Category Archives: starchitekt

Biennale po krakowsku

Biennale.jpg

Kiedy dowiedziałam się, że tematem tegorocznego krakowskiego Biennale jest podwórze, pomyślałam, że to dobra okazja, aby przedstawić projekty, które w tym i ubiegłym roku przygotowali nasi studenci. Trudno o bardziej kontrastrujące przestrzenie niż ulica Długa i Długi Targ w Gdańsku oraz gdyńskie blokowisko Witomino, jednak obie spełniają „podwórzową” rolę, bo w żadnym z tych fragmentów miasta nie ma podwórzy z prawdziwego zdarzenia. Pierwsza przestrzeń jest tak  nastawiona na turystów, że dla mieszkańców, zwłaszcza seniorów, brakuje tam miejsca, a w drugiej miejsca jest sporo, jednak to przede wszystkim „ziemia niczyja” pomiędzy blokami. Studenci wypracowali wytyczne dla przekształcenia tych przestrzeni, stosując uniwersalną metodologię, a ich praca została doceniona. Wróciłam z trzecią nagrodą w konkursie „Seminarium”, co wydaje mi się całkiem przyzwoitym wynikiem biorąc pod uwagę paskudne przeziębienie (chyba tylko siłą woli wstrzymałam katar na 10 minut prezentacji). 10 minut okazało się oczywiście zbyt krótkie dla takiej gaduły jak ja, więc  kiedy moderująca panel Marta Urbańska teatralnym szeptem ogłosiła „Pozostały trzy minuty”, lekko spanikowałam. Byłam przekonana, że dopiero tyle minęło, więc nie miałam wyjścia i zrobiłam jedyną sensowną w tej sytuacji rzecz: zachowałam zimną krew. Jak się później okazało, nikt z widowni, włączając jury, nie zorientował się, że cokolwiek poszło niezgodnie z planem.

03

ICE – International Conferences and Entertainment, gdzie odbyła się impreza. Zawsze mi się wydawało, że skróconą nazwę tego przybytku wymawia się jako ‚i-ce-e’ lub ‚aj-si-i’, a tu niespodzianka… ‚ajs ajs bejbi’:)

Nagrodzone w tej samej konkurencji prace wytypowaliśmy z moim osobistym urbanistą prawie bezbłędnie. Obstawialiśmy przede wszystkim Marysię Dankowską z Łodzi, która kapitalnie powiązała opowieść o historii łódzkiej kamienicy i podwórza z obecnymi pseudorewitalizacyjnymi działaniami (wyróżnienie). Podobał mi się też pomysł na zagospodarowanie wnętrza blokowiska na poznańskich Starych Żegrzach (II miejsce). Zaskoczyło mnie za to bardzo pierwsze miejsce dla Luisa Navaro Jovera. Dużo tam było „studenckiego” sposobu patrzenia na wyspowość miejskiej przestrzeni, podczas gdy nie doceniono moim zdaniem Martyny Mokrzeckiej, badającej temperatury wnętrz wrocławskich kwartałów. Może to dlatego, że przedstawiła na razie metodologię i pierwsze wyniki badań, a nie dotarła jeszcze do etapu wypracowania konkretnych wytycznych dla przekształceń podwórzy. Czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy, bo to bardzo istotny głos w dyskusji o zmianach klimatu i ich wpływie na miejskie środowisko.

04

„Boska” prezentacja Stanisława Niemczyka

A samo Biennale? To była moja pierwsza wizyta na krakowskiej imprezie i szczerze mówiąc spodziewałam się czegoś innego – przede wszystkim bardziej konsekwentnego potraktowania tematu przewodniego. Zabrakło poszukiwań, które inspirują i popychają architekturę naprzód. Formuła krakowskiej imprezy opiera się na kongresie i konkursach, a nie wystawach i ogromnie dużo było w tych spotkaniach bicia piany i „pompowania balonika”, co złośliwie podsumował Przemo Łukasik w swoim wykładzie. Kiedy przyjeżdżam do Krakowa, mam zawsze wrażenie, że wyjeżdżam do innego kraju. Brakuje mi tam naszego ‚Ordnungu’ i mam problem z krakowskim klepaniem się po plecach oraz… kwiecistym językiem. Łukasik również odniósł się do tego zjawiska, mówiąc m.in. o „nadmiarze przymiotników”. Zacna widownia, szacowni goście i utalentowani uczestnicy wysłuchali kilku niezbyt inspirujących prezentacji. Gdyby nie wtrącane często anegdoty i wspomnienia z przeszłości, które uwielbiam, spędziłabym większość czasu pijąc kawę poza audytorium. W konkurencji anegdot wygrywa Małgorzata Omilanowska z opowieścią o reakcji Lecha Wałęsy na Europejskie Centrum Solidarności (przytoczę przy innej okazji) oraz Romuald Loegler wspominający początki Biennale i zaproszenie na jedną z pierwszych edycji Herzoga i de Meurona, zanim jeszcze dołączyli do grona gwiazd. Podobno krakowscy architekci byli oburzeni, że na tak ambitną branżową imprezę jako gwiazdy przyjeżdżają projektanci, którzy mają na koncie zaledwie „jakiś tam domek ze sklejki”.

Tym razem wśród zagranicznych gości oprócz architektów z Chin pojawiła się m.in. Viviana Muscettola, która jest jedną z Associate Directors w Zaha Hadid Architects. W konkursowym jury był także m.in. Rainer Mahlamäki. Trochę się zdenerwowałam podczas jego wykładu. Na samym początku swojej prezentacji przedstawił propozycję na Pomnik Holokaustu w Londynie takim tonem, jakby już wygrał ten konkurs. Nie interesowałoby mnie to nawet, gdyby nie fakt, że Heneghan Peng również jest wśród dziesięciu finalistów i wciąż czekamy na wyniki. O podwórzach nie padło jednak ani słowo, podobnie jak w pierwszej sesji kongresu o… tradycji w architekturze. Dopiero drugiego dnia temat Biennale pojawił się w kilku prezentacjach – sytuację uratowali polscy jurorzy konkursu. Zamarzyło mi się alternatywne wydarzenie w stylu Biennale Urbana odbywającego się równolegle do oficjalnej weneckiej imprezy. Znalazłoby się tam miejsce i dla „Placu na glanc„, i dla „Podwórkowych rewolucji„, i dla wielu innych działań, które faktycznie zmieniają podwórza.

Na szczęście jesienny Kraków, spotkanie wielu znajomych i poznanie nowych osób zrekompensowało mój niedosyt. A może tak to właśnie w Krakowie jest, że podobne wydarzenia mają głównie towarzyski charakter?

[fot. Łukasz Pancewicz, Monika Arczyńska]

Reklamy

Biały słoń Eisenmana

hiszpania 06

Są takie miejsca na świecie, gdzie nie można nie dostać głupawki. Czasem architektura jest tak przekombinowana i przesadzona w skali, że człowieka ogarnia najpierw wielkie zdziwienie, a potem napad złośliwego chichotania. W architekturze takie absurdalnie przegięte inwestycje nazywa się white elephants. Zdecydowanie należy do nich Cidade da Cultura w Santiago de Compostela, megaprojekt autorstwa Petera Eisenmana, który w konkursie w 1999 roku pokonał inne supergwiazdy pokroju Koolhaasa, Libeskinda i Nouvela. Wszystkie projekty można zobaczyć na stronie kompleksu i nie tylko zwycięski  pachnie mocno końcówką lat dziewięćdziesiątych.  Według autora kompleks ma przypominać miasto. Może i trochę przypomina – na pewno skalą, bo jest tam i muzeum, i biblioteka, i inkubator przedsiębiorczości. Kilka lat temu inwestycję przerwano z uwagi na astronomiczne koszty (podobno przekroczono założony budżet cztery razy).

Niby dojeżdża tam jakiś autobus, ale ponieważ odległość na mapie nie wyglądała na dużą, poszliśmy pieszo. Najpierw dziwnymi tunelami pod autostradą, a potem pieszą serpentyną przez park, który jest moim zdaniem najciekawszą (i pewnie najtańszą) częścią tej inwestycji. Drodzy projektanci krajobrazu, to do Was prośba: wijące się ścieżki wyglądają malowniczo, ale jeśli projektowany przez Was park ma służyć nie tylko do podziwiania, ale jest zlokalizowany między centrum miasta a największym kompleksem kulturalnym w regionie, pomyślcie o skrótach, do jasnej cholery. Rozumiem założenia projektowania uniwersalnego, ale domagam się też odrobiny funkcjonalności. Zwłaszcza w lipcowym upale maksymalne wydłużenie pieszej trasy to okrucieństwo. Ale tak, wiem, przecież i tak wszyscy dojeżdżają tam klimatyzowanymi samochodami, właśnie po to wybetonowano tam parking wielki jak pod IKEA.

20

Nie wiem, jak można mieć taką jazdę na temat kwadratów, jak Eisenman, ale tu też zrobił to, co robi prawie wszędzie… Kamienne okładziny podzielone są na większe kwadraty, a te większe kwadrat na mniejsze kwadraty. Chociaż może ten spikselowany obraz mógłby się wydawać symbolicznie uzasadniony w tym miejscu („ja, człowiek, rżnę w tym litym kamieniu, który składa się z geometrycznych okruchów stworzonych przez naturę” i dalej podobne bla bla bla), ale męczy nieco powtarzalnością i -ponownie – niepokojącą myślą, ile to wszystko musiało kosztować.

21

02

0304

Najsympatyczniejsze wydawały mi się place zabaw, ale co z tego, jeśli prawie nie było na nich dzieci?

06

01

Na zewnątrz stoją sobie grzecznie dwie wieże projektu Hejduka, do których da się wejść tylko na najniższy poziom, żeby zobaczyć projekt tego wielkopomnego, niesamowitego, genialnego i absolutnie najwspanialszego dzieła architektury.

17

Wszystko jest wielkie i z zewnątrz, i od wewnątrz. W urbanistyce istnieje pojęcie SLOAP, czyli skrótowiec od space left over after planning. Oznacza to mniej więcej przestrzeń, która nie służy praktycznie niczemu, po prostu stanowi jakiś skrawek pozostały po zaplanowaniu danego obszaru. W skali miejskiej kończy się to najczęściej zasianiem tam trawnika (taka przynajmniej jest strategia studentów, którym takie przestrzenie „wychodzą” w projektach).  Tu w praktycznie każdym budynku istnieje SLOAP w wersji architektonicznej – przedziwne formy wyprodukowały pozostałości przestrzeni, które niczemu nie służą, za to trzeba klimatyzować każdy ich metr sześcienny…

10

Inkubator przedsiębiorczości, o przepraszam, Centre for Creative Enterprising, okazał się kolejnym ogromnym i pustym gmaszyskiem. Ogromne przestrzenie  podzielono całkiem sympatycznymi przepierzeniami z białych kartonów i musiało tam wypadać chyba po 100 metrów kwadratowych na pracownika. Luksus! Chciałabym mieć takie coworkingowe biuro pod domem, pod warunkiem, że w cenę wynajmu biurka nie są wliczone koszty eksploatacji.

19

„Czy tu zawsze jest tak pusto?”  – zapytałam miłych panów w recepcji muzeum. Lekko zmieszani odpwoiedzieli, że nie, że czasem się zapełnia, ale w całym kompleksie zapełniła się tylko restauracja. W czasie lanczu i to głównie pracownikami. Rozumiem, że był środek tygodnia, ale to również sam środek sezonu turystycznego i centrum Santiago pękało w szwach. Komunikację pomiędzy kondygnacjami galerii zapewniają schody ruchome (jakby frekwencja miała być co najmniej taka, jak w Tate Modern, phi!). Najlepsze, że wejścia na wystawy na poszczególnych piętrach są tak zaprojektowane, że… prawie je ominęliśmy wchodząc na kolejny poziom schodów. Niskie białe drzwi na białym tle, dostępne z wcale nie tak dużego spocznika, wyglądały jak wyjście ewakuacyjne. Oprócz nas wystawy zwiedzały może ze dwie pary. Dla architektów ma to jedną niezaprzeczalną zaletę – nie trzeba wyczekiwać godzinami, żeby pstryknąć zdjęcie, na którym nie będzie ludzi.

09

07

Zastanowiło mnie też bardzo ogromne przeszklenie w muzeum, z potężnymi kratownicami, które wyglądały na tak przewymiarowane, że musiał je projektować chyba jakiś stażysta, kiedy koszty realizacji zaczęły wymykać się spod kontroli i pierwsze cięcia dotknęły konsultantów od tak mało znaczących rzeczy jak fasady.

1213

Jedyne w miarę zapełnione użytkownikami miejsce to biblioteka. Niewiele różni się od sal ekspozycyjnych poza liczbą kolumn – sporo ich tu. Poza tym faluje wszystko – sufit, „pokoje” z półkami na książki, na szczęście w głowie kręci się tylko na widok z daleka, a w wydzielonych częściach czytelni można nawet się skupić. Generalnie wygląda to trochę tak, jakby Richard Meier zainspirował się karpatką.

22

Może w sumie ten brak odwiedzających ma swoje plusy poza pustkami na zdjęciach. Brak użytkowników to brak eksploatacji, a brak eksploatacji to brak kosztów remontów i napraw. Ławki z białego betonu nie są poplamione gumą do żucia, a kosze na śmieci ze stali nierdzewnej błyszczą się jak wypolerowane…

16

18

400 milionów euro to jednak trochę dużo jak na park rozrywki dla architektów.

[Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz]

Keep calm and let us bind your thesis

Oprócz uczestniczenia w konferencji mieliśmy również trochę czasu na pozwiedzanie Oxfordu. Miasto, pomimo swojej liczby mieszkańców, ok. 150 tysięcy, sprawia wrażenie maleńkiej mieściny. Centrum to raptem kilka malowniczych ulic. Na wszystkich tablicach informacyjnych dla turystów pojawiają się informacje, że Pevsner, ten od historii literatury, uznał dane miejsce a to za najpiękniejszą ulicę, a to za najbardziej harmonijny plac w Europie. Trafiliśmy akurat na Open Day, więc udało nam się zwiedzić sporo wnętrz i dziedzińców. Muszę przyznać, że wrażenie zrobiła na mnie nie tyle majestatyczność uniwersyteckich gmachów, co ich pragmatyczne wykorzystywanie. Dookoła przystrzyżonych co do milimetra trawników, w pięknych, kamiennych murach, nadal funkcjonują akademiki. Nie są jednak umeblowane antykami, które wydawałyby się tam najbardziej odpowiednie. Na podłodze leżą paskudne wykładziny dywanowe, meble przypominają wyposażenie nędznej sali konferencyjnej z tapicerowanymi, niebieskimi krzesełkami, a w oczy najbardziej rzuca sie ustawiona gdzieś pod ścianą lodówka. To wnętrza, które zachęcają do spędzania tam jak najmniej czasu – może dlatego studenci tyle godzin przesiadują w bibliotece i stąd wysoki poziom uczelni?

IMG_6262IMG_6310

Większość świetnej współczesnej architektury podobno jest poukrywana za historycznymi murami lub gdzieś na obrzeżach. Tak przynajmniej twierdzą architekci z Oxford Brookes. Powinna istnieć (może istnieje?) gra miejska polegająca na wyszukiwaniu tych poukrywanych architektonicznych skarbów. Nie dotarliśmy do Zahy, nie dotarliśmy do Níalla McLaughlina, za to nie odpuściliśmy St Catherine’s College projektu Arne Jacobsena. Z ręką na sercu przyznaję: to jeden z najpiękniejszych kampusów, jakie miałam okazję zobaczyć. Może dobrze, że większość obiektów była zamknięta, bo jeśli wydawałam z siebie ochy i achy na widok harmonii między budynkami a krajobrazem, we wnętrzach mogłabym dostać syndromu Stendhala. A do meblowych marzeń doszło Oxford chair

IMG_6278male

Akademickie motywy, podobnie jak Harry Potter (część scen była kręcona w Oxfordzie) i Alicja w Krainie Czarów (Lewis Carroll był dziekanem Christ Church College), pojawiają się dosłownie wszędzie. Koszulki i bluzy z logo uczelni, togi i studenckie czapki kuszą na większości sklepowych wystaw. Podobnie jest na wszytskich najlepszych uczelniach świata – nie każdy może być studentem Cambridge czy Harvardu, ale zawsze może nosić koszulkę z ich logo.

IMG_6305

‚Keep calm and let us bind your thesis’

IMG_6343

Tort dla absolwenta

IMG_6339

Myślenie życzeniowe ambitnych rodziców:)

Zastanowiła mnie tylko jedna rzecz. Wydawałoby sie, ze miasto uniwersyteckie powinno być pełne pubów i barów. W Oxfordzie wcale nie ma ich tak wiele, za to zagęszczenie kawiarni na kazdej ulicy jest zaskakujące. Może oni tam faktycznie nie mają czasu na życie studenckie, tylko piją non stop kawę, żeby nie zasnąć nad książkami?

[fot. Monika Arczyńska]

 

Jak się pracuje w Kopenhadze

02

W weekend wrócilimy z Kopenhagi. Razem z ekipami z Henning Larsen i BBGK pracowaliśmy nad konkursowym projektem masterplanu dla terenów dawnej Stoczni Cesarskiej w Gdańsku. O projekcie na razie cicho sza, bo wszystko jest tajne przez poufne, ale ponieważ pierwszy raz miałam okazję odwiedzić biuro Henning Larsen, opowiem Wam trochę o tym miejscu.

Świetne projekty to jedno, ale warunki i atmosfera pracy dodatkowo kuszą, aby złożyć tam portfolio. Pomimo wielkości biura – w samej Kopenhadze pracuje ok. 200 osób – czuje się kameralny klimat, a organizacja pracy (i odpoczynku!) sprzyja bliskim relacjom z zespołem. Jak to bywa w podobnych firmach, przyjęty jest horyzontalny system zarządzania, tzn. wszyscy mają coś do powiedzenia – i kierujący projektem, i stażyści. Co piątek organizowane są biurowe imprezy i przyznam, że rozluźnioną atmosferę czuje się od samego rana – więcej ruchu, więcej rozmów i zdecydowanie więcej śmiechu niż w zwykły dzień.

 

01

Biuro znajduje się w samym centrum miasta, w budynku dawnego domu towarowego, gdzie na górze jest pracownia, a poniżej fitness i supermarket. Miejsca pracy zajmują dwie kondygnacje z atrium, a powyżej zlokalizowana jest kantyna z kuchnią oraz taras. Idealnie, żeby wyskoczyć się przewietrzyć albo poopalać twarz słońcem, a nie tylko światłem monitora. Atmosfera jest bardzo nieformalna – dominują raczej trampki niż krawaty, a do pracy, jak to w Kopenhadze, dojeżdża się rowerem.

03

Wszędzie stoją misy ze świeżymi owocami, a o 12:00 wszyscy udają się piętro wyżej na lancz. Pracownia ma własnego kucharza i kilka zasad, m.in. taką, że jedzenia się nie marnuje. Z reguły resztki lądują  następnego dnia w… ‚creative salads’.  Kuchnia to zdecydowanie jedno z najważniejszych miejsc w pracowni architektonicznej. Pamiętam, że pierwszą rzeczą, którą zaprezentowano mi w Heneghan Peng po udanym interview była nie makieciarnia, nie biblioteka, ale ogromny, włoski ekspres do kawy – centrum życia pracowni. Żartowaliśmy sobie czasem, że dzięki codziennym ćwiczeniom w przygotowywaniu espresso i spienianiu mleka w razie kryzysu zawsze będziemy mogli znaleźć pracę jako bariści.

W Henning Larsen nie zakładają kryzysu – kawa jest na przycisk:)

[Fot. Monika Arczyńska]

 

Idealny balans

balans idealny_male

Ach, co to był za urlop! Wszystkiego było w sam raz. Słońca i chmur, grillowanych świńskich uszu i ośmiorniczek (od dnia powrotu jestem na diecie), boskiego romanizmu i piekielnego pomo. Mieliśmy i święty spokój, i szansę na zobaczenie prawdziwej orgii. W Pontevedrze trafiliśmy na wekeend corridy i chociaż młodzież raczej potępia obecnie zabijanie byków, okołocorridowe tradycje są kultywowane, m.in. tzw. Botellón. Przepis jest prosty: należy zebrać grupę znajomych, założyć identyczne koszulki (najlepiej z jakimś śmiesznym rysunkiem i listą uczestników – to pewnie na wypadek zgubienia), kupić w supermarkecie wielką plastikową butlę z kolorowym napojem, dolać do niej jakiś tani alkohol i od rana popijać tę lepką mieszankę. Najlepiej na jakimś placu albo schodach przed kościołem. Zaczyna się niewinnie, ale wieczorem kompletnie pijany tłum w różnokolorowych koszulkach zajmuje całe centrum śpiewając, krzycząc, sikając i rzygając gdzie popadnie oraz migdaląc się w bramach. Tego dnia policja nie wchodzi nawet do centrum, może bardziej ze strachu niż ze zrozumienia dla tradycji.

Pewnie również dla równowagi w bezproblemowo przebiegającej podróży mieliśmy też kilka małych wtop. Na przykład jedyny dzień zaplanowany na plażowanie okazał się najzimniejszym i najbardziej deszczowym momentem wyjazdu. Z kolei w Santiago de Compostela, gdzie czekałam na dziesięciopunktowy „efekt wow” na widok fasady katedry, okazało się, że calusieńki front przykryty jest rusztowaniami. Co za szczęście, że nie szłam tam pieszo kilkaset kilometrów… Ale to wszystko drobiazgi – ważne, że udało nam się przez całe dwa tygodnie nie myśleć o pracy i obowiązkach. Ale od architektury nie dało się uciec, zwłaszcza, że po drodze mieliśmy do zobaczenia realizacje Calatravy czy Eisenmanna (na zdjęciu). Oj, będę się pastwić na blogu!

[Fot. Łukasz Pancewicz]

Monarchitektura pocztowa

stamp.jpg

Księżna Kate i książę William odwiedzają dziś Gdańsk, a ja oglądam sobie znaczki Poczty Królewskiej. Głównie jeden znaczek, ze specjalnej serii poświęconej współczesnej brytyjskiej architekturze – obok rozbudowy Tate Modern, Edenu czy biblioteki w Birmingham znalazło się tam także Giant’s Causeway Visitor Centre.

Patrzę na ten kamienny narożnik i przypominają mi się długie godziny spędzone na kombinowaniu, jak pogodzić restrykcyjną geometrię z materiałem – lokalnym bazaltem, który kompletnie nie nadawał się do celu, w jakim zamierzaliśmy go użyć.  Kilka razy modyfikowałam podziały bloków, bo w trakcie budowy okazało się, że nie da się pozyskać wymaganych wielkości. A bloków było ponad 14 tysięcy, wszystkie docinane pod kątem i ręcznie montowane w elewacjach. Na północnym wybrzeżu pada wyjątkowo często, a zimno jest potwornie przenikliwe i kiedy przypomnę sobie kamieniarzy cierpliwie układających w mżawce zimne bloki kamienia, myślę o nich z podziwem i wdzięcznością. To wspólna, świetna robota ogromnego zespołu – projektantów, wykonawców, klienta – i cieszę się, że została wyróżniona w ten sposób. Gratulacje dla wszystkich!

PS O projekcie pisałam więcej tutaj.

Jan „naprawię każde miasto” Gehl

WP_20170315_15_50_54_Pro.jpg

Wróciłam właśnie ze spotkania z Gehlem. Wahałam się – wybierać się, nie wybierać – ale pogoda zachęciła mnie do wyjścia z domu. W takim mieście, jak Gdańsk, gdzie architektonicznie i urbanistycznie dzieje się niewiele, a gwiazdy tych dziedzin omijają Trójmiasto, jakby szalała tu epidemia dżumy, to nie lada wydarzenie. Można spotkać przyjaciół, znajomych, byłych studentów, obecnych studentów i przyszłych studentów, wykładowców, urzędników i aktywistów od przestrzeni. Bardzo przypominało to spotkanie towarzyskie, tym bardziej, że wynudziłam się okropnie i nie mogłam doczekać końca. Było jak to zwykle u Gehla – wszyscy zadają pytania o lokalne sprawy, spodziewając sie konkretnych rozwiązań, a przecież po dwóch spacerach po mieście nawet najbardziej wizjonerski urbanista świata nie dałby sobie rady  z takim zadaniem.

Chociaż bardzo lubię książki Gehla i często odsyłam do nich studentów, nie jestem przekonana do jego obecnych koncepcji. Jak magik wyciaga z kapelusza swoje złote zasady – podejrzewam, że od początku swojej kariery, czyli od ładnych kilkudziesięciu lat, zbiera różne „pomysły na miasto”. Tu trochę z własnego doświadczenia, tam trochę z Jane Jacobs albo Christophera Alexandra. Nie muszą być odkrywcze, ale powinny być w miarę możliwości uniwersalne. Kiedyś pewnie zbierałje w notesie, teraz pewnie istnieją już w formie aplikacji. Wpisuje się dane wejściowe – wielkość miasta, główne problemy, system polityczny, liczbę samochodów na 1000 mieszkańców czy procent terenów zielonych, wklepuje pożądaną liczbę pomysłów oraz poziom ich uszczegółowienia, klika enter i voila! „Dwanaście zasad Jana Gehla” albo „Profesora Gehla pomysły na uzdrowienie miasta X” gotowe, można wystawiać fakturę. Ale żeby była odpowiednio wysoka, trzeba mieć wyrobioną silną markę, a J.G. pracuje nad nią od lat. Nie każda książka staje się kultowa, nie każdy urbanista jest zapraszany do współpracy na całym świecie, nie każdy pojawia się w weneckim pawilonie Danii sfilmowany jak kapłan i prorok w jednym.

Pamiętam jeszcze z Dublina jego koncepcje dla poprawy przestrzeni publicznych w jednej z części miasta. Myślę, że bardziej złożone projekty potrafią przygotować studenci. Tymi mniejszymi zleceniami Gehl się rzadko chwali – pokazowe projekty to Nowy Jork, San Francisco czy Moskwa. Gehl nie jest tani – przypuszczam, że polskie samorządy, które zaprosily go do siebie z nadzieją współpracy, zrezygnowało z niej po otrzymaniu oferty z wyceną. A może nie tylko oferty, ale i samego zakresu opracowania – sporo się u nas zmieniło i duńskie patenty są już tu stosowane. Na dzisiejszym spotkaniu siedziałam przed ekipą z Biura Rozwoju Gdańska i co chwilę słyszałam szepty „No, to właśnie tak jak u nas!”. Ja też zachichotałam pod nosem słysząc o koncepcji sadzenia drzew przez mieszkańców Kopenhagi, przy współpracy z miastem. Sama „posadziłam” w tym tygodniu kilka drzew w Gdańsku i czekam właśnie na akceptację. I to jest chyba najbardziej optymistyczny akcent dzisiejszego spotkania – już umiemy sami rozwiązywać miejskie problemy. Tylko czasem przydałoby się trochę wizjonerstwa.

[fot. Monika Arczyńska]

Grafton Architects czyli klops, wino i poezja

img_1594

Podczas otwarcia ubiegłorocznego weneckiego biennale catering słabo dopisał. To pewnie wpływ kuratora – Alejandro Araveny – narzucił rezygnację z tradycyjnie lejących się hektolitrów prosecco i ton zakąsek. Niby nie po to się przyjeżdża, ale dwa dni bezustannego odwiedzania wystaw i pawilonów jest tak męczące, że trzeba je przerywać podładowaniem baterii kawą (na szczęście dostępną prawie wszędzie), jedzeniem oraz alkoholem i tę potrzebę zwykle idealnie spełniają otwarcia pawilonów. Tym bardziej, że szkoda czasu, żeby zatrzymywać się na dłużej w niemiłosiernie zapełnionych restauracjach. Tym razem – klops. Co ja piszę, żadnych klopsów nawet nie było. Dlatego z wielką ulgą zauważyliśmy, że wystawa krajów afrykańskich wyłamała się i serwowano tam nie tylko całkiem sympatycznie wyglądający finger food, ale i wino! Zachowaliśmy się potwornie stereotypowo – Polacy i alkohol to przecież nierozłączna para – ale na kogo trafiliśmy przy tym cudownym winopoju? Oczywiście na Irlandczyków, którzy zachowali się równie przewidywalnie jak my. Pogadaliśmy chwilę ze znajomymi chłopakami z Grafton Architects, zamieniliśmy parę słów z Yvonne Farrell i ruszyliśmy zwiedzać dalej.

img_1564

Przedwczoraj ogłoszono, że Shelley McNamara i Yvonne Farrell z Grafton Architects będą kuratorkami przyszłorocznego Biennale. Cieszę się ogromnie, bo nie dość, że to absolutnie wspaniałe projektantki, to na dodatek Irlandki, kobiety, no i równe babki, które zamiast prowadzić dyskusje z innymi starchitektami, idą na darmowe wino z własnym zespołem.

img_1584

Zdaję sobie sprawę, że irlandzka architektura jest w Polsce nieco egzotyczna i takie biura jak Grafton, O’Donnell+Tuomey czy nasze niewiele mówią. Za to świat zerka w stronę Dublina ze sporym zainteresowaniem. Z kimś, kto urodził się w surowym irlandzkim krajobrazie, zostają do końca życia szorstkie faktury, deszcz, który zmienia kolor i połysk kamienia, kontrasty między czarnymi skałami a białą morską pianą i najpiękniejsze światło świata. Stąd irlandzka architektura jest dość „rzemieślnicza” – dużo tam drewna, cegły, surowego betonu, kamienia i ręcznie wykonywanych elementów. Jeśli pojawiają się wyrafinowane technicznie elementy, to nigdy wyzywająco high-techowe, ale raczej popychające materiały budowlane do granic ich właściwości – zadziwiająco lekkie przeszklenia albo niestandardowo użyty kamień. I chyba trzeba również urodzić się Irlandką lub  Irlandczykiem, żeby wpleść w projekty trochę poezji. To gra ciepła i chłodu, światła i cienia, dźwięku i ciszy – tak jest także w projektach Grafton. Solstice Arts Centre w Navan, gdzie niezwiązana z architekturą znajoma pytała, czy „te betonowe ściany będa kiedyś pomalowane”? Za każdym razem odwiedzając okolice Merrion Square zachwycałam się kamienną fasadą w Department of Finance, a używając skrótu przez Trinity College w centrum Dublina, wychodziłam ulubioną furtką przy rozbudowie Mechanical & Manufacturing Engineering Department. Jednak to nie irlandzkie realizacje Graftonek, jak je zwykle pieszczotliwie nazywam, zrobiły na mnie największe wrażenie. To budynek Uniwersytetu Bocconi w Mediolanie. Został ukończony w momencie, kiedy dopiero zaczynał się kryzys, więc nie szczędzono na niego euro, ale ogromny budżet został wydany na kawał świetnej architektury. Bocconi został ogłoszony najlepszym budynkiem roku na World Architecture Festival, znalazł się w finale Miesa i zdobył wiele innych nagród. Odwiedziłam go przy okazji wizyty na EXPO w 2015 roku i muszę przyznać, że chociaż podejrzewałam wcześniej ostre fotoszopowanie prasowych zdjęć, budynek jest jeszcze bardziej niesamowity na żywo niż na fotografiach. Akurat był weekend i w dodatku odbywał się tam remont, więc nie wszędzie udało mi się wejść, ale polizanie przez szyby absolutnie przepięknych wnętrz wystarczyło, żeby wpisać ten obiekt na moją prywatną superlistę. Czy muszę dodawać, że równolegle pstrykała zdjęcia cała pielgrzymka architektów?

Wypijmy więc za następne biennale! Najlepiej guinessem, irlandzką whiskey albo.. darmowym winem:)

IMG_1545.jpg

Jak można nie dopuszczać ludzi do TAKIEJ fasady???

img_1617

I jeszcze przykrywać ją rusztowaniami?

img_1558

Na szczęście można było zobaczyć jedno z bezdyskusyjnie najpiękniejszych przeszkleń na świecie

[Fot. Łukasz Pancewicz, Monika Arczyńska – wszystkie zdjęcia z Bocconi]

Św. Mikołaj

Nie, nie będzie ani o świętach, ani o prezentach, ani o reniferach. Będzie o kościele św. Mikołaja, położonym w niemieckim Anklam, blisko granicy, bo nieco ponad godzinę pociągiem ze Szczecina. Kościół został poważnie zniszczony w czasie wojny i przez wiele lat czekał na lepsze czasy bez sklepień, dachu i szczytu wieży. Kilka lat temu doczekał się nowego dachu, a obecnie pracujemy nad propozycją zorganizowania w środku muzeum Otto Lilienthala, stworzenia punktu widokowego na wieży oraz budowy informacji turystycznej. To projekt, którym zajmuję się obecnie najbardziej intensywnie i parę dni w ubiegłym tygodniu spędziłam w Anklam i w Berlinie. Lubię Berlin (w końcu ma sześć liter, podobnie zresztą jak Anklam:) i zdecydowanie bywam tam rzadziej, niż bym chciała. Dlatego cieszy mnie rozpoczęcie współpracy z niemieckim oddziałem naszego biura.

Skoczyłam zobaczyć kościół oraz spotkać się z projektantami wystawy. To beier + wellach, którzy mają biuro w berlińskim Taut Haus. Tak wyposażonej modelarni nie widziałam już dawno w żadnej pracowni – wykonywane są tam nie tylko makiety wystaw, ale i prototypy ich elementów. Wśród mnóstwa dziwnych przedmiotów najbardziej rozbawiły mnie figurki zwierząt w odpowiedniej skali z projektu zoologicznej ekspozycji:)

img_2300

Widok na kościół z rynku (po prawej historyzująca architektura, którą zastępowane są powojenne bloki)

Anklam było lokowane w XIII wieku na prawie lubeckim i stanowiło kiedyś ważny hanzeatycki ośrodek. Obecnie to nieco zapomniane, senne miasteczko. Wygląda jak typowe pomorskie miejscowości: kwadratowy rynek, rzeka, ciężki ceglany gotyk, regularny układ zabudowy z nieregularnym obrysem. Trochę przypominało mi Chełmno – ma zbliżoną wielkość i liczbę mieszkańców, ale przetrwało tu zdecydowanie mniej oryginalnej zabudowy i nie ma tam wzgórz, dzięki którym Chełmno należy do najbardziej malowniczych miasteczek w Polsce.

img_2357

Repliki latających machin

Kościół robi wrażenie. Jest ogromny, przyciężkawy i świetnie prezentuje się w nieco „ruinistycznej” wersji – brak sklepień sprawia, że wnętrze jest znacznie wyższe niż w oryginalnej wersji. Pod dachem podwieszone są repliki latających machin Otto Lilienthala i innych pionierów lotnictwa, w tym balony, szybowce i dwupłatowce. Muzeum ma przedstawiać drogę od piewszych eksperymentów związanych ze wznoszeniem się w powietrze (od Ikara – stąd nazwa instytucji – IKAREUM), aż do współczesnych wynalazków i technologii. Można wejść na wieżę i rozpościerają się stamtąd naprawdę piękne widoki, zwłaszcza w słoneczny, zimowy dzień. Wyobrażam już sobie, jak niesamowicie będzie je oglądać ze znacznie większej wysokości!

img_2328

Widok z wieży na rynek

img_2349

Widok na okolice Anklam

Jest tylko jedna kwestia, która wzbudza moje obawy: język. Dla moskiewskiego projektu musiałam podszlifować solidnie rosyjski. Tym razem przydałby mi się niemiecki – mimo że uczyłam się go w szkole, nigdy nie miałam okazji go używać. Na spotkaniach (niestety, nie wszystkie udaje się prowadzić po angielsku) rozumiem piąte przez dziesiąte, ale mam nadzieję, że co nieco będzie mi się przypominać w trakcie projektu. Na kolejny kurs językowy niestety nie znajdę w tym roku czasu.

Uff, jak dobrze, że istnieje Google Translator…

[Fot. Monika Arczyńska]

Żegnaj, 2016

Adria_male.jpg

Żegnaj, 2016,  nie będę za Tobą tęsknić. Wiem, że nie tylko ja z ulgą mówię ci „do widzenia”. Zbyt wiele niedobrych rzeczy wydarzyło się na świecie i ze zbyt dużą niepewnością zaczynamy 2017.

To był dla mnie wyjątkowo trudny rok. Trudniejszy niż kończenie doktoratu równolegle z pracą. Trudniejszy niż przeprowadzki między krajami i trudniejszy nawet niż kolejne lata rozłąki z moim osobistym urbanistą. Zawodowo wszystko wygląda świetnie – wkrótce premiera naszej strony internetowej, mamy więcej zleceń niż jesteśmy w stanie zrealizować bez zarywania nocy i weekendów. Niedługo zostanie wydana nasza pierwsza książka – podręcznik planowania. Studenci znów dali czadu i zrobili świetne – i wykorzystane przez urząd miasta! – opracowanie na temat Długiej i Długiego Targu w Gdańsku. OSSA również wypadła fantastycznie. Za mną kolejne etapy współpracy z powstającym w Gdańsku Muzeum Sztuki Współczesnej oraz z Heneghan Peng. Dublińskie biuro zaliczyło wyjątkowy rok – w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy ukończylismy niemal tyle budynków, ile od momentu powstania pracowni w 2001 roku. To tłumaczy, dlaczego w biurze panuje nieco grobowa atmosfera i nawet świąteczna impreza skończyła się nadzwyczaj wcześnie – wszyscy sa okrutnie zmęczeni. Dla mnie najważniejsze były oczywiście te projekty, przy których pracowałam, czyli akademiki w Maynooth, przebudowa Galerii Narodowej w Dublinie oraz Muzeum Palestyny. Jego otwarcie to zdecydowanie najważniejsze wydarzenie architektoniczne roku, w jakim miałam okazję uczestniczyć, ważniejsze niż weneckie biennale czy triennale w Oslo (moje relacje z obu w bieżącym i kolejnym numerze Architektury-Murator). Dużą część roku zajęła mi praca nad Wielkim Muzeum Egipskim w Kairze oraz Narodowym Centrum Sztuki Współczesnej w Moskwie, ale to tak specyficzne i ogromne przedsięwzięcia, że ich opisywanie byłoby raczej opowieścią o polityce, a nie architekturze. A polityki mam w tym roku zdecydowanie dość. Cieszy mnie więc nowy projekt i sympatyczna zmiana skali – niemieckie Anklam, gdzie we wnętrzach gotyckiego kościoła św. Mikołaja projektujemy muzeum Otto Lilienthala, jednego z pionierów lotnictwa.

Staram się regularnie publikować na blogu, chociaż z uwagi na nadmiar pracy i częstotliwość wyjazdów miałam mniej czasu na komentowanie bieżących wydarzeń. Blog to taki mój ekwiwalent mówienia do ludzi. Bo jeśli podsumowanie poprzedniego roku miało hasło przewodnie „ludzie”, teraz powinnam raczej napisać, że „chcę do ludzi”. Życie towarzyskie, które wcześniej kwitło, nagle zniknęło. Kiedy ktoś kiwa głową ze współczuciem „Oj, musi Ci być ciężko pracować na dwa etaty”, zaczynam się gorzko śmiać, bo chciałabym, żeby to były tylko dwa. Nie co roku trafiam do szpitala i nie co roku do szpitala trafia mój osobisty urbanista. Nie co roku robię ciągnące się miesiącami generalne remonty. Nie co roku brakuje mi czasu i energii, żeby zrobić coś, co nie będzie związane z pracą. I chociaż powinnam być zadowolona, że wyszłam z tego wszystkiego zwycięsko, zmęczenie przesłania satysfakcję.

Dlatego na 2017 rzucam hasło: „równowaga”.

[Fot. Łukasz Pancewicz]

 

Bilbao

IMG_8305

Archdaily opublikowało wczoraj listę dziwnych przyzwyczajeń architektów. Do wielu się przyznaję, chociaż nie podzielam bezkrytycznej miłości do moleskine’ów i Bjarke Ingelsa. Jednak planowanie takich tras wakacyjnych podróży, aby zahaczyć o konkretne budynki, to coś, co robię zdecydowanie za często. A ponieważ z tęsknoty za słońcem przebijam się właśnie przez zdjęcia z letniego wyjazdu na północ Hiszpanii, przypomniał mi się jeden z głównych punktów podróży. Być w okolicach Bilbao i nie zobaczyć Muzeum Guggenheima to gorzej niż być w Rzymie i nie widzieć papieża. Papież może gdzieś akurat wyjechać, a muzeum od prawie 20 lat cierpliwie stoi, odwiedzane przez miliony ludzi.

Realizacja Gehry’ego zdecydowanie zasługuje na oddzielny post, ale muszę go napisać, kiedy będę w odpowiednio złośliwym nastroju. Ciekawsze wydaje mi się samo miasto, bo to miejsce, o którym przed realizacją falistego muzealnego potwora mało kto słyszał. Dzięki świetnemu marketingowi wyrobiło sobie taką turystyczną markę, że właśnie tam trafiliśmy na największą liczbę obcokrajowców spośród odwiedzanych po drodze miast (oprócz San Sebastian, ale to gracz w innej kategorii). Architektoniczny PR jest cały czas podpompowywany i eksploatowany. Już podczas meldowania się w hotelu dostaliśmy mapkę, na której recepcjonista zaczął zaznaczać największe atrakcje turystyczne. Wymieniał przy tym nazwiska – Gehry, Starck, Calatrava – jakby to było oczywiste, że albo wszyscy doskonale je znają, albo przyjeżdżają specjalnie dla realizacji tych projektantów (nie przyznaliśmy się, że jesteśmy architektami). Najbardziej zaintrygowała nas jednak część Bilbao, którą pan z recepcji energicznie zakreślił, napisał tam wielkimi literami ‚NO GO’ i kategorycznie zabronił nam się tam zapuszczać. Zapytaliśmy, czy to jakaś bardzo niebezpieczna dzielnica, z której nie wyjdziemy żywcem – trochę się zmieszał, bo jednak wizerunkowo mordownia nie pasowałaby do odpicowanego obrazu Bilbao. Mruknął pod nosem, że nie, że po prostu „trochę tam brudno i raczej nie mamy tam czego szukać”. Już wiedzieliśmy, od której dzielnicy zaczniemy zwiedzanie!

Okolice ulicy San Francisco faktycznie odbiegały nieco czystością od pozostałych części śródmieścia. W pobliżu znajduje się dworzec kolejowy, więc wcale mnie to nie zaskoczyło – to często najbardziej szemrane dzielnice w miastach. W zaniedbanych miejscach niskie czynsze przyciągają imigrantów i niebieskie ptaki. To bardzo wygodna lokalizacja – blisko centrum, z usługami w parterach i sklepików z egzotycznym jedzeniem. No dobra, momentami byłam jedyną kobietą na ulicy i to już zdecydowanie nie było komfortowe uczucie. Kontrast z odpicowanym centrum tuż po drugiej stronie rzeki był dość szokujący, ale najbardziej zaskoczyła mnie osmoza pomiędzy tymi dwoma światami. Rzeka stanowi barierę, która w jedną stronę przepuszcza turystów, w drugą – grupki żebraków lub młodzież popijającą procenty w wypieszczonej przestrzeni publicznej. Nie trzeba być szczególnie wrażliwym na wizualne niuanse, aby jednoznacznie określić, kto przynależy do którego z tych światów. Pomiędzy nimi śmigała jednak spora grupa mieszkańców Bilbao, którzy w obu miejscach czuli się jak u siebie, spajając to symboliczne rozdarcie.

Ale w sumie nie dla takich miejsc przyjechaliśmy do Bilbao. Ruszyliśmy oglądać  Centrum Azkuna (dawniej  Alhóndiga) czyli dawny magazyn wina przeprojektowany przez Philippe’a Starcka. Obecnie to wielofunkcyjne centrum rozrywkowo-kulturalne, z biblioteką, basenem (na dachu, ze szklanym dnem, przez które można podglądać pływających), restauracją i galerią. Wiele tam wnętrzarskiego gadżeciarstwa w dużej skali i nieintucyjnego rozplanowania funkcji i nie mogłam pozbyć się myśli, że projektowanie budynku to jednak bardziej projektowanie krajobrazu niż wyciskarek do cytrusów.

IMG_8135

U Starcka: szalenie ozdobione kolumny pod szalenie nisko położonym sufitem…

IMG_8133

… i szalenie smukłe kolumny pod szalenie wysoko położonym sufitem:)

Inne architektoniczne must-see w centrum to m.in. kładka projektu Calatravy oraz dość przyjemny, chociaż bazujący na oklepanym pomyśle (przejście przez rozcięcie między skrzydłami) ratusz projektu IMB Arquitectos.

IMG_8271

Rozbudowa ratusza proj. IMB Arquitectos – sympatyczny, ale nie arcydzieło sztuki architektonicznej

Moim ulubieńcem okazał się inny obiekt: biblioteka projektu Rafaela Moneo, z elewacjami z luksferów. Podobnych budynków powstało sporo – z luksferami kombinował i Wiel Arets w Maastricht, i Renzo Piano w Tokyo – ale tu mają jedną ogromną zaletę. Przy całym architektonicznym szaleństwie w okolicy ich jednolita, neutralna powierzchnia przynosi oczom zasłużoną ulgę….

IMG_8546

IMG_8549

Biblioteka projektu Moneo

Moneo jest chyba jednak zbyt krajowy, żeby uznać go w Bilbao za megagwiazdę. Co innego najjaśniej nam błyszczący superstar z „sir” przed nazwiskiem. Zaprojektował dla Bilbao wejścia na stacje metra, które od jego nazwiska nazywane są… „fosteritos”.

fosterito

Sir Norman F. strzelił autograf na jednej z betonowych ścian. To się nazywa architektoniczny PR!

IMG_8334

Same wejścia wyglądają dość… pędrakowato

Im dalej od ścisłego centrum, tym mniej prac starchitektów, ale to wcale nie znaczy, że jest tam nieciekawie. Nie mam nawet na myśli współczesnych budynków, ale np. poprzemysłowe obszary poprzecinane intrygującymi elementami infrastruktury, które wyglądają jak wzorcowe przykłady podnoszenia jakości życia na obszarach zdegradowanych. Na przykład pod wielkim wiaduktem można trafić na zacienione boisko, a sma wiadukt jest zaprojektowany w sposób przyjazny dla pieszych i rowerzystów, oddzielonych od pędzących samochodów.

IMG_8489

IMG_8494Muszę przy okazji rozwiać pewien mit. Pamiętam z wielu artykułów na temat „efektu Bilbao”, że przed realizacją projektu Gehry’ego miasto było zaniedbanym i ogólnie niezbyt pięknym przemysłowym ośrodkiem. Akurat! Może faktycznie było zapuszczone, ale są tam malownicze miejsca, ze spiętrzającą się na wzgórzach zabudową, świetne nabrzeże i schowany w środku historycznych kwartałów plac, gdzie zmęczeni współczesną architekturą turyści lądują na zasłużonym winie i pintxosach. Ale przyznaję – gdyby nie Gehry, pewnie byśmy tu wcale nie przyjechali.

ArchDaily jak zwykle ma rację:)

[Fot. Monika Arczyńska i Łukasz Pancewicz]

Zatańczyć z krową na dachu opery

img_1011

Już dawno żaden znany współczesny budynek tak mnie nie zaskoczył i nie dał mi tyle radości, co opera w Oslo. Tyle razy oglądałam jej zdjęcia i rysunki, że nie oczekiwałam żadnych większych emocji, a tu niespodzianka. To, co wydawało mi się zbiorem nieco wyeksploatowanych architektonicznych trików, jak ogólnodostępny dach czy masa karraryjskiego marmuru, która z powodu samej tylko ilości robi piorunujące wrażenie, w tym konkretnym miejscu broni się doskonale.

Opera była głównym celem naszego wyjazdu. Kilka tygodni temu wraz z grupą znajomych zabukowaliśmy bilety na „Madame Buttefly”. Postanowiliśmy, że to właśnie spektakl będzie naszym pierwszym kontaktem z budynkiem Snøhetty, a na zaglądanie we wszystkie kąty wpadniemy kolejnego dnia. Oglądanie budynku, gdy jest wykorzystywany w celu, w jakim go zaprojektowano, ma zdecydowanie więcej sensu niż wycieczka z przewodnikiem. Za każdym razem żałuję, że w trakcie wyjazdów tak niewiele obiektów mam okazję odbierać jako ich użytkownik. „Madame Butterfly” w Oslo była strzałem w dziesiątkę, chociaż momentami trudno było mi się skupić na cierpieniach Ciociosan, bo nie mogłam przestać się rozglądać.

img_1074

Główne wejście do budynku

img_1072

Foyer z jednym z wejść na wyższe poziomu widowni

img_1102

Dach widoczny od wewnatrz – pas wzdłuż przeszkleń to najmniej śliskie miejsce na oblodzonym dachu

img_1106

Widok na nową mieszkaniówkę niedaleko opery. Poziome pasy na szybach to nie żaluzje, ale ogniwa fotowoltaiczne.

img_1058

Foyer w czasie antraktu…

img_1116

…i w ciągu dnia

img_1129

Obowiązkowe foto:)

img_1061

Bezobsługowa szatnia i zgrabne zakończenie schodzącego dachu

Pierwsze zaskoczenie to szatnie. Bez obsługi, bez numerków, tylko z ponumerowanymi wieszakami, na których zostawia się płaszcze (a damska część naszej grupy także torby z zimowymi butami). Dla mniej ufających, że nic nie zniknie z wieszaków, stoją także zamykane szafki, jak w muzeach, ale większość osób bezstresowo wiesza ubrania w miejscu, do którego wszyscy mają dostęp. Bilety sprawdzane są dopiero przed wejściem na widownię, więc foyer przez cały czas działa jako ogólnostępna przestrzeń publiczna pod dachem. To wskazówka dla osób, które wybierają się do Oslo, ale nie dostały już biletów na żadną operę – chociaż można zwiedzać budynek w ciągu dnia (organizowane są specjalne oprowadzania, także po angielsku), warto wybrać się tam też wieczorem przed spektaklem, żeby poczuć atmosferę operowego wydarzenia. Na bilety warto jednak zapolować. Dobre miejsca kosztują fortunę, jednak na najwyższych balkonach, zwłaszcza z boku, można znaleźć bilety za równowartość cen biletów w polskich operach. To także świetna okazja to przetestowania widoczności – nawet stamtąd jest niezła – oraz akustyki. Ponieważ przysłowiowy słoń nadepnął mi na ucho, trudno mi się wypowiadać na temat jakości docierającego tak daleko dźwięku, ale ciary były:)

W foyer znajduje się kilka elementów, które służą widzom i turystom jako… popularne tło dla selfie, m.in. ażurowe okładziny projektu Olafura Eliassona. Mówiąc elegancko, Eliasson „zaprojektował dla opery w Oslo system wewnętrznych trójwymiarowych okładzin”. Mówiąc dosadniej, zaprojektował ściany kibelków.

img_1067

img_1066

Inna fotogeniczna okładzina to wszechobecne we wnętrzach drewno. Korytarze i schody prowadzące na balkony wyłożono dębem w naturalnym kolorze, a w sali głównej – wędzonym. W zależności od pory dnia i kąta padania światła dębowe deszczułki wyglądają jak przyklejone zapałki albo odbijają promienie słoneczne ze złocistym blaskiem. Dzięki drobnym podziałom udało się uzyskać odpowiedni akustyczny efekt i uniknąć dosłowności w nawiązaniu do drewnianych pudeł rezonansowych instrumentów (jak np. w Forum Muzyki we Wrocławiu).

img_1101

Jak zapałki

img_1112

Norweskie światło słoneczne ma chłodny odcień

img_1033

Cała „tuba” ramp, schodów i korytarzy wyłożona jest drewnem

img_1014

Na każdej kondygnacji znajduje się bar z widokiem na główne foyer

img_1041

Szerokie poręcze ramp i schodów służą jako nieformalne stoliki

Wnętrze głównej sali jest wypełnione ciemnym, ciężkim drewnem. Kameralnie i elegancko, aż chce się tu wygodnie rozsiąść na pomarańczowym welurze, żeby słuchać muzyki i patrzeć na scenę. Każdy  fotel wyposażony jest w wyświetlacz z tekstem po norwesku i angielsku. Nad widownią góruje okrągły, minimalistyczny żyrandol z tysiącami rozpraszających światło kryształków.

img_1016

img_1057

img_1051

Z ciepłem drewna we wnątrzach kontrastuje zimny kamień na zewnątrz. Cieszę się, że trafiliśmy na zimową pogodę. Półprzezroczysta pokrywa lodu na półprzezroczystym marmurze, oświetlona północnym, nisko położonym słońcem, potwierdza, że w tym kontekście był to idealnie trafiony wybór materiału.  Wspinanie się po oblodzonych rampach i stopniach (na własną odpowiedzialność, trzymając się kurczowo poręczy) jest sporym przeżyciem, a na samej górze rozpościera się krajobraz jak z innej planety.

img_1096

img_1140

img_1156

Dach, podobnie jak foyer, to ogólnodostępna przestrzeń publiczna. Zdziwił mnie brak dzieci na sankach, ale może listopad to jeszcze nie jest na nie pora. W cieplejszych miesiącach zdarza się tam jednak zjeżdżanie na deskorolce i na innych pojazdach. Założę się, że latem na dachu odbywają się pikniki, grille i inne towarzyskie wydarzenia, bo nawet przy kilkustopniowym mrozie widzieliśmy grupę pokrzepiającą się winem z gwinta. Mnie się zdarzyło… zatańczyć z krową. Nie pytajcie o szczegóły:)

img_1157

Mam takie zboczenie zawodowe, związane z projektowaniem budynków o funkcji kulturalnej, że bardzo interesuje mnie strona zapleczowa. Nie tyle sama jej organizacja, bo to zwykle odbywa się według kilku podstawowych schematów, ale to, jak architekci poradzili sobie z problemem wjazdów, dostaw i bloków administracyjnych w budynkach, które mają tak rzeźbiarską formę, że praktycznie powinny być pozbawione „tyłu”. Poza tym obiekty kultury bywają tak wielkie, że za dużo zaplecza, zwłaszcza bez okien, z ogromną bramą dla dostaw, wpłynęłoby mocno na charakter sąsiadujących z obiektem miejskich przestrzeni. Snøhetta poradziła sobie z tym problemem pierwszorzędnie. Brama, owszem, jest, ale ma tuż obok interesującą konkurencję, która skutecznie odwraca uwagę od tego infrastrukturalnego elementu: okna warsztatów kostiumów i dekoracji. Można przez nie podglądać pracowników, zapatrzeć się na barokowe peruki i pomarzyć o sukniach na krynolinach. Niby drobiazg, ale sprawia, że ten zdecydowanie mniej intrygujący od frontu budynku narożnik nie przypomina nudnej, biurowej elewacji.

img_1187img_1186

W czterech ostatnich edycjach nagrody im. Miesa van der Rohe trzy laureatki to filharmonie lub opery.  Na wiosnę zdecydowanie powinnam wybrać się do Szczecina, wypatrzywszy wcześniej jakiś przyjemny sobotni koncert w Filharmonii. A potem to chyba Reykjavik i Harpa?

[Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz, Barbara Zgórska]

 

Przebranie dla architekta

happy-halloween

Są takie rzeczy w architekturze, które wywołują u mnie dreszcze. Dreszcze strachu, obrzydzenia albo po prostu szoku – jak w horrorze. Pomyślałam, że warto byłoby wykorzystać je jako przebranie na Halloween, ale dokładniejsza analiza wymusiła skreślenie wszystkich propozycji.

Przebrać się za termomodernizację byłoby nieco passé, bo przecież „Wanna z kolumnadą” ma już kilka lat. Z pastelozą jest ten sam problem, a poza tym może byłoby nawet twarzowo, ale mężczyzna mojego życia ma alergię na jasne róże i fiolety w odcieniu jagodowego jogurtu. Za billboard też nie wypada się przebierać, bo przecież już uchwalono ustawę krajobrazową. Za drewnopodobne płytki ceramiczne – trochę ciężko (dosłownie). Za Zahę, która nie dość, że wyglądała wiedźmowato, to jeszcze zdarzało się jej puszczać wiedźmowate teksty, nie wypada, bo przecież o zmarłych powinno się mówić albo dobrze, albo wcale.

W tym roku skończyło się więc na tradycyjnym przebraniu czarownicy. Akcesoria miałam pod ręką. Miotłę w kolorze różowym nabyłam niedawno w hipermarkecie budowlanym, a kapelusz dokupiłam w Lidlu za całe 6,99PLN. Czarne ubrania wyciągnęłam z szafy – u architektów ich pełno. Pochodzenia peruki nie pamiętam.

Przebrałam się więc za niskobudżetowy, mało kreatywny, nieoryginalny i przaśny projekt z elementami recyklingu.

Czyli to, co u większości architektów wywołuje dreszcze:)

[Fot. Łukasz Pancewicz]

Santander

Piano

Kilka lat temu odwiedzałam w Delft siedzibę Octatube, założonej przez prof. Micka Eekhouta firmy, która projektuje i wykonuje nietypowe elementy architektoniczne, głównie przeszklenia. To oni wymyślili i zrealizowali m.in. szklane fasady w Markthalu MVRDV w Rotterdamie, gdzie szkło trzyma się na kablach, które działają jak żyłki rakiety tenisowej, elastycznie reagując na obciążenia wiatrem.Współpracowaliśmy z nimi – najlepszymi, a przy okazji najsympatyczniejszymi wykonawcami,  z jakimi miałam kiedykolwiek styczność – przy okazji projektu w Giant’s Causeway oraz Galerii Narodowej w Dublinie. Wkrótce otwarcie Galerii, a jedną z najbardziej oczekiwanych części projektu jest udostępnienie historycznego dziedzińca, o którego istnieniu prawie nikt nie wiedział. Octatube przekryli go szklanym dachem opartym na szklanych belkach – jest tak lekki i przezroczysty, że w słoneczny dzień niemal znika. Kiedy odwiedzałam ich położony na kampusie Politechniki w Delft warsztat, pokazywali mi kilka prototypów. Jednym z nich była kładka The Botin Centre w Santander projektu Renzo Piano. Miała być wyjątkowo lekka wizualnie pomimo sporej rozpiętości – skakałam po niej jak dzieciak sprawdzając ugięcie.

octatube

Warsztat Octatube w Delft

Ustalając trasę wakacyjnego wyjazdu, pomyślałam, że może będzie okazja poskakać już nie po prototypie, ale po ukończonej kładce. Nazwa „Santander” kojarzyła mi się wyłącznie z bankiem i trochę brakowało mi argumentów, dlaczego akurat tam powinniśmy pojechać. Ponadto mój osobisty urbanista przeczytał gdzieś, że to co prawda malownicze, ale dość nudne miasto i namawiał mnie, żeby może lepiej je ominąć i ruszyć od razu do Bilbao. Uparłam się jednak i okazało się, że intuicja mnie nie zawiodła – miasto okazało się piękne i zaliczyłabym je do mojej ulubionej urbanistycznej kategorii – „świetne do życia”. Czyli nie za duże, ale na tyle duże, aby zapewniać większość potrzebnych usług i wiele miejsc pracy w różnych branżach, zielone i przyjazne dla pieszych, nadmorskie, ale nie typowo turystyczne, z kilkoma eleganckimi miejscami, ale bez aspirowania do pozycji globalnej metropolii.

The Botin Centre jest jeszcze w trakcie realizacji, więc nie byłam w stanie ocenić, czy udało się wykombinować rozwiązanie dla szalonych ugięć kładki, ale sam obiekt zapowiada się sympatycznie. Co prawda elewacja jest niemalże kopią Selfridges w Birmingham Future Systems, ale darzę te aluminiowe dyski sporą sympatią i nie zamierzam się w związku z tym czepiać:)

santander-03

The Botin Centre znajduje się tuż przy brzegu morza, zaraz przy ścisłym centrum miasta i obok niewielkiego parku z wielkim placem zabaw, karuzelą i absolutnie przeuroczym modernistycznym „grzybkiem” z winem i kawą. Tak, proszę Państwa, modernizm potrafi być uroczy!

santander-05

A dalej, wdłuż nadmorskiej promenady, kolejne architektoniczne atrakcje. Jedna z nich wydała nam się szczególnie powalająca – Palacio de Festivales de Cantabria (proj. Francisco Javier Sáenz de Oiza, 1986-90). Takie pomo, że Graves i Stirling przy nim bledną. Jest wielki, ostentacyjny i ostentacyjnie symetryczny, kolorowy, z pasiastą okładziną z kamienia i wieżami. To wszystko sprawia, że nie da się przejść obok obojętnie. Pałac jest niekwestionowanym królem promenady i żaden Renzo Piano nie jest w stanie go zdetronizować.

pomo.jpg

Na promenadzie można trafić również na współczesne elementy-samograje, jak betonowo-drewniane siedziska. Przypominają mi czarne szezlongi Romka Rutkowskiego na wrocławskim Nowym Targu – jeśli docelowo stanie tam zapowiadana fontanna, to mam nadzieję, że plac zacznie działać jak ten zakątek w Santander. Patrzenie na wodę i słuchanie jej szumu jest zdecydowanie bardziej relaksujące od telewizji, a miejsce służy i starszym spacerowiczom, i nastolatkom przychodzącym tu na wino z gwinta, i migdalącym się parom (niektóre szezlongi są dwuosobowe). I chociaż zdaję sobie sprawę, że to nie jest projektowe mistrzostwo świata, a podobnych miejsc w miastach jest mnóstwo, cieszy mnie, że ta prosta interwencja tak dobrze działa.

santander

Przypadkiem trafiliśmy też na rewitalizowany obszar niedaleko centrum. Wylądowaliśmy tam poszukując knajp rybnych przy porcie rybackim – w Barrio Pesquero jest ich mnóstwo, w prostych parterowych pawilonach. Na zewnątrz stoją grille ze skwierczącymi sardynkami i wielkie patelnie z paellą, pachnie rybą i jest cudownie siermiężnie. Widać za to, że ta dość zaniedbana dzielnica przeszła niedawno lifting. Okazuje się, że w całej Europie przepis na rewitalizację jest jeden. Bez względu na lokalizację zawsze pojawiają się te same elementy (oczywiście poza tablicą informacyjną z niebieską flagą i wianuszkiem żółtych gwiazdek):

  • lokalne centrum kultury
  • nowo zasadzona zieleń na ulicach
  • spowolnienie ruchu lub uregulowanie kwestii parkowania (w Barrio Pesquero tę robotę odwalają betonowe kulki)
  • mural, grafitti, malunki przygotowane przez lokalne dzieci albo jakakolwiek inna „sztuka”
  • plac zabaw
santander-01

Pd lewej: centrum kulturalne, nowo zasadzone drzewka i betonowe kule uniemożliwiające parkowanie przy wąskiej ulicy

santander-02

Plac zabaw, ławki, mural

To oczywiście nie wszystkie, ani nawet najważniejsze punkty Santander. To te, na które zwracają uwagę architekci (na pintxos i wino czas był wieczorami). Zwróciliśmy uwagę na jeszcze jedno: całe miasto upstrzone jest… filiami banku Santander:)

CDN

[Fot. Monika Arczyńska/Łukasz Pancewicz]

Praca za granicą – jak się za to zabrać?

PALESTYNA.jpg

Dziś strajk, więc teoretycznie na blogu powinno być cicho, ale po pierwsze post napisałam wczoraj, po drugie na zdjęciu jestem ubrana na czarno (pod kamizelką oczywiście), a po trzecie wyjazd za granicę to też sposób na ominięcie barbarzyńskiego prawa, które – mam nadzieję – nie zostanie wprowadzone.

Niedawno napisała do mnie studentka Politechniki Gdańskiej z prośbą o kilka porad, jak zabrać się za planowanie wyjazdu za granicę. Czy to w ramach gap year, czy wyjazdu na wolontariat albo staż, czy jako odcięcie pępowiny, bo przecież nie każdy wyjeżdża z rodzinnego domu na studia – z każdego z tych powodów warto*. Nie ma lepszej szkoły życia niż konieczność odnalezienia się w innym kraju, innym kręgu kulturowym, wśród nowych ludzi, gdzie używa się obcego języka. A jeśli jest to wyjazd do pracy, to jeszcze lepiej, bo w tym całym intensywnym trybie organizowania sobie życia w nowym miejscu człowiek przestaje się krępować zadawać głupie pytania i przyznawać, że czegoś nie wie. Nie ma szybszej metody uczenia się fachu.

Dziś będzie tylko o wyjazdach do pracy – Erasmusy i stypendia to inna bajka (do tego też oczywiście namawiam, zwłaszcza do zrobienia całego magisterskiego kursu za granicą). Istnieją jednak programy stażowe, dzięki którym wyjazd można zorganizować łatwiej. Na pewno warto zerknąć na programy IAESTE i Leonardo – jeśli znacie inne, będę wdzięczna za informację w komentarzach.

A oto kilka rad – niektóre wynikają z mojego własnego doświadczenia, inne z doświadczenia znajomych i studentów, którzy zdecydowali się na różne kraje i ścieżki kariery. Jeśli chcielibyście podzielić się własnymi uwagami i doświadczeniami, zapraszam do komentowania – dzięki temu powstanie praktyczny poradnik dla zainteresowanych wyjazdem osób.

Dobra koniunktura = dobry kierunek

Warto wyjeżdżać tam, gdzie dużo się buduje. Jeśli na widokówkach z jakiegoś miasta zaczynają dominować zdjęcia dźwigów, jak niegdyś z Berlina, to znaczy, że warto się tam wybrać. Zapotrzebowanie na architektów jest w takich miejscach na tyle duże, że zostaniecie natychmiast rzuceni na głęboką wodę i będziecie projektować, a nie rysować toalety. Trzeba się też jednak przygotować na tymczasowość mieszkania w danym miejscu – po intensywnym inwestowaniu przychodzi posucha i nagle naraz wielu architektów traci pracę. Berlińscy projektanci również musieli stawić czoła temu zjawisku. Zdecydowanie warto unikać miejsc, w których akurat panuje kryzys. Nasza branża jest pod tym względem wyjątkowo wrażliwa i kiedy w gospodarce zaczyna dziać się źle albo chociaż mało pewnie, projekty natychmiast lądują w szufladach.

Oceńcie swoje szanse

Spójrzcie na swoje cv oraz portfolio i zastanówcie się, czym różnią się od dorobku Waszych znajomych – będą się odróżniać od całej reszty zgłoszeń? Warto, żeby przejrzał je ktoś z zewnątrz, a jeśli macie dostęp do architektów, którzy pracowali w Waszym wymarzonym miejscu lub kraju, to idealnie. Studenci naszego gdańskiego wydziału zorganizowali kiedyś akcję pod hasłem „Pokaż portfolio” – zaprosili kilkoro praktykujących architektów z doświadczeniem z Polski i zza granicy, aby skonsultowali portfolio chętnych studentów. Może warto powtórzyć ten pomysł?

Przeglądajcie portale z ogłoszeniami, żeby zobaczyć, czy spełniacie warunki aplikowania o dane stanowisko. Może okazać się, że często albo zawsze wymagana jest np. znajomość oprogramowania, z którym nie mieliście wcześniej do czynienia – wtedy wiadomo od razu, jakie umiejętności trzeba uzupełnić. Gdzie szukać ogłoszeń? Mogę podpowiedzieć dwa popularne serwisy z krajów, w których pracowałam – holenderski Archined i irlandzką stronę RIAI. Podalibyście adresy serwisów z innych krajów w komentarzach?

Jeszcze jedno, bo o to również często pytają studenci. Mimo że żyjemy w scyfryzowanym świecie, a interview przez skype’a staje się powszechną praktyką, zachęcam Was do wysyłania wydrukowanej wersji portfolio i cv (chyba, że ogłoszenie wymaga wyłącznie wersji cyfrowej). Wiecie, architekci to bardzo zapracowani ludzie i całkiem prawdopodobna wydaje mi się anegdota o szefie pewnej holenderskiej pracowni, który był tak zajęty, że czas na przeglądnie aplikacji miał tylko podczas… dłuższych posiedzeń w toalecie. Co prawda to było przed erą tabletów i smartfonów, ale i tak przejrzenie pliku papierów nadal jest szybsze od wędrowania przez gąszcz pdfów. Warto również wysyłać zgłoszenia w ciemno, nawet, jeśli pracownie nie prowadzą akurat rekrutacji. Kto wie, może akurat pojawił się nowy projekt i trzeba będzie szybko zatrudnić kilka nowych osób?

Startujcie do najlepszych…

To na studiach lub po studiach jest czas, żeby zasuwać dniami i nocami w OMA. Potem przyjdzie zmęczenie, kredyty, zobowiązania i już nie będzie Wam się opłacało wracać do wycinania makiet. A żeby zdobyć pracę na wyższym stanowisku u starchitektów, z reguły trzeba mieć doświadczenie od innych starchitektów, więc i tak musicie zacząć u jednych, żeby wylądować u innych – to błędne koło. Oczywiście, jak od każdej zasady, tu również istnieją wyjątki.

…ale niekoniecznie do największych

Istnieje spore prawdopodobieństwo, że  stuosobowym biurze zostaniecie oddelegowani do mało ambitnych zajęć. Oczywiście, sklejanie makiet czy kreślenie detali to sympatyczna robota na start, ale większość z Was przypuszczalnie marzy o projektowaniu. Tu nie ma jednej złotej zasady – równie dobrze w niewielkim biurze możecie do emerytury zajmować się zestawieniami stolarek, bo nikt nie będzie tego robił lepiej od Was, jak i szybko awansować w molochu. Najlepiej przed wysłaniem aplikacji spróbować dowiedzieć się, jak wygląda struktura biura i jakie są możliwości awansu lub przemieszczania się między działami, aby sprawdzić, w jakich aspektach pracy projektowej czujecie się najlepiej (w tej kwestii wygrywają duże pracownie, gdzie możliwości zmiany są większe). Jeszcze jedno, o czym często się zapomina: przez duże biura przewija się dużo osób, więc doświadczenie stamtąd nieco traci na wyjątkowości. Wiecie, ilu architektów ma w cv staż u Koolhaasa?  Setki!

Język

W kwestii języka oczywiście wszystko zależy od kraju, więc dla uproszczenia napiszę o krajach anglojęzycznych. Szczerze – znacie na wyrywki polskie nazwy materiałów i komponentów budowlanych? Wątpię. Założenie jest takie, że na studiach mają się obić o uszy, ale nauczycie się ich w pracy. Zapamiętajcie przede wszystkim podstawowe wyrażenia, żeby nie pomylić kosza z kalenicą. Przed wyjazdem warto zaopatrzyć się w słownik budowlany, żeby trochę się otrzaskać ze screedami, gasketami i jambami, ale radzę Wam raczej poćwiczyć coś innego. Geometrię. Nagle okaże się, że „this” i „that” może zastąpić skutecznie nazwy komponentów budowlanych, kiedy będziecie pokazywać je na rysunkach, ale o ich dokładnych wymiarach i usytuowaniu trzeba będzie opowiedzieć. Zwłaszcza przez telefon, kiedy nagle zadzwoni kierownik budowy i będzie wymagał natychmiastowej odpowiedzi. Wtedy trzeba będzie opowiedzieć, co się ma z czym liniować, co ma wystawać, a co być wycofane.

Pozbądźcie się kompleksów

Jeszcze kilka-kilkanaście lat temu absolwentów z Polski traktowano z podejrzliwością. Byliśmy Dzikim Wschodem, gdzie projektuje się i buduje byle jak, o komputerach nikt jeszcze nie słyszał, a poza tym jak można spodziewać się jakichkolwiek umiejętności od osób pochodzących z kraju, gdzie białe niedźwiedzie chodzą po ulicach. Po wejściu Polski do Unii zmieniło się wszystko. Przyszedł czas na Erasmusy, warsztaty, a do Polski przyjeżdża się oglądać nie tylko Wawel, ale i współczesną architekturę. Z kolei za granicę wyjechało wielu architektów i szybko okazało się, że pracują nie tylko ciężko, ale i dobrze. Wystarczy zerknąć na zakładki „team” najlepszych europejskich pracowni – prawie wszędzie można trafić na polskie nazwiska. Wyrobiliśmy sobie niezłą markę, ale w kilku kwestiach nadal dzieje się źle. Jedna z najważniejszych to uczelnie – między polskimi a dobrymi zachodnimi wydziałami architektury nadal jest przepaść (sami podkreślacie to wracając ze stypendiów). Dlatego moim zdaniem nie warto podkreślać w cv skończenia konkretnej, polskiej szkoły, bo to nikomu na Zachodzie nic nie mówi. Za to jeśli byliście na Erasmusie na uczelni z samego szczytu rankingów, warto się tym pochwalić.

Pamiętajcie także, że po zdobyciu dyplomu inżynierskiego jesteście już wykwalifikowanymi architektami. W Polsce zakodowało się, że dopiero magisterka to jest to, ale założenie systemu bolońskiego jest inne – po licencjacie jest czas na pracę, a robienie magisterki ma sens przede wszystkim jako uzupełnienie. Pomiędzy jest czas na poszukiwanie, próbowanie i zdobywane doświadczenia.

To powodzenia, trzymam kciuki! No i biegnę protestować:)

[fot. Łukasz Pancewicz]

* Dziś przeczytałam, że Parlament Europejski będzie debatował nt. biletów Interrail, które każdy unijny osiemnastolatek  miałby dostać w prezencie. Bomba!

Coś starego, coś nowego…

W tym roku na blogu dominują opowieści z podróży poprzeplatane zrzędzeniem na gentryfikację w dzielnicy* i raportami z zajęć na Politechnice i warsztatów. Chciałabym czasem wrzucić zjadliwy komentarz o bieżących wydarzeniach, najchętniej o transporcie (w której to gminie proboszcz załatwił likwidację ścieżki rowerowej, żeby parafianie mieli gdzie parkować?), ale nie bardzo się wyrabiam. Za chwilę miną dwa miesiące od naszego powrotu z wakacji, a ja jeszcze nie zdążyłam podzielić się na blogu wrażeniami. Najpierw OSSA, zaraz po niej wyskoczyliśmy do Budapesztu, a potem znów wpadłam w projektowo-remontowy kołowrót. Nawet trochę się cieszę, że sierpień nie rozpieszczał pogodowo, bo przynajmniej nie było mi żal, że nie mogę wyskoczyć na plażę.

W lipcu z moim osobistym urbanistą wybraliśmy się na północ Hiszpanii. Jako maniacy transportu publicznego przemieszczalismy się ALSĄ – hiszpańskim PKS-em. Być może Hiszpanie narzekają na nią jak my na polskie autobusy, ale na nasze turystyczne potrzeby jest świetna cenowo, z gęstą siatką częstych połączeń oraz klimatyzowanymi autobusami, w których można sobie zarezerwować konkretne miejsca. I to w automacie z interfejsem w kilku językach. Poza tym przyznaję się do słabości do dworcowych barów i każda przesiadka jest świetną okazją, żeby zjeść tortillę i wypić kawę albo lokalne piwo.

stacja

Dworcowy bar w Madrycie

Długo zastanawiałam się, jaką wybrać trasę między punktami przylotu i wylotu – Madrytem i Barceloną. Celowałam w Bilbao i San Sebastian, żeby zobaczyć Muzeum Guggenheima i Kursaal projektu Moneo, ale oprócz tych miast na wymarzonej liście znajdowało się i Oviedo (miłość od pierwszego wejrzenia z „Vicky Cristina Barcelona”), i Leon (realizacje Mansilla+Tuñón). Będa jednak musiały poczekać na wypad do Santiago de Compostela, który od dłuższego czasu chodzi mi po głowie.

Tym razem pierwszym przystankiem było Burgos, następnie pojechaliśmy do Santander, Bilbao i San Sebastian. Stamtąd musieliśmy się już kierować w stronę Barcelony, ale tę przydługą trasę przerwaliśmy dwudniowym postojem w Saragossie – chcieliśmy zobaczyć, jak wyglądają tereny EXPO po ośmiu latach. Północ nas zaskoczyła. Spodziewaliśmy się tłumów turystów, tłoku i upałów, a tu niespodzianka. Pogoda jest tam prawie jak w Irlandii, czyli z częstą mżawka i niezbyt wysokimi temperaturami, więc zamiast turystów poszukujących słonecznych plaż można tam spotkać raczej osoby z południa, uciekające od nieznośnego gorąca. 

Burgos

No to po kolei! Zaczęliśmy od Burgos, głównie z sentymentu do mojego przyjaciela ze studiów, wielkiego fana gotyku. Katedra w Burgos zachwyciła go szczególnie, a ponieważ Grześka już z nami nie ma, chciałam pobyć przez chwilę w miejscu, które tak bardzo mu się podobało i spróbować poczuć tam to samo. Myślę, że się udało, bo to jeden z tych budynków, na którego widok człowieka ogarnia rodzaj niedowierzania i wzruszenia. Być może zachwyt wszystkich osób, które wcześniej czuły tam coś podobnego, nabudowuje się z każdym kolejnym westchnieniem i pozostaje na miejscu, w powietrzu albo w murach. Grzesiek, dorzuciliśmy dwie kolejne cegiełki do tej dawki emocji, którą tam zostawiłeś kilka lat wcześniej.

Burgos promenada

Promenada w centrum Burgos

Ale Burgos to nie tylko katedra. To również średniowieczne klasztory, położone poza miastem, a także kapitalna promenada położona wzdłuż przecinającej miasto rzeki (określenie „rzeczka” pasowałoby tam nawet bardziej). Trzeba by się dokopać do danych demograficznych, żeby potwierdzić nasze przypuszczenia – odnieśliśmy wrażenie, że seniorzy stanowią wyjątkowo duży odsetek mieszkańców. Ale co to są za seniorzy! Eleganckie panie popijające piwko z koleżankami. Pary, które mają już pewnie prawnuki, spacerujące z uśmiechem promenadą. Grupy znajomych siedzące na ławkach i wybuchające śmiechem, jak grupy nastolatków. Panowie, na których głowach zostało już niewiele włosów, ale nadal dbają o to, na co mają wpływ – spodnie z kantem i świeżo wypastowane buty muszą być. Życzmy sobie wszyscy takiej energii w tym wieku!

IMG_7798

Nowy bulwar proj. Herzoga&deMeurona

Jak to szło z wyposażeniem panny młodej w dniu ślubu – coś starego, coś nowego, coś pożyczonego i coś niebieskiego? Z moim osobistym urbanistą mamy podobny schemat wyboru miejsc do zobaczenia: coś starego, coś nowego, coś urbanistycznego i coś zrewitalizowanego. W Burgos zwiedzanie zaplanowaliśmy podobnie, a jedna z realizacji wpasowała się w kilka z tych kategorii. Na dodatek zaprojektowali ją starchitekci – Herzog & de Meuron. To masterplan dla jedenastokilometrowego bulwaru zbudowanego w miejscu przebiegu dawnych torów kolejowych. Świadomość, że brakuje tam wyraźnie zdefiniowanych pierzei, bo wiadomo, jak z reguły wygląda zabudowa od strony torów – zapleczowo i dość śmietnikowo – nie pozwala oceniać negatywnie lekkiego chaosu w tej przestrzeni. Architektonicznie jest jednak równie mało wyraziście. Szwajcarzy dodali trochę drzew, trochę elementów małej architektury, które mają jedną wspólna cechę – są okrągłe, a jedyna rzecz, która naprawdę mocno wyróżnia się na plus, to zawieszone nad ulicą lampy w kształcie kropli, w układzie przywodzącym na myśl sznury żarówek. Myślę jednak, że na podobne pomysły wpadliby nasi studenci, a skala działania polegająca wyłącznie na meblowaniu przestrzeni to za mało, aby zmienić jej charakter.

Burgs muzeum

Muzeum Ewolucji Człowieka (proj. Juan Navarro Baldeweg)

Żałuję, że nie starczyło nam czasu na zwiedzenie Muzeum Ewolucji Człowieka. Z uwagi na zboczenie zawodowe wpadłam tam tylko na chwilę, żeby zobaczyć, jak jest zorganizowana strefa wejściowa oraz kierunek zwiedzania i obeszłam tego molocha dookoła, aby ocenić strefę zapleczową (jest ok). To muzeum to prawdziwe monstrum z czerwoną kratownicą podtrzymującą dachy o sporej rozpiętości. Nie jestem przekonana co do tej skali – nawet na zdjęciach satelitarnych budynek wybija się na pierwszy plan – i mam tylko nadzieję, że nie chodziło tu o interpretację ewolucji pod hasłem „od jaskini do góry szkła i stali”.

Tyle o Burgos. Gdyby to był blog lajfstajlowy, powinnam dodać kilka słów o lokalnej kaszance, ale pozostanę przy architekturze:) W następnym odcinku – Santander.

*Wyjaśniło się, że we wspomnianym miejscu na Wajdeloty zamiast uszczelek i rurek będą sprzedawane rolki. Rolki sushi.

[Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz]

Odkochałam się

team

W branżowej prasie nadal, chociaż z mniejszą częstotliwością, pojawiają się przeglądy weneckich wystaw i pawilonów, Marcin Szczelina chyba jeszcze siedzi we Włoszech (wróci? nie wróci? Dziś wrzucił na FB zdjęcie z Lido), a ja nadal wspominam wystawy, bo przetrawienie takiej dawki informacji i wrażeń wymaga czasu.

Tym razem do Wenecji pojechałam nie tylko z moim osobistym urbanistą, ale i z ulubionym historykiem sztuki. Połączyło nas właśnie Biennale – kiedy trzy lata temu szukaliśmy z Łukaszem kuratora, aby wspólnie przygotować projekt konkursowy na wystawę w polskim pawilonie, znajomi polecili nam Maksa Bochenka*. Zadzwoniłam, umówiliśmy się na kawę i na tej pierwszej kawie zaiskrzyło na tyle, że nie tylko złożyliśmy projekt (nawet dwa, bo i jeszcze jeden, rok temu), ale prowadzimy kolejną serię wykładów, przegadaliśmy setki godzin o architekturze, sztuce i innych mniej poważnych rzeczach, a po głowie chodzą nam  pomysły na kolejne projekty. W Wenecji okazało się, że pomimo różnych profesji – architekt, urbanista i historyk sztuki – odbieraliśmy poszczególne wystawy dość podobnie, a tam, gdzie ekspozycje prowokowały nas do dyskusji, potrafiliśmy mówić tym samym językiem. oponki

[Bez głupawki ani rusz – kto by wytrzymał bieganie po wystawach architektonicznych przez 10 godzin dziennie?]

LPMA.jpg

[Bez espresso też się nie da:)]

Zawsze szukam na Biennale „przekłuwania balona” – potraktowania architektury bez nadmiernego nadęcia i pompy. Tegoroczna edycja była śmiertelnie poważna: klęski żywiołowe, strefy militarne, ubóstwo i nierówności. Z westchnieniem ulgi skoczyliśmy  do serbskiego pawilonu, w którym interpretacja tematu może nie do końca nas przekonała, ale kapitalnie potraktowano wnętrze budynku, bliźniaczego z polskim. To nie jest najłatwiejsza przestrzeń ekspozycyjna -€“ wąska i długa -€“ i ten sposób na jej zagospodarowanie wydaje mi się bardziej odpowiedni niż wstawianie tam plansz czy makiet. Podłoga pawilonu stała się dnem niebieskiego statku, wyposażonego w najważniejszą dla przetrwania rzecz -€“ gniazdka elektryczne. Zapomnieliśmy sprawdzić, czy była też sieć bezprzewodowa, ale nie wyobrażam sobie, że mogłoby być inaczej. Wielki błękit i możliwość podładowania telefonu sprawił, że cichły rozmowy, a pochyłe dno zadziałało jak wielka leżanka…

Slovenia

Biennale to również godziny podpatrywania sposobów prezentacji projektów. Tym razem pięknych, piekielnie drogich makiet było jak na lekarstwo – robiłyby zdecydowanie nieprzyzwoite wrażenie wśród niskobudżetowych projektów w slumsach i na terenach dotkniętych przez kataklizmy. Co prawda Chipperfield i Rizzi pokazali odjechane makiety, no ale im wszystko wolno. Z drugiej strony stylistyka „zrób to sam”, jeśli potraktowana z pewną dozą humoru, również potrafi być atrakcyjna. Moi ulubieńcy to warsztat w pawilonie Recetas Urbanas.

LUDZIKI.jpg

Nie wiem, jak Izrael to załatwił, ale pierwszego dnia zamiast o 19:00, Giardini zamknięto godzinę później. W międzyczasie na tyłach pawilonu rozkręciła się w okamgnieniu niezła impreza – campari lało się strumieniami, a dj podrygiwał puszczając najbardziej kiczowate kawałki świata. Wśród pląsającego tłumu chyba wypatrzyliśmy nawet noblistów, których twarze chwilę wcześniej widzieliśmy na wystawie – opowiadali o relacjach między nauką a architekturą. Relacje między nauką a architekturą na parkiecie również okazały się bliskie.

Israel

Jak już przy nieeuropejskich, ale eurowizyjnych krajach jesteśmy, to w tym roku premierę miał pawilon Australii. Denton Corker Marshall zaproponowali czarne pudło, ale niespodzianka czekała w środku. „Raport z frontu” w interpretacji Australii to raport z frontu willi z basenem, bo postawili właśnie na „pool culture”. Tego samego dnia wieczorem moi towarzysze ratowali pijanych turystów, kórzy postanowili wykąpać się w Canale Grande. Bełkotali tak niewyraźnie, że nie byłam w stanie poznać po akcencie, skąd przyjechali, ale może to też byli Australijczycy?

Australia.jpg

Ale najważniejsze: odkochałam się. Aravena mi się po prostu przejadł. Po Pritzkerze i Biennale aż strach otwierać lodówkę. Już nie będzie walentynek, listów miłosnych ani wzdychania. Może gdybym wpadła na niego gdzieś w Giardini, uczucie by przetrwało, ale żartowaliśmy, że Alejandro A. specjalnie mnie unika. Pewnie dlatego, że krótko przed Biennale dowiedziałam się, że ma żonę (drugą!) i dzieci. Liczna grupa jego psychofanek pewnie nie zauważy nawet, że ich grono zmniejszyło się o jedną architekt z Polski, a ja zacznę szukać nowego obiektu westchnień. Jakieś propozycje?

*W piątek o 18:00 w hali B90 w Stoczni odbędzie się wernisaż Alternativa 2016: Uszczerbki i Straty. Maks  jest producentem tej wystawy – ostatnio wyspał się chyba w Wenecji, tak ogromne jest to przedsięwzięcie. Wpadłam wczoraj  do stoczni, żeby zobaczyć, jak w ogóle przebiega instalacja wystawy i powiem jedno: zapowiada się świetnie. Do zobaczenia w piątek!

[Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz, Maks Bochenek]

Raport z frontu

TITLE

A miało być tak pięknie… Ale pięknie tylko przy okazji, bo przede wszystkim prospołecznie, pragmatycznie, humanitarnie. Wyszło dość nijako, powtarzalnie i nudno. Oglądając kolejne, podobne do siebie wystawy, zaprezentowane w ostentacyjnie niskobudżetowy sposób, bo przecież nie wypada wydać na makietę więcej niż na budynek, który reprezentuje, nieraz miałam wrażenie, że podróż do Wenecji była całkiem niepotrzebna. Oglądając katalog i popijając kawę – obowiązkowo fair trade – w zaciszu własnego mieszkania dowiedziałabym się więcej, bo bez pośpiechu, nie wspominając o ilości CO2, którą wyprodukował samolot, pociąg i klimatyzacja w hotelu. Nie wspominając już o tym, że pieniądze wydane na podróż mogłabym wpłacić na jakiś NGO budujący studnie w Afryce (podobną strategię przyjęła zresztą Austria, pożytkując zaoszczędzone dzięki skromnej wystawie fundusze na poprawę warunków mieszkaniowych kilku rodzin uchodźców).

ARRIVAL CITY

Niemcy również wybrnęli sprytnie  z problemu mało spektakularnego tematu i uniknęli szarej tektury, worków foliowych i plastikowych butelek. Nie dość, że wypruli otwory w swoim nazistowskim pawilonie, aby pokazać, jak bardzo są otwarci na przybyszów z zewnątrz – obecnie głównie uchodźców – to jeszcze wybrali stylistykę materiałów graficznych przypominającą przeskalowane kserówki ze spontanicznymi komunikatami. Bez zadęcia, z lekką naiwnością, może aż zbyt lekko, ale jak świeżo po dziesiątkach wystaw o mniejszych i większych problemach ludzkości.

ETH

[Ta instalacja ETH z Zurychu oczarowała chyba wszystkich i to akurat było coś, co trzeba zobaczyć na własne oczy, a nie tylko w katalogu. Konstrukcja składa się wyłącznie z wycinanych komputerowo kamiennych płyt – bez zaprawy, bez żadnych dodatkowych elementów łączących. Jak w czasach gotyckich katedr, których sklepienia wykonywano w podobny sposób. Tyle, że tu gotowe elementy składano zaledwie dwa tygodnie.]

Podczas Biennale rynkowa koniunktura przekłada się zwykle na ilość przelewanego prosecco oraz połysk wystaw, lecz Aravena wykręcił architektom niezły numer. Zachód powoli wykaraskał się z kryzysu, inwestorzy zaczęli wyciągać  odłożone do szuflady projekty, a w krajobrazie europejskich i amerykańskich miast znów pojawiły się dźwigi. Miło byłoby znów pobłyszczeć na okładkach kolorowych magazynów, a medialny szum po śmierci Zahy Hadid potwierdził tęsknotę za wielkimi nazwiskami i ekscentrycznymi twórcami. Dla wielu architeków to za szybko na pochylanie się nad wykluczonymi i  budowanie lepianek z gliny – brzmi świetnie, gdy chce się pochwalić znajomym egzotycznym wolontariatem, ale żeby zaraz przestać marzyć o  projektowaniu wieżowców i muzeów?

MOKOKO.jpg

[Nagrodzony Srebrnym Lwem dla „obiecującego młodego uczestnika” model pływającej szkoły Mokoko]

ZLOTY

[Z przodu makieta West Village w chińskim Chengdu – maksymalizacja przestrzeni rekreacyjnych i sportowych; w tle nagrodzona Złotym Lwem spektakularna instalacja Gabinete de Arquitectura z Paragwaju, wykonana z cegły przez niewykwalifikowaną siłę roboczą – tu akurat aspekt piękna i czystej formy architektonicznej został doceniony]

Polskie akcenty wypadły nieźle, chociaż „śmieciowo”. Wystawa Hugona Kowalskiego i Marcina Szczeliny o odpadach całkiem nieźle prezentuje się w Arsenale, ale tego śladu węglowego (śmieci przywiezione z Polski!) to chłopakom nie wybaczę. Polski pawilon z uwagi na temat, którego spodziewałam się w przynajmniej kilku innych miejscach, a którym jednak zajęli się tylko Polacy, stał się chyba jednym z najpopularniejszych w Giardini. Tu „śmieciowy” motyw dotyczył m.in. sposobu zatrudnienia robotników budowlanych bez umów (lub na tzw. „śmieciówkach”), ale i darmowe nadgodziny architektów załapały się na infografikę o problemach pracowników branży budowlanej. Trochę się martwiłam, że będzie za skromnie i że przygotowywany przez kielecką ekipę research nie wystarczy dla pełnego zobrazowania poruszanych kwestii, ale okazało się, że Biennale to miejsce zadawania pytań, a niekoniecznie podawania gotowych rozwiązań. Mieliśmy jednak z naszym własnym kuratorskim zespołem wrażenie, że wchodzimy na wystawę, którą sami zaproponowaliśmy na tegoroczne Biennale. Chociaż tematy się nie pokrywały, strona wizualna okazała się prawie identyczna. Ustawiony według naszego projektu billboard na dachu polskiego pawilonu miał krzyczeć czarnymi literami na agresywnie żółtym tle – tu krzyczały żółte torby w identycznym odcieniu, po których w całej Wenecji można było poznać architektów. Podobnie jak u nas, całą przestrzeń pawilonu wypełniała stalowa konstrukcja i tak samo była owinięta przepuszczającą światło tkaniną (tyle, że siatką ochronną, jak na rusztowaniach, a nie materiałem, z którego robi się billboard). Tak samo wchodziło się do środka przez wycięcie w materiale. Przynajmniej wiemy, że projekt sprawdziłby się w 1:1:)

Polish

Ciekawostka, ale spodziewana – zabrakło starchitektów. Co prawda pojawiły i garaże dla dronów projektu Fostera, i muzeum Chipperfielda w Sudanie, mignęli gdzieś w filmie dokumentalnym Herzog&de Meuron, a Shigeru Bana obskoczyli łowcy autografów, ale o pojedyncze nazwiska, a nie potężny gwiazdozbiór, jak zwykle bywało. Całą salę na wystawie głównej poświęcono też projektom Renato Rizziego. Zamierzałam podziękować mu za pokazywany w Giardini Teatr Szekspirowski – ostatnio rozmawialiśmy w dniu otwarcia, kiedy jeszcze nie wiedziałam, że Teatr stanie się jednym z moich ulubionych budynków. Rizzi, jak to stuprocentowy Włoch, rozgadał sie jednak z jakimś dziennikarzem. Następnym razem!

baN

Rizzi

[Rizzi, dziennikarze i przepiękne makiety]

DRON

[Fosterowy „garaż” dla dronów]

IRISH.jpg

[Projekcja na wystawie Irlandii (Níall McLaughlin), pokazujący, wraz ze zmieniającą się ścieżką dźwiękową, jak osoby z chorobą Alzheimera odbierają przestrzeń. Subtelnie, pięknie, ale w punkt – takie ekspozycje lubię na Biennale najbardziej.]

Największe rozczarowanie to brak otwartych debat. W Giardini zawsze były organizowane otwarte spotkania -€“ to miejsce stawało się centrum Biennale, gdzie można posłuchać dyskusji zaproszonych kuratorów i projektantów. Tym razem kilka spotkań odbyło się w audytorium, gdzie mieści się tylko niewielki odsetek zainteresowanych osób (nie wspominając o pewnym skandalu – okazało się, że Aravena zaprosił do głównej debaty na otwarcie debaty samych mężczyzn). Tym razem, kiedy na wystawie pokazywano dobre praktyki z odległych od siebie części świata, dyskusja i podzielenie się uwagami byłyby szczególnie ważne. Nawet, jeśli rozwiązania muszą być unikalne i „szyte na miarę” z uwagi na różnice geograficzne czy kulturowe, najbardziej intrygujące fragmenty wystawy głównej to te, które przedstawiały uniwersalność problemów oraz sposobów ich rozwiązania w różnych częściach świata. Do jednej z najbardziej trafnych w tym kontekście wystaw zaliczyłabym porównanie tymczasowych miast – od osiedli dla ofiar klęsk żywiołowych, przez festiwal w Glastonbury, po święto przyciągające w jedno miejsce w Indiach kilkanaście milionów ludzi.

Porażką była również nieobecność i jednoczesna medialna wszechobecność Araveny.  Chociaż wpatrywaliśmy uważnie jego rozwichrzonej czupryny, pojawiącej się dosłownie wszędzie – w magazynach, na filmach, w wywiadach – nie czułam jego roli jako gospodarza, jak chociażby Koolhaasa dwa lata temu. Nie kręcił się cały czas na wystawach, trudno było się wbić na spotkania. To dziwne, bo w trakcie przygotowań intensywnie współpracował z innymi kuratorami. Być może tak już mają niektórzy architekci – interesuje ich proces twórczy, a nie to, co dzieje się później, a może stał się ofiarą własnego sukcesu. Pritzker i Biennale w jednym roku to chyba trochę za dużo nawet dla takiego człowieka-orkiestry. Aravena, podkreślając swoje praktyczne podejście do rozwiązywania problemów, prezentował się nie tyle jako kurator, ale jako stuprocentowy architekt, który do przygotowania Biennale podchodzi jak do projektu architektonicznego. Już w pierwszej sali, wypełnionej gips-kartonem (100 ton pozostałości po poprzednim Biennale), pokazał proces projektowania wystawy, dyskusje z kuratorami i aranżowanie przestrzeni. Wszystko zgodnie z jego kuratorskim przesłaniem o roli architekta, tyle, że w pokazanych dalej projektach architekt stanowił zaledwie element, nie zawsze najważniejszy, procesu rozwiązywania problemów. Za to za każdym prawie razem, gdy tylko pozwalała na to aranżacja i stylistyka wystawy, łechtano ego projektantów jako bogów, twórców czy godnych podziwu filantropów. To trochę jak z Araveną, prawda?

greedy.jpg

[Aravena na filmie…

ARAV

[… i jego instalacja z rozbiórkowych stelaży i płyt gispowo-kartonowych]

 

 

team02

[Czym byłoby Biennale bez fotogenicznych instalacji?]

Najciekawsze wydawały mi się te fragmenty Biennale, gdzie“ rola architekta nie polegała na zbawianiu ludzkości, ale gdzie wyjście poza tradycyjne projektowanie oznaczało działania związane z definiowaniem systemów i procesów rządzących przestrzenią. Na przykład izraelski pawilon pokazywał relacje między nauką a architekturą, gdzie np. symulacje rozwoju kolonii drobnoustrojów można by wykorzystać jako model projektowania ludzkich siedlisk. Wyobrażam sobie świetnie odwrócenie tej zasady i wykorzystanie umiejętności architektów do analizy i zapisu podobnych procesów w nauce – badacze nie zawsze posiadają predyspozycje i doświadczenie, żeby tego dokonać.

Ale to, co zrobiło na mnie największe wrażenie, to wystawa Forensic Architecture, działającej w ramach londyńskiego uniwersytetu agencji zajmującej się dokumentowaniem dowodów (głównie dla organizacji pozarządowych i ONZ) dotyczących zbrodni wojennych czy środowiskowych. Te zadania wymagają współpracy pomiędzy specjalistami z różnych branż – od prawników po filmowców, ale rola architektów, którzy rozumieją przestrzenne relacje, jest szczególna w określaniu miejsca i czasu wydarzeń. Tu nie architekt stał w centrum zainteresowania, ale ofiary. To chyba jedyne miejsce na całej wystawie, gdzie na ludzi nie patrzyło się jak na masę, ale jak na konkretne jednostki. Pięciolatek, który zginął od wybuchu pocisku w Strefie Gazy staje się mniej anonimowy niż afrykańskie dziecko zdobywające wykształcenie dzięki nowemu budynkowi szkoły. Bezimienni rozbitkowie-uchodźcy stają się bliżsi niż społeczność południowoamerykańskich slumsów.

Właśnie takich wystaw oczekiwałam na tegorocznym Biennale.

FORENSIC

[Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz]

Muzeum Palestyny

z daleka

Uff, ależ to były intensywne dwa dni! W środę odbyło się oficjalne otwarcie Muzeum Palestyny. Wyjazd na Bliski Wschód to zawsze niesamowite doświadczenie, a jeśli trwa zaledwie 48 godzin, w międzyczasie trzeba przebić się przez zasieki i punkty kontrolne, a docelowo trafia się do świata jak z arabskiej baśni, emocje stają się jeszcze mocniejsze.

Polska prasa przemilczała temat otwarcia Muzeum (mamy teraz dość własnych problemów…), ale światowe media wysłała na miejsce swoich dziennikarzy. Opinie są różne, ale przeważa zdanie, że budynek jest udany, chociaż kompletnie odbiega od rodzaju i jakości architektury w regionie,a za wyjątkowo kontrowersyjną decyzję uznano otwarcie budynku bez wystawy. Pewnie dlatego, że od początku krystalizowania się profilu tej instytucji nazywano ją „bezpiecznym miejscem dla niebezpiecznych idei”. W międzyczasie zmienił się dyrektor, a ponieważ na przygotowanie wystawy na planowane od dawna otwarcie nie wystarczyłoby czasu, zaaranżowano szybko ekspozycję poświęconą budynkowi i jego realizacji. Pojawiły się betoniarki, kaski, kamienne płyty okładzinowe i wykaligrafowane na naszych rysunkach arabskie słowa, które kojarzą się z Palestyną. Dla wielu krytyków okazało się to niewystarczające – przypuszczalnie spodziewali się prowokacyjnej wystawy związanej z izraelsko-palestyńskim konfliktem. Dla nas, świadomych trudności, jakie wiązały się z realizacją tego budynku oraz niewyobrażalnego zaangażowania wielu osób w jego stworzenie, była to nie tyle bezpieczna decyzja, otwierająca w wyważony sposób pole dla dalszych kuratorskich eksperymentów, co potraktowanie budynku jako głównego eksponatu. Tym bardziej, że to najbardziej zaawansowany architektonicznie i technicznie obiekt w Autonomii, a poza tym, podobnie jak przyszłych wystaw, nie będą mogli go zobaczyć wszyscy zainteresowani z uwagi na restrykcje związane z przekraczaniem granic  w regionie. Nawet Lara Zureikat, architekt krajobrazu odpowiedzialna za projekt tarasowych ogrodów, nie dostała wizy na wjazd z Jordanii na otwarcie. Dlatego Muzeum działa równocześnie na zasadzie internetowej platformy oraz organizuje satelitarne wystawy (obecnie w Bejrucie można obejrzeć tradycyjne hafty).

O samym budynku mogłabym opowiadać godzinami, ale ponieważ „jeden obraz jest wart więcej niż tysiąc słów”, zamieszczam poniżej więcej niż zwykle zdjęć. Obawiałam się najbardziej, że przez cały czas będę dostrzegać tylko niedoskonałości tego obiektu. Tak, tam są niedoróbki, nawet sporo (na szczęście widoczne z bliska). Standard wykonawstwa jest nieporównywalnie niższy, niż gdybyśmy stawiali ten obiekt w Niemczech czy Wielkiej Brytanii, ale wiele elementów zatrzymano na granicy (np. w ostatniej chwili austriackie znaki wyjść ewakuacyjnych zastąpiono… polskimi).albo stwierdzę, że mnóstwo rzeczy można by zrobić inaczej. Kiedy w ubiegłym roku oglądałam dopiero co montowane kamieniarki, pomyślałam, że być może popełniamy błąd decydując się na tak wielkie, mocowane na stalowych szynach płyty. Wykonawcy musieli rozbierać fragmenty okładzin i zakładać je ponownie, bo ten sposób montażu, przeprowadzany po raz pierwszy na tak skomplikowanej geometrycznie bryle, stanowił podwójne wyzwanie i pierwsz próby okazały się porażką. Ta forma architektoniczna wymaga jednak czystych, dużych powierzchni, których nie udałoby się uzyskać przy pomocy mniejszych, typowych dla tamtejszego budownictwa bloczków. Musieliśmy także zachować wysokie standardy izolacyjności cieplnej (budynek posiada certyfikat LEED – pierwszy na obszarze Autonomii) i przeciwwilgociowej, co również stanowi ewenement w tej części świata.

opening

To moje pierwsze otwarcie – do tej pory albo nie mogłam uczestniczyć w podobnych imprezach, bo byłam na drugim końcu swiata, albo budowy są jeszcze rozgrzebane z uwagi na wielkość inwestycji. Ta ceremonia była jednak wyjątkowa, bo wyjątkowe jest znaczenie tego budynku dla Palestyńczyków. Co prawda niewiele brakowało, aby spóźniony taksówkarz, który wiózł nas z Ramallah, nie zdążył na czas przed zamknięciem  dróg, ale przemykał przez koeljne punkty kontrolne pokazując na tylne siedzenia z wyjaśnieniem „Americans!” (to hasło otwiera wiele bramek). Tylu żołnierzy nie widziałam już dawno – kilka kilometrów przez Muzeum obstawiono wszystkie drogi, aby prezydent Abbas mógł bezpiecznie dotrzeć na przecinanie wstęgi. Przed południem odbyły się oficjalne przemowy, a zjeżdżający się zewsząd projektanci, wykonawcy czy kuratorzy mieli okazję, żeby wspólnie obejrzeć gotowy budynek i ogrody. Świeciło słońce, a taras okazał się idealną bankietową przestrzenią.

Wieczorem odbyła się artystyczna część ceremonii. Na parkingu przed budynkiem umieszczono telebim i setki krzeseł, aby jeszcze więcej osób mogło uczestniczyć w tym wydarzeniu, w ogrodach brzdąkały smyczki, ale główną rolę zagrał sam budynek. Amfiteatr zdał egzamin, lecz najbardziej zaskoczyło nas, że oprócz wykorzystania sceny na dole dla orkiestry i mównicy, zaaranżowano spektakl tańca w samym budynku, w tzw. strefie buforowej za wielkim, otwierającym się na tarasy przeszkleniem. Jak mogliśmy o tym nie pomyśleć na etapie projektu? Myślę, że podobne niespodzianki, bo było ich znacznie więcej, sprawiają, że – zabrzmię nieskromnie w imieniu całego zespołu – to kawał naprawdę porządnej architektury. Udało się wyważyć odpowiednio proporcje i w zależności od aranżacji przestrzenie mogą kameralne lub przestronne, jak w przypadku podobnych dużych imprez. Sam spektakl był dość łopatologiczną i wymowną opowieścią o złych najeźdźcach, ale po zakończeniu, kiedy w amfiteatrze huknęły oklaski i entuzjastyczne gwizdy, przyznaję: pociekła mi po policzku niejedna łza. Jeden budynek i tyle wzruszeń!

outdoor

4ladiesofhparc

[Większość damskiej części Heneghan Peng zaangażowanej w projekt: Roisin, Elizabeth, Catherine i ja:)]amfi2

[Widok na amfiteatr]amfiteatrbankietbizreh

[Tarasowo schodzące ogrody z typową dla regionu roślinnością i gatunkami charakterystycznymi dla palestyńskiego rolnictwa. Przy dobrej widoczności z góry można zobaczyć położony kilkadziesiąt kilometrów dalej Tel Awiw i Morze Śródziemne. Widoczne na zdjęciu posadzki wykonano w tradycyjnej w regionie technologii – rodzaj  terazzo, ale bez polerowania. Większość chodników w Ramallah wykończono właśnie  w ten sposób  Wszystkie ścieżki i schody położyło tylko dwóch, podobno najlepszych rzemieślników w kraju. Tu zdecydowanie najbardziej perfekcyjnie wykonana część Muzeum]

buffer02

[Tzw. strefa buforowa, czyli ciągnąca się wzdłuż budynku przestrzeń oddzielająca wystawę oraz biura od zewnętrznych tarasów. To w tej przestrzeni odbywał się spektakl, oglądany z amfiteatru]

buffer_ma

[Wracałam tam co kilka godzin, żeby zobaczyć, jak zmieniają się cienie rzucane przez podtrzymujące fasadę ‚żyletki’]

show

[Najpierw taneczny spektakl w przestrzeni, o której projektując budynek, wcale nie pomyśleliśmy, jako o scenie (a przecież to takie oczywiste!)]

projekcja

[Później muzyka, poezja i projekcje na elewacjach]catering

[Gościnność Palestyńczyków jest legendarna, więc i bufet okazał się wyjątkowy. Wśród słodyczy królowały ciasteczka z logo Muzeum. Zamiast baru z drinkami pojawił się bar z… lodami]

dark

[Ta elewacja to był pot, krew i łzy. Ale warto było:)]

feras

[Feras Tubaila, którego firma wykonała najbardziej skomplikowane technicznie elementy budynku]noc

wyst2

wystawa

[Główna przestrzeń ekspozycyjna z tymczasową, zaaranżowaną minimalnymi środkami wystawą o powstawaniu budynku. Nasze rysunki posłużyły jako tło dla arabskich napisów – skojarzeń związanych z Palestyną]

chlopaki

[Świętowali wszyscy zaangażowani w realizację budynku oraz przygotowanie ceremonii – od firm wykonawczych po ochroniarskie]

team

[Heneghan Peng + towarzyszący mężowie i przyjaciele. Po lewej (pod krawatem) Conor, który był odpowiedzialny za projekt na etapie wykonawczym. Regularnie latał na budowę i to głównie on zmagał się z problemami z dostawami materiałów. W międzyczasie zaczął śmigać po arabsku i zaprzyjaźnił się z miejscową ekipą]

[Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz i inni]

Kto sieje asap, ten zbiera fakap*

Palestine

Tytuł pochodzi ze strony „Korposzczur płakał jak czelendżował„. Co prawda daleko jestem od korporacyjnych klimatów, ale przez kilka ostatnich czelendżów, a zwłaszcza asapów, niewiele brakowało, a skończyłoby się na poważnych fakapach*. Być może zauważyliście, że blogowe posty pojawiają się ostatnio z mniejszą częstotliwością – to przez te asapy właśnie. Nie lubię narzekać na klęskę urodzaju, bo to najlepsza z możliwych klęsk, ale tym razem do zawalonego terminami kalendarza doszły wypadki losowe, z finałami szpitalnymi, niestety. Najwięcej trudności sprawiała jednak jednostka chorobowa o dźwięcznej nazwie „działalność gospodarcza”. Kończymy obecnie z moim osobistym urbanistą podręcznik planowania dla Obszaru Metropolitalnego Gdańsk-Gdynia-Sopot. Teminy napięte, zakres ogromny, a żeby tego wszystkiego było mało, Łukasz złamał ręce w wypadku rowerowym. Obie. W tym jedną tak pechowo, że od razu wylądował w szpitalu na operacji łokcia. Przez chwilę myśleliśmy, że wszystko się posypie, ale uff, chyba udało się opanować terminy. Nie poradzilibyśmy sobie bez pomocy i trzymania kciuków – dziękuję!

Kolejne asapy (oby nie skończyły się fakapami!) mamy na Politechnice. Po kapitalnych doświadczeniach z ubiegłego roku i projektem dla Starego Polesia w Łodzi pracujemy ze studentami nad założeniami dla przebudowy ulicy Długiej i Długiego Targu w Gdańsku. Pomimo kryzysów, stresu, momentów totalnego załamania i nagłych mobilizacyjnych zrywów, jesteśmy dobrej myśli – studenci zostali rzuceni na głęboką wodę, ale radzą sobie świetnie. Napiszę o tym w czerwcu, kiedy doprowadzimy projekt do końca.

Przez ten natłok spraw przegapiłam w ubiegłym tygodniu dziesiątą rocznicę (!) pracy w Heneghan Peng Architects. To też temat, który zasługuje na osobny tekst. Nigdy nie myślałam, że wytrzymam tyle lat w jednym miejscu, ale nadal nie wyobrażam sobie, żebym mogła bez żalu pożegnać się z takim zespołem i z takimi projektami. Już w tym tygodniu, 18 maja, odbędzie się oficjalne otwarcie Muzeum Palestyny (na zdjęciu). Jadę obowiązkowo, bo to przypuszczalnie jeden z najważniejszych projektów, nad którym kiedykolwiek miałam i będę miała okazję pracować. Będzie większa ekipa z biura, niektórzy zostają, żeby pojeździć jeszcze trochę po Bliskim Wschodzie. Niestety, nie dołączę do nich, ale zobaczymy się ponownie już niedługo, bo na początku czerwca wpadam na chwilę do Dublina, żeby zobaczyć, jak idzie przebudowa Galerii Narodowej. Prace mają skończyć się za kilka miesięcy, więc to może być ostatnia szansa, żeby zobaczyć Galerię w ciekawszej, bo rozbebeszonej wersji.

Między tymi biurowymi wyjazdami wyskakujemy jeszcze na previews weneckiego Biennale. Tego wydarzenia nie mogę się doczekać najbardziej: dwóch dni, kiedy liczy się architektura, architektura i tylko architektura. Będę wypatrywać starchitektów, w tym oczywiście boskiego Alejandro. Ba, od innej fanki mam dostać cynk, w którym hotelu się zatrzymuje:) Jeśli nie pojawię się z powrotem w Gdańsku, to znaczy, że zostałam jego groupie. Ahoj, przygodo!

*W razie pytań, co to te fakapy, wrzucam link do wyjaśnienia:)

[fot. Heneghan Peng Architects]

Piano

IMG_4037

Przygotowujemy się właśnie z Maksem Bochenkiem do dyskusji po projekcji odcinka „Świątyń kultury” o Centrum Pompidou w gdańskim IKM. Czytam m.in. o Renzo Piano i przypominają mi się inne jego realizacje, które miałam okazję zobaczyć. Naliczyłam ich ponad dziesięć, przy czym niektóre oglądałam tylko z zewnątrz albo właśnie były w budowie. W innych miałam okazję spędzić więcej czasu, np. w Lingotto w Turynie. To był chyba jedyny raz w życiu, kiedy podczas wakacyjnego wyjazdu szarpnęliśmy się z moim osobistym urbanistą na pięciogwiadkowy hotel (na szczęście w dużej promocji*). Piano zajął się tam adaptacją fabryki Fiataz lat 20. To, co przede wszystkim warto zobaczyć w Turynie, to niekoniecznie jego interwencje, ale sama fabryka – żelbetowy budynek-maszyna. Nocleg w hotelu pozwala skorzystać z jej niesamowitego dachu z celach joggingowo-widokowych – oryginalnie znajdował się tam tor testowy dla samochodów i to tam rozgrywa się również jedna ze scen w filmie „Włoska robota”.

turyn.JPG

[Te dwie narośle na dachu to „włoska robota” Renzo Piano w Lingotto]

Jeden z najnowszych budynków Piano oglądałam z kolei miesiąc temu na Malcie. Valetta City Gate – bramę do Valetty połączoną z administracyjno-kulturalnym kompleksem – ukończono w 2014 roku. Zespół wygląda trochę anachronicznie i ma to wszystko, za co kochałam Piano jeszcze na studiach, a za co już go tak bardzo nie kocham. Jest lokalne rzemiosło, ale udawane, bo założę się, że kształtki elewacyjne wycinała maszyna CNC, a nie sprawne dłonie kamieniarzy. Jest lokalny materiał – piaskowiec, ale w takiej masie, że aż przeraża ciężarem. Są dopieszczone elementy konstrukcyjne, ale całość tak gęsto podparto, że nabrała „egipskiego” charakteru. Najgorsze są i tak dwa metalowe wrzeciona przy wejściu, zaprojektowane chyba tylko po to, żeby można było walnąć detal mocowania na okładkę książki „Renzo Piano Building Workshop” z podsumowaniem kolejnej dekady. I ta symetria… I te podwójne blachy oddzielające stare kamienne fortyfikacje od nowej realizacji – co za dosłowność!

Szybkie śledztwo wyjaśnia, skąd takie rozwiązania. W skrócie: rządowi od dawna zależało na realizacji jakiegoś starchitekta w tym ważnym miejscu – to główne wejście do Valetty, znajdują się tam ruiny wiktoriańskiej opery, zaadaptowane ostatecznie na scenę pod gołym niebem, a pusta działka obok wydawała się idealnym miejscem dla siedziby parlamentu. Rozmowy z Piano rozpoczęto już w 1985 roku. Po prezentacji pierwszych propozycji masterplanu publiczny odbiór projektu okazał się tak negatywny, że wstrzymano inwestycję. A może i budżet nie wytrzymał? Nieważne. Ważne, że powrócono do tego pomysłu dopiero w 2008 roku, spodziewając się nowej koncepcji, ale Piano najwidoczniej wyciągnął z szuflady przykurzony już nieco project albo przypomniał sobie, co mu chodziło po głowie dwie dekady wcześniej. Widać te lata osiemdziesiąte, oj widać, a to nie był najszczęśliwszy okres dla architektury…

IMG_4058

[„Walk like Egyptian” to też połowa lat 80…]

szpikulec.jpg

[W sam raz detal na okładkę, prawda?]

IMG_4049

[Stare i nowe, rozdzielone ostrym cięciem stali. Jakoś tak… „studencko”]

IMG_4050

[Tak wygląda dół realizacji – w ten może malowniczy, ale bałaganiarski zakątek można zajrzeć wchodząc do Valetty. Architekt oczywiście nie miał tu wiele do powiedzenia, ale wrzucam to zdjęcie, aby pokazać, że wizytówki miast są zaniedbane nie tylko w Polsce:)]

Zapraszam w środę o 19:00 na opowieść o Centrum Pompidou. Też będziemy się nieco pastwić, ale nad filmem, nie nad Renzo Piano. Za to ja w ramach solidarności jajników być może popastwię się też nieco nad Richardem Rogersem, bo w okresie realizacji Pompidou poznał swoją obecną żonę, rzucając dla niej poprzednią – partnerkę w firmie, współautorkę Centrum i matkę ich trojga dzieci. Czy ktoś dziś pamięta, że Centrum Pompidou współprojektowała Su Rogers?

*Właśnie zauważyłam, że od czasu naszej wizyty hotelowi utrącono jedną gwiazkę – pewnie lampy Castiglioniego straciły nieco ze swojego blasku – więc przyjemność nocowania w miejscu zaprojektowanym przez laureata Pritzkera i porannej przebieżki na dachu jednej z najpiękniejszych fabryk świata jest jeszcze bardziej dostępna.

[fot. Monika Arczyńska]

Styczeń

berlin scharoun 03.jpg

Kasia Tusk co miesiąc przedstawia na swoim blogu listę aktualnych „umilaczy” i „Last month” ze zdjęciową relacją z ostatniego miesiąca. Wśród „umilaczy” ostatnio pojawił się między innymi przepis na naturalny cukier waniliowy oraz długa lista kosmetyków. Ponieważ na SIX LETTER CITY nadal nie ma żadnego lokowania produktu (producenci papy termozgrzewalnej – dlaczego, ach dlaczego wciąż mnie ignorujecie?), a na instagram wciąż nie mogę się zdecydować, to skuszę się chociaż na podsumowanie bieżących wydarzeń.

POLITECHNIKA

W ubiegły piątek studenci Gospodarki Przestrzennej na Politechnice Gdańskiej prezentowali prace semestralne. O zeszłorocznych projektach pisałam szerzej tutaj – w tym roku powtórzyliśmy temat i lokalizację, modyfikując nieco układ zajęć na podstawie wcześniejszych doświadczeń. Znów wyszło świetnie, ale zastanawiam się, czy przypadkiem nie wymagamy od studentów zbyt wiele. Czasem chyba zapominamy, że są dopiero na piątym semestrze! Poradzili sobie fantastycznie, a jako deweloperzy zarobili po kilkadziesiąt milionów złotych wirtualnych złotówek:)

WARSZAWA

Miniony weekend spędziłam pracowicie i przyjemnie w Warszawie. W sobotę opowiadałam o współpracy między projektantami a publicznymi inwestorami na podyplomowych studiach „Miasta i Metropolie” w Instytucie Badań Przestrzeni Publicznej. Nareszcie poplotkowaliśmy na spokojnie z Piotrem Szczepańskim z Instytutu, bo do tej pory zawsze spotykaliśmy się gdzieś w przelocie. Umówiliśmy się także z Gosią Borys z MamArchitekci. Opowiadała o aktualnych projektach – pracownia się rozwija, zlecenia są coraz ciekawsze, a poza tym miło posłuchać kogoś, kto mówi, że przychodzi do pracy z autentyczną przyjemością. To ostatnio rzadkość wśród architektów:) Poznałam też w końcu Jacka Grunt-Mejera, który zajmuje się programem rewitalizacji Pragi. „W końcu”, bo wcześniej czytałam sporo jego tekstów i facebookowych komentarzy – bardzo podoba mi się jego energia i zdroworozsądkowe podejście do rewitalizacji i zasad funkcjonowania miasta.

MUZEA

WP_20160123_18_04_48_Pro

Odwiedziłam przy okazji dwa warszawskie muzea. W Polinie – Muzeum Historii Żydów Polskich – byłam wcześniej jeszcze przed zainstalowaniem wystawy. Treaz prawie trzy godziny nie wystarczyły na dokładne obejrzenie całości i na pewno tam wrócę. Podobało mi się również Muzeum Warszawskiej Pragi z wystawą zaaranżowaną przez 137kilo. Nie wiedziałam nawet, że mieszała przy tym projekcie Charlie Koolhaas. Oprócz obejrzenia samej wystawy warto również zobaczyć konkursowe plansze i grafiki – to prawdziwy majstersztyk w przedstawieniu koncepcji. Mam słabość do makiet i myślę, że nadają się idealnie do prezentacji projektów krajobrazu, przestrzeni publicznych i właśnie wystaw. Uproszczenie, jakie daje model, pozwala na znacznie czytelniejsze wyjaśnienie, jaki jest główny zamysł, ale też na zbudowanie określonej atmosfery wokół projektu, zdecydowanie bardziej trafnie niż nawet najbardziej realistyczne wizualizacje.

MIASTOPROJEKCJE

IKM_MP

Zapowiadałam niedawno, że szykuje się kolejna współpraca z Maksem Bochenkiem. Już dziś zaczynamy nowy cykl spotkań w Instytucie Kultury Miejskiej. Tym razem w ramach serii Miastoprojekcje będziemy opowiadać o budynkach przedstawionych w serii filmów „Świątynie Kultury”. Rozbijamy filmy, oryginalnie złożone z trzech odcinków-budynków, na części prezentujące pojedyncze obiekty. Zaczynamy od Filharmonii Berlińskiej (na zdjęciu na górze), następne w kolejce – Centrum Pompidou.

KANADA

hp

Wspominałam już na Facebooku, że Heneghan Peng wygrało konkurs na Muzeum Kajaków w Kanadzie. Brzmi może mało poważnie (kajaki???), ale będzie się tam mieścić największa na świecie kolekcja kajaków, które stanowią kawał dziedzictwa kulturowego Kanady, w tym osiemnastowieczne eksponaty. Oprócz wystawy w muzeum zostaną zlokalizowane m.in. sale edukacyjne i warsztatowe, a także centrum kajakarstwa. Pracownie z całego świata wysłały prawie sto zgłoszeń, a elementem finałowej selekcji najlepszego projektu była publiczna prezentacja oraz internetowy sondaż – dziękujemy za wszystkie głosy! Nie pracowałam nad projektem konkursowym, ale cieszę się równie mocno, jak autorzy koncepcji. Powstanie budynek, który nie stara się być na siłę ikoną i prawie zniknie w krajobrazie.

A10

Cover-A10-61

A w styczniowo-lutowym numerze A10 pojawił się nasz (mojego osobistego urbanisty i mój) tekst o polskim mieszkalnictwie. Mam nadzieję, że się pojawił, bo nie miałam jeszcze okazji zajrzeć do środka:)

Tyle aktualności. Zamierzam teraz nacieszyć się przerwą w zajęciach na uczelni i zbierać siły na kolejny semestr. Znów będzie się działo – o tym wkrótce:) A gdyby jednak producenci papy termozgrzewalnej zdecydowali się na umieszczenie reklamy na moim blogu, obiecuję, że przemyślę nawet instagram!

[Fot. Monika Arczyńska, A10, designboom, IKM]

 

Pritzkerowe Love

AA_Pritzker

Alejandro,

Kolejne Walentynki dopiero za miesiąc, ale pewnie się domyślasz, że od wczoraj, kiedy ogłoszono, że otrzymałeś Pritzkera, moje serce bije dla Ciebie jeszcze mocniej. Nie wierzyłam, że to właśnie Ty zdobędziesz to wyróżnienie, ale w sumie można się było tego domyślać: jedną trzecią jury stanowiły panie. Teraz czekam, aż dostaniesz pokojową nagrodę Nobla, bo wiesz, Pritzker to tylko sto tysięcy dolarów.

Moja oferta matrymonialna jest nadal aktualna, mąż o wszystkim wie i w odpowiednim momencie bezszelestnie się wycofa. Mam nadzieję, że trafię na Ciebie gdzieś na tegorocznym Biennale i będziemy mogli zaplanować bardziej szczegółowo dalszą przyszłość. Muszę tylko opracować jakąś skuteczną strategię przebijania się przez tłumy innych pań, pragnących chociaż dotknąć rąbka Twojej koszuli. Zawsze lekko rozpiętej koszuli…

Twoja największa wielbicielka (nieustająco).

PS ‚Chairless’ chodzi za 9.90 euro. Nie wydaje Ci się, że teraz, kiedy dostałeś Pritzkera, mógłbyś kasować za nie trochę więcej?

PS 2 Czy przypadkiem nie wspominałam już, że polskie żony sa wyjątkowo gospodarne?

PS 3 A tak już całkiem serio, trochę się zaczynam martwić o Aravenę. Klęska urodzaju to jednak klęska i przez kilka kolejnych lat będzie musiał podjąć kilka najważniejszych w karierze decyzji. W jakim kierunku rozwijać pracownię? Skupiać się na dalszym rozwijaniu ELEMENTAL, czy jednak skoncentrować się na budynkach użyteczności publicznej, bo pewnie propozycje ich zaprojektowania zaczną masowo się pojawiać? A może ostro zasuwać nad wielkimi konkursami, bo teraz biuro z łatwością przejdzie przez każdą wstępną kwalifikację? Jak w tym natłoku pracy potraktować zaproszenia z najlepszych uczelni świata do poprowadzenia zajęć? I jeszcze jak w tym całym medialnym zamieszaniu dopiąć do końca Biennale? Gratuluję Pritzkera, ale współczuję konieczności podjęcia tych trudnych decyzji, tym bardziej, że Aravena od zawsze we wszystko angażuje się sam i nie posiada legionu ‚prawych rąk’, które przejmowałyby od niego odpowiedzialność. Chyba, że moje przypuszczenia są słuszne i Aravena nie jest jeden, ale jest ich dwóch. Jeden pracuje nad zaangażowanymi społecznie projektami, drugi tworzy te wszystkie przepiękne budynki. No bo serio – wyobrażacie sobie w ogóle, żeby jedna osoba mogła to wszystko ogarnąć?

Archikalendarz na 2016

bjarke

Już za kilka godzin zacznie się nowy rok, więc wypadałoby zaopatrzyć się w nowy kalendarz. Z ciekawości wygooglałam hasło architecture calendar, zastanawiając się, czy stereotypowo pojawią się same obrazki z wysmakowanymi zdjęciami budynków. Owszem. Wyszukiwarka wypluła również kilka wersji z minimalistycznymi kartami miesięcy (oczywiście z przewagą bieli lub czerni), parę designerskich gadżetów, kilka zabłąkanych w czeluściach internetu wariantów z kotkami i pieskami i w sumie to by było na tyle. A gdzie kalendarze z architektami? Jeśli swoje kalendarze mają nowojorscy strażacy, irlandzcy rolnicy, a nawet bibliotekarze i bibliotekarki z Morąga, to dlaczego nasza grupa zawodowa jest taka wybrakowana?

Trzeba coś z tym zrobić. Tęsknię bardzo za latem, więc Bjarke I. z ciałem dublera ozdobił przykładową stronę z lipcem. Jakie mielibyście propozycje na pozostałe miesiące? Tadao Ando w minimalistycznym zimowym krajobrazie na styczeń? To chyba dobry temat na towarzyskie rozmowy podczas dzisiejszych imprez sylwestrowych. Dobry, bo przecież wiadomo, że architekci potrafią rozmawiać wyłącznie o pracy, a dyskusja o architektach w kąpielówkach wydaje się przyjemniejsza niż narzekanie na wrednych inwestorów i nierzetelnych branżystów. Dlatego w Nowym Roku wszystkim architektom i niearchitektom życzę jak najwięcej luzu, uśmiechu i doskonałego nastroju. Bawcie się dziś świetnie!

[fotokolaż: Monika Arczyńska]

Na ‚L’ i na sześć liter

LUB_02

Pomimo weekendowego ocieplenia wszechobecność  świątecznych motywów nie pozwala zapomnieć o zimie. Szukam więc każdej okazji, aby powspominać wyjątkowo krótkie dla mnie w tym roku lato i od razu podchwytuję każde hasło, które kojarzy mi się z wakacyjnymi wyjazdami. Jedną z najważniejszych krajowych architektonicznych wiadomości ostatnich tygodni był „Upadek Muru Lubelskiego” czyli otwarcie placu przed Centrum Spotkania Kultur w Teatrze w Budowie. Od razu przypomniał mi się sierpniowy wyjazd do Lwowa i krótki przystanek w Lublinie. Nie licząc bardzo odległych czasów, była to moja pierwsza wizyta w tym mieście na sześć liter. Ba, nie dość, że na sześć, to jeszcze „Lublin” brzmi prawie jak „Dublin”, więc wiedziałam, że będę zachwycona.

Zaopiekował się nami Janek Kamiński z Instytutu Architektury Krajobrazu KUL. Oprócz głównych turystycznych atrakcji poprosiliśmy go o pokazanie nam nowych realizacji oraz osiedla Słowackiego projektu Hansenów. Osiedle zdecydowanie zasługuje na oddzielny wpis, więc dziś tylko o nowych budynkach, tym bardziej, że to temat na czasie z uwagi na wspomniane Centrum Spotkania Kultur. Budynek widać na zdjęciu powyżej, jeszcze z „Murem Lubelskim” czyli otaczającym wieloletnią budowę ogrodzenem. Podłużne akwarium na samej górze ma podobno docelowo służyć jako platforma widokowa. Jeszcze nie cały budynek został oddany do użytku, więc niewiele można powiedzieć o jego funkcjonalności. Z zewnątrz wygląda jak pałac królowej lodu, teraz odrobinę bardziej dostępny dzięki likwidacji płotu.

LUB_07

[Lublin architektonicznie ma wszystko: zabytki, porządne współczesne realizacje, a czasem przeziera jakieś urocze „pomo”]

Podobnie chłodno i niedostępnie wygląda większość projektów Bolesława Stelmacha, „wirtuoza szkła i betonu”, architekta Centrum i lokalnego starchitekta. Architektonicznie Lublin to Stelmach, podobnie jak Opole to Domiczowie, a Koszalin – HS99. Nie udawało mi się do tej pory trafić na realizacje Stelmacha ani na żaden jego wykład. Do Żelazowej Woli i Nałęczowa jakoś mi nie po drodze, w Warszawie nigdy nie mam czasu, żeby podskoczyć do Centrum Chopinowskiego. Poza tym byłam ciekawa głównie lubelskich realizacji i to najlepiej komercyjnych, bo tam, gdzie prywatny inwestor płaci i decyduje, widać najlepiej, na ile koncepcja broni się przed cięciami, oszczędnościami i widzimisię zamawiającego.

Żałuję, że nie udało nam się dotrzeć do Parku Naukowo-techologicznego ani do Zana House. Następnym razem. Wpadliśmy jednak do kolejnego wymienionego tu „centrum” – centrum handlowego Tarasy Zamkowe. Nie będę komentować samej idei umieszczenia zakupowego molocha tuż przy starówce, a „parking na 1400 samochodów” brzmi już wystarczająco przerażająco, żeby rozwijać ten temat. To nie decyzja projektanta, któwy w takich przypadkach ma za zadanie wycisnąć z miejsca, funkcji i budżetu maksymalną jakość. Za to doceniam lubelski obiekt, bo centra handlowe to duże obiekty, które rządzą się ściśle zdefiniowanymi zasadami i za bardzo nie da się tam architektonicznie poszaleć. Właściwie cała zabawa po usytuowaniu kloca w miejskiej tkance to głównie znalezienie odpowiedniego materiału na elewacje i we wnętrzach (w Lublinie jest pod tym względem prosto i dość szlachetnie, bo właśnie tak będą się starzały zastosowane materiały, głównie beton i ocynkowana stal). Nie da się uniknąć dużej kubatury. Schody ruchome muszą być, food court musi być, okien najlepiej żeby wcale nie było. Jeśli ma być niestandardowo, to dlatego, że zastosowano oryginalne lub nietypowe materiały albo – jak w przypadku lubelskiego projektu – pojawiła się „wartość dodana”. W Tarasach Zamkowych to… tarasy właśnie, a dokładniej – ogólnodostępny dach. „Przywróciłem Matce Ziemi to, co inwestor zabrał” – boska, dosłownie, deklaracja, prawie jak poezje pewnego katowickiego poety. Ale w sierpniowy wieczór siedziało tam mnóstwo osób, głównie młodzieży, rodziny przchodziły na spacery, dzieci bawiły się na placu zabaw. Działa!

LUB_18

[Zielone tarasy na dachach]

LUB_19

[Ulubione miejsce nastolatków]

LUB_20

[Plac zabaw i bar, czyli dla każdego coś miłego]

LUB_23

 [Elewacja z betonowych „patyków”]

LUB_22

[Pochyły dach-ogród od spodu]

LUB_21

[W środku bez zadęcia. W końcu to tylko centrum handlowe, prawda?]

Spędziliśmy w Lublinie tylko jeden wieczór, więc I wybór miejsca na drinka mógł być tylko jeden: Perłowa Pijalnia Piwa przy Bernardyńskiej, z wnętrzem zaprojektowanym przez Projekt Praga. Realizacja znalazła się w finale otatniej edycji konkursu „Życie w architekturze” w kategorii wnętrz publicznych. Widziałam wcześniej sporo zdjęć tego miejsca i bardzo mnie zaskoczyło swoją wielkością – spodziewałam się, że jest znacznie przestronniejsze. Monstrualny bar zajmuje prawie całą przestrzeń niewielkiego, wyłożonego drewnem wnętrza, a lustra na suficie sprawiają wrażenie, że całość jest znacznie wyższa niż w rzeczywistości. Czułam się trochę jak w ulubionym dublińskim The Church, gdzie pośrodku głównej nawy kościoła, zamienionego w pub z restauracją i dyskoteką, znajduje się podobny owalny bar. Nawet barmani sa równie profesjonalni, jak w Dublinie, ale to już chyba nie wpływ świetnego projektu?

perla

[Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz]

Co za wiedźmowaty tekst!

Zaha

Kobiety w moim biurze są bardzo pracowite i rzetelne […] Ale architektura wymaga ciągłości. Przypuszczam, że w innych zawodach jest tak samo. Może kiedy kobiety biorą wolne ‚to do things’ – chociaż nie zapominają, jak rysować – powrót jest trudny.

Tak powiedziała Zaha H. w wywiadzie dla Architects Journal, którego udzieliła tuż po ogłoszeniu, że to właśnie na jej piersi zawiśnie złoty medal RIBA. Po raz pierwszy na stuprocentowo damskiej piersi, bo dotychczas panie dostawały to wyróżnienie wyłącznie w zespole. Tak powiedziała Zaha H., a mną zatrzęsło i przysłowiowy scyzoryk otworzył mi się w kieszeni.’To do things’ – takiego określenia na urlop macierzyński jeszcze nie słyszałam. Pal licho aferę związaną z tokijskim stadionem. Pal licho wywiad w Radio 4, gdy urażona pytaniem o liczbę robotników-imigrantów, którzy zginęli na budowie stadionu w Katarze, wyszła trzaskając drzwiami. Następnego dnia radio opublikowało sprostowanie i przeprosiny, bojąc się pozwu o zniesławienie, bo złota medalistka złożyła już jeden przeciwko innej instytucji kilka miesięcy temu. Ale rzucać takimi wiedźmowatymi, antyfeministycznymi tekstami?

Lata pracy tylu kobiet, żeby udowodnić światu, że my też możemy być dobrymi architektami. Przebijanie się przez szklany sufit. Udawanie miłych i rzeczowych podczas spotkań na budowie, gdy PMS sprawia, że mamy ochotę rozszarpać całą ekipę. Praca 24/7, bo przecież żeby udowodnić, że jesteśmy równe facetom, musimy być od nich dużo lepsze. Znoszenie seksistowskich żarcików obleśnych inżynierków. I te tuby nieszczęsne. A kiedy w końcu kobieta-architekt dostaje nagrodę, do tej pory przyznawaną prawie wyłącznie facetom, to obraża taką wypowiedzią panie architekt, które pomimo miliona przeszkód dokonują niemożliwego i godzą pracę z macierzyństwem.

Przecież damskie piersi nadają się i do karmienia, i do wieszania na nich medali, prawda?

[fotokolaż: Monika Arczyńska]

RIBA Stirling Prize 2015

University_of_Greenwich_Stockwell_Street_Building_(C)_Hufton___Crow_4

Wkrótce rozstrzygnięcie RIBA Stirling Prize 2015. Jak już pisałam na facebookowym fanpage’u, w finałowej szóstce znalazł się University of Greenwich (Stockwell Street) projektu Heneghan Peng, w którym pracuję.

Realizacja przy Stockwell Street obejmuje dwie funkcje – szkołę architektury oraz bibliotekę. Program i związana z nim kubatura, jakie trzeba było zmieścić na działce, poczatkowo wydawały się niemożliwie do zlokalizowania w tak trudnym sąsiedztwie. Trudnym, bo nie dość, że tył budynku otaczały maleńskie angielskie domki szeregowe, którym nie można było zabrać światła ani postawić wielkiej ślepej ściany na granicy ich mikroogródków, to w dodatku zaraz obok przebiegała linia kolejowa. A poza tym to obszar wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO, więc wszyscy uważnie mu się przyglądają… Budynek obniża się w kierunku szeregówek, a na tarasowych dachach umieszczone zostały ogrody. Ale to, co podoba mi się najbardziej, bo przecież sama uczę projektowania, to tzw. crit pit, czyli ogólnodostępna przestrzeń do prezentowania studenckich projektów. Zresztą zobaczcie sami, jak to wszystko wygląda – BBC przygotowało filmy o finalistach. Studenci sprawiają wrażenie zadowolonych:)

Przyznaję, że bardziej podekscytowana byłam w 2013 roku, kiedy dostaliśmy sie do finału dzięki Giant’s Causeway Visitor Centre. Wtedy czekałam bardzo niecierpliwie na wyniki, bo włożyłam ogromnie dużo wysiłku w tamten projekt, a poza tym wszyscy czuliśmy, że to wyjątkowy obiekt architektoniczny. Nad Greenwich praktycznie nie pracowałam, tylko przez chwilę na samym początku, kiedy już po rozstrzygniętym konkursie dopracowywaliśmy koncepcję projektową według wskazówek klienta. Musieliśmy wówczas uszczegółowić projekt elewacji i zdecydować, czy ważniejsze będzie wyeksponowanie rytmu dziedzińców przecinających budynek, czy ogromnej otwartej przestrzeni wnętrza szkoły architektury. Kiedy jeszcze pracowałam na miejscu, w Dublinie, widziałam, jak ostro zasuwał cały zespół, aby udało się zrealizować ten budynek w jego ostatecznej formie. Myślę też, że większość osób z zespołu Greenwich dostaje do dziś gęsiej skórki na myśl o locie do Londynu – wstawanie w środku nocy, żeby zdążyć rano na budowę to żadna przyjemność, a koordynatorzy projektu pojawiali się tam regularnie.

Jurorzy RIBA podejmą decyzję niezależnie, ale wszyscy mają możliwość zagłosowania na swojego ulubieńca z finałowej szóstki. Gdybyście mieli ochotę oddać na nas głos, można to zrobić m.in. tutaj – na stronie BBC na dole strony – oraz tutaj – w rankingu Architects Journal. Dziękuję w imieniu biura i czekam z niecierpliwością na wyniki!

[Fot. © Hufton + Crow]

Mój pierwszy raz

aleja

To był mój pierwszy raz na EXPO. Nie trafiłam wcześniej do Hannoveru, chociaż to najbliższe EXPO ostatniej dekady, więc kiedy wyklarował się nagle wakacyjny kierunek, do którego nie dało się dolecieć bezpośrednio, przesiadka w Mediolanie narzuciła przystanek na wystawę. Na wystawę, której idei nie jestem w stanie zrozumieć. Dawniej – wiadomo. Kryształowe Pałace, wieże Eiffla i inne cuda przyciągały z całego świata ludzi, którzy chcieli zobaczyć je na własne oczy. Na dodatek dawne  wystawy światowe stanowiły niezły biznes (napiszę kiedyś o ekonomicznych aspektach konkursu na odpowiednik wieży Eiffla w Londynie – założenia czyta się jak współczesne wytyczne chciwego inwestora). Ale teraz, kiedy wszystko można zobaczyć w National Geographic albo na Discovery, własną wieżę Eiffla ma i Vegas, i wiele innych miejsc, a kobieta z brodą po zwycięstwie w Eurowizji robi tour po Europie, jaki jest sens EXPO? Tym bardziej, że zwiedzający robią wrażenie zmultiplikowanych inżynierów Mamoniów, którzy najbardziej lubią to, co już znają i zamiast odkrywać nowości, ciągną do pawilonów krajów, w których byli na wakacjach. Lub tych, które dobrze znają z mediów, stąd taki na przykład pawilon amerykański, bez względu na atrakcyjność wystawy czy architektury, zawsze będzie popularny. Na EXPO wszystkiego tak dużo, że chociażby się człowiek uparł i przychodził codziennie przez tydzień, nie da rady zobaczyć wszystkiego. Człowiek gapi się na zmęczone spacerowaniem po wystawie tłumy i zastanawia, po co oni tu wszyscy w ogóle przyjechali?

Tegoroczny temat – Feeding the Planet/Energy for Life -€“ aż prosił się o bardziej refleksyjne spojrzenie na kwestie zrównoważonego rozwoju, niedoborów wody czy głodu na świecie, a ostatecznie okazał się rozrywkowym festiwalem smaków z całego świata serwowanych na jednorazowych talerzykach. Brrr. Herzog & de Meuron, autorzy masterplanu, wycofali się ostatecznie z projektu, gdy okazało się, że zamiast zrewidowania koncepcji światowej wystawy organizatorzy zdecydowali jednak o stworzeniu kolejnego światowego jarmarku. Ogólne ramy masterplanu jednak pozostały, ale jak sprawdziły się w tej jarmarcznej konwencji? Główna ulica zadziałała świetnie, zadaszenia skutecznie chroniły przed słońcem, ale już proporcje działek sprawiały problemy. Pawilony były za wąskie, aby umożliwić wejście i wyjście w tym samym punkcie, więc albo trzeba było kierować zwiedzających przez cały obiekt, co niekoniecznie współgrało z sąsiednimi pawilonami, albo wprowadzać na piętro. A ile razy można pokonywać schody podczas jednego dnia i to jeszcze w upał? Za to na końcu wielkiej alei stanął skromny pawilon Slow Food według projektu Herzoga&deMeurona, z sympatycznym ogrodem warzywnym (i z kapitalnym aperitivo). Idealne wyciszenie na zakończenie zwiedzania.

hdm

hdm02

Oczywiście sporo uwagi poświęciłam polskiemu pawilonowi. Brałam wraz z Menthol Architects udział w konkursie i… dobrze, że nie wygraliśmy. Bo po pierwsze za bardzo staraliśmy się spełnić wymagania konkursu (o tym jeszcze napiszę), po drugie pawilon Argentyny był zorganizowany identycznie jak nasz projekt, a po trzecie nie powinniśmy w ogóle zabierać się za ten konkurs, nie będąc wcześniej na żadnym innym EXPO.  Dlatego biegając od pawilonu do pawilonu cały czas oceniałam je pod kątem sprawdzenia się na tego typu wystawie i weryfikowałam, które z naszych założeń okazały się słuszne, a w których aspektach koncepcji trafiliśmy kulą w płot.

Ponieważ relacji z EXPO było już mnóstwo i  w prasie, i na blogach (obszerny materiał przedstawiła m.in. Pani Dyrektor), swoją przedstawię jako dwa poradniki. Jeden dla osób, które dopiero się wybierają (wystawa trwa do końca października, ale przecież będą kolejne edycje), a drugi dla tych, którzy będą chcieli wziąć udział w kolejnym konkursie na polski pawilon, czyli przegląd projektów, które się sprawdziły i tych, które większość odwiedzających wystawę omijała szerokim łukiem. Jak pokazują przykłady WWAA i 2pm, zwycięstwo to niezła przepustka do kariery dla młodych pracowni. Sama chciałabym dostać taki poradnik rok temu:)

Dziś więc o tym, jak się przygotować do zwiedzania i na co zwracać uwagę.

  • Zadecydujcie wcześniej, jak dokładnie chcecie zwiedzać wystawę. Jeden dzień wystarczy na bardzo pobieżne zobaczenie pawilonów z zewnątrz €- tyle czasu spędziłam odpuszczając sobie wchodzenie do środka. Wyjątek zrobiłam tylko dla kilku, ale czas oczekiwania na wejście był jednym z warunków. Czas oczekiwania trudno ocenić po długości kolejki (każda przesuwa się w innym tempie), a  aktualizowane na bieżąco tabliczki z informacją o czasie oczekiwania zauważyłam tylko€“ przed pawilonami Niemiec i Japonii. Cóż za cudowne potwierdzenie stereotypu o perfekcyjnej organizacji pracy w tych krajach!
  • Wygodne buty to podstawa! Szpilki tym razem najlepiej zostawić w domu.
  • Poczytajcie wcześniej o pawilonach, żeby ustalić, które trzeba zobaczyć obowiązkowo, a które można pominąć. Część decyzji i tak zweryfikujecie na miejscu. Na mojej obowiązkowej liście był m.in. pawilon Brazylii, ale siatkę do chodzenia obejrzałam już tylko od spdu, bo szkoda mi było czasu na czekanie.

Brazylia

  • Podobno (nie testowaliśmy) warto wybrać się na teren EXPO zaraz po otwarciu i od razu zająć miejsce w kolejce do najpopularniejszych miejsc.

Japan

[Kolejka do japońskiego pawilonu – jak po chińskie ręczniki za czasów PRL]

japan02

[Za to w części ogólnodostępnej można było trafić na takie atrakcje]

  • Warto zostać do późna, gdy włączana jest iluminacja pawilonów.

night

  • Jeśli nie chcecie zbankrutować na miejscu, a nie planujecie smakowania specjałów z całego świata, warto zaopatrzyć się w kanapkę. Albo śledzić, w których pawilonach są happy hours (mam wrażenie, że Słowacja przyciągała głównie piwem za 2 euro:)
  • Warto wyspać się porządnie dzień wcześniej. Nie polecam wycieczki naszym sposobem, czyli po locie o szóstej rano i trzech godzinach snu. EXPO to wyjątkowo męczące miejsce i nawet espresso co godzinę nie pomaga. Za to pawilon kawy to jedno z najprzyjemniejszych miejsc na EXPO – działających na wszystkie zmysły, zwłaszcza smaku i węchu.

kawa 02

kawa 01

[W pawilonie kawy]

[fot. Monika Arczyńska/Łukasz Pancewicz]

Centymetr do Modulora

Marsylia

Chociaż w Wielkiej Brytanii i Irlandii w przemyśle już od lat obowiązuje system metryczny, w sferach bardziej „życiowych” niż zawodowych nadal zwyczajowo używa się systemu imperialnego. Mimo że przywyczaiłam się szybko do pintów piwa i funtów masła, nawet nie pomyślałabym o przeliczeniu własnej wagi na „stonesy”. Wiem za to dokładnie, ile mam wzrostu w stopach, a dowiedziałam się tego w pracowni w dość śmiesznych, ale jak najbardziej architektonicznych okolicznościach.

Wiadomo, jak wygląda większość zdjęć budynków: nie ma na nich ludzi. Kiedy oddano do użytkowania zaprojektowany przez nasze biuro Urząd Hrabstwa Kildare, w pracowni postanowiono, że oprócz typowych opustoszałych zdjęć zostaną zamówione fotografie z ludźmi. Ale nie z urzędnikami, tylko… modelkami. Wybrano jedną z londyńskich agencji, z którą związane są „topowe” brytyjskie modelki i zaczęła się akcja przebierania w dziewczynach. Oprócz zdjęć na stronach agencji zawsze podawane są wymiary i wzrost. Aby wyobrazić sobie, ile to np. pięć stóp i dziewięć cali, zaczęto wykorzystywać mnie – najwyższą architekt w biurze – jako punkt (czy też raczej odcinek) odniesienia. I tak się właśnie dowiedziałam, że mam sześć stóp wzrostu bez jednego centymetra.

Szkoda, że nie dokładnie sześć, bo to dopiero byłby architektoniczny wzrost! Dokładnie taki, jak przyjęty dla Modulora, opracowanego w latach 40. przez Le Corbusiera systemu miar i proporcji. Miał być w założeniu uniwersalny i przydatny do stosowania w architekturze, wzornictwie i przemyśle, ale wybór takiego, a nie innego wymiaru nie miał zbyt wielkiego związku z ergonomią. Kto wówczas miał aż 183 centymetry wzrostu? Chyba tylko przystojniacy z brytyjskich powieści detektywistycznych, w których zaczytywał się Le Corbusier. Aż trudno w to uwierzyć, ale podobno to właśnie oni stanowili inspirację dla przyjęcia sześciu stop dla Modulora… Pierwotna wersja systemu oparta była na nieco niższym wzroście, ale podejrzewam, że do zmiany skłonili architekta nie tyle wysocy brytyjscy detektywi, co magia okrągłej liczby, na dodatek takiej, która podzielona przez dwa i trzy daje liczby całkowite.

Ciekawe, ile wzrostu miał sam Corbu. Na zdjęciach wygląda na niewysokiego i chuderlawego, zwłaszcza, gdy pozował z kobietami swojego życia, których miewał po kilka jednocześnie. W kwestiach męsko-damskich miał specyficzne preferencje i fascynowały go dość konkretne gabarytowo panie. Na przykład takie (żona) albo takie (wieloletnia kochanka). A jeśli już drobniejsze, to tak egzotyczne i energiczne, jak Josephine Baker, z którą miał podobno romans na statku płynącym do boskiego Buenos. Ile w tym prawdy, a ile plotek, trudno powiedzieć, ale nie ten temat interesuje mnie w tej chwili najbardziej. Chcę wiedzieć coś innego – jak urosnąć ten brakujący centymetr???

[fot. Łukasz Pancewicz]

Turystyka bjarkeingelsowa

VM_01

Od wyjazdu minął już ponad miesiąc, a ja wciąż wracam myślami do Kopenhagi. Wracam na tyle intensywnie, że na zajęciach ze studentami automatycznie przychodzą mi do głowy duńskie projekty. Kiedy podczas wykładu o narzędziach opisywania i interpretowania architektury miałam wybrać przykład diagramu wyjaśniającego, skąd wzięła się koncepcja, nie trafiło ani na Roberta Koniecznego, ani nawet na MVRDV, ale na BIG i VM Houses. Ten schemat nie mógłby być banalniejszy, ale jego siła leży w prostocie pokazania, jak kilka modyfikacji standardowego układu potrafi przełożyć się na  bogate połączenia widokowe i formę. Ale te budynki mają coś jeszcze: szalone balkony, na tle których oczywiście musiałam sobie zrobić obowiązkowe selfie. Na zdjęciach wyglądają na jakiś wyrafinowany element architektoniczny, a w rzeczywistości są bardzo racjonalnie zaprojektowane.Naliczyłam zaledwie trzy typy trójkątnych, stalowych, podwieszonych balkonów – symetryczne oraz przekrzywione na lewo i na prawo. Sprawiają wrażenie nieregularnie wystających z elewacji kolców, a wszystko dzięki temu, że ustawiono je według zasady „kontrolowanego chaosu” – nigdy nie liniują się więcej niż dwa z nich. A może liniują, tylko od patrzenia zaczęło mi się kręcić w głowie:) VM_02

[Szalone balkony]

VM_03

[Tak wygląda spokojniejsza strona] VM_04

[Lepiej niż w Jednostce Marsylskiej! Podniesienie budynku o jedną kondygację umożliwiło zorganizowanie na poziomie zero parkingu rowerowego chroniącego jednoślady przed deszczem, ścianki wspinaczkowej oraz wydzielenie świetlicy dla mieszkańców]

VM_05

[Gdzieniegdzie coś się sypie lub odpada, ale to nie jest architektura, która ma przetrwać stulecia]

Obok VM Housing (czyli w nowej dzielnicy Ørestad, dziesięć minut koeljką do centrum), stoi równie znana mieszkaniowa realizacja BIG (z JDS): Bjerget czyli Mountain Dwellings. Tarasowo schodzące mieszkania przykrywają parking. Na parking można wejść (mogą z niego korzystać nie tylko mieszkańcy budynku), więc oczywiście zaczęliśmy biegać po poszczególnych kondygnacjach, próbując zrozumieć, jak ten budynek jest w ogóle zorganizowany. Zobaczyła nas pewna wjeżdżająca właśnie samochodem pani i widząc nasze zainteresowanie oraz pewnie przyzwyczajona do przewalających się tabunów architektów, zapytała, czy studiujemy architekturę. Jak się nagle poczułam młodo:) Co odpowiedzieliśmy? „My już nie, ale nasi studenci tak”. Chyba ją to przekonało, że może warto nam pokazać więcej, a może uznała, że przydałaby się jej pomóc z wniesieniem zakupów, bo zaprosiła nas do siebie. Dopiero w jej mieszkaniu dotarło do nas, jak wyjątkowy jest ten budynek. Można się tam naprawdę poczuć jak we własnym domu ze słonecznym ogrodem, z pięknym widokiem na kanał, zieleń i domy. Właścicielka mieszkania, które oglądaliśmy, przeniosła się tam po śmierci męża z domu jednorodzinnego i stwierdziła, że w Bjerget ma wszystko to, co wcześniej w domu. Prywatność  jest zapewniona dzięki skrzyniom na rośliny (z systemem irygacji podłączonym do zbierania deszczówki – nadwyżkami są spłukiwane toalety). Są na tyle szerokie, że nie można się przez nie wychylić, żeby zobaczyć, co robią sąsiedzi piętro niżej. Aby zachować spójny wygląd budynku, zostały ustalone pewne zasady, których muszą przestrzegać wszyscy mieszkańcy. Drewna na tarasach nie wolno pomalować ani polakierować, nie można też ingerować we wspomniane skrzynie, gdzie posadzono pnącza. Opiekuje się nimi ogrodnik, który na tarasy wchodzi systemem furtek – podobno nie puka, a wcześniej nie ma ostrzeżeń, kiedy będą przycinane rośliny, więc z tą prywatnością różnie bywa:) Mieszkania w Bjerget okazały się nadzwyczaj popularne i podobno na liście oczekujących na mieszkania (z drugiej ręki) jest około stu osób. Nie tylko dlatego, że mieszka się tam świetnie, ale również z uwagi na projektanta. Okazuje się, że Duńczycy znają swoich starchitektów i mieszkanie w budynku zaprojektowanym przez Bjarke Ingelsa to niezły prestiż.

Mountain_06

[U gory schodzące tarasowo mieszkania, na dole parking] Mountain_07

[A tak ten tarasowy krajobraz wygląda od strony kanału. Nie dość, że tarasy są świetnie nasłonecznione, to jeszcze rozpościera się z nich kapitalny widok] Mountain_08

[Odjechany parking pod tarasową płytą mieszkań i winda, która z uwagi na nachylenie bardziej przypomina kolejkę górską]

Mountain_02

[Przy wejściach widać troskę o szczegóły: identyfikację wizualną i małe wycofanie, dzięki czemu na korytarzach nie walają się buty ani wycieraczki. Każde piętro ma okładziny w innym kolorze. To niby ograny motyw, ale w tym przypadku jest nawiązaniem do kolorów używanych przez Vernera Pantona – ależ ci Duńczycy mieli szczęście do świetnych designerów.]

Ale już 8 Tallet – dom-ósemka, nieco mnie przeraził swoją skalą. Obejmuje różne typy mieszkań, w tym ustawione wzdłuż krawędzi „domki jednorodzinne”, ale w najwyższych częściach sprawia wrażenie zwykłego, obłożonego aluminiowymi płytami bloku. Nietypowego co prawda, bo z zielonymi, ostro schodzącymi dachami i dynamiczną formą, również dziedzińców. Stamtąd zdjęć nie będzie, bo chociaż dziedzińce  są otwarte i każdy może zrobić sobie przez nie skrót, co przy budynku tej wielkości zdecydowanie ma dużo sensu, przy każdym wejściu znajdują się napisy po duńsku i angielsku z prośbą o uszanowanie prywatności mieszkańców, a przede wszystkim o powstrzymanie się od wykonywania fotografii. Muszą być nieźle zmęczeni przyjeżdżającymi z całego świata architektami. Jak widać istnieje nie tylko „turystyka architektoniczna”, ale też jej podkategoria – „turystyka bjarkeingelsowa”. 8 House_04 8 House_03

[„Domki jednorodzinne” wzdłuż krawędzi]

PS W drodze z lotniska podsłuchiwaliśmy uważnie, o czym opowiadał polski kierowca busa jednej z pasażerek. Oprócz standardowych komentarzy na temat poziomu życia w Danii pojawiły się wątki architektoniczne. Pierwszy dotyczył łazienek, które podobno są nieproporcjonalnie małe względem powierzchni mieszkań i domów. Drugi – pracowni architektonicznych w Kopenhadze, które według kierowcy zatrudniają polskich studentów architektury. Studenci są szczęśliwi, że mają w cv staż w znanym biurze, a biura dzięki naszym rodakom wygrywają wszystkie konkursy, a jednocześnie… mało im płacą. Ot, taki architektoniczny spisek;)

[fot. Monika Arczyńska]

Tzw. „aktywny wypoczynek”

plakat architektour_bez sti_DRUK_CMYK

Takie urlopy to ja rozumiem. Jedni jeżdżą na narty, drudzy na żagle, a ci walnięci na punkcie architektury jeżdżą oglądać nowe realizacje albo wpadają na warsztaty projektowe. Kiedy kilka miesięcy temu otrzymałam zaproszenie do wzięcia udziału w Architektour najpierw jęknęłam z rozpaczy, że to aż tydzień urlopu, ale ostatecznie doszłam do wniosku, że nie mogę sobie wciąż odmawiać tych architektonicznych odpowiedników stoków i jachtów. Przyznaję, że ostatecznie przekonały mnie trzy kwestie. Przede wszystkim to, co słyszałam o poprzednich edycjach – świetnie zorganizowane, z kapitalnymi wydarzeniami towarzyszącymi, z grupą zakręconych na punkcie projektowania studentów z całej Polski. Działo się tyle, że nie jestem w stanie wymienić tu wszystkich wydarzeń towarzyszących, a z planów zwiedzenia Książa czy Sokołowska nic nie wyszło. Hotel Sudety widziałam tylko z taksówki.

Drugi czynnik to prowadzący. W tym roku wśród tutorów znaleźli się między innymi HS99, Centrala, Kuba Woźniczka, Dariusz Śmiechowski i WWAA (Natalia i Marcin przyjechali z synami i przyznaję, że zamiast o projekty podpytywałam głównie o to, jak organizacyjnie radzą sobie z pogodzeniem obowiązków rodzinnych i prowadzeniem biura jednocześnie). Przyjemnie było znaleźć się w takim towarzystwie i posłuchać, co w tutejszej trawie piszczy, bo z uwagi na pracę cały czas czuję się nieco wyrzucona poza kategorię „polska architektura”.

A_WWAA

[WWAA czyli „2,5 tutora”]

Trzeci czynnik to lokalizacja. Nigdy wcześniej nie byłam w Wałbrzychu, a słyszałam tyle niezbyt pochlebnych opinii o tym mieście, że postanowiłam zobaczyć na własne oczy czy to prawda. I jak to Tischner mówił „są trzy rodzaje prawdy: świento prawda, tys prawda i gówno prawda” €- w przypadku Wałbrzycha to zdecydowanie ta trzecia. Tam jest po prostu przepięknie! Miasto jest położone w dolinach, otoczone górami, wszędzie widać mnóstwo zieleni, a poza tym powala fantastycznie zachowana architektura z czasów, kiedy życie tętniło i pod ziemią, w kopalniach, i w mieście. Najbardziej zachwyciło mnie Nowe Miasto, jedna z dzielnic mieszkaniowych z sielankowymi skwerami. Obecnie wyjątkowo sielankowymi, bo na południu Polski drzewa są właśnie obsypane kwiatami.

A_Rynek

A_Walbrzych

Ale największe i najbardziej pozytywne warsztatowe zaskoczenie to… studenci. Tak ogarniętych, zdolnych, pracowitych, a jednocześnie sympatycznych osób w takiej liczbie (około setki!), kompletnie się nie spodziewałam. Oczekiwałam raczej typowych warsztatowych problemów -€“ rozłażenia się zamiast pracy, cynicznego kwestionowania wszystkich decyzji bądź zbyt dużej liczby liderów przepychających swoje pomysły. Nic takiego nie miało miejsca, przynajmniej nie w grupie, z którą miałam przyjemność pracować. A grupa trafiła mi się absolutnie wspaniała: czternaście fantastycznych osób z różnych części Polski, w tym dwoje  moich byłych studentów z Gdańska. To były moje pierwsze warsztaty i przyznaję, że miałam lekkie obawy, jak to wszystko będzie wyglądało. Po pierwszej dyskusji może jeszcze nie panikowałam, za to przestraszyłam się, jak wyrobimy się czasowo, bo po kilku godzinach dyskusji o zadanym obszarze nie doszliśmy do żadnych konkretnych wniosków. Szybko okazało się jednak, że niecałe cztery popołudnia wystarczyły, aby wymyślić koncepcję, ustalić rozwiązania przestrzenne i program, zrobić makietę oraz – to wypadło szczególnie dobrze – przygotować prezentację. Podczas semestralnego projektu, jaki zwykle prowadzę, jest czas, żeby nauczyć się nowych umiejętności. W warsztatach chodzi przede wszystkim o pracę w grupie, a ponieważ czasu jest mało, trzeba jak najefektywniej wykorzystać to, co każdy w grupie już potrafi. Zaczęliśmy od przedstawienia się -€“ każdy opowiadał nie tylko o sobie i własnych zainteresowaniach, ale także o mocnych stronach. Okazało się, że skład sprawdził się idealnie, bo mieliśmy i osoby zainteresowane głównie projektowaniem w skali architektonicznej, studentów o zacięciu urbanistycznym, społecznym, ale także specjalistów od makiet i animacji. Podział obowiązków okazał tak doskonały, że nikt ani przez chwilę nie kręcił się bezczynnie, a cały projekt udało się przeprowadzić bez paniki, że zaraz skończy się czas. Ostatniej nocy wszyscy spali po kilka godzin, chociaż baliśmy się zarwania nocy. Pod koniec studenci żartowali, że chyba powinni założyć biuro, bo tak im się dobrze razem pracuje. Mogłabym taką pracownię prowadzić:) Obyło się bez zbędnych animozji, nikt się na nikogo nie obraził, nikt nie trzaskał drzwiami, za to czuło się, że wszyscy grają w jednej drużynie. Ostatniego dnia każdy w zespole miał tak precyzyjnie ustalony zakres pracy, że w pewnej chwili usłyszałam żartem, że… grupa już mnie nie potrzebuje. O to właśnie chodziło! W ciągu zaledwie kilku dni ekipie udało się przygotować konsekwentny, mocno osadzony w wałbrzyskich realiach projekt, a do tego przedstawić go w kapitalnej prezentacji (można ją zobaczyć tutaj, a wkrótce wystawa projektów będzie prezentowana na wydziałach architektury). Po ostatecznych przeglądach mnóstwo osób przyszło z gratulacjami i wszyscy czuliśmy, że udało się odwalić kawał dobrej roboty. Jestem z Was bardzo, bardzo dumna!

A_Ekipa przy pizzy

[Grupa 6 przy pizzy…]

A_Ekipa przy pracy

[…i przy pracy]

Przy okazji wydarzyła się dość komiczna sytuacja. W wałbrzyskiej edycji Architektour te same tematy były opracowywane przez dwa zespoły. Naszą lokalizacją, starą winiarnią w okolicach wałbrzyskiego rynku, zajmowała się równolegle grupa prowadzona przez WWAA. Proszę sobie wyobrazić nasze zaskoczenie, kiedy wpadając ostatniego dnia rano na „konkurencję” pstrykającą zdjęcia makiety odkryliśmy, że… oba projekty są prawie identyczne. Zarówno w ogólnych założeniach wykorzystujących spadki terenu, jak i w takich szczegółach, jak pozostawienie tej samej ściany ruin winiarni i dodanie mniejszych kubatur. Ba, powtarzała się nawet większość użytych w makiecie materiałów! Studenci najpierw zaczęli podejrzewać jakieś szpiegowskie praktyki, ale rzecz jasna nic takiego nie miało miejsca. Za to zaskoczona tym zbiegiem okoliczności grupa dodatkowo zmobilizowała się, żeby czytelnie przedstawić, skąd wzięła się koncepcja i dlaczego ostateczny przestrzenny efekt jest taki, a nie inny. Wyszło fantastycznie. Okazało się, że punkty wyjścia dla obu projektów były całkowicie odmienne i ostatecznie doszliśmy wspólnie od wniosku, że obie koncepcje można by zintegrować w jedną.

A_Prezentacje

A_WWAA_projekt

[Znajdź różnice:)]

Oczywiście oprócz intensywnej pracy był czas na dyskusje przy winie -€“ i z innymi tutorami, i ze studentami. Te drugie były szczególnie ważne, także dla mnie. Nie dość, że entuzjazm studentów jest zaraźliwy, to podyskutowaliśmy sobie przy okazji o edukacji architektonicznej. Ostatniego dnia po prezentacjach spadło kompletnie ciśnienie i gdzieś zniknał podział student-prowadzący. Poza tym miło było usłyszeć, że najgorszy moment warsztatów to powrót.

I wiecie co? Po tych wałbrzyskich doświadczeniach już się nie martwię o przyszłość polskiej architektury.

PS Ten warszawsko-radomsko-wrocławsko-wałbrzyski tydzień miał swoją chorzowsko-katowicką kontynuację w weekend. Ale o tym wkrótce, żeby nikogo nie zamęczać zbyt długimi postami, tym bardziej, że w kolejce czekają jeszcze kopenhaskie. Kolejna cudowna klęska urodzaju!

[Fot. Monika Arczyńska]

Kronika towarzyska

img_8061

Uff, jak dobrze w końcu się wyspać. Co prawda ominęły mnie szaleństwa na parkiecie na pierwszej imprezie warsztatów Architektour, ale po warszawsko-radomsko-wrocławsko-wałbrzyskim maratonie i pobudce o 06:30, żeby jeszcze przed wyjazdem do Wałbrzycha odwiedzić jedną budowę, padłam na łóżko i już. Takich padnięć na łóżko w miniony weekend było więcej, a zaczęło się od piątkowej gali rozdania nagród w konkursie „Życie w architekturze”.

W temacie gali, a zwłaszcza tego, co po gali, podpisuję się pod wszystkim, co napisał na swoim blogu Robert Skitek. Z Robertem pierwszy raz spotkaliśmy się właśnie w Warszawie – wcześniej czytaliśmy i komentowaliśmy nawzajem posty, a teraz w końcu nadarzyła się okazja, żeby pogadać na żywo. Oprócz Roberta pierwszy raz spotkałam też m.in. Tomka Bojęcia z BlokBloga, z którym za kilka tygodni będziemy organizować w Gdańsku kolejną z BlokBlogowej serii debatę o edukacji architektonicznej w Polsce. W końcu pogadaliśmy chwilę z Romkiem Rutkowskim, bo dotychczas mijaliśmy się na podobnych imprezach, mimo że „czytamy się” nawzajem. Pomarudziliśmy trochę na temat dziwactw różnych wydawnictw, przeredagowywania tekstów i cenzury. Ale w takich przypadkach na marudzeniu się z reguły kończy, bo ten rynek, podobnie jak rynek projektowy, rządzi się swoimi prawami i z zamówieniami na teksty bywa podobnie jak z architekturą – można albo zaakceptować wymagania klienta, albo zrezygnować ze zlecenia.

blogowo

[Blogowo czyli Tomek Bojęć i Przemek Chimczak z BlokBloga oraz Marcin Szczelina z Architecture Snob]

Relacje z takich imprez to taka trochę kronika towarzyska. O realizacjach i sprawach zawodowych wszyscy są mniej więcej na bieżąco, więc najbardziej intryguje kto, z kim, gdzie i jak, czyli kto jest właśnie z kim pokłócony, kto udaje, że kogo nie widzi i kto jest właśnie dla kogo wyjątkowo przyjemny, bo ma do załatwienia jakiś interes. Wizytowniki pękają w szwach od nowych kontaktów i znów robiło mi się miło, gdy kolejne poznawane osoby przyznawały się, że zdarza im się czytać SIX LETTER CITY. Skończyło się nad ranem (oj dużo było wina, dużo), ale znów jestem zawiedzona, bo nie było ani żadnych tańców na stołach, ani żadnych sensacji. Strasznie się pilnuje to nasze rodzime środowisko. A przecież do końca zostali sami architekci, a nie żadni potencjalni klienci, przed którymi należałoby udawać nadzwyczaj poważnych projektantów.

Tempo rozdawania nagród było naprawdę ekspresowe, nie było ani podziękowań, ani wzruszeń, ani łez. Może wszyscy czuli się już tak przemaglowani przez jury po serii prezentacji w Zachęcie kilka tygodni wcześniej, że tylko z ulgą odebrali nagrody i zapozowali do zdjęcia ze statuetką. Najbardziej zdziwiło mnie jednak to, że chociaż nazwiska zwycięzców do samego końca były utrzymane w tajemnicy, nie było efektu zaskoczenia. W sumie jestem zadowolona z wyników, chociaż przyznaję, że nie widziałam wielu projektów – to w końcu „świeżynki” z ostatnich dwóch lat i to na dodatek zlokalizowane w różnych częściach Polski. Część zaległości już ponadrabiałam, katowickie nowe obiekty zamierzam zwiedzić w weekend. W każdym razie te realizacje, które dobrze znałam i co do których miałam pewne wątpliwości (jak osiedle „Nowe Orłowo” projektu Arch-Deco) nie otrzymały statuetek. Wyjątkowo mocno trzymaliśmy kciuki za Roberta i kiedy ogłoszono nominacje w kategorii „Najlepsza przestrzeń publiczna” zaczęliśmy skandować „Ski-tek, Ski-tek”, ale niestety, w kopercie znajdował się inny projekt niż zagospodarowanie nabrzeży tyskiego jeziora Paprocan. Następnym razem!

myjaki

[Pilnie strzeżone przedmioty pożądania]

IMG_8043

[Robert Skitek i Marcin Kwietowicz]

IMG_8050

[Polskie starchitekty]

IMG_8039

[I jeszcze więcej polskich starchitektów]

scianka

[Jest gala, jest ścianka. A na ściance Mariusz Ścisło i Janusz Sepioł]

Jajeczna archizagadka

Wielkanoc_2015

Wróciłam właśnie z krótkiego wypadu do Kopenhagi. Przywiozłam tyle zdjęć i wrażeń, że mogłabym nie pisać na blogu o niczym innym przez kolejny miesiąc (eh, a nie zdążyłam nawet opublikować wszystkich planowanych relacji z poprzednich wyjazdów). Aby jak najwięcej czasu spędzić na zwiedzaniu, ograniczyłam okołoblogowe aktywności i wrzuciłam tylko na facebooka ostentacyjne selfie z mieszkaniówką Bjarke Ingelsa w tle. To tylko jedna z jego realizacji, do której udało mi się dotrzeć – wszystkie okazały się zaskakujące i prawie wszystkie mnie zachwyciły, chociaż znając je wcześniej ze zdjęć spodziewałam się, że zrobią na mnie zdecydowanie mniejsze wrażenie. Ale o tym na pewno wkrótce pojawi się oddzielny wpis.

W związku z wyjazdem nieco nawaliłam z życzeniami wielkanocnymi – przepraszam! W ramach rekompensaty mam dla Was wielkanocną, jajeczną zagadkę:

Który nowy polski budynek  jest jak jajko: biały na zewnątrz, a w środku złoty?

Zawsze bawiły mnie silikonowe foremki do jajek sadzonych, w różnych kształtach – myślę, że w budynku, o którym mowa, można by sprzedawać właśnie takie, jak na powyższym obrazku, jako suweniry. No chyba, że sadzone jajko nie licuje z powagą instytucji, której ten budynek jest siedzibą:) Rozwiązanie jeszcze w tym tygodniu.

[zagadka Maks Bochenek, kolaż Monika Arczyńska]

I Ty zostaniesz gadżeciarzem

Zrobione przy użyciu Lumia Selfie

Stało się. Po wielu latach wierności przedpotopowej nokii, oporowi wobec ekranów dotykowych oraz ogólnego antygadżeciarstwa i ja zdecydowałam się na smartfon. Dotychczas dumnie omijałam te urządzenia szerokim łukiem, cichutko śmiejąc się z blogerów robiących selfie z dzióbkami przy każdej możliwej okazji i czułam się doskonale będąc „ponad”. Brak smartfona wydawał mi się wyrazem antykonsumpcyjnego stylu życia, tak jak brak samochodu i telewizora. Hm, o kolekcji butów cicho sza… Bloger powinien jednak mieć cały czas możliwość robienia zdjęć, a aparat, który zepsuł się na Putinie, nadal nie jest naprawiony. Zresztą moje torebki są zwykle tak przeładowane, że nie ma już w nich miejsca nawet na niewielki aparat (tak, proszę Państwa, jestem architektem nieposiadającym lustrzanki). Zdecydowałam się w końcu na smartfon, oczywiście ten bez jabłka, bo to byłby przecież szczyt gadżeciarstwa i… no właśnie, jak mogłam żyć bez dostępnego 24/7 aparatu? Rach-ciach i blogowe zdjęcie gotowe. Chciałabym jeszcze tylko mieć możliwość zrobienia „pstryk” i cudownego wygospodarowania czasu na pisanie tych wszystkich zaległych postów.

Nadal uważam jednak, że telefon służy głównie do dzwonienia i smsów,  więc po prostu uznaję go za medium podstawowej telekomunikacji, tyle, że z wbudowanym aparatem. Nie chce mi się nawet szukać żadnych aplikacji ani dodatkowych funkcji – zainstalowałam sobie tylko latarkę, bo ostatnio prawie połamałam nogi oglądając lokal, w którym właściciel odciął prąd. Zaskakują mnie więc cały czas absurdalne dodatki, które odkrywam zupełnym przypadkiem. Najbardziej groteskowe wydaje mi się… edytowanie selfie. Wiedziałam, że istnieją filtry, dzięki którym można poprawić kolorystykę zdjęcia, ale możliwość powiększenia oczu, wybielenia zębów czy wyszczuplenia twarzy jednym kliknięciem to już chyba lekka przesada. Oczywiście od razu zaczęłam testować na sobie, ale nie pokażę efektów podrasowania własnej fizjonomii, bo zwłaszcza opcja powiększania oczu robi ze mnie jakieś Bambi. Nie mogłam jednak powstrzymać się od poeksperymentowania. Architektonicznego, oczywiście.

Eksperyment 1

Co zrobi smartfon ze zdjęciem „Domu-Twarzy” Kazumasa Yamashity (Kyoto, 1974)? Wybieli pożółkłe ramy drzwi wejściowych? Powiększy okrągłe okna na drugim piętrze? Wygładzi zmarszczki na elewacji i poprawi kolorystykę fasad? Nie, nic z tych rzeczy. Nic nie zrobi, bo… nie rozpoznaje twarzy. Serio? Jak można nie rozpoznać twarzy w tym budynku?

Kazumasa Yamashita Kyoto Face House 1974_architectstudio3d.org

Eksperyment 2

Eksperyment zakończony sukcesem, twarz rozpoznana. Na szczęście aplikacja nie usunęła pewnego znaku szczególnego na nosie, bo Zaha H. bez brodawki nie byłaby Zahą H.

Zaha

Wniosek

Nie dość, że samo urządzenie nie jest zbyt mądre (nie rozpoznać twarzy u Yamashity?), to na dodatek ma działanie lekko ogłupiające. Zamiast wygładzać cerę pani Hadid powinnam dzielnie zasuwać nad projektem, przygotowywać wykłady albo popracować nad kolejnym artykułem. Ale może czasem w poniedziałkowe popołudnie potrzebna jest odrobina odmóżdżającej rozrywki?

[fot. Monika Arczyńska, http://www.architectstudio3d.org, http://www.walesonline.co.uk]

 

To był dobry rok!

2014_male

Po ostatnich irlandzko-palestyńsko-izraelskich rozjazdach mam tyle do pisania, że nie wiem, od czego zacząć. A ponieważ wszyscy blogerzy publikują teraz swoje podsumowania roku, to nie będę silić się na oryginalność, tylko zrobię to samo. Nie przebiję co prawda Maffashion, której ostatnio trafił się kontrakt dla Versace, ale branża architektoniczna jest jednak mniej glamour od modowej. W każdym razie „Bryła” donosi, że to był dobry rok dla polskiej architektury. Dla mnie też, bo chociaż nie udało mi się zrealizować wszystkich zaplanowanych na ten rok założeń, działo się znacznie więcej, niż się spodziewałam. Oto moje podsumowanie:

1. Więcej pisać!

Udało mi się zrealizować najważniejsze postanowienie sprzed roku! Nie dość, że moja współpraca z „Architekturą Murator” jeszcze nigdy nie była tak intensywna, to na dodatek szykują się nowe szanse na publikacje. O nich na razie cicho sza, żeby nie zapeszać.

2. SIX LETTER CITY.

Utrzymuję regularność blogowych wpisów, chociaż bałam się, że nawał pracy mi to uniemożliwi. Liczba czytelników rośnie, odzew jest pozytywny, a podczas gdyńskiej Pecha Kucha okazało się, że nie tylko architektów bawią opowieści o mizianiu budynków, przystojnych projektantach i rozterkach młodej architekt. Dziękuję!

3. Heneghan Peng.

Nadal pracuję na odległość dla mojego ulubionego biura, a telepraca okazuje się tak sprawna, że większość branżystów nie orientuje się chyba nawet, że na co dzień jestem w Gdańsku, a nie w Dublinie. Internecie, jesteś potężny! I chociaż moskiewski projekt w dalszym ciągu przeraża mnie swoją wielkością i poziomem skomplikowania, nie poddaję się i walczę jak lwica, żeby finalny efekt był jak najlepszy. Poza tym trzy inne projekty, nad którymi pracowałam wcześniej, są w trakcie realizacji. O Galerii Narodowej w Dublinie i Muzeum Palestyny wkrótce napiszę, bo w grudniu odwiedziłam obie budowy.

4. Rosyjski.

To pozornie mało architektoniczna kwestia, jednak ściśle związana z moskiewskim projektem. Chociaż nie mówię jeszcze swobodnie i sporo wody w Wołdze upłynie, zanim osiągnę satysfakcjonujący dla mnie poziom, techniczny rosyjski „wchodzi” mi coraz łatwiej. Ponieważ pracowałam projektowo głównie poza Polską, jako pierwsze przychodzą mi do głowy angielskie określenia. Teraz jako drugie będą przychodzić rosyjskie, a studenci zaczną dostawać ataków śmiechu, kiedy w ferworze opowiadania o projekcie będę rzucać tekstami „No, jak to się nazywało po polsku, mam to przecież na końcu języka!”.

5. Menthol Architects.

Będę ich promować ich przy każdej możliwej okazji nie tylko dlatego, że sa moimi serdecznymi przyjaciółmi, ale przede wszystkim bardzo cenię ich projekty i jestem pod nieustającym wrażeniem świeżości ich pomysłów. To był ich pierwszy rok w Polsce i już zostali zauważeni (mam nadzieję, że przyczyniło się do tego moje trzymanie kciuków). Poza tym nie dość, że pomimo odległości między Gdańskiem a Wrocławiem udaje nam się w miarę często spotykać (w Dublinie byliśmy sąsiadami), to na dodatek w końcu przetestowaliśmy, jak nam się razem projektuje. Mam nadzieję, że nie ostatni raz!

6. Biennale w Wenecji.

To zdecydowanie najważniejsze architektoniczne wydarzenie ubiegłego roku, w jakim miałam okazję uczestniczyć. Koolhaas jest nie do przebicia i już współczuję dyrektorowi kolejnego Biennale, bo nie wiem, co musiałby zaproponować, żeby porównania nie wypadły na jego niekorzyść.

6. Podróże

Jak na mocno zajęty rok, nie było źle. Oprócz Wenecji udało mi się dwa razy wpaść do Berlina (Berlinie, jak dobrze, że jesteś tak blisko!), odwiedzić Dublin i wyskoczyć na Bliski Wschód. W kolejce czekają jednak przede wszystkim polskie miasta, w których nie byłam od lat. Wrocław „odhaczony”, Poznań może uda mi się odwiedzić wiosną. Próbuję również wybrać się do Szczecina, żeby w końcu zobaczyć Filharmonię. Śledzę regularnie repertuar, żeby znaleźć jakiś sobotni koncert, bo to dla mnie jedyna możliwość, żeby wpaść tam na weekend, ale jak na złość w soboty odbywają się tylko warsztaty dla dzieci. Szanowna Dyrekcjo, proszę pomyśleć, ilu architektów chętnie przyjechałoby na weekend i jakie spowodowałoby to ożywienie ruchu turystycznego w mieście!

7. Uczelnia.

Musiałam co prawda ostatnio zredukować liczbę godzin dydaktycznych z powodu moskiewskiego projektu, ale już w następnym semestrze będę znów prowadzić dwa przedmioty projektowe i wykłady na Uniwersytecie Gdańskim z Planowania Rozwoju Miast. A jesienią być może poprowadzę w Gdańsku warsztaty. Niedługo na BlokBlogu pojawi się również mój tekst o edukacji architektonicznej w Polsce.

8. Teatr.

Odkąd wyprowadziłam się z Dublina, nie wyjeżdżam już na festiwal w Edynburgu, za to w końcu udało mi się ponadrabiać zaległości teatralne w Polsce. I tu też pojawi się architektoniczny motyw, bo jeden z najlepszych spektakli, jakie udało mi się zobaczyć w minionym roku, to „Bitwa warszawska 1920” Pawła Demirskiego w reż. Moniki Strzępki. A Paweł, zanim zajął się teatrem, przez chwilę studiował w Gdańsku architekturę, na moim roku i to na dodatek w tej samej grupie dziekańskiej. Byłam bardzo ciekawa „Bitwy”, bo dotychczas znałam tylko jego sztuki sprzed współpracy z Moniką Strzępką. Okazało się, że to jeden z tych spektakli, po którym wychodzi się z teatru z głową pełną kotłujących się myśli i emocji, które nie opadają przez kolejne dni. Paweł, dziękuję, że nie zostałeś architektem (chociaż z geometrii wykreślnej byłeś niezły:)

9. Ludzie.

To zdecydowanie najważniejszy punkt 2014 roku. Poznałam świetnych architektów i niearchitektów. Udało mi się podtrzymać przyjaźnie z osobami z różnych zakątków Europy oraz w końcu poznać razem osoby, które nie miały wcześniej okazji się spotkać. Wynikło z tego kilka ciekawych znajomości. Kursowanie między Trójmiastem a Łodzią również ma swoje plusy – dzięki kapitalnemu towarzystwu w obu miejscach czuję się świetnie, ale moje miejsce jest jednak nad morzem.

10. 2015.

Ale najważniejsze, że kolejny rok też zapowiada się interesująco. Dogrywam właśnie kilka projektów – dam znać, kiedy tylko uda mi się z nimi ruszyć. Mam nadzieję, że czasowo  pozwoli mi na to zaległy urlop z… 2012 roku:)

Ściskam kciuki za Wasze i własne plany!

[fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz, Lila Krzycka, Marcin Nowiński]

Sezamie, otwórz się!

P1010101

Panie Holl, z okazji urodzin życzę Panu tyle lat w dobrym zdrowiu, ile jest okienek w Simmons Hall!

Przyznam się przy okazji, chociaż wstyd mi strasznie z tego powodu, że przez kilka miesięcy mieszkałam obok tego budynku i mijałam go przynajmniej dwa razy dziennie, ale nigdy nie udało mi się wejść do środka. A przecież wszystko, co najciekawsze oprócz tych podziurawionych kwadratami elewacji to właśnie środek z dziwnymi „płucami” czy raczej „przetchlinkami” wcinającymi się nieregularnie do wnętrza. Pomimo sporych przeszkleń na parterze nie można ich jednak zobaczyć z ulicy, a wejścia strzegły czytniki kart, kamery i alarmy. Planowałam, że kiedyś pogadam z którymś z wchodzących tam studentów, powiem, że jestem architektem i bardzo chciałabym wejść do budynku, żeby sobie popatrzeć, ale mijał tydzień za tygodniem i nigdy tego nie zrobiłam. Chyba bałam się, że zostanę potraktowana jak potencjalna terrorystka.

Przy okazji tej historii przypomniała mi się zaskakująca skuteczność w dostawaniu się w różne niedostępne miejsca na hasło „Jestem studentką architektury i bardzo chciałabym wejść do tego budynku”. To prawie jak „Sezamie, otwórz się!” – ten tekst otwierał drzwi zarówno do zamkniętych na cztery spusty kościółków na odludziu, niedostępnych dla zwiedzających instytucji czy działających fabryk. Gdybym posiadała atrybuty zmiękczające serca dozorców, na przykład długie blond włosy, wiedziałabym, skąd ta skuteczność (inne atrybuty trochę strach eksponować, jeśli zaraz ma się wejść do niedostępnego budynku z jakimś obcym cieciem). Dziś  wszędzie spacerują ochroniarze, a żeby wejść do jakiejkolwiek fabryki, trzeba by się pewnie zaanonsować z dużym wyprzedzeniem, załatwić stos pozwoleń, przejść szkolenie bhp i założyć strój ochronny. A przecież nie zapomnę spontanicznej wizyty w łódzkiej przędzalni, tej z „Ziemi obiecanej”, w której teraz znajdują się lofty „U Scheiblera”. Podczas warsztatów OSSA, tak odległych czasowo, że wstydzę się podać rok, wybraliśmy się tam ze znajomymi i chyba tak zaskoczyliśmy dozorcę swoją prośbą, że wpuścił nas do środka. A tam inny świat: stukot wielkich maszyn, kilometry przędzy i unoszące się wszędzie puchate obłoki pochodzących z niej włókien. Cieszę się, że mogłam zobaczyć tę przemysłową Łódź, bo lofty wydają się w porównaniu z nią zupełnie martwe. Cieszę się też z wielu innych miejsc, które udało mi się w ten sposób zwiedzić, bo był to jeden z ważniejszych elementów mojej architektonicznej edukacji. Taki Neufert na żywo – przegląd budynków o różnych funkcjach i formach, a także zajrzenie do ich bebechów. O najdziwniejszej wizycie napiszę kiedyś osobny post, bo zarówno budynek, jak i cała historia o tym, w jaki sposób udało mi się do niego wejść, są niesamowite. Do teraz chętnie wybieram się na różne nietypowe „drzwi otwarte” bez względu na to, czy są to drzwi na zaplecze teatru, elektrociepłownia czy zamknięta na co dzień loża masońska. Pewnie nie będę nigdy projektować loży ani elektrociepłowni, ale odwiedzanie takich miejsc pozwala później w niestandardowy sposób spojrzeć na rozwiązywane problemy projektowe. Obrazy, dźwięki i sposób organizacji przestrzeni zostają gdzieś w głowie i wracają, często nieświadomie, jako inspiracja. Polecam!

A na następnych zajęciach zapytam studentów czy hasło otwierające wszystkie drzwi nadal działa.

[fot. Monika Arczyńska]

Wiertła nie będzie

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Chicago Spire nie powstanie – ogłoszono to oficjalnie w ubiegłym tygodniu. Nie ma kasy i już – wszelkie próby poradzenia sobie z długami zawiodły i nie będzie ani wieżowca, ani parku projektu Calatravy. Akurat parku szkoda najbardziej, zwłaszcza, że jego realizacja miała być warunkiem, na podstawie którego udało się wynegocjować z miastem więcej pięter, niż pozwalały na to warunki planistyczne.

Wielkie Wiertło miało być najwyższym budynkiem w Stanach. Usłyszalam o nim pierwszy raz niedługo po rozpoczęciu budowy w 2007 – rok po moim przyjeździe do Dublina. W każdym irlandzkim biurze przy porannej kawie, zwłaszcza w czwartki, kiedy wychodził dodatek do „Irish Timesa” o nieruchomościach, nikt nie poruszał innych tematów niż „co kupić, gdzie i za ile”. A ponieważ deweloper Wiertła, Garrett Kelleher, to Irlandczyk operujący i na irlandzkim, i na amerykańskim rynku, postanowił zareklamować ten projekt w Dublinie. Tym bardziej, że w Stanach właśnie zaczynała pękać bańka na rynku nieruchomości i Amerykanie niezbyt ochoczo inwestowali w drogie apartamenty (pisaliśmy o tym dla Architektury-Murator 4/2008). Podczas promocji projektu krztusiłam się ze śmiechu słuchając specjalnie skomponowanego dla promocji inwestycji utworu (na orkiestrę symfoniczną, a co tam!) i dusiłam od zapachu świeżych lilii. Nie dość, że na promocyjne imprezy wynajęto cały georgiański park w centrum Dublina, to jeszcze projekt promował Liam Neeson, świeżo po jednym z popularniejszych filmów sensacyjnych. Gwiazdy filmowe ewidentnie przynoszą pecha inwestycjom deweloperskim – mieliśmy też w Polsce taki przypadek. Borys Szyc był twarzą loftów „U Scheiblera”, które co prawda zostały ukończone, ale do dziś próbuje je sprzedać syndyk. Widać gwiazda kina w kampanii reklamowej jest jak baba na pokładzie.

Rok po moim przyjeździe do Dublina to także rok przed recesją. Tematyka plotek przy kawie nagle zupełnie się zmieniła – rozmawiało się już nie o tym, co kupić, ale jak szybko sprzedać to, co się przed chwilą kupiło. Bańka pękła. Zapomniałam kompletnie o Wiertle i kiedy jakiś czas później wylądowałam w Chicago, przechodząc koło  rozgrzebanej działki, na której miało stanąć, nie zorientowałam się nawet, że to właśnie tam.

W sumie nawet nie jest mi smutno, że realizacja się nie zakończy. Żal mi tylko tych wszystkich osób, które straciły pieniądze oraz – to w ramach zawodowej solidarności – architektów, którzy spędzili nad tym projektem cały kawał życia. Kolejna rzecz w dorobku do szuflady. Poza tym mimo że lubię wieżowce, ten miał być naprawdę nieprzyzwoicie ogromny – po co robić Dubaj z pięknego Chicago? Wiertło byłoby wyższe od Hancock Tower, a Hancock Tower jest tak piękna, że aż żal by było stawiać obok jakąś konkurencję (to ten czarny, zwężający się ku górze wieżowiec w głębi, po lewej):

Chicago Spire

Poza tym Calatrava zaczął się powtarzać. Rozumiem, że przy mostach nie może sobie zbytnio poszaleć, bo w mostach już chyba niewiele nowego da się wymyślić, ale wieżowce to inna bajka. Chicago Spire to większa wersja Turning Torso z Malmö – ile można zbudować budynków opartych na tej samej zasadzie? Amerykanom Chicago Spire nie kojarzyła się z wiertłem, ale ze spiralnym lizakiem. Włochom pewnie z makaronem fussili, a plażowiczom z Międzyzdrojów z lodami tzw. „amerykańskimi” lub „maczanymi”.

Dla mnie to wiertło. Albo wydłużona wersja wkrętacza z Tytusa, Romka i A’Tomka (moc: 20 000 kretów mechanicznych).

tytus-romek-i-atomek-ksiega-xv_2_a

PS Podobno w pewnym momencie Kelleher wisiał Calatravie ponad 10 milionów dolarów. Czyli niepłacenie architektom to nie jest tylko polski problem. Mamy przechlapane.

[fot. Monika Arczyńska, „Tytus” ze strony http://www.komiksbaza.pl]

Nagród architektonicznych nigdy za wiele

IMG_2852_male

Nagród architektonicznych nigdy za wiele. Zwłaszcza nagród, którymi można wyróżnić kilkuletnie, lekko już zapomniane obiekty. A już przede wszystkim nagród, które zaproszeni do jury starchitekci wręczają innym starchitektom. Brzmi absurdalnie, ale z drugiej strony przynajmniej jest jakiś powód, aby przyjrzeć się realizacjom sprzed lat i sprawdzić, czy nadal wydają się świeże. To trochę jak wyciągnięcie z szafy kiecki, która kilka sezonów wcześniej wydawała się awangardowa. Jeśli nadal nadaje się do noszenia, nadal jest odważna i nie zjadły jej mole, to znaczy, że ząb czasu jej nie nadgryzł i będzie ją można jeszcze kiedyś założyć. Z budynkami jest podobnie – jeśli zostały uznane za przełomowe i ta przełomowość nie znika po kilku sezonach, to znaczy, że udało się stworzyć coś naprawdę ponadczasowego. Nie należy jednak mylić tego pojęcia ze „szlachetnością” czy „klasyką” – to kompletnie inne kategorie. Produkcja architektoniczna, którą Gehry zaliczyłby do 2%, nie jest jednak aż tak powszechna, aby przy ustalaniu nowej prestiżowej nagrody można było ciasno ustalać widełki kwalifikacji. Mogłoby się okazać, że w kategoriach „adaptacja budynków poprzemysłowych na cele edukacyjne” albo „betonowe budynki Australii ostatniej dekady XX wieku” mieści się zaledwie kilka obiektów i to nie tych gwiazd, co trzeba. W przypadku zainaugurowanej kilka dni temu MCHAP (Mies Crown Hall Americas Prize) kryteria rozciągnięto szeroko i czasowo (2000-2013), i geograficznie (obejmują obie Ameryki). Była impreza, szampan, znane twarze, nagroda pieniężna i oczywiście artykuły w branżowych mediach na całym świecie. Szef jury, Kenneth Frampton, zwrócił uwagę, że północno-południowe spojrzenie na obie Ameryki było dość wyjątkowe, bo najczęściej w kategoriach architektonicznych traktuje się wspólnie Amerykę Północną i Europę, ale… no właśnie, Europa zwyciężyła. W obu kategoriach, bo żeby wyróżnić więcej niż jeden obiekt (jak w tytule: nagród architektonicznych nigdy za wiele), podzielono rozpatrywany okres na dwa krótsze. W przedziale 2000-2008 wygrał Portugalczyk Álvaro Siza (za Iberê Camargo Foundation w Porto Alegre), a w 2009-2013 Szwajcarzy Herzog & de Meuron za wielopoziomowy parking przy 1111 Lincoln Road w Miami Beach. O tym drugim będzie dziś mowa.

O mojej niechęci do samochodów nie będę już wspominać, bo to się powoli staje nudne, ale parkingi – jestem na tak! Mają tak bogatą historię i tyle różnych typologii, że można by napisać o nich niejeden doktorat: parkingi na wodzie, parkingi pod ziemią, parkingi z automatycznym systemem wstawiania samochodów w przegródki. Poza tym parking – podziemny lub wielopoziomowy – to pozornie bardziej element infrastruktury niż architektury. A infrastruktura jaka jest, każdy widzi (jak z tym koniem w pierwszej polskiej encyklopedii). Raczej brudnawa, raczej szorstka, a jeśli już nieco wyrafinowana, to z reguły dlatego, że użyto w niekonwencjonalny sposób typowych dla niej materiałów (betonu, asfaltu, stali). Tyle, że chęć osiągnięcia bardziej wyjątkowego efektu traktowana jest najczęściej jako widzimisię architektów, bo po co wydawać dodatkowe pieniądze na coś, gdzie się tylko wjeżdża, zostawia samochód i wyjeżdża? Ma być tanio, efektywnie, trwale i łatwo do czyszczenia. Co można zrobić, żeby nie było przaśnie?

Podstawowe rozwiązania są dwa. Pierwsze to atrakcyjne opakowanie standardowej zawartości: żelbetowej lub stalowej konstrukcji projektowanej z założeniem możliwie najciaśniejszego upakowania aut. Pół biedy, jeśli opakowanie jest w stanie się wybronić. Tu panuje pełna dowolność, byle było ażurowo. Na jednym z ekologicznych osiedli we Freiburgu widziałam drewno – całość przypominała calkiem przyjemną szopę na auta. Mam też swój ulubiony parking w samym centrum Dublina, gdzie jako okładziny użyto metalowych korytek kablowych. Jest jeszcze inny, najpotworniejszy rodzaj elewacji parkingów, a mianowicie wersja historyzująca, strasząca dziurami bez okien (trzeba przecież wentylować tę przestrzeń). Najciekawsze wydają mi się jednak przykłady brytyjskiego brutalizmu, m.in. Trinity Square z lat 60., który stał w Gateshead (to ten parking, na którym Michael Caine dokonuje zabójstwa w „Dorwać Cartera”). Niestety, budynek został kilka lat temu zdemontowany, a na jego miejscu powstało TESCO. Na szczęście parking i dworzec autobusowy w Preston, z żelbetowymi prefabrykatami na elewacjach, udało się uratować.

Drugie rozwiązanie to zabawa kostrukcją i rozwiązaniem komunikacji. A bawić się jest czym, bo parking to nie tylko poziomy do parkowania, ale i rampy – proste, zakręcone, mniej lub bardziej strome. Parkować można również na pochylniach o niskim spadku i wtedy dopiero zaczyna robić się ciekawie, bo wielopoziomowy parking to jedyny obiekt architektoniczny, który może nie mieć żadnej horyzontalnej kondygnacji, a nadal pozostaje funkcjonalny. Aby bardziej wyeksponować konstrukcję, zamiast elewacji można zastosować same balustrady, tak jak m.in. w słynnych chicagowskich „kukurydzach”. Wówczas fasad nie ma, pozostają same stropy:

IMG_0269

Taką decyzję podjęli również Herzog & de Meuron w przypadku 1111 Lincoln Drive. Dzięki temu na parkingu jest również bezpiecznie – ani przez chwilę nie ma się wrażenia, że to zamknięta przestrzeń z czyhającymi złoczyńcami (wszyscy kojarzą charakterystyczny stuk szpilek przestraszonych bohaterek amerykańskich thrillerów, prawda?). Trochę to w sumie zaskakujące, że mistrzowie perforowanych fasad zdecydowali się na tak kategoryczne odejście od tego, co stanowi ich znak firmowy. Spektakularny efekt osiągnięto tu przede wszystkim dzięki zastosowaniu konstrukcyjnych elementów w formie prostych płyt – stropy nie mają żadnych belek na krawędziach, zamiast standardowych słupów stoją zgeometryzowane wycinki ścian, nie ma podciągów, a całość przypomina domek złożony z kart. Z betonowych kart. Absurdalnie cienkie brzegi stropów wydają się aż ostre. To w końcu parking – nie potrzeba kilometrów instalacji i wentylacji, które sprawiają, że sufity budynków, na co zresztą zwrócił uwagę Koolhaas na ostatnim Biennale, nabierają współcześnie niepokojąco dużej objętości. Wszystkie zastosowane w 1111 Lincoln Drive materiały są typowo „infrastrukturalne” – beton (i to żaden architektoniczny, a la Tadao Ando), tanie oświetlenie, stalowe linki oraz siatki. Wiadomo jednak, jak to jest z pozornie mało skomplikowanymi rozwiązaniami – ich prostota wymaga ogromnie złożonej koordynacji. W tym wszystkim można znaleźć jeszcze jeden prawdziwy luksus: podwyższone kondygnacje, o różnych gabarytach, zupełnie różne od typowych dla parkingów klaustrofobicznych pięter. Pewnie gdyby nie specjalne dla tej działki wymogi planistyczne, nie udałoby się przekonać inwestora to tak rozrzutnej decyzji projektowej – dałoby się wcisnąć kilka dodatkowych kondygnacji. Chociaż władze Miami zgodziły się na podniesienie wysokości budynku ponad poziom dachu okolicznych obiektów, narzuciły jednocześnie ograniczenia wobec dopuszczalnej powierzchni użytkowej. Dzięki podwyższeniu poszczególnych poziomów obiekt nie tylko wygląda intrygująco z zewnątrz, ale – to już całkiem nietypowe dla parkingów – rozciągają się z niego widoki na miasto i ocean. W obiekcie znajdują się również punkty usługowe na parterze, meble miejskie, penthouse, restauracja, taras na dachu i nawet sztuka – rzeźba Moniki Sosnowskiej z prętów zbrojeniowych. Ciekawe czy wszyscy zorientowali się, że to rzeźba, a nie pozostałości po budowie.

„Parking z widokiem na ocean” – czy to nie brzmi absurdalnie?

IMG_2831

[Jak na tarasie widokowym]

IMG_2836

[Widok na boskie art deco nad samym oceanem]

 

IMG_2834

[Balustrady są wykonane ze stalowych linek i praktycznie znikają, dzięki czemu na pierwszy plan wybija się konstrukcja obiektu]

IMG_2850_male

[Widok od strony ulicy – stropy wydają się cienkie jak żyletki]

IMG_2805

[zwykłe świetlówki + zwykły beton + zwykłe balustrady + zwykła siatka = niezwykły obiekt]

[Fot. Monika Arczyńska]

Design nie zbawi świata (ale do Łodzi i tak warto pojechać)

design_male

To był jeden z najintensywniejszych weekendów ostatnich tygodni. Co prawda miałam być w Zurychu na babskim zlocie, ale ta podróż wymagałaby chociażby odrobiny urlopu, którego nie będę mieć do końca roku. Zurych więc odpadł, chociaż kiedy zorientowałam się, że akurat w TEN weekend w niedalekim Weil am Rhein odbywa się coroczna wyprzedaż w Vitrze, zrobiło mi się trochę smutno. Pomyślałam jednak po chwili, że z uwagi na koczujące od świtu tłumy musi tam być jak na otwarciu nowego Lidla. Poza tym nie dałabym rady zapakować do bagażu podręcznego nic większego niż Hang-It-All, a przecież marzą mi się krzesła do pracowni. Padło więc na Łódź, bo tam to się dopiero dużo działo! Ktoś, kto przyjechał tylko na ten jeden weekend, musiał się w Łodzi zakochać. Miasto pokazało wszystko to, co ma najlepszego – design i śródmieście – i to wszystko w piękną październikową pogodę. Festiwal gonił festiwal, a na Piotrkowskiej przewijały się takie tłumy, jakich jeszcze nie widziałam. W ramach „Festiwalu Kinetycznej Sztuki Światła” wieczorem na budynkach były wyświetlane animacje, do których akompaniament w sobotę stanowiły radosne krzyki fanów futbolu (2:0 dla Polski!).

Ale po kolei: zaczęło się od „W poszukiwaniu straconego kwartału”, kolejnego ze spotkań w ramach organizowanego przez Muzeum Miasta Łodzi cyklu , tym razem o kooperatywach mieszkaniowych („Jak budować współczesne kamienice?”). Z Wrocławia przyjechał Zbigniew Maćków, z którego inicjatywy ten sposób inwestowania testowany jest na Nowych Żernikach, a z Warszawy zajmujący się podobną problematyką Maciej Czeredys. To była moja pierwsza styczność z Maćkowem, którego projekty uważam za absolutną polską czołówkę. Jak już kiedyś pisałam, żartowaliśmy ze znajomymi architektami, że to chyba jedyny polski projektant z dużym dorobkiem, któremu nie trafiła się ani jedna kiepska realizacja. Jestem pod ogromnym wrażeniem – Zbigniew Maćków nie tylko kapitalnie projektuje, ale również wykłada i angażuje się w społeczne przedsięwzięcia. Nie mam pojęcia jak udaje mu się to wszystko pogodzić czasowo – musi mieć również talent do tworzenia odpowiedzialnego zespołu, który zasuwa ostro nie tylko pod czujnym okiem szefa. I jeszcze do tego wszystkiego jest wysoki. Już chyba wiem, do kogo w przyszłym roku wyślę walentynkę.

mikro_male

[Maćkowo czyli Zbigniew Maćków i Maciek Czeredys]

Przyznam, że do niedawna patrzyłam z dużym dystansem na działania miasta w kierunku promocji przemysłu kreatywnego (SIX LETTER CITY pozdrawia twórcę hasła „Łódź kreuje”). Odkąd mam jednak okazję bywać tam częściej i poobserwować z bliska, jak te strategie sprawdzają się w praktyce, doceniam coraz bardziej ich skuteczność. Łódź ma wszystko, czego potrzeba dla rozwoju tego sektora: bazę akademicką (ASP i Filmówka), znane cykliczne imprezy związane z modą i designem (Fashion Week!), setki knajp, w której może spotykać się bohema, ale przede wszystkim tanie mieszkania i… alkohol. Artyści i projektanci poszukują niedrogich, ale malowniczych dzielnic, przy czym niskie ceny są i tak ważniejsze od malowniczości. W Łodzi mogą wybrać dowolne miejsce w śródmieściu – ceny nieruchomości są znacznie niższe niż w pozostałych dużych polskich miastach. Z kolei niedrogi alkohol pozwala na prowadzenie niezbędnego dla kreatywnych wolnych strzelców knajpianego trybu życia, bo na drinki, które są parę razy tańsze niż w Warszawie, zawsze wygrzebie się jakieś zaskórniaki. To oddolna strona tego procesu, ale w Łodzi samorząd działa bez większych gaf w tej sferze. Wspiera wynajem lokali komunalnych na działalność artystyczną (akcja „Lokale dla kreatywnych”), a  niedawno został otwarty Art_Inkubator w dawnej fabryce Scheiblera i Grohmana. To właśnie tam odbywała się główna wystawa Łódź Design Festivalu (ŁDF). Sama bym chciała pracować w takim miejscu!

Kto przyjechał na ŁDF już w piątek, załapał się na urodzinową imprezę Studia Rygalik, a kto wpadł dopiero następnego dnia, mógł za to pozwiedzać biura (również architektoniczne) podczas  Nocy Otwartych Pracowni. Oprócz tego odbywały się konkursy, warsztaty, wykłady, seminaria,  aż by się chciało zostać na cały tydzień! To był mój drugi raz na ŁDF i juz wiem, że na pewno będę przyjeżdżać na każdą kolejną edycję. W tym roku festiwal obejmuje dwa weekendy, więc kto jeszcze nie był, niech zastanowi się nad następnym – do Łodzi łatwo dojechać z każdego punktu Polski. Hm, czy mi się wydaje, czy wymieniam kolejne pozytywne cechy tego miasta? Ale przecież nie mogę się tam przeprowadzić, nazwa „Łódź” ma tylko cztery litery.

Calatrava_male

[Przesadziłam trochę – nie obyło się bez wtop. ŁDF odbywa się w kilku miejscach jednocześnie i przemieszczający się pomiędzy nimi tłum zwiedzających jest zmuszony oglądać antyperłę designu – konstrukcję nowych przystanków na przebudowywanej ul. Piłsudskiego. Każdy ma takiego Calatravę, na jakiego zasłużył]

Oczywiście takie imprezy nie mogą obyć się bez gwiazd. Z wystawą zdjęć przyjechała Charlie Koolhaas, córka Rema. Zaintrygowała mnie opowieść znajomych o towarzyszącej jej pani, która wiekomo mogłaby być jej matką, a na dodatek przez cały czas opiekowała się dzieckiem fotografki. Szybkie przejrzenie zdjęć potwierdziło, kto to taki: Madelon Vriesendorp, o której niedawno pisałam niedawno – jedna z założycielek OMA i autorka słynnych ilustracji do „Delirious New York”. Przez cały czas próbowałam ją gdzieś wypatrzyć, ale niestety, nie udało się. Szkoda, podziękowałabym jej za ilustrację, której użyłam w ślubnych zaproszeniach. Chociaż może lepiej nie – jeszcze potraktowałaby to jako naruszenie praw autorskich. Z kolei największą polską gwiazdą był niewątpliwie Oskar Zięta, którego dmuchane metalowe meble przewijały się w kilku częściach wystawy, ale największym zaskoczeniem okazały się… laminowane płyty z naśladującym beton nadrukiem projektu Zięty (Piotr Kuchciński zaproponował nadruk drewnopodobny). Większość zwiedzających oglądała próbki marszcząc czoła ze zdziwienia  – to, co dotychczas było uznawane za szczyt kiczu i tandety, nagle ma zaistnieć jako firmowana znanymi nazwiskami jakość? A może chodziło o odważne pójście pod prąd? Nie rozumiem, chyba nikt nie zrozumiał, więc może bezpieczniej będzie pominąć ten temat milczeniem.

Charlie

[Charlie Koolhaas – podobna do taty?]

Zieta_male

[Oskar Zięta zapatrzony na swoje krzesło]

Najbardziej cieszę się jednak z obecności na ŁDF Menthol Architects, bo nie dość, że Lila Krzycka i Rafał Pieszko to moi serdeczni przyjaciele, to jeszcze wyjątkowo utalentowani projektanci. I to żadna deklaracja po znajomości, bo potwierdzają ten fakt liczne niezależne jury: Menthol często zdobywają nagrody w konkursach. Tym razem otrzymali dwa wyróżnienia w konkursie Make Me za Dziuplę czyli modułową budkę lęgową dla wróblowatych. Zobaczyłam prototyp i mam nadzieję, że Lila i Rafał zdecydują się na seryjną produkcję, bo to zarówno świetna środowiskowo koncepcja, jak i design. To kolejna ich praca dedykowana ptakom – są twórcami pierwszej w Polsce wieży lęgowej dla jerzyków. Gratuluję i nie mogę się doczekać, kiedy będziemy mieć okazję zrobić coś razem!

Menthol_male

[Menthol Architects z Dziuplą]

PS Zdjęcia były robione czterema różnymi aparatami i telefonami. Stała się rzecz przedziwna: tak jakby tych wszystkich wydarzeń i festiwali było mało, w sobotę wieczorem wylądowałam w Teatrze Nowym na „Akimudach”, polityczno-społecznej farsie o współczesnej Rosji. Zaczęłam robić zdjęcia scenografii – ogromnemu portretowi Putina w tle – i aparat niespodziewanie padł. Rzęzi jak zarzynane zwierzę, kiedy próbuję go uruchomić. Zablokował się akurat na Putinie – to złośliwość rzeczy martwych czy jakiś znak?

Putin_male

[Fot. Monika Arczyńska, Liliana Krzycka, Marcin Nowiński]

 

Dwadzieścia lat minęło

wystawa_male

Dwadzieścia lat “Architektury-Murator”, dwadzieścia pięć lat wolnej Polski oraz dwadzieścia pięć przełomowych lub charakterystycznych dla tego okresu obiektów architektonicznych – tego jeszcze nie było! Cieszę się, że miałam okazję wpaść na urodzinowe przyjęcie, tym bardziej, że to właśnie w „Architekturze”, jeszcze na studiach, opublikowałam swój pierwszy tekst. Pamiętam, jaka byłam dumna, kiedy zobaczyłam wydrukowane własne nazwisko. Podczas czwartkowego wernisażu pewnie podobnie dumni byli autorzy wybranych do przekazanej Muzeum Sztuki Nowoczesnej kolekcji projektów. Chociaż za swoje realizacje otrzymali już wiele nagród, obecność na tej wyselekcjonowanej liście jest wyjątkowym wyróżnieniem.

Nie wszystkie wybory wydają mi się jednak trafione.  Niektóre obiekty doceniono chyba trochę na wyrost – m.in. nieskończone jeszcze Centrum Kulturalno-Kongresowe proj. Fernando Menisa w Toruniu czy świeżutką jeszcze warszawską ścieżkę rekreacyjną nad Wisłą. Architektura musi się troszkę „rozchodzić”, jak para butów, żeby można było ocenić więcej niż tylko koncepcję lub efekt tuż po otwarciu. Za dyskusyjne uważam też takie wybory jak ratusz w Białołęce. Owszem, jest symboliczny jako jeden z pierwszych budynków władzy samorządowej, jakie powstały po 1989 roku, ale architektonicznie zdecydowanie nie tak przełomowy jak bydgoski BRE Bank czy Filharmonia Szczecińska. Lista sprawia wrażenie, jakby każdy z „dużych” polskich architektów musiał zostać uhonorowany (z drugiej strony na dwadzieścia pięć prezentowanych obiektów aż siedem zostało zaprojektowanych przez zagranicznych architektów).  Wiadomo było na przykład, że na wystawie muszą pojawić się budynki Kuryłowicza czy JEMS, lecz spośród ich realizacji trudno wybrać te najbardziej przełomowe czy reprezentatywne nie tylko dla działalności samych pracowni, ale i dla ostatniego dwudziestopięciolecia. Można spierać się, czy 19. Dzielnica i Vitkac to najlepsze wybory. Obecny na wystawie Nautilius Kuryłowicza – owszem. Został oddany do użytku w roku, w którym rozpoczynałam studia i do dziś pamiętam, z jakimi wypiekami na twarzy oglądaliśmy zdjęcia w „Architekturze” – co za nowoczesność, co za detale! W porównaniu do niego Vikac wydaje się co najmniej dyskusyjny, również z uwagi na konflikt z mieszkańcami sąsiednich kamienic, którzy stracili nasłonecznienie, a zyskali widok na posępną, czarną ścianę. Vitkac stanowi ponadto symbol kolejnej eksplozji polskiego konsumpcjonizmu, tym razem w wypolerowanej i eleganckiej jak jego okładzina wersji lux. Za jak najbardziej słuszny uważam za to wybór kilku najbardziej charakterystycznych budynków z początku lat 90., przede wszystkim Jarząbkowego wrocławskiego Solpolu, na który do niedawna rzucali gromy wszyscy architekci. Obecnie nabrał patyny, opatrzył się, okazało się, że starzeje się całkiem przyzwoicie,  a na coraz bardziej realne plany jego wyburzenia dawni krytycy zaczynają reagować z dużą dozą wątpliwości. Bo wiadomo, że to nie był najszczęśliwszy okres dla architektury, ale czy to znaczy, że trzeba się na siłę pozbywać wszystkich ówczesnych realizacji? A ta jest naprawdę wyjątkowa w swojej konsekwentnej, postmodernistycznej kuriozalności i wybitnie reprezentatywna dla czasu swoich narodzin.

Tak sobie gdybam, komentuję i kręcę nosem, ale zdaję sobie oczywiście sprawę, że ta kolekcja jest subiektywnym i kompromisowym wyborem. Gdyby miało być zaprezentowanych sto obiektów, pewnie byłoby łatwiej, ale przy zaledwie dwudziestu pięciu trzeba było zdecydować się na ostre cięcia. Gdybym miała sama układać podobną listę, pokrywałaby się w dużym stopniu z tą zaproponowaną w Wyborczej przez Grzegorza Piątka. No, może bez Lichenia czy Stadionu Narodowego, za to zgadzam się, że zabrakło BUW-u, a także śląskie projekty również zostały niedostatecznie zaprezentowane, przy czym one zdecydowanie zasługują na osobną wystawę.

Omilanowska_male

[Wprowadzenie prof. Małgorzaty Omilanowskiej – w końcu minister kultury, która ma pojęcie o architekturze!]

przekazanie_male

[Redaktor naczelna, Ewa Porębska, przekazuje kolekcję szefowej MSN, Joannie Mytkowskiej]

Wszystkie zaprezentowane projekty zostały szczegółowo opisane w najnowszym numerze „Architektury”, jednak na wystawę warto wybrać się chociażby dla samych makiet. Przekrój jest ogromny – duże, małe, szczegółowe, szkicowe, z pleksi, drewna, tektury. Sprytnie (i przy okazji oszczędnościowo) zaprezentowano gdańską PGE Arenę: ponieważ stadion jest idealnie symetryczny, zbudowano tylko połowę modelu, a reszta odbija się w lustrze. Najbardziej bezwstydnie rozbuchana okazała się makieta Cosmopolitana projektu Helmuta Jahna, która musiała kosztować równowartość kilku niezłych samochodów albo jakiejś porządnej nieruchomości. Okazało się, że większość modeli sfinansowali wcale nie sponsorzy, ale  pracownie architektoniczne, których projekty zostały wybrane do kolekcji. Furorę zrobiła makieta Domu Bezpiecznego z przesuwnymi elementami, które otwierały i zamykały tę jednorodzinną twierdzę. Zawsze przerażał mnie ten projekt – ta ufortyfikowana interpretacja domu jako schronienia jest kompletnym zaprzeczeniem tego, co chciałabym rozumieć jako poczucie bezpieczeństwa we własnym domu. Ruchoma zabawka w pomniejszonej skali pozwoliła mi nieco oswoić się z tą koncepcją, podobnie jak puszczanie cienia Batmana na makiecie i kombinowanie, jakie zasadzki mogłyby czekać na przyklejone do makiety ludziki. Trudno ocenić czy miały reprezentować mieszkańców, czy potencjalnych włamywaczy. Odwrotna sytuacja wiązała się z modelem Bolko Loftu, który uwielbiam jako projekt, ale przeraziła mnie jego makieta. Ze swoimi przeskalowanymi, wydłużonymi ośmioma (!) słupami przypominała przyczajonego wśród innych modeli pająka z wyprostowanymi nogami. Dwumetrowego, czarnego pająka…

red_male

[Makieta 19. dzielnicy projektu JEMS, za makietą redakcja „Architektury”]

PL_male

[Mapa najciekawszych realizacji, a na pierwszym planie styropianowo-betonowa makieta Centrum Kulturalno-Kongresowego proj. Fernando Menisa]

BEZP_male

[Dom Bezpieczny, mniej bezpieczny, jeszcze mniej bezpieczny, średnio bezpieczny, trochę niebezpieczny, bardziej niebezpieczny, niebezpieczny!]

spider2_male

[Przyczajony, dwumetrowy, czarny pająk Bolko Loftu. Dobrze, że bez włochatych nóg, brrrr…]

O wystawie można już poczytać w każdej gazecie, ale nie o plotkach z wernisażu i bankietu, które tak przyjemnie czyta się do porannej kawy. Rozczaruję Was: nie było żadnych sensacji. Nikt się jakoś nadzwyczaj spektakularnie nie upił, nikt nie tańczył na stole, ani nie wylądował pod stołem, żaden mąż nie został nakryty z cudzą żoną ani na odwrót. Było trochę jak na weselu z mnóstwem dawno niewidzianych ciotek i wujków, dużą ilością wódki, z powtarzającymi się co chwilę „Kopę lat!”, „Co u Ciebie?” czy „Gratuluję wspaniałej realizacji!”. I jak to na weselu, z każdym trzeba było zamienić parę słów. Spotkałyśmy się między innymi po wielu latach z Marleną Happach z Odblokuj – powspominałyśmy chorwackie warsztaty, kiedy to inwentaryzowałyśmy drewniane domy, a nocami z grupą biologów i ornitologów obserwowałyśmy żaby, sowy i nietoperze. W końcu poznałam też kilka osób, z którymi dotychczas się rozmijałam. Nareszcie miałam okazję pogadać z Robertem Koniecznym, bo zawsze chciałam go podpytać o różnice we współpracy z prywatnymi i publicznymi inwestorami. Z Maćkiem Czeredysem powymienialiśmy się uwagami na temat kredytowania mikrospółdzielni. A poza tym – jak na celebryckim bankiecie. Ścianki co prawda nie było (uff…), ale czerwony dywan i suweniry od sponsorów jak najbardziej.  Różnice między branżą architektoniczną a showbiznesem są jednak dość wyraźne – nie sądzę, aby na „Pudelku” pojawiały się relacje z imprez, na których materiały od sponsorów to metrówki czy próbki aluminiowych okładzin. Mnie się za to bardzo przydadzą.

A już za tydzień kolejna wyjazdowo-imprezowa okazja – Łódź Design Festival!

Snob_02_male

[Prezenty i darmowe drinki – ach, to ciężkie życie Architecture Snobów…]

bankiet_male

[Tak się bawi Łódź i Gdańsk]

KWK_male

[Kapitalna ekipa z KWK Promes – projekty i prestiż pracowni to odrębna kwestia, ale dla tych ludzi warto tam aplikować!]

1596898_775929485803352_5392080713475458236_o

[Po lewej Hubert Trammer, Rafał Szpilkowski, po prawej Łukasz Pancewicz i Grzegorz Piątek na sponsorskim zdjęciu od Baczewskiego, chociaż zamiast wódki trzymam mus z selera]

[fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz, Rafał Szpilkowski, fot. z fanpage’a FB Baczewski]

Rocznica

zawiadomieniePLtemplate.cdr

Obiecałam już kiedyś, że pokażę nasze ślubne zaproszenia, a dziś akurat jest idealna okazja – rocznica ślubu. Jak zapowiadałam, zaproszenia mają coś wspólnego z Koolhaasem, a mianowicie ilustrację Madelon Vriesendorp do jego „Delirious New York”. Kobiecy Chrysler i męski Empire State Building leżą w łóżku – pamiętam, że gdy zobaczyłam tę ilustrację po raz pierwszy, na początku studiów, pomyślałam: „Jeśli kiedykolwiek wyjdę za mąż, na pewno użyję jej w zaproszeniach”. Co prawda nie mogłam jeszcze wtedy przewidzieć, że mój mąż też będzie „arch.”, ani że będzie wysoki jak wieżowiec, podobnie jak ja. Jakimś cudownym zbiegiem okoliczności oba warunki zostały jednak spełnione. To się nazywa „myślenie życzeniowe”. Pojawił się tylko problem, skąd wytrzasnąć ten obrazek w odpowiedniej rozdzielczości. Na szczęście moja szefowa miała pierwsze wydanie książki, z którego mogłam zeskanować ilustracje. Była bardzo zdziwiona moim zaskoczeniem i zachwytem, że posiada egzemplarz pierwszej edycji – to już kolekcjonerska pozycja, warta kilkaset euro. Dowiedziałam się o tym stażując w Hadze w biurze założonym przez dziadka Koolhaasa, znanego międzywojennego architekta, Dirka Roosenburga. W tej rodzinie również musiało zadziałać myślenie życzeniowe, bo jeśli dobrze prześledziłam drzewo genealogiczne, w każdym pokoleniu rodził się syn, który dostawał na imię Dirk, studiował architekturę i przejmował firmę. Dopiero w czwartym pokoleniu coś się sypnęło, bo prawnuk założyciela biura wybrał grafikę zamiast architektury, ale z biurem i tak współpracował. W każdym razie „Delirious New York” – prezent od Koolhaasa z dedykacją – stał na najbardziej wyeksponowanej półce w pracowni. Z kolei szefowa kupiła tę książkę za grosze w momencie, gdy sięgali po nią wyłącznie „nowojorscy architekci, artyści i intelektualiści”.

Już po ślubie mieliśmy okazję zobaczyć oryginał tej ilustracji, bo na weneckim Biennale w 2008 roku była zorganizowana wystawa prac Vriesendorp. Oczywiście zrobiliśmy sobie obciachowe selfie pod tym właśnie obrazkiem. Z Empire State i Chrysler Building też sobie rzecz jasna zrobiliśmy, kiedy w końcu udało nam się dotrzeć do Nowego Jorku – jest jeszcze bardziej obciachowe. A wracając do naszego ślubu, aby skoordynować architektoniczno-urbanistyczno-nowojorskie klimaty, poprosiliśmy wynajęty zespół, żeby jako pierwszy utwór zagrał „New York, New York” Sinatry. Spotkaliśmy się z ostrym protestem – usłyszeliśmy, że „to się absolutnie nie nadaje na pierwszy taniec” i zaproponowano nam jakieś smętne piosenki o miłości. Dopiero pokazanie zaproszenia zadziałało przekonująco.

I tak sobie w wolnych chwilach pląsamy do „New York, New York” kolejny rok…

Jak Wam się podoba (Teatr Szekspirowski)?

Zdecydowanie nie jestem mistrzynią autopromocji, postanowiłam jednak zgłosić SIX LETTER CITY do konkursu „Blog of Gdansk 2014”. Biorą w nim udział blogi, których tematyka lub prowadzące je osoby są związane z tym miastem. W pewnym momencie otrzymałam od organizatorów prośbę o potwierdzenie, że na pewno mieszkam w Gdańsku. Trochę się nie dziwię, bo jeśli nawet pobieżnie przejrzeli kilka postów, wynika z nich bardzo zagmatwana kombinacja geograficzna. Tak właśnie jest. Mieszkam w Gdańsku, pracuję w Dublinie, projekt mam w w Moskwie, a męża w Łodzi. Tylko ten krnąbrny mąż wyłamuje się spod dominacji miast na sześć liter, dlatego za karę wylądował na końcu zestawienia. Ale wracając do konkursu, głosowanie internautów właśnie się rozpoczęło i będzie mi bardzo miło, jeśli postanowicie oddać głos na SIX LETTER CITY. Można to zrobić TUTAJ.

TOBEORNOTTOBE

Również w ramach autopromocji obiecywałam już dawno klasyczne blogerskie zdjęcie z kubkiem latte i laptopem w jakiejś kawiarni, ale ostatecznie wybór padł na czarną cegłę Teatru Szekspirowskiego – stąd „szekspirowski” tytuł posta. Nie ma przecież bardziej architektonicznego koloru niż czarny. Robiąc selfie wyobrażałam sobie, że zamiast aparatu trzymam w wyciągniętej dłoni czaszkę Yoricka i recytuję monolog Hamleta. Wkrótce go zresztą posłucham w tym właśnie budynku, bo wybieram się na Festiwal Szekspirowski, żeby przetestować, jak nowa gdańska scena sprawdza się „w praniu” (czy też raczej „w graniu”). Tak się złożyło, że oba spektakle, które zobaczę, to właśnie inscenizacje „Hamleta”, więc na drugim będę się pewnie czuła, jakbym oglądała remake pierwszego.

Miałam już okazję zwiedzić Teatr. Następnego dnia po oficjalnym otwarciu po budynku oprowadzał mnie jego projektant, Renato Rizzi. Udało mi się z nim spotkać w związku z tekstem o obiekcie, który przygotowuję dla „Architektury – Murator”. Profesor robi przesympatyczne wrażenie i ma ten specyficzny, pełen energii błysk w oku, który charakteryzuje wielu architektów. Nie dość, że po samym budynku widać, że został zaprojektowany przez Włocha (ach, te dopieszczone detale!), to sam projektant ma bardzo włoski, bezpośredni i kontaktowy sposób bycia. Przyznał się, że zamierza w kolejnym roku ograniczyć działalność projektową, żeby dokończyć… dziesięć rozpoczętych książek. W pewnym momencie zażartował, że z zemsty powinien zrzucić mnie z dachu, kiedy zapytana, czym się zajmuję, przyznałam się, z którym biurem jestem związana. W rozstrzygniętym w 2003 roku konkursie na Wielkie Muzeum Egipskie profesor Rizzi zajął trzecie miejsce, a ja kilka lat później pracowałam u zwycięzców nad tym właśnie projektem. Z dachu mnie ostatecznie mnie nie zrzucono, ale ponarzekaliśmy sobie zgodnie na konkursy i ciężki los architektów. A kiedy tak sobie marudziliśmy,  zaczął się otwierać pokryty miedzianą blachą dach nad widownią. Potwierdzam: cała operacja trwa trzy minuty, jest płynna i cicha. Nie ma więc ryzyka, że deszcz przeszkodzi  w scenie balkonowej czy wspomnianym monologu Hamleta  – wieka dachu można bezszelestnie zamknąć w trakcie spektaklu.  No chyba, że właśnie wystawiana jest „Burza” albo „Sen nocy letniej” i naturalne zjawiska atmosferyczne stanowią element inscenizacji.

01_male

Takiego widoku na szczyty kamieniczek Głównego Miasta nie ma z żadnego innego punktu.

03_male

Trzy minuty i otwarte!

06_male

Z dachu wnętrze teatru wygląda jak makieta architektoniczna.

04_male

Na balkonach nie ma foteli, tylko drewniane podesty.

05_male

A tak jest w wyłożonym drewnem foyer.

No to „Jak Wam się podoba”?

[fot. Monika Arczyńska]

Jak ocalał świat

01

Zostały już złożone oferty przetargowe na zaprojektowanie Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Ostatecznie zgłosiło się dwanaście z piętnastu pracowni, którym udało się przebrnąć przez wstępną selekcję (więcej informacji tutaj). Obawiam się ostatecznych wyników, bo to jednak przetarg, a nie konkurs i kryteria wyboru obejmują nie tylko ocenę merytoryczną złożonych wniosków, ale i proponowaną cenę opracowania  (waga 20% ).

Pamiętacie „Bajki robotów” Lema? W opowiadaniu „Jak ocalał świat” konstruktor Trurl stworzył maszynę, która potrafiła zrobić wszystko na literę N. Poproszona przez Klapaucjusza o zrobienie niczego, przyjęła tę prośbę bardzo dosłownie i zaczęła unicestwiać świat. Dopiero, gdy kazał jej przestać, przerwała niszczycielski proces, ale nie wszystko udało się uratować (m.in. murkwie i pćmy). Kilka miesięcy temu podobnie zadziałała machina polskiej biurokracji. Poproszona o selekcję piętnastu zespołów, które najlepiej poradzą sobie z zaprojektowaniem Muzeum, wypluła bardzo groteskową listę. Może nie groteskową samodzielnie, ale zdecydowanie absurdalną w zestawieniu z listą odrzuconych biur, na której znajdowali się praktycznie sami starchitekci i pracownie o uznanym dorobku światowej klasy. Media głośno zareagowały na odrzucenie Toyo Ito, BIG, MVRDV czy Diller Scofidio + Renfro, ale chyba nie wszyscy wiedzą, że na tej samej liście znajdowali się również między innymi Fernando Menis, Neutelings & Riedijk, Farshid Moussavi, COOP HIMMELB(L)AU, ALA Architects, Amanda Levete czy Riegler Riewe. Trudno mi wypowiadać się neutralnie na ten temat, bo nie dość, że biuro, w którym pracuję, też trafiło do salonu odrzuconych, to jeszcze – co za ironia! – od początku broniłam tej koncepcji pozyskania projektu. Przetarg oparty na selekcji uczestników pod względem ich doświadczenia i porfolio to często stosowana poza Polską praktyka (Tomasz Żylski pisał o podobnych procedurach w „Architekturze-Murator” kilka numerów temu). Z reguły odpowiednio restrykcyjne kryteria pozwalają wyłonić pracownię, która poradzi sobie z zadaniem projektowym. W pierwszym etapie warszawskiego przetargu coś poszło jednak nie tak, bo zakwalifikowały się lokalne biura z mało porywającym dorobkiem, a odpadli światowej klasy architekci.

Może się nie dowiedzą… Może nie zauważą… – wyjąkał pobladły Klapaucjusz, patrząc z niewiarą w pustkę czarnego nieba i nie śmiał nawet w oczy spojrzeć swemu koledze. Pozostawiwszy go obok maszyny, która umiała wszystko na n, wrócił chyłkiem do domu – świat zaś po dziś dzień pozostał już cały podziurawiony Nicością […]

Stanisław Lem „Jak ocalał świat” („Bajki robotów”)

Miejmy nadzieję, że w ostatecznym etapie komisja, wzorem Klapaucjusza, zareaguje odpowiednio szybko na niszczycielskie zapędy machiny polskiej biurokracji.

Wenecja mniej serio

IMG_7403_small

Ponieważ nie wszyscy czytelnicy bloga są architektami, pozwolę sobie na poprzetykanie poważnych relacji z Biennale luźniejszymi spostrzeżeniami. Dziś m.in. o zapachach Wenecji w czerwcu i dress codzie architektów oraz więcej niż zwykle zdjęć.

Wydłużenie czasu trwania Biennale, które przesunęło otwarcie na czerwiec, okazało się genialnym pomysłem. Wenecja pachniała kwitnącymi lipami i jaśminem. Dotychczasowe sierpniowe previews wypadały na okres nieznośnych upałów, więc przemiło było teraz popijać prosecco głównie dla przyjemności, a nie ochłody. A ponieważ prosecco jest serwowane na praktycznie każdym otwarciu pawilonów, a otwarcia odbywają się mniej więcej co pół godziny, łatwo sobie wyobrazić, jaka rozluźniona atmosfera panuje mniej więcej od południa. Starchitekci przemykali dość wstydliwie, bo w końcu sugestia, że ta impreza nie jest dla nich, była dość bezpośrednio wyrażona. Zaha podobno się pojawiła i słyszałam dość złośliwą plotkę o jej sposobie podróżowania po Wenecji, ale przez grzeczność nie będę jej rozpowszechniać. Za to Koolhaas był po prostu wszędzie. Wpadliśmy na niego od razu pierwszego dnia przed wejściem na wystawę, w kawiarni przy Arsenale. Potem pojawiał się na spotkaniach, wywiadach, konferencjach. Przypomina coraz bardziej Nosferatu, ale pasuje mu to idealnie. Gdybym była siedemdziesięcioletnim panem, mogłabym tak wyglądać.

Przez kilka dni przez oficjalnym otwarciem architekci dosłownie opanowują Wenecję – w ciągu dnia zasuwają między Giardini, Arsenale i innymi lokalizacjami wystaw, a wieczorami obsiadają knajpy. Pierwszego dnia można jeszcze mieć pewne wątpliwości, kto jest turystą, a kto uczestnikiem Biennale, ale sprawa szybko się wyjaśnia dzięki stałemu atrybutowi architektów – płóciennej torbie wypełnionej katalogami i ulotkami (torby to najpopularniejszy z rozdawanych gadżetów). W tym tłumie znajduje się nieproporcjonalnie wysoki odsetek nieprzyzwoicie pięknych ludzi. Nie wiem, na czym to polega, ale ta grupa zawodowa jest bardziej atrakcyjna od innych (oczywiście pomijając modelki i pływaków). Ci mniej lub bardziej piękni ludzie najczęściej ubrani są według jednego z następujących schematów:

1. Na czarno lub czarno-biało.Na stereotypowe czarne golfy nawet w czerwcu jest za ciepło, ale T-shirty i koszule rządzą. Mile widziane są geometryczne wzory – im bardziej wyraziste, tym lepiej.

2. Ostre kolory (przeważał pomarańczowy, różowy i zielony).

Preferowany jest styl casual lub smart casual – nie wypada odstrzelić się za bardzo. Dżinsy są jak najbardziej akceptowalne, za to garnitury najczęściej demaskują sponsorów (lub architektów zaproszonych przez sponsorów). Eleganckie kiecki, jeśli się już pojawiają, to zwykle na Włoszkach w wieku przynajmniej podwójnie balzakowskim. Wygodne buty to podstawa. Po wystawach się praktycznie biega, więc trampki są jak najbardziej na miejscu. Zauważyłam może trzy pary szpilek – na Biennale nosi się płaskie buty i już. Okulary przeciwsłoneczne, mimo że wskazane w ostrym słońcu, rzadko lądują na nosach. Można w nich zbyt łatwo stać się nierozpoznawalnym, a przecież o to chodzi, żeby poczuć się częścią wielkiego architektonicznego świata i rozsyłać „hi” i „ciao” znajomym twarzom dookoła.

Nie będę zaprzeczać: ja też poddałam się tym wszystkim niepisanym regułom – w końcu poczucie przynależości to jedna z najważniejszych ludzkich potrzeb:) Jednego dnia założyłam wściekle niebieską kieckę, a drugiego dołączyłam do czarno-białych. Szpilki zostawiłam w szafie, a okularów przeciwsłonecznych nawet nie mam. O ilości skonsumowanego prosecco chyba nie wypada mi publicznie pisać. Na znajomych – dawnych współpracowników i przyjaciół z Erasmusa czy warsztatów – trafiałam non stop, a ostatniego dnia przypadkiem wpadłam na szefową i szefa, którzy przyjechali na otwarcie. Ale jedna rzecz zaintrygowała mnie naprawdę mocno: we wszystkich tych spotkaniach i rozmowach przewijało się jedno miasto. A to czyjaś firma ma zakładać tam oddział, a to szykuje się nowy projekt, a to ktoś się tam właśnie się przeprowadza. To miasto to Moskwa – na sześć liter. Czy to jakiś znak?

IMG_7233_small
Czerń, biel, geometryczny wzór, ostre kolory i płócienne torby.

IMG_7592_small
Gwiazdy promujące nowe projekty w Moskwie: Kristin Feireiss po lewej i Charles Renfro w szarościach; pan w niebieskim to Siergiej Kuzniecow – architekt miejski Moskwy.
BIG_small
Bjarke Ingels z BIG nie jest wcale BIG…
IMG_7372_small
…za to Sam Jacobs z FAT Architects jest nieco FAT.
IMG_7606_small
Obstawiam, że takimi łodziami przypłynęli sponsorzy. Jak na złość na ich tle zacumowała śmieciarka nosząca moje imię.
IMG_6986_small
Ja chcę taki dywan z rzymskim planem Nolliego!!!
IMG_7680_male
Tyle żartów. Kolejna relacja będzie już na serio:)

[fot. Monika Arczyńska]

Puszczanie oka i prztyczek w nos

Baner - small

Na to Biennale wszyscy czekali wyjątkowo niecierpliwie. Po Koolhaasie, głównym kuratorze obecnej edycji, można spodziewać się wszystkiego, a wyjątkowość tegorocznej wystawy była równie przewidywalna jak wyjątkowość jego budynków. Zmienił się schemat Biennale – zamiast jednego, zwykle bardzo wieloznacznego i ogólnego tematu, który kuratorzy interpretowali bardzo swobodnie, precyzyjnie zdefiniowano oddzielne dla każdej z wystaw tematy pod wspólnym hasłem „Fundamentals”. Wystawa główna Koolhaasa, „Elements of Architecture”, dotyczyła genezy i rozwoju komponentów obiektów architektonicznych. W głównej przestrzeni Arsenale skoncentrowano się na gospodarzu wydarzenia („Monditalia”), a kuratorzy pawilonów narodowych zostali poproszeni o odniesienie się do modernizmu i wskazanie, jak wpłynął na wykształcenie się architektury narodowej w ostatnim stuleciu („Absorbing Modernity 1914-2014”). Cała wystawa stanowi kolaż (to słowo pojawiało się wiele razy w różnych kontekstach) spostrzeżeń i interpretacji, które prowokują do stawiania pytań, jednak nie dają żadnych konkretnych odpowiedzi. W ostrym kontraście względem poprzedniej edycji Koolhaasowskie Biennale okazało się niejednoznaczne, ale momentami również boleśnie surowe, pozbawione taniej spektakularności, poklepywania się po plecach i eksploatacji modnych tematów. Dominujące dwa lata temu hasła „partycypacja”, „recykling” czy „smart” prawie się nie pojawiały. Udało się w końcu przekłuć napompowany do granic możliwości balon aspiracji i ambicji architektów próbujących wynosić swoje projekty do poziomu dzieł sztuki. Tym razem przeważał historyczny kontekst, twarda technologia, racjonalność i kompromisy wynikające z polityczno-ekonomicznych uwarunkowań.

Z previews nikt nie wrócił obojętny – tegoroczną wystawę można było albo pokochać, albo znienawidzić, albo mieć w głowie kompletny mętlik. Jeszcze nigdy nie wyjeżdżałam z Wenecji z takimi wątpliwościami i z taką potrzebą przedyskutowania tego, co zobaczyłam. Poniedziałkowe spotkanie w IKM, na które wpadliśmy prosto z podróży, idealnie wypełniło tę potrzebę. Na prezentacji pojawiła się Kasia Krakowiak, również ze spostrzeżeniami „na świeżo”, ale reprezentując punkt widzenia artystki współpracującej z architektami, a nie architekta. Podczas dyskusji potwierdziła się istotna kwestia: już dawno na Biennale nie było tak wyraźnego rozdżwięku pomiędzy reakcjami środowiska architektów-praktyków a teoretyków, researcherów i krytyków. Zarówno w pierwszych wypowiedziach uczestników previews, jak i w komentarzach do prasowych relacji z wystawy słychać, że praktycy, zwłaszcza grupa wykonująca typowe komercyjne zlecenia, poczuli się urażeni upraszczającym potraktowanem ich profesji. Przegląd podstawowych komponentów budynku – schodów, ramp, balkonów – tym, którzy zajmują się nimi na co dzień, przypominał oglądanie podręcznika Neuferta. Z kolei tych, którzy nie mieli okazji znudzić się prozaicznością prawa budowlanego i systemów budowlanych, przegląd ten zafascynował jako podróż przez historię architektury i relacji projektant-mecenas-użytkownik. Ego cierpi, gdy architektura wydaje się sprowadzona do klamek i sufitów. „Wydaje się”, bo Koolhaasowska wystawa sięga głębiej niż w tworzenie katalogów lub muzealnej kolekcji. Pokazała, jak technologia i nowoczesne regulacje determinują formę i organizację obiektów architektonicznych. Każdy z nich składa się z ograniczonej liczby bazowych komponentów, które zmieniają się nieznacznie, gdy nowe standardy i technologie ulegają rozpowszechnieniu. Gdzie w tym procesie znajduje się architekt? Jest automatem ustawiającym te komponenty w zoptymalizowanych konfiguracjach? Zażenowanie nieznacznie rekompensuje kolaż Davide Rappa, zmontowany z fragmentów filmów – od klasyki po horrory klasy B – w których detale i gesty takie jak pukanie do drzwi czy owteiranie okna stają się pierwszoplanowe. Nawet najbanalniejsza architektura i jej najbardziej fundamentalne elementy stanowią scenografię dla wszystkich życiowych aktywności. Ale to znów tylko pozorny powód do dumy dla stęsknionych docenienia projektantów, bo porażająca prozaiczność i powtarzalność tych czynności nie ma nic wspólnego ani z prestiżem, ani z kreatywnością. To kolejne ironiczne puszczanie oka i prztyczek w nos od Koolhaasa. Coś równie niepokojącego i groteskowego można było odczuć w jego rozmowie z Tony’m Fadellem, jednym z „ojców iPoda”. Zamiast typowego dla podobnych dyskusji powtarzania wyświechtanych haseł, skoncentrowano się na… termostatach. Kolejny banał? Nie, jeśli pomyśli się o nich w kontekście urządzenia, które może zrewolucjonizować sposoby oszczędzania energii, jednak kosztem utraty prywatności użytkowników, których nawyki należy przeanalizować, aby ustalić najbardziej wydajny program. Czy to już bardziej świat google’a i apple’a niż Neuferta?

Rozmowa - small

[Rem Koolhaas i Tony Fadell (jeden z ojców iPoda) w rozmowie o termostatach]

sufit_small

[Sekcja sufitowa: kopuła kontra instalacje nad sufitem podwieszanym]

Winda - small

[Windy w górę i w dół – od klatki, dzięki której w 2010 roku udało się uratować uwięzionych 700m pod ziemią chilijskich górników (na zdjęciu) po prototyp windy poruszającej się w pionie i w poziomie]

Ponieważ tegoroczne Biennale miało dotyczyć architektury, zamiast stanowić kolejną edycję promocji architektów, wykluczono z udziału „wielkie nazwiska”, jednak paradoksalnie duch ekskluzywności i uprzywilejowania przewijał się wszędzie. Zaproszono do współpracy akademików oraz studentów (nie tylko w wystawach głównych, ale także w przypadku pawilonów narodowych, m.in. w szwajcarskiej wystawie zaangażowano studentów ETH, a w rosyjskim – Striełki). Pomimo długiej listy współpracujących uczelni, głównymi częściami wystawy zajmowali się studenci z kuźni „starchitektów” – Harvard GSD (Elements of Architecture) czy AA (zbudowana z laminowanego drewna replika Corbusierowskiego Dom-ino). Wystawa elementów architektury sugerowała, że każdy proces myślenia o schodach, balkonach czy dachach może czy nawet powinien odnosić się do historycznego kontekstu. We współczesnym mało komfortowym, bo pospiesznym i ograniczonym budżetem i regulacjami procesie projektowym, na zastanowienie nad genezą i znaczeniem tych elementów mogą pozwolić sobie wyłącznie najbardziej uprzywilejowani projektanci. Najbardziej uprzywilejowani są jednak właśnie starchitekci z uwagi na dostęp do zamożnych publicznych klientów, ogromne budżety i sztab kreatywnych pracowników. Koło jednak się zamyka, bo paradoksalnie to oni właśnie są najbardziej ograniczeni wypracowaną przez lata marką i oczekiwaną od nich stylistyką lub podejściem do projektowania. Fantastyczny komentarz do tej ironicznej sytuacji stanowi wystawa w pawilonie Venezia, gdzie sto przeniesionych na szkło rysunków Libeskinda opatrzono prześmiewczym „Przepisem na pawilon” z wyliczeniem ilości użytych materiałów. Nawet Koolhaas – starchitekt pozornie odżegnujący się od starchitektów – poprowadził Biennale w typowo Koolhaasowski sposób. Tylko on mógł pozwolić sobie na tak pozornie banalny i konserwatywny temat. Jednocześnie tylko jemu można wybaczyć ciągłe mówienie o tych samych sprawach – na przykład wpływ technologicznych wynalazków na sposób projektowania użytkowania i projektowania przestrzeni oraz stworzenie nowych typologii budynków (ach, jak Holendrzy uwielbiają słowo „typologia”). Te motywy pojawiają się w jego publikacjach już od czasów „Delirious New York”, z windą jako jedną z głównych bohaterek historii drapaczy chmur. Przewidywalna była również surowość wystawy. Typowe dla projektów Koolhaasa tanie, zwyczajne materiały używane w najbardziej prestiżowych lokalizacjach, to również świadomie stosowana charakterystyczna stylistyka. Powtórzono ją również – dość prowokacyjnie – na wystawie, która wygląda miejscami jak szkolna gablotka, gazetka ścienna lub ekspozycja materiałów budowlanych w Castoramie. Opisy są niedbale napisane na samoprzylepnej taśmie, do ścian przymocowano wycinki prasowe i wydruki. Odnoszę wrażenie, że podążając za tą stylistyką, Koolhaas znów puszcza oko mówiąc: „Zobaczcie, nie zaprosiłem nikogo ze starchitektów, chociaż sam nie uciekam od tego, czego oczekuje się ode mnie – starchitekta”. Jego konsekwentne poruszanie się pod prąd w świecie wielkiej architektury również może być odczytywane jako poddanie ustalonemu wizerunkowi. Panie Koolhaas, strasznie Pan namącił tą płynną granicą w naszej płynnej nowoczesności.

elementy - small

[Wejście do wystawy „Elements of Architecture” w Giardini]

Domino - small

[Model Corbusierowskiego Dom-ino w skali 1:1]

Libeskind - small

[Przepis na pawilon czyli co się składa na instalację Libeskinda]

Zaskoczyło mnie, jak niewiele w powyższym kontekście pojawiło się architektury wernakularnej, tworzonej bez udziału architektów (ten temat przewrotnie podjęto m.in. w pawilonie kanadyjskim, gdzie zostały zaprezentowane przykłady i propozycje architektonicznych ingerencji na obszarach zamieszkanych przez społeczności Inuitów). Pokazano również niewiele prac architektów balansujących na krawędzi artystyczno-rzemieślniczego podejścia do procesu projektowego, ale może Zumthor czy O’Donnell + Tuomey klasyfikują się za bardzo jako gwiazdy. A może właśnie ich nieobecność wskazuje jeden z możliwych, choć niszowych, kierunków dalszego myślenia o architekturze. Jeśli jednak Biennale ma wyznaczać kierunek na przyszłość, to czy jego pozorna wizualna nieaktrakcyjność będzie wystarczająco kusząca, aby zachęcić do dyskusji szersze grono, niż obecna na otwarciu grupa krytyków i akademików? Ich środowisko jest równie hermetyczne i elitarne, jak odsunięci od udziału starchitekci, jednak architekturę ostatecznie będzie tworzyć zupełnie inna grupa, mówiąca innym językiem i poruszająca się w innych realiach rynkowych. Siła tegorocznego Biennale nie polega na tym, że każdy znajdzie w nim coś dla siebie. Wręcz przeciwnie – to właśnie ogarniające odbiorców wątpliwości i skrajność opinii sprawiają, że to wyjątkowa wystawa. Nie tylko nie zapewnia gotowych odpowiedzi, ale i nie zadaje jednoznacznych pytań. Przynosi za to nowy sposób patrzenia na aspekty społeczne i polityczne architektury poprzez jej materialność. Pokazuje arsenał fundamentalnych elementów, jakimi może operować architekt i na każdy z nich patrzy indywidualnie przez pryzmat ich genezy, fabrykacji, technologicznego zaawansowania i społecznego znaczenia. Podobnie, jak otwarte pozostaje zestawienie poruszanych zagadnień, podobnie otwarta jest kompozycja samej wystawy, podzielonej na tematyczne części, ale już w ich obrębie stanowiącej kolaż zagadnień niepoukładanych w żadnym dominującym porządku. Formuła wystaw, kolażu bez żadnego zakończenia, odnosi się do zacierania granic między nowoczesnością a ponowoczesnością, nostalgią a futuryzmem. W kontekście ostatniego stulecia – relacji społecznych, uwarunkowań gospodarczych, przyrodniczych i wojennych kataklizmów, kolonializmie i globalizacji – narracje są pourywane, historie powtarzają się, a rozsypane w czasie i przestrzeni zdarzenia trudno zintegrować.

„Fuck the context” . Możemy co najwyżej dodawać kolejne elementy do kolażu.

[fot. Monika Arczyńska/Łukasz Pancewicz]

Klęska urodzaju

invite

Architekci zawsze się spieszą, zarywają noce i nie mają na nic czasu. To najbardziej zapracowana grupa zawodowa i już. Nawet, gdy akurat zdarzy się posucha w zleceniach, nie wypada się do tego przyznawać i najlepiej jak najszybciej znaleźć sobie jak najwięcej architektonicznych lub okołoarchitektonicznych zajęć, które szczelnie wypełnią grafik.Tak właśnie zrobiłam, kiedy kilka tygodni temu zaczęłam urlop w oczekiwaniu na kolejny projekt i… grafik właśnie pękł w szwach.

Na początku urlopu udało mi się nawet odpocząć po oddaniu poprzedniego projektu i porządnie ponadrabiać zaległości towarzyskie. Ale to, co zaczęło się dziać w tym tygodniu, to już prawdziwa klęska urodzaju. Wszystko odbywa się jednocześnie. Tydzień zaczął się od klejenia makiety gdańskiej kamieniczki z siedmiolatkami ze szkoły, do której chodzi córka przyjaciółki. Obiecałam już dawno, że podziałam na dzieciaki autorytetem poważnej pani architekt (nawet specjalnie miałam ubrać się na czarno) i termin, jak na złość, wypadł akurat teraz. Poza tym robimy duży konkurs z Menthol Architects, więc nie dosypiam. Oddanie w przyszłym tygodniu – proszę o trzymanie kciuków. Musiałam szybko skończyć dawno zamówiony przez Architekturę-Murator tekst. Na obu uczelniach, na których prowadzę zajęcia, zrobiło się ostatnio wyjątkowo intensywnie – przeprowadzałam właśnie pierwszy w życiu egzamin. Pewien instytut badawczy zgłosił się z propozycją współpracy, więc właśnie przebijam się przez stos papierów. Skończyłam też – wszystko w tym tygodniu – duże opracowanie w temacie, o którym napiszę więcej, kiedy tylko projekt ruszy (sprawa mocno kontrowersyjna, więc na razie nie zdradzam szczegółów). A do tego wszystkiego – tadam! – nagle przyszło zaproszenie na previews Biennale w Wenecji. To te dwa dni przed oficjalnym otwarciem, kiedy na Biennale „się dzieje” – obecni są wszyscy kuratorzy i wystawiający architekci, media zasuwają, żeby puścić w świat pierwsze relacje, a jury przyznaje Lwy. Poza tym, jak wspominałam w pierwszym blogowym poście, strzelają korki szampana i odbywa się wielki lans – zresztą reklama rolexa na zaproszeniu mówi sama za siebie. Można za to nagle niespodziewanie wpaść na niewidzianych sto lat znajomych, którzy przylecieli z drugiego końca świata. Są też starchitekci – będę ich uważnie wypatrywać i mam nadzieję, że uda mi się zapolować z aparatem na Zahę wsiadającą do gondoli (znajomi z biura przegapili taki widok, kiedy pierwszy raz pojechaliśmy na previews, nieszczęśni!). Będę jak blogerka modowa na Fashion Weeku i obiecuję dużą relację na blogu*. Hm, czy powinnam zacząć myśleć o „stylizacjach” na każdy dzień?

Pewnie również popularnym ostatnio zwyczajem blogerek wypadałoby teraz opublikować swoje zdjęcie w obecnym zapracowanym stanie – w piżamie, wśród rozgrzebanych rzeczy i kubków po kawie, ale może pozostawię taki ekshibicjonizm innym. Obawiam się, że czekałby mnie telefon od Mamy („Drogie dziecko, jak można pracować w takim bałaganie?”). Można, można, zwłaszcza, kiedy czasu na sen nie starcza. Za to poziom adrenaliny utrzymuje się tak wysoko, że dałam nawet wczoraj radę skoczyć na Noc Muzeów, żeby zobaczyć instalację świetlną studentów, a potem na szybkie wino z przyjaciółmi. Usiadłam później znów do komputera i pracowałam do 03:00 nad konkursem. Jedno wiem na pewno – klęska urodzaju to mój ulubiony rodzaj klęski!

*Pierwsza, na świeżo i na żywo, będzie w gdańskim IKM – przypuszczalnie 9 czerwca, ale jeszcze potwierdzę termin.

Holenderskie déjà vu

www.staatgronongen.nl
Pogoda była dziś tak piękna, że ostatnią rzeczą, o jakiej marzyłam, to siedzenie w ciemnym audytorium. Ale ponieważ nie codziennie przyjeżdża do Gdańska Erwin Olaf, popędziłam na na jego wykład zorganizowany z okazji wernisażu wystawy jego prac. Gdyby ktoś się zastanawiał, dlaczego na architektoniczno-miejskim blogu piszę o fotografie i to takim, który wcale nie robi zdjęć budynków, już wyjaśniam.

Erwin Olaf ma doświadczenie we współpracy z architektami, o czym wspomniał również na dzisiejszym wykładzie. Pokazywał zaprojektowaną przez Koolhaasa publiczną toaletę w Groningen, do której przygotował zdjęcia nadrukowane na elewacjach (na zdjęciu). Zestawienie „Koolhaas&WC” już brzmi na tyle groteskowo, że do osiągnięcia szczytu absurdu faktycznie brakowało tam jeszcze znanego fotografa, ale toaleta nie była przypadkowym zleceniem. W ramach festiwalu pod hasłem „miasto jako scena” powstało wówczas wiele publicznych obiektów o podobnej skali. W architektonicznej biografii Erwina Olafa pojawia się również polski akcent: przygotował niebieski kolaż na sufit w Ambasadzie Królestwa Niderlandów w Warszawie, projektu Erika van Egeraata.

Na wykładzie poczułam się, jakbym przeniosła się w czasie o ponad dekadę, do okresu, kiedy studiowałam w Delft. Nie tylko dlatego, że Olaf wygląda jak stereotypowy Holender (wysoki, smukły i chyba nigdy się nie zestarzeje), mówi z charakterystycznym dla Holendrów akcentem oraz ma typowo holenderskie poczucie humoru (bardzo bezpośrednie i lekko złośliwe). Okazało się, że Holendrów łączy coś jeszcze: podejście do projektowania, bez względu na dziedzinę – architekturę lub fotografię. Podstawą jest zawsze wyrazista, łatwa do zamknięcia w kilku słowach lub diagramie idea. Często jest oparta na intuicji lub znaleziona na podstawie prostych skojarzeń, a później rozwijana konsekwentnie aż do bólu. Tego nauczono mnie w Delft – tak intensywnego myślenia o problemie projektowym, aby po usłyszeniu jakiegoś hasła lub obejrzeniu obrazu, często w najmniej oczekiwanym momencie, wpaść na pomysł, który można rozwinąć w wyrazistą koncepcję. Dokładnie o tym opowiadał dziś Olaf, na przykład w kontekście propozycji wydania 32-stronicowego albumu – standardowy, drukowany obustronnie, miałby 64 strony, ale przecież można zadrukować co drugą, żeby przygotować mniej zdjęć. Wpadł na pomysł tematu, kiedy w radiowej audycji wspomniano, że przecież szachy mają dokładnie 32 figury, więc powstała seria zainspirowanych tą grą fotografii. Niektóre z jego koncepcji wydają się niekiedy banalne lub nawiązują do mocno wyeksploatowanych plastycznych motywów. Sam Olaf przyznał, że fotografia wydaje mu się bardzo ograniczonym medium – zdjęcie można wyeksponować w przestrzeni lub wydrukować w albumie albo gazecie, ale jego odbiór trwa zaledwie moment. Dlatego poszukuje innych środków wyrazu, m.in. filmu i to również brzmiało jak wyznanie holenderskich architektów. W czasach, kiedy oczy całego architektonicznego świata były skierowane w stronę Niderlandów, a w branżowych magazynach królowały projekty MVRDV, NL Architects czy UN Studio, oni również mieli wrażenie, że w projektowaniu wszystko już było i można albo reinterpretować dawne wzorce, albo poszukiwać innowacyjnych rozwiązań w zupełnie niebudowlanych obszarach – rzeczywistości wirtualnej, parametryczności czy teorii.

Również w Holandii po raz pierwszy usłyszałam o filmach Jaques’a Tati – stanowiły „lekturę obowiązkową” dla wszystkich studentów architektury. W Instytucie Architektury w Rotterdamie była nawet zorganizowana wystawa prezentująca modele scenografii i prawdziwych budynków, które pojawiały się w jego filmach. Erwin Olaf również wspomniał dziś o swojej fascynacji tym reżyserem – nie miałam zresztą co do tego żadnych wątpliwości po obejrzeniu jego krótkiego filmu „The Latest Fashion”. Czy nie przypomina tej sceny z „Mojego wujaszka”?

Holenderska architektura poddała się recesji. Młode biura, które jeszcze dekadę temu działałyby prężnie, bankrutują lub poszukują alternatywnych źródeł utrzymania. Realizowane projekty są bardziej konserwatywne niż kiedykolwiek wcześniej. Każde euro przeznaczone na budowę jest dokładnie analizowane, co ma w sumie pozytywny uboczny skutek – budynki w końcu modernizuje się zamiast wyburzać i zastępować nowymi. Dzisiejszy wykład pokazał, że fotografia jest jednak, pewnie w racji znacznie mniejszych budżetów i sytuowania się gdzieś pomiędzy światem sztuki a komercji, bardziej niezależna od architektury. Erwinowi Olafowi udało się, w przeciwieństwie do holenderskich architektów, utrzymać zarówno „superdutchową”* świeżość twórczych poszukiwań, jak i typowe dla holenderskiego projektowania poczucie humoru. Czy kiedy minie kryzys, przyjdzie czas na architekturę?

* określenie używane wobec najbardziej progresywnych holenderskich biur projektowych z przełomu XX i XXI w. Pochodzi od „Superdutch” – tytułu książki Barta Lootsma (Princeton Architectural Press, 2000).

[zdjęcie ze strony Groningen http://www.groningenstad.nl]

Prysły zmysły?

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

„Architektura w impasie: czy potrzebujemy nowej estetyki?” – pod takim tytułem odbyła się kilka dni temu kolejna debata w gdańskim Instytucie Kultury Miejskiej. Jednym z głównych poruszanych wątków był zarzut, że współczesna architektura jest bezduszna i pozbawiona życia. Ale jakiego życia? Podczas dyskusji okazało się, że prawie każdy ma zupełnie inne, subiektywne zdanie na ten temat.

Dla mnie „życie” architektury, w kontekście czysto estetycznym, to dwie powiązane ze sobą sprawy: zapisana w obiekcie historia i zmysłowość. Historię stosunkowo trudno „wprojektować” w budynek, bo wiąże się najczęściej ze śladami użytkowania. To połysk często dotykanej mosiężnej klamki, zagłębienie w wytartym kamiennym progu, skrzypienie drewnianych podłóg czy wilgotny zapach piwnicy. W nowym budynku można jednak zapisać inne historie – np. w odbitych w betonie śladach ręcznie układanych drewnianych szalunków. Widać wówczas nie tylko pracę ludzkich rąk, ale rownież włókna i sęki drewna – w zupełnie świeżej skorupie budynku zachowanych może być kilkadziesiąt lat istnienia lasu i doświadczenia rzemieślnika. Z kolei zmysłowość jest wpisana w każdy projekt. Prawie każdy, bo syropianowe pudełka są jej prawie pozbawione, ale współczesna architektura działa mocno sensualnymi środkami. Wyciąga je często na pierwszy plan – minimalistyczna kamienna ściana czy szlachetnie starzejąca się metalowa okładzina potrafi zadziałać na zmysły mocniej niż tradycyjna elewacja z oknami i gzymsami. Podczas gdy niektóre efekty można przewidzieć już na etapie doboru materiałów i formy, inne ujawniają się w całej okazałości dopiero po realizacji: gra światła, intensywność zapachu drewna, połysk mokrego od deszczu kamienia. Zmysłów mamy kilka, ale w odbieraniu architektury dominuje jeden – wzrok (pisał o tym m.in. Juhani Pallasmaa w „Oczach skóry”). Może to kwestia oglądania budynków głównie na zdjęciach, a może gubienia wrażliwości? Albo raczej jej niedoceniania, bo zmysły działają na poziomie, który nie wymaga intelektualnego przygotowania do odbioru dzieła architektonicznego. Tak myślałam na początku studiów, po przeczytaniu  „Odczuwania architektury” Rasmussena. Doszłam wtedy do wniosku, że to strasznie banalna książka z paroma  trafnymi w sumie spostrzeżeniami, ale przecież do podobnych wniosków każdy, niekoniecznie architekt, mógłby dojść samodzielnie. Okazało się jednak, że umiejętność odbierania architektury wszystkimi zmysłami zostaje z czasem zdominowana przez chłodną analizę rozwiązań projektowych. Regularnie wracam więc do Rasmussena i świadomie używam w projektowaniu pewnych opisanych tam założeń.

Jedno z największych architektonicznych rozczarowań mojego życia było związane właśnie ze zmysłowym odczuwaniem budynku. Miałam okazję zwiedzić tylko jeden budynek Tadao Ando – pawilon konferencyjny na kampusie Vitry w Weil am Rhein. Spośród wszystkich zlokalizowanych tam znanych obiektów właśnie tego nie mogłam doczekać się najbardziej – żadna Zaha, żaden Gehry nie ekscytował mnie nawet w połowie tak mocno, jak prosty klocek Ando. Oczekiwałam chłodu – nie tylko prostej, niemal pozbawionej detalu formy, ale przede wszystkim zmysłowego zimna betonu, które wydawało się promieniować nawet ze zdjęć budynku. A tam niespodzianka – ponieważ wszystkie budynki na terenie Niemiec muszą spełniać wymagania lokalnego prawa budowlanego, które określa oczywiście również przenikalność termiczną ścian, mój upragniony chłód diabli wzięli. Wszystko było ocieplone i to tak, że całą izolację ukryto w betonie. Gładziłam z niedowierzaniem ścianę po ścianie i żadna nie była ani odrobinę chłodna. Oszustwo!

Gładzenie i wąchanie to dla mnie w każdym razie nieodłączne elementy odbierania architektury. Podczas każdego wyjazdu rozbawieni znajomi robią mi zdjęcia, takie jak powyższe, na którym przytulam się do okładziny z cortenu gdzieś w Barcelonie. Do niektórych ekscesów wolę się nie przyznawać, ale dopóki policja nie ściąga mnie z elewacji, których koniecznie muszę dotknąć, nie są chyba jeszcze zbyt ekstremalne. Ale kiedy mam do czynienia z rzemieślniczymi detalami, które łączą kamień, drewno albo metal, to naprawdę nie mogę się powstrzymać. W Wenecji i Weronie gładzę Carlo Scarpę, w Pradze Plečnika – aż się boję jechać do Lublany, bo tyle tam jego budynków do pomiziania…

[fot. Łukasz Pancewicz]

Witruwiusz i zęby

stars

Stało się: od kilku godzin paraduję z aparatem na zębach. Wygląda paskudnie, ale postanowiłam podejść do zagadnienia witruwiańsko: pocierpię dla utilitas (użyteczności wyprostowanych zębów), firmitas (ich trwałości) i venustas (będę piękna). W każdym razie czuję się, jakbym miała cały katalog Halfena w ustach. Aby zacząć akceptować stal błyszczącą z paszczy, postanowiłam sprawdzić, jak wyglądaliby z nią Wielcy – odpowiedź na powyższym obrazku. Może powinnam zacząć brać przykład z jedynego lorda w tym zestawieniu, który prawie nigdy nie otwiera szeroko ust, nawet uśmiechając się.

Wiem, że to lekka dewiacja, ale naprawdę prawie wszystko kojarzy mi się z architekturą. Ten nieszczęsny aparat też – ze wszystkimi podporami i kotwami, które pojawiają się w budynkach. W gabinecie ortodontycznym czułam się jak na spotkaniu z konstruktorami – nasłuchałam się o podparciach, przeciwwagach i wzmocnieniach. Takich medyczno-architektonicznych podobieństw jest więcej: dokumentacja remontów i modernizacji wraz z technicznymi ekspertyzami ma wiele wspólnego z historią choroby, a przebudowy budynków przypominają transplantacje lub wstawianie implantów. Czasem są bardzo high-tech, ale niekiedy przeprowadza się je banalnie prostymi metodami. Na przykład drewniane konstrukcje podtrzymujące sypiące się balkony w starych kamienicach są jak piracka drewniana proteza nogi. Praca konserwatora zabytków ma w sobie dużo z zawodu lekarza, odkrywki są jak biopsja, a budowlane odpowiedniki operacji plastycznych to temat na osobną opowieść. W każdym razie niesamowita byłaby możliwość zobaczenia, co budynki mają w środku – dotknięcia ich bebechów albo zrobienia im zdjęć rentgenowskich. Zawsze fascynował mnie rozpadający się żelbet, w którym spod kruszącego się betonu wystają zardzewiałe pręty zbrojeniowe. Ten stan rozkładu to jedyny moment, oprócz budowy, kiedy czyste modernistyczne formy pokazują swój złożony środek. Za to prawdziwym wyzwaniem jest zaprojektowanie budynku tak, aby żadne ze wzmocnień nie było widoczne na zewnątrz – mają zadziałać jak nowoczesne, niewidoczne aparaty ortodontyczne. Pamiętam, jak oprowadzałam kiedyś wycieczkę po Giant’s Causeway Visitor Centre. Zwiedzających najbardziej zafrapowała opowieść o tym, co znajduje się w środku prostych, bazaltowych kolumn. A tam kable, cięgna, cuda – namęczyliśmy się nieźle nad tym wewnętrznym szkieletem, aby uzyskać tak smukłe przekroje z tak kruchego kamienia.

Budynki „żyją” dość dosłownie – nie są sztywne, ruszają się i uginają. Pamiętam pewną anegdotę z zajęć z konstrukcji na studiach: podobno w przepisach można by pozwolić na większe ugięcia elementów belek i stropów, ale… byłoby to zbyt przerażające dla użytkowników. Życie pod belką uginającą się tak, jakby zaraz miała pęknąć, musiałoby być koszmarem bez względu na jej rzeczywistą wytrzymałość. Takie stresy przeżywać cały czas? Nie ma mowy, to już lepiej zwiększyć przekroje i zmniejszyć te niepożądane efekty specjalne. Z kolei na studiach doktoranckich mieliśmy kilka seminariów razem ze studentami budownictwa lądowego. Wśród wielu przeraźliwie nudnych zajęć (wykresy naprężeń w betonie to zdecydowanie NIE jest najbardziej fascynująca rzecz dla młodego architekta) były jedne, na których siedzieliśmy z otwartymi ze zdziwienia i zachwytu ustami. Wykład o przesuwaniu budynków okazał się absolutym hitem, przy czym nie mam na myśli przenoszenia zabytków kawałek po kawałku, jak uczyniono to np. ze świątynią w Abu Simbel po zbudowaniu Wielkiej Tamy Asuańskiej, ale o przesuwaniu w całości ogromnych gmaszysk. To naprawdę jest możliwe! Również w Polsce mieliśmy kilka głośnych przypadków takiego inżynieryjnego majstersztyku, np. w 1970 roku obrócono warszawski Pałac Lubomirskich. Cała operacja trwała półtora miesiąca – znacznie krócej niż prostowanie zębów (niestety!).

Będę dzielnie nosić moje stalowe kotwy, chociaż wiem, że czasem lekkie niedoskonałości dodają charakteru. Podobnie jak Madonna nie byłaby Madonną bez diastemy, nikt nie myśli na poważnie o prostowaniu krzywej wieży w Pizie, prawda?

PS Zapraszam do zaglądania na świeżo założonego Facebookowego fanpejdża.

Koolhaas

REM
Gdańsk ostatnio architekturą stoi. Po długim okresie posuchy nagle narobiło się tyle wydarzeń, że Facebook nie nadąża z powiadomieniami i zdarzają się dni, kiedy trzeba z bólem serca wybierać. Nie dość, że Instytut Kultury Miejskiej (IKM) od dłuższego czasu organizuje wykłady i projekcje filmów o tematyce architektoniczno-miejskiej (w końcu nazwa zobowiązuje!), to na dodatek studenci wyszli poza mury Politechniki z kilkoma solidnymi edukacyjnymi inicjatywami. O serii „Zawód: Architekt” i „Luźnych Gatkach” wspominałam już na blogu, przy czym absolutnie kapitalnym pomysłem jest lokalizacja „Gatek” – nie na uczelni, nie w żadnej zakurzonej instytucji, ale w pubie w centrum Gdańska. Podczas gdy spotkania w IKM miewają dość nierówny poziom, Loftowa seria, z racji swojego studenckiego charakteru, jest świeża jak szczypiorek na wiosnę i ładuje na dobry tydzień pozytywną energią. Wpadam tam, kiedy tylko mogę i staram się za każdym razem dorzucić swoje trzy grosze, bo nieformalne okazje do pogadania ze studentami bywają dużo ważniejsze od zajęć projektowych. Wczoraj skoczyłam na projekcję dokumentu „Rem Koolhaas – a Kind of Architect”. Film taki sobie – wydaje mi się, że Koolhaas, z całą swoją ekscentrycznością, powinien zostać przedstawiony z jeszcze mniejszym dystansem. Brakowało mi dowcipu i przewrotności „Koolhaas Houselife” o willi w Bordeaux zrealizowanej według jego projektu i o problemach związanych z jej utrzymaniem w porządku. Uwielbiam ten dokument  i oglądałam go z niezłym bonusem – spotkaniem z twórcami i dokręconą reakcją Koolhaasa na pokazane w filmie absurdy. Nie mógł pogodzić się z tym, że do sprzątania tak wyrafinowanego obiektu używane są tak banalne urządzenia jak odkurzacz.  We wczorajszym dokumencie od wypowiedzi współpracowników i ekspertów ciekawsze okazały się fragmenty „The White Slave”,współreżyserowanego przez Koolhaasa filmu z 1969 roku, najdroższej holenderskiej produkcji w tamtym okresie. Wyglądało to trochę tak, jakby Walerian Borowczyk nakręcił film po holendersku – nic dziwnego, że z ponad miliona wydanych guldenów zwróciło się około dwudziestu tysięcy, a film obejrzała zaledwie garstka widzów.

Koolhaasa można wielbić lub nienawidzić, jak pewnie wielbiono i nienawidzono kiedyś Le Corbusiera. Geniusze tak już mają. Sama sytuuję się w fanklubie, chociaż niekiedy mam z jego budynkami podobny problem jak ze sztuką współczesną: zachwycają, pozwalają na różne interpretacje, ale nie zawsze do końca je rozumiem. Studenci poprosili wczoraj o parę słów wprowadzenia, więc przy okazji zrobiłam sobie mały rachunek sumienia czyli listę budynków OMA, które miałam okazję zobaczyć. Okazało się, że „zaliczyłam” około połowy całego zbudowanego dorobku biura. Chyba nieźle, biorąc pod uwagę, że część jest rozrzucona po Koreach, Japoniach i innych Katarach albo są to prywatne wille, do których nawet (a może zwłaszcza) hasło „jestem architektem, czy mogę popatrzeć?” nie otwiera drzwi. Nieskromnie uznam się niniejszym za eksperta i pozwolę sobie na wytypowanie subiektywnej pierwszej trójki zwiedzonych budynków (niestety, nie widziałam na własne oczy siedziby CCTV, a myślę, że znalazłaby się w tym zestawieniu) :

3. Ex aequo Kunsthal i Euralille

Kunsthal cenię za jego świeżość i przełomowość – powstał w momencie, kiedy wszyscy architekci (ale najintensywniej holenderscy) poszukiwali nowej estetyki, a najlepiej więlkiego grzmotu i przewrotu. Chwilę po Kunsthalu narodziły się wszystkie powydziwiane foldingi i inne formalne cuda, na które moda przeminęła szybciej niż szał na legginsy. Lubię Kunsthal za to, że mimo iż kompletnie nie rozumiem, jak tam działają poziomy i jak całość jest przestrzennie zorganizowana, nigdy nie udało mi się tam zgubić albo gdzieś nie trafić.

A Eurallile? Niby antymiejskie, bo co to za urbanistyka z kilku rozsypanych elementów, ale jednak miejskie – jest i przestrzeń publiczna, i nawet drogę można łatwo znaleźć. Jak w Kunsthalu.

2. Casa da Musica w Porto
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

To budynek złożony z samych kontrastów. Forma? Pogięty kloc, ale pod każdym kątem wygląda inaczej. Materiały? Użyte przewrotnie – tanie połączone z drogimi, trwałe z nietrwałymi. Przestrzeń publiczna dookoła? Paskudnie betonowa, ale pełna ludzi i życia. I tak jest tam ze wszystkim – światłem, kolorami, akustyką – pozornie nic nie powinno działać, a jednak działa. Chyba też na zasadzie kontrastu.

And the winner is…

1. Biblioteka w Seattle

seattle_B&W
Absolutnie bezkonkurencyjna. Tyle razy wcześniej widziałam ją na zdjęciach, oglądałam schematy funkcjonalno-przestrzenne, próbowałam zrozumieć skalę i kontekst – wszystko na nic. Wizyta w tym budynku to doświadczenie całego kosmosu zamkniętego w przezroczystej skorupie. Czy to jeszcze budynek, czy już infrastruktura? Spacer po nim oznacza niespodziankę za niespodzianką – można się tam poczuć jak Alicja w Krainie Czarów, która aplikuje sobie powiększające i pomniejszające eliksiry. Budynek gra skalami – raz wydaje się znacznie większy w środku niż na zewnątrz, żeby za chwilę zaskoczyć kameralnością, a zamiast po Koolhaasowemu „fuck the context”, siedzi sobie grzecznie w kwartale. Na dodatek użytkownicy go uwielbiają, chociaż nie zawsze traktują z szacunkiem – na własne oczy widziałam faceta tak wkurzonego, że dotarł tam kilka minut po zamknięciu, że rozpiął rozporek i wysikał się przed samym głównym wejściem. Ale to raczej nie był dowód nienawiści do architekta.

PS. Kiedyś pokażę nasze zaproszenia ślubne i wtedy dopiero się okaże, jaka ze mnie fanka Koolhaasa:)

[fot. Monika Arczyńska. Pierwsze zdjęcie absolutnie przypadkowe, po prostu wszedł mi w kadr – duży facet z niego]

%d blogerów lubi to: