Monthly Archives: Wrzesień 2014

Rocznica

zawiadomieniePLtemplate.cdr

Obiecałam już kiedyś, że pokażę nasze ślubne zaproszenia, a dziś akurat jest idealna okazja – rocznica ślubu. Jak zapowiadałam, zaproszenia mają coś wspólnego z Koolhaasem, a mianowicie ilustrację Madelon Vriesendorp do jego „Delirious New York”. Kobiecy Chrysler i męski Empire State Building leżą w łóżku – pamiętam, że gdy zobaczyłam tę ilustrację po raz pierwszy, na początku studiów, pomyślałam: „Jeśli kiedykolwiek wyjdę za mąż, na pewno użyję jej w zaproszeniach”. Co prawda nie mogłam jeszcze wtedy przewidzieć, że mój mąż też będzie „arch.”, ani że będzie wysoki jak wieżowiec, podobnie jak ja. Jakimś cudownym zbiegiem okoliczności oba warunki zostały jednak spełnione. To się nazywa „myślenie życzeniowe”. Pojawił się tylko problem, skąd wytrzasnąć ten obrazek w odpowiedniej rozdzielczości. Na szczęście moja szefowa miała pierwsze wydanie książki, z którego mogłam zeskanować ilustracje. Była bardzo zdziwiona moim zaskoczeniem i zachwytem, że posiada egzemplarz pierwszej edycji – to już kolekcjonerska pozycja, warta kilkaset euro. Dowiedziałam się o tym stażując w Hadze w biurze założonym przez dziadka Koolhaasa, znanego międzywojennego architekta, Dirka Roosenburga. W tej rodzinie również musiało zadziałać myślenie życzeniowe, bo jeśli dobrze prześledziłam drzewo genealogiczne, w każdym pokoleniu rodził się syn, który dostawał na imię Dirk, studiował architekturę i przejmował firmę. Dopiero w czwartym pokoleniu coś się sypnęło, bo prawnuk założyciela biura wybrał grafikę zamiast architektury, ale z biurem i tak współpracował. W każdym razie „Delirious New York” – prezent od Koolhaasa z dedykacją – stał na najbardziej wyeksponowanej półce w pracowni. Z kolei szefowa kupiła tę książkę za grosze w momencie, gdy sięgali po nią wyłącznie „nowojorscy architekci, artyści i intelektualiści”.

Już po ślubie mieliśmy okazję zobaczyć oryginał tej ilustracji, bo na weneckim Biennale w 2008 roku była zorganizowana wystawa prac Vriesendorp. Oczywiście zrobiliśmy sobie obciachowe selfie pod tym właśnie obrazkiem. Z Empire State i Chrysler Building też sobie rzecz jasna zrobiliśmy, kiedy w końcu udało nam się dotrzeć do Nowego Jorku – jest jeszcze bardziej obciachowe. A wracając do naszego ślubu, aby skoordynować architektoniczno-urbanistyczno-nowojorskie klimaty, poprosiliśmy wynajęty zespół, żeby jako pierwszy utwór zagrał „New York, New York” Sinatry. Spotkaliśmy się z ostrym protestem – usłyszeliśmy, że „to się absolutnie nie nadaje na pierwszy taniec” i zaproponowano nam jakieś smętne piosenki o miłości. Dopiero pokazanie zaproszenia zadziałało przekonująco.

I tak sobie w wolnych chwilach pląsamy do „New York, New York” kolejny rok…

Reklamy

Jak Wam się podoba (Teatr Szekspirowski)?

Zdecydowanie nie jestem mistrzynią autopromocji, postanowiłam jednak zgłosić SIX LETTER CITY do konkursu „Blog of Gdansk 2014”. Biorą w nim udział blogi, których tematyka lub prowadzące je osoby są związane z tym miastem. W pewnym momencie otrzymałam od organizatorów prośbę o potwierdzenie, że na pewno mieszkam w Gdańsku. Trochę się nie dziwię, bo jeśli nawet pobieżnie przejrzeli kilka postów, wynika z nich bardzo zagmatwana kombinacja geograficzna. Tak właśnie jest. Mieszkam w Gdańsku, pracuję w Dublinie, projekt mam w w Moskwie, a męża w Łodzi. Tylko ten krnąbrny mąż wyłamuje się spod dominacji miast na sześć liter, dlatego za karę wylądował na końcu zestawienia. Ale wracając do konkursu, głosowanie internautów właśnie się rozpoczęło i będzie mi bardzo miło, jeśli postanowicie oddać głos na SIX LETTER CITY. Można to zrobić TUTAJ.

TOBEORNOTTOBE

Również w ramach autopromocji obiecywałam już dawno klasyczne blogerskie zdjęcie z kubkiem latte i laptopem w jakiejś kawiarni, ale ostatecznie wybór padł na czarną cegłę Teatru Szekspirowskiego – stąd „szekspirowski” tytuł posta. Nie ma przecież bardziej architektonicznego koloru niż czarny. Robiąc selfie wyobrażałam sobie, że zamiast aparatu trzymam w wyciągniętej dłoni czaszkę Yoricka i recytuję monolog Hamleta. Wkrótce go zresztą posłucham w tym właśnie budynku, bo wybieram się na Festiwal Szekspirowski, żeby przetestować, jak nowa gdańska scena sprawdza się „w praniu” (czy też raczej „w graniu”). Tak się złożyło, że oba spektakle, które zobaczę, to właśnie inscenizacje „Hamleta”, więc na drugim będę się pewnie czuła, jakbym oglądała remake pierwszego.

Miałam już okazję zwiedzić Teatr. Następnego dnia po oficjalnym otwarciu po budynku oprowadzał mnie jego projektant, Renato Rizzi. Udało mi się z nim spotkać w związku z tekstem o obiekcie, który przygotowuję dla „Architektury – Murator”. Profesor robi przesympatyczne wrażenie i ma ten specyficzny, pełen energii błysk w oku, który charakteryzuje wielu architektów. Nie dość, że po samym budynku widać, że został zaprojektowany przez Włocha (ach, te dopieszczone detale!), to sam projektant ma bardzo włoski, bezpośredni i kontaktowy sposób bycia. Przyznał się, że zamierza w kolejnym roku ograniczyć działalność projektową, żeby dokończyć… dziesięć rozpoczętych książek. W pewnym momencie zażartował, że z zemsty powinien zrzucić mnie z dachu, kiedy zapytana, czym się zajmuję, przyznałam się, z którym biurem jestem związana. W rozstrzygniętym w 2003 roku konkursie na Wielkie Muzeum Egipskie profesor Rizzi zajął trzecie miejsce, a ja kilka lat później pracowałam u zwycięzców nad tym właśnie projektem. Z dachu mnie ostatecznie mnie nie zrzucono, ale ponarzekaliśmy sobie zgodnie na konkursy i ciężki los architektów. A kiedy tak sobie marudziliśmy,  zaczął się otwierać pokryty miedzianą blachą dach nad widownią. Potwierdzam: cała operacja trwa trzy minuty, jest płynna i cicha. Nie ma więc ryzyka, że deszcz przeszkodzi  w scenie balkonowej czy wspomnianym monologu Hamleta  – wieka dachu można bezszelestnie zamknąć w trakcie spektaklu.  No chyba, że właśnie wystawiana jest „Burza” albo „Sen nocy letniej” i naturalne zjawiska atmosferyczne stanowią element inscenizacji.

01_male

Takiego widoku na szczyty kamieniczek Głównego Miasta nie ma z żadnego innego punktu.

03_male

Trzy minuty i otwarte!

06_male

Z dachu wnętrze teatru wygląda jak makieta architektoniczna.

04_male

Na balkonach nie ma foteli, tylko drewniane podesty.

05_male

A tak jest w wyłożonym drewnem foyer.

No to „Jak Wam się podoba”?

[fot. Monika Arczyńska]

Bez samochodu

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dziś podwójne święto: Światowy Dzień bez Samochodu oraz Dzień Ćwiczenia Przed Lustrem Prośby o Podwyżkę. O tym drugim nie zamierzam nawet wspominać, bo „architekt” i „podwyżka” to dwa pojęcia, które praktycznie nigdy się nie zazębiają. Będzie więc o samochodach.

To niby żadna tajemnica, ale przyznam się do czegoś publicznie: mam na nie alergię. Nie pierwszy raz już o tym piszę, a studenci mają już pewnie dosyć mojego gadania na ten temat, ale myślę, że mówiąc o zrównoważonym transporcie na zajęciach wzbudzam większe zaufanie, jeśli faktycznie z niego korzystam. Tym bardziej, że nieraz zdarzało mi się parkować rower obok parkujących auta studentów. Alergia nie objawia się żadną wysypką i moja niechęć do czterech kółek nie jest wcale ortodoksyjna. Doceniam wygodę i rozumiem  doskonale, że w wielu sytuacjach dla samochodu nie ma sensownej alternatwy. Nie dostaję drgawek na myśl o przejażdżce i chętnie korzystam, kiedy ktoś proponuje podwiezienie. Mimo że całe dzieciństwo byłam wożona na tylnym siedzeniu i przemieszczanie się autem powinno mi się wydawać czymś oczywistym, nie mam jednak samochodu. Ba, nie mam nawet prawa jazdy! Nie dlatego, że mnie na samochód nie stać, chociaż nie ukrywam, że znam ciekawsze sposoby zagospodarowania pieniędzy. Kto ma udowodnić, że da się żyć bez auta, jeśli nie ja? Nie mam dzieci, które musiałabym wszędzie podwozić ani nie potrzebuję samochodu do pracy (chociaż czasem przydałby mi się samolot:). Miejsce zamieszkania świadomie wybrałam tak, żeby do wszystkich miejsc pierwszej potrzeby typu sklep, lekarz czy poczta dotrzeć w pięć minut pieszo. Kwadrans spaceru dzieli mnie od dwóch, a niedługo trzech centrów handlowych, mediateki i stacji kolejowej. Fryzjera mam w kamienicy – zawsze chciałam mieszkać w budynku, w którym na parterze są usługi (to takie małe zboczenie po lekturze Jane Jacobs). Szewc jest za rogiem i za każdym razem, kiedy przechodzę obok jego zakładu, kłaniamy się sobie uprzejmie. Po co mi samochód? Niestety, moje motoryzacyjne „zero” nie wpływa znacząco na średnią w dzielnicy. Niedawno poznałam mieszkającą w sąsiedztwie parę,  również zadowoloną z lokalizacji, tym bardziej, że do pracy ma blisko bezpośrednim tramwajem. Teoretycznie, bo głównym czynnikiem decydującym o wyborze tego miejsca zamieszkania były… dwa miejsca w hali garażowej.

USA

Ale nie będę się poddawać i zamierzam nadal promować zrównoważony transport. Można się tak przemieszczać nawet po tak nieprzyjaznej dla niezmotoryzowanych okolicy jak Stany. Potwierdzam – podróżowałam tak z moim osobistym urbanistą przez pięć tygodni i udało nam się pokonać 4,5 tysiąca kilometrów (z jednym skokiem samolotem, który pozwolił nam uniknąć trzydniowej przeprawy przez pustynię). Co prawda takie momenty jak przejazd nocnym autobusem przez najbardziej niebezpieczne dzielnice Miami jest dość emocjonującym przeżyciem, ale nie żałujemy swojej decyzji. Kiedy planowaliśmy podróż, w rozmowach ze znajomymi musieliśmy się mocno z niej tłumaczyć. Nikt nie rozumiał, dlaczego po prostu nie wypożyczymy samochodu i zrobimy tradycyjnego cross country, jak to się w Stanach robi. Nasze wyjaśnienia, że nie mamy doświadczenia i byłoby to dla nas bardzo stresujące, nikogo nie przekonywały. „Tak, tak, doświadczenie. Przyznajcie po prostu, że autobusy są tańsze od samochodu i dlatego je wybieracie” – śmiał się znajomy Amerykanin. Jeżdżenie greyhoundami, czyli amerykańskim odpowiednikiem PKS, okazało się jednak cenne z różnych powodów. Dopiero podróżując transportem publicznym byliśmy w stanie dostrzec społeczne różnice w poszczególnych częściach kraju. Okazało się na przykład, że między Bostonem a Nowym Jorkiem podróżują głównie młodzi, biali ludzie. W Kalifornii w czerwcu dominowali turyści, przede wszystkim brodaci, lekko przybrudzeni backpackerzy. Czasami podróżowaliśmy z amiszami. W biedniejszych stanach, przede wszystkim w okolicach Florydy i Luizjany, byliśmy często jedynymi białymi pasażerami. Czasem ktoś próbował nas nawracać na swoją religię, innym razem dochodziło do rasistowskich przepychanek. W niektórych częściach tego olbrzymiego kraju musieliśmy być bardzo egzotycznymi pasażerami, bo rozpoznawali nas, w kilkusetkilometrowych odstępach, kierowcy i panowie ładujący bagaże. Wszystko poszło sprawnie przede wszystkim dzięki smartfonowi, na którym na bieżąco sprawdzaliśmy połączenia – bez niego zdarzałoby się nam utknąć na kilka godzin w oczekiwaniu na kolejny autobus.

Ze smartfonem czy nie – mam nadzieję, że wszyscy dziś świętują Dzień bez Samochodu. Wszystkiego najlepszego z tej okazji!

San fran

[„Zrównoważone” taksówki w San Francisco]

[fot. Monika Arczyńska]

Szybkie miasto Gdynia

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wróciłam właśnie z wernisażu wystawy w Muzeum Miasta Gdyni: „Narodziny Miasta. Gdyński modernizm w dwudziestoleciu międzywojennym”. Frekwencja tak dopisała, że oczekujący przed budynkiem tłum ledwie wcisnął się do środka, a żeby cokolwiek zobaczyć, trzeba było energicznie rozpychać się łokciami. Warto jednak było to zrobić, bo wystawa jest przyzwoicie zaaranżowana, PR przyzwoicie zorganizowany (stąd te tłumy), pewnie nawet wino było przyzwoite, ale przez tę nadzwyczajną frekwencję nie dane było mi się do niego dopchać. Przyznam jednak, że obawiałam się nieco dwóch rzeczy. Po pierwsze – „powtórki z rozrywki”, czyli zdjęć i rysunków, które w Trójmieście wszyscy znają na pamięć z wielu publikacji wydawanych w ramach promocji modernistycznego dziedzictwa Gdyni. Większość fotografii nie była jednak wcześniej prezentowana i bijąca z nich energia kapitalnie oddaje atmosferę tamtych czasów oraz ewidentnej dumy z pierwszego powojennego portu. Po drugie bałam się konserwatorskiego przynudzania, tym bardziej, że równolegle odbywała się konferencja na temat waloryzacji modernistycznej architektury, a to, co interesuje praktyków i akademików, niekoniecznie jest strawne dla przeciętnego odbiorcy. A właśnie do przeciętnych odbiorców powinny być skierowane tego typu wystawy, bo modernizm nie jest najłatwiejszy w odbiorze i wiedzę o nim należy dawkować rozsądnie. Na szczęście rozsądek  został zachowany, nie ma nadmiernego roztkliwiania się nad niezauważalnymi dla laika szczegółami, za to świetnie pokazano coś innego: dynamikę powstawania miasta. Po decyzji o budowie portu populacja dawnej wsi przyrastała w szokującym tempie. Hasło „Szybkie miasto Gdynia”, jako parafraza „Wolnego Miasta Gdańska”, było w dwudziestoleciu znacznie bardziej aktualne niż dziś, gdy oba samorządy konkurują w dyscyplinie tempa rozwoju gospodarczego i nowych inwestycji. Pod tym względem Gdynia w międzywojniu przypominała Manhattan, tyle, że bez wieżowców, za to również z nowoczesną architekturą i infrastrukturą oraz ściągającymi zewsząd poszukiwaczami pracy lub przygód w błyskawicznie rozwijającym się mieście. Społeczny aspekt tego zjawiska, nieczęsto wspominany przy okazji dyskusji o gdyńskim modernizmie, wyraźnie zaznaczono na wystawie – substandardowe mieszkania biedoty ostro kontrastowały z luksusowymi śródmiejskimi apartamentami. Podobnie jak Nowy Jork, Gdynię w latach 20. dotknął kryzys. Modernizm okazał się wówczas tańszą, bo niewymagającą pracochłonnych detali, alternatywą dla bardziej tradycyjnej architektury, która początkowo dominowała w mieście. Ciekawostką jest zdjęcie robotników – prawdziwych budowniczych miasta, przypominająca słynną fotografię nowojorskich budowlańców odpoczywających na zawieszonej belce:

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Podobne skojarzenia ze znanymi z podręczników historii architektury obrazami można mieć oglądając zdjęcia, na których pojawiają się samochody. Zawsze bawił mnie kontrast między wysmakowaną nowoczesnością i prostotą modernistycznych budynków a staroświeckimi formami automobili. Zaskoczyło mnie jednocześnie, że przed wojną po gdyńskich ulicach jeździło całkiem sporo aut. W tamtych czasach własne cztery kółka były prawdziwym symbolem luksusu, więc faktycznie można było tu zrobić całkiem niezłe pieniądze. Ciekawe, czy znów na wzór amerykańskich karier – „od pucybuta do milionera”?

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Z ciemnej, lekko przytłaczającej wizualnie wystawy warto wyjść na taras, z którego rozciąga się widok na Gdynię – część ekspozycji w skali 1:1. Ten przyjemny widok na Zatokę, miasto oraz park pokazuje w absurdalnie wyidealizowany sposób zalety modernizmu – przestrzeń oraz nowoczesność. Słyszałam co prawda gdzieniegdzie głosy, że wystawa jest aż za bardzo piewczo-pochwalna, ale wydaje mi się, że na fali dumy gdynian z ich miasta nie jest to ton bardzo przesadzony. Nie przypadkiem Gdynia wygrywa regularnie we wszelkich rankingach na polskie miasto, w którym mieszka się najlepiej.  „Narodziny miasta” idealnie wstrzeliły się w przedwyborczy klimat.

Przyznam się po cichu, że miałam na wystawie do załatwienia pewien prywatny interes. Liczyłam, że wśród niepublikowanych wcześniej w polskich wydawnictwach zdjęć uda mi się odnaleźć pewien budynek – międzywojenną restaurację z dancingiem. Na jej tle sfotografowany jest mój dziadek z kolegami (dziadek to ten najprzystojniejszy, w kaszkiecie). Przyjechał do Gdyni przed wojną, pracował tam i domyślam się, że nieźle imprezował w takich właśnie modernistycznych przybytkach. Niestety, budynku nie było na wystawie, ale będę szukać dalej.

dancing

PS W drodze powrotnej z wernisażu postanowiłam przejść obok sąsiadującego z Muzeum Teatru Muzycznego. Trwa właśnie festiwal filmowy i pomyślałam, że może trafię na jakieś gwiazdy polskiej kinematografii. Gwiazd nie dojrzałam, ale nagle ktoś do mnie podbiegł z pytaniem „Przepraszam, czy Pani nazywa się Monika Arczyńska?”. Okazało się, że po zdjęciach z bloga rozpoznał mnie Piotr Szczepański z warszawskiego Instytutu Badań Przestrzeni Publicznej. Ha, przez chwilę sama poczułam się jak gwiazda!

[fot. Monika Arczyńska/kolega dziadka]

Bauma, ale nie kostka…

view_male

…tylko kościół według projektu Szczepana Bauma. Nie w Straszynie, mimo że już dawno zapowiadałam, że się tam wybiorę. Na razie wylądowałam bliżej, w gdańskiej dzielnicy Osowa*, żeby zobaczyć kościół pw. Chrystusa Zbawiciela.

Szykowny z tego budynku dwudziestopięciolatek i niesamowicie wyróżnia się spośród kościołów budowanych w Polsce w latach 80. Pewne elementy są jednak wspólne, między innymi dominują materiały najłatwiej dostępne w tym trudnym dla budownictwa okresie. Na elewacjach baranek , we wnętrzach – boazeria. Z tych prostych komponentów udało się jednak stworzyć nowoczesny budynek i dynamiczną bryłę. Kościół koniecznie trzeba obejść dookoła – perspektywa zmienia się w zależności od kąta patrzenia, wieża niekiedy znika nad „namiotem” głównej bryły, jednak z tyłu odkrywa niespodziankę. Schody i dzwony prześwitują w strzelistej szczelinie, która skojarzyła mi się z… rozsznurowanym gorsetem (hm, trochę nieprzyzwoicie, biorąc pod uwagę, że to kościół).

Budynek sprawia wrażenie, jakby na zasadzie przekory wszystkie jego elementy miały być zaprzeczeniem tradycyjnej formy i organizacji kościoła. Wieża usytuowana jest nie od frontu budynku, ale nad prezbiterium. Zamiast nawowego lub centralnego układu został zastosowany promienisty. Na tle typowej dla większości polskich kościołów dekoracyjności wyróżniają się surowe materiały i proste podziały. Nie umiem zdecydować, co podoba mi się najbardziej, bo poszczególne elementy są spięte w tak harmonijną całość, że trudno je wyodrębnić i ocenić indywidualnie. Konstrukcja oparta na promieniście ustawionych ścianach i żebrach? A może niepozorne wejście, które prowadzi – nietypowo – na schody? Czy drewniane okładziny sufitu? Wygrywają chyba jednak wystające w kierunku placu „pudełka” z minimalistycznym, zwłaszcza jak na czas ich powstania, materiałem i detalem. Do ich przeszklenia użyto witrolitów, które w latach 80. stosowano głównie w budynkach przemysłowych – Baum musiał być niezłym trendsetterem proponując je w projekcie kościoła. W środku czeka niespodzianka, bo neutralne w kolorze witrolity filtrują światło do wnętrza przez wściekle kolorowe witraże. Nie ma na nich żadnej typowej dla polskich kościołów figuratywności, tylko proste, geometryczne kształty. Takich smaczków jest więcej. Widać, że każdy detal został solidnie przemyślany i udało się wyegzekwować, również na etapie budowy, wiele niestandardowych rozwiązań (na przykład odprowadzenie deszczówki łańcuchami, a nie zwykłymi rurami spustowymi).

Szkoda, że tak niewiele współczesnych obiektów sakralnych w Polsce realizowanych jest z podobną formalną powściągliwością.

merc_male

[Łańcuch zamiast rury spustowej]

wejscie_male

[Od zewnątrz witrolity, od środka witraże]

wieza_male

[Rozsznurowany gorset?]

wnetrze_male

[Elementy konstrukcyjne biegnące promieniście od wieży]

*Sama Osowa zaskoczyła mnie pozytywnie – zawsze wydawało mi się, że to typowo sypialniana, czyli generalnie mało ekscytująca, dzielnica Gdańska. A tu niespodzianka. Pomimo zróżnicowanej – i formą, i wiekiem – zabudowy, nie jest wcale chaotycznie. Szerokie ulice są pełne zieleni. Kierowcy jeżdżą powoli i uważnie, po ścieżkach zasuwają dzieciaki na rowerkach,  spaceruje sporo uśmiechniętych starszych osób. Jest zadbany park i sporo nowej mieszkaniówki, w tym pierwsze w Trójmieście osiedle energooszczędne (ale o nim innym razem).

Co to ten corten?

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zwiedziłam dziś w końcu Europejskie Centrum Solidarności. Obejrzałam wszystkie dostępne kąty oraz ostukałam wszystkie okładziny, wzbudzając podejrzliwość wygarniturowanych ochroniarzy. Przypuszczalnie pilnowali bezpieczeństwa jakiegoś VIP-a, którego kolumna policji i limuzyn chwilę wcześniej prawie zmiotła mnie z roweru na estakadzie. Takich oglądających jak ja było znacznie więcej – budynek od początku wzbudzał zainteresowanie, ale i kontrowersje. Głównie z uwagi na budżet i okładziny z cortenu. Wiele nieznających tego materiału osób nie mogło zrozumieć, jak można było obłożyć taki drogi budynek jakąś tandetną blachą, która od razu zardzewiała. Może by go chociaż pomalować? Na szczęście lokalne media uparcie tłumaczyły, że „ten typ tak ma” i już chyba wszyscy w Gdańsku wiedzą, co to ten corten. Podejrzewam, że zastąpi wkrótce wszechobecną cegłę, którą większość architektów wybiera próbując odnieść się do gdańskiego genius loci. W każdym razie zwiedzający zaakceptowali ten materiał, co chętnie potwierdzali na końcu wystawy. Na układających się w logo Solidarności białych lub czerwonych karteczkach można zostawić swoją wiadomość i między podziękowaniami za wolność oraz deklaracjami solidarności z Ukrainą trafia się na takie komentarze:

03

Pamiętam, że kiedy ogłoszono wyniki konkursu na projekt ECS, przez chwilę byłam trochę zawiedziona, że wygrała lokalna pracownia, a nie jakaś światowa gwiazda. Z drugiej strony koncepcja Fortu wydawała mi się bardzo przekonująca, a poza tym zawsze miałam duże zaufanie do tego biura w kwestii trudnej sztuki przenoszenia projektu z papieru w rzeczywistość. Potwierdził to między innymi dobór materiałów i rozwiązanie detali w gdańskim centrum handlowym „Manhattan”. Budynek ma już ponad dziesięć lat, ale w przeciwieństwie do wielu innych trójmiejskich realizacji z tego okresu wcale się nie zestarzał. Obrósł niestety liszajem reklam, ale na to architekci nie mieli już wpływu.

Dzisiejsza wizyta w ECS skojarzyła mi się właśnie  z pierwszą wizytą w „Manhattanie”. Kiedy kończono jego budowę w 2003 roku, byłam jeszcze na studiach i z wielką niecierpliwością czekałam na otwarcie tego obiektu. Już zza siatek rusztowań było widać, że reprezentuje znacznie wyższą jakość niż ówczesne trójmiejskie realizacje i zdecydowanie odbiega standardem od innych centrów handlowych. Pamiętam, że w dniu otwarcia budynek nie miał jeszcze pozwolenia na użytkowanie. Aby uniknąć płacenia najemcom kar za opóźnienie, inwestor zatrudnił gromadę ochroniarzy, którzy mieli zapobiec wszelkim niebezpiecznym sytuacjom. Pomimo że podobnie jak w ECS stukałam i pukałam we wszystkie możliwe detale, ochroniarze nie zwracali na mnie uwagi. Większy problem stanowiły tłumy liczące na promocje lub prezenty z okazji otwarcia. Pod koniec zwiedzania natknęłam się na starszego kolegę z wydziału. Chodził z poważną miną i robił dokładnie to, co ja chwilę wcześniej – stukał i pukał. Zapytał, co tu robię. „Przyszłam pooglądać ciuchy” – zażartowałam, bo wydawało mi się oczywiste, co może robić student architektury w takich okolicznościach. „Phi, ja przyszedłem pooglądać detale” – odpowiedział i w tym jednym momencie kompletnie stracił do mnie szacunek. I mimo że nasze drogi często przecinały się w przyszłości, już nigdy, ale to nigdy nie był w stanie traktować mnie bez podejrzliwego dystansu…

[fot. Monika Arczyńska]

Modernizm, podpaski i Keanu

wystawa01_male

Teoretycznie miniony weekend każdy szanujący się architekt powinien był spędzić w Trojmieście. Nie dość, że w Gdyni twał Weekend Architektury, to na dodatek w Gdańsku odbyło się otwarcie Europejskiego Centrum Solidarności. Ponieważ program tegorocznego Weekendu wydał mi się mało ekscytujący, a w Centrum spodziewałam się (słusznie) dzikich tłumów, postanowiłam odpuścić trójmiejskie wydarzenia i pojechać do Torunia. Tam z kolei miał miejsce finał festiwalu światła Bella Skyway Festival, a poza tym chciałam jeszcze zdążyć na polecaną przez znajomych wystawę.

Mimo że bywam od czasu do czasu w Toruniu, do Centrum Sztuki Współczesnej zajrzałam po raz pierwszy. Mam mieszane uczucia wobec projektu Edwarda Lacha. Od zewnątrz nie jest najgorzej – prosta bryła kontynuuje mocno zdefiniowaną pierzeję, bez „gwiazdorzenia” w kontekście ulicy. Gorzej z wnętrzem, zwłaszcza z przestrzeniami ekspozycyjnymi, gdzie układ pomieszczeń i konstrukcji oraz szalone sufity mocno narzucają kompozycję wystaw. Zaskoczyły mnie również pozornie drobne niedopatrzenia, które mają ogromny wpływ na funkcjonalność budynku. W przestrzeniach wystawienniczych brakuje puszek podłogowych, w związku z czym zwiedzający potykają się o kable obsługujące instalacje wideo. Brak puszek nie stanowiłby problemu w miejscu, gdzie prezentowane jest tradycyjne malarstwo i rzeźba, ale sztuka współczesna, której przecież dedykowane jest Centrum, używa środków wymagających większej elastyczności w przestrzeni ekspozycyjnej. Zaskoczyły mnie również pustki w sobotnie przedpołudnie (liczba osób pilnujących wystawy przekraczała liczbę odwiedzających), martwy plac przed budynkiem i kompletnie niewykorzystany taras na dachu. Mogłaby tam przecież działać kapitalna knajpa kontrastująca z przyciasnawymi barami i restauracjami w kamienicach i piwnicach starego miasta.

Nie o budynku chciałam jednak pisać, ale o tym, co jest w nim obecnie zaprezentowane. W ramach festiwalu Tormiar przygotowano wystawę „Plastyka Toruńska. Architektura wnętrz 1945–2000”. Przeważają prace z lat 60. i 70., a prezentacji głównej towarzyszy indywidualna wystawa prac Franciszka Michałka, m.in. odtworzona sala kinowa w Łęczycy z graficzno-świetlnymi dekoracjami. Okazuje się, że toruńska plastyka stała na niezłym poziomie, a artyści oraz wnętrzarze odwalili kawał dobrej roboty pomimo oczywistych w tamtych czasach problemów.  Obiekty użyteczności publicznej – baseny, biblioteki, szkoły – bywały wówczas nierzadko realizowane według projektów typowych. Aby nadać im chociaż odrobinę indywidualnego charakteru, plastykom i wnętrzarzom zlecano zaprojektowanie dekoracji, mebli i oświetlenia. Otrzymywali również często zadanie adaptacji historycznych wnętrz, które zdarzało im się traktować ze sporą odwagą projektową . Używano dostępnych wówczas materiałów – głównie drewna, ceramiki lub metalu – a ponieważ i one bywały deficytowe, trzeba było radzić sobie innowacyjnymi metodami. W jednym z prezentowanych w CSW wywiadów pojawia się m.in. opowieść o uzyskiwaniu pożądanej faktury sufitów przy użyciu przyklejanej i malowanej kaszy gryczanej. Warto uzupełnić zwiedzenie tej wystawy wycieczką po prezentowanych obiektach. Przetrwało ich całkiem sporo, chociaż nie wszystkie w oryginalnej formie, ale trzeba przyznać, że toruński powojenny modernizm całkiem nieźle obronił sie przed wszechobecną styropianizacją. Może (na szczęście!) zabrakło pieniędzy na modernizację? Nie przetrwały, niestety, wszystkie wykończenia wnętrz na kampusie UMK, za to z szacunkiem potraktowano układ przestrzenny i istniejącą zabudowę uniwersytetu, dzięki czemu wizyta w miasteczku akademickim przypomina geograficzno-czasowe przeniesienie się do lat 70. w Danii. Warto tam zajrzeć, podobnie jak do hotelu Gromada, gdzie w  restauracji nie tylko zachował się oryginalny wystrój, ale nawet pachnie tam jak w PRL-owskiej stołówce. Prawdziwą perełką do niedawna były wnętrza dworca PKP z sufitem z aluminiowych trójkątów, ale niedawno rozpoczął się tam generalny remont. Sufit podobno ma zostać zdjęty i pozostanie pewnie tylko oryginalny witraż z dworcowego bufetu. Obawiam się, że nie ma szans, aby zachowano przepiękne kamienne okładziny i proste oświetlenie. Szkoda, że wnętrze nie zostanie po prostu odczyszczone, jak Dworzec Centralny w Warszawie, który po liftingu odzyskał dawny blask.

CSW_male

[Pustawy plac przed CSW]

wystawa02_male

[Dekoracje sali kinowej w Łęczycy, proj. F. Michałek]

wystawa03_male

[Fragment wystawy]

sufit01_male

[Sufit na dworcu PKP, przypuszczalnie już zdemontowany (zdjęcie sprzed kilku tygodni)]

Wystawa potrwa do 21 września i bardzo zachęcam do jej obejrzenia. Natomiast następna okazja do uczestniczenia w festiwalu światła nadarzy się dopiero za rok, ale kiedy tylko zostaną ogłoszone terminy kolejnej edycji, polecam zarezerwowanie sobie weekendu na wizytę w Toruniu. Instalacje i projekcie bardzo pozytywnie mnie zaskoczyły. Ze światłem już tak po prostu jest, że większość operujących nim pokazów, od fajerwerków po zmieniające kolory iluminacje, cechuje się ogromnym kiczem, jednak na toruńskim festiwalu kicz został świadomie zastosowany jako stylistyka wprowadzająca w oniryczno-marzycielski nastrój. Ulica Szeroka, główny deptak Torunia, zamieniła się w hybrydę włoskiego pasażu i krakowskich szopek. Eksplozja koloru i włoskie szlagiery stworzyły tak magiczną atmosferę, że spacer koronkowym pasażem stał się powrotem do wesołego miasteczka z okresu dzieciństwa – 10/10 punktów w skali romantyczności. Z kolei projekcja grupy the Macula na monumentalnej  fasadzie Collegium Maximum UMK, z elektroniczną muzyką i kosmicznymi motywami, przypominała czołówkę “Sondy”, ale użyto w niej również moich ulubionych w podobnych projekcjach motywów. Animacja odnosiła się do swojego architektonicznego tła i bawiła jego formą i fakturą. Fasada była dekonstruowana, przekształcana, burzona i deformowana optycznie jak w krzywym zwierciadle. Ogromny budynek, który zachwyca i bez żadnych projekcji, momentami oddychał rytmicznie, żeby za chwilę rozpaść się na kawałki. Na przeciwnym biegunie tej monumentalnej spektakularności znajdowała się kolejna z moich ulubionych instalacji, kameralna i intymna, z wierszami Szymborskiej szeptanymi z głośników przez osoby, których twarze wyświetlono na praniu rozwieszonym nad ulicą.

bella_01_male

[Włoski pasaż czy krakowska szopka?]

bella_02_male

[Zastanawiałam się, co za rozrzutni szaleńcy postanowili skonstruować tę ogromną, koronkową instalację ze stali. Następnego dnia, podczas demontażu, zagadka została rozwiązana: wszystkie elementy są wykonane z drewna]

drewno_male

[Fragment jednej z kameralniejszych instalacji z ciepłą barwą światła i zapachem świeżo ciętego drewna]

Odnośnie tytułu: jeśli hasła „Toruń” i „Bella” kojarzą się komuś z artykułami higienicznymi dla kobiet, potwierdzam, że to słuszne skojarzenie. Toruńskie Zakłady Materiałów Opatrunkowych SA to firma wytwarzająca środki opatrunkowe, ale najbardziej znana jako producent podpasek. Co prawda w materiałach festiwalowych zrezygnowano z charakterystycznego logo, ale pojawiający się między projekcjami spot ze śmiertelnie poważnym Keanu Reevesem reklamującym województwo „kijawsko-pomorskie” i imprezę z marką podpasek w nazwie doprowadzał mnie za każdym razem do ataków śmiechu:)

[fot. Monika Arczyńska]

Reklamy
%d blogerów lubi to: