Monthly Archives: Grudzień 2015

Archikalendarz na 2016

bjarke

Już za kilka godzin zacznie się nowy rok, więc wypadałoby zaopatrzyć się w nowy kalendarz. Z ciekawości wygooglałam hasło architecture calendar, zastanawiając się, czy stereotypowo pojawią się same obrazki z wysmakowanymi zdjęciami budynków. Owszem. Wyszukiwarka wypluła również kilka wersji z minimalistycznymi kartami miesięcy (oczywiście z przewagą bieli lub czerni), parę designerskich gadżetów, kilka zabłąkanych w czeluściach internetu wariantów z kotkami i pieskami i w sumie to by było na tyle. A gdzie kalendarze z architektami? Jeśli swoje kalendarze mają nowojorscy strażacy, irlandzcy rolnicy, a nawet bibliotekarze i bibliotekarki z Morąga, to dlaczego nasza grupa zawodowa jest taka wybrakowana?

Trzeba coś z tym zrobić. Tęsknię bardzo za latem, więc Bjarke I. z ciałem dublera ozdobił przykładową stronę z lipcem. Jakie mielibyście propozycje na pozostałe miesiące? Tadao Ando w minimalistycznym zimowym krajobrazie na styczeń? To chyba dobry temat na towarzyskie rozmowy podczas dzisiejszych imprez sylwestrowych. Dobry, bo przecież wiadomo, że architekci potrafią rozmawiać wyłącznie o pracy, a dyskusja o architektach w kąpielówkach wydaje się przyjemniejsza niż narzekanie na wrednych inwestorów i nierzetelnych branżystów. Dlatego w Nowym Roku wszystkim architektom i niearchitektom życzę jak najwięcej luzu, uśmiechu i doskonałego nastroju. Bawcie się dziś świetnie!

[fotokolaż: Monika Arczyńska]

Reklamy

Dla nosa, dla uszu, dla oczu

Dziś w drodze rowerem na KOD-ową manifestację myślałam, że się uduszę. W czasach zakupów online oraz tanich przesyłek kurierskich na przedświąteczne zakupy nadal jednak TRZEBA wybrać się samochodem, wrrrr. W centrum Gdańska aut było tak dużo, że chociaż rzadko jestem w stanie nawet poczuć zapach spalin, tym razem lekka mgiełka nie pozwalała się im unieść i wciskały się, lepkie, śmierdzące i niezdrowe, przez nos i usta.

Za to chwilę wcześniej było pięknie i pachnąco kawą i pierniczkami (a także świeżo usmażonym dorszem w fish&chips:). Wyjechałam, jak co roku, na świąteczny lancz do Dublina i znów miałam okazję nacieszyć się przez chwilę jednym z ulubionych miast. A przed świętami jest tam naprawdę wyjątkowo. Po centrum większość osób przemieszcza się pieszo, więc od rana do wieczora słychać szybki stukot obcasów, muzykę na żywo, śmiech i rozmowy oraz pogwizdywane pod nosem kolędy. Oprócz tych przyjemności dla nosa i uszu, rozpieszczane są też oczy, przede wszystkim światełkami (moje ulubione to żyrandole na Grafton Street) oraz wystawami sklepowymi. Najpiękniejsze, tradycyjnie, to te w luksusowym domu towarowym Brown Thomas.

060405

Ale wystawy wystawami, fish&chips fish&chipsami, ale każdy wypad do Dublina to także nadrobienie pracowych zaległości, których nie jestem w stanie wykonać na odległość. Tym razem było to przede wszystkim spotkanie z edytorką z magazynu DETAIL (w jednym z przyszłorocznych numerów pojawi się nasz projekt) oraz wizyta na budowie Galerii Narodowej. Od ubiegłorocznej wizyty, pomimo pewnych opóźnień, które przy tak głębokim grzebaniu w historycznej, chronionej tkance są dość oczywiste (za to niezwykle frustrujące dla prowadzących projekt architektów – Kasia, trzymam kciuki!), udało się ukończyć sporą część prac. Jednym z głównych celów przebudowy było tak sprytne ulokowanie nowych instalacji, żeby nie było widać żadnych zmian w budynku. Co za koszmar dla architekta, prawda? Projektować tak, aby jego praca nie była widoczna:) Na szczęście kilka przestrzeni, przede wszystkim tych organizujących komunikację w budynku, zmieni zupełnie charakter.

01

Jedna z nich zostanie po raz pierwszy w historii otwarta dla publiczności. Teraz wygląda trochę jak scenografia z Gwiednych Wojen (na zdjęciu powyżej), a to tylko rusztowania i zwykłe świetlówki. Ta przestrzeń była zawsze niedostępnym dla zwiedzających zapleczowym dziedzińcem, a stanie się miejscem pozwalającym na orientację i przejście między skrzydłami tego niezwykle skomplikowanego budynku. Zachowały się tam oryginalne wykończenia ścian – kamień i białe szkliwione cegły, które odbijały światło słoneczne do wnętrza Galerii w czasach, gdy o oświetleniu LED nikt nie śmiał nawet pomarzyć. Zachowały się również okna wpuszczające to światło do środka, jednak zamurowano je niegdyś, aby zwiększyć powierzchnię do wieszania obrazów. Teraz okna zostały na nowo odkryte i odrestaurowane.

07

Dziedziniec został już przekryty świetlikiem. Podpierają go szklane „żyletki”, dzięki którym całość będzie wydawała się tak lekka i przezroczysta, że aż prawie niewidoczna. Udało mi się wspiąć po drabinach, żeby zobaczyć, jak z bliska wyglądają detale, nad którymi pracowaliśmy kilka lat temu z inżynierami z paryskiej T/E/S/S, a które wykonała wykonała holenderska firma Octatube. Chyba wycałuję chłopaków przy najbliższej okazji – jest idealnie.

08

Nie miałam czapki św. Mikołaja (nie spełniłaby wymogów bhp), więc wybrałam najbardziej czerwony kask, jako udało mi się znaleźć. Nie umieszczę w najbliższym czasie nowych postów, więc już teraz życzę Wam wesołych świąt, drodzy Czytelnicy! Odpocznijcie i postarajcie się, proszę, nie myśleć przez ten czas o architekturze. Ja też spróbuję:)

[Fot. Monika Arczyńska]

 

Na ‚L’ i na sześć liter

LUB_02

Pomimo weekendowego ocieplenia wszechobecność  świątecznych motywów nie pozwala zapomnieć o zimie. Szukam więc każdej okazji, aby powspominać wyjątkowo krótkie dla mnie w tym roku lato i od razu podchwytuję każde hasło, które kojarzy mi się z wakacyjnymi wyjazdami. Jedną z najważniejszych krajowych architektonicznych wiadomości ostatnich tygodni był „Upadek Muru Lubelskiego” czyli otwarcie placu przed Centrum Spotkania Kultur w Teatrze w Budowie. Od razu przypomniał mi się sierpniowy wyjazd do Lwowa i krótki przystanek w Lublinie. Nie licząc bardzo odległych czasów, była to moja pierwsza wizyta w tym mieście na sześć liter. Ba, nie dość, że na sześć, to jeszcze „Lublin” brzmi prawie jak „Dublin”, więc wiedziałam, że będę zachwycona.

Zaopiekował się nami Janek Kamiński z Instytutu Architektury Krajobrazu KUL. Oprócz głównych turystycznych atrakcji poprosiliśmy go o pokazanie nam nowych realizacji oraz osiedla Słowackiego projektu Hansenów. Osiedle zdecydowanie zasługuje na oddzielny wpis, więc dziś tylko o nowych budynkach, tym bardziej, że to temat na czasie z uwagi na wspomniane Centrum Spotkania Kultur. Budynek widać na zdjęciu powyżej, jeszcze z „Murem Lubelskim” czyli otaczającym wieloletnią budowę ogrodzenem. Podłużne akwarium na samej górze ma podobno docelowo służyć jako platforma widokowa. Jeszcze nie cały budynek został oddany do użytku, więc niewiele można powiedzieć o jego funkcjonalności. Z zewnątrz wygląda jak pałac królowej lodu, teraz odrobinę bardziej dostępny dzięki likwidacji płotu.

LUB_07

[Lublin architektonicznie ma wszystko: zabytki, porządne współczesne realizacje, a czasem przeziera jakieś urocze „pomo”]

Podobnie chłodno i niedostępnie wygląda większość projektów Bolesława Stelmacha, „wirtuoza szkła i betonu”, architekta Centrum i lokalnego starchitekta. Architektonicznie Lublin to Stelmach, podobnie jak Opole to Domiczowie, a Koszalin – HS99. Nie udawało mi się do tej pory trafić na realizacje Stelmacha ani na żaden jego wykład. Do Żelazowej Woli i Nałęczowa jakoś mi nie po drodze, w Warszawie nigdy nie mam czasu, żeby podskoczyć do Centrum Chopinowskiego. Poza tym byłam ciekawa głównie lubelskich realizacji i to najlepiej komercyjnych, bo tam, gdzie prywatny inwestor płaci i decyduje, widać najlepiej, na ile koncepcja broni się przed cięciami, oszczędnościami i widzimisię zamawiającego.

Żałuję, że nie udało nam się dotrzeć do Parku Naukowo-techologicznego ani do Zana House. Następnym razem. Wpadliśmy jednak do kolejnego wymienionego tu „centrum” – centrum handlowego Tarasy Zamkowe. Nie będę komentować samej idei umieszczenia zakupowego molocha tuż przy starówce, a „parking na 1400 samochodów” brzmi już wystarczająco przerażająco, żeby rozwijać ten temat. To nie decyzja projektanta, któwy w takich przypadkach ma za zadanie wycisnąć z miejsca, funkcji i budżetu maksymalną jakość. Za to doceniam lubelski obiekt, bo centra handlowe to duże obiekty, które rządzą się ściśle zdefiniowanymi zasadami i za bardzo nie da się tam architektonicznie poszaleć. Właściwie cała zabawa po usytuowaniu kloca w miejskiej tkance to głównie znalezienie odpowiedniego materiału na elewacje i we wnętrzach (w Lublinie jest pod tym względem prosto i dość szlachetnie, bo właśnie tak będą się starzały zastosowane materiały, głównie beton i ocynkowana stal). Nie da się uniknąć dużej kubatury. Schody ruchome muszą być, food court musi być, okien najlepiej żeby wcale nie było. Jeśli ma być niestandardowo, to dlatego, że zastosowano oryginalne lub nietypowe materiały albo – jak w przypadku lubelskiego projektu – pojawiła się „wartość dodana”. W Tarasach Zamkowych to… tarasy właśnie, a dokładniej – ogólnodostępny dach. „Przywróciłem Matce Ziemi to, co inwestor zabrał” – boska, dosłownie, deklaracja, prawie jak poezje pewnego katowickiego poety. Ale w sierpniowy wieczór siedziało tam mnóstwo osób, głównie młodzieży, rodziny przchodziły na spacery, dzieci bawiły się na placu zabaw. Działa!

LUB_18

[Zielone tarasy na dachach]

LUB_19

[Ulubione miejsce nastolatków]

LUB_20

[Plac zabaw i bar, czyli dla każdego coś miłego]

LUB_23

 [Elewacja z betonowych „patyków”]

LUB_22

[Pochyły dach-ogród od spodu]

LUB_21

[W środku bez zadęcia. W końcu to tylko centrum handlowe, prawda?]

Spędziliśmy w Lublinie tylko jeden wieczór, więc I wybór miejsca na drinka mógł być tylko jeden: Perłowa Pijalnia Piwa przy Bernardyńskiej, z wnętrzem zaprojektowanym przez Projekt Praga. Realizacja znalazła się w finale otatniej edycji konkursu „Życie w architekturze” w kategorii wnętrz publicznych. Widziałam wcześniej sporo zdjęć tego miejsca i bardzo mnie zaskoczyło swoją wielkością – spodziewałam się, że jest znacznie przestronniejsze. Monstrualny bar zajmuje prawie całą przestrzeń niewielkiego, wyłożonego drewnem wnętrza, a lustra na suficie sprawiają wrażenie, że całość jest znacznie wyższa niż w rzeczywistości. Czułam się trochę jak w ulubionym dublińskim The Church, gdzie pośrodku głównej nawy kościoła, zamienionego w pub z restauracją i dyskoteką, znajduje się podobny owalny bar. Nawet barmani sa równie profesjonalni, jak w Dublinie, ale to już chyba nie wpływ świetnego projektu?

perla

[Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz]

Sześć liter górą!

GDYNIA

Kiedy dwa lata temu pisałam o tym, jak wygodnie mieszka się w nieco nudnawych miastach, miałam również na myśli Trójmiasto. To był dopiero rok po mojej przeprowadzce z Dublina do Gdańska i w ramach dysonansu podecyzyjnego starałam się patrzeć na Trójmiasto przez różowe okulary. Sporo rzeczy mnie tu wkurzało, ale było morze, było sześć liter w nazwie, byli fajni starzy znajomi i fajni nowi studenci, więc różowy kolor wydawał mi się jak najbardziej na miejscu. Po dwóch latach powinien wyblaknąć, ale im dłużej tu mieszkam, tym bardziej mi się tu podoba. Na dodatek odkryłam, że… tu wcale nie jest nudno.

Gdy zwiedza się własne miasto  (albo własne trój-miasto) z kimś, kto nie ma o nim zielonego pojęcia, można spojrzeć na nie z większym dystansem niż na co dzień. W weekend mieliśmy gości: przyjaciółka, która również ma na koncie kilka lat spędzonych w Irlandii, odwiedziła nas wraz ze znajomym z Zielonej Wyspy. To był jego pierwszy raz w Polsce. Kręcił nosem, bo liczył na kraj w ruinie i motoryzacyjne klimaty rodem z Hawany, a tu takie rozczarowanie. Autobusy przyjeżdżały punktualnie, w toaletach wisiał papier toaletowy, a jedyny fiat 126p, na którego trafiliśmy, był przelakierowany na krowomilkowy odcień fioletu, żeby wyglądać jeszcze bardziej słodko.  Na dodatek, jak na życzenie, właśnie opublikowano nową Diagnozę Społeczną i okazało się, że Gdańsk wskoczył z trzeciego na drugie miejsce, a na szczycie po raz kolejny znajduje się Gdynia. Miasta na sześć liter górą! Kiedy siedząc w knajpie na plaży popijaliśmy grzane piwo i opowiadaliśmy naszemu gościowi o tym, jak żyje się w Trójmieście, poczuliśmy, że to pierwszy raz, kiedy nie musimy udawać, że jesteśmy bardziej zachodni od Zachodu albo tłumaczyć, dlaczego nie wszystko działa tak, jak powinno. Tu już jest tak, jak zawsze chcieliśmy, żeby było.

Ale miasto to nie tylko infrastruktura i budynki. Może to mało architektoniczno-miejskie spostrzeżenie, za to kolosalnie wpływające na jakość życia w mieście: ludzie w końcu zaczynają ze sobą rozmawiać. To najbardziej chciałam przenieść z Dublina do Trójmiasta. W ramach eksplorowania nocnego życia Gdańska wpadliśmy z naszym weekendowym Irlandczykiem do WL4 – nowo otwartych pracowni artystycznych, tuż przy budowanym właśnie Muzeum II Wojny Światowej. Gdybym była artystką, chciałabym tam mieć pracownię: świetna lokalizacja, widok na wodę, dużo przestrzeni. I jakoś tak berlińsko, ale mniej hipstersko niż w tych wszystkich wypieszczonych miejscach z wegańskim jedzeniem i jogą, jakie dominują ostatnio w Polsce. Ale co najważniejsze, wszyscy tam ze sobą gadali. Ostatecznie wylądowaliśmy w pracowni niejakiego Cześka, grzejąc się przy jego kozie. Podobnie było tydzień temu na festiwalu Narracje, który odbywał się w Nowym Porcie – zaniedbanej, ale pięknej dzielnicy Gdańska. W lokalu o swojsko brzmiącej nazwie „Perła Bałtyku” zatrzymałyśmy się z przyjaciółką na „Perłę” właśnie i resztę wieczoru spędziłyśmy z poznaną tam ekipą. Było wesoło, zwłaszcza gdy napotkany przy jednej z artystycznych instalacji nowoporcianin grzecznie poprosił o pomoc we włamaniu się do (podobno) własnego mieszkania. Zgubił klucz, biedaczek, a aura taka niesprzyjająca nocowaniu pod gołym niebem… Tu naprawdę nie jest nudno:)

PS Właśnie przeczytałam, że na budynkach Urzędu Miasta w Gdańsku będą łopotać flagi Unii. I jak tu nie lubić miast na sześć liter? 😉

 [fot. Monika Arczyńska]

 

 

Reklamy
%d blogerów lubi to: