Monthly Archives: Maj 2014

Gdy pali się ikona

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W piątek spaliła się spora część ponadstuletniej siedziby Glasgow School of Art. To najbardziej znany budynek projektu Charlesa Renniego Mackintosha*, szkockiego architekta uważanego za jednego z pionierów modernizmu (pomimo bogatej ornamentacji jego budynków – zgeometryzowanej secesji przypominającej wiedeńską). Przypuszczalnie zaczęło się od zwarcia rzutnika gdzieś w piwnicy, po czym ogień błyskawicznie się rozprzestrzenił, niszcząc m.in. niesamowitą śp. bibliotekę.

Kiedy przeczytałam tę informację, przypomniał mi 2008 rok i równie idiotyczny, bo też wywołany przez jakieś głupie zwarcie, pożar budynku Wydziału Architektury w Delft. To też była ikona architektury, choć nie aż tak spektakularna i znana jak uczelnia w Glasgow. Szkołę w formie wieżowca zaprojektowali van den Broek & Bakema (1956-1970). Wewnętrzne „ulice” łączyły usytuowane na krańcach budynku wysokie, przeszklone studia projektowe. Spędziłam tam jeden z najintensywniejszych okresów w życiu i nie mogłam nawet patrzeć na zdjęcia zasnutego dymem budynku – miałam wrażenie, że odchodzi stary, dobry znajomy. Sam wydział nigdy nie podniósł się po tym wypadku. Niby utrzymał reputację jednej z najlepszych szkół architektury w Europie, ale jakoś niewiele o nim ostatnio słychać. Po pożarze zajęcia zorganizowano najpierw tymczasowo w namiotach, później przeniesiono do całkiem sympatycznego budynku na kampusie, ale to już nie było to samo. Może innowacyjność holenderskiej architektury przepadła w starciu z kryzysem i przełożyło się to na jakość kształcenia, a może po prostu duch wydziału żył w budynku van den Broeka & Bakemy i nie da się go wkrzesić gdzie indziej. O tym właśnie duchu – niematerialnej warstwie architektury – pisze m.in. Kuba Snopek w wydanej właśnie książce o osiedlu Bielajewo.

Te dwa „szkolne” przykłady dają do myślenia, jak postrzegane jest zniszczenie dwudziestowiecznej ikony architektury. Budynki to nie obrazy – z uwagi na swoją funkcjonalność podlegają remontom, modernizacji czy przebudowom i rzadko udaje im się przetrwać przez lata w niezmienionej kondycji. Muszą mieć ogromną historyczną i artystyczną wartość, aby zostały objęte ochroną konserwatorską dopuszczającą wyłącznie zmiany utrzymujące ich oryginalną formę. Ale i tak wszystko zależy od ich wieku: powojenne budynki mają przechlapane. Nie chodzi nawet o brak szacunku do powojennego dziedzictwa, ale o to, jak odbierane są pomysły ich rekonstrukcji. Znaczenie mają materiały i technologia. Ręcznie wykonane kamieniarki czy stolarki, jak w Glasgow, bez względu na moment wykonania – stuletni oryginał czy znacznie młodszą kopię – mają „wbudowany” rzemieślniczy charakter i są niepowtarzalne. Wymieniane detale, nawet jeśli początkowo błyszczą nowością, szybko nabierają patyny. Nie mogą z nimi konkurować stalowe, przemysłowe w charakterze ramy przeszkleń czy fakturowane żelbetowe płyty okładzinowe z Delft. Rekonstrukcja tych komponentów byłaby zbyt doskonała i – właśnie – powtarzalna. Ich współczesna forma nie starzeje się, więc muszą zestarzeć się materiały, na to potrzeba jednak kolejnych kilkudziesięciu lat. A mowa przecież o pojedynczym obiekcie, a nie serii identycznych budynków. Prefabrykacja, o czym również wspomina Kuba Snopek, gubi unikatowość architektury i sprawia, że ich ochrona wydaje się mniej potrzebna.

Zniszczenia w Glasgow pewnie zostaną szybko odbudowane. Po szkole w Delft nie pozostały nawet fundamenty – nie mogłam ich w każdym razie znaleźć podczas ostatniej wizyty na kampusie. I chociaż niedługo po pożarze pojawiały się nieśmiałe sugestie odbudowy, nikt nie brał ich na poważnie. Rekonstrukcja żelbetowego wieżowca? Absurd. Powojenne budynki mają naprawdę przechlapane.

*Gdyby ktoś był bardziej zainteresowany Mackintoshem, to jest w Polsce ekspertka w temacie. Dorota Leśniak-Rychlak, prezeska fundacji Instytut Architektury i współkuratorka wystawy w polskim pawilonie na rozpoczynającym się już za chwilę weneckim Biennale, obroniła doktorat nt. wpływu jego twórczości na Europę Środkową.

[A tak wyglądała szkoła w Glasgow przed pożarem. Fot. Monika Arczyńska]

Reklamy

Klęska urodzaju

invite

Architekci zawsze się spieszą, zarywają noce i nie mają na nic czasu. To najbardziej zapracowana grupa zawodowa i już. Nawet, gdy akurat zdarzy się posucha w zleceniach, nie wypada się do tego przyznawać i najlepiej jak najszybciej znaleźć sobie jak najwięcej architektonicznych lub okołoarchitektonicznych zajęć, które szczelnie wypełnią grafik.Tak właśnie zrobiłam, kiedy kilka tygodni temu zaczęłam urlop w oczekiwaniu na kolejny projekt i… grafik właśnie pękł w szwach.

Na początku urlopu udało mi się nawet odpocząć po oddaniu poprzedniego projektu i porządnie ponadrabiać zaległości towarzyskie. Ale to, co zaczęło się dziać w tym tygodniu, to już prawdziwa klęska urodzaju. Wszystko odbywa się jednocześnie. Tydzień zaczął się od klejenia makiety gdańskiej kamieniczki z siedmiolatkami ze szkoły, do której chodzi córka przyjaciółki. Obiecałam już dawno, że podziałam na dzieciaki autorytetem poważnej pani architekt (nawet specjalnie miałam ubrać się na czarno) i termin, jak na złość, wypadł akurat teraz. Poza tym robimy duży konkurs z Menthol Architects, więc nie dosypiam. Oddanie w przyszłym tygodniu – proszę o trzymanie kciuków. Musiałam szybko skończyć dawno zamówiony przez Architekturę-Murator tekst. Na obu uczelniach, na których prowadzę zajęcia, zrobiło się ostatnio wyjątkowo intensywnie – przeprowadzałam właśnie pierwszy w życiu egzamin. Pewien instytut badawczy zgłosił się z propozycją współpracy, więc właśnie przebijam się przez stos papierów. Skończyłam też – wszystko w tym tygodniu – duże opracowanie w temacie, o którym napiszę więcej, kiedy tylko projekt ruszy (sprawa mocno kontrowersyjna, więc na razie nie zdradzam szczegółów). A do tego wszystkiego – tadam! – nagle przyszło zaproszenie na previews Biennale w Wenecji. To te dwa dni przed oficjalnym otwarciem, kiedy na Biennale „się dzieje” – obecni są wszyscy kuratorzy i wystawiający architekci, media zasuwają, żeby puścić w świat pierwsze relacje, a jury przyznaje Lwy. Poza tym, jak wspominałam w pierwszym blogowym poście, strzelają korki szampana i odbywa się wielki lans – zresztą reklama rolexa na zaproszeniu mówi sama za siebie. Można za to nagle niespodziewanie wpaść na niewidzianych sto lat znajomych, którzy przylecieli z drugiego końca świata. Są też starchitekci – będę ich uważnie wypatrywać i mam nadzieję, że uda mi się zapolować z aparatem na Zahę wsiadającą do gondoli (znajomi z biura przegapili taki widok, kiedy pierwszy raz pojechaliśmy na previews, nieszczęśni!). Będę jak blogerka modowa na Fashion Weeku i obiecuję dużą relację na blogu*. Hm, czy powinnam zacząć myśleć o „stylizacjach” na każdy dzień?

Pewnie również popularnym ostatnio zwyczajem blogerek wypadałoby teraz opublikować swoje zdjęcie w obecnym zapracowanym stanie – w piżamie, wśród rozgrzebanych rzeczy i kubków po kawie, ale może pozostawię taki ekshibicjonizm innym. Obawiam się, że czekałby mnie telefon od Mamy („Drogie dziecko, jak można pracować w takim bałaganie?”). Można, można, zwłaszcza, kiedy czasu na sen nie starcza. Za to poziom adrenaliny utrzymuje się tak wysoko, że dałam nawet wczoraj radę skoczyć na Noc Muzeów, żeby zobaczyć instalację świetlną studentów, a potem na szybkie wino z przyjaciółmi. Usiadłam później znów do komputera i pracowałam do 03:00 nad konkursem. Jedno wiem na pewno – klęska urodzaju to mój ulubiony rodzaj klęski!

*Pierwsza, na świeżo i na żywo, będzie w gdańskim IKM – przypuszczalnie 9 czerwca, ale jeszcze potwierdzę termin.

Fasada kontra facjata

Selfie_Venice

Na zdjęciach architektów nie ma ludzi. Na zdjęciach architektów nie ma też samych architektów. Są budynki. Czasem w całości, czasem w detalu, a czasem w kontekście. Nieudane zdjęcia dostają łatkę „reportażowe”, że niby od niechcenia, tylko po to, żeby jakiś obraz zachować na później, bo kto ma teraz czas szkicować w swoim moleskinie? Znudzona rodzina ogląda z grzeczności zdjęcia z podróży podpytując od czasu do czasu, kiedy w końcu pojawią się na nich ludzie. Ale architekt to często człowiek próżny i też ma niekiedy ochotę pojawić się na zdjęciu. Zwłaszcza kiedy są wakacje: opalona skóra, błysk w wypoczętym oku, nowe ray-bany na nosie. Do tego dochodzi nadzwyczaj przydatna umiejętność obsługi fotoszopa – usuwanie zmarszczek i pryszczy nie różni się zbytnio od usuwania znaków drogowych i latarni ze zdjęć do renderingów. Architekt czuje jednak, że nie wypada mu się fotografować, bo jak to tak: zdradzić fasady dla własnej facjaty?

Ale na szczęście są na to dwa sposoby: słit focie i selfies. Wiem, że niektórzy stawiają między nimi znak równości, ale intuicja (i sama nazwa) podpowiada, że selfie to autoportret, co zresztą sugerują alternatywne określenia: zdjęcie z rąsi czy samo***ka.

1. Słit focia
Jak twierdzi moja przyjaciółka, koncepcja słit foci uratowała wszystkie próżne, ale aspirujące dziewczęta. Próżne, bo każda chce mieć zdjęcie z dzióbkiem lub innej wystudiowanej pozie, a aspirujące, bo przecież to yntelygentne dziewczęta są i wdzięczyć im się przed obiektywem nie wypada. Ale teraz już można z pełną ironii intonacją powiedzieć „No to teraz zrób mi słit focię” i pozować do woli, a potem z odpowiednim opisem wrzucić na instagram. W przypadku architektów tekst ten jest tylko lekko zmodyfikowany: „No to teraz zrób mi słit focię na tle tego budynku Miesa” i pstryk – też jest co wrzucić na instagram. Można też robić głupie miny, żeby wyjść na architekta z poczuciem humoru i dystansem do siebie (bo to rzadkość, a oryginalność wśród klasy kreatywnej zawsze jest w cenie).

2. Selfie
Słowo 2013 roku według Oxford Dictionary. Klasyczne powinno być zrobione telefonem, najlepiej ajfonem, bo co to za architekt bez ajfona. Prawie jak architekt bez maca. Zasada jest w każdym razie taka sama, jak w przypadku słit foci: wszelkie selfie dozwolone, byle na odpowiednim architektonicznym tle i byle z wyraźnie ironicznym komentarzem. Ironii i to już na etapie samego pstrykania, wymagają zwłaszcza selfies ze starchitektami, bo wielu z nich ucieka przed wspólnymi zdjęciami jak gwiazdki seriali przed paparazzi. Inni wzruszają ramionami na zasadzie „co Ty mi tu będziesz cenny czas marnować” lub „mam ważniejsze rzeczy na głowie niż Twój instagram”. Ze starchitektem czy bez, trzeba tylko pamiętać o wyłączeniu dźwięku w telefonie, bo to obciach i pstrykać z jak największą częstotliwością. Wśród kilku głupich ujęć na pewno znajdzie się przynajmniej jedno korzystne z tymi nowymi ray-banami.

PS Również w temacie: w tym roku na prima aprilis ArchDaily opublikowało serię sfabrykowanych selfies przedstawiających gwiazdy architektury na tle własnych budynków. Zdecydowanie polecam.

[Zdjęcie to selfie zrobione w rosyjskim pawilonie na ostatnim Biennale. Na ray-bany było za ciemno. Pryszcze wyleczono fotoszopem.]

6 miesięcy z miastami na 6 liter

IMG_1643a

Dziś mija sześć miesięcy od pierwszego posta na blogu – czas na małe podsumowanie. Z okazji półrocznicy planowałam zafundować sobie najbardziej pretensjonalne z możliwych blogerskie zdjęcie, z kubkiem kawy na wynos i laptopem, ale było za ciepło na obowiązkowy dla architekta czarny golf. Postaram się bardziej na rocznicę.

Blogosfera blogosferą, architektura architekturą, ale największe znaczenie mają dla mnie te sprawy, które ze świata wirtualnego przekładają się na rzeczywisty. Skutki blogowania mogą być przeróżne – Charlize Mystery nawet nosa się dorobiła nowego, a Kasia Tusk działalności gospodarczej. Rozumiem, że wszystko przede mną, ale póki co takie są dotychczasowe efekty prowadzenia SIXLETTERCITY:

1. Piszę kilka razy szybciej niż zanim zaczęłam prowadzić bloga. Biorąc pod uwagę, że od czasu do czasu zarabiam pisaniem, to bardzo pożyteczna umiejętność.
2. Nawiązałam kilka branżowych kontaktów – błyskawicznych, bo dzięki SIXLETTERCITY bez zbędnego obwąchiwania było jasne, co mnie w architekturze wkurza albo cieszy (pozdrawiam Was mocno, Architecture Snoby).
3. Poznałam, na razie wirtualnie, innych blogerów i w planach są spotkania „na żywo”.
4. Odważyłam się publicznie wyznać miłość (Alejandro!!!).
5. Udało mi się odnowić znajomości z kilkoma osobami, z którymi przed laty urwał mi się kontakt. W najbardziej pokręconych przypadkach dotarły na bloga przypadkiem, szukając czegoś w sieci, po czym stwierdziły, że jeśli już ten palec Boży tak zadziałał, warto byłoby się przypomnieć.
6. Nie uzależniłam się od robienia selfies i pomimo założenia fanpejdża na Facebooku, dzięki któremu mam (pewnie złudne) uczucie oddzielenia spraw prywatnych od blogowych, nie skusił mnie ani Instagram, ani Twitter. Uff!

Niektóre aspekty blogowania nie przestają mnie jednak zaskakiwać. Na przykład w statystykach odwiedzin bloga mogę znaleźć informacje, jakie frazy wpisane w wyszukiwarki przekierowują internautów na SIXLETTERCITY. Z reguły to moje imię i nazwisko albo nazwa bloga, ale zdarzają się również niespodziewane perełki. Podczas gdy jestem w stanie zrozumieć powiązanie między hasłem „drogie zegarki męskie” a tym postem albo „odchody osła” a tym, fraza sprzed tygodnia wprawiła mnie w osłupienie. Trzymajcie się podłokietników: „jak robić sex z grubą żoną”.

[fot. Monika Arczyńska]

Rosyjskie wino musujące

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pytałam ostatnio znajomych, czy pamiętają, gdzie byli w chwili wstąpienia Polski do Unii. Okazało się, że to jeden z tych momentów, których nigdy się nie zapomina – Amerykanie mają tak z 9/11, Polacy z wprowadzeniem stanu wojennego i wspomnianą akcesją. Grudniowy poranek 1981 roku kojarzę co prawda z opowieści rodziców, którzy włączyli telewizor, gdzie zamiast koguta z czołówki „Teleranka” pojawił się Jaruzelski, ale 1 maja 2004 roku pamiętam dokładnie. „Ody do radości” słuchałam na Targu Węglowym w Gdańsku, gdzie o północy otworzyliśmy butelkę rosyjskiego wina musującego, którego historia okazała się trafnym symbolem następujących właśnie zmian. Wino przywiózł mi kilka tygodni wcześniej niejaki Dave, student architektury z Wielkiej Brytanii, który podróżując, po drodze z Moskwy postanowił zatrzymać się na chwilę w Polsce. Znaliśmy się z kolei z Holandii – robiliśmy staż w tym samym biurze. On w ramach unijnego programu Leonardo, ja jeszcze nielegalnie, bo przepisy nie pozwalały na pracę bez pozwolenia osobom spoza Unii. On bez żadnych administracyjnych przebojów, ja po ponadrocznej walce o wizę, którą ostatecznie dostałam dzięki uporowi pani obługującej zagranicznych studentów w Delft (dziękuję, Emmy!) oraz – przede wszystkim – atakowi płaczu w holenderskiej ambasadzie w Warszawie.

Pijąc z plastikowych kubków wino, które dotarło do Gdańska w wyniku tego złożonego unijno-pozaunijnego łańcuszka wyjazdów i znajomości czułam, że czeka nas wszystkich coś ważnego. Ważnego prywatnie, zawodowo, architektonicznie. Gdyby nie Unia, może nie wyjechałabym z Polski, żeby liznąć większego architektonicznego świata. Nasze kwalifikacje są uznawane w całej Unii i nikt już ze zdziwieniem nie patrzy, że polscy architekci umieją włączyć komputer (tak, mam takie doświadczenia sprzed 2004 roku). O tym, jak bardzo zmieniła się na plus jakość polskiej architektury, nawet nie wspominam. Europa straciła dla nas wewnętrzne granice, skurczyła się i cieszę się, że mogę w tym wszystkim uczestniczyć. A z okazji dziesięciolecia rozszerzonych możliwości zaryzykuję mandat za spożywanie alkoholu w miejscach publicznych i wypiję znów szampanskoje igristoje. Z plastikowego kubka, pod gołym niebem, nucąc „Odę do radości”. Wszystkiego najlepszego na kolejną dekadę!

[Na zdjęciu flagi przed Parlamentem Europejskim w Strasburgu. Fot. Monika Arczyńska]

Reklamy
%d blogerów lubi to: