Monthly Archives: Październik 2014

Nagród architektonicznych nigdy za wiele

IMG_2852_male

Nagród architektonicznych nigdy za wiele. Zwłaszcza nagród, którymi można wyróżnić kilkuletnie, lekko już zapomniane obiekty. A już przede wszystkim nagród, które zaproszeni do jury starchitekci wręczają innym starchitektom. Brzmi absurdalnie, ale z drugiej strony przynajmniej jest jakiś powód, aby przyjrzeć się realizacjom sprzed lat i sprawdzić, czy nadal wydają się świeże. To trochę jak wyciągnięcie z szafy kiecki, która kilka sezonów wcześniej wydawała się awangardowa. Jeśli nadal nadaje się do noszenia, nadal jest odważna i nie zjadły jej mole, to znaczy, że ząb czasu jej nie nadgryzł i będzie ją można jeszcze kiedyś założyć. Z budynkami jest podobnie – jeśli zostały uznane za przełomowe i ta przełomowość nie znika po kilku sezonach, to znaczy, że udało się stworzyć coś naprawdę ponadczasowego. Nie należy jednak mylić tego pojęcia ze „szlachetnością” czy „klasyką” – to kompletnie inne kategorie. Produkcja architektoniczna, którą Gehry zaliczyłby do 2%, nie jest jednak aż tak powszechna, aby przy ustalaniu nowej prestiżowej nagrody można było ciasno ustalać widełki kwalifikacji. Mogłoby się okazać, że w kategoriach „adaptacja budynków poprzemysłowych na cele edukacyjne” albo „betonowe budynki Australii ostatniej dekady XX wieku” mieści się zaledwie kilka obiektów i to nie tych gwiazd, co trzeba. W przypadku zainaugurowanej kilka dni temu MCHAP (Mies Crown Hall Americas Prize) kryteria rozciągnięto szeroko i czasowo (2000-2013), i geograficznie (obejmują obie Ameryki). Była impreza, szampan, znane twarze, nagroda pieniężna i oczywiście artykuły w branżowych mediach na całym świecie. Szef jury, Kenneth Frampton, zwrócił uwagę, że północno-południowe spojrzenie na obie Ameryki było dość wyjątkowe, bo najczęściej w kategoriach architektonicznych traktuje się wspólnie Amerykę Północną i Europę, ale… no właśnie, Europa zwyciężyła. W obu kategoriach, bo żeby wyróżnić więcej niż jeden obiekt (jak w tytule: nagród architektonicznych nigdy za wiele), podzielono rozpatrywany okres na dwa krótsze. W przedziale 2000-2008 wygrał Portugalczyk Álvaro Siza (za Iberê Camargo Foundation w Porto Alegre), a w 2009-2013 Szwajcarzy Herzog & de Meuron za wielopoziomowy parking przy 1111 Lincoln Road w Miami Beach. O tym drugim będzie dziś mowa.

O mojej niechęci do samochodów nie będę już wspominać, bo to się powoli staje nudne, ale parkingi – jestem na tak! Mają tak bogatą historię i tyle różnych typologii, że można by napisać o nich niejeden doktorat: parkingi na wodzie, parkingi pod ziemią, parkingi z automatycznym systemem wstawiania samochodów w przegródki. Poza tym parking – podziemny lub wielopoziomowy – to pozornie bardziej element infrastruktury niż architektury. A infrastruktura jaka jest, każdy widzi (jak z tym koniem w pierwszej polskiej encyklopedii). Raczej brudnawa, raczej szorstka, a jeśli już nieco wyrafinowana, to z reguły dlatego, że użyto w niekonwencjonalny sposób typowych dla niej materiałów (betonu, asfaltu, stali). Tyle, że chęć osiągnięcia bardziej wyjątkowego efektu traktowana jest najczęściej jako widzimisię architektów, bo po co wydawać dodatkowe pieniądze na coś, gdzie się tylko wjeżdża, zostawia samochód i wyjeżdża? Ma być tanio, efektywnie, trwale i łatwo do czyszczenia. Co można zrobić, żeby nie było przaśnie?

Podstawowe rozwiązania są dwa. Pierwsze to atrakcyjne opakowanie standardowej zawartości: żelbetowej lub stalowej konstrukcji projektowanej z założeniem możliwie najciaśniejszego upakowania aut. Pół biedy, jeśli opakowanie jest w stanie się wybronić. Tu panuje pełna dowolność, byle było ażurowo. Na jednym z ekologicznych osiedli we Freiburgu widziałam drewno – całość przypominała calkiem przyjemną szopę na auta. Mam też swój ulubiony parking w samym centrum Dublina, gdzie jako okładziny użyto metalowych korytek kablowych. Jest jeszcze inny, najpotworniejszy rodzaj elewacji parkingów, a mianowicie wersja historyzująca, strasząca dziurami bez okien (trzeba przecież wentylować tę przestrzeń). Najciekawsze wydają mi się jednak przykłady brytyjskiego brutalizmu, m.in. Trinity Square z lat 60., który stał w Gateshead (to ten parking, na którym Michael Caine dokonuje zabójstwa w „Dorwać Cartera”). Niestety, budynek został kilka lat temu zdemontowany, a na jego miejscu powstało TESCO. Na szczęście parking i dworzec autobusowy w Preston, z żelbetowymi prefabrykatami na elewacjach, udało się uratować.

Drugie rozwiązanie to zabawa kostrukcją i rozwiązaniem komunikacji. A bawić się jest czym, bo parking to nie tylko poziomy do parkowania, ale i rampy – proste, zakręcone, mniej lub bardziej strome. Parkować można również na pochylniach o niskim spadku i wtedy dopiero zaczyna robić się ciekawie, bo wielopoziomowy parking to jedyny obiekt architektoniczny, który może nie mieć żadnej horyzontalnej kondygnacji, a nadal pozostaje funkcjonalny. Aby bardziej wyeksponować konstrukcję, zamiast elewacji można zastosować same balustrady, tak jak m.in. w słynnych chicagowskich „kukurydzach”. Wówczas fasad nie ma, pozostają same stropy:

IMG_0269

Taką decyzję podjęli również Herzog & de Meuron w przypadku 1111 Lincoln Drive. Dzięki temu na parkingu jest również bezpiecznie – ani przez chwilę nie ma się wrażenia, że to zamknięta przestrzeń z czyhającymi złoczyńcami (wszyscy kojarzą charakterystyczny stuk szpilek przestraszonych bohaterek amerykańskich thrillerów, prawda?). Trochę to w sumie zaskakujące, że mistrzowie perforowanych fasad zdecydowali się na tak kategoryczne odejście od tego, co stanowi ich znak firmowy. Spektakularny efekt osiągnięto tu przede wszystkim dzięki zastosowaniu konstrukcyjnych elementów w formie prostych płyt – stropy nie mają żadnych belek na krawędziach, zamiast standardowych słupów stoją zgeometryzowane wycinki ścian, nie ma podciągów, a całość przypomina domek złożony z kart. Z betonowych kart. Absurdalnie cienkie brzegi stropów wydają się aż ostre. To w końcu parking – nie potrzeba kilometrów instalacji i wentylacji, które sprawiają, że sufity budynków, na co zresztą zwrócił uwagę Koolhaas na ostatnim Biennale, nabierają współcześnie niepokojąco dużej objętości. Wszystkie zastosowane w 1111 Lincoln Drive materiały są typowo „infrastrukturalne” – beton (i to żaden architektoniczny, a la Tadao Ando), tanie oświetlenie, stalowe linki oraz siatki. Wiadomo jednak, jak to jest z pozornie mało skomplikowanymi rozwiązaniami – ich prostota wymaga ogromnie złożonej koordynacji. W tym wszystkim można znaleźć jeszcze jeden prawdziwy luksus: podwyższone kondygnacje, o różnych gabarytach, zupełnie różne od typowych dla parkingów klaustrofobicznych pięter. Pewnie gdyby nie specjalne dla tej działki wymogi planistyczne, nie udałoby się przekonać inwestora to tak rozrzutnej decyzji projektowej – dałoby się wcisnąć kilka dodatkowych kondygnacji. Chociaż władze Miami zgodziły się na podniesienie wysokości budynku ponad poziom dachu okolicznych obiektów, narzuciły jednocześnie ograniczenia wobec dopuszczalnej powierzchni użytkowej. Dzięki podwyższeniu poszczególnych poziomów obiekt nie tylko wygląda intrygująco z zewnątrz, ale – to już całkiem nietypowe dla parkingów – rozciągają się z niego widoki na miasto i ocean. W obiekcie znajdują się również punkty usługowe na parterze, meble miejskie, penthouse, restauracja, taras na dachu i nawet sztuka – rzeźba Moniki Sosnowskiej z prętów zbrojeniowych. Ciekawe czy wszyscy zorientowali się, że to rzeźba, a nie pozostałości po budowie.

„Parking z widokiem na ocean” – czy to nie brzmi absurdalnie?

IMG_2831

[Jak na tarasie widokowym]

IMG_2836

[Widok na boskie art deco nad samym oceanem]

 

IMG_2834

[Balustrady są wykonane ze stalowych linek i praktycznie znikają, dzięki czemu na pierwszy plan wybija się konstrukcja obiektu]

IMG_2850_male

[Widok od strony ulicy – stropy wydają się cienkie jak żyletki]

IMG_2805

[zwykłe świetlówki + zwykły beton + zwykłe balustrady + zwykła siatka = niezwykły obiekt]

[Fot. Monika Arczyńska]

Reklamy

Meduza

Meduza_male

Przyznałam się już kiedyś na blogu do nieuleczalnej dewiacji: wszystko kojarzy mi się z architekturą. Między innymi dlatego powstało SIX LETTER CITY, bo muszę od czasu do czasu uzewnętrznić te swoje skojarzenia. Ostatnie było wyjątkowo nieprzyzwoite, bo proszę sobie wyobrazić następującą sytuację: piękna, październikowa niedziela, słońce, prawie dwadzieścia stopni, wszyscy uśmiechnięci. Spaceruję sobie plażą wdychając jod i słuchając wrzasku mew, aż tu nagle, mniej więcej w miejscu, w którym Kasia Tusk najczęściej fotografuje się w swoich mniej formalnych outfitach, zobaczyłam na piasku meduzę. I zamiast zachwycać się jej galaretowatą przezroczystością i gonadami w pięknym odcieniu fioletu, zaczęłam się zastanawiać, dlaczego Medusa Group tak się właśnie nazywa?

Nie znam nikogo z Medusy, żeby podpytać o prawdziwą genezę, więc będę wdzięczna bardziej zorientowanym osobom za wyjaśnienie. Mam jednak kilka teorii:

  1. Biuro powstało w 1997 roku. Dwa lata wcześniej Annie Lennox wydała album pt. „Medusa”. Może tak spodobał się założycielom pracowni, że postanowili tak ją nazwać?
  2. Wszyscy wiedzą jak ubiera się Przemo Łukasik. Ostatnio często wybiera czerń, ale kiedyś było bardziej ekstrawagancko. Najbardziej utkwił mi w pamięci różowy moherowy sweter, w którym poprowadził jeden z wykładów o projektach biura. Być może gdy wraz z Łukaszem Zagałą szukali nazwy dla pracowni, miał na sobie jakieś odjechane ubranie od Versace i kiedy tak kombinowali i kombinowali, ich wzrok padł na logo z Meduzą i krzyknęli „Eureka”?
  3. Panom zależało, aby ich projekty były tak piorunująco fantastyczne, że każdy, kto je zobaczy, stanie nagle z zachwytu i zdziwienia, jakby się zamienił w kamień. Dokładnie tak, jak gdyby spojrzał na mityczną Meduzę.
  4. Ten mit ma wiele wersji, ale według jednej z najpopularniejszych Meduza była piękną dziewczyną, którą Posejdon uwiódł w świątyni Ateny. Musieli tam robić jakieś straszne świństwa, bo Atena za karę zamieniła Meduzę w potwora z wężami zamiast włosów i porażającym wzrokiem. Posejdonowi ten wybryk uszedł płazem, jak to facetowi. Ale może chodziło właśnie o to początkowe piękno bohaterki – architektoniczne venustas? Trochę głupio byłoby jednak nazwać biuro projektowe „Afrodyta”.
  5. A może planowano już na starcie, że pracownia osiągnie międzynarodowy sukces i szukali słowa, które brzmi mniej więcej tak samo po polsku, jak i w innych językach. Być może przejrzeli słownik i padło na „meduzę”, bo „banan” albo „taxi” brzmiały mało intrygująco.

Zgadłam?

[fot. Gosia Niedżwiecka]

Design nie zbawi świata (ale do Łodzi i tak warto pojechać)

design_male

To był jeden z najintensywniejszych weekendów ostatnich tygodni. Co prawda miałam być w Zurychu na babskim zlocie, ale ta podróż wymagałaby chociażby odrobiny urlopu, którego nie będę mieć do końca roku. Zurych więc odpadł, chociaż kiedy zorientowałam się, że akurat w TEN weekend w niedalekim Weil am Rhein odbywa się coroczna wyprzedaż w Vitrze, zrobiło mi się trochę smutno. Pomyślałam jednak po chwili, że z uwagi na koczujące od świtu tłumy musi tam być jak na otwarciu nowego Lidla. Poza tym nie dałabym rady zapakować do bagażu podręcznego nic większego niż Hang-It-All, a przecież marzą mi się krzesła do pracowni. Padło więc na Łódź, bo tam to się dopiero dużo działo! Ktoś, kto przyjechał tylko na ten jeden weekend, musiał się w Łodzi zakochać. Miasto pokazało wszystko to, co ma najlepszego – design i śródmieście – i to wszystko w piękną październikową pogodę. Festiwal gonił festiwal, a na Piotrkowskiej przewijały się takie tłumy, jakich jeszcze nie widziałam. W ramach „Festiwalu Kinetycznej Sztuki Światła” wieczorem na budynkach były wyświetlane animacje, do których akompaniament w sobotę stanowiły radosne krzyki fanów futbolu (2:0 dla Polski!).

Ale po kolei: zaczęło się od „W poszukiwaniu straconego kwartału”, kolejnego ze spotkań w ramach organizowanego przez Muzeum Miasta Łodzi cyklu , tym razem o kooperatywach mieszkaniowych („Jak budować współczesne kamienice?”). Z Wrocławia przyjechał Zbigniew Maćków, z którego inicjatywy ten sposób inwestowania testowany jest na Nowych Żernikach, a z Warszawy zajmujący się podobną problematyką Maciej Czeredys. To była moja pierwsza styczność z Maćkowem, którego projekty uważam za absolutną polską czołówkę. Jak już kiedyś pisałam, żartowaliśmy ze znajomymi architektami, że to chyba jedyny polski projektant z dużym dorobkiem, któremu nie trafiła się ani jedna kiepska realizacja. Jestem pod ogromnym wrażeniem – Zbigniew Maćków nie tylko kapitalnie projektuje, ale również wykłada i angażuje się w społeczne przedsięwzięcia. Nie mam pojęcia jak udaje mu się to wszystko pogodzić czasowo – musi mieć również talent do tworzenia odpowiedzialnego zespołu, który zasuwa ostro nie tylko pod czujnym okiem szefa. I jeszcze do tego wszystkiego jest wysoki. Już chyba wiem, do kogo w przyszłym roku wyślę walentynkę.

mikro_male

[Maćkowo czyli Zbigniew Maćków i Maciek Czeredys]

Przyznam, że do niedawna patrzyłam z dużym dystansem na działania miasta w kierunku promocji przemysłu kreatywnego (SIX LETTER CITY pozdrawia twórcę hasła „Łódź kreuje”). Odkąd mam jednak okazję bywać tam częściej i poobserwować z bliska, jak te strategie sprawdzają się w praktyce, doceniam coraz bardziej ich skuteczność. Łódź ma wszystko, czego potrzeba dla rozwoju tego sektora: bazę akademicką (ASP i Filmówka), znane cykliczne imprezy związane z modą i designem (Fashion Week!), setki knajp, w której może spotykać się bohema, ale przede wszystkim tanie mieszkania i… alkohol. Artyści i projektanci poszukują niedrogich, ale malowniczych dzielnic, przy czym niskie ceny są i tak ważniejsze od malowniczości. W Łodzi mogą wybrać dowolne miejsce w śródmieściu – ceny nieruchomości są znacznie niższe niż w pozostałych dużych polskich miastach. Z kolei niedrogi alkohol pozwala na prowadzenie niezbędnego dla kreatywnych wolnych strzelców knajpianego trybu życia, bo na drinki, które są parę razy tańsze niż w Warszawie, zawsze wygrzebie się jakieś zaskórniaki. To oddolna strona tego procesu, ale w Łodzi samorząd działa bez większych gaf w tej sferze. Wspiera wynajem lokali komunalnych na działalność artystyczną (akcja „Lokale dla kreatywnych”), a  niedawno został otwarty Art_Inkubator w dawnej fabryce Scheiblera i Grohmana. To właśnie tam odbywała się główna wystawa Łódź Design Festivalu (ŁDF). Sama bym chciała pracować w takim miejscu!

Kto przyjechał na ŁDF już w piątek, załapał się na urodzinową imprezę Studia Rygalik, a kto wpadł dopiero następnego dnia, mógł za to pozwiedzać biura (również architektoniczne) podczas  Nocy Otwartych Pracowni. Oprócz tego odbywały się konkursy, warsztaty, wykłady, seminaria,  aż by się chciało zostać na cały tydzień! To był mój drugi raz na ŁDF i juz wiem, że na pewno będę przyjeżdżać na każdą kolejną edycję. W tym roku festiwal obejmuje dwa weekendy, więc kto jeszcze nie był, niech zastanowi się nad następnym – do Łodzi łatwo dojechać z każdego punktu Polski. Hm, czy mi się wydaje, czy wymieniam kolejne pozytywne cechy tego miasta? Ale przecież nie mogę się tam przeprowadzić, nazwa „Łódź” ma tylko cztery litery.

Calatrava_male

[Przesadziłam trochę – nie obyło się bez wtop. ŁDF odbywa się w kilku miejscach jednocześnie i przemieszczający się pomiędzy nimi tłum zwiedzających jest zmuszony oglądać antyperłę designu – konstrukcję nowych przystanków na przebudowywanej ul. Piłsudskiego. Każdy ma takiego Calatravę, na jakiego zasłużył]

Oczywiście takie imprezy nie mogą obyć się bez gwiazd. Z wystawą zdjęć przyjechała Charlie Koolhaas, córka Rema. Zaintrygowała mnie opowieść znajomych o towarzyszącej jej pani, która wiekomo mogłaby być jej matką, a na dodatek przez cały czas opiekowała się dzieckiem fotografki. Szybkie przejrzenie zdjęć potwierdziło, kto to taki: Madelon Vriesendorp, o której niedawno pisałam niedawno – jedna z założycielek OMA i autorka słynnych ilustracji do „Delirious New York”. Przez cały czas próbowałam ją gdzieś wypatrzyć, ale niestety, nie udało się. Szkoda, podziękowałabym jej za ilustrację, której użyłam w ślubnych zaproszeniach. Chociaż może lepiej nie – jeszcze potraktowałaby to jako naruszenie praw autorskich. Z kolei największą polską gwiazdą był niewątpliwie Oskar Zięta, którego dmuchane metalowe meble przewijały się w kilku częściach wystawy, ale największym zaskoczeniem okazały się… laminowane płyty z naśladującym beton nadrukiem projektu Zięty (Piotr Kuchciński zaproponował nadruk drewnopodobny). Większość zwiedzających oglądała próbki marszcząc czoła ze zdziwienia  – to, co dotychczas było uznawane za szczyt kiczu i tandety, nagle ma zaistnieć jako firmowana znanymi nazwiskami jakość? A może chodziło o odważne pójście pod prąd? Nie rozumiem, chyba nikt nie zrozumiał, więc może bezpieczniej będzie pominąć ten temat milczeniem.

Charlie

[Charlie Koolhaas – podobna do taty?]

Zieta_male

[Oskar Zięta zapatrzony na swoje krzesło]

Najbardziej cieszę się jednak z obecności na ŁDF Menthol Architects, bo nie dość, że Lila Krzycka i Rafał Pieszko to moi serdeczni przyjaciele, to jeszcze wyjątkowo utalentowani projektanci. I to żadna deklaracja po znajomości, bo potwierdzają ten fakt liczne niezależne jury: Menthol często zdobywają nagrody w konkursach. Tym razem otrzymali dwa wyróżnienia w konkursie Make Me za Dziuplę czyli modułową budkę lęgową dla wróblowatych. Zobaczyłam prototyp i mam nadzieję, że Lila i Rafał zdecydują się na seryjną produkcję, bo to zarówno świetna środowiskowo koncepcja, jak i design. To kolejna ich praca dedykowana ptakom – są twórcami pierwszej w Polsce wieży lęgowej dla jerzyków. Gratuluję i nie mogę się doczekać, kiedy będziemy mieć okazję zrobić coś razem!

Menthol_male

[Menthol Architects z Dziuplą]

PS Zdjęcia były robione czterema różnymi aparatami i telefonami. Stała się rzecz przedziwna: tak jakby tych wszystkich wydarzeń i festiwali było mało, w sobotę wieczorem wylądowałam w Teatrze Nowym na „Akimudach”, polityczno-społecznej farsie o współczesnej Rosji. Zaczęłam robić zdjęcia scenografii – ogromnemu portretowi Putina w tle – i aparat niespodziewanie padł. Rzęzi jak zarzynane zwierzę, kiedy próbuję go uruchomić. Zablokował się akurat na Putinie – to złośliwość rzeczy martwych czy jakiś znak?

Putin_male

[Fot. Monika Arczyńska, Liliana Krzycka, Marcin Nowiński]

 

Dwadzieścia lat minęło

wystawa_male

Dwadzieścia lat “Architektury-Murator”, dwadzieścia pięć lat wolnej Polski oraz dwadzieścia pięć przełomowych lub charakterystycznych dla tego okresu obiektów architektonicznych – tego jeszcze nie było! Cieszę się, że miałam okazję wpaść na urodzinowe przyjęcie, tym bardziej, że to właśnie w „Architekturze”, jeszcze na studiach, opublikowałam swój pierwszy tekst. Pamiętam, jaka byłam dumna, kiedy zobaczyłam wydrukowane własne nazwisko. Podczas czwartkowego wernisażu pewnie podobnie dumni byli autorzy wybranych do przekazanej Muzeum Sztuki Nowoczesnej kolekcji projektów. Chociaż za swoje realizacje otrzymali już wiele nagród, obecność na tej wyselekcjonowanej liście jest wyjątkowym wyróżnieniem.

Nie wszystkie wybory wydają mi się jednak trafione.  Niektóre obiekty doceniono chyba trochę na wyrost – m.in. nieskończone jeszcze Centrum Kulturalno-Kongresowe proj. Fernando Menisa w Toruniu czy świeżutką jeszcze warszawską ścieżkę rekreacyjną nad Wisłą. Architektura musi się troszkę „rozchodzić”, jak para butów, żeby można było ocenić więcej niż tylko koncepcję lub efekt tuż po otwarciu. Za dyskusyjne uważam też takie wybory jak ratusz w Białołęce. Owszem, jest symboliczny jako jeden z pierwszych budynków władzy samorządowej, jakie powstały po 1989 roku, ale architektonicznie zdecydowanie nie tak przełomowy jak bydgoski BRE Bank czy Filharmonia Szczecińska. Lista sprawia wrażenie, jakby każdy z „dużych” polskich architektów musiał zostać uhonorowany (z drugiej strony na dwadzieścia pięć prezentowanych obiektów aż siedem zostało zaprojektowanych przez zagranicznych architektów).  Wiadomo było na przykład, że na wystawie muszą pojawić się budynki Kuryłowicza czy JEMS, lecz spośród ich realizacji trudno wybrać te najbardziej przełomowe czy reprezentatywne nie tylko dla działalności samych pracowni, ale i dla ostatniego dwudziestopięciolecia. Można spierać się, czy 19. Dzielnica i Vitkac to najlepsze wybory. Obecny na wystawie Nautilius Kuryłowicza – owszem. Został oddany do użytku w roku, w którym rozpoczynałam studia i do dziś pamiętam, z jakimi wypiekami na twarzy oglądaliśmy zdjęcia w „Architekturze” – co za nowoczesność, co za detale! W porównaniu do niego Vikac wydaje się co najmniej dyskusyjny, również z uwagi na konflikt z mieszkańcami sąsiednich kamienic, którzy stracili nasłonecznienie, a zyskali widok na posępną, czarną ścianę. Vitkac stanowi ponadto symbol kolejnej eksplozji polskiego konsumpcjonizmu, tym razem w wypolerowanej i eleganckiej jak jego okładzina wersji lux. Za jak najbardziej słuszny uważam za to wybór kilku najbardziej charakterystycznych budynków z początku lat 90., przede wszystkim Jarząbkowego wrocławskiego Solpolu, na który do niedawna rzucali gromy wszyscy architekci. Obecnie nabrał patyny, opatrzył się, okazało się, że starzeje się całkiem przyzwoicie,  a na coraz bardziej realne plany jego wyburzenia dawni krytycy zaczynają reagować z dużą dozą wątpliwości. Bo wiadomo, że to nie był najszczęśliwszy okres dla architektury, ale czy to znaczy, że trzeba się na siłę pozbywać wszystkich ówczesnych realizacji? A ta jest naprawdę wyjątkowa w swojej konsekwentnej, postmodernistycznej kuriozalności i wybitnie reprezentatywna dla czasu swoich narodzin.

Tak sobie gdybam, komentuję i kręcę nosem, ale zdaję sobie oczywiście sprawę, że ta kolekcja jest subiektywnym i kompromisowym wyborem. Gdyby miało być zaprezentowanych sto obiektów, pewnie byłoby łatwiej, ale przy zaledwie dwudziestu pięciu trzeba było zdecydować się na ostre cięcia. Gdybym miała sama układać podobną listę, pokrywałaby się w dużym stopniu z tą zaproponowaną w Wyborczej przez Grzegorza Piątka. No, może bez Lichenia czy Stadionu Narodowego, za to zgadzam się, że zabrakło BUW-u, a także śląskie projekty również zostały niedostatecznie zaprezentowane, przy czym one zdecydowanie zasługują na osobną wystawę.

Omilanowska_male

[Wprowadzenie prof. Małgorzaty Omilanowskiej – w końcu minister kultury, która ma pojęcie o architekturze!]

przekazanie_male

[Redaktor naczelna, Ewa Porębska, przekazuje kolekcję szefowej MSN, Joannie Mytkowskiej]

Wszystkie zaprezentowane projekty zostały szczegółowo opisane w najnowszym numerze „Architektury”, jednak na wystawę warto wybrać się chociażby dla samych makiet. Przekrój jest ogromny – duże, małe, szczegółowe, szkicowe, z pleksi, drewna, tektury. Sprytnie (i przy okazji oszczędnościowo) zaprezentowano gdańską PGE Arenę: ponieważ stadion jest idealnie symetryczny, zbudowano tylko połowę modelu, a reszta odbija się w lustrze. Najbardziej bezwstydnie rozbuchana okazała się makieta Cosmopolitana projektu Helmuta Jahna, która musiała kosztować równowartość kilku niezłych samochodów albo jakiejś porządnej nieruchomości. Okazało się, że większość modeli sfinansowali wcale nie sponsorzy, ale  pracownie architektoniczne, których projekty zostały wybrane do kolekcji. Furorę zrobiła makieta Domu Bezpiecznego z przesuwnymi elementami, które otwierały i zamykały tę jednorodzinną twierdzę. Zawsze przerażał mnie ten projekt – ta ufortyfikowana interpretacja domu jako schronienia jest kompletnym zaprzeczeniem tego, co chciałabym rozumieć jako poczucie bezpieczeństwa we własnym domu. Ruchoma zabawka w pomniejszonej skali pozwoliła mi nieco oswoić się z tą koncepcją, podobnie jak puszczanie cienia Batmana na makiecie i kombinowanie, jakie zasadzki mogłyby czekać na przyklejone do makiety ludziki. Trudno ocenić czy miały reprezentować mieszkańców, czy potencjalnych włamywaczy. Odwrotna sytuacja wiązała się z modelem Bolko Loftu, który uwielbiam jako projekt, ale przeraziła mnie jego makieta. Ze swoimi przeskalowanymi, wydłużonymi ośmioma (!) słupami przypominała przyczajonego wśród innych modeli pająka z wyprostowanymi nogami. Dwumetrowego, czarnego pająka…

red_male

[Makieta 19. dzielnicy projektu JEMS, za makietą redakcja „Architektury”]

PL_male

[Mapa najciekawszych realizacji, a na pierwszym planie styropianowo-betonowa makieta Centrum Kulturalno-Kongresowego proj. Fernando Menisa]

BEZP_male

[Dom Bezpieczny, mniej bezpieczny, jeszcze mniej bezpieczny, średnio bezpieczny, trochę niebezpieczny, bardziej niebezpieczny, niebezpieczny!]

spider2_male

[Przyczajony, dwumetrowy, czarny pająk Bolko Loftu. Dobrze, że bez włochatych nóg, brrrr…]

O wystawie można już poczytać w każdej gazecie, ale nie o plotkach z wernisażu i bankietu, które tak przyjemnie czyta się do porannej kawy. Rozczaruję Was: nie było żadnych sensacji. Nikt się jakoś nadzwyczaj spektakularnie nie upił, nikt nie tańczył na stole, ani nie wylądował pod stołem, żaden mąż nie został nakryty z cudzą żoną ani na odwrót. Było trochę jak na weselu z mnóstwem dawno niewidzianych ciotek i wujków, dużą ilością wódki, z powtarzającymi się co chwilę „Kopę lat!”, „Co u Ciebie?” czy „Gratuluję wspaniałej realizacji!”. I jak to na weselu, z każdym trzeba było zamienić parę słów. Spotkałyśmy się między innymi po wielu latach z Marleną Happach z Odblokuj – powspominałyśmy chorwackie warsztaty, kiedy to inwentaryzowałyśmy drewniane domy, a nocami z grupą biologów i ornitologów obserwowałyśmy żaby, sowy i nietoperze. W końcu poznałam też kilka osób, z którymi dotychczas się rozmijałam. Nareszcie miałam okazję pogadać z Robertem Koniecznym, bo zawsze chciałam go podpytać o różnice we współpracy z prywatnymi i publicznymi inwestorami. Z Maćkiem Czeredysem powymienialiśmy się uwagami na temat kredytowania mikrospółdzielni. A poza tym – jak na celebryckim bankiecie. Ścianki co prawda nie było (uff…), ale czerwony dywan i suweniry od sponsorów jak najbardziej.  Różnice między branżą architektoniczną a showbiznesem są jednak dość wyraźne – nie sądzę, aby na „Pudelku” pojawiały się relacje z imprez, na których materiały od sponsorów to metrówki czy próbki aluminiowych okładzin. Mnie się za to bardzo przydadzą.

A już za tydzień kolejna wyjazdowo-imprezowa okazja – Łódź Design Festival!

Snob_02_male

[Prezenty i darmowe drinki – ach, to ciężkie życie Architecture Snobów…]

bankiet_male

[Tak się bawi Łódź i Gdańsk]

KWK_male

[Kapitalna ekipa z KWK Promes – projekty i prestiż pracowni to odrębna kwestia, ale dla tych ludzi warto tam aplikować!]

1596898_775929485803352_5392080713475458236_o

[Po lewej Hubert Trammer, Rafał Szpilkowski, po prawej Łukasz Pancewicz i Grzegorz Piątek na sponsorskim zdjęciu od Baczewskiego, chociaż zamiast wódki trzymam mus z selera]

[fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz, Rafał Szpilkowski, fot. z fanpage’a FB Baczewski]

PRZY PRZY PRZY…

IMG_0951

…czyli PRZYjemna PRZYczyna PRZYsypiania. Przysypiania spodziewam się w piątek rano, na pierwszych w tym roku akademickim zajęciach na Politechnice Gdańskiej, ale przyczyna  tego stanu będzie naprawdę przyjemna. Jako współpracownik „Architektury-Murator” zostałam zaproszona na jutrzejszy wernisaż wystawy polskiej architektury współczesnej przygotowanej przez miesięcznik z okazji jego dwudziestych urodzin. Zostaną tam wyeksponowane prezentacje i makiety dwudziestu pięciu obiektów zrealizowanych w Polsce po 1989 roku, wybranych przez redakcję oraz Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Po zakończeniu wystawy modele pozostaną w formie daru w zbiorach Muzeum. To świetny pomysł na podsumowanie działalności miesięcznika oraz na… wykorzystanie wsparcia sponsorów. Po urodzinowym kawiorze, szampanie i prezentach dla uczestników imprezy pozostałyby co prawda miłe wspomnienia, lecz wyłącznie dla wąskiego grona zaproszonych gości. W tym wyjątkowym momencie – nie tylko okrągłej rocznicy istnienia miesięcznika, ale i ćwierćwiecza od przełomowego także dla architektury 1989 roku – warto było postawić na dotarcie do szerszej publiczności oraz zapoczątkowanie kolekcji, jakiej w polskich instytucjach kultury jeszcze nie było. A bankiet i cały powernisażowy schmoozing odbędzie się i tak.

Dziwi mnie tylko wybrany termin, bo organizowanie takiej imprezy w czwartek oznacza, że wielu zaproszonych gości nie dotrze. Szkoda, bo to świetna okazja do spotkania się wszystkich współpracowników, którzy musieliby dojechać do Warszawy z odległych części kraju. W takich momentach warszawocentryczność w polskiej architekturze doprowadza mnie do czarnej rozpaczy. Mnie też nie pozostaje mi nic innego niż zabawa w Kopciuszka i ewakuacja w środku bankietu na autobus, aby następnego dnia rano stawić się na Politechnice.

Szanowni studenci, przepraszam z góry za piątkowe przysypianie na zajęciach. Strzelę sobie mocną kawę, żeby się dobudzić, ale wybaczcie – tej imprezy nie mogę odpuścić!

Reklamy
%d blogerów lubi to: