Monthly Archives: Październik 2016

60m2

60m2_p

Co za tydzień, a przede wszystkim – co za sobota! W Warszawie wernisaż „Warszawy w budowie” pod tytułem „Wreszcie we własnym domu. Dom polski w transformacji”, a w „Wysokich obcasach” wywiad, który rozpalił do czerwoności tysiące Polaków. I nie wiem, czy to kuratorzy wystawy dodali czegoś do wody, czy po prostu mają dobrą firmę od PR, ale nagle hasła „za małe mieszkanie”, „brak miejsc a na książki”, a przede wszystkim „60m2” zostały odmienione  przez wszystkie możliwe przypadki.

Gorączka, która sprawiła, że z kilkustronicowego wywiadu, w którym rzucona ot tak powierzchnia mieszkania została tak wyraźnie wysunięta na pierwszy plan, może mieć kilka przyczyn:

  1. Ludzie najłatwiej zapamiętują liczby.

To może być pozostałość zakuwania dat na lekcjach historii. Co prawda badania, ile zostaje ich później w głowach wskazują, że niewiele (ja też nie pamiętam, kiedy miała miejsce bitwa pod Warną), ale może to tylko oznacza, że i nieszczęsne 60m2 zostanie wkrótce zapomniane.

  1. Zakodowane w pamięci normatywy.

„Normatyw projektowania mieszkań i budynków mieszkalnych wielorodzinnych w miastach i osiedlach” z 1959 definiował 60m2 jako mieszkanie kategorii M6. Kategorie określano według liczby mieszkańców, stąd wniosek, że w rzeczonym lokalu można by jeszcze spokojnie zmieścić dodatkowe dwie osoby. Być może reakcja na artykuł wynika z sentymentu do PRL-u.

  1. Za małe mieszkania.

Na „Warszawę w budowie” wybieram się dopiero w przyszłym tygodniu, ale materiały organizatorów i pierwsze relacje prasowe wskazują na to, że jednym z poruszonych problemów są zbyt małe mieszkania Polaków.  Pal licho statystyki, porównania do europejskiej średniej czy badania naukowe na ten temat. Nie ma lepszego potwierdzenia tej hipotezy niż reakcja na wywiad.

Książki Gehla i Jacobs dopiero niedawno zostały przetłumaczone na polski, ale od dawna dostępny był „Ukryty wymiar” Edwarda T. Halla o m.in. badaniach behawioralnych przeprowadzonych na szczurach. Przy zbyt dużym zagęszczeniu na niewielkiej powierzchni zwierzęta zaczynały się zagryzać. Taką sytuację przegęszczenia i stresu nazywa się „bagnem behawioralnym”. Jeśli Polacy mieszkają w zbyt małych mieszkaniach, przypuszczalnie też muszą się na kimś odreagować. Nie są jednak przecież nieucywilizowanymi zwierzętami, więc zamiast zagryzać współmieszkańców, wolą internetowo rzucić się do gardła piosenkarce, które pewnie w życiu nie widzieli na oczy.

Ten wywiad miał prawdziwie „Ukryty wymiar”.

Reklamy

Jak Sphinx z popiołów;)

bw

Odkąd mój osobisty urbanista zamienił Gdańsk na Łódź, przyjeżdżałam co rok na Design Festival. Po ponownej zamianie miast tym razem pojechaliśmy razem – ŁDF okazał się świetnym pretekstem, żeby odwiedzić łódzką ekipę i zobaczyć, co zmieniło się w mieście. O tym za chwilę, bo zmian sporo, ale na festiwalu miałam wrażenie, że oglądam kolejny raz to samo. Pewnie dlatego, że ci sami sponsorzy powtarzają się na każdej edycji i na myśl o Festivalu przychodzą mi do głowy „Barlinek, Paradyż i IKEA”. Pod temat „Tożsamość” można podciągnąć prawie wszystko i na wystawach głównych pojawił się dość przypadkowy przegląd wzornictwa. Przyznaję, że tym razem skoncentrowałam się na centrum festiwalowym na Tymienieckigo i wyjątkowo nie odhaczyłam wydarzeń ani wystaw odbywających się w pozostałych miejscach. Główna część nieco mnie rozczarowała – może nie powinnam przyjeżdżać co rok? Kilka wystaw widziałam w Gdyni latem, wiele produktów oglądałam wcześniej w sieci. A może przez te wszystkie własne nieszczęsne remonty nie mogę już patrzeć na podłogi i grzejniki.

tym

Inkubator na Tymienieckiego sam w sobie stanowi wystawę designu:)

dupencjoogrzewacz

Uroczy pupogrzewacz z Termy

parawan

Architekt na szpilkach też zwróciła uwagę na ten parawan w krótkiej relacji z ŁDF na FB. Trudno nie zwrócić, jeśli mieszka się nad morzem:)

dp

Gdański i jednocześnie architektoniczny akcent na make me! – Torba Architekta Darii Przybyłowskiej

Największe wrażenie zrobiła na mnie wystawa „No Randomness” o wzornictwie, które pozornie wydaje się przypadkowe, ale ma swoje racjonalne wytłumaczenie. Dlaczego włazy kanalizacyjne są okrągłe, a makaron ma różne dziwne kształty? Kapitalnie pokazany przegląd codziennych przedmiotów był odpowiedni i dla dzieci, którym można na przykładach wyjaśnić, że design to nie tylko ładne meble, i dla dorosłych, którzy mogli dowiedzieć się, dlaczego przedmioty, których używają codziennie, wyglądają tak, a nie inaczej. Podejrzewam, że ciekawostki z „No Randomness” będą hitem dyskusji przy prosecco i fritz coli przez następnych kilka tygodni.

osemki

Gdyby piankowe granulki miały kształt kulek, chronione przedmioty spadałyby na dno pudełka. Ciekawe, czy popcorn działa podobnie:)

schoolofform

Ceramika ze School of Form

Zawsze interesuje mnie, co nowego dzieje się na wydziałach związanych z projektowaniem – trzeba podpatrywać konkurencję, żeby nie zostać w tyle:) Tym razem wpadła mi w oko ceramika ze School of Form, nawiązująca do tradycyjnych form i technik wykonania, ale przygotowywana przy użyciu robotów. Cieszy również współpraca polskich firm, m.in. Barlinka i Porty, z młodymi projektantami.

zrezygnujcie

A przy wystawie Architektury-Murator o architekturze humanitarnej pojawiła się tablica, na której każdy mógł napisać, co ma do przekazania polskim architektom. Oprócz żartobliwych „więcej kolumn i pilastrów” pojawiło się „zrezygnujcie”…

271.jpg

Piotrkowska 217

Ale co tam Design Festival, co tam wystawy, Łódź zaskoczyła mnie najbardziej! Próbuję sobie przypomnieć, kiedy byłam tam ostatnio i to musiało być dokładnie rok temu, na poprzednim wydaniu festiwalu. Tyle się wydarzyło w międzyczasie: Piramowicza gotowa, woonerf na Traugutta gotowy, stacje roweru miejskiego są usytuowane tak gęsto, że aż miło, a na Starym Polesiu pojawiła się zieleń. Dzięki likwidacji przejścia podziemnego pod Piłsudskiego nareszcie czuje się, że Piotrkowska to najdłuższa ulica w Polsce. Pod numerem 217, gdzie wcześniej znajdowała się jedna kawiarnia i wyświetlano latem filmy pod gołym niebem, pojawiło się mnóstwo nowych lokali, a w festiwalową sobotę stanęły food trucki i trzeba było się przepychać między ludźmi. A obok „stajni jednorożców” powstanie wybrany w budżecie obywatelskim… pomnik jednorożców.

Czekam na otwarcie Łodzi Fabrycznej – nareszcie zniknęły wysokie płoty i można zobaczyć, jak bardzo zmienił się teren dookoła. Nie wierzyłam, że ta ogromna budowa kiedykolwiek się skończy, a już na pewno nie w to, że zaraz obok natychmiast zaczną się nowe realizacje. Już buduje się nowy biurowiec, za chwilę zaczną powstawać kolejne. Oprócz tych wszystkich publicznych inwestycji widać, że coś się ruszyło wśród mieszkańców. Być może wspólnoty uznały, że pora na dotrzymanie kroku miejskim remontom ulic i kamienic, bo co kawałek stoją rusztowania, tym razem już bez banerów z napisem „Mia100 kamienic”. To zawsze najbardziej odróżniało łódzkie ulice od innych miast – w Gdańsku, Poznaniu czy Wrocławiu trwał remont za remontem, a w Łodzi tylko sypały się tynki. Ale to opóźnienie ma pewną kolosalną zaletę – dzięki niemu kamienice przetrwały nietknięte okres pastelozy i styropianizacji, a miejskie inwestycje pokazały, jak należy remontować historyczna tkankę.

Jak Sphinx, tfu, Phenix z popiołów!

phenix

[fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz]

Santander

Piano

Kilka lat temu odwiedzałam w Delft siedzibę Octatube, założonej przez prof. Micka Eekhouta firmy, która projektuje i wykonuje nietypowe elementy architektoniczne, głównie przeszklenia. To oni wymyślili i zrealizowali m.in. szklane fasady w Markthalu MVRDV w Rotterdamie, gdzie szkło trzyma się na kablach, które działają jak żyłki rakiety tenisowej, elastycznie reagując na obciążenia wiatrem.Współpracowaliśmy z nimi – najlepszymi, a przy okazji najsympatyczniejszymi wykonawcami,  z jakimi miałam kiedykolwiek styczność – przy okazji projektu w Giant’s Causeway oraz Galerii Narodowej w Dublinie. Wkrótce otwarcie Galerii, a jedną z najbardziej oczekiwanych części projektu jest udostępnienie historycznego dziedzińca, o którego istnieniu prawie nikt nie wiedział. Octatube przekryli go szklanym dachem opartym na szklanych belkach – jest tak lekki i przezroczysty, że w słoneczny dzień niemal znika. Kiedy odwiedzałam ich położony na kampusie Politechniki w Delft warsztat, pokazywali mi kilka prototypów. Jednym z nich była kładka The Botin Centre w Santander projektu Renzo Piano. Miała być wyjątkowo lekka wizualnie pomimo sporej rozpiętości – skakałam po niej jak dzieciak sprawdzając ugięcie.

octatube

Warsztat Octatube w Delft

Ustalając trasę wakacyjnego wyjazdu, pomyślałam, że może będzie okazja poskakać już nie po prototypie, ale po ukończonej kładce. Nazwa „Santander” kojarzyła mi się wyłącznie z bankiem i trochę brakowało mi argumentów, dlaczego akurat tam powinniśmy pojechać. Ponadto mój osobisty urbanista przeczytał gdzieś, że to co prawda malownicze, ale dość nudne miasto i namawiał mnie, żeby może lepiej je ominąć i ruszyć od razu do Bilbao. Uparłam się jednak i okazało się, że intuicja mnie nie zawiodła – miasto okazało się piękne i zaliczyłabym je do mojej ulubionej urbanistycznej kategorii – „świetne do życia”. Czyli nie za duże, ale na tyle duże, aby zapewniać większość potrzebnych usług i wiele miejsc pracy w różnych branżach, zielone i przyjazne dla pieszych, nadmorskie, ale nie typowo turystyczne, z kilkoma eleganckimi miejscami, ale bez aspirowania do pozycji globalnej metropolii.

The Botin Centre jest jeszcze w trakcie realizacji, więc nie byłam w stanie ocenić, czy udało się wykombinować rozwiązanie dla szalonych ugięć kładki, ale sam obiekt zapowiada się sympatycznie. Co prawda elewacja jest niemalże kopią Selfridges w Birmingham Future Systems, ale darzę te aluminiowe dyski sporą sympatią i nie zamierzam się w związku z tym czepiać:)

santander-03

The Botin Centre znajduje się tuż przy brzegu morza, zaraz przy ścisłym centrum miasta i obok niewielkiego parku z wielkim placem zabaw, karuzelą i absolutnie przeuroczym modernistycznym „grzybkiem” z winem i kawą. Tak, proszę Państwa, modernizm potrafi być uroczy!

santander-05

A dalej, wdłuż nadmorskiej promenady, kolejne architektoniczne atrakcje. Jedna z nich wydała nam się szczególnie powalająca – Palacio de Festivales de Cantabria (proj. Francisco Javier Sáenz de Oiza, 1986-90). Takie pomo, że Graves i Stirling przy nim bledną. Jest wielki, ostentacyjny i ostentacyjnie symetryczny, kolorowy, z pasiastą okładziną z kamienia i wieżami. To wszystko sprawia, że nie da się przejść obok obojętnie. Pałac jest niekwestionowanym królem promenady i żaden Renzo Piano nie jest w stanie go zdetronizować.

pomo.jpg

Na promenadzie można trafić również na współczesne elementy-samograje, jak betonowo-drewniane siedziska. Przypominają mi czarne szezlongi Romka Rutkowskiego na wrocławskim Nowym Targu – jeśli docelowo stanie tam zapowiadana fontanna, to mam nadzieję, że plac zacznie działać jak ten zakątek w Santander. Patrzenie na wodę i słuchanie jej szumu jest zdecydowanie bardziej relaksujące od telewizji, a miejsce służy i starszym spacerowiczom, i nastolatkom przychodzącym tu na wino z gwinta, i migdalącym się parom (niektóre szezlongi są dwuosobowe). I chociaż zdaję sobie sprawę, że to nie jest projektowe mistrzostwo świata, a podobnych miejsc w miastach jest mnóstwo, cieszy mnie, że ta prosta interwencja tak dobrze działa.

santander

Przypadkiem trafiliśmy też na rewitalizowany obszar niedaleko centrum. Wylądowaliśmy tam poszukując knajp rybnych przy porcie rybackim – w Barrio Pesquero jest ich mnóstwo, w prostych parterowych pawilonach. Na zewnątrz stoją grille ze skwierczącymi sardynkami i wielkie patelnie z paellą, pachnie rybą i jest cudownie siermiężnie. Widać za to, że ta dość zaniedbana dzielnica przeszła niedawno lifting. Okazuje się, że w całej Europie przepis na rewitalizację jest jeden. Bez względu na lokalizację zawsze pojawiają się te same elementy (oczywiście poza tablicą informacyjną z niebieską flagą i wianuszkiem żółtych gwiazdek):

  • lokalne centrum kultury
  • nowo zasadzona zieleń na ulicach
  • spowolnienie ruchu lub uregulowanie kwestii parkowania (w Barrio Pesquero tę robotę odwalają betonowe kulki)
  • mural, grafitti, malunki przygotowane przez lokalne dzieci albo jakakolwiek inna „sztuka”
  • plac zabaw
santander-01

Pd lewej: centrum kulturalne, nowo zasadzone drzewka i betonowe kule uniemożliwiające parkowanie przy wąskiej ulicy

santander-02

Plac zabaw, ławki, mural

To oczywiście nie wszystkie, ani nawet najważniejsze punkty Santander. To te, na które zwracają uwagę architekci (na pintxos i wino czas był wieczorami). Zwróciliśmy uwagę na jeszcze jedno: całe miasto upstrzone jest… filiami banku Santander:)

CDN

[Fot. Monika Arczyńska/Łukasz Pancewicz]

Praca za granicą – jak się za to zabrać?

PALESTYNA.jpg

Dziś strajk, więc teoretycznie na blogu powinno być cicho, ale po pierwsze post napisałam wczoraj, po drugie na zdjęciu jestem ubrana na czarno (pod kamizelką oczywiście), a po trzecie wyjazd za granicę to też sposób na ominięcie barbarzyńskiego prawa, które – mam nadzieję – nie zostanie wprowadzone.

Niedawno napisała do mnie studentka Politechniki Gdańskiej z prośbą o kilka porad, jak zabrać się za planowanie wyjazdu za granicę. Czy to w ramach gap year, czy wyjazdu na wolontariat albo staż, czy jako odcięcie pępowiny, bo przecież nie każdy wyjeżdża z rodzinnego domu na studia – z każdego z tych powodów warto*. Nie ma lepszej szkoły życia niż konieczność odnalezienia się w innym kraju, innym kręgu kulturowym, wśród nowych ludzi, gdzie używa się obcego języka. A jeśli jest to wyjazd do pracy, to jeszcze lepiej, bo w tym całym intensywnym trybie organizowania sobie życia w nowym miejscu człowiek przestaje się krępować zadawać głupie pytania i przyznawać, że czegoś nie wie. Nie ma szybszej metody uczenia się fachu.

Dziś będzie tylko o wyjazdach do pracy – Erasmusy i stypendia to inna bajka (do tego też oczywiście namawiam, zwłaszcza do zrobienia całego magisterskiego kursu za granicą). Istnieją jednak programy stażowe, dzięki którym wyjazd można zorganizować łatwiej. Na pewno warto zerknąć na programy IAESTE i Leonardo – jeśli znacie inne, będę wdzięczna za informację w komentarzach.

A oto kilka rad – niektóre wynikają z mojego własnego doświadczenia, inne z doświadczenia znajomych i studentów, którzy zdecydowali się na różne kraje i ścieżki kariery. Jeśli chcielibyście podzielić się własnymi uwagami i doświadczeniami, zapraszam do komentowania – dzięki temu powstanie praktyczny poradnik dla zainteresowanych wyjazdem osób.

Dobra koniunktura = dobry kierunek

Warto wyjeżdżać tam, gdzie dużo się buduje. Jeśli na widokówkach z jakiegoś miasta zaczynają dominować zdjęcia dźwigów, jak niegdyś z Berlina, to znaczy, że warto się tam wybrać. Zapotrzebowanie na architektów jest w takich miejscach na tyle duże, że zostaniecie natychmiast rzuceni na głęboką wodę i będziecie projektować, a nie rysować toalety. Trzeba się też jednak przygotować na tymczasowość mieszkania w danym miejscu – po intensywnym inwestowaniu przychodzi posucha i nagle naraz wielu architektów traci pracę. Berlińscy projektanci również musieli stawić czoła temu zjawisku. Zdecydowanie warto unikać miejsc, w których akurat panuje kryzys. Nasza branża jest pod tym względem wyjątkowo wrażliwa i kiedy w gospodarce zaczyna dziać się źle albo chociaż mało pewnie, projekty natychmiast lądują w szufladach.

Oceńcie swoje szanse

Spójrzcie na swoje cv oraz portfolio i zastanówcie się, czym różnią się od dorobku Waszych znajomych – będą się odróżniać od całej reszty zgłoszeń? Warto, żeby przejrzał je ktoś z zewnątrz, a jeśli macie dostęp do architektów, którzy pracowali w Waszym wymarzonym miejscu lub kraju, to idealnie. Studenci naszego gdańskiego wydziału zorganizowali kiedyś akcję pod hasłem „Pokaż portfolio” – zaprosili kilkoro praktykujących architektów z doświadczeniem z Polski i zza granicy, aby skonsultowali portfolio chętnych studentów. Może warto powtórzyć ten pomysł?

Przeglądajcie portale z ogłoszeniami, żeby zobaczyć, czy spełniacie warunki aplikowania o dane stanowisko. Może okazać się, że często albo zawsze wymagana jest np. znajomość oprogramowania, z którym nie mieliście wcześniej do czynienia – wtedy wiadomo od razu, jakie umiejętności trzeba uzupełnić. Gdzie szukać ogłoszeń? Mogę podpowiedzieć dwa popularne serwisy z krajów, w których pracowałam – holenderski Archined i irlandzką stronę RIAI. Podalibyście adresy serwisów z innych krajów w komentarzach?

Jeszcze jedno, bo o to również często pytają studenci. Mimo że żyjemy w scyfryzowanym świecie, a interview przez skype’a staje się powszechną praktyką, zachęcam Was do wysyłania wydrukowanej wersji portfolio i cv (chyba, że ogłoszenie wymaga wyłącznie wersji cyfrowej). Wiecie, architekci to bardzo zapracowani ludzie i całkiem prawdopodobna wydaje mi się anegdota o szefie pewnej holenderskiej pracowni, który był tak zajęty, że czas na przeglądnie aplikacji miał tylko podczas… dłuższych posiedzeń w toalecie. Co prawda to było przed erą tabletów i smartfonów, ale i tak przejrzenie pliku papierów nadal jest szybsze od wędrowania przez gąszcz pdfów. Warto również wysyłać zgłoszenia w ciemno, nawet, jeśli pracownie nie prowadzą akurat rekrutacji. Kto wie, może akurat pojawił się nowy projekt i trzeba będzie szybko zatrudnić kilka nowych osób?

Startujcie do najlepszych…

To na studiach lub po studiach jest czas, żeby zasuwać dniami i nocami w OMA. Potem przyjdzie zmęczenie, kredyty, zobowiązania i już nie będzie Wam się opłacało wracać do wycinania makiet. A żeby zdobyć pracę na wyższym stanowisku u starchitektów, z reguły trzeba mieć doświadczenie od innych starchitektów, więc i tak musicie zacząć u jednych, żeby wylądować u innych – to błędne koło. Oczywiście, jak od każdej zasady, tu również istnieją wyjątki.

…ale niekoniecznie do największych

Istnieje spore prawdopodobieństwo, że  stuosobowym biurze zostaniecie oddelegowani do mało ambitnych zajęć. Oczywiście, sklejanie makiet czy kreślenie detali to sympatyczna robota na start, ale większość z Was przypuszczalnie marzy o projektowaniu. Tu nie ma jednej złotej zasady – równie dobrze w niewielkim biurze możecie do emerytury zajmować się zestawieniami stolarek, bo nikt nie będzie tego robił lepiej od Was, jak i szybko awansować w molochu. Najlepiej przed wysłaniem aplikacji spróbować dowiedzieć się, jak wygląda struktura biura i jakie są możliwości awansu lub przemieszczania się między działami, aby sprawdzić, w jakich aspektach pracy projektowej czujecie się najlepiej (w tej kwestii wygrywają duże pracownie, gdzie możliwości zmiany są większe). Jeszcze jedno, o czym często się zapomina: przez duże biura przewija się dużo osób, więc doświadczenie stamtąd nieco traci na wyjątkowości. Wiecie, ilu architektów ma w cv staż u Koolhaasa?  Setki!

Język

W kwestii języka oczywiście wszystko zależy od kraju, więc dla uproszczenia napiszę o krajach anglojęzycznych. Szczerze – znacie na wyrywki polskie nazwy materiałów i komponentów budowlanych? Wątpię. Założenie jest takie, że na studiach mają się obić o uszy, ale nauczycie się ich w pracy. Zapamiętajcie przede wszystkim podstawowe wyrażenia, żeby nie pomylić kosza z kalenicą. Przed wyjazdem warto zaopatrzyć się w słownik budowlany, żeby trochę się otrzaskać ze screedami, gasketami i jambami, ale radzę Wam raczej poćwiczyć coś innego. Geometrię. Nagle okaże się, że „this” i „that” może zastąpić skutecznie nazwy komponentów budowlanych, kiedy będziecie pokazywać je na rysunkach, ale o ich dokładnych wymiarach i usytuowaniu trzeba będzie opowiedzieć. Zwłaszcza przez telefon, kiedy nagle zadzwoni kierownik budowy i będzie wymagał natychmiastowej odpowiedzi. Wtedy trzeba będzie opowiedzieć, co się ma z czym liniować, co ma wystawać, a co być wycofane.

Pozbądźcie się kompleksów

Jeszcze kilka-kilkanaście lat temu absolwentów z Polski traktowano z podejrzliwością. Byliśmy Dzikim Wschodem, gdzie projektuje się i buduje byle jak, o komputerach nikt jeszcze nie słyszał, a poza tym jak można spodziewać się jakichkolwiek umiejętności od osób pochodzących z kraju, gdzie białe niedźwiedzie chodzą po ulicach. Po wejściu Polski do Unii zmieniło się wszystko. Przyszedł czas na Erasmusy, warsztaty, a do Polski przyjeżdża się oglądać nie tylko Wawel, ale i współczesną architekturę. Z kolei za granicę wyjechało wielu architektów i szybko okazało się, że pracują nie tylko ciężko, ale i dobrze. Wystarczy zerknąć na zakładki „team” najlepszych europejskich pracowni – prawie wszędzie można trafić na polskie nazwiska. Wyrobiliśmy sobie niezłą markę, ale w kilku kwestiach nadal dzieje się źle. Jedna z najważniejszych to uczelnie – między polskimi a dobrymi zachodnimi wydziałami architektury nadal jest przepaść (sami podkreślacie to wracając ze stypendiów). Dlatego moim zdaniem nie warto podkreślać w cv skończenia konkretnej, polskiej szkoły, bo to nikomu na Zachodzie nic nie mówi. Za to jeśli byliście na Erasmusie na uczelni z samego szczytu rankingów, warto się tym pochwalić.

Pamiętajcie także, że po zdobyciu dyplomu inżynierskiego jesteście już wykwalifikowanymi architektami. W Polsce zakodowało się, że dopiero magisterka to jest to, ale założenie systemu bolońskiego jest inne – po licencjacie jest czas na pracę, a robienie magisterki ma sens przede wszystkim jako uzupełnienie. Pomiędzy jest czas na poszukiwanie, próbowanie i zdobywane doświadczenia.

To powodzenia, trzymam kciuki! No i biegnę protestować:)

[fot. Łukasz Pancewicz]

* Dziś przeczytałam, że Parlament Europejski będzie debatował nt. biletów Interrail, które każdy unijny osiemnastolatek  miałby dostać w prezencie. Bomba!

Reklamy
%d blogerów lubi to: