Test Helmera

urzadzanie.jpg

Urządzanie pierwszego biura jest jak urządzanie pierwszego mieszkania. Poziom entuzjazmu sięga sufitu, nie da się nie wpaść w szał zakupów, a kwiaty doniczkowe są równie ważne, jak wygodne krzesła. U nas nawet ważniejsze, bo pojawiły się jeszcze przed krzesłami, komputerami i nawet internetem.

Oczywiście meblowo króluje IKEA – wygrywa cenami i dostępnością. Pół pierwszego dnia spędziliśmy na skręcaniu stołów i szafek. Żartowaliśmy, że to świetne zajęcia integracyjne dla zespołu i jednocześnie doskonałe zadanie rekrutacyjne. Żeby sprawdzić, jak potencjalni pracownicy radzą sobie z zadaniami niemożliwymi, można im zrobić „Test Helmera”.  Helmer to niewinnie wyglądająca metalowa szafka z szufladkami, a w rzeczywistości cholerstwo, przy którego składaniu można się pomylić na każdym kroku. Skuteczność w jego skręcaniu to jedno, ale zachowanie dobrego humoru w momencie, gdy już po złożeniu całości okazuje się, że szufladki wchodzą do góry nogami, to już zupełnie inna sprawa. Na pewno dużo ważniejsza od szybkości montażu.

Dlatego zamiast kompromitować się rzucając najgorszymi przekleństwami świata zostawiłam Helmery ekipie i zajęłam się myciem okien…

[Fot. Monika Arczyńska]

Reklamy

Młodzi do Łodzi

mlodzi-do-lodzi-liderzy-2018_244246

Krążył kiedyś taki dowcip, że młody obiecujący architekt ma czterdziestkę, a młody obiecujący urbanista – pięćdziesiątkę. Kiedyś mnie to śmieszyło, ale im bliżej jestem przekroczenia tej pierwszej magicznej liczby, tym bardziej rozumiem, o co chodzi. Zazdroszczę też trochę mojemu osobistemu urbaniście, że będzie młody i obiecujący dekadę dłużej niż ja…

Ale koniec żartów, mam poważne obwieszczenie. Został jeszcze tylko tydzień, aby zgłosić się na „Młodych do Łodzi”. To spotkania architektów przed czterdziestym rokiem życia, które odbywają się co pięć lat, od 2003 roku. Pół dekady to akurat tyle, aby uczelnie wypuściły nowy rocznik mgr inż. arch., zmieniła się – na lepsze lub gorsze – koniunktura, projekty, nawet te większe, zostały zrealizowane, a w międzyczasie wyszło 60 nowych numerów organizatora spotkań – „Architektury-murator”. Przyznaję, że tegoroczna edycja zaplanowana na 18 i 19 maja będzie moją pierwszą i ostatnią. Do tej pory zawsze coś mi wypadało, a na kolejny zjazd będę już niestety za stara. Ale może w końcu dla dinozaurów zostaną kiedyś zorganizowane oddzielne spotkania – ktoś wymyślił już nawet hasło „Starzy na plaży”. Jeśli nie, to pozostanie nam już tylko zapisanie się do SARP-u…

Na razie zachęcam do zapisywania się na „Młodych”. Zgłaszać należy się TU. Zapowiada się świetna zabawa i poważne dyskusje – dokładnie w takiej kolejności. Ponieważ podczas ostatniej edycji jednym z przewodnich tematów była praca za granicą, w tym roku będę prowadzić panel o „Arch(i)migracjach”. Zaprosiłam do niego Cristinę Rodríguez Álvarez, która opowie, jak wygląda to zjawisko w kierunku do Polski, Mateusza Mastalskiego z Henning Larsen, który wyjechał w przeciwną stronę i Mikołaja Szuberta-Tecla z Riegler Riewe, w kórego historii było jeszcze więcej zwrotów. 

Do zobaczenia!

 

 

 

Dzieje się!

FSO.jpg

Gdyby ktoś  jeszcze niedawno powiedział mi, że niedługo będę pracować jednocześnie nad kilkoma tak ekscytującymi projektami, jakie właśnie mamy na tzw. „desce” (teraz to chyba raczej na „dysku”;), postukałabym się w głowę. Dzieje się!

Oddaliśmy projekt woonerfu na Abrahama w Gdyni. Myślę, że biorąc pod uwagę budżet, wyszło całkiem nieźle – czekamy niecierpliwie na pozwolenie na budowę i realizację. W międzyczasie zabraliśmy się za kolejną ulicę w śródmieściu Gdyni, tym razem z Laboratorium Innowacji Społecznych. Już w najbliższą sobotę startujemy z warsztatami na temat przyszłości ul. Starowiejskiej – będziemy dyskutować z mieszkańcami i lokalnymi przedsiębiorcami o tym, co można by poprawić w tej przestrzeni.

Po ogłoszeniu wyników konkursu ruszyły dalsze prace nad projektem masterplanu dla Stoczni Cesarskiej. Obecnie koncentrujemy się na infrastrukturze i kwestiach konserwatorskich.

W marcu kursowaliśmy do Warszawy na warsztaty. Zajmowaliśmy się dwoma ogromnymi terenami na Pradze Północ – Portem Żerańskim oraz obszarem dawnej FSO. Razem to ok. 180 hektarów.  Jak zwykle pracowaliśmy przy pomocy makiet (każda miała ponad 3m długości) – efekty działania na terenie FSO widać na zdjęciu powyżej. Podczas warsztatów wszyscy interesariusze – właściciele działek, urzędnicy i mieszkańcy (w tym także „potencjalni mieszkańcy”, wytypowani przez zespół Mikołaja Lewickiego, socjologa z Uniwersytetu Warszawskiego) usiedli przy wspólnym stole. Chociaż podobne warsztaty, ale z udziałem wyłącznie urzędników i ekspertów, odbywały się już wcześniej w Polsce, tu po raz pierwszy dołączyła do nich strona społeczna. Było tak intensywnie, że po trzech dniach warsztatów wyglądaliśmy z moim osobistym urbanistą jak para zombie. Ale udało się i jesteśmy bardzo zadowoleni z wyników, zwłaszcza w Porcie Żerańskim, gdzie opinii na temat przyszłości tego miejsca było prawie tak wiele, jak uczestników. Ostatecznie został ustalony „protokół zgodności i rozbieżności”, w którym zawarto wspólne postanowienia i elementy dyskusyjne.

W międzyczasie spędziłam chwilę we Wrocławiu, gdzie brałam udział w obradach sądu konkursowego. Ocenialiśmy prace, które wpłynęły na konkurs na Muzeum Książąt Lubomirskich – spośród 104 projektów do drugiego etapu mogło przejść tylko 6. Okazało się, że przydały się bardzo lata spędzone przy projektach muzeów w Heneghan Peng. Moim zadaniem było określenie, czy propozycje uczestników spełnią wymagania klienta – Ossolineum – i czy nowy budynek będzie miał szansę stać się jednocześnie atrakcyjną lokalizacją dla zwiedzających oraz wygodnym miejscem pracy i prowadzenia badań.

Nie odpuszczamy też na froncie uczelnianym i od początku semestru prowadzimy m.in.  kolejne live studio. Tym razem studenci przygotowują program i projekt Centrum Integracji Społecznej w kaszubskim Luzinie.  Znów trafiliśmy na świetną, przesympatyczną, międzynarodową grupę studentów, która błyskawicznie zorganizowała strukturę pracy i tematyczne zespoły. Każdemu życzę również takich klientów – dla pracowników lokalnej biblioteki i gminnych urzędników nie ma rzeczy niemożliwych, są otwarci na wszystkie pomysły, a ponadto mają bardzo konkretne potrzeby, które zespół postara się spełnić w nowym kompleksie. Za nami pierwsze spotkania w gminie, dziś odbędą się konsultacje z mieszkańcami, a w maju festyn, na którym studenci przedstawią swoje propozycje. Ruszyła też strona na Facebooku.

A poza tym nareszcie wynosimy się z pracą z domu! Znaleźliśmy biuro przy jednej z moich ulubionych ulic we Wrzeszczu. Na razie to niewielka przestrzeń, ale jeśli tempo się utrzyma, wkrótce będziemy musieli poszukać czegoś większego. I chociaż mój osobisty urbanista coraz intensywniej namawia mnie na przeprowadzkę do Warszawy, opieram się, jak tylko mogę. A dzięki takiej pogodzie, jak w ostatni weekend, kiedy spacerowaliśmy w słońcu po plaży, mam bardzo silne argumenty, że Trójmiasto to świetne miejsce do życia:)

[Fot. Kamil]

 

 

Szkło

glass

Mam do Was prośbę. Od pewnego czasu współpracuję z czeskim magazynem INTRO – piszę o polskich budynkach, które odpowiadają materiałowo tematom kolejnych numerów. Był już metal i kamień, a kolejny numer będzie poświęcony szkłu. I z tym właśnie materiałem mam pewien problem: nie przychodzi mi do głowy żaden polski budynek, w którym szkło byłoby zastosowane w szczególny, czyli np. bardzo zaawansowany technicznie lub wyjątkowy wizualnie sposób. Przeważają standardowe systemy fasadowe, o szklanych kształtkach można pomarzyć, jeśli pojawia się gdzieś kolorowe szkło, to z reguły jako banalna dekoracja, a ogniwa PV jako proekologiczny gadżet. Ale może po prostu nie znam szczegółów projektów albo jestem zbyt wymagająca – w Heneghan Peng zajmowałam się często fasadami i projektowaliśmy tam wiele nietypowych przeszkleń. Jedno z nich widać na zdjęciu – to świetlik na szklanych „żyletkach” w Galerii Narodowej w Dublinie.  Przy jego projektowaniu wspierało nas paryskie biuro T/E/S/S, a świetlik zrealizowało – jak zwykle perfekcyjnie – Octatube z Delft.

Najchętniej pokazałabym krakowski pawilon Wyspiańskiego – obiekt, w którym witraże grają główną rolę – ale chodzi o nowszą architekturę. Czekam na podpowiedzi i propozycje:)

[Fot. Monika Arczyńska]

I jak tu nie wierzyć w przeznaczenie?

harbour_small.jpg

Wygraliśmy!!! W konsorcjum z Henning Larsen i BBGK zajęliśmy pierwsze miejsce w międzynarodowym konkursie na masterplan dla Stoczni Cesarskiej.  Dziękujemy wszystkim za trzymanie kciuków i za gratulacje – czuliśmy przez cały czas ogromne wsparcie i zaufanie! Zrobimy wszystko, żeby go nie zawieść.

Podczas pracy nad konkursem żartowaliśmy, że nasza obecność w zespole to przeznaczenie. Historia mojego osobistego urbanisty i moja zaczęła się… właśnie od Stoczni. Znaliśmy się z akademika, ale zaczęliśmy częściej rozmawiać dopiero przy okazji studenckiego konkursu na zagospodarowanie terenów postoczniowych. To była jedna z pierwszych projektowych przymiarek do tego terenu – plany przekształcenia go w miejską dzielnicę mają już ponad dwie dekady. Łukasz był wówczas na czwartym roku i pracował nad konkursem z koleżankami z roku w ramach zajęć z projektowania urbanistycznego. Ja byłam rok niżej i zabrałam się za ten temat dodatkowo, bo zakochałam się już wcześniej w tym niesamowitym miejscu. Na zakochaniu w samej Stoczni się nie skończyło. Okazało się, że rozmowy o poprzemysłowych halach i nowej zabudowie potrafią być całkiem romantyczne i tak sobie rozmawiamy już kilkanaście lat:)

Stocznia była nawet jednym z argumentów mojego osobistego urbanisty przeciwko przeniesieniu się do Irlandii. „Przecież jeśli teraz wyjedziemy, to nam tu już wszystko zbudują!”. Zdążyliśmy wyjechać, wrócić, założyć własną pracownię i nikt nam tam jeszcze nic nie zbudował. Wręcz przeciwnie – praca nad masterplanem to największy wkład, jaki możemy mieć w przyszłość tego obszaru.

I jak tu nie wierzyć w przeznaczenie?

Złośliwość rzeczy martwych

WP_20180205_10_30_01_Pro.jpg

Ten weekend nie zapowiadał się dobrze. Do końca lutego musimy skończyć kilka dużych projektów, więc chociaż bardzo marzył mi się spacer po śniegu, plan od początku zakładał siedzenie przed komputerem.

Piątkowy wieczór

Aby jednak zrobić coś przyjemnego i przygotować się do ciężkiej pracy, postanowiliśmy wyskoczyć w piątkowy wieczór do kina, a potem na piwo ze znajomymi. Kiedy wróciliśmy do domu, zdążyłam jeszcze tylko wziąć gorący prysznic, po czym… kocioł gazowy odmówił współpracy.

Sobota

Wizja ciężkiego (i mroźnego!) weekendu bez ogrzewania i ciepłej wody przeraziła nas tak bardzo, że od razu ściągnęliśmy serwisanta – na szczęście kocioł jest na gwarancji. Grzebiąc w nieszczęsnym piecu pan z serwisu wspomniał, że w ten piękny sobotni poranek przerwaliśmy mu walkę z plikiem JPK –  nowym formularzem,  którym Skarbówka uszczęśliwiła mikroprzedsiębiorców. Kiedy tylko ruszyło ogrzewanie postanowiliśmy od razu wypełnić i wysłać plik, żeby już na spokojnie zająć się projektami. Formularz nazwa się JPK – Jednolity Plik Kontrolny. Szczerze mówiąc mam ochotę rozwinąć ten skrótowiec zupełnie inaczej, ale rozwinięcie składałoby się wyłącznie z niecenzuralnych słów. Kilkudziesięciostronicowe instrukcje obrazkowe Ministerstwa Finansów okazały się bezużyteczne. Straciliśmy pół dnia tylko po to, żeby ostatecznie dowiedzieć się od prowadzących działalność znajomych, że „nie da się” i musimy zastosować jeszcze inną metodę. Oczywiście pracochłonną…

Niedziela

Kiedy w nocy kończyłam już rysunki na poniedziałkowy deadline, po raz pierwszy na komputerze, kórego używam bezproblemowo od kilku lat, pojawił się Niebieski Ekran Śmierci. Komputer ruszył dopiero po kilku próbach uruchomienia, a ja w międzyczasie prawie dostałam ataku serca.

Mam nadzieję, że to koniec niespodzianek…

[Fot. Monika Arczyńska]

Pura Poesia

Lizbona01.jpg

Dotychczas zawsze na Walentynki na SIX LETTER CITY pojawiały się miłosno-architektoniczne motywy: wyznanie miłości do przystojnego architekta, architektoniczne akcesoria sado-maso czy walentynkowe wystawy w mieście zakochanych .  W tym roku sprawy nieco się skomplikowały. W Alejandro A. odkochałam się już dawno, najnowsza część Greya podobno jest nudna jak flaki z olejem, a żadne witryny nie wpadły mi w oko. Poza tym dopiero w walentynkową noc wróciłam z krótkiego wypadu do Lizbony. Miałam nadzieję, że może tam znajdę jakiś ciekawy walentynkowy temat, ale zamiast spodziewanego przesłodzonego kiczu trafiłam tylko na piękne stare kamienice pokryte azulejo i wysmakowaną współczesną architekturę.

Miłośnie jednak było, bo zakochałam się mocno podczas tego wyjazdu. W ceramice. Chociaż największym uczuciem darzę tradycyjne, niebiesko-białe płytki, tym razem zachwyciły mnie mniej popularne kolory – zwłaszcza zielenie i brązy – oraz wszelkie nierówności, braki i łaty. To, jak wyglądają odpadające, przybrudzone płytki i kamienne obramowania okien w portugalskim słońcu to czysta poezja.

pura poesia male

IMG_8697IMG_8699

Poprzedni raz odwiedziłam Lizbonę dziesięć lat temu. Z jednej strony niby nie zmieniło się zbyt wiele – miasto było tak nieznośnie piękne, jak zawsze – z drugiej okazało się, że gentryfikacja w Europie ma podobne oblicze bez względu na szerokość geograficzną. Między sypiącymi się kamienicami pojawiły się kawiarnie, w których oprócz zwykłej bica można zamówić kawę parzoną na dziesiątki sposobów, małe, prywatne galerie, sklepy z meblami vintage oraz czarne szyldy i markizy z białym, prostym liternictwem. Dress code również jest międzynarodowy: dominują najnowsze modele sportowych butów i obszerne, czarne płaszcze. Ewentualnie granatowe pikowane kurtki, ale to w przypadku panów w wieku 45+, którzy identyfikują się bardziej z biznesem niż z klasą kreatywną. Gentryfikacja okazuje się jednak, jak to z gentryfikacją bywa, zbawienna dla tkanki miasta. Na nowe, luksusowe apartamentowce w gęsto zabudowanej Lizbonie nie ma zbyt wiele miejsca, dlatego modernizowane są stare kamienice. Sypiący się kamień i odpadające płytki wymienia się na nowe (choć zwykle już w mniej papuzich kolorach), a nowe detale są eleganckie i minimalistyczne. Ciekawostka: często można trafić na okna PCV, jednak chociaż mam na nie prawdziwą alergię, w Lizbonie mnie nie drażniły. Może dlatego, że z reguły mają zróżnicowane profile, przemyślane proporcje i wykończenia, spójne w całym budynku, a w ostrym słońcu z daleka trudno nawet rozpoznać, co to za materiał.

IMG_8947

Oczywiście obejrzałam również najnowsze realizacje – głownym punktem programu był MAAT projektu Amandy Levete. Chociaż osobiście nie przepadam za tego rodzaju falującymi formami, ta biała płastuga rozwiązuje całkiem poważny problem związany z  dostępem. W Lizbonie miasto odcięte jest od wody transportowo-industrialnym pasem. MAAT rozkracza się nad nim, pozwalajać na wejście z dowolnego punktu na łagodnie nachylony dach. Z kolei w środku poczułam, jakby czas nieco się cofnął i wciąż pracowałabym w Dublinie. Budynek zrealizowany jest zgodnie ze współczesnymi „muzealnymi standardami” – tak sobie roboczo nazywam kombinację sposobu łączenia poszczególnych stref budynku, rozwiązania przestrzeni ekspozycyjnych (zwłaszcza oświetlenia i wentylacji) oraz materiałów i detali. AL_A to londyńskie biuro, więc podobieństw do znanych mi z Wysp rozwiązań było tam mnóstwo. Ale najbardziej zachwyciła mnie tam oczywiście moja nowa miłość: ceramiczna okładzina. Ciężkie, glazurowane, równoległoboczne panele będą starzały się równie szlachetnie, jak okładziny kamienic. Ponieważ każdy pas ułożony jest pod nieco innym kątem, wieczorem część z nich odbija zachodzące słońce, część – niebieskie niebo i wodę. Znów ta pura poesia

Ponieważ mam zawsze niebywałe szczęście do różnych zbiegów okoliczności, w MAAT odbywała się właśnie konferencja RESONATE. Nawet zastanawiałam się przed wyjazdem, czy na nią nie wpaść, ale ceny wejściówek ostudziły mój zapał. Wiadomo jednak, jak to jest z architektami – wałęsają się po całym budynku, zaglądając we wszystkie kąty, więc kiedy miły pan otworzył zapraszająco drzwi, nie zważając na brak identyfikatora, nie wahałam się ani chwili. Co prawda konferencja ostatecznie przegrała z pogodą (nie wyobrażam sobie siedzenia w ciemnej, klimatyzowanej sali, kiedy na zewnątrz można chodzić w krótkim rękawku i to w lutym), ale będę się teraz uważniej przyglądać wydarzeniom reSITE.

Baterie podładowane, tylko dlaczego ten powrót do komputera i terminów jest taki ciężki…

IMG_8868

Cały dach to wielka pochylnia z łagodnymi spadkami.

IMG_8818

Tak ta niezwykła okładzina wygląda z bliska  większość kafli ma kształt równoległoboku, ale wzdłuż krawędzi zdarzają się dłuższe panele, z dociętym jednym bokiem.

[Fot. Monika Arczyńska]

 

Wyciskarka Starcka

A-m_round.jpg

Wspominałam przy okazji remontowej sagi, że będzie można zobaczyć, jak mieszkamy –  już nie z zielonym piecem, ale w naszej starej miejscówce we Wrzeszczu. Właśnie pojawił się nowy numer „Architektury – murator” z przeglądem mieszkań polskich architektów. Aż mnie zatkało, kiedy zobaczyłam, w jakim znaleźliśmy się towarzystwie. Tak, jak się spodziewałam, nasze mieszkanie jest jednym z mniej oryginalnych w tym zestawieniu – nie ma w nim ani szaleństwa i betonu, jak u Przemo Łukasika, ani luksusowej elegancji, jak u Ewy Kuryłowicz. Ale to znaczy, że jest właśnie takie, jak my – zwyczajne. Lata wynajmowania mieszkań sprawiły, że właściwie moglibyśmy się  przenieść kolejny raz bez większego problemu, zabierając walizkę rzeczy. Mój osobisty urbanista czasem śmieje się, że jest jak roślina doniczkowa, która poradzi sobie na każdym parapecie. Mnie zamarzyła się jednak baza – miejsce, w którym może niekoniecznie spędzę resztę życia, ale które będzie spełniać moje potrzeby. Teraz, kiedy po przebudowie mieszkanie stało się w końcu bardzo wygodne, doceniam, że wszystko ma swoje miejsce, a użyte materiały wytrzymują nasze beztroskie użytkowanie. Tylko moje buty nigdzie nie mieszczą, ale to pewnie kwestia ich liczby…

emotional design

Troszkę nam się (z sympatią) oberwało w „Architekturze” za monsterę, eamesy i wyciskarkę Starcka, czyli elementy obowiązkowe w mieszkaniu architektów. Z tego ostatniego przedmiotu chętnie się wytłumaczę, bo ma dla mnie szczególne znaczenie. Przypomina mi studenckie czasy, kiedy „Juicy Salif” była jednym z symboli wysmakowanego designu. Rzecz jasna nie było mnie wtedy absolutnie stać na takie przedmioty zbytku i bardzo zazdrościłam właścicielom pięknych mieszkań, w których ten aluminiowy trójnóg stał na kuchennym blacie. Wiele lat później trafiłam na „Emotional Design” Donalda Normana. Autor wyjaśnia, dlaczego wyciskarka stała się przedmiotem pożądania, chociaż jest niezbyt wygodna, a pozłacana wersja uległaby uszkodzeniu w zetknięciu z kwaśnym sokiem. Jak to jednak określił projektant, ten przedmiot nie ma służyć do wyciskania cytryn, ale jako temat do rozpoczęcia rozmowy. Swój egzemplarz kupiłam niedawno, ot tak, jak kolejną parę butów. Wybrałam jednak używany egzemplarz zastanawiając się, jakie znaczenie miał dla poprzedniego właściciela. Teraz wyciskarka stoi na parapecie i też opowiada pewną historię – moją. Przypomina mi i te dawne, studenckie czasy, i książkę Normana, która pomogła mi zrozumieć, od czego uzależnione są wybory konsumentów. Cytryn nawet nie próbowałam wyciskać, ale za to rozmów faktycznie zaczęło się od niej sporo.

[Fot. Monika Arczyńska]

Jak wykończyć mieszkanie wykańczając i siebie, odc.7 (ostatni)

01

To już ostatni odcinek sagi. W sumie mogłabym napisać jej kolejną część, bo remonty, trwające łącznie kilka miesięcy, były dwa. Efekty tego drugiego niedługo będzie można zobaczyć, ale o tym na razie cicho sza.

Przy pierwszym remoncie sporo się nauczyłam i przy drugim mieszkaniu było mi już łatwiej podejmować decyzje. Kilka rozwiązań powtórzyłam, bo świetnie się sprawdziły. Co okazało się dobrym patentem? Na przykład pomalowanie drzwi wejściowych od wewnątrz farbą tablicową. Tak, tak, wiem, farba tablicowa jest wszędzie, ale pomogła mi rozwiązać pewien estetyczny problem. Oryginalne, drewniane, bardzo sympatyczne od zewnątrz drzwi miały od środka przybite blachy (i to widocznymi mocowaniami, do diabła!). Najpierw myślałam, że w sumie warto byłoby to wzmocnienie zostawić i że może trzeba by nabić od środka sklejkę albo MDF, ale ostatecznie zdecydowałam się tylko na zmatowienie powierzchni i pomalowanie jej farbą tablicową. Na matowej czerni zniknęły i mocowania, i łączenia – problem rozwiązany. Tablica została „rozdziewiczona” w Halloween – mój osobisty urbanista naszkicował na niej pentagram, przy kolejnej domówce, na św. Patryka, zastąpiony harfą.

02

Namęczyłam się nieźle z poszukiwaniem szkła do wypełnienia drzwi od pokoju dziennego. Zostało wymienione na okropną „korę”, która kojarzy mi się z tanimi modernizacjami z lat 90., podczas gdy w łazience przetrwała przedwojenna drobna krateczka. Już chciałam ściągać takie szkło z Łodzi, ale udało się znaleźć dwie szybki w Gdańsku. Facebook okazuje się nieocenioną pomocą w takich poszukiwaniach – dziękuję, Elu!

Większość wyposażenia kupiłam przez internet, nieco ryzykując, bo na zdjęciach nie wszystko wygląda tak, jak w rzeczywistości. Na Allegro znalazłam sympatyczną lampę podłogową i krzesła, na OLX lampę do sypialni, a na facebookowej trójmiejskiej grupie pośredniczącej w sprzedaży mebli – wspaniałe PRL-owskie biurko na wysoki połysk. Jestem też bardzo zadowolona z zamówionego online sznurkowego dywanu. Odważyłam się również na kupienie sofy bez wypróbowania, czy jest wygodna – i znów strzał w dziesiątkę. Z kolei AGD oglądałam wcześniej w sklepach stacjonarnych, ale zamawiałam przez internet – to znacznie bardziej opłacalne. Obejrzenie, a niekiedy zmierzenie sprzętu jest jednak czasami konieczne, np. miejsca na pralkę było tak niewiele, że spędziłam sporo czasu w sklepie sprawdzając dokładnie wymiary otwartych drzwiczek.

Mój cykl się zakończył, ale własny zaczęła niedawno Charlize Mystery. Nie wiem, jak udaje jej się pozować z tak nieskazitelnym makijażem i czystymi ubraniami. Kiedy przychodziłam na budowę, od razu byłam cała pokryta gipsem. Zastanawiam się tylko, czy nie warto byłoby jej podpowiedzieć, że jeśli kupiła nowe mieszkanie deweloperskie, to nie przeprowadza tam remontu, bo jeszcze nie ma czego tam remontować, ale prace wykończeniowe;)

[Fot. Monika Arczyńska]

Blue Monday

Serio, dziś jest najbardziej depresyjny dzień w roku? Co prawda czarny kot przebiegł mi  drogę, w katedrze siadło ogrzewanie, a roboty jest tyle, że nie wiem, w co ręce włożyć, jednak humor mi dopisuje i czuję napływ energii. Tak jakby już miała zacząć się wiosna, chociaż podobno od jutra czeka nas pogodowy horror. Ale jak to powtarzała Scarlett O’Hara: „Pomyślę o tym jutro”.

A specjalnie dla tych, którzy faktycznie czują się dziś dość ‚blue’, wklejam zdjęcia niebieskich budynków na tle niebieskiego nieba. Jeśli nie będą w stanie poprawić Wam nastroju, to obawiam się, że pomoże tylko zjedzenie całej tabliczki czekolady…

[Fot. Monika Arczyńska]

Petra

IMG_0000

W Petrze można poczuć się jak na Tatooine. Wytwornie kroczące wielbłądy, pustynia, zerodowane skały o przedziwnych kształtach – wszystko sprawia wrażenie przeskalowanej scenografii „Gwiezdnych Wojen”. Efekt potęgują egzotycznie wyglądający Beduini, pył w powietrzu i zapach łajna. Ale to jeszcze nic – to pozostałości po starożytnych „wodociągach” i wykute w skałach obiekty tak zaskakują swoją skalą, pięknem i techniczną doskonałością, jakby powstały na obcej planecie. Däniken nie miał żadnej teorii na ten temat?

IMG_7700

Al-Siq – kanion prowadzący do serca miasta. Wygląda jak wyrzeźbiony wiatrem i przypudrowany na różowo. Zawsze myślałam, że to tylko krótki odcinek, a okazuje się, że w rzeczywistości ciągnie się i ciągnie, otwierając coraz to nowe kadry.

IMG_0001

Skarbiec to najbardziej znany widok z Petry, na samym zakończeniu al-Siq. Nazywany jest Skarbcem, ale nie wiadomo, jaka była jego prawdziwa funkcja. Nie wiem, do czego porównać wrażenie, jakie robi jego oświetlona porannym słońcem fasada wyłaniająca się z zakręconych skał wąwozu. To mistrzostwo świata w kompozycji urbanistycznej w starożytnym wykonaniu.

IMG_7669

Styk między fasadą a „dziką” skałą.

IMG_8047

Wyrzeźbionych w skałach grobowców jest mnóstwo i to nie tylko w samym środku założenia. Ciągną się kilometrami we wszystkich kierunkach.

IMG_8129

Petra najbardziej zaskoczyła mnie wielkością – nie zdawałam sobie sprawy, że cały teren jest aż tak ogromny.

IMG_8185

Petra potrzebuje słońca, aby zabłysnąć kolorami tęczy, ale kiedy już zabłyśnie, pojawia się żółty, różowy, fioletowy, niebieski…

Zaplanowaliśmy ten świąteczno-noworoczny wyjazd z myślą o tym, aby odpocząć, dużo spacerować i porządnie się wyspać. To ostatnie postanowienie było najtrudniejsze do zrealizowania, bo nie pamiętam urlopu, podczas którego wstawałabym tak wcześnie. Petra jest dostępna dla turystów od 6 rano i chociaż nie udało nam się dotrzeć tam tuż po otwarciu, staraliśmy się jak najintensywniej wykorzystać kilka godzin słońca. Drugiego dnia wybraliśmy się na jeden z najdłuższych szlaków, do Jabal Haroun. Widzieliśmy z daleka białą kropkę na jednym ze szczytów – okazało się, że to kopuła meczetu, do którego mieliśmy się wspiąć. Na szlaku nie ma oznaczeń oprócz niewielkich kopców kamieni (zalecane jest odwiedzenie tego miejsca z przewodnikiem), więc nic dziwnego, że byliśmy tam jedynymi turystami. W mijanych przez nas po drodze prowizorycznych chatach mieszkają beduińskie rodziny, które pozostały na terenie parku po wysiedleniach. Osły transportują baniaki wody do ich prowizorycznych domów, a ogrzewanie stanowią  gałęzie zebrane w okolicy przez umorusane dzieci. Ogniwa słoneczne na dachach i gdzieniegdzie zaparkowane samochody to jedyne oznaki cywilizacji.

IMG_8014

 

 

W bardziej turystycznych miejscach co rusz trafia się na wychudzone psy, koty przymilające się w nadziei na smakołyki oraz wspinające się po skałach kozy, którym czasem zdarza się utknąć gdzieś wysoko. Gorszy jest los osłów, mułów, wielbłądów i brutalnie poganianych konie=, zwłaszcza w ostatniej godzinie otwarcia parku, gdy kursów można zrobić najwięcej (przypomniały nam się obrazy ze szlaku nad Morskie Oko). Osły, nazywane są przez właścicieli „taxi”, wspinają się po stromych schodach i kamieniach transportując turystów w najwyżej położone punkty szlaków.

 

Oprócz możliwości przejażdżki cały czas oferowane są chusty, pamiątki i herbata z miętą, przygotowywana na prowizorycznych paleniskach. Najaktywniejsi w zachęcaniu do zakupów sa mężczyźni przypominający Jacka Sparrowa (podobno to beduini byli inspiracją dla charakteryzacji Johny’ego Deppa – to jednak nie Keith Richards?). Mocno podkreślają oczy kohlem i noszą na głowach chusty – podobno na turystki to działa. Niestety, nie zawsze szczęśliwie – internet pełny jest informacji o oszukanych, zakochanych dziewczynach.

IMG_7724

Trochę przypominały mi ukraińskie lalki-motanki.

IMG_7788

Widok może i spektakularny, ale znaki kierują głównie do miejsca sprzedaży chust i herbaty z miętą:)

Po palestyńskim projekcie złapałam bliskowschodniego bakcyla i ciągnie mnie coraz bardziej w tamtym kierunku. Już kombinujemy, jak wrócić do Jordanii. Petra jest niesamowita, ale jednocześnie tak sturystyfikowana, że trudno na jej podstawie wyobrazić sobie, jak wygląda i funkcjonuje reszta kraju. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na chwilę w Akabie, ale to także nietypowe miejsce – kurort, który coraz bardziej otwiera się na gości zza granicy. Połączenia lotnicze z Eilatem pozwalają jednak na wygodne i niedrogie dotarcie w tamte okolice. Przekroczenie granicy okazało się łatwiejsze, niż się spodziewaliśmy, a z Akaby, położonej tuż przy granicy z Izraelem, można dostać się transportem publicznym na północ kraju. Następny w kolejce – Amman!

[Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz]

Witaj, 2018!

Rok temu nie było mi za wesoło. 2016 dał mi mocno w kość i cieszę się bardzo, że już od samego początku 2017 przynosił same dobre rzeczy – i przyjemne drobiazgi, i przełomowe decyzje. Nie co roku kończę dwa generalne remonty. Nie co roku rzucam pracę, w którą byłam zaangażowana od ponad dziesięciu lat. Po raz pierwszy miałam okazję pracować na własny rachunek i to w skali, jaka wcześniej nawet mi się nie marzyła. Nareszcie mogłam też poświęcić więcej czasu uczelni i bardzo podoba mi się kierunek, w którym rozwija się współpraca i relacje ze studentami.

Działanie z moim osobistym urbanistąw ramach A2P2 również idzie świetnie i nareszcie robimy to, co zawsze nam się marzyło – wspieramy się i uzupełniamy nie tylko życiowo, ale i zawodowo. Przekłada się to niestety na trudny do wyleczenia pracoholizm, ale i na to znaleźliśmy metodę. Okazało się, że jedyny skuteczny sposób, aby oderwać się od obowiązków i komputerów to wyjazd – niekoniecznie daleko. W tym roku planujemy także częściej spacerować trójmiejskimi plażami i od czasu do czasu zafundować sobie dzień nicnierobienia z kocem, herbatą i serialem.

Blog też się rozwija, chociaż mogę poświęcać mu coraz mniej czasu. W archiwum czekają dziesiątki tematów, którymi zamierzałam się zająć – będę je sukcesywnie wyciągać z czeluści dysku. Może od czasu do czasu będę zamieszczać posty złożone głównie ze zdjęć i tylko krótkiego komentarza, zwłaszcza w przypadkach, gdy komentarz jest praktycznie zbędny. Czasem odpowiedni kadr potrafi być bardziej złośliwy od słów;)

2017 był dla mnie rokiem uśmiechu i ogromnej ilości pozytywnej energii – niech i 2018 taki będzie. Życzę Wam wszystkim doskonałych dwunastu miesięcy!

[Fot. M.Arczyńska, Ł.Pancewicz]

Oda do Dublina

Dublinie, ach, Dublinie, jak bardzo Cię lubię, zwłaszcza przed Bożym Narodzeniem! Całe centrum pełne jest znajomych, którzy spotykają się przedświątecznie w pubach i kawiarniach. Do najpopularniejszych miejsc stoją kolejki, wszędzie słychać gwar, śmiech oraz kolędy śpiewane przez ulicznych grajków i chóry zbierające datki na cele charytatywne. Niektórych budynków prawie nie widać zza światełek i świątecznych ozdób, a w kominkach trzaska ogień. Święty Mikołaj w Irlandii nosi pewnie ognioodporny kostium, żeby móc podrzucić prezenty przez komin.

Biuro zakwaterowało mnie w ulubionym miejscu. W Central Hotel podłogi skrzypią jak w starym zamku, a na pierwszym piętrze znajduje się Library Bar – pub z kominkiem i cudownie miękkimi fotelami. Przed moim przyjazdem podobno padał śnieg, ale miałam wyjątkowe szczęście i jak na życzenie trafiłam na słoneczną pogodę. Ba, znów przywitała mnie tęcza. Przez kilka dni wędrowałam po mieście z takim uśmiechem, że czuję jeszcze lekkie zakwasy na twarzy.  Odhaczałam tylko punkty z listy przyjemności, jakie zaplanowałam sobie sprawić, spędziłam mnóstwo czasu na plotkach i rozmowach z przyjaciółmi oraz odwiedziłam ulubione miejsca. Już pierwszego wieczoru zaliczyłam guinessy w banku i kościele, a kościół zaadaptowany na nietypową funkcję obejrzałam jeszcze jeden – wielorodzinny. Kolega z biura mieszka tam od lat, a w wynajmowanym przez niego mieszkaniu nie ma zwykłych okien, tylko witraże.

Najlepsze jest to, że wcale nie zasmuciło mnie to żegnanie się z miastem. Dublin i tak na zawsze pozostanie jednym z moich miejsc na ziemi. Nie czuję tęsknoty, ale myślę o nim raczej jak o starym, dobrym przyjacielu, z którym przeżyliśmy wiele pięknych chwil i do którego zawsze mogę jeszcze zawitać. Jeszcze nieraz będę pisać o Dublinie, dlatego dziś pokażę Wam głównie zdjęcia – trochę architektury, trochę świątecznych klimatów.

Życzę wspaniałych Świąt, pełnych wypoczynku i przyjemności!

IMG_7386

Dublin wygląda jak Berlin po upadku muru – wszędzie stoją dźwigi. Takiego boomu budowlanego nie było od lat.

IMG_7377

Budowane są głównie biurowce i mieszkaniówka (tu dublińskie Doki).

IMG_7182

The Long Room Hub w Trinity College, projektu McCullough Mulvin.

IMG_7193

Berkeley Library na kampusie Trinity College – bezdyskusyjnie jeden z najlepszych przykładów powojennego modernizmu w Irlandii.

IMG_7349

Alto Vetro w Dokach – jeden z moich ulubionych wieżowców (albo raczej „mikrowieżowców”).

IMG_7535

Central Bank przy Dame Street – zdecydowanie najlepszy przykład powojennego modernizmu w Irlandii. Wszystkie kondygnacje podwieszone są na widocznych na zewnątrz stalowych wieszakach. Właśnie trwają tam prace budowlane – parter zostanie otwarty dla wszystkich, a cały obiekt zmodernizowany.

IMG_7503

W centrum pojawiło się kilka nowych sklepów ze spektakularnymi wnętrzami. Na zdjęciu ogromny sklep Victoria’s Secret z kryształowo-ekranową klatką schodową.

IMG_7547

Szklany dach mojego ukochanego Irish Film Institute.

IMG_7565

Muzeum Archeologiczne – wspaniałe gmaszysko ze wspaniałą kolekcją.

IMG_7594

Zaplecze National Concert Hall, czyli dość często spotykane w Irlandii połączenie historycznego budynku z „nowoczesnymi” interwencjami. Pod kasetonowym sufitem ze świetlikami stoi sobie taka oto konstrukcja pomalowana błyszczącą farbą olejną. Plus świetlówki. Efekt – piorunujący!

IMG_7337

Wiktoriańskie Muzeum Historii Naturalnej. Nic się tu nie zmieniło od mniej więcej 150 lat, oprócz odkurzania i prac remontowych. Jeśli oglądaliście „Penny Dreadful” – serial z Evą Green – nakręcono tu sporo scen z finałowych odcinków.

IMG_7323

Krewetki jestem jeszcze w stanie ogladać, ale na górne galerie, gdzie można ogladać różne mniej apetyczne robactwo, nigdy się tam nie zapuszczam.

IMG_7581

Na wystawach można znaleźć wszystko…

IMG_7587

…w dowolnym kolorze i rozmiarze.

IMG_7521

Grafton Street. No i znów nie załapię się na Bono śpiewającego tam kolędy!

IMG_7500

To dekoracyjny hit sezonu w tym roku.

IMG_7154

Dom towarowy Brown Thomas zawsze ma najpiękniejsze dekoracje.

IMG_7152

Wesołych Świąt!!!

[Fot. Monika Arczyńska]

Potrzebna rada

Ejlat

Potrzebna rada i to szybko. Czując, że końcówka roku będzie ciężka (oj, jest, zaczynam zarywać noce, chociaż nie robiłam tego od kilku lat), postanowiliśmy wyjechać na tydzień między świętami a sylwestrem. Warunki wyboru miejsca były dwa: miało być ciepło albo w miarę ciepło i z bezpośrednim lotem z Gdańska. Zdecydowaliśmy się na Ejlat, bo nie dość, że mamy słabość do tamtych okolic, to na dodatek udało nam się kupić absurdalnie tanie loty. Najwyższa pora ustalić jakiś plan i zarezerwować spanie. Planowaliśmy zostać chwilę w samym Ejlacie, ale myślimy przede wszystkim o spędzeniu kilku dni w Petrze. I tu pytanie: łatwo tam dotrzeć? Jeśli planujemy odpocząć, nie uśmiecha nam się za bardzo stres związany z przedziwnymi kombinacjami transportowymi i dyskusje ze strażą graniczną (mimo słabości do tej części świata doświadczenia z przejść granicznych mamy takie sobie).

Byliście? Poradzicie, podpowiecie?

[Fot. Łukasz Pancewicz – tak ciepło było w sylwestra w Tel Avivie dwa albo trzy lata temu]

Good Bye Dublin

hparc biuro

Stało się: po 11 latach zrezygnowałam ze współpracy z Heneghan Peng. Za dużo zaczęło się dla mnie dziać w Polsce. A2P2 rozwija się błyskawicznie, uczelnia zabiera mi coraz więcej czasu i nagle przestało mi się udawać rozciągać doby jak gumę, żeby zmieścić w grafiku wszystkie zajęcia. Po dłuższej przerwie wróciłam do zdalnej pracy, żeby kontynuować projekt w Anklam i… wytrzymałam dwa tygodnie. Za dużo pośpiechu, za dużo obowiązków i zdecydowanie za dużo stresu. Mimo że projekt zapowiadał się kusząco, bo pracują nad nim inżynierowie-magicy, a efekt będzie na pewno powalający, uznałam, że nie będę w stanie zaangażować się w to zlecenie wystarczająco intensywnie. Trochę mi się zakręciła łezka w oku, kiedy zadzwoniłam z tą informacją do szefowej, ale jestem przekonana, że to słuszna decyzja.

Żeby było dramatyczniej, tego samego dnia, kiedy zakomunikowałam w biurze tę decyzję,  dostałam informację, że Muzeum Palestyny zostało nagrodzone na berlińskim WAF jako najlepszy zrealizowany obiekt o funkcji kulturalnej… Kiedyś pewnie uznałabym to za złośliwy zbieg okoliczności, który miał mi przypomnieć, że właśnie zrezygnowałam z uczestniczenia w tak wyjątkowych projektach. Ale to chyba szkolenia motywacyjne w gdańskim Starterze sa tak skuteczne, że pomyślałam o tym raczej jak o przyjemnym wydarzeniu na pożegnanie. W końcu spędziłam tam kawał życia i najlepsze zawodowo lata! Nauczyłam się ogromnie dużo – współpracy i organizacji pracy, zarządzania projektami, komunikacji w zespole, a niektóre przyzwyczajenia z pracowni już mnie pewnie nigdy nie opuszczą. Z rysowaniem z dokładnością do ośmiu miejsc po przecinku włącznie:)

To były bardzo dobre lata, ale czas na nowy etap w moim zawodowym życiu. W przyszłym tygodniu lecę do Dublina na świąteczną imprezę, która będzie dla mnie jednocześnie pożegnaniem z biurem. Wykorzystam tę okazję, aby pożegnać sie także z ukochanym miastem na sześć liter. Na szczęście Gdańsk też ma sześć, a im dłużej tu mieszkam, tym większą czuję do niego sympatię. Witaj nowe!

[Fot. Monika Arczyńska]

 

200!

Untitled_Panorama1.jpg

Dziś blogowy jubileusz: to dokładnie DWUSETNY (!!!) post na Six Letter City. Publikuję go w wyjątkowym momencie. Dopiero co podjęłam jedną z najważniejszych dotychczas zawodowych decyzji, a sprawy A2P2 przyspieszyły nagle tak, że ledwie nadążamy. Jak tylko to poukładam, do wszystkiego grzecznie się przyznam i opiszę.

Ten tydzień był również wyjątkowo intensywny wyjazdowo. Czwartek spędziliśmy w Warszawie, biegając ze spotkania na spotkanie, a potem na galę konkursu „Innowacje w Architekturze”. Do Gdańska jechałam przez… Wrocław, gdzie zaczynam współpracę z SARP. Ale nie ukrywam, że to impreza Architektury-murator była najprzyjemniejszym wydarzeniem tygodnia. Zaczęło się od wykładu Caroline Bos z UN Studio, następnie odbyło się rozdanie nagród, a potem nieco zaszaleliśmy:)

Jeszcze w moich hiolenderskich czasach słyszałam o tym, że UN Studio ma dwie odnogi działalności projektowej – jedną ambitną, o eksperymentalnym charakterze, którą wszyscy znają z konkursów i prasy branżowej – oraz drugą, komercyjną, która w dużej mierze finansuje tę pierwszą. Dotychczas nie miałam okazji zapoznać się z tą bardziej mainstreamową twórczością pracowni i przypuszczałam, że to portfolio jest trzymane w tajemnicy i oglądają je tylko azjatyccy inwestorzy poszukując dużych zachodnich nazwisk dla swoich nowych realizacji. Nie wiem, czy Caroline Bos potraktowała polską publiczność jak dziki wschód, gdzie może warto pokazać komercyjne projekty, żeby zainteresował się nimi jakiś duży deweloper, ale wybór projektów mocno mnie zaskoczył. Ale może to była słodka zemsta za to, że każdy przedstawiający, oprócz ambasadora Holandii, przekręcał jej imię.

IMG_7122

Robert Skitek i wielkie poruszenie

Poznałam kilka osób, o których już wcześniej wiele słyszałam albo z uwagi na ich projekty, albo dlatego, że mamy wspólnych znajomych, albo  – najczęściej – z obu tych powodów jednocześnie. W końcu spotkałam Grzegorza Layera („Cześć Grzegorz, jestem Monika, znam Cię z Internetu”, „O, cześć Monika, jestem Grzegorz, ja też znam Cię z Internetu”) i Mikołaja Szuberta-Tecla z Riegler Riewe. Wpadłam też na Marka Lorensa, którego poznałam na EASA w… ubiegłym wieku i od tamtej pory nie mieliśmy okazji się spotkać. Nie wiem, co Marek zażywa, ale nie zmienił się WCALE od tamtych dawnych czasów.

Imprezy Architektury to przede wszystkim wydarzenie towarzyskie. Robert Skitek, z którym spotkaliśmy się dopiero drugi raz w życiu (poprzednio także na gali A-m), ale jesteśmy w kontakcie i czytamy wzajemnie swoje blogi, stwierdził, że w sumie i tak nie liczył na nagrodę. Gdy kolejne osoby zaczęły pytać, czy będzie na gali, bo też się wybierają, stwierdził, że takiej okazji do spotkania nie odpuści i po innym rozdaniu nagród wskoczył za kierownicę i przyjechał. A właśnie, nagrody! Bank rozbił Oskar Zięta, wyróżniono też Zbyszka Maćkowa i Macieja Siudę. Werdykt był dość przewidywalny, więc kiedy zakończyła się oficjalna część, wszyscy wstali z westchnięciem „No, to w końcu idziemy się razem napić!”.

IMG_7118

Przeszczęśliwy Oskar Zięta, Radosław Stach z jury i Ewa Porębska

Na niedawnym Biennale Architektury w Krakowie Ultra Architects uciekli, zanim zdążyłam się z nimi przywitać. Tym razem miałam w końcu okazję pogadać z Marcinem Kościuchem i okazało się, że branżowy świat jest naprawdę bardzo mały. W Heneghan Peng siedziałam kilka lat biurko w biurko z Wojtkiem Przyweckim, który był jednym ze współzałożycieli Ultra, ale postanowił wyjechać z Polski. Ale najwięcej czasu spędziliśmy z Menthol Architects – Lilą Krzycką i Rafałem Pieszko. Nie do wiary, ale ostatni raz widzieliśmy się na gdyńskiej OSSA ponad rok temu! Niestety, odległość między Wrocławiem a Trójmiastem jest ogromna, dlatego udało nam się zobaczyć dopiero teraz, w połowie drogi. Nie jestem nawet w stanie wymienić wszystkich, z których spotkania się cieszę. Ponadto moja ulubiona redakcja na szczęście nie poszła zbyt szybko spać i mieliśmy okazję pogadać.

IMG_7141

Mój osobisty urbanista i Lila z Menthol Architects z mentholowymi pastylkami w garści…

IMG_7144

…i Grzegorz Layer zapijający pastylkę czerwonym winem.

A co działo się potem, niech lepiej nie zostanie upubliczniane. To trochę jak na weselu – fotograf pstryka tylko zdjęcia do momentu, kiedy twarze stają się czerwone i błyszczące, fryzury potargane, a wzrok dziki i nieobecny. Dlatego na oficjalnych zdjęciach, tych robionych do mniej więcej północy, wszyscy jesteśmy jeszcze w miarę odprasowani, a na nieoficjalnych… i tak ich nikomu nie pokażę;)

[Fot. Monika Arczyńska]

Co za dzień!

INNOWACJE

Uff, przetrwałam… dziś był jeden z tych dni, kiedy powinnam być w kilku miejscach w tym samym czasie. W planie na dziś była prezentacja propozycji konkursowej na masterplan dla Stoczni Cesarskiej w Gdańsku, wprowadzenie do nowego projektu w Heneghan Peng, a w międzyczasie telefony, maile, oferty, studenci i załatwienie rzeczy niemożliwej – superekspresowego druku plansz projektowych. Na nieszczęście mój osobisty urbanista moderował dziś panel na Smart Metropolii i nie mogłam mu zrzucić na głowę tego niewdzięcznego zadania. Na szczęście plansze udało się wydrukować w najspanialszym na świecie zakładzie fotograficznym na… parterze naszej kamienicy. Idealna miejscówka dla architektów, prawda? Nasz wyrozumiały i przesympatyczny sąsiad-fotograf zakasał rękawy i dokonał cudu – wszystko było wydrukowane na czas i w świetnej jakości. To się nazywa idealna sąsiedzka współpraca!

Kolejne dwa tygodnie zapowiadają się podobnie intensywnie, ale oprócz obowiązków czeka nas jedna duża przyjemność – gala konkursu Innowacje w Architekturze w Warszawie. Przyjedzie sporo znajomych z całej Polski i nie mogę się doczekać plotek przy winie. Byle do czwartku;)

PS Proszę o trzymanie kciuków za stoczniowy konkurs!

A co z wysokimi?

dostepnosc

Wielu architektom projektowanie uniwersalne kojarzy się przede wszystkim z osobami niepełnosprawnymi. A chodzi w nim przecież przede wszystkim o to, aby podczas projektowania myśleć o potrzebach i ograniczeniach różnych użytkowników, nie tylko poruszających się na wózkach czy niewidomych. Różnych, czyli m.in. niskich lub wysokich. Obawiam się jednak, że o tej ostatniej kategorii myśli się nie za dużo. Tak mnie naszło przy ostatnich projektach, kiedy przeglądając wytyczne dotyczące obniżonych włączników, umywalek i blatów zdałam sobie sprawę, jak często musiałabym się do nich schylać.

Nie wyobrażam sobie nawet, jak w niektórych miejscach musi być ciężko mojemu dwumetrowemu koledze. Przy bankomacie musi pewnie schylać się w pół, na żadnej ławce nie jest mu wygodnie i pewnie wzdycha z ulgą na widok spłuczki z fotokomórką. Na szczęście wysocy ludzie mają proporcjonalnie dłuższe ręce, więc przynajmniej do obniżonych kontaktów i papieru toaletowego jest nam trochę łatwiej dosięgnąć. Kiedyś zmagałam się z rwą kulszową (tak to jest, jak się za dużo pływa nie umiejąc pływać poprawnie) i pamiętam, że schylanie się to był najgorszy koszmar. W połączeniu z nie najlepszym wzrokiem, kiedy trzeba prawie szorować nosem po wyświetlaczach, żeby cokolwiek zobaczyć, robiło się naprawdę niewesoło. Pewnie niektórym niskim osobom łatwiej byłoby podskoczyć do standardowego poziomu. A ponieważ  ludzie są coraż wyżsi, problem będzie też wzrastał. Co robić? Instalować włączniki na dwóch poziomach?

Zdjęcie powyżej to nie fotomontaż. Zdarza mi się wejść do męskiego kibla, bo jestem ciekawa, jak rozwiązywane są pisuary. Rynienka czy oddzielne? Z przegródkami czy bez? To akurat budynek projektu Sizy, gdzie wszystkie ściany i podłogi wyłożone zostały marmurem. A na zdjęciu mój osobisty urbanista – tak wysoki, że musi się pochylać nawet nad umywalką zamontowaną na standardowej wysokości…

[Fot. Monika Arczyńska]

Biennale po krakowsku

Biennale.jpg

Kiedy dowiedziałam się, że tematem tegorocznego krakowskiego Biennale jest podwórze, pomyślałam, że to dobra okazja, aby przedstawić projekty, które w tym i ubiegłym roku przygotowali nasi studenci. Trudno o bardziej kontrastrujące przestrzenie niż ulica Długa i Długi Targ w Gdańsku oraz gdyńskie blokowisko Witomino, jednak obie spełniają „podwórzową” rolę, bo w żadnym z tych fragmentów miasta nie ma podwórzy z prawdziwego zdarzenia. Pierwsza przestrzeń jest tak  nastawiona na turystów, że dla mieszkańców, zwłaszcza seniorów, brakuje tam miejsca, a w drugiej miejsca jest sporo, jednak to przede wszystkim „ziemia niczyja” pomiędzy blokami. Studenci wypracowali wytyczne dla przekształcenia tych przestrzeni, stosując uniwersalną metodologię, a ich praca została doceniona. Wróciłam z trzecią nagrodą w konkursie „Seminarium”, co wydaje mi się całkiem przyzwoitym wynikiem biorąc pod uwagę paskudne przeziębienie (chyba tylko siłą woli wstrzymałam katar na 10 minut prezentacji). 10 minut okazało się oczywiście zbyt krótkie dla takiej gaduły jak ja, więc  kiedy moderująca panel Marta Urbańska teatralnym szeptem ogłosiła „Pozostały trzy minuty”, lekko spanikowałam. Byłam przekonana, że dopiero tyle minęło, więc nie miałam wyjścia i zrobiłam jedyną sensowną w tej sytuacji rzecz: zachowałam zimną krew. Jak się później okazało, nikt z widowni, włączając jury, nie zorientował się, że cokolwiek poszło niezgodnie z planem.

03

ICE – International Conferences and Entertainment, gdzie odbyła się impreza. Zawsze mi się wydawało, że skróconą nazwę tego przybytku wymawia się jako ‚i-ce-e’ lub ‚aj-si-i’, a tu niespodzianka… ‚ajs ajs bejbi’:)

Nagrodzone w tej samej konkurencji prace wytypowaliśmy z moim osobistym urbanistą prawie bezbłędnie. Obstawialiśmy przede wszystkim Marysię Dankowską z Łodzi, która kapitalnie powiązała opowieść o historii łódzkiej kamienicy i podwórza z obecnymi pseudorewitalizacyjnymi działaniami (wyróżnienie). Podobał mi się też pomysł na zagospodarowanie wnętrza blokowiska na poznańskich Starych Żegrzach (II miejsce). Zaskoczyło mnie za to bardzo pierwsze miejsce dla Luisa Navaro Jovera. Dużo tam było „studenckiego” sposobu patrzenia na wyspowość miejskiej przestrzeni, podczas gdy nie doceniono moim zdaniem Martyny Mokrzeckiej, badającej temperatury wnętrz wrocławskich kwartałów. Może to dlatego, że przedstawiła na razie metodologię i pierwsze wyniki badań, a nie dotarła jeszcze do etapu wypracowania konkretnych wytycznych dla przekształceń podwórzy. Czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy, bo to bardzo istotny głos w dyskusji o zmianach klimatu i ich wpływie na miejskie środowisko.

04

„Boska” prezentacja Stanisława Niemczyka

A samo Biennale? To była moja pierwsza wizyta na krakowskiej imprezie i szczerze mówiąc spodziewałam się czegoś innego – przede wszystkim bardziej konsekwentnego potraktowania tematu przewodniego. Zabrakło poszukiwań, które inspirują i popychają architekturę naprzód. Formuła krakowskiej imprezy opiera się na kongresie i konkursach, a nie wystawach i ogromnie dużo było w tych spotkaniach bicia piany i „pompowania balonika”, co złośliwie podsumował Przemo Łukasik w swoim wykładzie. Kiedy przyjeżdżam do Krakowa, mam zawsze wrażenie, że wyjeżdżam do innego kraju. Brakuje mi tam naszego ‚Ordnungu’ i mam problem z krakowskim klepaniem się po plecach oraz… kwiecistym językiem. Łukasik również odniósł się do tego zjawiska, mówiąc m.in. o „nadmiarze przymiotników”. Zacna widownia, szacowni goście i utalentowani uczestnicy wysłuchali kilku niezbyt inspirujących prezentacji. Gdyby nie wtrącane często anegdoty i wspomnienia z przeszłości, które uwielbiam, spędziłabym większość czasu pijąc kawę poza audytorium. W konkurencji anegdot wygrywa Małgorzata Omilanowska z opowieścią o reakcji Lecha Wałęsy na Europejskie Centrum Solidarności (przytoczę przy innej okazji) oraz Romuald Loegler wspominający początki Biennale i zaproszenie na jedną z pierwszych edycji Herzoga i de Meurona, zanim jeszcze dołączyli do grona gwiazd. Podobno krakowscy architekci byli oburzeni, że na tak ambitną branżową imprezę jako gwiazdy przyjeżdżają projektanci, którzy mają na koncie zaledwie „jakiś tam domek ze sklejki”.

Tym razem wśród zagranicznych gości oprócz architektów z Chin pojawiła się m.in. Viviana Muscettola, która jest jedną z Associate Directors w Zaha Hadid Architects. W konkursowym jury był także m.in. Rainer Mahlamäki. Trochę się zdenerwowałam podczas jego wykładu. Na samym początku swojej prezentacji przedstawił propozycję na Pomnik Holokaustu w Londynie takim tonem, jakby już wygrał ten konkurs. Nie interesowałoby mnie to nawet, gdyby nie fakt, że Heneghan Peng również jest wśród dziesięciu finalistów i wciąż czekamy na wyniki. O podwórzach nie padło jednak ani słowo, podobnie jak w pierwszej sesji kongresu o… tradycji w architekturze. Dopiero drugiego dnia temat Biennale pojawił się w kilku prezentacjach – sytuację uratowali polscy jurorzy konkursu. Zamarzyło mi się alternatywne wydarzenie w stylu Biennale Urbana odbywającego się równolegle do oficjalnej weneckiej imprezy. Znalazłoby się tam miejsce i dla „Placu na glanc„, i dla „Podwórkowych rewolucji„, i dla wielu innych działań, które faktycznie zmieniają podwórza.

Na szczęście jesienny Kraków, spotkanie wielu znajomych i poznanie nowych osób zrekompensowało mój niedosyt. A może tak to właśnie w Krakowie jest, że podobne wydarzenia mają głównie towarzyski charakter?

[fot. Łukasz Pancewicz, Monika Arczyńska]

Biały słoń Eisenmana

hiszpania 06

Są takie miejsca na świecie, gdzie nie można nie dostać głupawki. Czasem architektura jest tak przekombinowana i przesadzona w skali, że człowieka ogarnia najpierw wielkie zdziwienie, a potem napad złośliwego chichotania. W architekturze takie absurdalnie przegięte inwestycje nazywa się white elephants. Zdecydowanie należy do nich Cidade da Cultura w Santiago de Compostela, megaprojekt autorstwa Petera Eisenmana, który w konkursie w 1999 roku pokonał inne supergwiazdy pokroju Koolhaasa, Libeskinda i Nouvela. Wszystkie projekty można zobaczyć na stronie kompleksu i nie tylko zwycięski  pachnie mocno końcówką lat dziewięćdziesiątych.  Według autora kompleks ma przypominać miasto. Może i trochę przypomina – na pewno skalą, bo jest tam i muzeum, i biblioteka, i inkubator przedsiębiorczości. Kilka lat temu inwestycję przerwano z uwagi na astronomiczne koszty (podobno przekroczono założony budżet cztery razy).

Niby dojeżdża tam jakiś autobus, ale ponieważ odległość na mapie nie wyglądała na dużą, poszliśmy pieszo. Najpierw dziwnymi tunelami pod autostradą, a potem pieszą serpentyną przez park, który jest moim zdaniem najciekawszą (i pewnie najtańszą) częścią tej inwestycji. Drodzy projektanci krajobrazu, to do Was prośba: wijące się ścieżki wyglądają malowniczo, ale jeśli projektowany przez Was park ma służyć nie tylko do podziwiania, ale jest zlokalizowany między centrum miasta a największym kompleksem kulturalnym w regionie, pomyślcie o skrótach, do jasnej cholery. Rozumiem założenia projektowania uniwersalnego, ale domagam się też odrobiny funkcjonalności. Zwłaszcza w lipcowym upale maksymalne wydłużenie pieszej trasy to okrucieństwo. Ale tak, wiem, przecież i tak wszyscy dojeżdżają tam klimatyzowanymi samochodami, właśnie po to wybetonowano tam parking wielki jak pod IKEA.

20

Nie wiem, jak można mieć taką jazdę na temat kwadratów, jak Eisenman, ale tu też zrobił to, co robi prawie wszędzie… Kamienne okładziny podzielone są na większe kwadraty, a te większe kwadrat na mniejsze kwadraty. Chociaż może ten spikselowany obraz mógłby się wydawać symbolicznie uzasadniony w tym miejscu („ja, człowiek, rżnę w tym litym kamieniu, który składa się z geometrycznych okruchów stworzonych przez naturę” i dalej podobne bla bla bla), ale męczy nieco powtarzalnością i -ponownie – niepokojącą myślą, ile to wszystko musiało kosztować.

21

02

0304

Najsympatyczniejsze wydawały mi się place zabaw, ale co z tego, jeśli prawie nie było na nich dzieci?

06

01

Na zewnątrz stoją sobie grzecznie dwie wieże projektu Hejduka, do których da się wejść tylko na najniższy poziom, żeby zobaczyć projekt tego wielkopomnego, niesamowitego, genialnego i absolutnie najwspanialszego dzieła architektury.

17

Wszystko jest wielkie i z zewnątrz, i od wewnątrz. W urbanistyce istnieje pojęcie SLOAP, czyli skrótowiec od space left over after planning. Oznacza to mniej więcej przestrzeń, która nie służy praktycznie niczemu, po prostu stanowi jakiś skrawek pozostały po zaplanowaniu danego obszaru. W skali miejskiej kończy się to najczęściej zasianiem tam trawnika (taka przynajmniej jest strategia studentów, którym takie przestrzenie „wychodzą” w projektach).  Tu w praktycznie każdym budynku istnieje SLOAP w wersji architektonicznej – przedziwne formy wyprodukowały pozostałości przestrzeni, które niczemu nie służą, za to trzeba klimatyzować każdy ich metr sześcienny…

10

Inkubator przedsiębiorczości, o przepraszam, Centre for Creative Enterprising, okazał się kolejnym ogromnym i pustym gmaszyskiem. Ogromne przestrzenie  podzielono całkiem sympatycznymi przepierzeniami z białych kartonów i musiało tam wypadać chyba po 100 metrów kwadratowych na pracownika. Luksus! Chciałabym mieć takie coworkingowe biuro pod domem, pod warunkiem, że w cenę wynajmu biurka nie są wliczone koszty eksploatacji.

19

„Czy tu zawsze jest tak pusto?”  – zapytałam miłych panów w recepcji muzeum. Lekko zmieszani odpwoiedzieli, że nie, że czasem się zapełnia, ale w całym kompleksie zapełniła się tylko restauracja. W czasie lanczu i to głównie pracownikami. Rozumiem, że był środek tygodnia, ale to również sam środek sezonu turystycznego i centrum Santiago pękało w szwach. Komunikację pomiędzy kondygnacjami galerii zapewniają schody ruchome (jakby frekwencja miała być co najmniej taka, jak w Tate Modern, phi!). Najlepsze, że wejścia na wystawy na poszczególnych piętrach są tak zaprojektowane, że… prawie je ominęliśmy wchodząc na kolejny poziom schodów. Niskie białe drzwi na białym tle, dostępne z wcale nie tak dużego spocznika, wyglądały jak wyjście ewakuacyjne. Oprócz nas wystawy zwiedzały może ze dwie pary. Dla architektów ma to jedną niezaprzeczalną zaletę – nie trzeba wyczekiwać godzinami, żeby pstryknąć zdjęcie, na którym nie będzie ludzi.

09

07

Zastanowiło mnie też bardzo ogromne przeszklenie w muzeum, z potężnymi kratownicami, które wyglądały na tak przewymiarowane, że musiał je projektować chyba jakiś stażysta, kiedy koszty realizacji zaczęły wymykać się spod kontroli i pierwsze cięcia dotknęły konsultantów od tak mało znaczących rzeczy jak fasady.

1213

Jedyne w miarę zapełnione użytkownikami miejsce to biblioteka. Niewiele różni się od sal ekspozycyjnych poza liczbą kolumn – sporo ich tu. Poza tym faluje wszystko – sufit, „pokoje” z półkami na książki, na szczęście w głowie kręci się tylko na widok z daleka, a w wydzielonych częściach czytelni można nawet się skupić. Generalnie wygląda to trochę tak, jakby Richard Meier zainspirował się karpatką.

22

Może w sumie ten brak odwiedzających ma swoje plusy poza pustkami na zdjęciach. Brak użytkowników to brak eksploatacji, a brak eksploatacji to brak kosztów remontów i napraw. Ławki z białego betonu nie są poplamione gumą do żucia, a kosze na śmieci ze stali nierdzewnej błyszczą się jak wypolerowane…

16

18

400 milionów euro to jednak trochę dużo jak na park rozrywki dla architektów.

[Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz]

Kociewie

TCZEW MASKOTKA

Dobrze, że mój osobisty urbanista jest teraz gdzieś w Rosji, bo pewnie marudziłby jak zawsze, kiedy wrzucam na bloga rzeczy z kategorii „niezbyt mądre”. Tak zareagował na Reporterkę Śmieszkę i do teraz jest zażenowany, kiedy przypominam ten temat. Ale czasami mam tak wielką ochotę na zrobienie czegoś lekko infantylnego, że nie mogę się powstrzymać.

Kilka miesięcy temu również złapała mnie ta niepohamowana chęć, kiedy dowiedziałam się o konkursie na maskotkę (tym razem już pluszaka, nie przebranie) Fabryki Sztuk w Tczewie. Miało być lekko regionalnie, a że Tczew to Kociewie, podobnie zresztą jak moje rodzinne Świecie, wiedziałam, że to musi być jakiś „koci” temat. Ta nazwa rozbawia wiele osób – faktycznie, brzmi mało poważnie w porównaniu do „Mazowsza” czy „Kaszub”.  Przyznaję, że chociaż w moich podstawówkowych czasach pojawiało się sporo regionalno-folklorystycznych tematów, musiałam sobie wyguglać, jak wygląda tradycyjny strój kociewski. Okazało się, że kobiecy strój ma mocno zgeometryzowany biały ‚żabot‚, więc ubranie dla kota stało się oczywiste – przecież architekci kochają geometryczne formy i wzory. Pozostał wybór materiału, ale i tu nie trzeba było się długo zastanawiać – miało być naturalnie, najlepiej dość szaro-buro, z jednym mocnym kolorem. Najlepiej pomarańczowym, bo to kolor Fabryki. Materiał miał być również łatwy w obróbce, żeby dzieciaki mogły same zrobić sobie maskotkę podczas warsztatów w Fabryce Sztuk. Wybór padł więc na wełniany filc. Kot kociewiak wygrał konkurs i jeśli uda mi się jutro podjechać do Tczewa na dziesięciolecie Fabryki, zobaczę, jak uczestnicy warsztatów radzą sobie z szyciem. Może sama też uszyję jednego?

 

Keep calm and let us bind your thesis

Oprócz uczestniczenia w konferencji mieliśmy również trochę czasu na pozwiedzanie Oxfordu. Miasto, pomimo swojej liczby mieszkańców, ok. 150 tysięcy, sprawia wrażenie maleńkiej mieściny. Centrum to raptem kilka malowniczych ulic. Na wszystkich tablicach informacyjnych dla turystów pojawiają się informacje, że Pevsner, ten od historii literatury, uznał dane miejsce a to za najpiękniejszą ulicę, a to za najbardziej harmonijny plac w Europie. Trafiliśmy akurat na Open Day, więc udało nam się zwiedzić sporo wnętrz i dziedzińców. Muszę przyznać, że wrażenie zrobiła na mnie nie tyle majestatyczność uniwersyteckich gmachów, co ich pragmatyczne wykorzystywanie. Dookoła przystrzyżonych co do milimetra trawników, w pięknych, kamiennych murach, nadal funkcjonują akademiki. Nie są jednak umeblowane antykami, które wydawałyby się tam najbardziej odpowiednie. Na podłodze leżą paskudne wykładziny dywanowe, meble przypominają wyposażenie nędznej sali konferencyjnej z tapicerowanymi, niebieskimi krzesełkami, a w oczy najbardziej rzuca sie ustawiona gdzieś pod ścianą lodówka. To wnętrza, które zachęcają do spędzania tam jak najmniej czasu – może dlatego studenci tyle godzin przesiadują w bibliotece i stąd wysoki poziom uczelni?

IMG_6262IMG_6310

Większość świetnej współczesnej architektury podobno jest poukrywana za historycznymi murami lub gdzieś na obrzeżach. Tak przynajmniej twierdzą architekci z Oxford Brookes. Powinna istnieć (może istnieje?) gra miejska polegająca na wyszukiwaniu tych poukrywanych architektonicznych skarbów. Nie dotarliśmy do Zahy, nie dotarliśmy do Níalla McLaughlina, za to nie odpuściliśmy St Catherine’s College projektu Arne Jacobsena. Z ręką na sercu przyznaję: to jeden z najpiękniejszych kampusów, jakie miałam okazję zobaczyć. Może dobrze, że większość obiektów była zamknięta, bo jeśli wydawałam z siebie ochy i achy na widok harmonii między budynkami a krajobrazem, we wnętrzach mogłabym dostać syndromu Stendhala. A do meblowych marzeń doszło Oxford chair

IMG_6278male

Akademickie motywy, podobnie jak Harry Potter (część scen była kręcona w Oxfordzie) i Alicja w Krainie Czarów (Lewis Carroll był dziekanem Christ Church College), pojawiają się dosłownie wszędzie. Koszulki i bluzy z logo uczelni, togi i studenckie czapki kuszą na większości sklepowych wystaw. Podobnie jest na wszytskich najlepszych uczelniach świata – nie każdy może być studentem Cambridge czy Harvardu, ale zawsze może nosić koszulkę z ich logo.

IMG_6305

‚Keep calm and let us bind your thesis’

IMG_6343

Tort dla absolwenta

IMG_6339

Myślenie życzeniowe ambitnych rodziców:)

Zastanowiła mnie tylko jedna rzecz. Wydawałoby sie, ze miasto uniwersyteckie powinno być pełne pubów i barów. W Oxfordzie wcale nie ma ich tak wiele, za to zagęszczenie kawiarni na kazdej ulicy jest zaskakujące. Może oni tam faktycznie nie mają czasu na życie studenckie, tylko piją non stop kawę, żeby nie zasnąć nad książkami?

[fot. Monika Arczyńska]

 

Architecture Connects

IMG_6222

Wróciliśmy właśnie z moim osobistym urbanistą z konferencji „Architecture Connects”, zorganizowanej przez Oxford Brookes University. Pierwszy raz uwierzyłam, że być może uczelnia to jednak miejsce dla mnie. Średnio raz na miesiąć mam ochotę ciapnąć ją w cholerę, zwłaszcza, gdy nadmiernie zaczyna mnie drażnić sztywny akademicki język, sztuczna hierarchia, której nie potrafię zrozumieć i – przede wszystkim – teoretyzowanie, rozbuchane ego środowiska oraz umieszczanie studentów na samym końcu łańcucha pokarmowego. Tym razem wszystko odbyło się w nieformalnej atmosferze, bez udawanej wyższości i chwalenia własnych dokonań. Wręcz przeciwnie, wiele komentarzy, pytań i warsztatów dotyczyło porażek, które uczą przecież więcej niż sukcesy. Ursula Hartig z CoCoon Studio przedstawiła projekt szkoły muzycznej w Meksyku, której realizacja wydawała się sukcesem, ale po kilku latach okazało się, że budynek się sypie, bo nie przemyślano, kto i z jakich funduszy ma zajmować się jego utrzymaniem. To jeden z najczęściej popełnianych błędów w live studios, także w Polsce: szybka, spektakularna akcja nierzadko daje więcej satysfakcji organizatorom, niż pożytku mieszkańcom. Życie instalacji z palet i opon jest krótkie i trzeba przewidzieć, co stanie się z nimi po zakończeniu działań w terenie.

IMG_6216.JPG

W międzyczasie na wydziale odbywały się warsztaty – studenci układali kwadratowe fragmenty wykładziny w różnych konfiguracjach i analizowali, jak przemieszczają się po nich ludzie. Trochę jak nasze prototypowanie:)

Obyło się bez szpilek i garsonek, bez „Pani Profesor” i „Panie Doktorze Habilitowany”, za to z opowieściami o podróżowaniu ze studentami vanem przez amerykańskie pustkowia czy zaproszeniu pisarza science fiction i rysowniczkę komiksów do współpracy w studio projektowym. Zaprezentowana przez nas metodologia, przećwiczona w projektach dla Starego Polesia, Traktu Królewskiego i Witomina, spotkała się z uznaniem, mimo że odbiegała znacznie skalą od innych przykładów. Nasi studenci wykonali taki kawał profesjonalnej roboty, że aż padło pytanie, czy mieli okazję chociaż przez moment dobrze się bawić przy tych projektach:) Okazuje się, że zabawa to nieodłączny i konieczny warunek sukcesu live studio, więc mam nadzieję, że nieformalna atmosfera i sporo śmiechu na zajęciach zrekompensowały chociaż trochę tę ciężką pracę.

IMG_6230

Najbardziej cieszę się, że udało nam się posłuchać i pogadać z Peterem Fattingerem z Wiednia. To, co robi ze studentami, to jakiś dydaktyczny lot w kosmos. W półtora roku udało mu się zaprojektować i zrealizować dla Caritasu adaptację historycznego budynku na Bed&Breakfast, prowadzony przez osoby z niepełnosprawnościami. Były one także zaangażowane w budowę – zatrudniono tylko elektryka, hydraulika, dwóch budowlańców, którzy bardziej uczyli fachu niż pracowali oraz kilku branżystów weryfikujących projekt i załatwiających sprawy administracyjne.  Resztę wykonali studenci. Płacono im w punktach ECTS lub klasycznie – pieniędzmi – jednak gdyby nie entuzjazm, poczucie odpowiedzialności i mnóstwo dodatkowej ochotniczej pracy, z projektu nic by nie wyszło. Motyw morderczej pracy za darmo przewijał się jednak często (podobnie jak „ten idiotyczny Brexit”).

Od razu wyjaśniam, dlaczego takie projekty, jak Petera, nie bardzo udają się w Polsce: udają się w ogóle w niewielu miejscach, także na Zachodzie. Nie tylko my wzdychaliśmy z rozrzewnieniem. Głośniej wzdychali wykładowcy z UK, którzy nie tylko, podobnie jak i my, nie mają możliwości rozciągania zajęć na kilka semestrów, ale spotykają się z ostrymi restrykcjami związanymi z ubezpieczeniami oraz odpowiedzialnością za zdrowie i życie studentów. W naszej części Europy te kwestie są dużo łatwiejsze do przeskoczenia (oprócz naszej prezentacji pojawiły się jednak tylko dwa inne przykłady – z Pragi i z Belgradu). Chodzi nam właśnie po głowie podobna realizacja w Gdańsku i chociaż organizacyjnie oraz finansowo (przy wsparciu sponsorów podrzucających materiały budowlane) pewnie udałoby się nam ją przeprowadzić, brakuje nam formalnych możliwości. Na zajęciach na Politechnice nie da się tego zrobić, bo po pierwsze skala projektu jest architektoniczna, a nie urbanistyczna, a po drugie potrzebne byłyby na to co najmniej dwa semestry.  Peterowi udaje się pozyskać studentów na dłużej tylko dlatego, że jego studio jest bardzo małe w porównaniu do całego wiedeńskiego wydziału, więc ewentualna „szkoda” poczyniona niestandardowym nauczaniem jest niewielka. Będziemy więc szukać innych możliwości, ale postaramy się nie rezygnować z tego rodzaju kursów – po konferencji jesteśmy pewni na 100%, że to dobry kierunek i że udaje się nam je prowadzić na światowym poziomie.

[fot. Monika Arczyńska]

 

Jak się pracuje w Kopenhadze

02

W weekend wrócilimy z Kopenhagi. Razem z ekipami z Henning Larsen i BBGK pracowaliśmy nad konkursowym projektem masterplanu dla terenów dawnej Stoczni Cesarskiej w Gdańsku. O projekcie na razie cicho sza, bo wszystko jest tajne przez poufne, ale ponieważ pierwszy raz miałam okazję odwiedzić biuro Henning Larsen, opowiem Wam trochę o tym miejscu.

Świetne projekty to jedno, ale warunki i atmosfera pracy dodatkowo kuszą, aby złożyć tam portfolio. Pomimo wielkości biura – w samej Kopenhadze pracuje ok. 200 osób – czuje się kameralny klimat, a organizacja pracy (i odpoczynku!) sprzyja bliskim relacjom z zespołem. Jak to bywa w podobnych firmach, przyjęty jest horyzontalny system zarządzania, tzn. wszyscy mają coś do powiedzenia – i kierujący projektem, i stażyści. Co piątek organizowane są biurowe imprezy i przyznam, że rozluźnioną atmosferę czuje się od samego rana – więcej ruchu, więcej rozmów i zdecydowanie więcej śmiechu niż w zwykły dzień.

 

01

Biuro znajduje się w samym centrum miasta, w budynku dawnego domu towarowego, gdzie na górze jest pracownia, a poniżej fitness i supermarket. Miejsca pracy zajmują dwie kondygnacje z atrium, a powyżej zlokalizowana jest kantyna z kuchnią oraz taras. Idealnie, żeby wyskoczyć się przewietrzyć albo poopalać twarz słońcem, a nie tylko światłem monitora. Atmosfera jest bardzo nieformalna – dominują raczej trampki niż krawaty, a do pracy, jak to w Kopenhadze, dojeżdża się rowerem.

03

Wszędzie stoją misy ze świeżymi owocami, a o 12:00 wszyscy udają się piętro wyżej na lancz. Pracownia ma własnego kucharza i kilka zasad, m.in. taką, że jedzenia się nie marnuje. Z reguły resztki lądują  następnego dnia w… ‚creative salads’.  Kuchnia to zdecydowanie jedno z najważniejszych miejsc w pracowni architektonicznej. Pamiętam, że pierwszą rzeczą, którą zaprezentowano mi w Heneghan Peng po udanym interview była nie makieciarnia, nie biblioteka, ale ogromny, włoski ekspres do kawy – centrum życia pracowni. Żartowaliśmy sobie czasem, że dzięki codziennym ćwiczeniom w przygotowywaniu espresso i spienianiu mleka w razie kryzysu zawsze będziemy mogli znaleźć pracę jako bariści.

W Henning Larsen nie zakładają kryzysu – kawa jest na przycisk:)

[Fot. Monika Arczyńska]

 

Jak wykończyć mieszkanie wykańczając i siebie, odc.6

03

Zdecydowąłam się na kuchnię z IKEA. To moim zdaniem najekonomiczniejsze rozwiązanie, z najdłuższą gwarancją i wyposażeniem, które można dokupić w dowolnym momencie. Wiele osób je poleca, a Architekt na szpilkach nawet produkuje fronty w nietypowych wykończeniach.

Zapisałam się nawet na kurs projektowania kuchni, w sumie głównie po to, żeby upewnić się, że w moim kompletnie niemodułowym pomieszczeniu wszystko da się jednak wykonać z modułów. Szkoda tylko, że na kursie nikt nie podpowiedział, że na większość blatów trzeba czekać. Te dostępne od ręki są dość paskudne i chociaż ostatecznie wybrany cienki czarny laminat wygląda ok, mam wątpliwości co do jego trwałości.

Ekipa składająca zamówienie bywa nieprzytomna. Niby notuje, że niektóre elementy będą inne niż w komputerowym planerze, ale żeby to ręcznie pozmieniać na zamówieniu, to już niekoniecznie…  To był pierwszy raz, kiedy poczułam, że samochód ułatwiłby mi życie. Trzeba jeździć wymieniać te nieszczęsne fronty, zwracać nóżki, których według zapewnień sprzedawcy jednak nie da się dociąć i czekać już nie dwa dni na ekipę instalacyjną, ale dwa tygodnie na reklamacyjną. A potem miesiąc na reklamację reklamacyjnej. Miało być szybko i sprawnie, a skończyło się na czterech tygodniach z brakującymi frontami.

Na czas instalacji pamiętajcie: weźcie dobrą książkę, zatyczki do uszu (dźwięk piły to jeszcze nic, niektóre ekipy przyjeżdżają z radiem i non stop słuchają disco polo) i siedźcie z ekipą cały czas. Ja wyskakiwałam – a to odebrać lodówkę, a to skonsultować studentki, które wpadły z projektami dyplomowymi. Bądźcie też wyspani. Ja nie byłam i stało się: wyleciało mi z głowy, że chciałam mieć pod górnymi szafkami zamontowane gniazdka. Skończyło się na lekkim wkurwie ekipy. Przyznam się bez bicia, że do udobruchania panów, którzy znaleźli na to ostatecznie jakieś magiczne rozwiązanie, użyłam miłej studentki, której właśnie konsultowałam dyplom. Asia – dziękuję:)

[Fot. Monika Arczyńska]

Idealny balans

balans idealny_male

Ach, co to był za urlop! Wszystkiego było w sam raz. Słońca i chmur, grillowanych świńskich uszu i ośmiorniczek (od dnia powrotu jestem na diecie), boskiego romanizmu i piekielnego pomo. Mieliśmy i święty spokój, i szansę na zobaczenie prawdziwej orgii. W Pontevedrze trafiliśmy na wekeend corridy i chociaż młodzież raczej potępia obecnie zabijanie byków, okołocorridowe tradycje są kultywowane, m.in. tzw. Botellón. Przepis jest prosty: należy zebrać grupę znajomych, założyć identyczne koszulki (najlepiej z jakimś śmiesznym rysunkiem i listą uczestników – to pewnie na wypadek zgubienia), kupić w supermarkecie wielką plastikową butlę z kolorowym napojem, dolać do niej jakiś tani alkohol i od rana popijać tę lepką mieszankę. Najlepiej na jakimś placu albo schodach przed kościołem. Zaczyna się niewinnie, ale wieczorem kompletnie pijany tłum w różnokolorowych koszulkach zajmuje całe centrum śpiewając, krzycząc, sikając i rzygając gdzie popadnie oraz migdaląc się w bramach. Tego dnia policja nie wchodzi nawet do centrum, może bardziej ze strachu niż ze zrozumienia dla tradycji.

Pewnie również dla równowagi w bezproblemowo przebiegającej podróży mieliśmy też kilka małych wtop. Na przykład jedyny dzień zaplanowany na plażowanie okazał się najzimniejszym i najbardziej deszczowym momentem wyjazdu. Z kolei w Santiago de Compostela, gdzie czekałam na dziesięciopunktowy „efekt wow” na widok fasady katedry, okazało się, że calusieńki front przykryty jest rusztowaniami. Co za szczęście, że nie szłam tam pieszo kilkaset kilometrów… Ale to wszystko drobiazgi – ważne, że udało nam się przez całe dwa tygodnie nie myśleć o pracy i obowiązkach. Ale od architektury nie dało się uciec, zwłaszcza, że po drodze mieliśmy do zobaczenia realizacje Calatravy czy Eisenmanna (na zdjęciu). Oj, będę się pastwić na blogu!

[Fot. Łukasz Pancewicz]

Monarchitektura pocztowa

stamp.jpg

Księżna Kate i książę William odwiedzają dziś Gdańsk, a ja oglądam sobie znaczki Poczty Królewskiej. Głównie jeden znaczek, ze specjalnej serii poświęconej współczesnej brytyjskiej architekturze – obok rozbudowy Tate Modern, Edenu czy biblioteki w Birmingham znalazło się tam także Giant’s Causeway Visitor Centre.

Patrzę na ten kamienny narożnik i przypominają mi się długie godziny spędzone na kombinowaniu, jak pogodzić restrykcyjną geometrię z materiałem – lokalnym bazaltem, który kompletnie nie nadawał się do celu, w jakim zamierzaliśmy go użyć.  Kilka razy modyfikowałam podziały bloków, bo w trakcie budowy okazało się, że nie da się pozyskać wymaganych wielkości. A bloków było ponad 14 tysięcy, wszystkie docinane pod kątem i ręcznie montowane w elewacjach. Na północnym wybrzeżu pada wyjątkowo często, a zimno jest potwornie przenikliwe i kiedy przypomnę sobie kamieniarzy cierpliwie układających w mżawce zimne bloki kamienia, myślę o nich z podziwem i wdzięcznością. To wspólna, świetna robota ogromnego zespołu – projektantów, wykonawców, klienta – i cieszę się, że została wyróżniona w ten sposób. Gratulacje dla wszystkich!

PS O projekcie pisałam więcej tutaj.

Wkrótce urlop!

hiszpania 02

Już niedługo spakuję do walizeczki na kółkach wysłużony przewodnik Pascala, mapki z zaznaczonymi miejscami, w których stołują się lokalsi i kilka letnich kiecek. Czuję, że już dawno tak bardzo nie zasługiwałam na odpoczynek. Pomysłów na wyjazd mieliśmy mnóstwo – zamarzyły nam się odległe, egzotyczne miejsca, ale nie mieliśmy siły na planowanie. Przez chwilę nawet rozważaliśmy staycation i wylegiwanie się na trójmiejskich plażach oraz wycieczki rowerowe po okolicy, bo nigdy nie mamy na to dość czasu. Ostatecznie doszliśmy do wniosku, że wyjazd to jedyna możliwość, żebyśmy oderwali się od komputerów.

Przejrzałam ofertę tanich linii i padło na kontynuację trasy sprzed roku – północ Hiszpanii. Lądujemy w Madrycie, jak rok temu, ale potem trasa biegnie nie na północny wschód, ale zachód, przez Segowię, Salamankę, Leon, Oviedo, Gijon, Lugo, Santiago de Compostela i Pontevedrę. Oczywiście wszystko transportem publicznym – nigdzie nie odpoczywam tak dobrze, jak w autobusach ALSA. Plażowo będzie może przez chwilę, ale w sumie to żadna strata, bo to nie jest najbardziej słoneczny rejon Hiszpanii. W czasie deszczu, a pada tam często, będziemy skakać między cukierniami i barami. Tego nie mogę doczekać się równie mocno, jak zwiedzania.

Znów będziemy oglądać trochę współczesnej architektury. Ubiegłoroczny wyjazd zdominowali Gehry, Moneo, Hadid i Nieto Sobejano, a teraz najbardziej nie mogę się doczekać realizacji Mansilla + Tuñón. Niemeyera w Aviles sobie odpuścimy, skoczymy za to zobaczyć dziwacznego Calatravę w Oviedo. Jeśli możecie podpowiedzieć jeszcze inne realizacje, będę bardzo wdzięczna.

hiszpania 05

Za każdym razem podczas wakacji zastanawiam się, jak by tu sobie przeorganizować życie (zawodowe przede wszystkim), żeby móc wynająć jakieś mieszkanie w pięknym, ciepłym miejscu, poza sezonem, więc za grosze i tam na miejscu pisać swoje dyrdymały i dłubać projekty, korzystając przy okazji z bogactwa świeżych ryb i soczystych owoców. I wina, jak mogłam zapomnieć o winie. Na razie mam za dużo obowiązków na miejscu, ale może to pomysł na emeryturę?

Jeśli nie będę się odzywać, odpowiadać na maile, wiadomości, telefony i smsy, proszę mnie nie ścigać. Odpoczywam:)

[Fot. Łukasz Pancewicz/Monika Arczyńska – tak było rok temu]

A2P2

IMG_1675a.jpg

Miała być oficjalna premiera strony internetowej – baloniki, fajerwerki i fanfary, ale skończyło się jak zwykle. Nie wszystko jeszcze działa idealnie, wprowadzamy ostatnie poprawki, ale zapraszamy już na A2P2.pl oraz na nasz fejsbukowy fanpejdż. W końcu współpraca z moim osobistym urbanistą nie jest już tylko robieniem razem fuch po godzinach, ale pracujemy nareszcie na własne  nazwiska.

Stronę www oraz identyfikację wizualną opracował nam Patryk Kalista z Pictodo. W końcu mamy wizytówki i papier firmowy z prawdziwego zdarzenia. Ba, nawet kupiłam kilka korpokiecek. Na stronie będzie zdecydowanie poważniej niż na blogu – same oficjalne informacje o projektach, którymi się zajmujemy. A mamy się czym zajmować, bo chociaż zaczęliśmy współpracować mniej więcej rok temu, okazało się, że jest spore zapotrzebowanie na projekty i doradztwo z pogranicza architektury i urbanistyki. Lokalnie i międzynarodowo – na przykład zajmujemy się wspólnie z Henning Larsen oraz BBGK obszarem Stoczni Cesarskiej. Żartujemy, że to przeznaczenie, bo w 2000 roku po raz pierwszy pracowaliśmy razem, jeszcze w akademiku, nad studenckim konkursem dla tego terenu. Wyjeżdżając kilka lat później do Dublina martwiliśmy się, że nie będziemy już mieć okazji zmienić nic na tym terenie, a tu niespodzianka – czekał na nas kilkanaście lat. A z konsekwencjami tej studenckiej współpracy zmagamy się do dziś – skończyło się na obrączkach i wspólnej firmie.

Przeciwko naszemu zespołowi MVRDV i Studio Paola Viganò – trzymajcie kciuki!

[Fot. Jakub Nanowski]

Zespołowa kreatywność

kropki.jpg

Wspominałam już wcześniej o projekcie, nad którym pracujemy obecnie ze studentami. Mowa o Witominie i obszarze objętym programem rewitalizacji, dla którego tworzymy wytyczne dla przekształcenia biegnącej między blokami przestrzeni publicznej. O przebiegu i efektach pracy napiszę, kiedy tylko uda nam się zakończyć prace nad podsumowującym raportem (właśnie robię jego korektę). Sesja już się skończyła, wszyscy mają już wystawione oceny, a prace trwają nadal. Stereotyp, że obecnie studenci marzą tylko o jak najmniejszym wysiłku przy odbębnianiu swoich obowiązków, kolejny raz okazał się wyssany z palca.

To trzeci taki semestralny projekt w naszej wspólnej (mojego osobistego urbanisty i mojej) dydaktycznej karierze i odnoszę wrażenie, że co roku kurs wychodzi coraz lepiej. Informacja zwrotna jest kluczowa i za każdym razem pytamy studentów – czy to w anonimowych formularzach, czy przy piwie – co ich zdaniem  można by przeprowadzić inaczej. Za każdym razem wprowadzamy sugerowane przez poprzednie grupy zmiany i chociaż nie zawsze jest to proste, staramy się pracować i nad samymi kursami, i nad naszym podejściem. Tym razem było wyjątkowo trudno – grupa liczyła aż 45 osób. Nigdy nie pracowaliśmy z tak dużym zespołem i przyznajemy, że to zdecydowanie za dużo jak na dwoje wykładowców, co zresztą wskazało wielu studentów. Przy tej liczbie nie ma szans na indywidualny i satysfakcjonujący kontakt z każdym. Ponieważ pracowaliśmy nad jednym projektem, zadanie polegało przede wszystkim na skoordynowaniu i zaplanowaniu w 15 tygodni dużego, sprawnie działającego biura. Dlatego trzeba wykorzystać jak najlepiej potencjał wszystkich uczestników, usprawnić komunikację i  rozdzielanie obowiązków oraz – szczególnie ważne – zaufać uczestnikom projektu. O tym wszystkim napiszę jeszcze bardziej szczegółowo, wychwalając pod niebiosa absolutnie niesamowitą grupę, która pobiła wszelkie rekordy samoorganizacji i odpowiedzialności. To była taka przyjemność, z tak energetyzującą atmosferą podczas piątkowych zajęć, że zawsze po ich zakończeniu  poziom adrenaliny wracał mi do normy dopiero następnego dnia. W środę 5 lipca podczas Gdynia Design Days opowiemy o tym, jak ten proces wyglądał „od kuchni” i jakie zastosowaliśmy metody nowoczesnego zarządzania zespołem. Zapraszamy!

PS Komentarze odnośnie naszej pracy okazały się w tym roku wyjątkowo rozbudowane i wartościowe. Oczywiście nie wszystkie miały pozytywny wydźwięk – oberwało nam się (i słusznie!), za to, że za dużo gadamy i że elastyczna formuła nie wszystkim odpowiada. Wśród pozytywnych opinii najbardziej rozczuliła nas ta: Nie zamieńcie się w „normalnych” profesorów.

 

 

Jak wykończyć mieszkanie wykańczając i siebie, odc.5

04

Dawno nie pisałam o remoncie, pewnie dlatego, że już wszystko skończone i tak cieszę się uczuciem ulgi, że nie mam nawet ochoty przypominać sobie tego koszmaru. Jednym z największych wyzwań była łazienka. Maleństwo pod skosem, o trójkątnym przekroju, tak ciasna, że nie zmieściła się tam nawet umywalka. Kiedy po raz pierwszy zobaczył ją mój wysoki osobisty urbanista (tak się złożyło, że nie mógł zobaczyć mieszkania przed jego zakupem), załamał się, bo nie udało mu się tam nawet wyprostować.

laz mala.jpg

Ale ja się nie załamałam, bo chodził mi po głowie pewien pomysł. Musiałam go jednak najpierw sprawdzić na rysunku i makiecie. Łazienka miała klaustrofobiczne proporcje przede wszystkim z powodu dachowego mikrookienka. Na dodatek mocno prehistorycznego, z pojedynczym uchylnym szkleniem od zewnątrz i mocowaną specjalnymi uchwytami przeszkloną ramką okienną od wewnątrz. Dlatego pierwszą rzeczą, za jaką się zabrałam, było dobranie nowego okna dachowego – tej samej wielkości od zewnątrz, ale otwieranego do góry i z obróbkami zapewniającymi możliwie dużo miejsca w środku. W budynkach, które znajdują się w ewidencji zabytków, okno można wymienić na podstawie zgłoszenia, ale należy to uzgodnić z konserwatorem. Zajęło to trochę czasu, ale nie było skomplikowane. Pod oknem umieściłam umywalkę i to okazało się strzałem w dziesiątkę. Szczotkując zęby przyjemnie patrzy się na sikorki, sroki czy sójki przysiadające na rosnącym tuż obok drzewie. A już na pewno zdecydowanie przyjemniej niż na własne odbicie w lustrze, zwłaszcza tuż po deadlinie.

06

Jeśli chodzi o ściany, zdecydowałam się na płytki – cegiełki. Chociaż nie znoszę ich w nowych mieszkaniach, do kamienic pasują mi idealnie. Najpierw zamarzył mi się zielony kolor zbliżony do kafli pieca, ale okazało się, że kiedy szuka się czegoś konkretnego, nigdzie nie można tego kupić. Oczywiście oprócz brytyjskich manufaktur, gdzie metr kwadratowy kosztuje tyle, że można by za to wyremontować całą łazienkę. Poszukując płytek trafiłam na zielone kafelki w zupełnie „niepiecowym” odcieniu, za to w takim, w jakim wykańczano łazienki przed wojną. Bardzo „higienicznie” kojarzy mi się ta seledynowa zieleń, może z uwagi na ubrania chirurgiczne i kolor papierowych ręczników.

Początkowo planowałam zabudowanie pralki w kuchni, ale wówczas nie byłoby miejsca na zmywarkę. W cudownie powiększonej łazience zmieściła się za to bez problemu jedna z najmniejszych pralek na rynku – okazało się, że mieści się w niej prawie tyle samo prania, co w standardowych. Początkowo doprowadzała mnie do rozpaczy dudnieniem przy wirowaniu i przesuwaniu się o ładnych kilkadziesiąt centymentów. To przez nią mam teraz w domu matę antywibracyjną, gumowe kliny, i duży zapas tabletek od bólu głowy – nic nie działało…Skąd te łazienkowe tańce? Hm, nie przeczytaliśmy dokładnie instrukcji. Niektóre pralki mają więcej niż jedną blokadę i zdarza się, że ta informacja jest opisana wyjątkowo małymi literkami. Dwoje doktorów nauk technicznych nie poradziło sobie  z tym problemem i wezwało serwisanta, który w trzy minuty wyciągnął ze środka dwie metalowe śrubki, kasując za to tyle, ile dostaję za kilka godzin wykładów. Czytajcie instrukcje!

[Fot. Monika Arczyńska]

Ruinizm depresjonistyczny

ruiny

To było w wakacje, na samym początku studiów, gdy ekipa z roku zorganizowała plener malarski w Kwidzynie. Zakwaterowano nas w bursie szkoły muzycznej, gdzie wyeksploatowane pianina już w pierwszych dniach naszego pobytu rozstroiły się na amen. Dostaliśmy po palecie, worku farb i pędzli oraz tektury i ruszyliśmy w miasto w poszukiwaniu malowniczych miejsc. Nie wiem, czy zadziałały rzewne kawałki Radiohead, męczone na tych wymęczonych pianinach, czy używałam za dużo błękitu paryskiego, czy to może moja słabość do malowniczych, podniszczonych miejsc, ale moje prace ochrzciliśmy mianem „ruinizmu depresjonistycznego”.

Teraz o studenckim „ruinizmie” przypomniała mi galeria Raster, przysyłając album „Ruiny Warszawy”, opracowany przez Łukasza Gorczycę i Michała Kaczyńskiego. Od razu przyznaję się bez bicia: nie spodziewałam się po tej książce wiele więcej, niż zbioru smutno-sentymentalnych fotografii powojennej stolicy. Nawet nie spieszyłam się za bardzo na pocztę, żeby odebrać przesyłkę. Myślałam, że nie zobaczę w niej nic nowego, ale znów obrazy zapamiętane z lektur szkolnych, „Czterech pancernych” i „Pianisty”, z Muzeum Powstania Warszawskiego i z Muzeum II Wojny Światowej. Są tak zakodowane w pamięci, że trudno je odczuwać inaczej niż sentymentalnie – jako zakończenie, ale i jako rozpoczęcie nowej historii. Warszawa jest dla mnie nieco odległa, ale ruiny Gdańska pamiętam doskonale z opowieści dziadka, który przeniósł się tutaj tuż po wojnie. Wspominał, że Długa, ta sama Długa, którą zajmowałam się rok temu ze studentami, patrząc na jej odbudowane pierzeje jak na Disneyland, była kiedyś kupą gruzu z biegnącą środkiem wąską ścieżką. Ale to w tym pełnym ruin mieście poznał moją babcię i tam urodziła się moja mama. Z kolei moje wspomnienia to Wyspa Spichrzów, na której nie tyle straszyły, co malowniczo „ruinistycznie” przypominały o przeszłości pozostałości ceglanych spichlerzy. Kiedy patrzę na beton wylewany brutalnie w ich sąsiedztwie, zaczynam się zastanawiać, czy to przypadkiem również nie jest barbarzyństwo, chociaż cieszę się, że ta część miasta w końcu ożyje. Deweloperskie inwestycje zabierają mi jednak obraz dzieciństwa i młodości.

cover

Płócienna oprawa albumu mieści zdecydowanie więcej, niż wspomniane obrazy. Kiedy w końcu usiadłam na spokojnie do oglądania i czytania, nie mogłam przerwać. Książka obejmuje nie tylko wojenne zniszczenia, ale całe ostatnie stulecie – od zdjęć wysadzonego w 1915 roku Mostu Poniatowskiego po współczesne wyburzenia pod nowe inwestycje. Ogląda się go jak doskonałą wystawę opatrzoną świetnym wstępem, przedstawiającą warszawskie ruiny sfotografowane przez różnych autorów. Zamiast typowego dla podobnych publikacji zbioru anonimowych zdjęć są tam zamieszczone i uzupełnione tekstami serie. Wśród nich m.in. „Ślady” Mariusza Hermanowicza – chłodny zapis na kliszy powojennych blizn warszawskich murów czy dzieci sfotografowane przez Davida Seymoura. Jedna z najbardziej zaskakujących serii to fotokolaże Romana Cieślewicza, Teresy Kuczyńskiej i Bohdana Łopieńskiego z miesięcznika „Ty i Ja” z 1962, zrealizowana z okazji obchodzonego we wrześniu miesiąca odbudowy Warszawy.  Na czarno-białym tle ruin wyginają się wycięte z francuskich magazynów modelki w pokolorowanych kostiumach i kombinezonach. Łukasz Gorczyca tak komentuje te kolaże :

Wyreżyserowane na łamach „Ty i Ja” spotkanie dwóch światów jest tym bardziej paradoksalne, że konfrontuje ze sobą widmowe rzeczywistości: odchodzące w przeszłość widoki ostatnich warszawskich, powojennych ruin oraz nabierający po wojnie ropzędu globalny przemysł fotografii modowej. Z tego połączenia wynikł wyjątkowy dokument jakże trafnie opisujący warszawski krajobraz przełomu lat 50, i 60,: biedę i surowość, ale też kosmopolityczne aspiracje pwoojennej odbudowy, zapisaną w ruinach wojenną traumę i nie wolne od desperacji próby jej odczarowania za pomoca witalnej figury młodej, modnej dziewczyny-kociaka […] 

Część poświęcona mniej odległym czasom, tym po ’89, jest nie mniej ciekawa. Fotografie Marty Leśniakowskiej z wyburzania Supersamu mają podobny wydźwięk jak zdjęcia Michała Szlagi, dokumentujące znikanie materialnych pozostałości Stoczni Gdańskiej. Z kolei seria Franciszka Buchnera przedstawia współczesne budynki wyburzane pod nowe deweloperskie inwestycje – kolejne kapitalistyczne symbole w stolicy. Większość z ich to niezbyt cenne obiekty, po których nikt nie będzie raczej płakał, ale wśród zdjęć znalazła się m.in. rozbiórka Emilii. Cieszę się z umieszczenia w albumie obrazów znikania cennego powojennego modernizmu – zapis obrazów przeszłości sprawia, że zaczyna się odczuwać te straty jako coś nieuniknionego, należącego już do historii. Ich oglądanie odbieram jak przeglądanie konserwatorskiej dokumentacji niestniejących już obiektów. Były – nie ma – trudno. Idziemy dalej.

Przymierzaliśmy się kiedyś z moim ulubionym historykiem sztuki do tematu ruin – chodziła nam po głowie wystawa albo tekst, bo pomyśleliśmy, że zestawienie punktu widzenia człowieka od sztuki i od architektury przyniesie ciekawe wnioski. Nie będziemy jednak się tym już zajmować – Raster zrobił to aż za dobrze. A tekstów Łukasza Gorczycy zdecydowanie chcę poczytać więcej.

Album można przejrzeć na stronie galerii: http://rastergallery.com/galeria/materialy-prasowe/ruiny-warszawy-materialy-prasowe/?kontekst=prasowe, a kupić w intermetowej księgarni Bęc Zmiany: http://sklep.beczmiana.pl/2-glowna/797-ruiny-warszawy-lukasz-gorczyca-michal-kaczynski.html

[Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz]

 

Głupia winda

wind

Piątek, 8:30 rano, Politechnika, trzy panie doktor z Wydziału Architektury próbują wsiąść do windy, żeby bez zadyszki zdążyć na zajęcia. Mamy bardzo wysokie kondygnacje w Gmachu Głównym, więc przy braku superkondycji bez zadyszki się nie da. Z kolei windy mamy nieprzewidywalne, najwolniejsze pod słońcem i generalnie nie za mądre. Stanowią świetny temat dla porannego small talka (ile można komentować pogodę). Nasz dialog wyglądał mniej więcej tak:

Pani dr K: Ojoj, znów się nie zatrzymała.

Pani dr B: Ależ głupie te windy.

Pani dr A (ja): Ups, ale to kiepsko brzmi.

B: Co kiepsko brzmi?

A: „Głupia winda” kiepsko brzmi. Jak „głupia baba” albo „głupia krowa”. Zawsze rodzaj żeński jest głupi.

B: Ooo, ale feministycznie od samego rana! (uśmiech)

A: No pewnie. Dlatego proponuję nazywać ją jednak po męsku. Np. „głupi wind”. Albo „głupi lift”.

K: Hm, ja tam nie chcę pań architekt poprawiać, ale fachowo „winda” to nie „winda”, ale… „dźwig”.

A i B jednocześnie: „Głupi dźwig”? Idealnie!!!

KURTYNA.

 

Parki i ogrody terapeutyczne

terap

Dostałam niedawno z PWN „Parki i ogrody terapeutyczne” autorstwa Moniki Trojanowskiej. Początkowo wahałam się, czy zająć się tym tematem, bo nie jestem przecież architektem krajobrazu, ale parki, drzewa i trawniki ostatnio mnie prześladują. Projektowo dosłownie utknęłam w „powierzchniach biologicznie czynnych”. Na tzw. desce mam teraz woonerf na Abrahama w Gdyni, gdzie pojawi się w końcu więcej zieleni. Książka traktuje również o sensorycznym odbieraniu zieleni, które ma wiele wspólnego berlińskim Ogrodem Botanicznym. Z Heneghan Peng właśnie projektujemy tam pawilon wejściowy i bistro, a w Tast- und Duftgarten, czyli ogrodzie dotyku i zapachu… toalety. Ze studentami zajmujemy się przestrzeniami publicznymi na Witominie – jednej z najbardzej zielonych dzielnic Gdyni, położonej w lesie. Z kolei z uwagi na ciągły nadmiar pracy eksploatuję ostatnio intensywnie okoliczną zieleń w celach terapeutycznych i antystresowych. Nie tyle na łonie przyrody, bo trudno tam gapić się w monitor komputera, co patrząc przez okno i wdychając zapach kwitnących pod moją kamienicą bzów.

Ale miało być o książce, a nie o moich parkowych doświadczeniach. Nie traktowałabym tej książki jako opracowania naukowego, lecz bardziej jako podręcznik i katalog dobrych parkowych praktyk, zilustrowany wieloma przykładami, głównie polskimi i francuskimi. Autorka przedstawia zestawienie cech, nazwanych przez nią atrybutami, które decydują o tym, czy park faktycznie ma działanie terapeutyczne. Bo choć w sumie relaksujący i uspokajający wpływ zieleni wydaje się oczywisty, nie każdy projekt w pełni wykorzystuje jej terapeutyczny potencjał. Cechy zostały usystematyzowane we „wzorcu zestawienia atrybutów parku o właściwościach terapeutycznych” – narzędzia, które podczas projektowania parku warto mieć pod ręką przez cały czas. Od pierwszych idei, które powinny uwzględniać wspomniane atrybuty, po ostateczne sprawdzenie, czy zostały one faktycznie uwzględnione. Wzorca można także  użyć do ewaluacji już w trakcie użytkowania i w książce znajduje się jeden taki przykład. Brakuje mi jednak rozróżnienia na zielone przestrzenie o różnej skali. W silnie zurbanizowanej przestrzeni park kieszonkowy może mieć większe znaczenie terapeutyczne dla spragnionych zieleni mieszkańców niż duży, wielofunkcyjny park wśród zabudowy o niskiej intensywności. Żałuję również, że nie zamieszczono więcej informacji o wyspecjalizowanych ogrodach terapeutycznych, ukierunkowanych na konkretne schorzenia. Przedstawione studia przypadku dają co prawda pojęcie o sposobach wykorzystywania zieleni jako elementu terapii i leczenia, jednak w podziale na kategorie schorzeń, np. wsparcie terapii demencji i Alzheimera, poparzeń czy depresji, pojawiają się tylko odnośniki do zlokalizowanych na całym świecie ogrodów.

Polecam tę książkę przede wszystkim każdemu, kto za temat parków dopiero się zabiera. Żałuję, że nie miałam dostępu do podobnej publikacji, kiedy przymierzałam się do parkowych tematów podczas konkursów. Innowacyjna, oryginalna koncepcja funkcjonalna lub przestrzenna pozwala świetnie „sprzedać” projekt, ale parki rządzą się własnymi prawami i warto te prawa – czy też może atrybuty – poznać i zrozumieć, żeby intuicyjnie stosować je w projektowaniu.

„Parki i ogrody terapeutyczne” można kupić  m.in. w księgarni internetowej PWN, również jako ebook.

[Fot. Paweł Unger]

Artykuł sponsorowany

Eames

Żartuję sobie od czasu do czasu, że przydałoby się w końcu zacząć zarabiać na blogu. A jeśli nie zarabiać konkretne pieniądze, to wzorem modowo-mejkapowych blogerek dostawać suweniry od firm poszukujący reklamy. Nie zapomnę podróży autobusem fotel w fotel z szafiarką (do tej pory nie udało mi się jej zidentyfikować), która przez kilka godzin dzielących Gdańsk i Łódź omawiała przez telefon otrzymane tego dnia prezenty: zegarki, kiecki, torebki… Też bym tak chciała! Tym bardziej, że po prawie roku remontów doceniłabym branżowe suweniry w postaci parapetów z konglomeratu czy wolnoopadających desek wc. Ale jak znam życie, pewnie wszystko byłoby w popularnych w Polsce beżach i brązach, a chociaż darowanemu koniowi nie patrzy się w zęby, beżów i brązów we wnętrzach nie znoszę. W zegarkach, kieckach i torebkach zresztą też. Niestety, żadna Vitra nie chce mi sprezentować krzeseł do pracowni, a przydałyby się bardzo. Dla takich EA 108 byłabym gotowa zrobić rozbieraną sesję i to nawet z krzesłami w wersji z siatką.

Coś się jednak ostatnio ruszyło i zaczęłam dostawać m.in. książki do zrecenzowania na blogu. Wkrótce napiszę o dwóch pozycjach. Obiecuję, że zawsze będę uczciwie zaznaczać, czy dany post jest „sponsorowany” czy nie, bo nic nie drażni mnie tak bardzo na cudzych blogach, jak opis np. leniwego poranka z kąpielą w bąbelkach firmy X i śniadaniem z margaryną firmy Y.  Tak jakby blogerki od lat używały produktów X i Y, chociaż dopiero co wprowadzono je na rynek. Ale gdyby Vitra jednak postanowiła zasponsorować mi te krzesła, to będę ich przecież faktycznie używać w pracowni i uczciwie mogłabym rozpoczynać posty od „Siedząc właśnie na EA 108…”.

[Fot. Łukasz Pancewicz]

 

ArchiteK(t)URA

sebr01

To nie żart. Zgodnie z zapowiedzią spędziłam sobotę na wystawie… kur ozdobnych. Gdyby ktoś zastanawiał się, co kury mają wspólnego z architekturą, zapewniam, że sporo i przypuszczam, że każdy projektant byłby w stanie znaleźć dla siebie kurzą inspirację. Co za bogactwo form, barw, proporcji i wzorów! Także dźwięków, bo zaprezentowane rasy kur (albo raczej kogutów) śpiewających wydobywały z gardeł operowe tony. Patronat nad wystawą objęła m.in. Ambasada Japonii i sporą część klatek zajmowały kury z Dalekiego Wschodu. Japończycy są wielkimi fanami tych ptaków i każda z sześciu faz piania ma specjalną nazwę. Cóż, i architektura, i muzyka opierają się na harmonii.

silka

Silka, ale jedwabista, a nie silikatowa

twarz

Kurza twarz!

Zaprezentowano m.in. czubatki, które pierzastą kulą na głowie przypominają Wielkiego Ptaka z ulicy Sezamkowej. Pojawiły się też kury o tak zdeformowanych grzebieniach, że wyglądają, jakby miały na wierzchu czerwony mózg. Były również ptaki w kształcie idealnej, puszystej kuli, z „hatchbackiem” zamiast typowego ogonowego „sedana”.

mozg

Kurzy móżdżek;)

panterka

Kura w panterkę

Całe to gdakająco-piejące towarzystwo robiło piorunujące wrażenie, ale architektom z reguły najbardziej wpadają w oko czarno-białe, graficzne kompozycje. Miałam nadzieję, że po raz pierwszy zobaczę na żywo sebrytki. Ta rasa występuje w kilku wersjach kolorystycznych, ale zawsze najbardziej podobały mi się białe z czarnymi obwódkami piór. Niestety, sebrytek nie było, ale widziałam kurę i koguta o bardzo podobnym upierzeniu, ale zupełnie innych proporcjach.

czubatka

Czarna kura z białym afro

samograj

Czarny, biały i czerwone akcenty – niby banał kolorystyczny, ale jaki efektowny

sebr02

Prawie jak sebrytki

Największym odkryciem okazała się rasa Ayam Cemani. To najbardziej architektoniczna z kur, w jedynym słusznym kolorze – dzięki nietypowej pigmentacji jest całkowicie czarna. Nie dość, że ma czarne pierze, łapy, dziób i grzebień, ale także mięso. Patrzy się na nią jak przez photoshopowy filtr. Poza tym ma przepiękny, smukły kształt – spójrzcie tylko na rzut, przepraszam, zdjęcie z góry. Z uwagi na cenę podobno nazywa się ją „lamborghini kurników”, chociaż kolor sugerowałby raczej forda T.

Kura w sam raz dla architekta, prawda?

trojkatbw02bw01

[Fot. Monika Arczyńska]

Geologiczno-sejsmiczno-urbanistycznie

img_1841

To już pewnie pozostanie tradycją bloga, że wakacyjne opowieści powracają jeszcze przez kilka tygodni lub miesięcy po moim powrocie. Wracam z setkami zdjęć i wrażeń, a potem nagle okazuje się, że nie wystarcza czasu na opisanie wszystkiego. W archiwum niedokończonych postów mam teksty nawet sprzed dwóch lat – nie usuwam ich z nadzieją, że kiedyś do nich wrócę. Na przykład z postem o Muzeum Guggenheima w Bilbao wyskoczę pewnie przy okazji urodzin Gehry’ego albo serii o najgorszych budynkach świata, ale póki co czeka sobie grzecznie na moment, kiedy będę w wyjątkowo złośliwym nastroju.

Na razie nie zapowiadają się żadne dalekie wyjazdy, a ponieważ majówkę spędzę pracowicie w Gdańsku, wspominam więc ostatnią dłuższą podróż, z przełomu roku. Oprócz Bari spędziliśmy nieco czasu w Lecce i to była zdecydowanie największa niespodzianka wyjazdu. Nie miałam pojęcia, że jest tam aż tak pięknie – całe barokowe miasto zbudowane jest z kamienia, a kościoły to już absolutne mistrzostwo świata. Jakby tego wszystkiego było mało, na głównym placu znajduje się kawał rzymskiego amfiteatru, a na pozostałości z tego okresu można natknąć się w dość niespodziewanych miejscach – np. w najbardziej zasikanych zaułkach. Ponieważ układ ulic jest nieregularny, a ich nawierzchnia wyłożona jest kamieniem bez rozróżnienia na chodniki i jezdnie, kwartały zabudowy o wielokątnych rzutach sprawiają wrażenie bloków skalnych, które wypiętrzyły się  w wyniku jakiegoś dziwnego geologicznego procesu. Dziwnego, bo na tę samą wysokość, w tym samym czasie, z podobnymi barokowymi detalami. Może na Półwyspie Apenińskim po prostu już tak jest geologiczno-sejsmiczno-urbanistycznie: albo wybucha tam jakiś Wezuwiusz pogrążając całe miasto pod wulkanicznym popiołem, albo wypiętrzają się barokowe kwartały.

Samo centrum sprawia dość turystyczne wrażenie pomimo niewielkiej liczby przyjezdnych zimą. Kościoły otwierają się w mało intuicyjnych godzinach, więc kończy się na spacerowaniu, przystawaniu, spacerowaniu, przystawaniu… Na szczęście miasto obfituje w bary, więc można równie często przystawać na espresso lub avernę, aby dojść do siebie po kolejnej zbyt dużej dawce piękna.

img_1869

Basilica di Santa Croce – to jedno z tych miejsc, w których nasz najostrzejszy wykładowca historii architektury szepnąłby: „Ekstaza, ekstaza…”
img_1958
Piazza Sant’Oronzo…
img_1964

…a na nim rzymski amfiteatr. Z litości nie pokazuję zaaranżowanej na dole szopki bożonarodzeniowej, bo takiego kiczu nie spotyka się na co dzień:)

Lecce jest dość małe, więc po powrocie do Bari czułam się potwornie niewyspacerowana i zmusiłam mojego osobistego urbanistę do pokonania sporej trasy wzdłuż wybrzeża. Ku jego rozpaczy okazało się, że tam z kolei wypiętrzyły się nie barokowe kwartały, ale paskudne przemysłowe budynki i zamiast iść plażą, spacerowaliśmy głównie po asfalcie. Industrialne cierpienia wynagrodziły nam jednak sympatyczne nadmorskie miasteczka: Monopoli i Polignano da Mare. Zwłaszcza Polignano wpadło nam w oko – co prawda nie udało nam się zajrzeć do restauracji w grocie z widokiem na morze, która stanowi tam największą atrakcję turystyczną (rozbudowa), za to na szczęście jedna z niewielu otwartych knajp okazała się barem z rybami i owocami morza. Wcinając tatar z tuńczyka zastanawialiśmy się, czy przypadkiem nie bawimy się równie dobrze, jak Amerykanie i Japończycy, którzy z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem rezerwują piekielnie drogie kolacje we wspomnianej grocie. Na pewno było mniej romantycznie, ale powiedzmy sobie szczerze: trasa przez nadmorskie obszary przemysłowe to też nie jest najbardziej nastrojowy spacer.

img_2142

Port rybacki w Monopoli

img_2171

Ulica w Polignano da Mare – cała nadmorska część miasteczka to podobne, niewielkie kwartały w ortogonalnym układzie

Dość już tych wspomnień, bo na myśl o długim weekendzie przed komputerem zaczyna mi się robić niedobrze. Życzę Wam nadzwyczajnie udanej majówki (i niech w końcu zacznie się wiosna z prawdziwego zdarzenia!)

[fot. Monika Arczyńska]

Co w Łodzi wychodzi

WP_20170408_11_33_22_Pro

Po wielkanocnej komputerowo-internetowej abstynencji zabrałam się w końcu za nadrabianie blogowych zaległości. Ta abstynencja ciągnie się kolejny weekend pod rząd – ostatnio co tydzień gdzieś wyjeżdżamy. Poprzednią sobotę i niedzielę spędziliśmy w ulubionej Łodzi na urodzinowej imprezie-niespodziance i spacerowaniu po mieście z częstymi przerywnikami na – jak to w Łodzi – „procentowe” postoje.

To już nie jest to samo miasto, co kiedyś. To nawet nie jest to samo miasto, co rok czy pół roku temu. Takiego tempa zmian na plus nie widziałam jeszcze nigdzie i wychodzi to Łodzi nadzwyczajnie. Po naprawdę kiepskim momencie miasto energicznie odbiło się od dna. Najpierw zrobiło się nieco berlińsko, czyli biednie, ale sexy, a teraz nareszcie są pieniądze, żeby działać porządnie. Nie ma nic gorszego niż naprawianie miasta poprzez prowizorki albo na zasadzie, że lepiej zrobić coś tanio, ale kiepsko, niż wcale.

Już trasa z Kaliskiej do centrum jest pozytywnym zaskoczeniem. Na Starym Polesiu co kawałek pojawia się na zadbany, obsadzony zielenią skwer (projekt „Zielone Polesie”), a w kilku miejscach albo już stoi nowa zabudowa, albo właśnie trwa realizacja nowych biurowców i mieszkań. Działalność deweloperska w łódzkim śródmieściu to nowość – dotychczas oferta mieszkaniowa istniała wyłącznie dla miłośników historycznych kamienic lub peerelowskich bloków. Jedne i drugie poddawane są zresztą teraz remontom. W końcu i w Łodzi na wiosnę pojawiły się rusztowania, chociaż do niedawna można je było zobaczyć głównie na elewacjach miejskich budynków, opatrzone znakiem akcji MIA100 Kamienic.

WP_20170408_13_05_54_Pro

Nawet Kościuszko z Placu Wolności doczekał się remontu

Centrum dogęszczane jest nie tylko nową zabudową mieszkaniową, ale i usługami. Pamiętam, jak podczas wcześniejszych wizyt zaskoczyło mnie, że w przeciwieństwie do większości polskich miast, gdzie spożywcze dyskonty znajdują się niemal na każdym rogu, w Łodzi mieszkańcy śródmieścia skazani są na żabki, a warzywniaków jest jak na lekarstwo. Tak, wiem, biedronki i lidle zabijają brutalnie drobny lokalny handel, ale po pierwsze ceny w osiedlowych sklepikach przekraczają możliwości finansowe emerytów, których w centrum mieszka mnóstwo, a innych mieszkańców zmusza do korzystania z samochodów. Dlatego ucieszył mnie m.in. nowy śródmiejski lidl, do którego można podskoczyć z wózeczkiem na zakupy.

Kolejny woonerf – łódzka specjalność – właśnie się buduje. Tym razem na ul. Zacisze. To pierwszy „prawdziwy” woonerf, czyli dla mieszkańców, zgodnie z pierwotną ideą tego holenderskiego wynalazku. Ten typ zagospodarowania ulicy kojarzy się u nas nieco inaczej, bo ze śródmiejską przestrzenią publiczną z knajpami i stolikami lokali gastronomicznych. Na Zaciszu będą miejsca postojowe, ławki, zachowane drzewa i zieleńce.

^B371BD72506B017EAE886FAE927E201D75CD2A0D1FBAE77F8C^pimgpsh_fullsize_distr

Woonerf na ul. Zacisze

Pierwszy raz miałam też okazję zobaczyć Łódź Fabryczną i to jedyne miejsce, w którym co chwilę wybuchałam złośliwym chichotem. Rozumiem, że dopiero po zbudowaniu tunelu i rozpoczęciu przyjmowania wszystkich przejeżdżających przez Łódź pociągów ta inwestycja zacznie mieć sens, ale skala założenia jest tak przegięta, że nawet gdyby miasto miało stać się globalną metropolią, na dworcu i tak będą pustki, bo tych ogromnych kubatur nie da się chyba zapełnić ludźmi. Chyba, że zaczną pełnić inne, dodatkowe funkcje – wyobrażam go sobie jako olbrzymią halę targową albo… oceanarium. Obiekt przypomina ogromną płaszczkę, więc mógłby stanowić wyjątkowo megalomański przykład architektury parlante. Na razie to przestrzeń, którą trzeba non stop obsługiwać za spore pieniądze – sprzątać, ogrzewać, wentylować.

SPRZATANIE

Ale największe zaskoczenie (i załamanie) to tylne wyjście, zawalone estakadami, betonem, asfaltem i samochodami. Co gorsza, ciężko się stamtąd wydostać inaczej niż taksówką. Próbowaliśmy intuicyjnie szukać drogi dla pieszych, ale albo wychodziliśmy w ślepe narożniki, albo… kończył się chodnik. W końcu znaleźliśmy wąski tunelik, który wyprowadził nas z tego infrastrukturalnego szaleństwa.

^6DD13822EEC73A2DBE2435C043C861922CAE25618B63840DA6^pimgpsh_fullsize_distr

Tak na lewo od wyjścia…

WP_20170408_12_03_00_Pro

…tak na prawo.

WP_20170408_12_05_03_Pro

Potem kończy się chodnik…

 

WP_20170408_12_06_40_Pro

..a wyjść można tylko ukrytym, wąskim i wilgotnym tunelikiem…

smiechnasalibw

…na którego widok nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać.

Aby odetchnąć, popędziliśmy od razu w kierunku pobliskiej ul. Tramwajowej, aby sprawdzić, czy nadal można tam zobaczyć kury (słyszeliśmy od znajomych). Ba, nie dość, że trzy kury, to jeszcze koguta. Całe to drobiowe towarzystwo pasło się luzem między samochodami i wyglądało na zadowolone.

WP_20170408_12_13_56_Pro

Na szczęście słynne kury z Tramwajowej wynagradzają tę infrastrukturalną traumę.

My też wyglądaliśmy na zadowolonych i to przez cały weekend. Pewne sprawy w Łodzi są na szczęście niezmienne – wspaniali łodzianie i intensywne życie nocne. Dla jednego i drugiego warto tam wpadać jak najczęściej i nie mogę się doczekać, aż będzie można dojechać pociągiem do Fabrycznej. Trzeba w końcu zapełnić tę pustkę!

[Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz]

 

Kartony, wszędzie kartony!

KUCHNIA.jpg

Znów zmiany mieszkaniowe – mam nadzieję, że to już ostatnia przeprowadzka w tej dekadzie. Nienawidzę pakowania i rozpakowywania oraz szukania rzeczy, które tak dobrze schowałam, że nie da się ich znaleźć. Tym razem, zamiast szaleńczo starać się opanować przeprowadzkowy chaos, zgodnie z wyznaczonym na ten rok hasłem „równowaga” spakowaliśmy się błyskawicznie i pojechaliśmy do Jastarni, żeby nacieszyć się wiosną, a nie sprzątaniem. Słońce, plaża i dorsze tak nas naładowały energią, że nawet życie na kartonach nie przeszkadza nam za bardzo. Nawet, jeśli oznacza to jedzenie z kartonu (na szczęście mamy niedaleko sympatyczną pizzerię).

Zastanawiam się, czy architekci mają ponadprzeciętne predyspozycje przeprowadzkowe. Nie chodzi mi o częstotliwość przenoszenia się z miejsca na miejsce czy umiejętność urządzania nowych mieszkań, ale o samo przenoszenie dobytku. Teoretycznie nasza wyobraźnia przestrzenna powinna nam pozwolić efektywniej zapakować kartony i lepiej przewidzieć kolejność rozpakowywania. Moim największym problemem jest zwykle ustalenie, ile należy przygotować pudeł i skrzynek – zawsze kończą się zbyt szybko. Raz przydarzyła mi się jednak odwrotna sytuacja. Przeprowadzając się z Dublina do Gdańska, skorzystałam z usług firmy transportowej, która miała w ofercie przewożenie dobytku liczonego nie w kilogramach, ale w metrach sześciennych. Pomyślałam, że wszystkie książki, garnki i torebki zajmą tych metrów co najmniej kilka, a tu niespodzianka. Wiecie, jaki pojemny jest jeden metr sześcienny? Tak pojemny, że chociaż początkowo planowałam zutylizować takie rzeczy jak wieszaki na ubrania czy podstawowe kuchenne sprzęty, zmieściło się wszystko, łącznie z rowerami. Od tamtej pory podczas projektowania traktuję metry sześcienne z dużym respektem:)

[Fot. Łukasz Pancewicz]

Jan „naprawię każde miasto” Gehl

WP_20170315_15_50_54_Pro.jpg

Wróciłam właśnie ze spotkania z Gehlem. Wahałam się – wybierać się, nie wybierać – ale pogoda zachęciła mnie do wyjścia z domu. W takim mieście, jak Gdańsk, gdzie architektonicznie i urbanistycznie dzieje się niewiele, a gwiazdy tych dziedzin omijają Trójmiasto, jakby szalała tu epidemia dżumy, to nie lada wydarzenie. Można spotkać przyjaciół, znajomych, byłych studentów, obecnych studentów i przyszłych studentów, wykładowców, urzędników i aktywistów od przestrzeni. Bardzo przypominało to spotkanie towarzyskie, tym bardziej, że wynudziłam się okropnie i nie mogłam doczekać końca. Było jak to zwykle u Gehla – wszyscy zadają pytania o lokalne sprawy, spodziewając sie konkretnych rozwiązań, a przecież po dwóch spacerach po mieście nawet najbardziej wizjonerski urbanista świata nie dałby sobie rady  z takim zadaniem.

Chociaż bardzo lubię książki Gehla i często odsyłam do nich studentów, nie jestem przekonana do jego obecnych koncepcji. Jak magik wyciaga z kapelusza swoje złote zasady – podejrzewam, że od początku swojej kariery, czyli od ładnych kilkudziesięciu lat, zbiera różne „pomysły na miasto”. Tu trochę z własnego doświadczenia, tam trochę z Jane Jacobs albo Christophera Alexandra. Nie muszą być odkrywcze, ale powinny być w miarę możliwości uniwersalne. Kiedyś pewnie zbierałje w notesie, teraz pewnie istnieją już w formie aplikacji. Wpisuje się dane wejściowe – wielkość miasta, główne problemy, system polityczny, liczbę samochodów na 1000 mieszkańców czy procent terenów zielonych, wklepuje pożądaną liczbę pomysłów oraz poziom ich uszczegółowienia, klika enter i voila! „Dwanaście zasad Jana Gehla” albo „Profesora Gehla pomysły na uzdrowienie miasta X” gotowe, można wystawiać fakturę. Ale żeby była odpowiednio wysoka, trzeba mieć wyrobioną silną markę, a J.G. pracuje nad nią od lat. Nie każda książka staje się kultowa, nie każdy urbanista jest zapraszany do współpracy na całym świecie, nie każdy pojawia się w weneckim pawilonie Danii sfilmowany jak kapłan i prorok w jednym.

Pamiętam jeszcze z Dublina jego koncepcje dla poprawy przestrzeni publicznych w jednej z części miasta. Myślę, że bardziej złożone projekty potrafią przygotować studenci. Tymi mniejszymi zleceniami Gehl się rzadko chwali – pokazowe projekty to Nowy Jork, San Francisco czy Moskwa. Gehl nie jest tani – przypuszczam, że polskie samorządy, które zaprosily go do siebie z nadzieją współpracy, zrezygnowało z niej po otrzymaniu oferty z wyceną. A może nie tylko oferty, ale i samego zakresu opracowania – sporo się u nas zmieniło i duńskie patenty są już tu stosowane. Na dzisiejszym spotkaniu siedziałam przed ekipą z Biura Rozwoju Gdańska i co chwilę słyszałam szepty „No, to właśnie tak jak u nas!”. Ja też zachichotałam pod nosem słysząc o koncepcji sadzenia drzew przez mieszkańców Kopenhagi, przy współpracy z miastem. Sama „posadziłam” w tym tygodniu kilka drzew w Gdańsku i czekam właśnie na akceptację. I to jest chyba najbardziej optymistyczny akcent dzisiejszego spotkania – już umiemy sami rozwiązywać miejskie problemy. Tylko czasem przydałoby się trochę wizjonerstwa.

[fot. Monika Arczyńska]

Słaba, mała i niemądra?

8marca01

Jako słaba, mała (phi, tylko 182cm!) i zdecydowanie niemądra kobieta nie umiem ustalić, czy dziś należy ubrać się na czerwono, czy na czarno. Bo w Ameryce niby na czerwono, a u nas na czarno. Wolałabym na czerwono, bo kilka dni temu zepsułam zamek w czarnym płaszczu. Naprawienie zamka to zadanie godne wygrania partyjki szachów z Garrim Kasparowem… A parasolkę mam zieloną. No to co ja mam w końcu zrobić? Ach, my, kobiety, mamy takie skomplikowane problemy!

Dobra, koniec tych żartów. Bez względu na kolor płaszcza dołączę dziś do protestu, ale dopiero po południu. Nie opuszczę pracy dla Heneghan Peng, bo to właśnie tam zobaczyłam, jak powinny być traktowane kobiety, także te bardzo młode, jeśli wykonują tradycyjnie męski zawód. Nawet na samym początku, gdy miałam jeszcze niewiele doświadczenia, a niektórzy branżyści mogliby równie dobrze używać swahili, tak egzotyczne były ich akcenty, zawsze czułam wsparcie i szacunek zespołu. Rzucenie na głęboką wodę pozwala błyskawicznie się uczyć, więc jeśli dziewczynom na starcie daje się do roboty kreślenie i parzenie kawy, nic dziwnego, że to chłopacy są szybciej gotowi do prowadzenia projektów. Dlatego na wydziale traktuję równo studentki i studentów, a określenie „zdolny, ale leniwy”, które stosuje się głównie wobec facetów, wyrzucam do kosza. Uśmiechających się z pobłażaniem podtatusiałych panów, którzy próbują zwracać się do mnie jak do niedoświadczonej dziewczynki, traktuję z kłującą jak szpilka złośliwością. Szkoda tylko, że muszę jeszcze się tu wspierać arsenałem środków, których w Dublinie czy Londynie nie musiałam stosować – obcasami, korpomundurkami i poważną miną. A przecież w sukience w kwiaty mam dokładnie to samo do powiedzenia.

Do zobaczenia, a z okazji Dnia Kobiet przede wszystkim dużo odwagi!

[fot. Łukasz Pancewicz]

Nowy semestr

portland

Dziś zaczął się nowy semestr na Politechnice. Jestem tam obecnie na etacie, więc mam więcej godzin dydaktycznych. Jeszcze nie wiem, jak się z tym wszystkim wyrobię czasowo, ale czuję, że ostatniego dnia upiję się z radości. Bo uczenie jest dla mnie najbardziej satysfakcjonującym zajęciem, ale i najbardziej wyczerpującym. Godzina nad własnym projektem wymaga poświęcenia zdecydowanie mniejszej dawki energii niż doradzanie przy studenckich pracach. Na szczęście przekleństwo „obyś cudze dzieci uczył” studentów nie dotyczy, bo to już nie dzieci, ale zdolni i pracowici młodzi dorośli.

Z moim osobistym urbanistą będziemy prowadzić dwa przedmioty, w tym jeden, na którym kolejny raz przetestujemy naszą eksperymentalną metodę, czyli zorganizowanie studia projektowego jak prawdziwej pracy w biurze, z zewnętrznymi konsultantami. Stosowaliśmy ją wcześniej w projekcie rewitalizacji Starego Polesia w Łodzi i opracowaniu wytycznych dla modernizacji Długiej i Długiego Targu w Gdańsku. Zapraszamy dziś o 19:00 do FRAG na Ogarnej, gdzie będziemy opowiadać o tych projektach. Tym razem zabieramy się za Witomino – gdyńskie blokowisko położone w środku lasu. We współpracy z Laboratorium Innowacji Społecznych cały zespół będzie pracować nad projektem poprawy jakości przestrzeni publicznych w tej dzielnicy.  Zapowiada się większa grupa niż dotychczas, będą też studenci z bardziej egzotycznych krajów niż w ubiegłych latach, m.in. z Chin, RPA i Egiptu. Będzie mnóstwo pracy, ale mam nadzieję, że zespół zgra się tak dobrze, jak poprzednie i znów nas zaskoczy. Wszystko zależy od studentów – ich zaangażowanie i talenty są warunkiem sukcesu.

PS Ilustracja do dzisiejszego posta nie ma być żadną sugestią, że nowy semestr zapowiada się przeraźliwie – to po prostu pączek. Pamiętacie, że dziś Tłusty Czwartek?

[Fot. Monika Arczyńska – najlepsze pączki w Portland]

Połączenia męsko-damskie

bolt-with-nut

Ponieważ nie jestem już zakochana w Alejandro Aravenie, w tym roku walentynkowy wpis będzie bardzo techniczny.

Nie mam zielonego pojęcia, czy istnieje polskie tłumaczenie tego określenia, ale w technicznym angielskim funkcjonuje male-female connector, czyli dosłownie połączenie męsko-damskie. Dosłowne jest nie tylko tłumaczenie, ale również zasada działania tych połączeń. Chodzi o dwa elementy, z których jedno posiada dziurkę, a drugie wypustkę. Jeden wkłada się w drugi i chyba nie muszę tłumaczyć, który jest męski, a który damski. Nawet pozornie niewinne klocki LEGO mają męską górę i damski spód.

Za każdym razem, kiedy słyszę to określenie, lekko się rumienię lub muszę powstrzymywać chichot. Wyobraźnia działa i już, nic na to nie poradzę. Gdybyście również mieli ochotę się porumienić, Wikipedia obszernie przedstawia ten męsko-damski świat. Ostrzegam tylko, że ilustracje są bardzo nieprzyzwoite!

[fot. Pavel KrokOwn work, A fastening bolt with nut, wikipedia]

JAK WYKOŃCZYĆ MIESZKANIE WYKAŃCZAJĄC I SIEBIE, ODC.4

piec.jpg

Pora w końcu się przyznać, co doprowadzało mnie ostatnio do remontowej rozpaczy. To żadna nowość, że architekci mają kota na punkcie mieszkań w starych kamienicach. Tam jest po prostu klimat i już – wysokość, duże okna, nietypowe układy. O takich miejscach pisze (głównie o swoim, w sopockiej kamienicy) moja blogowa koleżanka – Kasia Antończyk czyli Architekt na Szpilkach. O zachowanych stolarkach czy podłogach w Gdańsku można jednak z reguły pomarzyć, bo to miasto względnego dobrobytu i w większości kamienic od lat 90. dokonywano zabójczych dla oryginalnej tkanki modernizacji. Królują drzwi z OBI i panele z Castoramy, a co gorsza proceder usuwania oryginalnych elementów budynku trwa nadal i co rusz widzę na śmietnikach piękne stare drzwi z litego drewna. Przy okazji prośba: jeśli też kiedyś traficie na takie rarytasy, zróbcie zdjęcie i wrzućcie np. na facebookowy fanpage Uwaga, śmieciarka jedzie, który ma kilka lokalnych wersji. Niejedne drzwi udało się w ten sposób uratować.

Mieszkania w kamienicach są z reguły wielkie, a ja szukałam czegoś niedużego. Mniejsze lokale to przede wszystkim wynik podziału ponadstumetrowych molochów i zdarzają się w nich różne niespodzianki. Miałam okazję zobaczyć miejsca jak rodem z serwisu Chujowe mieszkania do wynajęcia, czyli np. z prysznicami w kuchniach. Nie mogę też odżałować lokalizacji przy jednej z moich ulubionych ulic we Wrzeszczu, pod samym lasem. W pięknej, choć zaniedbanej kamienicy, trzeba było przejść nie tylko przez główną klatkę schdodową, ale również przez labirynt przedziwnie pozakręcanych korytarzy. Uciekłam w popłochu na samą myśl o ewakuacji stamtąd w razie pożaru.

Po dwóch czy trzech latach poszukiwań w końcu trafiłam na odpowiednie mieszkanie, którego układ i wyposażenie wymagały jednak pewnych przekształceń. Jedyny pokój był spory, za to kuchnia miała  proporcje godne tramwaju: 6 metrów długości i całe 175cm szerokości. To mniej niż rozpiętość moich ramion. Do tego zero (!) wentylacji oraz łazienka ze skosem, o takiej wielkości, że nie dało się tam prawie wyprostować. O takich luksusach jak umywalka można było tylko pomarzyć – brakowało na nia miejsca. Mimo to, kiedy tylko weszłam do tego mieszkania, od razu zaczęłam ustawiać w głowie, jak można by wykorzystać jego potencjał, zrobiłam kilka pomiarów, sprawdziłam, gdzie są przewody wentylacyjne i już wiedziałam, że tego właśnie szukałam.

To, co przekonało mnie najbardziej, to przede wszystkim ilość światła wpadającego przez wielkie, drewniane okna (wymienione niedawno – to duża finansowa ulga) oraz zachowane stolarki drzwiowe i… piec kaflowy. Piec ma sto lat, obłędny kolor i trzy metry wzrostu. Na zdjęciu jest przykurzony, ale po kilkugodzinym pucowaniu i usuwaniu gliny, brudu oraz kurzu z tysiąca zawijasów na kaflach przy pomocy patyczków do uszu odzyskał taki blask, iż śmiem podejrzewać, że to jeden z najpiękniejszych pieców kaflowych w Gdańsku. A jeśli ktoś podejmuje wyzwanie i twierdzi, że to jego piec jest jeszcze bardziej niesamowity, poproszę o zdjęcie, policytujemy się. Dwór Artusa uprzejmie proszę o odkrochmalenie się:)

16_0225-PRZEBUDOWA Model (1).jpg

Tak było – tak jest

Zmiany układu były niewielkie, ale znacznie poprawiły funkcjonalność mieszkania. Tramwaj podzieliłam na dwa pomieszczenia dostępne z pokoju dziennego – maleńką sypialnię z oknem i szafą oraz kuchnię. W kuchni pozostawiłam oryginalne wejście z przedpokoju – dzięki temu wydaje sie przestronniejsza, wygodnie wchodzi się tam z zakupami, a stale otwarte drzwi to niezłe miejsce do składowania (wieszam tam torby). Dodatkowa szafa zmieściła się także w przedpokoju. Pomogły bardzo takie istotne drobiazgi jak zmiana kierunku otwierania drzwi w kuchni oraz łazience – mieszkanie zostało wyodrębnione z większego lokalu i do łazienki wchodziło się wcześniej z korytarza od drugiej, zabudowanej obecnie strony. Wentylację w kuchni podpięliśmy do biegnących obok wolnych przewodów kominowych, a w łazience – do dotychczasowego odprowadzenia dymu z pieca, którego wolimy nie używać. To już staruszek, nagrzał się dość w swoim stuletnim życiu i zasłużył na emeryturę.

wp_20160707_14_32_28_pro

Przed położeniem nowych desek

Najwięcej problemów sprawiła podłoga. Okazało się, że stuletni budynek lekko osiadł i spadek podłogi był – delikatnie mówiąc – mało komfortowy. Pierwotny plan zachowania oryginalnych desek nie powiódł się, ale dzięki wspomnianej Architekt na Szpilkach problem udało się rozwiązać i cieszę się teraz piękną sosnową podłogą (pisałam o tym tu). Nie tylko podłogi okazały się krzywe – w przedpokoju i kuchni zdecydowałam się na sufit podwieszany, aby schować kilometry rur oraz uzyskać proste powierzchnie – i płytki, i szafki miały ciągnąć się aż do samej góry, więc wszystkie nierówności zostałyby wyeksponowane.

O kuchni i łazience w następnych odcinkach. Wygląda na to, że im dalej w las, tym mniej wykańczająco, a bardziej wykończeniowo;)

[Fot. Monika Arczyńska]

Grafton Architects czyli klops, wino i poezja

img_1594

Podczas otwarcia ubiegłorocznego weneckiego biennale catering słabo dopisał. To pewnie wpływ kuratora – Alejandro Araveny – narzucił rezygnację z tradycyjnie lejących się hektolitrów prosecco i ton zakąsek. Niby nie po to się przyjeżdża, ale dwa dni bezustannego odwiedzania wystaw i pawilonów jest tak męczące, że trzeba je przerywać podładowaniem baterii kawą (na szczęście dostępną prawie wszędzie), jedzeniem oraz alkoholem i tę potrzebę zwykle idealnie spełniają otwarcia pawilonów. Tym bardziej, że szkoda czasu, żeby zatrzymywać się na dłużej w niemiłosiernie zapełnionych restauracjach. Tym razem – klops. Co ja piszę, żadnych klopsów nawet nie było. Dlatego z wielką ulgą zauważyliśmy, że wystawa krajów afrykańskich wyłamała się i serwowano tam nie tylko całkiem sympatycznie wyglądający finger food, ale i wino! Zachowaliśmy się potwornie stereotypowo – Polacy i alkohol to przecież nierozłączna para – ale na kogo trafiliśmy przy tym cudownym winopoju? Oczywiście na Irlandczyków, którzy zachowali się równie przewidywalnie jak my. Pogadaliśmy chwilę ze znajomymi chłopakami z Grafton Architects, zamieniliśmy parę słów z Yvonne Farrell i ruszyliśmy zwiedzać dalej.

img_1564

Przedwczoraj ogłoszono, że Shelley McNamara i Yvonne Farrell z Grafton Architects będą kuratorkami przyszłorocznego Biennale. Cieszę się ogromnie, bo nie dość, że to absolutnie wspaniałe projektantki, to na dodatek Irlandki, kobiety, no i równe babki, które zamiast prowadzić dyskusje z innymi starchitektami, idą na darmowe wino z własnym zespołem.

img_1584

Zdaję sobie sprawę, że irlandzka architektura jest w Polsce nieco egzotyczna i takie biura jak Grafton, O’Donnell+Tuomey czy nasze niewiele mówią. Za to świat zerka w stronę Dublina ze sporym zainteresowaniem. Z kimś, kto urodził się w surowym irlandzkim krajobrazie, zostają do końca życia szorstkie faktury, deszcz, który zmienia kolor i połysk kamienia, kontrasty między czarnymi skałami a białą morską pianą i najpiękniejsze światło świata. Stąd irlandzka architektura jest dość „rzemieślnicza” – dużo tam drewna, cegły, surowego betonu, kamienia i ręcznie wykonywanych elementów. Jeśli pojawiają się wyrafinowane technicznie elementy, to nigdy wyzywająco high-techowe, ale raczej popychające materiały budowlane do granic ich właściwości – zadziwiająco lekkie przeszklenia albo niestandardowo użyty kamień. I chyba trzeba również urodzić się Irlandką lub  Irlandczykiem, żeby wpleść w projekty trochę poezji. To gra ciepła i chłodu, światła i cienia, dźwięku i ciszy – tak jest także w projektach Grafton. Solstice Arts Centre w Navan, gdzie niezwiązana z architekturą znajoma pytała, czy „te betonowe ściany będa kiedyś pomalowane”? Za każdym razem odwiedzając okolice Merrion Square zachwycałam się kamienną fasadą w Department of Finance, a używając skrótu przez Trinity College w centrum Dublina, wychodziłam ulubioną furtką przy rozbudowie Mechanical & Manufacturing Engineering Department. Jednak to nie irlandzkie realizacje Graftonek, jak je zwykle pieszczotliwie nazywam, zrobiły na mnie największe wrażenie. To budynek Uniwersytetu Bocconi w Mediolanie. Został ukończony w momencie, kiedy dopiero zaczynał się kryzys, więc nie szczędzono na niego euro, ale ogromny budżet został wydany na kawał świetnej architektury. Bocconi został ogłoszony najlepszym budynkiem roku na World Architecture Festival, znalazł się w finale Miesa i zdobył wiele innych nagród. Odwiedziłam go przy okazji wizyty na EXPO w 2015 roku i muszę przyznać, że chociaż podejrzewałam wcześniej ostre fotoszopowanie prasowych zdjęć, budynek jest jeszcze bardziej niesamowity na żywo niż na fotografiach. Akurat był weekend i w dodatku odbywał się tam remont, więc nie wszędzie udało mi się wejść, ale polizanie przez szyby absolutnie przepięknych wnętrz wystarczyło, żeby wpisać ten obiekt na moją prywatną superlistę. Czy muszę dodawać, że równolegle pstrykała zdjęcia cała pielgrzymka architektów?

Wypijmy więc za następne biennale! Najlepiej guinessem, irlandzką whiskey albo.. darmowym winem:)

IMG_1545.jpg

Jak można nie dopuszczać ludzi do TAKIEJ fasady???

img_1617

I jeszcze przykrywać ją rusztowaniami?

img_1558

Na szczęście można było zobaczyć jedno z bezdyskusyjnie najpiękniejszych przeszkleń na świecie

[Fot. Łukasz Pancewicz, Monika Arczyńska – wszystkie zdjęcia z Bocconi]

Św. Mikołaj

Nie, nie będzie ani o świętach, ani o prezentach, ani o reniferach. Będzie o kościele św. Mikołaja, położonym w niemieckim Anklam, blisko granicy, bo nieco ponad godzinę pociągiem ze Szczecina. Kościół został poważnie zniszczony w czasie wojny i przez wiele lat czekał na lepsze czasy bez sklepień, dachu i szczytu wieży. Kilka lat temu doczekał się nowego dachu, a obecnie pracujemy nad propozycją zorganizowania w środku muzeum Otto Lilienthala, stworzenia punktu widokowego na wieży oraz budowy informacji turystycznej. To projekt, którym zajmuję się obecnie najbardziej intensywnie i parę dni w ubiegłym tygodniu spędziłam w Anklam i w Berlinie. Lubię Berlin (w końcu ma sześć liter, podobnie zresztą jak Anklam:) i zdecydowanie bywam tam rzadziej, niż bym chciała. Dlatego cieszy mnie rozpoczęcie współpracy z niemieckim oddziałem naszego biura.

Skoczyłam zobaczyć kościół oraz spotkać się z projektantami wystawy. To beier + wellach, którzy mają biuro w berlińskim Taut Haus. Tak wyposażonej modelarni nie widziałam już dawno w żadnej pracowni – wykonywane są tam nie tylko makiety wystaw, ale i prototypy ich elementów. Wśród mnóstwa dziwnych przedmiotów najbardziej rozbawiły mnie figurki zwierząt w odpowiedniej skali z projektu zoologicznej ekspozycji:)

img_2300

Widok na kościół z rynku (po prawej historyzująca architektura, którą zastępowane są powojenne bloki)

Anklam było lokowane w XIII wieku na prawie lubeckim i stanowiło kiedyś ważny hanzeatycki ośrodek. Obecnie to nieco zapomniane, senne miasteczko. Wygląda jak typowe pomorskie miejscowości: kwadratowy rynek, rzeka, ciężki ceglany gotyk, regularny układ zabudowy z nieregularnym obrysem. Trochę przypominało mi Chełmno – ma zbliżoną wielkość i liczbę mieszkańców, ale przetrwało tu zdecydowanie mniej oryginalnej zabudowy i nie ma tam wzgórz, dzięki którym Chełmno należy do najbardziej malowniczych miasteczek w Polsce.

img_2357

Repliki latających machin

Kościół robi wrażenie. Jest ogromny, przyciężkawy i świetnie prezentuje się w nieco „ruinistycznej” wersji – brak sklepień sprawia, że wnętrze jest znacznie wyższe niż w oryginalnej wersji. Pod dachem podwieszone są repliki latających machin Otto Lilienthala i innych pionierów lotnictwa, w tym balony, szybowce i dwupłatowce. Muzeum ma przedstawiać drogę od piewszych eksperymentów związanych ze wznoszeniem się w powietrze (od Ikara – stąd nazwa instytucji – IKAREUM), aż do współczesnych wynalazków i technologii. Można wejść na wieżę i rozpościerają się stamtąd naprawdę piękne widoki, zwłaszcza w słoneczny, zimowy dzień. Wyobrażam już sobie, jak niesamowicie będzie je oglądać ze znacznie większej wysokości!

img_2328

Widok z wieży na rynek

img_2349

Widok na okolice Anklam

Jest tylko jedna kwestia, która wzbudza moje obawy: język. Dla moskiewskiego projektu musiałam podszlifować solidnie rosyjski. Tym razem przydałby mi się niemiecki – mimo że uczyłam się go w szkole, nigdy nie miałam okazji go używać. Na spotkaniach (niestety, nie wszystkie udaje się prowadzić po angielsku) rozumiem piąte przez dziesiąte, ale mam nadzieję, że co nieco będzie mi się przypominać w trakcie projektu. Na kolejny kurs językowy niestety nie znajdę w tym roku czasu.

Uff, jak dobrze, że istnieje Google Translator…

[Fot. Monika Arczyńska]

Na Południu bez zmian

img_1795

Aby spełnić noworoczne postanowienie życiowo-zawodowej równowagi, zaczęliśmy od urlopu. Ponieważ między Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem wiele biur jest zamkniętych, więc nasza nieobecność nie narobi nam żadnych nieprzyjemnych zaległości, z reguły pakujemy się i zmykamy gdzieś w cieplejszym kierunku.

Wspominałam już kiedyś o pewnej Włoszce z Bari, która słusznie przekonywała mnie kiedyś, że prawdziwe Włochy to tylko południe, a nie bogate i wylizane północne miasta. Odwiedziliśmy właśnie jej rodzinne miasto i wygląda na to, że im dalej na południe, tym bardziej interesująco. Prowizorki są tam trwalsze, ulice brudniejsze (kocham brudne ulice!), ludzie mniej zmanierowani, a życie przenosi się z domów w przestrzeń publiczną. W podobnych miejscach często czuję się jak w arabskich miastach. Nie tylko z uwagi na gęstą, przypominającą labitynt zabudowę, ale także tradycję, która kobietom każe pilnować domowego ogniska, a facetów magiczną magnetyczną siłą z tych domów wyprowadza i każe im sączyć z kolegami herbatę (w krajach arabskich) albo piwko (w pozostałych).

img_1677

Stare miasto sprawia wrażenie, jakby nic nie zmieniło się tam od co najmniej dwustu lat. No dobra, niezupełnie „nic” – wprowadzono elektryczność i inne podobne wynalazki, plastik zdominował uliczny krajobraz, a zamiast osłów czy mułów pojawiły się skutery. Podobnie jak w Neapolu, w najstarszej części Bari w parterach znajdują się mieszkania z przeszklonymi drzwiami otwierającymi sie bezpośrednio na ulicę. Każde z nich ma białą wyszywaną firankę dla zapewnienia odrobiny prywatności, a przed niektórymi drzwiami stoją siatki z suszącym się makaronem orechiette. Podobno kiedy jest cieplej, gospodynie przygotowują go na ulicy i to nie jest żadna turystyczna ściema.

img_1638

Środek najstarszej części miasta – zamiast turystycznych atrakcji sklep z AGD i chemią

img_1693

Samochody nie mają szans!

img_1696

Plac zabaw – wygląda smutno, ale ma widok na morze:)

Za to nowsza część miasta z kwadratowymi kwartałami przypomina w skali Barcelonę, brakuje tylko ściętych narożników, jak w Eixample. W parterach królują sklepy i kawiarnie, wyżej znajdują się mieszkania – każde z nich, oprócz niektórych starszych budynków – posiada balkon lub taras. Ruch jest spory (niestety, śmierdzi spalinami), ale piesi mogą czuć się bezpiecznie. Samochody jeżdżą wolno, za to parkują dosłownie wszędzie – również na pasach. Jak to we Włoszech, dominują niewielkie, czyli łatwe do zaparkowania, ekonomiczne i niemiłosiernie poobijane auta.

img_1707

Ortogonalny układ ulic w nowszej części miasta

img_2207

Typowy sposób parkowania

img_1798

Warsztaty samochodowe znajdują się nawet w samym śródmieściu

Przyjechaliśmy już po świętach, więc bożonarodzeniową atmosferę czuliśmy głównie dzięki iluminacji. Sylwestrowa noc okazała się dość dynamiczna. Dominowały „domówki” – przez całe miasto zasuwały grupy obładowane tacami z jedzeniem i z brzęczącymi torbami, a z okien dobiegała głośna muzyka. W najstarszej części miasta na ulicach powystawiano grille. Pomimo zakazu puszczania fajerwerków było je słychać i widać w wielu miejscach. Główną miejską imprezę zasiliły włoskie gwiazdy, o których nigdy wcześniej nie słyszeliśmy, ale rozpaliły tłum, śpiewający z pamięci wszystkie refreny. O północy załapaliśmy się na wino musujące w plastikowych kubeczkach od bawiącej się obok grupy i ten sylwestrowy wieczór na pozór był idealny. Po berlińskich wydarzeniach dał się jednak odczuć pewien niepokój, wmocniony betonowymi blokami zastawiającymi wjazd na teren imprezy oraz wszechobecnymi carabinieri i  punktami pomocy medycznej.

Tak już będzie zawsze?

img_1790

Lodowisko i palmy czyli zima w tropikach:)

img_2081

Palmy rosną wdłuż najbardziej reprezentacyjnych ulic miasta

img_2075

A na głównym placu stoi wielka, rozświetlona choinka

W następnym urlopowym odcinku – Lecce (i znów żadnej współczesnej architektury!).

[Fot. Monika Arczyńska]

Żegnaj, 2016

Adria_male.jpg

Żegnaj, 2016,  nie będę za Tobą tęsknić. Wiem, że nie tylko ja z ulgą mówię ci „do widzenia”. Zbyt wiele niedobrych rzeczy wydarzyło się na świecie i ze zbyt dużą niepewnością zaczynamy 2017.

To był dla mnie wyjątkowo trudny rok. Trudniejszy niż kończenie doktoratu równolegle z pracą. Trudniejszy niż przeprowadzki między krajami i trudniejszy nawet niż kolejne lata rozłąki z moim osobistym urbanistą. Zawodowo wszystko wygląda świetnie – wkrótce premiera naszej strony internetowej, mamy więcej zleceń niż jesteśmy w stanie zrealizować bez zarywania nocy i weekendów. Niedługo zostanie wydana nasza pierwsza książka – podręcznik planowania. Studenci znów dali czadu i zrobili świetne – i wykorzystane przez urząd miasta! – opracowanie na temat Długiej i Długiego Targu w Gdańsku. OSSA również wypadła fantastycznie. Za mną kolejne etapy współpracy z powstającym w Gdańsku Muzeum Sztuki Współczesnej oraz z Heneghan Peng. Dublińskie biuro zaliczyło wyjątkowy rok – w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy ukończylismy niemal tyle budynków, ile od momentu powstania pracowni w 2001 roku. To tłumaczy, dlaczego w biurze panuje nieco grobowa atmosfera i nawet świąteczna impreza skończyła się nadzwyczaj wcześnie – wszyscy sa okrutnie zmęczeni. Dla mnie najważniejsze były oczywiście te projekty, przy których pracowałam, czyli akademiki w Maynooth, przebudowa Galerii Narodowej w Dublinie oraz Muzeum Palestyny. Jego otwarcie to zdecydowanie najważniejsze wydarzenie architektoniczne roku, w jakim miałam okazję uczestniczyć, ważniejsze niż weneckie biennale czy triennale w Oslo (moje relacje z obu w bieżącym i kolejnym numerze Architektury-Murator). Dużą część roku zajęła mi praca nad Wielkim Muzeum Egipskim w Kairze oraz Narodowym Centrum Sztuki Współczesnej w Moskwie, ale to tak specyficzne i ogromne przedsięwzięcia, że ich opisywanie byłoby raczej opowieścią o polityce, a nie architekturze. A polityki mam w tym roku zdecydowanie dość. Cieszy mnie więc nowy projekt i sympatyczna zmiana skali – niemieckie Anklam, gdzie we wnętrzach gotyckiego kościoła św. Mikołaja projektujemy muzeum Otto Lilienthala, jednego z pionierów lotnictwa.

Staram się regularnie publikować na blogu, chociaż z uwagi na nadmiar pracy i częstotliwość wyjazdów miałam mniej czasu na komentowanie bieżących wydarzeń. Blog to taki mój ekwiwalent mówienia do ludzi. Bo jeśli podsumowanie poprzedniego roku miało hasło przewodnie „ludzie”, teraz powinnam raczej napisać, że „chcę do ludzi”. Życie towarzyskie, które wcześniej kwitło, nagle zniknęło. Kiedy ktoś kiwa głową ze współczuciem „Oj, musi Ci być ciężko pracować na dwa etaty”, zaczynam się gorzko śmiać, bo chciałabym, żeby to były tylko dwa. Nie co roku trafiam do szpitala i nie co roku do szpitala trafia mój osobisty urbanista. Nie co roku robię ciągnące się miesiącami generalne remonty. Nie co roku brakuje mi czasu i energii, żeby zrobić coś, co nie będzie związane z pracą. I chociaż powinnam być zadowolona, że wyszłam z tego wszystkiego zwycięsko, zmęczenie przesłania satysfakcję.

Dlatego na 2017 rzucam hasło: „równowaga”.

[Fot. Łukasz Pancewicz]

 

Historia lubi się powtarzać

img_1555

Historia lubi się powtarzać. Dokładnie rok temu, podobnie jak teraz, byłam w Dublinie na świątecznej imprezie i wpadłam przy okazji na budowę Galerii Narodowej.  Wówczas spotkałam się z dziennikarką DETAIL Magazine w sprawie Giant’s Causeway Visitor Centre, a tym razem o projekcie zamierza pisać L’Architecture d’Aujourd’hui (nigdy nie nauczę się wymawiać nazwy tego czasopisma!). Rok temu zaraz po corocznej wizycie w Dublinie pędziłam na KOD-owską manifestację, a tym razem na gdańskim proteście pod siedzibą Sam-Wiesz-Jakiej partii pojawiłam się z walizką, prosto z podróży. Druga połowa grudnia zaczyna mi się powoli kojarzyć wcale nie z kupowaniem prezentów, ale z Irlandią, branżową prasą i politycznymi manifestacjami.

W przyszłym roku wizyta w Galerii Narodowej nie będzie już jednak wizytą na budowie. Prace właśnie się zakończyły i chociaż nie mogę jeszcze pokazać żadnych zdjęć (muszę poczekać do oficjalnego otwarcia – chodzi o to, aby nie zepsuć niespodzianki), zapewniam, że efekt jest powalający. Budynek nie przypomina już dawnej dusznej, zakurzonej galerii, w której sama zawsze pomijałam co najmniej dwie sale, bo komunikacja w budynku była prawdziwym labiryntem. Pomijałam je w sumie bez żalu, uciekając jak najszybciej z sal z niewystarczającą wymianą powietrza – nareszcie można tam swobodnie oddychać. Galeria nie straciła jednak swojego wiktoriańskiego uroku. Sprawdziła się zasada, że specjalistom warto zaufać: architekci zajmujący się konserwacją zabytków doradzili kolorystykę i wykończenia jak najbardziej zbliżone do oryginalnych. Nie ma tam uwielbianej przez współczesnych projektantów czystej, matowej bieli, ale złamane odcienie z lekkim połyskiem, które pięknie podkreślają detale wnętrz. Cieszę się, że udało mi się zobaczyć sale przez powieszeniem obrazów i ciekawa jestem, jaki będzie ostateczny efekt, gdy najbardziej wyraziste elementy wnętrz – ściany w soczystych wiktoriańskich kolorach – staną się tłem dla kolekcji.

Ale te zielenie, czerwienie i błękity są mało ważne. Drodzy Czytelnicy, życzę Wam spokojnych świąt. Spokoju nigdy za dużo, a żeby mogli go doświadczyć również mieszkańcy pewnego dalekiego miasta na sześć liter, przyjrzyjcie się, proszę, możliwości wsparcia Aleppo: PAH.

Niech ta historia nigdy się już nie powtórzy.

[Fot. Monika Arczyńska]

PREZENT DLA ARCHITEKTA

Poczta Polska zapowiada, że w najbliższym czasie będą opóźnienia w dostawach przesyłek, więc najwyższa pora, aby zamówić świąteczne prezenty. Z moim osobistym urbanistą tradycyjnie nie kupujemy żadnych upominków, ale fundujemy sobie wyjazd gdzieś, gdzie najnowsza architektura ma co najmniej sto lat. Za to w biurze co roku organizujemy Kris Kindle, czyli wymianę drobnych podarunków podczas świątecznego spotkania. Losujemy obdarowywanego (eh, trudny mi się wybór trafił tym razem:) i ustalamy limit ceny oraz temat przewodni – w tym roku ma to być coś związanego z miejscem, z którego pochodzimy. Trochę to zaprzecza zasadzie anonimowości prezentów, ale w sumie i tak ostatecznie przy kolejnym guinessie tajemnice przestają być tajemnicami.

Co w takim razie kupić architektowi? Ponieważ nie znoszę ajfonów, moleskinów, artpenów i podobnych gadżetów, mam kilka innych propozycji. Tylko trochę przeklinam pod nosem – to taka okazja, żeby wystawić fakturę za reklamę, a do mnie wciąż nikt się nie zgłasza. Kasia Tusk już zdążyła puścić reklamę kosmetyków, sklepu z kawą, książki z przepisami, czapek i piżamo-dresów, a to dopiero początek grudnia…

  1. DVD

Jeśli ktoś jeszcze nie jest fanem duetu Ila Bêka i Louise Lemoine, stanie się nim po obejrzeniu ich filmów. „Koolhaas Houselife”, „Barbicania”, „The Infinite Happiness” i inne – zestaw do kupienia online.

kh.jpg

2. GRA

Zestaw kart do gry z grafikami przedstawiającymi budynki Szczecina. Architekturo w Szczecinie, można je już kupić czy dopiero na kolejne Boże Narodzenie?

karty.JPG

3. BILET NA KONCERT

Bilet na koncert do Filharmonii Szczecińskiej. Albo do NOSPR-u. Albo do Jordanek. Albo do Teatru Szekspirowskiego.

bm10_fot

4. BILET NA SAMOLOT

Na przykład na wycieczkę pod hasłem „Najnowsze realizacje Herzoga&deMeurona”, czyli do Londynu albo Hamburga. Irlandzką linią lotniczą w kolorach żółto-granatowych można tam dolecieć od 65PLN w jedną stronę, a węgierską w różu za dwie dychy więcej.

dezeen.jpg

5. MATERIAŁ BUDOWLANY

Ale szlachetny i w odpowiedniej oprawie. Najlepiej minimalistycznej.

pb903-slv-001

6. CZARNY GOLF

Mało oryginalnie, ale za to jak klasycznie. Najlepiej z porządnej wełny. Albo bawełny, bo wełna lubi drapać w szyję.

nmt27nv_mu

7. CZARNY GOLF

Ewentualnie – czarny golf  w skali 1:87.

vw-golf-ii

[Zdjęcia: Architektura w Szczecinie, Sztuka Architektury, http://www.dezeen.com, Ila Bêka & Louise Lemoine, http://www.tallinder.com, http://www.neimanmarcus.com, http://www.modele1-87.cba.pl]

Reklamy
%d blogerów lubi to: