Category Archives: Dublin

Monarchitektura pocztowa

stamp.jpg

Księżna Kate i książę William odwiedzają dziś Gdańsk, a ja oglądam sobie znaczki Poczty Królewskiej. Głównie jeden znaczek, ze specjalnej serii poświęconej współczesnej brytyjskiej architekturze – obok rozbudowy Tate Modern, Edenu czy biblioteki w Birmingham znalazło się tam także Giant’s Causeway Visitor Centre.

Patrzę na ten kamienny narożnik i przypominają mi się długie godziny spędzone na kombinowaniu, jak pogodzić restrykcyjną geometrię z materiałem – lokalnym bazaltem, który kompletnie nie nadawał się do celu, w jakim zamierzaliśmy go użyć.  Kilka razy modyfikowałam podziały bloków, bo w trakcie budowy okazało się, że nie da się pozyskać wymaganych wielkości. A bloków było ponad 14 tysięcy, wszystkie docinane pod kątem i ręcznie montowane w elewacjach. Na północnym wybrzeżu pada wyjątkowo często, a zimno jest potwornie przenikliwe i kiedy przypomnę sobie kamieniarzy cierpliwie układających w mżawce zimne bloki kamienia, myślę o nich z podziwem i wdzięcznością. To wspólna, świetna robota ogromnego zespołu – projektantów, wykonawców, klienta – i cieszę się, że została wyróżniona w ten sposób. Gratulacje dla wszystkich!

PS O projekcie pisałam więcej tutaj.

Reklamy

Kartony, wszędzie kartony!

KUCHNIA.jpg

Znów zmiany mieszkaniowe – mam nadzieję, że to już ostatnia przeprowadzka w tej dekadzie. Nienawidzę pakowania i rozpakowywania oraz szukania rzeczy, które tak dobrze schowałam, że nie da się ich znaleźć. Tym razem, zamiast szaleńczo starać się opanować przeprowadzkowy chaos, zgodnie z wyznaczonym na ten rok hasłem „równowaga” spakowaliśmy się błyskawicznie i pojechaliśmy do Jastarni, żeby nacieszyć się wiosną, a nie sprzątaniem. Słońce, plaża i dorsze tak nas naładowały energią, że nawet życie na kartonach nie przeszkadza nam za bardzo. Nawet, jeśli oznacza to jedzenie z kartonu (na szczęście mamy niedaleko sympatyczną pizzerię).

Zastanawiam się, czy architekci mają ponadprzeciętne predyspozycje przeprowadzkowe. Nie chodzi mi o częstotliwość przenoszenia się z miejsca na miejsce czy umiejętność urządzania nowych mieszkań, ale o samo przenoszenie dobytku. Teoretycznie nasza wyobraźnia przestrzenna powinna nam pozwolić efektywniej zapakować kartony i lepiej przewidzieć kolejność rozpakowywania. Moim największym problemem jest zwykle ustalenie, ile należy przygotować pudeł i skrzynek – zawsze kończą się zbyt szybko. Raz przydarzyła mi się jednak odwrotna sytuacja. Przeprowadzając się z Dublina do Gdańska, skorzystałam z usług firmy transportowej, która miała w ofercie przewożenie dobytku liczonego nie w kilogramach, ale w metrach sześciennych. Pomyślałam, że wszystkie książki, garnki i torebki zajmą tych metrów co najmniej kilka, a tu niespodzianka. Wiecie, jaki pojemny jest jeden metr sześcienny? Tak pojemny, że chociaż początkowo planowałam zutylizować takie rzeczy jak wieszaki na ubrania czy podstawowe kuchenne sprzęty, zmieściło się wszystko, łącznie z rowerami. Od tamtej pory podczas projektowania traktuję metry sześcienne z dużym respektem:)

[Fot. Łukasz Pancewicz]

Grafton Architects czyli klops, wino i poezja

img_1594

Podczas otwarcia ubiegłorocznego weneckiego biennale catering słabo dopisał. To pewnie wpływ kuratora – Alejandro Araveny – narzucił rezygnację z tradycyjnie lejących się hektolitrów prosecco i ton zakąsek. Niby nie po to się przyjeżdża, ale dwa dni bezustannego odwiedzania wystaw i pawilonów jest tak męczące, że trzeba je przerywać podładowaniem baterii kawą (na szczęście dostępną prawie wszędzie), jedzeniem oraz alkoholem i tę potrzebę zwykle idealnie spełniają otwarcia pawilonów. Tym bardziej, że szkoda czasu, żeby zatrzymywać się na dłużej w niemiłosiernie zapełnionych restauracjach. Tym razem – klops. Co ja piszę, żadnych klopsów nawet nie było. Dlatego z wielką ulgą zauważyliśmy, że wystawa krajów afrykańskich wyłamała się i serwowano tam nie tylko całkiem sympatycznie wyglądający finger food, ale i wino! Zachowaliśmy się potwornie stereotypowo – Polacy i alkohol to przecież nierozłączna para – ale na kogo trafiliśmy przy tym cudownym winopoju? Oczywiście na Irlandczyków, którzy zachowali się równie przewidywalnie jak my. Pogadaliśmy chwilę ze znajomymi chłopakami z Grafton Architects, zamieniliśmy parę słów z Yvonne Farrell i ruszyliśmy zwiedzać dalej.

img_1564

Przedwczoraj ogłoszono, że Shelley McNamara i Yvonne Farrell z Grafton Architects będą kuratorkami przyszłorocznego Biennale. Cieszę się ogromnie, bo nie dość, że to absolutnie wspaniałe projektantki, to na dodatek Irlandki, kobiety, no i równe babki, które zamiast prowadzić dyskusje z innymi starchitektami, idą na darmowe wino z własnym zespołem.

img_1584

Zdaję sobie sprawę, że irlandzka architektura jest w Polsce nieco egzotyczna i takie biura jak Grafton, O’Donnell+Tuomey czy nasze niewiele mówią. Za to świat zerka w stronę Dublina ze sporym zainteresowaniem. Z kimś, kto urodził się w surowym irlandzkim krajobrazie, zostają do końca życia szorstkie faktury, deszcz, który zmienia kolor i połysk kamienia, kontrasty między czarnymi skałami a białą morską pianą i najpiękniejsze światło świata. Stąd irlandzka architektura jest dość „rzemieślnicza” – dużo tam drewna, cegły, surowego betonu, kamienia i ręcznie wykonywanych elementów. Jeśli pojawiają się wyrafinowane technicznie elementy, to nigdy wyzywająco high-techowe, ale raczej popychające materiały budowlane do granic ich właściwości – zadziwiająco lekkie przeszklenia albo niestandardowo użyty kamień. I chyba trzeba również urodzić się Irlandką lub  Irlandczykiem, żeby wpleść w projekty trochę poezji. To gra ciepła i chłodu, światła i cienia, dźwięku i ciszy – tak jest także w projektach Grafton. Solstice Arts Centre w Navan, gdzie niezwiązana z architekturą znajoma pytała, czy „te betonowe ściany będa kiedyś pomalowane”? Za każdym razem odwiedzając okolice Merrion Square zachwycałam się kamienną fasadą w Department of Finance, a używając skrótu przez Trinity College w centrum Dublina, wychodziłam ulubioną furtką przy rozbudowie Mechanical & Manufacturing Engineering Department. Jednak to nie irlandzkie realizacje Graftonek, jak je zwykle pieszczotliwie nazywam, zrobiły na mnie największe wrażenie. To budynek Uniwersytetu Bocconi w Mediolanie. Został ukończony w momencie, kiedy dopiero zaczynał się kryzys, więc nie szczędzono na niego euro, ale ogromny budżet został wydany na kawał świetnej architektury. Bocconi został ogłoszony najlepszym budynkiem roku na World Architecture Festival, znalazł się w finale Miesa i zdobył wiele innych nagród. Odwiedziłam go przy okazji wizyty na EXPO w 2015 roku i muszę przyznać, że chociaż podejrzewałam wcześniej ostre fotoszopowanie prasowych zdjęć, budynek jest jeszcze bardziej niesamowity na żywo niż na fotografiach. Akurat był weekend i w dodatku odbywał się tam remont, więc nie wszędzie udało mi się wejść, ale polizanie przez szyby absolutnie przepięknych wnętrz wystarczyło, żeby wpisać ten obiekt na moją prywatną superlistę. Czy muszę dodawać, że równolegle pstrykała zdjęcia cała pielgrzymka architektów?

Wypijmy więc za następne biennale! Najlepiej guinessem, irlandzką whiskey albo.. darmowym winem:)

IMG_1545.jpg

Jak można nie dopuszczać ludzi do TAKIEJ fasady???

img_1617

I jeszcze przykrywać ją rusztowaniami?

img_1558

Na szczęście można było zobaczyć jedno z bezdyskusyjnie najpiękniejszych przeszkleń na świecie

[Fot. Łukasz Pancewicz, Monika Arczyńska – wszystkie zdjęcia z Bocconi]

Św. Mikołaj

Nie, nie będzie ani o świętach, ani o prezentach, ani o reniferach. Będzie o kościele św. Mikołaja, położonym w niemieckim Anklam, blisko granicy, bo nieco ponad godzinę pociągiem ze Szczecina. Kościół został poważnie zniszczony w czasie wojny i przez wiele lat czekał na lepsze czasy bez sklepień, dachu i szczytu wieży. Kilka lat temu doczekał się nowego dachu, a obecnie pracujemy nad propozycją zorganizowania w środku muzeum Otto Lilienthala, stworzenia punktu widokowego na wieży oraz budowy informacji turystycznej. To projekt, którym zajmuję się obecnie najbardziej intensywnie i parę dni w ubiegłym tygodniu spędziłam w Anklam i w Berlinie. Lubię Berlin (w końcu ma sześć liter, podobnie zresztą jak Anklam:) i zdecydowanie bywam tam rzadziej, niż bym chciała. Dlatego cieszy mnie rozpoczęcie współpracy z niemieckim oddziałem naszego biura.

Skoczyłam zobaczyć kościół oraz spotkać się z projektantami wystawy. To beier + wellach, którzy mają biuro w berlińskim Taut Haus. Tak wyposażonej modelarni nie widziałam już dawno w żadnej pracowni – wykonywane są tam nie tylko makiety wystaw, ale i prototypy ich elementów. Wśród mnóstwa dziwnych przedmiotów najbardziej rozbawiły mnie figurki zwierząt w odpowiedniej skali z projektu zoologicznej ekspozycji:)

img_2300

Widok na kościół z rynku (po prawej historyzująca architektura, którą zastępowane są powojenne bloki)

Anklam było lokowane w XIII wieku na prawie lubeckim i stanowiło kiedyś ważny hanzeatycki ośrodek. Obecnie to nieco zapomniane, senne miasteczko. Wygląda jak typowe pomorskie miejscowości: kwadratowy rynek, rzeka, ciężki ceglany gotyk, regularny układ zabudowy z nieregularnym obrysem. Trochę przypominało mi Chełmno – ma zbliżoną wielkość i liczbę mieszkańców, ale przetrwało tu zdecydowanie mniej oryginalnej zabudowy i nie ma tam wzgórz, dzięki którym Chełmno należy do najbardziej malowniczych miasteczek w Polsce.

img_2357

Repliki latających machin

Kościół robi wrażenie. Jest ogromny, przyciężkawy i świetnie prezentuje się w nieco „ruinistycznej” wersji – brak sklepień sprawia, że wnętrze jest znacznie wyższe niż w oryginalnej wersji. Pod dachem podwieszone są repliki latających machin Otto Lilienthala i innych pionierów lotnictwa, w tym balony, szybowce i dwupłatowce. Muzeum ma przedstawiać drogę od piewszych eksperymentów związanych ze wznoszeniem się w powietrze (od Ikara – stąd nazwa instytucji – IKAREUM), aż do współczesnych wynalazków i technologii. Można wejść na wieżę i rozpościerają się stamtąd naprawdę piękne widoki, zwłaszcza w słoneczny, zimowy dzień. Wyobrażam już sobie, jak niesamowicie będzie je oglądać ze znacznie większej wysokości!

img_2328

Widok z wieży na rynek

img_2349

Widok na okolice Anklam

Jest tylko jedna kwestia, która wzbudza moje obawy: język. Dla moskiewskiego projektu musiałam podszlifować solidnie rosyjski. Tym razem przydałby mi się niemiecki – mimo że uczyłam się go w szkole, nigdy nie miałam okazji go używać. Na spotkaniach (niestety, nie wszystkie udaje się prowadzić po angielsku) rozumiem piąte przez dziesiąte, ale mam nadzieję, że co nieco będzie mi się przypominać w trakcie projektu. Na kolejny kurs językowy niestety nie znajdę w tym roku czasu.

Uff, jak dobrze, że istnieje Google Translator…

[Fot. Monika Arczyńska]

Żegnaj, 2016

Adria_male.jpg

Żegnaj, 2016,  nie będę za Tobą tęsknić. Wiem, że nie tylko ja z ulgą mówię ci „do widzenia”. Zbyt wiele niedobrych rzeczy wydarzyło się na świecie i ze zbyt dużą niepewnością zaczynamy 2017.

To był dla mnie wyjątkowo trudny rok. Trudniejszy niż kończenie doktoratu równolegle z pracą. Trudniejszy niż przeprowadzki między krajami i trudniejszy nawet niż kolejne lata rozłąki z moim osobistym urbanistą. Zawodowo wszystko wygląda świetnie – wkrótce premiera naszej strony internetowej, mamy więcej zleceń niż jesteśmy w stanie zrealizować bez zarywania nocy i weekendów. Niedługo zostanie wydana nasza pierwsza książka – podręcznik planowania. Studenci znów dali czadu i zrobili świetne – i wykorzystane przez urząd miasta! – opracowanie na temat Długiej i Długiego Targu w Gdańsku. OSSA również wypadła fantastycznie. Za mną kolejne etapy współpracy z powstającym w Gdańsku Muzeum Sztuki Współczesnej oraz z Heneghan Peng. Dublińskie biuro zaliczyło wyjątkowy rok – w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy ukończylismy niemal tyle budynków, ile od momentu powstania pracowni w 2001 roku. To tłumaczy, dlaczego w biurze panuje nieco grobowa atmosfera i nawet świąteczna impreza skończyła się nadzwyczaj wcześnie – wszyscy sa okrutnie zmęczeni. Dla mnie najważniejsze były oczywiście te projekty, przy których pracowałam, czyli akademiki w Maynooth, przebudowa Galerii Narodowej w Dublinie oraz Muzeum Palestyny. Jego otwarcie to zdecydowanie najważniejsze wydarzenie architektoniczne roku, w jakim miałam okazję uczestniczyć, ważniejsze niż weneckie biennale czy triennale w Oslo (moje relacje z obu w bieżącym i kolejnym numerze Architektury-Murator). Dużą część roku zajęła mi praca nad Wielkim Muzeum Egipskim w Kairze oraz Narodowym Centrum Sztuki Współczesnej w Moskwie, ale to tak specyficzne i ogromne przedsięwzięcia, że ich opisywanie byłoby raczej opowieścią o polityce, a nie architekturze. A polityki mam w tym roku zdecydowanie dość. Cieszy mnie więc nowy projekt i sympatyczna zmiana skali – niemieckie Anklam, gdzie we wnętrzach gotyckiego kościoła św. Mikołaja projektujemy muzeum Otto Lilienthala, jednego z pionierów lotnictwa.

Staram się regularnie publikować na blogu, chociaż z uwagi na nadmiar pracy i częstotliwość wyjazdów miałam mniej czasu na komentowanie bieżących wydarzeń. Blog to taki mój ekwiwalent mówienia do ludzi. Bo jeśli podsumowanie poprzedniego roku miało hasło przewodnie „ludzie”, teraz powinnam raczej napisać, że „chcę do ludzi”. Życie towarzyskie, które wcześniej kwitło, nagle zniknęło. Kiedy ktoś kiwa głową ze współczuciem „Oj, musi Ci być ciężko pracować na dwa etaty”, zaczynam się gorzko śmiać, bo chciałabym, żeby to były tylko dwa. Nie co roku trafiam do szpitala i nie co roku do szpitala trafia mój osobisty urbanista. Nie co roku robię ciągnące się miesiącami generalne remonty. Nie co roku brakuje mi czasu i energii, żeby zrobić coś, co nie będzie związane z pracą. I chociaż powinnam być zadowolona, że wyszłam z tego wszystkiego zwycięsko, zmęczenie przesłania satysfakcję.

Dlatego na 2017 rzucam hasło: „równowaga”.

[Fot. Łukasz Pancewicz]

 

Historia lubi się powtarzać

img_1555

Historia lubi się powtarzać. Dokładnie rok temu, podobnie jak teraz, byłam w Dublinie na świątecznej imprezie i wpadłam przy okazji na budowę Galerii Narodowej.  Wówczas spotkałam się z dziennikarką DETAIL Magazine w sprawie Giant’s Causeway Visitor Centre, a tym razem o projekcie zamierza pisać L’Architecture d’Aujourd’hui (nigdy nie nauczę się wymawiać nazwy tego czasopisma!). Rok temu zaraz po corocznej wizycie w Dublinie pędziłam na KOD-owską manifestację, a tym razem na gdańskim proteście pod siedzibą Sam-Wiesz-Jakiej partii pojawiłam się z walizką, prosto z podróży. Druga połowa grudnia zaczyna mi się powoli kojarzyć wcale nie z kupowaniem prezentów, ale z Irlandią, branżową prasą i politycznymi manifestacjami.

W przyszłym roku wizyta w Galerii Narodowej nie będzie już jednak wizytą na budowie. Prace właśnie się zakończyły i chociaż nie mogę jeszcze pokazać żadnych zdjęć (muszę poczekać do oficjalnego otwarcia – chodzi o to, aby nie zepsuć niespodzianki), zapewniam, że efekt jest powalający. Budynek nie przypomina już dawnej dusznej, zakurzonej galerii, w której sama zawsze pomijałam co najmniej dwie sale, bo komunikacja w budynku była prawdziwym labiryntem. Pomijałam je w sumie bez żalu, uciekając jak najszybciej z sal z niewystarczającą wymianą powietrza – nareszcie można tam swobodnie oddychać. Galeria nie straciła jednak swojego wiktoriańskiego uroku. Sprawdziła się zasada, że specjalistom warto zaufać: architekci zajmujący się konserwacją zabytków doradzili kolorystykę i wykończenia jak najbardziej zbliżone do oryginalnych. Nie ma tam uwielbianej przez współczesnych projektantów czystej, matowej bieli, ale złamane odcienie z lekkim połyskiem, które pięknie podkreślają detale wnętrz. Cieszę się, że udało mi się zobaczyć sale przez powieszeniem obrazów i ciekawa jestem, jaki będzie ostateczny efekt, gdy najbardziej wyraziste elementy wnętrz – ściany w soczystych wiktoriańskich kolorach – staną się tłem dla kolekcji.

Ale te zielenie, czerwienie i błękity są mało ważne. Drodzy Czytelnicy, życzę Wam spokojnych świąt. Spokoju nigdy za dużo, a żeby mogli go doświadczyć również mieszkańcy pewnego dalekiego miasta na sześć liter, przyjrzyjcie się, proszę, możliwości wsparcia Aleppo: PAH.

Niech ta historia nigdy się już nie powtórzy.

[Fot. Monika Arczyńska]

Santander

Piano

Kilka lat temu odwiedzałam w Delft siedzibę Octatube, założonej przez prof. Micka Eekhouta firmy, która projektuje i wykonuje nietypowe elementy architektoniczne, głównie przeszklenia. To oni wymyślili i zrealizowali m.in. szklane fasady w Markthalu MVRDV w Rotterdamie, gdzie szkło trzyma się na kablach, które działają jak żyłki rakiety tenisowej, elastycznie reagując na obciążenia wiatrem.Współpracowaliśmy z nimi – najlepszymi, a przy okazji najsympatyczniejszymi wykonawcami,  z jakimi miałam kiedykolwiek styczność – przy okazji projektu w Giant’s Causeway oraz Galerii Narodowej w Dublinie. Wkrótce otwarcie Galerii, a jedną z najbardziej oczekiwanych części projektu jest udostępnienie historycznego dziedzińca, o którego istnieniu prawie nikt nie wiedział. Octatube przekryli go szklanym dachem opartym na szklanych belkach – jest tak lekki i przezroczysty, że w słoneczny dzień niemal znika. Kiedy odwiedzałam ich położony na kampusie Politechniki w Delft warsztat, pokazywali mi kilka prototypów. Jednym z nich była kładka The Botin Centre w Santander projektu Renzo Piano. Miała być wyjątkowo lekka wizualnie pomimo sporej rozpiętości – skakałam po niej jak dzieciak sprawdzając ugięcie.

octatube

Warsztat Octatube w Delft

Ustalając trasę wakacyjnego wyjazdu, pomyślałam, że może będzie okazja poskakać już nie po prototypie, ale po ukończonej kładce. Nazwa „Santander” kojarzyła mi się wyłącznie z bankiem i trochę brakowało mi argumentów, dlaczego akurat tam powinniśmy pojechać. Ponadto mój osobisty urbanista przeczytał gdzieś, że to co prawda malownicze, ale dość nudne miasto i namawiał mnie, żeby może lepiej je ominąć i ruszyć od razu do Bilbao. Uparłam się jednak i okazało się, że intuicja mnie nie zawiodła – miasto okazało się piękne i zaliczyłabym je do mojej ulubionej urbanistycznej kategorii – „świetne do życia”. Czyli nie za duże, ale na tyle duże, aby zapewniać większość potrzebnych usług i wiele miejsc pracy w różnych branżach, zielone i przyjazne dla pieszych, nadmorskie, ale nie typowo turystyczne, z kilkoma eleganckimi miejscami, ale bez aspirowania do pozycji globalnej metropolii.

The Botin Centre jest jeszcze w trakcie realizacji, więc nie byłam w stanie ocenić, czy udało się wykombinować rozwiązanie dla szalonych ugięć kładki, ale sam obiekt zapowiada się sympatycznie. Co prawda elewacja jest niemalże kopią Selfridges w Birmingham Future Systems, ale darzę te aluminiowe dyski sporą sympatią i nie zamierzam się w związku z tym czepiać:)

santander-03

The Botin Centre znajduje się tuż przy brzegu morza, zaraz przy ścisłym centrum miasta i obok niewielkiego parku z wielkim placem zabaw, karuzelą i absolutnie przeuroczym modernistycznym „grzybkiem” z winem i kawą. Tak, proszę Państwa, modernizm potrafi być uroczy!

santander-05

A dalej, wdłuż nadmorskiej promenady, kolejne architektoniczne atrakcje. Jedna z nich wydała nam się szczególnie powalająca – Palacio de Festivales de Cantabria (proj. Francisco Javier Sáenz de Oiza, 1986-90). Takie pomo, że Graves i Stirling przy nim bledną. Jest wielki, ostentacyjny i ostentacyjnie symetryczny, kolorowy, z pasiastą okładziną z kamienia i wieżami. To wszystko sprawia, że nie da się przejść obok obojętnie. Pałac jest niekwestionowanym królem promenady i żaden Renzo Piano nie jest w stanie go zdetronizować.

pomo.jpg

Na promenadzie można trafić również na współczesne elementy-samograje, jak betonowo-drewniane siedziska. Przypominają mi czarne szezlongi Romka Rutkowskiego na wrocławskim Nowym Targu – jeśli docelowo stanie tam zapowiadana fontanna, to mam nadzieję, że plac zacznie działać jak ten zakątek w Santander. Patrzenie na wodę i słuchanie jej szumu jest zdecydowanie bardziej relaksujące od telewizji, a miejsce służy i starszym spacerowiczom, i nastolatkom przychodzącym tu na wino z gwinta, i migdalącym się parom (niektóre szezlongi są dwuosobowe). I chociaż zdaję sobie sprawę, że to nie jest projektowe mistrzostwo świata, a podobnych miejsc w miastach jest mnóstwo, cieszy mnie, że ta prosta interwencja tak dobrze działa.

santander

Przypadkiem trafiliśmy też na rewitalizowany obszar niedaleko centrum. Wylądowaliśmy tam poszukując knajp rybnych przy porcie rybackim – w Barrio Pesquero jest ich mnóstwo, w prostych parterowych pawilonach. Na zewnątrz stoją grille ze skwierczącymi sardynkami i wielkie patelnie z paellą, pachnie rybą i jest cudownie siermiężnie. Widać za to, że ta dość zaniedbana dzielnica przeszła niedawno lifting. Okazuje się, że w całej Europie przepis na rewitalizację jest jeden. Bez względu na lokalizację zawsze pojawiają się te same elementy (oczywiście poza tablicą informacyjną z niebieską flagą i wianuszkiem żółtych gwiazdek):

  • lokalne centrum kultury
  • nowo zasadzona zieleń na ulicach
  • spowolnienie ruchu lub uregulowanie kwestii parkowania (w Barrio Pesquero tę robotę odwalają betonowe kulki)
  • mural, grafitti, malunki przygotowane przez lokalne dzieci albo jakakolwiek inna „sztuka”
  • plac zabaw
santander-01

Pd lewej: centrum kulturalne, nowo zasadzone drzewka i betonowe kule uniemożliwiające parkowanie przy wąskiej ulicy

santander-02

Plac zabaw, ławki, mural

To oczywiście nie wszystkie, ani nawet najważniejsze punkty Santander. To te, na które zwracają uwagę architekci (na pintxos i wino czas był wieczorami). Zwróciliśmy uwagę na jeszcze jedno: całe miasto upstrzone jest… filiami banku Santander:)

CDN

[Fot. Monika Arczyńska/Łukasz Pancewicz]

Praca za granicą – jak się za to zabrać?

PALESTYNA.jpg

Dziś strajk, więc teoretycznie na blogu powinno być cicho, ale po pierwsze post napisałam wczoraj, po drugie na zdjęciu jestem ubrana na czarno (pod kamizelką oczywiście), a po trzecie wyjazd za granicę to też sposób na ominięcie barbarzyńskiego prawa, które – mam nadzieję – nie zostanie wprowadzone.

Niedawno napisała do mnie studentka Politechniki Gdańskiej z prośbą o kilka porad, jak zabrać się za planowanie wyjazdu za granicę. Czy to w ramach gap year, czy wyjazdu na wolontariat albo staż, czy jako odcięcie pępowiny, bo przecież nie każdy wyjeżdża z rodzinnego domu na studia – z każdego z tych powodów warto*. Nie ma lepszej szkoły życia niż konieczność odnalezienia się w innym kraju, innym kręgu kulturowym, wśród nowych ludzi, gdzie używa się obcego języka. A jeśli jest to wyjazd do pracy, to jeszcze lepiej, bo w tym całym intensywnym trybie organizowania sobie życia w nowym miejscu człowiek przestaje się krępować zadawać głupie pytania i przyznawać, że czegoś nie wie. Nie ma szybszej metody uczenia się fachu.

Dziś będzie tylko o wyjazdach do pracy – Erasmusy i stypendia to inna bajka (do tego też oczywiście namawiam, zwłaszcza do zrobienia całego magisterskiego kursu za granicą). Istnieją jednak programy stażowe, dzięki którym wyjazd można zorganizować łatwiej. Na pewno warto zerknąć na programy IAESTE i Leonardo – jeśli znacie inne, będę wdzięczna za informację w komentarzach.

A oto kilka rad – niektóre wynikają z mojego własnego doświadczenia, inne z doświadczenia znajomych i studentów, którzy zdecydowali się na różne kraje i ścieżki kariery. Jeśli chcielibyście podzielić się własnymi uwagami i doświadczeniami, zapraszam do komentowania – dzięki temu powstanie praktyczny poradnik dla zainteresowanych wyjazdem osób.

Dobra koniunktura = dobry kierunek

Warto wyjeżdżać tam, gdzie dużo się buduje. Jeśli na widokówkach z jakiegoś miasta zaczynają dominować zdjęcia dźwigów, jak niegdyś z Berlina, to znaczy, że warto się tam wybrać. Zapotrzebowanie na architektów jest w takich miejscach na tyle duże, że zostaniecie natychmiast rzuceni na głęboką wodę i będziecie projektować, a nie rysować toalety. Trzeba się też jednak przygotować na tymczasowość mieszkania w danym miejscu – po intensywnym inwestowaniu przychodzi posucha i nagle naraz wielu architektów traci pracę. Berlińscy projektanci również musieli stawić czoła temu zjawisku. Zdecydowanie warto unikać miejsc, w których akurat panuje kryzys. Nasza branża jest pod tym względem wyjątkowo wrażliwa i kiedy w gospodarce zaczyna dziać się źle albo chociaż mało pewnie, projekty natychmiast lądują w szufladach.

Oceńcie swoje szanse

Spójrzcie na swoje cv oraz portfolio i zastanówcie się, czym różnią się od dorobku Waszych znajomych – będą się odróżniać od całej reszty zgłoszeń? Warto, żeby przejrzał je ktoś z zewnątrz, a jeśli macie dostęp do architektów, którzy pracowali w Waszym wymarzonym miejscu lub kraju, to idealnie. Studenci naszego gdańskiego wydziału zorganizowali kiedyś akcję pod hasłem „Pokaż portfolio” – zaprosili kilkoro praktykujących architektów z doświadczeniem z Polski i zza granicy, aby skonsultowali portfolio chętnych studentów. Może warto powtórzyć ten pomysł?

Przeglądajcie portale z ogłoszeniami, żeby zobaczyć, czy spełniacie warunki aplikowania o dane stanowisko. Może okazać się, że często albo zawsze wymagana jest np. znajomość oprogramowania, z którym nie mieliście wcześniej do czynienia – wtedy wiadomo od razu, jakie umiejętności trzeba uzupełnić. Gdzie szukać ogłoszeń? Mogę podpowiedzieć dwa popularne serwisy z krajów, w których pracowałam – holenderski Archined i irlandzką stronę RIAI. Podalibyście adresy serwisów z innych krajów w komentarzach?

Jeszcze jedno, bo o to również często pytają studenci. Mimo że żyjemy w scyfryzowanym świecie, a interview przez skype’a staje się powszechną praktyką, zachęcam Was do wysyłania wydrukowanej wersji portfolio i cv (chyba, że ogłoszenie wymaga wyłącznie wersji cyfrowej). Wiecie, architekci to bardzo zapracowani ludzie i całkiem prawdopodobna wydaje mi się anegdota o szefie pewnej holenderskiej pracowni, który był tak zajęty, że czas na przeglądnie aplikacji miał tylko podczas… dłuższych posiedzeń w toalecie. Co prawda to było przed erą tabletów i smartfonów, ale i tak przejrzenie pliku papierów nadal jest szybsze od wędrowania przez gąszcz pdfów. Warto również wysyłać zgłoszenia w ciemno, nawet, jeśli pracownie nie prowadzą akurat rekrutacji. Kto wie, może akurat pojawił się nowy projekt i trzeba będzie szybko zatrudnić kilka nowych osób?

Startujcie do najlepszych…

To na studiach lub po studiach jest czas, żeby zasuwać dniami i nocami w OMA. Potem przyjdzie zmęczenie, kredyty, zobowiązania i już nie będzie Wam się opłacało wracać do wycinania makiet. A żeby zdobyć pracę na wyższym stanowisku u starchitektów, z reguły trzeba mieć doświadczenie od innych starchitektów, więc i tak musicie zacząć u jednych, żeby wylądować u innych – to błędne koło. Oczywiście, jak od każdej zasady, tu również istnieją wyjątki.

…ale niekoniecznie do największych

Istnieje spore prawdopodobieństwo, że  stuosobowym biurze zostaniecie oddelegowani do mało ambitnych zajęć. Oczywiście, sklejanie makiet czy kreślenie detali to sympatyczna robota na start, ale większość z Was przypuszczalnie marzy o projektowaniu. Tu nie ma jednej złotej zasady – równie dobrze w niewielkim biurze możecie do emerytury zajmować się zestawieniami stolarek, bo nikt nie będzie tego robił lepiej od Was, jak i szybko awansować w molochu. Najlepiej przed wysłaniem aplikacji spróbować dowiedzieć się, jak wygląda struktura biura i jakie są możliwości awansu lub przemieszczania się między działami, aby sprawdzić, w jakich aspektach pracy projektowej czujecie się najlepiej (w tej kwestii wygrywają duże pracownie, gdzie możliwości zmiany są większe). Jeszcze jedno, o czym często się zapomina: przez duże biura przewija się dużo osób, więc doświadczenie stamtąd nieco traci na wyjątkowości. Wiecie, ilu architektów ma w cv staż u Koolhaasa?  Setki!

Język

W kwestii języka oczywiście wszystko zależy od kraju, więc dla uproszczenia napiszę o krajach anglojęzycznych. Szczerze – znacie na wyrywki polskie nazwy materiałów i komponentów budowlanych? Wątpię. Założenie jest takie, że na studiach mają się obić o uszy, ale nauczycie się ich w pracy. Zapamiętajcie przede wszystkim podstawowe wyrażenia, żeby nie pomylić kosza z kalenicą. Przed wyjazdem warto zaopatrzyć się w słownik budowlany, żeby trochę się otrzaskać ze screedami, gasketami i jambami, ale radzę Wam raczej poćwiczyć coś innego. Geometrię. Nagle okaże się, że „this” i „that” może zastąpić skutecznie nazwy komponentów budowlanych, kiedy będziecie pokazywać je na rysunkach, ale o ich dokładnych wymiarach i usytuowaniu trzeba będzie opowiedzieć. Zwłaszcza przez telefon, kiedy nagle zadzwoni kierownik budowy i będzie wymagał natychmiastowej odpowiedzi. Wtedy trzeba będzie opowiedzieć, co się ma z czym liniować, co ma wystawać, a co być wycofane.

Pozbądźcie się kompleksów

Jeszcze kilka-kilkanaście lat temu absolwentów z Polski traktowano z podejrzliwością. Byliśmy Dzikim Wschodem, gdzie projektuje się i buduje byle jak, o komputerach nikt jeszcze nie słyszał, a poza tym jak można spodziewać się jakichkolwiek umiejętności od osób pochodzących z kraju, gdzie białe niedźwiedzie chodzą po ulicach. Po wejściu Polski do Unii zmieniło się wszystko. Przyszedł czas na Erasmusy, warsztaty, a do Polski przyjeżdża się oglądać nie tylko Wawel, ale i współczesną architekturę. Z kolei za granicę wyjechało wielu architektów i szybko okazało się, że pracują nie tylko ciężko, ale i dobrze. Wystarczy zerknąć na zakładki „team” najlepszych europejskich pracowni – prawie wszędzie można trafić na polskie nazwiska. Wyrobiliśmy sobie niezłą markę, ale w kilku kwestiach nadal dzieje się źle. Jedna z najważniejszych to uczelnie – między polskimi a dobrymi zachodnimi wydziałami architektury nadal jest przepaść (sami podkreślacie to wracając ze stypendiów). Dlatego moim zdaniem nie warto podkreślać w cv skończenia konkretnej, polskiej szkoły, bo to nikomu na Zachodzie nic nie mówi. Za to jeśli byliście na Erasmusie na uczelni z samego szczytu rankingów, warto się tym pochwalić.

Pamiętajcie także, że po zdobyciu dyplomu inżynierskiego jesteście już wykwalifikowanymi architektami. W Polsce zakodowało się, że dopiero magisterka to jest to, ale założenie systemu bolońskiego jest inne – po licencjacie jest czas na pracę, a robienie magisterki ma sens przede wszystkim jako uzupełnienie. Pomiędzy jest czas na poszukiwanie, próbowanie i zdobywane doświadczenia.

To powodzenia, trzymam kciuki! No i biegnę protestować:)

[fot. Łukasz Pancewicz]

* Dziś przeczytałam, że Parlament Europejski będzie debatował nt. biletów Interrail, które każdy unijny osiemnastolatek  miałby dostać w prezencie. Bomba!

Muzeum Palestyny

z daleka

Uff, ależ to były intensywne dwa dni! W środę odbyło się oficjalne otwarcie Muzeum Palestyny. Wyjazd na Bliski Wschód to zawsze niesamowite doświadczenie, a jeśli trwa zaledwie 48 godzin, w międzyczasie trzeba przebić się przez zasieki i punkty kontrolne, a docelowo trafia się do świata jak z arabskiej baśni, emocje stają się jeszcze mocniejsze.

Polska prasa przemilczała temat otwarcia Muzeum (mamy teraz dość własnych problemów…), ale światowe media wysłała na miejsce swoich dziennikarzy. Opinie są różne, ale przeważa zdanie, że budynek jest udany, chociaż kompletnie odbiega od rodzaju i jakości architektury w regionie,a za wyjątkowo kontrowersyjną decyzję uznano otwarcie budynku bez wystawy. Pewnie dlatego, że od początku krystalizowania się profilu tej instytucji nazywano ją „bezpiecznym miejscem dla niebezpiecznych idei”. W międzyczasie zmienił się dyrektor, a ponieważ na przygotowanie wystawy na planowane od dawna otwarcie nie wystarczyłoby czasu, zaaranżowano szybko ekspozycję poświęconą budynkowi i jego realizacji. Pojawiły się betoniarki, kaski, kamienne płyty okładzinowe i wykaligrafowane na naszych rysunkach arabskie słowa, które kojarzą się z Palestyną. Dla wielu krytyków okazało się to niewystarczające – przypuszczalnie spodziewali się prowokacyjnej wystawy związanej z izraelsko-palestyńskim konfliktem. Dla nas, świadomych trudności, jakie wiązały się z realizacją tego budynku oraz niewyobrażalnego zaangażowania wielu osób w jego stworzenie, była to nie tyle bezpieczna decyzja, otwierająca w wyważony sposób pole dla dalszych kuratorskich eksperymentów, co potraktowanie budynku jako głównego eksponatu. Tym bardziej, że to najbardziej zaawansowany architektonicznie i technicznie obiekt w Autonomii, a poza tym, podobnie jak przyszłych wystaw, nie będą mogli go zobaczyć wszyscy zainteresowani z uwagi na restrykcje związane z przekraczaniem granic  w regionie. Nawet Lara Zureikat, architekt krajobrazu odpowiedzialna za projekt tarasowych ogrodów, nie dostała wizy na wjazd z Jordanii na otwarcie. Dlatego Muzeum działa równocześnie na zasadzie internetowej platformy oraz organizuje satelitarne wystawy (obecnie w Bejrucie można obejrzeć tradycyjne hafty).

O samym budynku mogłabym opowiadać godzinami, ale ponieważ „jeden obraz jest wart więcej niż tysiąc słów”, zamieszczam poniżej więcej niż zwykle zdjęć. Obawiałam się najbardziej, że przez cały czas będę dostrzegać tylko niedoskonałości tego obiektu. Tak, tam są niedoróbki, nawet sporo (na szczęście widoczne z bliska). Standard wykonawstwa jest nieporównywalnie niższy, niż gdybyśmy stawiali ten obiekt w Niemczech czy Wielkiej Brytanii, ale wiele elementów zatrzymano na granicy (np. w ostatniej chwili austriackie znaki wyjść ewakuacyjnych zastąpiono… polskimi).albo stwierdzę, że mnóstwo rzeczy można by zrobić inaczej. Kiedy w ubiegłym roku oglądałam dopiero co montowane kamieniarki, pomyślałam, że być może popełniamy błąd decydując się na tak wielkie, mocowane na stalowych szynach płyty. Wykonawcy musieli rozbierać fragmenty okładzin i zakładać je ponownie, bo ten sposób montażu, przeprowadzany po raz pierwszy na tak skomplikowanej geometrycznie bryle, stanowił podwójne wyzwanie i pierwsz próby okazały się porażką. Ta forma architektoniczna wymaga jednak czystych, dużych powierzchni, których nie udałoby się uzyskać przy pomocy mniejszych, typowych dla tamtejszego budownictwa bloczków. Musieliśmy także zachować wysokie standardy izolacyjności cieplnej (budynek posiada certyfikat LEED – pierwszy na obszarze Autonomii) i przeciwwilgociowej, co również stanowi ewenement w tej części świata.

opening

To moje pierwsze otwarcie – do tej pory albo nie mogłam uczestniczyć w podobnych imprezach, bo byłam na drugim końcu swiata, albo budowy są jeszcze rozgrzebane z uwagi na wielkość inwestycji. Ta ceremonia była jednak wyjątkowa, bo wyjątkowe jest znaczenie tego budynku dla Palestyńczyków. Co prawda niewiele brakowało, aby spóźniony taksówkarz, który wiózł nas z Ramallah, nie zdążył na czas przed zamknięciem  dróg, ale przemykał przez koeljne punkty kontrolne pokazując na tylne siedzenia z wyjaśnieniem „Americans!” (to hasło otwiera wiele bramek). Tylu żołnierzy nie widziałam już dawno – kilka kilometrów przez Muzeum obstawiono wszystkie drogi, aby prezydent Abbas mógł bezpiecznie dotrzeć na przecinanie wstęgi. Przed południem odbyły się oficjalne przemowy, a zjeżdżający się zewsząd projektanci, wykonawcy czy kuratorzy mieli okazję, żeby wspólnie obejrzeć gotowy budynek i ogrody. Świeciło słońce, a taras okazał się idealną bankietową przestrzenią.

Wieczorem odbyła się artystyczna część ceremonii. Na parkingu przed budynkiem umieszczono telebim i setki krzeseł, aby jeszcze więcej osób mogło uczestniczyć w tym wydarzeniu, w ogrodach brzdąkały smyczki, ale główną rolę zagrał sam budynek. Amfiteatr zdał egzamin, lecz najbardziej zaskoczyło nas, że oprócz wykorzystania sceny na dole dla orkiestry i mównicy, zaaranżowano spektakl tańca w samym budynku, w tzw. strefie buforowej za wielkim, otwierającym się na tarasy przeszkleniem. Jak mogliśmy o tym nie pomyśleć na etapie projektu? Myślę, że podobne niespodzianki, bo było ich znacznie więcej, sprawiają, że – zabrzmię nieskromnie w imieniu całego zespołu – to kawał naprawdę porządnej architektury. Udało się wyważyć odpowiednio proporcje i w zależności od aranżacji przestrzenie mogą kameralne lub przestronne, jak w przypadku podobnych dużych imprez. Sam spektakl był dość łopatologiczną i wymowną opowieścią o złych najeźdźcach, ale po zakończeniu, kiedy w amfiteatrze huknęły oklaski i entuzjastyczne gwizdy, przyznaję: pociekła mi po policzku niejedna łza. Jeden budynek i tyle wzruszeń!

outdoor

4ladiesofhparc

[Większość damskiej części Heneghan Peng zaangażowanej w projekt: Roisin, Elizabeth, Catherine i ja:)]amfi2

[Widok na amfiteatr]amfiteatrbankietbizreh

[Tarasowo schodzące ogrody z typową dla regionu roślinnością i gatunkami charakterystycznymi dla palestyńskiego rolnictwa. Przy dobrej widoczności z góry można zobaczyć położony kilkadziesiąt kilometrów dalej Tel Awiw i Morze Śródziemne. Widoczne na zdjęciu posadzki wykonano w tradycyjnej w regionie technologii – rodzaj  terazzo, ale bez polerowania. Większość chodników w Ramallah wykończono właśnie  w ten sposób  Wszystkie ścieżki i schody położyło tylko dwóch, podobno najlepszych rzemieślników w kraju. Tu zdecydowanie najbardziej perfekcyjnie wykonana część Muzeum]

buffer02

[Tzw. strefa buforowa, czyli ciągnąca się wzdłuż budynku przestrzeń oddzielająca wystawę oraz biura od zewnętrznych tarasów. To w tej przestrzeni odbywał się spektakl, oglądany z amfiteatru]

buffer_ma

[Wracałam tam co kilka godzin, żeby zobaczyć, jak zmieniają się cienie rzucane przez podtrzymujące fasadę ‚żyletki’]

show

[Najpierw taneczny spektakl w przestrzeni, o której projektując budynek, wcale nie pomyśleliśmy, jako o scenie (a przecież to takie oczywiste!)]

projekcja

[Później muzyka, poezja i projekcje na elewacjach]catering

[Gościnność Palestyńczyków jest legendarna, więc i bufet okazał się wyjątkowy. Wśród słodyczy królowały ciasteczka z logo Muzeum. Zamiast baru z drinkami pojawił się bar z… lodami]

dark

[Ta elewacja to był pot, krew i łzy. Ale warto było:)]

feras

[Feras Tubaila, którego firma wykonała najbardziej skomplikowane technicznie elementy budynku]noc

wyst2

wystawa

[Główna przestrzeń ekspozycyjna z tymczasową, zaaranżowaną minimalnymi środkami wystawą o powstawaniu budynku. Nasze rysunki posłużyły jako tło dla arabskich napisów – skojarzeń związanych z Palestyną]

chlopaki

[Świętowali wszyscy zaangażowani w realizację budynku oraz przygotowanie ceremonii – od firm wykonawczych po ochroniarskie]

team

[Heneghan Peng + towarzyszący mężowie i przyjaciele. Po lewej (pod krawatem) Conor, który był odpowiedzialny za projekt na etapie wykonawczym. Regularnie latał na budowę i to głównie on zmagał się z problemami z dostawami materiałów. W międzyczasie zaczął śmigać po arabsku i zaprzyjaźnił się z miejscową ekipą]

[Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz i inni]

Kto sieje asap, ten zbiera fakap*

Palestine

Tytuł pochodzi ze strony „Korposzczur płakał jak czelendżował„. Co prawda daleko jestem od korporacyjnych klimatów, ale przez kilka ostatnich czelendżów, a zwłaszcza asapów, niewiele brakowało, a skończyłoby się na poważnych fakapach*. Być może zauważyliście, że blogowe posty pojawiają się ostatnio z mniejszą częstotliwością – to przez te asapy właśnie. Nie lubię narzekać na klęskę urodzaju, bo to najlepsza z możliwych klęsk, ale tym razem do zawalonego terminami kalendarza doszły wypadki losowe, z finałami szpitalnymi, niestety. Najwięcej trudności sprawiała jednak jednostka chorobowa o dźwięcznej nazwie „działalność gospodarcza”. Kończymy obecnie z moim osobistym urbanistą podręcznik planowania dla Obszaru Metropolitalnego Gdańsk-Gdynia-Sopot. Teminy napięte, zakres ogromny, a żeby tego wszystkiego było mało, Łukasz złamał ręce w wypadku rowerowym. Obie. W tym jedną tak pechowo, że od razu wylądował w szpitalu na operacji łokcia. Przez chwilę myśleliśmy, że wszystko się posypie, ale uff, chyba udało się opanować terminy. Nie poradzilibyśmy sobie bez pomocy i trzymania kciuków – dziękuję!

Kolejne asapy (oby nie skończyły się fakapami!) mamy na Politechnice. Po kapitalnych doświadczeniach z ubiegłego roku i projektem dla Starego Polesia w Łodzi pracujemy ze studentami nad założeniami dla przebudowy ulicy Długiej i Długiego Targu w Gdańsku. Pomimo kryzysów, stresu, momentów totalnego załamania i nagłych mobilizacyjnych zrywów, jesteśmy dobrej myśli – studenci zostali rzuceni na głęboką wodę, ale radzą sobie świetnie. Napiszę o tym w czerwcu, kiedy doprowadzimy projekt do końca.

Przez ten natłok spraw przegapiłam w ubiegłym tygodniu dziesiątą rocznicę (!) pracy w Heneghan Peng Architects. To też temat, który zasługuje na osobny tekst. Nigdy nie myślałam, że wytrzymam tyle lat w jednym miejscu, ale nadal nie wyobrażam sobie, żebym mogła bez żalu pożegnać się z takim zespołem i z takimi projektami. Już w tym tygodniu, 18 maja, odbędzie się oficjalne otwarcie Muzeum Palestyny (na zdjęciu). Jadę obowiązkowo, bo to przypuszczalnie jeden z najważniejszych projektów, nad którym kiedykolwiek miałam i będę miała okazję pracować. Będzie większa ekipa z biura, niektórzy zostają, żeby pojeździć jeszcze trochę po Bliskim Wschodzie. Niestety, nie dołączę do nich, ale zobaczymy się ponownie już niedługo, bo na początku czerwca wpadam na chwilę do Dublina, żeby zobaczyć, jak idzie przebudowa Galerii Narodowej. Prace mają skończyć się za kilka miesięcy, więc to może być ostatnia szansa, żeby zobaczyć Galerię w ciekawszej, bo rozbebeszonej wersji.

Między tymi biurowymi wyjazdami wyskakujemy jeszcze na previews weneckiego Biennale. Tego wydarzenia nie mogę się doczekać najbardziej: dwóch dni, kiedy liczy się architektura, architektura i tylko architektura. Będę wypatrywać starchitektów, w tym oczywiście boskiego Alejandro. Ba, od innej fanki mam dostać cynk, w którym hotelu się zatrzymuje:) Jeśli nie pojawię się z powrotem w Gdańsku, to znaczy, że zostałam jego groupie. Ahoj, przygodo!

*W razie pytań, co to te fakapy, wrzucam link do wyjaśnienia:)

[fot. Heneghan Peng Architects]

Tłusty 2015

2015_01.jpg

To był dla mnie wyjątkowo ‚tłusty’ zawodowo rok. Zresztą nie tylko dla mnie – większość znajomych była tak zawalona pracą (i to coraz ciekawszymi zleceniami), że żartowaliśmy na temat siedmiu chudych lat, które na szczęście minęły od kryzysu 2008 roku. Jeśli pasma sukcesów i porażek faktycznie zmieniają się w takich interwałach czasowych, to do końca 2021 będzie dobrze.

Zamiast wyliczania najważniejszych wydarzeń minionego roku, postanowiłam posumować, w jakie sfery działania były dla mnie najważniejsze i najbardziej przełomowe. Kiedy myślę o 2015 roku, na myśl przychodzą mi jednak przede wszystkim wcale nie projekty, ale ludzie, z którymi miałam okazję współpracować, dyskutować i wzajemnie się wspierać w architektonicznych kwestiach. Stąd i na zdjęciach pojawia się wyjątkowo mało budynków:)

GADANIE

Miałam tyle okazji, żeby je poćwiczyć publiczne prezentacje, że w końcu czuję się dość swobodnie podczas wykładów i debat. Bywało ekstremalnie i przyznaję, że cztery godziny  gadania pod rząd to spore wyzwanie. Wybrałam się nawet na warsztaty emisji głosu i mam już przygotowany korek od wina, bo podobno mówienie z korkiem w ustach poprawia artykulację. Muszę jednak głównie popracować nad oddechem, bo kiedy zaczynam opowiadać o achitekturze, tak się nakręcam, że zapominam o nabieraniu powietrza do płuc.

PROJEKTOWANIE

Po raz pierwszy w życiu miałam więcej projektów na budowie niż na papierze. Co prawda większość roku minęła pod hasłem ‚Centrum Sztuki Współczesnej w Moskwie’, które jeszcze nie wyszło poza fazę projektową, ale moje główne równoległe zadanie to opieka nad realizacją Wielkiego Muzeum Egipskiego. Razem to około 150 tysięcy metrów kwadratowych muzeów:) Od czasu do czasu wspieram też zespół w zmaganiach z Galerią Narodową w Dublinie. Przed świętami cieszyłam się jak dzieciak oglądając już zrealizowane części kompleksu, które projektowałam kilka lat temu i bałam się wówczas, że przez kryzys wszytskie pomysły na zawsze trafią do szuflady. Muzeum Palestyny już jest wykańczane – otwarcie odbędzie się już 15 maja i mam nadzieję, że uda mi się tam wybrać, bo to jeden z tych projektów, w które włożyliśmy nie tylko wiele pracy, ale i serca, zdając sobie sprawę ze znaczenia tej instytucji.

UCZENIE

Kolejne przełomy. Zaczęło się od fantastycznych projektów przygotowanych przez studentów Gospodarki Przestrzennej na Politechnice Gdańskiej – właśnie pracujemy nad tym samym urbanistyczno-ekonomicznym zadaniem z kolejną grupą i znów widać szybkie postępy. Później Architektour, gdzie udało się z sukcesem przetestować horyzontalną współpracę między uczestnikami warsztatów – studentami a tutorem. To doświadczenie przełożyło się na późniejsze najbardziej niesamowite dotychczas uczelniane współdziałanie – projekt rewitalizacji Starego Polesia w Łodzi. Do teraz nie wierzę, że udało się tego dokonać w tak krótkim czasie!

2015 to także pierwszy współprowadzony dyplom (Daria, gratulacje!). W kolejce następne i mam nadzieję, że wkrótce uzyskam uprawnienia do samodzielnego prowadzenia dyplomów. A już w styczniu poprowadzę zajęcia na podyplomowych studiach miejskich Miasta i Metropolie w Instytucie Badań Przestrzeni Publicznej w Warszawie.

PODRÓŻOWANIE

Oprócz kilku europejskich wyjazdów nareszcie nadrobiłam krajowe zaległości. Rok temu planowałam odwiedzenie polskich miast, w których nigdy bądź bardzo dawno nie byłam. Udało się i ‚zaliczyłam’ m.in. Katowice, Radom, Poznań, Krakow i Lublin. W Warszawie niestety tylko robię sobie zaległości – tyle powstało nowych budynków, a ja krążę z reguły wyłącznie między dworcem a lotniskiem. Szczecin jeszcze musi poczekać, ale może to lepiej, bo przynajmniej zobaczę nie tylko Filharmonię, ale i ‚Przełomy’ Roberta Koniecznego. Trzeba mieć w końcu jakiś plan na 2016, prawda?

WSPÓŁPRACOWANIE

Nie przyznawałam się wcześniej, bo planowałam premierę z pompą (nie wyszło z braku czasu), ale jesienią założyłam działalność. Dostałam pierwsze własne zlecenia (o tym później, ale zdradzę tylko, że chodzi o pewne muzeum), a plan jest taki, żeby rozwijać współpracę z moim osobistym urbanistą. Wiem, że inne pary niekoniecznie lubią współpracować, ale my tak świetnie uzupełniamy się zawodowo, że szkoda byłoby tego nie wykorzystać. A poza tym to oznacza więcej czasu spędzonego razem:)

Z Menthol Architects co prawda nie udało nam się w tym roku nic wspólnie zaprojektować, ale obserwujemy uważnie konkursy i mam nadzieję, że wkrótce znów zabierzemy się za coś nowego. Zawsze służymy sobie pomocą przez Skype. Zapowiada się również dalsza współpraca z Maksem Bochenkiem. Za nami pierwszy cykl wykładów w Instytucie Kultury Miejskiej w Gdańsku i wygląda na to, że to nie ostatnia okazja do publicznych dyskusji o architekturze i sztuce. Okazało się również, że nasz wykonany wspólnie z moim osobistym urbanistą projekt pawilonu polskiego na tegoroczne Biennale Architektury dostał się do pierwszej trójki. Kolejny konkurs dopiero w 2017, ale może pomyślimy o innej wystawie?

BLOGOWANIE

Z regularnością pisania trochę ostatnio gorzej, ale za to SIX LETTER CITY coraz bardziej przekłada się na ‚real’. Poznaję nie tylko czytelników, ale i innych architektonicznych i architektonicznych blogerów. Na przykład z Kasią z Krainy Deszczowców kolejny raz przegadałyśmy kilka godzin w dublińskim pubie. Na razie spośród archiblogerów poznałam tylko Roberta Skitka (ach, co to była za impreza!) i chłopaków z Archifunbloga. A że z Kasią Antończyk – Architekt na szpilkach – nie miałyśmy jeszcze okazji umówić się na kawę, to już w ogóle karygodne. Kasia, w styczniu? Mogę podjechać do Sopotu:) Pani Dyrektor? AWX2? Nie wybieracie się może nad morze?

Życzę wyjątkowo tłustego 2016:)

 [Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz, Lila Krzycka]

Dla nosa, dla uszu, dla oczu

Dziś w drodze rowerem na KOD-ową manifestację myślałam, że się uduszę. W czasach zakupów online oraz tanich przesyłek kurierskich na przedświąteczne zakupy nadal jednak TRZEBA wybrać się samochodem, wrrrr. W centrum Gdańska aut było tak dużo, że chociaż rzadko jestem w stanie nawet poczuć zapach spalin, tym razem lekka mgiełka nie pozwalała się im unieść i wciskały się, lepkie, śmierdzące i niezdrowe, przez nos i usta.

Za to chwilę wcześniej było pięknie i pachnąco kawą i pierniczkami (a także świeżo usmażonym dorszem w fish&chips:). Wyjechałam, jak co roku, na świąteczny lancz do Dublina i znów miałam okazję nacieszyć się przez chwilę jednym z ulubionych miast. A przed świętami jest tam naprawdę wyjątkowo. Po centrum większość osób przemieszcza się pieszo, więc od rana do wieczora słychać szybki stukot obcasów, muzykę na żywo, śmiech i rozmowy oraz pogwizdywane pod nosem kolędy. Oprócz tych przyjemności dla nosa i uszu, rozpieszczane są też oczy, przede wszystkim światełkami (moje ulubione to żyrandole na Grafton Street) oraz wystawami sklepowymi. Najpiękniejsze, tradycyjnie, to te w luksusowym domu towarowym Brown Thomas.

060405

Ale wystawy wystawami, fish&chips fish&chipsami, ale każdy wypad do Dublina to także nadrobienie pracowych zaległości, których nie jestem w stanie wykonać na odległość. Tym razem było to przede wszystkim spotkanie z edytorką z magazynu DETAIL (w jednym z przyszłorocznych numerów pojawi się nasz projekt) oraz wizyta na budowie Galerii Narodowej. Od ubiegłorocznej wizyty, pomimo pewnych opóźnień, które przy tak głębokim grzebaniu w historycznej, chronionej tkance są dość oczywiste (za to niezwykle frustrujące dla prowadzących projekt architektów – Kasia, trzymam kciuki!), udało się ukończyć sporą część prac. Jednym z głównych celów przebudowy było tak sprytne ulokowanie nowych instalacji, żeby nie było widać żadnych zmian w budynku. Co za koszmar dla architekta, prawda? Projektować tak, aby jego praca nie była widoczna:) Na szczęście kilka przestrzeni, przede wszystkim tych organizujących komunikację w budynku, zmieni zupełnie charakter.

01

Jedna z nich zostanie po raz pierwszy w historii otwarta dla publiczności. Teraz wygląda trochę jak scenografia z Gwiednych Wojen (na zdjęciu powyżej), a to tylko rusztowania i zwykłe świetlówki. Ta przestrzeń była zawsze niedostępnym dla zwiedzających zapleczowym dziedzińcem, a stanie się miejscem pozwalającym na orientację i przejście między skrzydłami tego niezwykle skomplikowanego budynku. Zachowały się tam oryginalne wykończenia ścian – kamień i białe szkliwione cegły, które odbijały światło słoneczne do wnętrza Galerii w czasach, gdy o oświetleniu LED nikt nie śmiał nawet pomarzyć. Zachowały się również okna wpuszczające to światło do środka, jednak zamurowano je niegdyś, aby zwiększyć powierzchnię do wieszania obrazów. Teraz okna zostały na nowo odkryte i odrestaurowane.

07

Dziedziniec został już przekryty świetlikiem. Podpierają go szklane „żyletki”, dzięki którym całość będzie wydawała się tak lekka i przezroczysta, że aż prawie niewidoczna. Udało mi się wspiąć po drabinach, żeby zobaczyć, jak z bliska wyglądają detale, nad którymi pracowaliśmy kilka lat temu z inżynierami z paryskiej T/E/S/S, a które wykonała wykonała holenderska firma Octatube. Chyba wycałuję chłopaków przy najbliższej okazji – jest idealnie.

08

Nie miałam czapki św. Mikołaja (nie spełniłaby wymogów bhp), więc wybrałam najbardziej czerwony kask, jako udało mi się znaleźć. Nie umieszczę w najbliższym czasie nowych postów, więc już teraz życzę Wam wesołych świąt, drodzy Czytelnicy! Odpocznijcie i postarajcie się, proszę, nie myśleć przez ten czas o architekturze. Ja też spróbuję:)

[Fot. Monika Arczyńska]

 

Sześć liter górą!

GDYNIA

Kiedy dwa lata temu pisałam o tym, jak wygodnie mieszka się w nieco nudnawych miastach, miałam również na myśli Trójmiasto. To był dopiero rok po mojej przeprowadzce z Dublina do Gdańska i w ramach dysonansu podecyzyjnego starałam się patrzeć na Trójmiasto przez różowe okulary. Sporo rzeczy mnie tu wkurzało, ale było morze, było sześć liter w nazwie, byli fajni starzy znajomi i fajni nowi studenci, więc różowy kolor wydawał mi się jak najbardziej na miejscu. Po dwóch latach powinien wyblaknąć, ale im dłużej tu mieszkam, tym bardziej mi się tu podoba. Na dodatek odkryłam, że… tu wcale nie jest nudno.

Gdy zwiedza się własne miasto  (albo własne trój-miasto) z kimś, kto nie ma o nim zielonego pojęcia, można spojrzeć na nie z większym dystansem niż na co dzień. W weekend mieliśmy gości: przyjaciółka, która również ma na koncie kilka lat spędzonych w Irlandii, odwiedziła nas wraz ze znajomym z Zielonej Wyspy. To był jego pierwszy raz w Polsce. Kręcił nosem, bo liczył na kraj w ruinie i motoryzacyjne klimaty rodem z Hawany, a tu takie rozczarowanie. Autobusy przyjeżdżały punktualnie, w toaletach wisiał papier toaletowy, a jedyny fiat 126p, na którego trafiliśmy, był przelakierowany na krowomilkowy odcień fioletu, żeby wyglądać jeszcze bardziej słodko.  Na dodatek, jak na życzenie, właśnie opublikowano nową Diagnozę Społeczną i okazało się, że Gdańsk wskoczył z trzeciego na drugie miejsce, a na szczycie po raz kolejny znajduje się Gdynia. Miasta na sześć liter górą! Kiedy siedząc w knajpie na plaży popijaliśmy grzane piwo i opowiadaliśmy naszemu gościowi o tym, jak żyje się w Trójmieście, poczuliśmy, że to pierwszy raz, kiedy nie musimy udawać, że jesteśmy bardziej zachodni od Zachodu albo tłumaczyć, dlaczego nie wszystko działa tak, jak powinno. Tu już jest tak, jak zawsze chcieliśmy, żeby było.

Ale miasto to nie tylko infrastruktura i budynki. Może to mało architektoniczno-miejskie spostrzeżenie, za to kolosalnie wpływające na jakość życia w mieście: ludzie w końcu zaczynają ze sobą rozmawiać. To najbardziej chciałam przenieść z Dublina do Trójmiasta. W ramach eksplorowania nocnego życia Gdańska wpadliśmy z naszym weekendowym Irlandczykiem do WL4 – nowo otwartych pracowni artystycznych, tuż przy budowanym właśnie Muzeum II Wojny Światowej. Gdybym była artystką, chciałabym tam mieć pracownię: świetna lokalizacja, widok na wodę, dużo przestrzeni. I jakoś tak berlińsko, ale mniej hipstersko niż w tych wszystkich wypieszczonych miejscach z wegańskim jedzeniem i jogą, jakie dominują ostatnio w Polsce. Ale co najważniejsze, wszyscy tam ze sobą gadali. Ostatecznie wylądowaliśmy w pracowni niejakiego Cześka, grzejąc się przy jego kozie. Podobnie było tydzień temu na festiwalu Narracje, który odbywał się w Nowym Porcie – zaniedbanej, ale pięknej dzielnicy Gdańska. W lokalu o swojsko brzmiącej nazwie „Perła Bałtyku” zatrzymałyśmy się z przyjaciółką na „Perłę” właśnie i resztę wieczoru spędziłyśmy z poznaną tam ekipą. Było wesoło, zwłaszcza gdy napotkany przy jednej z artystycznych instalacji nowoporcianin grzecznie poprosił o pomoc we włamaniu się do (podobno) własnego mieszkania. Zgubił klucz, biedaczek, a aura taka niesprzyjająca nocowaniu pod gołym niebem… Tu naprawdę nie jest nudno:)

PS Właśnie przeczytałam, że na budynkach Urzędu Miasta w Gdańsku będą łopotać flagi Unii. I jak tu nie lubić miast na sześć liter? 😉

 [fot. Monika Arczyńska]

 

 

RIBA Stirling Prize 2015

University_of_Greenwich_Stockwell_Street_Building_(C)_Hufton___Crow_4

Wkrótce rozstrzygnięcie RIBA Stirling Prize 2015. Jak już pisałam na facebookowym fanpage’u, w finałowej szóstce znalazł się University of Greenwich (Stockwell Street) projektu Heneghan Peng, w którym pracuję.

Realizacja przy Stockwell Street obejmuje dwie funkcje – szkołę architektury oraz bibliotekę. Program i związana z nim kubatura, jakie trzeba było zmieścić na działce, poczatkowo wydawały się niemożliwie do zlokalizowania w tak trudnym sąsiedztwie. Trudnym, bo nie dość, że tył budynku otaczały maleńskie angielskie domki szeregowe, którym nie można było zabrać światła ani postawić wielkiej ślepej ściany na granicy ich mikroogródków, to w dodatku zaraz obok przebiegała linia kolejowa. A poza tym to obszar wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO, więc wszyscy uważnie mu się przyglądają… Budynek obniża się w kierunku szeregówek, a na tarasowych dachach umieszczone zostały ogrody. Ale to, co podoba mi się najbardziej, bo przecież sama uczę projektowania, to tzw. crit pit, czyli ogólnodostępna przestrzeń do prezentowania studenckich projektów. Zresztą zobaczcie sami, jak to wszystko wygląda – BBC przygotowało filmy o finalistach. Studenci sprawiają wrażenie zadowolonych:)

Przyznaję, że bardziej podekscytowana byłam w 2013 roku, kiedy dostaliśmy sie do finału dzięki Giant’s Causeway Visitor Centre. Wtedy czekałam bardzo niecierpliwie na wyniki, bo włożyłam ogromnie dużo wysiłku w tamten projekt, a poza tym wszyscy czuliśmy, że to wyjątkowy obiekt architektoniczny. Nad Greenwich praktycznie nie pracowałam, tylko przez chwilę na samym początku, kiedy już po rozstrzygniętym konkursie dopracowywaliśmy koncepcję projektową według wskazówek klienta. Musieliśmy wówczas uszczegółowić projekt elewacji i zdecydować, czy ważniejsze będzie wyeksponowanie rytmu dziedzińców przecinających budynek, czy ogromnej otwartej przestrzeni wnętrza szkoły architektury. Kiedy jeszcze pracowałam na miejscu, w Dublinie, widziałam, jak ostro zasuwał cały zespół, aby udało się zrealizować ten budynek w jego ostatecznej formie. Myślę też, że większość osób z zespołu Greenwich dostaje do dziś gęsiej skórki na myśl o locie do Londynu – wstawanie w środku nocy, żeby zdążyć rano na budowę to żadna przyjemność, a koordynatorzy projektu pojawiali się tam regularnie.

Jurorzy RIBA podejmą decyzję niezależnie, ale wszyscy mają możliwość zagłosowania na swojego ulubieńca z finałowej szóstki. Gdybyście mieli ochotę oddać na nas głos, można to zrobić m.in. tutaj – na stronie BBC na dole strony – oraz tutaj – w rankingu Architects Journal. Dziękuję w imieniu biura i czekam z niecierpliwością na wyniki!

[Fot. © Hufton + Crow]

Czarny nie znaczy ponury

DSC08456

Gdyby nie nagła zmiana planów, byłabym właśnie w Weronie na targach Marmomacc, gdzie miałam odbierać w imieniu biura International Award Architecture in Stone 2015. To kolejna nagroda, którą przyznano centrum obsługi turystów w Giant’s Causeway w Północnej Irlandii. Budynek został ukończony w 2012 roku i oprócz dotarcia do finału nagrody Stirlinga oraz shortlisty nagrody im. Miesa van der Rohe otrzymał wiele statuetek w różnych konkursach. Stone Award to niespodzianka – kolejne wyróżnienie, gdy myśleliśmy, że deszcz nagród już ustał. Istnieją jednak konkursy podsumowujące kilkuletnie okresy i tak właśnie należałoby nagradzać obiekty architektoniczne – po kilku latach użytkowania, gdy można już uczciwie ocenić, czy budynek tylko wygląda pięknie na zdjęciach, czy sprawdza się również pod względem funkcjonalnym (chociaż Stone Award, jak nazwa wskazuje, koncentruje się na kamieniu). Ale również, czy jego użytkownicy lubią w ogóle w nim przebywać.

Giant’s Causeway Vistor Centre, pomimo posępnego na pierwszy rzut oka wyglądu, to budynek, który da się lubić. Wielokrotnie rozmawialiśmy z pracownikami już po otwarciu i są bardzo zadowoleni z warunków, w jakich spędzają codziennie kilka godzin. Wiedzą dużo o projekcie i często było słychać dumę, że ich miejsce pracy to nie tylko obiekt doceniany za walory architektoniczne, ale również wyjątkowo energooszczędny budynek. Centrum posiada certyfikat BREEAM Excellent – wcale nie było łatwo go uzyskać w tak nietypowym obiekcie, gdzie kontekst narzucał bardzo restrykcyjne wytyczne projektowe (działka znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO).

Od początku było wiadomo, że należy użyć lokalnego bazaltu – takiego, jak heksagony Giant’s Causeway. Liczył się lokalny kontekst, ale i kwestie zrównoważonego rozwoju – transport materiału odbywał się w promieniu kilkudziesięciu kilometrów. Wybór kamienia i sposobu jego mocowania trwał długie miesiące. Po wielu testach, wizytach w kamieniołomie, konsultacjach geologicznych i obejrzeniu dziesiątek próbek, udało się ostatecznie ustalić, jak można by użyć tego materiału w nietypowy sposób. Bazalt nadaje się świetnie na drogi, jako kostka albo tłuczeń, ale jest zbyt kruchy dla innych zastosowań. U nas miały być z niego zbudowane całe elewacje i to nie jako okładzina, ale masywne słupy. Fasada to prawdziwy inżynieryjny majstersztyk. Kolumny z ręcznie ciętych bloków wyglądają bardzo podobnie, ale w zależności od smukłości są skonstruowane na trzy różne sposoby. Najcieńsze słupy mają w środku stalowe kable, a dodatkowo usztywnia je wypełnienie ze szkła.

Czerń ma wiele odcieni. W Giant’s Causeway bazalt w słońcu wygląda jak grafit, z lekko srebrzystym odcieniem, ale ponieważ w tej lokalizacji często pada, mokra powierzchnia staje się idealnie czarna i błyszcząca. Pamiętam moment, kiedy mieliśmy zadecydować o wykończeniu kamienia. Początkowo planowaliśmy matową powierzchnię, bo połysk wydawał się zbyt oczywisty. Kamieniarze, najlepsi pod słońcem fachowcy z McConnells & Sons, pokazali nam kilka różnych wykończeń, na koniec prezentując lekko wypolerowany blok. Ale nam się wtedy wszystkim zaświeciły oczy! Nie było już mowy o żadnym macie.

Mimo, że wielu osobom ten budynek kojarzy się z grobowcem z czarnego kamienia, stanowi źródło niezłej zabawy. Przede wszystkim dzieciaki szaleją na świetlikach, zaglądając do środka i machając do zwiedzających. Z kolei bazaltowe kolumny to świetne tło do zdjęć i wiele grup pstryka sobie zdjęcia między czarnymi kolumnami i pilastrami. Zabawnie wygląda kontrast między kolorowymi, przeciwdeszczowymi ubraniami a eleganckim, czarnym kamieniem. Prosta forma i czarny kolor nie oznaczają, że budynek staje się automatycznie smętnym sarkofagiem, ale nie można oceniać samej koncepcji. Należy poczekać na ostateczny efekt, po realizacji, gdy będzie można odkrywać bogactwo odcieni czerni i szarości w różnych porach dnia i przy różnej pogodzie. Czarny nie znaczy ponury!

DSC08489

[fot. Monika Arczyńska]

Gorący temat

Dziś temat trójmiejski, więc przy okazji załatwię pewną gdańską prywatę. Ponownie zgłosiłam SIX LETTER CITY w konkursie na najlepszy gdański blog i chociaż wiem, że jak zwykle przegram z szafiarkami, byłoby mi bardzo miło nie przegrać z kretesem. Kimkolwiek lub czymkolwiek ów kretes jest:)

Gdansk_MAPA

Najgorętszy ostatnio temat w Gdańsku to wcale nie końcówka sezonu ani temperatura wody w Zatoce, ale drogi. Kilka dni temu jednym głosem (eh…) Rada Miasta zadecydowała o rozpoczęciu przygotowań do kolejnego etapu realizacji tzw. Drogi Zielonej. Zielona nie dość, że odetnie pas nadmorski od reszty miasta, to na dodatek jej przedłużenie ma stanowić tunel pod wzgórzem Pachołek, wstępnie szacowany na – bagatela – dwa miliardy złotych. Już istniejący fragment tej trasy muszę pokonać na trasie nad morze. Na wielkim skrzyżowaniu brakuje jeszcze chyba tylko estakady, żeby całość wyglądała jak mokry sen drogowca. Brakuje tam za to autentycznie chodnika, którym można by wzdłuż tego zielonego potwora przejść. Probowaliśmy kiedyś ze studentami wymyślić strategię na „uczłowieczenie” tej bariery i niestety, wszystkie pomysły poległy na tych hektarach asfaltu.

Inny gorący temat drogowy sprzed tygodnia to kwestia pewnego przejścia dla pieszych we Wrzeszczu, przy teatrze Miniatura (na mapce zaznaczone znakiem zapytania). Kiedyś  działało bez świateł, potem je zlikwidowano, ale z obietnicą przywrócenia. Teraz temat powraca z licznymi sugestiami, żeby jednak go nie przywracać. Dominuje argument, że to przejście było niebezpieczne, ale fakt, że między najbliższymi zebrami jest w tym miejscu aż pół kilometra, już nie wzrusza – przynajmniej kierowców. A nie dość, że dzielnica, która w Gdańsku pełni rolę centrum usługowego i posiada najlepsze połączenia komunikacyjne z innymi dzielnicami oraz już zaraz z lotniskiem (Kolej Metropolitalna!), jest przecięta torami kolejowymi z kilkoma zaledwie przejściami, to na głównej arterii komunikacyjnej systematycznie znikają przejścia dla pieszych. Tak jak to przy Miniaturze. Na powyższej mapce widać skalę problemu – arterię (grubszą, na dole) i tory zaznaczyłam na niebiesko, bo stanowią równie mocną barierę, jak dwie rzeki. Tyle, że z sunącymi samochodami zamiast kaczek i łabędzi.

Z ciekawości porównałam odległości między przejściami do dystansów między mostami przez przecinającą samo centrum Dublina rzekę Liffey (mapki są w tej samej skali).

Dublin_mapa

I co? Gęsto! A to przecież mosty, a nie namalowana na asfalcie zebra!

Poza tym biegnące wzdłuż Liffey ulice to główne połączenie W-Z przez śródmieście Dublina. Miasta, gdzie dominuje mieszkaniowa zabudowa szeregowa, które rozpełzło się we wszystkich możliwych kierunkach na wiele kilometrów i w którym teoretycznie bardzo trudno bez samochodu dotrzeć z podmiejskiego domu do pracy w centrum, bo transport publiczny jest, jaki jest. Ostatnio się poprawił, więc przypadki czekania prawie godzinę na kolejny autobus, bo akurat poprzedni wypadł z trasy, zdarzają się rzadziej, jednak idealnie nie jest. Jakimś cudem w Dublinie do centrum bez samochodu docierają jednak nawet pracownicy korporacji, od których wymaga się nienagannego wyglądu w pracy (ach, jak uwielbiam ten argument polskich kierowców). Szpilki można założyć dopiero w biurze, a noszenie przy sobie parasola skutecznie zapobiega zniszczeniu fryzury przez deszcz.

Na czym polega sekret Dublina? Po tym mieście się chodzi. Sprawnie, szybko i dużo. Pamiętam ranking miast, w których piesi osiągają najwyższe prędkości i Dublin był w czołówce (obok Manhattanu, po którym aż trudno spacerować wolnym krokiem, bo pędzący tłum doslownie porywa co wolniejszych pieszych). Poza tym mentalne postrzeganie odległości jest inne. Jeśli spacerem można gdzieś dojść w 20-30 minut, dublińczycy wiedzą, że nie ma sensu szukać alternatywnego rozwiązania. Po powrocie z Irlandii sama zaczęłam pokonywać pieszo gdańskie trasy, na których wcześniej zawsze podjeżdżałam tramwajem.Za przechodzenie na czerwonym świetle nie dostaje się mandatu, dzięki czemu można uniknąć spowolnienia tempa. A ponieważ w pół godziny da się bez problemu przejść około trzech kilometrów, więc nawet gdy autobus nie podjeżdża pod samo biuro, zawsze można pieszo pokonać dystans od przystanku.

Po Wrzeszczu również doskonale by się chodziło, gdyby nie światła co kawałek i gdyby nie – właśnie – brak przejść dla pieszych. Podział na Wrzeszcz Dolny (od torów kolejowych w stronę morza) i Górny (po przeciwnej stronie) wzmacnia się ostatnio coraz bardziej z uwagi na te bariery. Mimo, że odległości w linii prostej w dzielnicy są na tyle niewielkie, że w ciągu kwadransa można by spokojnie dojść do każdego ważniejszego punktu, brak przejść i konieczność czekania na zielone światło wydłuża koszmarnie czas spaceru.

Nie proszę o przejścia dla pieszych. Ja się ich domagam, do jasnej cholery!

[ryc. Monika Arczyńska – mam nadzieję, że nie pominęłam żadnych mostów ani przejść:)]

Telepraca

tele2

Na Six Letter City przeważają ostatnio lżejsze, wakacyjne tematy, ale ponieważ do ewentualnego urlopu (jeśli w ogóle będę go miała w tym roku) jeszcze sporo czasu, pozwolę sobie na parę słów o pracy.

Wiele osób pyta, jak się pracuje na odległość. Najczęściej spotykam się z komentarzami: „Aha, dostajesz zadanie, wykonujesz w domu i odsyłasz z powrotem, tak?”. Nie, nie tak. Pracuję na identycznych zasadach jak pozostali pracownicy biura. Zresztą nie tylko ja, lecz także kilka innych osób pracujących w różnych punktach Europy, np. w naszym berlińskim oddziale, zorganizowanym w przestrzeni coworkingowej na Kreuzbergu. Telepraca wymaga dyscypliny i to nie tylko ode mnie, ale również od całego zespołu. Nieformalne uzgadnianie projektu między biurkami czy poprawianie wydrukowanych rysunków ołówkiem nie sprawdza się na odległość. Wszystko musi być archiwizowane i zapisywane cyfrowo, aby każdy mógł w dowolnym momencie sprawdzić co, kiedy i z kim ustalono. Siłą rzeczy najczęściej pracuję nad projektami spoza Irlandii, bo lokalne inwestycje opierają się jednak na  spotkaniach twarzą w twarz, w których nie mogłabym regularnie uczestniczyć. Obecnie skaczę wirtualnie między Kairem a Moskwą, od czasu do czasu zahaczając o Zachodni Brzeg w Palestynie. Jeśli trzeba koniecznie z kimś się spotkać lub pojechać na budowę, wsiadam w samolot i tyle. I tak większość projektów mamy poza Irlandią, więc podróży służbowych nie da się uniknąć.

Brak elastycznych godzin pracy wymaga sporego kombinowania, zwłaszcza, jeśli usiłuję pogodzić projektowanie z dodatkowymi zajęciami, np. uczeniem na Politechnice i Uniwersytecie. Przyjemnie jest zagadać się ze studentami o projektach i jeśli akurat mam zajęcia przed pracą, żal mi zawsze, że muszę natychmiast uciekać. Obowiązują mnie prawie takie same godziny jak architektów w Dublinie. Prawie, bo uwagi na różnicę czasu między Polską a Irlandią, zaczynam godzinę wcześniej niż ekipa w siedzibie głównej, w innym razie kończyłabym pracę późnym wieczorem (i tak często tak kończę, bo wiadomo, ile się pracuje w tym zawodzie). Ta pierwsza godzina to spokój  bez telefonów i maili, kiedy jestem w stanie najwięcej zrobić. Za to rano mogę wstać dwie sekundy przed dziewiątą, bo pracownię mam w domu. Przerwa lanczowa pokrywa się z dublińską, żebyśmy nie rozmijali się z zespołem.

Telepracy nie da się zorganizować bez odpowiednich technologii. Mam bezpośrednie połączenie z dublińskim serwerem, oprogramowanie przyspieszające wymianę danych oraz wpięty do internetu telefon, za pośrednictwem kórego łączę się z biurem tak samo, jakbym siedziała w pokoju obok – wybieram tylko numery wewnętrzne. Często korzystam też ze skype’a i przez wiele godzin dziennie siedzę ze słuchawkami na uszach, jakbym pracowała w call centre. Na szczęście nie używam kamery internetowej, dzięki czemu mogę siedzieć cały dzień w piżamie. Podczas spotkań z biurem i branżystami używamy oprogramowania do telekonferencji, które umożliwia wszystkim uczestnikom szkicowanie na ekranie. Wszystko działa sprawnie, brakuje mi jednak nieco bezpośredniego kontaktu z ludźmi – zarówno kuchennych plotek, jak i wyjść do pubu. Życie towarzyskie trudno załatwiać przez telefon i kiedy w piątki zaczyna się mailowe ustalanie, dokąd zaraz wszyscy wyskoczą na guinessa, zielenieję z zazdrości. Rzecz jasna w szmaragdowym irlandzkim odcieniu zieleni.

A historia najlepiej obrazująca gospodarcze relacje i rynek pracy w Unii, to rodowód mojego domowego-biurowego komputera. Kiedy w Irlandii rozszalał się kryzys, DELL postanowił przenieść montownie komputerów z Limeryku do Łodzi. Świetnie dla Łodzi, ale kiepsko dla Limeryku, gdzie pracę straciło mnóstwo osób i to w bardzo trudnym dla Irlandczyków okresie. Ale co ma z tym wspólnego mój komputer? Został złożony już w polskiej fabryce, po czym pojechał do Irlandii tylko po to, aby go tam kupiono i taką nówkę nieśmiganą wysłano z powrotem do Polski. Eh, ten globalny kapitalizm…

 [fot. Monika Arczyńska]

Centymetr do Modulora

Marsylia

Chociaż w Wielkiej Brytanii i Irlandii w przemyśle już od lat obowiązuje system metryczny, w sferach bardziej „życiowych” niż zawodowych nadal zwyczajowo używa się systemu imperialnego. Mimo że przywyczaiłam się szybko do pintów piwa i funtów masła, nawet nie pomyślałabym o przeliczeniu własnej wagi na „stonesy”. Wiem za to dokładnie, ile mam wzrostu w stopach, a dowiedziałam się tego w pracowni w dość śmiesznych, ale jak najbardziej architektonicznych okolicznościach.

Wiadomo, jak wygląda większość zdjęć budynków: nie ma na nich ludzi. Kiedy oddano do użytkowania zaprojektowany przez nasze biuro Urząd Hrabstwa Kildare, w pracowni postanowiono, że oprócz typowych opustoszałych zdjęć zostaną zamówione fotografie z ludźmi. Ale nie z urzędnikami, tylko… modelkami. Wybrano jedną z londyńskich agencji, z którą związane są „topowe” brytyjskie modelki i zaczęła się akcja przebierania w dziewczynach. Oprócz zdjęć na stronach agencji zawsze podawane są wymiary i wzrost. Aby wyobrazić sobie, ile to np. pięć stóp i dziewięć cali, zaczęto wykorzystywać mnie – najwyższą architekt w biurze – jako punkt (czy też raczej odcinek) odniesienia. I tak się właśnie dowiedziałam, że mam sześć stóp wzrostu bez jednego centymetra.

Szkoda, że nie dokładnie sześć, bo to dopiero byłby architektoniczny wzrost! Dokładnie taki, jak przyjęty dla Modulora, opracowanego w latach 40. przez Le Corbusiera systemu miar i proporcji. Miał być w założeniu uniwersalny i przydatny do stosowania w architekturze, wzornictwie i przemyśle, ale wybór takiego, a nie innego wymiaru nie miał zbyt wielkiego związku z ergonomią. Kto wówczas miał aż 183 centymetry wzrostu? Chyba tylko przystojniacy z brytyjskich powieści detektywistycznych, w których zaczytywał się Le Corbusier. Aż trudno w to uwierzyć, ale podobno to właśnie oni stanowili inspirację dla przyjęcia sześciu stop dla Modulora… Pierwotna wersja systemu oparta była na nieco niższym wzroście, ale podejrzewam, że do zmiany skłonili architekta nie tyle wysocy brytyjscy detektywi, co magia okrągłej liczby, na dodatek takiej, która podzielona przez dwa i trzy daje liczby całkowite.

Ciekawe, ile wzrostu miał sam Corbu. Na zdjęciach wygląda na niewysokiego i chuderlawego, zwłaszcza, gdy pozował z kobietami swojego życia, których miewał po kilka jednocześnie. W kwestiach męsko-damskich miał specyficzne preferencje i fascynowały go dość konkretne gabarytowo panie. Na przykład takie (żona) albo takie (wieloletnia kochanka). A jeśli już drobniejsze, to tak egzotyczne i energiczne, jak Josephine Baker, z którą miał podobno romans na statku płynącym do boskiego Buenos. Ile w tym prawdy, a ile plotek, trudno powiedzieć, ale nie ten temat interesuje mnie w tej chwili najbardziej. Chcę wiedzieć coś innego – jak urosnąć ten brakujący centymetr???

[fot. Łukasz Pancewicz]

Było sobie życie

IMG_9549

Pamiętacie „Było sobie życie”, animowany francuski serial z końca lat 80.? Wyjaśniał, jak funkcjonuje ludzki organizm i każdy element, od leukocytów po wirusy, był przedstawiony jako spersonifikowana postać. Najbardziej fascynowały mnie pochody krwinek przenoszących na plecach przezroczyste bąbelki tlenu. Strasznie się wlokły przez układ kwionośny i jako dziewięcioletni przyszły inżynier nie mogłam zrozumieć relacji między szybkim biciem serca pompującego krew do tętnic a spacerowym tempem tych czerwonych ludzików. Z kolei walka z wirusami, która znudzonemu leżeniem w łóżku z grypą dziecku dłużyła się w nieskończoność, w serialu przypominała błyskawiczną akcję, jak z gry komputerowej. Do intruza podlatywały minaturowe pojazdy bojowe i błyskawicznie go obezwładniały.

Dlaczego nagle przypomniał mi się ten serial i skojarzył z architekturą? Jeszcze przed Bożym Narodzeniem, przy okazji wyjazdu do Dublina na świąteczną imprezę w pracowni, skoczyłam na budowę w Galerii Narodowej. Nasze biuro pracuje  na tym projektem od ładnych paru lat i szczerze podziwiam za cierpliwość Kasię, która go prowadzi. Wszystko ciągnie się od masterplanu obejmującego przebudowę i rozbudowę, przez kryzys, który zatrzymał wszystkie prace, aż po rozdrobnioną do granic możliwości na etapy realizację zaplanowanych robót. W tej chwili prace są już mocno zaawansowane, a po budowie zasuwają panowie-budowlańcy w maleńkich kopareczkach, które przypomniały mi właśnie sprzęty bojowe z „Bylo sobie życie”.

Ale to nie były moje jedyne anatomiczne skojarzenia. Galeria to wiktoriańska staruszka, której stuknęło niedawno półtora wieku. Precyzyjniej mówiąc tyle stuknęło jej najstarszej części, bo później co kilkadziesiąt lat dodawano kolejne skrzydła. Nikt nie wie tylko, dlaczego każde z nich ma inne wysokości kondygnacji i łączy się z pozostałymi w tak pokrętny sposób, że w środku nie gubią się chyba tylko pracownicy z co najmniej dwudziestoletnim stażem (ale i tak założę się, że gdyby zamienić miejscami Caravaggia i Vermeera, też pomyliliby drogę). Mieliśmy to wszystko zracjonalizować, uprościć, a na dodatek zapewnić nareszcie porządne warunki klimatyczne pomieszczeń ekspozycyjnych, bo pod świetlikami było tak gorąco, że można by było uprawiać tam pomidory i żadna poważna galeria nie wypożyczyłaby swoich obrazów dublińskiej. Brzmi prosto, ale w przypadku tak cennego zabytku proces upychania jakichkolwiek nowych instalacji jest koszmarem każdego architekta. Na dodatek lata oszczędzania na zdrowiu i nadmierna eksploatacja dały się we znaki naszej pacjentce. Wszystko jest chronione, wszystko może się rozsypać, ale przede wszystkim nie ma miejsca, żeby ukryć ogromne przewody wentylacyjne. We współczesnym budynku schowałoby się je pod podłogą, w ścianie albo nad sufitem, ale we wnętrzu wiktoriańskiej staruszki? To bardziej skomplikowane niż wszycie by-passów! Różne instalacyjne by-passy też należało oczywiście powszywać, a żeby tego wszystkiego dokonać, trzeba było naszą bidulkę obedrzeć gdzieniegdzie ze skóry. Więle prac wykonywanych jest ręcznie, z chirurgiczną precyzją i powoli, jak ów tlen przenoszony przez serialowe czerwone krwinki. Trzeba było również pousuwać pojawiające się przez lata narośla przebudów i modernizacji, ale w taki sposób, żeby zachowała charakter i nie wyglądała jak Renee Z. czy Nicole K. po liftingu.

Dargan

Przed budynkiem powstaje Energy Centre – tu będą znajdowały się prawie wszystkie serca i płuca. Prawie, bo w budynku o tej wielkości odległości od organów do obsługiwanych przez nie części „ciała” są zbyt duże i trzeba podzielić je na mniejsze sektory. Centrum będzie zakopane w ziemi i musiało zostać zaprojektowane w sposób, który pozwoli na transplantację organów w przyszłości. Przez specjalne, zdejmowalne płyty będzie można wyciągnąć płuco (czyli jednostkę systemu klimatyzacji) i wstawić nowe.

Merrion Square

piwnice

Nie mogę się doczekać finału tej operacji. Przykro patrzy się teraz na rozbebeszony budynek, ale to wszystko dla jego dobra. Jest w każdym razie w dobrych rękach – zajmują się nim świetni specjaliści, część elementów sprowadzana jest ze świetnych zagranicznych klinik, tfu, fabryk. Po tylu latach zespół zna każdy kąt i chociaż od czasu do czasu zdarzają się niespodzianki, wszystko jest pod pełną kontrolą. Po zakończeniu zabiegów pacjentka poczuje się jak nowo narodzona i chętnie zacznie znów przyjmować gości. Dokładnie tak, jak miały w zwyczaju wiktoriańskie damy…

Leinster

[for. Monika Arczyńska, http://www.nostalgie.be]

To był dobry rok!

2014_male

Po ostatnich irlandzko-palestyńsko-izraelskich rozjazdach mam tyle do pisania, że nie wiem, od czego zacząć. A ponieważ wszyscy blogerzy publikują teraz swoje podsumowania roku, to nie będę silić się na oryginalność, tylko zrobię to samo. Nie przebiję co prawda Maffashion, której ostatnio trafił się kontrakt dla Versace, ale branża architektoniczna jest jednak mniej glamour od modowej. W każdym razie „Bryła” donosi, że to był dobry rok dla polskiej architektury. Dla mnie też, bo chociaż nie udało mi się zrealizować wszystkich zaplanowanych na ten rok założeń, działo się znacznie więcej, niż się spodziewałam. Oto moje podsumowanie:

1. Więcej pisać!

Udało mi się zrealizować najważniejsze postanowienie sprzed roku! Nie dość, że moja współpraca z „Architekturą Murator” jeszcze nigdy nie była tak intensywna, to na dodatek szykują się nowe szanse na publikacje. O nich na razie cicho sza, żeby nie zapeszać.

2. SIX LETTER CITY.

Utrzymuję regularność blogowych wpisów, chociaż bałam się, że nawał pracy mi to uniemożliwi. Liczba czytelników rośnie, odzew jest pozytywny, a podczas gdyńskiej Pecha Kucha okazało się, że nie tylko architektów bawią opowieści o mizianiu budynków, przystojnych projektantach i rozterkach młodej architekt. Dziękuję!

3. Heneghan Peng.

Nadal pracuję na odległość dla mojego ulubionego biura, a telepraca okazuje się tak sprawna, że większość branżystów nie orientuje się chyba nawet, że na co dzień jestem w Gdańsku, a nie w Dublinie. Internecie, jesteś potężny! I chociaż moskiewski projekt w dalszym ciągu przeraża mnie swoją wielkością i poziomem skomplikowania, nie poddaję się i walczę jak lwica, żeby finalny efekt był jak najlepszy. Poza tym trzy inne projekty, nad którymi pracowałam wcześniej, są w trakcie realizacji. O Galerii Narodowej w Dublinie i Muzeum Palestyny wkrótce napiszę, bo w grudniu odwiedziłam obie budowy.

4. Rosyjski.

To pozornie mało architektoniczna kwestia, jednak ściśle związana z moskiewskim projektem. Chociaż nie mówię jeszcze swobodnie i sporo wody w Wołdze upłynie, zanim osiągnę satysfakcjonujący dla mnie poziom, techniczny rosyjski „wchodzi” mi coraz łatwiej. Ponieważ pracowałam projektowo głównie poza Polską, jako pierwsze przychodzą mi do głowy angielskie określenia. Teraz jako drugie będą przychodzić rosyjskie, a studenci zaczną dostawać ataków śmiechu, kiedy w ferworze opowiadania o projekcie będę rzucać tekstami „No, jak to się nazywało po polsku, mam to przecież na końcu języka!”.

5. Menthol Architects.

Będę ich promować ich przy każdej możliwej okazji nie tylko dlatego, że sa moimi serdecznymi przyjaciółmi, ale przede wszystkim bardzo cenię ich projekty i jestem pod nieustającym wrażeniem świeżości ich pomysłów. To był ich pierwszy rok w Polsce i już zostali zauważeni (mam nadzieję, że przyczyniło się do tego moje trzymanie kciuków). Poza tym nie dość, że pomimo odległości między Gdańskiem a Wrocławiem udaje nam się w miarę często spotykać (w Dublinie byliśmy sąsiadami), to na dodatek w końcu przetestowaliśmy, jak nam się razem projektuje. Mam nadzieję, że nie ostatni raz!

6. Biennale w Wenecji.

To zdecydowanie najważniejsze architektoniczne wydarzenie ubiegłego roku, w jakim miałam okazję uczestniczyć. Koolhaas jest nie do przebicia i już współczuję dyrektorowi kolejnego Biennale, bo nie wiem, co musiałby zaproponować, żeby porównania nie wypadły na jego niekorzyść.

6. Podróże

Jak na mocno zajęty rok, nie było źle. Oprócz Wenecji udało mi się dwa razy wpaść do Berlina (Berlinie, jak dobrze, że jesteś tak blisko!), odwiedzić Dublin i wyskoczyć na Bliski Wschód. W kolejce czekają jednak przede wszystkim polskie miasta, w których nie byłam od lat. Wrocław „odhaczony”, Poznań może uda mi się odwiedzić wiosną. Próbuję również wybrać się do Szczecina, żeby w końcu zobaczyć Filharmonię. Śledzę regularnie repertuar, żeby znaleźć jakiś sobotni koncert, bo to dla mnie jedyna możliwość, żeby wpaść tam na weekend, ale jak na złość w soboty odbywają się tylko warsztaty dla dzieci. Szanowna Dyrekcjo, proszę pomyśleć, ilu architektów chętnie przyjechałoby na weekend i jakie spowodowałoby to ożywienie ruchu turystycznego w mieście!

7. Uczelnia.

Musiałam co prawda ostatnio zredukować liczbę godzin dydaktycznych z powodu moskiewskiego projektu, ale już w następnym semestrze będę znów prowadzić dwa przedmioty projektowe i wykłady na Uniwersytecie Gdańskim z Planowania Rozwoju Miast. A jesienią być może poprowadzę w Gdańsku warsztaty. Niedługo na BlokBlogu pojawi się również mój tekst o edukacji architektonicznej w Polsce.

8. Teatr.

Odkąd wyprowadziłam się z Dublina, nie wyjeżdżam już na festiwal w Edynburgu, za to w końcu udało mi się ponadrabiać zaległości teatralne w Polsce. I tu też pojawi się architektoniczny motyw, bo jeden z najlepszych spektakli, jakie udało mi się zobaczyć w minionym roku, to „Bitwa warszawska 1920” Pawła Demirskiego w reż. Moniki Strzępki. A Paweł, zanim zajął się teatrem, przez chwilę studiował w Gdańsku architekturę, na moim roku i to na dodatek w tej samej grupie dziekańskiej. Byłam bardzo ciekawa „Bitwy”, bo dotychczas znałam tylko jego sztuki sprzed współpracy z Moniką Strzępką. Okazało się, że to jeden z tych spektakli, po którym wychodzi się z teatru z głową pełną kotłujących się myśli i emocji, które nie opadają przez kolejne dni. Paweł, dziękuję, że nie zostałeś architektem (chociaż z geometrii wykreślnej byłeś niezły:)

9. Ludzie.

To zdecydowanie najważniejszy punkt 2014 roku. Poznałam świetnych architektów i niearchitektów. Udało mi się podtrzymać przyjaźnie z osobami z różnych zakątków Europy oraz w końcu poznać razem osoby, które nie miały wcześniej okazji się spotkać. Wynikło z tego kilka ciekawych znajomości. Kursowanie między Trójmiastem a Łodzią również ma swoje plusy – dzięki kapitalnemu towarzystwu w obu miejscach czuję się świetnie, ale moje miejsce jest jednak nad morzem.

10. 2015.

Ale najważniejsze, że kolejny rok też zapowiada się interesująco. Dogrywam właśnie kilka projektów – dam znać, kiedy tylko uda mi się z nimi ruszyć. Mam nadzieję, że czasowo  pozwoli mi na to zaległy urlop z… 2012 roku:)

Ściskam kciuki za Wasze i własne plany!

[fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz, Lila Krzycka, Marcin Nowiński]

„Last 24 hours”

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Kasia Tusk na swoim blogu regularnie publikuje ‚last month’ czyli opis tego, co się u niej działo w ostatnim miesiącu. Z reguły mało tam treści, ale dużo morza, kawy na wynos i nowych ubrań. A ja dziś podzielę się moim ‚last 24 hours’, które nie były może najbardziej „architektoniczną” dobą mojego życia, ale zdecydowanie należały do najdziwniejszych 24 godzin tego roku. Też będzie morze i kawa na wynos oraz ubrania, ale nie nowe, za to wrzucane do walizki w bardzo stresujących okolicznościach.

Sobota trochę za bardzo się udała. Na tyle bardzo, że zamiast wrócić do domu o przyzwoitej godzinie i spakować się na wyjazd do Dublina, zostałam na paru drinkach więcej niż planowałam, bo przecież wylot miał być dopiero w niedzielę, chwilę po południu. Mnóstwo czasu, żeby zjeść spokojnie śniadanie, wysłać kilka zaległych maili, spakować się na wyjazd i grzecznie podjechać autobusem na lotnisko. O szóstej obudziłam się w doskonałym nastroju, bo śniło mi się, że jestem w Rzymie i w jakiejś idiotycznej loterii wygrywam wypasiony nowy model samochodu. Chyba fiata, ale fiaty raczej nie są luksusowe, prawda? Sen był jednak tak realistyczny, że zaraz po przebudzeniu zaczęłam planować, co sobie kupię za pieniądze ze sprzedaży nagrody, bo przecież przy całej swojej niechęci do samochodów pozbyłabym się jej czym prędzej. A to tylko sen… Zasnęłam ponownie, a potem obudziłam się z lekkim bólem głowy (to ta sobota) i zabrałam się za zaplanowane śniadanie i maile. Pakowanie postanowiłam zacząć od sprawdzenia, o której dokładnie mam lot i… okazało się, że pomyliłam godzinę odlotu z przylotem. Przez dłuższą chwilę z niedowierzaniem patrzyłam to na zegarek, to na kartę pokładową i kiedy w końcu zrozumiałam, że mam dokładnie 45 minut, żeby się spakować, dotrzeć na lotnisko i przejść przez kontrolę bezpieczeństwa, poczułam się jakbym właśnie dostała zastrzyk adrenaliny. Zamówiłam taksówkę („Oj, nie ma teraz żadnych wolnych, ale jak się pani tak spieszy, to zobaczę, co się da zrobić”), w pięć minut wrzuciłam rzeczy do walizki (poskładam w taksówce), powyłączałam wszystkie wtyczki z gniazdek i sprawdziłam zawory wody i gazu (to takie natręctwo),  wsiadłam do taksówki prosząc kierowcę o tempo błyskawicy (i tak wszyscy na drodze go wyprzedzali), ale udało się! Okazało się, że zapomniałam tylko szczotki do włosów i książki, którą planowałam dokończyć w samolocie:)

A Dublin przywitał mnie przepięknie. Na lotnisku czekali przyjaciele z kubkiem gorącej kawy na wynos. Kiedy przejeżdzaliśmy przez miasto, na niebie pojawiła się tęcza – nie żartuję! W Dun Laoghaire, jednej z najsympatyczniejszych nadmorskich dzielnic Dublina, czekał zrewitalizowany park z niedzielnym targiem i nową restauracją. W ulubionym miejscu z widokiem na morze, które od dwóch sezonów stało puste, właśnie otwarto nową knajpę i rozdawano powitalne drinki. Jedyny zgrzyt tego idealnego dnia to nowy budynek biblioteki projektu Carr Cotter and Naessens. Braliśmy nawet z biurem udział w konkursie na ten obiekt kilka lat temu i pamiętam, że zwycięska koncepcja już wtedy była dyskusyjna. Ten bydlak jest po prostu za wysoki! Brutalnie dominuje nad otoczeniem, gdzie wśród cukierkowych domów znajduje się co prawda kilka sporych nowych apartamentowców i nawet centrum handlowe, ale tworzą zwarte kubatury i nie drażnią tak mocno, jak ten przyciężkawy kloc nadwieszający się nad trasą spacerową z widokiem na morze. Na dodatek dookoła znajdują się bardzo „studencki” projekt krajobrazu. Pisząc „studencki” mam na myśli, że czasem, przy braku mocnego pomysłu na zagospodarowanie terenu, studenci zaczynają go szatkować i wypełniać poszczególne pola innymi materiałami – tu damy basen z wodą, tu postawimy latarnie, tam będzie rosła trawa,  a zaraz obok posadzone w regularny wzór krzewy. To banalna strategia na zapełnienie białych plam w projekcie i dokładnie tak wygląda otoczenie biblioteki. Nie udało mi się co prawda wejść do środka (niedziela), ale nie sądzę, aby wnętrza zrekompensowały to, co zobaczyłam na zewnątrz. Szkoda. Wcale nie dziwią mnie krytyczne słowa mieszkańców, nie wspominając już o tym, że podczas budowy zaczęły pękać ściany sąsiednich historycznych budynków.

W Dublinie spędzę najbliższych kilka dni. Potem tylko szybko przepakuję się na świąteczny wyjazd (tym razem dokładnie sprawdzę godzinę wylotu i mam też nadzieję, że pendolino zawiezie mnie na czas do Warszawy). Nie będę już miała czasu na pisanie, więc już dziś życzę Wam fantastycznych świąt i Nowego Roku! I niech realizacje 2015 roku będą bardziej udane niż ta nieszczęsna biblioteka:)

[fot. Monika Arczyńska]

Wigilia na budowie

granada

Zaczynam rozumieć, dlaczego w sklepach Boże Narodzenie zaczęło się jeszcze przed Halloween. Początkowo mnie to zdziwiło, bo wszystkie marcepaniki, bombeczki i choineczki komicznie kontrastowały z wampiryczno-krwawymi gadżetami, ale chyba odkryłam sens tej strategii. To nie z myślą o zysku sklepów, ale z troski o nas, klientów!  Czy może być coś bardziej wkurzającego niż zakupy przed samymi świętami? Szukanie prezentów na ostatnią chwilę, karpie, śledzie, makowce – przecież to horror, z którym Halloween nie może się równać.  A przecież można było zacząć już w październiku… Kolejny raz wyjeżdżam na Boże Narodzenie, żeby uniknąć tego całego szaleństwa i po raz kolejny zapominam, że zorganizowanie podróży to też czasochłonne zajęcie. A czasu jest mało, bo pod koniec roku trzeba zawsze zamknąć mnóstwo spraw i jeszcze wpaść do Dublina na biurową imprezę (ale to akurat przyjemność). Ustalanie trasy, noclegi, transport – na szczęście wolę to niż kupowanie prezentów. Przeglądając setną stronę z ofertami hoteli i tak ciągle sobie powtarzam, że przecież mogłam zacząć już w październiku…

Jak już kiedyś pisałam, święta spędzałam dotychczas w różnych miejscach – od Nowego Jorku po Ho Chi Minh. Na wigilię zawsze starałam się zaplanować coś wyjątkowego, co zapamiętam na długo. Najpiękniejsze wspomnienie wiąże się ze zwiedzaniem Alhambry. To był wyjątkowo słoneczny dzień,  na drzewach wisiały owoce, jak na zdjęciu powyżej, wszyscy turyści, których na szczęście było całkiem niewielu, wyglądali na zadowolonych i rozmarzonych. I nie wiem, czy to uroda miejsca, czy magia tego dnia sprawiły, że właśnie Alhambra jako pierwsza przychodzi mi na myśl jako najpiękniejsze miejsce, jakie kiedykolwiek widziałam. Ale bywają również wigilijne wydarzenia, które także będę długo wspominać z uwagi na ich… nietypowość. W Nowym Jorku zaplanowaliśmy spacer po Brooklynie. Zrobiliśmy sobie serię obowiązkowych zdjęć na Moście Brooklińskim (ze wspomnianymi kiedyś Empire State i Chrysler Building w tle), a potem zaczęliśmy ścigać się ze znajomym, który tego dnia miał dwie czy trzy randki, każdą w innej części miasta, żeby dziewczyny się nie spotkały. My też jakoś nie mogliśmy się spotkać, a po kilku godzinach spacerowania byliśmy już tak przemarznięci i głodni, że zaczęliśmy szukać jakiejś przyjemnej kawiarni, żeby się ogrzać, wypić coś ciepłego i poczekać na naszego donżuana. Chociaż spodziewaliśmy się zatrzęsienia tętniących życiem hipsterskich knajp, akurat w tej części miasta nie było otwarte nic oprócz przaśnej hamburgerowni. W tamtą wigilię zamiast karpia i pierogów z kapustą i grzybami skończyło się więc na fast foodzie.

Tym razem również będzie nietypowo, bo w wigilię wyląduję na… budowie. Nie, nie dlatego, że wypadł mi w święta służbowy wyjazd, lecz przypadkiem będę w pobliżu realizowanego właśnie Muzeum Palestyny. Nie planowałam na urlop niczego związanego z pracą, ale ponieważ włożyłam w ten projekt sporo czasu i energii, podskoczę tam w drodze między Jerozolimą a Nablusem, żeby zobaczyć na własne oczy, czy faktycznie wszystko wygląda tak dobrze, jak na zdjęciach. Tak, wiem, w wigilię należałoby raczej odwiedzić Betlejem, ale tam wybierzemy się dopiero po świętach, kiedy tłumy turystów już wyjadą (24 grudnia to podobno i tak tylko umowna data:). Z kolei na Nowy Rok zaplanowaliśmy Tel Aviv i mam w związku z tym pytanie, drodzy czytelnicy. Czy moglibyście mi podpowiedzieć, dokąd warto się wybrać w wymienionych miastach? Rozpisuję właśnie listę architektonicznych must-see i chętnie przyjmę Wasze propozycje. Już niedługo będę więc donosić nie o łódzkim czy gdyńskim modernizmie, ale o Białym Mieście w Tel Avivie. Ale dopiero jak ochłonę po powrocie, bo to podobno bardzo imprezowe miasto!

[fot. Monika Arczyńska]

Wiertła nie będzie

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Chicago Spire nie powstanie – ogłoszono to oficjalnie w ubiegłym tygodniu. Nie ma kasy i już – wszelkie próby poradzenia sobie z długami zawiodły i nie będzie ani wieżowca, ani parku projektu Calatravy. Akurat parku szkoda najbardziej, zwłaszcza, że jego realizacja miała być warunkiem, na podstawie którego udało się wynegocjować z miastem więcej pięter, niż pozwalały na to warunki planistyczne.

Wielkie Wiertło miało być najwyższym budynkiem w Stanach. Usłyszalam o nim pierwszy raz niedługo po rozpoczęciu budowy w 2007 – rok po moim przyjeździe do Dublina. W każdym irlandzkim biurze przy porannej kawie, zwłaszcza w czwartki, kiedy wychodził dodatek do „Irish Timesa” o nieruchomościach, nikt nie poruszał innych tematów niż „co kupić, gdzie i za ile”. A ponieważ deweloper Wiertła, Garrett Kelleher, to Irlandczyk operujący i na irlandzkim, i na amerykańskim rynku, postanowił zareklamować ten projekt w Dublinie. Tym bardziej, że w Stanach właśnie zaczynała pękać bańka na rynku nieruchomości i Amerykanie niezbyt ochoczo inwestowali w drogie apartamenty (pisaliśmy o tym dla Architektury-Murator 4/2008). Podczas promocji projektu krztusiłam się ze śmiechu słuchając specjalnie skomponowanego dla promocji inwestycji utworu (na orkiestrę symfoniczną, a co tam!) i dusiłam od zapachu świeżych lilii. Nie dość, że na promocyjne imprezy wynajęto cały georgiański park w centrum Dublina, to jeszcze projekt promował Liam Neeson, świeżo po jednym z popularniejszych filmów sensacyjnych. Gwiazdy filmowe ewidentnie przynoszą pecha inwestycjom deweloperskim – mieliśmy też w Polsce taki przypadek. Borys Szyc był twarzą loftów „U Scheiblera”, które co prawda zostały ukończone, ale do dziś próbuje je sprzedać syndyk. Widać gwiazda kina w kampanii reklamowej jest jak baba na pokładzie.

Rok po moim przyjeździe do Dublina to także rok przed recesją. Tematyka plotek przy kawie nagle zupełnie się zmieniła – rozmawiało się już nie o tym, co kupić, ale jak szybko sprzedać to, co się przed chwilą kupiło. Bańka pękła. Zapomniałam kompletnie o Wiertle i kiedy jakiś czas później wylądowałam w Chicago, przechodząc koło  rozgrzebanej działki, na której miało stanąć, nie zorientowałam się nawet, że to właśnie tam.

W sumie nawet nie jest mi smutno, że realizacja się nie zakończy. Żal mi tylko tych wszystkich osób, które straciły pieniądze oraz – to w ramach zawodowej solidarności – architektów, którzy spędzili nad tym projektem cały kawał życia. Kolejna rzecz w dorobku do szuflady. Poza tym mimo że lubię wieżowce, ten miał być naprawdę nieprzyzwoicie ogromny – po co robić Dubaj z pięknego Chicago? Wiertło byłoby wyższe od Hancock Tower, a Hancock Tower jest tak piękna, że aż żal by było stawiać obok jakąś konkurencję (to ten czarny, zwężający się ku górze wieżowiec w głębi, po lewej):

Chicago Spire

Poza tym Calatrava zaczął się powtarzać. Rozumiem, że przy mostach nie może sobie zbytnio poszaleć, bo w mostach już chyba niewiele nowego da się wymyślić, ale wieżowce to inna bajka. Chicago Spire to większa wersja Turning Torso z Malmö – ile można zbudować budynków opartych na tej samej zasadzie? Amerykanom Chicago Spire nie kojarzyła się z wiertłem, ale ze spiralnym lizakiem. Włochom pewnie z makaronem fussili, a plażowiczom z Międzyzdrojów z lodami tzw. „amerykańskimi” lub „maczanymi”.

Dla mnie to wiertło. Albo wydłużona wersja wkrętacza z Tytusa, Romka i A’Tomka (moc: 20 000 kretów mechanicznych).

tytus-romek-i-atomek-ksiega-xv_2_a

PS Podobno w pewnym momencie Kelleher wisiał Calatravie ponad 10 milionów dolarów. Czyli niepłacenie architektom to nie jest tylko polski problem. Mamy przechlapane.

[fot. Monika Arczyńska, „Tytus” ze strony http://www.komiksbaza.pl]

Życzenia z Sorrento

Sorrento02
Wszystkiego wymarzonego w Nowym Roku! Życzenia są o tydzień spóźnione, bo zaraz po świętach wyruszyliśmy na wakacje, ale ponieważ miejsca, które odwiedziliśmy, to kilka wyjątkowych włoskich miast, poświęcę im kilka kolejnych postów. Bez typowo podróżniczych relacji – będzie to raczej seria miejsko-architektonicznych spostrzeżeń. Może nawet bardziej miejskich niż architektonicznych, bo w drodze powrotnej z lekkim zdumieniem odkryliśmy, że oprócz dopiero co otwieranego węzła transportowego w Neapolu według projektu Dominica Perrault nie obejrzeliśmy ani jednego współczesnego budynku. Zamierzaliśmy co prawda wybrać się do Ravello i zobaczyć audytorium, które Niemeyer zaprojektował w wieku około stu lat (!), ale pogoda pokrzyżowała nam plany. To chyba nasz pierwszy urlop bez współczesnej architektury:)

Sylwestra spędziliśmy w Sorrento – włoskim odpowiedniku Sopotu, ale jeszcze bardziej zawalonym turystami. Nawet zimą zagęszczenie Azjatów i sklepów z pamiątkami daleko wykraczają poza europejską średnią. Ceny hoteli są tu absolutnie kosmiczne, więc zatrzymaliśmy się w pobliskiej miejscowości, w pełnym podrabianych ludwików B&B prowadzonym przez prawdziwą włoską matronę, która po domu chodziła w czarnej sukni, a do warzywniaka zasuwała w futrze. Ale po co właściwie tu przyjechaliśmy? Nie przepadamy za limoncello, które jest tu produkowane i nie znosimy typowo turystycznych klimatów. Ale to właśnie do Sorrento i Amalfi, do którego również się wybraliśmy, przyjeżdżała dawniej europejska arystokracja oraz artyści. Obowiązkowo w ramach Grand Tour – podróży w rodzaju współczesnego gap year (ale tylko dla wybranych, „na bogato” i w celu poznawania kolebek europejskiej cywilizacji, a nie wolontariatu w Afryce). Czasem urządzano coś  w rodzaju twórczych wakacji i nie wiem, czy to lokalny klimat, czy charakter amalfitańskich niewiast tak inspirowały przyjeżdżających tu artystów, ale Ibsen napisał tu spory fragment „Domu lalki”, a mój ulubiony D.H. Lawrence „Kochanka Lady Chatterley” – teksty o kobietach, które nie całkiem wpasowywały się w gorset obowiązujących wówczas społecznych ról i oczekiwań. Wiele rodzin przyjeżdżało w te okolice na cały sezon, aby odpocząć w cieplejszym klimacie, zaprezentować córki kawalerom z tzw. towarzystwa lub podleczyć gruźlicę. Opisy takich leniwych i rozpustnie luksusowych wakacji zawsze działały na moją wyobraźnię, kiedy czytałam je w wiktoriańskich powieściach (zaczęłam je czytać kilka lat temu z powodu pewnego projektu, ale ta opowieść zdecydowanie zasługuje na osobny post w przyszłości). W końcu musiałam tu przyjechać, żeby zobaczyć te wszystkie niesamowite nadmorskie wille i uginające się pod ciężarem owoców drzewa cytrynowe. Zawsze w podobnie pocztówkowych okolicach prześladuje mnie pewna myśl: dlaczego nie mam włoskich korzeni i jakiejś starej ciotki, po której mogłabym taką willę odziedziczyć? W każdym razie krajobrazy w okolicach Sorrento wydawały mi się dziwnie znajome i cały czas miałam urbanistyczno-krajobrazowe deja vu – zdecydowanie widziałam wcześniej podobne miejsca. W końcu do mnie dotarło, że nie chodzi tylko o wizualne podobieństwo, ale również o nazwę. W południowej części Dublina, w dzielnicy Dalkey, znajduje się… Sorrento Road. Sprawdziłam – ulicę nazwano tak właśnie z uwagi na krajobraz zbliżony do włoskiego Sorrento. Wszystko się zgadza: stoją tu stare, pastelowe domy, rosną palmy, zatoka z kamienistą plażą ma  podobny kształt, a widoczna w oddali góra Sugar Loaf wygląda prawie jak Wezuwiusz. W obu miejscach drogi są wąskie, a wzdłuż nich stoją rustykalne kamienne ogrodzenia. Pogoda bywa skrajnie zmienna, roślinność jest gęsta, klimat łagodny, mieszkańcy zamożni, a nieruchomości koszmarnie drogie (to mnie akurat nie dziwi, a moje marzenia o odziedziczeniu willi w takim miejscu mają jak najbardziej racjonalne podstawy). Zawsze, kiedy trafiałam w tamte dublińskie okolice w słoneczny dzień, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że jestem gdzieś na południu Europy – już wiem, skąd to złudzenie!

Sorento
Wkrótce o Neapolu i Pompejach.

[fot. Monika Arczyńska]

Wesołych!

Dublin01

Na blogu cisza, bo ostatni tydzień spędziłam w Dublinie. Jak zwykle było bardzo intensywnie: praca, za mało snu i za dużo guinnessa, bo nie ma nic przyjemniejszego niż wypad do pubu ze starymi dobrymi przyjaciółmi. W międzyczasie intensywnie ściskałam kciuki za moskiewski konkurs, którego wyniki wczoraj ogłoszono – wygraliśmy! Zadeklarowałam, że w razie zwycięstwa zapiszę się na kurs rosyjskiego, więc chyba nie pozostaje mi nic innego, jak tylko w nowym roku poszukać szkoły językowej.

Pobyt w Dublinie dał mi do myślenia o świątecznej miejskiej scenerii. Mrozu, sopli i śniegowej pierzyny nie da się wszędzie zorganizować z przyczyn czysto geograficznych – zawsze rozbawiają mnie świąteczne zdjęcia z Australii i możliwość spędzania Bożego Narodzenia w bikini na plaży. Ponieważ przerwa świąteczna to świetna okazja, aby wykorzystać urlop na dłuższe wakacje, miałam okazję spędzać Boże Narodzenie w różnych miastach na świecie. Najbardziej bajkowy wydawał mi się Nowy Jork, ale to miasto zawsze jest ekscytujące, więc Boże Narodzenie tylko dodaje kilka motywów znanych wszystkim na pamięć  z komedii romantycznych – lodowiska, światełka, choinki i niesamowite wystawy sklepowe. Nigdy nie byłam we wspomnianej Australii, ale w podobnym klimacie – owszem. Na dodatek w bardzo ważnym momencie, bo kilka lat temu dokładnie 24 grudnia Wietnam zdobył mistrzostwo Azji w piłce nożnej. Po finałowym meczu na ulicach Ho Chi Minh świętowały tysiące ludzi. Takiej eksplozji dumy i szczęścia nie widziałam jeszcze nigdy w miejskiej przestrzeni. Wszyscy wymachiwali flagami i chorągiewkami, więc liczba pięcioramiennych gwiazd na czerwonym tle przypominała archiwalne zdjęcia z Placu Czerwonego – zdecydowanie mało świątecznie, ale jak radośnie! Ciekawe  jest również obserwowanie, które bożonarodzeniowe motywy przejmowane są w krajach, w których większość osób nie obchodzi katolickich świąt. W Ramallah w Palestynie, gdzie wylądowałam rok temu, zdarzają się szopki (to niedaleko od Betlejem), ale na inne dekoracje trafia się raczej w popularnych wśród zachodnich turystów hotelach. W Maroku widać głównie znane z mediów świąteczne akcenty o mocno konsumpcyjnym zabarwieniu. Tańczący w rytm arabskiej muzyki Święty Mikołaj to niezapomniany widok, ale kojarzy się przede wszystkim z reklamami Coca-Coli.

Dublin w święta łączy w sobie to, co najlepsze (oprócz śniegu, ale kto przejmowałby się takim drobiazgiem, zwłaszcza, kiedy na ulicach są już wiosenne kwiaty?). Światełka na Grafton Street, w kształcie kryształowych żyrandoli, wymiatają. Choinka na O’Connell Street jest ogromna, lodowiska i wzorowany na niemieckich jarmark – pełne ludzi. Dom towarowy Brown Thomas, a w tym roku również Avoca (zdjęcie poniżej) mogą śmiało konkurować z Macy’s baśniowością wystaw. To jednak, co dzieje się na dublińskich ulicach przed świętami, najbardziej przypomina mi jednak południe Europy. Nie zapomnę, jak w Granadzie kilka godzin przed kolacją wigilijną ulice i bary nagle zapełniły się ludźmi. Szybkie piwo na ulicy było ostatnią okazją do spotkania z przyjaciółmi przed zarezerwowaną dla rodziny kolacją. Liczebnie dominowali panowie – matki, żony i kochanki najwyraźniej utknęły w kuchni. W Dublinie ta proporcja jest bardziej sprawiedliwa, a puby tak pełne, że bez względu na pogodę trzeba wyjść na zewnątrz. Nieważne, że pada albo że zimno – atmosfera jest rozgrzana, rozmowy głośne, a śmiechu słychać więcej niż zwykle. W tym roku absolutnym hitem stały się Christmas jumpers, czyli paskudne swetry ze świątecznymi motywami (kto pamięta Bridget Jones, wie o czym mowa). Widok tak ubranych irlandzkich dresiarzy – bezcenny. I jak tu nie kochać Dublina? Nawet Ryanair zmiękł przed świętami i nie dość, że skończyło się złośliwe ważenie bagażu podręcznego przed samym wejściem na pokład, to na dodatek można zabrać ze sobą dodatkową małą torbę* bez limitów wagowych, w związku z czym moja wróciła do Gdańska szczelnie wypełniona cheddarem, bekonem i irlandzką whiskey. Czyli Święta będą pod znakiem dobrego jedzenia i odpoczynku, czego i Wam życzę!

Dublin03

*Nie, post nie jest sponsorowany przez Michaela O’Leary.

[fot. Monika Arczyńska]

Boredom index

Zaskoczyła mnie ostatnio pewna wiadomość. Otóż okazało się, że Gdańsk został oceniony przez studentów jako nudny i powolny – „miasto starych ludzi”. Co prawda były to tylko badania do pracy magisterskiej, z niewielką próbą repondentów, ale wyniki i tak dały mi do myślenia. Faktycznie – mimo metropolitalnych ambicji miasta niewiele się tu dzieje. Oferta kulturalna leży, po sezonie knajpy ledwo zipią, a imprezuje się i tak w Sopocie. Za to jakość życia – tego codziennego – jest w Gdańsku obiektywnie wysoka: plaża, zieleń, ścieżki rowerowe, niezły transport publiczny, do tego ceny znacznie niższe niż w takiej na przykład Warszawie.  Potwierdza to raking polskich miast pod względem jakości życia przygotowany przez Diagnozę Społeczną, w którym Gdańsk zajął ostatnio trzecie miejsce. Na pierwszym miejscu znalazła się Gdynia, która pomimo zbliżonych walorów (oraz modernizmu i festiwalu filmowego rzecz jasna!) również nie jest najbardziej ekscytującym miastem pod słońcem. Warszawa dopiero na ósmej pozycji, o co w tym wszystkim chodzi? Popatrzmy na najpopularniejszy światowy ranking jakości życia w miastach – firmy Mercer. W czołówce żadnych fajerwerków. Wiedeń? Prater, Sacher i Strauss – rozrywki dla mało wymagających. Zurych? Ma opinię jednego z najnudniejszych miast w Europie. Prawdziwie ekscytujące miasta, takie jak Paryż, Londyn czy Nowy Jork są w rankingu w okolicach trzeciej – czwartej dziesiątki. Czyżby wzorem Floridy, który dla kreatywnych miast przyjął wskaźniki technologii, talentu i tolerancji, dla określenia jakości życia w miastach należałoby stworzyć boredom index?

Żarty na bok. Życie w ciekawym mieście może być przekleństwem równym życiu w ciekawych czasach. Pamiętam, jak przed kryzysem 2008 roku do Dublina ściągali ludzie z Londynu, poszukując nie tylko możliwości rozwoju kariery, ale i spokojniejszego stylu życia. Mieli dość tłumów, spędzania długichgodzin w metrze i planowania wszystkiego z dużym wyprzedzeniem – odległości przekreślały możliwość spontanicznych spotkań ze znajomymi. To wszystko znajdowali w nie za dużym i dość prowincjonalnym Dublinie, który w Mercer ranking plasował się wyżej od Londynu (niestety, z powodu rosnącej przestępczości jego pozycja ostatnio spada). Pamiętam, jak pierwszy raz wjechałam do centrum i nie mogłam uwierzyć, że to środek stolicy: gdzie do licha podziały się wieżowce? Dziwiła mnie też ogromna liczba turystów. Rozumiem, że część z nich przyjeżdża upić się guinnessem przy irlandzkiej muzyce, ale reszta po co? Żeby zobaczyć tego jednego Vermeera* i jednego Caravaggia w Galerii Narodowej? Żeby zjeść kanapkę z gorgonzolą tam, gdzie pan Bloom? Przecież „Ulissesa” podobno i tak nikt nie przeczytał w całości. Dopiero po kilku miesiącach odkryłam fenomen tego miasta – tam po prostu świetnie się mieszka. Kompaktowe centrum, wszędzie blisko, morze poprawia klimat i daje miastu oddech i przestrzeń, zieleń na każdym kroku – trochę jak w Trójmieście. Pomijając recesję możliwości zawodowych mniej tam niż w prawdziwych metropoliach, ale też łatwiej o zachowanie work-life balance. A że kulturalnie dzieje się mniej niż w Londynie czy Warszawie? Przynajmniej nie trzeba mieć wyrzutów sumienia, że nie korzysta się wystarczająco aktywnie z dostępnej oferty. Przecież na wystawę czy spektakl zawsze można wyjechać, a potem wrócić z naładowanymi bateriami i ulgą do swojego lekko nudnawego miasta…

*Ten powód jest jak najbardziej zrozumiały jeśli jest się np. Jackiem Dehnelem, który wraz z kolegą urządzał „grę w Vermeery”, czyli konkurs, kto zobaczy więcej jego obrazów.

Narracje b&w

(Tak było na Narracjach – gdańskim wydarzeniu kulturalnym listopada. Poziom większości prezentowanych prac pozwolę sobie przemilczeć, za to doświadczenie tłumów eksplorujących nocą mało popularne fragmenty Śródmieścia – bezcenne).

[fot. Monika Arczyńska]

%d blogerów lubi to: