Category Archives: Uncategorized

Blog Day 2016

dzien blogera

Dziś Dzień Blogera. Rok temu kompletnie go przegapiłam, ba, nie wiedziałam nawet o jego istnieniu, ale okazało się, że przy tej okazji blogerzy typują po pięć ulubionych blogów. Six Letter City również został kilka razy wymieniony i obiecałam sobie, że następnym razem ja też podam swój wybór.

Nie umiem wybrać tylku pięciu blogów. Niektórych architektonicznych blogerów znam osobiście, innych czytam regularnie i mam wrażenie, że i tak się znamy (i to długie lata). Na dłuższej liście na pewno pojawiłyby się blogi AWX2, Architekt na SzpilkachRS+, Lektury Architektury, Pani DyrektorArchifunblog, BlokBLOGArchitektura w Szczecinie czy KM we wnętrzu. Postanowiłam więc wymienić kilka innych blogów, o których nie wspominałam jeszcze na Six Letter City. Nie trafiam nawet na nie  regularnie, ale kiedy już trafię, czytam po kilka postów wstecz i obiecuję sobie, że będę wracać tam częściej.

Powojenny Modernizm

Tam są cuda na blogu, proszę państwa, powojenne modernistyczne cuda. Prowadzi go fundacja o takiej samej nazwie, która wydaje także miesięcznik „Blok”. Zaczęło się jednak od bloga, co cieszy mnie niesłychanie, bo to znaczy, że internetowe początki mogą stanowić zalążek poważniejszej działalności w sferach bardziej niszowych niż moda, sport czy kosmetyki.

Kazula

Mateusz Kazula to dj i producent muzyczny. Czaję się cały czas, żeby go w końcu poznać podczas jakiegoś wypadu do Wrocławia (mamy wspólnych znajomych, więc nie jest to takie nieprawdopodobne), ale do tej pory nie mogę trafić na odpowiednią okazję. Przejrzenie bloga sugeruje też, że Mateusza nosi po całej Polsce, co dodatkowo utrudnia mi zadanie. Ale kiedy w końcu ten dzień nastąpi, zamierzam zostać jego psychofanką. Bo Kazula pisze tak, jak sama chciałabym umieć,  a z jego miejsko-architektonicznymi obserwacjami zgadzam się w 100%.

Niepokoje 

Blog Łukasza Wojciechowskiego z VROA i Politechniki Wrocławskiej. Od roku nie pojawiają się żadne nowe posty, ale wciąż dostępne archiwum stanowi prawdziwą kopalnię wiedzy o architekturze. To nie jest lekki, łatwy i przyjemny blożek do przejrzenia przy kawie. Pojawiające się tam dziesiątki nazwisk, miejsc i budynków potrafią doprowadzić do kilkugodzinnego googlania i wertowania setek stron książek.

Teoretycznie

Kiedyś jako blog, obecnie „Teoretycznie” działa wyłącznie w facebookowej wersji. To prawdziwy architektoniczny „Pudelek” i najlepsza archirozrywka pod słońcem. Jeśli interesują Was wszystkie kobiety Adolfa Loosa albo wiśniowa marynarka Wojciecha Jarząbka, to najlepszy adres.

Pokoje umeblowane

Blog Agaty Gabiś z Wrocławia. Jedyny w zestawieniu, w którym pojawiają się wnętrza, bo z wnętrzami mi trochę  nie po drodze, a z wnętrzarską częścią blogosfery tym bardziej. Agata zajmuje się historią sztuki i ma kilka talentów, których jej bardzo zazdroszczę. Najbardziej – umiejętności wyszukiwania pereł designu za grosze (zobaczcie, jakie u niej stoi szkło i ceramika!) oraz niskobudżetowego urządzania wnętrz. Na jej blog trafiłam z forum „Wnętrza mieszkań” – na opisy postępów z remontu mieszkania niejakiego eSzI (czyli Szanownego Inwestora) czekałam jak na kolejne odcinki kryminału.

A Dzień Blogera zamierzam uczcić jak na zdjęciu – na zdrowie, szanowni blogerzy i czytelnicy!

[Fot. Łukasz Pancewicz]

 

 

Reklamy

#myfirst7jobs

my first 7 jobs 01.jpg
Mam słabość do internetowych akcji. Aktualna, #myfirst7jobs, dotyczy  pierwszych siedmiu sposobów zarobienia pieniędzy. Musiałam się przez chwilę zastanowić… Większość moich zarobkowych działań związana była z edukacją – to chyba coś związanego z genami. Nigdy nie pracowałam w żadnym McDonaldzie ani barze, nigdy nie sprzątałam ani nie opiekowałam się dziećmi. Chyba coś mnie w życiu ominęło, ale z drugiej strony byłabym najgorszą kelnerką świata, sprzątać nie potrafię, a dzieci pozostawione pod moją opieką przypuszczalnie skończyłyby na ostrym dyżurze (na pewno mocno odwodnione). Przyjaciel twierdzi, że nie tylko nie zostawiłby mi podczas urlopu kota*, ale nie powierzyłby mi nawet podlewania pelargonii na balkonie.
1. Pierwsze pieniądze w czasach „dziecięciem będąc” zarobiłam u rodziców za wrzucenie drewna do piwnicy. Całe 20 złotych! Niestety, do podziału z kuzynem.
2. Korepetycje z matematyki dla uczennicy podstawówki, w liceum.
3. Korepetycje z geometrii wykreślnej, ale tylko na drugim i trzecim roku studiów. Później już zapomniałam, jak się wykreśla cień sześcianu na grzybku. Jak się wykreśla cień grzybka na sześcianie tym bardziej zapomniałam.
4. Przygotowanie brata kolegi do egzaminów wstępnych na architekturę. Trochę geometrii, trochę historii architektury. Dużo zabawy w skojarzenia, żeby przyswoić skomplikowane nazwy detali architektonicznych. Mój uczeń najlepiej zapamiętał, że LIZENY podpierają ściany – skojarzyły nam się z dziewczynami, z którymi nikt nie chce tańczyć na dyskotece. Pewnie dlatego, że płaskie i jakieś takie mało udekorowane.
5. Pierwszy staż w biurze. Miał być damowy, ale okazało się, że szybko śmigam w AutoCADzie i już nie był darmowy.
6. Drugi staż w biurze, tym razem na Erasmusie. Też miał być darmowy, ale okazało się, że sprawnie sklejam makiety i też już nie był darmowy.
7. Siódma praca to był hit – etat w firmie budowlanej! W papierach miałam wpisane, że jestem zastępcą kierownika budowy, chociaż zamiast na budowie siedziałam w biurze rysując… w sumie już nawet nie pamiętam co. To zdecydowanie nie było najbardziej ekscytujące zajęcie mojego życia i gdyby nie przesympatyczny kierownik Jarek, z którym dzieliłam biuro, zanudziłabym się tam na smierć. Zarabiałam szaloną kwotę 1500PLN brutto, która do wypłaty kurczyła się do nieco ponad tysiaka. To prawie tyle, ile kosztowało nas wówczas wynajęcie mieszkania. Księgowa, pani Brygidka, przed którą wszyscy robotnicy budowlani w firmie kłaniali się uniżenie i całowali po pulchnych rączkach, przekazywała mi z gotówką pasek wynagrodzenia ze słowami: „A to dla mamusi, żeby się pochwalić”. Chyba spaliłabym się ze wstydu, więc mama nigdy nie zobaczyła żadnego paska, a ja zwiałam, kiedy tylko odpracowałam wymagany etatowy staż do uprawnień.
Uprawnień nie mam do dziś:)
*Gdyby akcja dotyczyła nie siedmiu pierwszych, ale siedmiu ostatnich prac, mogłabym dopisać cat sitting u znajomych na Manhattanie. Wydaje mi się, że kot żyje do tej pory, więc przy następnej serii żartów o kotach i pelargoniach zacznę się domagać przeprosin!
Reklamy
%d blogerów lubi to: