Monthly Archives: Czerwiec 2017

Jak wykończyć mieszkanie wykańczając i siebie, odc.5

04

Dawno nie pisałam o remoncie, pewnie dlatego, że już wszystko skończone i tak cieszę się uczuciem ulgi, że nie mam nawet ochoty przypominać sobie tego koszmaru. Jednym z największych wyzwań była łazienka. Maleństwo pod skosem, o trójkątnym przekroju, tak ciasna, że nie zmieściła się tam nawet umywalka. Kiedy po raz pierwszy zobaczył ją mój wysoki osobisty urbanista (tak się złożyło, że nie mógł zobaczyć mieszkania przed jego zakupem), załamał się, bo nie udało mu się tam nawet wyprostować.

laz mala.jpg

Ale ja się nie załamałam, bo chodził mi po głowie pewien pomysł. Musiałam go jednak najpierw sprawdzić na rysunku i makiecie. Łazienka miała klaustrofobiczne proporcje przede wszystkim z powodu dachowego mikrookienka. Na dodatek mocno prehistorycznego, z pojedynczym uchylnym szkleniem od zewnątrz i mocowaną specjalnymi uchwytami przeszkloną ramką okienną od wewnątrz. Dlatego pierwszą rzeczą, za jaką się zabrałam, było dobranie nowego okna dachowego – tej samej wielkości od zewnątrz, ale otwieranego do góry i z obróbkami zapewniającymi możliwie dużo miejsca w środku. W budynkach, które znajdują się w ewidencji zabytków, okno można wymienić na podstawie zgłoszenia, ale należy to uzgodnić z konserwatorem. Zajęło to trochę czasu, ale nie było skomplikowane. Pod oknem umieściłam umywalkę i to okazało się strzałem w dziesiątkę. Szczotkując zęby przyjemnie patrzy się na sikorki, sroki czy sójki przysiadające na rosnącym tuż obok drzewie. A już na pewno zdecydowanie przyjemniej niż na własne odbicie w lustrze, zwłaszcza tuż po deadlinie.

06

Jeśli chodzi o ściany, zdecydowałam się na płytki – cegiełki. Chociaż nie znoszę ich w nowych mieszkaniach, do kamienic pasują mi idealnie. Najpierw zamarzył mi się zielony kolor zbliżony do kafli pieca, ale okazało się, że kiedy szuka się czegoś konkretnego, nigdzie nie można tego kupić. Oczywiście oprócz brytyjskich manufaktur, gdzie metr kwadratowy kosztuje tyle, że można by za to wyremontować całą łazienkę. Poszukując płytek trafiłam na zielone kafelki w zupełnie „niepiecowym” odcieniu, za to w takim, w jakim wykańczano łazienki przed wojną. Bardzo „higienicznie” kojarzy mi się ta seledynowa zieleń, może z uwagi na ubrania chirurgiczne i kolor papierowych ręczników.

Początkowo planowałam zabudowanie pralki w kuchni, ale wówczas nie byłoby miejsca na zmywarkę. W cudownie powiększonej łazience zmieściła się za to bez problemu jedna z najmniejszych pralek na rynku – okazało się, że mieści się w niej prawie tyle samo prania, co w standardowych. Początkowo doprowadzała mnie do rozpaczy dudnieniem przy wirowaniu i przesuwaniu się o ładnych kilkadziesiąt centymentów. To przez nią mam teraz w domu matę antywibracyjną, gumowe kliny, i duży zapas tabletek od bólu głowy – nic nie działało…Skąd te łazienkowe tańce? Hm, nie przeczytaliśmy dokładnie instrukcji. Niektóre pralki mają więcej niż jedną blokadę i zdarza się, że ta informacja jest opisana wyjątkowo małymi literkami. Dwoje doktorów nauk technicznych nie poradziło sobie  z tym problemem i wezwało serwisanta, który w trzy minuty wyciągnął ze środka dwie metalowe śrubki, kasując za to tyle, ile dostaję za kilka godzin wykładów. Czytajcie instrukcje!

[Fot. Monika Arczyńska]

Reklamy

Ruinizm depresjonistyczny

ruiny

To było w wakacje, na samym początku studiów, gdy ekipa z roku zorganizowała plener malarski w Kwidzynie. Zakwaterowano nas w bursie szkoły muzycznej, gdzie wyeksploatowane pianina już w pierwszych dniach naszego pobytu rozstroiły się na amen. Dostaliśmy po palecie, worku farb i pędzli oraz tektury i ruszyliśmy w miasto w poszukiwaniu malowniczych miejsc. Nie wiem, czy zadziałały rzewne kawałki Radiohead, męczone na tych wymęczonych pianinach, czy używałam za dużo błękitu paryskiego, czy to może moja słabość do malowniczych, podniszczonych miejsc, ale moje prace ochrzciliśmy mianem „ruinizmu depresjonistycznego”.

Teraz o studenckim „ruinizmie” przypomniała mi galeria Raster, przysyłając album „Ruiny Warszawy”, opracowany przez Łukasza Gorczycę i Michała Kaczyńskiego. Od razu przyznaję się bez bicia: nie spodziewałam się po tej książce wiele więcej, niż zbioru smutno-sentymentalnych fotografii powojennej stolicy. Nawet nie spieszyłam się za bardzo na pocztę, żeby odebrać przesyłkę. Myślałam, że nie zobaczę w niej nic nowego, ale znów obrazy zapamiętane z lektur szkolnych, „Czterech pancernych” i „Pianisty”, z Muzeum Powstania Warszawskiego i z Muzeum II Wojny Światowej. Są tak zakodowane w pamięci, że trudno je odczuwać inaczej niż sentymentalnie – jako zakończenie, ale i jako rozpoczęcie nowej historii. Warszawa jest dla mnie nieco odległa, ale ruiny Gdańska pamiętam doskonale z opowieści dziadka, który przeniósł się tutaj tuż po wojnie. Wspominał, że Długa, ta sama Długa, którą zajmowałam się rok temu ze studentami, patrząc na jej odbudowane pierzeje jak na Disneyland, była kiedyś kupą gruzu z biegnącą środkiem wąską ścieżką. Ale to w tym pełnym ruin mieście poznał moją babcię i tam urodziła się moja mama. Z kolei moje wspomnienia to Wyspa Spichrzów, na której nie tyle straszyły, co malowniczo „ruinistycznie” przypominały o przeszłości pozostałości ceglanych spichlerzy. Kiedy patrzę na beton wylewany brutalnie w ich sąsiedztwie, zaczynam się zastanawiać, czy to przypadkiem również nie jest barbarzyństwo, chociaż cieszę się, że ta część miasta w końcu ożyje. Deweloperskie inwestycje zabierają mi jednak obraz dzieciństwa i młodości.

cover

Płócienna oprawa albumu mieści zdecydowanie więcej, niż wspomniane obrazy. Kiedy w końcu usiadłam na spokojnie do oglądania i czytania, nie mogłam przerwać. Książka obejmuje nie tylko wojenne zniszczenia, ale całe ostatnie stulecie – od zdjęć wysadzonego w 1915 roku Mostu Poniatowskiego po współczesne wyburzenia pod nowe inwestycje. Ogląda się go jak doskonałą wystawę opatrzoną świetnym wstępem, przedstawiającą warszawskie ruiny sfotografowane przez różnych autorów. Zamiast typowego dla podobnych publikacji zbioru anonimowych zdjęć są tam zamieszczone i uzupełnione tekstami serie. Wśród nich m.in. „Ślady” Mariusza Hermanowicza – chłodny zapis na kliszy powojennych blizn warszawskich murów czy dzieci sfotografowane przez Davida Seymoura. Jedna z najbardziej zaskakujących serii to fotokolaże Romana Cieślewicza, Teresy Kuczyńskiej i Bohdana Łopieńskiego z miesięcznika „Ty i Ja” z 1962, zrealizowana z okazji obchodzonego we wrześniu miesiąca odbudowy Warszawy.  Na czarno-białym tle ruin wyginają się wycięte z francuskich magazynów modelki w pokolorowanych kostiumach i kombinezonach. Łukasz Gorczyca tak komentuje te kolaże :

Wyreżyserowane na łamach „Ty i Ja” spotkanie dwóch światów jest tym bardziej paradoksalne, że konfrontuje ze sobą widmowe rzeczywistości: odchodzące w przeszłość widoki ostatnich warszawskich, powojennych ruin oraz nabierający po wojnie ropzędu globalny przemysł fotografii modowej. Z tego połączenia wynikł wyjątkowy dokument jakże trafnie opisujący warszawski krajobraz przełomu lat 50, i 60,: biedę i surowość, ale też kosmopolityczne aspiracje pwoojennej odbudowy, zapisaną w ruinach wojenną traumę i nie wolne od desperacji próby jej odczarowania za pomoca witalnej figury młodej, modnej dziewczyny-kociaka […] 

Część poświęcona mniej odległym czasom, tym po ’89, jest nie mniej ciekawa. Fotografie Marty Leśniakowskiej z wyburzania Supersamu mają podobny wydźwięk jak zdjęcia Michała Szlagi, dokumentujące znikanie materialnych pozostałości Stoczni Gdańskiej. Z kolei seria Franciszka Buchnera przedstawia współczesne budynki wyburzane pod nowe deweloperskie inwestycje – kolejne kapitalistyczne symbole w stolicy. Większość z ich to niezbyt cenne obiekty, po których nikt nie będzie raczej płakał, ale wśród zdjęć znalazła się m.in. rozbiórka Emilii. Cieszę się z umieszczenia w albumie obrazów znikania cennego powojennego modernizmu – zapis obrazów przeszłości sprawia, że zaczyna się odczuwać te straty jako coś nieuniknionego, należącego już do historii. Ich oglądanie odbieram jak przeglądanie konserwatorskiej dokumentacji niestniejących już obiektów. Były – nie ma – trudno. Idziemy dalej.

Przymierzaliśmy się kiedyś z moim ulubionym historykiem sztuki do tematu ruin – chodziła nam po głowie wystawa albo tekst, bo pomyśleliśmy, że zestawienie punktu widzenia człowieka od sztuki i od architektury przyniesie ciekawe wnioski. Nie będziemy jednak się tym już zajmować – Raster zrobił to aż za dobrze. A tekstów Łukasza Gorczycy zdecydowanie chcę poczytać więcej.

Album można przejrzeć na stronie galerii: http://rastergallery.com/galeria/materialy-prasowe/ruiny-warszawy-materialy-prasowe/?kontekst=prasowe, a kupić w intermetowej księgarni Bęc Zmiany: http://sklep.beczmiana.pl/2-glowna/797-ruiny-warszawy-lukasz-gorczyca-michal-kaczynski.html

[Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz]

 

Głupia winda

wind

Piątek, 8:30 rano, Politechnika, trzy panie doktor z Wydziału Architektury próbują wsiąść do windy, żeby bez zadyszki zdążyć na zajęcia. Mamy bardzo wysokie kondygnacje w Gmachu Głównym, więc przy braku superkondycji bez zadyszki się nie da. Z kolei windy mamy nieprzewidywalne, najwolniejsze pod słońcem i generalnie nie za mądre. Stanowią świetny temat dla porannego small talka (ile można komentować pogodę). Nasz dialog wyglądał mniej więcej tak:

Pani dr K: Ojoj, znów się nie zatrzymała.

Pani dr B: Ależ głupie te windy.

Pani dr A (ja): Ups, ale to kiepsko brzmi.

B: Co kiepsko brzmi?

A: „Głupia winda” kiepsko brzmi. Jak „głupia baba” albo „głupia krowa”. Zawsze rodzaj żeński jest głupi.

B: Ooo, ale feministycznie od samego rana! (uśmiech)

A: No pewnie. Dlatego proponuję nazywać ją jednak po męsku. Np. „głupi wind”. Albo „głupi lift”.

K: Hm, ja tam nie chcę pań architekt poprawiać, ale fachowo „winda” to nie „winda”, ale… „dźwig”.

A i B jednocześnie: „Głupi dźwig”? Idealnie!!!

KURTYNA.

 

Reklamy
%d blogerów lubi to: