05

A dalej, wdłuż nadmorskiej promenady, kolejne architektoniczne atrakcje. Jedna z nich wydała nam się szczególnie powalająca – Palacio de Festivales de Cantabria (proj. Francisco Javier Sáenz de Oiza, 1986-90). Takie pomo, że Graves i Stirling przy nim bledną. Jest wielki, ostentacyjny i ostentacyjnie symetryczny, kolorowy, z pasiastą okładziną z kamienia i wieżami. To wszystko sprawia, że nie da się przejść obok obojętnie. Pałac jest niekwestionowanym królem promenady i żaden Renzo Piano nie jest w stanie go zdetronizować.

pomo.jpg

Na promenadzie można trafić również na współczesne elementy-samograje, jak betonowo-drewniane siedziska. Przypominają mi czarne szezlongi Romka Rutkowskiego na wrocławskim Nowym Targu – jeśli docelowo stanie tam zapowiadana fontanna, to mam nadzieję, że plac zacznie działać jak ten zakątek w Santander. Patrzenie na wodę i słuchanie jej szumu jest zdecydowanie bardziej relaksujące od telewizji, a miejsce służy i starszym spacerowiczom, i nastolatkom przychodzącym tu na wino z gwinta, i migdalącym się parom (niektóre szezlongi są dwuosobowe). I chociaż zdaję sobie sprawę, że to nie jest projektowe mistrzostwo świata, a podobnych miejsc w miastach jest mnóstwo, cieszy mnie, że ta prosta interwencja tak dobrze działa.

santander

Przypadkiem trafiliśmy też na rewitalizowany obszar niedaleko centrum. Wylądowaliśmy tam poszukując knajp rybnych przy porcie rybackim – w Barrio Pesquero jest ich mnóstwo, w prostych parterowych pawilonach. Na zewnątrz stoją grille ze skwierczącymi sardynkami i wielkie patelnie z paellą, pachnie rybą i jest cudownie siermiężnie. Widać za to, że ta dość zaniedbana dzielnica przeszła niedawno lifting. Okazuje się, że w całej Europie przepis na rewitalizację jest jeden. Bez względu na lokalizację zawsze pojawiają się te same elementy (oczywiście poza tablicą informacyjną z niebieską flagą i wianuszkiem żółtych gwiazdek):

  • lokalne centrum kultury
  • nowo zasadzona zieleń na ulicach
  • spowolnienie ruchu lub uregulowanie kwestii parkowania (w Barrio Pesquero tę robotę odwalają betonowe kulki)
  • mural, grafitti, malunki przygotowane przez lokalne dzieci albo jakakolwiek inna „sztuka”
  • plac zabaw
santander-01

Pd lewej: centrum kulturalne, nowo zasadzone drzewka i betonowe kule uniemożliwiające parkowanie przy wąskiej ulicy

santander-02

Plac zabaw, ławki, mural

To oczywiście nie wszystkie, ani nawet najważniejsze punkty Santander. To te, na które zwracają uwagę architekci (na pintxos i wino czas był wieczorami). Zwróciliśmy uwagę na jeszcze jedno: całe miasto upstrzone jest… filiami banku Santander:)

CDN

[Fot. Monika Arczyńska/Łukasz Pancewicz]

Praca za granicą – jak się za to zabrać?

PALESTYNA.jpg

Dziś strajk, więc teoretycznie na blogu powinno być cicho, ale po pierwsze post napisałam wczoraj, po drugie na zdjęciu jestem ubrana na czarno (pod kamizelką oczywiście), a po trzecie wyjazd za granicę to też sposób na ominięcie barbarzyńskiego prawa, które – mam nadzieję – nie zostanie wprowadzone.

Niedawno napisała do mnie studentka Politechniki Gdańskiej z prośbą o kilka porad, jak zabrać się za planowanie wyjazdu za granicę. Czy to w ramach gap year, czy wyjazdu na wolontariat albo staż, czy jako odcięcie pępowiny, bo przecież nie każdy wyjeżdża z rodzinnego domu na studia – z każdego z tych powodów warto*. Nie ma lepszej szkoły życia niż konieczność odnalezienia się w innym kraju, innym kręgu kulturowym, wśród nowych ludzi, gdzie używa się obcego języka. A jeśli jest to wyjazd do pracy, to jeszcze lepiej, bo w tym całym intensywnym trybie organizowania sobie życia w nowym miejscu człowiek przestaje się krępować zadawać głupie pytania i przyznawać, że czegoś nie wie. Nie ma szybszej metody uczenia się fachu.

Dziś będzie tylko o wyjazdach do pracy – Erasmusy i stypendia to inna bajka (do tego też oczywiście namawiam, zwłaszcza do zrobienia całego magisterskiego kursu za granicą). Istnieją jednak programy stażowe, dzięki którym wyjazd można zorganizować łatwiej. Na pewno warto zerknąć na programy IAESTE i Leonardo – jeśli znacie inne, będę wdzięczna za informację w komentarzach.

A oto kilka rad – niektóre wynikają z mojego własnego doświadczenia, inne z doświadczenia znajomych i studentów, którzy zdecydowali się na różne kraje i ścieżki kariery. Jeśli chcielibyście podzielić się własnymi uwagami i doświadczeniami, zapraszam do komentowania – dzięki temu powstanie praktyczny poradnik dla zainteresowanych wyjazdem osób.

Dobra koniunktura = dobry kierunek

Warto wyjeżdżać tam, gdzie dużo się buduje. Jeśli na widokówkach z jakiegoś miasta zaczynają dominować zdjęcia dźwigów, jak niegdyś z Berlina, to znaczy, że warto się tam wybrać. Zapotrzebowanie na architektów jest w takich miejscach na tyle duże, że zostaniecie natychmiast rzuceni na głęboką wodę i będziecie projektować, a nie rysować toalety. Trzeba się też jednak przygotować na tymczasowość mieszkania w danym miejscu – po intensywnym inwestowaniu przychodzi posucha i nagle naraz wielu architektów traci pracę. Berlińscy projektanci również musieli stawić czoła temu zjawisku. Zdecydowanie warto unikać miejsc, w których akurat panuje kryzys. Nasza branża jest pod tym względem wyjątkowo wrażliwa i kiedy w gospodarce zaczyna dziać się źle albo chociaż mało pewnie, projekty natychmiast lądują w szufladach.

Oceńcie swoje szanse

Spójrzcie na swoje cv oraz portfolio i zastanówcie się, czym różnią się od dorobku Waszych znajomych – będą się odróżniać od całej reszty zgłoszeń? Warto, żeby przejrzał je ktoś z zewnątrz, a jeśli macie dostęp do architektów, którzy pracowali w Waszym wymarzonym miejscu lub kraju, to idealnie. Studenci naszego gdańskiego wydziału zorganizowali kiedyś akcję pod hasłem „Pokaż portfolio” – zaprosili kilkoro praktykujących architektów z doświadczeniem z Polski i zza granicy, aby skonsultowali portfolio chętnych studentów. Może warto powtórzyć ten pomysł?

Przeglądajcie portale z ogłoszeniami, żeby zobaczyć, czy spełniacie warunki aplikowania o dane stanowisko. Może okazać się, że często albo zawsze wymagana jest np. znajomość oprogramowania, z którym nie mieliście wcześniej do czynienia – wtedy wiadomo od razu, jakie umiejętności trzeba uzupełnić. Gdzie szukać ogłoszeń? Mogę podpowiedzieć dwa popularne serwisy z krajów, w których pracowałam – holenderski Archined i irlandzką stronę RIAI. Podalibyście adresy serwisów z innych krajów w komentarzach?

Jeszcze jedno, bo o to również często pytają studenci. Mimo że żyjemy w scyfryzowanym świecie, a interview przez skype’a staje się powszechną praktyką, zachęcam Was do wysyłania wydrukowanej wersji portfolio i cv (chyba, że ogłoszenie wymaga wyłącznie wersji cyfrowej). Wiecie, architekci to bardzo zapracowani ludzie i całkiem prawdopodobna wydaje mi się anegdota o szefie pewnej holenderskiej pracowni, który był tak zajęty, że czas na przeglądnie aplikacji miał tylko podczas… dłuższych posiedzeń w toalecie. Co prawda to było przed erą tabletów i smartfonów, ale i tak przejrzenie pliku papierów nadal jest szybsze od wędrowania przez gąszcz pdfów. Warto również wysyłać zgłoszenia w ciemno, nawet, jeśli pracownie nie prowadzą akurat rekrutacji. Kto wie, może akurat pojawił się nowy projekt i trzeba będzie szybko zatrudnić kilka nowych osób?

Startujcie do najlepszych…

To na studiach lub po studiach jest czas, żeby zasuwać dniami i nocami w OMA. Potem przyjdzie zmęczenie, kredyty, zobowiązania i już nie będzie Wam się opłacało wracać do wycinania makiet. A żeby zdobyć pracę na wyższym stanowisku u starchitektów, z reguły trzeba mieć doświadczenie od innych starchitektów, więc i tak musicie zacząć u jednych, żeby wylądować u innych – to błędne koło. Oczywiście, jak od każdej zasady, tu również istnieją wyjątki.

…ale niekoniecznie do największych

Istnieje spore prawdopodobieństwo, że  stuosobowym biurze zostaniecie oddelegowani do mało ambitnych zajęć. Oczywiście, sklejanie makiet czy kreślenie detali to sympatyczna robota na start, ale większość z Was przypuszczalnie marzy o projektowaniu. Tu nie ma jednej złotej zasady – równie dobrze w niewielkim biurze możecie do emerytury zajmować się zestawieniami stolarek, bo nikt nie będzie tego robił lepiej od Was, jak i szybko awansować w molochu. Najlepiej przed wysłaniem aplikacji spróbować dowiedzieć się, jak wygląda struktura biura i jakie są możliwości awansu lub przemieszczania się między działami, aby sprawdzić, w jakich aspektach pracy projektowej czujecie się najlepiej (w tej kwestii wygrywają duże pracownie, gdzie możliwości zmiany są większe). Jeszcze jedno, o czym często się zapomina: przez duże biura przewija się dużo osób, więc doświadczenie stamtąd nieco traci na wyjątkowości. Wiecie, ilu architektów ma w cv staż u Koolhaasa?  Setki!

Język

W kwestii języka oczywiście wszystko zależy od kraju, więc dla uproszczenia napiszę o krajach anglojęzycznych. Szczerze – znacie na wyrywki polskie nazwy materiałów i komponentów budowlanych? Wątpię. Założenie jest takie, że na studiach mają się obić o uszy, ale nauczycie się ich w pracy. Zapamiętajcie przede wszystkim podstawowe wyrażenia, żeby nie pomylić kosza z kalenicą. Przed wyjazdem warto zaopatrzyć się w słownik budowlany, żeby trochę się otrzaskać ze screedami, gasketami i jambami, ale radzę Wam raczej poćwiczyć coś innego. Geometrię. Nagle okaże się, że „this” i „that” może zastąpić skutecznie nazwy komponentów budowlanych, kiedy będziecie pokazywać je na rysunkach, ale o ich dokładnych wymiarach i usytuowaniu trzeba będzie opowiedzieć. Zwłaszcza przez telefon, kiedy nagle zadzwoni kierownik budowy i będzie wymagał natychmiastowej odpowiedzi. Wtedy trzeba będzie opowiedzieć, co się ma z czym liniować, co ma wystawać, a co być wycofane.

Pozbądźcie się kompleksów

Jeszcze kilka-kilkanaście lat temu absolwentów z Polski traktowano z podejrzliwością. Byliśmy Dzikim Wschodem, gdzie projektuje się i buduje byle jak, o komputerach nikt jeszcze nie słyszał, a poza tym jak można spodziewać się jakichkolwiek umiejętności od osób pochodzących z kraju, gdzie białe niedźwiedzie chodzą po ulicach. Po wejściu Polski do Unii zmieniło się wszystko. Przyszedł czas na Erasmusy, warsztaty, a do Polski przyjeżdża się oglądać nie tylko Wawel, ale i współczesną architekturę. Z kolei za granicę wyjechało wielu architektów i szybko okazało się, że pracują nie tylko ciężko, ale i dobrze. Wystarczy zerknąć na zakładki „team” najlepszych europejskich pracowni – prawie wszędzie można trafić na polskie nazwiska. Wyrobiliśmy sobie niezłą markę, ale w kilku kwestiach nadal dzieje się źle. Jedna z najważniejszych to uczelnie – między polskimi a dobrymi zachodnimi wydziałami architektury nadal jest przepaść (sami podkreślacie to wracając ze stypendiów). Dlatego moim zdaniem nie warto podkreślać w cv skończenia konkretnej, polskiej szkoły, bo to nikomu na Zachodzie nic nie mówi. Za to jeśli byliście na Erasmusie na uczelni z samego szczytu rankingów, warto się tym pochwalić.

Pamiętajcie także, że po zdobyciu dyplomu inżynierskiego jesteście już wykwalifikowanymi architektami. W Polsce zakodowało się, że dopiero magisterka to jest to, ale założenie systemu bolońskiego jest inne – po licencjacie jest czas na pracę, a robienie magisterki ma sens przede wszystkim jako uzupełnienie. Pomiędzy jest czas na poszukiwanie, próbowanie i zdobywane doświadczenia.

To powodzenia, trzymam kciuki! No i biegnę protestować:)

[fot. Łukasz Pancewicz]

* Dziś przeczytałam, że Parlament Europejski będzie debatował nt. biletów Interrail, które każdy unijny osiemnastolatek  miałby dostać w prezencie. Bomba!

Coś starego, coś nowego…

W tym roku na blogu dominują opowieści z podróży poprzeplatane zrzędzeniem na gentryfikację w dzielnicy* i raportami z zajęć na Politechnice i warsztatów. Chciałabym czasem wrzucić zjadliwy komentarz o bieżących wydarzeniach, najchętniej o transporcie (w której to gminie proboszcz załatwił likwidację ścieżki rowerowej, żeby parafianie mieli gdzie parkować?), ale nie bardzo się wyrabiam. Za chwilę miną dwa miesiące od naszego powrotu z wakacji, a ja jeszcze nie zdążyłam podzielić się na blogu wrażeniami. Najpierw OSSA, zaraz po niej wyskoczyliśmy do Budapesztu, a potem znów wpadłam w projektowo-remontowy kołowrót. Nawet trochę się cieszę, że sierpień nie rozpieszczał pogodowo, bo przynajmniej nie było mi żal, że nie mogę wyskoczyć na plażę.

W lipcu z moim osobistym urbanistą wybraliśmy się na północ Hiszpanii. Jako maniacy transportu publicznego przemieszczalismy się ALSĄ – hiszpańskim PKS-em. Być może Hiszpanie narzekają na nią jak my na polskie autobusy, ale na nasze turystyczne potrzeby jest świetna cenowo, z gęstą siatką częstych połączeń oraz klimatyzowanymi autobusami, w których można sobie zarezerwować konkretne miejsca. I to w automacie z interfejsem w kilku językach. Poza tym przyznaję się do słabości do dworcowych barów i każda przesiadka jest świetną okazją, żeby zjeść tortillę i wypić kawę albo lokalne piwo.

stacja

Dworcowy bar w Madrycie

Długo zastanawiałam się, jaką wybrać trasę między punktami przylotu i wylotu – Madrytem i Barceloną. Celowałam w Bilbao i San Sebastian, żeby zobaczyć Muzeum Guggenheima i Kursaal projektu Moneo, ale oprócz tych miast na wymarzonej liście znajdowało się i Oviedo (miłość od pierwszego wejrzenia z „Vicky Cristina Barcelona”), i Leon (realizacje Mansilla+Tuñón). Będa jednak musiały poczekać na wypad do Santiago de Compostela, który od dłuższego czasu chodzi mi po głowie.

Tym razem pierwszym przystankiem było Burgos, następnie pojechaliśmy do Santander, Bilbao i San Sebastian. Stamtąd musieliśmy się już kierować w stronę Barcelony, ale tę przydługą trasę przerwaliśmy dwudniowym postojem w Saragossie – chcieliśmy zobaczyć, jak wyglądają tereny EXPO po ośmiu latach. Północ nas zaskoczyła. Spodziewaliśmy się tłumów turystów, tłoku i upałów, a tu niespodzianka. Pogoda jest tam prawie jak w Irlandii, czyli z częstą mżawka i niezbyt wysokimi temperaturami, więc zamiast turystów poszukujących słonecznych plaż można tam spotkać raczej osoby z południa, uciekające od nieznośnego gorąca. 

Burgos

No to po kolei! Zaczęliśmy od Burgos, głównie z sentymentu do mojego przyjaciela ze studiów, wielkiego fana gotyku. Katedra w Burgos zachwyciła go szczególnie, a ponieważ Grześka już z nami nie ma, chciałam pobyć przez chwilę w miejscu, które tak bardzo mu się podobało i spróbować poczuć tam to samo. Myślę, że się udało, bo to jeden z tych budynków, na którego widok człowieka ogarnia rodzaj niedowierzania i wzruszenia. Być może zachwyt wszystkich osób, które wcześniej czuły tam coś podobnego, nabudowuje się z każdym kolejnym westchnieniem i pozostaje na miejscu, w powietrzu albo w murach. Grzesiek, dorzuciliśmy dwie kolejne cegiełki do tej dawki emocji, którą tam zostawiłeś kilka lat wcześniej.

Burgos promenada

Promenada w centrum Burgos

Ale Burgos to nie tylko katedra. To również średniowieczne klasztory, położone poza miastem, a także kapitalna promenada położona wzdłuż przecinającej miasto rzeki (określenie „rzeczka” pasowałoby tam nawet bardziej). Trzeba by się dokopać do danych demograficznych, żeby potwierdzić nasze przypuszczenia – odnieśliśmy wrażenie, że seniorzy stanowią wyjątkowo duży odsetek mieszkańców. Ale co to są za seniorzy! Eleganckie panie popijające piwko z koleżankami. Pary, które mają już pewnie prawnuki, spacerujące z uśmiechem promenadą. Grupy znajomych siedzące na ławkach i wybuchające śmiechem, jak grupy nastolatków. Panowie, na których głowach zostało już niewiele włosów, ale nadal dbają o to, na co mają wpływ – spodnie z kantem i świeżo wypastowane buty muszą być. Życzmy sobie wszyscy takiej energii w tym wieku!

IMG_7798

Nowy bulwar proj. Herzoga&deMeurona

Jak to szło z wyposażeniem panny młodej w dniu ślubu – coś starego, coś nowego, coś pożyczonego i coś niebieskiego? Z moim osobistym urbanistą mamy podobny schemat wyboru miejsc do zobaczenia: coś starego, coś nowego, coś urbanistycznego i coś zrewitalizowanego. W Burgos zwiedzanie zaplanowaliśmy podobnie, a jedna z realizacji wpasowała się w kilka z tych kategorii. Na dodatek zaprojektowali ją starchitekci – Herzog & de Meuron. To masterplan dla jedenastokilometrowego bulwaru zbudowanego w miejscu przebiegu dawnych torów kolejowych. Świadomość, że brakuje tam wyraźnie zdefiniowanych pierzei, bo wiadomo, jak z reguły wygląda zabudowa od strony torów – zapleczowo i dość śmietnikowo – nie pozwala oceniać negatywnie lekkiego chaosu w tej przestrzeni. Architektonicznie jest jednak równie mało wyraziście. Szwajcarzy dodali trochę drzew, trochę elementów małej architektury, które mają jedną wspólna cechę – są okrągłe, a jedyna rzecz, która naprawdę mocno wyróżnia się na plus, to zawieszone nad ulicą lampy w kształcie kropli, w układzie przywodzącym na myśl sznury żarówek. Myślę jednak, że na podobne pomysły wpadliby nasi studenci, a skala działania polegająca wyłącznie na meblowaniu przestrzeni to za mało, aby zmienić jej charakter.

Burgs muzeum

Muzeum Ewolucji Człowieka (proj. Juan Navarro Baldeweg)

Żałuję, że nie starczyło nam czasu na zwiedzenie Muzeum Ewolucji Człowieka. Z uwagi na zboczenie zawodowe wpadłam tam tylko na chwilę, żeby zobaczyć, jak jest zorganizowana strefa wejściowa oraz kierunek zwiedzania i obeszłam tego molocha dookoła, aby ocenić strefę zapleczową (jest ok). To muzeum to prawdziwe monstrum z czerwoną kratownicą podtrzymującą dachy o sporej rozpiętości. Nie jestem przekonana co do tej skali – nawet na zdjęciach satelitarnych budynek wybija się na pierwszy plan – i mam tylko nadzieję, że nie chodziło tu o interpretację ewolucji pod hasłem „od jaskini do góry szkła i stali”.

Tyle o Burgos. Gdyby to był blog lajfstajlowy, powinnam dodać kilka słów o lokalnej kaszance, ale pozostanę przy architekturze:) W następnym odcinku – Santander.

*Wyjaśniło się, że we wspomnianym miejscu na Wajdeloty zamiast uszczelek i rurek będą sprzedawane rolki. Rolki sushi.

[Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz]

Blog Day 2016

dzien blogera

Dziś Dzień Blogera. Rok temu kompletnie go przegapiłam, ba, nie wiedziałam nawet o jego istnieniu, ale okazało się, że przy tej okazji blogerzy typują po pięć ulubionych blogów. Six Letter City również został kilka razy wymieniony i obiecałam sobie, że następnym razem ja też podam swój wybór.

Nie umiem wybrać tylku pięciu blogów. Niektórych architektonicznych blogerów znam osobiście, innych czytam regularnie i mam wrażenie, że i tak się znamy (i to długie lata). Na dłuższej liście na pewno pojawiłyby się blogi AWX2, Architekt na SzpilkachRS+, Lektury Architektury, Pani DyrektorArchifunblog, BlokBLOGArchitektura w Szczecinie czy KM we wnętrzu. Postanowiłam więc wymienić kilka innych blogów, o których nie wspominałam jeszcze na Six Letter City. Nie trafiam nawet na nie  regularnie, ale kiedy już trafię, czytam po kilka postów wstecz i obiecuję sobie, że będę wracać tam częściej.

Powojenny Modernizm

Tam są cuda na blogu, proszę państwa, powojenne modernistyczne cuda. Prowadzi go fundacja o takiej samej nazwie, która wydaje także miesięcznik „Blok”. Zaczęło się jednak od bloga, co cieszy mnie niesłychanie, bo to znaczy, że internetowe początki mogą stanowić zalążek poważniejszej działalności w sferach bardziej niszowych niż moda, sport czy kosmetyki.

Kazula

Mateusz Kazula to dj i producent muzyczny. Czaję się cały czas, żeby go w końcu poznać podczas jakiegoś wypadu do Wrocławia (mamy wspólnych znajomych, więc nie jest to takie nieprawdopodobne), ale do tej pory nie mogę trafić na odpowiednią okazję. Przejrzenie bloga sugeruje też, że Mateusza nosi po całej Polsce, co dodatkowo utrudnia mi zadanie. Ale kiedy w końcu ten dzień nastąpi, zamierzam zostać jego psychofanką. Bo Kazula pisze tak, jak sama chciałabym umieć,  a z jego miejsko-architektonicznymi obserwacjami zgadzam się w 100%.

Niepokoje 

Blog Łukasza Wojciechowskiego z VROA i Politechniki Wrocławskiej. Od roku nie pojawiają się żadne nowe posty, ale wciąż dostępne archiwum stanowi prawdziwą kopalnię wiedzy o architekturze. To nie jest lekki, łatwy i przyjemny blożek do przejrzenia przy kawie. Pojawiające się tam dziesiątki nazwisk, miejsc i budynków potrafią doprowadzić do kilkugodzinnego googlania i wertowania setek stron książek.

Teoretycznie

Kiedyś jako blog, obecnie „Teoretycznie” działa wyłącznie w facebookowej wersji. To prawdziwy architektoniczny „Pudelek” i najlepsza archirozrywka pod słońcem. Jeśli interesują Was wszystkie kobiety Adolfa Loosa albo wiśniowa marynarka Wojciecha Jarząbka, to najlepszy adres.

Pokoje umeblowane

Blog Agaty Gabiś z Wrocławia. Jedyny w zestawieniu, w którym pojawiają się wnętrza, bo z wnętrzami mi trochę  nie po drodze, a z wnętrzarską częścią blogosfery tym bardziej. Agata zajmuje się historią sztuki i ma kilka talentów, których jej bardzo zazdroszczę. Najbardziej – umiejętności wyszukiwania pereł designu za grosze (zobaczcie, jakie u niej stoi szkło i ceramika!) oraz niskobudżetowego urządzania wnętrz. Na jej blog trafiłam z forum „Wnętrza mieszkań” – na opisy postępów z remontu mieszkania niejakiego eSzI (czyli Szanownego Inwestora) czekałam jak na kolejne odcinki kryminału.

A Dzień Blogera zamierzam uczcić jak na zdjęciu – na zdrowie, szanowni blogerzy i czytelnicy!

[Fot. Łukasz Pancewicz]

 

 

#myfirst7jobs

my first 7 jobs 01.jpg
Mam słabość do internetowych akcji. Aktualna, #myfirst7jobs, dotyczy  pierwszych siedmiu sposobów zarobienia pieniędzy. Musiałam się przez chwilę zastanowić… Większość moich zarobkowych działań związana była z edukacją – to chyba coś związanego z genami. Nigdy nie pracowałam w żadnym McDonaldzie ani barze, nigdy nie sprzątałam ani nie opiekowałam się dziećmi. Chyba coś mnie w życiu ominęło, ale z drugiej strony byłabym najgorszą kelnerką świata, sprzątać nie potrafię, a dzieci pozostawione pod moją opieką przypuszczalnie skończyłyby na ostrym dyżurze (na pewno mocno odwodnione). Przyjaciel twierdzi, że nie tylko nie zostawiłby mi podczas urlopu kota*, ale nie powierzyłby mi nawet podlewania pelargonii na balkonie.
1. Pierwsze pieniądze w czasach „dziecięciem będąc” zarobiłam u rodziców za wrzucenie drewna do piwnicy. Całe 20 złotych! Niestety, do podziału z kuzynem.
2. Korepetycje z matematyki dla uczennicy podstawówki, w liceum.
3. Korepetycje z geometrii wykreślnej, ale tylko na drugim i trzecim roku studiów. Później już zapomniałam, jak się wykreśla cień sześcianu na grzybku. Jak się wykreśla cień grzybka na sześcianie tym bardziej zapomniałam.
4. Przygotowanie brata kolegi do egzaminów wstępnych na architekturę. Trochę geometrii, trochę historii architektury. Dużo zabawy w skojarzenia, żeby przyswoić skomplikowane nazwy detali architektonicznych. Mój uczeń najlepiej zapamiętał, że LIZENY podpierają ściany – skojarzyły nam się z dziewczynami, z którymi nikt nie chce tańczyć na dyskotece. Pewnie dlatego, że płaskie i jakieś takie mało udekorowane.
5. Pierwszy staż w biurze. Miał być damowy, ale okazało się, że szybko śmigam w AutoCADzie i już nie był darmowy.
6. Drugi staż w biurze, tym razem na Erasmusie. Też miał być darmowy, ale okazało się, że sprawnie sklejam makiety i też już nie był darmowy.
7. Siódma praca to był hit – etat w firmie budowlanej! W papierach miałam wpisane, że jestem zastępcą kierownika budowy, chociaż zamiast na budowie siedziałam w biurze rysując… w sumie już nawet nie pamiętam co. To zdecydowanie nie było najbardziej ekscytujące zajęcie mojego życia i gdyby nie przesympatyczny kierownik Jarek, z którym dzieliłam biuro, zanudziłabym się tam na smierć. Zarabiałam szaloną kwotę 1500PLN brutto, która do wypłaty kurczyła się do nieco ponad tysiaka. To prawie tyle, ile kosztowało nas wówczas wynajęcie mieszkania. Księgowa, pani Brygidka, przed którą wszyscy robotnicy budowlani w firmie kłaniali się uniżenie i całowali po pulchnych rączkach, przekazywała mi z gotówką pasek wynagrodzenia ze słowami: „A to dla mamusi, żeby się pochwalić”. Chyba spaliłabym się ze wstydu, więc mama nigdy nie zobaczyła żadnego paska, a ja zwiałam, kiedy tylko odpracowałam wymagany etatowy staż do uprawnień.
Uprawnień nie mam do dziś:)
*Gdyby akcja dotyczyła nie siedmiu pierwszych, ale siedmiu ostatnich prac, mogłabym dopisać cat sitting u znajomych na Manhattanie. Wydaje mi się, że kot żyje do tej pory, więc przy następnej serii żartów o kotach i pelargoniach zacznę się domagać przeprosin!

Jak wykończyć mieszkanie wykańczając i siebie, odc.3

WP_20160623_13_18_17_Pro.jpg

Jest już zdecydowanie bliżej niż dalej do końca remontu. Prawie cały lipiec spędziliśmy w rozjazdach, więc nie miałam czasu na nadzorowanie wszystkiego. Tylko czekam, gdzie pojawią się jakieś niedoskonałości. Pojawiają się, oczywiście, ale staram się przymykać na nie oko i cieszyć się kilkoma rozwiązanymi już sprawami.

Największym problemem mieszkania okazały się podłogi. Miały spadek jak w krzywej wieży z jednej z ksiąg „Tytusa, Romka i Atomka”. Wieża nie przekrzywiła się wraz z upływem czasu, ale specjalnie zbudowano ją dla pewnego księcia, który miał krótszą jedną nogę. Zawsze się zastanawiałam, jak ów nieszczęsny książę radzi sobie z przemieszczaniem się  w drugą stronę, ale Papcio Chmiel na pewno wymyślił jakieś sprytne rozwiązanie.  U nas się tak nie dało i trzeba było wszystko zrywać. Bardzo liczyłam na to, że pod paskudnymi, pomalowanymi farbą olejną na brązowo płytami pojawią się piękne, stare deski do odnowienia. Pojawiły się – i piękne, i stare. Niestety, kilka okazało się spróchniałych, nie było jak ich dosztukować, a chciałam uniknąć mieszania starych z nowymi. Wybór padł na nową podłogę z szerokich, sosnowych desek.  I tu zaczęły się schody (tzn. podłogi:). Obdzwoniliśmy wszystkie składy budowlane w okolicy, ale albo nie było odpowiedniej długości, albo deski okazywały się za wąskie, albo odpad byłby za duży. Majster chciał je już ściągać gdzieś ze Śląska, ale po co  są blogerskie znajomości? Pamiętałam, że Architekt na szpilkach musiała też dosztukować fragment podłogi w swoim pięknym mieszkaniu w sopockiej kamienicy. Poprosiłam ją o radę i dostałam kontakt do sklepu w Gdańsku: „Szanowna Pani, zanim zamówi Pani deski, musi Pani do nas przyjechać. Musi być przecież najpierw kawa, ciasteczko…”. Obyło się bez kawy i ciasteczka, za to podłogi są już zamontowane. Stan ze zdjęcia jest nieaktualny, ale miło mi popatrzeć na tę fotografię z westchnieniem ulgi, że to już przeszłość. Cieszę się też, że w międzyczasie facebookowe ogłoszenie pozwoliło na recykling pozostałych, oryginalnych desek. Nie trafią na opał – znajomy zainstaluje je w swoim mieszkaniu we wrzeszczańskiej kamienicy. Uratowane!

CDN

[fot. Monika Arczyńska]

RUHA CIPŐ

pest_SMALL.jpg

Proszę się nie obruszać tytułem posta. Użyłam tych węgierskich słów z premedytacją, licząc na więcej niż zwykle kliknięć:) Te nieprzyzwoicie brzmiące wyrazy mają bardzo niewinne znaczenie – ODZIEŻ OBUWIE. Takie napisy pojawiają się na szyldach sklepów z ciuchami i butami w Budapeszcie, gdzie zawitałam ponownie po kilkunastu latach nieobecności.

Z tamtego pobytu pamiętam przebłyski (Mamo, może lepiej dalej nie czytaj?). W czasie, gdy w polskich monopolowych królowała Sophia, węgierskie wina, nawet te najbardziej przaśne, sprzedawane w plastikowych butelkach, smakowały nam jak najbardziej luksusowe roczniki. Oczywisty skutek był taki, że zwiedzanie miasta i oglądanie realizacji Makovecza, których egzotyczność przyciągała nas wówczas najbardziej, podlane były sporą ilością tego mało szlachetnego trunku. Trochę zaszaleliśmy, tym bardziej, że trafiliśmy tam zgraną grupą znajomych z roku. W czasach, gdy o Unii, Erasmusach i międzynarodowych warsztatach można było co najwyżej pomarzyć, zorganizowaliśmy wymianę ze studentami architektury z Budapesztu. Najpierw Węgrzy przyjechali do nas. Nocowali na łóżkach polowych w sali cichej nauki w naszym akademiku i nie zapomnę min pań portierek, które odbierały dla nas dostawy z… Polmosu (gorzelnie i browary najchętniej sponsorowały studenckie przedsięwzięcia). Wtedy po raz pierwszy zawstydziła mnie współczesna polska architektura – w Trójmieście było wówczas wyjątkowo beznadziejnie i ani nowe budynki uniwersyteckie, ani  apartamentowce w Orłowie nie zrobiły wrażenia na naszych gościach. Tak jakby garderoby na 300 par butów i widok na morze były normą, eh… Uratował nas krzyżacki gotyk, międzywojenny gdyński modernizm i absolutny hit – falowiec.

Byłam ciekawa, jak obecnie wygląda i funkcjonuje węgierska stolica. Polskie miasta zmieniły się tak bardzo, że pewnie trudno je poznać osobom pamiętającym je sprzed kilkunastu lat. Od znajomych, którzy niedawno odwiedzili Budapeszt, słyszałam zupełnie przeciwstawne opinie. Jedni twierdzili, że polskie „metropolie” mogą się przy nim schować, inni, że na ulicach widać straszną biedę. Może chodziło o liczbę bezdomnych, bo rzeczywiście sporo ich na ulicach? A może o zwykłe ubrania bez eksponowanych metek, które stanowią miłą odmianę dla wszechobecnych w polskich miastach New Balance’ów i Lacoste’ów? O samochody, znacznie starszych niż u nas, co przekłada się na dosłownie oszałamiającą ilość spalin (+ brak rowerów, gdzie są rowery)? Może jednak o coś innego – o to, jak wygląda sama miejska tkanka. W śródmieściu zamiast szklanych wieżowców przeważają XIX-wieczne kamienice i budynki z lat 60. i 70. Jeśli to wynika z ograniczeń inwestycyjnych, to potwierdza sie zasada, że nic nie konserwuje lepiej niż brak pieniędzy. Ilość PCV, tynków na styropianie i polbruku, która  dominuje w polskim miejskim krajobrazie, jest w Budapeszcie minimalna w porównaniu ze szlachetnie starzejącymi się kamieniarkami, ceramiką i anodowanym aluminium, które darzę szczególną sympatią. Na to ostatnie w Polsce niemal urządzano polowania: jeśli się je mało regularnie czyści, po latach pokrywa się matowym, szarym nalotem. Kto pamięta czarne, brudne szpary w aluminiowych ramach okiennych w PKP, wie, co mam na myśli. U nas z zadowoleniem wymieniano te nadzwyczaj trwałe ślusarki  na błyszczące i kolorowe PCV, które po kilku latach użytkowania wygląda fatalnie. Pod tym względem Budapeszt przypomina nieco Łódź – jedyne duże miasto w Polsce, gdzie bez problemu można trafić na kamienice z zachowanymi stolarkami i detalami. W innych, bogatszych miastach, szybko nastąpiła masowa wymiana solidnych drewnianych drzwi na karton w okleinie z marketu budowlanego. Węgrzy wydają się bardziej doceniać to materialne dziedzictwo.

IMG_9678

Podczas mojej poprzedniej wizyty w Budapeszcie nasi gospodarze zabrali nas do tureckiej łaźni Kiraly. Wszystkie panie, w wieku przeważnie matuzalemowym, rozkładały swoje bogato pomarszczone nagie ciała w kamiennym basenie. Jak u Kozyry. Tym razem trafiłam do tego samego miejsca -szesnastowiecznego budynku, który od lat nie był poddawany modernizacji. Łaźnia wcale się nie zmieniła – zmienił się tylko regulamin i teraz nie jest już koedukacyjna oraz obowiązują stroje kąpielowe. Nie odczyszczono zacieków na kamiennej kopule, nie zainstalowano nowego sprzętu. Działa? Działa. Taki pragmatyzm to najskuteczniejsza metoda konserwacji.

IMG_9531

Na ulicach można spotkać wielu obcokrajowców, którzy sprawiają wrażenie, jakby tam mieszkali na dłużej. W mieście nie widać wielkich kompleksów biurowych, a i obcokrajowcy nie wydają się przynależeć do kategorii „korpo”, więc zakładam, że nie są finansistami na kontraktach. Albo to studenci (czyżby, podobnie jak w Polsce, przyciągano zachodnich studentów na wydziały medyczne?), albo szeroko pojęta „klasa kreatywna”. Budapeszt bardzo przypomina Berlin sprzed gentryfikacji, ceny są niskie, jakość życia (zwłaszcza tego nocnego) wysoka, więc nie zdziwiłabym się, gdyby osiadały tam, chociaż na chwilę, osoby pracujące zdalnie lub artyści. Chętnie dowiedziałabym się od kogoś lepiej zorientowanego, czy moje przypuszczenia są słuszne. W całym śródmieściu widać dwujęzyczne informacje o wynajmie i to nie tylko mieszkań, ale także lokali usługowych. Sami musieliśmy przez chwilę popracować i przetestowaliśmy pewną coworkingową kawiarnię  – sporo tam podobnych miejsc.

Wnętrzarsko w nowych lokalach dominują te same trendy, co u nas. Może nie widać aż tyle płyty OSB, ale patchworki z marokańskich płytek, odkryta cegła i gołe żarówki pojawiają się równie często. Można również nierzadko zauważyć u nas rzadko spotykane, a tam nawiązujące do lat 70. (ach, te przejścia podziemne!) kompozycje ze świetlówek. Zachwycające są niektóre z tzw. ruin barów, czyli pubów albo klubów zaaranżowanych w opuszczonych, zaniedbanych kamienicach. Byłam kiedyś w podobnym miejscu w Edynburgu i bardzo podobała mi się plątanina korytarzy, pokoi i klatek schodowych. W Budapeszcie zagospodarowywane są również przepiękne dziedzińce – zamieniają się w wielkie ogródki winno-piwne pod gołym niebem. Niestety, prawie całkowicie zdominowali je turyści i wydawane są nawet specjalne anglojęzyczne przewodniki po zagłębiach barów. Chociaż zabawa w Davida Attenborough i obserwowanie rytuałów godowych homo sapiens bywa intrygujące, jednak powtarzalność interakcji między uczestnikami brytyjskich wieczorów  panieńskich i kawalerskich zaczyna szybko męczyć. Podobnie męczą całe ulice zamienione w gastronomiczne deptaki z „Traditional Hungarian Cuisine” i „Goulash – 5 euro”.

IMG_9808

IMG_9818

IMG_9827

Na zdjęciach powyżej Most Wolności czyli po prostu Most Zielony, który we wspomnieniach sprzed półtorej dekady kojarzy mi się przede wszystkim z przeciąganiem liny przez studentów Politechniki i Uniwersytetu (uczelnie zlokalizowane są na jego końcach). Pamiętam też wspinanie się po jego konstrukcji – na szczęście nie ja się wspinałam, za to wspomniane wino z plastikowych butelek odgrywało w tej mało bezpiecznej przygodzie ważną rolę. Dziś most to popularne miejsce na sączenie piwka – lepiej niż w Kopenhadze, bo z jeszcze atrakcyjniejszym widokiem. Intensywne miejskie życie w śródmieściu zachwyciło mnie poprzednio i równie mocno tym razem. I właśnie po to zamierzam wrócić jeszcze do Budapesztu.

Nie, nie wrócić. Wracać regularnie!

[fot. Monika Arczyńska&Łukasz Pancewicz]

OSSA 2016 czyli kapsuła czasu, rozmowy przy ognisku i mewa nr OP51

IMG_9373

Mewa numer OP51* – o 6 rano budził nas jej tupot o pusty parapet i operowe wrzaski

Nie ma to jak wrócić z urlopu w środku nocy i już następnego dnia wystartować ze studenckimi warsztatami. Dzięki temu, mimo że przez prawie cały tydzień Ogólnopolskich Spotkań Studentów Architektury OSSA 2016 pracowałam przedpołudniami, miałam wrażenie, że moje wakacje trwały miesiąc. Z ulgą przeniosłam się do Gdyni, bo wcześniej czułam, że nie starcza mi czasu ani na pracę z grupą, ani na rozmowy przy ognisku.

lila_01

Część naszego Wunderteamu – Dominika, Artur, Daniel, mój osobisty urbanista, który dzielnie zastępował mnie przedpołudniami, ja, Julia i Karolina

To moja pierwsza OSSA w roli tutora. Dużo się zmieniło, odkąd brałam w niej udział w czasie studiów. Relacje między uczestnikami a prowadzącymi są teraz zdecydowanie mniej sztywne, praca intensywniejsza, a prezentacje zdecydowanie bardziej wysmakowane. Tym razem organizatorzy zasugerowali także w ramach eksperymentu, aby mniej więcej na półmetku pracy nastąpiło podzielenie grup na trzy części i rozproszenie wśród innych zespołów. Okazało się się to świetną okazją dla wymiany przemyśleń i weryfikacji wstępnych wniosków oraz nieformalnego przetestowania, czy przyjęte założenia są czytelne dla innych. Półtorej godziny dyskusji z osobami, które w zupełnie odmienny sposób interpretowały zadany temat, okazało się czynnikiem mocno popychającym pracę naprzód.

A było co popychać. Wraz z moim osobistym urbanistą jechaliśmy do Gdyni bez konkretnego pomysłu na to, w jaką stronę można by pokierować grupą. Założenie było takie, aby rzucić hasło warsztatów- TRANS-PORT/-FORM, przedyskutować je porządnie i szlifować najbardziej obiecujący pomysł, jaki się wykluje. Zależało nam jednak na tym, aby zgodnie z sugestiami organizatorów skupić się na faktycznej interpretacji tematu, a nie tylko przygotowaniu przeestetyzowanego filmu na końcową prezentację. To podobno problem wielu warsztatów. Ponadto byliśmy jedynymi tutorami z Trójmiasta i staraliśmy się unikać zbyt bezpośredniego odnoszenia się do Gdyni i poszczególnych lokalizacji w mieście, bo po prostu za dobrze znamy kontekst różnych inwestycyjnych decyzji. Strategię lokalnych interwencji wybrały m.in. grupy Kuby Woźniczki odnosząc się do lotniska w Kosakowie („gorzka wisienka na słodkim gdyńskim torcie”) czy Marty Mnich i Mikołaja Smoleńskiego, których studenci w Sea Towers zobaczyli transformersa. Nam trudno byłoby o takie świeże spojrzenie, bo za dobrze znamy te kąty.

IMG_9333

Wszyscy słuchają Karola:)

Lokalnie zadziałali także Menthol Architects i ich studenci, którzy umieścili w różnych częściach śródmieścia 1500 niebieskim łódeczek origami prowadzących do Hali Targowej. Hala, pomimo spektakularnej architektury, lata świetności ma już za sobą. Najpierw przeprowadzono wywiady i z rozmów ze studentami, którzy podczas przetasowania grup trafili do nas, wynikało kilka bardzo interesujących wniosków. Gdynianom nadal mieszka się doskonale w ich mieście (co roku Gdynia wygrywa w rankingach najbardziej zadowolonych mieszkańców), lecz po ’89 stracili poczucie wyjątkowości swojego miejsca zamieszkania. Nadal jest wyjątkowe z uwagi na położenie i plażę, ach tę plażę w samym centrum, jednak miasto nie stanowi już takiego okna na świat, jak przed wojną lub przed transformacją. W szarych czasach komunizmu to tu docierały zachodnie towary i kultura – od dezodorantów Fa po płyty z brytyjską muzyką. Łódeczki na jeden dzień przyniosły wyjątkowość, ale aż kusi, żeby przeprowadzić pogłębione badania odnośnie tej utraconej pozycji.

Z kolei grupa Karola Szparkowskiego usiłowała uroczo nieporadnie zbudować na plaży kopułę z piasku. Skończyło się na siatce zbrojeniowej i geowłókninie, które z kolei zadziałały jako lampiony podczas ogniska ostatniej nocy. Kuba Szczęsny postawił na tekst i teatralną,  ironiczną interpretację pojęcia utopii. Wyszło przewrotnie, ale najbardziej przewrotne okazało się jednak to, że prezentacja nie została w pełni zrozumiana przez publiczność. To bardzo wymowna szkoła dla studentów, którzy dopiero uczą się współpracy z klientem. Jeśli architekci nie potrafią odczytać teatralnych środków wyrazu, podobnie niearchitekci nie są w stanie zinterpretować znaczenia decyzji projektowych. 

IMG_9353

Rozdanie dyplomów przez Karolinę, naszą niezastąpioną opiekunkę. Obok Robert, Edyta, Julia, Artur i Dominika.

Do naszej grupy trafiło dziewięcioro studentów różnym wieku, z różnych uczelni, różnymi doświadczeniami i podejściem do projektowyania. Po długich godzinach niełatwych rozmów na temat tranformacji i transportu wykrystalizowała się koncepcja „transportu formy w przyszłość”, za pośrednictwem materialnego nośnika. Odniesienie stanowiła kapsuła czasu – pojemnik z różnymi przedmiotami codziennego użytku – umieszczany podczas budowy lub remontu w niedostępnej części budynku, odkopywany przypadkiem po wielu latach, podczas kolejnej przebudowy. Podczas burzy mózgów zastanawialiśmy się, co chcielibyśmy teraz umieścić w takiej kapsule – do głowy przchodziły przede wszystkim informacje zapisane na cyfrowych nośnikach. Gazeta, monety czy pudełko zapałek są jednak trwalsze od dysku USB. Studenci wskazywali na problem nietrwałości cyfrowego nośnika oraz nadmiaru produkowanych i archiwizowanych informacji. W kontekście architektury zauważyli strach przed utratą na zawsze zarówno samego historycznego budynku, jak i informacji o nim, stąd badania historyczne, inwentaryzacje i dokumentacje fotograficzne. Grupa wypracowała przewrotną konserwatorską doktrynę zakładającą, że przy każdej przebudowie obiektu architektonicznego, nawet najnowszego i pozornie pozbawionego wartości estetycznych czy historycznych, należy pozostawić jego materialny fragment.

praca01

Ekipa podczas składania ostatecznej prezentacji – za stołem Weronika, Julia, Daniel i Małgosia

Za symbol takiego działania posłużył „kolec” z korony wrocławskiego Solpolu – budynku, odnośnie którego trudno podjąć decyzję, na ile jest wartościowy z konserwatorskiego punktu widzenia. Z jednej strony nadal pamiętane są kontrowersje związane z jego formą i kolorystyką, z drugiej od jego powstania minęło już tyle czasu, że można go jednoznacznie uznać za jeden z najbardziej reprezentatywnych przykładów postmodernizmu w Polsce. Gdy budynek jest jeszcze zbyt młody i brakuje dystansu czasowego dla oceny jego wartości, trudno określić, jak zweryfikuje go czas – to problem wielu powojennych obiektów, które są bez kontroli wyburzane lub przebudowywane. W postmodernistycznym, pełnym detali budynku łatwo jednak ustalić, które charakterystyczne elementy można by pozostawić według wymyślonej przez grupę strategii. Trudniej o decyzję, które elementy modernistycznych budynków byłyby najlepszym nośnikiem informacji o ich historycznym czy sentymentalnym znaczeniu – które powinny znaleźć się w „kapsule czasu”.

Gdyński modernizm dał nam do myślenia o tym zagadnieniu, a gdyński powojenny budynek – mieszkaniowa”szafa” z balkonikami przy domu towarowym Batory – posłużył jako bohater amimacji pokazującej symulację przekształceń z pozostawieniem istniejących elementów. Ekipa przygotowała także – bo przecież mowa o materialnych nośnikach –  lapidarium złożone ze współczesnych elementów architektonicznych. Stanowiło antytezę idei pozostawienia ich in situ i wskazało, jak bardzo są nietrwałe i powtarzalne w przeciwieństwie do historycznego detalu. Pobliska budowa okazała się doskonałym źródłem materiałów – dziewczynom udało się zdobyć nawet fragment tynku na styropianie. Po prezentacji rozgorzała dyskusja – najlepsza weryfikacja, czy cały myślowy proces był spójny i logiczny. Hubert Trammer, który przyjechał specjalnie na ossowe prezentacje, był szczególnie dociekliwy i cała grupa, z tutorami włącznie, miała wypieki z wrażenia, jak wiele opinii zostało wymienionych.

IMG_9363.JPG

Lapidarium złożone ze współczesnych elementów budowlanych

Warsztaty to nowe znajomości nie tylko ze studentami, ale też z tutorami i osobami zaproszonymi do wygłoszenia wykładów. W ramach „Europejskiej Stolicy Kultury” Wrocław zaprosił do siebie trójmiejskich artystów w ramach trwającej właśnie akcji „Znajomi znad morza„. W przypadku OSSA i architektury  do Trójmiasta wpadli „Znajomi z Wrocławia”. Ponieważ sama przyczyniłam się do wrocławskiego desantu (udało mi się namówić na przyjazd Menthol Architects i podpowiedziałam organizatorom VROA oraz CH+), a Kuba Woźniczka to warsztatowy weteran, wśród ekipy prowadzących byli prawie sami znajomi. Ponieważ niektórzy ściągnęli do Gdyni swoich bliskich, w końcu poznałam Kasię Kajdanek, której „Suburbanizację po polsku” uważam za najlepszą książkę ostatnich lat o polskim mieszkalnictwie („13 pięter” może się schować).

IMG_9354

Część ekipy tutorskiej z Wrocławia

IMG_9280.JPG

Lila z Menthol Architects skupiona nad projektem ożywienia Hali Targowej

Lila_02

Z wykładem wpadła Pani Dyrektor czyli Agnieszka Puchyr, która w czasie OSSY gościła na blogerskiej imprezie w Gdyni. To kolejna osoba z archiblogosfery, z którą w końcu spotkałyśmy się w realu

Następna OSSA już w październiku w Zakopanem. Już zazdroszczę studentom i tutorom, tym bardziej, że organizatorzy planują kolejny eksperyment – połączenie prowadzących w pary: architektów z osobami niezwiązanymi z branżą. Mogą pojawić się historycy sztuki, biolodzy, psycholodzy – podpowiedzieliśmy kilka nazwisk i najbardziej żałujemy, że nie uda nam się raczej wpaść, chociaż na chwilę, na drugi koniec Polski.

*Ponieważ pierwszy raz w życiu udało mi się odczytać numer ptasiej obrączki, postanowiłam zarejestrować go w internetowym serwisie zbierającym takie dane. Lista do wypełnienia jest dość długa, w większości kategorii wybiera się dane z rozwijalnego menu. Jedna z kombinacji pytanie-odpowiedź wydała mi się dość rubaszna: „Czynności wykonane z ptakiem?” „Uszkodzony podczas trzymania w ręku”. Kurtyna:)

[Fot. Monika Arczyńska, Lila Krzycka]

Krótko o Długiej

para.jpg

Zaczęło się od kontrowersyjnej żółtej kropki na ulicy Długiej w Gdańsku (proj. Grupy Gdyby), która oburzyła wielu gdańszczan. Cytuję, z komentarzy pod artykułem w lokalnej prasie : „W domu sobie kibel na żółto wymalujcie ! Pieprzona pseudo-sztuka!”. Kropka pojawiła  się jako zapowiedź projektu przebudowy Traktu Królewskiego – to Długa z Długim Targiem, między Zieloną a Złotą Bramą. Konieczna jest wymiana podziemnej infrastruktury, więc będzie okazja, aby zająć się zniszczonymi nawierzchniami oraz generalnym przekształceniem tej najbardziej znanej i najczęściej fotografowanej przestrzeni publicznej w Gdańsku. Od dłuższego czasu stanowi sturystyfikowany disneyland – gdańszczanie w sezonie unikają jej jak mogą z uwagi na tłumy turystów i ceny w lokalach gastronomicznych.

Ale dla nas temat zaczął się jeszcze przed pojawieniem się żółtej kropki. Zarząd Dróg i Zieleni w Gdańsku (ZDiZ) jeszcze w ubiegłym roku zwrócił się do nas z pytaniem, czy nie wzięlibyśmy tego tematu na warsztat ze studentami. To efekt ubiegłorocznego projektu rewitalizacji Starego Polesia w Łodzi, który zamiast trafić do szuflady, w dalszym ciągu jest wykorzystywany. Oprócz wprowadzenia zaproponowanych miękkich działań, raportowi przyglądają się obecnie eksperci od rewitalizacji, szukając inspiracji dla planowanych do wdrożenia przemian na Polesiu. W Gdańsku chodziło o przyjrzenie się Traktowi w szerszym kontekście i zaproponowanie wytycznych dla projektu przebudowy. Ustaliliśmy, że studenci opracują „korporacyjny” produkt – raport uwzględniający zarówno rozległe analizy tego obszaru, jak i sugestie zmian wraz z koncepcją projektową testującą słuszność przyjętych założeń. Raport będzie stanowił załącznik do specyfikacji dla docelowych projektantów, jako dodatkowy materiał informacyjny.

Szczególne znaczenie ma sposób postrzegania Traktu przez mieszkańców Gdańska i Trójmiasta oraz turystów. Kilka lat temu próbowano z Traktu zrobić tzw. „strefę prestiżu” – od tamtego czasu nie dość, że zmienił się sposób postrzegania miejskich przestrzeni publicznych, to prestiż zastąpiły chińskie gadżety i baloniki sprzedawane na każdym kroku. Ponadto po długich latach oczekiwania są obecnie zagospodarowywane tereny na obu końcach Traktu i w jego okolicach (m.in. Wyspa Spichrzów). W Gdańsku Głównym i sąsiednich dzielnicach chyba jeszcze nigdy nie stało tak wiele dźwigów. Śródmieście, które dopiero po inwestycjach w południowej części miasta uzyskało mniej więcej śródmiejską lokalizację, dopiero teraz ma szansę stać się prawdziwym centrum Gdańska (taką rolę dla wielu mieszkańców odgrywał znacznie lepiej skomunikowany i wyposażony w usługi Wrzeszcz). Oznacza to, że znaczenie Traktu Królewskiego poważnie zmieni się w najbliższych latach. To też zostało wzięte pod uwagę.

Nie będę tu przedstawiać wniosków – materiał jest zbyt obszerny. Cały raport zostanie wydrukowany w nakładzie ok. 100 egzemplarzy, a także udostępniony online. Dam znać, kiedy tylko uda się umieścić go na stronie po ostatecznych poprawkach i przedstawię wówczas cały zespół projektowy. Napiszę tylko, że największą trudność w planowaniu przyszłego charakteru tej przestrzeni stanowią przeciwstawne znaczenia i oczekiwania wobec jej obrazu i funkcji. Powinna być jednocześnie miejscem”dla ludzi”, ale i zachować prestiżowy charakter. Pełni ważną funkcję tranzytową, ale podłużny plac – Długi Targ – teoretycznie mógłby działać jak rynki w większości polskich miast. Z jednej strony Trakt to idealne miejsce rozrywki i kulturalnych imprez, które mogą przeszkadzać mieszkańcom, z drugiej – wyprowadzanie się stamtąd ludzi sprawia, że Trakt staje się nieautentycznym, opustoszałym miejscem. Propozycje grupy brały pod uwagę te konflikty i starały się nie tyle znaleźć jeden złoty środek, co zakres możliwych rozwiązań.

WP_20160401_13_47_51_Pro

Zajęcia. Naprawdę jak w biurze, chociaż meble mało stylowe:)

Ponownie, jak przy projekcie dla Łodzi, pracowaliśmy jak biuro. Ekipa podzieliła się na grupy zajmujące się kwestiami urbanistycznymi, architektonicznymi, konserwatorskimi i społecznymi, oprócz tego dwie komórki podjęły się koordynacji i przgotowania raportu. Z moim osobistym urbanistą unikaliśmy przyjęcia roli szefów – nasze zadanie to podpowiadanie, jak i gdzie szukać informacji oraz sterowanie całym procesem. Gdybyśmy mogli podejmować decyzje projektowe, praca zdecydowanie posuwałaby się do przodu szybciej, ale efekt dydaktyczny byłby znacznie mniejszy. Ta symulacja prawdziwej pracy w dużym biurze, nad zlożonym projektem, z prawdziwym klientem i z branżystami oraz zmieniającym się bezustannie harmonogramem, miała być również szansą na bezbolesne jeszcze uczenie się na własnych błędach (przynajmniej z uwagi na brak finansowej odpowiedzialności).

Znów trafiła nam się absolutnie fantastyczna grupa. Przyznam, że kiedy od starszych wykładowców słyszę, a zdarza się to stosunkowo często, że dzisiejsi studenci chcą mieć wszystko podane jak na tacy, zaczynam się zastanawiać, czy na pewno pracujemy w tym samym miejscu. Studenci, z którymi współpracujemy, nie dość, że ostro zasuwają i chcą nauczyć się czegoś nowego, to po erasmusowo-stażowych doświadczeniach pozbyli się kompleksów i śmiało konkurują z zachodnimi rówieśnikami. Jeśli zajęcia odbywają się po angielsku, a taki był opisywany kurs, ich znajomość języka okazuje się świetna. Wychodzą z inicjatywą, są bardzo elastyczni i – z małymi wyjątkami – nie upierają się przy pierwszym, pozornie genialnym pomyśle (to znane zjawisko na wydziałach architektury). Tym razem w 34-osobowej grupie pracowało także 12 studentów Erasmusa, m.in. z Hiszpanii, Albanii, Ukrainy czy Ekwadoru. Z jednej strony lokalny temat i sporo kontaktów z mieszkańcami mogły okazać się problematyczne z uwagi na język, ale dzięki ścisłej współpracy z polskimi studentami udało im się pokonać tę barierę. Jednocześnie bardzo przydała się obecność projektantów, dla których najbardziej znana przestrzeń publiczna w Gdańsku była odkrywanym dopiero miejscem.

[roto2

Punkt informacyjny

Współpraca z miastem narzuciła zakres i terminy. Równolegle prowadzone były badania społeczne – internetowy kwestionariusz, który wypełniło ponad 1700 osób – oraz dwie tury konsultacji społecznych. W pierwszych, osobno dla mieszkańców i dla interesariuszy (właścicieli lokali, zarządców nieruchomości) dyskutowano ogólnie o oczekiwaniach wobec Traktu. Podczas drugich konsultowano przygotowane przez studentów wizje przekształceń ulicy i placu. Zespół zajmujący się kwestiami społecznymi przeprowadził dodatkowo własne badania – od konsultacji z lokalnym klubem seniora, po wywiady i obserwowanie przechodniów. Powstały na tej podstawie mapy sposobów i prędkości poruszania się po Trakcie – to bezcenne informacje dla projektantów docelowej koncepcji.

IMG_4881.jpg

Przygotowania do konsultacji społecznych

IMG_4988

Pierwsza tura konsultacji

Równolegle została powołana Rada Programowa, złożona m.in. z achitektów, historyków, konserwatorów i urbanistów. Najbardziej cieszyła mnie jednak obecność Remigiusza Kitlińskiego – gdańskiego pełnomocnika ds. komunikacji rowerowej oraz Bartka Zimnego, pełniącego w Łodzi podobną funkcję, a jednocześnie zajmującego się projektami ulic. To on jest twórcą pierwszego łódzkiego woonerfu. Rada spotykała się co kilka tygodni, dyskutując o poszczególnych aspektach Traktu. Kiedy tylko była okazja, ściagaliśmy na te spotkania studentów. Równolegle na ASP studenci Jacka Dominiczaka pracowali nad własnymi koncepcjami przekształcenia tego wnętrza urbanistycznego. Wszystkie działania były na bieżąco opisywane na specjalnie stworzonej stronie internetowej. Jakby tego wszystkiego było mało, część zespołu wyjechała z doktorantem z naszego wydziału, Łukaszem Bugalskim, na warsztaty do Rotterdamu. Ich temat także wiązał się z Traktem Królewskim – dotyczyły powojennej odbudowy miast.

rada.jpg

Oficjałki, oficjałki… Rada Programowa w Dworze Artusa

W kwietniowy weekend odbyło się prototypowanie, czyli testowanie w przestrzeni Traktu kilku propozycji aranżacji Traktu . ZDiZ zapewnił kilkadziesiąt ławek, drzewka w donicach oraz barierki. Trzy różne konfiguracje – po jednej na każdy dzień – nie tylko testowały umiejscowienie mebli miejskich, ale badały, jak przemieszczają się użytkownicy Traktu, jeśli trasa zostanie częściowo zastawiona. Studenci, podzieleni na dyżury, dokonywali obserwacji, a dodatkową weryfikację ich ustaleń zapewniły nagrania z kamer ustawionych przez cały weekend w bramach na obu końcach Traktu. Jak u Williama Whyte’a!

01.jpg

Niektóre ławki – w słońcu, ze świetnym widokiem – były skazane na sukces.

proto.jpg

Przykład zgrupowanych ławek, które testowały ewentualne umieszczenie w tym miejscu innej „blokady” na Długim Targu – np. fontanny albo wystawy.

IMG_5083

Marta Myga i Maciej Kosycarz, znany fotoreporter dokumentujący historię Gdańska.

 

IMG_5127.JPG

Przechodnie mieli okazję zapisać swoje uwagi.

23 czerwca miała miejsce krótka prezentacja w Ratuszu Głównego Miasta w ramach podsumowania wszystkich dotychczasowych działań miasta, a w miniony poniedziałek – spotkanie w Instytucie Kultury Miejskiej, poświęcone wynikom semestralnej pracy. Walczymy zawsze z traktowaniem studentów jak dzieci i kolejny raz okazało się, ze mamy rację. Przez cały czas podkreślaliśmy, że studenci kursu magisterskiego posiadają już stopień inżyniera architekta i są przygotowani do zawodowej pracy pod okiem bardziej doświadczonych projektantów. Ponownie, podobnie jak rok temu w Łodzi, najbardziej zachwycił nas sposób, w jaki prezentujące wyniki pracy liderki zespołów odpowiadały na pytania od publiczności (a pojawiło się trochę złorzeczenia na temat rowerów ze strony jednej z mieszkanek). Profesjonalnie, chłodno, z pewnością siebie, tak, że nikt z publiczności nie śmiał ani przez chwilę wątpić, że autorzy opracowania znają doskonale temat i mają odpowiedź na każde pytanie.

SAM_1996.jpg

Końcowa prezentacja w IKM

My, jako prowadzący, też ogromnie dużo się nauczyliśmy. Otrzymaliśmy od studentów wiele cennych uwag, które bardzo pomogą nam w ustalaniu kolejnych kursów. Już dostajemy wstępne sygnały od zainteresowanych „dawców tematów”, że chętnie przekażą pomysły na kolejny semestr. Bardzo chętnie, ale zredukujemy poważnie zakres. Tym razem okazał się zdecydowanie zbyt duży, chociaż na początku spotkaliśmy się z wątpliwościami, czy jedna ulica, na której nie ma nawet miejsca na nowe kubatury, to wystarczająco poważny temat na magisterski kurs urbanistyki. Okazało się, że to jednak zdecydowanie zbyt duży zakres, ale studenci poradzili sobie doskonale i jesteśmy z nich ogromnie dumni. Były „krew, pot i łzy”, były momenty załamania, było wiele zarwanych nocy. Ale widać też, jak bardzo studenci dojrzeli przez ten semestr jako projektanci. Szkoda, że nie mogliśmy rozciągnąć tego tematu na cały rok. Mam nadzieję, że kiedy pachnąca świeżym drukiem książka trafi w ręce studentów, osłodzi nieco zmęczenie po tych 15 tygodniach skrajnie intensywnej pracy.

[Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz, Paweł Wojdylak]

Odkochałam się

team

W branżowej prasie nadal, chociaż z mniejszą częstotliwością, pojawiają się przeglądy weneckich wystaw i pawilonów, Marcin Szczelina chyba jeszcze siedzi we Włoszech (wróci? nie wróci? Dziś wrzucił na FB zdjęcie z Lido), a ja nadal wspominam wystawy, bo przetrawienie takiej dawki informacji i wrażeń wymaga czasu.

Tym razem do Wenecji pojechałam nie tylko z moim osobistym urbanistą, ale i z ulubionym historykiem sztuki. Połączyło nas właśnie Biennale – kiedy trzy lata temu szukaliśmy z Łukaszem kuratora, aby wspólnie przygotować projekt konkursowy na wystawę w polskim pawilonie, znajomi polecili nam Maksa Bochenka*. Zadzwoniłam, umówiliśmy się na kawę i na tej pierwszej kawie zaiskrzyło na tyle, że nie tylko złożyliśmy projekt (nawet dwa, bo i jeszcze jeden, rok temu), ale prowadzimy kolejną serię wykładów, przegadaliśmy setki godzin o architekturze, sztuce i innych mniej poważnych rzeczach, a po głowie chodzą nam  pomysły na kolejne projekty. W Wenecji okazało się, że pomimo różnych profesji – architekt, urbanista i historyk sztuki – odbieraliśmy poszczególne wystawy dość podobnie, a tam, gdzie ekspozycje prowokowały nas do dyskusji, potrafiliśmy mówić tym samym językiem. oponki

[Bez głupawki ani rusz – kto by wytrzymał bieganie po wystawach architektonicznych przez 10 godzin dziennie?]

LPMA.jpg

[Bez espresso też się nie da:)]

Zawsze szukam na Biennale „przekłuwania balona” – potraktowania architektury bez nadmiernego nadęcia i pompy. Tegoroczna edycja była śmiertelnie poważna: klęski żywiołowe, strefy militarne, ubóstwo i nierówności. Z westchnieniem ulgi skoczyliśmy  do serbskiego pawilonu, w którym interpretacja tematu może nie do końca nas przekonała, ale kapitalnie potraktowano wnętrze budynku, bliźniaczego z polskim. To nie jest najłatwiejsza przestrzeń ekspozycyjna -€“ wąska i długa -€“ i ten sposób na jej zagospodarowanie wydaje mi się bardziej odpowiedni niż wstawianie tam plansz czy makiet. Podłoga pawilonu stała się dnem niebieskiego statku, wyposażonego w najważniejszą dla przetrwania rzecz -€“ gniazdka elektryczne. Zapomnieliśmy sprawdzić, czy była też sieć bezprzewodowa, ale nie wyobrażam sobie, że mogłoby być inaczej. Wielki błękit i możliwość podładowania telefonu sprawił, że cichły rozmowy, a pochyłe dno zadziałało jak wielka leżanka…

Slovenia

Biennale to również godziny podpatrywania sposobów prezentacji projektów. Tym razem pięknych, piekielnie drogich makiet było jak na lekarstwo – robiłyby zdecydowanie nieprzyzwoite wrażenie wśród niskobudżetowych projektów w slumsach i na terenach dotkniętych przez kataklizmy. Co prawda Chipperfield i Rizzi pokazali odjechane makiety, no ale im wszystko wolno. Z drugiej strony stylistyka „zrób to sam”, jeśli potraktowana z pewną dozą humoru, również potrafi być atrakcyjna. Moi ulubieńcy to warsztat w pawilonie Recetas Urbanas.

LUDZIKI.jpg

Nie wiem, jak Izrael to załatwił, ale pierwszego dnia zamiast o 19:00, Giardini zamknięto godzinę później. W międzyczasie na tyłach pawilonu rozkręciła się w okamgnieniu niezła impreza – campari lało się strumieniami, a dj podrygiwał puszczając najbardziej kiczowate kawałki świata. Wśród pląsającego tłumu chyba wypatrzyliśmy nawet noblistów, których twarze chwilę wcześniej widzieliśmy na wystawie – opowiadali o relacjach między nauką a architekturą. Relacje między nauką a architekturą na parkiecie również okazały się bliskie.

Israel

Jak już przy nieeuropejskich, ale eurowizyjnych krajach jesteśmy, to w tym roku premierę miał pawilon Australii. Denton Corker Marshall zaproponowali czarne pudło, ale niespodzianka czekała w środku. „Raport z frontu” w interpretacji Australii to raport z frontu willi z basenem, bo postawili właśnie na „pool culture”. Tego samego dnia wieczorem moi towarzysze ratowali pijanych turystów, kórzy postanowili wykąpać się w Canale Grande. Bełkotali tak niewyraźnie, że nie byłam w stanie poznać po akcencie, skąd przyjechali, ale może to też byli Australijczycy?

Australia.jpg

Ale najważniejsze: odkochałam się. Aravena mi się po prostu przejadł. Po Pritzkerze i Biennale aż strach otwierać lodówkę. Już nie będzie walentynek, listów miłosnych ani wzdychania. Może gdybym wpadła na niego gdzieś w Giardini, uczucie by przetrwało, ale żartowaliśmy, że Alejandro A. specjalnie mnie unika. Pewnie dlatego, że krótko przed Biennale dowiedziałam się, że ma żonę (drugą!) i dzieci. Liczna grupa jego psychofanek pewnie nie zauważy nawet, że ich grono zmniejszyło się o jedną architekt z Polski, a ja zacznę szukać nowego obiektu westchnień. Jakieś propozycje?

*W piątek o 18:00 w hali B90 w Stoczni odbędzie się wernisaż Alternativa 2016: Uszczerbki i Straty. Maks  jest producentem tej wystawy – ostatnio wyspał się chyba w Wenecji, tak ogromne jest to przedsięwzięcie. Wpadłam wczoraj  do stoczni, żeby zobaczyć, jak w ogóle przebiega instalacja wystawy i powiem jedno: zapowiada się świetnie. Do zobaczenia w piątek!

[Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz, Maks Bochenek]

Sarona

2016_02

To miejsce pokazała nam w ubiegłym roku Aynav, moja serdeczna przyjaciółka z Erasmusa, która na co dzień mieszka w Europie, ale akurat odwiedzała w Izraelu rodzinę. Sarona to niemiecka kolonia z XIX wieku, wówczas nowoczesna osada rolnicza, produkująca żywność na sprzedaż, a nie tylko dla zapewnienia potrzeb własnej społeczności. Kiedyś zlokalizowana była poza miastem, ale wraz z rozwojem Tel Awiwu znalazła się w atrakcyjnym miejscu w centrum miasta, niedaleko stacji kolejowej i tuż obok sporej bazy wojskowej. Już od lat 70. deweloperzy zacierali ręce na myśl o zainwestowaniu na tym terenie (kilka rozsypujących się chatek do usunięcia – co za problem!), ale ostatecznie zadecydowano o objęciu go ochroną konserwatorską. Część budynków przeniesiono, a wszystkie pieczołowicie odrestaurowano i posadzono między nimi mnóstwo zieleni, obok zachowanych drzew.

WP_20141231_13_56_57_Pro

Kompleks obejmuje kilkadziesiąt sklepów i punktów gastronomicznych wśród zieleni. To rodzaj centrum handlowego i food courtu pod gołym niebem, ale o charakterze skansenu. Miejsce jest niedostępne dla samochodów, lecz dookoła zlokalizowano kilkanaście tysięcy miejsc postojowych. Obok wyrosły kontrastujące skalą wieżowce. ‚Lifestyle centre’ jak się patrzy.

WP_20141231_14_05_19_Pro

Z reguły krytycznie patrzę na podobne komercyjne założenia, podobnie jak na wielkie centra handlowe wysysające handel z ulic. Dwa tygodnie temu siedzieliśmy tam jednak z przyjemnością, popijając z moim osobistym urbanistą kawę i jedząc lody. Do samolotu zostało nam kilka godzin, a ponieważ byliśmy już trochę zmęczeni kilkoma godzinami spacerowania w upale, postanowiliśmy poczekać tam na pociąg na lotnisko. Beztroska atmosfera Sarony kompletnie nas wtedy wciągnęła. To miejsce, w którym wszyscy czują się bezpiecznie, pełne zakochanych par, znajomych grających we frisbee i dzieci biegających po trawnikach. Rozmarzyliśmy się na myśl o sączeniu wina na balkonie w sąsiednich wieżowcach – nie dość, że mają widok na Saronę, to z wyższych pięter również na morze. To prawdziwa zielona oaza w centrum miasta, w którym przez większość roku panują upały.

2016_01

Wczoraj nazwa ‚Sarona’ mignęła mi w internecie. To nie były dobre wiadomości – miał tam miejsce atak przy użyciu broni maszynowej. Zginęły cztery osoby. Dokładnie w tym miejscu siedzieliśmy dwa tygodnie temu. Na zdjęciach, które ukradkiem robiłam parze zakochanych, widać targ, gdzie odbyła się strzelanina.

Z mapy idyllicznych, bezpiecznych miejsc w Tel Awiwie właśnie zniknęło kolejne miejsce. Nie wierzę, aby w przyszłości ktokolwiek wypuścił dzieci na trawę, nie pamiętając o tym, co stało się wczoraj. Mentalne mapy miast, na których w pamięci zaznacza się miejsca kojarzące się z bezpieczeństwem i beztroską, kurczą się po każdym takim wydarzeniu. Miasta też giną w terrorystycznych atakach, nawet, gdy ich mury pozostają nietknięte.

RIP

[Fot. Monika Arczyńska]

 

 

 

 

Raport z frontu

TITLE

A miało być tak pięknie… Ale pięknie tylko przy okazji, bo przede wszystkim prospołecznie, pragmatycznie, humanitarnie. Wyszło dość nijako, powtarzalnie i nudno. Oglądając kolejne, podobne do siebie wystawy, zaprezentowane w ostentacyjnie niskobudżetowy sposób, bo przecież nie wypada wydać na makietę więcej niż na budynek, który reprezentuje, nieraz miałam wrażenie, że podróż do Wenecji była całkiem niepotrzebna. Oglądając katalog i popijając kawę – obowiązkowo fair trade – w zaciszu własnego mieszkania dowiedziałabym się więcej, bo bez pośpiechu, nie wspominając o ilości CO2, którą wyprodukował samolot, pociąg i klimatyzacja w hotelu. Nie wspominając już o tym, że pieniądze wydane na podróż mogłabym wpłacić na jakiś NGO budujący studnie w Afryce (podobną strategię przyjęła zresztą Austria, pożytkując zaoszczędzone dzięki skromnej wystawie fundusze na poprawę warunków mieszkaniowych kilku rodzin uchodźców).

ARRIVAL CITY

Niemcy również wybrnęli sprytnie  z problemu mało spektakularnego tematu i uniknęli szarej tektury, worków foliowych i plastikowych butelek. Nie dość, że wypruli otwory w swoim nazistowskim pawilonie, aby pokazać, jak bardzo są otwarci na przybyszów z zewnątrz – obecnie głównie uchodźców – to jeszcze wybrali stylistykę materiałów graficznych przypominającą przeskalowane kserówki ze spontanicznymi komunikatami. Bez zadęcia, z lekką naiwnością, może aż zbyt lekko, ale jak świeżo po dziesiątkach wystaw o mniejszych i większych problemach ludzkości.

ETH

[Ta instalacja ETH z Zurychu oczarowała chyba wszystkich i to akurat było coś, co trzeba zobaczyć na własne oczy, a nie tylko w katalogu. Konstrukcja składa się wyłącznie z wycinanych komputerowo kamiennych płyt – bez zaprawy, bez żadnych dodatkowych elementów łączących. Jak w czasach gotyckich katedr, których sklepienia wykonywano w podobny sposób. Tyle, że tu gotowe elementy składano zaledwie dwa tygodnie.]

Podczas Biennale rynkowa koniunktura przekłada się zwykle na ilość przelewanego prosecco oraz połysk wystaw, lecz Aravena wykręcił architektom niezły numer. Zachód powoli wykaraskał się z kryzysu, inwestorzy zaczęli wyciągać  odłożone do szuflady projekty, a w krajobrazie europejskich i amerykańskich miast znów pojawiły się dźwigi. Miło byłoby znów pobłyszczeć na okładkach kolorowych magazynów, a medialny szum po śmierci Zahy Hadid potwierdził tęsknotę za wielkimi nazwiskami i ekscentrycznymi twórcami. Dla wielu architeków to za szybko na pochylanie się nad wykluczonymi i  budowanie lepianek z gliny – brzmi świetnie, gdy chce się pochwalić znajomym egzotycznym wolontariatem, ale żeby zaraz przestać marzyć o  projektowaniu wieżowców i muzeów?

MOKOKO.jpg

[Nagrodzony Srebrnym Lwem dla „obiecującego młodego uczestnika” model pływającej szkoły Mokoko]

ZLOTY

[Z przodu makieta West Village w chińskim Chengdu – maksymalizacja przestrzeni rekreacyjnych i sportowych; w tle nagrodzona Złotym Lwem spektakularna instalacja Gabinete de Arquitectura z Paragwaju, wykonana z cegły przez niewykwalifikowaną siłę roboczą – tu akurat aspekt piękna i czystej formy architektonicznej został doceniony]

Polskie akcenty wypadły nieźle, chociaż „śmieciowo”. Wystawa Hugona Kowalskiego i Marcina Szczeliny o odpadach całkiem nieźle prezentuje się w Arsenale, ale tego śladu węglowego (śmieci przywiezione z Polski!) to chłopakom nie wybaczę. Polski pawilon z uwagi na temat, którego spodziewałam się w przynajmniej kilku innych miejscach, a którym jednak zajęli się tylko Polacy, stał się chyba jednym z najpopularniejszych w Giardini. Tu „śmieciowy” motyw dotyczył m.in. sposobu zatrudnienia robotników budowlanych bez umów (lub na tzw. „śmieciówkach”), ale i darmowe nadgodziny architektów załapały się na infografikę o problemach pracowników branży budowlanej. Trochę się martwiłam, że będzie za skromnie i że przygotowywany przez kielecką ekipę research nie wystarczy dla pełnego zobrazowania poruszanych kwestii, ale okazało się, że Biennale to miejsce zadawania pytań, a niekoniecznie podawania gotowych rozwiązań. Mieliśmy jednak z naszym własnym kuratorskim zespołem wrażenie, że wchodzimy na wystawę, którą sami zaproponowaliśmy na tegoroczne Biennale. Chociaż tematy się nie pokrywały, strona wizualna okazała się prawie identyczna. Ustawiony według naszego projektu billboard na dachu polskiego pawilonu miał krzyczeć czarnymi literami na agresywnie żółtym tle – tu krzyczały żółte torby w identycznym odcieniu, po których w całej Wenecji można było poznać architektów. Podobnie jak u nas, całą przestrzeń pawilonu wypełniała stalowa konstrukcja i tak samo była owinięta przepuszczającą światło tkaniną (tyle, że siatką ochronną, jak na rusztowaniach, a nie materiałem, z którego robi się billboard). Tak samo wchodziło się do środka przez wycięcie w materiale. Przynajmniej wiemy, że projekt sprawdziłby się w 1:1:)

Polish

Ciekawostka, ale spodziewana – zabrakło starchitektów. Co prawda pojawiły i garaże dla dronów projektu Fostera, i muzeum Chipperfielda w Sudanie, mignęli gdzieś w filmie dokumentalnym Herzog&de Meuron, a Shigeru Bana obskoczyli łowcy autografów, ale o pojedyncze nazwiska, a nie potężny gwiazdozbiór, jak zwykle bywało. Całą salę na wystawie głównej poświęcono też projektom Renato Rizziego. Zamierzałam podziękować mu za pokazywany w Giardini Teatr Szekspirowski – ostatnio rozmawialiśmy w dniu otwarcia, kiedy jeszcze nie wiedziałam, że Teatr stanie się jednym z moich ulubionych budynków. Rizzi, jak to stuprocentowy Włoch, rozgadał sie jednak z jakimś dziennikarzem. Następnym razem!

baN

Rizzi

[Rizzi, dziennikarze i przepiękne makiety]

DRON

[Fosterowy „garaż” dla dronów]

IRISH.jpg

[Projekcja na wystawie Irlandii (Níall McLaughlin), pokazujący, wraz ze zmieniającą się ścieżką dźwiękową, jak osoby z chorobą Alzheimera odbierają przestrzeń. Subtelnie, pięknie, ale w punkt – takie ekspozycje lubię na Biennale najbardziej.]

Największe rozczarowanie to brak otwartych debat. W Giardini zawsze były organizowane otwarte spotkania -€“ to miejsce stawało się centrum Biennale, gdzie można posłuchać dyskusji zaproszonych kuratorów i projektantów. Tym razem kilka spotkań odbyło się w audytorium, gdzie mieści się tylko niewielki odsetek zainteresowanych osób (nie wspominając o pewnym skandalu – okazało się, że Aravena zaprosił do głównej debaty na otwarcie debaty samych mężczyzn). Tym razem, kiedy na wystawie pokazywano dobre praktyki z odległych od siebie części świata, dyskusja i podzielenie się uwagami byłyby szczególnie ważne. Nawet, jeśli rozwiązania muszą być unikalne i „szyte na miarę” z uwagi na różnice geograficzne czy kulturowe, najbardziej intrygujące fragmenty wystawy głównej to te, które przedstawiały uniwersalność problemów oraz sposobów ich rozwiązania w różnych częściach świata. Do jednej z najbardziej trafnych w tym kontekście wystaw zaliczyłabym porównanie tymczasowych miast – od osiedli dla ofiar klęsk żywiołowych, przez festiwal w Glastonbury, po święto przyciągające w jedno miejsce w Indiach kilkanaście milionów ludzi.

Porażką była również nieobecność i jednoczesna medialna wszechobecność Araveny.  Chociaż wpatrywaliśmy uważnie jego rozwichrzonej czupryny, pojawiącej się dosłownie wszędzie – w magazynach, na filmach, w wywiadach – nie czułam jego roli jako gospodarza, jak chociażby Koolhaasa dwa lata temu. Nie kręcił się cały czas na wystawach, trudno było się wbić na spotkania. To dziwne, bo w trakcie przygotowań intensywnie współpracował z innymi kuratorami. Być może tak już mają niektórzy architekci – interesuje ich proces twórczy, a nie to, co dzieje się później, a może stał się ofiarą własnego sukcesu. Pritzker i Biennale w jednym roku to chyba trochę za dużo nawet dla takiego człowieka-orkiestry. Aravena, podkreślając swoje praktyczne podejście do rozwiązywania problemów, prezentował się nie tyle jako kurator, ale jako stuprocentowy architekt, który do przygotowania Biennale podchodzi jak do projektu architektonicznego. Już w pierwszej sali, wypełnionej gips-kartonem (100 ton pozostałości po poprzednim Biennale), pokazał proces projektowania wystawy, dyskusje z kuratorami i aranżowanie przestrzeni. Wszystko zgodnie z jego kuratorskim przesłaniem o roli architekta, tyle, że w pokazanych dalej projektach architekt stanowił zaledwie element, nie zawsze najważniejszy, procesu rozwiązywania problemów. Za to za każdym prawie razem, gdy tylko pozwalała na to aranżacja i stylistyka wystawy, łechtano ego projektantów jako bogów, twórców czy godnych podziwu filantropów. To trochę jak z Araveną, prawda?

greedy.jpg

[Aravena na filmie…

ARAV

[… i jego instalacja z rozbiórkowych stelaży i płyt gispowo-kartonowych]

 

 

team02

[Czym byłoby Biennale bez fotogenicznych instalacji?]

Najciekawsze wydawały mi się te fragmenty Biennale, gdzie“ rola architekta nie polegała na zbawianiu ludzkości, ale gdzie wyjście poza tradycyjne projektowanie oznaczało działania związane z definiowaniem systemów i procesów rządzących przestrzenią. Na przykład izraelski pawilon pokazywał relacje między nauką a architekturą, gdzie np. symulacje rozwoju kolonii drobnoustrojów można by wykorzystać jako model projektowania ludzkich siedlisk. Wyobrażam sobie świetnie odwrócenie tej zasady i wykorzystanie umiejętności architektów do analizy i zapisu podobnych procesów w nauce – badacze nie zawsze posiadają predyspozycje i doświadczenie, żeby tego dokonać.

Ale to, co zrobiło na mnie największe wrażenie, to wystawa Forensic Architecture, działającej w ramach londyńskiego uniwersytetu agencji zajmującej się dokumentowaniem dowodów (głównie dla organizacji pozarządowych i ONZ) dotyczących zbrodni wojennych czy środowiskowych. Te zadania wymagają współpracy pomiędzy specjalistami z różnych branż – od prawników po filmowców, ale rola architektów, którzy rozumieją przestrzenne relacje, jest szczególna w określaniu miejsca i czasu wydarzeń. Tu nie architekt stał w centrum zainteresowania, ale ofiary. To chyba jedyne miejsce na całej wystawie, gdzie na ludzi nie patrzyło się jak na masę, ale jak na konkretne jednostki. Pięciolatek, który zginął od wybuchu pocisku w Strefie Gazy staje się mniej anonimowy niż afrykańskie dziecko zdobywające wykształcenie dzięki nowemu budynkowi szkoły. Bezimienni rozbitkowie-uchodźcy stają się bliżsi niż społeczność południowoamerykańskich slumsów.

Właśnie takich wystaw oczekiwałam na tegorocznym Biennale.

FORENSIC

[Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz]

Muzeum Palestyny

z daleka

Uff, ależ to były intensywne dwa dni! W środę odbyło się oficjalne otwarcie Muzeum Palestyny. Wyjazd na Bliski Wschód to zawsze niesamowite doświadczenie, a jeśli trwa zaledwie 48 godzin, w międzyczasie trzeba przebić się przez zasieki i punkty kontrolne, a docelowo trafia się do świata jak z arabskiej baśni, emocje stają się jeszcze mocniejsze.

Polska prasa przemilczała temat otwarcia Muzeum (mamy teraz dość własnych problemów…), ale światowe media wysłała na miejsce swoich dziennikarzy. Opinie są różne, ale przeważa zdanie, że budynek jest udany, chociaż kompletnie odbiega od rodzaju i jakości architektury w regionie,a za wyjątkowo kontrowersyjną decyzję uznano otwarcie budynku bez wystawy. Pewnie dlatego, że od początku krystalizowania się profilu tej instytucji nazywano ją „bezpiecznym miejscem dla niebezpiecznych idei”. W międzyczasie zmienił się dyrektor, a ponieważ na przygotowanie wystawy na planowane od dawna otwarcie nie wystarczyłoby czasu, zaaranżowano szybko ekspozycję poświęconą budynkowi i jego realizacji. Pojawiły się betoniarki, kaski, kamienne płyty okładzinowe i wykaligrafowane na naszych rysunkach arabskie słowa, które kojarzą się z Palestyną. Dla wielu krytyków okazało się to niewystarczające – przypuszczalnie spodziewali się prowokacyjnej wystawy związanej z izraelsko-palestyńskim konfliktem. Dla nas, świadomych trudności, jakie wiązały się z realizacją tego budynku oraz niewyobrażalnego zaangażowania wielu osób w jego stworzenie, była to nie tyle bezpieczna decyzja, otwierająca w wyważony sposób pole dla dalszych kuratorskich eksperymentów, co potraktowanie budynku jako głównego eksponatu. Tym bardziej, że to najbardziej zaawansowany architektonicznie i technicznie obiekt w Autonomii, a poza tym, podobnie jak przyszłych wystaw, nie będą mogli go zobaczyć wszyscy zainteresowani z uwagi na restrykcje związane z przekraczaniem granic  w regionie. Nawet Lara Zureikat, architekt krajobrazu odpowiedzialna za projekt tarasowych ogrodów, nie dostała wizy na wjazd z Jordanii na otwarcie. Dlatego Muzeum działa równocześnie na zasadzie internetowej platformy oraz organizuje satelitarne wystawy (obecnie w Bejrucie można obejrzeć tradycyjne hafty).

O samym budynku mogłabym opowiadać godzinami, ale ponieważ „jeden obraz jest wart więcej niż tysiąc słów”, zamieszczam poniżej więcej niż zwykle zdjęć. Obawiałam się najbardziej, że przez cały czas będę dostrzegać tylko niedoskonałości tego obiektu. Tak, tam są niedoróbki, nawet sporo (na szczęście widoczne z bliska). Standard wykonawstwa jest nieporównywalnie niższy, niż gdybyśmy stawiali ten obiekt w Niemczech czy Wielkiej Brytanii, ale wiele elementów zatrzymano na granicy (np. w ostatniej chwili austriackie znaki wyjść ewakuacyjnych zastąpiono… polskimi).albo stwierdzę, że mnóstwo rzeczy można by zrobić inaczej. Kiedy w ubiegłym roku oglądałam dopiero co montowane kamieniarki, pomyślałam, że być może popełniamy błąd decydując się na tak wielkie, mocowane na stalowych szynach płyty. Wykonawcy musieli rozbierać fragmenty okładzin i zakładać je ponownie, bo ten sposób montażu, przeprowadzany po raz pierwszy na tak skomplikowanej geometrycznie bryle, stanowił podwójne wyzwanie i pierwsz próby okazały się porażką. Ta forma architektoniczna wymaga jednak czystych, dużych powierzchni, których nie udałoby się uzyskać przy pomocy mniejszych, typowych dla tamtejszego budownictwa bloczków. Musieliśmy także zachować wysokie standardy izolacyjności cieplnej (budynek posiada certyfikat LEED – pierwszy na obszarze Autonomii) i przeciwwilgociowej, co również stanowi ewenement w tej części świata.

opening

To moje pierwsze otwarcie – do tej pory albo nie mogłam uczestniczyć w podobnych imprezach, bo byłam na drugim końcu swiata, albo budowy są jeszcze rozgrzebane z uwagi na wielkość inwestycji. Ta ceremonia była jednak wyjątkowa, bo wyjątkowe jest znaczenie tego budynku dla Palestyńczyków. Co prawda niewiele brakowało, aby spóźniony taksówkarz, który wiózł nas z Ramallah, nie zdążył na czas przed zamknięciem  dróg, ale przemykał przez koeljne punkty kontrolne pokazując na tylne siedzenia z wyjaśnieniem „Americans!” (to hasło otwiera wiele bramek). Tylu żołnierzy nie widziałam już dawno – kilka kilometrów przez Muzeum obstawiono wszystkie drogi, aby prezydent Abbas mógł bezpiecznie dotrzeć na przecinanie wstęgi. Przed południem odbyły się oficjalne przemowy, a zjeżdżający się zewsząd projektanci, wykonawcy czy kuratorzy mieli okazję, żeby wspólnie obejrzeć gotowy budynek i ogrody. Świeciło słońce, a taras okazał się idealną bankietową przestrzenią.

Wieczorem odbyła się artystyczna część ceremonii. Na parkingu przed budynkiem umieszczono telebim i setki krzeseł, aby jeszcze więcej osób mogło uczestniczyć w tym wydarzeniu, w ogrodach brzdąkały smyczki, ale główną rolę zagrał sam budynek. Amfiteatr zdał egzamin, lecz najbardziej zaskoczyło nas, że oprócz wykorzystania sceny na dole dla orkiestry i mównicy, zaaranżowano spektakl tańca w samym budynku, w tzw. strefie buforowej za wielkim, otwierającym się na tarasy przeszkleniem. Jak mogliśmy o tym nie pomyśleć na etapie projektu? Myślę, że podobne niespodzianki, bo było ich znacznie więcej, sprawiają, że – zabrzmię nieskromnie w imieniu całego zespołu – to kawał naprawdę porządnej architektury. Udało się wyważyć odpowiednio proporcje i w zależności od aranżacji przestrzenie mogą kameralne lub przestronne, jak w przypadku podobnych dużych imprez. Sam spektakl był dość łopatologiczną i wymowną opowieścią o złych najeźdźcach, ale po zakończeniu, kiedy w amfiteatrze huknęły oklaski i entuzjastyczne gwizdy, przyznaję: pociekła mi po policzku niejedna łza. Jeden budynek i tyle wzruszeń!

outdoor

4ladiesofhparc

[Większość damskiej części Heneghan Peng zaangażowanej w projekt: Roisin, Elizabeth, Catherine i ja:)]amfi2

[Widok na amfiteatr]amfiteatrbankietbizreh

[Tarasowo schodzące ogrody z typową dla regionu roślinnością i gatunkami charakterystycznymi dla palestyńskiego rolnictwa. Przy dobrej widoczności z góry można zobaczyć położony kilkadziesiąt kilometrów dalej Tel Awiw i Morze Śródziemne. Widoczne na zdjęciu posadzki wykonano w tradycyjnej w regionie technologii – rodzaj  terazzo, ale bez polerowania. Większość chodników w Ramallah wykończono właśnie  w ten sposób  Wszystkie ścieżki i schody położyło tylko dwóch, podobno najlepszych rzemieślników w kraju. Tu zdecydowanie najbardziej perfekcyjnie wykonana część Muzeum]

buffer02

[Tzw. strefa buforowa, czyli ciągnąca się wzdłuż budynku przestrzeń oddzielająca wystawę oraz biura od zewnętrznych tarasów. To w tej przestrzeni odbywał się spektakl, oglądany z amfiteatru]

buffer_ma

[Wracałam tam co kilka godzin, żeby zobaczyć, jak zmieniają się cienie rzucane przez podtrzymujące fasadę ‚żyletki’]

show

[Najpierw taneczny spektakl w przestrzeni, o której projektując budynek, wcale nie pomyśleliśmy, jako o scenie (a przecież to takie oczywiste!)]

projekcja

[Później muzyka, poezja i projekcje na elewacjach]catering

[Gościnność Palestyńczyków jest legendarna, więc i bufet okazał się wyjątkowy. Wśród słodyczy królowały ciasteczka z logo Muzeum. Zamiast baru z drinkami pojawił się bar z… lodami]

dark

[Ta elewacja to był pot, krew i łzy. Ale warto było:)]

feras

[Feras Tubaila, którego firma wykonała najbardziej skomplikowane technicznie elementy budynku]noc

wyst2

wystawa

[Główna przestrzeń ekspozycyjna z tymczasową, zaaranżowaną minimalnymi środkami wystawą o powstawaniu budynku. Nasze rysunki posłużyły jako tło dla arabskich napisów – skojarzeń związanych z Palestyną]

chlopaki

[Świętowali wszyscy zaangażowani w realizację budynku oraz przygotowanie ceremonii – od firm wykonawczych po ochroniarskie]

team

[Heneghan Peng + towarzyszący mężowie i przyjaciele. Po lewej (pod krawatem) Conor, który był odpowiedzialny za projekt na etapie wykonawczym. Regularnie latał na budowę i to głównie on zmagał się z problemami z dostawami materiałów. W międzyczasie zaczął śmigać po arabsku i zaprzyjaźnił się z miejscową ekipą]

[Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz i inni]

Kto sieje asap, ten zbiera fakap*

Palestine

Tytuł pochodzi ze strony „Korposzczur płakał jak czelendżował„. Co prawda daleko jestem od korporacyjnych klimatów, ale przez kilka ostatnich czelendżów, a zwłaszcza asapów, niewiele brakowało, a skończyłoby się na poważnych fakapach*. Być może zauważyliście, że blogowe posty pojawiają się ostatnio z mniejszą częstotliwością – to przez te asapy właśnie. Nie lubię narzekać na klęskę urodzaju, bo to najlepsza z możliwych klęsk, ale tym razem do zawalonego terminami kalendarza doszły wypadki losowe, z finałami szpitalnymi, niestety. Najwięcej trudności sprawiała jednak jednostka chorobowa o dźwięcznej nazwie „działalność gospodarcza”. Kończymy obecnie z moim osobistym urbanistą podręcznik planowania dla Obszaru Metropolitalnego Gdańsk-Gdynia-Sopot. Teminy napięte, zakres ogromny, a żeby tego wszystkiego było mało, Łukasz złamał ręce w wypadku rowerowym. Obie. W tym jedną tak pechowo, że od razu wylądował w szpitalu na operacji łokcia. Przez chwilę myśleliśmy, że wszystko się posypie, ale uff, chyba udało się opanować terminy. Nie poradzilibyśmy sobie bez pomocy i trzymania kciuków – dziękuję!

Kolejne asapy (oby nie skończyły się fakapami!) mamy na Politechnice. Po kapitalnych doświadczeniach z ubiegłego roku i projektem dla Starego Polesia w Łodzi pracujemy ze studentami nad założeniami dla przebudowy ulicy Długiej i Długiego Targu w Gdańsku. Pomimo kryzysów, stresu, momentów totalnego załamania i nagłych mobilizacyjnych zrywów, jesteśmy dobrej myśli – studenci zostali rzuceni na głęboką wodę, ale radzą sobie świetnie. Napiszę o tym w czerwcu, kiedy doprowadzimy projekt do końca.

Przez ten natłok spraw przegapiłam w ubiegłym tygodniu dziesiątą rocznicę (!) pracy w Heneghan Peng Architects. To też temat, który zasługuje na osobny tekst. Nigdy nie myślałam, że wytrzymam tyle lat w jednym miejscu, ale nadal nie wyobrażam sobie, żebym mogła bez żalu pożegnać się z takim zespołem i z takimi projektami. Już w tym tygodniu, 18 maja, odbędzie się oficjalne otwarcie Muzeum Palestyny (na zdjęciu). Jadę obowiązkowo, bo to przypuszczalnie jeden z najważniejszych projektów, nad którym kiedykolwiek miałam i będę miała okazję pracować. Będzie większa ekipa z biura, niektórzy zostają, żeby pojeździć jeszcze trochę po Bliskim Wschodzie. Niestety, nie dołączę do nich, ale zobaczymy się ponownie już niedługo, bo na początku czerwca wpadam na chwilę do Dublina, żeby zobaczyć, jak idzie przebudowa Galerii Narodowej. Prace mają skończyć się za kilka miesięcy, więc to może być ostatnia szansa, żeby zobaczyć Galerię w ciekawszej, bo rozbebeszonej wersji.

Między tymi biurowymi wyjazdami wyskakujemy jeszcze na previews weneckiego Biennale. Tego wydarzenia nie mogę się doczekać najbardziej: dwóch dni, kiedy liczy się architektura, architektura i tylko architektura. Będę wypatrywać starchitektów, w tym oczywiście boskiego Alejandro. Ba, od innej fanki mam dostać cynk, w którym hotelu się zatrzymuje:) Jeśli nie pojawię się z powrotem w Gdańsku, to znaczy, że zostałam jego groupie. Ahoj, przygodo!

*W razie pytań, co to te fakapy, wrzucam link do wyjaśnienia:)

[fot. Heneghan Peng Architects]

Jak wykończyć mieszkanie wykańczając i siebie, odc.2

IMG_5223.JPG

Odcinek 2: W pogoni za podpisami

„Mała wspólnota” – na to hasło dostaje gęsiej skórki. Nawet, jeśli planowana ingerencja w część wspólną budynku jest tak niewielka, że nie ma co spodziewać się problemów w uzyskaniem zgody wszystkich właścicieli, problem może stanowić… dotarcie do nich. Pół biedy, gdy mowa o ściganiu sąsiada, który pracuje na zmiany i trudno zastać go w domu. Niestety, bywają bardziej skomplikowane przypadki. A to ktoś jest za granicą, a to w sanatorium, a to wyszedł z domu i nie wrócił.

Ingerencja w moim projekcie była naprawdę mała – chodziło wyłącznie o podpięcie się do przewodów kominowych, bo ani w kuchni, ani w łazience nie ma obecnie żadnej wentylacji. Ponadto okazało się, że wolnych przewodów jest mnóstwo – pozostały po likwidacji pieców kaflowych. Uzbrojona w projekt uchwały i sporo cierpliwości zaczęłam pukać do mieszkań. Co się okazało: w zaledwie dwóch mieszkaniach na siedem (ach, te małe wspólnoty) mieszkali właściciele. Reszta albo stała pusta, albo była wynajmowana. Na szczęście dostałam kilka numerów telefonów i udało mi się dotrzeć do paru osób. Na nieszczęście w międzyczasie trafiłam do szpitala i nie mogłam pojawić się na spotkaniu wspólnoty, podczas którego miałam nadzieję na zebranie kilku podpisów. Pewnie nadal miałabym z tym kłopot, gdyby nie  miła pani, od której kupiliśmy mieszkanie. Bardzo nam pomogła zdobywając kolejne podpisy od niegdyś swoich, a obecnie naszych sąsiadów i nawet przywiozła mi je do domu.

Ale to wszystko przecież nie mogło być tak proste, prawda? Kiedy podskoczyłam do Urzędu Miasta, żeby wprowadzić zmiany w złożonym zgłoszeniu (historia z poprzedniego odcinka sagi) miła pani z Wydziału Architektury i Urbanistyki zauważyła w mojej ‚budowlanej’ teczce listę właścicieli mieszkań i szybko sprawdziła ją w bazie danych. Oczywiście okazało się, że mam na liście nie te nazwiska, co trzeba, bo niektórym właścicielom zdarzyło się umrzeć i to nawet nie miesiąc, nie dwa, ale cztery lata temu. Pogoń za podpisami zrobiła się jeszcze bardziej skomplikowana… Tym razem pomogła nie tyle miła pani, co miły sąsiad z dołu. Wykonał kilka telefonów, dowiedział się, kiedy wraca do Gdańska najtrudniej uchwytny sąsiad-marynarz i zaczęłam znów widzieć światełko w tunelu. Tym bardziej, że w międzyczasie umówiłam wykonawcę na maj i zaczęłam kupować umywalki, płytki i grzejniki.

Zdobywanie ostatnich podpisów mogłabym określić jako ‚trochę śmieszno, trochę straszno’. Umawiając się telefonicznie i wyjaśniając, w czym rzecz, usłyszałam, że dołączoną do projektu opinię kominiarską należy sprawdzić, bo przecież kominiarz pracował na moje zlecenie i mógł wpisać tam to, co mu kazałam… Na moje oburzenie rozmówca zareagował ‚Proszę Pani, nie takie rzeczy się widziało!’.

Ale podpisał:)  CDN

[Fot. Monika Arczyńska]

 

Młode Miasto nie za młodych mężczyzn

stocznia_01

Nie dałam rady wpaść na konferencję o Młodym Mieście na terenach postoczniowych w Gdańsku, więc obejrzałam sobie z ciekawości relację zdjęciową. Okazało się, że to idealna ilustracja do niedawnej rozmowy o sytuacji kobiet w branży. Sami zobaczcie: Aneta Szyłak była JEDYNĄ prelegentką i to reprezentującą świat sztuki, a nie architektury i planowania. Reszta to faceci, na dodatek w większości niezbyt młodzi i chociaż żadnemu z nich nie odmawiam wiedzy i doświadczenia, a niektórych na dodatek lubię prywatnie, to kiedy widzę kolejny raz podobną koncentrację, cholera mnie bierze. W takich sytuacjach przypomina mi się pewien cytat z Margaret Thatcher: Jeśli chcesz, by coś zostało powiedziane – powierz to mężczyźnie. Jeśli chcesz by zostało zrobione – powierz to kobiecie. I tak sobie panowie gadają od kilkunastu lat, a na terenach postoczniowych niewiele się zmienia.
Tak się wkurzyłam, że aż wysłałam zgłoszenie do bazy danych o kobietach-ekspertkach. Wstrzymywałam się bardzo długo, bo zawsze mi się wydawało, że trzeba łamać stereotypy działaniem, a nie podobnymi parytetopodobnymi akcjami. Ale czara goryczy się przelała. Za dużo miałam ostatnio okazji uczestniczenia w mało przyjemnych sytuacjach, kiedy jako jeszcze w miarę młoda kobieta, która na dodatek nie próbuje się wizualnie postarzać (babciowatym garsonkom mówię zdecydowane nie!), jestem traktowana z ogromną podejrzliwością. Na dodatek pracuję w jakimś zagranicznym biurze o dziwnej nazwie, jakbym nie mogła po bożemu zatrudnić się gdzieś lokalnie, wtedy można by zadzwonić do szefa –  kolegi ze studiów albo kumpla od wódeczki, powiedziałby, co to za jedna. Zazdroszczę Warszawie, bo tam dziewczyny mają więcej do powiedzenia – bardzo się ucieszyłam, kiedy Marlena Happach została prezeską SARP. Napisałam ‚prezeską’! Chyba staję się prawdziwą feministką (ale ‚architektka’ przez gardło mi nie przejdzie).
Kiedy patrzę na nasz coraz bardziej sfeminizowany wydział i niesamowite studentki, które mają tyle talentu i samozaparcia, że wielu facetów mogłoby o tym tylko pomarzyć, z jeszcze większą energią mam ochotę kruszyć beton, żeby ułatwić im podbijanie architektonicznego świata. Pomożecie?
[fot. Monika Arczyńska]

Hallo Frau Dr. Monika Arczynska

obrona.jpg

Facebook przypomniał mi właśnie, że broniłam się dokładnie trzy lata temu. W sumie to był całkiem przyjemny dzień. Byłam raczej wkurzona niż zestresowana (ale już nawet nie pamiętam na co), poza tym przyjechali rodzice, uśmiechający się tego dnia bezustannie  i wpadło sporo znajomych. Niektórzy szczęśliwym przypadkiem – akurat tego dnia Lila i Rafał z Menthol Architects przylatywali do Gdańska z Dublina, chociaż wcale nie planowali przyjazdu akurat na obronę. Wpadli lekko spóźnieni, a ja byłam już tak zaaferowana prezentacją, że nawet nie zauważyłam, kiedy się pojawili.

Doktorat zajął mi osiem lat. Za długo? Może i tak, ale przez cały czas równolegle pracowałam i powstało w tym czasie kilka chyba niezłych projektów. Wiele razy słyszałam jednak pytanie „po co Ci, kobieto, doktorat”? Do projektowania jest kompletnie nieprzydatny, architekci-doktorzy są nawet niekiedy traktowani z lekką podejrzliwością, bo teoria a praktyka to jednak dwa zupełnie odmienne światy. Zawsze bałam się jednak utknięcia w tylko jednym z nich – zawsze wydawało mi się, że najciekawsze rzeczy dzieją się na ich styku. Odkąd przeniosłam się do Polski mam coraz więcej okazji, żeby pracować właśnie w tej przestrzeni „pomiędzy”, ale przyczyn zabrania się za tę mozolną pracę było całkiem sporo:

Bo miałam świetnego promotora. Profesor Andrzej Baranowski to… nie, nie wiem nawet, jak napisać o jego wiedzy i klasie, żeby nie zabrzmiało to banalnie. Spotykaliśmy się za każdym razem, kiedy przylatywałam do Polski, a raz nawet w Dublinie przy okazji pewnej konferencji (guiness w pubie zaliczony:). Każde z tych spotkań było dla mnie ważne nie tylko w kontekście popychania do przodu pracy nad doktoratem, ale również ogromną przyjemnością i wypełnieniem głowy kolejnymi ważnymi sprawami do przemyślenia. Poza tym to właśnie profesor pierwszy raz opowiedział mi o niejakim Alejandro A.:)

Bo nauczyłam się dużo nie tyle o samym prowadzeniu badań, co o świecie. Pisałam o wyborach mieszkaniowych w kontekście społeczeństwa konsumpcyjnego i okazało się, że całkiem przypadkiem mogłam poobserwować na żywo zjawiska, o których równolegle czytałam w literaturze. Polski boom mieszkaniowy, kryzys w Irlandii, bańka na rynku nieruchomości – mogłabym długo wymieniać. Nawet teraz, kiedy słyszę o mieszkaniowych planach znajomych, wiem, dlaczego przychodzą im do głowy właśnie takie pomysły.

Bo w dość jeszcze niestety seksistowskiej Polsce „dr” przydaje się dość jeszcze młodej kobiecie, która nie lubi udawać babochłopa, za to odzywa się, kiedy ma coś do powiedzenia.

Bo przydaje się do zleceń związanych z doradztwem, a nie samym projektowaniem. Moje doświadczenie w projektowaniu dużych budynków użyteczności publicznej według zachodnich standardów przydaje się w Polsce, a „dr” przed nazwiskiem otwiera drogę do opracowań eksperckich w tym temacie.

Bo jest przepustką do uczenia studentów, a ja to naprawdę bardzo lubię.

Ale największa korzyść z doktoratu to ten moment, kiedy na biurowego maila dostaję newsletter z niemieckiego sewisu o konkursach architektonicznych. Nasza sekretarka skrupulatnie zarejestrowała  wszystkie stopnie zawodowe, naukowe i afiliacje, więc kiedy przychodzi nowa wiadomość, za każdym razem parskam ze śmiechu, bo czy nagłówek „Hallo Frau Dr. Monika Arczynska” nie wygląda przekomicznie?

A poza tym rodzice zawsze powtarzali, że dobrze byłoby mieć lekarza w rodzinie:)

[Fot. Barbara Zgórska]

Tego Wam nie wybaczę!

Wajdeloty

Już dawno przymierzałam się do tego tematu. Czekałam tylko na wiosnę i zazielenione drzewa, żeby zrobić serię porządnych zdjęć. O co chodzi? O miejsce, o którym pisali już chyba wszyscy trójmiejscy blogerzy – Dolny Wrzeszcz i ulicę Wajdeloty. Większość wypowiadała się z zachwytem, mnie zachwyca tylko część zachodzących tam zmian, bo teraz to już gentryfikacja w najbrutalniejszym wydaniu. Chciałam o tym napisać w żartobliwie-uszczypliwym stylu, przygotowując test poziomu zgentryfikowania ulicy. Miały się tam znaleźć pytania o dostępność produktów bezglutenowych (na Wajdeloty – żaden problem), możliwość przystrzyżenia brody (pod numerem 9), jakość humusu (podobno przyzwoita) i deserów z chia (znośna) oraz liczba miejsc, w których można poćwiczyć jogę (obecnie chyba dwa). Zrobiłabym to, gdyby nie wczorajsze wydarzenie…

Mieszkam w Dolnym Wrzeszczu. Kiedy szukaliśmy z moim osobistym urbanistą miejsca, żeby stworzyć w Gdańsku bazę (nie piszę ‚osiąść’, bo jak znam życie, znów nas stąd kiedyś wywieje), nie patrzyliśmy nawet na inne dzielnice niż Wrzeszcz. To nie jest centrum wszechświata, ale ma największą kumulację tych rzeczy, które w życiu w mieście są najważniejsze: świetną dostępność komunikacyjną (tramwaj, autobus, ścieżki rowerowe, pociąg i kolejka miejska, teraz również na lotnisko), usługi – od zegarmistrza po sieciówki z ciuchami, na Politechnikę idzie się stąd 20 minut jedną z moich ulubionych ulic, a przychodnię mamy przy domu. Zapomniałabym! W promieniu kilkuset metrów znajdują się trzy parki i skwery, z nowym wyposażeniem dzięki sąsiedzkim staraniom i budżetowi obywatelskiemu. Dzielnica wydaje się skazana na sukces, stąd moje zdziwienie, że jeszcze niedawno Urząd Miasta myślał serio o zaplanowaniu tam działań rewitalizacyjnych.

Odkąd dokonano ‚rewitalizacji’ (tzn. remontu) ulicy, trudno nadążyć za prędkością zmian. Zaczęło się od wegańskiej knajpy, która zaczęła działać jeszcze podczas remontu, gdy przejście przez rozkopy i stalowe siatki przypominało tor przeszkód. W miejscu spożywczaka powstał ‚Hummusland’. W miejscu mięsnego – ‚The Barbers’. Przetrwała pizzeria ‚Ósemka’, którą pamiętam jeszcze ze studenckich czasów, gdy na Wajdeloty czasem przychodziło się popatrzeć na piękne przedwojenne kamienice, ale cały ten obszar za torami wydawał się wówczas taki odległy… ‚Ósemka’ przetrwała, chociaż serwowana tam pizza zawsze była raczej polską wariacją na temat włoskiego oryginału, za to w ubiegłym roku pojawiła się taka informacja :

vegan.jpg

Wzdychałam z lekkim zniecierpliwieniem za każdym razem, gdy następowały podobne zmiany, ale nie chciało mi się wierzyć, że gentryfikacja może mieć tu takie tempo jak w Berlinie, przebadanym od pod tym kątem z laboratoryjną dokładnością. Pocieszałam się, że przecież w sumie wszystko idzie w dobrym kierunku, ulica wypiękniała, podziemna infrastruktura została wymieniona, fundamenty kamienic zaizolowane, ruch uspokojony, a atrakcyjność miejsca wprowadzi tam nowe biznesy i miejsca pracy. Wzdychałam i mamrotałam pod nosem, że dopóki na ulicy przetrwają lumpeksy i sklep metalowy, nie jest jeszcze tak źle. Lumpeksów zawsze było kilka, a metalowy to takie miejsce, na widok którego człowiekowi robi się lżej na duszy, bo wiadomo, że jeśli trzaśnie w domu jakiś wężyk albo uszczelka, to przemiły pan sprzedawca na pewno dobierze odpowiedni zamiennik i poradzi, jak go zamontować. To też sklep, na którego wystawie znajduje się stary szyld z nazwą ulicy – ot, taki lokalny sentyment.

Lumpeksy powoli zaczęły znikać, sąsiednie solarium padło, ale metalowy dzielnie trwał. Wczoraj w drodze na rosyjski zobaczyłam jednak w oknach informację o likwidacji.

Nigdy Wam tego nie wybaczę, ale kim jesteście, tajemniczy ‚Wy’? Lokalną hipsterką sączącą rzemieślnicze piwo w pubie na końcowym rondzie? Sama je tam wczoraj sączyłam. Klasą średnią, która zamieszkała na nowym osiedlu w starym browarze na końcu ulicy? To takie miejsce, gdzie w każdej klatce mieszkają co najmniej trzy buldożki francuskie, a liczba samochodów na gospodarstwo domowe jest taka, jak na przedmieściach. A może ‚Wy’ to właściciele lokali, którzy po latach dokładania do swoich lokalnych sklepików zauważyli szansę na niezły biznes? Rozumiem to doskonale. A może chodzi o blogerki lajfstajlowe, które interesuje ładne tło do zdjęć i dobra kawa? Nie wiem. Pewnie nie ma sensu szukanie winnych, pewnie jestem równie winna, bo częściej korzystam z Biedronki przy browarze niż z ostatniego warzywniaka na Wajdeloty. Nie tylko więc Wam – sobie tego też nie wybaczę.

[fot.Monika Arczyńska]

Barrakka

IMG_4527

Nie chce mi się wierzyć, że już po Wielkanocy. Przecież dopiero co świętowaliśmy Boże Narodzenie i Nowy Rok. Zebrało mi się z tej okazji na sylwestrowe wspomnienia i wygrzebałam z czeluści dysku kilka zdjęć z Malty. Dziś opowiem Wam o pewnej maltańskiej windzie (głównie z okazji niedawnego święta – Międzynarodowego Dnia Windy, obchodzonego 23 marca,  w rocznicę uruchomienia przez Otisa pierwszego egzemplarza na świecie).

Malta to nie jest miejsce dla osób poszukujących wyjątkowej współczesnej architektury – jest jej tam jak na lekarstwo i w sumie na mojej liście obowiązkowych punktów były tylko dwa obiekty. Jeden z nich to kamienna brama Renzo Piano, o której już pisałam, drugi – winda Barrakka. Nie tylko obejrzałam ją dokładnie, ale i z niej skorzystałam, gdy po całym dniu spacerowania nie mieliśmy już siły wspinać się pod górę. Winda pokonuje prawie 60m między waterfrontem a ogrodami Barrakka z fontanną, tarasem widokowym i, jak to mówią Anglicy, „wymanikiuriowanym” trawnikiem. W tej samej lokalizacji znajdowała się już wcześniej winda (od 1905 roku), zlikwidowana  w latach 80., kiedy jej utrzymywanie przestało się opłacać. Teraz chętnie korzystają z niej turyści, ale wówczas tedy niebo nie było jeszcze poprzecinane gęstą siatką lotów tanich linii, a popularność wyjazdów na wieczory kawalerskie i panieńskie miała dopiero nadejść. Pewnie trzeba by nadal zasuwać schodami po setkach stopni, gdyby nie – tadam! – fundusze unijne. Projekt przygotowało maltańsko-brytyjskie biuro Architecture Project i od 2012 roku nikomu już nie grozi zadyszka na tym sześćdziesięciometrowym odcinku.

0304

Na górze do windy wsiada się wygodnie, ale na dole znów znajdują się te wszechobecne na Malcie cholerne bramki i automaty biletowe, których nikt nie potrafi obsłużyć. Zaczynam podejrzewać, że osoba, która pisała specyfikacje dla unijnych projektów, miała kogoś znajomego w firmie importującej ten sprzęt. Do wyjaśniania, jak to nieszczęsne ustrojstwo działa, zatrudniony jest pan, który równie dobrze mógłby te bilety sprzedawać. Pewnie zacznie, kiedy minie okres trwałości projektu – to zawsze pięć lat przy unijnych dotacjach?

Ponieważ Valetta znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO, projektować należy tam… ostrożnie. Nie zmyślam – w biurze mamy na koncie kilka obiektów w takich lokalizacjach i podobnych restrykcji odnośnie wizualnych aspektów projektu nie ma nigdzie indziej. Od wielkości (a wcale nie jest łatwo zaprojektować most o dużej rozpiętości bez wielkich pylonów) po zastosowane materiały – problematyczne bywa szkło, bo odbija ostro światło, za bardzo wyróżniając się w otoczeniu. Obiekty infrastrukturalne to wyjątkowo niewdzięczny temat, bo są często spore, linearne w formie i mocno widoczne. Właśnie tak, jak winda Barrakka, więc projektanci zrobili wszystko, aby jak najskuteczniej wtopić ją w tło – kamienne fortyfikacje Valetty. Oryginalna winda była stalowa i lekka, współcześnie postanowiono jednak użyć żelbetu. Aby zmniejszyć jego wizualny ciężar, obłożono całość aluminiową siatką, anodowaną w beżowawym odcieniu, dzięki czemu konstrukcja może nie znika, ale na pewno nie wyróżnia się zbytnio na piaskowym tle.

Na miejscu byłam nieco sceptycznie nastawiona do tego obiektu – siatki wydawały mi się za bardzo dekoracyjne i trochę na siłę doklejone do betonowego trzonu. W takim miejscu zamarzyłaby mi się raczej jakaś wysublimowania stalowa konstrukcja. Ale to byłoby możliwe przy znacznie wyższym budżecie (tym bardziej, że jeszcze musiał zarobić dostawca automatów biletowych bramek:) Im dłużej więc patrzę na te zdjęcia, tym mniej drażnią mnie te siatki. W końcu taki niewinny ornament to chyba nie zbrodnia, co?

[Fot. Monika Arczyńska]

 

Jak wykończyć mieszkanie wykańczając i siebie, odc.1

image

Na blogu ostatnio cicho, bo architektura, jaką zajmowałam się najbardziej intensywnie w ostatnich tygodniach, to architektura służby zdrowia. Wracam z czymś specjalnym – z mrożącą krew w żyłach powieścią w odcinkach. Wykańczanie (legalnie) mieszkania to zadanie, z którym tak trudno sobie poradzić, że przypuszczalnie 99,9% osób nie zaprząta sobie głowy zgłoszeniami czy pozwoleniami na budowę. Postanowiłam jednak spróbować zrobić to zgodnie z prawem. O ja głupia! O ja nieszczęsna!

Nie mam zbyt wielkiego doświadczenia w pracy projektowej w Polsce i chociaż pewne zawiłości naszego prawa są dla mnie obce, założyłam, że nie powinny mnie przerosnąć. Praktycznie każdy projekt, nad którym pracuję, znajduje się w innym kraju i ogólne zasady są wszędzie zbliżone, tyle, że opisane a to po arabsku, a to po rosyjsku, a to po hebrajsku. Polską ustawę jestem przynajmniej w stanie bez problemu przeczytać. Nigdy nie zajmowałam się za to projektowaniem w tak maleńkiej skali – obecnie mam na tapecie budynki o powierzchniach od 40 do 120 tysięcy metrów kwadratowych. Tym bardziej fascynuje mnie, czym potrafią przejąć się urzędnicy w Polsce. Szczegółowość tej powieści w odcinkach pewnie wzbudzi  uśmiech politowania u koleżanek i kolegów po fachu, którzy zęby zjedli na podobnych perypetiach, ale dla mnie to kompletna nowość.

Odcinek 1 – Miłe złego początki

Na początku roku zabieram się za projekt niewielkiego mieszkania  w kamienicy przy jednej z moich ulubionych ulic Gdańska, w dzielnicy o wdzięcznej i dźwięcznej nazwie Aniołki. W mieszkaniu stoi przepiękny stuletni piec kaflowy, wysoki na trzy metry. Nie przeraża mnie wcale, że kamienica jest w ewidencji. Uzbrajam się w cierpliwość oraz pokorę i zamierzam wszystko zrobić zgodnie z prawem i według świętych zasad dobrej praktyki. Dzwonię do biura miejskiego konserwatora zabytków, gdzie miła pani (miłe panie będą przewijać się przez cały czas przez tę opowieść) informuje, co muszę pozałatwiać i w jakiej kolejności oraz zapowiada, że otrzymanie zaleceń konserwatorskich dla tak niewielkiej inwestycji to sprawa dwóch-trzech tygodni. Przygotowuję wniosek o ich wydanie, do którego załączam kilkunastostronicowy raport opisujący stan istniejący (zachowane elementy wnętrza są pod ochroną) i planowane prace.

Umawiam się z wykonawcą, który świetnie wykonał robotę u znajomych. Akurat za kilka tygodni będzie wolny, powinnam już wtedy mieć wszystkie potrzebne pozwolenia i zgłoszenia. Zabieram się za projekt – planowane prace dzielę na dwie części, żeby było szybciej. Roboty wykończeniowe, w tym wymianę okna dachowego, do którego potrzebne mi były zalecenia konserwatorskie, umieszczam w zgłoszeniu (30 dni na reakcję Urzędu). Istniejącą kuchnię o proporcjach tramwaju zamierzam podzielić docelowo na aneks sypialny i kuchenny, ale nie mogę umieścić tego w zgłoszeniu, bo gdański Urząd każdą zmianę układu pomieszczeń traktuje jako przebudowę i wymaga pozwolenia na budowę. O nie postaram się chwilę później, bo czuję, że trochę czasu zajmie mi załatwienie zgody wspólnoty na podłączenia wentylacji (obecnie brak) do istniejących przewodów kominowych. W zgłoszeniu postanawiam jednak umieścić wykonanie dwóch otworów w ścianie działowej, które docelowo pozwolą na dostęp do aneksów z pokoju dziennego – to nie zmienia układu pomieszczeń, więc nie powinno być problemu, a wykonawcy znacznie ułatwi pracę.

Nie mam jednak szczęścia. Miła pani z urzędu dzwoni, żeby mnie poinformować, że „wie Pani, wszystko w porządku, ale na te dziury w ścianie działowej to będzie Pani potrzebowąła pozwolenia na budowę”. Cholera jasna! Ale może to dobrze. W innym razie wniosek o pozwolenie na budowę obejmowałby  AŻ DWA PUNKTY (proszę nie opluć monitora ze śmiechu):

  1. Budowa ścianki gipsowo-kartonowej o długości… 1,75m.
  2. Wykonanie dwóch podłączeń wentylacyjnych do istniejących przewodów kominowych (czyli po prostu wykucie dwóch dziur, jakieś 15x15cm każda).

Teraz przynajmniej mogę dodać punkt trzeci! Domyślam się jednak, że zakres tych prac okaże się dla Urzędu tak poważny, że kolejny telefon będzie dotyczył konieczności zaangażowania architekta sprawdzającego…

W międzyczasie miła pani z firmy administrującej budynkiem pomaga mi w dotarciu do członków wspólnoty, od których potrzebuję zgody na podpięcie się do przewodów kominowych. Ale to będzie materiał na kolejny, jeszcze bardziej drastyczny odcinek sagi.

PS Zalecenia konserwatorskie były gotowe po pięciu, a nie dwóch-trzech tygodniach:)

[fot. Monika Arczyńska]

 

 

 

%d blogerów lubi to: