Monthly Archives: Luty 2019

Ralph van der Rohe <3

Brenda K Pinterest

Edith Farnsworth, znana i zamożna lekarka, w 1945 roku zamówiła u Miesa van der Rohe projekt domu. A właściwie domku. Letniskowego, w którym zamierzała relaksować się w weekendy. Sprawa skończyła się mało relaksacyjnie, a mianowicie konfliktem, pozwem sądowym i wielką awanturą o kasę. Projekt był się niedoszacowany, architekt zażyczył sobie ogromnej dopłaty do gaży, a dom okazał się trudny do mieszkania – co to za weekendowy relaks, jeśli każda brudna szklanka jest na widoku? A może pani doktor wcale nie zależało na aż tak przełomowej architekturze? Ta zajmująca opowieść  jest dokładnie opisana tutaj.

O  historii ma powstać hollywoodzki film. W panią doktor wcieli się Maggie Gyllenhaal, ale co to w ogóle za pomysł, żeby Miesa grał Ralph Fiennes? Przecież to jest jawna manipulacja. Co nieszczęsna dr Farnsworth miałaby zrobić, niż wpaść po uszy, zaufać kompletnie swojemu architektowi, wydać 70 tysięcy dolarów na kawalerkę na odludziu, a na koniec dać się zamknąć w akwarium jak jakaś złota rybka? Jeśli pierwszy lepszy oszust matrymonialny o wyglądzie orangutana potrafi tak zamącić w głowie kobietom, że pożyczają mu oszczędności życia na „ratowanie chorej matki”, to jak oprzeć się popalającemu markowe cygara genialnemu architektowi z pięknymi, smutnymi oczami Ralpha F.? Według pierwszych doniesień Miesa miał grać Jeff Bridges i to byłoby bardziej zrozumiałe, bo jednak urok Dude’a to nie to sama kategoria.

Urok urokiem, ale domyślam się, że historia zostanie zaprezentowana zdecydowanie niejednoznacznie. Niegdyś inwestorkę przedstawiano w tym konflikcie jako niezbyt atrakcyjną, zadurzoną jak nastolatka panią doktor, która oczekiwała czegoś więcej niż tylko projektu. Ale może to jednak architekt, rozpoczynający dopiero karierę w Stanach, wykorzystał swój urok osobisty do realizacji własnej wizji? Czekam niecierpliwie na film (i pozdrawiam walentynkowo)!

[Zdjęcie – w czarnym  golfie, a jak! – pożyczyłam od Brendy K z Pinteresta]

 

Reklamy

Instagram

IMG_6019.JPG
Byłam wczoraj w Warszawie na wizji lokalnej w Starych Świdrach, w dawnej fabryce prefabrykatów. Wcześniej biegałam tam w deszczu i po kostki w błocie, ale teraz była tak piękna pogoda do oglądania i fotografowania poprzemysłowych pozostałości, że złamałam się i w końcu… założyłam blogowe konto na Instagramie. Niestety, dopiero po fakcie zostałam oświecona, że tam da się wrzucać zdjęcia tylko z komórki! A ja pstrykam ukochanym Canonem, a nie telefonem. Wygląda na to, że przestałam nadążać za tym wszystkim… Co teraz? Jak żyć?
Pozdrawiam, Wasza Instagramowa Sierotka Monisia<3
PS Poprawka: warto się przyznać do porażki – dostałam podpowiedź, jak rozwiązać problem (dziękuję, Dawidzie!). Serdecznie zapraszam: https://www.instagram.com/sixlettercity/
[Fot. Monika Arczyńska – aparatem, ale nie telefonicznym]

Publiczne inwestycje

 

Często pracuję dla publicznych klientów i dobrze rozumiem ograniczenia finansowe, z jakimi borykają się urzędy. Infrastruktura kosztuje tak kosmiczne pieniądze, że nierzadko aż głupio proponować rozwiązania, które oprócz funkcjonalności będą również atrakcyjne wizualnie. Tak, wiem, w teorii da się połączyć jedno i drugie, a „tanio” nie musi od razu oznaczać „źle” czy „brzydko”. W praktyce jednak wychodzi różnie. Wspominałam już kiedyś wykład Marthy Schwartz w Dublinie. Mówiła wówczas, co robi, gdy klient proponuje jej absurdalnie niski budżet na projekt przestrzeni publicznej. Odpowiada wtedy, że owszem, nie ma sprawy, zaprojektuje bardzo piękny asfalt i może nawet wystarczy na jego pomalowanie. Podobnie wyglądają dyskusja o trwałości. Oczywiście, że najpraktyczniej i najekonomiczniej byłoby wszędzie, gdzie materiały są poddane intensywnemu użytkowania, stosować kamień i nierdzewkę, ale tu też rzeczywistość finansowa potrafi zaskrzeczeć.

A co zrobili Rzymianie, w Dżaraszu, w dzisiejszej Jordanii, około II-III wieku? Otóż mocno zainwestowali w publiczne przestrzenie i budynki. I to tak pięknie, że aż dech zapiera, a z trwałością taką, że do teraz można to wszystko oglądać  w parku archeologicznym. Owszem, nieco są zdemolowane trzęsieniami ziemi, które zniszczyły tę antyczną metropolię. Kiedy patrzyłam na ręcznie wykuwane astragale i kapitele w ilościach zdecydowanie hurtowych,  robiło mi się momentami dziwnie. Co to za musiało być za bogate miasto, w którym nie tylko zbudowano akwedukt, świątynie, targi, odpicowano nimfeum i wielki owalny plac, ale też całe cardo i decumanus obstawiono rzędami kolumn? Tylko po to, aby uzyskać jednolity efekt w ciągu ulic – za tymi regularnymi kolumnadami stały dopiero, lekko odsunięte, budynki, także z dekorowanymi fasadami. Plus łuki triumfalne na końcach… jak mogłam zapomnieć o łukach triumfalnych?

Nie powiem, udały im się te publiczne inwestycje. Ale może, aby tak szastać kasą, należy podbić pół świata i korzystać z niewolniczej pracy. To może jednak poprzestańmy na asfalcie…

[Fot. Monika Arczyńska]

Reklamy
%d blogerów lubi to: