Monthly Archives: Listopad 2013

Marudzenie po polsku

Nie znoszę tej teorii, ale Polacy chyba naprawdę mają zapisane w genach marudzenie. Ba, na pewne sprawy wręcz wypada narzekać.  Ostatnio na przykład na przestrzeń, co zresztą zręcznie podsycił „Wanną z kolumnadą” Filip Springer. Przyznaję, że nie rozumiem do końca tej nagłej eksplozji niezadowolenia, bo tzw. środowisko mówiło o dokładnie tym samym już dawno temu, ale widocznie potrzebna była pewna masa krytyczna osób, którym nagle zaczynają przeszkadzać reklamy i majtkowe tynki na elewacjach. Dzielni partyzanci (maruderzy?) miejscy intensywnie narzekają w dalszym ciągu, a paliwo stanowi m.in. tournee promocyjne Springera* i takie wydarzenia jak rezygnacja Grześka Piątka ze stanowiska naczelnika stołecznego Wydziału Estetyzacji. Radości z tego powodu tym bardziej nie rozumiem,  bo nie zapowiada się, aby jego następcy byli w stanie nagle przeprowadzić rewolucję albo – jak Grzegorz – uratować własny honor.

Staram się nie brać udziału w facebookowych dyskusjach, ale od czasu do czasu czuję się wywołana do tablicy, żeby pewne rzeczy wyjaśnić (jak np. tutaj). Wspomniany Filip Springer wrzucił wczoraj link do tekstu o nowej inwestycji w Miasteczku Wilanów. W skrócie: Polnord postanowił zrealizować inwestycję mieszkaniową na działce, która według planu miejscowego ma przeznaczenie pod funkcje oświatowe lub hotelowe. Aby ominąć te wymagania, zdecydował się na formułę aparthotelu, w którym mieszkania o powierzchni 17-18 metrów kwadratowych będą sprzedawane prywatnym właścicielom. Koncepcja zbliżona do wrocławskiego Startera. No i się zaczęło… Lista zarzutów w dyskusji, jaka się rozpętała w internecie, wygląda mniej więcej tak:

1. Deweloper ma prawo w czterech literach. No ma, nie zamierzam z tym dyskutować i ręce faktycznie mi opadają, kiedy kolejny raz widzę, jak niewiele znaczą plany miejscowe. Właśnie, żeby chociaż wuzetka, na którą można by zwalić winę! Jak w takim razie uda się formalnie przeprowadzić tę inwestycję? Domyślam się, że lokale będą traktowane jak pokoje hotelowe, sprzedawane prywatnym właścicielom – to dość standardowa forma zainwestowania. W typowej sytuacji pokoje byłyby wspólnie zarządzane przez jedną firmę, a właściciele czerpaliby pomniejszone o prowizję zyski i mogliby również sami dysponować swoimi pokojami przez ustalony czas w roku. W przypadku Miasteczka Wilanów pewnie ten element zarządzania zostanie pominięty lub zredukowany do niezbędnego minimum, a lokale pozostaną do pełnej dyspozycji właścicieli, którzy… nie będą mogli zameldować się na pobyt stały we własnym mieszkaniu?

2. „Za drogo!” Serio? 8-10 tysięcy za metr w Warszawie to tak strasznie drogo? Rozumiem, że ceny w stolicy wywołują frustracje, ale dlaczego akurat w tym przypadku jest to aż tak istotne, zwłaszcza, że większość komentujących w Miasteczku Wilanów raczej osiąść nie zamierza?

3. „Powierzchnie lokali są substandardowe, mieszkanie na takiej powierzchni to przecież chów klatkowy”. Co mają powiedzieć w takim razie mieszkańcy wielkiej płyty, gdzie kawalerki zaczynały się od takich właśnie powierzchni? Co prawda minimalna dopuszczalna w Polsce wielkość mieszkania wynosi obecnie 25m2 i to mniej więcej tyle, ile przypada na statystycznego Polaka, ale średnia ta jest mocno zawyżana przez domy jednorodzinne, w których mieszka prawie połowa populacji. Rozumiem, że w przypadku omawianej inwestycji jednostki są traktowane jako pokoje hotelowe. Trochę komicznie brzmi jednak krytyka tak małych lokali w kontekście tendencji samoograniczania i small living oraz coraz większej liczby osób, które mieszkają w pojedynkę i wystarcza im minimalna powierzchnia. W Polsce powstaje doktorat o mieszkaniu na minimalnych powierzchniach, a pisze go osobiście doświadczony w tej kwestii Szymon Hanczar – jego pierwsze minimieszkanie to zaledwie 13 metrów kwadratowych.  Małych lokali poszukują m.in. empty-nesters i w inwestycji Polnordu widzę kapitalną szansę na mieszkania dla seniorów. Miasteczko Wilanów ma dość homogeniczną wiekowo populację, która kiedyś może chcieć lub musieć z przyczyn finansowych przenieść się do mniejszych mieszkań. Najlepiej w okolicy, żeby „nie przesadzać starych drzew”. Aparthotel Polnordu mógłby wówczas zadziałać podobnie do katowickiego bloku dla seniorów, o którym prasa pisała zaledwie kilka dni temu.

3. „To oferta dla lemingów i słoików”. Pewnie, a dla kogo? Skąd założenie, że w Miasteczku Wilanów, gdzie praktycznie cała oferta mieszkaniowa celuje w klasę średnią, miałby zamieszkać ktoś inny? Tak, społeczny „miks” jest pożądany, ale wiadomo, że nigdzie nie udaje się go uzyskać bez odgórnych nakazów i ograniczeń, więc skąd założenie, że akurat w tym miejscu, które niektórzy złośliwie nazywają Lemingradem, miałoby być inaczej? Pretensje komentujących dotyczyły również języka, jakim posługiwał się inwestor opisując osiedle. Nie rozumiem jednak, jak przy codziennym bombardowaniu zewsząd reklamami można nie mieć dość doświadczenia, aby oczyścić przekaz z marketingowej otoczki.

Mieszkanie to nie jest zwykły produkt. Zmienia się i dostosowuje do zmieniającego się popytu. W tekście nie jest wspomniane, czy mieszkania można ze sobą łączyć. Tak się wkopali m.in. Holendrzy – większość  wielorodzinnej mieszkaniówki jest budowana jako tania i szybka w realizacji żelbetowa „krata”. Zbudowane kilka dekad temu mieszkania są za małe dla współczesnych potrzeb, ale monolityczna konstrukcja uniemożliwia lub absurdalnie podraża ich przebudowę. Nie wiadomo, kto tak naprawdę kupi wilanowskie lokale. Być może wcale nie młodzi, energiczni i świetnie zarabiający – oni pewnie wpakują się szybko w kredyty na budowę domów pod Warszawą, ale wcześniej mogą stanowić grupę docelową osób inwestujących w mieszkania pod wynajem. Jeśli obiekty będą funkcjonowały jako aparthotel, to pewnie raczej dla przyjeżdżających do Warszawy na dłużej pracowników, bo Wilanów imprezową dzielnicą zdecydowanie nie jest. I może dobrze – po kilku latach przemieszkanych naprzeciwko aparthotelu w centrum Dublina zdaję sobie sprawę, że to nie jest najbardziej pożądane sąsiedztwo. Chociaż nie ukrywam, bywało ciekawie – ile się przez okno naoglądałam stripteasów na wieczorach kawalerskich i panieńskich!

Podsumowując, powiem wprost: brzydzi mnie strasznie ta nagonka na aspiracje klasy średniej. Jej konsumpcjonizm jest równie jałowy i bezsensowny jak jałowe i bezsensowne jest marudzenie na kiepską jakość przestrzeni. Podniecanie się nową hondą jest równoważne podniecaniu się kolejnymi klęskami w postaci nowych bilbordów czy seledynowych tynków. Tworzenie wizerunku człowieka sukcesu, którego stać na mieszkanie w Miasteczku Wilanów ma wiele wspólnego z wypracowywaniem wizerunku cynicznego intelektualisty. Taki sam lans, tylko grupa odniesienia inna.  I dopóki nie zacznie się dialog pomiędzy obiema stronami, a zamiast próby zrozumienia wzajemnych motywacji będzie przeważać pogarda, nie poprawi się ani jakość przestrzeni, ani zamieszkania.

* 4 grudnia IKM w Gdańsku organizuje spotkanie z Filipem Springerem.

Reklamy

Boredom index

Zaskoczyła mnie ostatnio pewna wiadomość. Otóż okazało się, że Gdańsk został oceniony przez studentów jako nudny i powolny – „miasto starych ludzi”. Co prawda były to tylko badania do pracy magisterskiej, z niewielką próbą repondentów, ale wyniki i tak dały mi do myślenia. Faktycznie – mimo metropolitalnych ambicji miasta niewiele się tu dzieje. Oferta kulturalna leży, po sezonie knajpy ledwo zipią, a imprezuje się i tak w Sopocie. Za to jakość życia – tego codziennego – jest w Gdańsku obiektywnie wysoka: plaża, zieleń, ścieżki rowerowe, niezły transport publiczny, do tego ceny znacznie niższe niż w takiej na przykład Warszawie.  Potwierdza to raking polskich miast pod względem jakości życia przygotowany przez Diagnozę Społeczną, w którym Gdańsk zajął ostatnio trzecie miejsce. Na pierwszym miejscu znalazła się Gdynia, która pomimo zbliżonych walorów (oraz modernizmu i festiwalu filmowego rzecz jasna!) również nie jest najbardziej ekscytującym miastem pod słońcem. Warszawa dopiero na ósmej pozycji, o co w tym wszystkim chodzi? Popatrzmy na najpopularniejszy światowy ranking jakości życia w miastach – firmy Mercer. W czołówce żadnych fajerwerków. Wiedeń? Prater, Sacher i Strauss – rozrywki dla mało wymagających. Zurych? Ma opinię jednego z najnudniejszych miast w Europie. Prawdziwie ekscytujące miasta, takie jak Paryż, Londyn czy Nowy Jork są w rankingu w okolicach trzeciej – czwartej dziesiątki. Czyżby wzorem Floridy, który dla kreatywnych miast przyjął wskaźniki technologii, talentu i tolerancji, dla określenia jakości życia w miastach należałoby stworzyć boredom index?

Żarty na bok. Życie w ciekawym mieście może być przekleństwem równym życiu w ciekawych czasach. Pamiętam, jak przed kryzysem 2008 roku do Dublina ściągali ludzie z Londynu, poszukując nie tylko możliwości rozwoju kariery, ale i spokojniejszego stylu życia. Mieli dość tłumów, spędzania długichgodzin w metrze i planowania wszystkiego z dużym wyprzedzeniem – odległości przekreślały możliwość spontanicznych spotkań ze znajomymi. To wszystko znajdowali w nie za dużym i dość prowincjonalnym Dublinie, który w Mercer ranking plasował się wyżej od Londynu (niestety, z powodu rosnącej przestępczości jego pozycja ostatnio spada). Pamiętam, jak pierwszy raz wjechałam do centrum i nie mogłam uwierzyć, że to środek stolicy: gdzie do licha podziały się wieżowce? Dziwiła mnie też ogromna liczba turystów. Rozumiem, że część z nich przyjeżdża upić się guinnessem przy irlandzkiej muzyce, ale reszta po co? Żeby zobaczyć tego jednego Vermeera* i jednego Caravaggia w Galerii Narodowej? Żeby zjeść kanapkę z gorgonzolą tam, gdzie pan Bloom? Przecież „Ulissesa” podobno i tak nikt nie przeczytał w całości. Dopiero po kilku miesiącach odkryłam fenomen tego miasta – tam po prostu świetnie się mieszka. Kompaktowe centrum, wszędzie blisko, morze poprawia klimat i daje miastu oddech i przestrzeń, zieleń na każdym kroku – trochę jak w Trójmieście. Pomijając recesję możliwości zawodowych mniej tam niż w prawdziwych metropoliach, ale też łatwiej o zachowanie work-life balance. A że kulturalnie dzieje się mniej niż w Londynie czy Warszawie? Przynajmniej nie trzeba mieć wyrzutów sumienia, że nie korzysta się wystarczająco aktywnie z dostępnej oferty. Przecież na wystawę czy spektakl zawsze można wyjechać, a potem wrócić z naładowanymi bateriami i ulgą do swojego lekko nudnawego miasta…

*Ten powód jest jak najbardziej zrozumiały jeśli jest się np. Jackiem Dehnelem, który wraz z kolegą urządzał „grę w Vermeery”, czyli konkurs, kto zobaczy więcej jego obrazów.

Narracje b&w

(Tak było na Narracjach – gdańskim wydarzeniu kulturalnym listopada. Poziom większości prezentowanych prac pozwolę sobie przemilczeć, za to doświadczenie tłumów eksplorujących nocą mało popularne fragmenty Śródmieścia – bezcenne).

[fot. Monika Arczyńska]

Orłowo-Mewowo

Obrazek

Kończę właśnie pisać tekst o Nowym Orłowie w Gdyni  dla „Architektury-Murator”: 4,5 ha kolejnej luksusowej realizacji deweloperskiej. Żeby wczuć się w temat, wybrałam się tam dwa razy – ze znajomym historykiem sztuki, który w Orłowie przemieszkał ładnych parę lat oraz z architektami założenia. Znajomy pokazał mi m.in. Willę Gryf z projektowanymi przez Wyczółkowskiego kolumnami, a na widok nowego osiedla zareagował westchnieniem: „Wiesz, tu kiedyś była taka piękna łąka…”. Poczułam się zobowiązana do wyjaśnienia, że przecież miasto musi się dogęszczać w tak świetnie skomunikowanych miejscach, że intensywność tej zabudowy jak najbardziej pasuje do otoczenia, że teren jest naprawdę atrakcyjny inwestycyjnie, a w okolicy chronionej zieleni całe mnóstwo, a poza tym osiedle nie jest nawet ogrodzone, a architektura przyzwoita. Moje argumenty wydały mu się jednak mało przekonujące – wspominał historię Maxima, luksusowe prostytutki, zamożne wdowy po kapitanach i rybaków filozofujących przy wódce o życiu. Mieszkańcy Orłowa zawsze reprezentowali nie tyle cały społeczny przekrój, co jego samo dno i szczyt, w bardzo malowniczej wersji.

Wizyta z architektami miała za to zupełnie inny posmak. Zero sentymentów. Potencjalni klienci uśmiechali się niepewnymi usmiechami klasy średniej, a z witryn  sklepowych błyszczał z plakatów lexus zapowiadający nowy salon. Na parkingu podziemnym spotkaliśmy – uwaga! – mieszkańca. Chyba jednego z niewielu, na których w ogóle można się natknąć w takich inwestycjach, bo większość z nich podobnych lokali ma kilka i na weekendy nad morzem kursuje tylko od święta. Napotkany mieszkaniec najwidoczniej też, bo na pytanie jak mu się tu żyje stwierdził, że to dopiero jego pierwsza noc, że meble śmierdzą strasznie lakierem, a tak w ogóle to mieszka w Krakowie. Na koniec wypalił: „Jak się dziś rano obudziliśmy, otworzyłem drzwi na taras i powiedziałem do żony: wiesz,  ile kasy musiałem wydać, żebyś mogła słyszeć od rana krzyki mew?”.

Może to dlatego, że od lat mieszkam w miastach nadmorskich, ale mewy nigdy nie kojarzyły mi się z pieniędzmi. Kojarzą mi się za to z wysypiskami śmieci, na których opanowują do perfekcji sztukę rozrywania worków na odpadki. A że moje lenistwo 11 listopada sprawiło, że worek na śmieci do kompostowania trafił na chwilę na balkon, mewy rozniosły odpadki, po czym jedna z nich utknęła jak w akwarium, bo balustrady balkonu są szklane. Stukała dziobem, machała skrzydłami  i stresowała się coraz bardziej. Na szczęście udało się ją złapać i wypuścić – przez haczykowaty dziób i białe pióra wyglądała nieco jak orzeł bielik, więc jej uwolnienie miało symboliczne znaczenie. W sam raz na Dzień Niepodległości. To na pewno lepszy uczynek niż palenie tęczy na Placu Zbawiciela.

Morał:  w miastach nadmorskich nigdy, przenigdy nie wystawiajmy śmieci na balkon. Mam nadzieję, że pan z Krakowa też będzie o tym pamiętał.

seagull_rescue

[fot. Monika Arczyńska]

Lustro weneckie

biennale_notes
Uwielbiam Biennale w Wenecji. Najbardziej za to, że działa jak lustro – nie tylko trafnie odzwierciedla kondycję architektury w danym momencie, ale przede wszystkim skupia się na samych architektach i pozwala im przez chwilę poczuć, że są „najpiękniejsi na świecie”. Tyle, że to często krzywe zwierciadło i odbijający się w nim obraz bywa groteskowy. To jedyna architektoniczna impreza, na której otwarciu są WSZYSCY i gdzie nawet najbardziej uznani projektanci drżą ze strachu, że ich prace pozostaną niezauważone. Rok temu wśród tematów przewijała się partycypacja, projektowanie bliżej użytkownika i społeczna rola architekta – sprawy ważne, mocno na czasie, ale jednocześnie dość przyziemne i mało spektakularne. Chyba w ramach rekompensaty za tę skromność na wernisażach szampan lał się strumieniami, a przebrzmiałe gwiazdy łaskawie pozowały do zdjęć studentom. Warto jednak popatrzeć na to z bliska, żeby choć przez chwilę poczuć architektoniczny glamour, a potem ze świeżą dawką energii wrócić do swoich normalnych projektowych obowiązków.

Kiedy Zachęta ogłosiła konkurs na kuratorski projekt wystawy w pawilonie polskim na przyszłoroczne Biennale, postanowiliśmy zgłosić się z Łukaszem Pancewiczem, urbanistą. Do współpracy zaprosiliśmy Maksa Bochenka, kuratora z Instytutu Sztuki Wyspa. Ustalone przez Rema Koolhasa (głównego kuratora) hasło przewodnie to „Fundamentals”, a wystawy w pawilonach uczestniczących krajów miały interpretować temat „Absorbing Modernity: 1914-2014” i odnieść się do ewolucji modernizmu i architektur narodowych. Skoncentrowaliśmy się na wyjątkowo burzliwej demograficznej historii Polski w tym okresie, a punktem wyjścia dla odniesienia do modernizmu był dla nas cytat z „The City of To-morrow and its Planning” Le Corbusiera z 1929 roku: Statistics give us and exact picture of our present state and also of former states; connecting them with a line so expressive that the past speaks clearly to us, so that by following the development of the curve we are enabled to penetrate into the future and make those truths our own which otherwise we could only have guessed at. 

Naszą propozycję, wraz z kilkoma wybranymi projektami, można zobaczyć w najnowszym numerze NOTESU.NA.6.TYGODNI (str. 106-107).

Reklamy
%d blogerów lubi to: