Monthly Archives: Czerwiec 2015

Stało się coś niebywałego

zajecia_03

„Stało się coś niebywałego” – taki komentarz wywołało piątkowe wydarzenie w łódzkim Prexerze. Studenci zaprezentowali wyniki projektu rewitalizacji Starego Polesia, który prowadziliśmy z Łukaszem Pancewiczem w ramach kursu projektowania urbanistycznego dla pierwszego roku studiów magisterskich na Politechnice Gdańskiej. Zajęcia były prowadzone po angielsku i brali w nich również udział studenci z wymiany Erasmus z Niemiec i Francji.

Zamiast podzielić studentów na grupy, z których każda pracowałaby nad własną koncepcją, postanowiliśmy przeprowadzić pewien eksperyment i pracować ze wszystkimi jako jednym zespołem. Nasze obserwacje i doświadczenia zawsze potwierdzały, że chociaż studenci i absolwenci polskich uczelni nie odstają merytorycznie od  tych z zachodnich wydziałów, umiejętność organizacji pracy, a przede wszystkim współpracy z branżystami i zespołem, to prawdziwa pięta Achillesowa. O tym między innymi rozmawialiśmy kilka tygodni temu podczas debaty z Blok Blogiem o kształceniu architektonicznym w Polsce. Rozwinięcie umiejętności pracy w grupie stanowiło więc absolutny priorytet. Wprawką był wałbrzyski Architektour, który pokazał, że taki eksperyment może udać się na małą skalę, ale czym innym jest kilkudniowa intensywna praca w dwa razy mniejszej grupie, a czym innym semestralny projekt. Sami nie wiedzieliśmy, jak się wszystko potoczy, ale okazało się, że zdecydowanie było warto spróbować. Przez piętnaście tygodni sala 415 zamieniała się co piątek w sporą, bo ponadtrzydziestosobową, pracownię. Tematem zajęć była rewitalizacja Starego Polesia w Łodzi – fantastycznie zlokalizowanej i zdecydowanie klimatycznej, ale bardzo zdegradowanej dzielnicy o złej sławie. Założeniem było stworzenie wielowątkowej koncepcji poprawy jakości życia w dzielnicy, ale w oparciu o istniejącą infrastrukturę, bez nierealistycznych (zwłaszcza finansowo) założeń, do przeprowadzenia przy dużym udziale mieszkańców. Kilka pomysłów, takich jak przekształcenia podwórek, zostało zaprezentowanych w dwóch wersjach – tymczasowej, niskobudżetowej i trwalszej, wymagającej większych nakładów finansowych.

Łukasz był odpowiedzialny głównie za sprawy merytoryczne i kontakty z Łodzią, ja za organizację pracy. Ale to, co się wydarzyło później nie jest naszą zasługą, tylko niesamowitej ekipy studentów. Ekipy, która zaskakiwała nas od samego początku. Ani nie narzekała, że z zaledwie tygodniowym wyprzedzeniem zarządziliśmy wyjazd do Łodzi, ani już na miejscu, kiedy podczas biegania od spotkania do spotkania nie było nawet czasu na zjedzenie kanapki. Ba, zamiast spędzić całą noc na imprezowaniu w łódzkich knajpach, część osób wstała o siódmej rano, żeby jeszcze raz zobaczyć teren. Nie było nawet sugestii rezygnacji z angielskiego podczas zajęć, chociaż nie we wszystkich grupach pracowali studenci z wymiany, a końcowy raport napisany był po polsku, żeby wszyscy zainteresowani łodzianie mogli z niego skorzystać. Dopiero w Łodzi po raz pierwszy usłyszeliśmy studentów prezentujących projekt po polsku. Kontakt z urzędnikami i lokalnymi aktywistami nie skończył się na tym pierwszym spotkaniu, ale trwał przez cały semestr. Studenci zdążyli zorganizować dofinansowanie do projektu, pojechać ponownie do Łodzi, żeby przeprowadzić wywiady z mieszkańcami i uzupełnić dokumentację fotograficzną oraz… złożyć wniosek grantowy na przekształcenie podwórek na Starym Polesiu.

Złożony temat wymagał precyzyjnego podziału obowiązków. Na podstawie wstępnych analiz i dyskusji zostało wyodrębnionych pięć zespołów: projektowe, zajmujące się przestrzeniami publicznymi i ulicami, grupa koncentrująca się na działaniach społecznych, odpowiedzialna za marketing oraz tzw. glue team, czyli zespół „sklejający” poszczególne działania. Każda grupa miała lidera koordynującego prace zespołu. Studenci sami wybierali, w której grupie chcą pracować i czy chcieliby przyjąć obowiązki koordynatora. Warunkiem udanego, spójnego rezultatu była bliska współpraca poszczególnych zespołów, dlatego przy omawianiu każdego tematu działań od razu ustalalano, które grupy powinny wspólnie się nim zająć. Takich konfiguracji było sporo, a ponieważ nie udałoby się koordynować i sprawdzać na bieżąco pracy ponad trzydziestu osób, co tydzień rozmawialiśmy z liderami, a co kilka zajęć z całą grupą, kiedy demokratycznie były podejmowane najważniejsze decyzje projektowe. Wsparciem były także konsultacje projektowe zaproszonych ekspertów zewnętrznych.

zajecia_01

Nie zawsze było łatwo. Grupy toczyły prawdziwe boje, zwłaszcza, gdy trzeba było podjąć kluczowe decyzje w kwestiach transportu. Kiedy jednak rozmawialiśmy już po łódzkiej prezentacji, okazało się, że wszyscy są doskonale świadomi, czego nauczyli sie przez ten semestr, zarówno w kwestiach merytorycznych, jak i organizacyjnych, związanych z zarządzaniem procesem projektowym. Problemy były identyczne z tymi „korporacyjnymi” – trudność w wypośrodkowaniu między nadmierną autorytarnością a wycofaniem, utrzymywanie stałego poziomu motywowania zespołu, precyzja w definiowaniu zadań oraz praca według weryfikowanego na bieżąco harmonogramu i pod ogromną presją czasu.

„Docieranie się” zespołu następowało tak błyskawicznie. To dojrzała grupa, która potrafiła słuchać i nie upierała się przy pierwszych pomysłach (to największa zmora we współpracy ze studentami). Koncepcji było tyle, że najważniejsze okazało się ustalenie ich optymalnej liczby i decyzja, które działania są priorytetowe. W wielu momentach wycofywaliśmy się jako prowadzący, bo cały proces organizacji pracy i podejmowania decyzji był doskonale ustalony przez studentów. Wtrącaliśmy się głównie wtedy, kiedy zespół komunikował taka potrzebę (głównie w kwestiach merytorycznych) lub gdy widzieliśmy, że potrzebne jest lekkie sterowanie z góry. Tydzień przed zakończeniem projektu spotkaliśmy się, żeby złożyć raport podsumowujący prace. Chociaż na początku przewidywaliśmy, że skończy się na niewielkiej broszurze, zakres rósł i rósł, aż skończyło się na… ponad dwustu stronach.

zajecia_02

[Składanie raportu]

prezentacja_02

[Plansze i materiały reklamowe]

prezentacja_07

[Raport i materiały reklamowe – koszulki, piny, torby, pocztówki, stempel, wlepki – z motywami graficznymi ze Starego Polesia]

prezentacja_06

[Na pierwszym osoby, które bardzo pomagały w projekcie: planie Bartek Zimny – twórca łódzkiego woonerfu i oficer rowerowy, tyłem Agnieszka Reiske ze stowarzyszenia Współ-dzielnia ze Starego Polesia]

prezentacja_05

[Publiczność podczas prezentacji; na oknach plakaty reklamujące dzielnicę i planowane w niej wydarzenia]

prezentacja_04

[Ania Sokołowska z Miejskiej Pracowni Urbanistycznej z raportem]

prezentacja_03

[Kinga Rzeplińska, odpowiedzialna za grafikę i Zofia Ulman, autorka strony internetowej]

Na prezentację w ubiegły piątek do Łodzi przyjechali liderzy oraz część zespołu marketingowego. Nie było już czasu ani na porządne wsparcie w ustaleniu ostatecznej prezentacji, ani na próbę generalną. Obawialiśmy się trochę, czy ponadgodzinny wykład o tak wielowątkowym projekcie okaże się wystaczająco czytelny i wciągający dla publiczności, ale skończyło się kolejnym pozytywnym zaskoczeniem! Podczas dyskusji po prezentacji liderzy odpowiadali na pytania (przede wszystkim te najtrudniejsze – dotyczące kwestii transportowych i finansowania przekształceń) z takim profesjonalizmem, jakby od lat byli zaangażowani w programy rewitalizacji.

Wszystkie materiały zostały przekazane miastu – urzędnikom, społecznikom i radnym. Na pewno zostanie wzdrożona strategia marketingowa – to element koncepcji, który nie wymaga oddolnego zaangażowania ani wielkich nakładów finansowych, bo materiały (identyfikacja wizualna, strona internetowa czy plakaty) są już gotowe. Wiele działań można zrealizować przy minimalnym dofinansowaniu, jak grant, o który studenci starali się w trakcie semestru. Podczas prezentacji padały konkretne kwoty, określone w oparciu o analogiczne działania przeprowadzone wcześniej w innych polskich ośrodkach. Wyniki pracy można zobaczyć na stronie www.starepolesie.com, raport także tu.

prezentacja_01

[Prezentacja części marketingowej prowadzonej pod kierownictwem Karoliny Zarychty, na fotelach od lewej Natalia Podejko, liderka grupy koordynacyjnej, Agnieszka Stobierska, szefowa działań społecznych, Justyna Król – liderka grupy projektującej ulice i Michał Bainka – przestrzenie publiczne oraz Zofia Ulman]

Po takim semestrze potwierdza się, jak ważne jest wzajemne zaufanie w zespole. Okazało się, że warto rzucić studentów na głęboką wodę i pozwolić im współtworzyć cały proces organizacji zajęć – efekty tego eksperymentu przeszły nasze najśmielsze oczekiwania. Momentami czułam się jak podczas pracy w biurze, gdzie również mamy idealnie zgrany zespół – zresztą metody organizacji pracy właśnie stamtąd zostały zaczerpnięte. Szkoda, że nie szukam właśnie pracowników do gdańskiego oddziału, ale i tak prawie wszyscy studenci zaraz wyjeżdżają na Erasmusa:)  Cały czas nie mogę uwierzyć, że wszystko się udało i że w zaledwie cztery miesiące udało się uzyskać takie rezultaty.

Dziękuję, współpraca z Wami była ogromną przyjemnością!

Autorzy

[fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz, Agnieszka Chromiec – portrety]

Reklamy

Samo się nie zrobi!

postery_wyborcza2-01-01 (1).png

Chwalić jeszcze będę, kiedy wszystko zostanie ukończone w 100%, a na razie zapraszam na piątkową prezentację projektu, przygotowanego przez naszych studentów. Z tak ostro zasuwającą grupą jeszcze nie miałam do czynienia, a hasło „Samo się nie zrobi!” równie trafnie odnosi się do działań, jakie studenci zaproponowali dla Starego Polesia w Łodzi, jak i dla ich własnej pracy.

Prezentacja odbędzie się w najbliższy piątek, 26 czerwca, w Miejskim Punkcie Kultury Prexer-UŁ w Łodzi, przy ulicy Pomorskiej 39. Studenci zaprezentują końcowy raport projektu, zawierający rekomendacje działań rewitalizacyjnych oraz prototypy elementów strategii promującej dzielnicę, m.in. logotypy i projekt identyfikacji wizualnej, gadżety oraz model strony internetowej. Początek prezentacji planowany jest na godzinę 17:00. Zapraszam i… sama jestem ciekawa, jak wszystko wypadnie!

 

Życie między budynkami (Kopenhagi)

pan

Zaczynam się czuć jak Charlize Mystery, która po każdym wyjeździe na New York  Fashion Week umieszcza na blogu dziesiątki postów typu „Zwiedzać Nowy Jork śladami Kevina w Nowym Jorku”.  Obiecuję jednak, że u mnie nie pojawi się post „moje ulubione restauracje w Kopenhadze”, chociaż przyznaję, że jeden arabski przybytek zaraz przy Superkilen (tematycznie, bo imigrancko) miałabym ochotę zarekomendować. Obiecuję też, że to ostatni post o Kopehadze, bo Charlize M. przynajmniej nie rozwleka powyjazdowych opowieści przez trzy miesiące po powrocie:)

Dziś będzie nie o restauracjach, nie o Kevinie, ale o Janie. Janie Gehlu. Postanowiłam sprawdzić, czy Kopenhaga jest faktycznie taka „gehlowata”, jak wskazywałoby na to nie tylko samo „Życie między budynkami”, ale i reputacja miasta uważanego za jedno z najbardziej „zielonych” na świecie. Żeby tylko reputacja – Kopenhaga pojawia się na szczycie wszystkich rankingów miast ekologicznych czy miast o najwyższej jakości życia. Istnieje nawet tzw. „wskaźnik kopenhagenizacji” określający, jak bardzo miasta są przyjazne i bezpieczne dla rowerzystów oraz na ile skuteczna jest ich polityka prorowerowa oraz rozwój infrastruktury.

Przyznaję, że nie mam do Gehla tak nabożnego stosunku jak większość znanych mi architektów i urbanistów. „Życie między budynkami” (które stoi na mojej półce w holenderskiej wersji pod uroczym tytułem „Leven tussen huizen”) to jednak przełomowa lektura i zdaję sobie sprawę, że to między innymi dzięki niej nastąpiła prawdziwa miejska rewolucja. Symbolem „kopenhagenizacji Kopenhagi” było wyrzucenie w 1962 roku samochodów z samego centrum miasta, ulicy Strøget, dziś  deptaka ze sklepami i kawiarniami. Jeden z jego końców wypada na Rådhuspladsen, placu z ratuszem, jednym z miejsc, w których gdzie Gehl prowadził swoje obserwacje zachowań ludzi w przestrzeniach publicznych. Plac, jest w tej chwili zastawiony wielkim ogrodzeniem – realizowana jest właśnie kolejna linia metra i w mieście można natknąć się na sporo budów nowych stacji. Rådhuspladsen cały czas pozostaje jednak miejscem spotkań, poza tym wędrują tam obowiązkowo wszystkie wycieczki . Wiadomo – ratusz, centrum, historyczne miejsce, ale ciekawa jestem, czy przewodnicy wspominają również o Gehlu i jego rewolucyjnej książce.  Wycieczki stanowią za to świetny obiekt obserwacji – turyści ustawiają się w idealne kółka i stają w mniej więcej takich samych odległościach od siebie. koleczka

[Wycieczki w kółeczkach – ciekawe, czy Gehl też zwrócił uwagę na to zjawisko pisząc „Życie…”] Gehl

[To tu! Tylko widok w tle średnio teraz atrakcyjny przez budowę metra]

Przestrzenie publiczne Kopenhagi są demokratyczne i egalitarne aż do bólu. Rozczulają drobne uprzejmości między użytkownikami przestrzeni. Może nie da się zaobserwować tylu rozmów między nieznajomymi, jakie pamiętam z Dublina, za to co chwilę widać pozornie mało ważne interakcje. A to ktoś ustępuje komuś miejsca na ścieżce rowerowej, a to mama z wózkiem odstawia go kawałek dalej, żeby nastolatki szalejące na deskorolkach miały więcej przestrzeni.  Aż trudno wyobrazić tu sobie jakiekolwiek przejawy ulicznej agresji, chociaż wierzę, że muszą jej nieco generować chociażby korki rowerowe w godzinach szczytu. W wielu miejscach ustawione są liczniki rowerów (czy przypadkiem nie Gehl stwierdził kiedyś, że należy mierzyć zjawiska, na których nam zależy?) i z ciekawości porównywałam wyniki ze wskazaniami, które obserwuję na licznikach w Gdańsku. W końcu mieszkam w najbardziej roweowym mieście w Polsce:) Oczywiście kopenhaskie liczby znacznie przekraczają gdańskie, ale np. porównanie duńskiego sobotniego poranka z gdańskimi godzinami szczytu w środku tygodnia nie jest już tak rozbieżne.

Gehlowskie „przysiadanie”, o którym pisałam już kiedyś w kontekście pewnego łódzkiego krawężnika, odbywa się dosłownie wszędzie. Rozumieją to doskonale projektanci nowych przestrzeni publicznych, którzy oprócz standardowych ławek projektują często amfiteatralne struktury albo stosują drewno – znacznie przyjemniejsze do siedzenia niż beton czy kamień – na nabrzeżach, gdzie sympatycznie jest pogapić się na wodę. W ciepły dzień tłumy przysiadły między innymi na jednym z głównych mostów w centrum  miasta, po nasłonecznionej stronie, bezpośrednio na nagrzanych kamieniach. Nikt się nawet nie przejmował, że z poziomu chodnika nie ma widoku na wodę – wystarczająco atrakcyjne było patrzenie na przemieszczających się ludzi oraz dziesiątki rowerzystów i wystawianie twarzy do słońca. W pobliskim supermarkecie można było zaopatrzyć się w zgrzewkę piwa i nikt nie przejmował się piciem w miejscach publicznych (czy tam w ogóle jest jakikolwiek zakaz?). Nikt też nie zachowywał się nieprzyzwoicie, rozochocony promilami w krwiobiegu.

most Tuborg na moscie

[To nie jest reklama tuborga!]

Nieformalnie, bezpiecznie, spontanicznie – tak będą mi się kojarzyć przestrzenie publiczne Kopenhagi. Czego i polskim miastom życzę:)

[Fot. Monika Arczyńska/Łukasz Pancewicz]

Teren zabudowany (czyli krajobrazowy)

zabudowany 02

Mam nadzieję, że wszyscy porządnie odpoczęli podczas  ostatniego weekendu. Ja też skorzystałam z tej niesamowitej pogody i zamiast pracować nad zaległymi zleceniami, wybrałam się z moim osobistym urbanistą na plażę pod Gdańskiem. Po drodze, jadąc spacerowym tempem rowerami, mijaliśmy między innymi takie znaki, jak na zdjęciu i przypomniała mi się pewna nie do końca architektoniczna, ale za to zdecydowanie krajobrazowa anegdota.

Otóż jako już wcale nie taka mała dziewczynka byłam święcie przekonana, że ten znak oznacza początek nie terenu zabudowanego, ale… strefy krajobrazowej. Mówiąc wprost, po minięciu tego właśnie znaku należałoby zacząć uważnie się rozglądać, wypatrując interesującej sylwety miasta albo wsi. W polskim krajobrazie w sywetach z reguły dominuje wieża kościoła – w jakim innym celu miałaby przecież być pokazana na tym czarno-białym obrazku? Chyba tylko po to, żeby wiedzieć, że zaraz się pojawi i jej nie przegapić. Poza tym na tych niemieckich autostradach, jedynych, jakie wówczas znałam, takich znaków nie było, bo po co. „Autobany” przebiegały przecież przez jakieś strasznie nudne płaskie tereny albo, co gorsza, były obstawione ekranami akustycznymi. Z kolei oznaczenie końca  drogi przebiegającej przez obszar zabudowany, czyli ten sam znak z czerwonym przekreśleniem, stanowił w moim przekonaniu informację, że to, co ciekawe, już za nami i można z powrotem skupić się na prowadzeniu samochodu. Byłam bardzo rozczarowana, kiedy w końcu ktoś mi wytłumaczył prawdziwe znaczenie tego znaku.

Od niedawna funkcjonują nowe przepisy i kierowcom, którzy na obszarze zabudowanym przekroczą dozwoloną prędkość o co najmniej 50 km/h, zostanie natychmiast odebrane prawo jazdy. Aby móc się rozglądać, trzeba jechać wolno. Może ten mój dziecięcy pomysł nie był wcale taki absurdalny?

[fot. Monika Arczyńska]

Centymetr do Modulora

Marsylia

Chociaż w Wielkiej Brytanii i Irlandii w przemyśle już od lat obowiązuje system metryczny, w sferach bardziej „życiowych” niż zawodowych nadal zwyczajowo używa się systemu imperialnego. Mimo że przywyczaiłam się szybko do pintów piwa i funtów masła, nawet nie pomyślałabym o przeliczeniu własnej wagi na „stonesy”. Wiem za to dokładnie, ile mam wzrostu w stopach, a dowiedziałam się tego w pracowni w dość śmiesznych, ale jak najbardziej architektonicznych okolicznościach.

Wiadomo, jak wygląda większość zdjęć budynków: nie ma na nich ludzi. Kiedy oddano do użytkowania zaprojektowany przez nasze biuro Urząd Hrabstwa Kildare, w pracowni postanowiono, że oprócz typowych opustoszałych zdjęć zostaną zamówione fotografie z ludźmi. Ale nie z urzędnikami, tylko… modelkami. Wybrano jedną z londyńskich agencji, z którą związane są „topowe” brytyjskie modelki i zaczęła się akcja przebierania w dziewczynach. Oprócz zdjęć na stronach agencji zawsze podawane są wymiary i wzrost. Aby wyobrazić sobie, ile to np. pięć stóp i dziewięć cali, zaczęto wykorzystywać mnie – najwyższą architekt w biurze – jako punkt (czy też raczej odcinek) odniesienia. I tak się właśnie dowiedziałam, że mam sześć stóp wzrostu bez jednego centymetra.

Szkoda, że nie dokładnie sześć, bo to dopiero byłby architektoniczny wzrost! Dokładnie taki, jak przyjęty dla Modulora, opracowanego w latach 40. przez Le Corbusiera systemu miar i proporcji. Miał być w założeniu uniwersalny i przydatny do stosowania w architekturze, wzornictwie i przemyśle, ale wybór takiego, a nie innego wymiaru nie miał zbyt wielkiego związku z ergonomią. Kto wówczas miał aż 183 centymetry wzrostu? Chyba tylko przystojniacy z brytyjskich powieści detektywistycznych, w których zaczytywał się Le Corbusier. Aż trudno w to uwierzyć, ale podobno to właśnie oni stanowili inspirację dla przyjęcia sześciu stop dla Modulora… Pierwotna wersja systemu oparta była na nieco niższym wzroście, ale podejrzewam, że do zmiany skłonili architekta nie tyle wysocy brytyjscy detektywi, co magia okrągłej liczby, na dodatek takiej, która podzielona przez dwa i trzy daje liczby całkowite.

Ciekawe, ile wzrostu miał sam Corbu. Na zdjęciach wygląda na niewysokiego i chuderlawego, zwłaszcza, gdy pozował z kobietami swojego życia, których miewał po kilka jednocześnie. W kwestiach męsko-damskich miał specyficzne preferencje i fascynowały go dość konkretne gabarytowo panie. Na przykład takie (żona) albo takie (wieloletnia kochanka). A jeśli już drobniejsze, to tak egzotyczne i energiczne, jak Josephine Baker, z którą miał podobno romans na statku płynącym do boskiego Buenos. Ile w tym prawdy, a ile plotek, trudno powiedzieć, ale nie ten temat interesuje mnie w tej chwili najbardziej. Chcę wiedzieć coś innego – jak urosnąć ten brakujący centymetr???

[fot. Łukasz Pancewicz]

Reklamy
%d blogerów lubi to: