Dlaczego wkurzają mnie elektryczne samochody

e-auto_Oslo.jpg

Jeszcze kilka lat temu z zazdrością patrzyłam na infrastrukturę dla elektrycznych aut w zachodniej Europie i w Stanach. Podczas wypadu ze znajomymi do Oslo kręciliśmy głowami z niedowierzaniem: „Ale ich tu dużo jeździ!”.  Fakt, dużo, w tym piekielnie drogich tesli i to na tyle dużo, że przy przechodzeniu przez ulicę trzeba się szczególnie uważnie rozglądać, bo jeżdżą prawie bezgłośnie. Skąd ich aż tyle? Rządowy cel to zeroemisyjność samochodów do 2025 roku, więc dzięki subsydiom i zwolnieniom z opłat dla Norwegów elektryczne auta wypadają stosunkowo tanio. Jest na nie zerowy VAT (dzięki temu ich ceny są porównywalne do aut na benzynę podobnej klasy), nie ma opłat za parkowanie, mogą używać buspasów. W całym Oslo stoją eleganckie, stalowe słupki do darmowego ładowania. Elektryki stały się tak popularne, że trzeba na nie długo czekać po zamówieniu.

Od niedawna i w Polsce można otrzymać dotację do zakupu elektrycznego samochodu. Nowe technologie uratują planetę! Akurat. Uratują co najwyżej komfort naszego życia i dobre samopoczucie. W Norwegii na szczęście prąd produkuje się w dużej mierze „zielonymi” metodami, ale w węglolubnej Polsce? Poza tym przekonuje mnie obawa, że poszukiwania i intensywna eksploatacja złóż ropy zamieni się w poszukiwanie źródeł litu do produkcji baterii. Jeśli elektryczne samochody mają zastąpić tradycyjne, ale będzie ich jeździć tyle samo, owszem, poprawi się jakość powietrza i poziom hałasu, ale praktycznie nic poza tym. Ani nie zajmują mniej miejsca (powierzchnie biologicznie czynne!), ani nie ani nie redukują ilości pyłów z klocków hamulcowych, a ostatecznie i tak trafią na wysypiska. Przede wszystkim nie odzwyczajają od korzystania z transportu indywidualnego. Wsiadanie do elektrycznego samochodu jest jak pakowanie kanapek w folię aluminiową. Przecież i tak trafi do recyklingu, prawda? Ale ktoś musi ją najpierw wyprodukować, opakować, zawieźć do sklepu, przyjechać żłopiącą paliwo jak smok śmieciarką, jechać za miasto do sortowni, wyczyścić użytą przez chwilę folię z masła i okruchów, a dopiero potem zabrać się za odzyskiwanie materiału.

Proszę więc nie mydlić nam oczu pseudoekologicznym mydłem i dopłacać do samochodów, tylko robić wszystko, aby jeździło ich jak najmniej. Kropka.

[Fot. Monika Arczyńska]

 

 

Piwo, paternoster i galeria w supermarkecie

Ach, co to był za urlop! Tylko dlaczego taki krótki?

Ostatnie tygodnie przed wyjazdem mocno dały nam w kość i marzyliśmy o tym, aby na chwilę wypełnić głowy czymś innym niż gaszenie projektowych pożarów. Ostatnio kilka razy zdarzyło nam się z wrócić rok po roku do tego samego kraju, więc zgodnie z tą zasadą znów pojechaliśmy do Czech. Jak zwykle wybraliśmy nasz ulubiony sposób podróżowania, czyli  przemieszczanie się od miasta do miasta, wyłącznie transportem publicznym i dużo spacerowania. Krokomierz twierdzi, że przeszliśmy pieszo prawie 200km, zatrzymując się regularnie na kufle pysznego czeskiego piwa i utopence w mniej lub bardziej szemranych barach. Kufle też liczyliśmy, ale wstydzę się przyznać do ich szalonej liczby. Trasa prowadziła od Ostrawy, gdzie interesowały nas głównie tereny poprzemysłowe, przez krótki postój w Ołomuńcu, dłuższy w Zlinie (to miasto zdecydowanie zasługuje na oddzielny post), maleńki, ale piękny Kromieryż i Brno, które zachwyciło nas międzywojenną architekturą i miejską atmosferą. Jak to już z nami bywa, niby odpoczywamy od pracy, ale jednym okiem zerkamy a to na genialny system rowerów publicznych w Ostrawie (to pod kątem koncepcji, jaką przygotowujemy dla Górnego Śląska i Zagłębia), a to na funkcjonalistyczne mieszkaniówki, szukając inspiracji do projektowanego obecnie osiedla. Zrobiliśmy kilka tysięcy zdjęć fotografując jak wariaci wszystko, od butów Baty po system irygacji zielonych torowisk.

Były też małe architektoniczne przyjemności: pierwszy raz w życiu jechałam windą typu paternoster (cały czas w ruchu, gdzie wskakuje się do „wagoników” jadących w górę lub w dół) w biurowcu Baty w Zlinie. Jest cały czas użytkowana, obecnie przez pracowników znajdującego się w budynku urzędu miasta, którzy przymykają oko na turystów traktujących tę windę jako nie lada atrakcję. Niestety, nie udało nam się zwiedzić wnętrz willi państwa Tugendhat w Brnie – dwa miesiące polowania na wejściówkę nie wystarczyły, bo wizyty zarezerwowane są do końca roku. Na szczęście można wejść do ogrodu i Mies pewnie przewraca się w grobie na myśl o architektach brudzących szyby przy próbach sfotografowania wnętrz przez okna (tak, widać sporo i tak, jest bardzo luksusowo).

Największą przyjemnością było jednak przede wszystkim odkrywanie, jak bardzo Czesi „umieją w krajobraz”. Nie widać tam skrajnego wysmakowania ani nadzwyczajnych pieniędzy, raczej bezpretensjonalność i pragmatyzm. Umieją też zrobić coś z niczego – wiecie, gdzie mieści się (tymczasowo) galeria sztuki Plato w Ostrawie? W dawnym supermarkecie budowlanym. Serio. Przestrzeń jest ogromna, świetnie zlokalizowana tuż przy centrum miasta, ma wszystkie zalety budynków poprzemysłowych – jest wysoko, ze światłem od góry, w miarę neutralnie, więc obok prac site specific można prezentować tam i instalacje, i wideo. W otwartej przestrzeni oprócz wystaw mieści się m.in. zaaranżowana biblioteka, kawiarnia (z płytkami w maziaje, jak z castoramy!), a w dawnym dziale ogrodniczym patio i sala audytoryjna (tam z kolei najtańsze betonowe płytki ułożone są na podłodze). Zaraz obok KWK Promes adaptuje dawną rzeźnię na docelową siedzibę galerii.

O covidzie w Czechach chyba nikt nie słyszał (może poza Ostrawą), dlatego musieliśmy wywoływać sensację wchodząc w maseczkach na stacje kolejowe, ale z drugiej strony czuliśmy się bezpiecznie, spędzając większość czasu na zewnątrz. Muszę przyznać, że tęskniłam już za nocnym miejskim szmerem, a centrum Brna w piątkowy wieczór prawie przebiło nocne życie Dublina, a to niezwykły wyczyn. Za to powrocie od razu wpadliśmy w kierat zadań i obowiązków – dlaczego urlopy są takie krótkie i tak rzadko…

[Fot. Monika Arczyńska]

Gospodarka przestrzenna

Czy już kiedyś pisałam, jak bardzo się cieszę, że uczę na Gospodarce Przestrzennej na naszym gdańskim Wydziale Architektury? Na początku zastanawiałam się, czym mogłabym się zająć dydaktycznie na kierunku innym niż architektura, ale szybko okazało się, że właśnie na gospodarce ujęte są zagadnienia związane z partycypacją, masterplanami czy mieszkalnictwem.

Właśnie wypuszczamy kolejny rocznik, więc w ubiegłym tygodniu spędziłam dwa dni na egzaminach magisterskich. Chociaż nie przepadam za egzaminami – co to za przyjemność sprawdzać wiedzę osób, które musiały się nią i tak już wcześniej wykazać podczas zajęć? – tym razem była to naprawdę ogromna przyjemność. Pytania wcale nie były łatwe, a studentki i studenci odpowiadali na nie potwierdzając, że ich wiedza to nie tylko wykute informacje, ale przede wszystkim efekt zrozumienia, przemyślenia i przetestowania projektowo omawianych zagadnień. Poziom na tych studiach jest niezwykle wysoki, a studenci nie tylko utalentowani i pracowici, ale przede wszystkim prawdziwie zainteresowani zagospodarowaniem przestrzennym i tematyką miejską. Są ponadto świetnie zorientowani w aktualnych trendach, wydarzeniach i dyskusjach. Jestem z nich wszystkich niezwykle dumna, bo obserwując ich postępy od trzeciego roku kursu inżynierskiego do końca magisterki mam okazję uczestniczyć w niesamowitej przemianie ze studentów w doskonale przygotowanych do zawodu profesjonalistów. Wcale się nie dziwię, że już w pierwszej pracy (a znajdują ją natychmiast zarówno w sektorze publicznym, jak i w prywatnym) od razu są rzucani na głęboką wodę i bardzo dobrze sobie radzą. Zdarza się, że chwilę po dyplomie spotykamy się w zawodowych okolicznościach i to są kapitalne momenty, kiedy partnerskie relacje, bo takie staramy się ustalać na zajęciach, przechodzą naturalnie poza mury uczelni (tu szczególne wyrazy uznania za profesjonalizm dla Marty Młodeckiej z Urzędu Miejskiego, z którą współpracujemy przy projekcie dla Nowego Portu).

W tym roku na gospodarkę na naszej Politechnice złożyło papiery ponad 15 osób na miejsce, więc wygląda na to, że poziom pozostanie wysoki. Już się cieszę na kolejne zajęcia i czuję przeogromną satysfakcję, że mogę dorzucić swoją cegiełkę do edukacji tych wspaniałych młodych osób. Przede wszystkim dzięki nim mniej martwię się o przyszłość planowania przestrzennego w Polsce.

[Na zdjęciu tegoroczna wizja lokalna z Traffic Design na Wzgórzu Św. Maksymiliana w Gdyni w ramach projektowania partycypacyjnego. Fot. Monika Arczyńska –]

Miłość w czasach zarazy

Zawsze rozczulały mnie zakochane pary nastolatków. Zwykle zaczynają pojawiać się w maju, gdy ich uczucie wybucha w promieniach wiosennego słońca. Tulą się i całują, jakby świat dookoła nie istniał, a namiętność czasem osiąga taki poziom, że przechodnie z zażenowaniem odwracają głowę. Ja też zawsze odwracałam, ale po to, żeby zapewnić zakochanym odrobinę prywatności. Bo to, co przeżywają, jest silne i piękne.

W tym roku pary pojawiły się z opóźnieniem. Koronawirus wstrzymał wszystko, nawet zakochanie. Za to eksplozja nastoletniej namiętności jest intensywniejsza niż kiedykolwiek wcześniej, jakby trzeba było nadrobić z nawiązką te stracone miesiące. Tylko już nie rozczula mnie ten widok. Każda z tych całujących się par to chłopak i dziewczyna, jakby to tylko dla chłopaków i dziewczyn były zarezerwowane parki, skwery i co najwyżej grubiański komentarz zniesmaczonego przechodnia. Tylko dziewczyna i chłopak mają prawo, aby ich nastoletnia namiętność była silniejsza od instynktu samozachowawczego. Dlatego teraz też odwracam głowę, ale z wściekłością, że przestrzeń publiczna nie jest dla wszystkich.

[Fot. Rafa Esteve]

SPOT czy jak upiec dwie pieczenie na jednym ogni(sk)u

Nie bardzo chciało mi się ruszać w ten weekend z Gdańska. Zamarzyło mi się sobotnie wylegiwanie w łóżku, a potem nicnierobienie, najchętniej na plaży, ale już od kilku tygodni mieliśmy ustalony wyjazd na studenckie warsztaty Inicjatywy SPOT w Rzuskim Lesie pod Słupskiem. I jak to zwykle bywa z warsztatami, kiedy tylko pojawiliśmy się na miejscu, okazało się, że atmosfera jest tak wspaniała, ludzie tak sympatyczni i pełni energii, a miejsce inspirujące, że zapomniałam o marzeniach o plażowaniu, tylko spędziłam kolejne godziny z uśmiechem od ucha do ucha, rozmawiając ze studentami i współprowadzącymi. O inicjatywie słyszałam już wcześniej i byłam bardzo ciekawa, jak w praktyce wygląda realizacja pomysłu współpracy między NGO potrzebującymi prac remontowych a studentami szukającymi możliwości nauczenia się „na żywo” wykonywania prac budowlanych. Tym razem remontowano parter domu Fundacji Końkretnie Pomagamy, która zajmuje się m.in. hipoterapią dla dzieci z niepełnosprawnościami. Studenci, a przede wszystkim studentki, bo okazało się, że to głównie dziewczyny były zainteresowane zasuwaniem z młotkami i śrubokrętami, w ciągu tygodnia pod okiem dwóch nadzwyczaj cierpliwych majstrów przearanżowali układ pomieszczeń, zamontowali wszystkie instalacje i założyli nie tylko ścianki, ale nawet jeden gips-kartonowy sufit (podziwiam!). Materiały zapewnili sponsorzy, czyli pieczeni na jednym ogniu upieczono więcej niż dwie – pomoc i naukę – bo i producenci mieli szansę zareklamować swoją ofertę, jednocześnie pokazując, jak wygląda montaż. Ale zanim uczestnicy zabrali się do pracy, najpierw musieli zorganizować sobie także warunki do spędzenia tygodnia na obozie budowlanego survivalu. Było spartańsko – spanie w namiotach, przenośne toalety i jeden wąż z zimną wodą, więc budowanie zaczęło się od postawienia prowizorycznych pryszniców (na zdjęciu). Codziennie kilka osób dyżurowało w kuchni i cała obozowo-budowlana machina działała naprawdę imponująco. Cały czas powtarzam na uczelni, jak ważne jest rozwijanie miękkich umiejętności, w tym przede wszystkim pracy zespołowej i odnoszę wrażenie, że tydzień takich warsztatów dał więcej niż kilka semestrów wspólnego opracowywania prac zaliczeniowych.

A w zieloną noc, zamiast smarować się pastą do zębów, uczetsnicy nieoczekiwanie i niechcący wspięli się na jeszcze wyższy poziom pomagania. W sąsiednim domu wybuchł pożar. Studenci ruszyli na pomoc, przytomnie wyciągając z dymiącego poddasza butle gazowe i prawdopodobnie zapobiegając tragedii. Zajęli się przestraszonymi dziećmi i psami, a strażacy, którzy na gaszenie wpadli prosto z wesela kolegi, narzucając uniformy na garnitury, dostali ogromne oklaski. A potem było już tylko ognisko, pieczone ziemniaki i przeogromna satysfakcja z wykonanej roboty. Gratulacje!

[Fot. Monika Arczyńska]

Piękny prezent na Dzień Architektury

finalisci-ix-edycji-konkursu-zycie-w-architekturze_326518

Dziś Dzień Architektury i dostaliśmy wspaniały prezent: woonerf w ul. Abrahama w Gdyni, który projektowaliśmy z Maćkiem Nagórskim z NANU Architektura i z Bartkiem Zimnym, został finalistą konkursu Życie w Architekturze!!! Cieszę się niesamowicie, bo absolutnie nie liczyłam na finał – w kategorii „Przestrzeń publiczna” znalazło się wiele wspaniałych realizacji i przypuszczałam, że nasz skromny „pasiak” nie będzie się wyróżniał wśród wysokobudżetowych bulwarów, placów i parków. Ale może właśnie ta skromność ujęła jury: nasza realizacja była jedyną zgłoszoną w konkursie miejską ulicą, w dodatku zainicjowaną społecznie w budżecie obywatelskim i z bardzo ograniczonym finansowaniem. Użyte rozwiązania, wzór i powszechnie dostępne materiały umożliwiają w przyszłości kontynuację strefy przyjaznej pieszym na kolejnych odcinkach ulicy. Realizacja całkowicie zmieniła oblicze tego niewielkiego fragmentu śródmieścia Gdyni: piesi i rowerzyści czują, że to przestrzeń zaprojektowania z myślą o nich. Dziękujemy jurorom za dostrzeżenie tych wartości. 

Ze wszystkimi finałowymi realizacjami można zapoznać się TUTAJ (o w mordę jeża, w jakie niesamowite towarzystwo trafiliśmy!) Gratuluję, a z okazji dzisiejszego święta wszystkim architektkom i architektom życzę wspaniałych projektów i realizacji<3

[Fot. M. Szczeciński]

 

Uchwała krajobrazowa – to działa!

IMG_5271

Jeszcze niedawno ten szary, pusty prostokąt na budynku witał mnie codziennie a to twarzą uśmiechniętego polityka, a to reklamą telefonu, a to promocją na parówki. Od kwietnia w Gdańsku obowiązuje uchwała krajobrazowa i…. to działa! Nagle widać elewacje budynków, a niektóre obiekty, latami zasłonięte szmatami, pokazały swoją urodę. Na przykład nasz wrzeszczański Manhattan, czyli jedyne centrum handlowe, które bardzo lubię, bo po komercyjnej porażce związanej z powstaniem w sąsiedztwie konkurencji przekształciło profil mieszcząc obecnie m.in. bibliotekę i szkołę artystyczną. Pamiętam zachwyt tym budynkiem projektu Fortu zaraz po otwarciu – ceramiczne profile na elewacjach czy przeszklone windy to był standard, jakiego nie znaliśmy w Trójmieście. Niestety, szybko zaczął obrastać reklamowym grzybem, stając się tłem dla krzykliwych kolorów i wizualnego chaosu. Miło dziś na niego popatrzeć, tym bardziej, że porządne materiały, jakie tam zastosowano, starzeją się szlachetnie, w przeciwieństwie do tynków okolicznych kamienic, które po zdjęciu billboardów pokazały swoje liszaje. Pewnie za rok wszędzie zobaczymy rusztowania i remonty elewacji.

W paru miejscach reklamy jeszcze straszą, bo z uwagi na pandemię miasto postanowiło wstrzymać się z pobieraniem opłat – jako przedsiębiorczyni doceniam ten gest, bo mieliśmy teraz trochę inne rzeczy na głowie. Pojawia się więcej reklam malowanych na pustych ścianach, bo murale nie zostały zabronione, ale powiedzmy sobie szczerze, że piękna twarz Henry’ego Cavilla namalowana w wielkiej skali to jeszcze nie jest koniec świata. Znikają szmaty, znikają też nośniki – po wielkich konstrukcjach pod billboardy zostają tylko ślady w trawie. Nie przemieszczam się jeszcze za bardzo po mieście, więc każdy wypad poza Wrzeszcz jest dla mnie jak wyprawa w nieznane, bo w niektórych miejscach krajobraz zmienił się nie do poznania. Nareszcie!

[Fot. Monika Arczyńska]

Co za piękny dzień

IMG_5290

Ależ wczoraj był piękny dzień! Miałam ochotę już wieczorem napisać o tym na blogu, ale przesądne ze mnie babsko i wolałam nie chwalić dnia przed zachodem słońca, tym bardziej, że pandemia, kryzys i jeszcze mój osobisty urbanista w podróży. Ale wczorajszy dzień był tak absolutnie przewspaniały, wonderful i wielikoliepnyj, że muszę się podzielić moją piątkową radością.

Pandemia dała mi w kość i to naprawdę mocno. Przez ostatnie tygodnie praktycznie nie udawało mi się kończyć pracy przed późnymi wieczorami, weekendy niewiele różniły się od zwykłych dni, a czarne gospodarcze chmury w połączeniu z koniecznością ostrożnego planowania każdego wyjścia po zakupy wprawiały w niezbyt optymistyczny nastrój. I chociaż boję się powrotu do „normalności” – krzywa zachorowań jednoznacznie wskazuje, że to jeszcze nie etap wygaszania pandemii – zaczynają znów cieszyć mnie większe i mniejsze radości. A takich wczoraj było mnóstwo! Do wyliczania, wystąp:

  • Oddaliśmy projekt Parku Podlesie dla Dąbrowy Górniczej. Uwielbiamy pracować dla Dąbrowy, projekt wyszedł świetnie, a pomimo covidowych ograniczeń udało się przeprowadzić proces partycypacji. Czekamy niecierpliwie na realizację!
  • Nowe biuro czeka na „zasiedlenie”. Michał, nasz informatyk, podłączył wczoraj okablowanie i od poniedziałku wracamy całym zespołem do pracy na miejscu. Zostajemy w tym samym budynku, ale będziemy mieć znacznie więcej przestrzeni i lepsze nasłonecznienie.
  • Dostaliśmy wczoraj zastrzyk finansowy z tarczy. Mogę spać spokojniej, bo przez ostatnie tygodnie myślałam tylko o zdobywaniu nowych zleceń. Nie zamierzam spowalniać, ale poczucie bezpieczeństwa wzrosło.
  • Wyszłam z pracy o 15:30 (!)
  • Po ponad dwóch miesiącach przerwy wróciłam na fizjoterapię i…
  • …po dłuuuugiej przerwie mogę znów jeździć rowerem!!!

A po fizjoterapii wróciłam do domu plażą. Zatoka miała ciemnogranatowy kolor, ludzie puszczali latawce, a wiatr rozwiewał włosy – w końcu znów bardzo krótkie po pandemicznym zapuszczeniu. Wieczór skończyłam z filmem, białym winem i wielką porcją krewetek, których – jak na życzenie – ostatnią paczkę dorwałam po drodze w Biedronce. Co za piękny dzień!

[Fot. Monika Arczyńska]

 

Co nas czeka po pandemii?

 

s-12

Jak Wam idzie izolacja?

U nas pracowicie – nie ma czasu na nadrabianie książkowych i serialowych zaległości. Politechniczne zajęcia przebiegają sprawnie. Korzystamy z okazji, że sprzętowo i organizacyjnie możemy zaprosić na zajęcia gości z całej Polski i np. na projektowaniu partycypacyjnym nasi studenci mieli już spotkania z Mikołajem Łątkowskim, Pawłem Jaworskim i Marcinem Gerwinem. Home office także sprawdza się całkiem nieźle. Dla mojego osobistego urbanisty i dla mnie to prawdziwy powrót do przeszłości – odgruzowaliśmy pracownię w domu i czujemy się jak dwa lata temu, kiedy A2P2 raczkowało dopiero w dwuosobowym składzie. Z biurową ekipą, która znów okazuje się najlepszym zespołem na świecie, kontaktujemy się głównie na teamsie, ale zdarzyło się nam też już kilka spotkań warsztatowych w biurze. Fajnie, że pomimo powagi sytuacji zachowaliśmy nasze biurowe śmieszkowanie, tyle że w wersji online.

Czytałam na początku izolacji „Poza własnością” Joanny Erbel i myślę sobie, że te wszystkie skrupulatnie zebrane dane z końca ubiegłego roku będą dobrym materiałem źródłowym dla przyszłych badaczy, ale właśnie straciły swoją aktualność. Airbnb? Jakie Airbnb? Omawiamy z dyplomantami (zdalnie, oczywiście) postępy ich prac i nagle okazuje się, że wiele założeń jest już nieaktualnych, za to trzeba przygotować się na nowe, niespodziewane wyzwania. O odporności miast mówimy już nie tylko w kontekście zmian klimatycznych, ale i nagłych, wynikających z pandemii, zmian demograficznych. Jeśli chcielibyście poczytać więcej moich przemyśleń na ten temat, zapraszam do przeczytania wywiadu (to mój pierwszy raz w dziale „Kobieta”!!!): https://kobieta.interia.pl/zycie-i-styl/news-koniec-miasta-jakie-znamy,nId,4494940

[Fot. Monika Arczyńska]

Święty Patryku, wygoń wirusy!

paddy

Legenda głosi, że św. Patryk przepłoszył z Irlandii węże. Postraszył je drewnianą laską, przegonił do morza i zabronił im wracać. Węże do dziś można zobaczyć w Irlandii tylko w terrarium. Dziś Dzień św. Patryka i chociaż odkażanie gardeł alkoholem wydawałoby się w obecnych okolicznościach dobrym pomysłem, puby są pozamykane, a parady odwołane. Przydałaby się jakaś skuteczna drewniana laska, ale w globalnej skali, dla wystraszenia  tego cholernego wirusa.

W A2P2 już prawie wszyscy przeszliśmy na tryb zdalny, tylko mój osobisty urbanista się wyłamuje twierdząc, że jeśli jest jedyną osobą w biurze, to nie ma mowy o ryzyku. Pewnie nie chce siedzieć ze mną w domu. Fakt – po kilku latach pracy na odległość jestem bardziej przyzwyczajona do tego trybu, ale już po kilku godzinach tęsknię do biurowych „heheszków”, chociaż i tak mamy stały kontakt z całym zespołem. Czat to jednak nie to samo, co żarty przy herbacie. Jutro nasze pierwsze konsultacje społeczne na odległość – odwołano spotkanie ws. Parku Podlesie w Dąbrowie Górniczej, dlatego live stream odbędzie się ze studia nagraniowego we Wrzeszczu.

Same sprawy organizacyjne i informatyczne związane z uruchomieniem zdalnej pracy zajęły nam wczoraj praktycznie cały dzień. Trochę dziwi mnie ogólna atmosfera serialowania i planszówkowania, ale to pewnie w ramach zbierania sił przed intensywnym nadrabianiem zaległości. Dlatego planujemy zajęcia ze studentami w wersji online, żeby chociaż na tym polu uniknąć niepotrzebnej obsuwy. W tym ogólnym nieszczęściu mamy dużo szczęścia w pracowni – trochę poprzesuwały nam się (póki co) terminy projektów, ale szczerze współczuję firmom, zwłaszcza tym małym, jak nasza, które z powodu pandemii codziennie ponoszą ogromne straty. Tym bardziej, że na razie mówimy o dwóch tygodniach spowolnienia, a przecież to trwać dłużej. Dziwny ten okres – za oknami wybuch wiosny, ale na ulicach pustki i słychać prawie wyłącznie ptaki. Szkoda, że nie potrafimy tak funkcjonować na co dzień – skromniej, spokojniej, bardziej solidarnie. Odizolowanie na dłużej to faktycznie koszmar, ale nagle okazało się, że tyle rzeczy można zrobić zdalnie i bez tylu się obyć  – może zapamiętamy to na dłużej? Przez dzisiejszy Dzień św. Patryka cały czas chodzi mi po głowie Irlandia. Po kryzysie, kiedy nagle prawie wszystkim znacznie spadły dochody, okazało się, że przygotowanie w domu lanczu na kolejny dzień to świetna okazja do wypróbowania nowych przepisów, zamiast na Seszele można pojechać pod namiot, a zamiast kupować nowego SUV-a – przerzucić się na rower. Tyle, że wszystko wróciło do konsumpcyjnej normy, kiedy tylko kraj podniósł się z gospodarczego dołka…

Zdrowia!

[Fot. Monika Arczyńska]

Drobna rzecz

Abrahama 02

Paweł Jaworski odwiedził niedawno Gdynię i skoczył obejrzeć nasz* woonerf w ul. Abrahama. Podobało mu się – docenił bezpretensjonalność tej przestrzeni, brak „błyszczenia” na siłę wobec innych ulic w Śródmieściu  i fakt, że zostały tam użyte powszechnie dostępne materiały, więc łatwo można rozszerzyć te rozwiązania na kolejne odcinki ulicy. Na koniec napisał: „Urzeka mnie też rozmierzanie elementów zagospodarowania na module kostki brukowej, co ogranicza cięcia. Drobna rzecz, a cieszy.” I to jest właśnie ten moment, kiedy architekci spadają z krzeseł. Nie ma chyba w projektowaniu nic trudniejszego, bardziej upierdliwego i spędzającego sen z powiek i to od momentu narysowania rozmierzonych precyzyjnie elementów po ostatni dzień pilnowania tego na budowie. Jeśli coś ma się schodzić, dopasować i liniować, dla architekta oznacza to wiele bezsennych nocy, długich dyskusji z inżynierami, dostawcami materiałów i kosztorysantami. Na etapie realizacji – znacznie częstsze wizyty na budowie, niż przewidywałaby to jakakolwiek umowa, a także wielokrotne wypowiedzenie pewnego słowa na „k” w kontekście: „K….., co wyście tu zrobili?”. A i tak nie zawsze wychodzi zgodnie z projektem.

Teraz te liczby powoli wylatują mi już z głowy, ale jeszcze niedawno obudzona nagle w środku nocy potrafiłam okreslić dokładnie, ile milimetrów tolerancji należy przewidzieć dla żelbetu, stali i innych materiałów. Ugięcia, kurczliwość, realność wykonania (zwłaszcza w ustalonym budżecie) – to wszystko trzeba brać pod uwagę projektując połączenia między materiałami. W Heneghan Peng mieliśmy na tym punkcie kota i wykonawcy nieraz przeklinali nas na budowie. Doceniam bardzo sztukę dokładności. Stąd „mizianie” elewacji, kiedy zachwyci mnie nadzwyczajnie cienka uszczelka. Stąd krzywienie się na widok niezliniowanych połączeń. Stąd podkreślanie w tekstach o nowych realizacjach, że widać „dopilnowanie” na budowie – oczywiście, jeśli faktycznie jest to czytelne. Na szczęście coraz mniej niedoróbek w polskich realizacjach, ale do dziś wspominam studenckie wyjazdy w Polskę, oglądanie budynków prezentowanych w „Architekturze-murator” i zastanawianie się, co się takiego stało, że spoiny się rozjeżdżają, chociaż wyglądają, jakby na etapie projektu były narysowane w jednej linii. Abrahama realizował świetny wykonawca z wyjątkowo odpowiedzialnym i otwartym kierownikiem budowy (panie Marcinie, pozdrawiam!). Na poczatku martwiliśmy się, jak zostaną przyjęte nasze rysunki ze wskazanymi szczegółowo cięciami, połączeniami i układem, ale wszystko zostało zrealizowane dokładnie jak w projekcie. Ale to nie była „drobna rzecz”, chociaż cieszy i nas, i wykonawców. 

Abrahama 01

Przy okazji: nareszcie miałam okazję zobaczyć i przetestować zmodernizowaną ul. św. Marcina w Poznaniu. Doceniam świetne zmiany w tej przestrzeni, ale mam ogromne wątpliwości odnośnie zastosowanego na posadzce wzoru. Właśnie na wspomnianej ul. Abrahama mieliśmy ochotę na zastosowanie podobnie kontrastowego wzoru, ale wydział ds. dostępności wybił nam to z głowy. I dobrze, bo dla osób z nie najlepszym wzrokiem (albo z kurzą ślepotą;) byłaby to wyjątkowo nieprzyjazna przestrzeń. W tym kontekście mniej znaczy więcej.

*”nasz” czyli projektu NANU Architektura Macieja Nagórskiego, Bartka Zimnego i A2P2.

[Fot. Monika Arczyńska]

Rachunek sumienia 2019

IMG_9047

Śledzę z zainteresowaniem na Facebooku postanowienia noworoczne znajomych. Wiele dotyczy work-life balansu, ale w tym roku dominują zdecydowanie postanowienia związane ze zmianą stylu życia na bardziej zrównoważony ekologicznie. Na zdjęciach pojawiają się woreczki na zakupy z firanek, sezonowe warzywa kupione na pobliskich bazarkach i uśmiechnięte twarze rowerzystów (pogoda sprzyja tej aktywności). Sama jeszcze nie przeliczałam własnego śladu węglowego za 2019 rok, ale jestem pewna, że udało mi się go znacznie obniżyć w porównaniu z poprzednimi latami. Oczywiście nie wszystko poszło zgodnie z planem i mam jeszcze sporo do poprawienia, ale mam zdecydowanie spokojniejsze sumienie niż rok temu.

  1. Segregacja odpadów

W domu sukces: produkujemy zauważalnie mniej śmieci, zwłaszcza zmieszanych i plastikowych, ale biuro to porażka. Zarządca budynku postawił jeden śmietnik i nie reaguje na nasze prośby. Przez pewien czas podrzucaliśmy śmieci sąsiadom, ale potem zrobiło nam się głupio. Materiały biurowe zamawiamy głównie w firmie, która do pakowania (zwykle) nie używa styropianu ani folii bąbelkowej, a przy okazji oddajemy zużyte pojemniki po tuszach do drukarki. Na tym polu możemy jeszcze sporo poprawić i to jeden z naszych planów na nowy rok.

2. Opakowania

Z wystaw i konferencji mamy stosy płóciennych toreb, których regularnie używamy. W sklepach staram się wybierać szklane i metalowe opakowania (nie jest łatwo!). Chociaż nie unikam całkowicie plastiku, to nie kupuję „śledzików na raz”, ale raczej większe opakowania. Warzywa i owoce pakuję do wielorazowych siatek, a pieczywo do płóciennych woreczków – suweniru z konferencji SWECO o miastach przyszłości. A jeśli zapomnę woreczków, to w papier. A jeśli nie ma papieru, to woreczki wykorzystuję ponownie.

3. Chemia

Tu mam spory problem. Co prawda używam często do sprzątania octu i sody oczyszczonej, ale jednak chemia ze sklepu czyści moim zdaniem lepiej i być może jest nawet mniej szkodliwa dla środowiska, bo używam jej mniej? Od lat nie korzystam w domu z ręczników papierowych – zawsze mam pod ręką bawełniane ścierki. Owszem, nie schodzą z nich wszystkie plamy, ale czy to taki wielki problem w porównaniu do produkcji śmieci?

4. Dieta

Jeszcze nigdy nie jadłam tak mało mięsa, jak w ubiegłym roku, ale nie zrezygnuję z niego (ani z nabiału) całkowicie z uwagi na pewne zdrowotne ograniczenia. Kranówkę piję od kilkunastu lat, a gdańska jest wyjątkowo smaczna. Nie piję soków, a piwo i wino na szczęście jest rozlewane do szklanych butelek;) Nie wyrzucamy jedzenia (no, czasem zdarzy się jakaś zapomniana bułka). W biurze zaopatrzyliśmy się w końcu w mikrofalówkę, więc pewnie częściej będę jadła ugotowane w domu jedzenie.

5. Ubrania

Coraz rzadziej kupuję w sieciówkach, za to lubię „polowania” na Allegro. Pod koniec roku zaczęłam także odwiedzać second handy.  Nie wyrzucam dodatków – właśnie kupiliśmy nowe łóżko, z szufladami, żebym mogła przechowywać tam torebki i buty. Jak widać na zdjęciu, szafa również pęka w szwach, ale najstarsze z moich ubrań mają po… 20 lat. Niestety, nie jestem w stanie zwalczyć uzależnienia od kupowania butów, za to założyłam w 2019 kilka par, które już kilka lat czekały w szafie na odpowiednią okazję (podobną strategię stosuję względem ubrań). Męczy mnie jednak kwestia sztucznych włókien i liczę na podpowiedź: gdzie kupię dobrej jakości bawełniane (w 100%) T-shirty?

6. Transport

Kupiliśmy z moim osobistym urbanistą karty zniżkowe na PKP, więc nie będzie mnie już bolało serce (a raczej portfel) przy kupowaniu biletów na pendolino. W dalszym ciągu nie używamy i nie zamierzamy używać samochodu. Największą różnicę w porównaniu z ubiegłym rokiem zrobiła przede wszystkim rezygnacja z latania. Przez 12 miesięcy nie siedziałam ani razu w samolocie, ale zdaję sobie sprawę, że to niewielka rekompensata dla wcześniejszego intensywnego podróżowania w ten sposób. Absolutnie nie deklaruję, że już nigdy nigdzie nie polecę, ale mocno ograniczam przede wszystkim krótkie wypady samolotem. Wakacje w Czechach okazały się tak przyjemne, że zamierzamy powtórzyć je w innej części kraju. Chcemy też odwiedzić Hamburg i być może pojedziemy tam pociągiem, chociaż w jedną stronę. W tym roku wypada weneckie Biennale i to już zdecydowanie za duża odległość na transport naziemny, więc spróbujemy przedłużyć pobyt, żeby uniknąć latania na 2-3 dni. Ciężko mi jednak bez dalszych podróży, więc pewnie zgrzeszę ekologicznie jeszcze co najmniej raz. Zawsze marzyłam o odwiedzeniu Petersburga, a teraz nie dość, że nie są tam potrzebne wizy, to jeszcze pojawiają się bezpośrednie połączenia lotnicze…

Zielonego nowego roku!

[Fot. Monika Arczyńska]

 

Cztery palniki

IMG_2509.JPG

Przeczytałam ostatnio, że każdy ma do dyspozycji cztery palniki: zdrowie, rodzinę, pracę i przyjaciół. Jeśli jeden z nich odpali się mocniej, trzeba przykręcić inny. Brzmi niby banalnie (życie jako kuchenka gazowa?), ale potwierdzam, że to prawda, sama prawda i tylko prawda.

W 2019 zdecydowanie przygasł mój palnik zdrowia. Nie musiałam go przykręcać, to się stało samo i nawet nie zdążyłam zauważyć, że dzieje się coś niedobrego. Pozostałe palniki tliły się raczej niemrawo, oprócz jednego – pracy. To był absolutnie niesamowity rok pod każdym zawodowym względem. Udało nam się wiele ważnych rzeczy:  zbudować wspaniały zespół, współpracować ze świetnymi projektantami i ekspertami  (szczególne pozdrowienia dla mamArchitekci!) i zrealizować projekty, z których jesteśmy naprawdę dumni. No i nie pozabijać z moim osobistym urbanistą, chociaż przebywanie razem 24/7 nie sprzyja gruchaniu jak dwa gołąbki. Dwa lata temu, dopiero planując, jaki profil docelowo ma mieć A2P2, wzięliśmy udział w programie gdańskiego Inkubatora Przedsiębiorczości. W ramach eksperckiego wsparcia rozpisywaliśmy różne pomysły biznesowe. Szukaliśmy niszy i interdyscyplinarności, starając się unikać zleceń typowych dla biur architektonicznych i urbanistycznych, ale nie mieliśmy wcale pewności, że uda nam się pozyskać te niestandardowe zadania (nie wspominam nawet o takim „drobiazgu” jak zarabianie). Właśnie realizujemy ostatni z pomysłów z listy, a w międzyczasie pojawiło się sporo nowych, które nie przyszłyby nam wcześniej nawet do głowy. Gdyby ktoś powiedział mi te dwa lata temu, że będziemy mieć dziś sześcioosobowy zespół, biuro, zadowolonych i powracających do nas klientów, a na koncie masterplan dla 125-hektarowej dzielnicy w Warszawie, doradztwo przy dużych projektach PPP czy liczne procesy partycypacyjne, pewnie postukałabym się w głowę. Wtedy zastanawialiśmy się, jakie projekty umieścić na naszej stronie internetowej, a dziś nie mamy czasu na jej regularną aktualizację, bo tyle się dzieje.

Ale niech to już będzie koniec takiego tempa, to niezdrowe. Hasło na 2020 to STABILIZACJA. Ta fizyczna – czeka mnie sporo fizjoterapii, żeby ustabilizować nieszczęsny kręgosłup – i ta zawodowa. Koniec z siedzeniem w biurze wieczorami i w weekendy, koniec z ciągłym myśleniem, co jeszcze zostało do zrobienia. Może nie zrealizujemy wszystkich projektów, które pojawią się na horyzoncie, może poczujemy, że przecież moglibyśmy działać więcej, szybciej i lepiej, ale to trudno. Palnik pracy ma się  w nowym roku palić stabilnym, równomiernym płomieniem, żeby życiowej energii wystarczyło na pozostałe.

Pięknego 2020!

[fot. M. Arczyńska]

Prezentownik 2019

Mam nadzieję, że jeszcze nie jest za późno na kupowanie prezentów.

Kręgosłupowe historie zdominowały końcówkę mojego roku, dlatego prozdrowotne rozwiązania zdominują także tegoroczny prezentownik. Co tu dużo gadać, każdemu architektowi przyda się sprzęt ułatwiający wielogodzinne siedzenie przy komputerze. Jeśli dziadkom można sprezentować flaszkę Geriavit Pharmaton, to może architekt ucieszy się z prezentu, który pozwoli ograniczyć łupanie w kręgosłupie?

  1. Biurko do siedzenia/stania

Sama sprawiłam sobie w tym roku taki prezent. Nie ma nic gorszego niż długotrwałe siedzenie, dlatego możliwość zmiany pozycji i kręcenie się przy biurku w pozycji stojącej jest jak najbardziej wskazane. Biurka są dostępne w wersji elektrycznej i na korbkę (m.in. w IKEA). Elektryczne są bardzo wygodne – wystarczy wcisnąć guzik, żeby bezszelestnie zmieniły wysokość. Drugi wariant wypada znacznie taniej, ale… jeśli zajęty projektem architekt nie ma głowy do kontrolowania swojej pozycji, to raczej nie będzie miał głowy do kręcenia korbką, prawda?

Moje biurko to Umstahl, dostępne na http://www.umstahl.pl

Umstahl

2. Karnet na pilates

Albo na jogę. Albo na basen. Albo na kurs tańca. Albo na karate. Na cokolwiek, byle zacząć się ruszać!

Zdjęcie z Pixelbay.

Pixabay

3. Piłka do ćwiczeń lub siedzenia

Oczywiście w jedynym słusznym kolorze. Jako prezent świąteczny ma dodatkowy plus: może zająć bardzo dużo miejsca pod choinką.

Dostępna m.in. tutaj.

SMJ Sport

4. A jeśli nie piłka, to poduszka sensomotoryczna

Działa jak piłka – kładzie się ją na krześle, a poduszka non stop się trzęsie, mobilizując kręgosłup do pracy nad utrzymaniem równowagi. Używamy w biurze, sprawdza się świetnie (i podobno też można na niej ćwiczyć w pozycji stojącej).

Dostępna w wielu miejscach, także stacjonarnie, a także tu.

Poduszka

5. Mata do jogi, w sam raz dla architekta

Podobnie jak piłka, w jedynym słusznym lub dwóch słusznych kolorach.

Kapitalny wybór jest tu, ale do Polski dotarłaby pewnie dopiero na Wielkanoc.

mata

6. Szykowna kurtka dla towarzysza zimowych spacerów

Oczywiście też w jedynym słusznym kolorze.

Na przykład zamówiona tutaj

pies

7. A poza tym, jak co roku, w zestawieniu musi pojawić się czarny golf

Jeśli nie klasyczny (nuda!), to niech chociaż będzie od Zienia

zien

[Źródła zdjęć na linkowanych stronach].

Jak na emeryturze

mewy.jpg

Tak narzekałam ostatnio na nadmiar pracy i obowiązków, że chyba za karę za marudzenie dostałam przymusowe sześciotygodniowe „wakacje” – zwolnienie lekarskie. Po operacji kręgosłupa mam długą listę nakazów i zakazów, z których najważniejsze to jak najwięcej spacerować i jak najmniej siedzieć. A właściwie nie jak najmniej, tylko wcale. Okazuje się, że to dość skomplikowane i po trzech tygodniach marzę najbardziej o tym, żeby walnąć się wygodnie na fotelu z kawą i dobrą lekturą. Odpada. Przez większość dnia spaceruję jak Felicjan Dulski do Kopca Kościuszki i z powrotem, a w przerwach między chodzeniem a chodzeniem poleguję nadrabiając książkowe zaległości. Pracować za bardzo się nie da. Z biurem jestem przede wszystkim w kontakcie telefonicznym, bo z komputera dość trudno korzysta się chodząc.

W słoneczne dni, a takie ostatnio zdarzają się na Wybrzeżu, wybieram się na najlepszą fizjoterapię świata, czyli na spacer plażą. I wiecie co? Podoba mi się taka „emerytura”. Co prawda do szczęścia brakuje mi jeszcze możliwości posiedzenia w jakiejś miłej kawiarni, ale pisk mew, widok zadowolonych spacerowiczów i zapach smażonych ryb dobiegający z sopockiego baru „Przystań” to jest to. Trójmiasto wymiata pod wieloma względami, a teraz mam okazję sprawdzić na własnej skórze, jak wyglądałaby tu emerytura. Wyglądałaby zacnie! Tyle dobrego i to za darmo.

Równolegle ze spacerowaniem przygotowuję się do nowej organizacji pracy, żeby po powrocie ze zwolnienia nie skończyło się znów na siedzeniu po kilkanaście godzin dziennie przed komputerem. Dlatego w najbliższym czasie na blogu pojawi się wpis o dyskach sensomotorycznych, biurkach do siedzenia/stania i innych ułatwieniach dla osób wykonujących siedzącą pracę – nie tylko dla architektów!

[Fot. Monika Arczyńska]

Flanela zamiast cekinów

peszek.jpg

Uwielbiam jubileuszowe imprezy Architektury-murator. To nie tylko okazja do świętowania kolejnego pięciolecia miesięcznika, ale też podsumowanie, co wydarzyło się w międzyczasie w polskiej architekturze (a dzieje się coraz więcej i coraz lepiej). A poza tym spotkanie z ulubioną redakcją, znajomymi z całego kraju, gwiazdami i gwiazdeczkami polskiej architektury, plotki, wygłupy na ściance i doskonała zabawa. I oczywiście duże ilości wina!

Podczas wakacyjnych „Starych na plaży” dowiedziałam się, że impreza odbędzie się w listopadzie. Wybrałam od razu kieckę oraz szpilki i zaczęłam z niecierpliwością odliczać czas. A tu nagle ciach, nawalił kręgosłup, SOR, badania, szpital, operacja, zwolnienie do końca roku i długa lista zakazów i nakazów. Nie było już najmniejszej szansy, żebym pojawiła się w Warszawie, a szpilkach w ogóle mogę zapomnieć przez kolejne pół roku. Wiem, że zdrowie jest najważniejsze, ale i tak mi smutno, bo na następną imprezę trzeba czekać całe pięć lat… Dlatego dziś wieczorem, zamiast założyć cekinową sukienkę, skończę we flanelowej piżamie, otworzę butelkę prosecco i będę myślami w Prudentialu. Bawcie się wspaniale!!!

[Fot. Monika Arczyńska]

Osobowości 25-lecia

25lecie.jpg

Wczoraj z okazji 25-lecia miesięcznika „Architektura-murator” został ogłoszony plebiscyt Osobowości 25-lecia, czyli „250 twórców najbardziej znaczących budynków, założeń urbanistycznych i przestrzeni publicznych, autorów najważniejszych tekstów krytycznych, projektów i inicjatyw angażujących lokalne społeczności, a także przedstawicieli władz lokalnych i ponadlokalnych, instytucji publicznych i samorządu zawodowego, którzy w minionym 25-leciu w sposób szczególny angażowali się na rzecz poprawy ładu przestrzennego”. Gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że wyląduję na TAKIEJ liście, w TAKIM towarzystwie, wśród architektów, urbanistów i autorów, których od lat tak bardzo szanuję i podziwiam, postukałabym się w głowę. Serio. W dodatku otrzymałam nominacje w dwóch kategoriach – „Publicystyka i krytyka architektoniczna” oraz „Aktywizm i partycypacja społeczna”. Czuję się zaszczycona, wzruszona i dziękuję nominującym instytucjom za to wyróżnienie. Odbieram je jako dużą mobilizację do dalszej pracy.

A ponieważ akurat dziś SIX LETTER CITY obchodzi szóste urodziny, a tu właśnie uprawiam sporo publicystyki i krytyki architektonicznej, traktuję tę nominację jak wyjątkowy urodzinowy prezent. Oczywiście zapraszam do oddawania głosów – najwspanialsze jest to, że można głosować na wiele osób, bez żadnych ograniczeń! W tym także na mojego osobistego urbanistę, który otrzymał nominację w kategorii „Aktywizm i partycypacja społeczna” oraz „Urbanistyka i architektura krajobrazu”:

Aktywizm i partycypacja społeczna

Publicystyka i krytyka architektoniczna

Urbanistyka i architektura krajobrazu

 

ARCHITEKTKA, ARCHITEKTKA, ARCHITEKTKA!

IMG_0080.JPG

Tak bardzo jestem wdzięczna Magdalenie Biejat za „gościnię”! Internet rozgrzał się do czerwoności, panie i panowie (głównie panowie) deklarują, że „ginekolożka” czy „prezydentka” brzmi infantylnie, a ja się cały czas zastanawiam, co wszyscy oburzeni robili na lekcjach polskiego w podstawówce, że tak bardzo drażnią ich uszy popularne oboczności i przyrostki.

Przyznaję jednak, że sama miałam kiedyś problem z dość niewygodnym zbitkiem spółgłosek na końcu słowa „architektka”. Wielu przedstawicielkom tego pięknego zawodu nadal nie przechodzi to przez gardło. Gabi Rembarz z naszej politechnicznej katedry zainicjowała niedawno kobiece spotkanie przy okazji konferencji HERCity (HER od „Housing, Environment, Resilience”;) i większość koleżanek po fachu przedstawiała się jako „architekci”, ewentualnie „panie architekt”. Sama oswoiłam się z żeńską formą wcale nie dlatego, że coraz częściej trafiałam na nią w mediach, ale dopiero wraz z rozpoczęciem nauki rosyjskiego. Zawsze uwielbiałam słowotwórcze bogactwo języka polskiego, a rosyjski absolutnie zachwycił mnie swoimi możliwościami w tym zakresie. Odkąd sporo czytam w tym języku – a głównie jest to literatura niezbyt wysokich lotów, gdzie zdrobnień i zabawnych neologizmów pojawia się mnóstwo – tym łatwiej rzucać mi „architektkami”. Może to dobra rada dla mizoginów: zamiast jęczeć nad feminatywami, zapiszcie się na kurs językowy.

Tym, którzy zalecają mi cierpliwe czekanie na zmiany w języku, serdecznie dziękuję, ale nie chce mi się. Zmiana interesuje mnie teraz, a nie kiedy będę już starą kobietą – wtedy przyjdzie mi się zmagać z innymi problemami kobiecości. Wiem, że mam uprzywilejowaną sytuację: wykonuję z sukcesem zawód tradycyjnie uznawany za męski, zawodową młodość spędziłam w miejscu, gdzie seksizm nie sięgał, a poza tym jestem zdecydowanie… wyższa od większości polskich facetów (tak, to robi różnicę). Pewnie dlatego czuję feministyczną odpowiedzialność i chęć działania. Swoim studentkom i studentom staram się więc przekazywać nie tylko wiedzę, ale i wspierać w poszukiwaniu swojego miejsca w świecie, gdzie ludziom łatwo przypisuje się role, z którymi niekoniecznie chcą się identyfikować. W miejscu pracy tworzymy wspólnie środowisko, w którymi architektki swobodnie mogą być architektkami. Mam nadzieję, że doczekam – i to nie jako staruszka – powszechności ministr, prezydentek, profesorek i sekretarek stanu.

[Fot. Monika Arczyńska]

Rytuał przejścia

Monika Arczynska_PANORAMA.JPG

Staram się nie świętować urodzin. Jako dziecko uwielbiałam zdmuchiwać świeczki z tortu, chociaż nie pamiętam, czy spełniło się którekolwiek z pomyślanych, ale niewypowiedzianych życzeń. Jako dorosła osoba niezbyt cieszyłam się z mijającego czasu. W pewnym momencie usunęłam nawet datę urodzenia z mediów społecznościowych, więc co roku przyjmuję coraz mniej życzeń i całkiem odpowiada mi na sytuacja. Nie jestem w stanie sobie przypomnieć, co robiłam w dniu urodzin rok, dwa czy dziesięć lat temu i mam wrażenie, że pomaga mi to trochę w oswajaniu z nieodwracalnie powiększającą się liczbą w rubryce „wiek”.

Teraz będzie inaczej. W poniedziałek mam urodziny – okrągłe i bardzo symboliczne. Zawsze myślałam, że ostatni tydzień przed tym dniem spędzę w cekinach i na szpilkach, z butelką prosecco w dłoni, ale ten scenariusz się nie spełnił. Będę jednak dokładnie pamiętać, co działo się w ostatnich dniach przed tymi ważnymi urodzinami. Dzień przed nimi będę głosować w wyjątkowo ważnych wyborach, których wynik raczej nie będzie po mojej myśli. Przedwczoraj leżałam w komorze rezonansu magnetycznego ze słuchawkami na uszach, przez które docierały radiowe doniesienia o dopiero co ogłoszonym Noblu dla Olgi Tokarczuk (co za filmowa scena!). Na świecie właśnie zaczyna się kolejna wojna, młodzież strajkuje dla klimatu i natłok tych symbolicznych wydarzeń, mimo że niezapomnianych, wydaje się nieco przytłaczający.

W razie wątpliwości, co ten osobisty post robi na blogu poświęconym architekturze, informuję, że przejście w kolejną dekadę życia jest też czasem zawodowych podsumowań. Poziom obecnego zapracowania nie pozwala mi jednak na głębsze refleksje w tym temacie, ale to w sumie idealna sytuacja, bo oznacza brak powodu do narzekań. Trochę tylko smutno, kiedy patrzę na publikowane na bieżąco zdjęcia z katowickiego spotkania młodych członków SARP – to już mnie ominie po przekroczeniu poniedziałkowej bariery…

[Fot. Łukasz Pancewicz]

MIT/GSD

P1010059.JPG

W środę w Europejskim Centrum Solidarności w Gdańsku odbędzie się nie byle co, bo konferencja z udziałem przedstawicieli z MIT i Harvard GSD. W dodatku przyjedzie sam Hashim Sarkis – dziekan Wydziału Architektury na MIT, a jednocześnie naczelny kurator przyszłorocznego Biennale w Wenecji. Konferencja jest związana z programem SPURS (Special Program for Urban and Regional Studies), czyli naukowym stażem dla profesjonalistów z zakresu planowania, z którego od lat korzystają pracownicy Katedry Urbanistyki i Planowania Regionalnego na naszej Politechnice.

Mój osobisty urbanista także wyjechał kilka lat temu na ten staż. Ponieważ miałam akurat wtedy do sfinalizowania doktorat, a kończył się właśnie jeden z moich projektów w Dublinie, wzięłam kilka miesięcy bezpłatnego urlopu i wyjechałam do Bostonu. Dostaliśmy małżeński akademik, miałam specjalną kartę „MIT WAG”, ale byłam beznadziejną gospodynią domową. Zamiast podgrzewać obiady, przegrzewałam zwoje mózgowe na zajęciach na MIT i Harvardzie. Nikt nie robił problemu z powodu dodatkowej uczestniczki kursów, a otwartych wykładów, konferencji i seminariów jest tam tyle, że odbywają się równolegle i trudno wybrać, czy iść na wykład Araveny czy Chomsky’ego. Żartuję oczywiście, wiadomo, że Aravena zawsze będzie na pierwszym miejscu:)

Moja szefowa i szef uczyli wtedy na Harvard Graduate School of Design i to oni oprowadzili mnie pierwszy raz po szkole. Mieli wówczas złoty dydaktyczny okres – co roku przez jeden semestr prowadzili zajęcia projektowe w najlepszych amerykańskich szkołach architektury. Ślad węglowy tych kursów był jednak przerażający, bo co dwa tygodnie latali między Irlandią a Stanami, a zajęcia pomiędzy odbywały się przez skype’a. Ale poziom studentów i ich projektów powalał, zwłaszcza tych z harvardzkiej szkoły, która bardzo mnie zaskoczyła. Miałam doświadczenia z Delft – wydziału architektury z pierwszej światowej trójki – ale poziom w Holandii był nieporównywalne niższy. Cambridge w USA to inny świat, złożony z wyselekcjonowanych, wybitnych i wybitnie ciężko pracujących ludzi. Nigdy nigdzie nie miałam tak silnego poczucia akademickiej „złotej klatki”, jak właśnie tam. Każdy stara się wycisnąć jak najwięcej z czasu, który ma – opłacony ogromnymi pieniędzmi – do dyspozycji na tych niesamowitych uczelniach. Kariery są już poustalane: można się piąć już tylko w górę, ale ta „góra” jest jeszcze bardziej ograniczona i niedostępna dla przeciętniaków. Nie zapomnę swojego zaskoczenia, gdy jeden z kolegów z kursu wahał się, czy wyjeżdżać na postdoca do London School of Economics. Pomimo renomy tej uczelni w Europie, na Harvardzie uważano ją za dobrą, ale nie wybitną szkołę. Dlatego cieszę się, że miałam okazję posmakować tego świata, ale nie wyobrażam sobie nawet, z jak ogromną presją wiąże się życie tam na stałe. Dobrze będzie sobie o tym przypomnieć.

Więcej informacji o konferencji TUTAJ.

[Fot. Monika Arczyńska – pracownie w Gund Hall na GSD]

Plac Wolności

IMG_8605.JPG

To zdjęcie ma już ładnych parę lat. Mój osobisty urbanista pracował jeszcze w łódzkiej pracowni urbanistycznej, a ja wpadałam regularnie go odwiedzać. W wakacje odpadały uczelniane obowiązki, pracowałam zdalnie na część etatu i miewałam trochę wolnego czasu. Kiedy Łukasz wychodził do pracy, zabierałam laptopa pod pachę, wędrowałam Piotrkowską na Plac Wolności i siadałam sobie na balkonie ulubionej Cafe Wolność z filiżanką kawy, którą dość szybko zastępował kieliszek białego wina. Surfinie pachniały jak szalone, Kościuszko stał bez ruchu, a ja pisałam posty na bloga patrząc od czasu do czasu na przejeżdżające w dole tramwaje.

Cafe Wolność ustąpiła miejsca restauracji serwującej owoce morza, Kościuszko przeszedł w międzyczasie lifting, a mój osobisty urbanista wrócił do Gdańska. Wpadamy nadal od czasu do czasu do Łodzi, a w najbliższym czasie pewnie będziemy robić regularnie, bo razem z mamArchitekci, zaprzyjaźnioną pracownią z Warszawy, zajmujemy się projektem przebudowy Placu Wolności. Wygraliśmy duży przetarg na prace projektowe, mamy już pierwsze pomysły, ale przede wszystkim ekscytujemy się jak dzieci! Trudno  na razie określić, w jakim kierunku będą zmierzać zmiany w tej przestrzeni, bo to wynikowa serii analiz, uzgodnień i kompromisów. Wiem jedno: zrobimy wszystko, co w naszej mocy, aby można tam było spędzać czas równie beztrosko i przyjemnie, jak robiłam to na balkonie z surfiniami.

[fot. Monika Arczyńska]

Tokio 24

Bywamy teraz regularnie w Krakowie w związku z projektem dotyczącym przestrzeni pod estakadą na Grzegórzkach. Nasz terminarz jest jednak tak zapchany spotkaniami, że  plany skorzystania z krakowskiego kulturalno-rozrywkowego życia biorą w łeb. Tym razem udało nam się jednak wpaść do centrum Manggha na „Tokio 24” Krzysztofa Gonciarza. I chociaż sama wystawa mogłaby jak dla mnie składać się z samych filmów (bo są jeszcze „neony” oraz projekcje na instalacjach o różnych poziomach przezroczystości – od kubików z pleksi po tkaniny), to wsiąkłam kompletnie. Ale przede wszystkim poczułam wdzięczność za pokazanie mi Tokio w taki sposób, w jaki chciałabym je zobaczyć. To jedno z tych miejsc, dokąd zawsze chciałam pojechać i nigdy mi się to nie udało. Teraz, kiedy nie bardzo wyobrażam sobie zostawić biuro na dłużej niż dwa tygodnie, a latanie ograniczam do absolutnego minimum (od prawie roku nie siedziałam w samolocie!), muszę to marzenie odłożyć na bliżej nieokreślone „później”. Film Gonciarza pozwolił mi na odłożenie go bez żalu, bo dostałam taką dawkę tokijskich wrażeń, jakbym sama tam już była. Rytm miasta, tłumy spieszące się do metra, deszcz i setki plastikowych parasolek, wciskająca się w każdy kąt przyroda, cienie na tkaninie marynarki starszego pana – na te wszystkie rzeczy zwróciłabym uwagę z takim samym zachwytem, z jakim oglądałam je w Krakowie. I to bez wyprodukowania prawie trzech ton CO2. Może to przyszłość podróżowania? To tylko obraz i dźwięk, ale może VR uzupełniony zapachem kanałów i doustnym spritzem zapobiegłby zadeptaniu Wenecji przez turystów? Pewnie był już na ten temat odcinek „Black Mirror”. Obawiam się jednak, że wygra „autentyczność”, bez względu na disneylandyzację najpopularniejszych turystycznych kierunków, a także satysfakcja z odhaczenia danego miejsca z listy…

Wystawa trwa do 29 września, szczegóły tutaj.

[Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz]

Energia wbudowana (i spełnione marzenie)

dark

Energia – wbudowana i zużywana lub generowana podczas całego cyklu życiowego budynku – to nie tylko dżule. To również ludzka energia osób zaangażowanych w proces planowania, projektowania, realizacji i użytkowania obiektu. W przypadku Muzeum Palestyny była od samego początku szczególnie wysoka, chociaż niemierzalna i niepoliczalna. Wybrzmiewało to bardzo podczas procesu projektowego i otwarcia, kiedy najważniejsze były się nie oficjalne przemowy, ale autentyczne wzruszenie i radość każdej osoby, która dołożyła do projektu swoją cegiełkę. Wybrzmiewa cały czas w organizowanych przez Muzeum wystawach i wydarzeniach. Działalność Muzeum to jedna z niewielu możliwości, jakie mają Palestyńczycy, aby mówić o swojej kulturze i historii. W Heneghan Peng pracowaliśmy nad tym projektem w niewielkim zespole i przez cały czas czuliśmy, że ten projekt jest ważny nie tylko pod względem projektowym, ale i międzyludzkim. Ten projekt kojarzy mi się nie tyle z piękną formą i krajobrazem, co z poczuciem humoru, ambicjami i niesamowitą gościnnością Palestyńczyków. Cieszę się bardzo, że Muzeum zostało docenione przez jury Aga Khan Award, które wczoraj przyznało mu jedną z nagród.

Nagroda jest przyznawana co trzy lata najlepszym realizacjom służącym społeczności muzułmańskiej na całym świecie, dlatego oddany w 2016 roku obiekt został uwzględniony w konkursie dopiero teraz, kiedy już od prawie dwóch lat nie pracuję dla Heneghan Peng. Nie mam nic przeciwko takim „duchom przeszłości”, bo Aga Khan Award to spełnienie jednego z moich największych zawodowych marzeń. Wśród wielu architektonicznych nagród najbardziej cenię trzy: Stirlinga, Miesa van der Rohe i właśnie Aga Khan Award. Projekty, nad którymi pracowałam w Dublinie, przede wszystkim Giant’s Causeway Visitor Centre, były wcześniej bardzo blisko otrzymania dwóch pierwszych nagród, dlatego pomimo mocnego trzymania kciuków za Aga Khan Award starałam się nie liczyć na zbyt wiele. Oczywiście wczoraj nie umiałam jednak się powstrzymać i sprawdzałam co chwilę, czy już opublikowano listę laureatów. Marzenia się spełniają!

[Fot. M. Arczyńska]

 

Jak dobrze!

 

Jak dobrze wyjechać na urlop!

Jeszcze nigdy wcześniej tak doskonale nie odpoczęłam, chociaż wyjeżdżaliśmy niemiłosiernie zmęczeni, po oddaniu kilku projektów, zakończeniu roku akademickiego i szpitalnych historiach mojego osobistego urbanisty. Mieliśmy też oczywiście lekkie obawy, czy coś w firmie nie zacznie się bez nas sypać. Nasz wspaniały zespół poradził sobie świetnie, telefon szczęśliwie milczał, a zabrany na wszelki wypadek komputer służył głównie do poszukiwania knedlikowych rekomendacji w kolejnych miastach. Warunek był jeden: nie spieszymy się z niczym i czyścimy głowy z myślenia o projektach i obowiązkach.

Wybraliśmy najskuteczniejszy dla nas sposób odpoczywania: podróżowanie pomiędzy miastami, najlepiej niedużymi i malowniczymi. Idealnie, jeśli dzielą je co najmniej dwie godziny drogi. Gapię się wtedy leniwie przez szybę pociągu albo autokaru, co chwilę przysypiając. Na stacji zawsze jesteśmy wystarczająco wcześnie, żeby spokojnie wypić kawę albo piwo. Może wstyd się przyznać, ale jedyną zabraną książkę (i to tak niskich lotów, że jeszcze bardziej mi wstyd) otworzyłam dopiero ostatniego dnia. Ale to mój mózg tak bardzo domagał się, aby jedyne docierające do niego bodźce były proste i przyjemne. Dlatego nie umiem odpoczywać na plaży – straszne nudy. Odpoczynek to dla mnie porządne wyspacerowanie i piękne widoki (może w końcu trzeba spróbować gór). Tym razem wyjątkowo dużo przesiadywaliśmy na ławkach gapiąc się na ludzi. Czasem z lokalnym piwem, a w Karlovych Varach z kolejnymi dolewkami gorącej wody mineralnej.

A miejsca do siedzenia i gapienia wybraliśmy przednie. Oczywiście bez branżowego spojrzenia na miasta i architekturę się nie obyło. Fotografowaliśmy przestrzenie publiczne, przedyskutowaliśmy układy urbanistyczne, a w Pilznie zobaczyliśmy trzy niesamowite wnętrza projektu Loosa. W Czeskim Krumlovie, najbardziej turystycznym mieście na naszej trasie, wpadliśmy do muzeum Egona Schiele, gdzie co prawda stała ekspozycja nie jest zbyt powalająca, ale trafiliśmy na wystawę, którą rok wcześniej mieliśmy okazję obejrzeć na weneckim Biennale. Czesi przedstawili wówczas ironiczny projekt o zatrudnieniu statystów udających mieszkańców w zadeptywanych przez turystów miastach z listy UNESCO. Fakt, tubylców nie było tam widać praktycznie żadnych. Za to takie miejsca jak Hradec Kralove czy Czeskie Budejovice są już jak najbardziej autentyczne i niezepsute turystycznie. Mają nawet – brzmi znajomo, prawda? – wyasfaltowane rynki zajęte przez samochody. Za to kultura jazdy, a przede wszystkim parkowania, jest nieporównywalnie wyższa niż w Polsce.

To był przy okazji doskonały test urlopu bez latania. Okazało się, że nie trzeba wsiadać do samolotu, aby posmakować prawdziwej egzotyki. Bo czy może być coś bardziej egzotycznego niż pogawędki konduktorów  o zapiekankach ziemniaczanych z kapustą kiszoną?

[Fot. M. Arczyńska]

Doigraliśmy się

BLOG_MA

No to się doigraliśmy.

Tyle było pracy, stresu i deadlinów w ostatnich tygodniach, że nie tylko gdzieś nam umknął z kalendarza mniej więcej miesiąc, ale mój osobisty urbanista wylądował w szpitalu. Z przemęczenia.  I to akurat w momencie, kiedy już wracał do Gdańska z ostatniego wyjazdowego zlecenia, gdy już miało się nieco uspokoić… Najedliśmy się strachu, ale na szczęście okazało się, że to po prostu reakcja na nadmiar stresu i obowiązków. Sprawa wyglądała jednak poważnie, więc zamierzamy ją poważnie potraktować i spróbować nieco przystopować z ilością pracy.  Własna firma mocno nas ekscytuje, ale pochłania jednocześnie ogromne ilości energii. A my nie jesteśmy cyborgami (pomimo podejrzeń;).

Próbujemy właśnie przebudować sobie życiowo-pracowe relacje, ale najważniejszy jest na razie urlop. Rok temu zrezygnowaliśmy z letniej przerwy, ale teraz nie odpuścimy! Miała być Bawaria, będzie nieco bliżej, chociaż w podobnym kierunku – Czechy. Zgodnie z postanowieniem na ten rok nie będziemy przemieszczać się samolotem, ale bardziej zrównoważonymi środkami transportu. Mamy ustaloną trasę: Hradec Kralove – Ceske Budejovice – Cesky Krumlov – Pilzno – Karlowe Wary – Drezno. Zarezerwowaliśmy noclegi – w Pilznie zatrzymujemy się w hotelu z mojej ulubionej kategorii i chyba nawet załapiemy się tam na potańcówkę. Ponieważ wszystko wyszło dość spontanicznie, nie mamy za bardzo czasu na przygotowanie bardziej szczegółowego planu i tu bardzo liczę na podpowiedzi: co obejrzeć, dokąd koniecznie się wybrać, gdzie szukać ukrytych pereł architektury (niestety, z tego nie potrafimy zrezygnować) oraz gdzie zjeść knedliki i wypić najlepsze czeskie piwo. Podpowiecie?

[Fot. Łukasz Pancewicz]

.

 

Starzy na plaży

Starzy na plazy.jpg

W sezonie Trójmiasto staje się popularnym miejscem zjazdów, konferencji i innych podobnych wydarzeń. Praktycznie zawsze wypadają – to nie przypadek – na początku lub pod koniec tygodnia. Chodzi o to, aby można było połączyć udział z weekendem plażowania. Pod tym względem miniony weekend był dla nas wyjątkowy, bo nie dość, że w piątek odbyło się spotkanie „Starzy na plaży” dla architektów 40+, to od wczoraj praktycy partycypacji dyskutują na Forum.

Przyznaję, że na „Starych na plaży” pojawiłam się nielegalnie, bo do czterdziestki pozostało mi jeszcze trochę czasu. Dlatego grzecznie spasowałam z oficjalnej części i podjechałam do Sopotu dopiero na barową fazę imprezy. A właściwie barowo-berkową, bo przyjezdni architekci, którzy nie mają na co dzień dostępu do morza, postanowili pobiegać boso po piasku. Wszystko odbywało się w niesamowitej, niemal filmowej mgle. Cieszę się, że tam poskoczyłam, bo do Sopotu zjechało się wiele moich ulubionych architektek i architektów oraz najulubieńsza redakcja. Jak dobrze Was zobaczyć! Bardzo pocieszająca okazała się obserwacja, że architekci to taki dziwny rodzaj człowieka, który się praktycznie nie starzeje. Metryka to jedno, a poziom energii to zupełnie niezależna sprawa – nie zanika z wiekiem. Pogadaliśmy, poplotkowaliśmy, zaczęły się nocne architektów rozmowy. Takie o świecie, o życiu, o przyszłości. Może trafiłam na nieodpowiednich rozmówców, ale jeśli cokolwiek rozczarowało mnie w tym nadzwyczaj przyjemnym spotkaniu, to ta właśnie część. Zabrakło idealizmu, który dominuje podczas „Młodych do Łodzi” czy na uczelni. Często prowadzę dyskusje z mądrymi, młodymi ludźmi – studentami i architektami z młodszego pokolenia. Mają w sobie ochotę i siłę na zmienianie świata. Rozumieją odpowiedzialność za zmiany klimatu i szacunek dla drugiego człowieka. A co najważniejsze, nie traktują tego jak naiwnych haseł. Może jeszcze nie wsiąkli w świat faktur i rachunków, może jeszcze nie przeżyli większych porażek, ale widać, że ich aspiracje są inne, niż starszego – nawet nieznacznie – pokolenia.

Wczoraj doświadczyłam dwóch rzeczy, które wytrąciły mnie zupełnie z codziennego zabiegania. Najpierw bezradności – jak pomóc bezdomnemu człowiekowi, którego wypuszczono z szpitala na ulicę tak po prostu, z kartką z adresem noclegowni w dłoni? A potem silnej burzy, która chyba zamierzała zmieść Trójmiasto z powierzchni ziemi. Zmiany klimatyczne tak przyspieszyły, że „ulewy stulecia” mamy tu co roku. Coś z tym światem nie do końca działa. Dlatego drodzy Młodzi, jestem po Waszej stronie i proszę, nie rezygnujcie z jego zmieniania. Pozostańcie idealistami, nawet jeśli będą Wam wmawiać, że to naiwne. Niech Wasi „Starzy na plaży” zaczną się od posprzątania tej plaży . Żebyście mogli jeszcze gdzie pograć w berka na piasku, a nie, jak w litewskim pawilonie na tegorocznym Biennale Sztuki, wspominali piękno, którego doświadczali „starzy”. 

[Fot. Marcin Czechowicz – z FB Architektury-murator]

Nagrody Polityki

 

Bobrowisko

A my znów w Warszawie. Tym razem do wyjazdu zmobilizowały nas nie tyle spotkania (chociaż znów poumawialiśmy ich tyle, że znów będziemy biegać z wywieszonymi językami po całym mieście), co zaproszenie na galę rozdania nagród architektonicznych ‚Polityki’. To dobra okazja, żeby spotkać znajomych z branży, którzy ściągają z całej Polski albo po nagrody, albo po prostu poplotkować i napić się wina. Poplotkowaliśmy więc, posłuchaliśmy kilku niewinnych sucharów („Owszem, w Bobrowisku trudno zobaczyć bobra, ale czy ktoś widział potwora w jeziorze Loch Ness?”) i poznaliśmy kilka nowych osób, m.in. Małeckich z Katowic. W końcu miałam okazję pogratulować im przepięknego Wydziału Radia i Telewizji. Przy okazji umówiliśmy się na plażowanie w Sopocie, bo oboje wpadają na „Starych na plaży” – organizowane przez „Architekturę murator” spotkanie architektek i architektów, którzy są po tej drugiej stronie czterdziestki. Małeccy nie dość, że projektują jak szatany, to jeszcze mają czwórkę dzieci (prowadzić biuro przy tylu obowiązkach?) i są przesympatyczni. Sami zobaczcie, jakie oboje mają piękne zmarszczki przy oczach od częstego śmiechu!

Tegoroczne nagrody, jak zresztą słusznie zauważyła redakcja „Polityki”, to znak, że idzie nowe. Nowe czyli skromniejsze, bez zadęcia i przegięcia oraz o niższych budżetach niż nominowane w poprzednich edycjach projekty. Wśród pięciu finałowych realizacji, wybranych spośród kilkudziesięciu propozycji z całej Polski, znalazło się katowickie Unikato (KWK Promes), Bobrowisko w Starym Sączu (55Architekci), ratusz gminy Konstancin-Jeziorna (BBGK), warszawski Zodiak (Kalata Architekci) i Hala Cracovia (Lewicki i Łatak). Zwyciężył ostatni projekt, który co prawda miał wyjątkowo wysoki budżet i niezbyt symbolizuje wspomniany powiew skromności, ale szczerze mówiąc wymienione obiekty są kompletnie nieporównywalne i Grand Prix można potraktować jako czysto symboliczny wybór. Za to nagrodę publiczności otrzymało Bobrowisko i cieszy mnie to nie tylko z uwagi na architektoniczne i krajobrazowe walory tego projektu, ale dlatego, że realizacja powstała w systemie Zaprojektuj i Wybuduj, który rzadko przekłada się na wartościową architekturę. W tym przypadku udało się udowodnić, że odpowiednie zaangażowanie i współpraca projektantów i wykonawców potrafi przynieść fantastyczne efekty. Gratulacje dla wszystkich laureatów!

[Fot. Łukasz Pancewicz]

Ukochane stare hotele

Zaczęłam pisać ten post już dawno temu, a do jego skończenia i publikacji zmobilizowała mnie rozpoczynająca się dziś wyprzedaż wyposażenia łódzkiego Grand Hotelu. Nie wiem, czy można tam kupić elementy oryginalnego wyposażenia, czy też raczej paździerzowe stoliki nocne z lat 90., ale jeśli jesteście akurat w Łodzi (a właśnie trwa Łódź Design Festival), to warto zajrzeć i być może wyjść z jakąś uroczą lampką z przetartym abażurem.

Ale miało być o hotelach, a nie o abażurach. Jeśli szukam noclegów, mój pierwszy wybór to stare hotele, zwłaszcza takie, które od dziesięcioleci nie doświadczyły modernizacji. W tych pieczołowicie wyremontowanych też oczywiście chętnie sypiam, ale rzadko pozwala mi na to stan portfela. Staruszki bez liftingu wygrywają nie tylko ceną, lecz przede wszystkim autentyczną, filmową atmosferą. Filmową nierzadko dosłownie, bo ich wnętrza są wykorzystywane jako scenografia. Oto lista moich ulubieńców:

Łódź – Grand, Savoy, Polonia

Wspomniany Grand to hotel, w którym na długo przed Design Festivalem zabukowane są wszystkie pokoje. Wygodny, doskonale zlokalizowany przy samej Pietrynie, z wnętrzami, o które bardzo martwię w związku z planowaną modernizacją. Wyjątkowo filmowy – to tu kręcono „Zaklęte rewiry”.

Do Savoy dotarło już niestety PCV (modernizacja!!!), ale długie korytarze, jak z „Lśnienia”, rekompensują ten minus. Lokalizacja – tuż przy jednym z łódzkich woonerfów.

W Polonii nocowałam dwa razy: chwilę po studiach i podczas ubiegłorocznych warsztatów OSSA. Można tu poczuć klimat dawnej, wielkiej Łodzi. Uwaga: dźwig osobowy obsługuje windziarz!

Aida, San Francisco

To był hit naszej podróży przez Stany kilka lat temu. Hotel deklaruje, że oferuje „today’s comforts at yesterday’s prices” i nie sposób się z tym nie zgodzić, chociaż ta „dzisiejsza wygoda” jest mocno w klimacie retro. Wielkie pokoje ze starymi meblami, wyłożona materiałem w kwiaty winda z muzyką jak  od „Buena Vista Social Club”, szafy grające i dłuuugie korytarze. Nawet recepcjoniści byli tam wiekowi.

Continental, Tangier

Hotel przeszedł jakiś czas temu poważny remont, ale pamiętam go sprzed kilkunastu lat, kiedy nie można jeszcze nawet było zarezerwować tam pokoju przez internet. Trzeba było zatelefonować, dogadać się z recepcjonistą i mieć nadzieję, że poprawnie zapisze daty w swoim kajeciku. Na szczęście się udało, a śniadanie z widokiem na morze i piękne wnętrza nie mają sobie równych. Filmowa historia obecna jest i tutaj: w Continentalu kręcono m.in. „Pod osłoną nieba”.

Paris Hotel, Saragossa

Przez ponad 200 lat musiał przejść sporo gruntownych remontów – po każdym z nich pozostały jakieś ślad. Od oryginalnej fasady, przez ceramiczne i kamienne okładziny, po halogenki w sufitach podwieszanych. Ach, te kiczowate obrazy na ścianach! Ach, te żyrandole! Ach, to umeblowanie od Sasa do lasa! Mam nadzieję, że nikt nie wpadnie na pomysł gruntownej modernizacji tego hotelu, bo straci wiele ze swojego chaotycznego uroku.

Macie też swoich hotelowych ulubieńców w tym klimacie?

[Fot. Monika Arczyńska]

Popieram strajk nauczycieli

Popieram.jpg

Moja mama jest emerytowaną nauczycielką. Przez wiele lat uczyła polskiego w podstawówce (mnie również). Uczyła świetnie i do dziś dostaje wyrazy wdzięczności od byłych uczniów – nauczyciele przedmiotów humanistycznych mają zwykle największy wpływ na kształtowanie się osobowości i postaw młodych ludzi. Ale to nie był łatwy kawałek chleba. Wtorek, sobota, rano, wieczór, nieważne: trzeba sprawdzić dyktanda, wypracowania, pojechać z uczniami na konkurs, przygotować przedstawienie, przejrzeć zeszyty. Dużo zeszytów. Wszystkiego było zawsze dużo, oprócz liczby złotówek w pensji.

Gdyby nie nauczyciele w liceum, pewnie nie zajmowałabym się dziś architekturą. Gdyby nie rozbudzone w licealnych czasach humanistyczne zainteresowania, pewnie wybrałabym bardziej ścisły lub przyrodniczy kierunek. Pochodzę z małego miasteczka, a w przedinternetowych czasach dostęp do kultury był w takich miejscach delikatnie mówiąc ograniczony. Jedno kino, dwie zakurzone biblioteki, jedna półka z klasyką filmu w jednej wypożyczalni kaset. Ale w naszym ogólniaku polskiego uczyli Halina i Andrzej Schonertowie. Nieważne, że ceremonia rozdania Oscarów kończyła się o 3 nad ranem – następnego dnia rano mieliśmy kartkówki z nagród. Mieli energię, aby organizować regularnie wyjazdy do teatru, którego byli wielkimi miłośnikami, załatwiali wejściówki na festiwale, a raz w roku wyjeżdżaliśmy na tzw. obóz polonistyczny. Warszawa, Kraków, muzea, wystawy, spektakle, zawsze niskobudżetowo, z noclegami w schroniskach albo hotelach robotniczych, żeby każdy spragniony kultury uczeń mógł pozwolić sobie na taki wyjazd. Maestro Miłowski od muzyki prowadził chór i gdyby nie jego determinacja, wielu uczniów pewnie nigdy nie pojechałoby na koncert czy spektakl operowy. I chociaż zazdrościliśmy rówieśnikom z dużych miast, że te wszystkie inspirujące wystawy i przedstawienia mają na wyciągnięcie ręki, nie czuliśmy się wykluczeni z dostępu do kultury. Po maturze wyruszyliśmy na podbój wielkiego świata może z pewną nieśmiałością, ale gotowi na błyskawiczne nadrabianie zaległości. 

Teraz sama zajmuję się uczeniem i zdecydowaną większość moich studentów – i na uczelni, i na warsztatach – stanowią fantastyczni młodzi ludzie autentycznie zainteresowani swoją dziedziną. Oni też musieli trafić na odpowiednich nauczycieli.

Dziękuję, zasługujecie na godne warunki pracy!

[Fot. Łukasz Pancewicz]

Mevo

mevo

Zrobiło się nagle ciepło, ale wyjątkowo to nie pogoda jest w ostatnich dniach głównym tematem rozmów w Trójmieście i okolicach. W ubiegłym tygodniu wystartował system publicznych rowerów mevo – nie miejski, ale metropolitalny. Trochę się naczekaliśmy, ale założenie było takie, aby zrobić to później, ale porządnie. Czyli przede wszystkim system miał mieć zasięg nie tylko trójmiejski, ale obejmować cały kawał województwa. Tak się stało – do programu przyłączyło się 14 gmin, a rowery są dostępne nawet w Kartuzach i Władysławowie. Rowerów nie trzeba wypożyczać ani oddawać na stacjach (stąd ogromne skupiska „mew” rano w centrum biurowym na Przymorzu). Wszystkie posiadają wspomaganie elektryczne (kto pedałował między dolnym a górnym tarasem w Gdańsku lub pod tutejszy nadmorski wiatr, rozumie, skąd ten pomysł). Niestety, elektryczność to największa – jak się okazało od razu po uruchomieniu systemu – problem mevo.

Czekam na żarty językowe związane z nazwą systemu. „Mewkami” określano trójmiejskie prostytutki, wpisane w krajobraz  nadmorskich miast. Na razie rowerowe „mevki” są słabo dostępne. Wyczerpane akumulatory uniemożliwiają wypożyczenie roweru i to faktycznie smutny widok, kiedy po włączeniu aplikacji na mapce pojawiają się pojedyncze dostępne sztuki.  Popularność systemu przerosła oczekiwania operatora, ale trzeba pamiętać, że to wyjątkowo duży i złożony kawał infrastruktury. Dla porównania londyński system obejmował na początku 5 tysięcy rowerów, mevo – ponad 4 tysiące (na razie użytkowanych jest 1200). Mevo będzie też docelowo posiadać największą w Europie flotę rowerów elektrycznych.  Dlatego nie dziwią mnie problemy i podejrzewam, że system będzie działał w pełni sprawnie najwcześniej za kilka miesięcy. Uzbrajam się więc w cierpliwość i wybaczam niedociągnięcia. Mieszkałam w Dublinie, kiedy tam odpalono system Dublin Bikes. Znacznie prostszy, bo i miasto ma typowy promienisty układ, więc kierunki jazdy były łatwiejsze do przewidzenia, i bez „elektryków”. Kalibrowanie systemu, czyli ustalenie optymalnej częstotliwości i kierunku przewożenia rowerów między stacjami, trwało tam parę ładnych miesięcy. Jednym z największych problemów w Dublinie okazało się przewożenie rowerów w ciągu dnia. Przy stacjach nie ma specjalnych miejsc postojowych, więc samochody blokowały wąskie ulice centrum. Nieraz przystawałam, żeby popatrzeć na coraz piękniej z tygodnia na tydzień umięśnionych chłopaków, wrzucających błyskawicznie ciężkie rowery na pakę. Po paru miesiącach sytuacja się ustabilizowała (ale mam nadzieję, że mięśnie nie poznikały).

Podejrzewam, że wszyscy zaangażowani w uruchomienie tego ogromnego przedsięwzięcia mają w oku łezkę wzruszenia i radości patrząc na śmigające po mieście błękitne rowery.  Ja się wzruszam. Ale najbardziej cieszę się z tego, że kilka dodatkowych tysięcy rowerów będzie musiało przełożyć się na zmianę zachowań i większą ostrożność kierowców. Pewnie będą kląć pod nosem, ale taka trzydziestokilogramowa mewa potrafi pewnie zrobić całkiem porządne wgniecenie w karoserii!

[Fot. Łukasz Pancewicz – stacja w Pucku]

Mój tydzień z JEDZ

JEDZ.jpg

Jednolity Europejski Dokument Zamówienia (JEDZ) to elektroniczny formularz, umożliwiający wysłanie przez internet oferty w zamówieniach publicznych. Wprowadzono go m.in. po to, aby uniknąć nadmiernej biurokracji i pozwolić na ustandaryzowanie procedur. Miałam z nim ostatnio bliskie spotkania trzeciego stopnia przy okazji składania oferty konkursowej i przetargowej, więc zobaczmy, jak uprościł te procedury.

Najpierw musiałam wyposażyć się w kwalifikowany podpis elektroniczny, bo bez niego nic nie da się zrobić. Chociaż w Polsce działa tzw. „profil zaufany” (aby go uzyskać, trzeba potwierdzić swoją tożsamość w urzędzie), JEDZ jednak wymaga  podpisu. Wszystko fajnie, ale podpis kosztuje ponad 3 stówy. Zagryzłam zęby, chociaż wolałabym inaczej wydać te pieniądze i kupiłam zestaw z roczną licencją. To nie jest najbardziej intuicyjna aplikacja świata i bez naszego najcierpliwszego pod słońcem informatyka nic by się nie udało.

Uzbrojona w podpis elektroniczny zabrałam się za wypełnienie formularza. Robi się to m.in. za pośrednictwem unijnej strony internetowej, która… wyłożyła się w poniedziałek rano. Pewnie wszyscy nieszczęśni przedsiębiorcy przyszli do pracy i zaczęli wypełniać formularze. W końcu ruszyła (za to ja zdążyłam nieźle się zestresować). Aby znaleźć odpowiedni formularz, trzeba wstukać długaśny kod zamówienia. Najłatwiej byłoby go po prostu przekopiować ze specyfikacji warunków zamówienia, ale… co to dokument bez pieczątki, prawda? Opieczętowany dokument trzeba zeskanować, a ze skanu nic się łatwo nie da przekopiować.

Ale to nie koniec. Aby wysłać swoje wypełnione i podpisane elektronicznie dokumenty, trzeba je jeszcze dodatkowo zaszyfrować. Po co? Nie mam pojęcia, bo nie wysyłałam żadnych sekretnych informacji. W każdym razie do szyfrowania plików służy specjalna aplikacja – kolejną, którą trzeba zainstalować na swoim komputerze. Oczywiście za pierwszym, drugim ani trzecim razem nie chce zadziałać, a operatorzy na infolinii są wiecznie  zajęci. W końcu się udało. „Proszę spróbować przez miniportal, bo przez ePUAP może nie zadziałać.” Spróbowałam. Link i tak przekierował mnie na tę samą stronę, co wcześniej. „Aha, przeglądarka – najlepiej Mozilla, bo z innymi może się nie udać”. Ściągnęłam Mozillę. Powtórzyłam wszystkie kroki po kolei. Znów klęska. „Wie Pani co, ale w sumie jeśli wszystkie załączone dokumenty są podpisane podpisem kwalifikowanym, to już na koniec nic nie trzeba podpisywać”. Ufff. Poszło. Poczułam się mistrzynią świata w rozwiązywaniu nierozwiązywalnych problemów, gotową na kolejne JEDZ-owe wyzwania! Pewnie tylko do następnego razu…

Bo wiecie, co jest w tej historii najlepsze? Że po tej całej walce z formularzami, szyfrowaniem oferty, JEDZ-ami i podpisami elektronicznymi  i tak trzeba było wszystko… wydrukować, podpisać, wrzucić do koperty i zawieźć do urzędu.

Ralph van der Rohe <3

Brenda K Pinterest

Edith Farnsworth, znana i zamożna lekarka, w 1945 roku zamówiła u Miesa van der Rohe projekt domu. A właściwie domku. Letniskowego, w którym zamierzała relaksować się w weekendy. Sprawa skończyła się mało relaksacyjnie, a mianowicie konfliktem, pozwem sądowym i wielką awanturą o kasę. Projekt był się niedoszacowany, architekt zażyczył sobie ogromnej dopłaty do gaży, a dom okazał się trudny do mieszkania – co to za weekendowy relaks, jeśli każda brudna szklanka jest na widoku? A może pani doktor wcale nie zależało na aż tak przełomowej architekturze? Ta zajmująca opowieść  jest dokładnie opisana tutaj.

O  historii ma powstać hollywoodzki film. W panią doktor wcieli się Maggie Gyllenhaal, ale co to w ogóle za pomysł, żeby Miesa grał Ralph Fiennes? Przecież to jest jawna manipulacja. Co nieszczęsna dr Farnsworth miałaby zrobić, niż wpaść po uszy, zaufać kompletnie swojemu architektowi, wydać 70 tysięcy dolarów na kawalerkę na odludziu, a na koniec dać się zamknąć w akwarium jak jakaś złota rybka? Jeśli pierwszy lepszy oszust matrymonialny o wyglądzie orangutana potrafi tak zamącić w głowie kobietom, że pożyczają mu oszczędności życia na „ratowanie chorej matki”, to jak oprzeć się popalającemu markowe cygara genialnemu architektowi z pięknymi, smutnymi oczami Ralpha F.? Według pierwszych doniesień Miesa miał grać Jeff Bridges i to byłoby bardziej zrozumiałe, bo jednak urok Dude’a to nie to sama kategoria.

Urok urokiem, ale domyślam się, że historia zostanie zaprezentowana zdecydowanie niejednoznacznie. Niegdyś inwestorkę przedstawiano w tym konflikcie jako niezbyt atrakcyjną, zadurzoną jak nastolatka panią doktor, która oczekiwała czegoś więcej niż tylko projektu. Ale może to jednak architekt, rozpoczynający dopiero karierę w Stanach, wykorzystał swój urok osobisty do realizacji własnej wizji? Czekam niecierpliwie na film (i pozdrawiam walentynkowo)!

[Zdjęcie – w czarnym  golfie, a jak! – pożyczyłam od Brendy K z Pinteresta]

 

Instagram

IMG_6019.JPG
Byłam wczoraj w Warszawie na wizji lokalnej w Starych Świdrach, w dawnej fabryce prefabrykatów. Wcześniej biegałam tam w deszczu i po kostki w błocie, ale teraz była tak piękna pogoda do oglądania i fotografowania poprzemysłowych pozostałości, że złamałam się i w końcu… założyłam blogowe konto na Instagramie. Niestety, dopiero po fakcie zostałam oświecona, że tam da się wrzucać zdjęcia tylko z komórki! A ja pstrykam ukochanym Canonem, a nie telefonem. Wygląda na to, że przestałam nadążać za tym wszystkim… Co teraz? Jak żyć?
Pozdrawiam, Wasza Instagramowa Sierotka Monisia<3
PS Poprawka: warto się przyznać do porażki – dostałam podpowiedź, jak rozwiązać problem (dziękuję, Dawidzie!). Serdecznie zapraszam: https://www.instagram.com/sixlettercity/
[Fot. Monika Arczyńska – aparatem, ale nie telefonicznym]

Publiczne inwestycje

 

Często pracuję dla publicznych klientów i dobrze rozumiem ograniczenia finansowe, z jakimi borykają się urzędy. Infrastruktura kosztuje tak kosmiczne pieniądze, że nierzadko aż głupio proponować rozwiązania, które oprócz funkcjonalności będą również atrakcyjne wizualnie. Tak, wiem, w teorii da się połączyć jedno i drugie, a „tanio” nie musi od razu oznaczać „źle” czy „brzydko”. W praktyce jednak wychodzi różnie. Wspominałam już kiedyś wykład Marthy Schwartz w Dublinie. Mówiła wówczas, co robi, gdy klient proponuje jej absurdalnie niski budżet na projekt przestrzeni publicznej. Odpowiada wtedy, że owszem, nie ma sprawy, zaprojektuje bardzo piękny asfalt i może nawet wystarczy na jego pomalowanie. Podobnie wyglądają dyskusja o trwałości. Oczywiście, że najpraktyczniej i najekonomiczniej byłoby wszędzie, gdzie materiały są poddane intensywnemu użytkowania, stosować kamień i nierdzewkę, ale tu też rzeczywistość finansowa potrafi zaskrzeczeć.

A co zrobili Rzymianie, w Dżaraszu, w dzisiejszej Jordanii, około II-III wieku? Otóż mocno zainwestowali w publiczne przestrzenie i budynki. I to tak pięknie, że aż dech zapiera, a z trwałością taką, że do teraz można to wszystko oglądać  w parku archeologicznym. Owszem, nieco są zdemolowane trzęsieniami ziemi, które zniszczyły tę antyczną metropolię. Kiedy patrzyłam na ręcznie wykuwane astragale i kapitele w ilościach zdecydowanie hurtowych,  robiło mi się momentami dziwnie. Co to za musiało być za bogate miasto, w którym nie tylko zbudowano akwedukt, świątynie, targi, odpicowano nimfeum i wielki owalny plac, ale też całe cardo i decumanus obstawiono rzędami kolumn? Tylko po to, aby uzyskać jednolity efekt w ciągu ulic – za tymi regularnymi kolumnadami stały dopiero, lekko odsunięte, budynki, także z dekorowanymi fasadami. Plus łuki triumfalne na końcach… jak mogłam zapomnieć o łukach triumfalnych?

Nie powiem, udały im się te publiczne inwestycje. Ale może, aby tak szastać kasą, należy podbić pół świata i korzystać z niewolniczej pracy. To może jednak poprzestańmy na asfalcie…

[Fot. Monika Arczyńska]

2018 czyli jak nie zwariować

 

W latach 50. przeprowadzono eksperyment na szczurach, które dzięki wszczepionym elektrodom przez naciśnięcie dźwigni mogły wywołać u siebie uczucie przyjemności. Biedne gryzonie zaorgazmowywały się na śmierć, zapominając o spaniu, jedzeniu i opiece nad młodymi. Myślę, że architekci zachowują się w podobny sposób, zaharowując się do tego stopnia, że zapominają o całym świecie.

Zdarzają mi się od czasu do czasu takie okresy. Pierwszy miał miejsce podczas  Erasmusa w Delft. Przez 12 miesięcy nie tylko nauczyłam się w końcu, o co chodzi w projektowaniu, ale mając w końcu dostęp do porządnych bibliotek i świetnych architektów przeczytałam absurdalnie dużą liczbę książek, biegając jednocześnie na niezliczone wykłady i zwiedzając architektoniczne holenderskie cuda. Pamiętam do dziś to przedziwne, uzależniające uczucie totalnego zmęczenia połączonego z – jakby to nazwać? – olśnieniem. Podobnie było na początku pracy nad Grand Egyptian Museum w Dublinie, kiedy wrzucono nas na głęboką wodę i wszystko było nowe, trudne, ale ekscytujące – od projektowych wyzwań po… niezrozumiałe akcenty branżystów.

2018 był dla mnie jednym z najintensywniejszych w życiu. Przeszłam ekspresową szkołę prowadzenia własnej firmy. Jak być szefową, jak nauczyć się delegować pracę (to najtrudniejsze!), jak utrzymać ciągłość zleceń, jak utrzymać firmę, jak nie zwariować w tym dzikim pędzie? Z jednej strony padam na pysk, z drugiej mam ogromną satysfakcję, że w tak krótkim czasie nauczyłam się tak dużo. Dlatego jeśli kiedykolwiek w życiu poczujecie, że w Waszym życiu dominują kapcie i seriale, a będzie już za późno na Erasmusa albo pierwszą poważną pracę, mam niezawodne rozwiązanie: załóżcie własną firmę. Zapewniam, że będzie tak ekscytująco, jak nigdy wcześniej!

[Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz]

 

Najpowolniejsze wakacje życia

 

Lekkie ADHD (a na pewno duża nadaktywność) w codziennym życiu przekłada się także na sposób spędzania wakacji. Nigdy jeszcze nie pojechaliśmy z moim osobistym urbanistą odpoczywać dłużej na plaży czy nad jeziorem. Zdarzało nam się, owszem, spędzić tak dzień czy dwa, najczęściej ze stosem książek przy leżaku, ale zaraz potem wracaliśmy do zasuwania po miastach. Nasze typowe wakacyjne wyjazdy wiążą się z ciągłym przemieszczaniem – spędzamy z reguły nie więcej niż dwie noce w jednym miejscu i ruszamy dalej. Oczywiście wszystko transportem publicznym, więc każda podróż musi być szczegółowo przygotowana: zabukowane noclegi, spisane połączenia, szczegółowo zaplanowane przesiadki. Tym razem mieliśmy jednak tak serdecznie dość spieszenia się na pociągi i wciskania kolejnych punktów programu w napięty grafik, że spędziliśmy właśnie najpowolniejsze wakacje swojego życia. Na dziesięć dni zaplanowaliśmy zaledwie trzy miasta do odwiedzenia, a wieczory zdarzało nam się spędzać w hotelu, bez wyrzutów sumienia, że nie korzystamy z lokalnych atrakcji.

Okazało się, że spędzanie wieczorów w hotelu nie jest wcale takie bezsensowne. Pisałam  te słowa w jednym z najprzyjemniejszych miejsc, w jakich zdarzyło mi się zatrzymać (Black Iris w Madabie).  Nie wierzyłam opiniom gości – „nie było ciepłej wody, ale miejsce jest tak urocze, że daję 10/10” – lecz to wszystko prawda. Nieczęsto zdarzają się miejsca z taką atmosferą, że goście przychodzą do hotelowego lobby po prostu po to, aby posiedzieć sobie na puchatych kanapach i pograć w scrabble z dziećmi właścicieli. Pokoje usytuowane są tak, że zawsze trzeba przejść obok jadalni, kąta z herbatą i kilku przyjemnych zakamarków. Wszystkie strefy się przenikają, zapachy (apetyczne) roznoszą, a goście i obsługa non stop uśmiechają się do siebie.

Przed Madabą zatrzymaliśmy się w Ammanie i w Dżaraszu. Amman jest – jakby to w miarę delikatnie określić? – trudny turystycznie. Zwłaszcza dla takich maniaków spacerowania, jak my. Prawie nie ma tam chodników ani przejść dla pieszych, transport publiczny istnieje, ale nie sposób się w nim połapać, a różnice wysokości sprawiają, że odległości, które na mapie wyglądały niewinnie, wydłużają się w nieskończoność. Najtrudniejsze jest jednak coś innego – jakość powietrza. Tłuste, śmierdzące  spaliny wciskają się w nos i gardło, a poza tym prawie nie ma zieleni, która chociaż częściowo filtrowałaby tę truciznę. Ale to nie znaczy, że z Ammanu trzeba uciekać i miasto nie ma wiele do zaoferowania, wręcz przeciwnie. Oprócz bezdyskusyjnie przepięknych miejsc (przede wszystkim Cytadeli i  ogromnego rzymskiego teatru), ma fantastyczne handlowe ulice i wspaniałe kawiarnie (szisza!). Dla mnie najciekawsze było jednak objęcie skali tego miasta, jednego z największych na Bliskim Wschodzie, tym bardziej, że trudno w jego strukturze znaleźć jasną dla Europejczyków hierarchię w układzie przestrzennym. Byłam też ciekawa, czy w tej ogromnej masie budynków i ulic można zobaczyć nowoczesne oblicze miasta. To ostatnie zadanie okazało się najłatwiejsze, bo zatrzymaliśmy się niedaleko Abdali – ogromnego kompleksu, który ma podnieść znaczenie Ammanu jako ważnego globalnego ośrodka. Wygląda światowo – są wieżowce, szerokie chodniki (!), wielkie centrum handlowe, luksusowe hotele i biurowce, ale duża część powierzchni dopiero czeka na najemców.

Nie współczesny urbanistyczny rozmach Ammanu zaskoczył mnie najbardziej, lecz… rzymski i starożytny. Dżarasz okazał się gwoździem programu. Ale o tym w następnym odcinku:)

[Fot. Monika Arczyńska]

 

Archiprezentownik 2018

Sztywniara, Jestem Kasia i Make Life Easier już dawno opublikowały swoje sugestie prezentowe (ta torebka-nerka z COS u Jestem Kasia to taka nawet archi-archi!), Architecture is a Good Idea  nie zaproponowali co prawda swoich propozycji, ale wydali książkę, idealną pod choinkę, tylko na Six Letter City pusto. Dlatego natycmiast nadrabiam zaległości – w tym roku będzie sporo uwielbianych przez architektów przezroczystości i bieli.

  1. Zegarek z wymiarami (Swatch)

swatch

2. Przezroczysta torebka (właśnie w promocji) (Reserved)

torebka.jpg

3. Lampka z ładowarką do telefonu – chyba najprostsza biała lampka biurkowa na rynku (IKEA)

Riggad

4. Wizyta w Muzeum Rysunku Architektonicznego (zgodnie z moim noworocznym postanowieniem wyjazd do Berlina oczywiście pociągiem)

logo_en

5. To na razie prototyp, ale może ktoś ma wejścia w Instytucie Designu w Kielcach? Zestaw ceramiki projektu Marty Dachowskiej, inspirowany budynkiem kieleckiego dworca PKS.

Edit: Instytut potwierdza, że pekaesy są już do kupienia w ich czytelni za 100zł.

kielce

6. Przezroczysty parasol – chroni przed deszczem, ale nie przed słońcem, bo słońca architekci zwykle mają zbyt mało (happenings.pl)

parasol

7. Wieczne pióro – białe, ale z czarnym atramentem (Waterman)

pioro

8. Kawa. A najlepiej od razu dużo kawy! Np. kilogramowe opakowanie (Lavazza)

kawa

9. Poradnik dla architektów (Pracoholicy – szkoła przetrwania)

praco

10. Jednak musi być czarny golf… ale przezroczysty! (Etsy)

Golf

[Post NIE jest sponsorowany, chociaż gdyby np. LPP podrzuciło mi nr 2 przy jakiejś okazji, nie miałabym nic przeciwko – daleko ;)]

 

 

RACHUNEK SUMIENIA

IMG_3666

Bałam się tego potwornie, ale w końcu zdobyłam się na odwagę i to zrobiłam. Policzyłam, ile wylatałam CO2 w 2018 roku… no i klops. Lutowy weekend w Lizbonie to… 1.1 t C02 (ile???). Majówka w Wiedniu – 0.361 t. Biennale w Wenecji – 0.963 t. Erasmus Plus w Permie z krótkim postojem w Moskwie –  1 t. Wypad do przyjaciółki do Zurychu – 0.463 t. Wyjazd do Kijowa – 0.428 t. Charków – 0.546 t. A na dobicie zabukowaliśmy już wyjazd na święta i wyprodukuję kolejną tonę. Razem daje to 5.861 t… To oznacza, że mogłabym przez cały rok wozić cztery litery samochodem, zamiast używać nóg, roweru albo transportu publicznego, a i tak mój transportowy ślad węglowy byłby mniejszy, niż gdybym tylko zrezygnowała z latania.

Dotychczas tłumaczyłam się sama przed sobą, że przecież na co dzień staram się ograniczać ślad węglowy, więc jeśli od czasu do czasu wsiądę do samolotu, nic strasznego się nie stanie. Nie używam samochodu, od kilkunastu lat piję kranówkę i segreguję śmieci. Mój osobisty urbanista ciągle marudzi, że w mieszkaniu jest zimno, więc raczej nie przesadzam z ogrzewaniem (ale mogłabym pewnie brać nieco krótsze prysznice). Z wegetarianizmem i weganizmem niestety nie bardzo mi po drodze – jako IBS-owiec mam mocno ograniczoną dietę, ale zredukowałam jedzenie mięsa. Voluntary simplicity (czyli dobrowolna prostota) nie musi oznaczać od razu przeprowadzki w Bieszczady (które i tak są regularnie zadeptywane przez turystów;). Chodzi bardziej o to aby nie kupować plastikowego szajsu, zastanowić się dwa razy, czy coś jest faktycznie potrzebne, zaakceptować sweter z załataną dziurą i nie bać się pożyczania rzeczy. Przyznaję się co prawda do kompulsywnego konsumpcjonizmu w kontekście kupowania butów, za to noszę je aż do zdarcia i nie wyrzucam rzeczy, które nadają się jeszcze do noszenia. Dlatego czułam się dość komfortowo z własnym wpływem na środowisko, ale podejrzewałam, że to nieszczęsne latanie pogorszy moje dobre samopoczucie, dlatego unikałam policzenia śladu…

Miałam też dotychczas niezłą wymówkę. Nasze podróże zawsze, ale to zawsze, mają spore znaczenie zawodowe i edukacyjne. W Wiedniu oglądaliśmy ulice (w związku z projektem dla Starowiejskiej) i osiedla mieszkaniowe (przydatne dla nowego warszawskiego przedsięwzięcia), w Charkowie złapaliśmy kontakt z młodymi architektami, Perm i Moskwa okazały się kopalnią wiedzy i doświadczeń. Na uczelni cały czas rzucamy przykładami, które mieliśmy okazję zobaczyć na własne oczy. Praktycznie nie zdarza nam się wyjeżdżać dla samej rozrywki, bez przywiezienia nowych miejskich i architektonicznych obserwacji, więc czułam, że to nieszczęsne CO2 rozkłada się nieco na kolejne osoby, które naszymi oczami poznają doświadczenia z innych miejsc na świecie. Nie zdawałam sobie jednak sprawy, że to aż tyle ton!

Ograniczenie latania to nasze postanowienie noworoczne. Jeśli trzeba będzie gdzieś polecieć w związku z pracą – trudno, pewnych spraw nie przeskoczymy. Ale postaramy się, żeby co najwyżej raz w roku polecieć gdzieś dla przyjemności. Przestanę nawet sprawdzać połączenia lotnicze z Krakowem czy Berlinem (chociaż do Berlina właśnie uruchomiono loty z Gdańska, eh!), bo przecież można pojechać tam pociągiem. Nie będę polować na promocje. Jeśli już gdzieś będziemy musieli polecieć zawodowo, spróbujemy (oj, będzie ciężko!) zostać dłużej, żeby to nie był bezsensownie krótki wyjazd. Jeśli poczujemy potrzebę wyrwania się na chwilę – a to się na pewno zdarzy, biorąc pod uwagę nasz skrajny pracoholizm – popatrzymy w stronę najbliższych sąsiadów. Drezno?  Český Krumlov? Do Hamburga i Weimaru też da się sprawnie dojechać, a – wstyd się przyznać – nigdy tam nie byłam. W końcu zaczniemy też podróżować po Polsce, oczywiście transportem publicznym. Trudno mi przewidzieć, jakie okażą się rzeczywiste efekty tego postanowienia, ale trzymajcie za nas kciuki:)

[Fot. Monika Arczyńska, obliczenia na podstawie co2.myclimate.org]

Хaрків – miasto na 6 liter

Zdążyłam już prawie zapomnieć o wyjeździe do Charkowa, a przecież już dawno żadne miasto nie zaskoczyło mnie tak bardzo. Ma przepiękny układ urbanistyczny, wspaniałą architekturę i mnóstwo zieleni – nie tylko stare, zadbane parki i aleje, ale także nowe nasadzenia, które jakimś cudem nie przegrywają z miejscami postojowymi. To, co rzuca się od razu w oczy (i uszy), to przedziwny spokój na ulicach. Przechodnie nie zasuwają w pośpiechu, ale płynnie suną, prowadząc cicho rozmowy. Mieszanina wszechobecnej zieleni, kameralnej skali i elegancji ulic oraz budynków kształtuje przyjazną miejską przestrzeń, gdzie nie ma miejsca na niechlujność.

Wśród tej wyjątkowej miejskiej tkanki można trafić na tak dziwne rzeczy jak kolejka linowa na blokowisko, ale i na prawdziwe perły architektury. Największe wrażenie (także z uwagi na skalę) zrobił na mnie oczywiście Derżprom – monstrualny, choć zbudowany w zaledwie trzy lata, konstruktywistyczny kompleks rządowych budynków administracyjnych z lat 20. Charków przez kilka lat był stolicą Ukrainy, zanim przeniesiono ją do Kijowa i ambicje pokazania światu, jak nowoczesny jest ten nowy kraj, przełożyły się fantastycznie awangardową architekturę.

Spotkaliśmy się przy okazji z naszą była studentką Erasmusa. Zabrała nas w miejsce, którego na pewno sami byśmy nie znaleźli – ukrytego, piwnicznego baru, gdzie mówi się wyłącznie w innych językach niż ukraiński i rosyjski. Bar to jedno, ale nigdy nie widziałam tylu szkół językowych w jednym mieście! Helen Doron, Business English, maleńkie szkółki i językowe kombinaty – od koloru, do wyboru. Widać, jak mocno stawia się tam na edukację. W Charkowie znajduje się uniwersytet o pozycji w światowych rankingach zbliżonej do Jagiellonki, a gdy wpadliśmy na prezentację projektów roku zerowego w nowej prywatnej szkole architektury, przekonałam się ostatecznie o wysokim poziomie edukacji.

Wybraliśmy się też w wyjątkowo nietypowe miejsce – targowisko Barabaszowa, jedno z nawiększych na świecie. To „AliExpress pod dachem” – można tam kupić dosłownie wszystko. Dominują ubrania i buty, części zamienne do samochodów, materiały budowlane, wyposażenie domu, ale jest i ogromny dział z modą i akcesoriami weselnymi. 75-hektarowe targowisko robi wrażenie kompletnej prowizorki, lecz wystarczy chwilę tam pospacerować, aby zauważyć, jak wszystko jest tam uporządkowane. Perfekcyjnie poukładane towary,  galopujący slalomem między ludźmi „kurierzy”, dostarczający błyskawicznie futra i płaszcze w odpowiednim rozmiarze (jak najszybciej, żeby tylko klient się nie zniecierpliwił), fast food z różnych zakątków świata i sprzedawcy zachęcający do obejrzenia towaru – wszystko działa tam jak w szwajcarskim zegarku.

Mój osobisty urbanista preferuje większe miasta – jemu bardziej podobał się Kijów. Ale dla mnie Dublin, Gdańsk i Berlin wygrywają z Londynem, Moskwą czy Warszawą, więc to Charków wymienię jako pierwszy, gdy ktoś zapyta mnie o wyjątkowe ukraińskie miasto. I nawet warieniki i syrniki smakowały mi tam bardziej, niż gdziekolwiek indziej. Sekret tkwi pewnie w sześciu literach;)

[Fot. Monika Arczyńska]

Plan pięcioletni

URODZINY.JPG

Nie dość, że przez nadmiar pracy nie udało mi się świętować niedawno własnych urodzin (przypadły – jak podczas studiów – na OSSĘ), to prawie zapomniałam o urodzinach bloga. A to właśnie dziś stuknął mu już piąty rok!

Pięć lat bloga, pięć lat w Polsce, pięć kapitalnych lat.  Mimo przeoczenia tej daty musiałam intuicyjnie wyczuć,  że to ważny moment. Zamiast wybrać się na cmentarz albo na halloweenową imprezę (albo w oba miejsca), zaplanowałam krótki urlop. Wyłączyłam telefon, odcięłam się od służbowych maili, facebooków i nawet studentom zapowiedziałam, że nie będę w stanie zajrzeć do ich projektów. Chyba zasłużyliśmy z moim osobistym urbanistą na odpoczynek, bo pogoda nas rozpieszczała, a Charków, bo tam się wybraliśmy, okazał się znacznie piękniejszy niż na zdjęciach. Zamiast urodzinowego tortu objadłam się syrnikami i czuję się gotowa na kolejny intensywny plan pięcioletni:)

[Fot. Łukasz Pancewicz]

 

OSSA 2018 – czapki z głów!

Nie wszyscy czytelnicy bloga są architektami, więc już wyjaśniam, czym jest OSSA. To Ogólnopolskie Spotkania Studentów Architektury, niezależna studencka inicjatywa rozpoczęta 20 lat temu.  Zawsze w październiku, na samym początku roku akademickiego, odbywają się warsztaty przygotowywane przez studentów dla studentów. Te pierwsze trwały weekend, teraz – tydzień. Zdarzają się też dodatkowe OSSY, np. letnie. Spotkania co roku odbywają się w innym mieście i kolejne roczniki przejmują organizacyjną pałeczkę. Każda edycja stara się przebić poziomem poprzednią – zaproszeniem znanych gości, wykładami, wycieczkami, pokazami filmowymi. W tym roku przyjechało 70 studentek i studentów z całej Polski i nie tylko – po raz pierwszy obowiązywał angielski. Przygotowanie takiego przedsięwzięcia zajmuje około roku i pochłania ogromny budżet. Już kilka miesięcy przed warsztatami  dostaliśmy od organizatorów zaproszenie do poprowadzenia jednej z grup i pakiet materiałów zapowiadający świetne merytorycznie wydarzenie.

team ossa

Grupa, która zorganizowała łódzką OSSĘ – dziękuję i gratuluję!

Każda OSSA ma temat przewodni, który zespoły interpretują podczas warsztatów. Tym razem było to „widzenie”. W przeciwieństwie do wielu poprzednich edycji nie koncentrowano się na mieście, w którym odbywa się wydarzenie. Owszem, zaplanowano spacer po Łodzi, ale miał raczej zainspirować niż koniecznie wyznaczać pole działań projektowych. Napiszę jedno (nadal pod ogromnym wrażeniem): takiego poziomu i takich wykładów nie pamiętam z żadnych studenckich warsztatów, ani z żadnej EASA (europejskiego odpowiednika), ani z Delft. Tom Emerson na powitanie, Ricardo de Ostos z AA i Bartlett, wykład w ms2 o Strzemińskim – po takim intelektualnym wsadzie nie dało się już potraktować pobieżnie przewodniego  tematu. Warsztaty odbywały się w Art Inkubatorze (tam, gdzie Łódź Design Festival), a wszyscy nocowali w klimatycznym hotelu Polonia, który sam zasługuje na post (o pracownikach obu miejsc, w tym o windziarzu grupa Maćka Siudy i Janka Domicza przygotowała film). Na koniec zjechały się ossowe dinozaury (jak dobrze było Was zobaczyć!). Ale najważniejsi i tak byli uczestnicy, bo to ich działania warsztatowe to sedno OSSY. I to, co zrobili pod kierunkiem prowadzących (wybranych równie uważnie, jak prelegenci) to mistrzostwo świata. Od symbolicznego wyciągnięcia spod ziemi niewidocznych łódzkich rzek (grupa JEJU), przez instalacje, clipy, i modele po moją ulubioną prezentację nt. zmanipulowanego medialnie i kulturowo widzenia, przygotowaną przez zespół Kuby Włodarczyka i Alka Wadasa. Trampolinarium jako uzupełnienie calidarium i frigidarium w rzymskich łaźniach zostanie ze mną na długo:)

grupa 6.JPG

Nasz wspaniały zespół: Maria Dondajewska, Patrycja Dyląg Zofia, Jemioło, Jakub Kaczyński, Artur Mincberger, Paweł Paciorek, Paulina Rączka
Ossowa opiekunka: Justyna Pawlak

Nasza grupa zaczęła od luźnych rozmów na temat Łodzi i zjawiska widzenia. Od rozmów przeszła do eksplorowania miasta, od miasta do pierwszych pomysłów, a potem stało się coś, co wywróciło wszystkie wcześniejsze wnioski do góry nogami. Okazało się, że ‚widzieć’, to nie znaczy ‚wiedzieć’ i że to ważne, aby czasem architekt potrafił przyznać się do niemocy wobec problemów, które przerastają go skalą i powagą. W danym czasie (u nas – 5 dni w Łodzi) i budżecie (500zł na materiały), przy założonym celu dokonania działania, które wpłynie pozytywnie, jeśli nawet chwilowo, na życie Łodzi i łodzian, ten najsłuszniejszy wybór może okazać się nieoczekiwany. Zresztą sami zobaczcie nagranie z finałowych prezentacji – Paweł Paciorek odkrył swój inscenizacyjny talent (to nie przypadek – pracuje w Teatrze Nowym), a całość była uparcie szlifowana podczas prób:

Na tej OSSIE stało się coś ważnego. To nie były ani zwykłe studenckie warsztaty, ani zwykłe działanie edukacyjne, ani tydzień zwykłych spotkań. To był przede wszystkim dowód na sens ciężkiej wspólnej pracy i świadomego uczenia się. Świadomego, bo jedna z głównych idei OSSY to uzupełnianie tego, czego studenci nie są w stanie odnaleźć na swoich wydziałach. Ciągła wymiana uwag, pomysłów i wiedzy w zestawieniu z zespołową pracą, ale i doskonałą zabawą, daje niebywałe efekty. A prowadzący uczą się równie dużo, jak uczestnicy.

Czapki z głów, zrobiliście (zrobiliśmy wspólnie!) coś ważnego. Dziękuję Wam wszystkim bardzo.

[fot. M. Arczyńska]

 

Rozmowa z nieznajomym

jelitkowo

Czy Wam też coraz częściej zdarza się ostatnio rozmawiać z nieznajomymi? Mnie tak i ogromnie mnie to cieszy – przypomina mi się za każdym razem Irlandia i spontaniczne pogawędki przy każdej możliwej okazji. W Polsce ostatnio najbardziej rozgadane wydają mi się pociągi. Z jednej strony powinnam pewnie rezerwować miejsce w strefie ciszy, żeby spokojnie postukać w klawiaturę, z drugiej – bardzo lubię pogadać ze współpasażerami. Ostatnio spędzam tak większość podróży, trafiając na wyjątkowo rozmownych i sympatycznych sąsiadów. Żeby daleko nie szukać – ostatnio prawie całą drogę do Warszawy przegadaliśmy z mieszkającym od lat w Polsce Południowoafrykańczykiem. O samochodach elektrycznych, o śmieciach i o plastiku…

W sobotę wybraliśmy z moim osobistym urbanistą się na spacer. Wygrzewaliśmy się w słońcu w nadmorskim parku w dzielnicy o wdzięcznej nazwie „Jelitkowo” – znajduje się tam zawsze oblegany przez starsze osoby plac. Dosiadł się do nas dziarski pan, jak się później okazało – prawie osiemdziesięcioletni. Elektromobilność ewidentnie sprzyja rozmowom – pan podjechał eleganckim elektrycznym rowerem i zaczął nam opowiadać o swoich dwóch kółkach (świetny zakup, lepszy niż spalinowy, którym jeździł wcześniej), o krajach, które odwiedził na emeryturze (26), ale przede wszystkim o tym, jak poukładało mu się życie. Podobnie jak mój dziadek przyjechał po wojnie do pracy w Stoczni Gdańskiej. W pewnym momencie za 20 zł, które jego matka znalazła przy śmietniku kupił los w totolotku i trafił „piątkę”. Nagroda wystarczyła, żeby urządzić magiel, który prowadził przez ponad dwadzieścia lat. Potem pojawiła się w sklepach chińska pościel z kory i biznes upadł. Na szczęście znalazł szybko kolejne zajęcie, a teraz aktywnie spędza emeryturę jeżdżąc na swoim elektrycznym rowerze i podróżując po świecie.

Dlaczego piszę o takich sytuacjach na blogu o miastach  i architekturze? Coraz częściej trafiam m.in. w warunkach konkursowych na enigmatyczny wymóg projektowania przestrzeni „w sposób sprzyjający integracji”. Podstawowe zasady są oczywiste – miejsce integracji ma wiele wspólnych cech z każdym miejscem, w którym i w samotności siedzi się przyjemnie. Wystarczy poczytać Christophera Alexandra, żeby zrozumieć, na czym to polega i nauczyć się paru trików. Ale to nie samo miejsce przyczynia się do spontanicznych interakcji i rozmów – to „ludzki wypełniacz” tych miejsc. Ktoś musi się uśmiechnąć, życzyć miłego dnia albo pochwalić się nowym rowerem – reszta zrobi się sama:)

[Fot. M. Arczyńska]

 

KOKA 2018 czyli kilka słów o konkursach

Kiedy zobaczyłam na Facebooku zapowiedź konferencji o konkursach architektonicznych KOKA 2018, najpierw jęknęłam boleśnie patrząc na daty, ale chwilę później zaczęłam przekładać wszelkie możliwe terminy, żeby jednak wybrać się do Chęcin. Pojechałam z kilku powodów: chciałam posłuchać, co w konkursach słychać nowego, pomyśleć o tematyce badań, które byłyby praktyczne i zobaczyć, czy nie dałoby się rozszerzyć działalności naszej firmy. Przy okazji spotkać starych znajomych, poznać nowych, napić się konferencyjnego wina i pojeździć po okolicy, której kompletnie nie znam.

Wydarzenie odbywało się w Europejskim Centrum Edukacji Geologicznej, realizacji projektu WXCA. Zgrzeszyłam kiedyś nieco w związku z tym budynkiem. Mam zasadę, aby pisać wyłącznie o obiektach, które odwiedziłam. Jednak kiedy czeskie INTRO rzuciło hasło „kamień” dla kolejnego numeru, zaproponowałam właśnie ten (nieobejrzany na własne oczy) budynek. Przestudiowałam dokładnie rysunki i zdjęcia, ale dopiero teraz miałam okazję się przekonać, jak bardzo „wrośnięty” jest w miejsce, w którym powstał. Nawet najlepsze fotografie nie oddają jego zmienności. Stuprocentowo trafne określenie, że „piździ jak w Kieleckiem” oznacza silne wiatry i pogodę, którą porównałabym do irlandzkiej. Raz świeci słońce, raz pada deszcz, a po niebie galopują chmury. Malowniczość okolicy, w tym ściana dawnego kamieniołomu, kadrowana jest ekranami okien i przeszkleń. Trzeba jeszcze odczekać dwa lata, aż minie okres trwałości obiektu i będzie można (mam nadzieję) wynająć tam pokój, żeby nic nie robić, tylko godzinami gapić się przez okno.

Pierwszego dnia konferencji pojeździliśmy po okolicy i spacerowaliśmy po Kielcach. Udało się nawet wejść do wnętrza modernizowanego już dworca PKS. Odczyszczono je już z narastających przez lata „dodatków” – kiosków i budek – dzięki czemu odzyskał dawną przestronność. Mam nadzieję, że po liftingu zyska jeszcze bardziej niż warszawski Dworzec Centralny (niech tylko nikomu nie przyjdą do głowy żadne antresole!). Same Kielce bardzo pozytywnie mnie zaskoczyły. Przyznaję: nie miałam pojęcia, czego się spodziewać i oczekiwałam raczej… dziury (przepraszam za to mieszkańców Kielc). A tu niespodzianka: centrum jest wyjątkowo przyjazne dla pieszych, można tam znaleźć sporo sensownej architektury i za chwilę będzie jej jeszcze więcej (m.in. WXCA modernizuje teatr, a eM4 plac), na ulicach przez cały czas widać pełno ludzi i widać, że żyje się tam i przyjemnie, i wygodnie.

Ale nie o Kielcach miałam przecież pisać, lecz o samej konferencji. Nie mogę się nachwalić, jak bardzo była potrzebna i jak świetnie ją przygotowano. Hubercie i kompanio – dziękuję. Po pierwsze za całkowicie „demokratyczny” klimat – przyjechać mogli i młodzi, i nie tak bardzo już młodzi architekci, studenci, urzędnicy i wszyscy inni, którym temat konkursów jest bliski. To, co jednak było dla mnie szczególnie ważne, zwłaszcza w kontekście różnych niezbyt udanych pod tym względem wydarzeń tego roku, to zachowanie zdrowej relacji między prelegentami a prelegentkami. Doceniam logicznie skonstruowany program, w którym znalazło się miejsce i dla przeglądu polskich praktyk, i dla relacji zagranicznych gości, i dla dodatkowych, zgłoszonych niezależnie tematów. Jak to u Huberta Trammera zwykle bywa, program był bezlitośnie naładowany (śniadanie – 07:45, rozpoczęcie wieczornej debaty – 21:00;), ale to pewnie dzięki temu udało się ściągnąć na intensywne dwa dni uczestników, którym raczej nie udałoby się przyjechać na dłużej.

Nie do końca udał się panel, na który najbardziej czekałam: relacja z przebiegu konkursów i pokonkursowej współpracy opowiedziana z punktu widzenia architektów i zamawiających. Liczyłam na dynamikę w stylu FuckUp Night i anegdoty o mozolnie budowanym zaufaniu, podczas gdy nieco zbyt dużo było tam opowiadania o samych projektach, a za mało o samych procedurach.  Świetnie wypadły za to prelekcje zgłoszone w wolnym naborze, m.in. o eksperymentowaniu z formułą konkursową w Poznaniu i o tym, że w biznesie architekt znajduje się gdzieś na samym końcu listy płac, a jego twórczość to po prostu usługa, która ma być wykonana szybko, sprawnie i tanio. Przez cały czas na pierwszy plan wybijała się dość monopolistyczna pozycja SARP oraz brak standardów m.in. pracy sędziów, którzy bywają przeświadczeni o własnej nieomylności. A sami architekci – o nadzwyczajnym talencie i szczęściu, co sprawia, że przeceniają swoje szanse w konkursach i niezrażeni porażkami próbują dalej. Opowiadała o tym, wbijając ostrą szpilę kolegom po fachu, Antigoni Katsakou, badająca od lat konkursy w różnych krajach. Pojawiły się ostre słowa krytyki wobec polskich, nie zawsze jasnych i doskonałych procedur, ale z debaty po pierwszym dniu prezentacji wynikały dość niepokojące wnioski. Po pierwsze architekci w dużej mierze traktują konkursy jako procedurę, która służy nie tyle pozyskiwaniu koncepcji przez zamawiającego, co zleceń przez projektantów. Po drugie oprócz SARP i urzędów prawie nikt nie wie, jak konkursy wyglądają od strony finansowej i organizacyjnej.

Wśród wielu pokonferencyjnych obserwacji, których nie dam rady tu przytoczyć, ważna wydaje mi się zwłaszcza jedna. Po raz pierwszy nie poczułam konfliktu „starzy-młodzi”. Co prawda w wypowiedziach młodszych uczestników przewijały się różne pretensje, zwłaszcza o bierność Izby i SARP w ułatwianiu młodym pracowniom wejścia na rynek, ale to nie były głosy dominujące. Kiedy z młodszą częścią uczestników dyskutowaliśmy o tym, co można by poprawić, przez cały czas chodziło mi po głowie, że przecież ze dwie-trzy dekady wcześniej podobnie dyskutowali inni, z nieco bardziej dziś przyprószonymi siwizną głowami. To oni tworzyli podwaliny pod obecny system i zrobili to najlepiej, jak się dało w ówczesnych okolicznościach. W trudnych okolicznościach. Dopiero teraz można bez większych problemów zdobyć w zakresie konkursów międzynarodowe doświadczenie i podpatrzeć z bliska, jak robią to inni.

Dyskusje pokonferencyjne jeszcze się nie zakończyły, przeniosły się tylko na podgrupy w mediach społecznościowych. Zamierzam je śledzić, a jeśli czas pozwoli, włączyć się aktywnie, bo czuję, że na edycji 2018 się nie skończy. Tym bardziej, że według europejskich statystyk Polska jest jednym z krajów, w którym konkursów organizuje się najwięcej. Jest nad czym pracować:)

[Fot. M. Arczyńska]

Mam dość!

sf.JPG

Dziś już naprawdę mam dość! Najpierw przed naszym biurowcem ostentacyjnie wielki  samochód zatarasował kompletnie nie tylko wjazd dla straży pożarnej, o którego przejezdność walczę jak lwica, ale nawet samo wejście do budynku. Właściciele, którym śmiałam zwrócić uwagę, wyjaśniali, że po pierwsze przyjechali tylko na 10 minut (!), a po drugie, że przecież nie zastawili wjazdu dla straży, bo to już było zastawione, ale stanęli na… chodniku (!!!). Na całej szerokości wąskiego chodnika. Chwilę później prawie rozjechał nas na pasach pędzący jak wicher kierowca, niezwracający kompletnie uwagi na ograniczoną widoczność – przed nami skręcał samochód dostawczy i każdy myślący człowiek zwolniłby przed pasami. Miał otwarte okna, przez które zaczął wrzeszczeć, że przecież ma pierwszeństwo – przed idącymi już po pasach pieszymi i na dodatek w strefie skrzyżowań równorzędnych… Ba, lepiej – próbował mnie zepchnąć z pasów.

Ostatnio doszliśmy ze znajomymi do wniosku, że od mniej więcej roku czy dwóch na ulicach jest coraz mniej bezpiecznie. Agresja, wymuszanie pierwszeństwa, ignorowanie znaków i przepisów, czyli to, co wcześniej z roku na rok wydawało się poprawiać, nagle ruszyło z kopyta w przeciwną stronę. Przypuszczamy, że to naturalny – chociaż ohydny i piekielnie niebezpieczny – efekt wszechobecnej politycznej niepoprawności i „odzyskiwania godności”, bo to pewnie godność nie pozwala zwolnić przed przejściem dla pieszych. Ale jeśli słupki upokarzają kierowców, to tym bardziej uderzają w nich ograniczenia prędkości i czerwone światło…

[Fot. Monika Arczyńska]

Kijów

W tym roku wakacyjne wyjazdy mamy skondensowane do granic możliwości. Przygotowania do nich również, dlatego zamiast jak zwykle wyjeżdżać ze stosem map, list i rekomendacji, po prostu pakujemy walizki (albo nie rozpakowujemy ich po poprzednim wyjeździe) i na miejscu okazuje się, że problem może stanowić nawet znalezienie marszrutki do centrum;)

W samym mieście mieliśmy już pewne pojęcie, co zwiedzać, przede wszystkim dzięki Wam, drodzy Czytelnicy i Waszym Facebookowym rekomendacjom. Dziękuję przede wszystkim za polecenie miejsca, do którego na pewno nie trafilibyśmy sami – siłowni Kaczalka na świeżym powietrzu. To nie jest zwyczajny fitness pod chmurką przypominający nasze hity budżetów obywatelskich – nie dość, że siłownia powstała jeszcze w latach 70., to wszystkie maszyny są chałupniczo zmontowane ze złomu i części maszyn. Ciężarki, które ewentualnie można by ukraść, przymocowane są ciężkimi łańcuchami, wszystkie maszyny pomalowane są na jednakowy niebieski kolor, ćwiczący panowie są silni jak niedźwiedzie, pachnie smarem i atmosfera przypomina „Mad Maxa”. Miejsce jest ogromne, chociaż nieco schowane w parku, za to dla odmiany tuż obok znajduje się nadrzeczna plaża z zupełnie nowoczesną infrastrukturą i zupełnie innymi mężczyznami – wydepilowanymi i w obowiązkowych speedosach.  Kontrasty to specjalność Kijowa.

Spacerując po mieście przez cały czas myślałam o tym, że podobnie byłoby w Polsce, gdyby nie przydarzyło nam się wejście do Unii. Najbardziej znacząca różnica dotyczy infrastruktury – stanu dróg i transportu publicznego. Za to bez względu na porę dnia na placach i w parkach siedzą sympatyczni, uśmiechnięci ludzie, wszędzie pełno jest drobnego handlu i tylko kontrasty między widocznym bogactwem a ubóstwem uderzają. Z jednej strony drogie restauracje, pod którymi parkują drogie auta, z drugiej smutny widok proszących o pomoc emerytek. Trudno czuć się beztroskim turystą wiedząc, jak niesprawiedliwie potrafi poukładać się historia.

20180831_184646.jpg

Kilka rozwiązań absolutnie mnie zachwyciło, m.in. wykorzystanie podziemnej infrastruktury dla handlu i to nie tylko w przejściach podziemnych czy na stacjach metra. Pod niektórymi ulicami ciągną się pasaże handlowe, a jeśli ulice biegną ze spadkiem, spadek pojawia się i pod ziemią. Brak naturalnego światła nikomu nie przeszkadza, a w tym podziemnym świecie oprócz sklepów (niekiedy także drogich butików), znajdują się kawiarnie czy zakłady fryzjerskie.

Oczywiście pomimo krótkiego pobytu zapuściliśmy się poza centrum, przede wszystkim po to, żeby zobaczyć typowe mieszkaniowe dzielnice. Blokowiska wyglądają jak wszędzie w naszej części Europy, ale byliśmy ciekawi nowszych realizacji. Najbardziej zależało nam na zobaczeniu ogromnego kolorowego grodzonego osiedla w północnej części miasta. Próbowaliśmy zakraść się do środka z wchodzącym akurat mieszkańcem, ale ochrona od razu zidentyfikowała nas jako intruzów. Ta przedziwna „ekskluzywność” zupełnie nie pasowała do skali osiedla liczącego tysiące mieszkań, ale wszyscy karnie podtrzymują pozory luksusu na tym ciasnym blokowisku opakowanym w wielokolorowe fasady.

20180901_135303

Najdziwniejsze wydało nam się miejsce, na które trafiliśmy przypadkiem, pomimo centralnej lokalizacji. Stylizowane na XIX-wieczne kamienice osiedle Vozdvyzhenka, które miało stać się dzielnicą bogaczy, po czym w związku z kryzysem prawie nie zostało zasiedlone, dosłownie powala bogactwem. Przez „bogactwo” nie mam na myśli zaparkowanych wszędzie mercedesów, ale budynki – ociekają detalami i to wcale nie są styropianowe elementy. Pomimo alergii na pseudohistoryzującą architekturę muszę przyznać, że zrobiła na mnie wrażenie konsekwencja inwestorów i projektantów. Osiedle jest właśnie rozbudowywane i nie widać spadku jakości w nowo realizowanej części. Trzeba też przyznać, że ten kijowski disneyland jest idealnie „wszyty” w oryginalną tkankę miasta – połączenia praktycznie nie widać, a kilka zachowanych budynków można odróżnić tylko po tym, że są mniej idealne od swoich sąsiadów.

20180902_134133.jpg

To był zdecydowanie zbyt krótki wyjazd i myślę, że jeszcze tam wrócimy. Na razie nie mogę się doczekać przełomu października i listopada – tym razem wyruszamy do Charkowa! Wszelkie architektoniczno-miejskie podpowiedzi są oczywiście mile widziane.

[Fot. M. Arczyńska i Ł. Pancewicz]

Doskonałość na sześć liter

Teksty z czytanej w dzieciństwie „Małej Fantastyki” musiały mocno utkwić mi w pamięci. Jeszcze na początku blogowania wspominałam o „świszczurce”, która zainspirowała najwcześniejsze marzenia o zawodzie, który chciałabym wykonywać, kiedy dorosnę (nie, nie był to zawód architekta). Pamiętam też opowiadanie „Anihilacja wszechświata”. Chłopiec, odwiedzający z kolegą laboratorium, w którym pracował jego tata, nacisnął z ciekawości przycisk do tytułowej anihilacji – zniknęła nagle materia wszechświata, ale została kształtująca ją forma. Nagle tramwaje zaczęły przyjeżdżać punktualnie, śmietniki stały się czyste i pachnące, a cały świat jakby nieco bardziej perfekcyjny niż wcześniej. To opowiadanie musiało być napisane jeszcze w peerelowskich czasach, więc pewnie nawet kolejki po papier toaletowy nagle zniknęły wraz z materią. I kiedy wylądowałam w piątek w Zurychu, poczułam się jak po takiej właśnie anihilacji. Jeszcze nigdzie nie widziałam tak doskonałego systemu transportu publicznego, nie udało mi się zgubić na żadnym dworcu (no, prawie), ulice są czyste, jedyny nieprzyjemny zapach to rozpuszczony raclette, a post napisałam na lotnisku, gdzie wszystkie siedziska dla oczekujących pasażerów mają gniazdka (oczywiście po dwa rodzaje). Co prawda nagłe załamanie pogody uniemożliwiło mi popływanie w jednym z miejskich kąpielisk (jezioro w centrum – to dopiero jest luksus!), ale i tak spędziłam tu kapitalny weekend.

Byłam tam już kiedyś, kilkanaście lat temu na wycieczce ze studentami. Teraz zwracałam uwagę na zupełnie inne rzeczy, ale z ciekawości obejrzałam miejsca, które wtedy dopiero co zrealizowano. Byłam bardzo ciekawa, jak obrósł zielenią trójwymiarowy park na Oerlikonie – wtedy bluszcze dopiero zaczynały się piąć, a teraz całość jest pokryta gęstą zielenią. Obejrzałam kilka kooperatyw mieszkaniowych i ekoosiedli (dziękuję za Facabookowe rekomendacje!), ale przede wszystkim przyglądałam się miastu – przestrzeniom publicznym i architekturze. I to nie nawet nie wybitnym dziełom szwajcarskich gwiazd, ale współczesnym biurowy i mieszkaniowym „wypełniaczom”.  Pragmatyzm (niestety, kosztowny) w wersji szwajcarskiej ma dużo sensu – chociaż architektura jest „praktisch, kwadratisch und gut”, ale w wersji bardziej ekskluzywnej niż w Niemczech, zabudowa idealnie się uzupełnia. Biurowce i apartamentowce z lat 70. sąsiadują bez wstydu z nowymi realizacjami, materiały – kamień, drewno, beton, terrazzo i ceramika – starzeją się szalenie szlachetnie i widać, że wyburzanie zabudowy nie ma tu za bardzo sensu. Wystarczy lifting lub ewentualna zmiana funkcji, żeby przez kolejne dekady spełniała swoją rolę. Jeśli coś mnie zaskoczyło, to niewielka ilość powierzchni biologicznie czynnych w nowych realizacjach – dominują utwardzone nawierzchnie i to w dużej mierze wyasfaltowane (cieszy mnie powrót do tego materiału). Są za to rekompensowane albo parkami, albo pozostawioną dziką zielenią – podobnie jak wiosną zauważyliśmy w wiedeńskich osiedlach.  To też działą – wypełnianie wymaganych powierzchni biologicznie czynnych tak jak w Polsce, czyli wygospodarowywanie skrawków zieleni gdzie popadnie, gdzie i tak zaraz ją zniszczą parkujące nielegalnie samochody oraz szatkowanie przestrzeni kilometrami krawężników mija się z celem.

A poza tym Zurych/Zürich/Zurich/Zurigo ma sześć liter w każdej wersji językowej;)

[Fot. M. Arczyńska]

Aretha Franklin

undefined

Strasznie mi się dziś zrobiło smutno…

Muzyka Arethy Franklin kojarzy mi się – jakby inaczej – z architekturą. A dokładniej ze stażem w pracowni w Hadze, gdzie dwaj przesympatyczni architekci, w wieku zdecydowanie okołoemerytalnym, za to wiecznie młodzi duchem, na okrągło słuchali jednej płyty Arethy. To musiała być składanka ‚Greatest Hits’. Bez względu na to, czy mieliśmy w miarę luźny dzień klepiąc w klawiaturę lub sklejając modele, czy właśnie walczyliśmy z deadlinem, muzyka pozostawała niezmienna. Kiedy trzeba było zostać po godzinach, żeby skończyć projekt na konkurs, zamawialiśmy surinamskie jedzenie na wynos, pojawiały się butelki jenever, popularnego w Holandii ginu, a Aretha śpiewała jeszcze głośniej i chyba z jeszcze większą energią niż zwykle. A dwaj panowie architekci z każdą kolejną godziną stawali się coraz bardziej rozweseleni i dowcipni.

Arethy już nie ma, ale mam nadzieję, że Luk i Karl trzymają się świetnie. Pewnie upiją się dziś razem ze smutku jeneverem, słuchając jednej i tej samej płyty ‚Greatest Hits’…

[Fot. Billboard] 

Ukraina

UKR.jpg

Uzgodnione: w tym roku dłuższego urlopu nie będzie. Jeden porządny wyjazd zastąpimy przedłużanymi weekendami i wieczorami na lokalnej – brzeźnieńskiej – plaży. To takie nasze part-time staycation, czyli wakacje spędzane w miejscu zamieszkania, w niepełnym wymiarze czasowym (anglicyzmy jednak bywają wygodne;). W skrócie: wychodzimy przed 20:00 z biura i jedziemy nad morze. A plaża nam się ostatnio poprawiła pod względem infrastruktury – pojawiły się toalety, prysznice i całkiem niezły bar, sinice w końcu diabli wzięli, a turyści wieczorami chyba smarują spalone ciała zsiadłym mlekiem, bo o pewnej godzinie robi się pustawo. Jeśli mój osobisty urbanista namówi mnie kiedyś  na przeprowadzkę do Warszawy, nie będę przynajmniej czuć, że nie wykorzystywałam wystarczająco naszej gdańskiej lokalizacji.

Jeśli o wyjazdach mowa, w tym roku dominuje kierunek wschodni. Sama dotarłam tylko do Rosji, ale mój osobisty urbanista co chwilę wyjeżdżał na misje szkoleniowe do Gruzji, przywożąc stamtąd przepyszne wina i sery.  Zamierzamy teraz skorzystać z coraz łatwiejszych połączeń z Ukrainą. Jeszcze w sierpniu wyskoczymy do Kijowa, a dziś w ramach impulsywnych zakupów kupiłam na jesień bilety do Charkowa. I tu pytanie do Was, drodzy czytelnicy: co architektoniczno-urbanistycznego polecicie? Internet podpowiada kilka obowiązkowych miejsc do zwiedzenia, ale ciężko znaleźć nowe realizacje albo ukryte skarby. Nie pogardzimy wyjątkowymi blokowiskami, odjechanym konstruktywizmem, szalonym postmodernizmem ani współczesnymi inwestycjami „na bogato”. Liczę na Wasze rekomendacje!

[Fot. Monika Arczyńska]

KRYZYS MNIE DOPADŁ

wracac

Kryzys mnie dopadł. Blogowy. W listopadzie SIX LETTER CITY mają stuknąć piąte urodziny, powinnam już zacząć przygotowania do hucznego świętowania, a tymczasem mam coraz mniej energii, aby pisać nowe posty. W szkicowniku czeka prawie 40 rozgrzebanych wpisów – zamiast je kończyć, od dłuższego czasu na ukochanego bloga wrzucam głównie zdjęcia z wyjazdów. A gdzie opinie o bieżących wydarzeniach i zjawiskach? A gdzie złośliwości pod adresem archichwalipięt i archibufonów?

Myślę, że dużo w tym winy wyprowadzki do biura. Co prawda to właśnie dzięki tej zmianie powoli odzyskuję wolny czas, bo mieszkanie nagle stało się mieszkaniem, a nie pracownią. Jednocześnie straciłam coś, co nazywałam zawsze czasem „pomiędzy”. Czyli tym, co nie jest bezpośrednio związane z projektami albo uczelnią, ale jak najbardziej z architekturą, tyle, że bardziej hobbystycznie. W biurze tak intensywnie zasuwam nad projektami, że pisanie, które kiedyś stanowiło odprężający przerywnik w pracy, teraz wydaje mi się nie na miejscu. Poza tym trochę głupio byłoby mi robić coś „niezleceniowego” przy pracownikach. Z kolei w domu nie mam już ochoty włączać laptopa w innym celu niż obejrzenie serialu. Co robić?

Z jednej strony nie chcę rezygnować z SIX LETTER CITY, z drugiej coraz trudniej mi rozwijać blog. Tym bardziej, że czuję pewien zastój. Nie zostałam Charlize Mystery polskiej architektury, nie zarabiam na blogu (no, czasem wpadnie jakaś książka), liczba stałych czytelników ustabilizowała się. Pomyślałam, że może zamiast blogowania powinnam zacząć vlogować, bo przecież tak bardzo lubię gadać o architekturze. To chyba jednak nie jest mniej czasochłonne od pisania. Pewnie zaczęłabym się porównywać do Radka Gajdy, który zawsze ma idealnie wyprasowane koszule oraz perfekcyjnie ustawione kadry i okazałoby się, że chociaż ARCHITECTURE IS A GOOD IDEA, to SIX LETTER CITY w wersji video już niekonieczne. Przy mojej niechęci do żelazka i porządku może jednak poprzestanę na pisaniu.

Co poradzicie? Zmiana formuły? Uroczyste zamknięcie bloga w dzień jego piątych urodzin? Krótsze, mniej pracochłonne posty? Przerzucenie się całkowicie na Facebooka? Założenie konta na Instagramie? Nawet najbardziej szalone pomysły mile widziane!

[Fot. Łukasz Pancewicz]

ZRÓWNOWAŻONE BUDYNKI BIUROWE

stieklo.jpg

Pisałam niedawno o patronacie medialnym SIX LETTER CITY nad najnowszą publikacją PWN o zrównoważonych budynkach biurowych. Dzięki długim godzinom na lotniskach  udało mi się w końcu dokładnie przeczytać całość. Z kolei obejrzenie największego w Moskwie centrum biurowego zlożonego praktycznie wyłącznie z całkowicie przeszklonych budynków (na zdjęciu) jeszcze bardziej rozbudziło moją ciekawość – jak to w końcu jest, że kolosalne biurowe szklarnie mogą jednak otrzymać wyśrubowane ekologiczne certyfikaty?

Temu zagadnieniu poświęcono co prawda spory fragment rozdziału o izolacyjności przegród, jednak nie byłam w stanie wydedukować ze wzorów i tabelek czy istnieje jakakolwiek uniwersalna zasada w tym temacie. Chociaż nadmiar szkła w rosyjskiej architekturze wcale mnie nie zaskakuje (przy tych zasobach naturalnych nikt się pewnie nie martwi energochłonnością), to za naszą zachodnią granicą widać wyraźnie, że od kilku lat powstaje coraz więcej obiektów, które są co najwyżej gęsto perforowane. Zamiast  hektarów lustrzanych powierzchni dominują po prostu okna, między którymi znajduje się solidna masa termiczna i to w grubości zapewniającej porządne zacienianie. W książce również pojawiają się inne konkretnie opisane rozwiązania, które potrafią ograniczyć nadmierną ekspozycję – od nachylenia elewacji po nowoczesne rodzaje szkła, żaluzje i nadruki.

„Zrównoważone budynki biurowe” to kompleksowe opracowanie, które przedstawia energooszczędne budownictwo i certyfikację nie tylko jako standard, który świetnie działa marketingowo, ale jako odpowiedzialne pod względem ekologicznym i ekonomicznym podejście do tworzenia środowiska zbudowanego. Tu chodzi o coś więcej niż prestiżowa plakietka z napisem „LEED Platinum” i niskie rachunki za prąd i wodę. To kwestia rozpowszechnienia rozwiązań, które obecnie są zbyt drogie i zbyt mało znane, aby stały się popularne w sektorach, w których pieniędzy jest mniej niż w nowoczesnych inwestycjach biurowych. Mam oczywiście na myśli mieszkalnictwo, ale także budynki użyteczności publicznej – szkoły, przedszkola, przychodnie. Tam już nie chodzi tylko o plakietkę, ale o niskie koszty – zarówno finansowe, jak i środowiskowe.

Niektóre rozdziały ksiązki dość łopatologicznie wyjaśniają założenia projektowe (np. kontekst urbanistyczny ), inne skupiają się na szczegółach, do których zrozumienia potrzebna jest pewna wiedza projektowa. Gdybym miała się do czegoś przyczepić, to do braku spójności – każdy rozdział pisany przez innego autora, z kompletnie innegopunktu widzenia i z zupełnie różnym poziomem szczegółowości. Jeśli czegoś zabrakło, to może wnikliwej analizy kilku przykładów. Na końcu znajduje się przegląd polskich przykładów z ostatnich lat i byłoby świetnie, gdyby chociaż dwa czy trzy przeanalizowano dokładniej pod kątem przedstawionych wcześniej aspektów. Sama informacja, czy na budynku znajduje się zielony dach, niewiele jeszcze mówi. Gdyby jednak określono, jakie konkretnie ma on znaczenie z uwagi na odzysk deszczówki czy zapewnienie dodatkowej izolacji, na opisane rozwiązania można by spojrzeć nie jak na kolejne odhaczane z listy punkty (niestety, tak często wygląda certyfikacja), ale jak na integralne elementy spójnej koncepcji. Tym bardziej, że nie wszystkie z opisanych strategii działania są oczywiste i popularne. Sama uśmiechnęłam się pod nosem czytając jeden z najlepszych moim zdaniem rozdziałów o recyklingu materiałów budowlanych. Przypomniało mi się, jak w jednym z projektów, który miał uzyskać certyfikację BREEAM, musieliśmy zastosować beton z domieszką kruszywa z recyklingu. Tak, „musieliśmy” – gdybyśmy zastosowali zwykły, nie udałoby się uzyskać wymaganej punktacji. Ach, ta certyfikacyjna punktoza! Co się okazało? Przy wysokiej zawartości takiego kruszywa beton nieco „głupieje” – przy niewielkich elementach zachowuje się normalnie, ale kiedy trzeba wylać kilkumetrową ścianę, wyciskana pod jej ciężarem woda znajduje sobie ujście do góry bezpośrednio przy powierzchni szalunków. A to oznacza jedno – pęcherzyki! Co zrobić, gdy powierzchnia ma być idealnie gładka? Rozebrać ścianę, produkując dodatkowy materiał do recyklingu… tego nikt już nie kontroluje na budowie.

Sprawdziłam, że książka jest już dostępna w naszej wydziałowej bibliotece. To świetnie, bo będę do niej odsyłać i studentów architektury poszukujących dobrego kompendium wiedzy o projektowaniu zrównoważonym, i studentów gospodarki przestrzennej. We współpracy z praktykami – ekspertką w zakresie wyceny inwestycji oraz architektem związanym z jedną z największych na trójmiejskim rynku firm deweloperskich – prowadzimy projektowanie w module pod nazwą „urbanistyka i ekonomia”. Studenci przygotowują propozycję inwestycji w śródmiejskim kontekście – mają pełną dowolność doboru funkcji, oczywiście w ramach obowiązującego planu miejscowego. Wiele zespołów decyduje się na biura (to pewnie przez biurowcowe szaleństwo na gdańskim rynku nieruchomości), a ponieważ oprócz projektu opracowują także strategię marketingową. nierzadko pojawia się kwestia certyfikacji. Do tej pory posługiwałam się „telefonem do przyjaciela” pracującego jako konsultant LEED, ale dzięki PWN-owskiej publikacji nie będę już musiała zawracać mu głowy.  A studenci w końcu zrozumieją, że niskie koszty eksploatacji to tylko jeden z aspektów zielonego budownictwa.

Zrównoważone budynki biurowe_okładka

Zrównoważone budynki biurowe. Projektowanie. Uwarunkowania prawne. Rozwiązania technologiczne.

Praca zbiorowa we współpracy z PLGBC pod redakcją Szymona Firląga.

Wydawnictwo Naukowe PWN

[fot. Monika Arczyńska]

%d blogerów lubi to: