Monthly Archives: Lipiec 2014

Embargo

jablko

W rozstrzygniętym na początku czerwca konkursie na Pawilon Polski na Expo 2015 w Mediolanie zwyciężył projekt biura 2pm. Hasło przewodnie wystawy to „Wyżywienie planety, energia dla życia”, więc skojarzenia rolniczo-spożywcze były jak najbardziej na miejscu. Zwycięska koncepcja jest prosta: pawilon to sad jabłoni schowany za ażurowymi ścianami zbudowanymi z drewnianych skrzynek na jabłka. Piotr Musiałowski z 2pm tak przedstawiał pomysł swojego zespołu: Założeniem wyjściowym do projektu […] była eksploatacja skojarzeń najczęściej łączonych z sukcesem gospodarczym polskiego rolnictwa. Analiza tematu dawała jeden możliwy wynik. Polska jako lider produkcji i eksportu jabłek  powinna oprzeć narrację swojej ekspozycji o symbolikę drzewa jabłoni.

Liderem produkcji pozostaniemy, ale po wprowadzeniu dziś przez Rosję embarga na polskie owoce i warzywa eksport staje pod znakiem zapytania. Rosja była dotychczas największym odbiorcą polskich jabłek – co my teraz z nimi zrobimy? Projekt pawilonu niespodziewanie stał się nadzwyczaj ironiczny. Gdyby to była artystyczna, a nie komercyjna impreza, można by te wszystkie skrzynki z elewacji wypełnić jabłkami i pozostawić, aż zgniją. Smród zepsutych owoców i zyliony muszek-owocówek stałyby się barokową ilustracją naszych polityczno-gospodarczych relacji z Rosją. Ale mleko się już rozlało – jabłkowy projekt został wybrany i nie ma od tego odwołania. Ponieważ założeniem Expo jest promocja, promocja i jeszcze raz promocja kraju, będzie świetna okazja, żeby w celach promocyjnych spożytkować te niewysłane na wschód nadzwyżki. Tylko jak? Polscy internauci natychmiast zareagowali na embargo akcją #JedzJabłka na złość Putinowi, sugerując jabłczaną dietę. Może to jest właśnie najlepsze rozwiązanie – zasypmy Mediolan jabłkami! Niech restauracja w pawilonie serwuje kaczkę z jabłkami i szarlotkę. Do picia wyłącznie wino owocowe, cydr, kompot i soki. Expo zawsze jest trochę kiczowate, więc zwiedzający będą mogli zrobić sobie zdjęcia jako Adam i Ewa i zabrać na pamiątkę owoc. Prawdziwe jabłka mogą również być użyte do mitologicznych inscenizacji – sądu Parysa, wyścigu Atalanty czy wykradzenia jabłek z sadu Hesperyd (Pudzian mógłby grać Heraklesa). Dzieci będą bawić się w Wilhelma Tella strzelając z zabawkowych łuków. W nagrodę – zdrowy, bogaty w pektyny owoc. Niech w zaprojektowanym wewnątrz pawilonu sadzie wolontariusze codziennie wieszają tysiące świeżych jabłek. Zaopatrzeni w polskie wiklinowe kosze zwiedzający będą mogli doświadczyć przyjemności samodzielnego zbierania owoców. W sklepiku z pamiątkami dostępne będą ozdobne butelki z octem jabłkowym, jabłka w karmelu lub z wygrawerowanym laserowo imieniem (tak, tak, są już takie cuda). Tylko czy to wszystko wystarczy, żeby zużyć 600 tysięcy ton jabłek, którymi wzgardziła Rosja?

PS Razem z Menthol Architects również brałam udział w tym konkursie. Jabłka chodziły nam po głowie, tym bardziej, że warunki konkursu mocno sugerowały ten motyw. Czuliśmy jednak przez skórę, że opieranie koncepcji na jednym produkcie może się zemścić…

[rys. Monika Arczyńska]

Reklamy

Auto dla architekta

???????????????????????????????

Na zdjęciu ogłoszenie z czerwcowego numeru „Architektury & Biznesu”, umieszczone gdzieś między reklamami cegieł a sufitów podwieszanych. Nic nie rozumiem. Chodzi o rabat, o markę czy o profesję? Może specom od marketingu wydawało się, że architekt to wyjątkowo prestiżowy zawód i odrobina tego prestiżu miała spłynąć na markę reklamowanego samochodu? Passat to przecież nie porsche. Nie miałoby wówczas jednak sensu umieszczanie tej reklamy w branżowym czasopiśmie czytanym wyłącznie przez architektów. Oni dobrze zdają sobie sprawę, jak wątpliwy jest prestiż ich profesji. Większość kolegów po fachu nerwowo chichocze oglądając „Tylko mnie kochaj”, gdzie arch. Maciej Zakościelny pracuje w luksusowym biurowcu i jeździ BMW 6 Cabrio (w sumie nawet częściej jeździ niż pracuje). Z drugiej strony słyszę często, że jeśli w Polsce w tym zawodzie chce się robić poważne wrażenie, na spotkania należy przyjeżdżać droższym samochodem niż klient. Zleceniodawca mógłby sobie przecież pomyśleć, że słabo się zarabia na projektach, więc może same projekty są słabe. O odwrotnej sytuacji słyszałam w odniesieniu do przedstawicieli firm farmaceutycznych, którzy podobno powinni jeździć tańszymi autami niż lekarze, żeby ich broń Boże nie urazić. W każdym stereotypie, jak w plotce, tkwi ziarno prawdy – zwróciliście uwagę na dopisek „+ rabat dla lekarzy”? Zresztą lekarze prestiżem biją architektów na głowę. W ostatnim „Newsweeku” pojawiło się analogiczne ogłoszenie o obniżce właśnie dla nich, ale na volvo, a nie passata. O rabacie dla architektów ani słowa.

Piszę ten post w Berlinie. Ulice nie są ani zakorkowane, ani zastawione zaparkowanymi autami. Wszędzie dominują piesi i rowerzyści. Pachnie kwitnącymi lipami, a nie spalinami. Dzieci zasuwają chodnikami na rowerkach. Nie widać zbyt wielu ostentacyjnie drogich samochodów. Kierowcy uprzejmie zatrzymują się przed pieszymi zamierzającymi przejść przez ulicę. Oczywiście nie zawsze jest tak różowo i jak wszędzie zdarzają się motoryzacyjni szaleńcy, ale rzucają się w oczy mniej niż w Polsce. Pewnie dlatego, że w stosunku do liczby mieszkańców w Berlinie jest prawie dwa razy mniej samochodów niż na przykład w Warszawie. Znajomi architekci (i lekarze) korzystają z transportu publicznego, rowerów albo systemu car sharing. Na spotkania z klientem chyba nawet nie wypadałoby przyjeżdżać zbyt drogim samochodem. A gdyby z jakiegoś powodu musieli jednak kupić auto, pewnie zdecydowaliby się  na pierwsze lepsze używane lub elektryczną wersję. Jak Clooney albo DiCaprio.

To ja póki co poprzestanę na rowerze.

[fot. Monika Arczyńska]

Na legalu

na legalu
Robię właśnie pierwszy własny projekt budowlany w Polsce. W sumie nawet nie do końca własny, bo nie dorobiłam się jeszcze uprawnień, więc w rubryce „projektant” będzie figurował znajomy. Projekt jest maleńki i prywatny – po prawie dwóch latach bez pokoju dziennego i z mikroskopijną łazienką nadeszła pora na rewolucję! W końcu będę pracować w mieszkaniu, a nie mieszkać w pracowni. Poza tym mimo, że odpowiada mi prowadzenie życia towarzyskiego poza domem (po prawie siedmiu latach w Dublinie ciężko pozbyć się miłości do pubów), sympatycznie byłoby móc od czasu do czasu zaprosić przyjaciół na kolację. Mieszkanie znajduje się w kamienicy, wcale nie zabytkowej, ale jak to z kamienicami bywa, nieco nieprzewidywalnej, bo nikt do końca nie wie, co siedzi w ścianach i stropach. Konstruktor zrobił odkrywki i stwierdził, że ścianki działowe faktycznie są działowe, więc miałam nadzieję, że cała papierologia sprowadzi się do zgłoszenia remontu. Akurat! Pani w Urzędzie Miasta była nieugięta: „Jeśli usuwa Pani ścianę działową, to jest to przebudowa, a przebudowa wymaga pozwolenia na budowę”. Co prawda przegrzebanie się przez Internet i konsultacje ze znajomymi architektami wykazały, że interpretacje tego fragmentu prawa budowlanego różnią się w poszczególnych miastach, ale wiadomo – z paniami z urzędu lepiej nie dyskutować. Kusiło mnie jednak trochę opisanie tych wyburzeń jako „poszerzenia otworu w ścianie działowej” (wystarczyłoby zgłoszenie). Nigdzie nie jest napisane, jak bardzo można poszerzać otwory – mogłam zostawić po pół centymetra z każdej strony i w sumie nadal byłby to otwór, tylko że bardzo duży. Czy na tym polega to nieprzetłumaczalne na obce języki polskie „kombinowanie”?

Jeśli już muszę złożyć ten nieszczęsny wniosek o pozwolenie na budowę, przy okazji postanowiłam uwzględnić przeróbkę instalacji gazowej. Niewielka sprawa – przeniesienie kotła i likwidacja kuchenki gazowej. Oczywiście instalatorzy zasugerowali mi zrobienie całości po cichu („to taka duperela, proszę Pani, nie warto tego nawet nigdzie zgłaszać, bo i tak nikt tego nie robi”), ale uparłam się, że wszystko będzie legalnie. No i się zaczęło: warunki techniczne od dostawcy, ekspertyzy kominiarskie, uchwała wspólnoty, projekt… dokumentacja samej tylko instalacji gazowej wydaje się tak duża objętościowo, jak kompletny wniosek o pozwolenie na budowę całego domu w Irlandii. Przegrzebałam fora internetowe w poszukiwaniu wsparcia i okazało się, że większość porad dotyczy sposobów ominięcia przepisów. Wcale mnie to już nie dziwi. Ja sobie wszystko sama narysuję i skoordynuję, ale co ma zrobić w tej sytuacji praworządny, zgłaszający co zgłosić należy obywatel, który nie jest architektem ani budowlańcem? Biedak utknie na samym początku albo przerazi się kosztów, bo ekspertyzy są droższe niż nowa wanna.

W końcu przestaje mnie dziwić popularność mieszkań deweloperskich, gdzie wystarczą proste prace wykończeniowe…

[Fot. Monika Arczyńska]

Jak ocalał świat

01

Zostały już złożone oferty przetargowe na zaprojektowanie Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Ostatecznie zgłosiło się dwanaście z piętnastu pracowni, którym udało się przebrnąć przez wstępną selekcję (więcej informacji tutaj). Obawiam się ostatecznych wyników, bo to jednak przetarg, a nie konkurs i kryteria wyboru obejmują nie tylko ocenę merytoryczną złożonych wniosków, ale i proponowaną cenę opracowania  (waga 20% ).

Pamiętacie „Bajki robotów” Lema? W opowiadaniu „Jak ocalał świat” konstruktor Trurl stworzył maszynę, która potrafiła zrobić wszystko na literę N. Poproszona przez Klapaucjusza o zrobienie niczego, przyjęła tę prośbę bardzo dosłownie i zaczęła unicestwiać świat. Dopiero, gdy kazał jej przestać, przerwała niszczycielski proces, ale nie wszystko udało się uratować (m.in. murkwie i pćmy). Kilka miesięcy temu podobnie zadziałała machina polskiej biurokracji. Poproszona o selekcję piętnastu zespołów, które najlepiej poradzą sobie z zaprojektowaniem Muzeum, wypluła bardzo groteskową listę. Może nie groteskową samodzielnie, ale zdecydowanie absurdalną w zestawieniu z listą odrzuconych biur, na której znajdowali się praktycznie sami starchitekci i pracownie o uznanym dorobku światowej klasy. Media głośno zareagowały na odrzucenie Toyo Ito, BIG, MVRDV czy Diller Scofidio + Renfro, ale chyba nie wszyscy wiedzą, że na tej samej liście znajdowali się również między innymi Fernando Menis, Neutelings & Riedijk, Farshid Moussavi, COOP HIMMELB(L)AU, ALA Architects, Amanda Levete czy Riegler Riewe. Trudno mi wypowiadać się neutralnie na ten temat, bo nie dość, że biuro, w którym pracuję, też trafiło do salonu odrzuconych, to jeszcze – co za ironia! – od początku broniłam tej koncepcji pozyskania projektu. Przetarg oparty na selekcji uczestników pod względem ich doświadczenia i porfolio to często stosowana poza Polską praktyka (Tomasz Żylski pisał o podobnych procedurach w „Architekturze-Murator” kilka numerów temu). Z reguły odpowiednio restrykcyjne kryteria pozwalają wyłonić pracownię, która poradzi sobie z zadaniem projektowym. W pierwszym etapie warszawskiego przetargu coś poszło jednak nie tak, bo zakwalifikowały się lokalne biura z mało porywającym dorobkiem, a odpadli światowej klasy architekci.

Może się nie dowiedzą… Może nie zauważą… – wyjąkał pobladły Klapaucjusz, patrząc z niewiarą w pustkę czarnego nieba i nie śmiał nawet w oczy spojrzeć swemu koledze. Pozostawiwszy go obok maszyny, która umiała wszystko na n, wrócił chyłkiem do domu – świat zaś po dziś dzień pozostał już cały podziurawiony Nicością […]

Stanisław Lem „Jak ocalał świat” („Bajki robotów”)

Miejmy nadzieję, że w ostatecznym etapie komisja, wzorem Klapaucjusza, zareaguje odpowiednio szybko na niszczycielskie zapędy machiny polskiej biurokracji.

Toruński Bajkonur

???????????????????????????????

Weekend w Toruniu był boską (dosłownie) okazją, żeby zobaczyć, jak rozwija się architektonicznie imperium ojca dyrektora. Jest realizowane poza miastem, w zielonym kompleksie przy Porcie Drzewnym. Pierwotnie miał tam powstać, obok działającej od paru lat szkoły wyższej, cały kompleks religijno-rozrywkowy. Co prawda cofnięcie dotacji na dokopanie się do źródeł geotermalnych pokrzyżowało plany realizacji aqua parku, ale kościół, do którego docelowo mają ściągać tysiące pielgrzymów i słuchaczy jedynego słusznego radia, niedługo zostanie wykończony. Nad całością projektu czuwa „boży architekt” Andrzej Ryczek, któremu wszyscy koledzy po fachu mogą pozazdrościć zleceń. Nie tylko tysięcy metrów sześciennych obiektów sakralnych, ale również mniejszych, prestiżowych tematów. Projekt sarkofagu Kopernika? Telefon od biskupa, mail „Postaram się pomóc” i już. Każdy by się postarał, prawda? Bez konkursów, bez przetargów, a co najlepsze – bez anonimowości, bo podczas gdy większość mediów rzadko przypomina sobie o architektach prezentowanych obiektów, w „Naszym Dzienniku” pojawiają się nawet podpisane zdjęcia z budowy. To się nazywa mecenat!

Sakrokicz rządzi się własnymi prawami i kilka zasad przestrzeganych jest zawsze: symetria, królewski rozmach i pałacowe przesłodzenie, ale przede wszystkim monumentalność. Toruński kościół spełnia większość warunków, chociaż z uzyskaniem wrażenia monumentalności musiało być sporo zabawy. Aby bryła dominowała nad otoczeniem, najlepiej, gdyby można ją było zlokalizować na wzniesieniu, ale czy przypadkiem nie tam nawet niewielkiego obniżenia? Kościół ma być widoczny z daleka, bo ego ojca dyrektora nie pozwoliłoby na horyzontalny, bardziej współgrający z okolicznym krajobrazem obiekt. Przecież złota kopuła Lichenia błyszczy już z daleka, świebodziński Chrystus mocno góruje nad TESCO, a ponieważ fale radiowe toruńskiej rozgłośni jak na złość są niewidzialne, trzeba było zbudować prawdziwą, wielką i rzucającą się z daleka w oczy ikonę. Żeby wyprodukować trochę optycznej „masy”, zastosowano kilka prostych sztuczek.

Sztuczka 1: W górę!

Nasadzony na bryłę kościoła lej optycznie ją podwyższa, ale to by nie wystarczyło. Potrzebna była duża podstawa, aby wnętrze kościoła nie robiło wewnątrz wrażenia studni. Jak to osiągnąć? Zbudować dodatkową kondygnację! Nie nad, ale pod główną halą kościoła, stąd dwa poziomy. Kościół dolny, kościół górny – pewnie wystarczyłby jeden, ale nie byłoby takiego efektu.

Sztuczka 2: Rampa
Na górny poziom trzeba się jakoś dostać, a zamiast tradycyjnych schodów można przecież zbudować rampę. Rampa oplecie cały kościół dodając bryle szerokości – i znów zyskujemy sztucznie dodaną objętość. A żeby było jej jeszcze więcej, można ją zdublować. Powstaną wówczas dwa łuki oplatające jak ramiona plac przed kościołem – poezja. Prawie* jak kolumnada Berniniego przed Bazyliką św. Piotra!

Sztuczka 3: Kolumnada
Kościół dodatkowo poszerza kolumnada biegnąca dookoła głównej kubatury. Działa jak luźny, pogrubiający sweter. W dodatku na wizualizacjach przedstawiających kolorystykę kościoła wszystko jest białe. Wiadomo, ciemne kolory wyszczuplają.

Sztuczka 4 : Pseudokopuła
Kopuły nie ma. Ale zawsze przecież można poudawać, że jednak jest. Można na przykład zbudować samą konstrukcję. Aż szkoda, że kratownice docelowo mają zostać obłożone – stracą swój przemysłowy charakter i przestaną przypominać gorzowską Dominantę, siostrę-bliźniaczkę, która już dawno została obsypana stosem architektonicznych antynagród.

Torunianie wymyślili już kilka pieszczotliwych określeń, aby zacząć oswajać ten obiekt („wyciskarka do cytryn”, „oko Saurona”). Jest co oswajać, niestety. Moim zdaniem zakończony złotą koroną lej na dachu przypomina wulkan, a przynajmniej sugeruje, że z można by z niego coś wypuszczać. Tęczowe confetti? Biały dym? A może rakietę – w kosmos, bliżej boskiej mocy? Konstrukcja żeber wygląda jak podpory podtrzymujące rakietę, więc dla mnie rydzykowy kościół będzie „Bajkonurem”. Zresztą zobaczcie ten film – czy w ostatniej minucie nie powinien nastąpić spektakularny start statku kosmicznego?

*Przypominam, że „prawie” robi różnicę.

[fot. Łukasz Pancewicz]

Co-, ale nie housing

Tybinga

Głośno ostatnio o wrocławskim projekcie „Nowe Żerniki”, inspirowanym międzywojenną wystawą WuWA. „Architektura-Murator” opublikowała w czerwcowym numerze skrajnie optymistyczny wywiad ze Zbigniewem Maćkowem. Aż podejrzany wydaje się ten bijący z rozmowy entuzjazm, zwłaszcza, że zaangażowani w projekt architekci podobno pracują za darmo, przepraszam, „społecznie”. Po raz pierwszy w Polsce testowana jest na większą skalę koncepcja wspólnej realizacji budynków wielorodzinnych przez grupy indywidualnych inwestorów, najczęściej nazywana kooperatywą budowlaną lub po prostu spółdzielnią albo mikrospółdzielnią (w krajach anglosaskich zwykle używa się określenia „co-ops”, czyli właśnie kooperatywy, w Niemczech – Baugruppen czyli grupy budowlane). W dużym skrócie: chodzi o stworzenie budynku mieszkalnego, ale unikając marży dewelopera. Urząd Miasta we Wrocławiu uczestniczy w koordynacji projektu i w celu jego wspierania stworzył system prawnych i finansowych ułatwień, m.in. możliwość użytkowania wieczystego, co znacznie redukuje wkład własny wymagany na początku inwestycji.

Podczas gdy zaangażowani w program partnerzy konsekwentnie używają określenia „kooperatywy”, niektóre media uparcie nazywają ten sposób zainwestowania „co-housingiem”. Tylko że to naprawdę nie to samo! Czyżby zadziałał wątpliwy urok nadużywanych anglicyzmów? Jeśli cała idea ma pozwolić odciąć się  od deweloperskich działań, po co powtarzać deweloperskie nazewnicze strategie? Tyle mają wspólnego z wsią polskie „village”, co „współmieszkanie” – bo tak brzmiałoby dosłowne tłumaczenie „co-housingu” – z wrocławskimi kooperatywami. Wspólne budowanie to nie to samo, co wspólne zamieszkanie. Może stanowić wstępny etap inwestycji i często tak się dzieje, ale nie każda grupa realizująca wspólny projekt mieszkaniowy planuje wspólne posiłki czy opiekę nad dziećmi – życie trochę jak w komunie. We Wrocławiu, owszem, wspomina się o możliwości stworzenia wspólnych pokoi gościnnych czy świetlic, tylko że w przypadku co-housingu współużytkowanie przestrzeni i współorganizowanie życia jest podstawową zasadą działania takiej społeczności, a nie tylko dodatkiem. Taki dodatek stanowią np. pomieszczenia na wózki czy place zabaw na typowych osiedlach deweloperskich albo sauny i spa w luksusowych apartamentowcach, ale nikomu nie przyszłoby do głowy, żeby nazywać życie tam „co-housingiem”.

Przy okazji może warto wyjaśnić znaczenie innej mieszkaniowej definicji, która, jak się obawiam, może zostać zinterpretowana w podobnie nieprecyzyjny sposób. Mam na myśli „cohabitation” czyli „kohabitację”. Czyli nasz zwyczajny polski „konkubinat”. Brak precyzji wynika stąd, że niekiedy rozciąga się to określenie na grupę osób prowadzących wspólne gospodarstwo domowe, ale niekoniecznie ze sobą sypiających. Chociaż może w sumie wszystko jedno w epoce „fuck friends”. Kolejnego anglicyzmu, który – podobnie jak „co-housing” brzmi zgrabniej niż „współmieszkanie” – łatwiej przechodzi przez gardło niż „przyjaciel do …”.

[Na zdjęciu budynki zrealizowane przez grupy budowlane w Tybindze (Französisches Viertel), fot. Monika Arczyńska]

Reklamy
%d blogerów lubi to: