Monthly Archives: Styczeń 2019

2018 czyli jak nie zwariować

 

W latach 50. przeprowadzono eksperyment na szczurach, które dzięki wszczepionym elektrodom przez naciśnięcie dźwigni mogły wywołać u siebie uczucie przyjemności. Biedne gryzonie zaorgazmowywały się na śmierć, zapominając o spaniu, jedzeniu i opiece nad młodymi. Myślę, że architekci zachowują się w podobny sposób, zaharowując się do tego stopnia, że zapominają o całym świecie.

Zdarzają mi się od czasu do czasu takie okresy. Pierwszy miał miejsce podczas  Erasmusa w Delft. Przez 12 miesięcy nie tylko nauczyłam się w końcu, o co chodzi w projektowaniu, ale mając w końcu dostęp do porządnych bibliotek i świetnych architektów przeczytałam absurdalnie dużą liczbę książek, biegając jednocześnie na niezliczone wykłady i zwiedzając architektoniczne holenderskie cuda. Pamiętam do dziś to przedziwne, uzależniające uczucie totalnego zmęczenia połączonego z – jakby to nazwać? – olśnieniem. Podobnie było na początku pracy nad Grand Egyptian Museum w Dublinie, kiedy wrzucono nas na głęboką wodę i wszystko było nowe, trudne, ale ekscytujące – od projektowych wyzwań po… niezrozumiałe akcenty branżystów.

2018 był dla mnie jednym z najintensywniejszych w życiu. Przeszłam ekspresową szkołę prowadzenia własnej firmy. Jak być szefową, jak nauczyć się delegować pracę (to najtrudniejsze!), jak utrzymać ciągłość zleceń, jak utrzymać firmę, jak nie zwariować w tym dzikim pędzie? Z jednej strony padam na pysk, z drugiej mam ogromną satysfakcję, że w tak krótkim czasie nauczyłam się tak dużo. Dlatego jeśli kiedykolwiek w życiu poczujecie, że w Waszym życiu dominują kapcie i seriale, a będzie już za późno na Erasmusa albo pierwszą poważną pracę, mam niezawodne rozwiązanie: załóżcie własną firmę. Zapewniam, że będzie tak ekscytująco, jak nigdy wcześniej!

[Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz]

 

Reklamy

Najpowolniejsze wakacje życia

 

Lekkie ADHD (a na pewno duża nadaktywność) w codziennym życiu przekłada się także na sposób spędzania wakacji. Nigdy jeszcze nie pojechaliśmy z moim osobistym urbanistą odpoczywać dłużej na plaży czy nad jeziorem. Zdarzało nam się, owszem, spędzić tak dzień czy dwa, najczęściej ze stosem książek przy leżaku, ale zaraz potem wracaliśmy do zasuwania po miastach. Nasze typowe wakacyjne wyjazdy wiążą się z ciągłym przemieszczaniem – spędzamy z reguły nie więcej niż dwie noce w jednym miejscu i ruszamy dalej. Oczywiście wszystko transportem publicznym, więc każda podróż musi być szczegółowo przygotowana: zabukowane noclegi, spisane połączenia, szczegółowo zaplanowane przesiadki. Tym razem mieliśmy jednak tak serdecznie dość spieszenia się na pociągi i wciskania kolejnych punktów programu w napięty grafik, że spędziliśmy właśnie najpowolniejsze wakacje swojego życia. Na dziesięć dni zaplanowaliśmy zaledwie trzy miasta do odwiedzenia, a wieczory zdarzało nam się spędzać w hotelu, bez wyrzutów sumienia, że nie korzystamy z lokalnych atrakcji.

Okazało się, że spędzanie wieczorów w hotelu nie jest wcale takie bezsensowne. Pisałam  te słowa w jednym z najprzyjemniejszych miejsc, w jakich zdarzyło mi się zatrzymać (Black Iris w Madabie).  Nie wierzyłam opiniom gości – „nie było ciepłej wody, ale miejsce jest tak urocze, że daję 10/10” – lecz to wszystko prawda. Nieczęsto zdarzają się miejsca z taką atmosferą, że goście przychodzą do hotelowego lobby po prostu po to, aby posiedzieć sobie na puchatych kanapach i pograć w scrabble z dziećmi właścicieli. Pokoje usytuowane są tak, że zawsze trzeba przejść obok jadalni, kąta z herbatą i kilku przyjemnych zakamarków. Wszystkie strefy się przenikają, zapachy (apetyczne) roznoszą, a goście i obsługa non stop uśmiechają się do siebie.

Przed Madabą zatrzymaliśmy się w Ammanie i w Dżaraszu. Amman jest – jakby to w miarę delikatnie określić? – trudny turystycznie. Zwłaszcza dla takich maniaków spacerowania, jak my. Prawie nie ma tam chodników ani przejść dla pieszych, transport publiczny istnieje, ale nie sposób się w nim połapać, a różnice wysokości sprawiają, że odległości, które na mapie wyglądały niewinnie, wydłużają się w nieskończoność. Najtrudniejsze jest jednak coś innego – jakość powietrza. Tłuste, śmierdzące  spaliny wciskają się w nos i gardło, a poza tym prawie nie ma zieleni, która chociaż częściowo filtrowałaby tę truciznę. Ale to nie znaczy, że z Ammanu trzeba uciekać i miasto nie ma wiele do zaoferowania, wręcz przeciwnie. Oprócz bezdyskusyjnie przepięknych miejsc (przede wszystkim Cytadeli i  ogromnego rzymskiego teatru), ma fantastyczne handlowe ulice i wspaniałe kawiarnie (szisza!). Dla mnie najciekawsze było jednak objęcie skali tego miasta, jednego z największych na Bliskim Wschodzie, tym bardziej, że trudno w jego strukturze znaleźć jasną dla Europejczyków hierarchię w układzie przestrzennym. Byłam też ciekawa, czy w tej ogromnej masie budynków i ulic można zobaczyć nowoczesne oblicze miasta. To ostatnie zadanie okazało się najłatwiejsze, bo zatrzymaliśmy się niedaleko Abdali – ogromnego kompleksu, który ma podnieść znaczenie Ammanu jako ważnego globalnego ośrodka. Wygląda światowo – są wieżowce, szerokie chodniki (!), wielkie centrum handlowe, luksusowe hotele i biurowce, ale duża część powierzchni dopiero czeka na najemców.

Nie współczesny urbanistyczny rozmach Ammanu zaskoczył mnie najbardziej, lecz… rzymski i starożytny. Dżarasz okazał się gwoździem programu. Ale o tym w następnym odcinku:)

[Fot. Monika Arczyńska]

 

Reklamy
%d blogerów lubi to: