Monthly Archives: Kwiecień 2019

Popieram strajk nauczycieli

Popieram.jpg

Moja mama jest emerytowaną nauczycielką. Przez wiele lat uczyła polskiego w podstawówce (mnie również). Uczyła świetnie i do dziś dostaje wyrazy wdzięczności od byłych uczniów – nauczyciele przedmiotów humanistycznych mają zwykle największy wpływ na kształtowanie się osobowości i postaw młodych ludzi. Ale to nie był łatwy kawałek chleba. Wtorek, sobota, rano, wieczór, nieważne: trzeba sprawdzić dyktanda, wypracowania, pojechać z uczniami na konkurs, przygotować przedstawienie, przejrzeć zeszyty. Dużo zeszytów. Wszystkiego było zawsze dużo, oprócz liczby złotówek w pensji.

Gdyby nie nauczyciele w liceum, pewnie nie zajmowałabym się dziś architekturą. Gdyby nie rozbudzone w licealnych czasach humanistyczne zainteresowania, pewnie wybrałabym bardziej ścisły lub przyrodniczy kierunek. Pochodzę z małego miasteczka, a w przedinternetowych czasach dostęp do kultury był w takich miejscach delikatnie mówiąc ograniczony. Jedno kino, dwie zakurzone biblioteki, jedna półka z klasyką filmu w jednej wypożyczalni kaset. Ale w naszym ogólniaku polskiego uczyli Halina i Andrzej Schonertowie. Nieważne, że ceremonia rozdania Oscarów kończyła się o 3 nad ranem – następnego dnia rano mieliśmy kartkówki z nagród. Mieli energię, aby organizować regularnie wyjazdy do teatru, którego byli wielkimi miłośnikami, załatwiali wejściówki na festiwale, a raz w roku wyjeżdżaliśmy na tzw. obóz polonistyczny. Warszawa, Kraków, muzea, wystawy, spektakle, zawsze niskobudżetowo, z noclegami w schroniskach albo hotelach robotniczych, żeby każdy spragniony kultury uczeń mógł pozwolić sobie na taki wyjazd. Maestro Miłowski od muzyki prowadził chór i gdyby nie jego determinacja, wielu uczniów pewnie nigdy nie pojechałoby na koncert czy spektakl operowy. I chociaż zazdrościliśmy rówieśnikom z dużych miast, że te wszystkie inspirujące wystawy i przedstawienia mają na wyciągnięcie ręki, nie czuliśmy się wykluczeni z dostępu do kultury. Po maturze wyruszyliśmy na podbój wielkiego świata może z pewną nieśmiałością, ale gotowi na błyskawiczne nadrabianie zaległości. 

Teraz sama zajmuję się uczeniem i zdecydowaną większość moich studentów – i na uczelni, i na warsztatach – stanowią fantastyczni młodzi ludzie autentycznie zainteresowani swoją dziedziną. Oni też musieli trafić na odpowiednich nauczycieli.

Dziękuję, zasługujecie na godne warunki pracy!

[Fot. Łukasz Pancewicz]

Reklamy

Mevo

mevo

Zrobiło się nagle ciepło, ale wyjątkowo to nie pogoda jest w ostatnich dniach głównym tematem rozmów w Trójmieście i okolicach. W ubiegłym tygodniu wystartował system publicznych rowerów mevo – nie miejski, ale metropolitalny. Trochę się naczekaliśmy, ale założenie było takie, aby zrobić to później, ale porządnie. Czyli przede wszystkim system miał mieć zasięg nie tylko trójmiejski, ale obejmować cały kawał województwa. Tak się stało – do programu przyłączyło się 14 gmin, a rowery są dostępne nawet w Kartuzach i Władysławowie. Rowerów nie trzeba wypożyczać ani oddawać na stacjach (stąd ogromne skupiska „mew” rano w centrum biurowym na Przymorzu). Wszystkie posiadają wspomaganie elektryczne (kto pedałował między dolnym a górnym tarasem w Gdańsku lub pod tutejszy nadmorski wiatr, rozumie, skąd ten pomysł). Niestety, elektryczność to największa – jak się okazało od razu po uruchomieniu systemu – problem mevo.

Czekam na żarty językowe związane z nazwą systemu. „Mewkami” określano trójmiejskie prostytutki, wpisane w krajobraz  nadmorskich miast. Na razie rowerowe „mevki” są słabo dostępne. Wyczerpane akumulatory uniemożliwiają wypożyczenie roweru i to faktycznie smutny widok, kiedy po włączeniu aplikacji na mapce pojawiają się pojedyncze dostępne sztuki.  Popularność systemu przerosła oczekiwania operatora, ale trzeba pamiętać, że to wyjątkowo duży i złożony kawał infrastruktury. Dla porównania londyński system obejmował na początku 5 tysięcy rowerów, mevo – ponad 4 tysiące (na razie użytkowanych jest 1200). Mevo będzie też docelowo posiadać największą w Europie flotę rowerów elektrycznych.  Dlatego nie dziwią mnie problemy i podejrzewam, że system będzie działał w pełni sprawnie najwcześniej za kilka miesięcy. Uzbrajam się więc w cierpliwość i wybaczam niedociągnięcia. Mieszkałam w Dublinie, kiedy tam odpalono system Dublin Bikes. Znacznie prostszy, bo i miasto ma typowy promienisty układ, więc kierunki jazdy były łatwiejsze do przewidzenia, i bez „elektryków”. Kalibrowanie systemu, czyli ustalenie optymalnej częstotliwości i kierunku przewożenia rowerów między stacjami, trwało tam parę ładnych miesięcy. Jednym z największych problemów w Dublinie okazało się przewożenie rowerów w ciągu dnia. Przy stacjach nie ma specjalnych miejsc postojowych, więc samochody blokowały wąskie ulice centrum. Nieraz przystawałam, żeby popatrzeć na coraz piękniej z tygodnia na tydzień umięśnionych chłopaków, wrzucających błyskawicznie ciężkie rowery na pakę. Po paru miesiącach sytuacja się ustabilizowała (ale mam nadzieję, że mięśnie nie poznikały).

Podejrzewam, że wszyscy zaangażowani w uruchomienie tego ogromnego przedsięwzięcia mają w oku łezkę wzruszenia i radości patrząc na śmigające po mieście błękitne rowery.  Ja się wzruszam. Ale najbardziej cieszę się z tego, że kilka dodatkowych tysięcy rowerów będzie musiało przełożyć się na zmianę zachowań i większą ostrożność kierowców. Pewnie będą kląć pod nosem, ale taka trzydziestokilogramowa mewa potrafi pewnie zrobić całkiem porządne wgniecenie w karoserii!

[Fot. Łukasz Pancewicz – stacja w Pucku]

Reklamy
%d blogerów lubi to: