Category Archives: mieszkalnictwo

Jak wykończyć mieszkanie wykańczając i siebie, odc.6

03

Zdecydowąłam się na kuchnię z IKEA. To moim zdaniem najekonomiczniejsze rozwiązanie, z najdłuższą gwarancją i wyposażeniem, które można dokupić w dowolnym momencie. Wiele osób je poleca, a Architekt na szpilkach nawet produkuje fronty w nietypowych wykończeniach.

Zapisałam się nawet na kurs projektowania kuchni, w sumie głównie po to, żeby upewnić się, że w moim kompletnie niemodułowym pomieszczeniu wszystko da się jednak wykonać z modułów. Szkoda tylko, że na kursie nikt nie podpowiedział, że na większość blatów trzeba czekać. Te dostępne od ręki są dość paskudne i chociaż ostatecznie wybrany cienki czarny laminat wygląda ok, mam wątpliwości co do jego trwałości.

Ekipa składająca zamówienie bywa nieprzytomna. Niby notuje, że niektóre elementy będą inne niż w komputerowym planerze, ale żeby to ręcznie pozmieniać na zamówieniu, to już niekoniecznie…  To był pierwszy raz, kiedy poczułam, że samochód ułatwiłby mi życie. Trzeba jeździć wymieniać te nieszczęsne fronty, zwracać nóżki, których według zapewnień sprzedawcy jednak nie da się dociąć i czekać już nie dwa dni na ekipę instalacyjną, ale dwa tygodnie na reklamacyjną. A potem miesiąc na reklamację reklamacyjnej. Miało być szybko i sprawnie, a skończyło się na czterech tygodniach z brakującymi frontami.

Na czas instalacji pamiętajcie: weźcie dobrą książkę, zatyczki do uszu (dźwięk piły to jeszcze nic, niektóre ekipy przyjeżdżają z radiem i non stop słuchają disco polo) i siedźcie z ekipą cały czas. Ja wyskakiwałam – a to odebrać lodówkę, a to skonsultować studentki, które wpadły z projektami dyplomowymi. Bądźcie też wyspani. Ja nie byłam i stało się: wyleciało mi z głowy, że chciałam mieć pod górnymi szafkami zamontowane gniazdka. Skończyło się na lekkim wkurwie ekipy. Przyznam się bez bicia, że do udobruchania panów, którzy znaleźli na to ostatecznie jakieś magiczne rozwiązanie, użyłam miłej studentki, której właśnie konsultowałam dyplom. Asia – dziękuję:)

[Fot. Monika Arczyńska]

Reklamy

Jak wykończyć mieszkanie wykańczając i siebie, odc.5

04

Dawno nie pisałam o remoncie, pewnie dlatego, że już wszystko skończone i tak cieszę się uczuciem ulgi, że nie mam nawet ochoty przypominać sobie tego koszmaru. Jednym z największych wyzwań była łazienka. Maleństwo pod skosem, o trójkątnym przekroju, tak ciasna, że nie zmieściła się tam nawet umywalka. Kiedy po raz pierwszy zobaczył ją mój wysoki osobisty urbanista (tak się złożyło, że nie mógł zobaczyć mieszkania przed jego zakupem), załamał się, bo nie udało mu się tam nawet wyprostować.

laz mala.jpg

Ale ja się nie załamałam, bo chodził mi po głowie pewien pomysł. Musiałam go jednak najpierw sprawdzić na rysunku i makiecie. Łazienka miała klaustrofobiczne proporcje przede wszystkim z powodu dachowego mikrookienka. Na dodatek mocno prehistorycznego, z pojedynczym uchylnym szkleniem od zewnątrz i mocowaną specjalnymi uchwytami przeszkloną ramką okienną od wewnątrz. Dlatego pierwszą rzeczą, za jaką się zabrałam, było dobranie nowego okna dachowego – tej samej wielkości od zewnątrz, ale otwieranego do góry i z obróbkami zapewniającymi możliwie dużo miejsca w środku. W budynkach, które znajdują się w ewidencji zabytków, okno można wymienić na podstawie zgłoszenia, ale należy to uzgodnić z konserwatorem. Zajęło to trochę czasu, ale nie było skomplikowane. Pod oknem umieściłam umywalkę i to okazało się strzałem w dziesiątkę. Szczotkując zęby przyjemnie patrzy się na sikorki, sroki czy sójki przysiadające na rosnącym tuż obok drzewie. A już na pewno zdecydowanie przyjemniej niż na własne odbicie w lustrze, zwłaszcza tuż po deadlinie.

06

Jeśli chodzi o ściany, zdecydowałam się na płytki – cegiełki. Chociaż nie znoszę ich w nowych mieszkaniach, do kamienic pasują mi idealnie. Najpierw zamarzył mi się zielony kolor zbliżony do kafli pieca, ale okazało się, że kiedy szuka się czegoś konkretnego, nigdzie nie można tego kupić. Oczywiście oprócz brytyjskich manufaktur, gdzie metr kwadratowy kosztuje tyle, że można by za to wyremontować całą łazienkę. Poszukując płytek trafiłam na zielone kafelki w zupełnie „niepiecowym” odcieniu, za to w takim, w jakim wykańczano łazienki przed wojną. Bardzo „higienicznie” kojarzy mi się ta seledynowa zieleń, może z uwagi na ubrania chirurgiczne i kolor papierowych ręczników.

Początkowo planowałam zabudowanie pralki w kuchni, ale wówczas nie byłoby miejsca na zmywarkę. W cudownie powiększonej łazience zmieściła się za to bez problemu jedna z najmniejszych pralek na rynku – okazało się, że mieści się w niej prawie tyle samo prania, co w standardowych. Początkowo doprowadzała mnie do rozpaczy dudnieniem przy wirowaniu i przesuwaniu się o ładnych kilkadziesiąt centymentów. To przez nią mam teraz w domu matę antywibracyjną, gumowe kliny, i duży zapas tabletek od bólu głowy – nic nie działało…Skąd te łazienkowe tańce? Hm, nie przeczytaliśmy dokładnie instrukcji. Niektóre pralki mają więcej niż jedną blokadę i zdarza się, że ta informacja jest opisana wyjątkowo małymi literkami. Dwoje doktorów nauk technicznych nie poradziło sobie  z tym problemem i wezwało serwisanta, który w trzy minuty wyciągnął ze środka dwie metalowe śrubki, kasując za to tyle, ile dostaję za kilka godzin wykładów. Czytajcie instrukcje!

[Fot. Monika Arczyńska]

Co w Łodzi wychodzi

WP_20170408_11_33_22_Pro

Po wielkanocnej komputerowo-internetowej abstynencji zabrałam się w końcu za nadrabianie blogowych zaległości. Ta abstynencja ciągnie się kolejny weekend pod rząd – ostatnio co tydzień gdzieś wyjeżdżamy. Poprzednią sobotę i niedzielę spędziliśmy w ulubionej Łodzi na urodzinowej imprezie-niespodziance i spacerowaniu po mieście z częstymi przerywnikami na – jak to w Łodzi – „procentowe” postoje.

To już nie jest to samo miasto, co kiedyś. To nawet nie jest to samo miasto, co rok czy pół roku temu. Takiego tempa zmian na plus nie widziałam jeszcze nigdzie i wychodzi to Łodzi nadzwyczajnie. Po naprawdę kiepskim momencie miasto energicznie odbiło się od dna. Najpierw zrobiło się nieco berlińsko, czyli biednie, ale sexy, a teraz nareszcie są pieniądze, żeby działać porządnie. Nie ma nic gorszego niż naprawianie miasta poprzez prowizorki albo na zasadzie, że lepiej zrobić coś tanio, ale kiepsko, niż wcale.

Już trasa z Kaliskiej do centrum jest pozytywnym zaskoczeniem. Na Starym Polesiu co kawałek pojawia się na zadbany, obsadzony zielenią skwer (projekt „Zielone Polesie”), a w kilku miejscach albo już stoi nowa zabudowa, albo właśnie trwa realizacja nowych biurowców i mieszkań. Działalność deweloperska w łódzkim śródmieściu to nowość – dotychczas oferta mieszkaniowa istniała wyłącznie dla miłośników historycznych kamienic lub peerelowskich bloków. Jedne i drugie poddawane są zresztą teraz remontom. W końcu i w Łodzi na wiosnę pojawiły się rusztowania, chociaż do niedawna można je było zobaczyć głównie na elewacjach miejskich budynków, opatrzone znakiem akcji MIA100 Kamienic.

WP_20170408_13_05_54_Pro

Nawet Kościuszko z Placu Wolności doczekał się remontu

Centrum dogęszczane jest nie tylko nową zabudową mieszkaniową, ale i usługami. Pamiętam, jak podczas wcześniejszych wizyt zaskoczyło mnie, że w przeciwieństwie do większości polskich miast, gdzie spożywcze dyskonty znajdują się niemal na każdym rogu, w Łodzi mieszkańcy śródmieścia skazani są na żabki, a warzywniaków jest jak na lekarstwo. Tak, wiem, biedronki i lidle zabijają brutalnie drobny lokalny handel, ale po pierwsze ceny w osiedlowych sklepikach przekraczają możliwości finansowe emerytów, których w centrum mieszka mnóstwo, a innych mieszkańców zmusza do korzystania z samochodów. Dlatego ucieszył mnie m.in. nowy śródmiejski lidl, do którego można podskoczyć z wózeczkiem na zakupy.

Kolejny woonerf – łódzka specjalność – właśnie się buduje. Tym razem na ul. Zacisze. To pierwszy „prawdziwy” woonerf, czyli dla mieszkańców, zgodnie z pierwotną ideą tego holenderskiego wynalazku. Ten typ zagospodarowania ulicy kojarzy się u nas nieco inaczej, bo ze śródmiejską przestrzenią publiczną z knajpami i stolikami lokali gastronomicznych. Na Zaciszu będą miejsca postojowe, ławki, zachowane drzewa i zieleńce.

^B371BD72506B017EAE886FAE927E201D75CD2A0D1FBAE77F8C^pimgpsh_fullsize_distr

Woonerf na ul. Zacisze

Pierwszy raz miałam też okazję zobaczyć Łódź Fabryczną i to jedyne miejsce, w którym co chwilę wybuchałam złośliwym chichotem. Rozumiem, że dopiero po zbudowaniu tunelu i rozpoczęciu przyjmowania wszystkich przejeżdżających przez Łódź pociągów ta inwestycja zacznie mieć sens, ale skala założenia jest tak przegięta, że nawet gdyby miasto miało stać się globalną metropolią, na dworcu i tak będą pustki, bo tych ogromnych kubatur nie da się chyba zapełnić ludźmi. Chyba, że zaczną pełnić inne, dodatkowe funkcje – wyobrażam go sobie jako olbrzymią halę targową albo… oceanarium. Obiekt przypomina ogromną płaszczkę, więc mógłby stanowić wyjątkowo megalomański przykład architektury parlante. Na razie to przestrzeń, którą trzeba non stop obsługiwać za spore pieniądze – sprzątać, ogrzewać, wentylować.

SPRZATANIE

Ale największe zaskoczenie (i załamanie) to tylne wyjście, zawalone estakadami, betonem, asfaltem i samochodami. Co gorsza, ciężko się stamtąd wydostać inaczej niż taksówką. Próbowaliśmy intuicyjnie szukać drogi dla pieszych, ale albo wychodziliśmy w ślepe narożniki, albo… kończył się chodnik. W końcu znaleźliśmy wąski tunelik, który wyprowadził nas z tego infrastrukturalnego szaleństwa.

^6DD13822EEC73A2DBE2435C043C861922CAE25618B63840DA6^pimgpsh_fullsize_distr

Tak na lewo od wyjścia…

WP_20170408_12_03_00_Pro

…tak na prawo.

WP_20170408_12_05_03_Pro

Potem kończy się chodnik…

 

WP_20170408_12_06_40_Pro

..a wyjść można tylko ukrytym, wąskim i wilgotnym tunelikiem…

smiechnasalibw

…na którego widok nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać.

Aby odetchnąć, popędziliśmy od razu w kierunku pobliskiej ul. Tramwajowej, aby sprawdzić, czy nadal można tam zobaczyć kury (słyszeliśmy od znajomych). Ba, nie dość, że trzy kury, to jeszcze koguta. Całe to drobiowe towarzystwo pasło się luzem między samochodami i wyglądało na zadowolone.

WP_20170408_12_13_56_Pro

Na szczęście słynne kury z Tramwajowej wynagradzają tę infrastrukturalną traumę.

My też wyglądaliśmy na zadowolonych i to przez cały weekend. Pewne sprawy w Łodzi są na szczęście niezmienne – wspaniali łodzianie i intensywne życie nocne. Dla jednego i drugiego warto tam wpadać jak najczęściej i nie mogę się doczekać, aż będzie można dojechać pociągiem do Fabrycznej. Trzeba w końcu zapełnić tę pustkę!

[Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz]

 

Kartony, wszędzie kartony!

KUCHNIA.jpg

Znów zmiany mieszkaniowe – mam nadzieję, że to już ostatnia przeprowadzka w tej dekadzie. Nienawidzę pakowania i rozpakowywania oraz szukania rzeczy, które tak dobrze schowałam, że nie da się ich znaleźć. Tym razem, zamiast szaleńczo starać się opanować przeprowadzkowy chaos, zgodnie z wyznaczonym na ten rok hasłem „równowaga” spakowaliśmy się błyskawicznie i pojechaliśmy do Jastarni, żeby nacieszyć się wiosną, a nie sprzątaniem. Słońce, plaża i dorsze tak nas naładowały energią, że nawet życie na kartonach nie przeszkadza nam za bardzo. Nawet, jeśli oznacza to jedzenie z kartonu (na szczęście mamy niedaleko sympatyczną pizzerię).

Zastanawiam się, czy architekci mają ponadprzeciętne predyspozycje przeprowadzkowe. Nie chodzi mi o częstotliwość przenoszenia się z miejsca na miejsce czy umiejętność urządzania nowych mieszkań, ale o samo przenoszenie dobytku. Teoretycznie nasza wyobraźnia przestrzenna powinna nam pozwolić efektywniej zapakować kartony i lepiej przewidzieć kolejność rozpakowywania. Moim największym problemem jest zwykle ustalenie, ile należy przygotować pudeł i skrzynek – zawsze kończą się zbyt szybko. Raz przydarzyła mi się jednak odwrotna sytuacja. Przeprowadzając się z Dublina do Gdańska, skorzystałam z usług firmy transportowej, która miała w ofercie przewożenie dobytku liczonego nie w kilogramach, ale w metrach sześciennych. Pomyślałam, że wszystkie książki, garnki i torebki zajmą tych metrów co najmniej kilka, a tu niespodzianka. Wiecie, jaki pojemny jest jeden metr sześcienny? Tak pojemny, że chociaż początkowo planowałam zutylizować takie rzeczy jak wieszaki na ubrania czy podstawowe kuchenne sprzęty, zmieściło się wszystko, łącznie z rowerami. Od tamtej pory podczas projektowania traktuję metry sześcienne z dużym respektem:)

[Fot. Łukasz Pancewicz]

JAK WYKOŃCZYĆ MIESZKANIE WYKAŃCZAJĄC I SIEBIE, ODC.4

piec.jpg

Pora w końcu się przyznać, co doprowadzało mnie ostatnio do remontowej rozpaczy. To żadna nowość, że architekci mają kota na punkcie mieszkań w starych kamienicach. Tam jest po prostu klimat i już – wysokość, duże okna, nietypowe układy. O takich miejscach pisze (głównie o swoim, w sopockiej kamienicy) moja blogowa koleżanka – Kasia Antończyk czyli Architekt na Szpilkach. O zachowanych stolarkach czy podłogach w Gdańsku można jednak z reguły pomarzyć, bo to miasto względnego dobrobytu i w większości kamienic od lat 90. dokonywano zabójczych dla oryginalnej tkanki modernizacji. Królują drzwi z OBI i panele z Castoramy, a co gorsza proceder usuwania oryginalnych elementów budynku trwa nadal i co rusz widzę na śmietnikach piękne stare drzwi z litego drewna. Przy okazji prośba: jeśli też kiedyś traficie na takie rarytasy, zróbcie zdjęcie i wrzućcie np. na facebookowy fanpage Uwaga, śmieciarka jedzie, który ma kilka lokalnych wersji. Niejedne drzwi udało się w ten sposób uratować.

Mieszkania w kamienicach są z reguły wielkie, a ja szukałam czegoś niedużego. Mniejsze lokale to przede wszystkim wynik podziału ponadstumetrowych molochów i zdarzają się w nich różne niespodzianki. Miałam okazję zobaczyć miejsca jak rodem z serwisu Chujowe mieszkania do wynajęcia, czyli np. z prysznicami w kuchniach. Nie mogę też odżałować lokalizacji przy jednej z moich ulubionych ulic we Wrzeszczu, pod samym lasem. W pięknej, choć zaniedbanej kamienicy, trzeba było przejść nie tylko przez główną klatkę schdodową, ale również przez labirynt przedziwnie pozakręcanych korytarzy. Uciekłam w popłochu na samą myśl o ewakuacji stamtąd w razie pożaru.

Po dwóch czy trzech latach poszukiwań w końcu trafiłam na odpowiednie mieszkanie, którego układ i wyposażenie wymagały jednak pewnych przekształceń. Jedyny pokój był spory, za to kuchnia miała  proporcje godne tramwaju: 6 metrów długości i całe 175cm szerokości. To mniej niż rozpiętość moich ramion. Do tego zero (!) wentylacji oraz łazienka ze skosem, o takiej wielkości, że nie dało się tam prawie wyprostować. O takich luksusach jak umywalka można było tylko pomarzyć – brakowało na nia miejsca. Mimo to, kiedy tylko weszłam do tego mieszkania, od razu zaczęłam ustawiać w głowie, jak można by wykorzystać jego potencjał, zrobiłam kilka pomiarów, sprawdziłam, gdzie są przewody wentylacyjne i już wiedziałam, że tego właśnie szukałam.

To, co przekonało mnie najbardziej, to przede wszystkim ilość światła wpadającego przez wielkie, drewniane okna (wymienione niedawno – to duża finansowa ulga) oraz zachowane stolarki drzwiowe i… piec kaflowy. Piec ma sto lat, obłędny kolor i trzy metry wzrostu. Na zdjęciu jest przykurzony, ale po kilkugodzinym pucowaniu i usuwaniu gliny, brudu oraz kurzu z tysiąca zawijasów na kaflach przy pomocy patyczków do uszu odzyskał taki blask, iż śmiem podejrzewać, że to jeden z najpiękniejszych pieców kaflowych w Gdańsku. A jeśli ktoś podejmuje wyzwanie i twierdzi, że to jego piec jest jeszcze bardziej niesamowity, poproszę o zdjęcie, policytujemy się. Dwór Artusa uprzejmie proszę o odkrochmalenie się:)

16_0225-PRZEBUDOWA Model (1).jpg

Tak było – tak jest

Zmiany układu były niewielkie, ale znacznie poprawiły funkcjonalność mieszkania. Tramwaj podzieliłam na dwa pomieszczenia dostępne z pokoju dziennego – maleńką sypialnię z oknem i szafą oraz kuchnię. W kuchni pozostawiłam oryginalne wejście z przedpokoju – dzięki temu wydaje sie przestronniejsza, wygodnie wchodzi się tam z zakupami, a stale otwarte drzwi to niezłe miejsce do składowania (wieszam tam torby). Dodatkowa szafa zmieściła się także w przedpokoju. Pomogły bardzo takie istotne drobiazgi jak zmiana kierunku otwierania drzwi w kuchni oraz łazience – mieszkanie zostało wyodrębnione z większego lokalu i do łazienki wchodziło się wcześniej z korytarza od drugiej, zabudowanej obecnie strony. Wentylację w kuchni podpięliśmy do biegnących obok wolnych przewodów kominowych, a w łazience – do dotychczasowego odprowadzenia dymu z pieca, którego wolimy nie używać. To już staruszek, nagrzał się dość w swoim stuletnim życiu i zasłużył na emeryturę.

wp_20160707_14_32_28_pro

Przed położeniem nowych desek

Najwięcej problemów sprawiła podłoga. Okazało się, że stuletni budynek lekko osiadł i spadek podłogi był – delikatnie mówiąc – mało komfortowy. Pierwotny plan zachowania oryginalnych desek nie powiódł się, ale dzięki wspomnianej Architekt na Szpilkach problem udało się rozwiązać i cieszę się teraz piękną sosnową podłogą (pisałam o tym tu). Nie tylko podłogi okazały się krzywe – w przedpokoju i kuchni zdecydowałam się na sufit podwieszany, aby schować kilometry rur oraz uzyskać proste powierzchnie – i płytki, i szafki miały ciągnąć się aż do samej góry, więc wszystkie nierówności zostałyby wyeksponowane.

O kuchni i łazience w następnych odcinkach. Wygląda na to, że im dalej w las, tym mniej wykańczająco, a bardziej wykończeniowo;)

[Fot. Monika Arczyńska]

Mam trzy latka…

img_0632

…trzy i pół, sięgam głową ponad stół! Rozpędziłam się – na razie dopiero trzy. W sobotę blog obchodził urodziny i chociaż jak zwykle nie zdążyłam zorganizować świeczek ani tortu, udało mi się spędzić ten dzień i przyjemnie, i miejsko, i architektonicznie. Mój osobisty urbanista prowadził panel o rewitalizacji na Kongresie Obywatelskim, a ja wybrałam się na „Warszawę w budowie” i na nadrabianie zaległości w oglądaniu nowych inwestycji. Bardzo JEMS-owy był ten dzień, bo zaczęłam od wychwalanej pod niebiosa 19. Dzielnicy oraz od nieco kontrowersyjnej przebudowy hali Koszyki.

O Koszykach jeszcze napiszę, a w 19. Dzielnicy zrobiło mi się trochę dziwnie. To osiedle dostało już tyle nagród i pojawiło się tyle razy w mediach jako wzorcowy przykład projektowania dzielnic mieszkaniowych, że spodziewałam się prawdziwej petardy. Pamiętam też odcinek programu „Polska dobrze zaprojektowana”, w którym Kuba Szczęsny, siedząc przy podejrzanie pustej piaskownicy, opowiadał o tej inwestycji w samych „ochach” i „achach”. Bo nie dość, że to osiedle bez płotów, to na dodatek z usługami w parterach i z przestrzeniami rekreacyjnymi dla mieszkańców. Przybyłam, zobaczyłam i… złapałam się za głowę. Czyżby ze stołecznym mieszkalnictwem było aż tak źle? Architekturze – jak to z JEMS-ami bywa – nie mogę nic zarzucić. Bloki wyglądają jak wysmakowane apartamentowce, ale ponieważ są do siebie bardzo podobne, całość sprawia bardzo biurowe wrażenie. Przestrzenie zielone dla mieszkańców owszem są, ale za… szklanymi płotami. I to w postaci porośniętych elegancko przystrzyżoną trawką pagórków, z których nawet na sankach nie da się zjechać bez wyrżnięcia w idealnie wypucowane szyby. Teraz nie było tam nawet widać żadnych dzieci, bo listopad to nie jest najlepsza pora na zabawy podwórkowe, ale spacerując między budynkami wyobrażałam sobie, że mogłyby tam co najwyżej po cichutku (nie przeszkadzać!!!) jeździć miniaturowymi mercedesikami, ubrane w kolekcje junior od Ralpha Laurena. Kręcąc się po osiedli trafiłam kilka razy na zupełnie zwyczajnego tatę z wózkiem, który postanowił pospacerować przy domu i ten widok średnio pasował do wysmakowanego otoczenia.

img_0637

Na szczęście obok kilku sklepów, głównie z wyposażeniem wnętrz, znalazła się jedna „Żabka”, bo nie byłoby nawet dokąd zejść w kapciach po świeże bułki. Kiedy wprowadzi się tam więcej osób, pewnie powstanie francuska piekarnia, bo jednak bardziej stylowo będzie schodzić po bagietki. Na razie lekko parysko jest – w końcu nazwa dzielnicy zobowiązuje! Widziałam kilka osób, które wchodziły do klatek z wózeczkami na zakupy. Tylko nie wiem, czy to byli mieszkańcy, czy ich gosposie.

img_0642

Dobra, dobra, kończę już z tymi złośliwościami:) Spacer po tym osiedlu stał się po prostu pretekstem dla kilku uwag o tym, jak działa miejska przestrzeń. Także pretekstem do tego, aby w końcu napisać o gdańskim Garnizonie, który już od kilku lat działa jak 19. Dzielnica, a po wprowadzeniu funkcji kulturalnych i gastronomicznych stał się nie tyle miejski, co wręcz śródmiejski w charakterze (ale szybkość tych zmian również sprawia problemy). Jeśli coś ma być „dla ludzi”, to nie da się tam uniknąć lekkiej przaśności i nieporządku. Bardzo lubię powiedzenie, że „brudne dzieci to szczęśliwe dzieci” – ta zasada w przenośni dotyczy również dorosłych, którzy dla wyluzowania potrzebują jednak odrobiny chaosu. A gdzie wyluzować, jeśli nie na własnym osiedlu?

[fot. Monika Arczyńska]

 

 

 

 

60m2

60m2_p

Co za tydzień, a przede wszystkim – co za sobota! W Warszawie wernisaż „Warszawy w budowie” pod tytułem „Wreszcie we własnym domu. Dom polski w transformacji”, a w „Wysokich obcasach” wywiad, który rozpalił do czerwoności tysiące Polaków. I nie wiem, czy to kuratorzy wystawy dodali czegoś do wody, czy po prostu mają dobrą firmę od PR, ale nagle hasła „za małe mieszkanie”, „brak miejsc a na książki”, a przede wszystkim „60m2” zostały odmienione  przez wszystkie możliwe przypadki.

Gorączka, która sprawiła, że z kilkustronicowego wywiadu, w którym rzucona ot tak powierzchnia mieszkania została tak wyraźnie wysunięta na pierwszy plan, może mieć kilka przyczyn:

  1. Ludzie najłatwiej zapamiętują liczby.

To może być pozostałość zakuwania dat na lekcjach historii. Co prawda badania, ile zostaje ich później w głowach wskazują, że niewiele (ja też nie pamiętam, kiedy miała miejsce bitwa pod Warną), ale może to tylko oznacza, że i nieszczęsne 60m2 zostanie wkrótce zapomniane.

  1. Zakodowane w pamięci normatywy.

„Normatyw projektowania mieszkań i budynków mieszkalnych wielorodzinnych w miastach i osiedlach” z 1959 definiował 60m2 jako mieszkanie kategorii M6. Kategorie określano według liczby mieszkańców, stąd wniosek, że w rzeczonym lokalu można by jeszcze spokojnie zmieścić dodatkowe dwie osoby. Być może reakcja na artykuł wynika z sentymentu do PRL-u.

  1. Za małe mieszkania.

Na „Warszawę w budowie” wybieram się dopiero w przyszłym tygodniu, ale materiały organizatorów i pierwsze relacje prasowe wskazują na to, że jednym z poruszonych problemów są zbyt małe mieszkania Polaków.  Pal licho statystyki, porównania do europejskiej średniej czy badania naukowe na ten temat. Nie ma lepszego potwierdzenia tej hipotezy niż reakcja na wywiad.

Książki Gehla i Jacobs dopiero niedawno zostały przetłumaczone na polski, ale od dawna dostępny był „Ukryty wymiar” Edwarda T. Halla o m.in. badaniach behawioralnych przeprowadzonych na szczurach. Przy zbyt dużym zagęszczeniu na niewielkiej powierzchni zwierzęta zaczynały się zagryzać. Taką sytuację przegęszczenia i stresu nazywa się „bagnem behawioralnym”. Jeśli Polacy mieszkają w zbyt małych mieszkaniach, przypuszczalnie też muszą się na kimś odreagować. Nie są jednak przecież nieucywilizowanymi zwierzętami, więc zamiast zagryzać współmieszkańców, wolą internetowo rzucić się do gardła piosenkarce, które pewnie w życiu nie widzieli na oczy.

Ten wywiad miał prawdziwie „Ukryty wymiar”.

Jak Sphinx z popiołów;)

bw

Odkąd mój osobisty urbanista zamienił Gdańsk na Łódź, przyjeżdżałam co rok na Design Festival. Po ponownej zamianie miast tym razem pojechaliśmy razem – ŁDF okazał się świetnym pretekstem, żeby odwiedzić łódzką ekipę i zobaczyć, co zmieniło się w mieście. O tym za chwilę, bo zmian sporo, ale na festiwalu miałam wrażenie, że oglądam kolejny raz to samo. Pewnie dlatego, że ci sami sponsorzy powtarzają się na każdej edycji i na myśl o Festivalu przychodzą mi do głowy „Barlinek, Paradyż i IKEA”. Pod temat „Tożsamość” można podciągnąć prawie wszystko i na wystawach głównych pojawił się dość przypadkowy przegląd wzornictwa. Przyznaję, że tym razem skoncentrowałam się na centrum festiwalowym na Tymienieckigo i wyjątkowo nie odhaczyłam wydarzeń ani wystaw odbywających się w pozostałych miejscach. Główna część nieco mnie rozczarowała – może nie powinnam przyjeżdżać co rok? Kilka wystaw widziałam w Gdyni latem, wiele produktów oglądałam wcześniej w sieci. A może przez te wszystkie własne nieszczęsne remonty nie mogę już patrzeć na podłogi i grzejniki.

tym

Inkubator na Tymienieckiego sam w sobie stanowi wystawę designu:)

dupencjoogrzewacz

Uroczy pupogrzewacz z Termy

parawan

Architekt na szpilkach też zwróciła uwagę na ten parawan w krótkiej relacji z ŁDF na FB. Trudno nie zwrócić, jeśli mieszka się nad morzem:)

dp

Gdański i jednocześnie architektoniczny akcent na make me! – Torba Architekta Darii Przybyłowskiej

Największe wrażenie zrobiła na mnie wystawa „No Randomness” o wzornictwie, które pozornie wydaje się przypadkowe, ale ma swoje racjonalne wytłumaczenie. Dlaczego włazy kanalizacyjne są okrągłe, a makaron ma różne dziwne kształty? Kapitalnie pokazany przegląd codziennych przedmiotów był odpowiedni i dla dzieci, którym można na przykładach wyjaśnić, że design to nie tylko ładne meble, i dla dorosłych, którzy mogli dowiedzieć się, dlaczego przedmioty, których używają codziennie, wyglądają tak, a nie inaczej. Podejrzewam, że ciekawostki z „No Randomness” będą hitem dyskusji przy prosecco i fritz coli przez następnych kilka tygodni.

osemki

Gdyby piankowe granulki miały kształt kulek, chronione przedmioty spadałyby na dno pudełka. Ciekawe, czy popcorn działa podobnie:)

schoolofform

Ceramika ze School of Form

Zawsze interesuje mnie, co nowego dzieje się na wydziałach związanych z projektowaniem – trzeba podpatrywać konkurencję, żeby nie zostać w tyle:) Tym razem wpadła mi w oko ceramika ze School of Form, nawiązująca do tradycyjnych form i technik wykonania, ale przygotowywana przy użyciu robotów. Cieszy również współpraca polskich firm, m.in. Barlinka i Porty, z młodymi projektantami.

zrezygnujcie

A przy wystawie Architektury-Murator o architekturze humanitarnej pojawiła się tablica, na której każdy mógł napisać, co ma do przekazania polskim architektom. Oprócz żartobliwych „więcej kolumn i pilastrów” pojawiło się „zrezygnujcie”…

271.jpg

Piotrkowska 217

Ale co tam Design Festival, co tam wystawy, Łódź zaskoczyła mnie najbardziej! Próbuję sobie przypomnieć, kiedy byłam tam ostatnio i to musiało być dokładnie rok temu, na poprzednim wydaniu festiwalu. Tyle się wydarzyło w międzyczasie: Piramowicza gotowa, woonerf na Traugutta gotowy, stacje roweru miejskiego są usytuowane tak gęsto, że aż miło, a na Starym Polesiu pojawiła się zieleń. Dzięki likwidacji przejścia podziemnego pod Piłsudskiego nareszcie czuje się, że Piotrkowska to najdłuższa ulica w Polsce. Pod numerem 217, gdzie wcześniej znajdowała się jedna kawiarnia i wyświetlano latem filmy pod gołym niebem, pojawiło się mnóstwo nowych lokali, a w festiwalową sobotę stanęły food trucki i trzeba było się przepychać między ludźmi. A obok „stajni jednorożców” powstanie wybrany w budżecie obywatelskim… pomnik jednorożców.

Czekam na otwarcie Łodzi Fabrycznej – nareszcie zniknęły wysokie płoty i można zobaczyć, jak bardzo zmienił się teren dookoła. Nie wierzyłam, że ta ogromna budowa kiedykolwiek się skończy, a już na pewno nie w to, że zaraz obok natychmiast zaczną się nowe realizacje. Już buduje się nowy biurowiec, za chwilę zaczną powstawać kolejne. Oprócz tych wszystkich publicznych inwestycji widać, że coś się ruszyło wśród mieszkańców. Być może wspólnoty uznały, że pora na dotrzymanie kroku miejskim remontom ulic i kamienic, bo co kawałek stoją rusztowania, tym razem już bez banerów z napisem „Mia100 kamienic”. To zawsze najbardziej odróżniało łódzkie ulice od innych miast – w Gdańsku, Poznaniu czy Wrocławiu trwał remont za remontem, a w Łodzi tylko sypały się tynki. Ale to opóźnienie ma pewną kolosalną zaletę – dzięki niemu kamienice przetrwały nietknięte okres pastelozy i styropianizacji, a miejskie inwestycje pokazały, jak należy remontować historyczna tkankę.

Jak Sphinx, tfu, Phenix z popiołów!

phenix

[fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz]

Jak wykończyć mieszkanie wykańczając i siebie, odc.3

WP_20160623_13_18_17_Pro.jpg

Jest już zdecydowanie bliżej niż dalej do końca remontu. Prawie cały lipiec spędziliśmy w rozjazdach, więc nie miałam czasu na nadzorowanie wszystkiego. Tylko czekam, gdzie pojawią się jakieś niedoskonałości. Pojawiają się, oczywiście, ale staram się przymykać na nie oko i cieszyć się kilkoma rozwiązanymi już sprawami.

Największym problemem mieszkania okazały się podłogi. Miały spadek jak w krzywej wieży z jednej z ksiąg „Tytusa, Romka i Atomka”. Wieża nie przekrzywiła się wraz z upływem czasu, ale specjalnie zbudowano ją dla pewnego księcia, który miał krótszą jedną nogę. Zawsze się zastanawiałam, jak ów nieszczęsny książę radzi sobie z przemieszczaniem się  w drugą stronę, ale Papcio Chmiel na pewno wymyślił jakieś sprytne rozwiązanie.  U nas się tak nie dało i trzeba było wszystko zrywać. Bardzo liczyłam na to, że pod paskudnymi, pomalowanymi farbą olejną na brązowo płytami pojawią się piękne, stare deski do odnowienia. Pojawiły się – i piękne, i stare. Niestety, kilka okazało się spróchniałych, nie było jak ich dosztukować, a chciałam uniknąć mieszania starych z nowymi. Wybór padł na nową podłogę z szerokich, sosnowych desek.  I tu zaczęły się schody (tzn. podłogi:). Obdzwoniliśmy wszystkie składy budowlane w okolicy, ale albo nie było odpowiedniej długości, albo deski okazywały się za wąskie, albo odpad byłby za duży. Majster chciał je już ściągać gdzieś ze Śląska, ale po co  są blogerskie znajomości? Pamiętałam, że Architekt na szpilkach musiała też dosztukować fragment podłogi w swoim pięknym mieszkaniu w sopockiej kamienicy. Poprosiłam ją o radę i dostałam kontakt do sklepu w Gdańsku: „Szanowna Pani, zanim zamówi Pani deski, musi Pani do nas przyjechać. Musi być przecież najpierw kawa, ciasteczko…”. Obyło się bez kawy i ciasteczka, za to podłogi są już zamontowane. Stan ze zdjęcia jest nieaktualny, ale miło mi popatrzeć na tę fotografię z westchnieniem ulgi, że to już przeszłość. Cieszę się też, że w międzyczasie facebookowe ogłoszenie pozwoliło na recykling pozostałych, oryginalnych desek. Nie trafią na opał – znajomy zainstaluje je w swoim mieszkaniu we wrzeszczańskiej kamienicy. Uratowane!

CDN

[fot. Monika Arczyńska]

Jak wykończyć mieszkanie wykańczając i siebie, odc.2

IMG_5223.JPG

Odcinek 2: W pogoni za podpisami

„Mała wspólnota” – na to hasło dostaje gęsiej skórki. Nawet, jeśli planowana ingerencja w część wspólną budynku jest tak niewielka, że nie ma co spodziewać się problemów w uzyskaniem zgody wszystkich właścicieli, problem może stanowić… dotarcie do nich. Pół biedy, gdy mowa o ściganiu sąsiada, który pracuje na zmiany i trudno zastać go w domu. Niestety, bywają bardziej skomplikowane przypadki. A to ktoś jest za granicą, a to w sanatorium, a to wyszedł z domu i nie wrócił.

Ingerencja w moim projekcie była naprawdę mała – chodziło wyłącznie o podpięcie się do przewodów kominowych, bo ani w kuchni, ani w łazience nie ma obecnie żadnej wentylacji. Ponadto okazało się, że wolnych przewodów jest mnóstwo – pozostały po likwidacji pieców kaflowych. Uzbrojona w projekt uchwały i sporo cierpliwości zaczęłam pukać do mieszkań. Co się okazało: w zaledwie dwóch mieszkaniach na siedem (ach, te małe wspólnoty) mieszkali właściciele. Reszta albo stała pusta, albo była wynajmowana. Na szczęście dostałam kilka numerów telefonów i udało mi się dotrzeć do paru osób. Na nieszczęście w międzyczasie trafiłam do szpitala i nie mogłam pojawić się na spotkaniu wspólnoty, podczas którego miałam nadzieję na zebranie kilku podpisów. Pewnie nadal miałabym z tym kłopot, gdyby nie  miła pani, od której kupiliśmy mieszkanie. Bardzo nam pomogła zdobywając kolejne podpisy od niegdyś swoich, a obecnie naszych sąsiadów i nawet przywiozła mi je do domu.

Ale to wszystko przecież nie mogło być tak proste, prawda? Kiedy podskoczyłam do Urzędu Miasta, żeby wprowadzić zmiany w złożonym zgłoszeniu (historia z poprzedniego odcinka sagi) miła pani z Wydziału Architektury i Urbanistyki zauważyła w mojej ‚budowlanej’ teczce listę właścicieli mieszkań i szybko sprawdziła ją w bazie danych. Oczywiście okazało się, że mam na liście nie te nazwiska, co trzeba, bo niektórym właścicielom zdarzyło się umrzeć i to nawet nie miesiąc, nie dwa, ale cztery lata temu. Pogoń za podpisami zrobiła się jeszcze bardziej skomplikowana… Tym razem pomogła nie tyle miła pani, co miły sąsiad z dołu. Wykonał kilka telefonów, dowiedział się, kiedy wraca do Gdańska najtrudniej uchwytny sąsiad-marynarz i zaczęłam znów widzieć światełko w tunelu. Tym bardziej, że w międzyczasie umówiłam wykonawcę na maj i zaczęłam kupować umywalki, płytki i grzejniki.

Zdobywanie ostatnich podpisów mogłabym określić jako ‚trochę śmieszno, trochę straszno’. Umawiając się telefonicznie i wyjaśniając, w czym rzecz, usłyszałam, że dołączoną do projektu opinię kominiarską należy sprawdzić, bo przecież kominiarz pracował na moje zlecenie i mógł wpisać tam to, co mu kazałam… Na moje oburzenie rozmówca zareagował ‚Proszę Pani, nie takie rzeczy się widziało!’.

Ale podpisał:)  CDN

[Fot. Monika Arczyńska]

 

Tego Wam nie wybaczę!

Wajdeloty

Już dawno przymierzałam się do tego tematu. Czekałam tylko na wiosnę i zazielenione drzewa, żeby zrobić serię porządnych zdjęć. O co chodzi? O miejsce, o którym pisali już chyba wszyscy trójmiejscy blogerzy – Dolny Wrzeszcz i ulicę Wajdeloty. Większość wypowiadała się z zachwytem, mnie zachwyca tylko część zachodzących tam zmian, bo teraz to już gentryfikacja w najbrutalniejszym wydaniu. Chciałam o tym napisać w żartobliwie-uszczypliwym stylu, przygotowując test poziomu zgentryfikowania ulicy. Miały się tam znaleźć pytania o dostępność produktów bezglutenowych (na Wajdeloty – żaden problem), możliwość przystrzyżenia brody (pod numerem 9), jakość humusu (podobno przyzwoita) i deserów z chia (znośna) oraz liczba miejsc, w których można poćwiczyć jogę (obecnie chyba dwa). Zrobiłabym to, gdyby nie wczorajsze wydarzenie…

Mieszkam w Dolnym Wrzeszczu. Kiedy szukaliśmy z moim osobistym urbanistą miejsca, żeby stworzyć w Gdańsku bazę (nie piszę ‚osiąść’, bo jak znam życie, znów nas stąd kiedyś wywieje), nie patrzyliśmy nawet na inne dzielnice niż Wrzeszcz. To nie jest centrum wszechświata, ale ma największą kumulację tych rzeczy, które w życiu w mieście są najważniejsze: świetną dostępność komunikacyjną (tramwaj, autobus, ścieżki rowerowe, pociąg i kolejka miejska, teraz również na lotnisko), usługi – od zegarmistrza po sieciówki z ciuchami, na Politechnikę idzie się stąd 20 minut jedną z moich ulubionych ulic, a przychodnię mamy przy domu. Zapomniałabym! W promieniu kilkuset metrów znajdują się trzy parki i skwery, z nowym wyposażeniem dzięki sąsiedzkim staraniom i budżetowi obywatelskiemu. Dzielnica wydaje się skazana na sukces, stąd moje zdziwienie, że jeszcze niedawno Urząd Miasta myślał serio o zaplanowaniu tam działań rewitalizacyjnych.

Odkąd dokonano ‚rewitalizacji’ (tzn. remontu) ulicy, trudno nadążyć za prędkością zmian. Zaczęło się od wegańskiej knajpy, która zaczęła działać jeszcze podczas remontu, gdy przejście przez rozkopy i stalowe siatki przypominało tor przeszkód. W miejscu spożywczaka powstał ‚Hummusland’. W miejscu mięsnego – ‚The Barbers’. Przetrwała pizzeria ‚Ósemka’, którą pamiętam jeszcze ze studenckich czasów, gdy na Wajdeloty czasem przychodziło się popatrzeć na piękne przedwojenne kamienice, ale cały ten obszar za torami wydawał się wówczas taki odległy… ‚Ósemka’ przetrwała, chociaż serwowana tam pizza zawsze była raczej polską wariacją na temat włoskiego oryginału, za to w ubiegłym roku pojawiła się taka informacja :

vegan.jpg

Wzdychałam z lekkim zniecierpliwieniem za każdym razem, gdy następowały podobne zmiany, ale nie chciało mi się wierzyć, że gentryfikacja może mieć tu takie tempo jak w Berlinie, przebadanym od pod tym kątem z laboratoryjną dokładnością. Pocieszałam się, że przecież w sumie wszystko idzie w dobrym kierunku, ulica wypiękniała, podziemna infrastruktura została wymieniona, fundamenty kamienic zaizolowane, ruch uspokojony, a atrakcyjność miejsca wprowadzi tam nowe biznesy i miejsca pracy. Wzdychałam i mamrotałam pod nosem, że dopóki na ulicy przetrwają lumpeksy i sklep metalowy, nie jest jeszcze tak źle. Lumpeksów zawsze było kilka, a metalowy to takie miejsce, na widok którego człowiekowi robi się lżej na duszy, bo wiadomo, że jeśli trzaśnie w domu jakiś wężyk albo uszczelka, to przemiły pan sprzedawca na pewno dobierze odpowiedni zamiennik i poradzi, jak go zamontować. To też sklep, na którego wystawie znajduje się stary szyld z nazwą ulicy – ot, taki lokalny sentyment.

Lumpeksy powoli zaczęły znikać, sąsiednie solarium padło, ale metalowy dzielnie trwał. Wczoraj w drodze na rosyjski zobaczyłam jednak w oknach informację o likwidacji.

Nigdy Wam tego nie wybaczę, ale kim jesteście, tajemniczy ‚Wy’? Lokalną hipsterką sączącą rzemieślnicze piwo w pubie na końcowym rondzie? Sama je tam wczoraj sączyłam. Klasą średnią, która zamieszkała na nowym osiedlu w starym browarze na końcu ulicy? To takie miejsce, gdzie w każdej klatce mieszkają co najmniej trzy buldożki francuskie, a liczba samochodów na gospodarstwo domowe jest taka, jak na przedmieściach. A może ‚Wy’ to właściciele lokali, którzy po latach dokładania do swoich lokalnych sklepików zauważyli szansę na niezły biznes? Rozumiem to doskonale. A może chodzi o blogerki lajfstajlowe, które interesuje ładne tło do zdjęć i dobra kawa? Nie wiem. Pewnie nie ma sensu szukanie winnych, pewnie jestem równie winna, bo częściej korzystam z Biedronki przy browarze niż z ostatniego warzywniaka na Wajdeloty. Nie tylko więc Wam – sobie tego też nie wybaczę.

[fot.Monika Arczyńska]

Jak wykończyć mieszkanie wykańczając i siebie, odc.1

image

Na blogu ostatnio cicho, bo architektura, jaką zajmowałam się najbardziej intensywnie w ostatnich tygodniach, to architektura służby zdrowia. Wracam z czymś specjalnym – z mrożącą krew w żyłach powieścią w odcinkach. Wykańczanie (legalnie) mieszkania to zadanie, z którym tak trudno sobie poradzić, że przypuszczalnie 99,9% osób nie zaprząta sobie głowy zgłoszeniami czy pozwoleniami na budowę. Postanowiłam jednak spróbować zrobić to zgodnie z prawem. O ja głupia! O ja nieszczęsna!

Nie mam zbyt wielkiego doświadczenia w pracy projektowej w Polsce i chociaż pewne zawiłości naszego prawa są dla mnie obce, założyłam, że nie powinny mnie przerosnąć. Praktycznie każdy projekt, nad którym pracuję, znajduje się w innym kraju i ogólne zasady są wszędzie zbliżone, tyle, że opisane a to po arabsku, a to po rosyjsku, a to po hebrajsku. Polską ustawę jestem przynajmniej w stanie bez problemu przeczytać. Nigdy nie zajmowałam się za to projektowaniem w tak maleńkiej skali – obecnie mam na tapecie budynki o powierzchniach od 40 do 120 tysięcy metrów kwadratowych. Tym bardziej fascynuje mnie, czym potrafią przejąć się urzędnicy w Polsce. Szczegółowość tej powieści w odcinkach pewnie wzbudzi  uśmiech politowania u koleżanek i kolegów po fachu, którzy zęby zjedli na podobnych perypetiach, ale dla mnie to kompletna nowość.

Odcinek 1 – Miłe złego początki

Na początku roku zabieram się za projekt niewielkiego mieszkania  w kamienicy przy jednej z moich ulubionych ulic Gdańska, w dzielnicy o wdzięcznej i dźwięcznej nazwie Aniołki. W mieszkaniu stoi przepiękny stuletni piec kaflowy, wysoki na trzy metry. Nie przeraża mnie wcale, że kamienica jest w ewidencji. Uzbrajam się w cierpliwość oraz pokorę i zamierzam wszystko zrobić zgodnie z prawem i według świętych zasad dobrej praktyki. Dzwonię do biura miejskiego konserwatora zabytków, gdzie miła pani (miłe panie będą przewijać się przez cały czas przez tę opowieść) informuje, co muszę pozałatwiać i w jakiej kolejności oraz zapowiada, że otrzymanie zaleceń konserwatorskich dla tak niewielkiej inwestycji to sprawa dwóch-trzech tygodni. Przygotowuję wniosek o ich wydanie, do którego załączam kilkunastostronicowy raport opisujący stan istniejący (zachowane elementy wnętrza są pod ochroną) i planowane prace.

Umawiam się z wykonawcą, który świetnie wykonał robotę u znajomych. Akurat za kilka tygodni będzie wolny, powinnam już wtedy mieć wszystkie potrzebne pozwolenia i zgłoszenia. Zabieram się za projekt – planowane prace dzielę na dwie części, żeby było szybciej. Roboty wykończeniowe, w tym wymianę okna dachowego, do którego potrzebne mi były zalecenia konserwatorskie, umieszczam w zgłoszeniu (30 dni na reakcję Urzędu). Istniejącą kuchnię o proporcjach tramwaju zamierzam podzielić docelowo na aneks sypialny i kuchenny, ale nie mogę umieścić tego w zgłoszeniu, bo gdański Urząd każdą zmianę układu pomieszczeń traktuje jako przebudowę i wymaga pozwolenia na budowę. O nie postaram się chwilę później, bo czuję, że trochę czasu zajmie mi załatwienie zgody wspólnoty na podłączenia wentylacji (obecnie brak) do istniejących przewodów kominowych. W zgłoszeniu postanawiam jednak umieścić wykonanie dwóch otworów w ścianie działowej, które docelowo pozwolą na dostęp do aneksów z pokoju dziennego – to nie zmienia układu pomieszczeń, więc nie powinno być problemu, a wykonawcy znacznie ułatwi pracę.

Nie mam jednak szczęścia. Miła pani z urzędu dzwoni, żeby mnie poinformować, że „wie Pani, wszystko w porządku, ale na te dziury w ścianie działowej to będzie Pani potrzebowąła pozwolenia na budowę”. Cholera jasna! Ale może to dobrze. W innym razie wniosek o pozwolenie na budowę obejmowałby  AŻ DWA PUNKTY (proszę nie opluć monitora ze śmiechu):

  1. Budowa ścianki gipsowo-kartonowej o długości… 1,75m.
  2. Wykonanie dwóch podłączeń wentylacyjnych do istniejących przewodów kominowych (czyli po prostu wykucie dwóch dziur, jakieś 15x15cm każda).

Teraz przynajmniej mogę dodać punkt trzeci! Domyślam się jednak, że zakres tych prac okaże się dla Urzędu tak poważny, że kolejny telefon będzie dotyczył konieczności zaangażowania architekta sprawdzającego…

W międzyczasie miła pani z firmy administrującej budynkiem pomaga mi w dotarciu do członków wspólnoty, od których potrzebuję zgody na podpięcie się do przewodów kominowych. Ale to będzie materiał na kolejny, jeszcze bardziej drastyczny odcinek sagi.

PS Zalecenia konserwatorskie były gotowe po pięciu, a nie dwóch-trzech tygodniach:)

[fot. Monika Arczyńska]

 

 

 

Czas to pieniądz

rury.jpg

Co za budowlano-remontowy sezon! Znajoma kupuje mieszkanie i czeka ją wykańczanie stanu deweloperskiego. My niedługo utkniemy w dwóch remontach. Przepraszam – przebudowach, bo według prawa budowlanego postawienie ścianki działowej bywa przebudową. Szukam właśnie umywalek, baterii, podłóg i tysiąca innych rzeczy, ale przede wszystkim zgrzytam zębami na myśl o tym, ile to wszystko jeszcze potrwa. Problemem nie jest nadmiar materiałów do wyboru ani moje projektowe niezdecydowanie, chociaż właśnie nieco utknęłam przy płytkach ceramicznych. Problem to urzędowe procedury, które trwają wieki.Pomimo chichotów znajomych („Serio? Zamierzasz to zgłaszać do urzędu?”) robię wszystko zgodnie z prawem. Jedno pozwolenie na budowę czeka już od roku, drugi projekt jest gotowy. Dziś składam zgłoszenie, bo wystarczy do większości prac remontowych, a znacznie przyspieszy inwestycję. Na szczęście zalecenia konserwatorskie (jeden z budynków jest w ewidencji) są zgodne z moimi zamierzeniami, ale ich uzyskanie trwało ponad miesiąc…

Czytuję od czasu do czasu blog Michała Szafrańskiego „Jak oszczędzać pieniądze”. Też bym chciała być równie przedsiębiorcza jak Michał Sz., ale chyba za dobrze znam przepisy budowlane. Zaintrygował mnie wpis „Mieszkanie jako inwestycja krótkoterminowa, czyli jak można zarobić kilkadziesiąt tysięcy w 2,5 miesiąca”. Sprawa wyglądała prosto: Michał kupił w dobrej cenie zadłużone mieszkanie w nie najlepszym miejscu i standardzie z myślą o wynajmie studentom lub sprzedaży. Po wyprostowaniu kilku administracyjnych problemów i błyskawicznym, niskobudżetowym remoncie udało mu się korzystnie sprzedać mieszkanie. Zafascynował mnie harmonogram tego przedsięwzięcia: 29 listopada – zakup mieszkania; […] 5 grudnia – start prac remontowych. Liczę i liczę, ale nijak nie chce mi się zmieścić  między tymi datami 30 dni. To tyle, ile należy odczekać po zgłoszeniu prac budowlanych do urzędu. Milczenie oznacza zgodę – jeśli nie będzie reakcji, można zacząć działać. Jeśli okaże się, że potrzebne są jakieś uzgodnienia albo planowane prace kwalifikują się do pozwolenia na budowę (np. jakiekolwiek zmiany w instalacji gazowej), urząd wyśle odpowiednie instrukcje. Zgłoszenie to tylko dwa łatwe do wypełnienia formularze i ewentualnie rysunek, który można wykonać samodzielnie. To nic nie kosztuje, tylko… no właśnie, czas.

Jaki jest sens zgłaszania prac budowlanych? A chociażby taki, że wymaga zastanowienia się nad ich ewentualnymi konsekwencjami, a urzędnicy odpowiednio to zweryfikują. Przykłady z życia: przyjaciółka z rodziną musiała ewakuować się z mieszkania, bo sąsiadka z dołu po likwidacji pieca kaflowego zafundowała sobie kominek z otwartym paleniskiem. Komin to komin, co za problem, po co to w ogóle z kimkolwiek konsultować? Inny poziom wilgotności i temperatura dymu sprawiły jednak, że przewód bez wkładu zaczął przepuszczać spaliny do mieszkania powyżej. Ktoś inny przyznał się niedawno, że bez pozwolenia zmieniał w swoim mieszkaniu (w bloku!) instalację gazową. To zdecydowanie inny kaliber niż banalna wymiana podłóg, ale chodzi o tę samą zasadę: gdzie są granice dysponowania swoją własnością oraz zaufania do wiedzy budowlanej – własnej lub niekoniecznie świetnie wykwalifikowanego fachowca. Z jednej strony wściekamy się na zalew szmat reklamowych na elewacjach czy nieskoordynowane podziały okienne w zabytkowych kamienicach, a przecież wynikają z tego samego podejścia lub niewiedzy. Ostrożniej działają ci, którzy przymierzają się do większej inwestycji (może ze strachu przed inspekcją budowlaną?). Można już budować domy jednorodzinne na samo zgłoszenie. Bałam się, że przyczyni się to do jeszcze większego chaosu na suburbiach, ale okazuje się, że inwestorzy niezbyt chętnie korzystają z tego pozornego udogodnienia. Pozornego, bo jakakolwiek wątpliwość ze strony urzędu bądź błąd w dokumentacji znacznie komplikują i wydłużają inwestycję w porównaniu do spokojnego budowania po uzyskaniu pozwolenia. A przecież czas to pieniądz, prawda?

[Fot. Monika Arczyńska]

 

 

 

Schrony, neony i nocne architektów rozmowy

mackow

Miałam do pozałatwiania kilka spraw we Wrocławiu, a ponieważ akurat w ten weekend mój osobisty urbanista miał tam prezentację w związku z nowym Studium, też wskoczyłam do pociągu. A pociągi na trasie Trójmiasto-Wrocław wymiatają, proszę Państwa. Są prawie jak pendolino i ‚prawie’ nie robi tu wielkiej różnicy. Jadąc w wygodnym, bezprzedziałowym wagonie dowcipkowaliśmy sobie na temat Polski w ruinie. W ruinie chyba są dawne stereotypy, bo rzeczywistość z czystymi toaletami z ciepłą wodą nie bardzo pasuje do lansowanej przez Sami-Wiecie-Kogo wizji. Z powrotem pierwszy raz w życiu jechałam nocnym i podoba mi się to rozwiązanie – stukot pociągu doskonale usypia, a wdrapywanie się na górne miejsce przypomina studenckie czasy i piętrowe łóżka w akademiku Gdyby jeszcze tylko leżanki były kilka centymetrów dłuższe!

Na spotkaniu odnośnie Studium wynudziłam się jak mops. Nie nadaję się do sluchania takich rzeczy. Wiem, to było spotkanie głównie dla mieszkańców, a nie specjalistów, ale kiedy kolejny prelegent zaczynał cytować Gehla, uciekłam, żeby zobaczyć w sąsiedztwie nową realizację pracowni Maćków. Nie chcę być złośliwa, ale… „Życie między budynkami” ma już 44 lata. Tłumaczenie na angielski – 28. To troche niepokojące, że taki klasyk musiał pojawić się w polskiej wersji, żeby w końcu odkryły go rzesze architektów i urbanistów…

Komin

Za to u Maćkowa, jak zwykle zresztą, jest całkiem kulturalnie. Może biurowiec przy Kurkowej mnie nie zachwycił, ale mieszkaniówka obok – całkiem, całkiem. Gdybym miała taki taras z widokiem na wodę, pewnie wpadłabym w alkoholizm od sączenia wina przy każdej mozliwej okazji. Popstrykałam zdjęcia, żeby pokazać studentom, którzy właśnie walczą z tematem śródmiejskiego kwartału, skalę otwartego z jednej strony dziedzińca, który na Kurkowej miał jakieś 15 metrów szerokości (na pierwszym zdjęciu). Na tyle dużo, żeby spełnić minimalne wymogi dotyczące doświetlenia mieszkań i na tyle mało, aby słońcem cieszyć się przez chwilę, za to dobrze poznać zwyczaje sąsiadów z naprzeciwka.

mackow 03

Główny architektoniczny cel wyjazdu stanowiły jednak nie neony, nie Studium ani nawet nie przejażdżka sypialnią na szynach, a Muzeum Współczesne Wrocław (MWW). Muzeum jest zlokalizowane w schronie przeciwlotniczym z czasów drugiej wojny – intrygującym walcu na Placu Strzegomskim. Adaptację za naprawdę niewielkie pieniądze przeprowadzili architekci z VROA i CH+. To niby tymczasowa siedziba Muzeum – w 2008 pracownia Mirosława Nizio wygrała konkurs na nowy, przeogromny budynek, który miałby stanąć przy Muzeum Architektury- ale szczerze mówiąc wątpię, czy coś z tego wyjdzie. Gotowy już jest przecież równie olbrzymi oddział sztuki współczesnej Muzeum Narodowego w Pawilonie Czterech Kopuł Poelziga, przy Hali Ludowej. Podobno adaptacja wyszła fatalnie (przede wszystkim przyciężkawe przeszklenie dziedzińca), ale nie zamierzam wydawać żadnych opinii, zanim nie zobaczę go na własne oczy.

O tymczasowej siedzibie MWW jak najbardziej mogę się już wypowiedzieć. Widziałam wcześniej mnóstwo zdjęć tego obiektu, przestudiowałam rysunki, poczytałam sporo o samym procesie realizacji. Wiedziałam więc, że jest klaustrofobicznie, ale nie zdawałam sobie sprawy, że aż tak bardzo. Architekci zrobili wszystko, żeby wpuścić tam troche ‚powietrza’, ale założenie schronu jest takie, że ma przecież chronić grubymi murami i stropami. Trudno go sperforować i z przyczyn technicznych (w niektórych miejscach widać ślady po przebijaniu się przez gruby żelbet) i dlatego, że pozbawiony masywności schron straciłby dużo ze swojego charakteru. Brak światła dziennego wprowadza w bardzo depresyjny nastrój i szczerze współczuję pracownikom, którzy siedzą przez cały dzień w tej betonowej puszce. Za to z kawiarni i tarasu na dachu rozpościerają się kapitalne widoki i na pewno wrócę tam na kawę podczas następnej wizyty we Wroclawiu. Na wystawę może już niekoniecznie, bo oglądanie sztuki w wąskich, bębnowatych przestrzeniach to wyjątkowo męczące zajęcie. Jest ciasno, naprawdę. Niewiele brakowało, a pstrykając zdjęcia strąciłabym ze ściany obraz. W tych trudnych przestrzeniach nawet da się w miarę sensownie zaaranżować kameralną wystawę, ale nie każde cylindrowate muzeum sztuki dorównuje nowojorskiemu Muzeum Guggenheima…

MWW

O szczegóły projektu miałam okazję podpytać projektantów, bo w sobotę na odpaleniu nowych neonów na Ruskiej pojawiło się mnóstwo wrocławskich architektów. I VROA, i Kameleonlab i oczywiście ulubieni Menthol Architects. Oprócz architektów pojawił się też problem, który uznaję za nierozwiązywalny: jak w sobotnią noc, w takim towarzystwie, nie rozmawiać o pracy???

[Fot. Monika Arczyńska]

Zbyt ambitnie?

IMG_9380

Coś mi w tym roku nie zagrało na Gdynia Design Days. Chyba nie rozumiem do końca koncepcji tej imprezy. Przede wszystkim wydaje mi się zbyt długa – obejmowała dwa weekendy – i przeładowana. Zaproszono mnóstwo interesujących gości, ale wydarzenia okazały  tak rozrzucone czasowo, że trudno było ustawić sensowny program. Większość wystaw i warsztatów miała miejsce w Pomorskim Parku Naukowo-Technologicznym (PPNT), ale część odbywała się w śródmieściu. W dodatku zakres tematyczny okazał się przeogromny. Brakowało mocnego motywu przewodniego, który posklejałby w całość ten koktajl wykładów, wystaw i warsztatów. Niby było hasło i to rybacko-nadmorskie („Sieci”), ale zostały w nie złapane i krzesła, i przestrzeń publiczna, i młodzi projektanci, i jakość zamieszkania, i dyplomy z gdańskiej ASP…

Dla porównania: na łódzki festiwal designu, który również trwa nieco ponad tydzień, zjeżdża się cała Polska. To wydarzenie, na którym po prostu trzeba być, chociaż nie da się ukryć, że z większości polskich miast łatwiej tam dojechać niż do Gdyni. Co chwilę trafia się na znajomych, co chwilę idzie z kimś na kawę albo drinka. Towarzysko-networkingowy (oho, ale poleciałam korponowomową:) aspekt festiwalu jest równie ważny, jak same jego wydarzenia. A w Gdyni, jak to latem w mieście nadmorskim, konkurencyjnych atrakcji  jest aż nadto. Jeśli przygrzeje słońce, plaża wygrywa z wystawami. Jeśli trwa Open’er, jak w pierwszy weekend Design Days, trudno po całonocnych szaleństwach wytrzymać na wykładach. Na dodatek pierwszy weekend okazał się zbyt upalny, drugi zbyt pochmurny. I jak tu się poświęcić designowi w takich okolicznościach przyrody?

A może nagle po prostu zrobiło się zbyt ambitnie? Gdzieś zniknęła świeżość dawnych Dni. Pierwotna formuła, znacznie mniej rozbudowanego festiwalu z wystawą w kontenerach i kontenerowym barem przy Teatrze Muzycznym, bliżej plaży i śródmieścia, pozwalała na bardziej spontaniczne uczestniczenie w imprezie.  Może po prostu wakacyjny festiwal w nadmorskim mieście powinien przyjąć lżejszą formułę? Najdłuższa sofa świata (na zdjęciu powyżej) w słoneczny weekend była obsadzona zwiedzającymi. Przez „Terminal Designu” na Placu Kaszubskim w centrum miasta, gdzie jak rok temu zaaranżowano warsztaty, ksiegarnię i bar, przewijało się mnóstwo osób. Przypuszczam, że hitem były warsztaty dla dzieci – może to najmłodsi mogliby stać się główną grupą docelową Design Days?

Póki co odliczam czas do października – spotykamy się w Łodzi!

01

[Jedna z ciekawszych wystaw w PPNT – „Dom. Osiedle. Mieszkanie – przestrzeń życia Polaków na osiedlach mieszkaniowych”]

03

[Część wystawy głównej „Sieci”, chociaż może tytuł powinien brzmieć „Pustki”]

06

[Jeden z nasympatyczniejszych obiektów na wystawie „Sieci”, czyli system wymiany sąsiedzkiej. Jak się okazało po bliższym przestudiowaniu opisu, to projekt Mikołaja Smoleńskiego, autora Polegiwacza]

13

[Gdynia Design Days to także konferencje i wykłady. Na zdjęciu Ela Petruk z Bęc Zmiany i Joanna Piaścik, autorka ‚Reflexu’, zwycięskiego projektu ubiegłorocznego konkursu BMW Urban Transforms]

09

[Przedstawiciele PoCoTo, czyli trójmiejskiego Dream Teamu projektowego. Wcześniej działalność kieleckiego Instytutu Designu prezentowali  Dominika Janicka i Michał Gdak, z którym poznaliśmy się kiedyś na wspomnianym festiwalu w Łodzi. Świat jest mały, a branżowy półświatek jeszcze mniejszy]

11

12

[Wystawa projektów studia Rygalik w Muzeum Miasta Gdyni – tu zdecydowanie warto wpaść, a ja już się nie mogę doczekać Rygalikowej imprezy na festiwalu designu w… Łodzi]

[fot. Monika Arczyńska]

Turystyka bjarkeingelsowa

VM_01

Od wyjazdu minął już ponad miesiąc, a ja wciąż wracam myślami do Kopenhagi. Wracam na tyle intensywnie, że na zajęciach ze studentami automatycznie przychodzą mi do głowy duńskie projekty. Kiedy podczas wykładu o narzędziach opisywania i interpretowania architektury miałam wybrać przykład diagramu wyjaśniającego, skąd wzięła się koncepcja, nie trafiło ani na Roberta Koniecznego, ani nawet na MVRDV, ale na BIG i VM Houses. Ten schemat nie mógłby być banalniejszy, ale jego siła leży w prostocie pokazania, jak kilka modyfikacji standardowego układu potrafi przełożyć się na  bogate połączenia widokowe i formę. Ale te budynki mają coś jeszcze: szalone balkony, na tle których oczywiście musiałam sobie zrobić obowiązkowe selfie. Na zdjęciach wyglądają na jakiś wyrafinowany element architektoniczny, a w rzeczywistości są bardzo racjonalnie zaprojektowane.Naliczyłam zaledwie trzy typy trójkątnych, stalowych, podwieszonych balkonów – symetryczne oraz przekrzywione na lewo i na prawo. Sprawiają wrażenie nieregularnie wystających z elewacji kolców, a wszystko dzięki temu, że ustawiono je według zasady „kontrolowanego chaosu” – nigdy nie liniują się więcej niż dwa z nich. A może liniują, tylko od patrzenia zaczęło mi się kręcić w głowie:) VM_02

[Szalone balkony]

VM_03

[Tak wygląda spokojniejsza strona] VM_04

[Lepiej niż w Jednostce Marsylskiej! Podniesienie budynku o jedną kondygację umożliwiło zorganizowanie na poziomie zero parkingu rowerowego chroniącego jednoślady przed deszczem, ścianki wspinaczkowej oraz wydzielenie świetlicy dla mieszkańców]

VM_05

[Gdzieniegdzie coś się sypie lub odpada, ale to nie jest architektura, która ma przetrwać stulecia]

Obok VM Housing (czyli w nowej dzielnicy Ørestad, dziesięć minut koeljką do centrum), stoi równie znana mieszkaniowa realizacja BIG (z JDS): Bjerget czyli Mountain Dwellings. Tarasowo schodzące mieszkania przykrywają parking. Na parking można wejść (mogą z niego korzystać nie tylko mieszkańcy budynku), więc oczywiście zaczęliśmy biegać po poszczególnych kondygnacjach, próbując zrozumieć, jak ten budynek jest w ogóle zorganizowany. Zobaczyła nas pewna wjeżdżająca właśnie samochodem pani i widząc nasze zainteresowanie oraz pewnie przyzwyczajona do przewalających się tabunów architektów, zapytała, czy studiujemy architekturę. Jak się nagle poczułam młodo:) Co odpowiedzieliśmy? „My już nie, ale nasi studenci tak”. Chyba ją to przekonało, że może warto nam pokazać więcej, a może uznała, że przydałaby się jej pomóc z wniesieniem zakupów, bo zaprosiła nas do siebie. Dopiero w jej mieszkaniu dotarło do nas, jak wyjątkowy jest ten budynek. Można się tam naprawdę poczuć jak we własnym domu ze słonecznym ogrodem, z pięknym widokiem na kanał, zieleń i domy. Właścicielka mieszkania, które oglądaliśmy, przeniosła się tam po śmierci męża z domu jednorodzinnego i stwierdziła, że w Bjerget ma wszystko to, co wcześniej w domu. Prywatność  jest zapewniona dzięki skrzyniom na rośliny (z systemem irygacji podłączonym do zbierania deszczówki – nadwyżkami są spłukiwane toalety). Są na tyle szerokie, że nie można się przez nie wychylić, żeby zobaczyć, co robią sąsiedzi piętro niżej. Aby zachować spójny wygląd budynku, zostały ustalone pewne zasady, których muszą przestrzegać wszyscy mieszkańcy. Drewna na tarasach nie wolno pomalować ani polakierować, nie można też ingerować we wspomniane skrzynie, gdzie posadzono pnącza. Opiekuje się nimi ogrodnik, który na tarasy wchodzi systemem furtek – podobno nie puka, a wcześniej nie ma ostrzeżeń, kiedy będą przycinane rośliny, więc z tą prywatnością różnie bywa:) Mieszkania w Bjerget okazały się nadzwyczaj popularne i podobno na liście oczekujących na mieszkania (z drugiej ręki) jest około stu osób. Nie tylko dlatego, że mieszka się tam świetnie, ale również z uwagi na projektanta. Okazuje się, że Duńczycy znają swoich starchitektów i mieszkanie w budynku zaprojektowanym przez Bjarke Ingelsa to niezły prestiż.

Mountain_06

[U gory schodzące tarasowo mieszkania, na dole parking] Mountain_07

[A tak ten tarasowy krajobraz wygląda od strony kanału. Nie dość, że tarasy są świetnie nasłonecznione, to jeszcze rozpościera się z nich kapitalny widok] Mountain_08

[Odjechany parking pod tarasową płytą mieszkań i winda, która z uwagi na nachylenie bardziej przypomina kolejkę górską]

Mountain_02

[Przy wejściach widać troskę o szczegóły: identyfikację wizualną i małe wycofanie, dzięki czemu na korytarzach nie walają się buty ani wycieraczki. Każde piętro ma okładziny w innym kolorze. To niby ograny motyw, ale w tym przypadku jest nawiązaniem do kolorów używanych przez Vernera Pantona – ależ ci Duńczycy mieli szczęście do świetnych designerów.]

Ale już 8 Tallet – dom-ósemka, nieco mnie przeraził swoją skalą. Obejmuje różne typy mieszkań, w tym ustawione wzdłuż krawędzi „domki jednorodzinne”, ale w najwyższych częściach sprawia wrażenie zwykłego, obłożonego aluminiowymi płytami bloku. Nietypowego co prawda, bo z zielonymi, ostro schodzącymi dachami i dynamiczną formą, również dziedzińców. Stamtąd zdjęć nie będzie, bo chociaż dziedzińce  są otwarte i każdy może zrobić sobie przez nie skrót, co przy budynku tej wielkości zdecydowanie ma dużo sensu, przy każdym wejściu znajdują się napisy po duńsku i angielsku z prośbą o uszanowanie prywatności mieszkańców, a przede wszystkim o powstrzymanie się od wykonywania fotografii. Muszą być nieźle zmęczeni przyjeżdżającymi z całego świata architektami. Jak widać istnieje nie tylko „turystyka architektoniczna”, ale też jej podkategoria – „turystyka bjarkeingelsowa”. 8 House_04 8 House_03

[„Domki jednorodzinne” wzdłuż krawędzi]

PS W drodze z lotniska podsłuchiwaliśmy uważnie, o czym opowiadał polski kierowca busa jednej z pasażerek. Oprócz standardowych komentarzy na temat poziomu życia w Danii pojawiły się wątki architektoniczne. Pierwszy dotyczył łazienek, które podobno są nieproporcjonalnie małe względem powierzchni mieszkań i domów. Drugi – pracowni architektonicznych w Kopenhadze, które według kierowcy zatrudniają polskich studentów architektury. Studenci są szczęśliwi, że mają w cv staż w znanym biurze, a biura dzięki naszym rodakom wygrywają wszystkie konkursy, a jednocześnie… mało im płacą. Ot, taki architektoniczny spisek;)

[fot. Monika Arczyńska]

Duńczycy są nowymi Holendrami

Superkilen_09

„The Danish are the new Dutch” – nie, nie chodzi o rowery. Chodzi o architekturę. Taki komentarz pojawił się na portalu Dezeen pod tekstem o kopenhaskim Superkilen.

Studenci byli niegdyś bez pamięci zakochani w PLOT, a kiedy biuro się podzieliło, maślany wzrok kierowali w stronę JDS i BIG. Najpierw nie rozumiałam fenomenu popularności tych pracowni, a Bjarke Ingels, pojawiający się WSZĘDZIE, zaczął mnie w pewnym momencie trochę drażnić. Na dodatek jego projekty wydawały mi się początkowo dość wtórne, bo świeżość i odwaga koncepcji oraz proste, wyraziste diagramy kilka lat wcześniej były charakterystyczne dla młodych (teraz już nie takich młodych) holenderskich pracowni. Z drugiej strony studenci mają prawo nie pamiętać realizacji MVRDV czy NL Architects z milenijnego przełomu… Potem nastąpił kryzys i całą tę świeżość i odwagę zasłoniło widmo niezapłaconych rachunków i projektów wkładanych do szuflady. Eksperymentuje się tam, gdzie są pieniądze – jeśli eksperyment się nie powiedzie, budynek można szybko zastąpić nowym. Stąd każdy okres słabszej koniunktury przynosi bardziej konserwatywne rozwiązania. Wcale nie twierdzę, że to niedobrze, bo stabilizacja i uspokojenie są konieczne dla zebrania sił przed kolejną eksplozją eksperymentów, a skracanie cyklu życiowego budynków to zdecydowanie mało „zrównoważona” strategia. Eksperymenty wydają się jednak zdecydowanie bardziej ekscytujące (przynajmniej dla architektów).

W końcu nadarzyła się okazja, żeby zobaczyć na żywo to „holenderskie” podejście w Danii. Podłużna przestrzeń Superkilen – częściowo parku, częściowo placu – kapitalnie reprezentuje takie projektowanie. Podczas zwiedzania przypomniały mi się dwa wykłady. Jeden z nich wygłosiła Ewa Porębska podczas Weekendu Architektury w Gdyni dwa lata temu. To było świeżo po finale konkursu im. Miesa van der Rohe, w którym Ewa była jurorką i mówiła o procesie selekcji finalistów. Opowiadała, jak trudno było oceniać ten projekt na tle typowych kubaturowych realizacji. Tu działania przestrzenne miały zupełnie inny charakter: wyczyszczono teren, pozostawiono i tylo lekko podrasowano elewacje budynków, głównie poprzemysłowych. Przestrzeń umeblowano elementami wyposażenia miejskich przestrzeni ze stron świata, z których pochodzą zamieszkujący okolice Superkilen imigranci – od lamp ulicznych, przez zadaszenia i ławki, aż do pokryw studzienek kanalizacyjnych. Jedna jest z Gdańska. Wydawało mi się wtedy, że głównych bohaterów tego miejsca – imigrantów – potraktowano nieco z góry. „Nie jesteście u siebie, bidulki, to łaskawie postawimy wam parę elementów z domu – będziecie mogli sobie popłakać za odległą ojczyzną na betonowej ławce z rodzinnej miejscowości”.

Superkilen_04

Superkilen_06

Superkilen_02

Drugi wykład to spotkanie z Marthą Schwartz, w Dublinie, przy okazji otwarcia zaprojektowanego przez nią placu w Grand Canal Dock. Żaliła się wtedy, że inwestorzy nie doceniają znaczenia architektury krajobrazu i często proponują absurdalnie niskie stawki z myślą o tym, że przecież kilka metrów trawy z rolki nie może dużo kosztować. Złośliwie komentowała: „Nie ma sprawy, zaprojektujemy Wam najpiękniejszy asfalt świata, może nawet wystarczy na farbę, żeby go pomalować”.

Superkilen_03

Ale to właśnie zrobił BIG na Superkilen. No dobra, nie zrobił tego sam BIG, tylko we współpracy z projektantami krajobrazu Topotek1 i artystami z Superflex. Asfalt i farba to prawie cały przepis na sukces tego miejsca. W części parkowej zieleń jest tak zwyczajna, jaką tylko można sobie wyobrazić. Rośnie trochę drzew, a jedyne bardziej finezyjne elementy krajobrazu to usypane pagórki z trawą. Dokładnie takie, jak na niektórych polskich blokowiskach, gdzie ziemię z wykopów pod fundamenty  pozostawiano przy blokach zamiast ją wywozić. Szybko stawały się ulubionym miejscem zimowych szaleństw na sankach.

Superkilen nie wygląda już tak świeżo, jak tuż po oddaniu. Pamiętam, że kiedy zobaczyłam pierwsze zdjęcia, nie wiedząc jeszcze nic o samym placu, najbardziej zastanawiało mnie, co to za intrygujący kolorowy materiał. Zastosowano trochę miękkich posadzek, takich, jak na placach zabaw, jest kawiarnia, teatr, centrum sportu i miejsce dla deskorolkarzy. Przez całość biegnie ścieżka rowerowa. Od momentu ukończenia w 2011 roku wszystko zdążyło się już mocno przykurzyć i zarysować, kolory na asfalcie straciły siłę rażenia (w oczy), którą miały świeżo po malowaniu, ale całość, zamiast zacząć przypominać pokolorowany śmietnik, nabrała chropowatego miejskiego charakteru. Nie wygląda w każdym razie tak plastikowo, jak na zdjęciach sprzed kilku lat.

Superkilen_01

Superkilen_08

Superkilen_05

Superkilen kosztował równowartość ok. 30 milionów złotych. Bardziej odjechana fontanna w polskim mieście potrafi kosztować 5, a tu mowa nie tylko o fontannie (jest też), ale i o 30 tysiącach metrów kwadratowych placu i parku. Ze ścieżkami rowerowymi, infrastrukturą do odpoczynku i uprawiania sportu oraz elementami umeblowania ściąganymi z całego świata. Ale przede wszystkim mowa o kapitalnej, eksploatowanej do granic możliwości przestrzeni publicznej, w której udaje się realizować idealistyczne założenie integracji mieszkańców, bez względu na ich miejsce pochodzenia i wiek.

BIG jest wielki. Dosłownie.

[fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz]

Jajeczna archizagadka

Wielkanoc_2015

Wróciłam właśnie z krótkiego wypadu do Kopenhagi. Przywiozłam tyle zdjęć i wrażeń, że mogłabym nie pisać na blogu o niczym innym przez kolejny miesiąc (eh, a nie zdążyłam nawet opublikować wszystkich planowanych relacji z poprzednich wyjazdów). Aby jak najwięcej czasu spędzić na zwiedzaniu, ograniczyłam okołoblogowe aktywności i wrzuciłam tylko na facebooka ostentacyjne selfie z mieszkaniówką Bjarke Ingelsa w tle. To tylko jedna z jego realizacji, do której udało mi się dotrzeć – wszystkie okazały się zaskakujące i prawie wszystkie mnie zachwyciły, chociaż znając je wcześniej ze zdjęć spodziewałam się, że zrobią na mnie zdecydowanie mniejsze wrażenie. Ale o tym na pewno wkrótce pojawi się oddzielny wpis.

W związku z wyjazdem nieco nawaliłam z życzeniami wielkanocnymi – przepraszam! W ramach rekompensaty mam dla Was wielkanocną, jajeczną zagadkę:

Który nowy polski budynek  jest jak jajko: biały na zewnątrz, a w środku złoty?

Zawsze bawiły mnie silikonowe foremki do jajek sadzonych, w różnych kształtach – myślę, że w budynku, o którym mowa, można by sprzedawać właśnie takie, jak na powyższym obrazku, jako suweniry. No chyba, że sadzone jajko nie licuje z powagą instytucji, której ten budynek jest siedzibą:) Rozwiązanie jeszcze w tym tygodniu.

[zagadka Maks Bochenek, kolaż Monika Arczyńska]

Tak trzymać!

Zrobione przy użyciu Lumia Selfie

Ale poranek! Dziś na Politechnice odbyły się prezentacje projektów semestralnych na Gospodarce Przestrzennej. Zajęcia miały eksperymentalny charakter, bo w ramach jednego modułu „Urbanistyka i Ekonomia” połączono trzy zintegrowane przedmioty. Na ogół na większości uczelni wszystkie wykłady i ćwiczenia prowadzone są oddzielnie, więc studentom trudno jest użyć wiedzy i umiejętności zdobytych w ramach jednego przedmiotu w innym. Na dodatek do prowadzenia zajęć rzadko zaprasza się praktyków. Tym razem miało być inaczej – tak, jak odbywa się to w rzeczywistości, w warunkach rynkowych. Urbanista i architekt (czyli ja) prowadzili projekt zagospodarowania śródmiejskiego kwartału w Gdyni. Równolegle ekspertka – praktyk ogromnym doświadczeniem – koordynowała wycenę planowanej tam przez studentów inwestycji, a całość uzupełniały wykłady projektanta z firmy deweloperskiej. Był objazd po inwestycjach mieszkaniowych, ćwiczenia z opracowywania strategii marketingowej, długie dyskusje o stylu życia i potrzebach mieszkaniowych, a nawet spontaniczne telefoniczne konsultacje z fachowcem od certyfikacji LEED. Inwestycja miała nie tylko opłacić się wyimaginowanemu deweloperowi, ale również wpisywać się w urbanistyczny kontekst i zapewnić zgodność z założeniami planu miejscowego oraz zasadami zrównoważonego rozwoju. Kładliśmy też nacisk na elastyczność koncepcji, aby z upływem lat zabudowa mogła zostać dostosowywana do nowych funkcji. Wycena inwestycji pozwoliła na przetestowanie, jak wysoki zysk zostanie uzyskany dla różnych standardów i cen nieruchomości. Niektóre grupy udowodniły, że przy odpowiednio wysokiej intensywności zabudowy śródmiejskie mieszkanie niedaleko plaży, w mieście o najwyższej jakości życia w Polsce, może być dostępne również dla mniej zamożnych nabywców niż finansowe elity. Aby określić optymalną cenę metra kwadratowego, studenci badali między inymi zdolność kredytową gdynian (dla uproszczenia nie braliśmy poprawki na kurs franka;). Najtrudniejsze okazało się spojrzenie na projekt z kilku zupełnie odmiennych perspektyw, sugerujących przeciwstawne decyzje projektowe – nastawionego na zysk inwestora, przyszłego użytkownika czy planisty ustalającego strategię rozwoju miasta. Dużo i poważnie jak na piąty semestr, prawda?

Eksperyment okazał się sukcesem. Pomimo początkowych trudności  – był taki moment, kiedy myślałam, że nic z tego nie wyjdzie – studenci zrobili ogromne postępy i bardzo pozytywnie nas dziś zaskoczyli. Chyba nawet nie obrazili się za nadmiar pracy i „ciśnięcie” do oporu, mimo że rzuty parkingów podziemnych pewnie jeszcze długo będą im się śnić po nocach. Czuję się wyjątkowo  usatysfakcjonowana, bo zobaczyłam dziś, jak wiele udało się osiągnąć w tak krótkim czasie. Uczenie jest super:)

Wasze zdrowie, szanowni studenci, tak trzymać!

[fot. Monika Arczyńska]

Like it’s 1999*

IMG_0585

Przed wyjazdem do Izraela poprosiłam o kilka rad kolegę z biura, który regularnie kursuje na naszą palestyńską budowę. Zasugerował parę miejsc, które koniecznie powinnam odwiedzić, a o Tel Awiwie powiedział: „Spotkasz tam samych najpiękniejszych ludzi, najszczęśliwsze psy i najlepsze jedzenie, jakie możesz sobie wyobrazić. A poza tym przygotuj się na intensywne życie nocne, bo oni nawet w zwykłe dni imprezują like it’s 1999*”. Jakoś mi to zapachniało Nowym Jorkiem i słusznie. Oba miasta mają ze sobą wiele wspólnego pomimo różnic w klimacie (punkt dla Tel Awiwu), położeniu (kolejny punkt – plaża!) czy zabudowie (o telawiwskim modernizmie za chwilę). W sumie modernistyczne śródmieście tuż przy plaży ma też… Gdynia, ale Gdynia z reguły jest jednak strasznie senna, a Tel Awiw i Nowy Jork mają pewną wspólną cechę: nigdy nie śpią!

IMG_0630

Szczęśliwe, rozpieszczone psy. Najczęściej rasowe, zadbane, w kubraczkach i z psimi uśmiechami na pyskach. Dla równowagi wszędzie można trafić na bezpańskie koty.

IMG_0576

Trochę nowoczesności, trochę swojskości, a za plecami palmy i plaża – dla każdego coś miłego.

Z pięknymi ludźmi kolega miał rację i gdyby nie to, że nie bardzo gustuję w południowym typie urody, zamiast na architekturę patrzyłabym pewnie na zupełnie inne obiekty na ulicach. Ta piękność była mocno uzależniona od używanego przez owe obiekty języka. Na ulicach wcale nie dominuje hebrajski i równie często słychać rosyjski, francuski czy angielski – ten ostatni z mocnym amerykańskim akcentem. Kolejne fale imigrantów przywoziły języki, zwyczaje i… wygląd, więc Izraelczycy pochodzący z krajów dawnego Związku Radzieckiego wyglądają wschodnioeuropejsko, z Francji są najlepiej ubrani, a ci z Ameryki Północnej wyróżniają się wzrostem i mają najbardziej idealne uzębienie. Zapowiedzi kolegi zgadzały się również w kwestii jakości jedzenia. Punktów gastronomicznych jest tak dużo, że po prostu muszą być dobre – gdyby którykolwiek z nich serwował kiepskie jedzenie, natychmiast przegrałby z konkurencją. Króluje shoarma, sałatki i hummus, ale jako szybkie danie „do ręki” popularne są również między innymi… podroby. Na przykład pita z hummusem i smażonymi sercami kurczaka – brzmi może okropnie, ale smakuje doskonale.

WP_20141231_16_59_33_Pro

Wspomnienie targów wywołuje u mnie natychmiastowy ślinotok. Idę zaraz hummus robić:)

Pita pitą, serca sercami, ale to w końcu blog o architekturze i miastach, a nie o urodzie mieszkańców i lokalnym fast foodzie. Architektoniczne hasło numer jeden w Tel Awiwie to zdecydowanie MODERNIZM. I to jaki! Jeździ człowiek po jakichś Dessauach, Weissenhofach i Dammerstockach, żeby zobaczyć trochę zachowanego Bauhausu, a nagle okazuje się, że to zaledwie jakieś drobiazgi porozrzucane po Europie. Na dodatek każdy się nad nimi pochyla, roztkliwia i zachwyca, że takie doskonałe i w takich świetnie zachowanych zespołach. A guzik! Żeby zobaczyć taki Bauhaus, że oczy wychodzą z orbit, trzeba pojechać do Tel Awiwu. I nawet szukać tego Bauhausu nie trzeba, bo pokrywa ogromną część śródmieścia. „Białe miasto”, które znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO, to kilka tysięcy (!) zachowanych modernistycznych budynków, głównie z lat 30. i 40., na planie Patricka Geddesa z 1925 roku. Każdy miłośnik modernizmu jest tam skazany na wielokrotny orgazm estetyczny – architektoniczny raj musi właśnie tak wyglądać. A najlepsze, że to wcale nie są żadne kiepskie, powtarzalne projekty, ale wysmakowane realizacje, autorstwa między innymi żydowskich architektów z Bauhausu, którzy ewakuowali się z hitlerowskich Niemiec. To głównie dwu- lub trzykondygnacyjne budynki mieszkalne, z mniejszymi niż znamy z niemieckiego modernizmu oknami (upał!), ale też większymi balkonami, które zapewniały dodatkowo zacienienie. Wyglądają jak stojące obok siebie modele – ćwiczenie na temat „5000 operacji, jakim może zostać poddana kostka”. Stoją blisko siebie, bo niedobór słońca nie stanowi w Izraelu problemu i nie ma już między nimi miejsca na drzewa czy ogródki, za to wiele z nich jest obrośniętych pnączami. Jest śródziemnomorsko, elegancko i nowocześnie, chociaż zabudowa pamięta przedwojenne czasy.

WP_20141231_16_33_21_Pro

WP_20141231_16_02_35_Pro

IMG_0549

Nowe, stawione między modernistyczne budynki realizacje deweloperskie „wyciskają” maksymalnie metry kwadratowe z niewielkich działek i mają zdecydowanie bardziej luksusowy character od swoich sąsiadów z międzywojnia.

WP_20141231_15_48_07_Pro

Takie pamiątki można kupić w Centrum Bauhausu. Przypominają mi bardzo porcelanowe modele warszawskich budynków z okresu PRL.

IMG_0780

A jeśli już o modelach mowa, trafiłam również  na takie, zaprojektowane przez lokalnych artystów, suweniry do składania. Pamiątki z Izraela: biblijna przypowieść, merkava i F-16…

W Tel Awiwie można również trafić na sporo powojennego modernizmu wysokiej klasy. W tym stylu została zrealizowana między innymi infrastruktura rekreacyjno-hotelowa wzdłuż plaży. Wiele z obiektów lata swojej świetności ma już za sobą i zmaga się z tym samym problemem, co budynki z tego samego okresu w Polsce – ich stan jest opłakany, chociaż to wilgotne, słone, morskie powietrze, a nie srogie zimy są przyczyną tego rozkłady. Żelbet się sypie, zbrojenia rdzewieją. Nie wiem, czy lokalni deweloperzy też mają na sumieniu izraelskie odpowiedniki Supersamu czy katowickiego dworca, ale najbardziej zaniedbane budynki wyglądają, jakby ktoś bardzo się starał, aby rozsypały się same i udostępniły swoje działki z widokiem na morze.

IMG_0557

Przykład sypiącego się powojennego modernizmu. Z żelbetowych grzybków wystają przerdzewiałe pręty zbrojeniowe…

IMG_0559

… a w takim stanie jest sąsiedni budynek.

IMG_0569

Dla odmiany współczesna architektura w nadmorskim pasie potrafi być okrutna dla oczu.

Mój powojenny modernistyczny faworyt, oprócz muzeum sztuki, które pewnie doczeka się własnego wpisu, to imponujące Audytorium Manna (Dov Karmi, Zeev i Yaakov Rechter, 1957). Stoi na zakończeniu ogromnego placu Habima z budynkami użyteczności publicznej z lat 40. i 50., na skrzyżowaniu głównych bulwarów miasta. Kilka lat temu plac został na nowo zagospodarowany według projektu izraelskiej gwiazdy, Daniego Karavana. Dodano parking podziemny pod płytą, zieleń, kilka scen dla występów oraz zagłębiony ogród, w którym szaleją dzieciaki. To jedyna intensywnie użytkowana część projektu – plac sprawia wrażenie opustoszałego, a Karavan do tej pory jest krytykowany za niewłaściwe odniesienie się do skali tego miejsca. Zdecydowanie sympatyczniejsze wrażenie sprawia dwupoziomowy park obok Audytorium, kilka lat temu odrestaurowany i zapewniający fantastyczne, ciche i zacienione miejsce do odpoczynku w samym centrum miasta. Modernizm potrafi mieć jednak ludzkie oblicze:)

IMG_0629

Na wprost – Audytorium Manna. W drewnianych stopniach zagłębionego ogrodu są zamontowane głośniki i przez cały dzień można tam posłuchać muzyki (w pierwszej chwili pomyślałam, że to transmisja z koncertów w Audytorium)

IMG_0646

Ludzka twarz modernistycznej architektury:)

IMG_0632

 Białe stalowe ramy równiez były bardzo krytykowane i muszę przyznać, że ja też nie umiem znaleźć dla nich uzasadnienia. Gdyby chociaż zacieniały przejście?

Sporo zaniedbanych budynków widać również w drogich dzielnicah i nawet w przypadku obiektów, którym przydałby się tylko lekki lifting. Zaskakuje za to kontrast między stanem wnętrza a zewnętrza. W środku widać błysk i designerskie meble, a na zewnątrz odrapany tynk. Rzuca się to mocno w oczy zwłaszcza wieczorami, kiedy zapalają się te wszystkie lampy z Vitry, ale jest na tyle jasno, że widać jeszcze elewacje budynku. Przypuszczam, że wynika to z braku dbałości o „opakowanie” mieszkania (to w sumie bardzo polska cecha), ale moja przyjaciółka-Izraelka twierdzi, że pozostawienie fasad w kiepskim stanie to celowe działanie, które ma dodać budynkowi charakteru. Wierzyć jej?

WP_20141231_16_45_46_Pro

Mieszkania w tych budynkach przypuszczalnie można by zaprezentować we wnętrzarskich magazynach, ale odpadający tynk nie przeszkadza mieszkańcom.

Wierzę jednak, że to celowy zabieg w najbardziej hipsterskich dzielnicach miasta. Mekka „drwaloseksualnych” to Florentin o największej na świecie liczbie bród i kraciastych koszul na metr kwadratowy, co w połączeniu ze wspomnianą wcześniej urodą mieszkańców daje nawet przyjemne widoki. To taki Williamsburg, z knajpami, galeriami, bezglutenowym żarciem, szkołami jogi oraz kosmicznymi cenami nieruchomości. I nawet karabinów maszynowych tam jakoś mniej. Florentin znajduje się w każdym możliwym światowym rankingu najbardziej ‚hip’ rejonów. Dogania go Newe Cedek, jedna z nastarszych dzielnic, z drobną zabudową, która w latach 60. miała być zastąpiona wieżowcami. Przetrwała, jest obecnie świetnym adresem, więc wieżowce i tak wciskają się w każdy możliwy skrawek ziemi dookoła. Wcale się nie dziwię – nie dość, że to kapitalna i modna dzielnica, to jeszcze wszystkie wysokie budynki mają stamtąd widok na morze.

WP_20141231_15_06_03_Pro

IMG_0601

To nie jest jedyny post o Tel Awiwie, wkrótce kolejny – o rowerach. Tyle na dziś.

Idę robić hummus.

 

PS Popularne powiedzenie, pochodzące z piosenki Prince’a: ‚Cause they say two thousand zero zero, party over, oops out of time, so tonight I’m gonna party like it’s 1999′.

[Fot. Monika Arczyńska]

Sezamie, otwórz się!

P1010101

Panie Holl, z okazji urodzin życzę Panu tyle lat w dobrym zdrowiu, ile jest okienek w Simmons Hall!

Przyznam się przy okazji, chociaż wstyd mi strasznie z tego powodu, że przez kilka miesięcy mieszkałam obok tego budynku i mijałam go przynajmniej dwa razy dziennie, ale nigdy nie udało mi się wejść do środka. A przecież wszystko, co najciekawsze oprócz tych podziurawionych kwadratami elewacji to właśnie środek z dziwnymi „płucami” czy raczej „przetchlinkami” wcinającymi się nieregularnie do wnętrza. Pomimo sporych przeszkleń na parterze nie można ich jednak zobaczyć z ulicy, a wejścia strzegły czytniki kart, kamery i alarmy. Planowałam, że kiedyś pogadam z którymś z wchodzących tam studentów, powiem, że jestem architektem i bardzo chciałabym wejść do budynku, żeby sobie popatrzeć, ale mijał tydzień za tygodniem i nigdy tego nie zrobiłam. Chyba bałam się, że zostanę potraktowana jak potencjalna terrorystka.

Przy okazji tej historii przypomniała mi się zaskakująca skuteczność w dostawaniu się w różne niedostępne miejsca na hasło „Jestem studentką architektury i bardzo chciałabym wejść do tego budynku”. To prawie jak „Sezamie, otwórz się!” – ten tekst otwierał drzwi zarówno do zamkniętych na cztery spusty kościółków na odludziu, niedostępnych dla zwiedzających instytucji czy działających fabryk. Gdybym posiadała atrybuty zmiękczające serca dozorców, na przykład długie blond włosy, wiedziałabym, skąd ta skuteczność (inne atrybuty trochę strach eksponować, jeśli zaraz ma się wejść do niedostępnego budynku z jakimś obcym cieciem). Dziś  wszędzie spacerują ochroniarze, a żeby wejść do jakiejkolwiek fabryki, trzeba by się pewnie zaanonsować z dużym wyprzedzeniem, załatwić stos pozwoleń, przejść szkolenie bhp i założyć strój ochronny. A przecież nie zapomnę spontanicznej wizyty w łódzkiej przędzalni, tej z „Ziemi obiecanej”, w której teraz znajdują się lofty „U Scheiblera”. Podczas warsztatów OSSA, tak odległych czasowo, że wstydzę się podać rok, wybraliśmy się tam ze znajomymi i chyba tak zaskoczyliśmy dozorcę swoją prośbą, że wpuścił nas do środka. A tam inny świat: stukot wielkich maszyn, kilometry przędzy i unoszące się wszędzie puchate obłoki pochodzących z niej włókien. Cieszę się, że mogłam zobaczyć tę przemysłową Łódź, bo lofty wydają się w porównaniu z nią zupełnie martwe. Cieszę się też z wielu innych miejsc, które udało mi się w ten sposób zwiedzić, bo był to jeden z ważniejszych elementów mojej architektonicznej edukacji. Taki Neufert na żywo – przegląd budynków o różnych funkcjach i formach, a także zajrzenie do ich bebechów. O najdziwniejszej wizycie napiszę kiedyś osobny post, bo zarówno budynek, jak i cała historia o tym, w jaki sposób udało mi się do niego wejść, są niesamowite. Do teraz chętnie wybieram się na różne nietypowe „drzwi otwarte” bez względu na to, czy są to drzwi na zaplecze teatru, elektrociepłownia czy zamknięta na co dzień loża masońska. Pewnie nie będę nigdy projektować loży ani elektrociepłowni, ale odwiedzanie takich miejsc pozwala później w niestandardowy sposób spojrzeć na rozwiązywane problemy projektowe. Obrazy, dźwięki i sposób organizacji przestrzeni zostają gdzieś w głowie i wracają, często nieświadomie, jako inspiracja. Polecam!

A na następnych zajęciach zapytam studentów czy hasło otwierające wszystkie drzwi nadal działa.

[fot. Monika Arczyńska]

Ćwiczyłam od tygodnia…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Co ćwiczyłam? Stawianie krzyżyków, rzecz jasna! Po to, aby dziś nie okazało się, że któryś postawiłam krzywo i mój głos jest nieważny. Nie będę nikogo namawiać do głosowania na konkretne osoby czy ugrupowanie, bo to indywidualna sprawa, ale namawiam do wzięcia udziału w wyborach. Samorządowe są szczególnie ważne, bo od ich wyniku zależy kto i jak będzie zarządzał naszymi miastami – tymi na sześć i nie na sześć liter. Pamiętajcie – zignorowanie wyborów nie daje prawa do późniejszego narzekania:)

Po głosowaniu skoczyłam do Empiku, żeby kupić grudniowy numer „Muratora”. Nie, nie zamierzam budować domu, ale okazało się, że dostałam wyróżnienie w konkursie na esej „Dom Polski 2021”. Nie mogłam oprzeć się tematowi, bo właśnie o mieszkalnictwie popełniłam doktorat, a już dawno nie miałam okazji o tym pisać. Poza tym objętość tekstu tylko trochę przekraczała blogowe posty, więc przy kieliszku białego wina* szybko naszkicowałam esej (albo raczej „eseik”). Wpłynęło 45 prac, nagrodzono 3, więc chyba blogowa praktyka w pisaniu przynosi powoli efekty.

Z tematem mieszkalnictwa to w ogóle dziwna sprawa. Temat kręci mnie od końca studiów, kiedy wylądowałam w Delft na Erasmusie i zrobiłam tam projekt bloku mieszkalnego, który stał się ostatecznie moim dyplomem. Gdy chwilę później zaczynałam studia doktoranckie, początkowo myślałam o zupełnie niezwiązanym z mieszkalnictwem temacie, ale… tak jakoś wyszło. Zaczęłam od partycypacji, która wtedy – serio, serio – wcale jeszcze nie była modnym tematem. Cały czas miałam jednak wątpliwości, czy na pewno wierzę w całą tę partycypację, bo nie mogłam zrozumieć, kto przy zdrowych zmysłach współdecydowałby z myślą o dobru wspólnym, a nie swoim własnym. A w Polsce i w kwestiach przestrzennych to już w ogóle.  Z tych wątpliwości urodził się pomysł przeanalizowania powiązań pomiędzy podejmowaniem decyzji a społeczeństwem konsumpcyjnym. A ponieważ mieszkanie to ta najbardziej prywatna związana  z architekturą sfera, w kwestii której wszyscy mają najwięcej do powiedzenia, skończyło się na mieszkalnictwie.

Najśmieszniejsze, że jako architekt pracowałam prawie wyłącznie nad budynkami użyteczności publicznej. Do moich dyżurnych żartów należy odpowiedź na pytanie, czy zaprojektowałam kiedykolwiek jakiś dom:

„Tak, jeden. Przedpogrzebowy”.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

* Posty najlepiej pisze się przy winie, ale doktorat, którego zdecydowaną większość napisałam w Irlandii, powinnam zadedykować Jamesonowi, Bushmillsowi i Tullamore Dew, które nie dość, że skutecznie namuzowywały mnie naukowo, to jeszcze doskonale uzupełniały skromne ogrzewanie w moim dublińskim mieszkaniu. Polecam na sezon grzewczy, byle z umiarem!

 [fot. Monika Arczyńska]

Wiertła nie będzie

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Chicago Spire nie powstanie – ogłoszono to oficjalnie w ubiegłym tygodniu. Nie ma kasy i już – wszelkie próby poradzenia sobie z długami zawiodły i nie będzie ani wieżowca, ani parku projektu Calatravy. Akurat parku szkoda najbardziej, zwłaszcza, że jego realizacja miała być warunkiem, na podstawie którego udało się wynegocjować z miastem więcej pięter, niż pozwalały na to warunki planistyczne.

Wielkie Wiertło miało być najwyższym budynkiem w Stanach. Usłyszalam o nim pierwszy raz niedługo po rozpoczęciu budowy w 2007 – rok po moim przyjeździe do Dublina. W każdym irlandzkim biurze przy porannej kawie, zwłaszcza w czwartki, kiedy wychodził dodatek do „Irish Timesa” o nieruchomościach, nikt nie poruszał innych tematów niż „co kupić, gdzie i za ile”. A ponieważ deweloper Wiertła, Garrett Kelleher, to Irlandczyk operujący i na irlandzkim, i na amerykańskim rynku, postanowił zareklamować ten projekt w Dublinie. Tym bardziej, że w Stanach właśnie zaczynała pękać bańka na rynku nieruchomości i Amerykanie niezbyt ochoczo inwestowali w drogie apartamenty (pisaliśmy o tym dla Architektury-Murator 4/2008). Podczas promocji projektu krztusiłam się ze śmiechu słuchając specjalnie skomponowanego dla promocji inwestycji utworu (na orkiestrę symfoniczną, a co tam!) i dusiłam od zapachu świeżych lilii. Nie dość, że na promocyjne imprezy wynajęto cały georgiański park w centrum Dublina, to jeszcze projekt promował Liam Neeson, świeżo po jednym z popularniejszych filmów sensacyjnych. Gwiazdy filmowe ewidentnie przynoszą pecha inwestycjom deweloperskim – mieliśmy też w Polsce taki przypadek. Borys Szyc był twarzą loftów „U Scheiblera”, które co prawda zostały ukończone, ale do dziś próbuje je sprzedać syndyk. Widać gwiazda kina w kampanii reklamowej jest jak baba na pokładzie.

Rok po moim przyjeździe do Dublina to także rok przed recesją. Tematyka plotek przy kawie nagle zupełnie się zmieniła – rozmawiało się już nie o tym, co kupić, ale jak szybko sprzedać to, co się przed chwilą kupiło. Bańka pękła. Zapomniałam kompletnie o Wiertle i kiedy jakiś czas później wylądowałam w Chicago, przechodząc koło  rozgrzebanej działki, na której miało stanąć, nie zorientowałam się nawet, że to właśnie tam.

W sumie nawet nie jest mi smutno, że realizacja się nie zakończy. Żal mi tylko tych wszystkich osób, które straciły pieniądze oraz – to w ramach zawodowej solidarności – architektów, którzy spędzili nad tym projektem cały kawał życia. Kolejna rzecz w dorobku do szuflady. Poza tym mimo że lubię wieżowce, ten miał być naprawdę nieprzyzwoicie ogromny – po co robić Dubaj z pięknego Chicago? Wiertło byłoby wyższe od Hancock Tower, a Hancock Tower jest tak piękna, że aż żal by było stawiać obok jakąś konkurencję (to ten czarny, zwężający się ku górze wieżowiec w głębi, po lewej):

Chicago Spire

Poza tym Calatrava zaczął się powtarzać. Rozumiem, że przy mostach nie może sobie zbytnio poszaleć, bo w mostach już chyba niewiele nowego da się wymyślić, ale wieżowce to inna bajka. Chicago Spire to większa wersja Turning Torso z Malmö – ile można zbudować budynków opartych na tej samej zasadzie? Amerykanom Chicago Spire nie kojarzyła się z wiertłem, ale ze spiralnym lizakiem. Włochom pewnie z makaronem fussili, a plażowiczom z Międzyzdrojów z lodami tzw. „amerykańskimi” lub „maczanymi”.

Dla mnie to wiertło. Albo wydłużona wersja wkrętacza z Tytusa, Romka i A’Tomka (moc: 20 000 kretów mechanicznych).

tytus-romek-i-atomek-ksiega-xv_2_a

PS Podobno w pewnym momencie Kelleher wisiał Calatravie ponad 10 milionów dolarów. Czyli niepłacenie architektom to nie jest tylko polski problem. Mamy przechlapane.

[fot. Monika Arczyńska, „Tytus” ze strony http://www.komiksbaza.pl]

Bez samochodu

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dziś podwójne święto: Światowy Dzień bez Samochodu oraz Dzień Ćwiczenia Przed Lustrem Prośby o Podwyżkę. O tym drugim nie zamierzam nawet wspominać, bo „architekt” i „podwyżka” to dwa pojęcia, które praktycznie nigdy się nie zazębiają. Będzie więc o samochodach.

To niby żadna tajemnica, ale przyznam się do czegoś publicznie: mam na nie alergię. Nie pierwszy raz już o tym piszę, a studenci mają już pewnie dosyć mojego gadania na ten temat, ale myślę, że mówiąc o zrównoważonym transporcie na zajęciach wzbudzam większe zaufanie, jeśli faktycznie z niego korzystam. Tym bardziej, że nieraz zdarzało mi się parkować rower obok parkujących auta studentów. Alergia nie objawia się żadną wysypką i moja niechęć do czterech kółek nie jest wcale ortodoksyjna. Doceniam wygodę i rozumiem  doskonale, że w wielu sytuacjach dla samochodu nie ma sensownej alternatwy. Nie dostaję drgawek na myśl o przejażdżce i chętnie korzystam, kiedy ktoś proponuje podwiezienie. Mimo że całe dzieciństwo byłam wożona na tylnym siedzeniu i przemieszczanie się autem powinno mi się wydawać czymś oczywistym, nie mam jednak samochodu. Ba, nie mam nawet prawa jazdy! Nie dlatego, że mnie na samochód nie stać, chociaż nie ukrywam, że znam ciekawsze sposoby zagospodarowania pieniędzy. Kto ma udowodnić, że da się żyć bez auta, jeśli nie ja? Nie mam dzieci, które musiałabym wszędzie podwozić ani nie potrzebuję samochodu do pracy (chociaż czasem przydałby mi się samolot:). Miejsce zamieszkania świadomie wybrałam tak, żeby do wszystkich miejsc pierwszej potrzeby typu sklep, lekarz czy poczta dotrzeć w pięć minut pieszo. Kwadrans spaceru dzieli mnie od dwóch, a niedługo trzech centrów handlowych, mediateki i stacji kolejowej. Fryzjera mam w kamienicy – zawsze chciałam mieszkać w budynku, w którym na parterze są usługi (to takie małe zboczenie po lekturze Jane Jacobs). Szewc jest za rogiem i za każdym razem, kiedy przechodzę obok jego zakładu, kłaniamy się sobie uprzejmie. Po co mi samochód? Niestety, moje motoryzacyjne „zero” nie wpływa znacząco na średnią w dzielnicy. Niedawno poznałam mieszkającą w sąsiedztwie parę,  również zadowoloną z lokalizacji, tym bardziej, że do pracy ma blisko bezpośrednim tramwajem. Teoretycznie, bo głównym czynnikiem decydującym o wyborze tego miejsca zamieszkania były… dwa miejsca w hali garażowej.

USA

Ale nie będę się poddawać i zamierzam nadal promować zrównoważony transport. Można się tak przemieszczać nawet po tak nieprzyjaznej dla niezmotoryzowanych okolicy jak Stany. Potwierdzam – podróżowałam tak z moim osobistym urbanistą przez pięć tygodni i udało nam się pokonać 4,5 tysiąca kilometrów (z jednym skokiem samolotem, który pozwolił nam uniknąć trzydniowej przeprawy przez pustynię). Co prawda takie momenty jak przejazd nocnym autobusem przez najbardziej niebezpieczne dzielnice Miami jest dość emocjonującym przeżyciem, ale nie żałujemy swojej decyzji. Kiedy planowaliśmy podróż, w rozmowach ze znajomymi musieliśmy się mocno z niej tłumaczyć. Nikt nie rozumiał, dlaczego po prostu nie wypożyczymy samochodu i zrobimy tradycyjnego cross country, jak to się w Stanach robi. Nasze wyjaśnienia, że nie mamy doświadczenia i byłoby to dla nas bardzo stresujące, nikogo nie przekonywały. „Tak, tak, doświadczenie. Przyznajcie po prostu, że autobusy są tańsze od samochodu i dlatego je wybieracie” – śmiał się znajomy Amerykanin. Jeżdżenie greyhoundami, czyli amerykańskim odpowiednikiem PKS, okazało się jednak cenne z różnych powodów. Dopiero podróżując transportem publicznym byliśmy w stanie dostrzec społeczne różnice w poszczególnych częściach kraju. Okazało się na przykład, że między Bostonem a Nowym Jorkiem podróżują głównie młodzi, biali ludzie. W Kalifornii w czerwcu dominowali turyści, przede wszystkim brodaci, lekko przybrudzeni backpackerzy. Czasami podróżowaliśmy z amiszami. W biedniejszych stanach, przede wszystkim w okolicach Florydy i Luizjany, byliśmy często jedynymi białymi pasażerami. Czasem ktoś próbował nas nawracać na swoją religię, innym razem dochodziło do rasistowskich przepychanek. W niektórych częściach tego olbrzymiego kraju musieliśmy być bardzo egzotycznymi pasażerami, bo rozpoznawali nas, w kilkusetkilometrowych odstępach, kierowcy i panowie ładujący bagaże. Wszystko poszło sprawnie przede wszystkim dzięki smartfonowi, na którym na bieżąco sprawdzaliśmy połączenia – bez niego zdarzałoby się nam utknąć na kilka godzin w oczekiwaniu na kolejny autobus.

Ze smartfonem czy nie – mam nadzieję, że wszyscy dziś świętują Dzień bez Samochodu. Wszystkiego najlepszego z tej okazji!

San fran

[„Zrównoważone” taksówki w San Francisco]

[fot. Monika Arczyńska]

Wyjątkowe roczniki

NOW02_male

Nie znoszę zwiedzania z przewodnikiem. Ani miast, ani muzeów, ani zabytków. Wiem, że zdarzają się genialni opowiadacze, ale widocznie mam pecha. Zwykle trafiają mi się nudziarze sypiący datami i nazwiskami, których nie jestem w stanie zapamiętać. Najbardziej traumatycznym przeżyciem tego typu, po którym nabrałam wyjątkowej niechęci do grupowego zwiedzania, była dla mnie wizyta w bazylice św. Franciszka w Asyżu, jeszcze w czasach licealnych. Oprowadzający wycieczkę polski franciszkanin musiał być świeżo po egzaminie na przewodnika, bo bardzo przejął się swoją rolą i przy każdym z fresków Giotta trzymał nas co najmniej kwadrans (a sporo ich tam było). Kilka lat później w Asyżu zdarzyło się wyjątkowo pechowe trzęsienie ziemi i freski diabli wzięli. Pewnie powinnam sie cieszyć, że obejrzałam je z taką dokładnością, ale wcale nie było mi do śmiechu. Fragmenty spadającego sklepienia zabiły wówczas czterech zakonników, w tym jednego pochodzącego z Polski. Mam nadzieję, że nie naszego przewodnika.

Nie przepadam również za „architektonicznymi” spacerami. Za wolno, za tłoczno, za dużo oczywistych (dla architekta) pytań i komentarzy. Zdarza mi się jednak zrobić od czasu do czasu wyjątek, kiedy zwiedzanie wiąże się z wejściem do niedostępnych na co dzień obiektów albo kiedy przewodnikiem jest ktoś, kogo mam wielką ochotę posłuchać. Taka okazja nadarzyła się w ubiegły weekend w Łodzi. Andrzej Owczarek z NOW (na zdjęciu) oprowadzał po modernistycznych kamienicach* i zaplanowano wejście do kilku budynków. Podobnej gratki się nie odpuszcza, tym bardziej, że łódzka moderna zachwyca mnie chyba nawet bardziej od gdyńskiej. Największe wrażenie zrobiło na mnie mieszkanie w przy ul. Tuwima, które udostępniła do zwiedzania szczęśliwa właścicielka. Obok powstał niedawno najbardziej luksusowy apartamentowiec w Łodzi, ale pomimo basenu i ochrony nie może się mierzyć z tą międzywojenną kamienicą. Tam dopiero są prawdziwe luksusy! Ogromna klatka schodowa, wykończona czarnym terrazzo (przepraszam, ale nie mogłam napisać „lastryko” – brzmi zbyt mało elegancko). Winda. Mieszkanie z zachowanymi stolarkami i parkietami. W hallu wielkie okno w cienkich stalowych ramkach, przez którego matowe szyby przesącza się światło ze „studni”. I ten półokrągły balkon wychodzący na park… Przyznaję się, od razu po powrocie ze spaceru zajrzałam na strony pośrednictwa nieruchomości, żeby zobaczyć, ile kosztują w Łodzi takie luksusy. Niby nie za wiele za metr kwadratowy (dwa do trzech razy mniej niż w modernistycznych kamienicach w Gdyni), ale biorąc pod uwagę, że najmniejsze ówczesne mieszkania miały po sto metrów, kwestia dostępności nieco się komplikuje.

kamienica_male

[Zawsze się zastanawiałam, czy modernistyczne półokrągłe balkony są w ogóle funkcjonalne]

balkon_male

[Są!]

Jedward_small

[„Skromne” doświetlenie przedpokoju]

rooflight_small

[A tak modernistyczna studnia doświetlająca wygląda od środka]

Kamienice kamienicami, ale najbardziej zaintrygowali mnie uczestnicy spaceru. Kto wybiera się w sobotnie przedpołudnie na oglądanie łódzkiego modernizmu? Tym razem pojawił się m.in. prawnik, który rozumie (i docenia!) różnicę między tynkiem barwionym w masie a malowanym. Na podobnych wydarzeniach zawsze wypatruję jednak pewnej konkretnej grupy osób, a mianowicie architektów-seniorów . Można ich łatwo wyłowić z tłumu, tym bardziej, że zwykle trzymają się razem (czasem ich podsłuchuję, żeby się upewnić, czy dobrze ogadłam ich profesję). To najczęściej piękne, zadbane panie, ubrane z pewną nonszalancją, ale i wielką dbałością o dodatki. Noszą wyraziste okulary, porządne torebki, klasyczne ubrania z lekkim „twistem”, np. w graficzne wzory lub wręcz przeciwnie – bardzo odważne kroje i kolory. Fantastycznie prezentują się również panowie, którzy są jeszcze tak przystojni w wieku późnoemerytalnym, że na myśl o tym, jak musieli wyglądać pół stulecia wcześniej, zaczynam się rozmarzać.  Chociaż nie wiem, kim są, może znam budynki ich autorstwa. Patrząc na nich myślę sobie zawsze, że architekt to jednak wyjątkowy zawód, jeśli pozwala na tak długo zachować energię i błysk w oku. Ale może to nie kwestia zawodu, tylko międzywojenne roczniki, podobnie jak modernistyczne kamienice, były takie wyjątkowe?

IMG_0329_male

[Wycieczka zapatrzona…]

balkony_male

[…na loggie i balkony]

*W tym tygodniu (28-31 sierpnia) podobne spacery odbędą się w Gdyni w ramach Weekendu Architektury i również będzie można wejść do kilku obiektów.

[fot. Monika Arczyńska/Łukasz Pancewicz]

Co-, ale nie housing

Tybinga

Głośno ostatnio o wrocławskim projekcie „Nowe Żerniki”, inspirowanym międzywojenną wystawą WuWA. „Architektura-Murator” opublikowała w czerwcowym numerze skrajnie optymistyczny wywiad ze Zbigniewem Maćkowem. Aż podejrzany wydaje się ten bijący z rozmowy entuzjazm, zwłaszcza, że zaangażowani w projekt architekci podobno pracują za darmo, przepraszam, „społecznie”. Po raz pierwszy w Polsce testowana jest na większą skalę koncepcja wspólnej realizacji budynków wielorodzinnych przez grupy indywidualnych inwestorów, najczęściej nazywana kooperatywą budowlaną lub po prostu spółdzielnią albo mikrospółdzielnią (w krajach anglosaskich zwykle używa się określenia „co-ops”, czyli właśnie kooperatywy, w Niemczech – Baugruppen czyli grupy budowlane). W dużym skrócie: chodzi o stworzenie budynku mieszkalnego, ale unikając marży dewelopera. Urząd Miasta we Wrocławiu uczestniczy w koordynacji projektu i w celu jego wspierania stworzył system prawnych i finansowych ułatwień, m.in. możliwość użytkowania wieczystego, co znacznie redukuje wkład własny wymagany na początku inwestycji.

Podczas gdy zaangażowani w program partnerzy konsekwentnie używają określenia „kooperatywy”, niektóre media uparcie nazywają ten sposób zainwestowania „co-housingiem”. Tylko że to naprawdę nie to samo! Czyżby zadziałał wątpliwy urok nadużywanych anglicyzmów? Jeśli cała idea ma pozwolić odciąć się  od deweloperskich działań, po co powtarzać deweloperskie nazewnicze strategie? Tyle mają wspólnego z wsią polskie „village”, co „współmieszkanie” – bo tak brzmiałoby dosłowne tłumaczenie „co-housingu” – z wrocławskimi kooperatywami. Wspólne budowanie to nie to samo, co wspólne zamieszkanie. Może stanowić wstępny etap inwestycji i często tak się dzieje, ale nie każda grupa realizująca wspólny projekt mieszkaniowy planuje wspólne posiłki czy opiekę nad dziećmi – życie trochę jak w komunie. We Wrocławiu, owszem, wspomina się o możliwości stworzenia wspólnych pokoi gościnnych czy świetlic, tylko że w przypadku co-housingu współużytkowanie przestrzeni i współorganizowanie życia jest podstawową zasadą działania takiej społeczności, a nie tylko dodatkiem. Taki dodatek stanowią np. pomieszczenia na wózki czy place zabaw na typowych osiedlach deweloperskich albo sauny i spa w luksusowych apartamentowcach, ale nikomu nie przyszłoby do głowy, żeby nazywać życie tam „co-housingiem”.

Przy okazji może warto wyjaśnić znaczenie innej mieszkaniowej definicji, która, jak się obawiam, może zostać zinterpretowana w podobnie nieprecyzyjny sposób. Mam na myśli „cohabitation” czyli „kohabitację”. Czyli nasz zwyczajny polski „konkubinat”. Brak precyzji wynika stąd, że niekiedy rozciąga się to określenie na grupę osób prowadzących wspólne gospodarstwo domowe, ale niekoniecznie ze sobą sypiających. Chociaż może w sumie wszystko jedno w epoce „fuck friends”. Kolejnego anglicyzmu, który – podobnie jak „co-housing” brzmi zgrabniej niż „współmieszkanie” – łatwiej przechodzi przez gardło niż „przyjaciel do …”.

[Na zdjęciu budynki zrealizowane przez grupy budowlane w Tybindze (Französisches Viertel), fot. Monika Arczyńska]

Walentynka

alejandro-aravena-Metalocus.es

Alejandro,
Walentynki to najlepsza okazja, żeby Ci się do czegoś przyznać: kocham się w Tobie od czasu tego wykładu. Pamiętam dokładnie ten dzień. Byłam bardzo ciekawa, o czym opowiesz i które projekty pokażesz, ale to, co mnie spotkało, to był prawdziwy piorun sycylijski. Od tamtej pory miałam już gotową odpowiedź na pytanie „kto jest Twoim ulubionym architektem”. Nie dość, że doskonały architekt, to jeszcze taki facet!

Twój ELEMENTAL – współpraca pomiędzy projektantami, uczelnią a największym chilijskim koncernem naftowym – to genialna koncepcja. Jak już się za coś zabierasz, to porządnie – kiedy postanowiłeś zrobić „coś” w kwestii mieszkalnictwa socjalnego, zrealizowałeś już ponad tysiąc jednostek. Quinta Monroy to absolutnie genialny projekt, a zawsze wydawało mi się, że w mieszkalnictwie już za wiele nowego nie da się wymyślić. Zbudowaliście połowę każdego mieszkania, żeby zmieścić się w restrykcyjnym budżecie publicznej dotacji – konstrukcję, kuchnię, łazienkę i dach. Resztę mieszkańcy mieli dobudować sami. Z jednej strony zajmujesz się tak pragmatycznymi zagadnieniami odkładając na bok kwestie estetyczne, z drugiej potrafisz zaprojektować tak niesamowite budynki jak Wydział Medyczny PUC. Dla skomplikowanych problemów znajdujesz banalnie proste rozwiązania, jak drzewa jako remedium przeciwko tsunami w Constitución czy dla poprawy jakości życia w Calamie. Nie wspominam nawet o tak sprytnym (i przedsiębiorczym!) pomyśle jak antykrzesło Vitry. Wiesz, ile Eamesowie musieli się napracować, żeby dopracować te swoje gięte sklejki? Długie miesiące prototypowania, a Ty rach-ciach, wymyśliłeś jeden pasek, do tego logo Vitry i biznes jest. Ach, nawet inicjały masz takie doskonałe – Alejandro Aravena – podwójne A jak „architektura”. Do tego wszystkiego uczysz na Harvard GSD i jesteś w jury Pritzkera, w Twoim wieku!

Ale nie samą architekturą człowiek żyje, prawda? Wpadłeś mi w oko już w „Urbanized”. Nie każdy wygląda tak świetnie w garniturze, nie wspominając o białych koszulach, które tak często nosisz. Skąd masz ten niesamowity, lekko brytyjski akcent? Ach, i ten Twój chłopięcy urok i rozwichrzone włosy, które dodają Ci lekkiej łobuzerskości. Podobno kiedy po studiach miałeś kiepskie zlecenia projektowe, prowadziłeś bar, ale myślę, że równie dobrze sprawdziłbyś się jako amant w komediach romantycznych. Nie miałam odwagi podejść i porozmawiać na tym pamiętnym wykładzie – nogi chyba trzęsłyby mi się jak galareta, głos łamał i tylko gapiłabym się na Ciebie maślanym wzrokiem. Dziewczyny z biura, które spotkały Cię przy okazji moskiewskiego konkursu, mówią, że jesteś bardzo sympatyczny. Myślę, że również są zauroczone, chociaż nie chcą się przyznać.

Gdybyś szukał żony, zgłaszam się jako ochotniczka! O świetnej reputacji żon ze Wschodniej Europy nie muszę Ci chyba przypominać. Co prawda nie znoszę sprzątać i średnio gotuję, ale życie z Tobą musi być bajką, a w bajkach takimi bzdurami zajmują się inni. Do garów więc nie bardzo, ale chętnie dam się zagonić do projektowania w Twoim biurze. Mam już co prawda męża, ale bardzo wyrozumiałego. Myślę, że się dogadamy.

Twoja cicha wielbicielka.

PS Zdjęcie ukradłam z www.metalocus.es, ale mam nadzieję, że mi wybaczysz.

Marudzenie po polsku

Nie znoszę tej teorii, ale Polacy chyba naprawdę mają zapisane w genach marudzenie. Ba, na pewne sprawy wręcz wypada narzekać.  Ostatnio na przykład na przestrzeń, co zresztą zręcznie podsycił „Wanną z kolumnadą” Filip Springer. Przyznaję, że nie rozumiem do końca tej nagłej eksplozji niezadowolenia, bo tzw. środowisko mówiło o dokładnie tym samym już dawno temu, ale widocznie potrzebna była pewna masa krytyczna osób, którym nagle zaczynają przeszkadzać reklamy i majtkowe tynki na elewacjach. Dzielni partyzanci (maruderzy?) miejscy intensywnie narzekają w dalszym ciągu, a paliwo stanowi m.in. tournee promocyjne Springera* i takie wydarzenia jak rezygnacja Grześka Piątka ze stanowiska naczelnika stołecznego Wydziału Estetyzacji. Radości z tego powodu tym bardziej nie rozumiem,  bo nie zapowiada się, aby jego następcy byli w stanie nagle przeprowadzić rewolucję albo – jak Grzegorz – uratować własny honor.

Staram się nie brać udziału w facebookowych dyskusjach, ale od czasu do czasu czuję się wywołana do tablicy, żeby pewne rzeczy wyjaśnić (jak np. tutaj). Wspomniany Filip Springer wrzucił wczoraj link do tekstu o nowej inwestycji w Miasteczku Wilanów. W skrócie: Polnord postanowił zrealizować inwestycję mieszkaniową na działce, która według planu miejscowego ma przeznaczenie pod funkcje oświatowe lub hotelowe. Aby ominąć te wymagania, zdecydował się na formułę aparthotelu, w którym mieszkania o powierzchni 17-18 metrów kwadratowych będą sprzedawane prywatnym właścicielom. Koncepcja zbliżona do wrocławskiego Startera. No i się zaczęło… Lista zarzutów w dyskusji, jaka się rozpętała w internecie, wygląda mniej więcej tak:

1. Deweloper ma prawo w czterech literach. No ma, nie zamierzam z tym dyskutować i ręce faktycznie mi opadają, kiedy kolejny raz widzę, jak niewiele znaczą plany miejscowe. Właśnie, żeby chociaż wuzetka, na którą można by zwalić winę! Jak w takim razie uda się formalnie przeprowadzić tę inwestycję? Domyślam się, że lokale będą traktowane jak pokoje hotelowe, sprzedawane prywatnym właścicielom – to dość standardowa forma zainwestowania. W typowej sytuacji pokoje byłyby wspólnie zarządzane przez jedną firmę, a właściciele czerpaliby pomniejszone o prowizję zyski i mogliby również sami dysponować swoimi pokojami przez ustalony czas w roku. W przypadku Miasteczka Wilanów pewnie ten element zarządzania zostanie pominięty lub zredukowany do niezbędnego minimum, a lokale pozostaną do pełnej dyspozycji właścicieli, którzy… nie będą mogli zameldować się na pobyt stały we własnym mieszkaniu?

2. „Za drogo!” Serio? 8-10 tysięcy za metr w Warszawie to tak strasznie drogo? Rozumiem, że ceny w stolicy wywołują frustracje, ale dlaczego akurat w tym przypadku jest to aż tak istotne, zwłaszcza, że większość komentujących w Miasteczku Wilanów raczej osiąść nie zamierza?

3. „Powierzchnie lokali są substandardowe, mieszkanie na takiej powierzchni to przecież chów klatkowy”. Co mają powiedzieć w takim razie mieszkańcy wielkiej płyty, gdzie kawalerki zaczynały się od takich właśnie powierzchni? Co prawda minimalna dopuszczalna w Polsce wielkość mieszkania wynosi obecnie 25m2 i to mniej więcej tyle, ile przypada na statystycznego Polaka, ale średnia ta jest mocno zawyżana przez domy jednorodzinne, w których mieszka prawie połowa populacji. Rozumiem, że w przypadku omawianej inwestycji jednostki są traktowane jako pokoje hotelowe. Trochę komicznie brzmi jednak krytyka tak małych lokali w kontekście tendencji samoograniczania i small living oraz coraz większej liczby osób, które mieszkają w pojedynkę i wystarcza im minimalna powierzchnia. W Polsce powstaje doktorat o mieszkaniu na minimalnych powierzchniach, a pisze go osobiście doświadczony w tej kwestii Szymon Hanczar – jego pierwsze minimieszkanie to zaledwie 13 metrów kwadratowych.  Małych lokali poszukują m.in. empty-nesters i w inwestycji Polnordu widzę kapitalną szansę na mieszkania dla seniorów. Miasteczko Wilanów ma dość homogeniczną wiekowo populację, która kiedyś może chcieć lub musieć z przyczyn finansowych przenieść się do mniejszych mieszkań. Najlepiej w okolicy, żeby „nie przesadzać starych drzew”. Aparthotel Polnordu mógłby wówczas zadziałać podobnie do katowickiego bloku dla seniorów, o którym prasa pisała zaledwie kilka dni temu.

3. „To oferta dla lemingów i słoików”. Pewnie, a dla kogo? Skąd założenie, że w Miasteczku Wilanów, gdzie praktycznie cała oferta mieszkaniowa celuje w klasę średnią, miałby zamieszkać ktoś inny? Tak, społeczny „miks” jest pożądany, ale wiadomo, że nigdzie nie udaje się go uzyskać bez odgórnych nakazów i ograniczeń, więc skąd założenie, że akurat w tym miejscu, które niektórzy złośliwie nazywają Lemingradem, miałoby być inaczej? Pretensje komentujących dotyczyły również języka, jakim posługiwał się inwestor opisując osiedle. Nie rozumiem jednak, jak przy codziennym bombardowaniu zewsząd reklamami można nie mieć dość doświadczenia, aby oczyścić przekaz z marketingowej otoczki.

Mieszkanie to nie jest zwykły produkt. Zmienia się i dostosowuje do zmieniającego się popytu. W tekście nie jest wspomniane, czy mieszkania można ze sobą łączyć. Tak się wkopali m.in. Holendrzy – większość  wielorodzinnej mieszkaniówki jest budowana jako tania i szybka w realizacji żelbetowa „krata”. Zbudowane kilka dekad temu mieszkania są za małe dla współczesnych potrzeb, ale monolityczna konstrukcja uniemożliwia lub absurdalnie podraża ich przebudowę. Nie wiadomo, kto tak naprawdę kupi wilanowskie lokale. Być może wcale nie młodzi, energiczni i świetnie zarabiający – oni pewnie wpakują się szybko w kredyty na budowę domów pod Warszawą, ale wcześniej mogą stanowić grupę docelową osób inwestujących w mieszkania pod wynajem. Jeśli obiekty będą funkcjonowały jako aparthotel, to pewnie raczej dla przyjeżdżających do Warszawy na dłużej pracowników, bo Wilanów imprezową dzielnicą zdecydowanie nie jest. I może dobrze – po kilku latach przemieszkanych naprzeciwko aparthotelu w centrum Dublina zdaję sobie sprawę, że to nie jest najbardziej pożądane sąsiedztwo. Chociaż nie ukrywam, bywało ciekawie – ile się przez okno naoglądałam stripteasów na wieczorach kawalerskich i panieńskich!

Podsumowując, powiem wprost: brzydzi mnie strasznie ta nagonka na aspiracje klasy średniej. Jej konsumpcjonizm jest równie jałowy i bezsensowny jak jałowe i bezsensowne jest marudzenie na kiepską jakość przestrzeni. Podniecanie się nową hondą jest równoważne podniecaniu się kolejnymi klęskami w postaci nowych bilbordów czy seledynowych tynków. Tworzenie wizerunku człowieka sukcesu, którego stać na mieszkanie w Miasteczku Wilanów ma wiele wspólnego z wypracowywaniem wizerunku cynicznego intelektualisty. Taki sam lans, tylko grupa odniesienia inna.  I dopóki nie zacznie się dialog pomiędzy obiema stronami, a zamiast próby zrozumienia wzajemnych motywacji będzie przeważać pogarda, nie poprawi się ani jakość przestrzeni, ani zamieszkania.

* 4 grudnia IKM w Gdańsku organizuje spotkanie z Filipem Springerem.

Orłowo-Mewowo

Obrazek

Kończę właśnie pisać tekst o Nowym Orłowie w Gdyni  dla „Architektury-Murator”: 4,5 ha kolejnej luksusowej realizacji deweloperskiej. Żeby wczuć się w temat, wybrałam się tam dwa razy – ze znajomym historykiem sztuki, który w Orłowie przemieszkał ładnych parę lat oraz z architektami założenia. Znajomy pokazał mi m.in. Willę Gryf z projektowanymi przez Wyczółkowskiego kolumnami, a na widok nowego osiedla zareagował westchnieniem: „Wiesz, tu kiedyś była taka piękna łąka…”. Poczułam się zobowiązana do wyjaśnienia, że przecież miasto musi się dogęszczać w tak świetnie skomunikowanych miejscach, że intensywność tej zabudowy jak najbardziej pasuje do otoczenia, że teren jest naprawdę atrakcyjny inwestycyjnie, a w okolicy chronionej zieleni całe mnóstwo, a poza tym osiedle nie jest nawet ogrodzone, a architektura przyzwoita. Moje argumenty wydały mu się jednak mało przekonujące – wspominał historię Maxima, luksusowe prostytutki, zamożne wdowy po kapitanach i rybaków filozofujących przy wódce o życiu. Mieszkańcy Orłowa zawsze reprezentowali nie tyle cały społeczny przekrój, co jego samo dno i szczyt, w bardzo malowniczej wersji.

Wizyta z architektami miała za to zupełnie inny posmak. Zero sentymentów. Potencjalni klienci uśmiechali się niepewnymi usmiechami klasy średniej, a z witryn  sklepowych błyszczał z plakatów lexus zapowiadający nowy salon. Na parkingu podziemnym spotkaliśmy – uwaga! – mieszkańca. Chyba jednego z niewielu, na których w ogóle można się natknąć w takich inwestycjach, bo większość z nich podobnych lokali ma kilka i na weekendy nad morzem kursuje tylko od święta. Napotkany mieszkaniec najwidoczniej też, bo na pytanie jak mu się tu żyje stwierdził, że to dopiero jego pierwsza noc, że meble śmierdzą strasznie lakierem, a tak w ogóle to mieszka w Krakowie. Na koniec wypalił: „Jak się dziś rano obudziliśmy, otworzyłem drzwi na taras i powiedziałem do żony: wiesz,  ile kasy musiałem wydać, żebyś mogła słyszeć od rana krzyki mew?”.

Może to dlatego, że od lat mieszkam w miastach nadmorskich, ale mewy nigdy nie kojarzyły mi się z pieniędzmi. Kojarzą mi się za to z wysypiskami śmieci, na których opanowują do perfekcji sztukę rozrywania worków na odpadki. A że moje lenistwo 11 listopada sprawiło, że worek na śmieci do kompostowania trafił na chwilę na balkon, mewy rozniosły odpadki, po czym jedna z nich utknęła jak w akwarium, bo balustrady balkonu są szklane. Stukała dziobem, machała skrzydłami  i stresowała się coraz bardziej. Na szczęście udało się ją złapać i wypuścić – przez haczykowaty dziób i białe pióra wyglądała nieco jak orzeł bielik, więc jej uwolnienie miało symboliczne znaczenie. W sam raz na Dzień Niepodległości. To na pewno lepszy uczynek niż palenie tęczy na Placu Zbawiciela.

Morał:  w miastach nadmorskich nigdy, przenigdy nie wystawiajmy śmieci na balkon. Mam nadzieję, że pan z Krakowa też będzie o tym pamiętał.

seagull_rescue

[fot. Monika Arczyńska]

%d blogerów lubi to: