Monthly Archives: Październik 2015

Nie tylko cannoli

szpilki_male

Pamiętam pewien lot przegadany z Włoszką z Bari, która przekonywała mnie, że dopiero część kraju na południe od Neapolu to prawdziwe Włochy. Nie zdawałam sobie wówczas sprawy, jak wiele miała racji. O Neapol i wybrzeże Amalfi zahaczyłam w ubiegłym roku, a niedawno trafiłam na Sycylię. Żałuję, że Włochy nie rozciągają się jeszcze dalej, bo im bardziej na południe, tym piękniej i… smaczniej. Architektoniczne przyjemności dla oczu najlepiej przeplatać przyjemnościami dla podniebienia, wsuwając kolejne cannoli (lokalne słodycze nadziewane ricottą) .

Uwaga, uwaga: przez cały tydzień, po wylocie z Mediolanu, gdzie oprócz EXPO zwiedzałam Fondazione Prada i Uniwersytet Bocconi, nie oglądałam żadnej współczesnej architektury! Czułam się z tym doskonale, bo za to podładowałam architektoniczne baterie antykiem i barokiem. Ba, Antykiem i Barokiem, przez wielkie A i wielkie B, bo Sycylia to prawdziwe zagłębie i jednego i drugiego najwyższej klasy. Sycylijski barok jest wyjątkowy z wielu względów, ale może odpuszczę wykład z historii architektury, tylko napiszę, co zachwyciło mnie w nim najbardziej: trójwymiarowość elewacji. Nie są płaskie i szykowne jak rzymski kościół Il Gesù, ale falują jeszcze dynamiczniej niż fasady Borrominiego. Może tracą nieco na elegancji przez to swoje nieprzyzwoite rozbuchanie, ale są równie rozkoszne jak rubensowskie modelki o bujnych kształtach. Taką właśnie przegiętą elewację ma katedra w Syrakuzach. Niewiele brakowało, a nie udałoby mi się wejść do środka, bo jakiś carabinieri właśnie brał tam ślub ze swoją blond wybranką. Nie mogłam zrozumieć, jak poważny mundurowy mógł zgodzić się na ceremonię w tak dekoracyjnym miejscu. Barokowa elewacja z piaskowca była przez cały czas pięknie oświetlona słońcem i sugerowała wnętrze z puttami i zwielokrotnionymi pilastrami. Tak przyciągała wzrok, że nie spojrzałam nawet na boczną fasadę, która z barokowym przepychem nie miała nic wspólnego, za to zdradzała, co można zobaczyć w środku. A tam zaskoczenie, ale wcale nie dlatego, że zewsząd atakowały te spodziewane putta i złocenia, ale dlatego, że wnętrze okazało się surową… grecką świątynią. Serio. Można się tam uczyć nie tylko architektury starożytnej Grecji, ale również tego, jak przekształcano starożytne świątynie w chrześcijańskie kościoły. W antyku na zewnątrz stały kolumny, a wewnątrz – ściany celli. W kościołach – romańskich, gotyckich, barokowych – jest na odwrót i to kolumny znajdują się wewnątrz, wydzielając nawy. W Syrakuzach przerobiono jeden typ na drugi: w ścianach celli wycięto otwory, aby stworzyć trójnawowy układ, a przestrzenie między doryckimi kolumnami wypełniono. To właśnie kolumny były widoczne na bocznej elewacji. Mimo tej zamiany można tam świetnie poczuć skalę greckiej świątyni, bo w przeciwieństwie do większości zachowanych z tamtego okresu ruin jest przykryta drewnianym stropem.

Sir

[Barokowa elewacja frontowa…]

Syr_02_male

[…i antyczne – przebudowane – wnętrze]

Antyczne teatry przez ten tydzień „zaliczyłam” trzy, przy czym każdy z nich miał zupełnie inny charakter i był inaczej położony. Ten w Syrakuzach – podobno jeden z największych, jeśli nie największy zachowany grecki teatr w Europie – wygląda podręcznikowo. Jest położony na naturalnym zboczu, otoczony zielenią. Miasto rozwijało się głównie w innej części i całość przetrwała w miarę niezłej kondycji. Z kolei w Katanii teatr zabudowywano i przez długie lata zaledwie jego obrys, podejrzanego półkole, był widoczny na mapach gęsto zabudowanego miasta. Obecnie jest częściowo odkryty i trzeba uważać, żeby nie minąć wejścia, tak zakamuflował się w kwartałach zabudowy. Ale największe wrażenie zrobił na mnie teatr w Taorminie. Zresztą nie sam teatr, ale i samo miasteczko, które stanowiło niegdyś obowiązkowy punkt na trasie Grand Tour, urządzanych sobie niegdyś przez arystokrację. Z jednej strony to fantastyczne, że nastały takie czasy, że wystarczy wsiąść do tanich linii, żeby to zobaczyć, a wysokie urodzenie i niezły majątek nie jest już potrzebny do odkrywania antycznego dziedzictwa, z drugiej – te największe atrakcje są dosłownie zadeptywane przez turystów. Taormina, podobnie jak Syrakuzy, stała się prawdziwym Disneylandem. Na każdym kroku można potknąć się o stoiska z pamiątkami lub naganiaczy zachęcających do zatrzymania się w knajpie, gdzie bruschetta kosztuje tyle, co cały posiłek w mniej turystycznym mieście, a na ulicach częściej niż włoski słychać angielski. Z amerykańskim akcentem, oczywiście. I marudząc na to przypominam pewnie siedzącego w samochodzie kierowcę, który klnie na korki, sam je powodując. Jednak podczas gdy dla architekta odpowiednik Grand Tour to ważny element edukacji, większość turystów bezrefleksyjnie pstryka sobie selfie na tle antycznych ruin, odhaczając kolejny punkt z przewodnika „The Best of Sicily”. Zresztą i władze miasta tęsknią chyba do dawnych czasów, bo oprócz tablic informujących o zabytkach, pojawiają się również te związane z ważnymi postaciami, przede wszystkim pisarzami, którzy bywali w Taorminie (mój ukochany D.H.Lawrence spędził tam dwa lata). Jakoś mi te dawne długie suknie, garnitury i kapelusze bardziej pasują do tego miejsca niż klapki i szorty.

Ale ja chyba miałam pisać o teatrze? Otóż teatr to jedno z najbardziej malowniczych miejsc, jakie widziałam. Równa się z numerem jeden na mojej prywatnej liście, czyli Alhambrą, jeśli mowa o połączeniu krajobrazu i architektury. Nie dość, że wpasowuje się w górzysty teren, to rozciągają się z niego widoki na porośnięte zielenią góry i turkusowe morze, a za sceną, przez fragment ruin, widać Etnę. Olbrzymią i – uwaga, osoby nietolerujące takiej dawki kiczu proszone są o wstrzymanie się od czytania – wypuszczającą obłoki pary, dzięki czemu na bezchmurnym sycylijskim niebie nad wulkanem zawsze pojawiają się baranki… Kicz nad kicze!

sir_03

[Syrakuzy…]

Catania_male

[Catania…]

sir_teatr

[Kicz nad kicze w Taorminie – w tle Etna]

Taor_01_male

[Eh, tam nie da się pstryknąć niepocztówkowego zdjęcia]

Kiczem zakończę, ale to nie koniec sycylijskich opowieści, bo Palermo i Katania zasługują na oddzielny wpis:)

[Fot. Monika Arczyńska]

Reklamy

Urodzinowy prezent

plakatA3_ksiazka_podglad

Takie urodzinowe prezenty to ja rozumiem. Właśnie dziś zdmuchuję świeczki na torcie, a w Muzeum Historii Żydów Polskich odbywa się premiera książki „Form Follows Freedom. Architecture for Culture in Poland 2000+”, do której napisałam kilka tekstów o polskich realizacjach ostatnich lat .

Parę obiektów obejrzałam przy okazji mojego kwietniowego Tour de Pologne w drodze na Architektour. Mazowieckie Centrum Sztuki Współczesnej ‚Elektrownia’ w Radomiu zwiedzałam na strasznym kacu po gali Architektury-Murator, ale mam nadzieję, że nie dałam nic po sobie poznać. Kiedy oprowadzający mnie kurator wskazał drogę na dworzec kolejowy – następnym przystankiem był Wrocław i Narodowe Forum Muzyki – stwierdził, że to w sumie kapitalna praca, tak sobie jeździć po całej Polsce i zwiedzać nowe budynki. Szybko wyprowadziłam go z błędu: „Tak, podejrzewam, że to przyjemna praca. Ale właśnie jestem na urlopie”.

Dziś urlopu nie wzięłam, więc zamiast popijać wino podczas promocji książki, spędzę urodzinowy wieczór w Gdańsku. Wyjątkowo odpuszczę sobie jednak nadgodziny. Wyjątkowo, bo mam właśnie na desce pewien budynek kultury w Polsce – w sam raz do kolejnej podsumowującej publikacji. Szczegóły wkrótce:)

[plakat: MCK]

Co za wiedźmowaty tekst!

Zaha

Kobiety w moim biurze są bardzo pracowite i rzetelne […] Ale architektura wymaga ciągłości. Przypuszczam, że w innych zawodach jest tak samo. Może kiedy kobiety biorą wolne ‚to do things’ – chociaż nie zapominają, jak rysować – powrót jest trudny.

Tak powiedziała Zaha H. w wywiadzie dla Architects Journal, którego udzieliła tuż po ogłoszeniu, że to właśnie na jej piersi zawiśnie złoty medal RIBA. Po raz pierwszy na stuprocentowo damskiej piersi, bo dotychczas panie dostawały to wyróżnienie wyłącznie w zespole. Tak powiedziała Zaha H., a mną zatrzęsło i przysłowiowy scyzoryk otworzył mi się w kieszeni.’To do things’ – takiego określenia na urlop macierzyński jeszcze nie słyszałam. Pal licho aferę związaną z tokijskim stadionem. Pal licho wywiad w Radio 4, gdy urażona pytaniem o liczbę robotników-imigrantów, którzy zginęli na budowie stadionu w Katarze, wyszła trzaskając drzwiami. Następnego dnia radio opublikowało sprostowanie i przeprosiny, bojąc się pozwu o zniesławienie, bo złota medalistka złożyła już jeden przeciwko innej instytucji kilka miesięcy temu. Ale rzucać takimi wiedźmowatymi, antyfeministycznymi tekstami?

Lata pracy tylu kobiet, żeby udowodnić światu, że my też możemy być dobrymi architektami. Przebijanie się przez szklany sufit. Udawanie miłych i rzeczowych podczas spotkań na budowie, gdy PMS sprawia, że mamy ochotę rozszarpać całą ekipę. Praca 24/7, bo przecież żeby udowodnić, że jesteśmy równe facetom, musimy być od nich dużo lepsze. Znoszenie seksistowskich żarcików obleśnych inżynierków. I te tuby nieszczęsne. A kiedy w końcu kobieta-architekt dostaje nagrodę, do tej pory przyznawaną prawie wyłącznie facetom, to obraża taką wypowiedzią panie architekt, które pomimo miliona przeszkód dokonują niemożliwego i godzą pracę z macierzyństwem.

Przecież damskie piersi nadają się i do karmienia, i do wieszania na nich medali, prawda?

[fotokolaż: Monika Arczyńska]

RIBA Stirling Prize 2015

University_of_Greenwich_Stockwell_Street_Building_(C)_Hufton___Crow_4

Wkrótce rozstrzygnięcie RIBA Stirling Prize 2015. Jak już pisałam na facebookowym fanpage’u, w finałowej szóstce znalazł się University of Greenwich (Stockwell Street) projektu Heneghan Peng, w którym pracuję.

Realizacja przy Stockwell Street obejmuje dwie funkcje – szkołę architektury oraz bibliotekę. Program i związana z nim kubatura, jakie trzeba było zmieścić na działce, poczatkowo wydawały się niemożliwie do zlokalizowania w tak trudnym sąsiedztwie. Trudnym, bo nie dość, że tył budynku otaczały maleńskie angielskie domki szeregowe, którym nie można było zabrać światła ani postawić wielkiej ślepej ściany na granicy ich mikroogródków, to w dodatku zaraz obok przebiegała linia kolejowa. A poza tym to obszar wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO, więc wszyscy uważnie mu się przyglądają… Budynek obniża się w kierunku szeregówek, a na tarasowych dachach umieszczone zostały ogrody. Ale to, co podoba mi się najbardziej, bo przecież sama uczę projektowania, to tzw. crit pit, czyli ogólnodostępna przestrzeń do prezentowania studenckich projektów. Zresztą zobaczcie sami, jak to wszystko wygląda – BBC przygotowało filmy o finalistach. Studenci sprawiają wrażenie zadowolonych:)

Przyznaję, że bardziej podekscytowana byłam w 2013 roku, kiedy dostaliśmy sie do finału dzięki Giant’s Causeway Visitor Centre. Wtedy czekałam bardzo niecierpliwie na wyniki, bo włożyłam ogromnie dużo wysiłku w tamten projekt, a poza tym wszyscy czuliśmy, że to wyjątkowy obiekt architektoniczny. Nad Greenwich praktycznie nie pracowałam, tylko przez chwilę na samym początku, kiedy już po rozstrzygniętym konkursie dopracowywaliśmy koncepcję projektową według wskazówek klienta. Musieliśmy wówczas uszczegółowić projekt elewacji i zdecydować, czy ważniejsze będzie wyeksponowanie rytmu dziedzińców przecinających budynek, czy ogromnej otwartej przestrzeni wnętrza szkoły architektury. Kiedy jeszcze pracowałam na miejscu, w Dublinie, widziałam, jak ostro zasuwał cały zespół, aby udało się zrealizować ten budynek w jego ostatecznej formie. Myślę też, że większość osób z zespołu Greenwich dostaje do dziś gęsiej skórki na myśl o locie do Londynu – wstawanie w środku nocy, żeby zdążyć rano na budowę to żadna przyjemność, a koordynatorzy projektu pojawiali się tam regularnie.

Jurorzy RIBA podejmą decyzję niezależnie, ale wszyscy mają możliwość zagłosowania na swojego ulubieńca z finałowej szóstki. Gdybyście mieli ochotę oddać na nas głos, można to zrobić m.in. tutaj – na stronie BBC na dole strony – oraz tutaj – w rankingu Architects Journal. Dziękuję w imieniu biura i czekam z niecierpliwością na wyniki!

[Fot. © Hufton + Crow]

Czarny nie znaczy ponury

DSC08456

Gdyby nie nagła zmiana planów, byłabym właśnie w Weronie na targach Marmomacc, gdzie miałam odbierać w imieniu biura International Award Architecture in Stone 2015. To kolejna nagroda, którą przyznano centrum obsługi turystów w Giant’s Causeway w Północnej Irlandii. Budynek został ukończony w 2012 roku i oprócz dotarcia do finału nagrody Stirlinga oraz shortlisty nagrody im. Miesa van der Rohe otrzymał wiele statuetek w różnych konkursach. Stone Award to niespodzianka – kolejne wyróżnienie, gdy myśleliśmy, że deszcz nagród już ustał. Istnieją jednak konkursy podsumowujące kilkuletnie okresy i tak właśnie należałoby nagradzać obiekty architektoniczne – po kilku latach użytkowania, gdy można już uczciwie ocenić, czy budynek tylko wygląda pięknie na zdjęciach, czy sprawdza się również pod względem funkcjonalnym (chociaż Stone Award, jak nazwa wskazuje, koncentruje się na kamieniu). Ale również, czy jego użytkownicy lubią w ogóle w nim przebywać.

Giant’s Causeway Vistor Centre, pomimo posępnego na pierwszy rzut oka wyglądu, to budynek, który da się lubić. Wielokrotnie rozmawialiśmy z pracownikami już po otwarciu i są bardzo zadowoleni z warunków, w jakich spędzają codziennie kilka godzin. Wiedzą dużo o projekcie i często było słychać dumę, że ich miejsce pracy to nie tylko obiekt doceniany za walory architektoniczne, ale również wyjątkowo energooszczędny budynek. Centrum posiada certyfikat BREEAM Excellent – wcale nie było łatwo go uzyskać w tak nietypowym obiekcie, gdzie kontekst narzucał bardzo restrykcyjne wytyczne projektowe (działka znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO).

Od początku było wiadomo, że należy użyć lokalnego bazaltu – takiego, jak heksagony Giant’s Causeway. Liczył się lokalny kontekst, ale i kwestie zrównoważonego rozwoju – transport materiału odbywał się w promieniu kilkudziesięciu kilometrów. Wybór kamienia i sposobu jego mocowania trwał długie miesiące. Po wielu testach, wizytach w kamieniołomie, konsultacjach geologicznych i obejrzeniu dziesiątek próbek, udało się ostatecznie ustalić, jak można by użyć tego materiału w nietypowy sposób. Bazalt nadaje się świetnie na drogi, jako kostka albo tłuczeń, ale jest zbyt kruchy dla innych zastosowań. U nas miały być z niego zbudowane całe elewacje i to nie jako okładzina, ale masywne słupy. Fasada to prawdziwy inżynieryjny majstersztyk. Kolumny z ręcznie ciętych bloków wyglądają bardzo podobnie, ale w zależności od smukłości są skonstruowane na trzy różne sposoby. Najcieńsze słupy mają w środku stalowe kable, a dodatkowo usztywnia je wypełnienie ze szkła.

Czerń ma wiele odcieni. W Giant’s Causeway bazalt w słońcu wygląda jak grafit, z lekko srebrzystym odcieniem, ale ponieważ w tej lokalizacji często pada, mokra powierzchnia staje się idealnie czarna i błyszcząca. Pamiętam moment, kiedy mieliśmy zadecydować o wykończeniu kamienia. Początkowo planowaliśmy matową powierzchnię, bo połysk wydawał się zbyt oczywisty. Kamieniarze, najlepsi pod słońcem fachowcy z McConnells & Sons, pokazali nam kilka różnych wykończeń, na koniec prezentując lekko wypolerowany blok. Ale nam się wtedy wszystkim zaświeciły oczy! Nie było już mowy o żadnym macie.

Mimo, że wielu osobom ten budynek kojarzy się z grobowcem z czarnego kamienia, stanowi źródło niezłej zabawy. Przede wszystkim dzieciaki szaleją na świetlikach, zaglądając do środka i machając do zwiedzających. Z kolei bazaltowe kolumny to świetne tło do zdjęć i wiele grup pstryka sobie zdjęcia między czarnymi kolumnami i pilastrami. Zabawnie wygląda kontrast między kolorowymi, przeciwdeszczowymi ubraniami a eleganckim, czarnym kamieniem. Prosta forma i czarny kolor nie oznaczają, że budynek staje się automatycznie smętnym sarkofagiem, ale nie można oceniać samej koncepcji. Należy poczekać na ostateczny efekt, po realizacji, gdy będzie można odkrywać bogactwo odcieni czerni i szarości w różnych porach dnia i przy różnej pogodzie. Czarny nie znaczy ponury!

DSC08489

[fot. Monika Arczyńska]

Reklamy
%d blogerów lubi to: