Category Archives: wystawa

Biennale po krakowsku

Biennale.jpg

Kiedy dowiedziałam się, że tematem tegorocznego krakowskiego Biennale jest podwórze, pomyślałam, że to dobra okazja, aby przedstawić projekty, które w tym i ubiegłym roku przygotowali nasi studenci. Trudno o bardziej kontrastrujące przestrzenie niż ulica Długa i Długi Targ w Gdańsku oraz gdyńskie blokowisko Witomino, jednak obie spełniają „podwórzową” rolę, bo w żadnym z tych fragmentów miasta nie ma podwórzy z prawdziwego zdarzenia. Pierwsza przestrzeń jest tak  nastawiona na turystów, że dla mieszkańców, zwłaszcza seniorów, brakuje tam miejsca, a w drugiej miejsca jest sporo, jednak to przede wszystkim „ziemia niczyja” pomiędzy blokami. Studenci wypracowali wytyczne dla przekształcenia tych przestrzeni, stosując uniwersalną metodologię, a ich praca została doceniona. Wróciłam z trzecią nagrodą w konkursie „Seminarium”, co wydaje mi się całkiem przyzwoitym wynikiem biorąc pod uwagę paskudne przeziębienie (chyba tylko siłą woli wstrzymałam katar na 10 minut prezentacji). 10 minut okazało się oczywiście zbyt krótkie dla takiej gaduły jak ja, więc  kiedy moderująca panel Marta Urbańska teatralnym szeptem ogłosiła „Pozostały trzy minuty”, lekko spanikowałam. Byłam przekonana, że dopiero tyle minęło, więc nie miałam wyjścia i zrobiłam jedyną sensowną w tej sytuacji rzecz: zachowałam zimną krew. Jak się później okazało, nikt z widowni, włączając jury, nie zorientował się, że cokolwiek poszło niezgodnie z planem.

03

ICE – International Conferences and Entertainment, gdzie odbyła się impreza. Zawsze mi się wydawało, że skróconą nazwę tego przybytku wymawia się jako ‚i-ce-e’ lub ‚aj-si-i’, a tu niespodzianka… ‚ajs ajs bejbi’:)

Nagrodzone w tej samej konkurencji prace wytypowaliśmy z moim osobistym urbanistą prawie bezbłędnie. Obstawialiśmy przede wszystkim Marysię Dankowską z Łodzi, która kapitalnie powiązała opowieść o historii łódzkiej kamienicy i podwórza z obecnymi pseudorewitalizacyjnymi działaniami (wyróżnienie). Podobał mi się też pomysł na zagospodarowanie wnętrza blokowiska na poznańskich Starych Żegrzach (II miejsce). Zaskoczyło mnie za to bardzo pierwsze miejsce dla Luisa Navaro Jovera. Dużo tam było „studenckiego” sposobu patrzenia na wyspowość miejskiej przestrzeni, podczas gdy nie doceniono moim zdaniem Martyny Mokrzeckiej, badającej temperatury wnętrz wrocławskich kwartałów. Może to dlatego, że przedstawiła na razie metodologię i pierwsze wyniki badań, a nie dotarła jeszcze do etapu wypracowania konkretnych wytycznych dla przekształceń podwórzy. Czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy, bo to bardzo istotny głos w dyskusji o zmianach klimatu i ich wpływie na miejskie środowisko.

04

„Boska” prezentacja Stanisława Niemczyka

A samo Biennale? To była moja pierwsza wizyta na krakowskiej imprezie i szczerze mówiąc spodziewałam się czegoś innego – przede wszystkim bardziej konsekwentnego potraktowania tematu przewodniego. Zabrakło poszukiwań, które inspirują i popychają architekturę naprzód. Formuła krakowskiej imprezy opiera się na kongresie i konkursach, a nie wystawach i ogromnie dużo było w tych spotkaniach bicia piany i „pompowania balonika”, co złośliwie podsumował Przemo Łukasik w swoim wykładzie. Kiedy przyjeżdżam do Krakowa, mam zawsze wrażenie, że wyjeżdżam do innego kraju. Brakuje mi tam naszego ‚Ordnungu’ i mam problem z krakowskim klepaniem się po plecach oraz… kwiecistym językiem. Łukasik również odniósł się do tego zjawiska, mówiąc m.in. o „nadmiarze przymiotników”. Zacna widownia, szacowni goście i utalentowani uczestnicy wysłuchali kilku niezbyt inspirujących prezentacji. Gdyby nie wtrącane często anegdoty i wspomnienia z przeszłości, które uwielbiam, spędziłabym większość czasu pijąc kawę poza audytorium. W konkurencji anegdot wygrywa Małgorzata Omilanowska z opowieścią o reakcji Lecha Wałęsy na Europejskie Centrum Solidarności (przytoczę przy innej okazji) oraz Romuald Loegler wspominający początki Biennale i zaproszenie na jedną z pierwszych edycji Herzoga i de Meurona, zanim jeszcze dołączyli do grona gwiazd. Podobno krakowscy architekci byli oburzeni, że na tak ambitną branżową imprezę jako gwiazdy przyjeżdżają projektanci, którzy mają na koncie zaledwie „jakiś tam domek ze sklejki”.

Tym razem wśród zagranicznych gości oprócz architektów z Chin pojawiła się m.in. Viviana Muscettola, która jest jedną z Associate Directors w Zaha Hadid Architects. W konkursowym jury był także m.in. Rainer Mahlamäki. Trochę się zdenerwowałam podczas jego wykładu. Na samym początku swojej prezentacji przedstawił propozycję na Pomnik Holokaustu w Londynie takim tonem, jakby już wygrał ten konkurs. Nie interesowałoby mnie to nawet, gdyby nie fakt, że Heneghan Peng również jest wśród dziesięciu finalistów i wciąż czekamy na wyniki. O podwórzach nie padło jednak ani słowo, podobnie jak w pierwszej sesji kongresu o… tradycji w architekturze. Dopiero drugiego dnia temat Biennale pojawił się w kilku prezentacjach – sytuację uratowali polscy jurorzy konkursu. Zamarzyło mi się alternatywne wydarzenie w stylu Biennale Urbana odbywającego się równolegle do oficjalnej weneckiej imprezy. Znalazłoby się tam miejsce i dla „Placu na glanc„, i dla „Podwórkowych rewolucji„, i dla wielu innych działań, które faktycznie zmieniają podwórza.

Na szczęście jesienny Kraków, spotkanie wielu znajomych i poznanie nowych osób zrekompensowało mój niedosyt. A może tak to właśnie w Krakowie jest, że podobne wydarzenia mają głównie towarzyski charakter?

[fot. Łukasz Pancewicz, Monika Arczyńska]

Reklamy

Biały słoń Eisenmana

hiszpania 06

Są takie miejsca na świecie, gdzie nie można nie dostać głupawki. Czasem architektura jest tak przekombinowana i przesadzona w skali, że człowieka ogarnia najpierw wielkie zdziwienie, a potem napad złośliwego chichotania. W architekturze takie absurdalnie przegięte inwestycje nazywa się white elephants. Zdecydowanie należy do nich Cidade da Cultura w Santiago de Compostela, megaprojekt autorstwa Petera Eisenmana, który w konkursie w 1999 roku pokonał inne supergwiazdy pokroju Koolhaasa, Libeskinda i Nouvela. Wszystkie projekty można zobaczyć na stronie kompleksu i nie tylko zwycięski  pachnie mocno końcówką lat dziewięćdziesiątych.  Według autora kompleks ma przypominać miasto. Może i trochę przypomina – na pewno skalą, bo jest tam i muzeum, i biblioteka, i inkubator przedsiębiorczości. Kilka lat temu inwestycję przerwano z uwagi na astronomiczne koszty (podobno przekroczono założony budżet cztery razy).

Niby dojeżdża tam jakiś autobus, ale ponieważ odległość na mapie nie wyglądała na dużą, poszliśmy pieszo. Najpierw dziwnymi tunelami pod autostradą, a potem pieszą serpentyną przez park, który jest moim zdaniem najciekawszą (i pewnie najtańszą) częścią tej inwestycji. Drodzy projektanci krajobrazu, to do Was prośba: wijące się ścieżki wyglądają malowniczo, ale jeśli projektowany przez Was park ma służyć nie tylko do podziwiania, ale jest zlokalizowany między centrum miasta a największym kompleksem kulturalnym w regionie, pomyślcie o skrótach, do jasnej cholery. Rozumiem założenia projektowania uniwersalnego, ale domagam się też odrobiny funkcjonalności. Zwłaszcza w lipcowym upale maksymalne wydłużenie pieszej trasy to okrucieństwo. Ale tak, wiem, przecież i tak wszyscy dojeżdżają tam klimatyzowanymi samochodami, właśnie po to wybetonowano tam parking wielki jak pod IKEA.

20

Nie wiem, jak można mieć taką jazdę na temat kwadratów, jak Eisenman, ale tu też zrobił to, co robi prawie wszędzie… Kamienne okładziny podzielone są na większe kwadraty, a te większe kwadrat na mniejsze kwadraty. Chociaż może ten spikselowany obraz mógłby się wydawać symbolicznie uzasadniony w tym miejscu („ja, człowiek, rżnę w tym litym kamieniu, który składa się z geometrycznych okruchów stworzonych przez naturę” i dalej podobne bla bla bla), ale męczy nieco powtarzalnością i -ponownie – niepokojącą myślą, ile to wszystko musiało kosztować.

21

02

0304

Najsympatyczniejsze wydawały mi się place zabaw, ale co z tego, jeśli prawie nie było na nich dzieci?

06

01

Na zewnątrz stoją sobie grzecznie dwie wieże projektu Hejduka, do których da się wejść tylko na najniższy poziom, żeby zobaczyć projekt tego wielkopomnego, niesamowitego, genialnego i absolutnie najwspanialszego dzieła architektury.

17

Wszystko jest wielkie i z zewnątrz, i od wewnątrz. W urbanistyce istnieje pojęcie SLOAP, czyli skrótowiec od space left over after planning. Oznacza to mniej więcej przestrzeń, która nie służy praktycznie niczemu, po prostu stanowi jakiś skrawek pozostały po zaplanowaniu danego obszaru. W skali miejskiej kończy się to najczęściej zasianiem tam trawnika (taka przynajmniej jest strategia studentów, którym takie przestrzenie „wychodzą” w projektach).  Tu w praktycznie każdym budynku istnieje SLOAP w wersji architektonicznej – przedziwne formy wyprodukowały pozostałości przestrzeni, które niczemu nie służą, za to trzeba klimatyzować każdy ich metr sześcienny…

10

Inkubator przedsiębiorczości, o przepraszam, Centre for Creative Enterprising, okazał się kolejnym ogromnym i pustym gmaszyskiem. Ogromne przestrzenie  podzielono całkiem sympatycznymi przepierzeniami z białych kartonów i musiało tam wypadać chyba po 100 metrów kwadratowych na pracownika. Luksus! Chciałabym mieć takie coworkingowe biuro pod domem, pod warunkiem, że w cenę wynajmu biurka nie są wliczone koszty eksploatacji.

19

„Czy tu zawsze jest tak pusto?”  – zapytałam miłych panów w recepcji muzeum. Lekko zmieszani odpwoiedzieli, że nie, że czasem się zapełnia, ale w całym kompleksie zapełniła się tylko restauracja. W czasie lanczu i to głównie pracownikami. Rozumiem, że był środek tygodnia, ale to również sam środek sezonu turystycznego i centrum Santiago pękało w szwach. Komunikację pomiędzy kondygnacjami galerii zapewniają schody ruchome (jakby frekwencja miała być co najmniej taka, jak w Tate Modern, phi!). Najlepsze, że wejścia na wystawy na poszczególnych piętrach są tak zaprojektowane, że… prawie je ominęliśmy wchodząc na kolejny poziom schodów. Niskie białe drzwi na białym tle, dostępne z wcale nie tak dużego spocznika, wyglądały jak wyjście ewakuacyjne. Oprócz nas wystawy zwiedzały może ze dwie pary. Dla architektów ma to jedną niezaprzeczalną zaletę – nie trzeba wyczekiwać godzinami, żeby pstryknąć zdjęcie, na którym nie będzie ludzi.

09

07

Zastanowiło mnie też bardzo ogromne przeszklenie w muzeum, z potężnymi kratownicami, które wyglądały na tak przewymiarowane, że musiał je projektować chyba jakiś stażysta, kiedy koszty realizacji zaczęły wymykać się spod kontroli i pierwsze cięcia dotknęły konsultantów od tak mało znaczących rzeczy jak fasady.

1213

Jedyne w miarę zapełnione użytkownikami miejsce to biblioteka. Niewiele różni się od sal ekspozycyjnych poza liczbą kolumn – sporo ich tu. Poza tym faluje wszystko – sufit, „pokoje” z półkami na książki, na szczęście w głowie kręci się tylko na widok z daleka, a w wydzielonych częściach czytelni można nawet się skupić. Generalnie wygląda to trochę tak, jakby Richard Meier zainspirował się karpatką.

22

Może w sumie ten brak odwiedzających ma swoje plusy poza pustkami na zdjęciach. Brak użytkowników to brak eksploatacji, a brak eksploatacji to brak kosztów remontów i napraw. Ławki z białego betonu nie są poplamione gumą do żucia, a kosze na śmieci ze stali nierdzewnej błyszczą się jak wypolerowane…

16

18

400 milionów euro to jednak trochę dużo jak na park rozrywki dla architektów.

[Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz]

ArchiteK(t)URA

sebr01

To nie żart. Zgodnie z zapowiedzią spędziłam sobotę na wystawie… kur ozdobnych. Gdyby ktoś zastanawiał się, co kury mają wspólnego z architekturą, zapewniam, że sporo i przypuszczam, że każdy projektant byłby w stanie znaleźć dla siebie kurzą inspirację. Co za bogactwo form, barw, proporcji i wzorów! Także dźwięków, bo zaprezentowane rasy kur (albo raczej kogutów) śpiewających wydobywały z gardeł operowe tony. Patronat nad wystawą objęła m.in. Ambasada Japonii i sporą część klatek zajmowały kury z Dalekiego Wschodu. Japończycy są wielkimi fanami tych ptaków i każda z sześciu faz piania ma specjalną nazwę. Cóż, i architektura, i muzyka opierają się na harmonii.

silka

Silka, ale jedwabista, a nie silikatowa

twarz

Kurza twarz!

Zaprezentowano m.in. czubatki, które pierzastą kulą na głowie przypominają Wielkiego Ptaka z ulicy Sezamkowej. Pojawiły się też kury o tak zdeformowanych grzebieniach, że wyglądają, jakby miały na wierzchu czerwony mózg. Były również ptaki w kształcie idealnej, puszystej kuli, z „hatchbackiem” zamiast typowego ogonowego „sedana”.

mozg

Kurzy móżdżek;)

panterka

Kura w panterkę

Całe to gdakająco-piejące towarzystwo robiło piorunujące wrażenie, ale architektom z reguły najbardziej wpadają w oko czarno-białe, graficzne kompozycje. Miałam nadzieję, że po raz pierwszy zobaczę na żywo sebrytki. Ta rasa występuje w kilku wersjach kolorystycznych, ale zawsze najbardziej podobały mi się białe z czarnymi obwódkami piór. Niestety, sebrytek nie było, ale widziałam kurę i koguta o bardzo podobnym upierzeniu, ale zupełnie innych proporcjach.

czubatka

Czarna kura z białym afro

samograj

Czarny, biały i czerwone akcenty – niby banał kolorystyczny, ale jaki efektowny

sebr02

Prawie jak sebrytki

Największym odkryciem okazała się rasa Ayam Cemani. To najbardziej architektoniczna z kur, w jedynym słusznym kolorze – dzięki nietypowej pigmentacji jest całkowicie czarna. Nie dość, że ma czarne pierze, łapy, dziób i grzebień, ale także mięso. Patrzy się na nią jak przez photoshopowy filtr. Poza tym ma przepiękny, smukły kształt – spójrzcie tylko na rzut, przepraszam, zdjęcie z góry. Z uwagi na cenę podobno nazywa się ją „lamborghini kurników”, chociaż kolor sugerowałby raczej forda T.

Kura w sam raz dla architekta, prawda?

trojkatbw02bw01

[Fot. Monika Arczyńska]

Grafton Architects czyli klops, wino i poezja

img_1594

Podczas otwarcia ubiegłorocznego weneckiego biennale catering słabo dopisał. To pewnie wpływ kuratora – Alejandro Araveny – narzucił rezygnację z tradycyjnie lejących się hektolitrów prosecco i ton zakąsek. Niby nie po to się przyjeżdża, ale dwa dni bezustannego odwiedzania wystaw i pawilonów jest tak męczące, że trzeba je przerywać podładowaniem baterii kawą (na szczęście dostępną prawie wszędzie), jedzeniem oraz alkoholem i tę potrzebę zwykle idealnie spełniają otwarcia pawilonów. Tym bardziej, że szkoda czasu, żeby zatrzymywać się na dłużej w niemiłosiernie zapełnionych restauracjach. Tym razem – klops. Co ja piszę, żadnych klopsów nawet nie było. Dlatego z wielką ulgą zauważyliśmy, że wystawa krajów afrykańskich wyłamała się i serwowano tam nie tylko całkiem sympatycznie wyglądający finger food, ale i wino! Zachowaliśmy się potwornie stereotypowo – Polacy i alkohol to przecież nierozłączna para – ale na kogo trafiliśmy przy tym cudownym winopoju? Oczywiście na Irlandczyków, którzy zachowali się równie przewidywalnie jak my. Pogadaliśmy chwilę ze znajomymi chłopakami z Grafton Architects, zamieniliśmy parę słów z Yvonne Farrell i ruszyliśmy zwiedzać dalej.

img_1564

Przedwczoraj ogłoszono, że Shelley McNamara i Yvonne Farrell z Grafton Architects będą kuratorkami przyszłorocznego Biennale. Cieszę się ogromnie, bo nie dość, że to absolutnie wspaniałe projektantki, to na dodatek Irlandki, kobiety, no i równe babki, które zamiast prowadzić dyskusje z innymi starchitektami, idą na darmowe wino z własnym zespołem.

img_1584

Zdaję sobie sprawę, że irlandzka architektura jest w Polsce nieco egzotyczna i takie biura jak Grafton, O’Donnell+Tuomey czy nasze niewiele mówią. Za to świat zerka w stronę Dublina ze sporym zainteresowaniem. Z kimś, kto urodził się w surowym irlandzkim krajobrazie, zostają do końca życia szorstkie faktury, deszcz, który zmienia kolor i połysk kamienia, kontrasty między czarnymi skałami a białą morską pianą i najpiękniejsze światło świata. Stąd irlandzka architektura jest dość „rzemieślnicza” – dużo tam drewna, cegły, surowego betonu, kamienia i ręcznie wykonywanych elementów. Jeśli pojawiają się wyrafinowane technicznie elementy, to nigdy wyzywająco high-techowe, ale raczej popychające materiały budowlane do granic ich właściwości – zadziwiająco lekkie przeszklenia albo niestandardowo użyty kamień. I chyba trzeba również urodzić się Irlandką lub  Irlandczykiem, żeby wpleść w projekty trochę poezji. To gra ciepła i chłodu, światła i cienia, dźwięku i ciszy – tak jest także w projektach Grafton. Solstice Arts Centre w Navan, gdzie niezwiązana z architekturą znajoma pytała, czy „te betonowe ściany będa kiedyś pomalowane”? Za każdym razem odwiedzając okolice Merrion Square zachwycałam się kamienną fasadą w Department of Finance, a używając skrótu przez Trinity College w centrum Dublina, wychodziłam ulubioną furtką przy rozbudowie Mechanical & Manufacturing Engineering Department. Jednak to nie irlandzkie realizacje Graftonek, jak je zwykle pieszczotliwie nazywam, zrobiły na mnie największe wrażenie. To budynek Uniwersytetu Bocconi w Mediolanie. Został ukończony w momencie, kiedy dopiero zaczynał się kryzys, więc nie szczędzono na niego euro, ale ogromny budżet został wydany na kawał świetnej architektury. Bocconi został ogłoszony najlepszym budynkiem roku na World Architecture Festival, znalazł się w finale Miesa i zdobył wiele innych nagród. Odwiedziłam go przy okazji wizyty na EXPO w 2015 roku i muszę przyznać, że chociaż podejrzewałam wcześniej ostre fotoszopowanie prasowych zdjęć, budynek jest jeszcze bardziej niesamowity na żywo niż na fotografiach. Akurat był weekend i w dodatku odbywał się tam remont, więc nie wszędzie udało mi się wejść, ale polizanie przez szyby absolutnie przepięknych wnętrz wystarczyło, żeby wpisać ten obiekt na moją prywatną superlistę. Czy muszę dodawać, że równolegle pstrykała zdjęcia cała pielgrzymka architektów?

Wypijmy więc za następne biennale! Najlepiej guinessem, irlandzką whiskey albo.. darmowym winem:)

IMG_1545.jpg

Jak można nie dopuszczać ludzi do TAKIEJ fasady???

img_1617

I jeszcze przykrywać ją rusztowaniami?

img_1558

Na szczęście można było zobaczyć jedno z bezdyskusyjnie najpiękniejszych przeszkleń na świecie

[Fot. Łukasz Pancewicz, Monika Arczyńska – wszystkie zdjęcia z Bocconi]

Św. Mikołaj

Nie, nie będzie ani o świętach, ani o prezentach, ani o reniferach. Będzie o kościele św. Mikołaja, położonym w niemieckim Anklam, blisko granicy, bo nieco ponad godzinę pociągiem ze Szczecina. Kościół został poważnie zniszczony w czasie wojny i przez wiele lat czekał na lepsze czasy bez sklepień, dachu i szczytu wieży. Kilka lat temu doczekał się nowego dachu, a obecnie pracujemy nad propozycją zorganizowania w środku muzeum Otto Lilienthala, stworzenia punktu widokowego na wieży oraz budowy informacji turystycznej. To projekt, którym zajmuję się obecnie najbardziej intensywnie i parę dni w ubiegłym tygodniu spędziłam w Anklam i w Berlinie. Lubię Berlin (w końcu ma sześć liter, podobnie zresztą jak Anklam:) i zdecydowanie bywam tam rzadziej, niż bym chciała. Dlatego cieszy mnie rozpoczęcie współpracy z niemieckim oddziałem naszego biura.

Skoczyłam zobaczyć kościół oraz spotkać się z projektantami wystawy. To beier + wellach, którzy mają biuro w berlińskim Taut Haus. Tak wyposażonej modelarni nie widziałam już dawno w żadnej pracowni – wykonywane są tam nie tylko makiety wystaw, ale i prototypy ich elementów. Wśród mnóstwa dziwnych przedmiotów najbardziej rozbawiły mnie figurki zwierząt w odpowiedniej skali z projektu zoologicznej ekspozycji:)

img_2300

Widok na kościół z rynku (po prawej historyzująca architektura, którą zastępowane są powojenne bloki)

Anklam było lokowane w XIII wieku na prawie lubeckim i stanowiło kiedyś ważny hanzeatycki ośrodek. Obecnie to nieco zapomniane, senne miasteczko. Wygląda jak typowe pomorskie miejscowości: kwadratowy rynek, rzeka, ciężki ceglany gotyk, regularny układ zabudowy z nieregularnym obrysem. Trochę przypominało mi Chełmno – ma zbliżoną wielkość i liczbę mieszkańców, ale przetrwało tu zdecydowanie mniej oryginalnej zabudowy i nie ma tam wzgórz, dzięki którym Chełmno należy do najbardziej malowniczych miasteczek w Polsce.

img_2357

Repliki latających machin

Kościół robi wrażenie. Jest ogromny, przyciężkawy i świetnie prezentuje się w nieco „ruinistycznej” wersji – brak sklepień sprawia, że wnętrze jest znacznie wyższe niż w oryginalnej wersji. Pod dachem podwieszone są repliki latających machin Otto Lilienthala i innych pionierów lotnictwa, w tym balony, szybowce i dwupłatowce. Muzeum ma przedstawiać drogę od piewszych eksperymentów związanych ze wznoszeniem się w powietrze (od Ikara – stąd nazwa instytucji – IKAREUM), aż do współczesnych wynalazków i technologii. Można wejść na wieżę i rozpościerają się stamtąd naprawdę piękne widoki, zwłaszcza w słoneczny, zimowy dzień. Wyobrażam już sobie, jak niesamowicie będzie je oglądać ze znacznie większej wysokości!

img_2328

Widok z wieży na rynek

img_2349

Widok na okolice Anklam

Jest tylko jedna kwestia, która wzbudza moje obawy: język. Dla moskiewskiego projektu musiałam podszlifować solidnie rosyjski. Tym razem przydałby mi się niemiecki – mimo że uczyłam się go w szkole, nigdy nie miałam okazji go używać. Na spotkaniach (niestety, nie wszystkie udaje się prowadzić po angielsku) rozumiem piąte przez dziesiąte, ale mam nadzieję, że co nieco będzie mi się przypominać w trakcie projektu. Na kolejny kurs językowy niestety nie znajdę w tym roku czasu.

Uff, jak dobrze, że istnieje Google Translator…

[Fot. Monika Arczyńska]

Żegnaj, 2016

Adria_male.jpg

Żegnaj, 2016,  nie będę za Tobą tęsknić. Wiem, że nie tylko ja z ulgą mówię ci „do widzenia”. Zbyt wiele niedobrych rzeczy wydarzyło się na świecie i ze zbyt dużą niepewnością zaczynamy 2017.

To był dla mnie wyjątkowo trudny rok. Trudniejszy niż kończenie doktoratu równolegle z pracą. Trudniejszy niż przeprowadzki między krajami i trudniejszy nawet niż kolejne lata rozłąki z moim osobistym urbanistą. Zawodowo wszystko wygląda świetnie – wkrótce premiera naszej strony internetowej, mamy więcej zleceń niż jesteśmy w stanie zrealizować bez zarywania nocy i weekendów. Niedługo zostanie wydana nasza pierwsza książka – podręcznik planowania. Studenci znów dali czadu i zrobili świetne – i wykorzystane przez urząd miasta! – opracowanie na temat Długiej i Długiego Targu w Gdańsku. OSSA również wypadła fantastycznie. Za mną kolejne etapy współpracy z powstającym w Gdańsku Muzeum Sztuki Współczesnej oraz z Heneghan Peng. Dublińskie biuro zaliczyło wyjątkowy rok – w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy ukończylismy niemal tyle budynków, ile od momentu powstania pracowni w 2001 roku. To tłumaczy, dlaczego w biurze panuje nieco grobowa atmosfera i nawet świąteczna impreza skończyła się nadzwyczaj wcześnie – wszyscy sa okrutnie zmęczeni. Dla mnie najważniejsze były oczywiście te projekty, przy których pracowałam, czyli akademiki w Maynooth, przebudowa Galerii Narodowej w Dublinie oraz Muzeum Palestyny. Jego otwarcie to zdecydowanie najważniejsze wydarzenie architektoniczne roku, w jakim miałam okazję uczestniczyć, ważniejsze niż weneckie biennale czy triennale w Oslo (moje relacje z obu w bieżącym i kolejnym numerze Architektury-Murator). Dużą część roku zajęła mi praca nad Wielkim Muzeum Egipskim w Kairze oraz Narodowym Centrum Sztuki Współczesnej w Moskwie, ale to tak specyficzne i ogromne przedsięwzięcia, że ich opisywanie byłoby raczej opowieścią o polityce, a nie architekturze. A polityki mam w tym roku zdecydowanie dość. Cieszy mnie więc nowy projekt i sympatyczna zmiana skali – niemieckie Anklam, gdzie we wnętrzach gotyckiego kościoła św. Mikołaja projektujemy muzeum Otto Lilienthala, jednego z pionierów lotnictwa.

Staram się regularnie publikować na blogu, chociaż z uwagi na nadmiar pracy i częstotliwość wyjazdów miałam mniej czasu na komentowanie bieżących wydarzeń. Blog to taki mój ekwiwalent mówienia do ludzi. Bo jeśli podsumowanie poprzedniego roku miało hasło przewodnie „ludzie”, teraz powinnam raczej napisać, że „chcę do ludzi”. Życie towarzyskie, które wcześniej kwitło, nagle zniknęło. Kiedy ktoś kiwa głową ze współczuciem „Oj, musi Ci być ciężko pracować na dwa etaty”, zaczynam się gorzko śmiać, bo chciałabym, żeby to były tylko dwa. Nie co roku trafiam do szpitala i nie co roku do szpitala trafia mój osobisty urbanista. Nie co roku robię ciągnące się miesiącami generalne remonty. Nie co roku brakuje mi czasu i energii, żeby zrobić coś, co nie będzie związane z pracą. I chociaż powinnam być zadowolona, że wyszłam z tego wszystkiego zwycięsko, zmęczenie przesłania satysfakcję.

Dlatego na 2017 rzucam hasło: „równowaga”.

[Fot. Łukasz Pancewicz]

 

Mam trzy latka…

img_0632

…trzy i pół, sięgam głową ponad stół! Rozpędziłam się – na razie dopiero trzy. W sobotę blog obchodził urodziny i chociaż jak zwykle nie zdążyłam zorganizować świeczek ani tortu, udało mi się spędzić ten dzień i przyjemnie, i miejsko, i architektonicznie. Mój osobisty urbanista prowadził panel o rewitalizacji na Kongresie Obywatelskim, a ja wybrałam się na „Warszawę w budowie” i na nadrabianie zaległości w oglądaniu nowych inwestycji. Bardzo JEMS-owy był ten dzień, bo zaczęłam od wychwalanej pod niebiosa 19. Dzielnicy oraz od nieco kontrowersyjnej przebudowy hali Koszyki.

O Koszykach jeszcze napiszę, a w 19. Dzielnicy zrobiło mi się trochę dziwnie. To osiedle dostało już tyle nagród i pojawiło się tyle razy w mediach jako wzorcowy przykład projektowania dzielnic mieszkaniowych, że spodziewałam się prawdziwej petardy. Pamiętam też odcinek programu „Polska dobrze zaprojektowana”, w którym Kuba Szczęsny, siedząc przy podejrzanie pustej piaskownicy, opowiadał o tej inwestycji w samych „ochach” i „achach”. Bo nie dość, że to osiedle bez płotów, to na dodatek z usługami w parterach i z przestrzeniami rekreacyjnymi dla mieszkańców. Przybyłam, zobaczyłam i… złapałam się za głowę. Czyżby ze stołecznym mieszkalnictwem było aż tak źle? Architekturze – jak to z JEMS-ami bywa – nie mogę nic zarzucić. Bloki wyglądają jak wysmakowane apartamentowce, ale ponieważ są do siebie bardzo podobne, całość sprawia bardzo biurowe wrażenie. Przestrzenie zielone dla mieszkańców owszem są, ale za… szklanymi płotami. I to w postaci porośniętych elegancko przystrzyżoną trawką pagórków, z których nawet na sankach nie da się zjechać bez wyrżnięcia w idealnie wypucowane szyby. Teraz nie było tam nawet widać żadnych dzieci, bo listopad to nie jest najlepsza pora na zabawy podwórkowe, ale spacerując między budynkami wyobrażałam sobie, że mogłyby tam co najwyżej po cichutku (nie przeszkadzać!!!) jeździć miniaturowymi mercedesikami, ubrane w kolekcje junior od Ralpha Laurena. Kręcąc się po osiedli trafiłam kilka razy na zupełnie zwyczajnego tatę z wózkiem, który postanowił pospacerować przy domu i ten widok średnio pasował do wysmakowanego otoczenia.

img_0637

Na szczęście obok kilku sklepów, głównie z wyposażeniem wnętrz, znalazła się jedna „Żabka”, bo nie byłoby nawet dokąd zejść w kapciach po świeże bułki. Kiedy wprowadzi się tam więcej osób, pewnie powstanie francuska piekarnia, bo jednak bardziej stylowo będzie schodzić po bagietki. Na razie lekko parysko jest – w końcu nazwa dzielnicy zobowiązuje! Widziałam kilka osób, które wchodziły do klatek z wózeczkami na zakupy. Tylko nie wiem, czy to byli mieszkańcy, czy ich gosposie.

img_0642

Dobra, dobra, kończę już z tymi złośliwościami:) Spacer po tym osiedlu stał się po prostu pretekstem dla kilku uwag o tym, jak działa miejska przestrzeń. Także pretekstem do tego, aby w końcu napisać o gdańskim Garnizonie, który już od kilku lat działa jak 19. Dzielnica, a po wprowadzeniu funkcji kulturalnych i gastronomicznych stał się nie tyle miejski, co wręcz śródmiejski w charakterze (ale szybkość tych zmian również sprawia problemy). Jeśli coś ma być „dla ludzi”, to nie da się tam uniknąć lekkiej przaśności i nieporządku. Bardzo lubię powiedzenie, że „brudne dzieci to szczęśliwe dzieci” – ta zasada w przenośni dotyczy również dorosłych, którzy dla wyluzowania potrzebują jednak odrobiny chaosu. A gdzie wyluzować, jeśli nie na własnym osiedlu?

[fot. Monika Arczyńska]

 

 

 

 

60m2

60m2_p

Co za tydzień, a przede wszystkim – co za sobota! W Warszawie wernisaż „Warszawy w budowie” pod tytułem „Wreszcie we własnym domu. Dom polski w transformacji”, a w „Wysokich obcasach” wywiad, który rozpalił do czerwoności tysiące Polaków. I nie wiem, czy to kuratorzy wystawy dodali czegoś do wody, czy po prostu mają dobrą firmę od PR, ale nagle hasła „za małe mieszkanie”, „brak miejsc a na książki”, a przede wszystkim „60m2” zostały odmienione  przez wszystkie możliwe przypadki.

Gorączka, która sprawiła, że z kilkustronicowego wywiadu, w którym rzucona ot tak powierzchnia mieszkania została tak wyraźnie wysunięta na pierwszy plan, może mieć kilka przyczyn:

  1. Ludzie najłatwiej zapamiętują liczby.

To może być pozostałość zakuwania dat na lekcjach historii. Co prawda badania, ile zostaje ich później w głowach wskazują, że niewiele (ja też nie pamiętam, kiedy miała miejsce bitwa pod Warną), ale może to tylko oznacza, że i nieszczęsne 60m2 zostanie wkrótce zapomniane.

  1. Zakodowane w pamięci normatywy.

„Normatyw projektowania mieszkań i budynków mieszkalnych wielorodzinnych w miastach i osiedlach” z 1959 definiował 60m2 jako mieszkanie kategorii M6. Kategorie określano według liczby mieszkańców, stąd wniosek, że w rzeczonym lokalu można by jeszcze spokojnie zmieścić dodatkowe dwie osoby. Być może reakcja na artykuł wynika z sentymentu do PRL-u.

  1. Za małe mieszkania.

Na „Warszawę w budowie” wybieram się dopiero w przyszłym tygodniu, ale materiały organizatorów i pierwsze relacje prasowe wskazują na to, że jednym z poruszonych problemów są zbyt małe mieszkania Polaków.  Pal licho statystyki, porównania do europejskiej średniej czy badania naukowe na ten temat. Nie ma lepszego potwierdzenia tej hipotezy niż reakcja na wywiad.

Książki Gehla i Jacobs dopiero niedawno zostały przetłumaczone na polski, ale od dawna dostępny był „Ukryty wymiar” Edwarda T. Halla o m.in. badaniach behawioralnych przeprowadzonych na szczurach. Przy zbyt dużym zagęszczeniu na niewielkiej powierzchni zwierzęta zaczynały się zagryzać. Taką sytuację przegęszczenia i stresu nazywa się „bagnem behawioralnym”. Jeśli Polacy mieszkają w zbyt małych mieszkaniach, przypuszczalnie też muszą się na kimś odreagować. Nie są jednak przecież nieucywilizowanymi zwierzętami, więc zamiast zagryzać współmieszkańców, wolą internetowo rzucić się do gardła piosenkarce, które pewnie w życiu nie widzieli na oczy.

Ten wywiad miał prawdziwie „Ukryty wymiar”.

Jak Sphinx z popiołów;)

bw

Odkąd mój osobisty urbanista zamienił Gdańsk na Łódź, przyjeżdżałam co rok na Design Festival. Po ponownej zamianie miast tym razem pojechaliśmy razem – ŁDF okazał się świetnym pretekstem, żeby odwiedzić łódzką ekipę i zobaczyć, co zmieniło się w mieście. O tym za chwilę, bo zmian sporo, ale na festiwalu miałam wrażenie, że oglądam kolejny raz to samo. Pewnie dlatego, że ci sami sponsorzy powtarzają się na każdej edycji i na myśl o Festivalu przychodzą mi do głowy „Barlinek, Paradyż i IKEA”. Pod temat „Tożsamość” można podciągnąć prawie wszystko i na wystawach głównych pojawił się dość przypadkowy przegląd wzornictwa. Przyznaję, że tym razem skoncentrowałam się na centrum festiwalowym na Tymienieckigo i wyjątkowo nie odhaczyłam wydarzeń ani wystaw odbywających się w pozostałych miejscach. Główna część nieco mnie rozczarowała – może nie powinnam przyjeżdżać co rok? Kilka wystaw widziałam w Gdyni latem, wiele produktów oglądałam wcześniej w sieci. A może przez te wszystkie własne nieszczęsne remonty nie mogę już patrzeć na podłogi i grzejniki.

tym

Inkubator na Tymienieckiego sam w sobie stanowi wystawę designu:)

dupencjoogrzewacz

Uroczy pupogrzewacz z Termy

parawan

Architekt na szpilkach też zwróciła uwagę na ten parawan w krótkiej relacji z ŁDF na FB. Trudno nie zwrócić, jeśli mieszka się nad morzem:)

dp

Gdański i jednocześnie architektoniczny akcent na make me! – Torba Architekta Darii Przybyłowskiej

Największe wrażenie zrobiła na mnie wystawa „No Randomness” o wzornictwie, które pozornie wydaje się przypadkowe, ale ma swoje racjonalne wytłumaczenie. Dlaczego włazy kanalizacyjne są okrągłe, a makaron ma różne dziwne kształty? Kapitalnie pokazany przegląd codziennych przedmiotów był odpowiedni i dla dzieci, którym można na przykładach wyjaśnić, że design to nie tylko ładne meble, i dla dorosłych, którzy mogli dowiedzieć się, dlaczego przedmioty, których używają codziennie, wyglądają tak, a nie inaczej. Podejrzewam, że ciekawostki z „No Randomness” będą hitem dyskusji przy prosecco i fritz coli przez następnych kilka tygodni.

osemki

Gdyby piankowe granulki miały kształt kulek, chronione przedmioty spadałyby na dno pudełka. Ciekawe, czy popcorn działa podobnie:)

schoolofform

Ceramika ze School of Form

Zawsze interesuje mnie, co nowego dzieje się na wydziałach związanych z projektowaniem – trzeba podpatrywać konkurencję, żeby nie zostać w tyle:) Tym razem wpadła mi w oko ceramika ze School of Form, nawiązująca do tradycyjnych form i technik wykonania, ale przygotowywana przy użyciu robotów. Cieszy również współpraca polskich firm, m.in. Barlinka i Porty, z młodymi projektantami.

zrezygnujcie

A przy wystawie Architektury-Murator o architekturze humanitarnej pojawiła się tablica, na której każdy mógł napisać, co ma do przekazania polskim architektom. Oprócz żartobliwych „więcej kolumn i pilastrów” pojawiło się „zrezygnujcie”…

271.jpg

Piotrkowska 217

Ale co tam Design Festival, co tam wystawy, Łódź zaskoczyła mnie najbardziej! Próbuję sobie przypomnieć, kiedy byłam tam ostatnio i to musiało być dokładnie rok temu, na poprzednim wydaniu festiwalu. Tyle się wydarzyło w międzyczasie: Piramowicza gotowa, woonerf na Traugutta gotowy, stacje roweru miejskiego są usytuowane tak gęsto, że aż miło, a na Starym Polesiu pojawiła się zieleń. Dzięki likwidacji przejścia podziemnego pod Piłsudskiego nareszcie czuje się, że Piotrkowska to najdłuższa ulica w Polsce. Pod numerem 217, gdzie wcześniej znajdowała się jedna kawiarnia i wyświetlano latem filmy pod gołym niebem, pojawiło się mnóstwo nowych lokali, a w festiwalową sobotę stanęły food trucki i trzeba było się przepychać między ludźmi. A obok „stajni jednorożców” powstanie wybrany w budżecie obywatelskim… pomnik jednorożców.

Czekam na otwarcie Łodzi Fabrycznej – nareszcie zniknęły wysokie płoty i można zobaczyć, jak bardzo zmienił się teren dookoła. Nie wierzyłam, że ta ogromna budowa kiedykolwiek się skończy, a już na pewno nie w to, że zaraz obok natychmiast zaczną się nowe realizacje. Już buduje się nowy biurowiec, za chwilę zaczną powstawać kolejne. Oprócz tych wszystkich publicznych inwestycji widać, że coś się ruszyło wśród mieszkańców. Być może wspólnoty uznały, że pora na dotrzymanie kroku miejskim remontom ulic i kamienic, bo co kawałek stoją rusztowania, tym razem już bez banerów z napisem „Mia100 kamienic”. To zawsze najbardziej odróżniało łódzkie ulice od innych miast – w Gdańsku, Poznaniu czy Wrocławiu trwał remont za remontem, a w Łodzi tylko sypały się tynki. Ale to opóźnienie ma pewną kolosalną zaletę – dzięki niemu kamienice przetrwały nietknięte okres pastelozy i styropianizacji, a miejskie inwestycje pokazały, jak należy remontować historyczna tkankę.

Jak Sphinx, tfu, Phenix z popiołów!

phenix

[fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz]

Odkochałam się

team

W branżowej prasie nadal, chociaż z mniejszą częstotliwością, pojawiają się przeglądy weneckich wystaw i pawilonów, Marcin Szczelina chyba jeszcze siedzi we Włoszech (wróci? nie wróci? Dziś wrzucił na FB zdjęcie z Lido), a ja nadal wspominam wystawy, bo przetrawienie takiej dawki informacji i wrażeń wymaga czasu.

Tym razem do Wenecji pojechałam nie tylko z moim osobistym urbanistą, ale i z ulubionym historykiem sztuki. Połączyło nas właśnie Biennale – kiedy trzy lata temu szukaliśmy z Łukaszem kuratora, aby wspólnie przygotować projekt konkursowy na wystawę w polskim pawilonie, znajomi polecili nam Maksa Bochenka*. Zadzwoniłam, umówiliśmy się na kawę i na tej pierwszej kawie zaiskrzyło na tyle, że nie tylko złożyliśmy projekt (nawet dwa, bo i jeszcze jeden, rok temu), ale prowadzimy kolejną serię wykładów, przegadaliśmy setki godzin o architekturze, sztuce i innych mniej poważnych rzeczach, a po głowie chodzą nam  pomysły na kolejne projekty. W Wenecji okazało się, że pomimo różnych profesji – architekt, urbanista i historyk sztuki – odbieraliśmy poszczególne wystawy dość podobnie, a tam, gdzie ekspozycje prowokowały nas do dyskusji, potrafiliśmy mówić tym samym językiem. oponki

[Bez głupawki ani rusz – kto by wytrzymał bieganie po wystawach architektonicznych przez 10 godzin dziennie?]

LPMA.jpg

[Bez espresso też się nie da:)]

Zawsze szukam na Biennale „przekłuwania balona” – potraktowania architektury bez nadmiernego nadęcia i pompy. Tegoroczna edycja była śmiertelnie poważna: klęski żywiołowe, strefy militarne, ubóstwo i nierówności. Z westchnieniem ulgi skoczyliśmy  do serbskiego pawilonu, w którym interpretacja tematu może nie do końca nas przekonała, ale kapitalnie potraktowano wnętrze budynku, bliźniaczego z polskim. To nie jest najłatwiejsza przestrzeń ekspozycyjna -€“ wąska i długa -€“ i ten sposób na jej zagospodarowanie wydaje mi się bardziej odpowiedni niż wstawianie tam plansz czy makiet. Podłoga pawilonu stała się dnem niebieskiego statku, wyposażonego w najważniejszą dla przetrwania rzecz -€“ gniazdka elektryczne. Zapomnieliśmy sprawdzić, czy była też sieć bezprzewodowa, ale nie wyobrażam sobie, że mogłoby być inaczej. Wielki błękit i możliwość podładowania telefonu sprawił, że cichły rozmowy, a pochyłe dno zadziałało jak wielka leżanka…

Slovenia

Biennale to również godziny podpatrywania sposobów prezentacji projektów. Tym razem pięknych, piekielnie drogich makiet było jak na lekarstwo – robiłyby zdecydowanie nieprzyzwoite wrażenie wśród niskobudżetowych projektów w slumsach i na terenach dotkniętych przez kataklizmy. Co prawda Chipperfield i Rizzi pokazali odjechane makiety, no ale im wszystko wolno. Z drugiej strony stylistyka „zrób to sam”, jeśli potraktowana z pewną dozą humoru, również potrafi być atrakcyjna. Moi ulubieńcy to warsztat w pawilonie Recetas Urbanas.

LUDZIKI.jpg

Nie wiem, jak Izrael to załatwił, ale pierwszego dnia zamiast o 19:00, Giardini zamknięto godzinę później. W międzyczasie na tyłach pawilonu rozkręciła się w okamgnieniu niezła impreza – campari lało się strumieniami, a dj podrygiwał puszczając najbardziej kiczowate kawałki świata. Wśród pląsającego tłumu chyba wypatrzyliśmy nawet noblistów, których twarze chwilę wcześniej widzieliśmy na wystawie – opowiadali o relacjach między nauką a architekturą. Relacje między nauką a architekturą na parkiecie również okazały się bliskie.

Israel

Jak już przy nieeuropejskich, ale eurowizyjnych krajach jesteśmy, to w tym roku premierę miał pawilon Australii. Denton Corker Marshall zaproponowali czarne pudło, ale niespodzianka czekała w środku. „Raport z frontu” w interpretacji Australii to raport z frontu willi z basenem, bo postawili właśnie na „pool culture”. Tego samego dnia wieczorem moi towarzysze ratowali pijanych turystów, kórzy postanowili wykąpać się w Canale Grande. Bełkotali tak niewyraźnie, że nie byłam w stanie poznać po akcencie, skąd przyjechali, ale może to też byli Australijczycy?

Australia.jpg

Ale najważniejsze: odkochałam się. Aravena mi się po prostu przejadł. Po Pritzkerze i Biennale aż strach otwierać lodówkę. Już nie będzie walentynek, listów miłosnych ani wzdychania. Może gdybym wpadła na niego gdzieś w Giardini, uczucie by przetrwało, ale żartowaliśmy, że Alejandro A. specjalnie mnie unika. Pewnie dlatego, że krótko przed Biennale dowiedziałam się, że ma żonę (drugą!) i dzieci. Liczna grupa jego psychofanek pewnie nie zauważy nawet, że ich grono zmniejszyło się o jedną architekt z Polski, a ja zacznę szukać nowego obiektu westchnień. Jakieś propozycje?

*W piątek o 18:00 w hali B90 w Stoczni odbędzie się wernisaż Alternativa 2016: Uszczerbki i Straty. Maks  jest producentem tej wystawy – ostatnio wyspał się chyba w Wenecji, tak ogromne jest to przedsięwzięcie. Wpadłam wczoraj  do stoczni, żeby zobaczyć, jak w ogóle przebiega instalacja wystawy i powiem jedno: zapowiada się świetnie. Do zobaczenia w piątek!

[Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz, Maks Bochenek]

Raport z frontu

TITLE

A miało być tak pięknie… Ale pięknie tylko przy okazji, bo przede wszystkim prospołecznie, pragmatycznie, humanitarnie. Wyszło dość nijako, powtarzalnie i nudno. Oglądając kolejne, podobne do siebie wystawy, zaprezentowane w ostentacyjnie niskobudżetowy sposób, bo przecież nie wypada wydać na makietę więcej niż na budynek, który reprezentuje, nieraz miałam wrażenie, że podróż do Wenecji była całkiem niepotrzebna. Oglądając katalog i popijając kawę – obowiązkowo fair trade – w zaciszu własnego mieszkania dowiedziałabym się więcej, bo bez pośpiechu, nie wspominając o ilości CO2, którą wyprodukował samolot, pociąg i klimatyzacja w hotelu. Nie wspominając już o tym, że pieniądze wydane na podróż mogłabym wpłacić na jakiś NGO budujący studnie w Afryce (podobną strategię przyjęła zresztą Austria, pożytkując zaoszczędzone dzięki skromnej wystawie fundusze na poprawę warunków mieszkaniowych kilku rodzin uchodźców).

ARRIVAL CITY

Niemcy również wybrnęli sprytnie  z problemu mało spektakularnego tematu i uniknęli szarej tektury, worków foliowych i plastikowych butelek. Nie dość, że wypruli otwory w swoim nazistowskim pawilonie, aby pokazać, jak bardzo są otwarci na przybyszów z zewnątrz – obecnie głównie uchodźców – to jeszcze wybrali stylistykę materiałów graficznych przypominającą przeskalowane kserówki ze spontanicznymi komunikatami. Bez zadęcia, z lekką naiwnością, może aż zbyt lekko, ale jak świeżo po dziesiątkach wystaw o mniejszych i większych problemach ludzkości.

ETH

[Ta instalacja ETH z Zurychu oczarowała chyba wszystkich i to akurat było coś, co trzeba zobaczyć na własne oczy, a nie tylko w katalogu. Konstrukcja składa się wyłącznie z wycinanych komputerowo kamiennych płyt – bez zaprawy, bez żadnych dodatkowych elementów łączących. Jak w czasach gotyckich katedr, których sklepienia wykonywano w podobny sposób. Tyle, że tu gotowe elementy składano zaledwie dwa tygodnie.]

Podczas Biennale rynkowa koniunktura przekłada się zwykle na ilość przelewanego prosecco oraz połysk wystaw, lecz Aravena wykręcił architektom niezły numer. Zachód powoli wykaraskał się z kryzysu, inwestorzy zaczęli wyciągać  odłożone do szuflady projekty, a w krajobrazie europejskich i amerykańskich miast znów pojawiły się dźwigi. Miło byłoby znów pobłyszczeć na okładkach kolorowych magazynów, a medialny szum po śmierci Zahy Hadid potwierdził tęsknotę za wielkimi nazwiskami i ekscentrycznymi twórcami. Dla wielu architeków to za szybko na pochylanie się nad wykluczonymi i  budowanie lepianek z gliny – brzmi świetnie, gdy chce się pochwalić znajomym egzotycznym wolontariatem, ale żeby zaraz przestać marzyć o  projektowaniu wieżowców i muzeów?

MOKOKO.jpg

[Nagrodzony Srebrnym Lwem dla „obiecującego młodego uczestnika” model pływającej szkoły Mokoko]

ZLOTY

[Z przodu makieta West Village w chińskim Chengdu – maksymalizacja przestrzeni rekreacyjnych i sportowych; w tle nagrodzona Złotym Lwem spektakularna instalacja Gabinete de Arquitectura z Paragwaju, wykonana z cegły przez niewykwalifikowaną siłę roboczą – tu akurat aspekt piękna i czystej formy architektonicznej został doceniony]

Polskie akcenty wypadły nieźle, chociaż „śmieciowo”. Wystawa Hugona Kowalskiego i Marcina Szczeliny o odpadach całkiem nieźle prezentuje się w Arsenale, ale tego śladu węglowego (śmieci przywiezione z Polski!) to chłopakom nie wybaczę. Polski pawilon z uwagi na temat, którego spodziewałam się w przynajmniej kilku innych miejscach, a którym jednak zajęli się tylko Polacy, stał się chyba jednym z najpopularniejszych w Giardini. Tu „śmieciowy” motyw dotyczył m.in. sposobu zatrudnienia robotników budowlanych bez umów (lub na tzw. „śmieciówkach”), ale i darmowe nadgodziny architektów załapały się na infografikę o problemach pracowników branży budowlanej. Trochę się martwiłam, że będzie za skromnie i że przygotowywany przez kielecką ekipę research nie wystarczy dla pełnego zobrazowania poruszanych kwestii, ale okazało się, że Biennale to miejsce zadawania pytań, a niekoniecznie podawania gotowych rozwiązań. Mieliśmy jednak z naszym własnym kuratorskim zespołem wrażenie, że wchodzimy na wystawę, którą sami zaproponowaliśmy na tegoroczne Biennale. Chociaż tematy się nie pokrywały, strona wizualna okazała się prawie identyczna. Ustawiony według naszego projektu billboard na dachu polskiego pawilonu miał krzyczeć czarnymi literami na agresywnie żółtym tle – tu krzyczały żółte torby w identycznym odcieniu, po których w całej Wenecji można było poznać architektów. Podobnie jak u nas, całą przestrzeń pawilonu wypełniała stalowa konstrukcja i tak samo była owinięta przepuszczającą światło tkaniną (tyle, że siatką ochronną, jak na rusztowaniach, a nie materiałem, z którego robi się billboard). Tak samo wchodziło się do środka przez wycięcie w materiale. Przynajmniej wiemy, że projekt sprawdziłby się w 1:1:)

Polish

Ciekawostka, ale spodziewana – zabrakło starchitektów. Co prawda pojawiły i garaże dla dronów projektu Fostera, i muzeum Chipperfielda w Sudanie, mignęli gdzieś w filmie dokumentalnym Herzog&de Meuron, a Shigeru Bana obskoczyli łowcy autografów, ale o pojedyncze nazwiska, a nie potężny gwiazdozbiór, jak zwykle bywało. Całą salę na wystawie głównej poświęcono też projektom Renato Rizziego. Zamierzałam podziękować mu za pokazywany w Giardini Teatr Szekspirowski – ostatnio rozmawialiśmy w dniu otwarcia, kiedy jeszcze nie wiedziałam, że Teatr stanie się jednym z moich ulubionych budynków. Rizzi, jak to stuprocentowy Włoch, rozgadał sie jednak z jakimś dziennikarzem. Następnym razem!

baN

Rizzi

[Rizzi, dziennikarze i przepiękne makiety]

DRON

[Fosterowy „garaż” dla dronów]

IRISH.jpg

[Projekcja na wystawie Irlandii (Níall McLaughlin), pokazujący, wraz ze zmieniającą się ścieżką dźwiękową, jak osoby z chorobą Alzheimera odbierają przestrzeń. Subtelnie, pięknie, ale w punkt – takie ekspozycje lubię na Biennale najbardziej.]

Największe rozczarowanie to brak otwartych debat. W Giardini zawsze były organizowane otwarte spotkania -€“ to miejsce stawało się centrum Biennale, gdzie można posłuchać dyskusji zaproszonych kuratorów i projektantów. Tym razem kilka spotkań odbyło się w audytorium, gdzie mieści się tylko niewielki odsetek zainteresowanych osób (nie wspominając o pewnym skandalu – okazało się, że Aravena zaprosił do głównej debaty na otwarcie debaty samych mężczyzn). Tym razem, kiedy na wystawie pokazywano dobre praktyki z odległych od siebie części świata, dyskusja i podzielenie się uwagami byłyby szczególnie ważne. Nawet, jeśli rozwiązania muszą być unikalne i „szyte na miarę” z uwagi na różnice geograficzne czy kulturowe, najbardziej intrygujące fragmenty wystawy głównej to te, które przedstawiały uniwersalność problemów oraz sposobów ich rozwiązania w różnych częściach świata. Do jednej z najbardziej trafnych w tym kontekście wystaw zaliczyłabym porównanie tymczasowych miast – od osiedli dla ofiar klęsk żywiołowych, przez festiwal w Glastonbury, po święto przyciągające w jedno miejsce w Indiach kilkanaście milionów ludzi.

Porażką była również nieobecność i jednoczesna medialna wszechobecność Araveny.  Chociaż wpatrywaliśmy uważnie jego rozwichrzonej czupryny, pojawiącej się dosłownie wszędzie – w magazynach, na filmach, w wywiadach – nie czułam jego roli jako gospodarza, jak chociażby Koolhaasa dwa lata temu. Nie kręcił się cały czas na wystawach, trudno było się wbić na spotkania. To dziwne, bo w trakcie przygotowań intensywnie współpracował z innymi kuratorami. Być może tak już mają niektórzy architekci – interesuje ich proces twórczy, a nie to, co dzieje się później, a może stał się ofiarą własnego sukcesu. Pritzker i Biennale w jednym roku to chyba trochę za dużo nawet dla takiego człowieka-orkiestry. Aravena, podkreślając swoje praktyczne podejście do rozwiązywania problemów, prezentował się nie tyle jako kurator, ale jako stuprocentowy architekt, który do przygotowania Biennale podchodzi jak do projektu architektonicznego. Już w pierwszej sali, wypełnionej gips-kartonem (100 ton pozostałości po poprzednim Biennale), pokazał proces projektowania wystawy, dyskusje z kuratorami i aranżowanie przestrzeni. Wszystko zgodnie z jego kuratorskim przesłaniem o roli architekta, tyle, że w pokazanych dalej projektach architekt stanowił zaledwie element, nie zawsze najważniejszy, procesu rozwiązywania problemów. Za to za każdym prawie razem, gdy tylko pozwalała na to aranżacja i stylistyka wystawy, łechtano ego projektantów jako bogów, twórców czy godnych podziwu filantropów. To trochę jak z Araveną, prawda?

greedy.jpg

[Aravena na filmie…

ARAV

[… i jego instalacja z rozbiórkowych stelaży i płyt gispowo-kartonowych]

 

 

team02

[Czym byłoby Biennale bez fotogenicznych instalacji?]

Najciekawsze wydawały mi się te fragmenty Biennale, gdzie“ rola architekta nie polegała na zbawianiu ludzkości, ale gdzie wyjście poza tradycyjne projektowanie oznaczało działania związane z definiowaniem systemów i procesów rządzących przestrzenią. Na przykład izraelski pawilon pokazywał relacje między nauką a architekturą, gdzie np. symulacje rozwoju kolonii drobnoustrojów można by wykorzystać jako model projektowania ludzkich siedlisk. Wyobrażam sobie świetnie odwrócenie tej zasady i wykorzystanie umiejętności architektów do analizy i zapisu podobnych procesów w nauce – badacze nie zawsze posiadają predyspozycje i doświadczenie, żeby tego dokonać.

Ale to, co zrobiło na mnie największe wrażenie, to wystawa Forensic Architecture, działającej w ramach londyńskiego uniwersytetu agencji zajmującej się dokumentowaniem dowodów (głównie dla organizacji pozarządowych i ONZ) dotyczących zbrodni wojennych czy środowiskowych. Te zadania wymagają współpracy pomiędzy specjalistami z różnych branż – od prawników po filmowców, ale rola architektów, którzy rozumieją przestrzenne relacje, jest szczególna w określaniu miejsca i czasu wydarzeń. Tu nie architekt stał w centrum zainteresowania, ale ofiary. To chyba jedyne miejsce na całej wystawie, gdzie na ludzi nie patrzyło się jak na masę, ale jak na konkretne jednostki. Pięciolatek, który zginął od wybuchu pocisku w Strefie Gazy staje się mniej anonimowy niż afrykańskie dziecko zdobywające wykształcenie dzięki nowemu budynkowi szkoły. Bezimienni rozbitkowie-uchodźcy stają się bliżsi niż społeczność południowoamerykańskich slumsów.

Właśnie takich wystaw oczekiwałam na tegorocznym Biennale.

FORENSIC

[Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz]

Muzeum Palestyny

z daleka

Uff, ależ to były intensywne dwa dni! W środę odbyło się oficjalne otwarcie Muzeum Palestyny. Wyjazd na Bliski Wschód to zawsze niesamowite doświadczenie, a jeśli trwa zaledwie 48 godzin, w międzyczasie trzeba przebić się przez zasieki i punkty kontrolne, a docelowo trafia się do świata jak z arabskiej baśni, emocje stają się jeszcze mocniejsze.

Polska prasa przemilczała temat otwarcia Muzeum (mamy teraz dość własnych problemów…), ale światowe media wysłała na miejsce swoich dziennikarzy. Opinie są różne, ale przeważa zdanie, że budynek jest udany, chociaż kompletnie odbiega od rodzaju i jakości architektury w regionie,a za wyjątkowo kontrowersyjną decyzję uznano otwarcie budynku bez wystawy. Pewnie dlatego, że od początku krystalizowania się profilu tej instytucji nazywano ją „bezpiecznym miejscem dla niebezpiecznych idei”. W międzyczasie zmienił się dyrektor, a ponieważ na przygotowanie wystawy na planowane od dawna otwarcie nie wystarczyłoby czasu, zaaranżowano szybko ekspozycję poświęconą budynkowi i jego realizacji. Pojawiły się betoniarki, kaski, kamienne płyty okładzinowe i wykaligrafowane na naszych rysunkach arabskie słowa, które kojarzą się z Palestyną. Dla wielu krytyków okazało się to niewystarczające – przypuszczalnie spodziewali się prowokacyjnej wystawy związanej z izraelsko-palestyńskim konfliktem. Dla nas, świadomych trudności, jakie wiązały się z realizacją tego budynku oraz niewyobrażalnego zaangażowania wielu osób w jego stworzenie, była to nie tyle bezpieczna decyzja, otwierająca w wyważony sposób pole dla dalszych kuratorskich eksperymentów, co potraktowanie budynku jako głównego eksponatu. Tym bardziej, że to najbardziej zaawansowany architektonicznie i technicznie obiekt w Autonomii, a poza tym, podobnie jak przyszłych wystaw, nie będą mogli go zobaczyć wszyscy zainteresowani z uwagi na restrykcje związane z przekraczaniem granic  w regionie. Nawet Lara Zureikat, architekt krajobrazu odpowiedzialna za projekt tarasowych ogrodów, nie dostała wizy na wjazd z Jordanii na otwarcie. Dlatego Muzeum działa równocześnie na zasadzie internetowej platformy oraz organizuje satelitarne wystawy (obecnie w Bejrucie można obejrzeć tradycyjne hafty).

O samym budynku mogłabym opowiadać godzinami, ale ponieważ „jeden obraz jest wart więcej niż tysiąc słów”, zamieszczam poniżej więcej niż zwykle zdjęć. Obawiałam się najbardziej, że przez cały czas będę dostrzegać tylko niedoskonałości tego obiektu. Tak, tam są niedoróbki, nawet sporo (na szczęście widoczne z bliska). Standard wykonawstwa jest nieporównywalnie niższy, niż gdybyśmy stawiali ten obiekt w Niemczech czy Wielkiej Brytanii, ale wiele elementów zatrzymano na granicy (np. w ostatniej chwili austriackie znaki wyjść ewakuacyjnych zastąpiono… polskimi).albo stwierdzę, że mnóstwo rzeczy można by zrobić inaczej. Kiedy w ubiegłym roku oglądałam dopiero co montowane kamieniarki, pomyślałam, że być może popełniamy błąd decydując się na tak wielkie, mocowane na stalowych szynach płyty. Wykonawcy musieli rozbierać fragmenty okładzin i zakładać je ponownie, bo ten sposób montażu, przeprowadzany po raz pierwszy na tak skomplikowanej geometrycznie bryle, stanowił podwójne wyzwanie i pierwsz próby okazały się porażką. Ta forma architektoniczna wymaga jednak czystych, dużych powierzchni, których nie udałoby się uzyskać przy pomocy mniejszych, typowych dla tamtejszego budownictwa bloczków. Musieliśmy także zachować wysokie standardy izolacyjności cieplnej (budynek posiada certyfikat LEED – pierwszy na obszarze Autonomii) i przeciwwilgociowej, co również stanowi ewenement w tej części świata.

opening

To moje pierwsze otwarcie – do tej pory albo nie mogłam uczestniczyć w podobnych imprezach, bo byłam na drugim końcu swiata, albo budowy są jeszcze rozgrzebane z uwagi na wielkość inwestycji. Ta ceremonia była jednak wyjątkowa, bo wyjątkowe jest znaczenie tego budynku dla Palestyńczyków. Co prawda niewiele brakowało, aby spóźniony taksówkarz, który wiózł nas z Ramallah, nie zdążył na czas przed zamknięciem  dróg, ale przemykał przez koeljne punkty kontrolne pokazując na tylne siedzenia z wyjaśnieniem „Americans!” (to hasło otwiera wiele bramek). Tylu żołnierzy nie widziałam już dawno – kilka kilometrów przez Muzeum obstawiono wszystkie drogi, aby prezydent Abbas mógł bezpiecznie dotrzeć na przecinanie wstęgi. Przed południem odbyły się oficjalne przemowy, a zjeżdżający się zewsząd projektanci, wykonawcy czy kuratorzy mieli okazję, żeby wspólnie obejrzeć gotowy budynek i ogrody. Świeciło słońce, a taras okazał się idealną bankietową przestrzenią.

Wieczorem odbyła się artystyczna część ceremonii. Na parkingu przed budynkiem umieszczono telebim i setki krzeseł, aby jeszcze więcej osób mogło uczestniczyć w tym wydarzeniu, w ogrodach brzdąkały smyczki, ale główną rolę zagrał sam budynek. Amfiteatr zdał egzamin, lecz najbardziej zaskoczyło nas, że oprócz wykorzystania sceny na dole dla orkiestry i mównicy, zaaranżowano spektakl tańca w samym budynku, w tzw. strefie buforowej za wielkim, otwierającym się na tarasy przeszkleniem. Jak mogliśmy o tym nie pomyśleć na etapie projektu? Myślę, że podobne niespodzianki, bo było ich znacznie więcej, sprawiają, że – zabrzmię nieskromnie w imieniu całego zespołu – to kawał naprawdę porządnej architektury. Udało się wyważyć odpowiednio proporcje i w zależności od aranżacji przestrzenie mogą kameralne lub przestronne, jak w przypadku podobnych dużych imprez. Sam spektakl był dość łopatologiczną i wymowną opowieścią o złych najeźdźcach, ale po zakończeniu, kiedy w amfiteatrze huknęły oklaski i entuzjastyczne gwizdy, przyznaję: pociekła mi po policzku niejedna łza. Jeden budynek i tyle wzruszeń!

outdoor

4ladiesofhparc

[Większość damskiej części Heneghan Peng zaangażowanej w projekt: Roisin, Elizabeth, Catherine i ja:)]amfi2

[Widok na amfiteatr]amfiteatrbankietbizreh

[Tarasowo schodzące ogrody z typową dla regionu roślinnością i gatunkami charakterystycznymi dla palestyńskiego rolnictwa. Przy dobrej widoczności z góry można zobaczyć położony kilkadziesiąt kilometrów dalej Tel Awiw i Morze Śródziemne. Widoczne na zdjęciu posadzki wykonano w tradycyjnej w regionie technologii – rodzaj  terazzo, ale bez polerowania. Większość chodników w Ramallah wykończono właśnie  w ten sposób  Wszystkie ścieżki i schody położyło tylko dwóch, podobno najlepszych rzemieślników w kraju. Tu zdecydowanie najbardziej perfekcyjnie wykonana część Muzeum]

buffer02

[Tzw. strefa buforowa, czyli ciągnąca się wzdłuż budynku przestrzeń oddzielająca wystawę oraz biura od zewnętrznych tarasów. To w tej przestrzeni odbywał się spektakl, oglądany z amfiteatru]

buffer_ma

[Wracałam tam co kilka godzin, żeby zobaczyć, jak zmieniają się cienie rzucane przez podtrzymujące fasadę ‚żyletki’]

show

[Najpierw taneczny spektakl w przestrzeni, o której projektując budynek, wcale nie pomyśleliśmy, jako o scenie (a przecież to takie oczywiste!)]

projekcja

[Później muzyka, poezja i projekcje na elewacjach]catering

[Gościnność Palestyńczyków jest legendarna, więc i bufet okazał się wyjątkowy. Wśród słodyczy królowały ciasteczka z logo Muzeum. Zamiast baru z drinkami pojawił się bar z… lodami]

dark

[Ta elewacja to był pot, krew i łzy. Ale warto było:)]

feras

[Feras Tubaila, którego firma wykonała najbardziej skomplikowane technicznie elementy budynku]noc

wyst2

wystawa

[Główna przestrzeń ekspozycyjna z tymczasową, zaaranżowaną minimalnymi środkami wystawą o powstawaniu budynku. Nasze rysunki posłużyły jako tło dla arabskich napisów – skojarzeń związanych z Palestyną]

chlopaki

[Świętowali wszyscy zaangażowani w realizację budynku oraz przygotowanie ceremonii – od firm wykonawczych po ochroniarskie]

team

[Heneghan Peng + towarzyszący mężowie i przyjaciele. Po lewej (pod krawatem) Conor, który był odpowiedzialny za projekt na etapie wykonawczym. Regularnie latał na budowę i to głównie on zmagał się z problemami z dostawami materiałów. W międzyczasie zaczął śmigać po arabsku i zaprzyjaźnił się z miejscową ekipą]

[Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz i inni]

Kto sieje asap, ten zbiera fakap*

Palestine

Tytuł pochodzi ze strony „Korposzczur płakał jak czelendżował„. Co prawda daleko jestem od korporacyjnych klimatów, ale przez kilka ostatnich czelendżów, a zwłaszcza asapów, niewiele brakowało, a skończyłoby się na poważnych fakapach*. Być może zauważyliście, że blogowe posty pojawiają się ostatnio z mniejszą częstotliwością – to przez te asapy właśnie. Nie lubię narzekać na klęskę urodzaju, bo to najlepsza z możliwych klęsk, ale tym razem do zawalonego terminami kalendarza doszły wypadki losowe, z finałami szpitalnymi, niestety. Najwięcej trudności sprawiała jednak jednostka chorobowa o dźwięcznej nazwie „działalność gospodarcza”. Kończymy obecnie z moim osobistym urbanistą podręcznik planowania dla Obszaru Metropolitalnego Gdańsk-Gdynia-Sopot. Teminy napięte, zakres ogromny, a żeby tego wszystkiego było mało, Łukasz złamał ręce w wypadku rowerowym. Obie. W tym jedną tak pechowo, że od razu wylądował w szpitalu na operacji łokcia. Przez chwilę myśleliśmy, że wszystko się posypie, ale uff, chyba udało się opanować terminy. Nie poradzilibyśmy sobie bez pomocy i trzymania kciuków – dziękuję!

Kolejne asapy (oby nie skończyły się fakapami!) mamy na Politechnice. Po kapitalnych doświadczeniach z ubiegłego roku i projektem dla Starego Polesia w Łodzi pracujemy ze studentami nad założeniami dla przebudowy ulicy Długiej i Długiego Targu w Gdańsku. Pomimo kryzysów, stresu, momentów totalnego załamania i nagłych mobilizacyjnych zrywów, jesteśmy dobrej myśli – studenci zostali rzuceni na głęboką wodę, ale radzą sobie świetnie. Napiszę o tym w czerwcu, kiedy doprowadzimy projekt do końca.

Przez ten natłok spraw przegapiłam w ubiegłym tygodniu dziesiątą rocznicę (!) pracy w Heneghan Peng Architects. To też temat, który zasługuje na osobny tekst. Nigdy nie myślałam, że wytrzymam tyle lat w jednym miejscu, ale nadal nie wyobrażam sobie, żebym mogła bez żalu pożegnać się z takim zespołem i z takimi projektami. Już w tym tygodniu, 18 maja, odbędzie się oficjalne otwarcie Muzeum Palestyny (na zdjęciu). Jadę obowiązkowo, bo to przypuszczalnie jeden z najważniejszych projektów, nad którym kiedykolwiek miałam i będę miała okazję pracować. Będzie większa ekipa z biura, niektórzy zostają, żeby pojeździć jeszcze trochę po Bliskim Wschodzie. Niestety, nie dołączę do nich, ale zobaczymy się ponownie już niedługo, bo na początku czerwca wpadam na chwilę do Dublina, żeby zobaczyć, jak idzie przebudowa Galerii Narodowej. Prace mają skończyć się za kilka miesięcy, więc to może być ostatnia szansa, żeby zobaczyć Galerię w ciekawszej, bo rozbebeszonej wersji.

Między tymi biurowymi wyjazdami wyskakujemy jeszcze na previews weneckiego Biennale. Tego wydarzenia nie mogę się doczekać najbardziej: dwóch dni, kiedy liczy się architektura, architektura i tylko architektura. Będę wypatrywać starchitektów, w tym oczywiście boskiego Alejandro. Ba, od innej fanki mam dostać cynk, w którym hotelu się zatrzymuje:) Jeśli nie pojawię się z powrotem w Gdańsku, to znaczy, że zostałam jego groupie. Ahoj, przygodo!

*W razie pytań, co to te fakapy, wrzucam link do wyjaśnienia:)

[fot. Heneghan Peng Architects]

Styczeń

berlin scharoun 03.jpg

Kasia Tusk co miesiąc przedstawia na swoim blogu listę aktualnych „umilaczy” i „Last month” ze zdjęciową relacją z ostatniego miesiąca. Wśród „umilaczy” ostatnio pojawił się między innymi przepis na naturalny cukier waniliowy oraz długa lista kosmetyków. Ponieważ na SIX LETTER CITY nadal nie ma żadnego lokowania produktu (producenci papy termozgrzewalnej – dlaczego, ach dlaczego wciąż mnie ignorujecie?), a na instagram wciąż nie mogę się zdecydować, to skuszę się chociaż na podsumowanie bieżących wydarzeń.

POLITECHNIKA

W ubiegły piątek studenci Gospodarki Przestrzennej na Politechnice Gdańskiej prezentowali prace semestralne. O zeszłorocznych projektach pisałam szerzej tutaj – w tym roku powtórzyliśmy temat i lokalizację, modyfikując nieco układ zajęć na podstawie wcześniejszych doświadczeń. Znów wyszło świetnie, ale zastanawiam się, czy przypadkiem nie wymagamy od studentów zbyt wiele. Czasem chyba zapominamy, że są dopiero na piątym semestrze! Poradzili sobie fantastycznie, a jako deweloperzy zarobili po kilkadziesiąt milionów złotych wirtualnych złotówek:)

WARSZAWA

Miniony weekend spędziłam pracowicie i przyjemnie w Warszawie. W sobotę opowiadałam o współpracy między projektantami a publicznymi inwestorami na podyplomowych studiach „Miasta i Metropolie” w Instytucie Badań Przestrzeni Publicznej. Nareszcie poplotkowaliśmy na spokojnie z Piotrem Szczepańskim z Instytutu, bo do tej pory zawsze spotykaliśmy się gdzieś w przelocie. Umówiliśmy się także z Gosią Borys z MamArchitekci. Opowiadała o aktualnych projektach – pracownia się rozwija, zlecenia są coraz ciekawsze, a poza tym miło posłuchać kogoś, kto mówi, że przychodzi do pracy z autentyczną przyjemością. To ostatnio rzadkość wśród architektów:) Poznałam też w końcu Jacka Grunt-Mejera, który zajmuje się programem rewitalizacji Pragi. „W końcu”, bo wcześniej czytałam sporo jego tekstów i facebookowych komentarzy – bardzo podoba mi się jego energia i zdroworozsądkowe podejście do rewitalizacji i zasad funkcjonowania miasta.

MUZEA

WP_20160123_18_04_48_Pro

Odwiedziłam przy okazji dwa warszawskie muzea. W Polinie – Muzeum Historii Żydów Polskich – byłam wcześniej jeszcze przed zainstalowaniem wystawy. Treaz prawie trzy godziny nie wystarczyły na dokładne obejrzenie całości i na pewno tam wrócę. Podobało mi się również Muzeum Warszawskiej Pragi z wystawą zaaranżowaną przez 137kilo. Nie wiedziałam nawet, że mieszała przy tym projekcie Charlie Koolhaas. Oprócz obejrzenia samej wystawy warto również zobaczyć konkursowe plansze i grafiki – to prawdziwy majstersztyk w przedstawieniu koncepcji. Mam słabość do makiet i myślę, że nadają się idealnie do prezentacji projektów krajobrazu, przestrzeni publicznych i właśnie wystaw. Uproszczenie, jakie daje model, pozwala na znacznie czytelniejsze wyjaśnienie, jaki jest główny zamysł, ale też na zbudowanie określonej atmosfery wokół projektu, zdecydowanie bardziej trafnie niż nawet najbardziej realistyczne wizualizacje.

MIASTOPROJEKCJE

IKM_MP

Zapowiadałam niedawno, że szykuje się kolejna współpraca z Maksem Bochenkiem. Już dziś zaczynamy nowy cykl spotkań w Instytucie Kultury Miejskiej. Tym razem w ramach serii Miastoprojekcje będziemy opowiadać o budynkach przedstawionych w serii filmów „Świątynie Kultury”. Rozbijamy filmy, oryginalnie złożone z trzech odcinków-budynków, na części prezentujące pojedyncze obiekty. Zaczynamy od Filharmonii Berlińskiej (na zdjęciu na górze), następne w kolejce – Centrum Pompidou.

KANADA

hp

Wspominałam już na Facebooku, że Heneghan Peng wygrało konkurs na Muzeum Kajaków w Kanadzie. Brzmi może mało poważnie (kajaki???), ale będzie się tam mieścić największa na świecie kolekcja kajaków, które stanowią kawał dziedzictwa kulturowego Kanady, w tym osiemnastowieczne eksponaty. Oprócz wystawy w muzeum zostaną zlokalizowane m.in. sale edukacyjne i warsztatowe, a także centrum kajakarstwa. Pracownie z całego świata wysłały prawie sto zgłoszeń, a elementem finałowej selekcji najlepszego projektu była publiczna prezentacja oraz internetowy sondaż – dziękujemy za wszystkie głosy! Nie pracowałam nad projektem konkursowym, ale cieszę się równie mocno, jak autorzy koncepcji. Powstanie budynek, który nie stara się być na siłę ikoną i prawie zniknie w krajobrazie.

A10

Cover-A10-61

A w styczniowo-lutowym numerze A10 pojawił się nasz (mojego osobistego urbanisty i mój) tekst o polskim mieszkalnictwie. Mam nadzieję, że się pojawił, bo nie miałam jeszcze okazji zajrzeć do środka:)

Tyle aktualności. Zamierzam teraz nacieszyć się przerwą w zajęciach na uczelni i zbierać siły na kolejny semestr. Znów będzie się działo – o tym wkrótce:) A gdyby jednak producenci papy termozgrzewalnej zdecydowali się na umieszczenie reklamy na moim blogu, obiecuję, że przemyślę nawet instagram!

[Fot. Monika Arczyńska, A10, designboom, IKM]

 

Tłusty 2015

2015_01.jpg

To był dla mnie wyjątkowo ‚tłusty’ zawodowo rok. Zresztą nie tylko dla mnie – większość znajomych była tak zawalona pracą (i to coraz ciekawszymi zleceniami), że żartowaliśmy na temat siedmiu chudych lat, które na szczęście minęły od kryzysu 2008 roku. Jeśli pasma sukcesów i porażek faktycznie zmieniają się w takich interwałach czasowych, to do końca 2021 będzie dobrze.

Zamiast wyliczania najważniejszych wydarzeń minionego roku, postanowiłam posumować, w jakie sfery działania były dla mnie najważniejsze i najbardziej przełomowe. Kiedy myślę o 2015 roku, na myśl przychodzą mi jednak przede wszystkim wcale nie projekty, ale ludzie, z którymi miałam okazję współpracować, dyskutować i wzajemnie się wspierać w architektonicznych kwestiach. Stąd i na zdjęciach pojawia się wyjątkowo mało budynków:)

GADANIE

Miałam tyle okazji, żeby je poćwiczyć publiczne prezentacje, że w końcu czuję się dość swobodnie podczas wykładów i debat. Bywało ekstremalnie i przyznaję, że cztery godziny  gadania pod rząd to spore wyzwanie. Wybrałam się nawet na warsztaty emisji głosu i mam już przygotowany korek od wina, bo podobno mówienie z korkiem w ustach poprawia artykulację. Muszę jednak głównie popracować nad oddechem, bo kiedy zaczynam opowiadać o achitekturze, tak się nakręcam, że zapominam o nabieraniu powietrza do płuc.

PROJEKTOWANIE

Po raz pierwszy w życiu miałam więcej projektów na budowie niż na papierze. Co prawda większość roku minęła pod hasłem ‚Centrum Sztuki Współczesnej w Moskwie’, które jeszcze nie wyszło poza fazę projektową, ale moje główne równoległe zadanie to opieka nad realizacją Wielkiego Muzeum Egipskiego. Razem to około 150 tysięcy metrów kwadratowych muzeów:) Od czasu do czasu wspieram też zespół w zmaganiach z Galerią Narodową w Dublinie. Przed świętami cieszyłam się jak dzieciak oglądając już zrealizowane części kompleksu, które projektowałam kilka lat temu i bałam się wówczas, że przez kryzys wszytskie pomysły na zawsze trafią do szuflady. Muzeum Palestyny już jest wykańczane – otwarcie odbędzie się już 15 maja i mam nadzieję, że uda mi się tam wybrać, bo to jeden z tych projektów, w które włożyliśmy nie tylko wiele pracy, ale i serca, zdając sobie sprawę ze znaczenia tej instytucji.

UCZENIE

Kolejne przełomy. Zaczęło się od fantastycznych projektów przygotowanych przez studentów Gospodarki Przestrzennej na Politechnice Gdańskiej – właśnie pracujemy nad tym samym urbanistyczno-ekonomicznym zadaniem z kolejną grupą i znów widać szybkie postępy. Później Architektour, gdzie udało się z sukcesem przetestować horyzontalną współpracę między uczestnikami warsztatów – studentami a tutorem. To doświadczenie przełożyło się na późniejsze najbardziej niesamowite dotychczas uczelniane współdziałanie – projekt rewitalizacji Starego Polesia w Łodzi. Do teraz nie wierzę, że udało się tego dokonać w tak krótkim czasie!

2015 to także pierwszy współprowadzony dyplom (Daria, gratulacje!). W kolejce następne i mam nadzieję, że wkrótce uzyskam uprawnienia do samodzielnego prowadzenia dyplomów. A już w styczniu poprowadzę zajęcia na podyplomowych studiach miejskich Miasta i Metropolie w Instytucie Badań Przestrzeni Publicznej w Warszawie.

PODRÓŻOWANIE

Oprócz kilku europejskich wyjazdów nareszcie nadrobiłam krajowe zaległości. Rok temu planowałam odwiedzenie polskich miast, w których nigdy bądź bardzo dawno nie byłam. Udało się i ‚zaliczyłam’ m.in. Katowice, Radom, Poznań, Krakow i Lublin. W Warszawie niestety tylko robię sobie zaległości – tyle powstało nowych budynków, a ja krążę z reguły wyłącznie między dworcem a lotniskiem. Szczecin jeszcze musi poczekać, ale może to lepiej, bo przynajmniej zobaczę nie tylko Filharmonię, ale i ‚Przełomy’ Roberta Koniecznego. Trzeba mieć w końcu jakiś plan na 2016, prawda?

WSPÓŁPRACOWANIE

Nie przyznawałam się wcześniej, bo planowałam premierę z pompą (nie wyszło z braku czasu), ale jesienią założyłam działalność. Dostałam pierwsze własne zlecenia (o tym później, ale zdradzę tylko, że chodzi o pewne muzeum), a plan jest taki, żeby rozwijać współpracę z moim osobistym urbanistą. Wiem, że inne pary niekoniecznie lubią współpracować, ale my tak świetnie uzupełniamy się zawodowo, że szkoda byłoby tego nie wykorzystać. A poza tym to oznacza więcej czasu spędzonego razem:)

Z Menthol Architects co prawda nie udało nam się w tym roku nic wspólnie zaprojektować, ale obserwujemy uważnie konkursy i mam nadzieję, że wkrótce znów zabierzemy się za coś nowego. Zawsze służymy sobie pomocą przez Skype. Zapowiada się również dalsza współpraca z Maksem Bochenkiem. Za nami pierwszy cykl wykładów w Instytucie Kultury Miejskiej w Gdańsku i wygląda na to, że to nie ostatnia okazja do publicznych dyskusji o architekturze i sztuce. Okazało się również, że nasz wykonany wspólnie z moim osobistym urbanistą projekt pawilonu polskiego na tegoroczne Biennale Architektury dostał się do pierwszej trójki. Kolejny konkurs dopiero w 2017, ale może pomyślimy o innej wystawie?

BLOGOWANIE

Z regularnością pisania trochę ostatnio gorzej, ale za to SIX LETTER CITY coraz bardziej przekłada się na ‚real’. Poznaję nie tylko czytelników, ale i innych architektonicznych i architektonicznych blogerów. Na przykład z Kasią z Krainy Deszczowców kolejny raz przegadałyśmy kilka godzin w dublińskim pubie. Na razie spośród archiblogerów poznałam tylko Roberta Skitka (ach, co to była za impreza!) i chłopaków z Archifunbloga. A że z Kasią Antończyk – Architekt na szpilkach – nie miałyśmy jeszcze okazji umówić się na kawę, to już w ogóle karygodne. Kasia, w styczniu? Mogę podjechać do Sopotu:) Pani Dyrektor? AWX2? Nie wybieracie się może nad morze?

Życzę wyjątkowo tłustego 2016:)

 [Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz, Lila Krzycka]

Schrony, neony i nocne architektów rozmowy

mackow

Miałam do pozałatwiania kilka spraw we Wrocławiu, a ponieważ akurat w ten weekend mój osobisty urbanista miał tam prezentację w związku z nowym Studium, też wskoczyłam do pociągu. A pociągi na trasie Trójmiasto-Wrocław wymiatają, proszę Państwa. Są prawie jak pendolino i ‚prawie’ nie robi tu wielkiej różnicy. Jadąc w wygodnym, bezprzedziałowym wagonie dowcipkowaliśmy sobie na temat Polski w ruinie. W ruinie chyba są dawne stereotypy, bo rzeczywistość z czystymi toaletami z ciepłą wodą nie bardzo pasuje do lansowanej przez Sami-Wiecie-Kogo wizji. Z powrotem pierwszy raz w życiu jechałam nocnym i podoba mi się to rozwiązanie – stukot pociągu doskonale usypia, a wdrapywanie się na górne miejsce przypomina studenckie czasy i piętrowe łóżka w akademiku Gdyby jeszcze tylko leżanki były kilka centymetrów dłuższe!

Na spotkaniu odnośnie Studium wynudziłam się jak mops. Nie nadaję się do sluchania takich rzeczy. Wiem, to było spotkanie głównie dla mieszkańców, a nie specjalistów, ale kiedy kolejny prelegent zaczynał cytować Gehla, uciekłam, żeby zobaczyć w sąsiedztwie nową realizację pracowni Maćków. Nie chcę być złośliwa, ale… „Życie między budynkami” ma już 44 lata. Tłumaczenie na angielski – 28. To troche niepokojące, że taki klasyk musiał pojawić się w polskiej wersji, żeby w końcu odkryły go rzesze architektów i urbanistów…

Komin

Za to u Maćkowa, jak zwykle zresztą, jest całkiem kulturalnie. Może biurowiec przy Kurkowej mnie nie zachwycił, ale mieszkaniówka obok – całkiem, całkiem. Gdybym miała taki taras z widokiem na wodę, pewnie wpadłabym w alkoholizm od sączenia wina przy każdej mozliwej okazji. Popstrykałam zdjęcia, żeby pokazać studentom, którzy właśnie walczą z tematem śródmiejskiego kwartału, skalę otwartego z jednej strony dziedzińca, który na Kurkowej miał jakieś 15 metrów szerokości (na pierwszym zdjęciu). Na tyle dużo, żeby spełnić minimalne wymogi dotyczące doświetlenia mieszkań i na tyle mało, aby słońcem cieszyć się przez chwilę, za to dobrze poznać zwyczaje sąsiadów z naprzeciwka.

mackow 03

Główny architektoniczny cel wyjazdu stanowiły jednak nie neony, nie Studium ani nawet nie przejażdżka sypialnią na szynach, a Muzeum Współczesne Wrocław (MWW). Muzeum jest zlokalizowane w schronie przeciwlotniczym z czasów drugiej wojny – intrygującym walcu na Placu Strzegomskim. Adaptację za naprawdę niewielkie pieniądze przeprowadzili architekci z VROA i CH+. To niby tymczasowa siedziba Muzeum – w 2008 pracownia Mirosława Nizio wygrała konkurs na nowy, przeogromny budynek, który miałby stanąć przy Muzeum Architektury- ale szczerze mówiąc wątpię, czy coś z tego wyjdzie. Gotowy już jest przecież równie olbrzymi oddział sztuki współczesnej Muzeum Narodowego w Pawilonie Czterech Kopuł Poelziga, przy Hali Ludowej. Podobno adaptacja wyszła fatalnie (przede wszystkim przyciężkawe przeszklenie dziedzińca), ale nie zamierzam wydawać żadnych opinii, zanim nie zobaczę go na własne oczy.

O tymczasowej siedzibie MWW jak najbardziej mogę się już wypowiedzieć. Widziałam wcześniej mnóstwo zdjęć tego obiektu, przestudiowałam rysunki, poczytałam sporo o samym procesie realizacji. Wiedziałam więc, że jest klaustrofobicznie, ale nie zdawałam sobie sprawy, że aż tak bardzo. Architekci zrobili wszystko, żeby wpuścić tam troche ‚powietrza’, ale założenie schronu jest takie, że ma przecież chronić grubymi murami i stropami. Trudno go sperforować i z przyczyn technicznych (w niektórych miejscach widać ślady po przebijaniu się przez gruby żelbet) i dlatego, że pozbawiony masywności schron straciłby dużo ze swojego charakteru. Brak światła dziennego wprowadza w bardzo depresyjny nastrój i szczerze współczuję pracownikom, którzy siedzą przez cały dzień w tej betonowej puszce. Za to z kawiarni i tarasu na dachu rozpościerają się kapitalne widoki i na pewno wrócę tam na kawę podczas następnej wizyty we Wroclawiu. Na wystawę może już niekoniecznie, bo oglądanie sztuki w wąskich, bębnowatych przestrzeniach to wyjątkowo męczące zajęcie. Jest ciasno, naprawdę. Niewiele brakowało, a pstrykając zdjęcia strąciłabym ze ściany obraz. W tych trudnych przestrzeniach nawet da się w miarę sensownie zaaranżować kameralną wystawę, ale nie każde cylindrowate muzeum sztuki dorównuje nowojorskiemu Muzeum Guggenheima…

MWW

O szczegóły projektu miałam okazję podpytać projektantów, bo w sobotę na odpaleniu nowych neonów na Ruskiej pojawiło się mnóstwo wrocławskich architektów. I VROA, i Kameleonlab i oczywiście ulubieni Menthol Architects. Oprócz architektów pojawił się też problem, który uznaję za nierozwiązywalny: jak w sobotnią noc, w takim towarzystwie, nie rozmawiać o pracy???

[Fot. Monika Arczyńska]

Pawilon idealny

IMG_1264

EXPO zakończone, pora więc zabrać się za podsumowania. Wspominałam, że spróbuję stworzyć subiektywny poradnik projektowania ‚pawilonu idealnego’ na podstawie własnych obserwacji i pokonkursowych doświadczeń. Posłużę się głównie przykładem brytyjskiego pawilonu, który moim zdaniem wyróżniał się najbardziej na tegorocznej wystawie. Jak się ostatecznie okazało, nie była to tylko moja opinia, bo otrzymał główną nagrodę za najlepszą architekturę i projekt krajobrazu.

  • Warunki konkursowe

Przede wszystkim należy wczytać się uważnie w warunki konkursowe i ocenić, czy… mają w ogóle sens. Polska zdecydowała się na udział we włoskim EXPO w ostatniej chwili, po wielokrotnych zapowiedziach wycofania się z imprezy. Regulamin doskonale odzwierciedlał ten pośpiech. Robił też wrażenie, że pisano go na kolanie, na zasadzie ‚kopiuj-wklej’ z poprzednich edycji. Chyba nawet nie zaangażowano do współpracy żadnego architekta, który sprawdziłby, czy wymagany program w ogóle mieści się na wąskiej i długiej działce. Pracując wraz z Menthol Architects nad projektem konkursowym zdecydowanie za bardzo podążaliśmy za warunkami, a trzeba było skupić się na rozwinięciu prostego, bezpośredniego pomysłu.

  • Intrygująca forma.

Pawilon idealny musi odróżniać się od innych, co przy typowej dla EXPO eksplozji form nie jest wcale takim prostym zadaniem. Wielkiej Brytanii udało się to dzięki spektakularnej konstrukcji, z daleka robiącej wrażenie nieregularnej, organicznej formy, z bliska okazującej się zestawieniem powtarzalnych aluminiowych elementów.  Po zmroku metalową konstrukcję dynamicznie podświetlano w rytmie związanym z tematem wystawy.

IMG_1250

  • Wystawa na konkretny temat

Większość pawilonów i wystaw skupia się na pokazywaniu stereotypowych obrazków. Ile można znieść takich banałów? No chyba, że ów banał jest równie apetyczny jak np. w  pawilonie francuskim. „I tak wszyscy wiedzą, że mamy najlepszą kuchnię świata, więc ją po prostu pokażmy”.  Te sery, wina, zioła, ryby zwieszające się z sufitu… W podłodze powinny być zainstalowane korytka dla odprowadzenia cieknącej śliny zwiedzających.

Brytyjczycy postawili na pszczoły  – niby trochę jak my na jabłka, ale w polskim pawilonie oprócz skrzynek na elewacjach i owoców, którymi można było się poczęstować, w środku było już zdecydowanie mniej owocowo. Czekoladowa kolejka Wedla, sklep z bursztynem, film Bagińskiego o historii Polski… co to miało wszystko wspólnego z sadownictwem?

IMG_1268

  • Wystawa zintegrowana z pawilonem

Tego zabrakło w większości pawilonów, które z reguły stanowiły zgrabne opakowanie dla dowolnej zawartości. W Brytyjczyków znów inaczej i konsekwentnie: pulsowanie światła i dźwięków odtwarzało na żywo buczenie prawdziwego ula. Brzęczenie owadów można było także usłyszeć ze specjalnych instalacji, przez rezonans kostny. Próbowałam tego pierwszy raz w życiu i wydało mi się to nieco niepokojące. No bo jak to: słychać to, czego nie słychać i to jeszcze przez wsadzony między zęby patyczek?

IMG_1260

  • Mocne wejście

Do pawilonu wchodziło się przez łąkę. W polskim pawilonie sad na piętrze był gwoździem programu, tu – dopiero wprowadzeniem. Czyli jak u Hitchcocka – zaczyna się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie rośnie.

IMG_1272

  • Olać otoczenie, otworzyć pawilon

Czy też – cytując za klasykiem – ‚fuck the context’. W takiej eksplozji form i kolorów myślenie o kontekście mija się z celem (na przykład obok pawilonu UK stał węgierski – najokropniejszy obiekt tej wystawy, wyglądający jak skrzyżowanie parówki z dżdżownicą). Warto za to ułatwić dostęp do wnętrza, chyba, że lubimy kolejki. U Brytyjczyków trzeba było co prawda poczekać na wejście, ale zaledwie przez kilka minut.

hun

  • Techniczne wyrafinowanie…

Trochę w tradycji dawnych wystaw światowych. Sprawdziłam – ta szalona konstrukcja to dokładnie 169 300 aluminiowe elementy. Budżetu wolę nie sprawdzać 🙂

IMG_1258

  • …lub sprytne wykorzystanie tanich materiałów

EXPO to świetny katalog materiałów, które mogą jednak wypaść bardzo różnie. Np. porządne lustrzane okładziny zastosowano wokół ogrodu w polskim pawilonie i tam wyglądały doskonale, ale już w kilku innych obiektach, gdzie użyto ich tańszego odpowiednika jako okładziny zewnętrznej, z widocznymi mocowaniami, wyglądały strasznie tandetnie. Pojawiło się sporo sklejki, drewna i tworzyw. Im prościej, tym lepiej. A jeśli prosto i oryginalnie, to już w ogóle najlepiej.

IMG_1242

  • Strefa chill-outu

W pawilonie albo tuż obok powinna pojawić się sympatyczna przestrzeń, kusząca, aby zostać tam chociaż na chwilę. Brytyjczycy, zamiast wzorem innych pawilonów bawić się w siedziska czy huśtawki, zorganizowali po prostu bar, serwujący wyspiarskie jedzenie i piwa. Oczywiście zostaliśmy, żeby wypić ale’a, tylko fish&chips już się skończyły. Niestety, a może „stety”, bo wygłodzeni popędziliśmy do holenderskiej części po zasłużoną porcję frytek z majonezem i krokietów.

Holandia w ogóle poszła po bandzie i zamiast stawiać klasyczny kubaturowy pawilon („Kolejny pawilon? Nuuudy!”), ściągnęła kilka food trucków serwujących wspomniane frytki z majonezem, poffertjes i Heinekena przy dźwiękach holenderskiego disco. Bawiłam się doskonale i do szczęścia brakowało mi tylko matjasa z cebulką.

I to chyba najlepsza wskazówka, jak zaprojektować pawilon: albo dać odwiedzającym do myślenia, albo na odwrót: zaserwować im trochę bezmyślnej przyjemności.

NL

[Fot. Monika Arczyńska]

SIX LETTER CITY świętuje urodziny

FINAL_CALOSC_male

Dziś drugie urodziny SIX LETTER CITY. Wystartowałam dokładnie 5 listopada 2013 wpisem o Biennale Architektury w Wenecji i linkiem do Notesu na 6 tygodni, gdzie opublikowana została nasza praca konkursowa. Minęły dwa lata i znów wzięliśmy udział w konkursie, tym razem w nieco rozbudowanym zespole. Kuratorskie trio pozostało jednak bez zmian: Łukasz Pancewicz, Maks Bochenek i ja. Założę się, że byliśmy najwyższym zespołem, który uczestniczył w konkursie (średnia 1,85m:), ale niestety, tym razem wzrost nie był brany pod uwagę. Wygrała mocna ekipa z kieleckiego Instytutu Designu, co osłodziło porażkę, bo zwycięzców i lubię, i cenię.

Wszystkie zgłoszone projekty można zobaczyć tutaj. Na stronie umieszczono pełne opisy kuratorskie i ilustracje. Podpowiem tylko, że ta dziwna konstrukcja na zdjęciach to replika nielegalnego billboardu z Krakowa, w którego podstawie zamieszkali bezdomni, a nasza praca odnosi się do zawłaszczania miejskiej przestrzeni i wykorzystywania luk w systemach kontroli i prewencji – stąd tytułowa zabawa w chowanego.

Przy okazji przesyłam specjalne podziękowania dla „Prasówki” w Gdańsku Wrzeszczu, która doskonale ustawiała nam godziny pracy nad konkursem według swoich happy hours (prosecco za 5PLN:). Chyba powinnam tam dziś wypić urodzinowy kieliszek!

FINAL_02_male

[fot. Monika Arczyńska]

Mój pierwszy raz

aleja

To był mój pierwszy raz na EXPO. Nie trafiłam wcześniej do Hannoveru, chociaż to najbliższe EXPO ostatniej dekady, więc kiedy wyklarował się nagle wakacyjny kierunek, do którego nie dało się dolecieć bezpośrednio, przesiadka w Mediolanie narzuciła przystanek na wystawę. Na wystawę, której idei nie jestem w stanie zrozumieć. Dawniej – wiadomo. Kryształowe Pałace, wieże Eiffla i inne cuda przyciągały z całego świata ludzi, którzy chcieli zobaczyć je na własne oczy. Na dodatek dawne  wystawy światowe stanowiły niezły biznes (napiszę kiedyś o ekonomicznych aspektach konkursu na odpowiednik wieży Eiffla w Londynie – założenia czyta się jak współczesne wytyczne chciwego inwestora). Ale teraz, kiedy wszystko można zobaczyć w National Geographic albo na Discovery, własną wieżę Eiffla ma i Vegas, i wiele innych miejsc, a kobieta z brodą po zwycięstwie w Eurowizji robi tour po Europie, jaki jest sens EXPO? Tym bardziej, że zwiedzający robią wrażenie zmultiplikowanych inżynierów Mamoniów, którzy najbardziej lubią to, co już znają i zamiast odkrywać nowości, ciągną do pawilonów krajów, w których byli na wakacjach. Lub tych, które dobrze znają z mediów, stąd taki na przykład pawilon amerykański, bez względu na atrakcyjność wystawy czy architektury, zawsze będzie popularny. Na EXPO wszystkiego tak dużo, że chociażby się człowiek uparł i przychodził codziennie przez tydzień, nie da rady zobaczyć wszystkiego. Człowiek gapi się na zmęczone spacerowaniem po wystawie tłumy i zastanawia, po co oni tu wszyscy w ogóle przyjechali?

Tegoroczny temat – Feeding the Planet/Energy for Life -€“ aż prosił się o bardziej refleksyjne spojrzenie na kwestie zrównoważonego rozwoju, niedoborów wody czy głodu na świecie, a ostatecznie okazał się rozrywkowym festiwalem smaków z całego świata serwowanych na jednorazowych talerzykach. Brrr. Herzog & de Meuron, autorzy masterplanu, wycofali się ostatecznie z projektu, gdy okazało się, że zamiast zrewidowania koncepcji światowej wystawy organizatorzy zdecydowali jednak o stworzeniu kolejnego światowego jarmarku. Ogólne ramy masterplanu jednak pozostały, ale jak sprawdziły się w tej jarmarcznej konwencji? Główna ulica zadziałała świetnie, zadaszenia skutecznie chroniły przed słońcem, ale już proporcje działek sprawiały problemy. Pawilony były za wąskie, aby umożliwić wejście i wyjście w tym samym punkcie, więc albo trzeba było kierować zwiedzających przez cały obiekt, co niekoniecznie współgrało z sąsiednimi pawilonami, albo wprowadzać na piętro. A ile razy można pokonywać schody podczas jednego dnia i to jeszcze w upał? Za to na końcu wielkiej alei stanął skromny pawilon Slow Food według projektu Herzoga&deMeurona, z sympatycznym ogrodem warzywnym (i z kapitalnym aperitivo). Idealne wyciszenie na zakończenie zwiedzania.

hdm

hdm02

Oczywiście sporo uwagi poświęciłam polskiemu pawilonowi. Brałam wraz z Menthol Architects udział w konkursie i… dobrze, że nie wygraliśmy. Bo po pierwsze za bardzo staraliśmy się spełnić wymagania konkursu (o tym jeszcze napiszę), po drugie pawilon Argentyny był zorganizowany identycznie jak nasz projekt, a po trzecie nie powinniśmy w ogóle zabierać się za ten konkurs, nie będąc wcześniej na żadnym innym EXPO.  Dlatego biegając od pawilonu do pawilonu cały czas oceniałam je pod kątem sprawdzenia się na tego typu wystawie i weryfikowałam, które z naszych założeń okazały się słuszne, a w których aspektach koncepcji trafiliśmy kulą w płot.

Ponieważ relacji z EXPO było już mnóstwo i  w prasie, i na blogach (obszerny materiał przedstawiła m.in. Pani Dyrektor), swoją przedstawię jako dwa poradniki. Jeden dla osób, które dopiero się wybierają (wystawa trwa do końca października, ale przecież będą kolejne edycje), a drugi dla tych, którzy będą chcieli wziąć udział w kolejnym konkursie na polski pawilon, czyli przegląd projektów, które się sprawdziły i tych, które większość odwiedzających wystawę omijała szerokim łukiem. Jak pokazują przykłady WWAA i 2pm, zwycięstwo to niezła przepustka do kariery dla młodych pracowni. Sama chciałabym dostać taki poradnik rok temu:)

Dziś więc o tym, jak się przygotować do zwiedzania i na co zwracać uwagę.

  • Zadecydujcie wcześniej, jak dokładnie chcecie zwiedzać wystawę. Jeden dzień wystarczy na bardzo pobieżne zobaczenie pawilonów z zewnątrz €- tyle czasu spędziłam odpuszczając sobie wchodzenie do środka. Wyjątek zrobiłam tylko dla kilku, ale czas oczekiwania na wejście był jednym z warunków. Czas oczekiwania trudno ocenić po długości kolejki (każda przesuwa się w innym tempie), a  aktualizowane na bieżąco tabliczki z informacją o czasie oczekiwania zauważyłam tylko€“ przed pawilonami Niemiec i Japonii. Cóż za cudowne potwierdzenie stereotypu o perfekcyjnej organizacji pracy w tych krajach!
  • Wygodne buty to podstawa! Szpilki tym razem najlepiej zostawić w domu.
  • Poczytajcie wcześniej o pawilonach, żeby ustalić, które trzeba zobaczyć obowiązkowo, a które można pominąć. Część decyzji i tak zweryfikujecie na miejscu. Na mojej obowiązkowej liście był m.in. pawilon Brazylii, ale siatkę do chodzenia obejrzałam już tylko od spdu, bo szkoda mi było czasu na czekanie.

Brazylia

  • Podobno (nie testowaliśmy) warto wybrać się na teren EXPO zaraz po otwarciu i od razu zająć miejsce w kolejce do najpopularniejszych miejsc.

Japan

[Kolejka do japońskiego pawilonu – jak po chińskie ręczniki za czasów PRL]

japan02

[Za to w części ogólnodostępnej można było trafić na takie atrakcje]

  • Warto zostać do późna, gdy włączana jest iluminacja pawilonów.

night

  • Jeśli nie chcecie zbankrutować na miejscu, a nie planujecie smakowania specjałów z całego świata, warto zaopatrzyć się w kanapkę. Albo śledzić, w których pawilonach są happy hours (mam wrażenie, że Słowacja przyciągała głównie piwem za 2 euro:)
  • Warto wyspać się porządnie dzień wcześniej. Nie polecam wycieczki naszym sposobem, czyli po locie o szóstej rano i trzech godzinach snu. EXPO to wyjątkowo męczące miejsce i nawet espresso co godzinę nie pomaga. Za to pawilon kawy to jedno z najprzyjemniejszych miejsc na EXPO – działających na wszystkie zmysły, zwłaszcza smaku i węchu.

kawa 02

kawa 01

[W pawilonie kawy]

[fot. Monika Arczyńska/Łukasz Pancewicz]

Zbyt ambitnie?

IMG_9380

Coś mi w tym roku nie zagrało na Gdynia Design Days. Chyba nie rozumiem do końca koncepcji tej imprezy. Przede wszystkim wydaje mi się zbyt długa – obejmowała dwa weekendy – i przeładowana. Zaproszono mnóstwo interesujących gości, ale wydarzenia okazały  tak rozrzucone czasowo, że trudno było ustawić sensowny program. Większość wystaw i warsztatów miała miejsce w Pomorskim Parku Naukowo-Technologicznym (PPNT), ale część odbywała się w śródmieściu. W dodatku zakres tematyczny okazał się przeogromny. Brakowało mocnego motywu przewodniego, który posklejałby w całość ten koktajl wykładów, wystaw i warsztatów. Niby było hasło i to rybacko-nadmorskie („Sieci”), ale zostały w nie złapane i krzesła, i przestrzeń publiczna, i młodzi projektanci, i jakość zamieszkania, i dyplomy z gdańskiej ASP…

Dla porównania: na łódzki festiwal designu, który również trwa nieco ponad tydzień, zjeżdża się cała Polska. To wydarzenie, na którym po prostu trzeba być, chociaż nie da się ukryć, że z większości polskich miast łatwiej tam dojechać niż do Gdyni. Co chwilę trafia się na znajomych, co chwilę idzie z kimś na kawę albo drinka. Towarzysko-networkingowy (oho, ale poleciałam korponowomową:) aspekt festiwalu jest równie ważny, jak same jego wydarzenia. A w Gdyni, jak to latem w mieście nadmorskim, konkurencyjnych atrakcji  jest aż nadto. Jeśli przygrzeje słońce, plaża wygrywa z wystawami. Jeśli trwa Open’er, jak w pierwszy weekend Design Days, trudno po całonocnych szaleństwach wytrzymać na wykładach. Na dodatek pierwszy weekend okazał się zbyt upalny, drugi zbyt pochmurny. I jak tu się poświęcić designowi w takich okolicznościach przyrody?

A może nagle po prostu zrobiło się zbyt ambitnie? Gdzieś zniknęła świeżość dawnych Dni. Pierwotna formuła, znacznie mniej rozbudowanego festiwalu z wystawą w kontenerach i kontenerowym barem przy Teatrze Muzycznym, bliżej plaży i śródmieścia, pozwalała na bardziej spontaniczne uczestniczenie w imprezie.  Może po prostu wakacyjny festiwal w nadmorskim mieście powinien przyjąć lżejszą formułę? Najdłuższa sofa świata (na zdjęciu powyżej) w słoneczny weekend była obsadzona zwiedzającymi. Przez „Terminal Designu” na Placu Kaszubskim w centrum miasta, gdzie jak rok temu zaaranżowano warsztaty, ksiegarnię i bar, przewijało się mnóstwo osób. Przypuszczam, że hitem były warsztaty dla dzieci – może to najmłodsi mogliby stać się główną grupą docelową Design Days?

Póki co odliczam czas do października – spotykamy się w Łodzi!

01

[Jedna z ciekawszych wystaw w PPNT – „Dom. Osiedle. Mieszkanie – przestrzeń życia Polaków na osiedlach mieszkaniowych”]

03

[Część wystawy głównej „Sieci”, chociaż może tytuł powinien brzmieć „Pustki”]

06

[Jeden z nasympatyczniejszych obiektów na wystawie „Sieci”, czyli system wymiany sąsiedzkiej. Jak się okazało po bliższym przestudiowaniu opisu, to projekt Mikołaja Smoleńskiego, autora Polegiwacza]

13

[Gdynia Design Days to także konferencje i wykłady. Na zdjęciu Ela Petruk z Bęc Zmiany i Joanna Piaścik, autorka ‚Reflexu’, zwycięskiego projektu ubiegłorocznego konkursu BMW Urban Transforms]

09

[Przedstawiciele PoCoTo, czyli trójmiejskiego Dream Teamu projektowego. Wcześniej działalność kieleckiego Instytutu Designu prezentowali  Dominika Janicka i Michał Gdak, z którym poznaliśmy się kiedyś na wspomnianym festiwalu w Łodzi. Świat jest mały, a branżowy półświatek jeszcze mniejszy]

11

12

[Wystawa projektów studia Rygalik w Muzeum Miasta Gdyni – tu zdecydowanie warto wpaść, a ja już się nie mogę doczekać Rygalikowej imprezy na festiwalu designu w… Łodzi]

[fot. Monika Arczyńska]

Stało się coś niebywałego

zajecia_03

„Stało się coś niebywałego” – taki komentarz wywołało piątkowe wydarzenie w łódzkim Prexerze. Studenci zaprezentowali wyniki projektu rewitalizacji Starego Polesia, który prowadziliśmy z Łukaszem Pancewiczem w ramach kursu projektowania urbanistycznego dla pierwszego roku studiów magisterskich na Politechnice Gdańskiej. Zajęcia były prowadzone po angielsku i brali w nich również udział studenci z wymiany Erasmus z Niemiec i Francji.

Zamiast podzielić studentów na grupy, z których każda pracowałaby nad własną koncepcją, postanowiliśmy przeprowadzić pewien eksperyment i pracować ze wszystkimi jako jednym zespołem. Nasze obserwacje i doświadczenia zawsze potwierdzały, że chociaż studenci i absolwenci polskich uczelni nie odstają merytorycznie od  tych z zachodnich wydziałów, umiejętność organizacji pracy, a przede wszystkim współpracy z branżystami i zespołem, to prawdziwa pięta Achillesowa. O tym między innymi rozmawialiśmy kilka tygodni temu podczas debaty z Blok Blogiem o kształceniu architektonicznym w Polsce. Rozwinięcie umiejętności pracy w grupie stanowiło więc absolutny priorytet. Wprawką był wałbrzyski Architektour, który pokazał, że taki eksperyment może udać się na małą skalę, ale czym innym jest kilkudniowa intensywna praca w dwa razy mniejszej grupie, a czym innym semestralny projekt. Sami nie wiedzieliśmy, jak się wszystko potoczy, ale okazało się, że zdecydowanie było warto spróbować. Przez piętnaście tygodni sala 415 zamieniała się co piątek w sporą, bo ponadtrzydziestosobową, pracownię. Tematem zajęć była rewitalizacja Starego Polesia w Łodzi – fantastycznie zlokalizowanej i zdecydowanie klimatycznej, ale bardzo zdegradowanej dzielnicy o złej sławie. Założeniem było stworzenie wielowątkowej koncepcji poprawy jakości życia w dzielnicy, ale w oparciu o istniejącą infrastrukturę, bez nierealistycznych (zwłaszcza finansowo) założeń, do przeprowadzenia przy dużym udziale mieszkańców. Kilka pomysłów, takich jak przekształcenia podwórek, zostało zaprezentowanych w dwóch wersjach – tymczasowej, niskobudżetowej i trwalszej, wymagającej większych nakładów finansowych.

Łukasz był odpowiedzialny głównie za sprawy merytoryczne i kontakty z Łodzią, ja za organizację pracy. Ale to, co się wydarzyło później nie jest naszą zasługą, tylko niesamowitej ekipy studentów. Ekipy, która zaskakiwała nas od samego początku. Ani nie narzekała, że z zaledwie tygodniowym wyprzedzeniem zarządziliśmy wyjazd do Łodzi, ani już na miejscu, kiedy podczas biegania od spotkania do spotkania nie było nawet czasu na zjedzenie kanapki. Ba, zamiast spędzić całą noc na imprezowaniu w łódzkich knajpach, część osób wstała o siódmej rano, żeby jeszcze raz zobaczyć teren. Nie było nawet sugestii rezygnacji z angielskiego podczas zajęć, chociaż nie we wszystkich grupach pracowali studenci z wymiany, a końcowy raport napisany był po polsku, żeby wszyscy zainteresowani łodzianie mogli z niego skorzystać. Dopiero w Łodzi po raz pierwszy usłyszeliśmy studentów prezentujących projekt po polsku. Kontakt z urzędnikami i lokalnymi aktywistami nie skończył się na tym pierwszym spotkaniu, ale trwał przez cały semestr. Studenci zdążyli zorganizować dofinansowanie do projektu, pojechać ponownie do Łodzi, żeby przeprowadzić wywiady z mieszkańcami i uzupełnić dokumentację fotograficzną oraz… złożyć wniosek grantowy na przekształcenie podwórek na Starym Polesiu.

Złożony temat wymagał precyzyjnego podziału obowiązków. Na podstawie wstępnych analiz i dyskusji zostało wyodrębnionych pięć zespołów: projektowe, zajmujące się przestrzeniami publicznymi i ulicami, grupa koncentrująca się na działaniach społecznych, odpowiedzialna za marketing oraz tzw. glue team, czyli zespół „sklejający” poszczególne działania. Każda grupa miała lidera koordynującego prace zespołu. Studenci sami wybierali, w której grupie chcą pracować i czy chcieliby przyjąć obowiązki koordynatora. Warunkiem udanego, spójnego rezultatu była bliska współpraca poszczególnych zespołów, dlatego przy omawianiu każdego tematu działań od razu ustalalano, które grupy powinny wspólnie się nim zająć. Takich konfiguracji było sporo, a ponieważ nie udałoby się koordynować i sprawdzać na bieżąco pracy ponad trzydziestu osób, co tydzień rozmawialiśmy z liderami, a co kilka zajęć z całą grupą, kiedy demokratycznie były podejmowane najważniejsze decyzje projektowe. Wsparciem były także konsultacje projektowe zaproszonych ekspertów zewnętrznych.

zajecia_01

Nie zawsze było łatwo. Grupy toczyły prawdziwe boje, zwłaszcza, gdy trzeba było podjąć kluczowe decyzje w kwestiach transportu. Kiedy jednak rozmawialiśmy już po łódzkiej prezentacji, okazało się, że wszyscy są doskonale świadomi, czego nauczyli sie przez ten semestr, zarówno w kwestiach merytorycznych, jak i organizacyjnych, związanych z zarządzaniem procesem projektowym. Problemy były identyczne z tymi „korporacyjnymi” – trudność w wypośrodkowaniu między nadmierną autorytarnością a wycofaniem, utrzymywanie stałego poziomu motywowania zespołu, precyzja w definiowaniu zadań oraz praca według weryfikowanego na bieżąco harmonogramu i pod ogromną presją czasu.

„Docieranie się” zespołu następowało tak błyskawicznie. To dojrzała grupa, która potrafiła słuchać i nie upierała się przy pierwszych pomysłach (to największa zmora we współpracy ze studentami). Koncepcji było tyle, że najważniejsze okazało się ustalenie ich optymalnej liczby i decyzja, które działania są priorytetowe. W wielu momentach wycofywaliśmy się jako prowadzący, bo cały proces organizacji pracy i podejmowania decyzji był doskonale ustalony przez studentów. Wtrącaliśmy się głównie wtedy, kiedy zespół komunikował taka potrzebę (głównie w kwestiach merytorycznych) lub gdy widzieliśmy, że potrzebne jest lekkie sterowanie z góry. Tydzień przed zakończeniem projektu spotkaliśmy się, żeby złożyć raport podsumowujący prace. Chociaż na początku przewidywaliśmy, że skończy się na niewielkiej broszurze, zakres rósł i rósł, aż skończyło się na… ponad dwustu stronach.

zajecia_02

[Składanie raportu]

prezentacja_02

[Plansze i materiały reklamowe]

prezentacja_07

[Raport i materiały reklamowe – koszulki, piny, torby, pocztówki, stempel, wlepki – z motywami graficznymi ze Starego Polesia]

prezentacja_06

[Na pierwszym osoby, które bardzo pomagały w projekcie: planie Bartek Zimny – twórca łódzkiego woonerfu i oficer rowerowy, tyłem Agnieszka Reiske ze stowarzyszenia Współ-dzielnia ze Starego Polesia]

prezentacja_05

[Publiczność podczas prezentacji; na oknach plakaty reklamujące dzielnicę i planowane w niej wydarzenia]

prezentacja_04

[Ania Sokołowska z Miejskiej Pracowni Urbanistycznej z raportem]

prezentacja_03

[Kinga Rzeplińska, odpowiedzialna za grafikę i Zofia Ulman, autorka strony internetowej]

Na prezentację w ubiegły piątek do Łodzi przyjechali liderzy oraz część zespołu marketingowego. Nie było już czasu ani na porządne wsparcie w ustaleniu ostatecznej prezentacji, ani na próbę generalną. Obawialiśmy się trochę, czy ponadgodzinny wykład o tak wielowątkowym projekcie okaże się wystaczająco czytelny i wciągający dla publiczności, ale skończyło się kolejnym pozytywnym zaskoczeniem! Podczas dyskusji po prezentacji liderzy odpowiadali na pytania (przede wszystkim te najtrudniejsze – dotyczące kwestii transportowych i finansowania przekształceń) z takim profesjonalizmem, jakby od lat byli zaangażowani w programy rewitalizacji.

Wszystkie materiały zostały przekazane miastu – urzędnikom, społecznikom i radnym. Na pewno zostanie wzdrożona strategia marketingowa – to element koncepcji, który nie wymaga oddolnego zaangażowania ani wielkich nakładów finansowych, bo materiały (identyfikacja wizualna, strona internetowa czy plakaty) są już gotowe. Wiele działań można zrealizować przy minimalnym dofinansowaniu, jak grant, o który studenci starali się w trakcie semestru. Podczas prezentacji padały konkretne kwoty, określone w oparciu o analogiczne działania przeprowadzone wcześniej w innych polskich ośrodkach. Wyniki pracy można zobaczyć na stronie www.starepolesie.com, raport także tu.

prezentacja_01

[Prezentacja części marketingowej prowadzonej pod kierownictwem Karoliny Zarychty, na fotelach od lewej Natalia Podejko, liderka grupy koordynacyjnej, Agnieszka Stobierska, szefowa działań społecznych, Justyna Król – liderka grupy projektującej ulice i Michał Bainka – przestrzenie publiczne oraz Zofia Ulman]

Po takim semestrze potwierdza się, jak ważne jest wzajemne zaufanie w zespole. Okazało się, że warto rzucić studentów na głęboką wodę i pozwolić im współtworzyć cały proces organizacji zajęć – efekty tego eksperymentu przeszły nasze najśmielsze oczekiwania. Momentami czułam się jak podczas pracy w biurze, gdzie również mamy idealnie zgrany zespół – zresztą metody organizacji pracy właśnie stamtąd zostały zaczerpnięte. Szkoda, że nie szukam właśnie pracowników do gdańskiego oddziału, ale i tak prawie wszyscy studenci zaraz wyjeżdżają na Erasmusa:)  Cały czas nie mogę uwierzyć, że wszystko się udało i że w zaledwie cztery miesiące udało się uzyskać takie rezultaty.

Dziękuję, współpraca z Wami była ogromną przyjemnością!

Autorzy

[fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz, Agnieszka Chromiec – portrety]

Miasto mężczyzn

wyklad_02

Już po Budmie i po wykładzie. Przyszło ponad sto osób – mam nadzieję, że chociaż jedną z nich udało mi się przekonać, że właśnie teraz następuje moment, w którym polska architektura przestaje odstawać od zachodniej. Na widowni pojawiło się kilka znajomych twarzy, m.in. przyszli się przywitać Piotr Loska i Rafał Bełoniak prowadzący Archifunblog. Znaliśmy się wcześniej z blogosfery, a tym razem udało nam się chwilę pogadać bez pośrednictwa klawiatury. Lubię ich czytać, a jeszcze większą sympatią darzę ich kapitalne, odręczne rysunki.

 archifunblog_Rafał Bełoniak

[Rafał z Archifunbloga – rozpoznaliśmy się dzięki ustalonym wcześniej hasłom:)]

Po wykładzie miałam kilka godzin, żeby pozwiedzać Budmę. Targi są ogromne i jest na nich chyba wszystko,  o czym w budownictwie można sobie w ogóle pomyśleć. Przyznaję – z braku czasu zdążyłam dosłownie przebiec przez hale wystawowe, zgarnęłam tylko kilka folderów, ale to wystarczyło, żeby mniej więcej zorientować się w wystawianych materiałach. Interesowały mnie głównie świetliki Fakro do płaskich dachów, których reklamy widziałam wcześniej w branżowej prasie (nie wiem, ile kosztują, ale coś czuję, że to będzie hit). Oprócz wielkich producentów wystawiały się także mniejsze firmy o tak swojskich nazwach jak „Kow-Kot”. Ale największe wrażenie zrobiła na mnie wystawa ciężkiego sprzętu (jakie wielkie traktory!) i maszyn produkcyjnych. Przy jednej z nich utknęłam na dobre – maszyna robiła WSZYSTKO. Cięła i gięła profile okienne, łączyła elementy, przerzucała gotowe produkty – stałam jak zahipnotyzowana i nie wierzyłam własnym oczom. Jedną halę poświęcono drewnu – pięknie tam pachniało, a prezentowano m.in. szalone przykłady giętego drewna. Równolegle odbywał się kilkudniowy panel poświęcony budownictwu pasywnemu (wpadłam tylko na chwilę, ale wiem, że studenci z gdańskiej Polibudy jechali tam w ramach jednego z przedmiotów obieralnych). Rozstrzygnięto też kilka konkursów architektonicznych, m.in. kolejną edycję Domu Dostępnego. 

bdma

[Takich hal jest wiele…]

miasto mezczyzn_01

[Jedna z maszyn, które „robią wszystko”]

drewno

[Nieco przegięte drewo gięte]

Kow-Kot

[Kow-Kot niekwestionowanym zwycięzcą w plebiscycie na najbardziej swojską nazwę]

Budma ma podobno swój nieoficjalny harmonogram. Pierwszego dnia dopiero rozstawia się stoiska, jest mnóstwo stresu i pracy, więc wszyscy grzecznie wracają do swoich hoteli, żeby zbierać siły przed kolejnym dniem. Następny wieczór to punkt kulminacyjny – spotkanie starych znajomych I sporo drinków integracyjnych. Trafiłam na Budmę dzień po takim wieczorze i było widać, że dominuje krok powolny, wzrok mętny, a oddech nieświeży. Wśród różnorodności języków (dużo niemieckiego) czy kolorów skóry wystawców i zwiedzających, jedna cecha łączyła ich wszystkich: 90, a może nawet 95 procent to mężczyźni. Różni – od młodszych, pewnie studentów, przez tych w średnim wieku, najczęściej w granatowych garniturach (dlaczego akurat granatowych?), tzw. „repów” czyli przedstawicieli sprzedaży, po typowych panów budowlańców w kraciastych koszulach. Wąsów naliczyłam stosunkowo niewiele. Ten zdecydowany nadmiar facetów działał bardzo dziwnie i gdyby Felliniemu, zamiast „Miasta kobiet”, przyszło do głowy nakręcenie „Miasta mężczyzn”, to targi budowlane z ich parującą testosteronem atmosferą stanowiłyby idealną scenerię. Nie wiem, co mi strzeliło do głowy, żeby założyć mini i obcasy, ale nigdy, przenigdy, nawet w żadnej Hiszpanii czy Włoszech, nie czułam się tak ostentacyjnie taksowana, przy czym żadna ze mnie Miss Polonia, a osiemnaście lat skończyłam dawno temu. Najpierw mnie to śmieszyło, potem irytowało, a na koniec przestało w ogóle ruszać, ale współczuję hostessom, które w tym męskim tłumie musiały zasuwać na szpilkach i w obcisłych kieckach. Jeśli w Polsce dachówki i kaloryfery reklamuje się zdjęciami biuściastych blondynek, proszę sobie wyobrazić żywy odpowiednik takich reklam na targach budowlanych. Podobno pierwszego dnia pojawiły się również mocno roznegliżowane hostessy, które z żalem skarżyły się, że „one naprawdę nie przyjechały tu szukać męża”. Męża, akurat! Panowie ewidentnie byli spragnieni przygód na wyjeździe służbowym. Nie przyglądałam się, żeby nie zdradzać jakiegokolwiek ewentualnego zainteresowania, ale przypuszczam, że na wielu palcach błyszczały ślady po pospiesznie zdjętych obrączkach. Oczywiście po Budmowych godzinach szczytu, bo podczas prezentacji I rozmów ze zwiedzającymi obrączki sa obowiązkowe – stateczny mąż, głowa rodziny, wzbudza większe zaufanie potencjalnych klientów. Kiedy zwiedzający znikają, bo ile w końcu można łazić wśród desek podłogowych i farb, alkohol zaczyna lać się strumieniami, panowie w granatowych garniturach rozluźniają się coraz bardziej  i pozwalają sobie nawet na bezpośrednie zaczepki. Jeśli z żadną hostess, studentek architektury czy pań inżynier budownictwa nie uda się na samych targach, zawsze można próbować jeszcze w knajpach i w hotelach, bo cały Poznań jest zdominowany przez ludzi z branży i staje się prawdziwym miastem mężczyzn.

Następnym razem jadę męskim przebraniu…

miasto mezczyzn_02

[To właśnie typowe Budmowe proporcje między liczbą kobiet i mężczyzn]

rynna

[Niektóre hostessy miały sporo szczęścia w kwestii ubrań – bez golizny]

[fot. Anna Żmijewska, Monika Arczyńska]

To był dobry rok!

2014_male

Po ostatnich irlandzko-palestyńsko-izraelskich rozjazdach mam tyle do pisania, że nie wiem, od czego zacząć. A ponieważ wszyscy blogerzy publikują teraz swoje podsumowania roku, to nie będę silić się na oryginalność, tylko zrobię to samo. Nie przebiję co prawda Maffashion, której ostatnio trafił się kontrakt dla Versace, ale branża architektoniczna jest jednak mniej glamour od modowej. W każdym razie „Bryła” donosi, że to był dobry rok dla polskiej architektury. Dla mnie też, bo chociaż nie udało mi się zrealizować wszystkich zaplanowanych na ten rok założeń, działo się znacznie więcej, niż się spodziewałam. Oto moje podsumowanie:

1. Więcej pisać!

Udało mi się zrealizować najważniejsze postanowienie sprzed roku! Nie dość, że moja współpraca z „Architekturą Murator” jeszcze nigdy nie była tak intensywna, to na dodatek szykują się nowe szanse na publikacje. O nich na razie cicho sza, żeby nie zapeszać.

2. SIX LETTER CITY.

Utrzymuję regularność blogowych wpisów, chociaż bałam się, że nawał pracy mi to uniemożliwi. Liczba czytelników rośnie, odzew jest pozytywny, a podczas gdyńskiej Pecha Kucha okazało się, że nie tylko architektów bawią opowieści o mizianiu budynków, przystojnych projektantach i rozterkach młodej architekt. Dziękuję!

3. Heneghan Peng.

Nadal pracuję na odległość dla mojego ulubionego biura, a telepraca okazuje się tak sprawna, że większość branżystów nie orientuje się chyba nawet, że na co dzień jestem w Gdańsku, a nie w Dublinie. Internecie, jesteś potężny! I chociaż moskiewski projekt w dalszym ciągu przeraża mnie swoją wielkością i poziomem skomplikowania, nie poddaję się i walczę jak lwica, żeby finalny efekt był jak najlepszy. Poza tym trzy inne projekty, nad którymi pracowałam wcześniej, są w trakcie realizacji. O Galerii Narodowej w Dublinie i Muzeum Palestyny wkrótce napiszę, bo w grudniu odwiedziłam obie budowy.

4. Rosyjski.

To pozornie mało architektoniczna kwestia, jednak ściśle związana z moskiewskim projektem. Chociaż nie mówię jeszcze swobodnie i sporo wody w Wołdze upłynie, zanim osiągnę satysfakcjonujący dla mnie poziom, techniczny rosyjski „wchodzi” mi coraz łatwiej. Ponieważ pracowałam projektowo głównie poza Polską, jako pierwsze przychodzą mi do głowy angielskie określenia. Teraz jako drugie będą przychodzić rosyjskie, a studenci zaczną dostawać ataków śmiechu, kiedy w ferworze opowiadania o projekcie będę rzucać tekstami „No, jak to się nazywało po polsku, mam to przecież na końcu języka!”.

5. Menthol Architects.

Będę ich promować ich przy każdej możliwej okazji nie tylko dlatego, że sa moimi serdecznymi przyjaciółmi, ale przede wszystkim bardzo cenię ich projekty i jestem pod nieustającym wrażeniem świeżości ich pomysłów. To był ich pierwszy rok w Polsce i już zostali zauważeni (mam nadzieję, że przyczyniło się do tego moje trzymanie kciuków). Poza tym nie dość, że pomimo odległości między Gdańskiem a Wrocławiem udaje nam się w miarę często spotykać (w Dublinie byliśmy sąsiadami), to na dodatek w końcu przetestowaliśmy, jak nam się razem projektuje. Mam nadzieję, że nie ostatni raz!

6. Biennale w Wenecji.

To zdecydowanie najważniejsze architektoniczne wydarzenie ubiegłego roku, w jakim miałam okazję uczestniczyć. Koolhaas jest nie do przebicia i już współczuję dyrektorowi kolejnego Biennale, bo nie wiem, co musiałby zaproponować, żeby porównania nie wypadły na jego niekorzyść.

6. Podróże

Jak na mocno zajęty rok, nie było źle. Oprócz Wenecji udało mi się dwa razy wpaść do Berlina (Berlinie, jak dobrze, że jesteś tak blisko!), odwiedzić Dublin i wyskoczyć na Bliski Wschód. W kolejce czekają jednak przede wszystkim polskie miasta, w których nie byłam od lat. Wrocław „odhaczony”, Poznań może uda mi się odwiedzić wiosną. Próbuję również wybrać się do Szczecina, żeby w końcu zobaczyć Filharmonię. Śledzę regularnie repertuar, żeby znaleźć jakiś sobotni koncert, bo to dla mnie jedyna możliwość, żeby wpaść tam na weekend, ale jak na złość w soboty odbywają się tylko warsztaty dla dzieci. Szanowna Dyrekcjo, proszę pomyśleć, ilu architektów chętnie przyjechałoby na weekend i jakie spowodowałoby to ożywienie ruchu turystycznego w mieście!

7. Uczelnia.

Musiałam co prawda ostatnio zredukować liczbę godzin dydaktycznych z powodu moskiewskiego projektu, ale już w następnym semestrze będę znów prowadzić dwa przedmioty projektowe i wykłady na Uniwersytecie Gdańskim z Planowania Rozwoju Miast. A jesienią być może poprowadzę w Gdańsku warsztaty. Niedługo na BlokBlogu pojawi się również mój tekst o edukacji architektonicznej w Polsce.

8. Teatr.

Odkąd wyprowadziłam się z Dublina, nie wyjeżdżam już na festiwal w Edynburgu, za to w końcu udało mi się ponadrabiać zaległości teatralne w Polsce. I tu też pojawi się architektoniczny motyw, bo jeden z najlepszych spektakli, jakie udało mi się zobaczyć w minionym roku, to „Bitwa warszawska 1920” Pawła Demirskiego w reż. Moniki Strzępki. A Paweł, zanim zajął się teatrem, przez chwilę studiował w Gdańsku architekturę, na moim roku i to na dodatek w tej samej grupie dziekańskiej. Byłam bardzo ciekawa „Bitwy”, bo dotychczas znałam tylko jego sztuki sprzed współpracy z Moniką Strzępką. Okazało się, że to jeden z tych spektakli, po którym wychodzi się z teatru z głową pełną kotłujących się myśli i emocji, które nie opadają przez kolejne dni. Paweł, dziękuję, że nie zostałeś architektem (chociaż z geometrii wykreślnej byłeś niezły:)

9. Ludzie.

To zdecydowanie najważniejszy punkt 2014 roku. Poznałam świetnych architektów i niearchitektów. Udało mi się podtrzymać przyjaźnie z osobami z różnych zakątków Europy oraz w końcu poznać razem osoby, które nie miały wcześniej okazji się spotkać. Wynikło z tego kilka ciekawych znajomości. Kursowanie między Trójmiastem a Łodzią również ma swoje plusy – dzięki kapitalnemu towarzystwu w obu miejscach czuję się świetnie, ale moje miejsce jest jednak nad morzem.

10. 2015.

Ale najważniejsze, że kolejny rok też zapowiada się interesująco. Dogrywam właśnie kilka projektów – dam znać, kiedy tylko uda mi się z nimi ruszyć. Mam nadzieję, że czasowo  pozwoli mi na to zaległy urlop z… 2012 roku:)

Ściskam kciuki za Wasze i własne plany!

[fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz, Lila Krzycka, Marcin Nowiński]

Design nie zbawi świata (ale do Łodzi i tak warto pojechać)

design_male

To był jeden z najintensywniejszych weekendów ostatnich tygodni. Co prawda miałam być w Zurychu na babskim zlocie, ale ta podróż wymagałaby chociażby odrobiny urlopu, którego nie będę mieć do końca roku. Zurych więc odpadł, chociaż kiedy zorientowałam się, że akurat w TEN weekend w niedalekim Weil am Rhein odbywa się coroczna wyprzedaż w Vitrze, zrobiło mi się trochę smutno. Pomyślałam jednak po chwili, że z uwagi na koczujące od świtu tłumy musi tam być jak na otwarciu nowego Lidla. Poza tym nie dałabym rady zapakować do bagażu podręcznego nic większego niż Hang-It-All, a przecież marzą mi się krzesła do pracowni. Padło więc na Łódź, bo tam to się dopiero dużo działo! Ktoś, kto przyjechał tylko na ten jeden weekend, musiał się w Łodzi zakochać. Miasto pokazało wszystko to, co ma najlepszego – design i śródmieście – i to wszystko w piękną październikową pogodę. Festiwal gonił festiwal, a na Piotrkowskiej przewijały się takie tłumy, jakich jeszcze nie widziałam. W ramach „Festiwalu Kinetycznej Sztuki Światła” wieczorem na budynkach były wyświetlane animacje, do których akompaniament w sobotę stanowiły radosne krzyki fanów futbolu (2:0 dla Polski!).

Ale po kolei: zaczęło się od „W poszukiwaniu straconego kwartału”, kolejnego ze spotkań w ramach organizowanego przez Muzeum Miasta Łodzi cyklu , tym razem o kooperatywach mieszkaniowych („Jak budować współczesne kamienice?”). Z Wrocławia przyjechał Zbigniew Maćków, z którego inicjatywy ten sposób inwestowania testowany jest na Nowych Żernikach, a z Warszawy zajmujący się podobną problematyką Maciej Czeredys. To była moja pierwsza styczność z Maćkowem, którego projekty uważam za absolutną polską czołówkę. Jak już kiedyś pisałam, żartowaliśmy ze znajomymi architektami, że to chyba jedyny polski projektant z dużym dorobkiem, któremu nie trafiła się ani jedna kiepska realizacja. Jestem pod ogromnym wrażeniem – Zbigniew Maćków nie tylko kapitalnie projektuje, ale również wykłada i angażuje się w społeczne przedsięwzięcia. Nie mam pojęcia jak udaje mu się to wszystko pogodzić czasowo – musi mieć również talent do tworzenia odpowiedzialnego zespołu, który zasuwa ostro nie tylko pod czujnym okiem szefa. I jeszcze do tego wszystkiego jest wysoki. Już chyba wiem, do kogo w przyszłym roku wyślę walentynkę.

mikro_male

[Maćkowo czyli Zbigniew Maćków i Maciek Czeredys]

Przyznam, że do niedawna patrzyłam z dużym dystansem na działania miasta w kierunku promocji przemysłu kreatywnego (SIX LETTER CITY pozdrawia twórcę hasła „Łódź kreuje”). Odkąd mam jednak okazję bywać tam częściej i poobserwować z bliska, jak te strategie sprawdzają się w praktyce, doceniam coraz bardziej ich skuteczność. Łódź ma wszystko, czego potrzeba dla rozwoju tego sektora: bazę akademicką (ASP i Filmówka), znane cykliczne imprezy związane z modą i designem (Fashion Week!), setki knajp, w której może spotykać się bohema, ale przede wszystkim tanie mieszkania i… alkohol. Artyści i projektanci poszukują niedrogich, ale malowniczych dzielnic, przy czym niskie ceny są i tak ważniejsze od malowniczości. W Łodzi mogą wybrać dowolne miejsce w śródmieściu – ceny nieruchomości są znacznie niższe niż w pozostałych dużych polskich miastach. Z kolei niedrogi alkohol pozwala na prowadzenie niezbędnego dla kreatywnych wolnych strzelców knajpianego trybu życia, bo na drinki, które są parę razy tańsze niż w Warszawie, zawsze wygrzebie się jakieś zaskórniaki. To oddolna strona tego procesu, ale w Łodzi samorząd działa bez większych gaf w tej sferze. Wspiera wynajem lokali komunalnych na działalność artystyczną (akcja „Lokale dla kreatywnych”), a  niedawno został otwarty Art_Inkubator w dawnej fabryce Scheiblera i Grohmana. To właśnie tam odbywała się główna wystawa Łódź Design Festivalu (ŁDF). Sama bym chciała pracować w takim miejscu!

Kto przyjechał na ŁDF już w piątek, załapał się na urodzinową imprezę Studia Rygalik, a kto wpadł dopiero następnego dnia, mógł za to pozwiedzać biura (również architektoniczne) podczas  Nocy Otwartych Pracowni. Oprócz tego odbywały się konkursy, warsztaty, wykłady, seminaria,  aż by się chciało zostać na cały tydzień! To był mój drugi raz na ŁDF i juz wiem, że na pewno będę przyjeżdżać na każdą kolejną edycję. W tym roku festiwal obejmuje dwa weekendy, więc kto jeszcze nie był, niech zastanowi się nad następnym – do Łodzi łatwo dojechać z każdego punktu Polski. Hm, czy mi się wydaje, czy wymieniam kolejne pozytywne cechy tego miasta? Ale przecież nie mogę się tam przeprowadzić, nazwa „Łódź” ma tylko cztery litery.

Calatrava_male

[Przesadziłam trochę – nie obyło się bez wtop. ŁDF odbywa się w kilku miejscach jednocześnie i przemieszczający się pomiędzy nimi tłum zwiedzających jest zmuszony oglądać antyperłę designu – konstrukcję nowych przystanków na przebudowywanej ul. Piłsudskiego. Każdy ma takiego Calatravę, na jakiego zasłużył]

Oczywiście takie imprezy nie mogą obyć się bez gwiazd. Z wystawą zdjęć przyjechała Charlie Koolhaas, córka Rema. Zaintrygowała mnie opowieść znajomych o towarzyszącej jej pani, która wiekomo mogłaby być jej matką, a na dodatek przez cały czas opiekowała się dzieckiem fotografki. Szybkie przejrzenie zdjęć potwierdziło, kto to taki: Madelon Vriesendorp, o której niedawno pisałam niedawno – jedna z założycielek OMA i autorka słynnych ilustracji do „Delirious New York”. Przez cały czas próbowałam ją gdzieś wypatrzyć, ale niestety, nie udało się. Szkoda, podziękowałabym jej za ilustrację, której użyłam w ślubnych zaproszeniach. Chociaż może lepiej nie – jeszcze potraktowałaby to jako naruszenie praw autorskich. Z kolei największą polską gwiazdą był niewątpliwie Oskar Zięta, którego dmuchane metalowe meble przewijały się w kilku częściach wystawy, ale największym zaskoczeniem okazały się… laminowane płyty z naśladującym beton nadrukiem projektu Zięty (Piotr Kuchciński zaproponował nadruk drewnopodobny). Większość zwiedzających oglądała próbki marszcząc czoła ze zdziwienia  – to, co dotychczas było uznawane za szczyt kiczu i tandety, nagle ma zaistnieć jako firmowana znanymi nazwiskami jakość? A może chodziło o odważne pójście pod prąd? Nie rozumiem, chyba nikt nie zrozumiał, więc może bezpieczniej będzie pominąć ten temat milczeniem.

Charlie

[Charlie Koolhaas – podobna do taty?]

Zieta_male

[Oskar Zięta zapatrzony na swoje krzesło]

Najbardziej cieszę się jednak z obecności na ŁDF Menthol Architects, bo nie dość, że Lila Krzycka i Rafał Pieszko to moi serdeczni przyjaciele, to jeszcze wyjątkowo utalentowani projektanci. I to żadna deklaracja po znajomości, bo potwierdzają ten fakt liczne niezależne jury: Menthol często zdobywają nagrody w konkursach. Tym razem otrzymali dwa wyróżnienia w konkursie Make Me za Dziuplę czyli modułową budkę lęgową dla wróblowatych. Zobaczyłam prototyp i mam nadzieję, że Lila i Rafał zdecydują się na seryjną produkcję, bo to zarówno świetna środowiskowo koncepcja, jak i design. To kolejna ich praca dedykowana ptakom – są twórcami pierwszej w Polsce wieży lęgowej dla jerzyków. Gratuluję i nie mogę się doczekać, kiedy będziemy mieć okazję zrobić coś razem!

Menthol_male

[Menthol Architects z Dziuplą]

PS Zdjęcia były robione czterema różnymi aparatami i telefonami. Stała się rzecz przedziwna: tak jakby tych wszystkich wydarzeń i festiwali było mało, w sobotę wieczorem wylądowałam w Teatrze Nowym na „Akimudach”, polityczno-społecznej farsie o współczesnej Rosji. Zaczęłam robić zdjęcia scenografii – ogromnemu portretowi Putina w tle – i aparat niespodziewanie padł. Rzęzi jak zarzynane zwierzę, kiedy próbuję go uruchomić. Zablokował się akurat na Putinie – to złośliwość rzeczy martwych czy jakiś znak?

Putin_male

[Fot. Monika Arczyńska, Liliana Krzycka, Marcin Nowiński]

 

Dwadzieścia lat minęło

wystawa_male

Dwadzieścia lat “Architektury-Murator”, dwadzieścia pięć lat wolnej Polski oraz dwadzieścia pięć przełomowych lub charakterystycznych dla tego okresu obiektów architektonicznych – tego jeszcze nie było! Cieszę się, że miałam okazję wpaść na urodzinowe przyjęcie, tym bardziej, że to właśnie w „Architekturze”, jeszcze na studiach, opublikowałam swój pierwszy tekst. Pamiętam, jaka byłam dumna, kiedy zobaczyłam wydrukowane własne nazwisko. Podczas czwartkowego wernisażu pewnie podobnie dumni byli autorzy wybranych do przekazanej Muzeum Sztuki Nowoczesnej kolekcji projektów. Chociaż za swoje realizacje otrzymali już wiele nagród, obecność na tej wyselekcjonowanej liście jest wyjątkowym wyróżnieniem.

Nie wszystkie wybory wydają mi się jednak trafione.  Niektóre obiekty doceniono chyba trochę na wyrost – m.in. nieskończone jeszcze Centrum Kulturalno-Kongresowe proj. Fernando Menisa w Toruniu czy świeżutką jeszcze warszawską ścieżkę rekreacyjną nad Wisłą. Architektura musi się troszkę „rozchodzić”, jak para butów, żeby można było ocenić więcej niż tylko koncepcję lub efekt tuż po otwarciu. Za dyskusyjne uważam też takie wybory jak ratusz w Białołęce. Owszem, jest symboliczny jako jeden z pierwszych budynków władzy samorządowej, jakie powstały po 1989 roku, ale architektonicznie zdecydowanie nie tak przełomowy jak bydgoski BRE Bank czy Filharmonia Szczecińska. Lista sprawia wrażenie, jakby każdy z „dużych” polskich architektów musiał zostać uhonorowany (z drugiej strony na dwadzieścia pięć prezentowanych obiektów aż siedem zostało zaprojektowanych przez zagranicznych architektów).  Wiadomo było na przykład, że na wystawie muszą pojawić się budynki Kuryłowicza czy JEMS, lecz spośród ich realizacji trudno wybrać te najbardziej przełomowe czy reprezentatywne nie tylko dla działalności samych pracowni, ale i dla ostatniego dwudziestopięciolecia. Można spierać się, czy 19. Dzielnica i Vitkac to najlepsze wybory. Obecny na wystawie Nautilius Kuryłowicza – owszem. Został oddany do użytku w roku, w którym rozpoczynałam studia i do dziś pamiętam, z jakimi wypiekami na twarzy oglądaliśmy zdjęcia w „Architekturze” – co za nowoczesność, co za detale! W porównaniu do niego Vikac wydaje się co najmniej dyskusyjny, również z uwagi na konflikt z mieszkańcami sąsiednich kamienic, którzy stracili nasłonecznienie, a zyskali widok na posępną, czarną ścianę. Vitkac stanowi ponadto symbol kolejnej eksplozji polskiego konsumpcjonizmu, tym razem w wypolerowanej i eleganckiej jak jego okładzina wersji lux. Za jak najbardziej słuszny uważam za to wybór kilku najbardziej charakterystycznych budynków z początku lat 90., przede wszystkim Jarząbkowego wrocławskiego Solpolu, na który do niedawna rzucali gromy wszyscy architekci. Obecnie nabrał patyny, opatrzył się, okazało się, że starzeje się całkiem przyzwoicie,  a na coraz bardziej realne plany jego wyburzenia dawni krytycy zaczynają reagować z dużą dozą wątpliwości. Bo wiadomo, że to nie był najszczęśliwszy okres dla architektury, ale czy to znaczy, że trzeba się na siłę pozbywać wszystkich ówczesnych realizacji? A ta jest naprawdę wyjątkowa w swojej konsekwentnej, postmodernistycznej kuriozalności i wybitnie reprezentatywna dla czasu swoich narodzin.

Tak sobie gdybam, komentuję i kręcę nosem, ale zdaję sobie oczywiście sprawę, że ta kolekcja jest subiektywnym i kompromisowym wyborem. Gdyby miało być zaprezentowanych sto obiektów, pewnie byłoby łatwiej, ale przy zaledwie dwudziestu pięciu trzeba było zdecydować się na ostre cięcia. Gdybym miała sama układać podobną listę, pokrywałaby się w dużym stopniu z tą zaproponowaną w Wyborczej przez Grzegorza Piątka. No, może bez Lichenia czy Stadionu Narodowego, za to zgadzam się, że zabrakło BUW-u, a także śląskie projekty również zostały niedostatecznie zaprezentowane, przy czym one zdecydowanie zasługują na osobną wystawę.

Omilanowska_male

[Wprowadzenie prof. Małgorzaty Omilanowskiej – w końcu minister kultury, która ma pojęcie o architekturze!]

przekazanie_male

[Redaktor naczelna, Ewa Porębska, przekazuje kolekcję szefowej MSN, Joannie Mytkowskiej]

Wszystkie zaprezentowane projekty zostały szczegółowo opisane w najnowszym numerze „Architektury”, jednak na wystawę warto wybrać się chociażby dla samych makiet. Przekrój jest ogromny – duże, małe, szczegółowe, szkicowe, z pleksi, drewna, tektury. Sprytnie (i przy okazji oszczędnościowo) zaprezentowano gdańską PGE Arenę: ponieważ stadion jest idealnie symetryczny, zbudowano tylko połowę modelu, a reszta odbija się w lustrze. Najbardziej bezwstydnie rozbuchana okazała się makieta Cosmopolitana projektu Helmuta Jahna, która musiała kosztować równowartość kilku niezłych samochodów albo jakiejś porządnej nieruchomości. Okazało się, że większość modeli sfinansowali wcale nie sponsorzy, ale  pracownie architektoniczne, których projekty zostały wybrane do kolekcji. Furorę zrobiła makieta Domu Bezpiecznego z przesuwnymi elementami, które otwierały i zamykały tę jednorodzinną twierdzę. Zawsze przerażał mnie ten projekt – ta ufortyfikowana interpretacja domu jako schronienia jest kompletnym zaprzeczeniem tego, co chciałabym rozumieć jako poczucie bezpieczeństwa we własnym domu. Ruchoma zabawka w pomniejszonej skali pozwoliła mi nieco oswoić się z tą koncepcją, podobnie jak puszczanie cienia Batmana na makiecie i kombinowanie, jakie zasadzki mogłyby czekać na przyklejone do makiety ludziki. Trudno ocenić czy miały reprezentować mieszkańców, czy potencjalnych włamywaczy. Odwrotna sytuacja wiązała się z modelem Bolko Loftu, który uwielbiam jako projekt, ale przeraziła mnie jego makieta. Ze swoimi przeskalowanymi, wydłużonymi ośmioma (!) słupami przypominała przyczajonego wśród innych modeli pająka z wyprostowanymi nogami. Dwumetrowego, czarnego pająka…

red_male

[Makieta 19. dzielnicy projektu JEMS, za makietą redakcja „Architektury”]

PL_male

[Mapa najciekawszych realizacji, a na pierwszym planie styropianowo-betonowa makieta Centrum Kulturalno-Kongresowego proj. Fernando Menisa]

BEZP_male

[Dom Bezpieczny, mniej bezpieczny, jeszcze mniej bezpieczny, średnio bezpieczny, trochę niebezpieczny, bardziej niebezpieczny, niebezpieczny!]

spider2_male

[Przyczajony, dwumetrowy, czarny pająk Bolko Loftu. Dobrze, że bez włochatych nóg, brrrr…]

O wystawie można już poczytać w każdej gazecie, ale nie o plotkach z wernisażu i bankietu, które tak przyjemnie czyta się do porannej kawy. Rozczaruję Was: nie było żadnych sensacji. Nikt się jakoś nadzwyczaj spektakularnie nie upił, nikt nie tańczył na stole, ani nie wylądował pod stołem, żaden mąż nie został nakryty z cudzą żoną ani na odwrót. Było trochę jak na weselu z mnóstwem dawno niewidzianych ciotek i wujków, dużą ilością wódki, z powtarzającymi się co chwilę „Kopę lat!”, „Co u Ciebie?” czy „Gratuluję wspaniałej realizacji!”. I jak to na weselu, z każdym trzeba było zamienić parę słów. Spotkałyśmy się między innymi po wielu latach z Marleną Happach z Odblokuj – powspominałyśmy chorwackie warsztaty, kiedy to inwentaryzowałyśmy drewniane domy, a nocami z grupą biologów i ornitologów obserwowałyśmy żaby, sowy i nietoperze. W końcu poznałam też kilka osób, z którymi dotychczas się rozmijałam. Nareszcie miałam okazję pogadać z Robertem Koniecznym, bo zawsze chciałam go podpytać o różnice we współpracy z prywatnymi i publicznymi inwestorami. Z Maćkiem Czeredysem powymienialiśmy się uwagami na temat kredytowania mikrospółdzielni. A poza tym – jak na celebryckim bankiecie. Ścianki co prawda nie było (uff…), ale czerwony dywan i suweniry od sponsorów jak najbardziej.  Różnice między branżą architektoniczną a showbiznesem są jednak dość wyraźne – nie sądzę, aby na „Pudelku” pojawiały się relacje z imprez, na których materiały od sponsorów to metrówki czy próbki aluminiowych okładzin. Mnie się za to bardzo przydadzą.

A już za tydzień kolejna wyjazdowo-imprezowa okazja – Łódź Design Festival!

Snob_02_male

[Prezenty i darmowe drinki – ach, to ciężkie życie Architecture Snobów…]

bankiet_male

[Tak się bawi Łódź i Gdańsk]

KWK_male

[Kapitalna ekipa z KWK Promes – projekty i prestiż pracowni to odrębna kwestia, ale dla tych ludzi warto tam aplikować!]

1596898_775929485803352_5392080713475458236_o

[Po lewej Hubert Trammer, Rafał Szpilkowski, po prawej Łukasz Pancewicz i Grzegorz Piątek na sponsorskim zdjęciu od Baczewskiego, chociaż zamiast wódki trzymam mus z selera]

[fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz, Rafał Szpilkowski, fot. z fanpage’a FB Baczewski]

PRZY PRZY PRZY…

IMG_0951

…czyli PRZYjemna PRZYczyna PRZYsypiania. Przysypiania spodziewam się w piątek rano, na pierwszych w tym roku akademickim zajęciach na Politechnice Gdańskiej, ale przyczyna  tego stanu będzie naprawdę przyjemna. Jako współpracownik „Architektury-Murator” zostałam zaproszona na jutrzejszy wernisaż wystawy polskiej architektury współczesnej przygotowanej przez miesięcznik z okazji jego dwudziestych urodzin. Zostaną tam wyeksponowane prezentacje i makiety dwudziestu pięciu obiektów zrealizowanych w Polsce po 1989 roku, wybranych przez redakcję oraz Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Po zakończeniu wystawy modele pozostaną w formie daru w zbiorach Muzeum. To świetny pomysł na podsumowanie działalności miesięcznika oraz na… wykorzystanie wsparcia sponsorów. Po urodzinowym kawiorze, szampanie i prezentach dla uczestników imprezy pozostałyby co prawda miłe wspomnienia, lecz wyłącznie dla wąskiego grona zaproszonych gości. W tym wyjątkowym momencie – nie tylko okrągłej rocznicy istnienia miesięcznika, ale i ćwierćwiecza od przełomowego także dla architektury 1989 roku – warto było postawić na dotarcie do szerszej publiczności oraz zapoczątkowanie kolekcji, jakiej w polskich instytucjach kultury jeszcze nie było. A bankiet i cały powernisażowy schmoozing odbędzie się i tak.

Dziwi mnie tylko wybrany termin, bo organizowanie takiej imprezy w czwartek oznacza, że wielu zaproszonych gości nie dotrze. Szkoda, bo to świetna okazja do spotkania się wszystkich współpracowników, którzy musieliby dojechać do Warszawy z odległych części kraju. W takich momentach warszawocentryczność w polskiej architekturze doprowadza mnie do czarnej rozpaczy. Mnie też nie pozostaje mi nic innego niż zabawa w Kopciuszka i ewakuacja w środku bankietu na autobus, aby następnego dnia rano stawić się na Politechnice.

Szanowni studenci, przepraszam z góry za piątkowe przysypianie na zajęciach. Strzelę sobie mocną kawę, żeby się dobudzić, ale wybaczcie – tej imprezy nie mogę odpuścić!

Rocznica

zawiadomieniePLtemplate.cdr

Obiecałam już kiedyś, że pokażę nasze ślubne zaproszenia, a dziś akurat jest idealna okazja – rocznica ślubu. Jak zapowiadałam, zaproszenia mają coś wspólnego z Koolhaasem, a mianowicie ilustrację Madelon Vriesendorp do jego „Delirious New York”. Kobiecy Chrysler i męski Empire State Building leżą w łóżku – pamiętam, że gdy zobaczyłam tę ilustrację po raz pierwszy, na początku studiów, pomyślałam: „Jeśli kiedykolwiek wyjdę za mąż, na pewno użyję jej w zaproszeniach”. Co prawda nie mogłam jeszcze wtedy przewidzieć, że mój mąż też będzie „arch.”, ani że będzie wysoki jak wieżowiec, podobnie jak ja. Jakimś cudownym zbiegiem okoliczności oba warunki zostały jednak spełnione. To się nazywa „myślenie życzeniowe”. Pojawił się tylko problem, skąd wytrzasnąć ten obrazek w odpowiedniej rozdzielczości. Na szczęście moja szefowa miała pierwsze wydanie książki, z którego mogłam zeskanować ilustracje. Była bardzo zdziwiona moim zaskoczeniem i zachwytem, że posiada egzemplarz pierwszej edycji – to już kolekcjonerska pozycja, warta kilkaset euro. Dowiedziałam się o tym stażując w Hadze w biurze założonym przez dziadka Koolhaasa, znanego międzywojennego architekta, Dirka Roosenburga. W tej rodzinie również musiało zadziałać myślenie życzeniowe, bo jeśli dobrze prześledziłam drzewo genealogiczne, w każdym pokoleniu rodził się syn, który dostawał na imię Dirk, studiował architekturę i przejmował firmę. Dopiero w czwartym pokoleniu coś się sypnęło, bo prawnuk założyciela biura wybrał grafikę zamiast architektury, ale z biurem i tak współpracował. W każdym razie „Delirious New York” – prezent od Koolhaasa z dedykacją – stał na najbardziej wyeksponowanej półce w pracowni. Z kolei szefowa kupiła tę książkę za grosze w momencie, gdy sięgali po nią wyłącznie „nowojorscy architekci, artyści i intelektualiści”.

Już po ślubie mieliśmy okazję zobaczyć oryginał tej ilustracji, bo na weneckim Biennale w 2008 roku była zorganizowana wystawa prac Vriesendorp. Oczywiście zrobiliśmy sobie obciachowe selfie pod tym właśnie obrazkiem. Z Empire State i Chrysler Building też sobie rzecz jasna zrobiliśmy, kiedy w końcu udało nam się dotrzeć do Nowego Jorku – jest jeszcze bardziej obciachowe. A wracając do naszego ślubu, aby skoordynować architektoniczno-urbanistyczno-nowojorskie klimaty, poprosiliśmy wynajęty zespół, żeby jako pierwszy utwór zagrał „New York, New York” Sinatry. Spotkaliśmy się z ostrym protestem – usłyszeliśmy, że „to się absolutnie nie nadaje na pierwszy taniec” i zaproponowano nam jakieś smętne piosenki o miłości. Dopiero pokazanie zaproszenia zadziałało przekonująco.

I tak sobie w wolnych chwilach pląsamy do „New York, New York” kolejny rok…

Szybkie miasto Gdynia

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wróciłam właśnie z wernisażu wystawy w Muzeum Miasta Gdyni: „Narodziny Miasta. Gdyński modernizm w dwudziestoleciu międzywojennym”. Frekwencja tak dopisała, że oczekujący przed budynkiem tłum ledwie wcisnął się do środka, a żeby cokolwiek zobaczyć, trzeba było energicznie rozpychać się łokciami. Warto jednak było to zrobić, bo wystawa jest przyzwoicie zaaranżowana, PR przyzwoicie zorganizowany (stąd te tłumy), pewnie nawet wino było przyzwoite, ale przez tę nadzwyczajną frekwencję nie dane było mi się do niego dopchać. Przyznam jednak, że obawiałam się nieco dwóch rzeczy. Po pierwsze – „powtórki z rozrywki”, czyli zdjęć i rysunków, które w Trójmieście wszyscy znają na pamięć z wielu publikacji wydawanych w ramach promocji modernistycznego dziedzictwa Gdyni. Większość fotografii nie była jednak wcześniej prezentowana i bijąca z nich energia kapitalnie oddaje atmosferę tamtych czasów oraz ewidentnej dumy z pierwszego powojennego portu. Po drugie bałam się konserwatorskiego przynudzania, tym bardziej, że równolegle odbywała się konferencja na temat waloryzacji modernistycznej architektury, a to, co interesuje praktyków i akademików, niekoniecznie jest strawne dla przeciętnego odbiorcy. A właśnie do przeciętnych odbiorców powinny być skierowane tego typu wystawy, bo modernizm nie jest najłatwiejszy w odbiorze i wiedzę o nim należy dawkować rozsądnie. Na szczęście rozsądek  został zachowany, nie ma nadmiernego roztkliwiania się nad niezauważalnymi dla laika szczegółami, za to świetnie pokazano coś innego: dynamikę powstawania miasta. Po decyzji o budowie portu populacja dawnej wsi przyrastała w szokującym tempie. Hasło „Szybkie miasto Gdynia”, jako parafraza „Wolnego Miasta Gdańska”, było w dwudziestoleciu znacznie bardziej aktualne niż dziś, gdy oba samorządy konkurują w dyscyplinie tempa rozwoju gospodarczego i nowych inwestycji. Pod tym względem Gdynia w międzywojniu przypominała Manhattan, tyle, że bez wieżowców, za to również z nowoczesną architekturą i infrastrukturą oraz ściągającymi zewsząd poszukiwaczami pracy lub przygód w błyskawicznie rozwijającym się mieście. Społeczny aspekt tego zjawiska, nieczęsto wspominany przy okazji dyskusji o gdyńskim modernizmie, wyraźnie zaznaczono na wystawie – substandardowe mieszkania biedoty ostro kontrastowały z luksusowymi śródmiejskimi apartamentami. Podobnie jak Nowy Jork, Gdynię w latach 20. dotknął kryzys. Modernizm okazał się wówczas tańszą, bo niewymagającą pracochłonnych detali, alternatywą dla bardziej tradycyjnej architektury, która początkowo dominowała w mieście. Ciekawostką jest zdjęcie robotników – prawdziwych budowniczych miasta, przypominająca słynną fotografię nowojorskich budowlańców odpoczywających na zawieszonej belce:

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Podobne skojarzenia ze znanymi z podręczników historii architektury obrazami można mieć oglądając zdjęcia, na których pojawiają się samochody. Zawsze bawił mnie kontrast między wysmakowaną nowoczesnością i prostotą modernistycznych budynków a staroświeckimi formami automobili. Zaskoczyło mnie jednocześnie, że przed wojną po gdyńskich ulicach jeździło całkiem sporo aut. W tamtych czasach własne cztery kółka były prawdziwym symbolem luksusu, więc faktycznie można było tu zrobić całkiem niezłe pieniądze. Ciekawe, czy znów na wzór amerykańskich karier – „od pucybuta do milionera”?

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Z ciemnej, lekko przytłaczającej wizualnie wystawy warto wyjść na taras, z którego rozciąga się widok na Gdynię – część ekspozycji w skali 1:1. Ten przyjemny widok na Zatokę, miasto oraz park pokazuje w absurdalnie wyidealizowany sposób zalety modernizmu – przestrzeń oraz nowoczesność. Słyszałam co prawda gdzieniegdzie głosy, że wystawa jest aż za bardzo piewczo-pochwalna, ale wydaje mi się, że na fali dumy gdynian z ich miasta nie jest to ton bardzo przesadzony. Nie przypadkiem Gdynia wygrywa regularnie we wszelkich rankingach na polskie miasto, w którym mieszka się najlepiej.  „Narodziny miasta” idealnie wstrzeliły się w przedwyborczy klimat.

Przyznam się po cichu, że miałam na wystawie do załatwienia pewien prywatny interes. Liczyłam, że wśród niepublikowanych wcześniej w polskich wydawnictwach zdjęć uda mi się odnaleźć pewien budynek – międzywojenną restaurację z dancingiem. Na jej tle sfotografowany jest mój dziadek z kolegami (dziadek to ten najprzystojniejszy, w kaszkiecie). Przyjechał do Gdyni przed wojną, pracował tam i domyślam się, że nieźle imprezował w takich właśnie modernistycznych przybytkach. Niestety, budynku nie było na wystawie, ale będę szukać dalej.

dancing

PS W drodze powrotnej z wernisażu postanowiłam przejść obok sąsiadującego z Muzeum Teatru Muzycznego. Trwa właśnie festiwal filmowy i pomyślałam, że może trafię na jakieś gwiazdy polskiej kinematografii. Gwiazd nie dojrzałam, ale nagle ktoś do mnie podbiegł z pytaniem „Przepraszam, czy Pani nazywa się Monika Arczyńska?”. Okazało się, że po zdjęciach z bloga rozpoznał mnie Piotr Szczepański z warszawskiego Instytutu Badań Przestrzeni Publicznej. Ha, przez chwilę sama poczułam się jak gwiazda!

[fot. Monika Arczyńska/kolega dziadka]

Modernizm, podpaski i Keanu

wystawa01_male

Teoretycznie miniony weekend każdy szanujący się architekt powinien był spędzić w Trojmieście. Nie dość, że w Gdyni twał Weekend Architektury, to na dodatek w Gdańsku odbyło się otwarcie Europejskiego Centrum Solidarności. Ponieważ program tegorocznego Weekendu wydał mi się mało ekscytujący, a w Centrum spodziewałam się (słusznie) dzikich tłumów, postanowiłam odpuścić trójmiejskie wydarzenia i pojechać do Torunia. Tam z kolei miał miejsce finał festiwalu światła Bella Skyway Festival, a poza tym chciałam jeszcze zdążyć na polecaną przez znajomych wystawę.

Mimo że bywam od czasu do czasu w Toruniu, do Centrum Sztuki Współczesnej zajrzałam po raz pierwszy. Mam mieszane uczucia wobec projektu Edwarda Lacha. Od zewnątrz nie jest najgorzej – prosta bryła kontynuuje mocno zdefiniowaną pierzeję, bez „gwiazdorzenia” w kontekście ulicy. Gorzej z wnętrzem, zwłaszcza z przestrzeniami ekspozycyjnymi, gdzie układ pomieszczeń i konstrukcji oraz szalone sufity mocno narzucają kompozycję wystaw. Zaskoczyły mnie również pozornie drobne niedopatrzenia, które mają ogromny wpływ na funkcjonalność budynku. W przestrzeniach wystawienniczych brakuje puszek podłogowych, w związku z czym zwiedzający potykają się o kable obsługujące instalacje wideo. Brak puszek nie stanowiłby problemu w miejscu, gdzie prezentowane jest tradycyjne malarstwo i rzeźba, ale sztuka współczesna, której przecież dedykowane jest Centrum, używa środków wymagających większej elastyczności w przestrzeni ekspozycyjnej. Zaskoczyły mnie również pustki w sobotnie przedpołudnie (liczba osób pilnujących wystawy przekraczała liczbę odwiedzających), martwy plac przed budynkiem i kompletnie niewykorzystany taras na dachu. Mogłaby tam przecież działać kapitalna knajpa kontrastująca z przyciasnawymi barami i restauracjami w kamienicach i piwnicach starego miasta.

Nie o budynku chciałam jednak pisać, ale o tym, co jest w nim obecnie zaprezentowane. W ramach festiwalu Tormiar przygotowano wystawę „Plastyka Toruńska. Architektura wnętrz 1945–2000”. Przeważają prace z lat 60. i 70., a prezentacji głównej towarzyszy indywidualna wystawa prac Franciszka Michałka, m.in. odtworzona sala kinowa w Łęczycy z graficzno-świetlnymi dekoracjami. Okazuje się, że toruńska plastyka stała na niezłym poziomie, a artyści oraz wnętrzarze odwalili kawał dobrej roboty pomimo oczywistych w tamtych czasach problemów.  Obiekty użyteczności publicznej – baseny, biblioteki, szkoły – bywały wówczas nierzadko realizowane według projektów typowych. Aby nadać im chociaż odrobinę indywidualnego charakteru, plastykom i wnętrzarzom zlecano zaprojektowanie dekoracji, mebli i oświetlenia. Otrzymywali również często zadanie adaptacji historycznych wnętrz, które zdarzało im się traktować ze sporą odwagą projektową . Używano dostępnych wówczas materiałów – głównie drewna, ceramiki lub metalu – a ponieważ i one bywały deficytowe, trzeba było radzić sobie innowacyjnymi metodami. W jednym z prezentowanych w CSW wywiadów pojawia się m.in. opowieść o uzyskiwaniu pożądanej faktury sufitów przy użyciu przyklejanej i malowanej kaszy gryczanej. Warto uzupełnić zwiedzenie tej wystawy wycieczką po prezentowanych obiektach. Przetrwało ich całkiem sporo, chociaż nie wszystkie w oryginalnej formie, ale trzeba przyznać, że toruński powojenny modernizm całkiem nieźle obronił sie przed wszechobecną styropianizacją. Może (na szczęście!) zabrakło pieniędzy na modernizację? Nie przetrwały, niestety, wszystkie wykończenia wnętrz na kampusie UMK, za to z szacunkiem potraktowano układ przestrzenny i istniejącą zabudowę uniwersytetu, dzięki czemu wizyta w miasteczku akademickim przypomina geograficzno-czasowe przeniesienie się do lat 70. w Danii. Warto tam zajrzeć, podobnie jak do hotelu Gromada, gdzie w  restauracji nie tylko zachował się oryginalny wystrój, ale nawet pachnie tam jak w PRL-owskiej stołówce. Prawdziwą perełką do niedawna były wnętrza dworca PKP z sufitem z aluminiowych trójkątów, ale niedawno rozpoczął się tam generalny remont. Sufit podobno ma zostać zdjęty i pozostanie pewnie tylko oryginalny witraż z dworcowego bufetu. Obawiam się, że nie ma szans, aby zachowano przepiękne kamienne okładziny i proste oświetlenie. Szkoda, że wnętrze nie zostanie po prostu odczyszczone, jak Dworzec Centralny w Warszawie, który po liftingu odzyskał dawny blask.

CSW_male

[Pustawy plac przed CSW]

wystawa02_male

[Dekoracje sali kinowej w Łęczycy, proj. F. Michałek]

wystawa03_male

[Fragment wystawy]

sufit01_male

[Sufit na dworcu PKP, przypuszczalnie już zdemontowany (zdjęcie sprzed kilku tygodni)]

Wystawa potrwa do 21 września i bardzo zachęcam do jej obejrzenia. Natomiast następna okazja do uczestniczenia w festiwalu światła nadarzy się dopiero za rok, ale kiedy tylko zostaną ogłoszone terminy kolejnej edycji, polecam zarezerwowanie sobie weekendu na wizytę w Toruniu. Instalacje i projekcie bardzo pozytywnie mnie zaskoczyły. Ze światłem już tak po prostu jest, że większość operujących nim pokazów, od fajerwerków po zmieniające kolory iluminacje, cechuje się ogromnym kiczem, jednak na toruńskim festiwalu kicz został świadomie zastosowany jako stylistyka wprowadzająca w oniryczno-marzycielski nastrój. Ulica Szeroka, główny deptak Torunia, zamieniła się w hybrydę włoskiego pasażu i krakowskich szopek. Eksplozja koloru i włoskie szlagiery stworzyły tak magiczną atmosferę, że spacer koronkowym pasażem stał się powrotem do wesołego miasteczka z okresu dzieciństwa – 10/10 punktów w skali romantyczności. Z kolei projekcja grupy the Macula na monumentalnej  fasadzie Collegium Maximum UMK, z elektroniczną muzyką i kosmicznymi motywami, przypominała czołówkę “Sondy”, ale użyto w niej również moich ulubionych w podobnych projekcjach motywów. Animacja odnosiła się do swojego architektonicznego tła i bawiła jego formą i fakturą. Fasada była dekonstruowana, przekształcana, burzona i deformowana optycznie jak w krzywym zwierciadle. Ogromny budynek, który zachwyca i bez żadnych projekcji, momentami oddychał rytmicznie, żeby za chwilę rozpaść się na kawałki. Na przeciwnym biegunie tej monumentalnej spektakularności znajdowała się kolejna z moich ulubionych instalacji, kameralna i intymna, z wierszami Szymborskiej szeptanymi z głośników przez osoby, których twarze wyświetlono na praniu rozwieszonym nad ulicą.

bella_01_male

[Włoski pasaż czy krakowska szopka?]

bella_02_male

[Zastanawiałam się, co za rozrzutni szaleńcy postanowili skonstruować tę ogromną, koronkową instalację ze stali. Następnego dnia, podczas demontażu, zagadka została rozwiązana: wszystkie elementy są wykonane z drewna]

drewno_male

[Fragment jednej z kameralniejszych instalacji z ciepłą barwą światła i zapachem świeżo ciętego drewna]

Odnośnie tytułu: jeśli hasła „Toruń” i „Bella” kojarzą się komuś z artykułami higienicznymi dla kobiet, potwierdzam, że to słuszne skojarzenie. Toruńskie Zakłady Materiałów Opatrunkowych SA to firma wytwarzająca środki opatrunkowe, ale najbardziej znana jako producent podpasek. Co prawda w materiałach festiwalowych zrezygnowano z charakterystycznego logo, ale pojawiający się między projekcjami spot ze śmiertelnie poważnym Keanu Reevesem reklamującym województwo „kijawsko-pomorskie” i imprezę z marką podpasek w nazwie doprowadzał mnie za każdym razem do ataków śmiechu:)

[fot. Monika Arczyńska]

Embargo

jablko

W rozstrzygniętym na początku czerwca konkursie na Pawilon Polski na Expo 2015 w Mediolanie zwyciężył projekt biura 2pm. Hasło przewodnie wystawy to „Wyżywienie planety, energia dla życia”, więc skojarzenia rolniczo-spożywcze były jak najbardziej na miejscu. Zwycięska koncepcja jest prosta: pawilon to sad jabłoni schowany za ażurowymi ścianami zbudowanymi z drewnianych skrzynek na jabłka. Piotr Musiałowski z 2pm tak przedstawiał pomysł swojego zespołu: Założeniem wyjściowym do projektu […] była eksploatacja skojarzeń najczęściej łączonych z sukcesem gospodarczym polskiego rolnictwa. Analiza tematu dawała jeden możliwy wynik. Polska jako lider produkcji i eksportu jabłek  powinna oprzeć narrację swojej ekspozycji o symbolikę drzewa jabłoni.

Liderem produkcji pozostaniemy, ale po wprowadzeniu dziś przez Rosję embarga na polskie owoce i warzywa eksport staje pod znakiem zapytania. Rosja była dotychczas największym odbiorcą polskich jabłek – co my teraz z nimi zrobimy? Projekt pawilonu niespodziewanie stał się nadzwyczaj ironiczny. Gdyby to była artystyczna, a nie komercyjna impreza, można by te wszystkie skrzynki z elewacji wypełnić jabłkami i pozostawić, aż zgniją. Smród zepsutych owoców i zyliony muszek-owocówek stałyby się barokową ilustracją naszych polityczno-gospodarczych relacji z Rosją. Ale mleko się już rozlało – jabłkowy projekt został wybrany i nie ma od tego odwołania. Ponieważ założeniem Expo jest promocja, promocja i jeszcze raz promocja kraju, będzie świetna okazja, żeby w celach promocyjnych spożytkować te niewysłane na wschód nadzwyżki. Tylko jak? Polscy internauci natychmiast zareagowali na embargo akcją #JedzJabłka na złość Putinowi, sugerując jabłczaną dietę. Może to jest właśnie najlepsze rozwiązanie – zasypmy Mediolan jabłkami! Niech restauracja w pawilonie serwuje kaczkę z jabłkami i szarlotkę. Do picia wyłącznie wino owocowe, cydr, kompot i soki. Expo zawsze jest trochę kiczowate, więc zwiedzający będą mogli zrobić sobie zdjęcia jako Adam i Ewa i zabrać na pamiątkę owoc. Prawdziwe jabłka mogą również być użyte do mitologicznych inscenizacji – sądu Parysa, wyścigu Atalanty czy wykradzenia jabłek z sadu Hesperyd (Pudzian mógłby grać Heraklesa). Dzieci będą bawić się w Wilhelma Tella strzelając z zabawkowych łuków. W nagrodę – zdrowy, bogaty w pektyny owoc. Niech w zaprojektowanym wewnątrz pawilonu sadzie wolontariusze codziennie wieszają tysiące świeżych jabłek. Zaopatrzeni w polskie wiklinowe kosze zwiedzający będą mogli doświadczyć przyjemności samodzielnego zbierania owoców. W sklepiku z pamiątkami dostępne będą ozdobne butelki z octem jabłkowym, jabłka w karmelu lub z wygrawerowanym laserowo imieniem (tak, tak, są już takie cuda). Tylko czy to wszystko wystarczy, żeby zużyć 600 tysięcy ton jabłek, którymi wzgardziła Rosja?

PS Razem z Menthol Architects również brałam udział w tym konkursie. Jabłka chodziły nam po głowie, tym bardziej, że warunki konkursu mocno sugerowały ten motyw. Czuliśmy jednak przez skórę, że opieranie koncepcji na jednym produkcie może się zemścić…

[rys. Monika Arczyńska]

700m2

KRAK
Nie mogę jeszcze zamknąć tematu Biennale – prześladuje mnie przez cały czas. W czwartek wrócił przy okazji wernisażu wystawy Kasi Krakowiak „Pierwszy wstrząs ucieczki”. W skrócie: w ogromnej przestrzeni parteru gdańskiej Zbrojowni, która ma stać się w przyszłości największą powierzchnią ekspozycyjną ASP, zbudowano 700m2 szkieletu z profili do stawiania ścianek gipsowo-kartonowych. Trochę kolaż, trochę labirynt – jest tam i korytarz, i toaleta, i przewód wentylacyjny. Według opisu wystawy: Wyraźnie zaznaczone podziały zawarte w konstrukcji […] posiadają określone i bardzo konkretne wymiary przestrzeni które porządkują znane nam wszystkim pomieszczenia szkół, urzędów, kin, teatrów, biur, tj. korytarze, toalety, windy, schody, klatki schodowe. Gdyby otwarcie odbyło się przed Biennale, ucieszyłabym się pewnie, że w końcu ktoś zwrócił uwagę na te podstawowe elementy przestrzeni. Konkretne aż do bólu modele i diagramy na wystawie Koolhaasa działały jednak wymowniej niż zbudowany w Zbrojowni obiekt. U Koolhaasa są realne, zaprezentowane głównie w historycznym kontekście rozwoju technologii, ale i pokazujące ich znaczenie dla polityki, higieny czy bezpieczeństwa. W Zbrojowni te same komponenty zaznaczone są tylko geometrycznie w przestrzeni, lecz na tyle dosłownie odzwierciedlają rzeczywiste, regulowane przepisami wielkości, że łatwo odgadnąć ich funkcję. Tym bardziej, że zwiedzający zostali zaopatrzeni w mapkę wyjaśniającą, jakimi elementami architektonicznymi zostały zainspirowane poszczególne części. Znów, podobnie jak na Biennale, okazało się, w jak odmienny sposób postrzegają przestrzeń, a zwłaszcza zdefiniowaną architektonicznie przestrzeń, praktykujący architekci i artyści. Podkreślam, że „praktykujący”, bo doświadczenie określania przestrzeni najpierw wyłącznie geometrycznie, w szkicach, makietach czy komputerowych modelach, a później przekładanie tej koncepcji na język materii, zmienia zupełnie percepcję przestrzeni i to w czterech wymiarach. Jeśli komuś się wydaje, że chodząc po podobnych szkieletach na budowie skupiamy się wyłącznie na zgodności z projektem i jakości wykonawstwa, zapewniam, że tak nie jest. Nas też fascynuje zapełniająca się lub uwalniająca pustka, ubieranie budynku w kolejne warstwy (i materialne, i znaczeniowe) czy percepcja skali, która zwłaszcza podczas budowy zmienia się szczególnie dynamicznie. Dlatego pewnie każdy odwiedzający te wystawę architekt odczuje duży niedosyt, bo z pytaniami, które nasuwają się podczas oglądania obiektu w Zbrojowni, spotyka się wiele razy podczas procesu projektowania i realizacji.

Szkielet na wystawie jest zbudowany z tak cienkich profili, że można je odebrać jak linie trójwymiarowego modelu, na którym pracujemy w początkowej fazie. Model ostatecznie przekłada się na pełną, materialną formę, ale percepcja jej wielkości i geometrii zmienia się wiele razy. Najpierw, wypełniona konstrukcją szalunków i rusztowań, wydaje się absurdalnie ciasna. Niewykończona – mniejsza od zaplanowanej. Chyba każdy architekt, zwłaszcza podczas pierwszych w zawodowym życiu wizyt na budowie, zna uczucie paniki, że zaprojektowane przestrzenie są zbyt ciasne. Ale to tylko wrażenie, jakie sprawiają niewykończone powierzchnie określające wnętrze – swoimi nierównościami zabierają wizualnie sporo miejsca i pochłaniają światło, zamiast je odbijać. Niesamowity jest moment ich wykończenia, kiedy przestrzenie budynków wydają się największe. Brakuje umeblowania i użytkowników, więc dźwięk jest jeszcze słabo pochłaniany, odbijając się od ścian, posadzek i sufitów. Idealna surowość oddziałuje na zmysły mocniej niż użytkowany obiekt. Takie zjawisko miało miejsce m.in. w berlińskim Muzeum Żydowskim projektu Libeskinda. Po wypełnieniu obiektu setkami drobnych artefaktów budynek stracił pierwotną siłę symbolicznego w swojej pustce monumentu. Dobrze, że można było go zwiedzać przed zainstalowaniem wystawy, bo umeblowanie to nadanie budynkowi tylu nowych znaczeń, że niemożliwa jest niezakłócona percepcja samej geometrii. Nieumeblowany szkielet w Zbrojowni pokazuje właśnie to czyste zdefiniowanie przestrzeni, zaskakując jednocześnie skalą – to naprawdę aż 700m2?

Dlatego, koledzy architekci, zamiast oglądać wystawę, równie dobrze następnym razem na budowie możecie bardziej refleksyjnie popatrzeć na projektowane przez siebie przestrzenie. Albo skoczyć na Biennale, żeby zobaczyć, jak z podobnym zagadnieniem zmierzył się Koolhaas.

[fot. Monika Arczyńska]

Piątek wyprzedził mnie w środę

cover
Pięknie. Zamiast natychmiast wyprodukować kolejne posty o Biennale postanowiłam nieco odpocząć od tematu, a w międzyczasie Grzesiek Piątek opublikował swój artykuł w środowej Wyborczej. Chociaż nie zawsze zgadzam się z nim w różnych sprawach, tym razem większość naszych spostrzeżeń się pokrywa, zwłaszcza w kwestii pawilonów narodowych. Pokrywa się także bardzo Top 10 Guardiana z moją prywatną pierwszą dziesiątką. Może akurat japoński pawilon nie powalił mnie na kolana, ale większość z wymienionych owszem – zwłaszcza brytyjski, izraelski i belgijski. Zapraszam więc do przeczytania artykułów w Wyborczej i Guardianie, a poniżej umieszczę kilka dodatkowych, subiektywnych uwag.

Większość pawilonów narodowych wydawała się dość przewidywalna. Chociaż temat „Absorbing Modernity 1914-2014” mógł zostać zinterpretowany na tysiąc sposobów, dominowało kilka głównych strategii. Na pierwszy plan wybijały się twarde dane ułożone w katalogi lub osie czasu. Przedstawiały ewolucję modernistycznej architektury i tworzenie nowych tożsamości narodowych w projektowaniu. Zestawienie przykładów z całego świata wyraźnie pokazało, jak absurdalne wydaje się jednak mówienie o odrębnych tożsamościach, gdy styl międzynarodowy i ogólnie pojmowana „nowoczesność” przybierały wszędzie niemal identyczny wyraz. Niewielu kuratorów zdecydowało się na wystawy monograficzne, które w związku z tym wyróżniały się na tle przedstawień katalogowych (np. Bakema w pawilonie holenderskim). Do monograficznych należałoby w sumie zaliczyć również pawilon polski i niemiecki, bo oba pokazywały replikę pojedynczego budynku symbolizującego konkretny kontekst historyczno-polityczny. Niemiecki – replika rezydencji kanclerza z Bonn – to mocne uderzenie. Zbudowano ją we wnętrzu niemieckiego pawilonu, przebudowanego w latach 30. w mocno faszystowskim stylu. Chyba po raz pierwszy ten aspekt jego architektury tak mocno wybił się na pierwszy plan i po raz pierwszy potraktowano go jako wyrażenie pewnych politycznych idei. Kontrast pomiędzy tą „konotacyjną skorupą” a zawartością – transparentnym, pełnym lekkich przeszkleń, przepełnionym światłem bungalowem – potwierdzał, dlaczego właśnie modernizm stał się symbolem nowego politycznego powiewu i demokracji. Polskiego pawilonu nieco się obawiałam, bo chociaż sama koncepcja bardzo do mnie przemawiała, miałam wrażenie, że będzie zupełnie nieczytelna dla obcokrajowców. Piłsudski? Szyszko-Bohusz? Czy ktokolwiek poza Polakami ma o tym jakiekolwiek pojęcie? Okazało się jednak, że krótki opis wystarczył, żeby zrozumieć ten kontekst i westchnąć „Ach, ta skomplikowana historia XX wieku”. Żałuję jednak, że Polska, podobnie jak większość krajów byłego bloku wschodniego, skupiła się na swojej pełnej blizn przeszłości, zamiast krytycznie spojrzeć na teraźniejszość, odważnie w przyszłość, a przede wszystkim poza płot własnego podwórka. Może to nasz wschodnioeuropejski kompleks, a może jeszcze niezakończony proces godzenia się z naszą poharataną tożsamością. Nie umiemy wyjść do świata z tym, co mamy do powiedzenia o współczesności, a nagrodzona w 2008 wystawa Piątka i Trybusia była jednym z niewielu wyjątków. To zresztą najczęstszy zarzut zachodniego środowiska akademickiego wobec naszych badań, które w najlepszym wypadku mają porównawczy charakter i zawsze, ale to zawsze, odnoszą się do Polski i jej problemów (bo przecież nie rozwiązań problemów – kompleks polski nie przewiduje happy endów). Smutno potwierdziło to otwarcie polskiego pawilonu, na którym można było spotkać te same twarze co zawsze i małą, w porównaniu z otwarciami innych pawilonów grupę, w której spoza Polski przeważali ściągnięci towarzysko znajomi.

niemcy
[Modernistyczna transparentność w pawilonie Niemiec]
polska
[Polski pawilon zaraz po otwarciu]

Łotwa, świadomie przyznając się do podobnego kompleksu, zdecydowała się na ogłoszenie dość typowego dla naszej części Europy problemu. Wystawa („Unwritten”) prezentuje nie tyle samą modernistyczną architekturę, co problem jej ochrony. Sytuacja na Łotwie wygląda gorzej niż w Polsce – nawet najbardziej wartościowe powojenne obiekty nie są objęte żadną formą ochrony. Wołanie o pomoc i wsparcie w walce o zachowanie powojennego dziedzictwa na forum Biennale to szansa na krytyczny głos zza granicy ze strony środowiska, którego pozycja i prestiż być może zdziała więcej niż protesty lokalnych obrońców. Wystawa inicjuje również proces tworzenia bazy danych o wartościowych obiektach. Z kolei czescy kuratorzy skupili się na innym elemencie powojennego budownictwa – blokowiskach. Na szczęście bez kompleksów i z dystansem, dzięki czemu zamiast przekazu „Chcielibyśmy u nas zrobić to, co zrobiono we wschodnich Niemczech, ale nam nie idzie”, pokazano inwentaryzację czeskich blokowisk (skala powala!) uzupełnioną o grafiki wyjaśniające różne sposoby segregacji lub integracji funkcji w mieście.

slowenia
[Łotewskie wołanie o pomoc…]
czechy
[…i blokowiska w czeskim pawilonie]

Na brytyjską wystawę czekałam szczególnie niecierpliwie, bo do Crimsonów, holenderskiej grupy historyków architektury, od lat pałam ogromną miłością. Znaleźli receptę na to, jak pisać o historii architektury w taki sposób, w jaki holenderscy architekci robią architekturę (a Erwin Olaf fotografię, o czym pisałam tu). Nie dość, że piszą genialne książki, to na dodatek na poprzedim Biennale pokazali jedną z najlepszych, moim zdaniem, wystaw o powojennych miastach, w których górnolotne hasła przyświecające ich powstaniu obróciły się w komercyjną parodię. W tej edycji współtworzyli z FAT Architects projekt wystawy w pawilonie UK i chwała Brytyjczykom za to, że posłuchali sugestii Koolhaasa i zdecydowali się na współpracę międzynarodową. W sumie nie zaprezentowano tam nic odkrywczego, bo zestawienie planistycznych ideałów z początku XX wieku z powojennymi, ale główne założenia nawiązują do wystawy z poprzedniej edycji. Okazało się nagle, że osadzone w wiktoriańskiej jeszcze rzeczywistości koncepcje nie różnią się zbytnio od powojennych. Nawet reklamujące je grafiki są niekiedy nie do odróżnienia. Tam jednak, gdzie kończyły się idylliczne krajobrazy terenów rekreacyjnych, zaczynały się kontrasty między przedwojennymi domami a brutalizmem powojennych osiedli socjalnych. Kontrasty te udowodniły fiasko planowania polegającego na decydowaniu za mieszkańców o tym, jak ma działać ich raj na ziemi. Połączenie na wystawie poezji Blake’a z Thatcherowską twardą ręką, utopijnym Howardowskim miastem-ogrodem i brutalnością „Mechanicznej pomarańczy” zadziałało piorunująco.

uk
[Love Crimson:)]

Zaskoczyło mnie, ale też bardzo ucieszyło, że pawilon belgijski został wymieniony i na liście Guardiana, i u Piątka. Miałam wrażenie, że pozostanie całkiem niezauważony. Ani nie był wizualnie spektakularny, ani nie analizował dogłębnie żadnego problemu, ani nie opierał się na żadnych wielkich badaniach. Grzesiek zobaczył tam krytyczny głos podsumowujący obsesję standaryzacji, a Guardian skwitował go jako „Pawson does Ikea”, ale raczej z uwagi na minimalistyczną stylistykę pawilonu wypełnionego po kątach typowym mieszkaniowym umeblowaniem. Dla mnie w białych salach krążyły echa Christophera Alexandra i antropologicznego, a nie architektonicznego rozumienia kwestii zamieszkania – symboliczne zawłaszczanie, oddzielanie, wyłączanie czy aktywizowanie niewielkiej przestrzeni. Zadumałam się nad wciśniętą w kąt rośliną doniczkową, która w zależności od kontekstu potrafi rekompensować brak ogrodu, rozdzielać w pokoju strefy o różnym przeznaczeniu czy stanowić uspokajające zielone tło. Gdyby to był polski pawilon, pewnie wylądowałaby tam podwieszona pod sufitem peerelowska paprotka. Te elementy w białej, prostej przestrzeni pawilonu, odłączone od swojego ciasnego domowego kontekstu, nabrały ogromnej siły wyrazu. Nadały ludzki wymiar i znaczenie wykraczające daleko poza fizyczne i użytkowe cechy podstawowych komponentów z Koolhaasowskiej wystawy „Elements of Architecture”. Również niewielka słoweńska wystawa stanowiła ich uzupełnienie („The Problem of Space Travel – Supre:Architecture”). Koncentrowała się na architekturze podróży kosmicznych i do Koolhaasowskiego katalogu dodała m.in. śluzę w statkach i promach kosmicznych. Sugerowała, że problem nieważkości stanowi nowe, ale jak najbardziej poważne zagadnienie projektowe związane z użytkowaniem przestrzeni. Wystawa była bardzo mocno formalnie przegadana, chociaż można to było potraktować jak odwołanie do ciasnych i przeładowanych sprzętem wnętrz statków kosmicznych. Nawet jeśli temat wynikał z czyjegoś zapatrzenia na Sandrę Bullock zasuwającą przez śluzy w „Grawitacji”, ta niewielka wystawa potwierdza, że Koolhaasowska lista nie jest pełna.

belgia_pawson
[Minimalistyczny belgijski pawilon…]
???????????????????????????????
[…z odpowiednikiem naszych paprotek]

Nie rozczarowały mnie dwa pawilony, co do których zawsze mam największe oczekiwania, bo za każdym razem zaskakują mnie czymś świeżym lub niestandardowym – izraelski i rosyjski. Izrael („The Urburb”) pokazał powojenne plany rozwoju sieci osadniczej, które miały na celu rozprzestrzenienie obywateli na obszarze całego kraju. Skończyło się niemożliwym do opanowania sprawlem – to kolejna wystawa potwierdzająca, że odgórne polityczne założenia mają tendencje do okrutnych deformacji. Sposób prezentacji tej historii trafił w samo sedno – plany w różnych skalach były rysowane ploterami na rozsypanym na podłodze piasku, a następnie ścierane. Jak zamki na piasku, które potrafi zniszczyć byle fala albo utopijne miasta realizowane na pustyni. Z kolei Rosjanie mają zdolność i – biorąc pod uwagę polityczny klimat – odwagę mówić o swoich problemach w tak cyniczny sposób, że czasem zastanawiam się, czy kuratorzy po powrocie z Wenecji nie lądują w łagrach. Tym razem nie było aż tak odważnie, ale jak najbardziej ironicznie. Przyjęto stylistykę targów, na których reklamowano XX-wieczne rosyjskie architektoniczne idee i zasoby. Np. Narkomfin – symbol kolektywistycznego sposobu życia jako idealne miejsce do co-housingu albo dacze jako dodatkowa przestrzeń do składowania. Nie zabrakło blokowisk jako zabudowy mieszkaniowej, która łatwo poddaje się recyklingowi i można łatwo sobie wyobrazić, jak wyglądałaby polska wersja tego pawilonu.

izrael
[Zamki na piasku Izraela]
rosja
[Targi w pawilonie rosyjskim]
rosja_2
[Stoisko oferujące mieszkania w prefabrykowanych blokach]

Ta subiektywna lista wygląda nieco jak relacja z konkursu Eurowizji. Sugeruje to zarówno obecność Izraela w tym zdominowanym przez Europę zestawieniu, jak i śledzenie, jak w rankingach radzi sobie własny kraj. Podobnie jak w Eurowizji w wystawach narodowych na Biennale istnieją różne strategie na zostanie zauważonym wśród pozostałych pawilonów. Dobrze działa zaprzeczenie oczekiwaniom (taką metodę wybrała Rosja z przeładowaną, rozbuchaną wystawą kontrastującą z kojarzoną z Koolhaasem formalną wstrzemięźliwością) albo podążanie za nimi (stąd dużo tanich materiałów, twardych danych, ale i lekkie przymrużenie oka). Może plastikowe marmury w polskim pawilonie albo hostessy w rosyjskim są odległe od Donatana i Cleo, ale balansują na granicy ironii i powagi. Chociaż być może tę ironię widzę tylko ja – ktoś zażartował, że do patosu na otwarciu polskiej wystawy brakowało jeszcze tylko chryzantem. Ale nieważne, kto wygrał Złotego Lwa. Ważne, kto został najlepiej zapamiętany.

[Fot. Monika Arczyńska]

Wenecja mniej serio

IMG_7403_small

Ponieważ nie wszyscy czytelnicy bloga są architektami, pozwolę sobie na poprzetykanie poważnych relacji z Biennale luźniejszymi spostrzeżeniami. Dziś m.in. o zapachach Wenecji w czerwcu i dress codzie architektów oraz więcej niż zwykle zdjęć.

Wydłużenie czasu trwania Biennale, które przesunęło otwarcie na czerwiec, okazało się genialnym pomysłem. Wenecja pachniała kwitnącymi lipami i jaśminem. Dotychczasowe sierpniowe previews wypadały na okres nieznośnych upałów, więc przemiło było teraz popijać prosecco głównie dla przyjemności, a nie ochłody. A ponieważ prosecco jest serwowane na praktycznie każdym otwarciu pawilonów, a otwarcia odbywają się mniej więcej co pół godziny, łatwo sobie wyobrazić, jaka rozluźniona atmosfera panuje mniej więcej od południa. Starchitekci przemykali dość wstydliwie, bo w końcu sugestia, że ta impreza nie jest dla nich, była dość bezpośrednio wyrażona. Zaha podobno się pojawiła i słyszałam dość złośliwą plotkę o jej sposobie podróżowania po Wenecji, ale przez grzeczność nie będę jej rozpowszechniać. Za to Koolhaas był po prostu wszędzie. Wpadliśmy na niego od razu pierwszego dnia przed wejściem na wystawę, w kawiarni przy Arsenale. Potem pojawiał się na spotkaniach, wywiadach, konferencjach. Przypomina coraz bardziej Nosferatu, ale pasuje mu to idealnie. Gdybym była siedemdziesięcioletnim panem, mogłabym tak wyglądać.

Przez kilka dni przez oficjalnym otwarciem architekci dosłownie opanowują Wenecję – w ciągu dnia zasuwają między Giardini, Arsenale i innymi lokalizacjami wystaw, a wieczorami obsiadają knajpy. Pierwszego dnia można jeszcze mieć pewne wątpliwości, kto jest turystą, a kto uczestnikiem Biennale, ale sprawa szybko się wyjaśnia dzięki stałemu atrybutowi architektów – płóciennej torbie wypełnionej katalogami i ulotkami (torby to najpopularniejszy z rozdawanych gadżetów). W tym tłumie znajduje się nieproporcjonalnie wysoki odsetek nieprzyzwoicie pięknych ludzi. Nie wiem, na czym to polega, ale ta grupa zawodowa jest bardziej atrakcyjna od innych (oczywiście pomijając modelki i pływaków). Ci mniej lub bardziej piękni ludzie najczęściej ubrani są według jednego z następujących schematów:

1. Na czarno lub czarno-biało.Na stereotypowe czarne golfy nawet w czerwcu jest za ciepło, ale T-shirty i koszule rządzą. Mile widziane są geometryczne wzory – im bardziej wyraziste, tym lepiej.

2. Ostre kolory (przeważał pomarańczowy, różowy i zielony).

Preferowany jest styl casual lub smart casual – nie wypada odstrzelić się za bardzo. Dżinsy są jak najbardziej akceptowalne, za to garnitury najczęściej demaskują sponsorów (lub architektów zaproszonych przez sponsorów). Eleganckie kiecki, jeśli się już pojawiają, to zwykle na Włoszkach w wieku przynajmniej podwójnie balzakowskim. Wygodne buty to podstawa. Po wystawach się praktycznie biega, więc trampki są jak najbardziej na miejscu. Zauważyłam może trzy pary szpilek – na Biennale nosi się płaskie buty i już. Okulary przeciwsłoneczne, mimo że wskazane w ostrym słońcu, rzadko lądują na nosach. Można w nich zbyt łatwo stać się nierozpoznawalnym, a przecież o to chodzi, żeby poczuć się częścią wielkiego architektonicznego świata i rozsyłać „hi” i „ciao” znajomym twarzom dookoła.

Nie będę zaprzeczać: ja też poddałam się tym wszystkim niepisanym regułom – w końcu poczucie przynależości to jedna z najważniejszych ludzkich potrzeb:) Jednego dnia założyłam wściekle niebieską kieckę, a drugiego dołączyłam do czarno-białych. Szpilki zostawiłam w szafie, a okularów przeciwsłonecznych nawet nie mam. O ilości skonsumowanego prosecco chyba nie wypada mi publicznie pisać. Na znajomych – dawnych współpracowników i przyjaciół z Erasmusa czy warsztatów – trafiałam non stop, a ostatniego dnia przypadkiem wpadłam na szefową i szefa, którzy przyjechali na otwarcie. Ale jedna rzecz zaintrygowała mnie naprawdę mocno: we wszystkich tych spotkaniach i rozmowach przewijało się jedno miasto. A to czyjaś firma ma zakładać tam oddział, a to szykuje się nowy projekt, a to ktoś się tam właśnie się przeprowadza. To miasto to Moskwa – na sześć liter. Czy to jakiś znak?

IMG_7233_small
Czerń, biel, geometryczny wzór, ostre kolory i płócienne torby.

IMG_7592_small
Gwiazdy promujące nowe projekty w Moskwie: Kristin Feireiss po lewej i Charles Renfro w szarościach; pan w niebieskim to Siergiej Kuzniecow – architekt miejski Moskwy.
BIG_small
Bjarke Ingels z BIG nie jest wcale BIG…
IMG_7372_small
…za to Sam Jacobs z FAT Architects jest nieco FAT.
IMG_7606_small
Obstawiam, że takimi łodziami przypłynęli sponsorzy. Jak na złość na ich tle zacumowała śmieciarka nosząca moje imię.
IMG_6986_small
Ja chcę taki dywan z rzymskim planem Nolliego!!!
IMG_7680_male
Tyle żartów. Kolejna relacja będzie już na serio:)

[fot. Monika Arczyńska]

Puszczanie oka i prztyczek w nos

Baner - small

Na to Biennale wszyscy czekali wyjątkowo niecierpliwie. Po Koolhaasie, głównym kuratorze obecnej edycji, można spodziewać się wszystkiego, a wyjątkowość tegorocznej wystawy była równie przewidywalna jak wyjątkowość jego budynków. Zmienił się schemat Biennale – zamiast jednego, zwykle bardzo wieloznacznego i ogólnego tematu, który kuratorzy interpretowali bardzo swobodnie, precyzyjnie zdefiniowano oddzielne dla każdej z wystaw tematy pod wspólnym hasłem „Fundamentals”. Wystawa główna Koolhaasa, „Elements of Architecture”, dotyczyła genezy i rozwoju komponentów obiektów architektonicznych. W głównej przestrzeni Arsenale skoncentrowano się na gospodarzu wydarzenia („Monditalia”), a kuratorzy pawilonów narodowych zostali poproszeni o odniesienie się do modernizmu i wskazanie, jak wpłynął na wykształcenie się architektury narodowej w ostatnim stuleciu („Absorbing Modernity 1914-2014”). Cała wystawa stanowi kolaż (to słowo pojawiało się wiele razy w różnych kontekstach) spostrzeżeń i interpretacji, które prowokują do stawiania pytań, jednak nie dają żadnych konkretnych odpowiedzi. W ostrym kontraście względem poprzedniej edycji Koolhaasowskie Biennale okazało się niejednoznaczne, ale momentami również boleśnie surowe, pozbawione taniej spektakularności, poklepywania się po plecach i eksploatacji modnych tematów. Dominujące dwa lata temu hasła „partycypacja”, „recykling” czy „smart” prawie się nie pojawiały. Udało się w końcu przekłuć napompowany do granic możliwości balon aspiracji i ambicji architektów próbujących wynosić swoje projekty do poziomu dzieł sztuki. Tym razem przeważał historyczny kontekst, twarda technologia, racjonalność i kompromisy wynikające z polityczno-ekonomicznych uwarunkowań.

Z previews nikt nie wrócił obojętny – tegoroczną wystawę można było albo pokochać, albo znienawidzić, albo mieć w głowie kompletny mętlik. Jeszcze nigdy nie wyjeżdżałam z Wenecji z takimi wątpliwościami i z taką potrzebą przedyskutowania tego, co zobaczyłam. Poniedziałkowe spotkanie w IKM, na które wpadliśmy prosto z podróży, idealnie wypełniło tę potrzebę. Na prezentacji pojawiła się Kasia Krakowiak, również ze spostrzeżeniami „na świeżo”, ale reprezentując punkt widzenia artystki współpracującej z architektami, a nie architekta. Podczas dyskusji potwierdziła się istotna kwestia: już dawno na Biennale nie było tak wyraźnego rozdżwięku pomiędzy reakcjami środowiska architektów-praktyków a teoretyków, researcherów i krytyków. Zarówno w pierwszych wypowiedziach uczestników previews, jak i w komentarzach do prasowych relacji z wystawy słychać, że praktycy, zwłaszcza grupa wykonująca typowe komercyjne zlecenia, poczuli się urażeni upraszczającym potraktowanem ich profesji. Przegląd podstawowych komponentów budynku – schodów, ramp, balkonów – tym, którzy zajmują się nimi na co dzień, przypominał oglądanie podręcznika Neuferta. Z kolei tych, którzy nie mieli okazji znudzić się prozaicznością prawa budowlanego i systemów budowlanych, przegląd ten zafascynował jako podróż przez historię architektury i relacji projektant-mecenas-użytkownik. Ego cierpi, gdy architektura wydaje się sprowadzona do klamek i sufitów. „Wydaje się”, bo Koolhaasowska wystawa sięga głębiej niż w tworzenie katalogów lub muzealnej kolekcji. Pokazała, jak technologia i nowoczesne regulacje determinują formę i organizację obiektów architektonicznych. Każdy z nich składa się z ograniczonej liczby bazowych komponentów, które zmieniają się nieznacznie, gdy nowe standardy i technologie ulegają rozpowszechnieniu. Gdzie w tym procesie znajduje się architekt? Jest automatem ustawiającym te komponenty w zoptymalizowanych konfiguracjach? Zażenowanie nieznacznie rekompensuje kolaż Davide Rappa, zmontowany z fragmentów filmów – od klasyki po horrory klasy B – w których detale i gesty takie jak pukanie do drzwi czy owteiranie okna stają się pierwszoplanowe. Nawet najbanalniejsza architektura i jej najbardziej fundamentalne elementy stanowią scenografię dla wszystkich życiowych aktywności. Ale to znów tylko pozorny powód do dumy dla stęsknionych docenienia projektantów, bo porażająca prozaiczność i powtarzalność tych czynności nie ma nic wspólnego ani z prestiżem, ani z kreatywnością. To kolejne ironiczne puszczanie oka i prztyczek w nos od Koolhaasa. Coś równie niepokojącego i groteskowego można było odczuć w jego rozmowie z Tony’m Fadellem, jednym z „ojców iPoda”. Zamiast typowego dla podobnych dyskusji powtarzania wyświechtanych haseł, skoncentrowano się na… termostatach. Kolejny banał? Nie, jeśli pomyśli się o nich w kontekście urządzenia, które może zrewolucjonizować sposoby oszczędzania energii, jednak kosztem utraty prywatności użytkowników, których nawyki należy przeanalizować, aby ustalić najbardziej wydajny program. Czy to już bardziej świat google’a i apple’a niż Neuferta?

Rozmowa - small

[Rem Koolhaas i Tony Fadell (jeden z ojców iPoda) w rozmowie o termostatach]

sufit_small

[Sekcja sufitowa: kopuła kontra instalacje nad sufitem podwieszanym]

Winda - small

[Windy w górę i w dół – od klatki, dzięki której w 2010 roku udało się uratować uwięzionych 700m pod ziemią chilijskich górników (na zdjęciu) po prototyp windy poruszającej się w pionie i w poziomie]

Ponieważ tegoroczne Biennale miało dotyczyć architektury, zamiast stanowić kolejną edycję promocji architektów, wykluczono z udziału „wielkie nazwiska”, jednak paradoksalnie duch ekskluzywności i uprzywilejowania przewijał się wszędzie. Zaproszono do współpracy akademików oraz studentów (nie tylko w wystawach głównych, ale także w przypadku pawilonów narodowych, m.in. w szwajcarskiej wystawie zaangażowano studentów ETH, a w rosyjskim – Striełki). Pomimo długiej listy współpracujących uczelni, głównymi częściami wystawy zajmowali się studenci z kuźni „starchitektów” – Harvard GSD (Elements of Architecture) czy AA (zbudowana z laminowanego drewna replika Corbusierowskiego Dom-ino). Wystawa elementów architektury sugerowała, że każdy proces myślenia o schodach, balkonach czy dachach może czy nawet powinien odnosić się do historycznego kontekstu. We współczesnym mało komfortowym, bo pospiesznym i ograniczonym budżetem i regulacjami procesie projektowym, na zastanowienie nad genezą i znaczeniem tych elementów mogą pozwolić sobie wyłącznie najbardziej uprzywilejowani projektanci. Najbardziej uprzywilejowani są jednak właśnie starchitekci z uwagi na dostęp do zamożnych publicznych klientów, ogromne budżety i sztab kreatywnych pracowników. Koło jednak się zamyka, bo paradoksalnie to oni właśnie są najbardziej ograniczeni wypracowaną przez lata marką i oczekiwaną od nich stylistyką lub podejściem do projektowania. Fantastyczny komentarz do tej ironicznej sytuacji stanowi wystawa w pawilonie Venezia, gdzie sto przeniesionych na szkło rysunków Libeskinda opatrzono prześmiewczym „Przepisem na pawilon” z wyliczeniem ilości użytych materiałów. Nawet Koolhaas – starchitekt pozornie odżegnujący się od starchitektów – poprowadził Biennale w typowo Koolhaasowski sposób. Tylko on mógł pozwolić sobie na tak pozornie banalny i konserwatywny temat. Jednocześnie tylko jemu można wybaczyć ciągłe mówienie o tych samych sprawach – na przykład wpływ technologicznych wynalazków na sposób projektowania użytkowania i projektowania przestrzeni oraz stworzenie nowych typologii budynków (ach, jak Holendrzy uwielbiają słowo „typologia”). Te motywy pojawiają się w jego publikacjach już od czasów „Delirious New York”, z windą jako jedną z głównych bohaterek historii drapaczy chmur. Przewidywalna była również surowość wystawy. Typowe dla projektów Koolhaasa tanie, zwyczajne materiały używane w najbardziej prestiżowych lokalizacjach, to również świadomie stosowana charakterystyczna stylistyka. Powtórzono ją również – dość prowokacyjnie – na wystawie, która wygląda miejscami jak szkolna gablotka, gazetka ścienna lub ekspozycja materiałów budowlanych w Castoramie. Opisy są niedbale napisane na samoprzylepnej taśmie, do ścian przymocowano wycinki prasowe i wydruki. Odnoszę wrażenie, że podążając za tą stylistyką, Koolhaas znów puszcza oko mówiąc: „Zobaczcie, nie zaprosiłem nikogo ze starchitektów, chociaż sam nie uciekam od tego, czego oczekuje się ode mnie – starchitekta”. Jego konsekwentne poruszanie się pod prąd w świecie wielkiej architektury również może być odczytywane jako poddanie ustalonemu wizerunkowi. Panie Koolhaas, strasznie Pan namącił tą płynną granicą w naszej płynnej nowoczesności.

elementy - small

[Wejście do wystawy „Elements of Architecture” w Giardini]

Domino - small

[Model Corbusierowskiego Dom-ino w skali 1:1]

Libeskind - small

[Przepis na pawilon czyli co się składa na instalację Libeskinda]

Zaskoczyło mnie, jak niewiele w powyższym kontekście pojawiło się architektury wernakularnej, tworzonej bez udziału architektów (ten temat przewrotnie podjęto m.in. w pawilonie kanadyjskim, gdzie zostały zaprezentowane przykłady i propozycje architektonicznych ingerencji na obszarach zamieszkanych przez społeczności Inuitów). Pokazano również niewiele prac architektów balansujących na krawędzi artystyczno-rzemieślniczego podejścia do procesu projektowego, ale może Zumthor czy O’Donnell + Tuomey klasyfikują się za bardzo jako gwiazdy. A może właśnie ich nieobecność wskazuje jeden z możliwych, choć niszowych, kierunków dalszego myślenia o architekturze. Jeśli jednak Biennale ma wyznaczać kierunek na przyszłość, to czy jego pozorna wizualna nieaktrakcyjność będzie wystarczająco kusząca, aby zachęcić do dyskusji szersze grono, niż obecna na otwarciu grupa krytyków i akademików? Ich środowisko jest równie hermetyczne i elitarne, jak odsunięci od udziału starchitekci, jednak architekturę ostatecznie będzie tworzyć zupełnie inna grupa, mówiąca innym językiem i poruszająca się w innych realiach rynkowych. Siła tegorocznego Biennale nie polega na tym, że każdy znajdzie w nim coś dla siebie. Wręcz przeciwnie – to właśnie ogarniające odbiorców wątpliwości i skrajność opinii sprawiają, że to wyjątkowa wystawa. Nie tylko nie zapewnia gotowych odpowiedzi, ale i nie zadaje jednoznacznych pytań. Przynosi za to nowy sposób patrzenia na aspekty społeczne i polityczne architektury poprzez jej materialność. Pokazuje arsenał fundamentalnych elementów, jakimi może operować architekt i na każdy z nich patrzy indywidualnie przez pryzmat ich genezy, fabrykacji, technologicznego zaawansowania i społecznego znaczenia. Podobnie, jak otwarte pozostaje zestawienie poruszanych zagadnień, podobnie otwarta jest kompozycja samej wystawy, podzielonej na tematyczne części, ale już w ich obrębie stanowiącej kolaż zagadnień niepoukładanych w żadnym dominującym porządku. Formuła wystaw, kolażu bez żadnego zakończenia, odnosi się do zacierania granic między nowoczesnością a ponowoczesnością, nostalgią a futuryzmem. W kontekście ostatniego stulecia – relacji społecznych, uwarunkowań gospodarczych, przyrodniczych i wojennych kataklizmów, kolonializmie i globalizacji – narracje są pourywane, historie powtarzają się, a rozsypane w czasie i przestrzeni zdarzenia trudno zintegrować.

„Fuck the context” . Możemy co najwyżej dodawać kolejne elementy do kolażu.

[fot. Monika Arczyńska/Łukasz Pancewicz]

Biennale

VENICE BIENNALE 2012 359

Już jutro wyjeżdżam do Wenecji (mam tylko nadzieję, że paraliż komunikacyjny Warszawy związany z obchodami 25-lecia wolnych wyborów pozwoli mi dotrzeć na lotnisko).  Przeglądam właśnie program i oprócz oficjalnej części zapowiada się tyle towarzyszących wystaw i imprez, że jeszcze zupełnie nie wiem, co wybrać. Pewnie skończy się jak zwykle – spontanicznie i bez szczegółowego planowania, bo w ciągu dwóch dni i tak nie da się dokładnie obejrzeć wszystkiego. Tym bardziej, że podczas „przedpremierowych” dni oprócz samej wystawy odbywają się spotkania z kuratorami, prelekcje i seminaria. Wspomaganie w postaci kilku- lub kilkunastu espresso dziennie jest niezbędne, aby przyswoić taką dawkę informacji i wrażeń. Będę robić setki zdjęć, żeby móc później wrócić do poszczególnych części wystawy.

Większą relację na blogu zapowiadam najwcześniej w połowie przyszłego tygodnia. Za to już w poniedziałek (9 czerwca) o 19:00 zapraszam na świeże sprawozdanie w Instytucie Kultury Miejskiej w Gdańsku.

[fot. Monika Arczyńska]

Klęska urodzaju

invite

Architekci zawsze się spieszą, zarywają noce i nie mają na nic czasu. To najbardziej zapracowana grupa zawodowa i już. Nawet, gdy akurat zdarzy się posucha w zleceniach, nie wypada się do tego przyznawać i najlepiej jak najszybciej znaleźć sobie jak najwięcej architektonicznych lub okołoarchitektonicznych zajęć, które szczelnie wypełnią grafik.Tak właśnie zrobiłam, kiedy kilka tygodni temu zaczęłam urlop w oczekiwaniu na kolejny projekt i… grafik właśnie pękł w szwach.

Na początku urlopu udało mi się nawet odpocząć po oddaniu poprzedniego projektu i porządnie ponadrabiać zaległości towarzyskie. Ale to, co zaczęło się dziać w tym tygodniu, to już prawdziwa klęska urodzaju. Wszystko odbywa się jednocześnie. Tydzień zaczął się od klejenia makiety gdańskiej kamieniczki z siedmiolatkami ze szkoły, do której chodzi córka przyjaciółki. Obiecałam już dawno, że podziałam na dzieciaki autorytetem poważnej pani architekt (nawet specjalnie miałam ubrać się na czarno) i termin, jak na złość, wypadł akurat teraz. Poza tym robimy duży konkurs z Menthol Architects, więc nie dosypiam. Oddanie w przyszłym tygodniu – proszę o trzymanie kciuków. Musiałam szybko skończyć dawno zamówiony przez Architekturę-Murator tekst. Na obu uczelniach, na których prowadzę zajęcia, zrobiło się ostatnio wyjątkowo intensywnie – przeprowadzałam właśnie pierwszy w życiu egzamin. Pewien instytut badawczy zgłosił się z propozycją współpracy, więc właśnie przebijam się przez stos papierów. Skończyłam też – wszystko w tym tygodniu – duże opracowanie w temacie, o którym napiszę więcej, kiedy tylko projekt ruszy (sprawa mocno kontrowersyjna, więc na razie nie zdradzam szczegółów). A do tego wszystkiego – tadam! – nagle przyszło zaproszenie na previews Biennale w Wenecji. To te dwa dni przed oficjalnym otwarciem, kiedy na Biennale „się dzieje” – obecni są wszyscy kuratorzy i wystawiający architekci, media zasuwają, żeby puścić w świat pierwsze relacje, a jury przyznaje Lwy. Poza tym, jak wspominałam w pierwszym blogowym poście, strzelają korki szampana i odbywa się wielki lans – zresztą reklama rolexa na zaproszeniu mówi sama za siebie. Można za to nagle niespodziewanie wpaść na niewidzianych sto lat znajomych, którzy przylecieli z drugiego końca świata. Są też starchitekci – będę ich uważnie wypatrywać i mam nadzieję, że uda mi się zapolować z aparatem na Zahę wsiadającą do gondoli (znajomi z biura przegapili taki widok, kiedy pierwszy raz pojechaliśmy na previews, nieszczęśni!). Będę jak blogerka modowa na Fashion Weeku i obiecuję dużą relację na blogu*. Hm, czy powinnam zacząć myśleć o „stylizacjach” na każdy dzień?

Pewnie również popularnym ostatnio zwyczajem blogerek wypadałoby teraz opublikować swoje zdjęcie w obecnym zapracowanym stanie – w piżamie, wśród rozgrzebanych rzeczy i kubków po kawie, ale może pozostawię taki ekshibicjonizm innym. Obawiam się, że czekałby mnie telefon od Mamy („Drogie dziecko, jak można pracować w takim bałaganie?”). Można, można, zwłaszcza, kiedy czasu na sen nie starcza. Za to poziom adrenaliny utrzymuje się tak wysoko, że dałam nawet wczoraj radę skoczyć na Noc Muzeów, żeby zobaczyć instalację świetlną studentów, a potem na szybkie wino z przyjaciółmi. Usiadłam później znów do komputera i pracowałam do 03:00 nad konkursem. Jedno wiem na pewno – klęska urodzaju to mój ulubiony rodzaj klęski!

*Pierwsza, na świeżo i na żywo, będzie w gdańskim IKM – przypuszczalnie 9 czerwca, ale jeszcze potwierdzę termin.

Holenderskie déjà vu

www.staatgronongen.nl
Pogoda była dziś tak piękna, że ostatnią rzeczą, o jakiej marzyłam, to siedzenie w ciemnym audytorium. Ale ponieważ nie codziennie przyjeżdża do Gdańska Erwin Olaf, popędziłam na na jego wykład zorganizowany z okazji wernisażu wystawy jego prac. Gdyby ktoś się zastanawiał, dlaczego na architektoniczno-miejskim blogu piszę o fotografie i to takim, który wcale nie robi zdjęć budynków, już wyjaśniam.

Erwin Olaf ma doświadczenie we współpracy z architektami, o czym wspomniał również na dzisiejszym wykładzie. Pokazywał zaprojektowaną przez Koolhaasa publiczną toaletę w Groningen, do której przygotował zdjęcia nadrukowane na elewacjach (na zdjęciu). Zestawienie „Koolhaas&WC” już brzmi na tyle groteskowo, że do osiągnięcia szczytu absurdu faktycznie brakowało tam jeszcze znanego fotografa, ale toaleta nie była przypadkowym zleceniem. W ramach festiwalu pod hasłem „miasto jako scena” powstało wówczas wiele publicznych obiektów o podobnej skali. W architektonicznej biografii Erwina Olafa pojawia się również polski akcent: przygotował niebieski kolaż na sufit w Ambasadzie Królestwa Niderlandów w Warszawie, projektu Erika van Egeraata.

Na wykładzie poczułam się, jakbym przeniosła się w czasie o ponad dekadę, do okresu, kiedy studiowałam w Delft. Nie tylko dlatego, że Olaf wygląda jak stereotypowy Holender (wysoki, smukły i chyba nigdy się nie zestarzeje), mówi z charakterystycznym dla Holendrów akcentem oraz ma typowo holenderskie poczucie humoru (bardzo bezpośrednie i lekko złośliwe). Okazało się, że Holendrów łączy coś jeszcze: podejście do projektowania, bez względu na dziedzinę – architekturę lub fotografię. Podstawą jest zawsze wyrazista, łatwa do zamknięcia w kilku słowach lub diagramie idea. Często jest oparta na intuicji lub znaleziona na podstawie prostych skojarzeń, a później rozwijana konsekwentnie aż do bólu. Tego nauczono mnie w Delft – tak intensywnego myślenia o problemie projektowym, aby po usłyszeniu jakiegoś hasła lub obejrzeniu obrazu, często w najmniej oczekiwanym momencie, wpaść na pomysł, który można rozwinąć w wyrazistą koncepcję. Dokładnie o tym opowiadał dziś Olaf, na przykład w kontekście propozycji wydania 32-stronicowego albumu – standardowy, drukowany obustronnie, miałby 64 strony, ale przecież można zadrukować co drugą, żeby przygotować mniej zdjęć. Wpadł na pomysł tematu, kiedy w radiowej audycji wspomniano, że przecież szachy mają dokładnie 32 figury, więc powstała seria zainspirowanych tą grą fotografii. Niektóre z jego koncepcji wydają się niekiedy banalne lub nawiązują do mocno wyeksploatowanych plastycznych motywów. Sam Olaf przyznał, że fotografia wydaje mu się bardzo ograniczonym medium – zdjęcie można wyeksponować w przestrzeni lub wydrukować w albumie albo gazecie, ale jego odbiór trwa zaledwie moment. Dlatego poszukuje innych środków wyrazu, m.in. filmu i to również brzmiało jak wyznanie holenderskich architektów. W czasach, kiedy oczy całego architektonicznego świata były skierowane w stronę Niderlandów, a w branżowych magazynach królowały projekty MVRDV, NL Architects czy UN Studio, oni również mieli wrażenie, że w projektowaniu wszystko już było i można albo reinterpretować dawne wzorce, albo poszukiwać innowacyjnych rozwiązań w zupełnie niebudowlanych obszarach – rzeczywistości wirtualnej, parametryczności czy teorii.

Również w Holandii po raz pierwszy usłyszałam o filmach Jaques’a Tati – stanowiły „lekturę obowiązkową” dla wszystkich studentów architektury. W Instytucie Architektury w Rotterdamie była nawet zorganizowana wystawa prezentująca modele scenografii i prawdziwych budynków, które pojawiały się w jego filmach. Erwin Olaf również wspomniał dziś o swojej fascynacji tym reżyserem – nie miałam zresztą co do tego żadnych wątpliwości po obejrzeniu jego krótkiego filmu „The Latest Fashion”. Czy nie przypomina tej sceny z „Mojego wujaszka”?

Holenderska architektura poddała się recesji. Młode biura, które jeszcze dekadę temu działałyby prężnie, bankrutują lub poszukują alternatywnych źródeł utrzymania. Realizowane projekty są bardziej konserwatywne niż kiedykolwiek wcześniej. Każde euro przeznaczone na budowę jest dokładnie analizowane, co ma w sumie pozytywny uboczny skutek – budynki w końcu modernizuje się zamiast wyburzać i zastępować nowymi. Dzisiejszy wykład pokazał, że fotografia jest jednak, pewnie w racji znacznie mniejszych budżetów i sytuowania się gdzieś pomiędzy światem sztuki a komercji, bardziej niezależna od architektury. Erwinowi Olafowi udało się, w przeciwieństwie do holenderskich architektów, utrzymać zarówno „superdutchową”* świeżość twórczych poszukiwań, jak i typowe dla holenderskiego projektowania poczucie humoru. Czy kiedy minie kryzys, przyjdzie czas na architekturę?

* określenie używane wobec najbardziej progresywnych holenderskich biur projektowych z przełomu XX i XXI w. Pochodzi od „Superdutch” – tytułu książki Barta Lootsma (Princeton Architectural Press, 2000).

[zdjęcie ze strony Groningen http://www.groningenstad.nl]

Lustro weneckie

biennale_notes
Uwielbiam Biennale w Wenecji. Najbardziej za to, że działa jak lustro – nie tylko trafnie odzwierciedla kondycję architektury w danym momencie, ale przede wszystkim skupia się na samych architektach i pozwala im przez chwilę poczuć, że są „najpiękniejsi na świecie”. Tyle, że to często krzywe zwierciadło i odbijający się w nim obraz bywa groteskowy. To jedyna architektoniczna impreza, na której otwarciu są WSZYSCY i gdzie nawet najbardziej uznani projektanci drżą ze strachu, że ich prace pozostaną niezauważone. Rok temu wśród tematów przewijała się partycypacja, projektowanie bliżej użytkownika i społeczna rola architekta – sprawy ważne, mocno na czasie, ale jednocześnie dość przyziemne i mało spektakularne. Chyba w ramach rekompensaty za tę skromność na wernisażach szampan lał się strumieniami, a przebrzmiałe gwiazdy łaskawie pozowały do zdjęć studentom. Warto jednak popatrzeć na to z bliska, żeby choć przez chwilę poczuć architektoniczny glamour, a potem ze świeżą dawką energii wrócić do swoich normalnych projektowych obowiązków.

Kiedy Zachęta ogłosiła konkurs na kuratorski projekt wystawy w pawilonie polskim na przyszłoroczne Biennale, postanowiliśmy zgłosić się z Łukaszem Pancewiczem, urbanistą. Do współpracy zaprosiliśmy Maksa Bochenka, kuratora z Instytutu Sztuki Wyspa. Ustalone przez Rema Koolhasa (głównego kuratora) hasło przewodnie to „Fundamentals”, a wystawy w pawilonach uczestniczących krajów miały interpretować temat „Absorbing Modernity: 1914-2014” i odnieść się do ewolucji modernizmu i architektur narodowych. Skoncentrowaliśmy się na wyjątkowo burzliwej demograficznej historii Polski w tym okresie, a punktem wyjścia dla odniesienia do modernizmu był dla nas cytat z „The City of To-morrow and its Planning” Le Corbusiera z 1929 roku: Statistics give us and exact picture of our present state and also of former states; connecting them with a line so expressive that the past speaks clearly to us, so that by following the development of the curve we are enabled to penetrate into the future and make those truths our own which otherwise we could only have guessed at. 

Naszą propozycję, wraz z kilkoma wybranymi projektami, można zobaczyć w najnowszym numerze NOTESU.NA.6.TYGODNI (str. 106-107).

%d blogerów lubi to: