Monthly Archives: Styczeń 2016

Styczeń

berlin scharoun 03.jpg

Kasia Tusk co miesiąc przedstawia na swoim blogu listę aktualnych „umilaczy” i „Last month” ze zdjęciową relacją z ostatniego miesiąca. Wśród „umilaczy” ostatnio pojawił się między innymi przepis na naturalny cukier waniliowy oraz długa lista kosmetyków. Ponieważ na SIX LETTER CITY nadal nie ma żadnego lokowania produktu (producenci papy termozgrzewalnej – dlaczego, ach dlaczego wciąż mnie ignorujecie?), a na instagram wciąż nie mogę się zdecydować, to skuszę się chociaż na podsumowanie bieżących wydarzeń.

POLITECHNIKA

W ubiegły piątek studenci Gospodarki Przestrzennej na Politechnice Gdańskiej prezentowali prace semestralne. O zeszłorocznych projektach pisałam szerzej tutaj – w tym roku powtórzyliśmy temat i lokalizację, modyfikując nieco układ zajęć na podstawie wcześniejszych doświadczeń. Znów wyszło świetnie, ale zastanawiam się, czy przypadkiem nie wymagamy od studentów zbyt wiele. Czasem chyba zapominamy, że są dopiero na piątym semestrze! Poradzili sobie fantastycznie, a jako deweloperzy zarobili po kilkadziesiąt milionów złotych wirtualnych złotówek:)

WARSZAWA

Miniony weekend spędziłam pracowicie i przyjemnie w Warszawie. W sobotę opowiadałam o współpracy między projektantami a publicznymi inwestorami na podyplomowych studiach „Miasta i Metropolie” w Instytucie Badań Przestrzeni Publicznej. Nareszcie poplotkowaliśmy na spokojnie z Piotrem Szczepańskim z Instytutu, bo do tej pory zawsze spotykaliśmy się gdzieś w przelocie. Umówiliśmy się także z Gosią Borys z MamArchitekci. Opowiadała o aktualnych projektach – pracownia się rozwija, zlecenia są coraz ciekawsze, a poza tym miło posłuchać kogoś, kto mówi, że przychodzi do pracy z autentyczną przyjemością. To ostatnio rzadkość wśród architektów:) Poznałam też w końcu Jacka Grunt-Mejera, który zajmuje się programem rewitalizacji Pragi. „W końcu”, bo wcześniej czytałam sporo jego tekstów i facebookowych komentarzy – bardzo podoba mi się jego energia i zdroworozsądkowe podejście do rewitalizacji i zasad funkcjonowania miasta.

MUZEA

WP_20160123_18_04_48_Pro

Odwiedziłam przy okazji dwa warszawskie muzea. W Polinie – Muzeum Historii Żydów Polskich – byłam wcześniej jeszcze przed zainstalowaniem wystawy. Treaz prawie trzy godziny nie wystarczyły na dokładne obejrzenie całości i na pewno tam wrócę. Podobało mi się również Muzeum Warszawskiej Pragi z wystawą zaaranżowaną przez 137kilo. Nie wiedziałam nawet, że mieszała przy tym projekcie Charlie Koolhaas. Oprócz obejrzenia samej wystawy warto również zobaczyć konkursowe plansze i grafiki – to prawdziwy majstersztyk w przedstawieniu koncepcji. Mam słabość do makiet i myślę, że nadają się idealnie do prezentacji projektów krajobrazu, przestrzeni publicznych i właśnie wystaw. Uproszczenie, jakie daje model, pozwala na znacznie czytelniejsze wyjaśnienie, jaki jest główny zamysł, ale też na zbudowanie określonej atmosfery wokół projektu, zdecydowanie bardziej trafnie niż nawet najbardziej realistyczne wizualizacje.

MIASTOPROJEKCJE

IKM_MP

Zapowiadałam niedawno, że szykuje się kolejna współpraca z Maksem Bochenkiem. Już dziś zaczynamy nowy cykl spotkań w Instytucie Kultury Miejskiej. Tym razem w ramach serii Miastoprojekcje będziemy opowiadać o budynkach przedstawionych w serii filmów „Świątynie Kultury”. Rozbijamy filmy, oryginalnie złożone z trzech odcinków-budynków, na części prezentujące pojedyncze obiekty. Zaczynamy od Filharmonii Berlińskiej (na zdjęciu na górze), następne w kolejce – Centrum Pompidou.

KANADA

hp

Wspominałam już na Facebooku, że Heneghan Peng wygrało konkurs na Muzeum Kajaków w Kanadzie. Brzmi może mało poważnie (kajaki???), ale będzie się tam mieścić największa na świecie kolekcja kajaków, które stanowią kawał dziedzictwa kulturowego Kanady, w tym osiemnastowieczne eksponaty. Oprócz wystawy w muzeum zostaną zlokalizowane m.in. sale edukacyjne i warsztatowe, a także centrum kajakarstwa. Pracownie z całego świata wysłały prawie sto zgłoszeń, a elementem finałowej selekcji najlepszego projektu była publiczna prezentacja oraz internetowy sondaż – dziękujemy za wszystkie głosy! Nie pracowałam nad projektem konkursowym, ale cieszę się równie mocno, jak autorzy koncepcji. Powstanie budynek, który nie stara się być na siłę ikoną i prawie zniknie w krajobrazie.

A10

Cover-A10-61

A w styczniowo-lutowym numerze A10 pojawił się nasz (mojego osobistego urbanisty i mój) tekst o polskim mieszkalnictwie. Mam nadzieję, że się pojawił, bo nie miałam jeszcze okazji zajrzeć do środka:)

Tyle aktualności. Zamierzam teraz nacieszyć się przerwą w zajęciach na uczelni i zbierać siły na kolejny semestr. Znów będzie się działo – o tym wkrótce:) A gdyby jednak producenci papy termozgrzewalnej zdecydowali się na umieszczenie reklamy na moim blogu, obiecuję, że przemyślę nawet instagram!

[Fot. Monika Arczyńska, A10, designboom, IKM]

 

Reklamy

Państwo-miasto

IMG_3912

Malta to dziwne miejsce. Trochę jak Wielka Brytania, trochę jak Włochy, trochę jak kraj arabski. Wszędzie leniwie snują się tłuste koty, a szeleszczący język, przypominający arabski, kontrastuje z wszechobecnymi oznakami katolickiej religijności mieszkańców. Na Maryjki i Jezuski można natrafić przy każdym wejściu do domu, często z wieczną lampką lub światełkami przypominającymi bożonarodzeniowe dekoracje. Warszawska Praga z kapliczkami w podwórkach wygląda przy tym bardzo skromnie.

IMG_4352IMG_4071

W sumie zawsze o takim miejscu marzyłam. Takim, w którym angielski to język urzędowy (albo jeden z nich) i gdzie dostępne są rzeczy, które lubię z Wysp (banoffi pie! 99s!). Ale jednocześnie z południową pogodą i wspaniałymi lokalnymi owocami i warzywami, bo Dublinie doprowadzała mnie do szału kenijska fasolka szparagowa i południowoafrykańskie jabłka. Tak właśnie jest na Malcie, chociaż ten mariaż północno- i południowoeuropejskich klimatów pozornie powinien zgrzytać. Jest pięknie i pysznie, chociaż nie aż tak, jak na pobliskiej Sycylii, ale przebicie Włoch w konkurencji kulinarnej to chyba zadanie niemożliwe. Ale ani to blog podróżniczy, ani kulinarny, więc odstawiam na bok temat potraw z królika oraz lokalnych win i wracam na miejskie poletko.

IMG_3931

[Przystanek transport publicznego – takie rzeczy tylko na Malcie]

Mam słabość do małych krajów, zwłaszcza wyspiarskich. Jeśli moja ukochana czteroipółmilionowa Irlandia jest małym krajem, to dziesięć razy mniejsza Malta to przy niej kraik. Właściwie państwo-miasto na wyspach, tym bardziej, że trudno tam odróżnić miejscowości od dzielnic, a wsie od przedmieść. Administracyjny podział jest bardzo umowny, przynajmniej dla turystów, a wyspę obsługuje system autobusów i promów. Kursują również dorożki, oczywiście bardziej jako atrakcja turystyczna, co nie przeszkadza im korzystać z… przystanków transportu publicznego.

IMG_4235

[Mdina – katedra św. Pawła]

IMG_4618

[Valetta – katedra św. Jana]

Wiele maltańskich kościołów z zewnątrz wygląda nieco niepozornie i posiada dość toporne detale z kamienia. Dwie katedry zaskoczyły mnie jednak bardzo swoimi wnętrzami – św. Pawła w Mdinie i św. Jana w Valetcie. Nie mam w zwyczaju leżeć plackiem w kościele, ale tam dosłownie padłam na kolana. Jakie tam są posadzki!!! Kamienne inkrustacje w identycznych, prostokątnych polach tworzą razem wielobarwny dywan. W pierwszej chwili skojarzyły mi się z dywanikami modlitewnymi w meczetach – o arabskie skojarzenia nietrudno na Malcie na każdym kroku. Walter Scott napisał podobno o katedrze w Valetcie, że to najpiękniejszy kościół, jaki kiedykolwiek widział. Dla mnie – jeden z najokropniejszych. Zaprojektował go architekt specjalizujący się w budowlach militarnych, więc trudno się spodziewać subtelności w formie. Kościół jest przysadzisty, za to udekorowany na bogato. Złoto aż kapie i założę się, że dziesięcioletnie dziewczynki pieją tam z zachwytu, ale Walter Scott chyba nigdy nie był dziesięcioletnią dziewczynką? To całe złoto oryginalnie musiało być kiepsko oświetlone – bez szczodrze dawkowanego współcześnie sztucznego światła wszystko optycznie by się „spłaszczyło”. To trochę jak ze złotymi ramami obrazów, które stanowią integralną część dzieła sztuki i sposób ich wyeksponowania w galerii – na tle podkreślającym złocenia i z odpowiednim światłem – ma ogromne znaczenie dla odbioru zawartości. Słabo wyeksponowana rama potrafi „położyć” cały obraz – to właśnie stało się w maltańskiej katedrze.

IMG_3961

[Nabrzeże Valetty]

IMG_3838

[Charakterystyczne dla Malty elementy miejskiego krajobrazu: woda, piaskowiec, kot i nowa inwestycja deweloperska]

IMG_4380

[Praktycznie wszystkie ‚waterfrontowe’ budynki w turystycznych lokalizacjach to hotele i mieszkania do wynajęcia – taki był nasz widok z okna:)]

Malta wstąpiła do Unii w tym samym roku co Polska i widać, że również bardzo skorzystała z dotacji. Co prawda infrastruktura, zwłaszcza drogowa, woła nierzadko o pomstę do nieba, ale akurat w branży turystycznej i ochronie dziedzictwa kulturowego (PKB! PKB!) wydano sporo kasy. Nie na filharmonie i muzea, jak w Polsce, ale na masowe tworzenie produktów turystycznych przy każdej, nawet najmniejszej atrakcji. Wszędzie znajdują się miejsca typu „Malta Experience” z filmem lub animacją o danym mniej lub bardziej ważnym miejscu. Trochę żałośnie wyglądają poza letnim sezonem, ze znudzoną obsługą i systemem skanowania biletów, z bamkami jak w metrze, gdzie użytkowników jest jednak tak mało, że spokojnie można by zrezygnować z tego usprawnienia. Tym bardziej, że wstępy kosztują sporo, co niektórych turystów pewnie skutecznie zniechęca przed oglądaniem kolejnych obiektów. Wierzę, że w sezonie tez nie ma dużo większego ruchu, bo latem plaże mają zwyczaj wygrywania z muzeami. Chyba, że to najlepiej klimatyzowane obiekty na Malcie:) Z rozbawieniem czytaliśmy również niektóre tabliczki informacyjne z niebieską flagą w gwiazdki. Wszystkich urzędników należałoby wysyłać na Maltę na korepetycje z pisania wniosków unijnych, bo Unia dotowała m.in. hotelowe windy albo… jacuzzi.

IMG_3980IMG_3977

IMG_4155

Przez okołosylwestrowy tydzień odpoczęłam przyjemnie od współczesnej architektury, ale to nie znaczy, że udało mi się od niej całkowicie uciec. Bo jak tu uciec na przykład od Renzo Piano? Ale to wszystko w kolejnym maltańskim odcinku.

[Fot. Monika Arczyńska]

Pritzkerowe Love

AA_Pritzker

Alejandro,

Kolejne Walentynki dopiero za miesiąc, ale pewnie się domyślasz, że od wczoraj, kiedy ogłoszono, że otrzymałeś Pritzkera, moje serce bije dla Ciebie jeszcze mocniej. Nie wierzyłam, że to właśnie Ty zdobędziesz to wyróżnienie, ale w sumie można się było tego domyślać: jedną trzecią jury stanowiły panie. Teraz czekam, aż dostaniesz pokojową nagrodę Nobla, bo wiesz, Pritzker to tylko sto tysięcy dolarów.

Moja oferta matrymonialna jest nadal aktualna, mąż o wszystkim wie i w odpowiednim momencie bezszelestnie się wycofa. Mam nadzieję, że trafię na Ciebie gdzieś na tegorocznym Biennale i będziemy mogli zaplanować bardziej szczegółowo dalszą przyszłość. Muszę tylko opracować jakąś skuteczną strategię przebijania się przez tłumy innych pań, pragnących chociaż dotknąć rąbka Twojej koszuli. Zawsze lekko rozpiętej koszuli…

Twoja największa wielbicielka (nieustająco).

PS ‚Chairless’ chodzi za 9.90 euro. Nie wydaje Ci się, że teraz, kiedy dostałeś Pritzkera, mógłbyś kasować za nie trochę więcej?

PS 2 Czy przypadkiem nie wspominałam już, że polskie żony sa wyjątkowo gospodarne?

PS 3 A tak już całkiem serio, trochę się zaczynam martwić o Aravenę. Klęska urodzaju to jednak klęska i przez kilka kolejnych lat będzie musiał podjąć kilka najważniejszych w karierze decyzji. W jakim kierunku rozwijać pracownię? Skupiać się na dalszym rozwijaniu ELEMENTAL, czy jednak skoncentrować się na budynkach użyteczności publicznej, bo pewnie propozycje ich zaprojektowania zaczną masowo się pojawiać? A może ostro zasuwać nad wielkimi konkursami, bo teraz biuro z łatwością przejdzie przez każdą wstępną kwalifikację? Jak w tym natłoku pracy potraktować zaproszenia z najlepszych uczelni świata do poprowadzenia zajęć? I jeszcze jak w tym całym medialnym zamieszaniu dopiąć do końca Biennale? Gratuluję Pritzkera, ale współczuję konieczności podjęcia tych trudnych decyzji, tym bardziej, że Aravena od zawsze we wszystko angażuje się sam i nie posiada legionu ‚prawych rąk’, które przejmowałyby od niego odpowiedzialność. Chyba, że moje przypuszczenia są słuszne i Aravena nie jest jeden, ale jest ich dwóch. Jeden pracuje nad zaangażowanymi społecznie projektami, drugi tworzy te wszystkie przepiękne budynki. No bo serio – wyobrażacie sobie w ogóle, żeby jedna osoba mogła to wszystko ogarnąć?

Tłusty 2015

2015_01.jpg

To był dla mnie wyjątkowo ‚tłusty’ zawodowo rok. Zresztą nie tylko dla mnie – większość znajomych była tak zawalona pracą (i to coraz ciekawszymi zleceniami), że żartowaliśmy na temat siedmiu chudych lat, które na szczęście minęły od kryzysu 2008 roku. Jeśli pasma sukcesów i porażek faktycznie zmieniają się w takich interwałach czasowych, to do końca 2021 będzie dobrze.

Zamiast wyliczania najważniejszych wydarzeń minionego roku, postanowiłam posumować, w jakie sfery działania były dla mnie najważniejsze i najbardziej przełomowe. Kiedy myślę o 2015 roku, na myśl przychodzą mi jednak przede wszystkim wcale nie projekty, ale ludzie, z którymi miałam okazję współpracować, dyskutować i wzajemnie się wspierać w architektonicznych kwestiach. Stąd i na zdjęciach pojawia się wyjątkowo mało budynków:)

GADANIE

Miałam tyle okazji, żeby je poćwiczyć publiczne prezentacje, że w końcu czuję się dość swobodnie podczas wykładów i debat. Bywało ekstremalnie i przyznaję, że cztery godziny  gadania pod rząd to spore wyzwanie. Wybrałam się nawet na warsztaty emisji głosu i mam już przygotowany korek od wina, bo podobno mówienie z korkiem w ustach poprawia artykulację. Muszę jednak głównie popracować nad oddechem, bo kiedy zaczynam opowiadać o achitekturze, tak się nakręcam, że zapominam o nabieraniu powietrza do płuc.

PROJEKTOWANIE

Po raz pierwszy w życiu miałam więcej projektów na budowie niż na papierze. Co prawda większość roku minęła pod hasłem ‚Centrum Sztuki Współczesnej w Moskwie’, które jeszcze nie wyszło poza fazę projektową, ale moje główne równoległe zadanie to opieka nad realizacją Wielkiego Muzeum Egipskiego. Razem to około 150 tysięcy metrów kwadratowych muzeów:) Od czasu do czasu wspieram też zespół w zmaganiach z Galerią Narodową w Dublinie. Przed świętami cieszyłam się jak dzieciak oglądając już zrealizowane części kompleksu, które projektowałam kilka lat temu i bałam się wówczas, że przez kryzys wszytskie pomysły na zawsze trafią do szuflady. Muzeum Palestyny już jest wykańczane – otwarcie odbędzie się już 15 maja i mam nadzieję, że uda mi się tam wybrać, bo to jeden z tych projektów, w które włożyliśmy nie tylko wiele pracy, ale i serca, zdając sobie sprawę ze znaczenia tej instytucji.

UCZENIE

Kolejne przełomy. Zaczęło się od fantastycznych projektów przygotowanych przez studentów Gospodarki Przestrzennej na Politechnice Gdańskiej – właśnie pracujemy nad tym samym urbanistyczno-ekonomicznym zadaniem z kolejną grupą i znów widać szybkie postępy. Później Architektour, gdzie udało się z sukcesem przetestować horyzontalną współpracę między uczestnikami warsztatów – studentami a tutorem. To doświadczenie przełożyło się na późniejsze najbardziej niesamowite dotychczas uczelniane współdziałanie – projekt rewitalizacji Starego Polesia w Łodzi. Do teraz nie wierzę, że udało się tego dokonać w tak krótkim czasie!

2015 to także pierwszy współprowadzony dyplom (Daria, gratulacje!). W kolejce następne i mam nadzieję, że wkrótce uzyskam uprawnienia do samodzielnego prowadzenia dyplomów. A już w styczniu poprowadzę zajęcia na podyplomowych studiach miejskich Miasta i Metropolie w Instytucie Badań Przestrzeni Publicznej w Warszawie.

PODRÓŻOWANIE

Oprócz kilku europejskich wyjazdów nareszcie nadrobiłam krajowe zaległości. Rok temu planowałam odwiedzenie polskich miast, w których nigdy bądź bardzo dawno nie byłam. Udało się i ‚zaliczyłam’ m.in. Katowice, Radom, Poznań, Krakow i Lublin. W Warszawie niestety tylko robię sobie zaległości – tyle powstało nowych budynków, a ja krążę z reguły wyłącznie między dworcem a lotniskiem. Szczecin jeszcze musi poczekać, ale może to lepiej, bo przynajmniej zobaczę nie tylko Filharmonię, ale i ‚Przełomy’ Roberta Koniecznego. Trzeba mieć w końcu jakiś plan na 2016, prawda?

WSPÓŁPRACOWANIE

Nie przyznawałam się wcześniej, bo planowałam premierę z pompą (nie wyszło z braku czasu), ale jesienią założyłam działalność. Dostałam pierwsze własne zlecenia (o tym później, ale zdradzę tylko, że chodzi o pewne muzeum), a plan jest taki, żeby rozwijać współpracę z moim osobistym urbanistą. Wiem, że inne pary niekoniecznie lubią współpracować, ale my tak świetnie uzupełniamy się zawodowo, że szkoda byłoby tego nie wykorzystać. A poza tym to oznacza więcej czasu spędzonego razem:)

Z Menthol Architects co prawda nie udało nam się w tym roku nic wspólnie zaprojektować, ale obserwujemy uważnie konkursy i mam nadzieję, że wkrótce znów zabierzemy się za coś nowego. Zawsze służymy sobie pomocą przez Skype. Zapowiada się również dalsza współpraca z Maksem Bochenkiem. Za nami pierwszy cykl wykładów w Instytucie Kultury Miejskiej w Gdańsku i wygląda na to, że to nie ostatnia okazja do publicznych dyskusji o architekturze i sztuce. Okazało się również, że nasz wykonany wspólnie z moim osobistym urbanistą projekt pawilonu polskiego na tegoroczne Biennale Architektury dostał się do pierwszej trójki. Kolejny konkurs dopiero w 2017, ale może pomyślimy o innej wystawie?

BLOGOWANIE

Z regularnością pisania trochę ostatnio gorzej, ale za to SIX LETTER CITY coraz bardziej przekłada się na ‚real’. Poznaję nie tylko czytelników, ale i innych architektonicznych i architektonicznych blogerów. Na przykład z Kasią z Krainy Deszczowców kolejny raz przegadałyśmy kilka godzin w dublińskim pubie. Na razie spośród archiblogerów poznałam tylko Roberta Skitka (ach, co to była za impreza!) i chłopaków z Archifunbloga. A że z Kasią Antończyk – Architekt na szpilkach – nie miałyśmy jeszcze okazji umówić się na kawę, to już w ogóle karygodne. Kasia, w styczniu? Mogę podjechać do Sopotu:) Pani Dyrektor? AWX2? Nie wybieracie się może nad morze?

Życzę wyjątkowo tłustego 2016:)

 [Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz, Lila Krzycka]

Ja też, ja też!

rower

Znajomi masowo publikują w sieci zdjęcia na rowerze, więc postanowiłam, że nie będę gorsza. Za to przyznam się, że na obiad zjadłam karkówkę, więc chociaż pod tym względem prawdziwa ze mnie Polka. Nie wiem, czy zwróciliście uwagę na pozostałą część wypowiedzi pana ministra „Wu Wu”, ale mam pewne wątpliwości, czy mieszkanie w różnych miastach to „normalne życie rodzinne pomiędzy mężczyzną a kobietą”, które tak „porusza większość Polaków”. Muszę o tym poważnie porozmawiać z moim osobistym urbanistą, bo jeszcze nam dowalą jakiś podatek za to rozbicie między Gdańskiem a Łodzią. Trzeba w końcu skądś wytrzasnąć fundusze na spełnienie wyborczych obietnic miłościwie nam panujących.

Zwróciliście przy okazji uwagę, że od dawna nie słychać popularnego niegdyś żartu, że na drogie i duże samochody decydują się panowie, u których występują pewne – nazwijmy to delikatnie – niedobory? Przypuszczam, że gdy samochody były jeszcze niedostępnym finansowo towarem, używano tego żartu z zazdrości, ale teraz brzmiałby lekko anachronicznie. Pasowałby jednak do kanonu niemądrych złośliwości, jakimi obsypują się obecnie dwie Polski.

A panu „Wu Wu” dedykuję tę piosenkę. Dziękuję za tę uroczą dawkę oparów absurdu!

[Fot. Łukasz Pancewicz]

Reklamy
%d blogerów lubi to: