Monthly Archives: Sierpień 2015

Gorący temat

Dziś temat trójmiejski, więc przy okazji załatwię pewną gdańską prywatę. Ponownie zgłosiłam SIX LETTER CITY w konkursie na najlepszy gdański blog i chociaż wiem, że jak zwykle przegram z szafiarkami, byłoby mi bardzo miło nie przegrać z kretesem. Kimkolwiek lub czymkolwiek ów kretes jest:)

Gdansk_MAPA

Najgorętszy ostatnio temat w Gdańsku to wcale nie końcówka sezonu ani temperatura wody w Zatoce, ale drogi. Kilka dni temu jednym głosem (eh…) Rada Miasta zadecydowała o rozpoczęciu przygotowań do kolejnego etapu realizacji tzw. Drogi Zielonej. Zielona nie dość, że odetnie pas nadmorski od reszty miasta, to na dodatek jej przedłużenie ma stanowić tunel pod wzgórzem Pachołek, wstępnie szacowany na – bagatela – dwa miliardy złotych. Już istniejący fragment tej trasy muszę pokonać na trasie nad morze. Na wielkim skrzyżowaniu brakuje jeszcze chyba tylko estakady, żeby całość wyglądała jak mokry sen drogowca. Brakuje tam za to autentycznie chodnika, którym można by wzdłuż tego zielonego potwora przejść. Probowaliśmy kiedyś ze studentami wymyślić strategię na „uczłowieczenie” tej bariery i niestety, wszystkie pomysły poległy na tych hektarach asfaltu.

Inny gorący temat drogowy sprzed tygodnia to kwestia pewnego przejścia dla pieszych we Wrzeszczu, przy teatrze Miniatura (na mapce zaznaczone znakiem zapytania). Kiedyś  działało bez świateł, potem je zlikwidowano, ale z obietnicą przywrócenia. Teraz temat powraca z licznymi sugestiami, żeby jednak go nie przywracać. Dominuje argument, że to przejście było niebezpieczne, ale fakt, że między najbliższymi zebrami jest w tym miejscu aż pół kilometra, już nie wzrusza – przynajmniej kierowców. A nie dość, że dzielnica, która w Gdańsku pełni rolę centrum usługowego i posiada najlepsze połączenia komunikacyjne z innymi dzielnicami oraz już zaraz z lotniskiem (Kolej Metropolitalna!), jest przecięta torami kolejowymi z kilkoma zaledwie przejściami, to na głównej arterii komunikacyjnej systematycznie znikają przejścia dla pieszych. Tak jak to przy Miniaturze. Na powyższej mapce widać skalę problemu – arterię (grubszą, na dole) i tory zaznaczyłam na niebiesko, bo stanowią równie mocną barierę, jak dwie rzeki. Tyle, że z sunącymi samochodami zamiast kaczek i łabędzi.

Z ciekawości porównałam odległości między przejściami do dystansów między mostami przez przecinającą samo centrum Dublina rzekę Liffey (mapki są w tej samej skali).

Dublin_mapa

I co? Gęsto! A to przecież mosty, a nie namalowana na asfalcie zebra!

Poza tym biegnące wzdłuż Liffey ulice to główne połączenie W-Z przez śródmieście Dublina. Miasta, gdzie dominuje mieszkaniowa zabudowa szeregowa, które rozpełzło się we wszystkich możliwych kierunkach na wiele kilometrów i w którym teoretycznie bardzo trudno bez samochodu dotrzeć z podmiejskiego domu do pracy w centrum, bo transport publiczny jest, jaki jest. Ostatnio się poprawił, więc przypadki czekania prawie godzinę na kolejny autobus, bo akurat poprzedni wypadł z trasy, zdarzają się rzadziej, jednak idealnie nie jest. Jakimś cudem w Dublinie do centrum bez samochodu docierają jednak nawet pracownicy korporacji, od których wymaga się nienagannego wyglądu w pracy (ach, jak uwielbiam ten argument polskich kierowców). Szpilki można założyć dopiero w biurze, a noszenie przy sobie parasola skutecznie zapobiega zniszczeniu fryzury przez deszcz.

Na czym polega sekret Dublina? Po tym mieście się chodzi. Sprawnie, szybko i dużo. Pamiętam ranking miast, w których piesi osiągają najwyższe prędkości i Dublin był w czołówce (obok Manhattanu, po którym aż trudno spacerować wolnym krokiem, bo pędzący tłum doslownie porywa co wolniejszych pieszych). Poza tym mentalne postrzeganie odległości jest inne. Jeśli spacerem można gdzieś dojść w 20-30 minut, dublińczycy wiedzą, że nie ma sensu szukać alternatywnego rozwiązania. Po powrocie z Irlandii sama zaczęłam pokonywać pieszo gdańskie trasy, na których wcześniej zawsze podjeżdżałam tramwajem.Za przechodzenie na czerwonym świetle nie dostaje się mandatu, dzięki czemu można uniknąć spowolnienia tempa. A ponieważ w pół godziny da się bez problemu przejść około trzech kilometrów, więc nawet gdy autobus nie podjeżdża pod samo biuro, zawsze można pieszo pokonać dystans od przystanku.

Po Wrzeszczu również doskonale by się chodziło, gdyby nie światła co kawałek i gdyby nie – właśnie – brak przejść dla pieszych. Podział na Wrzeszcz Dolny (od torów kolejowych w stronę morza) i Górny (po przeciwnej stronie) wzmacnia się ostatnio coraz bardziej z uwagi na te bariery. Mimo, że odległości w linii prostej w dzielnicy są na tyle niewielkie, że w ciągu kwadransa można by spokojnie dojść do każdego ważniejszego punktu, brak przejść i konieczność czekania na zielone światło wydłuża koszmarnie czas spaceru.

Nie proszę o przejścia dla pieszych. Ja się ich domagam, do jasnej cholery!

[ryc. Monika Arczyńska – mam nadzieję, że nie pominęłam żadnych mostów ani przejść:)]

Reklamy

To nie zieleń uspokaja

LWOW

To nieprawda, że najskuteczniej uspokaja patrzenie na kolor zielony. Na pewno to zjawisko nie odnosi się do całej populacji. Na przykład na mnie najlepiej działa połączenie błękitu i piaskowego beżu. Dokładnie takie, jak na plaży w sloneczny dzień, chociaż przyznaję, że szum morza stanowi tam dodatkowy czynnik relaksacyjny. To samo połączenie kolorystyczne pojawia się również w niektórych miastach i spacerując, czuję się tam równie spokojna, jak na plaży.

Na szczęście Lwów okazał się i piaskowy, i słoneczny, dzięki czemu chyba udało mi się zebrać siły przed kolejnym miesiącem (zapowiadającym się wyjątkowo aktywnie). To był mój pierwszy wyjazd na Ukrainę – szkoda, że w takim smutnym dla kraju momencie. Moimi towarzyszami podróży byli regularni lwowscy bywalcy, dzięki którym mogłam posłuchać opowieści o tym, jak miasto funkcjonowało jeszcze kilka lat temu. Między innymi organizacja Euro 2012, która spowodowała niemałą rewolucję i w polskich miastach, przyczyniła się do ogromniej poprawy lwowskiej infrastruktury. Woda płynie już z kranów 24 godziny na dobę, do ustępów można wrzucać papier toaletowy, a wśród tramwajów trafiają się nowoczesne niskopodłogowce. Zabytki remontowane są m.in. dzięki pomocy polskiego Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, o czym owo Ministerstwo skrupulatnie informuje za pośrednictwem charakterystycznych banerów. Główne place i ulice wyglądają jak w każdym innym zadbanym europejskim mieście, jednak ta szybka poprawa przyczyniła się do współistnienia wielu kontrastów. Do mieszkania pani Zosi, u której wynajęliśmy pokój, prowadzą ciemne, niebezpieczne schody, podczas gdy na parterze, przy samym Rynku, działa oblegany bar ostrygowy z szampanem. Remont zakończył się na elewacji. Okolice przepięknego (i również niedawno odnowionego) dworca kolejowego przypominają bardziej północną Afrykę niż Europę. To wszystko składa się na obraz dynamicznego miasta, którego przywiązani do tradycji mieszkańcy z jednej strony nie pozwolą na zniszczenie niepowtarzalnej atmosfery Lwowa, z drugiej są otwarci na zmiany. Wiem jedno – na ich miejscu każdy byłby dumny z tego miasta, gdzie na każdym kroku widać jego dawną potęgę.

[fot. Monika Arczyńska]

Szanowna Cricoteko

Crico_014

Szanowna Cricoteko,

mam z Tobą poważny problem. Tyle obejrzałam Twoich zdjęć, rysunków, nawet wycinankę z Architektury-Murator złożyłam. Zachwyceni znajomi pokazywali zdjęcia detali, Twoim autorom wręczano kolejne nagrody, a ja wciąż nie docierałam do Krakowa, żeby móc Cię w końcu zobaczyć na żywo. Aż stało się, wpadłam nareszcie (pendolino przy dźwiękach Chopina). I co? No i mam z Tobą problem. A właściwie kilka problemów.

Po pierwsze jest w Tobie coś zbyt doskonałego. Za doskonałego dla Kantora. Tego Kantora, którego spektakle bywały wystawiane w bardzo siermiężnych lokalizacjach, a w scenografii nierzadko pojawiały się przedmioty ze śmietnika. Ale to by znaczyło, że prace Leonarda można by wieszać tylko we włoskim palazzo, a Nikifora w wiejskiej chacie. I mam problem, bo nie umiem zdecydować, czy podoba mi sie takie wsadzenie Kantora w eleganckie cortenowe pudełko, czy też nie.

Stoisz sobie, szanowna Cricoteko, nad Wisłą, absurdalnie nowoczesna przy tym całym historycznym otoczeniu, ale wyglądasz, jakbyś tam stała od zawsze. W środku jest jeszcze bardziej perfekcyjnie. Ta żelbetowa kratownica nie powinna wyjść aż tak doskonale. Detale schodów, gdzie wszystko się idealnie liniuje i licuje, powinny mieć jakąś widoczną fuszerkę. I te pochowane zawiasiki, dzięki którym można otworzyć cortenowe panele – kto to widział, w głowach się poprzewracało! No dobrze, lustrzany sufit trochę za bardzo faluje, lecz to chyba jedyna niedoskonałość, jaką udało mi się wypatrzyć.

Crico_016

Ale największy problem jest inny. Zdemaskowałaś mnie. Zawsze byłam taka z siebie dumna, że potrafię z dystansem patrzeć na architekturę. Że lata pracy w międzynarodowym biurze, projektowania muzeów za grube miliony i oglądania budynków na całym świecie dały mi umiejętność chłodnej oceny dzieła architektonicznego. Gdybym zobaczyła Cię gdzieś za granicą, pomyślałabym, że pieniądze z podatków zostały doskonale wydane na stworzenie solidnego dzieła, gdzie w każdym detalu widać pieszczotliwą i doświadczoną rękę architekta. Nagle okazuje się, że po trzech latach w Polsce zaczynam myśleć po „tutejszemu”. Nie bierz tego za bardzo do siebie, ale kiedy spacerowałam po Twoich wnętrzach, po głowie chodziła mi jedna myśl: jesteś tylko salą wystawową nasadzoną na klatkę schodową. Tak, wiem, w budynkach zaadaptowanej elektrowni, nad którą tak spektakularnie się nadwieszasz, są pomieszczenia o innym przeznaczeniu. Twoją najważniejszą funkcją jest jednak dodawanie prestiżu i piękna miejscu, w którym jak grzyby po deszczu wyrastają nowe apartamentowce. Na Twoim tarasie będą przesiadywali krakowscy hipsterzy – jak miło z Twojej strony, że zapewniasz im kolejne miejsce do skolonizowania. Być może zaraz zaczniesz świecić pustkami, bo chociaż wystawy mają się zmieniać, twórczość Kantora to atrakcja dla nisz.

A ja wstydzę się, bo zaczynam przeliczać, co można by zbudować lub kupić za budżet Twojej realizacji – 50 milionów. Jak można by doposażyć biblioteki, zbudować kilka przedszkoli albo ze 2-3 baseny. Przedłużyć linię tramwajową albo posadzić tysiące nowych drzew. Nie umiem patrzeć na Ciebie z radością, bo nie obraź się, ale wydajesz mi się tylko niepotrzebnie drogą gablotką. Wstydzę się tego, bo chciałabym umieć docenić jakość Twojej architektury, tak jak doceniłabym ją w innym miejscu.

Godzę się z Twoją przesadzoną doskonałością. Ale tej demaskacji nie potrafię Ci wybaczyć.

Crico_015

[fot. Monika Arczyńska]

 

Co za szekspirowski tydzień

baner

Ale tydzień! „Hamlet”, „Makbet”, „Burza”, „Król Lear” razy dwa – lato bez gdańskiego Festiwalu Szekspirowskiego to nie prawdziwe lato. Tegoroczna edycja była wyjątkowa nie tylko z uwagi na poziom spektakli czy obecność gwiazd (Tiger Lillies!), ale również dlatego, że w końcu udało się wykorzystać potencjał budynku Teatru Szekspirowskiego. Rok temu było za wcześnie – otwarcie miało miejsce chwilę przed festiwalem i ekscytowano się wówczas głównie otwieranym dachem, kolorem elewacji budynku („Czarna cegła? W Gdańsku???”) czy niewygodnymi  siedzeniami. Od tamtej pory zarówno zespół teatru, jak i widzowie, przeszli kurs użytkowania tego niesamowitego obiektu. Okazało się, że cały budynek, łącznie  z dachem i dziedzińcami, może zostać wykorzystany i nadaje się idealnie dla potrzeb letniego festiwalu. Uruchomiono bar pod gołym niebem, w którym w trakcie przerw można wpaść na aktorów. W innym dziedzińcu prezentowane były offowe produkcje i projekcje filmowe. Nawet, jeśli spektakle grano w pobliskim teatrze „Wybrzeże”, życie festiwalowe koncentrowało się w budynku Rizzi’ego, a centrum Gdańska dosłownie pulsowało emocjami szekspirowskich dramatów.

James Marston Fitch zaproponował kiedyś „pięć przykazań rzetelnej krytyki architektury”. Wśród nich znalazła się porada, aby tekst krytyczny pisać dopiero po roku użytkowania obiektu. W przypadku Teatru to wyjątkowo słuszna sugestia – im jest starszy i im bardziej się w nim eksperymentuje, tym więcej otwiera możliwości. Niektóre przestrzenie ożywają latem, inne zaskakują elastycznością i wielofunkcyjnością przez cały rok. Przetestowano akustykę i okazało się, że nawet najmniejszy, trójkątny dziedziniec nadaje się idealnie jako miejsce kameralnych koncertów. Powstała też pierwsza produkcja Teatru, „Wesołe kumoszki z Windsoru”, grana przy otwartym dachu, z układem widowni takim, jak w czasach Szekspira. Co prawda dach obecnie się nie otwiera, bo trzeba wymienić jakieś łożysko, ale biorąc pod uwagę, jak prototypowe jest to rozwiązanie, dziwię się, że podobnie poważne naprawy gwarancyjne nie musiały być wykonywane wcześniej. A jak bardzo „Szekspirowski” był potrzebny w Gdańsku, jedynym polskim mieście tej wielkości, które posiadało wcześniej jeden teatr, nie muszę chyba wyjaśniać. Nie jestem nawet w stanie policzyć, ile razy już go odwiedziłam przez cały rok od otwarcia.

Przyznaję się bez bicia: jestem absolutnie zakochana w tym budynku. Uważam go za najbardziej niedoceniony w konkursach ostatniego roku projekt i nie, nie przemawia przeze mnie wcale lokalny patriotyzm. Teatr wciąż przegrywał a to z Filharmonią Szczecińską, a to z NOSPR-em, a to z Cricoteką. Otrzymał zaledwie nagrodę SARP dla najlepszego obiektu zrealizowanego ze środków publicznych. Ale jak pisałam w komentarzu do oddanego na Teatr głosu w plebiscycie „Polityki”, „z nagrodami architektonicznymi jest trochę jak z Oscarami – w wyjątkowo dobrym dla branży roku dzieło wybitne może pozostać z samą nominacją”.

Trudno. Parafrazując Gombrowicza, „Gdański Teatr Szekspirowski wybitną architekturą jest” i brak statuetek tego nie zmieni.

[Fot. Monika Arczyńska]

Albo to jest seksizm…

…albo mam jakieś niezdrowe skojarzenia. Szukając jeszcze przed wakacjami ilustracji do wykładu w gdańskim IKM, z moim ulubionym historykiem sztuki postanowiliśmy sprawdzić, jak stereotypowo przedstawiani są architekci. Wpisaliśmy odpowiednie hasła w wyszukiwarkę i po wstępnym ataku chichotania już mi tak wcale do śmiechu nie było.

To nie jest żaden fotomontaż, tylko zapis autentycznych obrazków, które wypluła wyszukiwarka. Jakie są wnioski?

female_man

Na hasło „architect” pojawiają się głównie zdjęcia panów w różnych sytuacjach. Z reguły są przedstawiani przy kreatywnych zajęciach – a to coś szkicują odręcznie, a to rysują na desce kreślarskiej (komputery są chyba za mało malownicze). Czasem coś pokazują z mądrą miną, czasem rozmawiają z kimś na budowie. Pełna powaga i profesjonalizm, a do tego z reguły są dość przystojni.

Ale dlaczego prawie nie ma tu kobiet? Żeby zobaczyć kobietę-architekta, trzeba już być bardziej precyzyjnym i wpisać „woman architect”. I tu dopiero pojawia się niespodzianka.

female

Po pierwsze prawie wszystkie panie są w kaskach. Nawet, jeśli siedzą we wnętrzu, które nie przypomina ani trochę kontenera biurowego z placu budowy, ale klimatyzowany wieżowiec. Na dodatek kaski z reguły są żółte, chociaż to dość mało twarzowy kolor. Ale nie to jest najbardziej zaskakujące. Proszę zwrócić uwagę, jak wiele z tych pań trzyma nie ołówek, nie pióro, nawet nie myszkę komputera, ale rulon z rysunkami. Albo nawet trzy rulony!

Jeśli to nie jest seksistowskie wsadzenie paniom architekt w łapska fallicznego symbolu, to ja nie wiem, co to jest.

[zrzut z ekranu – Google]

Reklamy
%d blogerów lubi to: