Monthly Archives: Luty 2015

Tour de Pologne

tour

Na wiosnę zapowiada mi się prawdziwe Tour de Pologne. Świetnie się składa, bo pojeżdżenie po Polsce było jednym z moich noworocznych postanowień. Start w Łodzi, już za tydzień – będziemy oprowadzać studentów, bo właśnie Łódź (a dokładnie Stare Polesie) wzięliśmy na tapetę w tym semestrze. W grupie jest kilkoro zagranicznych studentów – ciekawe, jakie analogiczne przykłady shrinking cities przytoczą ze swoich krajów.

Tydzień po Łodzi czas na poznańską Budmę. Będę reprezentować „Architekturę-Murator” i mówić o konkursach na najlepsze realizacje ostatnich lat. Temat na czasie, bo dokładnie w tym samym momencie jury będzie obradować nad „Życiem w architekturze”, a niedługo później zostaną ogłoszone wyniki konkursu im. Miesa van der Rohe. Jak mnie cieszy szczecińska Filharmonia w finale!  Szkoda, że w najbliższym czasie nie zahaczę o Szczecin, bo bardzo chciałabym ją w końcu zobaczyć. Niby Szczecin to też wybrzeże i podróż z Gdańska nie powinna być zbyt kłopotliwa, ale akurat ten fragment Polski jest lekko zapomniany transportowo. Nie dość, że nie jeżdżą tam żadne pendolino ani polskie busy, to nawet poczciwe TLK i Regio suną po szynach wyjątkowo rzadko i powoli. Do Poznania można dostać się znacznie łatwiej z każdego zakątka kraju i jeśli wybieracie się  na Budmę – zapraszam na wykład. Co prawda równolegle będą się odbywać II Mistrzostwa Polski w montażu wykładzin, ale na godzinę chyba można się z nich urwać:)

W Poznaniu zostanę na cały weekend, bo odbywa się wówczas również MIASTO-SZTUKA, ogólnopolska interdyscyplinarna konferencja naukowa poświęcona sztuce  w kontekście miejskim. Tam będę z kolei opowiadać o muzeach sztuki współczesnej – bardzo aktualny dla mnie temat, biorąc pod uwagę moskiewski projekt. Co prawda myślałam, że jeśli poprodukuję się jeszcze naukowo, to bardziej w temacie mieszkalnictwa, ale jak widać doświadczenie projektowe wzięło górę nad akademickim. Trochę nasiedziałam  się nad muzeami przez ostatnie lata i proszę trzymać kciuki za następne, bo ekipa w Heneghan Peng złożyła niedawno projekt na konkurs na Muzeum Ruchu Oporu w Kopenhadze. Już dawno żadna koncepcja biura nie wydawała mi się aż tak konsekwentna, ale kciuki jednak będą potrzebne, bo wśród konkurentów są m.in. BIG i Henning Larsen.

Również w temacie sztuki i architektury, w tym także o muzeach sztuki, będą zapowiadane już wcześniej dyskusje z Maksem Bochenkiem w Instytucie Kultury Miejskiej. Okazało się, że startujemy wcale nie jesienią, ale już w kwietniu. Dokładnie pierwszego i to wcale nie jest żart primaaprilisowy. Przekażę więcej szczegółów, kiedy tylko pojawią się ulotki i zapowiedzi spotkań. Tam już żadne pendolino nie jest potrzebne, ale chyba zdecyduję się na tramwaj lub SKM, a nie rower, bo coś czuję, że dyskusje będą kontynuowane w którymś z barów na Głównym Mieście. Na tę nieformalną część także zapraszam!

Ale to nie wszystko, bo otrzymałam zaproszenie do poprowadzenia tegorocznych warsztatów Architektour, które odbędą się pod koniec kwietnia w Wałbrzychu. Cieszę się, bo po pierwsze słyszałam dużo dobrego o ubiegłorocznej elbląskiej edycji, a po drugie nigdy nie byłam w Wałbrzychu. To miasto, pomimo opinii delikatnie mówiąc niezbyt pięknego, kojarzy mi się całkiem pozytywnie, bo to tam rozgrywała się akcja „Sztuczek” Andrzeja Jakimowskiego, a ja też lubię czasem pozaklinać rzeczywistość. Po trzecie – zahaczę po drodze o Wrocław, a tam mieszkają Menthol Architekci i Paweł Wojdylak z Wydziału Rewitalizacji, który może tym razem pokaże mi Nadodrze – ostatnio łaziliśmy po Przedmieściu Oławskim. W tajemnicy zdradzę, że być może Menthol Architekci też pojadą na Architektour – namawiam ich bardzo intensywnie.

Czeka mnie więc trochę czasu na walizkach. Muszę przyznać, że poczułam się ostatnio nieco zignorowana w tym temacie. W lutym wszystkie blogerki modowe dostały od pewnej niemieckiej firmy na ‚B….’ zestaw suszarek podróżnych, żeby móc się nienagannie prezentować na feszyn łikach. Ba, niektóre nawet dostały kilka kompletów i organizują na swoich blogach konkursy. A ja to na Budmę mam niby pojechać z rozwianym włosem? Do Instytutu jak strach na wróble? Ostatecznie minisuszarkę kupiłam sobie sama, ale na firmę ‚B….’ pozostanę obrażona, mimo że i mikser, i blender, i nawet młynek do kawy mam właśnie od tego producenta.

Olewaniu blogerek architektonicznych mówimy zdecydowane nie!

Reklamy

Rzeź niewiniątek i zbiorowe samobójstwo

oboz

Na blogu zrobiło się ostatnio zdecydowanie za mało poważnie. Jakieś selfie, perwersje przy użyciu cyrkla i krzywika – chyba pora na trochę dojrzalsze tematy. Dziś będzie więc między innymi o rzezi niewiniątek i zbiorowym samobójstwie. Oraz – do kompletu – o szkolnictwie wyższym.

O szkolnictwie wyższym, bo pod koniec miesiąca po raz kolejny zaczynam wykłady z „Planowania rozwoju miast” na Uniwersytecie Gdańskim. W ubiegłym roku poprosiłam studentów o sugestie, jaki aspekt planowania miast interesuje ich najbardziej i prawie jednoznacznie wskazali na kompozycję przestrzenną. Pomyślałam, że wykłady można by zorganizować jako kurs czytania miasta z mapy, tak, aby szybki rzut okiem na Google Earth pozwolił rozpoznać typ zabudowy oraz zrozumieć genezę poszczególnych układów urbanistycznych. Nie da się tego zrobić bez spojrzenia w przeszłość, stąd na początku pojawią się elementy historii urbanistyki, ale zawsze z odniesieniami do układów współczesnych miast, w których cały czas czytelne są historyczne pozostałości.

Taką pozostałością są między innymi rzymskie obozy, na których osnowie powstało wiele miast. Do tej pory pokazywałam głównie ich ślady widoczne do dziś w układach miejskich. Z reguły zachowały się cardo i decumanus, czyli dwie główne ulice biegnące w osiach północ-południe i wschód-zachód. Ta kompozycja przetrwała m.in. we Florencji, Paryżu czy Neapolu. Ale taki oryginalny, usytuowany w szczerym polu i podzielony na moduły kwadrat castrum wydawał mi się jednak zawsze czymś abstrakcyjnym. Niby widziałam nieraz pozostałości fundamentów całkiem sporych założeń, ale nigdy z lotu ptaka, tak, aby ogarnąć całość. Wszystko zmieniło się podczas niedawnego izraelsko-palestyńskiego wyjazdu, kiedy zawędrowaliśmy nad Morze Martwe, żeby zobaczyć Masadę. Tak, ten kwadrat w tle za mną na powyższym zdjęciu to nie fototapeta, ale pozostałości najprawdziwszego rzymskiego obozu.

Skąd się tam wziął? Masadę zbudował Herod Wielki, ten od rzezi niewiniątek – brutal straszny, ale budować potrafił solidnie. W luksusowych, jak na pierwszy wiek, warunkach żyli tam zeloci – fanatyczny żydowski odłam, który przejął Masadę podczas jednej z wojen na początku pierwszego tysiąclecia. To właśnie oni w 73 roku n.e. popełnili zbiorowe samobójstwo, a właściwie kombinację zabójstwa i samobójstwa, kiedy było wiadomo, że Rzymianom najprawdopodobniej uda się zdobyć twierdzę. Podobno przeżyły dwie kobiety z dziećmi. To jedna z tych historii, która pewnie za chwilę zostanie sfilmowana z hollywoodzkim rozmachem – już widzę Natalie Portman ukrywającą się przed rozwścieczonym Russelem Crowe, który w otrzymuje zadanie zamordowania żony i dzieci, a potem popełnienia samobójstwa. Pewnie właśnie Natalie udałoby się gdzieś schować (ładnym dziewczynom zawsze wszystko się udaje…). Ale wracając do historycznego scenariusza, Masada była rzeczywiście niedostępna i Rzymianie musieli się nieźle nastarać, żeby ją zdobyć. Najpierw próbowali wziąć zelotów głodem. Zbudowali kilka obozów oraz łączący je pas obwarowań z wieżami i czekali, aż zelotom skończą się zapasy. Cały układ zachował się i powala swoim rozmachem. Podobne wrażenie robi monstrualna rampa, którą Rzymianie usypali, aby przetransportować swoje wojenne machiny bliżej Masady i ją w końcu zdobyć (zapasów zostało jednak zbyt dużo). I to nie jest wcale scenografia kolejnej części Asterixa – będą w ogóle kolejne odkąd Depardieu przyjął rosyjskie obywatelstwo?

martwe

[To niebieskie w tle to Morze Martwe, kwadraty – rzymskie obozy, a linia przed nimi – system umocnień]

rampa

[To właśnie rampa, którą Rzymianom udało się dostać do Masady i odkryć prawie tysiąc świeżych nieboszczyków]

Sama Masada, a raczej to, co z niej zostało, wygląda nadzwyczaj współcześnie i pod tym względem zrobiła na mnie podobne wrażenie jak ubiegłoroczna wizyta w Pompejach. Najbardziej zadziwia rozwinięta infrastruktura, przede  wszystkim kapitalnie wyjaśniony na modelu system zbierania wody, którą pozyskiwano dzięki odpowiedniemu wyprofilowaniu otoczenia twierdzy. Deszczówka spływała rampami i kanałami do zbiorników, skąd transportowano ją do cystern na górze w zdecydowanie mniej wyrafinowany sposób – przy pomocy zwierząt. Ciekawe, jaki funkcjonował tam system odprowadzania nieczystości, ale założę się, że i te problem sprytnie rozwiązano. Praktycznie wszystko (oprócz dachów, których rzecz jasna już nie ma) wykonane było z kamienia – najłatwiej dostępnego materiału. Kamienne były nawet… gołębniki.

model_woda

[Kapitalny model wyjaśniający, jak działał system zbierania deszczówki. Wystarczy polać go wodą i wszystko jasne]

golebnik

[Najbardziej ekskluzywne gołębniki, jakie potrafię sobie wyobrazić]

Współczesne wrażenie robi również wysunięty na koniec zbocza kilkukondygnacyjny pałac z tarasami z widokiem na pustynię i Morze Martwe – jak kilkupoziomowy apartamentowiec. Z niego najlepiej widać złośliwość Rzymian – usytuowali swoje obozy i obwarowania tak, żeby było ich widać z każdej strony. Na dodatek największy obóz znajduje się na stoku, jakby specjalnie miał być jeszcze lepiej wyeksponowany. Wyobrażam sobie przywódcę zelotów wychodzącego rano na kawę na jeden ze swoich tarasów. Pewnie za każdym razem na widok tych obozów rzucał… łaciną. I to nie tylko dlatego, zepsuto mu widok na morze, ale dlatego, że rzymscy żołnierze, uwijający się jak idealnie zorganizowane mrówki, musieli sprawiać poczucie ciągłego zagrożenia. Perfekcyjna geometria tej militarnej infrastruktury ma w sobie do teraz coś złowieszczego. Tak działa na wyobraźnię, że kiedy zwiedzając twierdzę usłyszeliśmy brzęczenie drona, poczuliśmy się jak zeloci – obserwowani i zaniepokojeni. Masada do dziś jest ważnym symbolem dla izraelskiej armii i żołnierze składają tam przysięgę wojskową. Przyjeżdżają ją też zwiedzać, a ponieważ broń muszą mieć stale przy sobie, co chwilę wpada się na jakiegoś turystę z karabinem maszynowym pod pachą. Do karabinów zdążyłam się przyzwyczaić, ale dron?

Poczułam prawdziwą ulgę, gdy okazało się, że wypuszczał go… japoński profesor archeologii. Też chciał popatrzeć na całość z lotu ptaka.

 [fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz]

 

50 twarzy arch. Greya

grey_SQ_NAPIS_MALE

Książki nie czytałam, filmu nie widziałam, ale w ramach rozrywki przy pierwszej porannej kawie śledziłam ostatnio z rozbawieniem strategię marketingową produkcji. Aby stopniować napięcie, codziennie pokazywano nowe fragmenty filmu. Problem w tym, że cały proces wystartował tak długo przed walentynkową premierą, że napięcie, zamiast stopniować, zdążyło stopnieć. Za to muszę przyznać, że to, co zobaczyłam, zadziałało mocno na moją wyobraźnię, chociaż niekoniecznie w sposób, który kazałby mi się rumienić. Znów wszystko skojarzyło mi się z architekturą, więc na podstawie tych kilku urywków przyszedł mi do głowy pewien alternatywny scenariusz…

Wyobraźmy sobie, że Grey jest architektem. W wersji hollywoodzkiej i nierealnej, bo młodym oraz bogatym. Na dodatek ma siły na jakieś wyrafinowane erotyczne zabawy i – sądząc po widoku bez koszulki – również na siłownię. Jako zapracowany projektant powinien przecież ślęczeć po nocach nad kontraktami i rysunkami, a przecież nawet nie ma podkrążonych oczu. Nazwisko „Grey” pasuje idealnie – szary sytuuje się przecież między czarnym a białym, kolorami architektów. Nasz bohater nie nosi co prawda markowych okularów w grubych oprawkach, ale rozumiem, że zrezygnowano z tego atrybutu na potrzeby filmu. Niestety, okulary przeszkadzają w całowaniu (wiem coś na ten temat), a całowania chyba jednak jest w tym filmie sporo. Również w takich elementach architektonicznych jak winda (Otis? Thyssen Krupp?). W innym z klipów Grey trafia do sklepu typu Castorama i robi zakupy „remontowe”. Nie wiem, czy w tej odległej Ameryce studentki literatury faktycznie dorabiają w supermarketach budowlanych, ale gdyby to był polski film bazujący na stereotypach, nikt nie pomyślałby nawet o takim absurdzie w scenariuszu. Kto zaufałby dwudziestoletniej humanistce w kwestiach wyboru odpowiedniego silikonu albo gładzi gipsowej? Bardziej prawdopodobne byłoby, gdyby dorabiała w księgarni. Albo chociażby w drogerii.

W każdym razie Grey jest po trzydziestce, więc na studiach musiał jeszcze używać sporo kreślarskiego sprzętu, zanim pojawił się AutoCAD, Sketch Up i Rhino. I pewnie jak każdemu architektowi żal mu było zutylizować swoje rotringi, staedlery i koh-i-noory, więc wrzucił je do jakiejś kanciapy w swoim apartamencie. Może właśnie ta kanciapa to ów tajemniczy „playroom”, do którego Grey zaprasza bohaterkę z Castoramy? Pora pofantazjować, jak można by użyć zalegającego tam sprzętu:

  1. Krępowanie papierową taśmą. Taką, jaką przykleja się kalki na desce kreślarskiej.
  2. Biczowanie krzywikiem. Giętkim, oczywiście.
  3. Spanking ekierką albo skalówką.
  4. Pisanie po ciele rapidografem. Najlepiej z końcówką o grubości 0,13mm.
  5. Kłucie cyrklem. Albo kroczkiem. Żeby bolało podwójnie mocno.

Życzę wyjątkowo romantycznych walentynek;)

[fot. Monika Arczyńska]

Szampana nie będzie…

VENICE BIENNALE 2012 668_01

…bo po zakończonym wczoraj głosowaniu nie udało mi się zakwalifikować do drugiego etapu konkursu na Blog Roku. Ale każdy głos bardzo się dla mnie liczy i za każdy serdecznie dziękuję!  Słusznie przewidywałam porażkę wobec blogów o rozstępach i cellulicie, ale zgodnie z zapowiedziami nie załamuję się i będę pisać dalej. Ba, sama głosowałam na konkurencję!

Nie umiem patrzeć na blogowanie jak Jessica Mercedes i przeliczać wszystkiego na lajki i… wpływy z reklam. Nie zarabiam na SIX LETTER CITY, ale jeśli zgłosi się do mnie producent dachówek bitumicznych albo bloczków silikatowych, to chyba nie będę potrafiła odmówić. Lokowanie takiego produktu to dopiero wyzwanie! W każdym razie liczba stałych czytelników regularnie się powiększa i kolejne posty są dla mnie jak kolejne odcinki niekończącego  się wykładu, na który od czasu do czasu przychodzą kolejne osoby. Czasem coś skomentują, czasem zareagują śmiechem na żart, czasem wyjdą na fajkę, ale wracają. A ja naprawdę lubię gadać o architekturze!

Gadania zapowiada się więcej. Kilka spraw jeszcze dopinam, ale właśnie dziś będą ustalane szczegóły serii spotkań o sztuce i architekturze, które od jesieni planujemy prowadzić z Maksem Bochenkiem  w gdańskim Instytucie Kultury Miejskiej. Maks jest kuratorem i historykiem sztuki, a jednocześnie moim dobrym przyjacielem. Poznaliśmy się przy okazji konkursu na wystawę na weneckim Biennale Architektury i od tamtej pory  sporo wina przelało się podczas naszych dyskusji o sztuce, architekturze i ich punktach stycznych. Postanowiliśmy, że najwyższa pora, aby „wyjść do ludzi” z naszymi przemyśleniami. Zapowiada się zderzenie teoretyk od sztuki kontra praktyk od architektury – sama jestem ciekawa, co z tego wyjdzie i mam nadzieję, że nie pobijemy się już na pierwszym spotkaniu. A jeśli się pobijemy, to może nawet lepiej – cel, aby rozruszać kontakty między tymi dwoma środowiskami zostanie zrealizowany dosłownie. Już myślimy o innych projektach i jeśli okaże się, że nasz kuratorsko-architektoniczny duet się sprawdza, przy którymś z naszych „winnych” spotkań Maks wymyślił, jaką nazwę moglibyśmy przyjąć. Nasze inicjały układają się w… MAMBo:)

 [Zdjęcie pochodzi z weneckiego Biennale z 2012 roku i było zrobione kilka minut przed otwarciem duńskiego pawilonu. Przy stole stał kelner w białej koszuli, który miał za zadanie wyglądać na tyle groźnie, żeby nikt z czekających na przekąski  z prosciutto nie popełnił falstartu. 

fot. Monika Arczyńska]

 

 

Było sobie życie

IMG_9549

Pamiętacie „Było sobie życie”, animowany francuski serial z końca lat 80.? Wyjaśniał, jak funkcjonuje ludzki organizm i każdy element, od leukocytów po wirusy, był przedstawiony jako spersonifikowana postać. Najbardziej fascynowały mnie pochody krwinek przenoszących na plecach przezroczyste bąbelki tlenu. Strasznie się wlokły przez układ kwionośny i jako dziewięcioletni przyszły inżynier nie mogłam zrozumieć relacji między szybkim biciem serca pompującego krew do tętnic a spacerowym tempem tych czerwonych ludzików. Z kolei walka z wirusami, która znudzonemu leżeniem w łóżku z grypą dziecku dłużyła się w nieskończoność, w serialu przypominała błyskawiczną akcję, jak z gry komputerowej. Do intruza podlatywały minaturowe pojazdy bojowe i błyskawicznie go obezwładniały.

Dlaczego nagle przypomniał mi się ten serial i skojarzył z architekturą? Jeszcze przed Bożym Narodzeniem, przy okazji wyjazdu do Dublina na świąteczną imprezę w pracowni, skoczyłam na budowę w Galerii Narodowej. Nasze biuro pracuje  na tym projektem od ładnych paru lat i szczerze podziwiam za cierpliwość Kasię, która go prowadzi. Wszystko ciągnie się od masterplanu obejmującego przebudowę i rozbudowę, przez kryzys, który zatrzymał wszystkie prace, aż po rozdrobnioną do granic możliwości na etapy realizację zaplanowanych robót. W tej chwili prace są już mocno zaawansowane, a po budowie zasuwają panowie-budowlańcy w maleńkich kopareczkach, które przypomniały mi właśnie sprzęty bojowe z „Bylo sobie życie”.

Ale to nie były moje jedyne anatomiczne skojarzenia. Galeria to wiktoriańska staruszka, której stuknęło niedawno półtora wieku. Precyzyjniej mówiąc tyle stuknęło jej najstarszej części, bo później co kilkadziesiąt lat dodawano kolejne skrzydła. Nikt nie wie tylko, dlaczego każde z nich ma inne wysokości kondygnacji i łączy się z pozostałymi w tak pokrętny sposób, że w środku nie gubią się chyba tylko pracownicy z co najmniej dwudziestoletnim stażem (ale i tak założę się, że gdyby zamienić miejscami Caravaggia i Vermeera, też pomyliliby drogę). Mieliśmy to wszystko zracjonalizować, uprościć, a na dodatek zapewnić nareszcie porządne warunki klimatyczne pomieszczeń ekspozycyjnych, bo pod świetlikami było tak gorąco, że można by było uprawiać tam pomidory i żadna poważna galeria nie wypożyczyłaby swoich obrazów dublińskiej. Brzmi prosto, ale w przypadku tak cennego zabytku proces upychania jakichkolwiek nowych instalacji jest koszmarem każdego architekta. Na dodatek lata oszczędzania na zdrowiu i nadmierna eksploatacja dały się we znaki naszej pacjentce. Wszystko jest chronione, wszystko może się rozsypać, ale przede wszystkim nie ma miejsca, żeby ukryć ogromne przewody wentylacyjne. We współczesnym budynku schowałoby się je pod podłogą, w ścianie albo nad sufitem, ale we wnętrzu wiktoriańskiej staruszki? To bardziej skomplikowane niż wszycie by-passów! Różne instalacyjne by-passy też należało oczywiście powszywać, a żeby tego wszystkiego dokonać, trzeba było naszą bidulkę obedrzeć gdzieniegdzie ze skóry. Więle prac wykonywanych jest ręcznie, z chirurgiczną precyzją i powoli, jak ów tlen przenoszony przez serialowe czerwone krwinki. Trzeba było również pousuwać pojawiające się przez lata narośla przebudów i modernizacji, ale w taki sposób, żeby zachowała charakter i nie wyglądała jak Renee Z. czy Nicole K. po liftingu.

Dargan

Przed budynkiem powstaje Energy Centre – tu będą znajdowały się prawie wszystkie serca i płuca. Prawie, bo w budynku o tej wielkości odległości od organów do obsługiwanych przez nie części „ciała” są zbyt duże i trzeba podzielić je na mniejsze sektory. Centrum będzie zakopane w ziemi i musiało zostać zaprojektowane w sposób, który pozwoli na transplantację organów w przyszłości. Przez specjalne, zdejmowalne płyty będzie można wyciągnąć płuco (czyli jednostkę systemu klimatyzacji) i wstawić nowe.

Merrion Square

piwnice

Nie mogę się doczekać finału tej operacji. Przykro patrzy się teraz na rozbebeszony budynek, ale to wszystko dla jego dobra. Jest w każdym razie w dobrych rękach – zajmują się nim świetni specjaliści, część elementów sprowadzana jest ze świetnych zagranicznych klinik, tfu, fabryk. Po tylu latach zespół zna każdy kąt i chociaż od czasu do czasu zdarzają się niespodzianki, wszystko jest pod pełną kontrolą. Po zakończeniu zabiegów pacjentka poczuje się jak nowo narodzona i chętnie zacznie znów przyjmować gości. Dokładnie tak, jak miały w zwyczaju wiktoriańskie damy…

Leinster

[for. Monika Arczyńska, http://www.nostalgie.be]

123 grosze

REKAWICE

W pogoni za lansem i sławą zgłosiłam SIX LETTER CITY do konkursu na Blog Roku. Myślałam, że pisanie o architekturze to niszowa sprawa, a tu niespodzianka. W tej samej kategorii, „Blogi specjalistyczne i firmowe”, startują m.in. blogi o rajstopach oraz naprawie tokarek i frezarek. Nominowane są również pojedyncze teksty i tam także wysłałam zgłoszenie. „Wieś mazowiecka” wydawała mi się najbardziej odpowiednia (chociaż jak mnie kiedyś dorwą bohaterowie tej opowieści, będzie klops…) Teksty zaproponowane przez innych blogerów zaskoczyły mnie nie mniej niż frezarki. Pojawił się  między innymi post o tym, jakim obciachem jest kupowanie torebek Wittchena w Lidlu. I nie był artykuł humorystyczny, niestety. Podrzuciłam kilka podobnych linków koledze – doktorowi bardzo poważnej ścisłej dziedziny – i… spędził pół nocy buszując po szafiarsko-lajfstajlowych blogach. Do trzeciej nad ranem wysyłał mi pełne niedowierzania komentarze, jakby właśnie odkrył nowy ląd, zamieszkany przez sfochowane dziewczęta żyjące w świecie centrów handlowych i perfumerii.

Wracając do konkursu, mam teraz problem, bo gdyby głosowanie na SIX LETTER CITY wiązało się tylko z darmowym kliknięciem, czułabym się komfortowo prosząc o poparcie. Bo taki jeden czy dwa kliki to chyba odpowiedni sposób podziękowania za miejsko-architektoniczne opowieści i wdzięczenie się od czasu do czasu przed aparatem. Ale akurat w tym konkursie głosuje się smsem, który kosztuje złotówkę + VAT czyli dokładnie 123 grosze. A złotówkę + VAT można przecież wydać w zupełnie inny sposób: np. kupić pustak ceramiczny w promocji albo rękawice robocze. O, takie jak na obrazku – to nie żart, tylko prawdziwa grafika z pewnego popularnego serwisu na „A”, z usuniętą nazwą firmy. Hasło reklamowe tych rękawic to „moc i czucie”…

Gdybyście postanowili jednak odpuścić sobie jakieś niezdrowe rzeczy za złotówkę, np. minutę solarium (rak skóry!), wafelka (trójglicerydy! próchnica!) albo e-wydanie „Faktu” z dopłatą 7 groszy (*^^&&*^&^^$!), w takim razie uprzejmie proszę o smsy. Tym bardziej, że środki uzyskane w głosowaniu zostaną przekazane Fundacji Dzieci Niczyje.

Głosować można wysyłając smsy pod następujące numery:

TEKST ROKU – link do strony konkursu

glos_tekst

BLOG ROKU – link do strony konkursu

glos_blog

Jednocześnie deklaruję, że nawet jeśli otrzymam tylko dwa głosy, bo Mama i Tata pewnie wyślą smsy (mój osobisty urbanista pewnie zapomni), nie zamierzam się załamywać:)

Reklamy
%d blogerów lubi to: