Monthly Archives: Sierpień 2019

Energia wbudowana (i spełnione marzenie)

dark

Energia – wbudowana i zużywana lub generowana podczas całego cyklu życiowego budynku – to nie tylko dżule. To również ludzka energia osób zaangażowanych w proces planowania, projektowania, realizacji i użytkowania obiektu. W przypadku Muzeum Palestyny była od samego początku szczególnie wysoka, chociaż niemierzalna i niepoliczalna. Wybrzmiewało to bardzo podczas procesu projektowego i otwarcia, kiedy najważniejsze były się nie oficjalne przemowy, ale autentyczne wzruszenie i radość każdej osoby, która dołożyła do projektu swoją cegiełkę. Wybrzmiewa cały czas w organizowanych przez Muzeum wystawach i wydarzeniach. Działalność Muzeum to jedna z niewielu możliwości, jakie mają Palestyńczycy, aby mówić o swojej kulturze i historii. W Heneghan Peng pracowaliśmy nad tym projektem w niewielkim zespole i przez cały czas czuliśmy, że ten projekt jest ważny nie tylko pod względem projektowym, ale i międzyludzkim. Ten projekt kojarzy mi się nie tyle z piękną formą i krajobrazem, co z poczuciem humoru, ambicjami i niesamowitą gościnnością Palestyńczyków. Cieszę się bardzo, że Muzeum zostało docenione przez jury Aga Khan Award, które wczoraj przyznało mu jedną z nagród.

Nagroda jest przyznawana co trzy lata najlepszym realizacjom służącym społeczności muzułmańskiej na całym świecie, dlatego oddany w 2016 roku obiekt został uwzględniony w konkursie dopiero teraz, kiedy już od prawie dwóch lat nie pracuję dla Heneghan Peng. Nie mam nic przeciwko takim „duchom przeszłości”, bo Aga Khan Award to spełnienie jednego z moich największych zawodowych marzeń. Wśród wielu architektonicznych nagród najbardziej cenię trzy: Stirlinga, Miesa van der Rohe i właśnie Aga Khan Award. Projekty, nad którymi pracowałam w Dublinie, przede wszystkim Giant’s Causeway Visitor Centre, były wcześniej bardzo blisko otrzymania dwóch pierwszych nagród, dlatego pomimo mocnego trzymania kciuków za Aga Khan Award starałam się nie liczyć na zbyt wiele. Oczywiście wczoraj nie umiałam jednak się powstrzymać i sprawdzałam co chwilę, czy już opublikowano listę laureatów. Marzenia się spełniają!

[Fot. M. Arczyńska]

 

Reklamy

Jak dobrze!

 

Jak dobrze wyjechać na urlop!

Jeszcze nigdy wcześniej tak doskonale nie odpoczęłam, chociaż wyjeżdżaliśmy niemiłosiernie zmęczeni, po oddaniu kilku projektów, zakończeniu roku akademickiego i szpitalnych historiach mojego osobistego urbanisty. Mieliśmy też oczywiście lekkie obawy, czy coś w firmie nie zacznie się bez nas sypać. Nasz wspaniały zespół poradził sobie świetnie, telefon szczęśliwie milczał, a zabrany na wszelki wypadek komputer służył głównie do poszukiwania knedlikowych rekomendacji w kolejnych miastach. Warunek był jeden: nie spieszymy się z niczym i czyścimy głowy z myślenia o projektach i obowiązkach.

Wybraliśmy najskuteczniejszy dla nas sposób odpoczywania: podróżowanie pomiędzy miastami, najlepiej niedużymi i malowniczymi. Idealnie, jeśli dzielą je co najmniej dwie godziny drogi. Gapię się wtedy leniwie przez szybę pociągu albo autokaru, co chwilę przysypiając. Na stacji zawsze jesteśmy wystarczająco wcześnie, żeby spokojnie wypić kawę albo piwo. Może wstyd się przyznać, ale jedyną zabraną książkę (i to tak niskich lotów, że jeszcze bardziej mi wstyd) otworzyłam dopiero ostatniego dnia. Ale to mój mózg tak bardzo domagał się, aby jedyne docierające do niego bodźce były proste i przyjemne. Dlatego nie umiem odpoczywać na plaży – straszne nudy. Odpoczynek to dla mnie porządne wyspacerowanie i piękne widoki (może w końcu trzeba spróbować gór). Tym razem wyjątkowo dużo przesiadywaliśmy na ławkach gapiąc się na ludzi. Czasem z lokalnym piwem, a w Karlovych Varach z kolejnymi dolewkami gorącej wody mineralnej.

A miejsca do siedzenia i gapienia wybraliśmy przednie. Oczywiście bez branżowego spojrzenia na miasta i architekturę się nie obyło. Fotografowaliśmy przestrzenie publiczne, przedyskutowaliśmy układy urbanistyczne, a w Pilznie zobaczyliśmy trzy niesamowite wnętrza projektu Loosa. W Czeskim Krumlovie, najbardziej turystycznym mieście na naszej trasie, wpadliśmy do muzeum Egona Schiele, gdzie co prawda stała ekspozycja nie jest zbyt powalająca, ale trafiliśmy na wystawę, którą rok wcześniej mieliśmy okazję obejrzeć na weneckim Biennale. Czesi przedstawili wówczas ironiczny projekt o zatrudnieniu statystów udających mieszkańców w zadeptywanych przez turystów miastach z listy UNESCO. Fakt, tubylców nie było tam widać praktycznie żadnych. Za to takie miejsca jak Hradec Kralove czy Czeskie Budejovice są już jak najbardziej autentyczne i niezepsute turystycznie. Mają nawet – brzmi znajomo, prawda? – wyasfaltowane rynki zajęte przez samochody. Za to kultura jazdy, a przede wszystkim parkowania, jest nieporównywalnie wyższa niż w Polsce.

To był przy okazji doskonały test urlopu bez latania. Okazało się, że nie trzeba wsiadać do samolotu, aby posmakować prawdziwej egzotyki. Bo czy może być coś bardziej egzotycznego niż pogawędki konduktorów  o zapiekankach ziemniaczanych z kapustą kiszoną?

[Fot. M. Arczyńska]

Reklamy
%d blogerów lubi to: