Monthly Archives: Sierpień 2016

Blog Day 2016

dzien blogera

Dziś Dzień Blogera. Rok temu kompletnie go przegapiłam, ba, nie wiedziałam nawet o jego istnieniu, ale okazało się, że przy tej okazji blogerzy typują po pięć ulubionych blogów. Six Letter City również został kilka razy wymieniony i obiecałam sobie, że następnym razem ja też podam swój wybór.

Nie umiem wybrać tylku pięciu blogów. Niektórych architektonicznych blogerów znam osobiście, innych czytam regularnie i mam wrażenie, że i tak się znamy (i to długie lata). Na dłuższej liście na pewno pojawiłyby się blogi AWX2, Architekt na SzpilkachRS+, Lektury Architektury, Pani DyrektorArchifunblog, BlokBLOGArchitektura w Szczecinie czy KM we wnętrzu. Postanowiłam więc wymienić kilka innych blogów, o których nie wspominałam jeszcze na Six Letter City. Nie trafiam nawet na nie  regularnie, ale kiedy już trafię, czytam po kilka postów wstecz i obiecuję sobie, że będę wracać tam częściej.

Powojenny Modernizm

Tam są cuda na blogu, proszę państwa, powojenne modernistyczne cuda. Prowadzi go fundacja o takiej samej nazwie, która wydaje także miesięcznik „Blok”. Zaczęło się jednak od bloga, co cieszy mnie niesłychanie, bo to znaczy, że internetowe początki mogą stanowić zalążek poważniejszej działalności w sferach bardziej niszowych niż moda, sport czy kosmetyki.

Kazula

Mateusz Kazula to dj i producent muzyczny. Czaję się cały czas, żeby go w końcu poznać podczas jakiegoś wypadu do Wrocławia (mamy wspólnych znajomych, więc nie jest to takie nieprawdopodobne), ale do tej pory nie mogę trafić na odpowiednią okazję. Przejrzenie bloga sugeruje też, że Mateusza nosi po całej Polsce, co dodatkowo utrudnia mi zadanie. Ale kiedy w końcu ten dzień nastąpi, zamierzam zostać jego psychofanką. Bo Kazula pisze tak, jak sama chciałabym umieć,  a z jego miejsko-architektonicznymi obserwacjami zgadzam się w 100%.

Niepokoje 

Blog Łukasza Wojciechowskiego z VROA i Politechniki Wrocławskiej. Od roku nie pojawiają się żadne nowe posty, ale wciąż dostępne archiwum stanowi prawdziwą kopalnię wiedzy o architekturze. To nie jest lekki, łatwy i przyjemny blożek do przejrzenia przy kawie. Pojawiające się tam dziesiątki nazwisk, miejsc i budynków potrafią doprowadzić do kilkugodzinnego googlania i wertowania setek stron książek.

Teoretycznie

Kiedyś jako blog, obecnie „Teoretycznie” działa wyłącznie w facebookowej wersji. To prawdziwy architektoniczny „Pudelek” i najlepsza archirozrywka pod słońcem. Jeśli interesują Was wszystkie kobiety Adolfa Loosa albo wiśniowa marynarka Wojciecha Jarząbka, to najlepszy adres.

Pokoje umeblowane

Blog Agaty Gabiś z Wrocławia. Jedyny w zestawieniu, w którym pojawiają się wnętrza, bo z wnętrzami mi trochę  nie po drodze, a z wnętrzarską częścią blogosfery tym bardziej. Agata zajmuje się historią sztuki i ma kilka talentów, których jej bardzo zazdroszczę. Najbardziej – umiejętności wyszukiwania pereł designu za grosze (zobaczcie, jakie u niej stoi szkło i ceramika!) oraz niskobudżetowego urządzania wnętrz. Na jej blog trafiłam z forum „Wnętrza mieszkań” – na opisy postępów z remontu mieszkania niejakiego eSzI (czyli Szanownego Inwestora) czekałam jak na kolejne odcinki kryminału.

A Dzień Blogera zamierzam uczcić jak na zdjęciu – na zdrowie, szanowni blogerzy i czytelnicy!

[Fot. Łukasz Pancewicz]

 

 

Reklamy

#myfirst7jobs

my first 7 jobs 01.jpg
Mam słabość do internetowych akcji. Aktualna, #myfirst7jobs, dotyczy  pierwszych siedmiu sposobów zarobienia pieniędzy. Musiałam się przez chwilę zastanowić… Większość moich zarobkowych działań związana była z edukacją – to chyba coś związanego z genami. Nigdy nie pracowałam w żadnym McDonaldzie ani barze, nigdy nie sprzątałam ani nie opiekowałam się dziećmi. Chyba coś mnie w życiu ominęło, ale z drugiej strony byłabym najgorszą kelnerką świata, sprzątać nie potrafię, a dzieci pozostawione pod moją opieką przypuszczalnie skończyłyby na ostrym dyżurze (na pewno mocno odwodnione). Przyjaciel twierdzi, że nie tylko nie zostawiłby mi podczas urlopu kota*, ale nie powierzyłby mi nawet podlewania pelargonii na balkonie.
1. Pierwsze pieniądze w czasach „dziecięciem będąc” zarobiłam u rodziców za wrzucenie drewna do piwnicy. Całe 20 złotych! Niestety, do podziału z kuzynem.
2. Korepetycje z matematyki dla uczennicy podstawówki, w liceum.
3. Korepetycje z geometrii wykreślnej, ale tylko na drugim i trzecim roku studiów. Później już zapomniałam, jak się wykreśla cień sześcianu na grzybku. Jak się wykreśla cień grzybka na sześcianie tym bardziej zapomniałam.
4. Przygotowanie brata kolegi do egzaminów wstępnych na architekturę. Trochę geometrii, trochę historii architektury. Dużo zabawy w skojarzenia, żeby przyswoić skomplikowane nazwy detali architektonicznych. Mój uczeń najlepiej zapamiętał, że LIZENY podpierają ściany – skojarzyły nam się z dziewczynami, z którymi nikt nie chce tańczyć na dyskotece. Pewnie dlatego, że płaskie i jakieś takie mało udekorowane.
5. Pierwszy staż w biurze. Miał być damowy, ale okazało się, że szybko śmigam w AutoCADzie i już nie był darmowy.
6. Drugi staż w biurze, tym razem na Erasmusie. Też miał być darmowy, ale okazało się, że sprawnie sklejam makiety i też już nie był darmowy.
7. Siódma praca to był hit – etat w firmie budowlanej! W papierach miałam wpisane, że jestem zastępcą kierownika budowy, chociaż zamiast na budowie siedziałam w biurze rysując… w sumie już nawet nie pamiętam co. To zdecydowanie nie było najbardziej ekscytujące zajęcie mojego życia i gdyby nie przesympatyczny kierownik Jarek, z którym dzieliłam biuro, zanudziłabym się tam na smierć. Zarabiałam szaloną kwotę 1500PLN brutto, która do wypłaty kurczyła się do nieco ponad tysiaka. To prawie tyle, ile kosztowało nas wówczas wynajęcie mieszkania. Księgowa, pani Brygidka, przed którą wszyscy robotnicy budowlani w firmie kłaniali się uniżenie i całowali po pulchnych rączkach, przekazywała mi z gotówką pasek wynagrodzenia ze słowami: „A to dla mamusi, żeby się pochwalić”. Chyba spaliłabym się ze wstydu, więc mama nigdy nie zobaczyła żadnego paska, a ja zwiałam, kiedy tylko odpracowałam wymagany etatowy staż do uprawnień.
Uprawnień nie mam do dziś:)
*Gdyby akcja dotyczyła nie siedmiu pierwszych, ale siedmiu ostatnich prac, mogłabym dopisać cat sitting u znajomych na Manhattanie. Wydaje mi się, że kot żyje do tej pory, więc przy następnej serii żartów o kotach i pelargoniach zacznę się domagać przeprosin!

Jak wykończyć mieszkanie wykańczając i siebie, odc.3

WP_20160623_13_18_17_Pro.jpg

Jest już zdecydowanie bliżej niż dalej do końca remontu. Prawie cały lipiec spędziliśmy w rozjazdach, więc nie miałam czasu na nadzorowanie wszystkiego. Tylko czekam, gdzie pojawią się jakieś niedoskonałości. Pojawiają się, oczywiście, ale staram się przymykać na nie oko i cieszyć się kilkoma rozwiązanymi już sprawami.

Największym problemem mieszkania okazały się podłogi. Miały spadek jak w krzywej wieży z jednej z ksiąg „Tytusa, Romka i Atomka”. Wieża nie przekrzywiła się wraz z upływem czasu, ale specjalnie zbudowano ją dla pewnego księcia, który miał krótszą jedną nogę. Zawsze się zastanawiałam, jak ów nieszczęsny książę radzi sobie z przemieszczaniem się  w drugą stronę, ale Papcio Chmiel na pewno wymyślił jakieś sprytne rozwiązanie.  U nas się tak nie dało i trzeba było wszystko zrywać. Bardzo liczyłam na to, że pod paskudnymi, pomalowanymi farbą olejną na brązowo płytami pojawią się piękne, stare deski do odnowienia. Pojawiły się – i piękne, i stare. Niestety, kilka okazało się spróchniałych, nie było jak ich dosztukować, a chciałam uniknąć mieszania starych z nowymi. Wybór padł na nową podłogę z szerokich, sosnowych desek.  I tu zaczęły się schody (tzn. podłogi:). Obdzwoniliśmy wszystkie składy budowlane w okolicy, ale albo nie było odpowiedniej długości, albo deski okazywały się za wąskie, albo odpad byłby za duży. Majster chciał je już ściągać gdzieś ze Śląska, ale po co  są blogerskie znajomości? Pamiętałam, że Architekt na szpilkach musiała też dosztukować fragment podłogi w swoim pięknym mieszkaniu w sopockiej kamienicy. Poprosiłam ją o radę i dostałam kontakt do sklepu w Gdańsku: „Szanowna Pani, zanim zamówi Pani deski, musi Pani do nas przyjechać. Musi być przecież najpierw kawa, ciasteczko…”. Obyło się bez kawy i ciasteczka, za to podłogi są już zamontowane. Stan ze zdjęcia jest nieaktualny, ale miło mi popatrzeć na tę fotografię z westchnieniem ulgi, że to już przeszłość. Cieszę się też, że w międzyczasie facebookowe ogłoszenie pozwoliło na recykling pozostałych, oryginalnych desek. Nie trafią na opał – znajomy zainstaluje je w swoim mieszkaniu we wrzeszczańskiej kamienicy. Uratowane!

CDN

[fot. Monika Arczyńska]

RUHA CIPŐ

pest_SMALL.jpg

Proszę się nie obruszać tytułem posta. Użyłam tych węgierskich słów z premedytacją, licząc na więcej niż zwykle kliknięć:) Te nieprzyzwoicie brzmiące wyrazy mają bardzo niewinne znaczenie – ODZIEŻ OBUWIE. Takie napisy pojawiają się na szyldach sklepów z ciuchami i butami w Budapeszcie, gdzie zawitałam ponownie po kilkunastu latach nieobecności.

Z tamtego pobytu pamiętam przebłyski (Mamo, może lepiej dalej nie czytaj?). W czasie, gdy w polskich monopolowych królowała Sophia, węgierskie wina, nawet te najbardziej przaśne, sprzedawane w plastikowych butelkach, smakowały nam jak najbardziej luksusowe roczniki. Oczywisty skutek był taki, że zwiedzanie miasta i oglądanie realizacji Makovecza, których egzotyczność przyciągała nas wówczas najbardziej, podlane były sporą ilością tego mało szlachetnego trunku. Trochę zaszaleliśmy, tym bardziej, że trafiliśmy tam zgraną grupą znajomych z roku. W czasach, gdy o Unii, Erasmusach i międzynarodowych warsztatach można było co najwyżej pomarzyć, zorganizowaliśmy wymianę ze studentami architektury z Budapesztu. Najpierw Węgrzy przyjechali do nas. Nocowali na łóżkach polowych w sali cichej nauki w naszym akademiku i nie zapomnę min pań portierek, które odbierały dla nas dostawy z… Polmosu (gorzelnie i browary najchętniej sponsorowały studenckie przedsięwzięcia). Wtedy po raz pierwszy zawstydziła mnie współczesna polska architektura – w Trójmieście było wówczas wyjątkowo beznadziejnie i ani nowe budynki uniwersyteckie, ani  apartamentowce w Orłowie nie zrobiły wrażenia na naszych gościach. Tak jakby garderoby na 300 par butów i widok na morze były normą, eh… Uratował nas krzyżacki gotyk, międzywojenny gdyński modernizm i absolutny hit – falowiec.

Byłam ciekawa, jak obecnie wygląda i funkcjonuje węgierska stolica. Polskie miasta zmieniły się tak bardzo, że pewnie trudno je poznać osobom pamiętającym je sprzed kilkunastu lat. Od znajomych, którzy niedawno odwiedzili Budapeszt, słyszałam zupełnie przeciwstawne opinie. Jedni twierdzili, że polskie „metropolie” mogą się przy nim schować, inni, że na ulicach widać straszną biedę. Może chodziło o liczbę bezdomnych, bo rzeczywiście sporo ich na ulicach? A może o zwykłe ubrania bez eksponowanych metek, które stanowią miłą odmianę dla wszechobecnych w polskich miastach New Balance’ów i Lacoste’ów? O samochody, znacznie starszych niż u nas, co przekłada się na dosłownie oszałamiającą ilość spalin (+ brak rowerów, gdzie są rowery)? Może jednak o coś innego – o to, jak wygląda sama miejska tkanka. W śródmieściu zamiast szklanych wieżowców przeważają XIX-wieczne kamienice i budynki z lat 60. i 70. Jeśli to wynika z ograniczeń inwestycyjnych, to potwierdza sie zasada, że nic nie konserwuje lepiej niż brak pieniędzy. Ilość PCV, tynków na styropianie i polbruku, która  dominuje w polskim miejskim krajobrazie, jest w Budapeszcie minimalna w porównaniu ze szlachetnie starzejącymi się kamieniarkami, ceramiką i anodowanym aluminium, które darzę szczególną sympatią. Na to ostatnie w Polsce niemal urządzano polowania: jeśli się je mało regularnie czyści, po latach pokrywa się matowym, szarym nalotem. Kto pamięta czarne, brudne szpary w aluminiowych ramach okiennych w PKP, wie, co mam na myśli. U nas z zadowoleniem wymieniano te nadzwyczaj trwałe ślusarki  na błyszczące i kolorowe PCV, które po kilku latach użytkowania wygląda fatalnie. Pod tym względem Budapeszt przypomina nieco Łódź – jedyne duże miasto w Polsce, gdzie bez problemu można trafić na kamienice z zachowanymi stolarkami i detalami. W innych, bogatszych miastach, szybko nastąpiła masowa wymiana solidnych drewnianych drzwi na karton w okleinie z marketu budowlanego. Węgrzy wydają się bardziej doceniać to materialne dziedzictwo.

IMG_9678

Podczas mojej poprzedniej wizyty w Budapeszcie nasi gospodarze zabrali nas do tureckiej łaźni Kiraly. Wszystkie panie, w wieku przeważnie matuzalemowym, rozkładały swoje bogato pomarszczone nagie ciała w kamiennym basenie. Jak u Kozyry. Tym razem trafiłam do tego samego miejsca -szesnastowiecznego budynku, który od lat nie był poddawany modernizacji. Łaźnia wcale się nie zmieniła – zmienił się tylko regulamin i teraz nie jest już koedukacyjna oraz obowiązują stroje kąpielowe. Nie odczyszczono zacieków na kamiennej kopule, nie zainstalowano nowego sprzętu. Działa? Działa. Taki pragmatyzm to najskuteczniejsza metoda konserwacji.

IMG_9531

Na ulicach można spotkać wielu obcokrajowców, którzy sprawiają wrażenie, jakby tam mieszkali na dłużej. W mieście nie widać wielkich kompleksów biurowych, a i obcokrajowcy nie wydają się przynależeć do kategorii „korpo”, więc zakładam, że nie są finansistami na kontraktach. Albo to studenci (czyżby, podobnie jak w Polsce, przyciągano zachodnich studentów na wydziały medyczne?), albo szeroko pojęta „klasa kreatywna”. Budapeszt bardzo przypomina Berlin sprzed gentryfikacji, ceny są niskie, jakość życia (zwłaszcza tego nocnego) wysoka, więc nie zdziwiłabym się, gdyby osiadały tam, chociaż na chwilę, osoby pracujące zdalnie lub artyści. Chętnie dowiedziałabym się od kogoś lepiej zorientowanego, czy moje przypuszczenia są słuszne. W całym śródmieściu widać dwujęzyczne informacje o wynajmie i to nie tylko mieszkań, ale także lokali usługowych. Sami musieliśmy przez chwilę popracować i przetestowaliśmy pewną coworkingową kawiarnię  – sporo tam podobnych miejsc.

Wnętrzarsko w nowych lokalach dominują te same trendy, co u nas. Może nie widać aż tyle płyty OSB, ale patchworki z marokańskich płytek, odkryta cegła i gołe żarówki pojawiają się równie często. Można również nierzadko zauważyć u nas rzadko spotykane, a tam nawiązujące do lat 70. (ach, te przejścia podziemne!) kompozycje ze świetlówek. Zachwycające są niektóre z tzw. ruin barów, czyli pubów albo klubów zaaranżowanych w opuszczonych, zaniedbanych kamienicach. Byłam kiedyś w podobnym miejscu w Edynburgu i bardzo podobała mi się plątanina korytarzy, pokoi i klatek schodowych. W Budapeszcie zagospodarowywane są również przepiękne dziedzińce – zamieniają się w wielkie ogródki winno-piwne pod gołym niebem. Niestety, prawie całkowicie zdominowali je turyści i wydawane są nawet specjalne anglojęzyczne przewodniki po zagłębiach barów. Chociaż zabawa w Davida Attenborough i obserwowanie rytuałów godowych homo sapiens bywa intrygujące, jednak powtarzalność interakcji między uczestnikami brytyjskich wieczorów  panieńskich i kawalerskich zaczyna szybko męczyć. Podobnie męczą całe ulice zamienione w gastronomiczne deptaki z „Traditional Hungarian Cuisine” i „Goulash – 5 euro”.

IMG_9808

IMG_9818

IMG_9827

Na zdjęciach powyżej Most Wolności czyli po prostu Most Zielony, który we wspomnieniach sprzed półtorej dekady kojarzy mi się przede wszystkim z przeciąganiem liny przez studentów Politechniki i Uniwersytetu (uczelnie zlokalizowane są na jego końcach). Pamiętam też wspinanie się po jego konstrukcji – na szczęście nie ja się wspinałam, za to wspomniane wino z plastikowych butelek odgrywało w tej mało bezpiecznej przygodzie ważną rolę. Dziś most to popularne miejsce na sączenie piwka – lepiej niż w Kopenhadze, bo z jeszcze atrakcyjniejszym widokiem. Intensywne miejskie życie w śródmieściu zachwyciło mnie poprzednio i równie mocno tym razem. I właśnie po to zamierzam wrócić jeszcze do Budapesztu.

Nie, nie wrócić. Wracać regularnie!

[fot. Monika Arczyńska&Łukasz Pancewicz]

Reklamy
%d blogerów lubi to: