Category Archives: Trójmiasto

Jak wykończyć mieszkanie wykańczając i siebie, odc.6

03

Zdecydowąłam się na kuchnię z IKEA. To moim zdaniem najekonomiczniejsze rozwiązanie, z najdłuższą gwarancją i wyposażeniem, które można dokupić w dowolnym momencie. Wiele osób je poleca, a Architekt na szpilkach nawet produkuje fronty w nietypowych wykończeniach.

Zapisałam się nawet na kurs projektowania kuchni, w sumie głównie po to, żeby upewnić się, że w moim kompletnie niemodułowym pomieszczeniu wszystko da się jednak wykonać z modułów. Szkoda tylko, że na kursie nikt nie podpowiedział, że na większość blatów trzeba czekać. Te dostępne od ręki są dość paskudne i chociaż ostatecznie wybrany cienki czarny laminat wygląda ok, mam wątpliwości co do jego trwałości.

Ekipa składająca zamówienie bywa nieprzytomna. Niby notuje, że niektóre elementy będą inne niż w komputerowym planerze, ale żeby to ręcznie pozmieniać na zamówieniu, to już niekoniecznie…  To był pierwszy raz, kiedy poczułam, że samochód ułatwiłby mi życie. Trzeba jeździć wymieniać te nieszczęsne fronty, zwracać nóżki, których według zapewnień sprzedawcy jednak nie da się dociąć i czekać już nie dwa dni na ekipę instalacyjną, ale dwa tygodnie na reklamacyjną. A potem miesiąc na reklamację reklamacyjnej. Miało być szybko i sprawnie, a skończyło się na czterech tygodniach z brakującymi frontami.

Na czas instalacji pamiętajcie: weźcie dobrą książkę, zatyczki do uszu (dźwięk piły to jeszcze nic, niektóre ekipy przyjeżdżają z radiem i non stop słuchają disco polo) i siedźcie z ekipą cały czas. Ja wyskakiwałam – a to odebrać lodówkę, a to skonsultować studentki, które wpadły z projektami dyplomowymi. Bądźcie też wyspani. Ja nie byłam i stało się: wyleciało mi z głowy, że chciałam mieć pod górnymi szafkami zamontowane gniazdka. Skończyło się na lekkim wkurwie ekipy. Przyznam się bez bicia, że do udobruchania panów, którzy znaleźli na to ostatecznie jakieś magiczne rozwiązanie, użyłam miłej studentki, której właśnie konsultowałam dyplom. Asia – dziękuję:)

[Fot. Monika Arczyńska]

Reklamy

Monarchitektura pocztowa

stamp.jpg

Księżna Kate i książę William odwiedzają dziś Gdańsk, a ja oglądam sobie znaczki Poczty Królewskiej. Głównie jeden znaczek, ze specjalnej serii poświęconej współczesnej brytyjskiej architekturze – obok rozbudowy Tate Modern, Edenu czy biblioteki w Birmingham znalazło się tam także Giant’s Causeway Visitor Centre.

Patrzę na ten kamienny narożnik i przypominają mi się długie godziny spędzone na kombinowaniu, jak pogodzić restrykcyjną geometrię z materiałem – lokalnym bazaltem, który kompletnie nie nadawał się do celu, w jakim zamierzaliśmy go użyć.  Kilka razy modyfikowałam podziały bloków, bo w trakcie budowy okazało się, że nie da się pozyskać wymaganych wielkości. A bloków było ponad 14 tysięcy, wszystkie docinane pod kątem i ręcznie montowane w elewacjach. Na północnym wybrzeżu pada wyjątkowo często, a zimno jest potwornie przenikliwe i kiedy przypomnę sobie kamieniarzy cierpliwie układających w mżawce zimne bloki kamienia, myślę o nich z podziwem i wdzięcznością. To wspólna, świetna robota ogromnego zespołu – projektantów, wykonawców, klienta – i cieszę się, że została wyróżniona w ten sposób. Gratulacje dla wszystkich!

PS O projekcie pisałam więcej tutaj.

A2P2

IMG_1675a.jpg

Miała być oficjalna premiera strony internetowej – baloniki, fajerwerki i fanfary, ale skończyło się jak zwykle. Nie wszystko jeszcze działa idealnie, wprowadzamy ostatnie poprawki, ale zapraszamy już na A2P2.pl oraz na nasz fejsbukowy fanpejdż. W końcu współpraca z moim osobistym urbanistą nie jest już tylko robieniem razem fuch po godzinach, ale pracujemy nareszcie na własne  nazwiska.

Stronę www oraz identyfikację wizualną opracował nam Patryk Kalista z Pictodo. W końcu mamy wizytówki i papier firmowy z prawdziwego zdarzenia. Ba, nawet kupiłam kilka korpokiecek. Na stronie będzie zdecydowanie poważniej niż na blogu – same oficjalne informacje o projektach, którymi się zajmujemy. A mamy się czym zajmować, bo chociaż zaczęliśmy współpracować mniej więcej rok temu, okazało się, że jest spore zapotrzebowanie na projekty i doradztwo z pogranicza architektury i urbanistyki. Lokalnie i międzynarodowo – na przykład zajmujemy się wspólnie z Henning Larsen oraz BBGK obszarem Stoczni Cesarskiej. Żartujemy, że to przeznaczenie, bo w 2000 roku po raz pierwszy pracowaliśmy razem, jeszcze w akademiku, nad studenckim konkursem dla tego terenu. Wyjeżdżając kilka lat później do Dublina martwiliśmy się, że nie będziemy już mieć okazji zmienić nic na tym terenie, a tu niespodzianka – czekał na nas kilkanaście lat. A z konsekwencjami tej studenckiej współpracy zmagamy się do dziś – skończyło się na obrączkach i wspólnej firmie.

Przeciwko naszemu zespołowi MVRDV i Studio Paola Viganò – trzymajcie kciuki!

[Fot. Jakub Nanowski]

Zespołowa kreatywność

kropki.jpg

Wspominałam już wcześniej o projekcie, nad którym pracujemy obecnie ze studentami. Mowa o Witominie i obszarze objętym programem rewitalizacji, dla którego tworzymy wytyczne dla przekształcenia biegnącej między blokami przestrzeni publicznej. O przebiegu i efektach pracy napiszę, kiedy tylko uda nam się zakończyć prace nad podsumowującym raportem (właśnie robię jego korektę). Sesja już się skończyła, wszyscy mają już wystawione oceny, a prace trwają nadal. Stereotyp, że obecnie studenci marzą tylko o jak najmniejszym wysiłku przy odbębnianiu swoich obowiązków, kolejny raz okazał się wyssany z palca.

To trzeci taki semestralny projekt w naszej wspólnej (mojego osobistego urbanisty i mojej) dydaktycznej karierze i odnoszę wrażenie, że co roku kurs wychodzi coraz lepiej. Informacja zwrotna jest kluczowa i za każdym razem pytamy studentów – czy to w anonimowych formularzach, czy przy piwie – co ich zdaniem  można by przeprowadzić inaczej. Za każdym razem wprowadzamy sugerowane przez poprzednie grupy zmiany i chociaż nie zawsze jest to proste, staramy się pracować i nad samymi kursami, i nad naszym podejściem. Tym razem było wyjątkowo trudno – grupa liczyła aż 45 osób. Nigdy nie pracowaliśmy z tak dużym zespołem i przyznajemy, że to zdecydowanie za dużo jak na dwoje wykładowców, co zresztą wskazało wielu studentów. Przy tej liczbie nie ma szans na indywidualny i satysfakcjonujący kontakt z każdym. Ponieważ pracowaliśmy nad jednym projektem, zadanie polegało przede wszystkim na skoordynowaniu i zaplanowaniu w 15 tygodni dużego, sprawnie działającego biura. Dlatego trzeba wykorzystać jak najlepiej potencjał wszystkich uczestników, usprawnić komunikację i  rozdzielanie obowiązków oraz – szczególnie ważne – zaufać uczestnikom projektu. O tym wszystkim napiszę jeszcze bardziej szczegółowo, wychwalając pod niebiosa absolutnie niesamowitą grupę, która pobiła wszelkie rekordy samoorganizacji i odpowiedzialności. To była taka przyjemność, z tak energetyzującą atmosferą podczas piątkowych zajęć, że zawsze po ich zakończeniu  poziom adrenaliny wracał mi do normy dopiero następnego dnia. W środę 5 lipca podczas Gdynia Design Days opowiemy o tym, jak ten proces wyglądał „od kuchni” i jakie zastosowaliśmy metody nowoczesnego zarządzania zespołem. Zapraszamy!

PS Komentarze odnośnie naszej pracy okazały się w tym roku wyjątkowo rozbudowane i wartościowe. Oczywiście nie wszystkie miały pozytywny wydźwięk – oberwało nam się (i słusznie!), za to, że za dużo gadamy i że elastyczna formuła nie wszystkim odpowiada. Wśród pozytywnych opinii najbardziej rozczuliła nas ta: Nie zamieńcie się w „normalnych” profesorów.

 

 

Jak wykończyć mieszkanie wykańczając i siebie, odc.5

04

Dawno nie pisałam o remoncie, pewnie dlatego, że już wszystko skończone i tak cieszę się uczuciem ulgi, że nie mam nawet ochoty przypominać sobie tego koszmaru. Jednym z największych wyzwań była łazienka. Maleństwo pod skosem, o trójkątnym przekroju, tak ciasna, że nie zmieściła się tam nawet umywalka. Kiedy po raz pierwszy zobaczył ją mój wysoki osobisty urbanista (tak się złożyło, że nie mógł zobaczyć mieszkania przed jego zakupem), załamał się, bo nie udało mu się tam nawet wyprostować.

laz mala.jpg

Ale ja się nie załamałam, bo chodził mi po głowie pewien pomysł. Musiałam go jednak najpierw sprawdzić na rysunku i makiecie. Łazienka miała klaustrofobiczne proporcje przede wszystkim z powodu dachowego mikrookienka. Na dodatek mocno prehistorycznego, z pojedynczym uchylnym szkleniem od zewnątrz i mocowaną specjalnymi uchwytami przeszkloną ramką okienną od wewnątrz. Dlatego pierwszą rzeczą, za jaką się zabrałam, było dobranie nowego okna dachowego – tej samej wielkości od zewnątrz, ale otwieranego do góry i z obróbkami zapewniającymi możliwie dużo miejsca w środku. W budynkach, które znajdują się w ewidencji zabytków, okno można wymienić na podstawie zgłoszenia, ale należy to uzgodnić z konserwatorem. Zajęło to trochę czasu, ale nie było skomplikowane. Pod oknem umieściłam umywalkę i to okazało się strzałem w dziesiątkę. Szczotkując zęby przyjemnie patrzy się na sikorki, sroki czy sójki przysiadające na rosnącym tuż obok drzewie. A już na pewno zdecydowanie przyjemniej niż na własne odbicie w lustrze, zwłaszcza tuż po deadlinie.

06

Jeśli chodzi o ściany, zdecydowałam się na płytki – cegiełki. Chociaż nie znoszę ich w nowych mieszkaniach, do kamienic pasują mi idealnie. Najpierw zamarzył mi się zielony kolor zbliżony do kafli pieca, ale okazało się, że kiedy szuka się czegoś konkretnego, nigdzie nie można tego kupić. Oczywiście oprócz brytyjskich manufaktur, gdzie metr kwadratowy kosztuje tyle, że można by za to wyremontować całą łazienkę. Poszukując płytek trafiłam na zielone kafelki w zupełnie „niepiecowym” odcieniu, za to w takim, w jakim wykańczano łazienki przed wojną. Bardzo „higienicznie” kojarzy mi się ta seledynowa zieleń, może z uwagi na ubrania chirurgiczne i kolor papierowych ręczników.

Początkowo planowałam zabudowanie pralki w kuchni, ale wówczas nie byłoby miejsca na zmywarkę. W cudownie powiększonej łazience zmieściła się za to bez problemu jedna z najmniejszych pralek na rynku – okazało się, że mieści się w niej prawie tyle samo prania, co w standardowych. Początkowo doprowadzała mnie do rozpaczy dudnieniem przy wirowaniu i przesuwaniu się o ładnych kilkadziesiąt centymentów. To przez nią mam teraz w domu matę antywibracyjną, gumowe kliny, i duży zapas tabletek od bólu głowy – nic nie działało…Skąd te łazienkowe tańce? Hm, nie przeczytaliśmy dokładnie instrukcji. Niektóre pralki mają więcej niż jedną blokadę i zdarza się, że ta informacja jest opisana wyjątkowo małymi literkami. Dwoje doktorów nauk technicznych nie poradziło sobie  z tym problemem i wezwało serwisanta, który w trzy minuty wyciągnął ze środka dwie metalowe śrubki, kasując za to tyle, ile dostaję za kilka godzin wykładów. Czytajcie instrukcje!

[Fot. Monika Arczyńska]

Głupia winda

wind

Piątek, 8:30 rano, Politechnika, trzy panie doktor z Wydziału Architektury próbują wsiąść do windy, żeby bez zadyszki zdążyć na zajęcia. Mamy bardzo wysokie kondygnacje w Gmachu Głównym, więc przy braku superkondycji bez zadyszki się nie da. Z kolei windy mamy nieprzewidywalne, najwolniejsze pod słońcem i generalnie nie za mądre. Stanowią świetny temat dla porannego small talka (ile można komentować pogodę). Nasz dialog wyglądał mniej więcej tak:

Pani dr K: Ojoj, znów się nie zatrzymała.

Pani dr B: Ależ głupie te windy.

Pani dr A (ja): Ups, ale to kiepsko brzmi.

B: Co kiepsko brzmi?

A: „Głupia winda” kiepsko brzmi. Jak „głupia baba” albo „głupia krowa”. Zawsze rodzaj żeński jest głupi.

B: Ooo, ale feministycznie od samego rana! (uśmiech)

A: No pewnie. Dlatego proponuję nazywać ją jednak po męsku. Np. „głupi wind”. Albo „głupi lift”.

K: Hm, ja tam nie chcę pań architekt poprawiać, ale fachowo „winda” to nie „winda”, ale… „dźwig”.

A i B jednocześnie: „Głupi dźwig”? Idealnie!!!

KURTYNA.

 

Parki i ogrody terapeutyczne

terap

Dostałam niedawno z PWN „Parki i ogrody terapeutyczne” autorstwa Moniki Trojanowskiej. Początkowo wahałam się, czy zająć się tym tematem, bo nie jestem przecież architektem krajobrazu, ale parki, drzewa i trawniki ostatnio mnie prześladują. Projektowo dosłownie utknęłam w „powierzchniach biologicznie czynnych”. Na tzw. desce mam teraz woonerf na Abrahama w Gdyni, gdzie pojawi się w końcu więcej zieleni. Książka traktuje również o sensorycznym odbieraniu zieleni, które ma wiele wspólnego berlińskim Ogrodem Botanicznym. Z Heneghan Peng właśnie projektujemy tam pawilon wejściowy i bistro, a w Tast- und Duftgarten, czyli ogrodzie dotyku i zapachu… toalety. Ze studentami zajmujemy się przestrzeniami publicznymi na Witominie – jednej z najbardzej zielonych dzielnic Gdyni, położonej w lesie. Z kolei z uwagi na ciągły nadmiar pracy eksploatuję ostatnio intensywnie okoliczną zieleń w celach terapeutycznych i antystresowych. Nie tyle na łonie przyrody, bo trudno tam gapić się w monitor komputera, co patrząc przez okno i wdychając zapach kwitnących pod moją kamienicą bzów.

Ale miało być o książce, a nie o moich parkowych doświadczeniach. Nie traktowałabym tej książki jako opracowania naukowego, lecz bardziej jako podręcznik i katalog dobrych parkowych praktyk, zilustrowany wieloma przykładami, głównie polskimi i francuskimi. Autorka przedstawia zestawienie cech, nazwanych przez nią atrybutami, które decydują o tym, czy park faktycznie ma działanie terapeutyczne. Bo choć w sumie relaksujący i uspokajający wpływ zieleni wydaje się oczywisty, nie każdy projekt w pełni wykorzystuje jej terapeutyczny potencjał. Cechy zostały usystematyzowane we „wzorcu zestawienia atrybutów parku o właściwościach terapeutycznych” – narzędzia, które podczas projektowania parku warto mieć pod ręką przez cały czas. Od pierwszych idei, które powinny uwzględniać wspomniane atrybuty, po ostateczne sprawdzenie, czy zostały one faktycznie uwzględnione. Wzorca można także  użyć do ewaluacji już w trakcie użytkowania i w książce znajduje się jeden taki przykład. Brakuje mi jednak rozróżnienia na zielone przestrzenie o różnej skali. W silnie zurbanizowanej przestrzeni park kieszonkowy może mieć większe znaczenie terapeutyczne dla spragnionych zieleni mieszkańców niż duży, wielofunkcyjny park wśród zabudowy o niskiej intensywności. Żałuję również, że nie zamieszczono więcej informacji o wyspecjalizowanych ogrodach terapeutycznych, ukierunkowanych na konkretne schorzenia. Przedstawione studia przypadku dają co prawda pojęcie o sposobach wykorzystywania zieleni jako elementu terapii i leczenia, jednak w podziale na kategorie schorzeń, np. wsparcie terapii demencji i Alzheimera, poparzeń czy depresji, pojawiają się tylko odnośniki do zlokalizowanych na całym świecie ogrodów.

Polecam tę książkę przede wszystkim każdemu, kto za temat parków dopiero się zabiera. Żałuję, że nie miałam dostępu do podobnej publikacji, kiedy przymierzałam się do parkowych tematów podczas konkursów. Innowacyjna, oryginalna koncepcja funkcjonalna lub przestrzenna pozwala świetnie „sprzedać” projekt, ale parki rządzą się własnymi prawami i warto te prawa – czy też może atrybuty – poznać i zrozumieć, żeby intuicyjnie stosować je w projektowaniu.

„Parki i ogrody terapeutyczne” można kupić  m.in. w księgarni internetowej PWN, również jako ebook.

[Fot. Paweł Unger]

Kartony, wszędzie kartony!

KUCHNIA.jpg

Znów zmiany mieszkaniowe – mam nadzieję, że to już ostatnia przeprowadzka w tej dekadzie. Nienawidzę pakowania i rozpakowywania oraz szukania rzeczy, które tak dobrze schowałam, że nie da się ich znaleźć. Tym razem, zamiast szaleńczo starać się opanować przeprowadzkowy chaos, zgodnie z wyznaczonym na ten rok hasłem „równowaga” spakowaliśmy się błyskawicznie i pojechaliśmy do Jastarni, żeby nacieszyć się wiosną, a nie sprzątaniem. Słońce, plaża i dorsze tak nas naładowały energią, że nawet życie na kartonach nie przeszkadza nam za bardzo. Nawet, jeśli oznacza to jedzenie z kartonu (na szczęście mamy niedaleko sympatyczną pizzerię).

Zastanawiam się, czy architekci mają ponadprzeciętne predyspozycje przeprowadzkowe. Nie chodzi mi o częstotliwość przenoszenia się z miejsca na miejsce czy umiejętność urządzania nowych mieszkań, ale o samo przenoszenie dobytku. Teoretycznie nasza wyobraźnia przestrzenna powinna nam pozwolić efektywniej zapakować kartony i lepiej przewidzieć kolejność rozpakowywania. Moim największym problemem jest zwykle ustalenie, ile należy przygotować pudeł i skrzynek – zawsze kończą się zbyt szybko. Raz przydarzyła mi się jednak odwrotna sytuacja. Przeprowadzając się z Dublina do Gdańska, skorzystałam z usług firmy transportowej, która miała w ofercie przewożenie dobytku liczonego nie w kilogramach, ale w metrach sześciennych. Pomyślałam, że wszystkie książki, garnki i torebki zajmą tych metrów co najmniej kilka, a tu niespodzianka. Wiecie, jaki pojemny jest jeden metr sześcienny? Tak pojemny, że chociaż początkowo planowałam zutylizować takie rzeczy jak wieszaki na ubrania czy podstawowe kuchenne sprzęty, zmieściło się wszystko, łącznie z rowerami. Od tamtej pory podczas projektowania traktuję metry sześcienne z dużym respektem:)

[Fot. Łukasz Pancewicz]

Jan „naprawię każde miasto” Gehl

WP_20170315_15_50_54_Pro.jpg

Wróciłam właśnie ze spotkania z Gehlem. Wahałam się – wybierać się, nie wybierać – ale pogoda zachęciła mnie do wyjścia z domu. W takim mieście, jak Gdańsk, gdzie architektonicznie i urbanistycznie dzieje się niewiele, a gwiazdy tych dziedzin omijają Trójmiasto, jakby szalała tu epidemia dżumy, to nie lada wydarzenie. Można spotkać przyjaciół, znajomych, byłych studentów, obecnych studentów i przyszłych studentów, wykładowców, urzędników i aktywistów od przestrzeni. Bardzo przypominało to spotkanie towarzyskie, tym bardziej, że wynudziłam się okropnie i nie mogłam doczekać końca. Było jak to zwykle u Gehla – wszyscy zadają pytania o lokalne sprawy, spodziewając sie konkretnych rozwiązań, a przecież po dwóch spacerach po mieście nawet najbardziej wizjonerski urbanista świata nie dałby sobie rady  z takim zadaniem.

Chociaż bardzo lubię książki Gehla i często odsyłam do nich studentów, nie jestem przekonana do jego obecnych koncepcji. Jak magik wyciaga z kapelusza swoje złote zasady – podejrzewam, że od początku swojej kariery, czyli od ładnych kilkudziesięciu lat, zbiera różne „pomysły na miasto”. Tu trochę z własnego doświadczenia, tam trochę z Jane Jacobs albo Christophera Alexandra. Nie muszą być odkrywcze, ale powinny być w miarę możliwości uniwersalne. Kiedyś pewnie zbierałje w notesie, teraz pewnie istnieją już w formie aplikacji. Wpisuje się dane wejściowe – wielkość miasta, główne problemy, system polityczny, liczbę samochodów na 1000 mieszkańców czy procent terenów zielonych, wklepuje pożądaną liczbę pomysłów oraz poziom ich uszczegółowienia, klika enter i voila! „Dwanaście zasad Jana Gehla” albo „Profesora Gehla pomysły na uzdrowienie miasta X” gotowe, można wystawiać fakturę. Ale żeby była odpowiednio wysoka, trzeba mieć wyrobioną silną markę, a J.G. pracuje nad nią od lat. Nie każda książka staje się kultowa, nie każdy urbanista jest zapraszany do współpracy na całym świecie, nie każdy pojawia się w weneckim pawilonie Danii sfilmowany jak kapłan i prorok w jednym.

Pamiętam jeszcze z Dublina jego koncepcje dla poprawy przestrzeni publicznych w jednej z części miasta. Myślę, że bardziej złożone projekty potrafią przygotować studenci. Tymi mniejszymi zleceniami Gehl się rzadko chwali – pokazowe projekty to Nowy Jork, San Francisco czy Moskwa. Gehl nie jest tani – przypuszczam, że polskie samorządy, które zaprosily go do siebie z nadzieją współpracy, zrezygnowało z niej po otrzymaniu oferty z wyceną. A może nie tylko oferty, ale i samego zakresu opracowania – sporo się u nas zmieniło i duńskie patenty są już tu stosowane. Na dzisiejszym spotkaniu siedziałam przed ekipą z Biura Rozwoju Gdańska i co chwilę słyszałam szepty „No, to właśnie tak jak u nas!”. Ja też zachichotałam pod nosem słysząc o koncepcji sadzenia drzew przez mieszkańców Kopenhagi, przy współpracy z miastem. Sama „posadziłam” w tym tygodniu kilka drzew w Gdańsku i czekam właśnie na akceptację. I to jest chyba najbardziej optymistyczny akcent dzisiejszego spotkania – już umiemy sami rozwiązywać miejskie problemy. Tylko czasem przydałoby się trochę wizjonerstwa.

[fot. Monika Arczyńska]

Słaba, mała i niemądra?

8marca01

Jako słaba, mała (phi, tylko 182cm!) i zdecydowanie niemądra kobieta nie umiem ustalić, czy dziś należy ubrać się na czerwono, czy na czarno. Bo w Ameryce niby na czerwono, a u nas na czarno. Wolałabym na czerwono, bo kilka dni temu zepsułam zamek w czarnym płaszczu. Naprawienie zamka to zadanie godne wygrania partyjki szachów z Garrim Kasparowem… A parasolkę mam zieloną. No to co ja mam w końcu zrobić? Ach, my, kobiety, mamy takie skomplikowane problemy!

Dobra, koniec tych żartów. Bez względu na kolor płaszcza dołączę dziś do protestu, ale dopiero po południu. Nie opuszczę pracy dla Heneghan Peng, bo to właśnie tam zobaczyłam, jak powinny być traktowane kobiety, także te bardzo młode, jeśli wykonują tradycyjnie męski zawód. Nawet na samym początku, gdy miałam jeszcze niewiele doświadczenia, a niektórzy branżyści mogliby równie dobrze używać swahili, tak egzotyczne były ich akcenty, zawsze czułam wsparcie i szacunek zespołu. Rzucenie na głęboką wodę pozwala błyskawicznie się uczyć, więc jeśli dziewczynom na starcie daje się do roboty kreślenie i parzenie kawy, nic dziwnego, że to chłopacy są szybciej gotowi do prowadzenia projektów. Dlatego na wydziale traktuję równo studentki i studentów, a określenie „zdolny, ale leniwy”, które stosuje się głównie wobec facetów, wyrzucam do kosza. Uśmiechających się z pobłażaniem podtatusiałych panów, którzy próbują zwracać się do mnie jak do niedoświadczonej dziewczynki, traktuję z kłującą jak szpilka złośliwością. Szkoda tylko, że muszę jeszcze się tu wspierać arsenałem środków, których w Dublinie czy Londynie nie musiałam stosować – obcasami, korpomundurkami i poważną miną. A przecież w sukience w kwiaty mam dokładnie to samo do powiedzenia.

Do zobaczenia, a z okazji Dnia Kobiet przede wszystkim dużo odwagi!

[fot. Łukasz Pancewicz]

Nowy semestr

portland

Dziś zaczął się nowy semestr na Politechnice. Jestem tam obecnie na etacie, więc mam więcej godzin dydaktycznych. Jeszcze nie wiem, jak się z tym wszystkim wyrobię czasowo, ale czuję, że ostatniego dnia upiję się z radości. Bo uczenie jest dla mnie najbardziej satysfakcjonującym zajęciem, ale i najbardziej wyczerpującym. Godzina nad własnym projektem wymaga poświęcenia zdecydowanie mniejszej dawki energii niż doradzanie przy studenckich pracach. Na szczęście przekleństwo „obyś cudze dzieci uczył” studentów nie dotyczy, bo to już nie dzieci, ale zdolni i pracowici młodzi dorośli.

Z moim osobistym urbanistą będziemy prowadzić dwa przedmioty, w tym jeden, na którym kolejny raz przetestujemy naszą eksperymentalną metodę, czyli zorganizowanie studia projektowego jak prawdziwej pracy w biurze, z zewnętrznymi konsultantami. Stosowaliśmy ją wcześniej w projekcie rewitalizacji Starego Polesia w Łodzi i opracowaniu wytycznych dla modernizacji Długiej i Długiego Targu w Gdańsku. Zapraszamy dziś o 19:00 do FRAG na Ogarnej, gdzie będziemy opowiadać o tych projektach. Tym razem zabieramy się za Witomino – gdyńskie blokowisko położone w środku lasu. We współpracy z Laboratorium Innowacji Społecznych cały zespół będzie pracować nad projektem poprawy jakości przestrzeni publicznych w tej dzielnicy.  Zapowiada się większa grupa niż dotychczas, będą też studenci z bardziej egzotycznych krajów niż w ubiegłych latach, m.in. z Chin, RPA i Egiptu. Będzie mnóstwo pracy, ale mam nadzieję, że zespół zgra się tak dobrze, jak poprzednie i znów nas zaskoczy. Wszystko zależy od studentów – ich zaangażowanie i talenty są warunkiem sukcesu.

PS Ilustracja do dzisiejszego posta nie ma być żadną sugestią, że nowy semestr zapowiada się przeraźliwie – to po prostu pączek. Pamiętacie, że dziś Tłusty Czwartek?

[Fot. Monika Arczyńska – najlepsze pączki w Portland]

JAK WYKOŃCZYĆ MIESZKANIE WYKAŃCZAJĄC I SIEBIE, ODC.4

piec.jpg

Pora w końcu się przyznać, co doprowadzało mnie ostatnio do remontowej rozpaczy. To żadna nowość, że architekci mają kota na punkcie mieszkań w starych kamienicach. Tam jest po prostu klimat i już – wysokość, duże okna, nietypowe układy. O takich miejscach pisze (głównie o swoim, w sopockiej kamienicy) moja blogowa koleżanka – Kasia Antończyk czyli Architekt na Szpilkach. O zachowanych stolarkach czy podłogach w Gdańsku można jednak z reguły pomarzyć, bo to miasto względnego dobrobytu i w większości kamienic od lat 90. dokonywano zabójczych dla oryginalnej tkanki modernizacji. Królują drzwi z OBI i panele z Castoramy, a co gorsza proceder usuwania oryginalnych elementów budynku trwa nadal i co rusz widzę na śmietnikach piękne stare drzwi z litego drewna. Przy okazji prośba: jeśli też kiedyś traficie na takie rarytasy, zróbcie zdjęcie i wrzućcie np. na facebookowy fanpage Uwaga, śmieciarka jedzie, który ma kilka lokalnych wersji. Niejedne drzwi udało się w ten sposób uratować.

Mieszkania w kamienicach są z reguły wielkie, a ja szukałam czegoś niedużego. Mniejsze lokale to przede wszystkim wynik podziału ponadstumetrowych molochów i zdarzają się w nich różne niespodzianki. Miałam okazję zobaczyć miejsca jak rodem z serwisu Chujowe mieszkania do wynajęcia, czyli np. z prysznicami w kuchniach. Nie mogę też odżałować lokalizacji przy jednej z moich ulubionych ulic we Wrzeszczu, pod samym lasem. W pięknej, choć zaniedbanej kamienicy, trzeba było przejść nie tylko przez główną klatkę schdodową, ale również przez labirynt przedziwnie pozakręcanych korytarzy. Uciekłam w popłochu na samą myśl o ewakuacji stamtąd w razie pożaru.

Po dwóch czy trzech latach poszukiwań w końcu trafiłam na odpowiednie mieszkanie, którego układ i wyposażenie wymagały jednak pewnych przekształceń. Jedyny pokój był spory, za to kuchnia miała  proporcje godne tramwaju: 6 metrów długości i całe 175cm szerokości. To mniej niż rozpiętość moich ramion. Do tego zero (!) wentylacji oraz łazienka ze skosem, o takiej wielkości, że nie dało się tam prawie wyprostować. O takich luksusach jak umywalka można było tylko pomarzyć – brakowało na nia miejsca. Mimo to, kiedy tylko weszłam do tego mieszkania, od razu zaczęłam ustawiać w głowie, jak można by wykorzystać jego potencjał, zrobiłam kilka pomiarów, sprawdziłam, gdzie są przewody wentylacyjne i już wiedziałam, że tego właśnie szukałam.

To, co przekonało mnie najbardziej, to przede wszystkim ilość światła wpadającego przez wielkie, drewniane okna (wymienione niedawno – to duża finansowa ulga) oraz zachowane stolarki drzwiowe i… piec kaflowy. Piec ma sto lat, obłędny kolor i trzy metry wzrostu. Na zdjęciu jest przykurzony, ale po kilkugodzinym pucowaniu i usuwaniu gliny, brudu oraz kurzu z tysiąca zawijasów na kaflach przy pomocy patyczków do uszu odzyskał taki blask, iż śmiem podejrzewać, że to jeden z najpiękniejszych pieców kaflowych w Gdańsku. A jeśli ktoś podejmuje wyzwanie i twierdzi, że to jego piec jest jeszcze bardziej niesamowity, poproszę o zdjęcie, policytujemy się. Dwór Artusa uprzejmie proszę o odkrochmalenie się:)

16_0225-PRZEBUDOWA Model (1).jpg

Tak było – tak jest

Zmiany układu były niewielkie, ale znacznie poprawiły funkcjonalność mieszkania. Tramwaj podzieliłam na dwa pomieszczenia dostępne z pokoju dziennego – maleńką sypialnię z oknem i szafą oraz kuchnię. W kuchni pozostawiłam oryginalne wejście z przedpokoju – dzięki temu wydaje sie przestronniejsza, wygodnie wchodzi się tam z zakupami, a stale otwarte drzwi to niezłe miejsce do składowania (wieszam tam torby). Dodatkowa szafa zmieściła się także w przedpokoju. Pomogły bardzo takie istotne drobiazgi jak zmiana kierunku otwierania drzwi w kuchni oraz łazience – mieszkanie zostało wyodrębnione z większego lokalu i do łazienki wchodziło się wcześniej z korytarza od drugiej, zabudowanej obecnie strony. Wentylację w kuchni podpięliśmy do biegnących obok wolnych przewodów kominowych, a w łazience – do dotychczasowego odprowadzenia dymu z pieca, którego wolimy nie używać. To już staruszek, nagrzał się dość w swoim stuletnim życiu i zasłużył na emeryturę.

wp_20160707_14_32_28_pro

Przed położeniem nowych desek

Najwięcej problemów sprawiła podłoga. Okazało się, że stuletni budynek lekko osiadł i spadek podłogi był – delikatnie mówiąc – mało komfortowy. Pierwotny plan zachowania oryginalnych desek nie powiódł się, ale dzięki wspomnianej Architekt na Szpilkach problem udało się rozwiązać i cieszę się teraz piękną sosnową podłogą (pisałam o tym tu). Nie tylko podłogi okazały się krzywe – w przedpokoju i kuchni zdecydowałam się na sufit podwieszany, aby schować kilometry rur oraz uzyskać proste powierzchnie – i płytki, i szafki miały ciągnąć się aż do samej góry, więc wszystkie nierówności zostałyby wyeksponowane.

O kuchni i łazience w następnych odcinkach. Wygląda na to, że im dalej w las, tym mniej wykańczająco, a bardziej wykończeniowo;)

[Fot. Monika Arczyńska]

Żegnaj, 2016

Adria_male.jpg

Żegnaj, 2016,  nie będę za Tobą tęsknić. Wiem, że nie tylko ja z ulgą mówię ci „do widzenia”. Zbyt wiele niedobrych rzeczy wydarzyło się na świecie i ze zbyt dużą niepewnością zaczynamy 2017.

To był dla mnie wyjątkowo trudny rok. Trudniejszy niż kończenie doktoratu równolegle z pracą. Trudniejszy niż przeprowadzki między krajami i trudniejszy nawet niż kolejne lata rozłąki z moim osobistym urbanistą. Zawodowo wszystko wygląda świetnie – wkrótce premiera naszej strony internetowej, mamy więcej zleceń niż jesteśmy w stanie zrealizować bez zarywania nocy i weekendów. Niedługo zostanie wydana nasza pierwsza książka – podręcznik planowania. Studenci znów dali czadu i zrobili świetne – i wykorzystane przez urząd miasta! – opracowanie na temat Długiej i Długiego Targu w Gdańsku. OSSA również wypadła fantastycznie. Za mną kolejne etapy współpracy z powstającym w Gdańsku Muzeum Sztuki Współczesnej oraz z Heneghan Peng. Dublińskie biuro zaliczyło wyjątkowy rok – w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy ukończylismy niemal tyle budynków, ile od momentu powstania pracowni w 2001 roku. To tłumaczy, dlaczego w biurze panuje nieco grobowa atmosfera i nawet świąteczna impreza skończyła się nadzwyczaj wcześnie – wszyscy sa okrutnie zmęczeni. Dla mnie najważniejsze były oczywiście te projekty, przy których pracowałam, czyli akademiki w Maynooth, przebudowa Galerii Narodowej w Dublinie oraz Muzeum Palestyny. Jego otwarcie to zdecydowanie najważniejsze wydarzenie architektoniczne roku, w jakim miałam okazję uczestniczyć, ważniejsze niż weneckie biennale czy triennale w Oslo (moje relacje z obu w bieżącym i kolejnym numerze Architektury-Murator). Dużą część roku zajęła mi praca nad Wielkim Muzeum Egipskim w Kairze oraz Narodowym Centrum Sztuki Współczesnej w Moskwie, ale to tak specyficzne i ogromne przedsięwzięcia, że ich opisywanie byłoby raczej opowieścią o polityce, a nie architekturze. A polityki mam w tym roku zdecydowanie dość. Cieszy mnie więc nowy projekt i sympatyczna zmiana skali – niemieckie Anklam, gdzie we wnętrzach gotyckiego kościoła św. Mikołaja projektujemy muzeum Otto Lilienthala, jednego z pionierów lotnictwa.

Staram się regularnie publikować na blogu, chociaż z uwagi na nadmiar pracy i częstotliwość wyjazdów miałam mniej czasu na komentowanie bieżących wydarzeń. Blog to taki mój ekwiwalent mówienia do ludzi. Bo jeśli podsumowanie poprzedniego roku miało hasło przewodnie „ludzie”, teraz powinnam raczej napisać, że „chcę do ludzi”. Życie towarzyskie, które wcześniej kwitło, nagle zniknęło. Kiedy ktoś kiwa głową ze współczuciem „Oj, musi Ci być ciężko pracować na dwa etaty”, zaczynam się gorzko śmiać, bo chciałabym, żeby to były tylko dwa. Nie co roku trafiam do szpitala i nie co roku do szpitala trafia mój osobisty urbanista. Nie co roku robię ciągnące się miesiącami generalne remonty. Nie co roku brakuje mi czasu i energii, żeby zrobić coś, co nie będzie związane z pracą. I chociaż powinnam być zadowolona, że wyszłam z tego wszystkiego zwycięsko, zmęczenie przesłania satysfakcję.

Dlatego na 2017 rzucam hasło: „równowaga”.

[Fot. Łukasz Pancewicz]

 

Historia lubi się powtarzać

img_1555

Historia lubi się powtarzać. Dokładnie rok temu, podobnie jak teraz, byłam w Dublinie na świątecznej imprezie i wpadłam przy okazji na budowę Galerii Narodowej.  Wówczas spotkałam się z dziennikarką DETAIL Magazine w sprawie Giant’s Causeway Visitor Centre, a tym razem o projekcie zamierza pisać L’Architecture d’Aujourd’hui (nigdy nie nauczę się wymawiać nazwy tego czasopisma!). Rok temu zaraz po corocznej wizycie w Dublinie pędziłam na KOD-owską manifestację, a tym razem na gdańskim proteście pod siedzibą Sam-Wiesz-Jakiej partii pojawiłam się z walizką, prosto z podróży. Druga połowa grudnia zaczyna mi się powoli kojarzyć wcale nie z kupowaniem prezentów, ale z Irlandią, branżową prasą i politycznymi manifestacjami.

W przyszłym roku wizyta w Galerii Narodowej nie będzie już jednak wizytą na budowie. Prace właśnie się zakończyły i chociaż nie mogę jeszcze pokazać żadnych zdjęć (muszę poczekać do oficjalnego otwarcia – chodzi o to, aby nie zepsuć niespodzianki), zapewniam, że efekt jest powalający. Budynek nie przypomina już dawnej dusznej, zakurzonej galerii, w której sama zawsze pomijałam co najmniej dwie sale, bo komunikacja w budynku była prawdziwym labiryntem. Pomijałam je w sumie bez żalu, uciekając jak najszybciej z sal z niewystarczającą wymianą powietrza – nareszcie można tam swobodnie oddychać. Galeria nie straciła jednak swojego wiktoriańskiego uroku. Sprawdziła się zasada, że specjalistom warto zaufać: architekci zajmujący się konserwacją zabytków doradzili kolorystykę i wykończenia jak najbardziej zbliżone do oryginalnych. Nie ma tam uwielbianej przez współczesnych projektantów czystej, matowej bieli, ale złamane odcienie z lekkim połyskiem, które pięknie podkreślają detale wnętrz. Cieszę się, że udało mi się zobaczyć sale przez powieszeniem obrazów i ciekawa jestem, jaki będzie ostateczny efekt, gdy najbardziej wyraziste elementy wnętrz – ściany w soczystych wiktoriańskich kolorach – staną się tłem dla kolekcji.

Ale te zielenie, czerwienie i błękity są mało ważne. Drodzy Czytelnicy, życzę Wam spokojnych świąt. Spokoju nigdy za dużo, a żeby mogli go doświadczyć również mieszkańcy pewnego dalekiego miasta na sześć liter, przyjrzyjcie się, proszę, możliwości wsparcia Aleppo: PAH.

Niech ta historia nigdy się już nie powtórzy.

[Fot. Monika Arczyńska]

PREZENT DLA ARCHITEKTA

Poczta Polska zapowiada, że w najbliższym czasie będą opóźnienia w dostawach przesyłek, więc najwyższa pora, aby zamówić świąteczne prezenty. Z moim osobistym urbanistą tradycyjnie nie kupujemy żadnych upominków, ale fundujemy sobie wyjazd gdzieś, gdzie najnowsza architektura ma co najmniej sto lat. Za to w biurze co roku organizujemy Kris Kindle, czyli wymianę drobnych podarunków podczas świątecznego spotkania. Losujemy obdarowywanego (eh, trudny mi się wybór trafił tym razem:) i ustalamy limit ceny oraz temat przewodni – w tym roku ma to być coś związanego z miejscem, z którego pochodzimy. Trochę to zaprzecza zasadzie anonimowości prezentów, ale w sumie i tak ostatecznie przy kolejnym guinessie tajemnice przestają być tajemnicami.

Co w takim razie kupić architektowi? Ponieważ nie znoszę ajfonów, moleskinów, artpenów i podobnych gadżetów, mam kilka innych propozycji. Tylko trochę przeklinam pod nosem – to taka okazja, żeby wystawić fakturę za reklamę, a do mnie wciąż nikt się nie zgłasza. Kasia Tusk już zdążyła puścić reklamę kosmetyków, sklepu z kawą, książki z przepisami, czapek i piżamo-dresów, a to dopiero początek grudnia…

  1. DVD

Jeśli ktoś jeszcze nie jest fanem duetu Ila Bêka i Louise Lemoine, stanie się nim po obejrzeniu ich filmów. „Koolhaas Houselife”, „Barbicania”, „The Infinite Happiness” i inne – zestaw do kupienia online.

kh.jpg

2. GRA

Zestaw kart do gry z grafikami przedstawiającymi budynki Szczecina. Architekturo w Szczecinie, można je już kupić czy dopiero na kolejne Boże Narodzenie?

karty.JPG

3. BILET NA KONCERT

Bilet na koncert do Filharmonii Szczecińskiej. Albo do NOSPR-u. Albo do Jordanek. Albo do Teatru Szekspirowskiego.

bm10_fot

4. BILET NA SAMOLOT

Na przykład na wycieczkę pod hasłem „Najnowsze realizacje Herzoga&deMeurona”, czyli do Londynu albo Hamburga. Irlandzką linią lotniczą w kolorach żółto-granatowych można tam dolecieć od 65PLN w jedną stronę, a węgierską w różu za dwie dychy więcej.

dezeen.jpg

5. MATERIAŁ BUDOWLANY

Ale szlachetny i w odpowiedniej oprawie. Najlepiej minimalistycznej.

pb903-slv-001

6. CZARNY GOLF

Mało oryginalnie, ale za to jak klasycznie. Najlepiej z porządnej wełny. Albo bawełny, bo wełna lubi drapać w szyję.

nmt27nv_mu

7. CZARNY GOLF

Ewentualnie – czarny golf  w skali 1:87.

vw-golf-ii

[Zdjęcia: Architektura w Szczecinie, Sztuka Architektury, http://www.dezeen.com, Ila Bêka & Louise Lemoine, http://www.tallinder.com, http://www.neimanmarcus.com, http://www.modele1-87.cba.pl]

Mam trzy latka…

img_0632

…trzy i pół, sięgam głową ponad stół! Rozpędziłam się – na razie dopiero trzy. W sobotę blog obchodził urodziny i chociaż jak zwykle nie zdążyłam zorganizować świeczek ani tortu, udało mi się spędzić ten dzień i przyjemnie, i miejsko, i architektonicznie. Mój osobisty urbanista prowadził panel o rewitalizacji na Kongresie Obywatelskim, a ja wybrałam się na „Warszawę w budowie” i na nadrabianie zaległości w oglądaniu nowych inwestycji. Bardzo JEMS-owy był ten dzień, bo zaczęłam od wychwalanej pod niebiosa 19. Dzielnicy oraz od nieco kontrowersyjnej przebudowy hali Koszyki.

O Koszykach jeszcze napiszę, a w 19. Dzielnicy zrobiło mi się trochę dziwnie. To osiedle dostało już tyle nagród i pojawiło się tyle razy w mediach jako wzorcowy przykład projektowania dzielnic mieszkaniowych, że spodziewałam się prawdziwej petardy. Pamiętam też odcinek programu „Polska dobrze zaprojektowana”, w którym Kuba Szczęsny, siedząc przy podejrzanie pustej piaskownicy, opowiadał o tej inwestycji w samych „ochach” i „achach”. Bo nie dość, że to osiedle bez płotów, to na dodatek z usługami w parterach i z przestrzeniami rekreacyjnymi dla mieszkańców. Przybyłam, zobaczyłam i… złapałam się za głowę. Czyżby ze stołecznym mieszkalnictwem było aż tak źle? Architekturze – jak to z JEMS-ami bywa – nie mogę nic zarzucić. Bloki wyglądają jak wysmakowane apartamentowce, ale ponieważ są do siebie bardzo podobne, całość sprawia bardzo biurowe wrażenie. Przestrzenie zielone dla mieszkańców owszem są, ale za… szklanymi płotami. I to w postaci porośniętych elegancko przystrzyżoną trawką pagórków, z których nawet na sankach nie da się zjechać bez wyrżnięcia w idealnie wypucowane szyby. Teraz nie było tam nawet widać żadnych dzieci, bo listopad to nie jest najlepsza pora na zabawy podwórkowe, ale spacerując między budynkami wyobrażałam sobie, że mogłyby tam co najwyżej po cichutku (nie przeszkadzać!!!) jeździć miniaturowymi mercedesikami, ubrane w kolekcje junior od Ralpha Laurena. Kręcąc się po osiedli trafiłam kilka razy na zupełnie zwyczajnego tatę z wózkiem, który postanowił pospacerować przy domu i ten widok średnio pasował do wysmakowanego otoczenia.

img_0637

Na szczęście obok kilku sklepów, głównie z wyposażeniem wnętrz, znalazła się jedna „Żabka”, bo nie byłoby nawet dokąd zejść w kapciach po świeże bułki. Kiedy wprowadzi się tam więcej osób, pewnie powstanie francuska piekarnia, bo jednak bardziej stylowo będzie schodzić po bagietki. Na razie lekko parysko jest – w końcu nazwa dzielnicy zobowiązuje! Widziałam kilka osób, które wchodziły do klatek z wózeczkami na zakupy. Tylko nie wiem, czy to byli mieszkańcy, czy ich gosposie.

img_0642

Dobra, dobra, kończę już z tymi złośliwościami:) Spacer po tym osiedlu stał się po prostu pretekstem dla kilku uwag o tym, jak działa miejska przestrzeń. Także pretekstem do tego, aby w końcu napisać o gdańskim Garnizonie, który już od kilku lat działa jak 19. Dzielnica, a po wprowadzeniu funkcji kulturalnych i gastronomicznych stał się nie tyle miejski, co wręcz śródmiejski w charakterze (ale szybkość tych zmian również sprawia problemy). Jeśli coś ma być „dla ludzi”, to nie da się tam uniknąć lekkiej przaśności i nieporządku. Bardzo lubię powiedzenie, że „brudne dzieci to szczęśliwe dzieci” – ta zasada w przenośni dotyczy również dorosłych, którzy dla wyluzowania potrzebują jednak odrobiny chaosu. A gdzie wyluzować, jeśli nie na własnym osiedlu?

[fot. Monika Arczyńska]

 

 

 

 

Jak wykończyć mieszkanie wykańczając i siebie, odc.3

WP_20160623_13_18_17_Pro.jpg

Jest już zdecydowanie bliżej niż dalej do końca remontu. Prawie cały lipiec spędziliśmy w rozjazdach, więc nie miałam czasu na nadzorowanie wszystkiego. Tylko czekam, gdzie pojawią się jakieś niedoskonałości. Pojawiają się, oczywiście, ale staram się przymykać na nie oko i cieszyć się kilkoma rozwiązanymi już sprawami.

Największym problemem mieszkania okazały się podłogi. Miały spadek jak w krzywej wieży z jednej z ksiąg „Tytusa, Romka i Atomka”. Wieża nie przekrzywiła się wraz z upływem czasu, ale specjalnie zbudowano ją dla pewnego księcia, który miał krótszą jedną nogę. Zawsze się zastanawiałam, jak ów nieszczęsny książę radzi sobie z przemieszczaniem się  w drugą stronę, ale Papcio Chmiel na pewno wymyślił jakieś sprytne rozwiązanie.  U nas się tak nie dało i trzeba było wszystko zrywać. Bardzo liczyłam na to, że pod paskudnymi, pomalowanymi farbą olejną na brązowo płytami pojawią się piękne, stare deski do odnowienia. Pojawiły się – i piękne, i stare. Niestety, kilka okazało się spróchniałych, nie było jak ich dosztukować, a chciałam uniknąć mieszania starych z nowymi. Wybór padł na nową podłogę z szerokich, sosnowych desek.  I tu zaczęły się schody (tzn. podłogi:). Obdzwoniliśmy wszystkie składy budowlane w okolicy, ale albo nie było odpowiedniej długości, albo deski okazywały się za wąskie, albo odpad byłby za duży. Majster chciał je już ściągać gdzieś ze Śląska, ale po co  są blogerskie znajomości? Pamiętałam, że Architekt na szpilkach musiała też dosztukować fragment podłogi w swoim pięknym mieszkaniu w sopockiej kamienicy. Poprosiłam ją o radę i dostałam kontakt do sklepu w Gdańsku: „Szanowna Pani, zanim zamówi Pani deski, musi Pani do nas przyjechać. Musi być przecież najpierw kawa, ciasteczko…”. Obyło się bez kawy i ciasteczka, za to podłogi są już zamontowane. Stan ze zdjęcia jest nieaktualny, ale miło mi popatrzeć na tę fotografię z westchnieniem ulgi, że to już przeszłość. Cieszę się też, że w międzyczasie facebookowe ogłoszenie pozwoliło na recykling pozostałych, oryginalnych desek. Nie trafią na opał – znajomy zainstaluje je w swoim mieszkaniu we wrzeszczańskiej kamienicy. Uratowane!

CDN

[fot. Monika Arczyńska]

OSSA 2016 czyli kapsuła czasu, rozmowy przy ognisku i mewa nr OP51

IMG_9373

Mewa numer OP51* – o 6 rano budził nas jej tupot o pusty parapet i operowe wrzaski

Nie ma to jak wrócić z urlopu w środku nocy i już następnego dnia wystartować ze studenckimi warsztatami. Dzięki temu, mimo że przez prawie cały tydzień Ogólnopolskich Spotkań Studentów Architektury OSSA 2016 pracowałam przedpołudniami, miałam wrażenie, że moje wakacje trwały miesiąc. Z ulgą przeniosłam się do Gdyni, bo wcześniej czułam, że nie starcza mi czasu ani na pracę z grupą, ani na rozmowy przy ognisku.

lila_01

Część naszego Wunderteamu – Dominika, Artur, Daniel, mój osobisty urbanista, który dzielnie zastępował mnie przedpołudniami, ja, Julia i Karolina

To moja pierwsza OSSA w roli tutora. Dużo się zmieniło, odkąd brałam w niej udział w czasie studiów. Relacje między uczestnikami a prowadzącymi są teraz zdecydowanie mniej sztywne, praca intensywniejsza, a prezentacje zdecydowanie bardziej wysmakowane. Tym razem organizatorzy zasugerowali także w ramach eksperymentu, aby mniej więcej na półmetku pracy nastąpiło podzielenie grup na trzy części i rozproszenie wśród innych zespołów. Okazało się się to świetną okazją dla wymiany przemyśleń i weryfikacji wstępnych wniosków oraz nieformalnego przetestowania, czy przyjęte założenia są czytelne dla innych. Półtorej godziny dyskusji z osobami, które w zupełnie odmienny sposób interpretowały zadany temat, okazało się czynnikiem mocno popychającym pracę naprzód.

A było co popychać. Wraz z moim osobistym urbanistą jechaliśmy do Gdyni bez konkretnego pomysłu na to, w jaką stronę można by pokierować grupą. Założenie było takie, aby rzucić hasło warsztatów- TRANS-PORT/-FORM, przedyskutować je porządnie i szlifować najbardziej obiecujący pomysł, jaki się wykluje. Zależało nam jednak na tym, aby zgodnie z sugestiami organizatorów skupić się na faktycznej interpretacji tematu, a nie tylko przygotowaniu przeestetyzowanego filmu na końcową prezentację. To podobno problem wielu warsztatów. Ponadto byliśmy jedynymi tutorami z Trójmiasta i staraliśmy się unikać zbyt bezpośredniego odnoszenia się do Gdyni i poszczególnych lokalizacji w mieście, bo po prostu za dobrze znamy kontekst różnych inwestycyjnych decyzji. Strategię lokalnych interwencji wybrały m.in. grupy Kuby Woźniczki odnosząc się do lotniska w Kosakowie („gorzka wisienka na słodkim gdyńskim torcie”) czy Marty Mnich i Mikołaja Smoleńskiego, których studenci w Sea Towers zobaczyli transformersa. Nam trudno byłoby o takie świeże spojrzenie, bo za dobrze znamy te kąty.

IMG_9333

Wszyscy słuchają Karola:)

Lokalnie zadziałali także Menthol Architects i ich studenci, którzy umieścili w różnych częściach śródmieścia 1500 niebieskim łódeczek origami prowadzących do Hali Targowej. Hala, pomimo spektakularnej architektury, lata świetności ma już za sobą. Najpierw przeprowadzono wywiady i z rozmów ze studentami, którzy podczas przetasowania grup trafili do nas, wynikało kilka bardzo interesujących wniosków. Gdynianom nadal mieszka się doskonale w ich mieście (co roku Gdynia wygrywa w rankingach najbardziej zadowolonych mieszkańców), lecz po ’89 stracili poczucie wyjątkowości swojego miejsca zamieszkania. Nadal jest wyjątkowe z uwagi na położenie i plażę, ach tę plażę w samym centrum, jednak miasto nie stanowi już takiego okna na świat, jak przed wojną lub przed transformacją. W szarych czasach komunizmu to tu docierały zachodnie towary i kultura – od dezodorantów Fa po płyty z brytyjską muzyką. Łódeczki na jeden dzień przyniosły wyjątkowość, ale aż kusi, żeby przeprowadzić pogłębione badania odnośnie tej utraconej pozycji.

Z kolei grupa Karola Szparkowskiego usiłowała uroczo nieporadnie zbudować na plaży kopułę z piasku. Skończyło się na siatce zbrojeniowej i geowłókninie, które z kolei zadziałały jako lampiony podczas ogniska ostatniej nocy. Kuba Szczęsny postawił na tekst i teatralną,  ironiczną interpretację pojęcia utopii. Wyszło przewrotnie, ale najbardziej przewrotne okazało się jednak to, że prezentacja nie została w pełni zrozumiana przez publiczność. To bardzo wymowna szkoła dla studentów, którzy dopiero uczą się współpracy z klientem. Jeśli architekci nie potrafią odczytać teatralnych środków wyrazu, podobnie niearchitekci nie są w stanie zinterpretować znaczenia decyzji projektowych. 

IMG_9353

Rozdanie dyplomów przez Karolinę, naszą niezastąpioną opiekunkę. Obok Robert, Edyta, Julia, Artur i Dominika.

Do naszej grupy trafiło dziewięcioro studentów różnym wieku, z różnych uczelni, różnymi doświadczeniami i podejściem do projektowyania. Po długich godzinach niełatwych rozmów na temat tranformacji i transportu wykrystalizowała się koncepcja „transportu formy w przyszłość”, za pośrednictwem materialnego nośnika. Odniesienie stanowiła kapsuła czasu – pojemnik z różnymi przedmiotami codziennego użytku – umieszczany podczas budowy lub remontu w niedostępnej części budynku, odkopywany przypadkiem po wielu latach, podczas kolejnej przebudowy. Podczas burzy mózgów zastanawialiśmy się, co chcielibyśmy teraz umieścić w takiej kapsule – do głowy przchodziły przede wszystkim informacje zapisane na cyfrowych nośnikach. Gazeta, monety czy pudełko zapałek są jednak trwalsze od dysku USB. Studenci wskazywali na problem nietrwałości cyfrowego nośnika oraz nadmiaru produkowanych i archiwizowanych informacji. W kontekście architektury zauważyli strach przed utratą na zawsze zarówno samego historycznego budynku, jak i informacji o nim, stąd badania historyczne, inwentaryzacje i dokumentacje fotograficzne. Grupa wypracowała przewrotną konserwatorską doktrynę zakładającą, że przy każdej przebudowie obiektu architektonicznego, nawet najnowszego i pozornie pozbawionego wartości estetycznych czy historycznych, należy pozostawić jego materialny fragment.

praca01

Ekipa podczas składania ostatecznej prezentacji – za stołem Weronika, Julia, Daniel i Małgosia

Za symbol takiego działania posłużył „kolec” z korony wrocławskiego Solpolu – budynku, odnośnie którego trudno podjąć decyzję, na ile jest wartościowy z konserwatorskiego punktu widzenia. Z jednej strony nadal pamiętane są kontrowersje związane z jego formą i kolorystyką, z drugiej od jego powstania minęło już tyle czasu, że można go jednoznacznie uznać za jeden z najbardziej reprezentatywnych przykładów postmodernizmu w Polsce. Gdy budynek jest jeszcze zbyt młody i brakuje dystansu czasowego dla oceny jego wartości, trudno określić, jak zweryfikuje go czas – to problem wielu powojennych obiektów, które są bez kontroli wyburzane lub przebudowywane. W postmodernistycznym, pełnym detali budynku łatwo jednak ustalić, które charakterystyczne elementy można by pozostawić według wymyślonej przez grupę strategii. Trudniej o decyzję, które elementy modernistycznych budynków byłyby najlepszym nośnikiem informacji o ich historycznym czy sentymentalnym znaczeniu – które powinny znaleźć się w „kapsule czasu”.

Gdyński modernizm dał nam do myślenia o tym zagadnieniu, a gdyński powojenny budynek – mieszkaniowa”szafa” z balkonikami przy domu towarowym Batory – posłużył jako bohater amimacji pokazującej symulację przekształceń z pozostawieniem istniejących elementów. Ekipa przygotowała także – bo przecież mowa o materialnych nośnikach –  lapidarium złożone ze współczesnych elementów architektonicznych. Stanowiło antytezę idei pozostawienia ich in situ i wskazało, jak bardzo są nietrwałe i powtarzalne w przeciwieństwie do historycznego detalu. Pobliska budowa okazała się doskonałym źródłem materiałów – dziewczynom udało się zdobyć nawet fragment tynku na styropianie. Po prezentacji rozgorzała dyskusja – najlepsza weryfikacja, czy cały myślowy proces był spójny i logiczny. Hubert Trammer, który przyjechał specjalnie na ossowe prezentacje, był szczególnie dociekliwy i cała grupa, z tutorami włącznie, miała wypieki z wrażenia, jak wiele opinii zostało wymienionych.

IMG_9363.JPG

Lapidarium złożone ze współczesnych elementów budowlanych

Warsztaty to nowe znajomości nie tylko ze studentami, ale też z tutorami i osobami zaproszonymi do wygłoszenia wykładów. W ramach „Europejskiej Stolicy Kultury” Wrocław zaprosił do siebie trójmiejskich artystów w ramach trwającej właśnie akcji „Znajomi znad morza„. W przypadku OSSA i architektury  do Trójmiasta wpadli „Znajomi z Wrocławia”. Ponieważ sama przyczyniłam się do wrocławskiego desantu (udało mi się namówić na przyjazd Menthol Architects i podpowiedziałam organizatorom VROA oraz CH+), a Kuba Woźniczka to warsztatowy weteran, wśród ekipy prowadzących byli prawie sami znajomi. Ponieważ niektórzy ściągnęli do Gdyni swoich bliskich, w końcu poznałam Kasię Kajdanek, której „Suburbanizację po polsku” uważam za najlepszą książkę ostatnich lat o polskim mieszkalnictwie („13 pięter” może się schować).

IMG_9354

Część ekipy tutorskiej z Wrocławia

IMG_9280.JPG

Lila z Menthol Architects skupiona nad projektem ożywienia Hali Targowej

Lila_02

Z wykładem wpadła Pani Dyrektor czyli Agnieszka Puchyr, która w czasie OSSY gościła na blogerskiej imprezie w Gdyni. To kolejna osoba z archiblogosfery, z którą w końcu spotkałyśmy się w realu

Następna OSSA już w październiku w Zakopanem. Już zazdroszczę studentom i tutorom, tym bardziej, że organizatorzy planują kolejny eksperyment – połączenie prowadzących w pary: architektów z osobami niezwiązanymi z branżą. Mogą pojawić się historycy sztuki, biolodzy, psycholodzy – podpowiedzieliśmy kilka nazwisk i najbardziej żałujemy, że nie uda nam się raczej wpaść, chociaż na chwilę, na drugi koniec Polski.

*Ponieważ pierwszy raz w życiu udało mi się odczytać numer ptasiej obrączki, postanowiłam zarejestrować go w internetowym serwisie zbierającym takie dane. Lista do wypełnienia jest dość długa, w większości kategorii wybiera się dane z rozwijalnego menu. Jedna z kombinacji pytanie-odpowiedź wydała mi się dość rubaszna: „Czynności wykonane z ptakiem?” „Uszkodzony podczas trzymania w ręku”. Kurtyna:)

[Fot. Monika Arczyńska, Lila Krzycka]

Kto sieje asap, ten zbiera fakap*

Palestine

Tytuł pochodzi ze strony „Korposzczur płakał jak czelendżował„. Co prawda daleko jestem od korporacyjnych klimatów, ale przez kilka ostatnich czelendżów, a zwłaszcza asapów, niewiele brakowało, a skończyłoby się na poważnych fakapach*. Być może zauważyliście, że blogowe posty pojawiają się ostatnio z mniejszą częstotliwością – to przez te asapy właśnie. Nie lubię narzekać na klęskę urodzaju, bo to najlepsza z możliwych klęsk, ale tym razem do zawalonego terminami kalendarza doszły wypadki losowe, z finałami szpitalnymi, niestety. Najwięcej trudności sprawiała jednak jednostka chorobowa o dźwięcznej nazwie „działalność gospodarcza”. Kończymy obecnie z moim osobistym urbanistą podręcznik planowania dla Obszaru Metropolitalnego Gdańsk-Gdynia-Sopot. Teminy napięte, zakres ogromny, a żeby tego wszystkiego było mało, Łukasz złamał ręce w wypadku rowerowym. Obie. W tym jedną tak pechowo, że od razu wylądował w szpitalu na operacji łokcia. Przez chwilę myśleliśmy, że wszystko się posypie, ale uff, chyba udało się opanować terminy. Nie poradzilibyśmy sobie bez pomocy i trzymania kciuków – dziękuję!

Kolejne asapy (oby nie skończyły się fakapami!) mamy na Politechnice. Po kapitalnych doświadczeniach z ubiegłego roku i projektem dla Starego Polesia w Łodzi pracujemy ze studentami nad założeniami dla przebudowy ulicy Długiej i Długiego Targu w Gdańsku. Pomimo kryzysów, stresu, momentów totalnego załamania i nagłych mobilizacyjnych zrywów, jesteśmy dobrej myśli – studenci zostali rzuceni na głęboką wodę, ale radzą sobie świetnie. Napiszę o tym w czerwcu, kiedy doprowadzimy projekt do końca.

Przez ten natłok spraw przegapiłam w ubiegłym tygodniu dziesiątą rocznicę (!) pracy w Heneghan Peng Architects. To też temat, który zasługuje na osobny tekst. Nigdy nie myślałam, że wytrzymam tyle lat w jednym miejscu, ale nadal nie wyobrażam sobie, żebym mogła bez żalu pożegnać się z takim zespołem i z takimi projektami. Już w tym tygodniu, 18 maja, odbędzie się oficjalne otwarcie Muzeum Palestyny (na zdjęciu). Jadę obowiązkowo, bo to przypuszczalnie jeden z najważniejszych projektów, nad którym kiedykolwiek miałam i będę miała okazję pracować. Będzie większa ekipa z biura, niektórzy zostają, żeby pojeździć jeszcze trochę po Bliskim Wschodzie. Niestety, nie dołączę do nich, ale zobaczymy się ponownie już niedługo, bo na początku czerwca wpadam na chwilę do Dublina, żeby zobaczyć, jak idzie przebudowa Galerii Narodowej. Prace mają skończyć się za kilka miesięcy, więc to może być ostatnia szansa, żeby zobaczyć Galerię w ciekawszej, bo rozbebeszonej wersji.

Między tymi biurowymi wyjazdami wyskakujemy jeszcze na previews weneckiego Biennale. Tego wydarzenia nie mogę się doczekać najbardziej: dwóch dni, kiedy liczy się architektura, architektura i tylko architektura. Będę wypatrywać starchitektów, w tym oczywiście boskiego Alejandro. Ba, od innej fanki mam dostać cynk, w którym hotelu się zatrzymuje:) Jeśli nie pojawię się z powrotem w Gdańsku, to znaczy, że zostałam jego groupie. Ahoj, przygodo!

*W razie pytań, co to te fakapy, wrzucam link do wyjaśnienia:)

[fot. Heneghan Peng Architects]

Jak wykończyć mieszkanie wykańczając i siebie, odc.2

IMG_5223.JPG

Odcinek 2: W pogoni za podpisami

„Mała wspólnota” – na to hasło dostaje gęsiej skórki. Nawet, jeśli planowana ingerencja w część wspólną budynku jest tak niewielka, że nie ma co spodziewać się problemów w uzyskaniem zgody wszystkich właścicieli, problem może stanowić… dotarcie do nich. Pół biedy, gdy mowa o ściganiu sąsiada, który pracuje na zmiany i trudno zastać go w domu. Niestety, bywają bardziej skomplikowane przypadki. A to ktoś jest za granicą, a to w sanatorium, a to wyszedł z domu i nie wrócił.

Ingerencja w moim projekcie była naprawdę mała – chodziło wyłącznie o podpięcie się do przewodów kominowych, bo ani w kuchni, ani w łazience nie ma obecnie żadnej wentylacji. Ponadto okazało się, że wolnych przewodów jest mnóstwo – pozostały po likwidacji pieców kaflowych. Uzbrojona w projekt uchwały i sporo cierpliwości zaczęłam pukać do mieszkań. Co się okazało: w zaledwie dwóch mieszkaniach na siedem (ach, te małe wspólnoty) mieszkali właściciele. Reszta albo stała pusta, albo była wynajmowana. Na szczęście dostałam kilka numerów telefonów i udało mi się dotrzeć do paru osób. Na nieszczęście w międzyczasie trafiłam do szpitala i nie mogłam pojawić się na spotkaniu wspólnoty, podczas którego miałam nadzieję na zebranie kilku podpisów. Pewnie nadal miałabym z tym kłopot, gdyby nie  miła pani, od której kupiliśmy mieszkanie. Bardzo nam pomogła zdobywając kolejne podpisy od niegdyś swoich, a obecnie naszych sąsiadów i nawet przywiozła mi je do domu.

Ale to wszystko przecież nie mogło być tak proste, prawda? Kiedy podskoczyłam do Urzędu Miasta, żeby wprowadzić zmiany w złożonym zgłoszeniu (historia z poprzedniego odcinka sagi) miła pani z Wydziału Architektury i Urbanistyki zauważyła w mojej ‚budowlanej’ teczce listę właścicieli mieszkań i szybko sprawdziła ją w bazie danych. Oczywiście okazało się, że mam na liście nie te nazwiska, co trzeba, bo niektórym właścicielom zdarzyło się umrzeć i to nawet nie miesiąc, nie dwa, ale cztery lata temu. Pogoń za podpisami zrobiła się jeszcze bardziej skomplikowana… Tym razem pomogła nie tyle miła pani, co miły sąsiad z dołu. Wykonał kilka telefonów, dowiedział się, kiedy wraca do Gdańska najtrudniej uchwytny sąsiad-marynarz i zaczęłam znów widzieć światełko w tunelu. Tym bardziej, że w międzyczasie umówiłam wykonawcę na maj i zaczęłam kupować umywalki, płytki i grzejniki.

Zdobywanie ostatnich podpisów mogłabym określić jako ‚trochę śmieszno, trochę straszno’. Umawiając się telefonicznie i wyjaśniając, w czym rzecz, usłyszałam, że dołączoną do projektu opinię kominiarską należy sprawdzić, bo przecież kominiarz pracował na moje zlecenie i mógł wpisać tam to, co mu kazałam… Na moje oburzenie rozmówca zareagował ‚Proszę Pani, nie takie rzeczy się widziało!’.

Ale podpisał:)  CDN

[Fot. Monika Arczyńska]

 

Młode Miasto nie za młodych mężczyzn

stocznia_01

Nie dałam rady wpaść na konferencję o Młodym Mieście na terenach postoczniowych w Gdańsku, więc obejrzałam sobie z ciekawości relację zdjęciową. Okazało się, że to idealna ilustracja do niedawnej rozmowy o sytuacji kobiet w branży. Sami zobaczcie: Aneta Szyłak była JEDYNĄ prelegentką i to reprezentującą świat sztuki, a nie architektury i planowania. Reszta to faceci, na dodatek w większości niezbyt młodzi i chociaż żadnemu z nich nie odmawiam wiedzy i doświadczenia, a niektórych na dodatek lubię prywatnie, to kiedy widzę kolejny raz podobną koncentrację, cholera mnie bierze. W takich sytuacjach przypomina mi się pewien cytat z Margaret Thatcher: Jeśli chcesz, by coś zostało powiedziane – powierz to mężczyźnie. Jeśli chcesz by zostało zrobione – powierz to kobiecie. I tak sobie panowie gadają od kilkunastu lat, a na terenach postoczniowych niewiele się zmienia.
Tak się wkurzyłam, że aż wysłałam zgłoszenie do bazy danych o kobietach-ekspertkach. Wstrzymywałam się bardzo długo, bo zawsze mi się wydawało, że trzeba łamać stereotypy działaniem, a nie podobnymi parytetopodobnymi akcjami. Ale czara goryczy się przelała. Za dużo miałam ostatnio okazji uczestniczenia w mało przyjemnych sytuacjach, kiedy jako jeszcze w miarę młoda kobieta, która na dodatek nie próbuje się wizualnie postarzać (babciowatym garsonkom mówię zdecydowane nie!), jestem traktowana z ogromną podejrzliwością. Na dodatek pracuję w jakimś zagranicznym biurze o dziwnej nazwie, jakbym nie mogła po bożemu zatrudnić się gdzieś lokalnie, wtedy można by zadzwonić do szefa –  kolegi ze studiów albo kumpla od wódeczki, powiedziałby, co to za jedna. Zazdroszczę Warszawie, bo tam dziewczyny mają więcej do powiedzenia – bardzo się ucieszyłam, kiedy Marlena Happach została prezeską SARP. Napisałam ‚prezeską’! Chyba staję się prawdziwą feministką (ale ‚architektka’ przez gardło mi nie przejdzie).
Kiedy patrzę na nasz coraz bardziej sfeminizowany wydział i niesamowite studentki, które mają tyle talentu i samozaparcia, że wielu facetów mogłoby o tym tylko pomarzyć, z jeszcze większą energią mam ochotę kruszyć beton, żeby ułatwić im podbijanie architektonicznego świata. Pomożecie?
[fot. Monika Arczyńska]

Hallo Frau Dr. Monika Arczynska

obrona.jpg

Facebook przypomniał mi właśnie, że broniłam się dokładnie trzy lata temu. W sumie to był całkiem przyjemny dzień. Byłam raczej wkurzona niż zestresowana (ale już nawet nie pamiętam na co), poza tym przyjechali rodzice, uśmiechający się tego dnia bezustannie  i wpadło sporo znajomych. Niektórzy szczęśliwym przypadkiem – akurat tego dnia Lila i Rafał z Menthol Architects przylatywali do Gdańska z Dublina, chociaż wcale nie planowali przyjazdu akurat na obronę. Wpadli lekko spóźnieni, a ja byłam już tak zaaferowana prezentacją, że nawet nie zauważyłam, kiedy się pojawili.

Doktorat zajął mi osiem lat. Za długo? Może i tak, ale przez cały czas równolegle pracowałam i powstało w tym czasie kilka chyba niezłych projektów. Wiele razy słyszałam jednak pytanie „po co Ci, kobieto, doktorat”? Do projektowania jest kompletnie nieprzydatny, architekci-doktorzy są nawet niekiedy traktowani z lekką podejrzliwością, bo teoria a praktyka to jednak dwa zupełnie odmienne światy. Zawsze bałam się jednak utknięcia w tylko jednym z nich – zawsze wydawało mi się, że najciekawsze rzeczy dzieją się na ich styku. Odkąd przeniosłam się do Polski mam coraz więcej okazji, żeby pracować właśnie w tej przestrzeni „pomiędzy”, ale przyczyn zabrania się za tę mozolną pracę było całkiem sporo:

Bo miałam świetnego promotora. Profesor Andrzej Baranowski to… nie, nie wiem nawet, jak napisać o jego wiedzy i klasie, żeby nie zabrzmiało to banalnie. Spotykaliśmy się za każdym razem, kiedy przylatywałam do Polski, a raz nawet w Dublinie przy okazji pewnej konferencji (guiness w pubie zaliczony:). Każde z tych spotkań było dla mnie ważne nie tylko w kontekście popychania do przodu pracy nad doktoratem, ale również ogromną przyjemnością i wypełnieniem głowy kolejnymi ważnymi sprawami do przemyślenia. Poza tym to właśnie profesor pierwszy raz opowiedział mi o niejakim Alejandro A.:)

Bo nauczyłam się dużo nie tyle o samym prowadzeniu badań, co o świecie. Pisałam o wyborach mieszkaniowych w kontekście społeczeństwa konsumpcyjnego i okazało się, że całkiem przypadkiem mogłam poobserwować na żywo zjawiska, o których równolegle czytałam w literaturze. Polski boom mieszkaniowy, kryzys w Irlandii, bańka na rynku nieruchomości – mogłabym długo wymieniać. Nawet teraz, kiedy słyszę o mieszkaniowych planach znajomych, wiem, dlaczego przychodzą im do głowy właśnie takie pomysły.

Bo w dość jeszcze niestety seksistowskiej Polsce „dr” przydaje się dość jeszcze młodej kobiecie, która nie lubi udawać babochłopa, za to odzywa się, kiedy ma coś do powiedzenia.

Bo przydaje się do zleceń związanych z doradztwem, a nie samym projektowaniem. Moje doświadczenie w projektowaniu dużych budynków użyteczności publicznej według zachodnich standardów przydaje się w Polsce, a „dr” przed nazwiskiem otwiera drogę do opracowań eksperckich w tym temacie.

Bo jest przepustką do uczenia studentów, a ja to naprawdę bardzo lubię.

Ale największa korzyść z doktoratu to ten moment, kiedy na biurowego maila dostaję newsletter z niemieckiego sewisu o konkursach architektonicznych. Nasza sekretarka skrupulatnie zarejestrowała  wszystkie stopnie zawodowe, naukowe i afiliacje, więc kiedy przychodzi nowa wiadomość, za każdym razem parskam ze śmiechu, bo czy nagłówek „Hallo Frau Dr. Monika Arczynska” nie wygląda przekomicznie?

A poza tym rodzice zawsze powtarzali, że dobrze byłoby mieć lekarza w rodzinie:)

[Fot. Barbara Zgórska]

Tego Wam nie wybaczę!

Wajdeloty

Już dawno przymierzałam się do tego tematu. Czekałam tylko na wiosnę i zazielenione drzewa, żeby zrobić serię porządnych zdjęć. O co chodzi? O miejsce, o którym pisali już chyba wszyscy trójmiejscy blogerzy – Dolny Wrzeszcz i ulicę Wajdeloty. Większość wypowiadała się z zachwytem, mnie zachwyca tylko część zachodzących tam zmian, bo teraz to już gentryfikacja w najbrutalniejszym wydaniu. Chciałam o tym napisać w żartobliwie-uszczypliwym stylu, przygotowując test poziomu zgentryfikowania ulicy. Miały się tam znaleźć pytania o dostępność produktów bezglutenowych (na Wajdeloty – żaden problem), możliwość przystrzyżenia brody (pod numerem 9), jakość humusu (podobno przyzwoita) i deserów z chia (znośna) oraz liczba miejsc, w których można poćwiczyć jogę (obecnie chyba dwa). Zrobiłabym to, gdyby nie wczorajsze wydarzenie…

Mieszkam w Dolnym Wrzeszczu. Kiedy szukaliśmy z moim osobistym urbanistą miejsca, żeby stworzyć w Gdańsku bazę (nie piszę ‚osiąść’, bo jak znam życie, znów nas stąd kiedyś wywieje), nie patrzyliśmy nawet na inne dzielnice niż Wrzeszcz. To nie jest centrum wszechświata, ale ma największą kumulację tych rzeczy, które w życiu w mieście są najważniejsze: świetną dostępność komunikacyjną (tramwaj, autobus, ścieżki rowerowe, pociąg i kolejka miejska, teraz również na lotnisko), usługi – od zegarmistrza po sieciówki z ciuchami, na Politechnikę idzie się stąd 20 minut jedną z moich ulubionych ulic, a przychodnię mamy przy domu. Zapomniałabym! W promieniu kilkuset metrów znajdują się trzy parki i skwery, z nowym wyposażeniem dzięki sąsiedzkim staraniom i budżetowi obywatelskiemu. Dzielnica wydaje się skazana na sukces, stąd moje zdziwienie, że jeszcze niedawno Urząd Miasta myślał serio o zaplanowaniu tam działań rewitalizacyjnych.

Odkąd dokonano ‚rewitalizacji’ (tzn. remontu) ulicy, trudno nadążyć za prędkością zmian. Zaczęło się od wegańskiej knajpy, która zaczęła działać jeszcze podczas remontu, gdy przejście przez rozkopy i stalowe siatki przypominało tor przeszkód. W miejscu spożywczaka powstał ‚Hummusland’. W miejscu mięsnego – ‚The Barbers’. Przetrwała pizzeria ‚Ósemka’, którą pamiętam jeszcze ze studenckich czasów, gdy na Wajdeloty czasem przychodziło się popatrzeć na piękne przedwojenne kamienice, ale cały ten obszar za torami wydawał się wówczas taki odległy… ‚Ósemka’ przetrwała, chociaż serwowana tam pizza zawsze była raczej polską wariacją na temat włoskiego oryginału, za to w ubiegłym roku pojawiła się taka informacja :

vegan.jpg

Wzdychałam z lekkim zniecierpliwieniem za każdym razem, gdy następowały podobne zmiany, ale nie chciało mi się wierzyć, że gentryfikacja może mieć tu takie tempo jak w Berlinie, przebadanym od pod tym kątem z laboratoryjną dokładnością. Pocieszałam się, że przecież w sumie wszystko idzie w dobrym kierunku, ulica wypiękniała, podziemna infrastruktura została wymieniona, fundamenty kamienic zaizolowane, ruch uspokojony, a atrakcyjność miejsca wprowadzi tam nowe biznesy i miejsca pracy. Wzdychałam i mamrotałam pod nosem, że dopóki na ulicy przetrwają lumpeksy i sklep metalowy, nie jest jeszcze tak źle. Lumpeksów zawsze było kilka, a metalowy to takie miejsce, na widok którego człowiekowi robi się lżej na duszy, bo wiadomo, że jeśli trzaśnie w domu jakiś wężyk albo uszczelka, to przemiły pan sprzedawca na pewno dobierze odpowiedni zamiennik i poradzi, jak go zamontować. To też sklep, na którego wystawie znajduje się stary szyld z nazwą ulicy – ot, taki lokalny sentyment.

Lumpeksy powoli zaczęły znikać, sąsiednie solarium padło, ale metalowy dzielnie trwał. Wczoraj w drodze na rosyjski zobaczyłam jednak w oknach informację o likwidacji.

Nigdy Wam tego nie wybaczę, ale kim jesteście, tajemniczy ‚Wy’? Lokalną hipsterką sączącą rzemieślnicze piwo w pubie na końcowym rondzie? Sama je tam wczoraj sączyłam. Klasą średnią, która zamieszkała na nowym osiedlu w starym browarze na końcu ulicy? To takie miejsce, gdzie w każdej klatce mieszkają co najmniej trzy buldożki francuskie, a liczba samochodów na gospodarstwo domowe jest taka, jak na przedmieściach. A może ‚Wy’ to właściciele lokali, którzy po latach dokładania do swoich lokalnych sklepików zauważyli szansę na niezły biznes? Rozumiem to doskonale. A może chodzi o blogerki lajfstajlowe, które interesuje ładne tło do zdjęć i dobra kawa? Nie wiem. Pewnie nie ma sensu szukanie winnych, pewnie jestem równie winna, bo częściej korzystam z Biedronki przy browarze niż z ostatniego warzywniaka na Wajdeloty. Nie tylko więc Wam – sobie tego też nie wybaczę.

[fot.Monika Arczyńska]

Jak wykończyć mieszkanie wykańczając i siebie, odc.1

image

Na blogu ostatnio cicho, bo architektura, jaką zajmowałam się najbardziej intensywnie w ostatnich tygodniach, to architektura służby zdrowia. Wracam z czymś specjalnym – z mrożącą krew w żyłach powieścią w odcinkach. Wykańczanie (legalnie) mieszkania to zadanie, z którym tak trudno sobie poradzić, że przypuszczalnie 99,9% osób nie zaprząta sobie głowy zgłoszeniami czy pozwoleniami na budowę. Postanowiłam jednak spróbować zrobić to zgodnie z prawem. O ja głupia! O ja nieszczęsna!

Nie mam zbyt wielkiego doświadczenia w pracy projektowej w Polsce i chociaż pewne zawiłości naszego prawa są dla mnie obce, założyłam, że nie powinny mnie przerosnąć. Praktycznie każdy projekt, nad którym pracuję, znajduje się w innym kraju i ogólne zasady są wszędzie zbliżone, tyle, że opisane a to po arabsku, a to po rosyjsku, a to po hebrajsku. Polską ustawę jestem przynajmniej w stanie bez problemu przeczytać. Nigdy nie zajmowałam się za to projektowaniem w tak maleńkiej skali – obecnie mam na tapecie budynki o powierzchniach od 40 do 120 tysięcy metrów kwadratowych. Tym bardziej fascynuje mnie, czym potrafią przejąć się urzędnicy w Polsce. Szczegółowość tej powieści w odcinkach pewnie wzbudzi  uśmiech politowania u koleżanek i kolegów po fachu, którzy zęby zjedli na podobnych perypetiach, ale dla mnie to kompletna nowość.

Odcinek 1 – Miłe złego początki

Na początku roku zabieram się za projekt niewielkiego mieszkania  w kamienicy przy jednej z moich ulubionych ulic Gdańska, w dzielnicy o wdzięcznej i dźwięcznej nazwie Aniołki. W mieszkaniu stoi przepiękny stuletni piec kaflowy, wysoki na trzy metry. Nie przeraża mnie wcale, że kamienica jest w ewidencji. Uzbrajam się w cierpliwość oraz pokorę i zamierzam wszystko zrobić zgodnie z prawem i według świętych zasad dobrej praktyki. Dzwonię do biura miejskiego konserwatora zabytków, gdzie miła pani (miłe panie będą przewijać się przez cały czas przez tę opowieść) informuje, co muszę pozałatwiać i w jakiej kolejności oraz zapowiada, że otrzymanie zaleceń konserwatorskich dla tak niewielkiej inwestycji to sprawa dwóch-trzech tygodni. Przygotowuję wniosek o ich wydanie, do którego załączam kilkunastostronicowy raport opisujący stan istniejący (zachowane elementy wnętrza są pod ochroną) i planowane prace.

Umawiam się z wykonawcą, który świetnie wykonał robotę u znajomych. Akurat za kilka tygodni będzie wolny, powinnam już wtedy mieć wszystkie potrzebne pozwolenia i zgłoszenia. Zabieram się za projekt – planowane prace dzielę na dwie części, żeby było szybciej. Roboty wykończeniowe, w tym wymianę okna dachowego, do którego potrzebne mi były zalecenia konserwatorskie, umieszczam w zgłoszeniu (30 dni na reakcję Urzędu). Istniejącą kuchnię o proporcjach tramwaju zamierzam podzielić docelowo na aneks sypialny i kuchenny, ale nie mogę umieścić tego w zgłoszeniu, bo gdański Urząd każdą zmianę układu pomieszczeń traktuje jako przebudowę i wymaga pozwolenia na budowę. O nie postaram się chwilę później, bo czuję, że trochę czasu zajmie mi załatwienie zgody wspólnoty na podłączenia wentylacji (obecnie brak) do istniejących przewodów kominowych. W zgłoszeniu postanawiam jednak umieścić wykonanie dwóch otworów w ścianie działowej, które docelowo pozwolą na dostęp do aneksów z pokoju dziennego – to nie zmienia układu pomieszczeń, więc nie powinno być problemu, a wykonawcy znacznie ułatwi pracę.

Nie mam jednak szczęścia. Miła pani z urzędu dzwoni, żeby mnie poinformować, że „wie Pani, wszystko w porządku, ale na te dziury w ścianie działowej to będzie Pani potrzebowąła pozwolenia na budowę”. Cholera jasna! Ale może to dobrze. W innym razie wniosek o pozwolenie na budowę obejmowałby  AŻ DWA PUNKTY (proszę nie opluć monitora ze śmiechu):

  1. Budowa ścianki gipsowo-kartonowej o długości… 1,75m.
  2. Wykonanie dwóch podłączeń wentylacyjnych do istniejących przewodów kominowych (czyli po prostu wykucie dwóch dziur, jakieś 15x15cm każda).

Teraz przynajmniej mogę dodać punkt trzeci! Domyślam się jednak, że zakres tych prac okaże się dla Urzędu tak poważny, że kolejny telefon będzie dotyczył konieczności zaangażowania architekta sprawdzającego…

W międzyczasie miła pani z firmy administrującej budynkiem pomaga mi w dotarciu do członków wspólnoty, od których potrzebuję zgody na podpięcie się do przewodów kominowych. Ale to będzie materiał na kolejny, jeszcze bardziej drastyczny odcinek sagi.

PS Zalecenia konserwatorskie były gotowe po pięciu, a nie dwóch-trzech tygodniach:)

[fot. Monika Arczyńska]

 

 

 

Czas to pieniądz

rury.jpg

Co za budowlano-remontowy sezon! Znajoma kupuje mieszkanie i czeka ją wykańczanie stanu deweloperskiego. My niedługo utkniemy w dwóch remontach. Przepraszam – przebudowach, bo według prawa budowlanego postawienie ścianki działowej bywa przebudową. Szukam właśnie umywalek, baterii, podłóg i tysiąca innych rzeczy, ale przede wszystkim zgrzytam zębami na myśl o tym, ile to wszystko jeszcze potrwa. Problemem nie jest nadmiar materiałów do wyboru ani moje projektowe niezdecydowanie, chociaż właśnie nieco utknęłam przy płytkach ceramicznych. Problem to urzędowe procedury, które trwają wieki.Pomimo chichotów znajomych („Serio? Zamierzasz to zgłaszać do urzędu?”) robię wszystko zgodnie z prawem. Jedno pozwolenie na budowę czeka już od roku, drugi projekt jest gotowy. Dziś składam zgłoszenie, bo wystarczy do większości prac remontowych, a znacznie przyspieszy inwestycję. Na szczęście zalecenia konserwatorskie (jeden z budynków jest w ewidencji) są zgodne z moimi zamierzeniami, ale ich uzyskanie trwało ponad miesiąc…

Czytuję od czasu do czasu blog Michała Szafrańskiego „Jak oszczędzać pieniądze”. Też bym chciała być równie przedsiębiorcza jak Michał Sz., ale chyba za dobrze znam przepisy budowlane. Zaintrygował mnie wpis „Mieszkanie jako inwestycja krótkoterminowa, czyli jak można zarobić kilkadziesiąt tysięcy w 2,5 miesiąca”. Sprawa wyglądała prosto: Michał kupił w dobrej cenie zadłużone mieszkanie w nie najlepszym miejscu i standardzie z myślą o wynajmie studentom lub sprzedaży. Po wyprostowaniu kilku administracyjnych problemów i błyskawicznym, niskobudżetowym remoncie udało mu się korzystnie sprzedać mieszkanie. Zafascynował mnie harmonogram tego przedsięwzięcia: 29 listopada – zakup mieszkania; […] 5 grudnia – start prac remontowych. Liczę i liczę, ale nijak nie chce mi się zmieścić  między tymi datami 30 dni. To tyle, ile należy odczekać po zgłoszeniu prac budowlanych do urzędu. Milczenie oznacza zgodę – jeśli nie będzie reakcji, można zacząć działać. Jeśli okaże się, że potrzebne są jakieś uzgodnienia albo planowane prace kwalifikują się do pozwolenia na budowę (np. jakiekolwiek zmiany w instalacji gazowej), urząd wyśle odpowiednie instrukcje. Zgłoszenie to tylko dwa łatwe do wypełnienia formularze i ewentualnie rysunek, który można wykonać samodzielnie. To nic nie kosztuje, tylko… no właśnie, czas.

Jaki jest sens zgłaszania prac budowlanych? A chociażby taki, że wymaga zastanowienia się nad ich ewentualnymi konsekwencjami, a urzędnicy odpowiednio to zweryfikują. Przykłady z życia: przyjaciółka z rodziną musiała ewakuować się z mieszkania, bo sąsiadka z dołu po likwidacji pieca kaflowego zafundowała sobie kominek z otwartym paleniskiem. Komin to komin, co za problem, po co to w ogóle z kimkolwiek konsultować? Inny poziom wilgotności i temperatura dymu sprawiły jednak, że przewód bez wkładu zaczął przepuszczać spaliny do mieszkania powyżej. Ktoś inny przyznał się niedawno, że bez pozwolenia zmieniał w swoim mieszkaniu (w bloku!) instalację gazową. To zdecydowanie inny kaliber niż banalna wymiana podłóg, ale chodzi o tę samą zasadę: gdzie są granice dysponowania swoją własnością oraz zaufania do wiedzy budowlanej – własnej lub niekoniecznie świetnie wykwalifikowanego fachowca. Z jednej strony wściekamy się na zalew szmat reklamowych na elewacjach czy nieskoordynowane podziały okienne w zabytkowych kamienicach, a przecież wynikają z tego samego podejścia lub niewiedzy. Ostrożniej działają ci, którzy przymierzają się do większej inwestycji (może ze strachu przed inspekcją budowlaną?). Można już budować domy jednorodzinne na samo zgłoszenie. Bałam się, że przyczyni się to do jeszcze większego chaosu na suburbiach, ale okazuje się, że inwestorzy niezbyt chętnie korzystają z tego pozornego udogodnienia. Pozornego, bo jakakolwiek wątpliwość ze strony urzędu bądź błąd w dokumentacji znacznie komplikują i wydłużają inwestycję w porównaniu do spokojnego budowania po uzyskaniu pozwolenia. A przecież czas to pieniądz, prawda?

[Fot. Monika Arczyńska]

 

 

 

Piano

IMG_4037

Przygotowujemy się właśnie z Maksem Bochenkiem do dyskusji po projekcji odcinka „Świątyń kultury” o Centrum Pompidou w gdańskim IKM. Czytam m.in. o Renzo Piano i przypominają mi się inne jego realizacje, które miałam okazję zobaczyć. Naliczyłam ich ponad dziesięć, przy czym niektóre oglądałam tylko z zewnątrz albo właśnie były w budowie. W innych miałam okazję spędzić więcej czasu, np. w Lingotto w Turynie. To był chyba jedyny raz w życiu, kiedy podczas wakacyjnego wyjazdu szarpnęliśmy się z moim osobistym urbanistą na pięciogwiadkowy hotel (na szczęście w dużej promocji*). Piano zajął się tam adaptacją fabryki Fiataz lat 20. To, co przede wszystkim warto zobaczyć w Turynie, to niekoniecznie jego interwencje, ale sama fabryka – żelbetowy budynek-maszyna. Nocleg w hotelu pozwala skorzystać z jej niesamowitego dachu z celach joggingowo-widokowych – oryginalnie znajdował się tam tor testowy dla samochodów i to tam rozgrywa się również jedna ze scen w filmie „Włoska robota”.

turyn.JPG

[Te dwie narośle na dachu to „włoska robota” Renzo Piano w Lingotto]

Jeden z najnowszych budynków Piano oglądałam z kolei miesiąc temu na Malcie. Valetta City Gate – bramę do Valetty połączoną z administracyjno-kulturalnym kompleksem – ukończono w 2014 roku. Zespół wygląda trochę anachronicznie i ma to wszystko, za co kochałam Piano jeszcze na studiach, a za co już go tak bardzo nie kocham. Jest lokalne rzemiosło, ale udawane, bo założę się, że kształtki elewacyjne wycinała maszyna CNC, a nie sprawne dłonie kamieniarzy. Jest lokalny materiał – piaskowiec, ale w takiej masie, że aż przeraża ciężarem. Są dopieszczone elementy konstrukcyjne, ale całość tak gęsto podparto, że nabrała „egipskiego” charakteru. Najgorsze są i tak dwa metalowe wrzeciona przy wejściu, zaprojektowane chyba tylko po to, żeby można było walnąć detal mocowania na okładkę książki „Renzo Piano Building Workshop” z podsumowaniem kolejnej dekady. I ta symetria… I te podwójne blachy oddzielające stare kamienne fortyfikacje od nowej realizacji – co za dosłowność!

Szybkie śledztwo wyjaśnia, skąd takie rozwiązania. W skrócie: rządowi od dawna zależało na realizacji jakiegoś starchitekta w tym ważnym miejscu – to główne wejście do Valetty, znajdują się tam ruiny wiktoriańskiej opery, zaadaptowane ostatecznie na scenę pod gołym niebem, a pusta działka obok wydawała się idealnym miejscem dla siedziby parlamentu. Rozmowy z Piano rozpoczęto już w 1985 roku. Po prezentacji pierwszych propozycji masterplanu publiczny odbiór projektu okazał się tak negatywny, że wstrzymano inwestycję. A może i budżet nie wytrzymał? Nieważne. Ważne, że powrócono do tego pomysłu dopiero w 2008 roku, spodziewając się nowej koncepcji, ale Piano najwidoczniej wyciągnął z szuflady przykurzony już nieco project albo przypomniał sobie, co mu chodziło po głowie dwie dekady wcześniej. Widać te lata osiemdziesiąte, oj widać, a to nie był najszczęśliwszy okres dla architektury…

IMG_4058

[„Walk like Egyptian” to też połowa lat 80…]

szpikulec.jpg

[W sam raz detal na okładkę, prawda?]

IMG_4049

[Stare i nowe, rozdzielone ostrym cięciem stali. Jakoś tak… „studencko”]

IMG_4050

[Tak wygląda dół realizacji – w ten może malowniczy, ale bałaganiarski zakątek można zajrzeć wchodząc do Valetty. Architekt oczywiście nie miał tu wiele do powiedzenia, ale wrzucam to zdjęcie, aby pokazać, że wizytówki miast są zaniedbane nie tylko w Polsce:)]

Zapraszam w środę o 19:00 na opowieść o Centrum Pompidou. Też będziemy się nieco pastwić, ale nad filmem, nie nad Renzo Piano. Za to ja w ramach solidarności jajników być może popastwię się też nieco nad Richardem Rogersem, bo w okresie realizacji Pompidou poznał swoją obecną żonę, rzucając dla niej poprzednią – partnerkę w firmie, współautorkę Centrum i matkę ich trojga dzieci. Czy ktoś dziś pamięta, że Centrum Pompidou współprojektowała Su Rogers?

*Właśnie zauważyłam, że od czasu naszej wizyty hotelowi utrącono jedną gwiazkę – pewnie lampy Castiglioniego straciły nieco ze swojego blasku – więc przyjemność nocowania w miejscu zaprojektowanym przez laureata Pritzkera i porannej przebieżki na dachu jednej z najpiękniejszych fabryk świata jest jeszcze bardziej dostępna.

[fot. Monika Arczyńska]

Styczeń

berlin scharoun 03.jpg

Kasia Tusk co miesiąc przedstawia na swoim blogu listę aktualnych „umilaczy” i „Last month” ze zdjęciową relacją z ostatniego miesiąca. Wśród „umilaczy” ostatnio pojawił się między innymi przepis na naturalny cukier waniliowy oraz długa lista kosmetyków. Ponieważ na SIX LETTER CITY nadal nie ma żadnego lokowania produktu (producenci papy termozgrzewalnej – dlaczego, ach dlaczego wciąż mnie ignorujecie?), a na instagram wciąż nie mogę się zdecydować, to skuszę się chociaż na podsumowanie bieżących wydarzeń.

POLITECHNIKA

W ubiegły piątek studenci Gospodarki Przestrzennej na Politechnice Gdańskiej prezentowali prace semestralne. O zeszłorocznych projektach pisałam szerzej tutaj – w tym roku powtórzyliśmy temat i lokalizację, modyfikując nieco układ zajęć na podstawie wcześniejszych doświadczeń. Znów wyszło świetnie, ale zastanawiam się, czy przypadkiem nie wymagamy od studentów zbyt wiele. Czasem chyba zapominamy, że są dopiero na piątym semestrze! Poradzili sobie fantastycznie, a jako deweloperzy zarobili po kilkadziesiąt milionów złotych wirtualnych złotówek:)

WARSZAWA

Miniony weekend spędziłam pracowicie i przyjemnie w Warszawie. W sobotę opowiadałam o współpracy między projektantami a publicznymi inwestorami na podyplomowych studiach „Miasta i Metropolie” w Instytucie Badań Przestrzeni Publicznej. Nareszcie poplotkowaliśmy na spokojnie z Piotrem Szczepańskim z Instytutu, bo do tej pory zawsze spotykaliśmy się gdzieś w przelocie. Umówiliśmy się także z Gosią Borys z MamArchitekci. Opowiadała o aktualnych projektach – pracownia się rozwija, zlecenia są coraz ciekawsze, a poza tym miło posłuchać kogoś, kto mówi, że przychodzi do pracy z autentyczną przyjemością. To ostatnio rzadkość wśród architektów:) Poznałam też w końcu Jacka Grunt-Mejera, który zajmuje się programem rewitalizacji Pragi. „W końcu”, bo wcześniej czytałam sporo jego tekstów i facebookowych komentarzy – bardzo podoba mi się jego energia i zdroworozsądkowe podejście do rewitalizacji i zasad funkcjonowania miasta.

MUZEA

WP_20160123_18_04_48_Pro

Odwiedziłam przy okazji dwa warszawskie muzea. W Polinie – Muzeum Historii Żydów Polskich – byłam wcześniej jeszcze przed zainstalowaniem wystawy. Treaz prawie trzy godziny nie wystarczyły na dokładne obejrzenie całości i na pewno tam wrócę. Podobało mi się również Muzeum Warszawskiej Pragi z wystawą zaaranżowaną przez 137kilo. Nie wiedziałam nawet, że mieszała przy tym projekcie Charlie Koolhaas. Oprócz obejrzenia samej wystawy warto również zobaczyć konkursowe plansze i grafiki – to prawdziwy majstersztyk w przedstawieniu koncepcji. Mam słabość do makiet i myślę, że nadają się idealnie do prezentacji projektów krajobrazu, przestrzeni publicznych i właśnie wystaw. Uproszczenie, jakie daje model, pozwala na znacznie czytelniejsze wyjaśnienie, jaki jest główny zamysł, ale też na zbudowanie określonej atmosfery wokół projektu, zdecydowanie bardziej trafnie niż nawet najbardziej realistyczne wizualizacje.

MIASTOPROJEKCJE

IKM_MP

Zapowiadałam niedawno, że szykuje się kolejna współpraca z Maksem Bochenkiem. Już dziś zaczynamy nowy cykl spotkań w Instytucie Kultury Miejskiej. Tym razem w ramach serii Miastoprojekcje będziemy opowiadać o budynkach przedstawionych w serii filmów „Świątynie Kultury”. Rozbijamy filmy, oryginalnie złożone z trzech odcinków-budynków, na części prezentujące pojedyncze obiekty. Zaczynamy od Filharmonii Berlińskiej (na zdjęciu na górze), następne w kolejce – Centrum Pompidou.

KANADA

hp

Wspominałam już na Facebooku, że Heneghan Peng wygrało konkurs na Muzeum Kajaków w Kanadzie. Brzmi może mało poważnie (kajaki???), ale będzie się tam mieścić największa na świecie kolekcja kajaków, które stanowią kawał dziedzictwa kulturowego Kanady, w tym osiemnastowieczne eksponaty. Oprócz wystawy w muzeum zostaną zlokalizowane m.in. sale edukacyjne i warsztatowe, a także centrum kajakarstwa. Pracownie z całego świata wysłały prawie sto zgłoszeń, a elementem finałowej selekcji najlepszego projektu była publiczna prezentacja oraz internetowy sondaż – dziękujemy za wszystkie głosy! Nie pracowałam nad projektem konkursowym, ale cieszę się równie mocno, jak autorzy koncepcji. Powstanie budynek, który nie stara się być na siłę ikoną i prawie zniknie w krajobrazie.

A10

Cover-A10-61

A w styczniowo-lutowym numerze A10 pojawił się nasz (mojego osobistego urbanisty i mój) tekst o polskim mieszkalnictwie. Mam nadzieję, że się pojawił, bo nie miałam jeszcze okazji zajrzeć do środka:)

Tyle aktualności. Zamierzam teraz nacieszyć się przerwą w zajęciach na uczelni i zbierać siły na kolejny semestr. Znów będzie się działo – o tym wkrótce:) A gdyby jednak producenci papy termozgrzewalnej zdecydowali się na umieszczenie reklamy na moim blogu, obiecuję, że przemyślę nawet instagram!

[Fot. Monika Arczyńska, A10, designboom, IKM]

 

Tłusty 2015

2015_01.jpg

To był dla mnie wyjątkowo ‚tłusty’ zawodowo rok. Zresztą nie tylko dla mnie – większość znajomych była tak zawalona pracą (i to coraz ciekawszymi zleceniami), że żartowaliśmy na temat siedmiu chudych lat, które na szczęście minęły od kryzysu 2008 roku. Jeśli pasma sukcesów i porażek faktycznie zmieniają się w takich interwałach czasowych, to do końca 2021 będzie dobrze.

Zamiast wyliczania najważniejszych wydarzeń minionego roku, postanowiłam posumować, w jakie sfery działania były dla mnie najważniejsze i najbardziej przełomowe. Kiedy myślę o 2015 roku, na myśl przychodzą mi jednak przede wszystkim wcale nie projekty, ale ludzie, z którymi miałam okazję współpracować, dyskutować i wzajemnie się wspierać w architektonicznych kwestiach. Stąd i na zdjęciach pojawia się wyjątkowo mało budynków:)

GADANIE

Miałam tyle okazji, żeby je poćwiczyć publiczne prezentacje, że w końcu czuję się dość swobodnie podczas wykładów i debat. Bywało ekstremalnie i przyznaję, że cztery godziny  gadania pod rząd to spore wyzwanie. Wybrałam się nawet na warsztaty emisji głosu i mam już przygotowany korek od wina, bo podobno mówienie z korkiem w ustach poprawia artykulację. Muszę jednak głównie popracować nad oddechem, bo kiedy zaczynam opowiadać o achitekturze, tak się nakręcam, że zapominam o nabieraniu powietrza do płuc.

PROJEKTOWANIE

Po raz pierwszy w życiu miałam więcej projektów na budowie niż na papierze. Co prawda większość roku minęła pod hasłem ‚Centrum Sztuki Współczesnej w Moskwie’, które jeszcze nie wyszło poza fazę projektową, ale moje główne równoległe zadanie to opieka nad realizacją Wielkiego Muzeum Egipskiego. Razem to około 150 tysięcy metrów kwadratowych muzeów:) Od czasu do czasu wspieram też zespół w zmaganiach z Galerią Narodową w Dublinie. Przed świętami cieszyłam się jak dzieciak oglądając już zrealizowane części kompleksu, które projektowałam kilka lat temu i bałam się wówczas, że przez kryzys wszytskie pomysły na zawsze trafią do szuflady. Muzeum Palestyny już jest wykańczane – otwarcie odbędzie się już 15 maja i mam nadzieję, że uda mi się tam wybrać, bo to jeden z tych projektów, w które włożyliśmy nie tylko wiele pracy, ale i serca, zdając sobie sprawę ze znaczenia tej instytucji.

UCZENIE

Kolejne przełomy. Zaczęło się od fantastycznych projektów przygotowanych przez studentów Gospodarki Przestrzennej na Politechnice Gdańskiej – właśnie pracujemy nad tym samym urbanistyczno-ekonomicznym zadaniem z kolejną grupą i znów widać szybkie postępy. Później Architektour, gdzie udało się z sukcesem przetestować horyzontalną współpracę między uczestnikami warsztatów – studentami a tutorem. To doświadczenie przełożyło się na późniejsze najbardziej niesamowite dotychczas uczelniane współdziałanie – projekt rewitalizacji Starego Polesia w Łodzi. Do teraz nie wierzę, że udało się tego dokonać w tak krótkim czasie!

2015 to także pierwszy współprowadzony dyplom (Daria, gratulacje!). W kolejce następne i mam nadzieję, że wkrótce uzyskam uprawnienia do samodzielnego prowadzenia dyplomów. A już w styczniu poprowadzę zajęcia na podyplomowych studiach miejskich Miasta i Metropolie w Instytucie Badań Przestrzeni Publicznej w Warszawie.

PODRÓŻOWANIE

Oprócz kilku europejskich wyjazdów nareszcie nadrobiłam krajowe zaległości. Rok temu planowałam odwiedzenie polskich miast, w których nigdy bądź bardzo dawno nie byłam. Udało się i ‚zaliczyłam’ m.in. Katowice, Radom, Poznań, Krakow i Lublin. W Warszawie niestety tylko robię sobie zaległości – tyle powstało nowych budynków, a ja krążę z reguły wyłącznie między dworcem a lotniskiem. Szczecin jeszcze musi poczekać, ale może to lepiej, bo przynajmniej zobaczę nie tylko Filharmonię, ale i ‚Przełomy’ Roberta Koniecznego. Trzeba mieć w końcu jakiś plan na 2016, prawda?

WSPÓŁPRACOWANIE

Nie przyznawałam się wcześniej, bo planowałam premierę z pompą (nie wyszło z braku czasu), ale jesienią założyłam działalność. Dostałam pierwsze własne zlecenia (o tym później, ale zdradzę tylko, że chodzi o pewne muzeum), a plan jest taki, żeby rozwijać współpracę z moim osobistym urbanistą. Wiem, że inne pary niekoniecznie lubią współpracować, ale my tak świetnie uzupełniamy się zawodowo, że szkoda byłoby tego nie wykorzystać. A poza tym to oznacza więcej czasu spędzonego razem:)

Z Menthol Architects co prawda nie udało nam się w tym roku nic wspólnie zaprojektować, ale obserwujemy uważnie konkursy i mam nadzieję, że wkrótce znów zabierzemy się za coś nowego. Zawsze służymy sobie pomocą przez Skype. Zapowiada się również dalsza współpraca z Maksem Bochenkiem. Za nami pierwszy cykl wykładów w Instytucie Kultury Miejskiej w Gdańsku i wygląda na to, że to nie ostatnia okazja do publicznych dyskusji o architekturze i sztuce. Okazało się również, że nasz wykonany wspólnie z moim osobistym urbanistą projekt pawilonu polskiego na tegoroczne Biennale Architektury dostał się do pierwszej trójki. Kolejny konkurs dopiero w 2017, ale może pomyślimy o innej wystawie?

BLOGOWANIE

Z regularnością pisania trochę ostatnio gorzej, ale za to SIX LETTER CITY coraz bardziej przekłada się na ‚real’. Poznaję nie tylko czytelników, ale i innych architektonicznych i architektonicznych blogerów. Na przykład z Kasią z Krainy Deszczowców kolejny raz przegadałyśmy kilka godzin w dublińskim pubie. Na razie spośród archiblogerów poznałam tylko Roberta Skitka (ach, co to była za impreza!) i chłopaków z Archifunbloga. A że z Kasią Antończyk – Architekt na szpilkach – nie miałyśmy jeszcze okazji umówić się na kawę, to już w ogóle karygodne. Kasia, w styczniu? Mogę podjechać do Sopotu:) Pani Dyrektor? AWX2? Nie wybieracie się może nad morze?

Życzę wyjątkowo tłustego 2016:)

 [Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz, Lila Krzycka]

Dla nosa, dla uszu, dla oczu

Dziś w drodze rowerem na KOD-ową manifestację myślałam, że się uduszę. W czasach zakupów online oraz tanich przesyłek kurierskich na przedświąteczne zakupy nadal jednak TRZEBA wybrać się samochodem, wrrrr. W centrum Gdańska aut było tak dużo, że chociaż rzadko jestem w stanie nawet poczuć zapach spalin, tym razem lekka mgiełka nie pozwalała się im unieść i wciskały się, lepkie, śmierdzące i niezdrowe, przez nos i usta.

Za to chwilę wcześniej było pięknie i pachnąco kawą i pierniczkami (a także świeżo usmażonym dorszem w fish&chips:). Wyjechałam, jak co roku, na świąteczny lancz do Dublina i znów miałam okazję nacieszyć się przez chwilę jednym z ulubionych miast. A przed świętami jest tam naprawdę wyjątkowo. Po centrum większość osób przemieszcza się pieszo, więc od rana do wieczora słychać szybki stukot obcasów, muzykę na żywo, śmiech i rozmowy oraz pogwizdywane pod nosem kolędy. Oprócz tych przyjemności dla nosa i uszu, rozpieszczane są też oczy, przede wszystkim światełkami (moje ulubione to żyrandole na Grafton Street) oraz wystawami sklepowymi. Najpiękniejsze, tradycyjnie, to te w luksusowym domu towarowym Brown Thomas.

060405

Ale wystawy wystawami, fish&chips fish&chipsami, ale każdy wypad do Dublina to także nadrobienie pracowych zaległości, których nie jestem w stanie wykonać na odległość. Tym razem było to przede wszystkim spotkanie z edytorką z magazynu DETAIL (w jednym z przyszłorocznych numerów pojawi się nasz projekt) oraz wizyta na budowie Galerii Narodowej. Od ubiegłorocznej wizyty, pomimo pewnych opóźnień, które przy tak głębokim grzebaniu w historycznej, chronionej tkance są dość oczywiste (za to niezwykle frustrujące dla prowadzących projekt architektów – Kasia, trzymam kciuki!), udało się ukończyć sporą część prac. Jednym z głównych celów przebudowy było tak sprytne ulokowanie nowych instalacji, żeby nie było widać żadnych zmian w budynku. Co za koszmar dla architekta, prawda? Projektować tak, aby jego praca nie była widoczna:) Na szczęście kilka przestrzeni, przede wszystkim tych organizujących komunikację w budynku, zmieni zupełnie charakter.

01

Jedna z nich zostanie po raz pierwszy w historii otwarta dla publiczności. Teraz wygląda trochę jak scenografia z Gwiednych Wojen (na zdjęciu powyżej), a to tylko rusztowania i zwykłe świetlówki. Ta przestrzeń była zawsze niedostępnym dla zwiedzających zapleczowym dziedzińcem, a stanie się miejscem pozwalającym na orientację i przejście między skrzydłami tego niezwykle skomplikowanego budynku. Zachowały się tam oryginalne wykończenia ścian – kamień i białe szkliwione cegły, które odbijały światło słoneczne do wnętrza Galerii w czasach, gdy o oświetleniu LED nikt nie śmiał nawet pomarzyć. Zachowały się również okna wpuszczające to światło do środka, jednak zamurowano je niegdyś, aby zwiększyć powierzchnię do wieszania obrazów. Teraz okna zostały na nowo odkryte i odrestaurowane.

07

Dziedziniec został już przekryty świetlikiem. Podpierają go szklane „żyletki”, dzięki którym całość będzie wydawała się tak lekka i przezroczysta, że aż prawie niewidoczna. Udało mi się wspiąć po drabinach, żeby zobaczyć, jak z bliska wyglądają detale, nad którymi pracowaliśmy kilka lat temu z inżynierami z paryskiej T/E/S/S, a które wykonała wykonała holenderska firma Octatube. Chyba wycałuję chłopaków przy najbliższej okazji – jest idealnie.

08

Nie miałam czapki św. Mikołaja (nie spełniłaby wymogów bhp), więc wybrałam najbardziej czerwony kask, jako udało mi się znaleźć. Nie umieszczę w najbliższym czasie nowych postów, więc już teraz życzę Wam wesołych świąt, drodzy Czytelnicy! Odpocznijcie i postarajcie się, proszę, nie myśleć przez ten czas o architekturze. Ja też spróbuję:)

[Fot. Monika Arczyńska]

 

Sześć liter górą!

GDYNIA

Kiedy dwa lata temu pisałam o tym, jak wygodnie mieszka się w nieco nudnawych miastach, miałam również na myśli Trójmiasto. To był dopiero rok po mojej przeprowadzce z Dublina do Gdańska i w ramach dysonansu podecyzyjnego starałam się patrzeć na Trójmiasto przez różowe okulary. Sporo rzeczy mnie tu wkurzało, ale było morze, było sześć liter w nazwie, byli fajni starzy znajomi i fajni nowi studenci, więc różowy kolor wydawał mi się jak najbardziej na miejscu. Po dwóch latach powinien wyblaknąć, ale im dłużej tu mieszkam, tym bardziej mi się tu podoba. Na dodatek odkryłam, że… tu wcale nie jest nudno.

Gdy zwiedza się własne miasto  (albo własne trój-miasto) z kimś, kto nie ma o nim zielonego pojęcia, można spojrzeć na nie z większym dystansem niż na co dzień. W weekend mieliśmy gości: przyjaciółka, która również ma na koncie kilka lat spędzonych w Irlandii, odwiedziła nas wraz ze znajomym z Zielonej Wyspy. To był jego pierwszy raz w Polsce. Kręcił nosem, bo liczył na kraj w ruinie i motoryzacyjne klimaty rodem z Hawany, a tu takie rozczarowanie. Autobusy przyjeżdżały punktualnie, w toaletach wisiał papier toaletowy, a jedyny fiat 126p, na którego trafiliśmy, był przelakierowany na krowomilkowy odcień fioletu, żeby wyglądać jeszcze bardziej słodko.  Na dodatek, jak na życzenie, właśnie opublikowano nową Diagnozę Społeczną i okazało się, że Gdańsk wskoczył z trzeciego na drugie miejsce, a na szczycie po raz kolejny znajduje się Gdynia. Miasta na sześć liter górą! Kiedy siedząc w knajpie na plaży popijaliśmy grzane piwo i opowiadaliśmy naszemu gościowi o tym, jak żyje się w Trójmieście, poczuliśmy, że to pierwszy raz, kiedy nie musimy udawać, że jesteśmy bardziej zachodni od Zachodu albo tłumaczyć, dlaczego nie wszystko działa tak, jak powinno. Tu już jest tak, jak zawsze chcieliśmy, żeby było.

Ale miasto to nie tylko infrastruktura i budynki. Może to mało architektoniczno-miejskie spostrzeżenie, za to kolosalnie wpływające na jakość życia w mieście: ludzie w końcu zaczynają ze sobą rozmawiać. To najbardziej chciałam przenieść z Dublina do Trójmiasta. W ramach eksplorowania nocnego życia Gdańska wpadliśmy z naszym weekendowym Irlandczykiem do WL4 – nowo otwartych pracowni artystycznych, tuż przy budowanym właśnie Muzeum II Wojny Światowej. Gdybym była artystką, chciałabym tam mieć pracownię: świetna lokalizacja, widok na wodę, dużo przestrzeni. I jakoś tak berlińsko, ale mniej hipstersko niż w tych wszystkich wypieszczonych miejscach z wegańskim jedzeniem i jogą, jakie dominują ostatnio w Polsce. Ale co najważniejsze, wszyscy tam ze sobą gadali. Ostatecznie wylądowaliśmy w pracowni niejakiego Cześka, grzejąc się przy jego kozie. Podobnie było tydzień temu na festiwalu Narracje, który odbywał się w Nowym Porcie – zaniedbanej, ale pięknej dzielnicy Gdańska. W lokalu o swojsko brzmiącej nazwie „Perła Bałtyku” zatrzymałyśmy się z przyjaciółką na „Perłę” właśnie i resztę wieczoru spędziłyśmy z poznaną tam ekipą. Było wesoło, zwłaszcza gdy napotkany przy jednej z artystycznych instalacji nowoporcianin grzecznie poprosił o pomoc we włamaniu się do (podobno) własnego mieszkania. Zgubił klucz, biedaczek, a aura taka niesprzyjająca nocowaniu pod gołym niebem… Tu naprawdę nie jest nudno:)

PS Właśnie przeczytałam, że na budynkach Urzędu Miasta w Gdańsku będą łopotać flagi Unii. I jak tu nie lubić miast na sześć liter? 😉

 [fot. Monika Arczyńska]

 

 

SIX LETTER CITY świętuje urodziny

FINAL_CALOSC_male

Dziś drugie urodziny SIX LETTER CITY. Wystartowałam dokładnie 5 listopada 2013 wpisem o Biennale Architektury w Wenecji i linkiem do Notesu na 6 tygodni, gdzie opublikowana została nasza praca konkursowa. Minęły dwa lata i znów wzięliśmy udział w konkursie, tym razem w nieco rozbudowanym zespole. Kuratorskie trio pozostało jednak bez zmian: Łukasz Pancewicz, Maks Bochenek i ja. Założę się, że byliśmy najwyższym zespołem, który uczestniczył w konkursie (średnia 1,85m:), ale niestety, tym razem wzrost nie był brany pod uwagę. Wygrała mocna ekipa z kieleckiego Instytutu Designu, co osłodziło porażkę, bo zwycięzców i lubię, i cenię.

Wszystkie zgłoszone projekty można zobaczyć tutaj. Na stronie umieszczono pełne opisy kuratorskie i ilustracje. Podpowiem tylko, że ta dziwna konstrukcja na zdjęciach to replika nielegalnego billboardu z Krakowa, w którego podstawie zamieszkali bezdomni, a nasza praca odnosi się do zawłaszczania miejskiej przestrzeni i wykorzystywania luk w systemach kontroli i prewencji – stąd tytułowa zabawa w chowanego.

Przy okazji przesyłam specjalne podziękowania dla „Prasówki” w Gdańsku Wrzeszczu, która doskonale ustawiała nam godziny pracy nad konkursem według swoich happy hours (prosecco za 5PLN:). Chyba powinnam tam dziś wypić urodzinowy kieliszek!

FINAL_02_male

[fot. Monika Arczyńska]

Urodzinowy prezent

plakatA3_ksiazka_podglad

Takie urodzinowe prezenty to ja rozumiem. Właśnie dziś zdmuchuję świeczki na torcie, a w Muzeum Historii Żydów Polskich odbywa się premiera książki „Form Follows Freedom. Architecture for Culture in Poland 2000+”, do której napisałam kilka tekstów o polskich realizacjach ostatnich lat .

Parę obiektów obejrzałam przy okazji mojego kwietniowego Tour de Pologne w drodze na Architektour. Mazowieckie Centrum Sztuki Współczesnej ‚Elektrownia’ w Radomiu zwiedzałam na strasznym kacu po gali Architektury-Murator, ale mam nadzieję, że nie dałam nic po sobie poznać. Kiedy oprowadzający mnie kurator wskazał drogę na dworzec kolejowy – następnym przystankiem był Wrocław i Narodowe Forum Muzyki – stwierdził, że to w sumie kapitalna praca, tak sobie jeździć po całej Polsce i zwiedzać nowe budynki. Szybko wyprowadziłam go z błędu: „Tak, podejrzewam, że to przyjemna praca. Ale właśnie jestem na urlopie”.

Dziś urlopu nie wzięłam, więc zamiast popijać wino podczas promocji książki, spędzę urodzinowy wieczór w Gdańsku. Wyjątkowo odpuszczę sobie jednak nadgodziny. Wyjątkowo, bo mam właśnie na desce pewien budynek kultury w Polsce – w sam raz do kolejnej podsumowującej publikacji. Szczegóły wkrótce:)

[plakat: MCK]

Czarny nie znaczy ponury

DSC08456

Gdyby nie nagła zmiana planów, byłabym właśnie w Weronie na targach Marmomacc, gdzie miałam odbierać w imieniu biura International Award Architecture in Stone 2015. To kolejna nagroda, którą przyznano centrum obsługi turystów w Giant’s Causeway w Północnej Irlandii. Budynek został ukończony w 2012 roku i oprócz dotarcia do finału nagrody Stirlinga oraz shortlisty nagrody im. Miesa van der Rohe otrzymał wiele statuetek w różnych konkursach. Stone Award to niespodzianka – kolejne wyróżnienie, gdy myśleliśmy, że deszcz nagród już ustał. Istnieją jednak konkursy podsumowujące kilkuletnie okresy i tak właśnie należałoby nagradzać obiekty architektoniczne – po kilku latach użytkowania, gdy można już uczciwie ocenić, czy budynek tylko wygląda pięknie na zdjęciach, czy sprawdza się również pod względem funkcjonalnym (chociaż Stone Award, jak nazwa wskazuje, koncentruje się na kamieniu). Ale również, czy jego użytkownicy lubią w ogóle w nim przebywać.

Giant’s Causeway Vistor Centre, pomimo posępnego na pierwszy rzut oka wyglądu, to budynek, który da się lubić. Wielokrotnie rozmawialiśmy z pracownikami już po otwarciu i są bardzo zadowoleni z warunków, w jakich spędzają codziennie kilka godzin. Wiedzą dużo o projekcie i często było słychać dumę, że ich miejsce pracy to nie tylko obiekt doceniany za walory architektoniczne, ale również wyjątkowo energooszczędny budynek. Centrum posiada certyfikat BREEAM Excellent – wcale nie było łatwo go uzyskać w tak nietypowym obiekcie, gdzie kontekst narzucał bardzo restrykcyjne wytyczne projektowe (działka znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO).

Od początku było wiadomo, że należy użyć lokalnego bazaltu – takiego, jak heksagony Giant’s Causeway. Liczył się lokalny kontekst, ale i kwestie zrównoważonego rozwoju – transport materiału odbywał się w promieniu kilkudziesięciu kilometrów. Wybór kamienia i sposobu jego mocowania trwał długie miesiące. Po wielu testach, wizytach w kamieniołomie, konsultacjach geologicznych i obejrzeniu dziesiątek próbek, udało się ostatecznie ustalić, jak można by użyć tego materiału w nietypowy sposób. Bazalt nadaje się świetnie na drogi, jako kostka albo tłuczeń, ale jest zbyt kruchy dla innych zastosowań. U nas miały być z niego zbudowane całe elewacje i to nie jako okładzina, ale masywne słupy. Fasada to prawdziwy inżynieryjny majstersztyk. Kolumny z ręcznie ciętych bloków wyglądają bardzo podobnie, ale w zależności od smukłości są skonstruowane na trzy różne sposoby. Najcieńsze słupy mają w środku stalowe kable, a dodatkowo usztywnia je wypełnienie ze szkła.

Czerń ma wiele odcieni. W Giant’s Causeway bazalt w słońcu wygląda jak grafit, z lekko srebrzystym odcieniem, ale ponieważ w tej lokalizacji często pada, mokra powierzchnia staje się idealnie czarna i błyszcząca. Pamiętam moment, kiedy mieliśmy zadecydować o wykończeniu kamienia. Początkowo planowaliśmy matową powierzchnię, bo połysk wydawał się zbyt oczywisty. Kamieniarze, najlepsi pod słońcem fachowcy z McConnells & Sons, pokazali nam kilka różnych wykończeń, na koniec prezentując lekko wypolerowany blok. Ale nam się wtedy wszystkim zaświeciły oczy! Nie było już mowy o żadnym macie.

Mimo, że wielu osobom ten budynek kojarzy się z grobowcem z czarnego kamienia, stanowi źródło niezłej zabawy. Przede wszystkim dzieciaki szaleją na świetlikach, zaglądając do środka i machając do zwiedzających. Z kolei bazaltowe kolumny to świetne tło do zdjęć i wiele grup pstryka sobie zdjęcia między czarnymi kolumnami i pilastrami. Zabawnie wygląda kontrast między kolorowymi, przeciwdeszczowymi ubraniami a eleganckim, czarnym kamieniem. Prosta forma i czarny kolor nie oznaczają, że budynek staje się automatycznie smętnym sarkofagiem, ale nie można oceniać samej koncepcji. Należy poczekać na ostateczny efekt, po realizacji, gdy będzie można odkrywać bogactwo odcieni czerni i szarości w różnych porach dnia i przy różnej pogodzie. Czarny nie znaczy ponury!

DSC08489

[fot. Monika Arczyńska]

Gorący temat

Dziś temat trójmiejski, więc przy okazji załatwię pewną gdańską prywatę. Ponownie zgłosiłam SIX LETTER CITY w konkursie na najlepszy gdański blog i chociaż wiem, że jak zwykle przegram z szafiarkami, byłoby mi bardzo miło nie przegrać z kretesem. Kimkolwiek lub czymkolwiek ów kretes jest:)

Gdansk_MAPA

Najgorętszy ostatnio temat w Gdańsku to wcale nie końcówka sezonu ani temperatura wody w Zatoce, ale drogi. Kilka dni temu jednym głosem (eh…) Rada Miasta zadecydowała o rozpoczęciu przygotowań do kolejnego etapu realizacji tzw. Drogi Zielonej. Zielona nie dość, że odetnie pas nadmorski od reszty miasta, to na dodatek jej przedłużenie ma stanowić tunel pod wzgórzem Pachołek, wstępnie szacowany na – bagatela – dwa miliardy złotych. Już istniejący fragment tej trasy muszę pokonać na trasie nad morze. Na wielkim skrzyżowaniu brakuje jeszcze chyba tylko estakady, żeby całość wyglądała jak mokry sen drogowca. Brakuje tam za to autentycznie chodnika, którym można by wzdłuż tego zielonego potwora przejść. Probowaliśmy kiedyś ze studentami wymyślić strategię na „uczłowieczenie” tej bariery i niestety, wszystkie pomysły poległy na tych hektarach asfaltu.

Inny gorący temat drogowy sprzed tygodnia to kwestia pewnego przejścia dla pieszych we Wrzeszczu, przy teatrze Miniatura (na mapce zaznaczone znakiem zapytania). Kiedyś  działało bez świateł, potem je zlikwidowano, ale z obietnicą przywrócenia. Teraz temat powraca z licznymi sugestiami, żeby jednak go nie przywracać. Dominuje argument, że to przejście było niebezpieczne, ale fakt, że między najbliższymi zebrami jest w tym miejscu aż pół kilometra, już nie wzrusza – przynajmniej kierowców. A nie dość, że dzielnica, która w Gdańsku pełni rolę centrum usługowego i posiada najlepsze połączenia komunikacyjne z innymi dzielnicami oraz już zaraz z lotniskiem (Kolej Metropolitalna!), jest przecięta torami kolejowymi z kilkoma zaledwie przejściami, to na głównej arterii komunikacyjnej systematycznie znikają przejścia dla pieszych. Tak jak to przy Miniaturze. Na powyższej mapce widać skalę problemu – arterię (grubszą, na dole) i tory zaznaczyłam na niebiesko, bo stanowią równie mocną barierę, jak dwie rzeki. Tyle, że z sunącymi samochodami zamiast kaczek i łabędzi.

Z ciekawości porównałam odległości między przejściami do dystansów między mostami przez przecinającą samo centrum Dublina rzekę Liffey (mapki są w tej samej skali).

Dublin_mapa

I co? Gęsto! A to przecież mosty, a nie namalowana na asfalcie zebra!

Poza tym biegnące wzdłuż Liffey ulice to główne połączenie W-Z przez śródmieście Dublina. Miasta, gdzie dominuje mieszkaniowa zabudowa szeregowa, które rozpełzło się we wszystkich możliwych kierunkach na wiele kilometrów i w którym teoretycznie bardzo trudno bez samochodu dotrzeć z podmiejskiego domu do pracy w centrum, bo transport publiczny jest, jaki jest. Ostatnio się poprawił, więc przypadki czekania prawie godzinę na kolejny autobus, bo akurat poprzedni wypadł z trasy, zdarzają się rzadziej, jednak idealnie nie jest. Jakimś cudem w Dublinie do centrum bez samochodu docierają jednak nawet pracownicy korporacji, od których wymaga się nienagannego wyglądu w pracy (ach, jak uwielbiam ten argument polskich kierowców). Szpilki można założyć dopiero w biurze, a noszenie przy sobie parasola skutecznie zapobiega zniszczeniu fryzury przez deszcz.

Na czym polega sekret Dublina? Po tym mieście się chodzi. Sprawnie, szybko i dużo. Pamiętam ranking miast, w których piesi osiągają najwyższe prędkości i Dublin był w czołówce (obok Manhattanu, po którym aż trudno spacerować wolnym krokiem, bo pędzący tłum doslownie porywa co wolniejszych pieszych). Poza tym mentalne postrzeganie odległości jest inne. Jeśli spacerem można gdzieś dojść w 20-30 minut, dublińczycy wiedzą, że nie ma sensu szukać alternatywnego rozwiązania. Po powrocie z Irlandii sama zaczęłam pokonywać pieszo gdańskie trasy, na których wcześniej zawsze podjeżdżałam tramwajem.Za przechodzenie na czerwonym świetle nie dostaje się mandatu, dzięki czemu można uniknąć spowolnienia tempa. A ponieważ w pół godziny da się bez problemu przejść około trzech kilometrów, więc nawet gdy autobus nie podjeżdża pod samo biuro, zawsze można pieszo pokonać dystans od przystanku.

Po Wrzeszczu również doskonale by się chodziło, gdyby nie światła co kawałek i gdyby nie – właśnie – brak przejść dla pieszych. Podział na Wrzeszcz Dolny (od torów kolejowych w stronę morza) i Górny (po przeciwnej stronie) wzmacnia się ostatnio coraz bardziej z uwagi na te bariery. Mimo, że odległości w linii prostej w dzielnicy są na tyle niewielkie, że w ciągu kwadransa można by spokojnie dojść do każdego ważniejszego punktu, brak przejść i konieczność czekania na zielone światło wydłuża koszmarnie czas spaceru.

Nie proszę o przejścia dla pieszych. Ja się ich domagam, do jasnej cholery!

[ryc. Monika Arczyńska – mam nadzieję, że nie pominęłam żadnych mostów ani przejść:)]

Co za szekspirowski tydzień

baner

Ale tydzień! „Hamlet”, „Makbet”, „Burza”, „Król Lear” razy dwa – lato bez gdańskiego Festiwalu Szekspirowskiego to nie prawdziwe lato. Tegoroczna edycja była wyjątkowa nie tylko z uwagi na poziom spektakli czy obecność gwiazd (Tiger Lillies!), ale również dlatego, że w końcu udało się wykorzystać potencjał budynku Teatru Szekspirowskiego. Rok temu było za wcześnie – otwarcie miało miejsce chwilę przed festiwalem i ekscytowano się wówczas głównie otwieranym dachem, kolorem elewacji budynku („Czarna cegła? W Gdańsku???”) czy niewygodnymi  siedzeniami. Od tamtej pory zarówno zespół teatru, jak i widzowie, przeszli kurs użytkowania tego niesamowitego obiektu. Okazało się, że cały budynek, łącznie  z dachem i dziedzińcami, może zostać wykorzystany i nadaje się idealnie dla potrzeb letniego festiwalu. Uruchomiono bar pod gołym niebem, w którym w trakcie przerw można wpaść na aktorów. W innym dziedzińcu prezentowane były offowe produkcje i projekcje filmowe. Nawet, jeśli spektakle grano w pobliskim teatrze „Wybrzeże”, życie festiwalowe koncentrowało się w budynku Rizzi’ego, a centrum Gdańska dosłownie pulsowało emocjami szekspirowskich dramatów.

James Marston Fitch zaproponował kiedyś „pięć przykazań rzetelnej krytyki architektury”. Wśród nich znalazła się porada, aby tekst krytyczny pisać dopiero po roku użytkowania obiektu. W przypadku Teatru to wyjątkowo słuszna sugestia – im jest starszy i im bardziej się w nim eksperymentuje, tym więcej otwiera możliwości. Niektóre przestrzenie ożywają latem, inne zaskakują elastycznością i wielofunkcyjnością przez cały rok. Przetestowano akustykę i okazało się, że nawet najmniejszy, trójkątny dziedziniec nadaje się idealnie jako miejsce kameralnych koncertów. Powstała też pierwsza produkcja Teatru, „Wesołe kumoszki z Windsoru”, grana przy otwartym dachu, z układem widowni takim, jak w czasach Szekspira. Co prawda dach obecnie się nie otwiera, bo trzeba wymienić jakieś łożysko, ale biorąc pod uwagę, jak prototypowe jest to rozwiązanie, dziwię się, że podobnie poważne naprawy gwarancyjne nie musiały być wykonywane wcześniej. A jak bardzo „Szekspirowski” był potrzebny w Gdańsku, jedynym polskim mieście tej wielkości, które posiadało wcześniej jeden teatr, nie muszę chyba wyjaśniać. Nie jestem nawet w stanie policzyć, ile razy już go odwiedziłam przez cały rok od otwarcia.

Przyznaję się bez bicia: jestem absolutnie zakochana w tym budynku. Uważam go za najbardziej niedoceniony w konkursach ostatniego roku projekt i nie, nie przemawia przeze mnie wcale lokalny patriotyzm. Teatr wciąż przegrywał a to z Filharmonią Szczecińską, a to z NOSPR-em, a to z Cricoteką. Otrzymał zaledwie nagrodę SARP dla najlepszego obiektu zrealizowanego ze środków publicznych. Ale jak pisałam w komentarzu do oddanego na Teatr głosu w plebiscycie „Polityki”, „z nagrodami architektonicznymi jest trochę jak z Oscarami – w wyjątkowo dobrym dla branży roku dzieło wybitne może pozostać z samą nominacją”.

Trudno. Parafrazując Gombrowicza, „Gdański Teatr Szekspirowski wybitną architekturą jest” i brak statuetek tego nie zmieni.

[Fot. Monika Arczyńska]

Zbyt ambitnie?

IMG_9380

Coś mi w tym roku nie zagrało na Gdynia Design Days. Chyba nie rozumiem do końca koncepcji tej imprezy. Przede wszystkim wydaje mi się zbyt długa – obejmowała dwa weekendy – i przeładowana. Zaproszono mnóstwo interesujących gości, ale wydarzenia okazały  tak rozrzucone czasowo, że trudno było ustawić sensowny program. Większość wystaw i warsztatów miała miejsce w Pomorskim Parku Naukowo-Technologicznym (PPNT), ale część odbywała się w śródmieściu. W dodatku zakres tematyczny okazał się przeogromny. Brakowało mocnego motywu przewodniego, który posklejałby w całość ten koktajl wykładów, wystaw i warsztatów. Niby było hasło i to rybacko-nadmorskie („Sieci”), ale zostały w nie złapane i krzesła, i przestrzeń publiczna, i młodzi projektanci, i jakość zamieszkania, i dyplomy z gdańskiej ASP…

Dla porównania: na łódzki festiwal designu, który również trwa nieco ponad tydzień, zjeżdża się cała Polska. To wydarzenie, na którym po prostu trzeba być, chociaż nie da się ukryć, że z większości polskich miast łatwiej tam dojechać niż do Gdyni. Co chwilę trafia się na znajomych, co chwilę idzie z kimś na kawę albo drinka. Towarzysko-networkingowy (oho, ale poleciałam korponowomową:) aspekt festiwalu jest równie ważny, jak same jego wydarzenia. A w Gdyni, jak to latem w mieście nadmorskim, konkurencyjnych atrakcji  jest aż nadto. Jeśli przygrzeje słońce, plaża wygrywa z wystawami. Jeśli trwa Open’er, jak w pierwszy weekend Design Days, trudno po całonocnych szaleństwach wytrzymać na wykładach. Na dodatek pierwszy weekend okazał się zbyt upalny, drugi zbyt pochmurny. I jak tu się poświęcić designowi w takich okolicznościach przyrody?

A może nagle po prostu zrobiło się zbyt ambitnie? Gdzieś zniknęła świeżość dawnych Dni. Pierwotna formuła, znacznie mniej rozbudowanego festiwalu z wystawą w kontenerach i kontenerowym barem przy Teatrze Muzycznym, bliżej plaży i śródmieścia, pozwalała na bardziej spontaniczne uczestniczenie w imprezie.  Może po prostu wakacyjny festiwal w nadmorskim mieście powinien przyjąć lżejszą formułę? Najdłuższa sofa świata (na zdjęciu powyżej) w słoneczny weekend była obsadzona zwiedzającymi. Przez „Terminal Designu” na Placu Kaszubskim w centrum miasta, gdzie jak rok temu zaaranżowano warsztaty, ksiegarnię i bar, przewijało się mnóstwo osób. Przypuszczam, że hitem były warsztaty dla dzieci – może to najmłodsi mogliby stać się główną grupą docelową Design Days?

Póki co odliczam czas do października – spotykamy się w Łodzi!

01

[Jedna z ciekawszych wystaw w PPNT – „Dom. Osiedle. Mieszkanie – przestrzeń życia Polaków na osiedlach mieszkaniowych”]

03

[Część wystawy głównej „Sieci”, chociaż może tytuł powinien brzmieć „Pustki”]

06

[Jeden z nasympatyczniejszych obiektów na wystawie „Sieci”, czyli system wymiany sąsiedzkiej. Jak się okazało po bliższym przestudiowaniu opisu, to projekt Mikołaja Smoleńskiego, autora Polegiwacza]

13

[Gdynia Design Days to także konferencje i wykłady. Na zdjęciu Ela Petruk z Bęc Zmiany i Joanna Piaścik, autorka ‚Reflexu’, zwycięskiego projektu ubiegłorocznego konkursu BMW Urban Transforms]

09

[Przedstawiciele PoCoTo, czyli trójmiejskiego Dream Teamu projektowego. Wcześniej działalność kieleckiego Instytutu Designu prezentowali  Dominika Janicka i Michał Gdak, z którym poznaliśmy się kiedyś na wspomnianym festiwalu w Łodzi. Świat jest mały, a branżowy półświatek jeszcze mniejszy]

11

12

[Wystawa projektów studia Rygalik w Muzeum Miasta Gdyni – tu zdecydowanie warto wpaść, a ja już się nie mogę doczekać Rygalikowej imprezy na festiwalu designu w… Łodzi]

[fot. Monika Arczyńska]

Architektura plażowa

Mam wrażenie, że cała „branża” wylądowała w ubiegły weekend w Trójmieście. Albo na Open’er, albo na Gdynia Design Days, albo po prostu po to, aby oderwać się od AutoCADa i dzięki bryzie oraz zimnemu piwku na plaży przetrwać te straszne upały. Na „gazeta.pl” pojawił się przewodnik po Trójmieście autorstwa Filipa Springera – jeśli i on wpadł nad morze w ten właśnie weekend, to bardzo go podziwiam. Wędrowanie  przez blokowiska, powojenny modernizm i nowe realizacje w taką pogodę musiało być wyzwaniem nawet dla największych architektonicznych twardzieli.

Na koncertach nie byłam, Design Days to temat dość smutny, chociaż postaram się co nieco o nich napisać, a zwiedzanie Muzeum Emigracji przełożyłam na bliżej nieokreśloną, lecz chłodniejszą przyszłość. Za to na plaży bywałam ostatnio praktycznie codziennie. Ale jako twardzielka prawie równa pod tym względem Filipowi S. rozglądałam się uważnie na prawo i lewo, bo architektury tam całe mnóstwo. I wcale nie mam na myśli kompozycji parawanowo-ręcznikowych ani tymczasowej zabudowy plażowych barów, lecz zamki i rzeźby z piasku. Kiedy spacerowałam tuż przed zachodem słońca, plażowiczów grzębiących w piachu już nie było, więc nie jestem w stanie ocenić autorstwa tych piaskowych form. Zakładam, że większość wykonały dzieci, ale gdzieniegdzie można domyślić się sprawnej ręki rodziców. Oto najbardziej popularne typologie:

1. Nad samym brzegiem, z fosą, do której wpływa i wypływa woda przy każdym ruchu fal. Pełne – puste. Pełne – puste. Trochę jak z tą baryłeczką po miodzie i pękniętym balonikiem, które Kłapouchy dostał na urodziny od Puchatka i Prosiaczka. Pełne – puste…

02

2. Organiczna forma, system obronny, ale proszę zwrócić uwagę na lokalny ornament z mewich piór:

03

3. Po A.A.Milne pora na J.R.R. Tolkiena (czy wszyscy angielscy pisarze mieli takie złożone inicjały?). Oto dwie wieże. Zwieńczenia ponownie z piór:

WP_20150702_19_41_34_Pro

4. Masada jak w mordę strzelił:

04

5. Bardzo geometrycznie, z nawiązaniami do historycznych zamków. Jest fosa, ale sucha. Pewnie mieszał przy tym zamku jakiś podeskcytowany tatuś przy głośnym aplauzie swojej latorośli. Intrygują mnie te regularne formy zaraz za wałem obronnym:

06

6. Blobowo. Zwracam uwagę, że poniższa forma posiada uśmiech, oczy i rzęsy i może trudno ją w pierwszym momencie uznać za architekturę, ale widzę tu duże wpływy Grega Lynna:

07

Mam wrażenie, że można by z tego napisać porządną pracę magisterską. „Rzeźba dziecięca z piasku jako podstawa diagnozy terapeutycznej”. „Archetypowe formy architektoniczne w twórczości plażowej” „Organiczne kontra geometryczne – czynniki determinujące formę spontanicznych działań rzeźbiarskich”. „Gender a systemy obronne: fortyfikacje jako motyw przewodni rzeźb plażowych chłopców i dziewcząt”. „Okrągłe czy kwadratowe – preferencje użytkowników chińskich foremek do piasku”. Ale to wszystko wykracza daleko poza naszą dziedzinę, a ponadto wszystkim zapracowanym architektom przyda się przede wszystkim porządny odpoczynek na plaży. Z odrobiną relaksacyjnego stawiania zamków z piasku oczywiście.

[fot. Monika Arczyńska]

Stało się coś niebywałego

zajecia_03

„Stało się coś niebywałego” – taki komentarz wywołało piątkowe wydarzenie w łódzkim Prexerze. Studenci zaprezentowali wyniki projektu rewitalizacji Starego Polesia, który prowadziliśmy z Łukaszem Pancewiczem w ramach kursu projektowania urbanistycznego dla pierwszego roku studiów magisterskich na Politechnice Gdańskiej. Zajęcia były prowadzone po angielsku i brali w nich również udział studenci z wymiany Erasmus z Niemiec i Francji.

Zamiast podzielić studentów na grupy, z których każda pracowałaby nad własną koncepcją, postanowiliśmy przeprowadzić pewien eksperyment i pracować ze wszystkimi jako jednym zespołem. Nasze obserwacje i doświadczenia zawsze potwierdzały, że chociaż studenci i absolwenci polskich uczelni nie odstają merytorycznie od  tych z zachodnich wydziałów, umiejętność organizacji pracy, a przede wszystkim współpracy z branżystami i zespołem, to prawdziwa pięta Achillesowa. O tym między innymi rozmawialiśmy kilka tygodni temu podczas debaty z Blok Blogiem o kształceniu architektonicznym w Polsce. Rozwinięcie umiejętności pracy w grupie stanowiło więc absolutny priorytet. Wprawką był wałbrzyski Architektour, który pokazał, że taki eksperyment może udać się na małą skalę, ale czym innym jest kilkudniowa intensywna praca w dwa razy mniejszej grupie, a czym innym semestralny projekt. Sami nie wiedzieliśmy, jak się wszystko potoczy, ale okazało się, że zdecydowanie było warto spróbować. Przez piętnaście tygodni sala 415 zamieniała się co piątek w sporą, bo ponadtrzydziestosobową, pracownię. Tematem zajęć była rewitalizacja Starego Polesia w Łodzi – fantastycznie zlokalizowanej i zdecydowanie klimatycznej, ale bardzo zdegradowanej dzielnicy o złej sławie. Założeniem było stworzenie wielowątkowej koncepcji poprawy jakości życia w dzielnicy, ale w oparciu o istniejącą infrastrukturę, bez nierealistycznych (zwłaszcza finansowo) założeń, do przeprowadzenia przy dużym udziale mieszkańców. Kilka pomysłów, takich jak przekształcenia podwórek, zostało zaprezentowanych w dwóch wersjach – tymczasowej, niskobudżetowej i trwalszej, wymagającej większych nakładów finansowych.

Łukasz był odpowiedzialny głównie za sprawy merytoryczne i kontakty z Łodzią, ja za organizację pracy. Ale to, co się wydarzyło później nie jest naszą zasługą, tylko niesamowitej ekipy studentów. Ekipy, która zaskakiwała nas od samego początku. Ani nie narzekała, że z zaledwie tygodniowym wyprzedzeniem zarządziliśmy wyjazd do Łodzi, ani już na miejscu, kiedy podczas biegania od spotkania do spotkania nie było nawet czasu na zjedzenie kanapki. Ba, zamiast spędzić całą noc na imprezowaniu w łódzkich knajpach, część osób wstała o siódmej rano, żeby jeszcze raz zobaczyć teren. Nie było nawet sugestii rezygnacji z angielskiego podczas zajęć, chociaż nie we wszystkich grupach pracowali studenci z wymiany, a końcowy raport napisany był po polsku, żeby wszyscy zainteresowani łodzianie mogli z niego skorzystać. Dopiero w Łodzi po raz pierwszy usłyszeliśmy studentów prezentujących projekt po polsku. Kontakt z urzędnikami i lokalnymi aktywistami nie skończył się na tym pierwszym spotkaniu, ale trwał przez cały semestr. Studenci zdążyli zorganizować dofinansowanie do projektu, pojechać ponownie do Łodzi, żeby przeprowadzić wywiady z mieszkańcami i uzupełnić dokumentację fotograficzną oraz… złożyć wniosek grantowy na przekształcenie podwórek na Starym Polesiu.

Złożony temat wymagał precyzyjnego podziału obowiązków. Na podstawie wstępnych analiz i dyskusji zostało wyodrębnionych pięć zespołów: projektowe, zajmujące się przestrzeniami publicznymi i ulicami, grupa koncentrująca się na działaniach społecznych, odpowiedzialna za marketing oraz tzw. glue team, czyli zespół „sklejający” poszczególne działania. Każda grupa miała lidera koordynującego prace zespołu. Studenci sami wybierali, w której grupie chcą pracować i czy chcieliby przyjąć obowiązki koordynatora. Warunkiem udanego, spójnego rezultatu była bliska współpraca poszczególnych zespołów, dlatego przy omawianiu każdego tematu działań od razu ustalalano, które grupy powinny wspólnie się nim zająć. Takich konfiguracji było sporo, a ponieważ nie udałoby się koordynować i sprawdzać na bieżąco pracy ponad trzydziestu osób, co tydzień rozmawialiśmy z liderami, a co kilka zajęć z całą grupą, kiedy demokratycznie były podejmowane najważniejsze decyzje projektowe. Wsparciem były także konsultacje projektowe zaproszonych ekspertów zewnętrznych.

zajecia_01

Nie zawsze było łatwo. Grupy toczyły prawdziwe boje, zwłaszcza, gdy trzeba było podjąć kluczowe decyzje w kwestiach transportu. Kiedy jednak rozmawialiśmy już po łódzkiej prezentacji, okazało się, że wszyscy są doskonale świadomi, czego nauczyli sie przez ten semestr, zarówno w kwestiach merytorycznych, jak i organizacyjnych, związanych z zarządzaniem procesem projektowym. Problemy były identyczne z tymi „korporacyjnymi” – trudność w wypośrodkowaniu między nadmierną autorytarnością a wycofaniem, utrzymywanie stałego poziomu motywowania zespołu, precyzja w definiowaniu zadań oraz praca według weryfikowanego na bieżąco harmonogramu i pod ogromną presją czasu.

„Docieranie się” zespołu następowało tak błyskawicznie. To dojrzała grupa, która potrafiła słuchać i nie upierała się przy pierwszych pomysłach (to największa zmora we współpracy ze studentami). Koncepcji było tyle, że najważniejsze okazało się ustalenie ich optymalnej liczby i decyzja, które działania są priorytetowe. W wielu momentach wycofywaliśmy się jako prowadzący, bo cały proces organizacji pracy i podejmowania decyzji był doskonale ustalony przez studentów. Wtrącaliśmy się głównie wtedy, kiedy zespół komunikował taka potrzebę (głównie w kwestiach merytorycznych) lub gdy widzieliśmy, że potrzebne jest lekkie sterowanie z góry. Tydzień przed zakończeniem projektu spotkaliśmy się, żeby złożyć raport podsumowujący prace. Chociaż na początku przewidywaliśmy, że skończy się na niewielkiej broszurze, zakres rósł i rósł, aż skończyło się na… ponad dwustu stronach.

zajecia_02

[Składanie raportu]

prezentacja_02

[Plansze i materiały reklamowe]

prezentacja_07

[Raport i materiały reklamowe – koszulki, piny, torby, pocztówki, stempel, wlepki – z motywami graficznymi ze Starego Polesia]

prezentacja_06

[Na pierwszym osoby, które bardzo pomagały w projekcie: planie Bartek Zimny – twórca łódzkiego woonerfu i oficer rowerowy, tyłem Agnieszka Reiske ze stowarzyszenia Współ-dzielnia ze Starego Polesia]

prezentacja_05

[Publiczność podczas prezentacji; na oknach plakaty reklamujące dzielnicę i planowane w niej wydarzenia]

prezentacja_04

[Ania Sokołowska z Miejskiej Pracowni Urbanistycznej z raportem]

prezentacja_03

[Kinga Rzeplińska, odpowiedzialna za grafikę i Zofia Ulman, autorka strony internetowej]

Na prezentację w ubiegły piątek do Łodzi przyjechali liderzy oraz część zespołu marketingowego. Nie było już czasu ani na porządne wsparcie w ustaleniu ostatecznej prezentacji, ani na próbę generalną. Obawialiśmy się trochę, czy ponadgodzinny wykład o tak wielowątkowym projekcie okaże się wystaczająco czytelny i wciągający dla publiczności, ale skończyło się kolejnym pozytywnym zaskoczeniem! Podczas dyskusji po prezentacji liderzy odpowiadali na pytania (przede wszystkim te najtrudniejsze – dotyczące kwestii transportowych i finansowania przekształceń) z takim profesjonalizmem, jakby od lat byli zaangażowani w programy rewitalizacji.

Wszystkie materiały zostały przekazane miastu – urzędnikom, społecznikom i radnym. Na pewno zostanie wzdrożona strategia marketingowa – to element koncepcji, który nie wymaga oddolnego zaangażowania ani wielkich nakładów finansowych, bo materiały (identyfikacja wizualna, strona internetowa czy plakaty) są już gotowe. Wiele działań można zrealizować przy minimalnym dofinansowaniu, jak grant, o który studenci starali się w trakcie semestru. Podczas prezentacji padały konkretne kwoty, określone w oparciu o analogiczne działania przeprowadzone wcześniej w innych polskich ośrodkach. Wyniki pracy można zobaczyć na stronie www.starepolesie.com, raport także tu.

prezentacja_01

[Prezentacja części marketingowej prowadzonej pod kierownictwem Karoliny Zarychty, na fotelach od lewej Natalia Podejko, liderka grupy koordynacyjnej, Agnieszka Stobierska, szefowa działań społecznych, Justyna Król – liderka grupy projektującej ulice i Michał Bainka – przestrzenie publiczne oraz Zofia Ulman]

Po takim semestrze potwierdza się, jak ważne jest wzajemne zaufanie w zespole. Okazało się, że warto rzucić studentów na głęboką wodę i pozwolić im współtworzyć cały proces organizacji zajęć – efekty tego eksperymentu przeszły nasze najśmielsze oczekiwania. Momentami czułam się jak podczas pracy w biurze, gdzie również mamy idealnie zgrany zespół – zresztą metody organizacji pracy właśnie stamtąd zostały zaczerpnięte. Szkoda, że nie szukam właśnie pracowników do gdańskiego oddziału, ale i tak prawie wszyscy studenci zaraz wyjeżdżają na Erasmusa:)  Cały czas nie mogę uwierzyć, że wszystko się udało i że w zaledwie cztery miesiące udało się uzyskać takie rezultaty.

Dziękuję, współpraca z Wami była ogromną przyjemnością!

Autorzy

[fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz, Agnieszka Chromiec – portrety]

Samo się nie zrobi!

postery_wyborcza2-01-01 (1).png

Chwalić jeszcze będę, kiedy wszystko zostanie ukończone w 100%, a na razie zapraszam na piątkową prezentację projektu, przygotowanego przez naszych studentów. Z tak ostro zasuwającą grupą jeszcze nie miałam do czynienia, a hasło „Samo się nie zrobi!” równie trafnie odnosi się do działań, jakie studenci zaproponowali dla Starego Polesia w Łodzi, jak i dla ich własnej pracy.

Prezentacja odbędzie się w najbliższy piątek, 26 czerwca, w Miejskim Punkcie Kultury Prexer-UŁ w Łodzi, przy ulicy Pomorskiej 39. Studenci zaprezentują końcowy raport projektu, zawierający rekomendacje działań rewitalizacyjnych oraz prototypy elementów strategii promującej dzielnicę, m.in. logotypy i projekt identyfikacji wizualnej, gadżety oraz model strony internetowej. Początek prezentacji planowany jest na godzinę 17:00. Zapraszam i… sama jestem ciekawa, jak wszystko wypadnie!

 

Szpilki muszą się zmieścić

szpilki_male_B

Ależ intensywna ta wiosna! Wszystko nagle przyspieszyło i tak zajęta, jak teraz, nie byłam chyba nigdy. Na szczęście w międzyczasie udało mi się naszkicować parę tekstów o Kopenhadze, więc już wkrótce pojawią się wpisy o tym, jak się „żyje między budynkami” i jak się mieszka u Bjarke Ingelsa.

Ten i kolejny tydzień również jest wypełniony co do godziny. Zaczęło się wczoraj od wykładu w Europejskim Centrum Solidarności inaugurującym cykl Stacja-Transformacja, przygotowany przez Fundację Alternativa. Opowiadałam o muzeach –  konkursach architektonicznych i projektowaniu (także o takich aspektach jak ochrona przed pożarem i kradzieżą – jako pomoc naukowa posłużył fragment „Afery Thomasa Crowna”, w której Pierce Brosnan spektakularnie zwraca skradziony wcześniej własnoręcznie obraz). Jutro zaraz po zajęciach na Politechnice wsiadam do pendolino i pędzę do Warszawy na galę rozdania nagród w konkursie „Życie w Architekturze”. Zobaczymy na ile skutecznie trzymałam kciuki za ulubione projekty:)

Z Warszawy zmykam do Radomia, gdzie udało mi sie umówić na obejrzenie Mazowieckiego Centrum Sztuki Współczesnej „Elektrownia”, o którym będę pisać do nowej publikacji Międzynarodowego Centrum Kultury i „Architektury-Murator”. Potem znów wsiadam do pociągu, tym razem do Wrocławia, żeby odwiedzić Lilę i Rafała z Menthol Architects, a przy okazji wpaść na MIASTOmovie. Oraz obejrzeć kilka nowych budynków, rzecz jasna. Weekendowy wyjazd bez oglądania architektury to nie weekendowy wyjazd:)

Z Wrocławia już niedaleko do Wałbrzycha, gdzie przez cały tydzień będę tutorem na warsztatach Architektour. Zapowiada się naprawdę kapitalnie – wśród prowadzących są również WWAA, Centrala i HS99, a z wykładami wpadną m.in. Ewa Porębska i Marcin Szczelina, Mirosław Nizio i Filip Springer. Nie mogę się doczekać!

W drodze powrotnej z kolei planuję zatrzymać się w Katowicach. Nie wiem, czy wystarczy mi czasu na zobaczenie wszystkich NOSPR-ów, MCK-ów, Muzeów Śląskich i CINiBA-ów, ale zapakuję trampki, żeby móc biegać. Oczywiście znów nie wiem, jak się spakować. Wiem jedno: szpilki na galę muszą się zmieścić!

Dieta architekta

dieta

Nigdy nie przypuszczałam, że nadejdzie dzień, w którym umieszczę na blogu zdjęcie swojego talerza. Okazuje się jednak, że jedzenie to ważny element architektonicznego lajfstajlu. Otóż w życiu architekta są okresy ciężkie i cięższe. Kiedy przychodzą te cięższe, bo nagle budynek przestaje mieścić się na działce, gardło siada po czterech godzinach wykładu, a w międzyczasie trzeba pojechać z studentami w teren* i przygotować się do prezentacji, potrzeba specjalnego wspomagacza. Nie, nie mam na myśli żadnego białego proszku. Kiedy oderwałam się od komputera, żeby zajrzeć do lodówki, a chwilę wcześniej mój wzrok padł na pusty papierek po mlecznej czekoladzie i dwie pomarańcze, poczułam się, jakby to wcale nie był 2015 rok, ale czas studiów i sesja. Sesja to też był okres cięższy – aby zdać egzamin z konstrukcji stalowych, historii architektury polskiej i skończyć na czas wszystkie projekty semestralne, należało dostarczyć organizmowi dodatkowych kalorii i substancji odżywczych. A ponieważ trzeba zasuwać i czasu wystarcza tylko na zakupy w najbliższym lokalnym sklepiku (na studiach mieliśmy taki pod akademikiem i nazywaliśmy go „U Czarownic” z uwagi na wyjątkowo niesympatyczne ekspedientki), wybór musi ograniczyć się do podstawowych produktów. Odpada więc amarantus, jagody goji i yerba mate.

W moim zestawie sesyjnym, oprócz normalnych posiłków (tzn. studenckich „normalnych” czyli kanapek z serem topionym i pulpetów ze słoika) oraz  pochłanianych w ogromnych ilościach mocnych kaw, codziennie musiały się znaleźć:

  • tabliczka mlecznej czekolady zjadana w całości od razu. Moja miłość do czekolady była tak legendarna, że od przyjaciół ze studiów dostałam kiedyś na urodziny zamek z czekolady – taki z czterema wieżami i bramą, samodzielnie wykonany z kilkunastu tabliczek.
  • sałatka śledziowa – nie koreczki, nie rolmopsy, ale właśnie chamska sałatka śledziowa z majonezem, glutaminianem sodu** i potwornymi ilościami nasyconych kwasów tłuszczowych.
  • serek homogenizowany o smaku waniliowym, bo od serka jestem uzależniona od zawsze. Co prawda w okresie wczesnego dzieciństwa mój ukochany Dziadek zawsze powtarzał, że od serka nie urosnę, ale urosłam aż nadto. Wzrost architekta zasługuje jednak na osobny post.
  • dwie pomarańcze – nie wiem, dlaczego akurat dwie, ale pewnie chodzi o jakieś dzienne dawki witamin.

Taki zestaw działał lepiej niż napoje energetyzujące i sprawdza się do teraz, chociaż od czasu studiów moje nawyki żywieniowe całkowicie się zmieniły.

A jak to wygląda u Was?

* Weekend w Łodzi był fantastyczny, za to wyjątkowo intensywny. Za to znów trafili nam się kapitalni studenci – aktywni i podekscytowani tematem. Wiele osób jest tuż po Erasmusie lub na Erasmusie (mamy kilkoro obcokrajowców). W ciągu niecałych dwóch dni udało się zobaczyć Stare Polesie, spotkać z planistami, projektantami i aktywistami oraz wejść na budowę Nowego Centrum Łodzi. Z  kolei druga grupa przygotowuje projekt węzła przesiadkowego Gdynia Chylonia (w ubiegłym tygodniu również zwiedzaliśmy teren). Tam to jest prawdziwy dziki wschód! Kebab, wulkanizacja, stoiska z biustonoszami oraz targowisko, z którego próbowano nas wyrzucić – trzydziestosobowa grupa z przewodnikami wzbudzała niezdrowe zainteresowanie panów z ochrony.

** W sałatce ze zdjęcia nie ma glutaminianu – specjalnie sprawdziłam, żeby producent mnie przypadkiem nie pozwał.

Nadzór autorski (na przykładzie ptaka)

Dominik Staniszewski_04

Cierpię na słabość do mew. Tak, cierpię, bo mimo swojej wyjątkowej ptasiej inteligencji i dostojnej sylwetki, mewy są też chamskie, hałaśliwe i robią straszny bałagan. We wszystkich nadmorskich miastach na sześć liter, w których miałam okazję mieszkać, a nawet w Delft na liter pięć, żyły mewy. Najbardziej bezczelne osobniki spotkałam w Dublinie – regularnie obsrywały nam balkon i budziły o szóstej nad ranem. Nie zapomnę porannych powrotów z imprez wśród mew, które szybowały metr nad ulicami wypatrując porzuconych frytek. Wyglądały groźnie, jak co najmniej orły albo jakieś kondory. Specjalizowały się również w rozpruwnaiu worków na śmieci, bo w Irlandii nie ma typowych pojemników, ale o określonej godzinie wyrzuca się na ulicę foliowe worki.

Ale ja tu o ptakach, a to przecież nie jest blog ornitologiczny – miało być o nadzorze autorskim. Historia jest nieco zawiła. Kiedy dwa lata temu pomieszkiwałam w Bostonie (na sześć liter), jakaś nagła nostalgia kazała mi sprawdzić, co się dzieje w Gdańsku. Na portalu „Trójmiasto” trafiłam na ogłoszenie o konkursie na maskotkę serwisu – przebranie na różne imprezy. Chyba nie muszę dodawać, jaki ptak pojawia się w logo portalu? Pomyślałam o bezczelnej mewie-reporterce, która zasuwa w trampkach i z mikrofonem, rozbawiając wszystkich swoim hałaśliwym chichotem. Śmieszka w końcu. Gdzieś na kolanie machnęłam szybki obrazek i opis, wysłałam i kilka dni później okazało się, że redakcja wybrała go jako jeden z dwóch projektów poddanych głosowaniu czytelników. W komentarzach przelała się wówczas fala internetowego hejtu – że kicz, że rysunki brzydkie, że pomysł z czterech liter wzięty, ale kto by się tym przejmował? Reporterka Śmieszka wygrała konkurs.

Mewa.psd

Po przekazaniu nagrody sprawa ucichła, bo sezon letnich imprez już się kończył i nikt w redakcji nie spieszył się już z zamówieniem przebrania. Byłam przekonana, że zapomniano o całej sprawie, ale niedawno, buszując po internecie, trafiłam na ten film i zdjęcia. Realizacja gotowa! Ale czy zgodnie z projektem konkursowym? Ten wielki biały ptak posłuży mi do udowodnienia, dlaczego warto, aby projektant, który przygotował koncepcję, był również odpowiedzialny za dokumentację wykonawczą z dokładnymi specyfikacjami oraz nadzór autorski. Proponowane przez wykonawcę zmiany powinny być przez niego zaakceptowane.

  1. Reporterka Śmieszka przypomina bardziej orła niż mewę. Po pierwsze ma dziwny kołnierz piór, a przecież mewy mają gładkie szyje.  Poza tym mewy śmieszki mają czarne głowy. Przypuszczalnie użyto wykroju na kostium orła i przystosowano go dla potrzeb Śmieszki. To trochę tak, jakby typowy projekt góralskiej chatki zaadaptowano jako śródziemnomorską willę. To dom i to dom, to ptak i to ptak.
  2. Materiały mogłyby być porządniejsze. Ten welur chyba nie jest zbyt komfortowy, zwłaszcza latem. Pewnie szybko zacznie się wycierać, poza tym czy można go recyklingować? No tak, ale zamiast cegły klinkierowej też można użyć imitacji z tynku. To i tak nic w porównaniu do zmiany w projekcie, jaką kiedyś zafundował mi w Polsce wykonawca. Zamiast prefabrykowanych na zamówienie betonowych paneli ze zgeometryzowanym reliefem, zastosował… prefabrykowane ogrodzenie betonowe w tralki. To prefabrykowany beton i to prefabrykowany beton…
  3. Zamiast odkrytej, drobiowej piersi Śmieszka ma romantyczną, niebieską sukienkę. Mikrofon w tym samym kolorze znika na jej tle, no i te falbanki… „To może dodamy trochę koloru na elewacji, ten seledynek z tym różem będzie na pewno dobrze wyglądał”.
  4. Odcień pomarańczu jest dość chamski. Nie było specyfikacji, więc nie było też określonego koloru RAL.
  5. Wskazane byłoby przygotowanie mock-up* kostiumu, który pozwoliłby ocenić stopień „kolebania” mewiego podwozia. Ale jak widać na zdjęciach, podwozie jest znacznie mniejsze niż w projekcie i na dodatek schowane pod sukienką.

Pomarudziłam sobie. Ale w żartach, bo jeśli ostateczna realizacja sprawia komuś tyle frajdy, ile ten welurowy ptaszor dzieciom, pozostaje machnąć ręką na niezgodności z projektem i też się cieszyć!

Dominik Staniszewski

*Mock-up to coś w rodzaju makiety fragmentu budynku, najczęściej w docelowej skali i przy zastosowaniu zaspecyfikowanych w projekcie materiałów (ale niekoniecznie), który pozwala na ustalenie „na żywca” sposobu montażu elementów, właściwości połączeń itd. Dzięki niemu można sprawdzić te aspekty wykonawstwa, które trudno określić na etapie projektu.

[rys. Monika Arczyńska, fot. Dominik Staniszewski/www.trojmiasto.pl]

Tour de Pologne

tour

Na wiosnę zapowiada mi się prawdziwe Tour de Pologne. Świetnie się składa, bo pojeżdżenie po Polsce było jednym z moich noworocznych postanowień. Start w Łodzi, już za tydzień – będziemy oprowadzać studentów, bo właśnie Łódź (a dokładnie Stare Polesie) wzięliśmy na tapetę w tym semestrze. W grupie jest kilkoro zagranicznych studentów – ciekawe, jakie analogiczne przykłady shrinking cities przytoczą ze swoich krajów.

Tydzień po Łodzi czas na poznańską Budmę. Będę reprezentować „Architekturę-Murator” i mówić o konkursach na najlepsze realizacje ostatnich lat. Temat na czasie, bo dokładnie w tym samym momencie jury będzie obradować nad „Życiem w architekturze”, a niedługo później zostaną ogłoszone wyniki konkursu im. Miesa van der Rohe. Jak mnie cieszy szczecińska Filharmonia w finale!  Szkoda, że w najbliższym czasie nie zahaczę o Szczecin, bo bardzo chciałabym ją w końcu zobaczyć. Niby Szczecin to też wybrzeże i podróż z Gdańska nie powinna być zbyt kłopotliwa, ale akurat ten fragment Polski jest lekko zapomniany transportowo. Nie dość, że nie jeżdżą tam żadne pendolino ani polskie busy, to nawet poczciwe TLK i Regio suną po szynach wyjątkowo rzadko i powoli. Do Poznania można dostać się znacznie łatwiej z każdego zakątka kraju i jeśli wybieracie się  na Budmę – zapraszam na wykład. Co prawda równolegle będą się odbywać II Mistrzostwa Polski w montażu wykładzin, ale na godzinę chyba można się z nich urwać:)

W Poznaniu zostanę na cały weekend, bo odbywa się wówczas również MIASTO-SZTUKA, ogólnopolska interdyscyplinarna konferencja naukowa poświęcona sztuce  w kontekście miejskim. Tam będę z kolei opowiadać o muzeach sztuki współczesnej – bardzo aktualny dla mnie temat, biorąc pod uwagę moskiewski projekt. Co prawda myślałam, że jeśli poprodukuję się jeszcze naukowo, to bardziej w temacie mieszkalnictwa, ale jak widać doświadczenie projektowe wzięło górę nad akademickim. Trochę nasiedziałam  się nad muzeami przez ostatnie lata i proszę trzymać kciuki za następne, bo ekipa w Heneghan Peng złożyła niedawno projekt na konkurs na Muzeum Ruchu Oporu w Kopenhadze. Już dawno żadna koncepcja biura nie wydawała mi się aż tak konsekwentna, ale kciuki jednak będą potrzebne, bo wśród konkurentów są m.in. BIG i Henning Larsen.

Również w temacie sztuki i architektury, w tym także o muzeach sztuki, będą zapowiadane już wcześniej dyskusje z Maksem Bochenkiem w Instytucie Kultury Miejskiej. Okazało się, że startujemy wcale nie jesienią, ale już w kwietniu. Dokładnie pierwszego i to wcale nie jest żart primaaprilisowy. Przekażę więcej szczegółów, kiedy tylko pojawią się ulotki i zapowiedzi spotkań. Tam już żadne pendolino nie jest potrzebne, ale chyba zdecyduję się na tramwaj lub SKM, a nie rower, bo coś czuję, że dyskusje będą kontynuowane w którymś z barów na Głównym Mieście. Na tę nieformalną część także zapraszam!

Ale to nie wszystko, bo otrzymałam zaproszenie do poprowadzenia tegorocznych warsztatów Architektour, które odbędą się pod koniec kwietnia w Wałbrzychu. Cieszę się, bo po pierwsze słyszałam dużo dobrego o ubiegłorocznej elbląskiej edycji, a po drugie nigdy nie byłam w Wałbrzychu. To miasto, pomimo opinii delikatnie mówiąc niezbyt pięknego, kojarzy mi się całkiem pozytywnie, bo to tam rozgrywała się akcja „Sztuczek” Andrzeja Jakimowskiego, a ja też lubię czasem pozaklinać rzeczywistość. Po trzecie – zahaczę po drodze o Wrocław, a tam mieszkają Menthol Architekci i Paweł Wojdylak z Wydziału Rewitalizacji, który może tym razem pokaże mi Nadodrze – ostatnio łaziliśmy po Przedmieściu Oławskim. W tajemnicy zdradzę, że być może Menthol Architekci też pojadą na Architektour – namawiam ich bardzo intensywnie.

Czeka mnie więc trochę czasu na walizkach. Muszę przyznać, że poczułam się ostatnio nieco zignorowana w tym temacie. W lutym wszystkie blogerki modowe dostały od pewnej niemieckiej firmy na ‚B….’ zestaw suszarek podróżnych, żeby móc się nienagannie prezentować na feszyn łikach. Ba, niektóre nawet dostały kilka kompletów i organizują na swoich blogach konkursy. A ja to na Budmę mam niby pojechać z rozwianym włosem? Do Instytutu jak strach na wróble? Ostatecznie minisuszarkę kupiłam sobie sama, ale na firmę ‚B….’ pozostanę obrażona, mimo że i mikser, i blender, i nawet młynek do kawy mam właśnie od tego producenta.

Olewaniu blogerek architektonicznych mówimy zdecydowane nie!

Szampana nie będzie…

VENICE BIENNALE 2012 668_01

…bo po zakończonym wczoraj głosowaniu nie udało mi się zakwalifikować do drugiego etapu konkursu na Blog Roku. Ale każdy głos bardzo się dla mnie liczy i za każdy serdecznie dziękuję!  Słusznie przewidywałam porażkę wobec blogów o rozstępach i cellulicie, ale zgodnie z zapowiedziami nie załamuję się i będę pisać dalej. Ba, sama głosowałam na konkurencję!

Nie umiem patrzeć na blogowanie jak Jessica Mercedes i przeliczać wszystkiego na lajki i… wpływy z reklam. Nie zarabiam na SIX LETTER CITY, ale jeśli zgłosi się do mnie producent dachówek bitumicznych albo bloczków silikatowych, to chyba nie będę potrafiła odmówić. Lokowanie takiego produktu to dopiero wyzwanie! W każdym razie liczba stałych czytelników regularnie się powiększa i kolejne posty są dla mnie jak kolejne odcinki niekończącego  się wykładu, na który od czasu do czasu przychodzą kolejne osoby. Czasem coś skomentują, czasem zareagują śmiechem na żart, czasem wyjdą na fajkę, ale wracają. A ja naprawdę lubię gadać o architekturze!

Gadania zapowiada się więcej. Kilka spraw jeszcze dopinam, ale właśnie dziś będą ustalane szczegóły serii spotkań o sztuce i architekturze, które od jesieni planujemy prowadzić z Maksem Bochenkiem  w gdańskim Instytucie Kultury Miejskiej. Maks jest kuratorem i historykiem sztuki, a jednocześnie moim dobrym przyjacielem. Poznaliśmy się przy okazji konkursu na wystawę na weneckim Biennale Architektury i od tamtej pory  sporo wina przelało się podczas naszych dyskusji o sztuce, architekturze i ich punktach stycznych. Postanowiliśmy, że najwyższa pora, aby „wyjść do ludzi” z naszymi przemyśleniami. Zapowiada się zderzenie teoretyk od sztuki kontra praktyk od architektury – sama jestem ciekawa, co z tego wyjdzie i mam nadzieję, że nie pobijemy się już na pierwszym spotkaniu. A jeśli się pobijemy, to może nawet lepiej – cel, aby rozruszać kontakty między tymi dwoma środowiskami zostanie zrealizowany dosłownie. Już myślimy o innych projektach i jeśli okaże się, że nasz kuratorsko-architektoniczny duet się sprawdza, przy którymś z naszych „winnych” spotkań Maks wymyślił, jaką nazwę moglibyśmy przyjąć. Nasze inicjały układają się w… MAMBo:)

 [Zdjęcie pochodzi z weneckiego Biennale z 2012 roku i było zrobione kilka minut przed otwarciem duńskiego pawilonu. Przy stole stał kelner w białej koszuli, który miał za zadanie wyglądać na tyle groźnie, żeby nikt z czekających na przekąski  z prosciutto nie popełnił falstartu. 

fot. Monika Arczyńska]

 

 

Tak trzymać!

Zrobione przy użyciu Lumia Selfie

Ale poranek! Dziś na Politechnice odbyły się prezentacje projektów semestralnych na Gospodarce Przestrzennej. Zajęcia miały eksperymentalny charakter, bo w ramach jednego modułu „Urbanistyka i Ekonomia” połączono trzy zintegrowane przedmioty. Na ogół na większości uczelni wszystkie wykłady i ćwiczenia prowadzone są oddzielnie, więc studentom trudno jest użyć wiedzy i umiejętności zdobytych w ramach jednego przedmiotu w innym. Na dodatek do prowadzenia zajęć rzadko zaprasza się praktyków. Tym razem miało być inaczej – tak, jak odbywa się to w rzeczywistości, w warunkach rynkowych. Urbanista i architekt (czyli ja) prowadzili projekt zagospodarowania śródmiejskiego kwartału w Gdyni. Równolegle ekspertka – praktyk ogromnym doświadczeniem – koordynowała wycenę planowanej tam przez studentów inwestycji, a całość uzupełniały wykłady projektanta z firmy deweloperskiej. Był objazd po inwestycjach mieszkaniowych, ćwiczenia z opracowywania strategii marketingowej, długie dyskusje o stylu życia i potrzebach mieszkaniowych, a nawet spontaniczne telefoniczne konsultacje z fachowcem od certyfikacji LEED. Inwestycja miała nie tylko opłacić się wyimaginowanemu deweloperowi, ale również wpisywać się w urbanistyczny kontekst i zapewnić zgodność z założeniami planu miejscowego oraz zasadami zrównoważonego rozwoju. Kładliśmy też nacisk na elastyczność koncepcji, aby z upływem lat zabudowa mogła zostać dostosowywana do nowych funkcji. Wycena inwestycji pozwoliła na przetestowanie, jak wysoki zysk zostanie uzyskany dla różnych standardów i cen nieruchomości. Niektóre grupy udowodniły, że przy odpowiednio wysokiej intensywności zabudowy śródmiejskie mieszkanie niedaleko plaży, w mieście o najwyższej jakości życia w Polsce, może być dostępne również dla mniej zamożnych nabywców niż finansowe elity. Aby określić optymalną cenę metra kwadratowego, studenci badali między inymi zdolność kredytową gdynian (dla uproszczenia nie braliśmy poprawki na kurs franka;). Najtrudniejsze okazało się spojrzenie na projekt z kilku zupełnie odmiennych perspektyw, sugerujących przeciwstawne decyzje projektowe – nastawionego na zysk inwestora, przyszłego użytkownika czy planisty ustalającego strategię rozwoju miasta. Dużo i poważnie jak na piąty semestr, prawda?

Eksperyment okazał się sukcesem. Pomimo początkowych trudności  – był taki moment, kiedy myślałam, że nic z tego nie wyjdzie – studenci zrobili ogromne postępy i bardzo pozytywnie nas dziś zaskoczyli. Chyba nawet nie obrazili się za nadmiar pracy i „ciśnięcie” do oporu, mimo że rzuty parkingów podziemnych pewnie jeszcze długo będą im się śnić po nocach. Czuję się wyjątkowo  usatysfakcjonowana, bo zobaczyłam dziś, jak wiele udało się osiągnąć w tak krótkim czasie. Uczenie jest super:)

Wasze zdrowie, szanowni studenci, tak trzymać!

[fot. Monika Arczyńska]

To był dobry rok!

2014_male

Po ostatnich irlandzko-palestyńsko-izraelskich rozjazdach mam tyle do pisania, że nie wiem, od czego zacząć. A ponieważ wszyscy blogerzy publikują teraz swoje podsumowania roku, to nie będę silić się na oryginalność, tylko zrobię to samo. Nie przebiję co prawda Maffashion, której ostatnio trafił się kontrakt dla Versace, ale branża architektoniczna jest jednak mniej glamour od modowej. W każdym razie „Bryła” donosi, że to był dobry rok dla polskiej architektury. Dla mnie też, bo chociaż nie udało mi się zrealizować wszystkich zaplanowanych na ten rok założeń, działo się znacznie więcej, niż się spodziewałam. Oto moje podsumowanie:

1. Więcej pisać!

Udało mi się zrealizować najważniejsze postanowienie sprzed roku! Nie dość, że moja współpraca z „Architekturą Murator” jeszcze nigdy nie była tak intensywna, to na dodatek szykują się nowe szanse na publikacje. O nich na razie cicho sza, żeby nie zapeszać.

2. SIX LETTER CITY.

Utrzymuję regularność blogowych wpisów, chociaż bałam się, że nawał pracy mi to uniemożliwi. Liczba czytelników rośnie, odzew jest pozytywny, a podczas gdyńskiej Pecha Kucha okazało się, że nie tylko architektów bawią opowieści o mizianiu budynków, przystojnych projektantach i rozterkach młodej architekt. Dziękuję!

3. Heneghan Peng.

Nadal pracuję na odległość dla mojego ulubionego biura, a telepraca okazuje się tak sprawna, że większość branżystów nie orientuje się chyba nawet, że na co dzień jestem w Gdańsku, a nie w Dublinie. Internecie, jesteś potężny! I chociaż moskiewski projekt w dalszym ciągu przeraża mnie swoją wielkością i poziomem skomplikowania, nie poddaję się i walczę jak lwica, żeby finalny efekt był jak najlepszy. Poza tym trzy inne projekty, nad którymi pracowałam wcześniej, są w trakcie realizacji. O Galerii Narodowej w Dublinie i Muzeum Palestyny wkrótce napiszę, bo w grudniu odwiedziłam obie budowy.

4. Rosyjski.

To pozornie mało architektoniczna kwestia, jednak ściśle związana z moskiewskim projektem. Chociaż nie mówię jeszcze swobodnie i sporo wody w Wołdze upłynie, zanim osiągnę satysfakcjonujący dla mnie poziom, techniczny rosyjski „wchodzi” mi coraz łatwiej. Ponieważ pracowałam projektowo głównie poza Polską, jako pierwsze przychodzą mi do głowy angielskie określenia. Teraz jako drugie będą przychodzić rosyjskie, a studenci zaczną dostawać ataków śmiechu, kiedy w ferworze opowiadania o projekcie będę rzucać tekstami „No, jak to się nazywało po polsku, mam to przecież na końcu języka!”.

5. Menthol Architects.

Będę ich promować ich przy każdej możliwej okazji nie tylko dlatego, że sa moimi serdecznymi przyjaciółmi, ale przede wszystkim bardzo cenię ich projekty i jestem pod nieustającym wrażeniem świeżości ich pomysłów. To był ich pierwszy rok w Polsce i już zostali zauważeni (mam nadzieję, że przyczyniło się do tego moje trzymanie kciuków). Poza tym nie dość, że pomimo odległości między Gdańskiem a Wrocławiem udaje nam się w miarę często spotykać (w Dublinie byliśmy sąsiadami), to na dodatek w końcu przetestowaliśmy, jak nam się razem projektuje. Mam nadzieję, że nie ostatni raz!

6. Biennale w Wenecji.

To zdecydowanie najważniejsze architektoniczne wydarzenie ubiegłego roku, w jakim miałam okazję uczestniczyć. Koolhaas jest nie do przebicia i już współczuję dyrektorowi kolejnego Biennale, bo nie wiem, co musiałby zaproponować, żeby porównania nie wypadły na jego niekorzyść.

6. Podróże

Jak na mocno zajęty rok, nie było źle. Oprócz Wenecji udało mi się dwa razy wpaść do Berlina (Berlinie, jak dobrze, że jesteś tak blisko!), odwiedzić Dublin i wyskoczyć na Bliski Wschód. W kolejce czekają jednak przede wszystkim polskie miasta, w których nie byłam od lat. Wrocław „odhaczony”, Poznań może uda mi się odwiedzić wiosną. Próbuję również wybrać się do Szczecina, żeby w końcu zobaczyć Filharmonię. Śledzę regularnie repertuar, żeby znaleźć jakiś sobotni koncert, bo to dla mnie jedyna możliwość, żeby wpaść tam na weekend, ale jak na złość w soboty odbywają się tylko warsztaty dla dzieci. Szanowna Dyrekcjo, proszę pomyśleć, ilu architektów chętnie przyjechałoby na weekend i jakie spowodowałoby to ożywienie ruchu turystycznego w mieście!

7. Uczelnia.

Musiałam co prawda ostatnio zredukować liczbę godzin dydaktycznych z powodu moskiewskiego projektu, ale już w następnym semestrze będę znów prowadzić dwa przedmioty projektowe i wykłady na Uniwersytecie Gdańskim z Planowania Rozwoju Miast. A jesienią być może poprowadzę w Gdańsku warsztaty. Niedługo na BlokBlogu pojawi się również mój tekst o edukacji architektonicznej w Polsce.

8. Teatr.

Odkąd wyprowadziłam się z Dublina, nie wyjeżdżam już na festiwal w Edynburgu, za to w końcu udało mi się ponadrabiać zaległości teatralne w Polsce. I tu też pojawi się architektoniczny motyw, bo jeden z najlepszych spektakli, jakie udało mi się zobaczyć w minionym roku, to „Bitwa warszawska 1920” Pawła Demirskiego w reż. Moniki Strzępki. A Paweł, zanim zajął się teatrem, przez chwilę studiował w Gdańsku architekturę, na moim roku i to na dodatek w tej samej grupie dziekańskiej. Byłam bardzo ciekawa „Bitwy”, bo dotychczas znałam tylko jego sztuki sprzed współpracy z Moniką Strzępką. Okazało się, że to jeden z tych spektakli, po którym wychodzi się z teatru z głową pełną kotłujących się myśli i emocji, które nie opadają przez kolejne dni. Paweł, dziękuję, że nie zostałeś architektem (chociaż z geometrii wykreślnej byłeś niezły:)

9. Ludzie.

To zdecydowanie najważniejszy punkt 2014 roku. Poznałam świetnych architektów i niearchitektów. Udało mi się podtrzymać przyjaźnie z osobami z różnych zakątków Europy oraz w końcu poznać razem osoby, które nie miały wcześniej okazji się spotkać. Wynikło z tego kilka ciekawych znajomości. Kursowanie między Trójmiastem a Łodzią również ma swoje plusy – dzięki kapitalnemu towarzystwu w obu miejscach czuję się świetnie, ale moje miejsce jest jednak nad morzem.

10. 2015.

Ale najważniejsze, że kolejny rok też zapowiada się interesująco. Dogrywam właśnie kilka projektów – dam znać, kiedy tylko uda mi się z nimi ruszyć. Mam nadzieję, że czasowo  pozwoli mi na to zaległy urlop z… 2012 roku:)

Ściskam kciuki za Wasze i własne plany!

[fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz, Lila Krzycka, Marcin Nowiński]

Ćwiczyłam od tygodnia…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Co ćwiczyłam? Stawianie krzyżyków, rzecz jasna! Po to, aby dziś nie okazało się, że któryś postawiłam krzywo i mój głos jest nieważny. Nie będę nikogo namawiać do głosowania na konkretne osoby czy ugrupowanie, bo to indywidualna sprawa, ale namawiam do wzięcia udziału w wyborach. Samorządowe są szczególnie ważne, bo od ich wyniku zależy kto i jak będzie zarządzał naszymi miastami – tymi na sześć i nie na sześć liter. Pamiętajcie – zignorowanie wyborów nie daje prawa do późniejszego narzekania:)

Po głosowaniu skoczyłam do Empiku, żeby kupić grudniowy numer „Muratora”. Nie, nie zamierzam budować domu, ale okazało się, że dostałam wyróżnienie w konkursie na esej „Dom Polski 2021”. Nie mogłam oprzeć się tematowi, bo właśnie o mieszkalnictwie popełniłam doktorat, a już dawno nie miałam okazji o tym pisać. Poza tym objętość tekstu tylko trochę przekraczała blogowe posty, więc przy kieliszku białego wina* szybko naszkicowałam esej (albo raczej „eseik”). Wpłynęło 45 prac, nagrodzono 3, więc chyba blogowa praktyka w pisaniu przynosi powoli efekty.

Z tematem mieszkalnictwa to w ogóle dziwna sprawa. Temat kręci mnie od końca studiów, kiedy wylądowałam w Delft na Erasmusie i zrobiłam tam projekt bloku mieszkalnego, który stał się ostatecznie moim dyplomem. Gdy chwilę później zaczynałam studia doktoranckie, początkowo myślałam o zupełnie niezwiązanym z mieszkalnictwem temacie, ale… tak jakoś wyszło. Zaczęłam od partycypacji, która wtedy – serio, serio – wcale jeszcze nie była modnym tematem. Cały czas miałam jednak wątpliwości, czy na pewno wierzę w całą tę partycypację, bo nie mogłam zrozumieć, kto przy zdrowych zmysłach współdecydowałby z myślą o dobru wspólnym, a nie swoim własnym. A w Polsce i w kwestiach przestrzennych to już w ogóle.  Z tych wątpliwości urodził się pomysł przeanalizowania powiązań pomiędzy podejmowaniem decyzji a społeczeństwem konsumpcyjnym. A ponieważ mieszkanie to ta najbardziej prywatna związana  z architekturą sfera, w kwestii której wszyscy mają najwięcej do powiedzenia, skończyło się na mieszkalnictwie.

Najśmieszniejsze, że jako architekt pracowałam prawie wyłącznie nad budynkami użyteczności publicznej. Do moich dyżurnych żartów należy odpowiedź na pytanie, czy zaprojektowałam kiedykolwiek jakiś dom:

„Tak, jeden. Przedpogrzebowy”.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

* Posty najlepiej pisze się przy winie, ale doktorat, którego zdecydowaną większość napisałam w Irlandii, powinnam zadedykować Jamesonowi, Bushmillsowi i Tullamore Dew, które nie dość, że skutecznie namuzowywały mnie naukowo, to jeszcze doskonale uzupełniały skromne ogrzewanie w moim dublińskim mieszkaniu. Polecam na sezon grzewczy, byle z umiarem!

 [fot. Monika Arczyńska]

Musi być świeczka?

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wypadałoby coś zdmuchnąć, bo SIX LETTER CITY obchodzi dziś pierwsze urodziny. Miał być tort, ale zabrakło czasu na takie luksusy. Urodziny spędzę więc tradycyjnie, jak to architekt, robiąc nadgodziny. Świętowanie przekładam na piątek, bo nadarza się ku temu idealna okazja: będę prezentować blog podczas Pecha Kucha Gdańsk. Zapraszam serdecznie! Jak sama nazwa wskazuje, impreza odbędzie się w Gdyni (na szczęście też na sześć liter), podczas pierwszych urodzin tuBazy. No proszę, jaki urodzinowy zbieg okoliczności. Może tam będzie tort?

Opowiem o tym, jak to się w ogóle stało, że zaczęłam prowadzić blog i po raz pierwszy publicznie – nie słowem pisanym, jak dotychczas, lecz „głosem paszczą” i to jeszcze przed ludźmi – przyznam się do mojej architektonicznej dewiacji: „Mam na imię Monika i jestem uzależniona od architektury”.

Prezentacje na Pecha Kucha trwają zaledwie 6 minut 40 sekund (po 20 sekund na każdy z 20 slajdów). Nie będę miała więc czasu na przekazanie żadnych większych podsumowań, a przecież urodziny do nich skłaniają. Blog, oprócz pozytywnego odzewu czytelników i samej przyjemności pisania, dał mi znacznie więcej. Przede wszystkim stał się czymś w rodzaju marki czy instytucjonalnej afiliacji, która pozwala na umiejscowienie w określonej – a właściwie określanej przeze mnie – szufladce. Mieszkam w Polsce dopiero od dwóch lat po dłuższej przerwie i bardzo brakowało mi lokalnego zaczepienia, tym bardziej, że w Polsce szufladkowanie wydaje mi się wyjątkowo powszechne i… bezmyślne. Nieważne, co robisz, ważne, kim są twoi rodzice, twój promotor, twój pracodawca, twoi sąsiedzi, czym jeździsz i czy twój pies jest rasowy. Wyjechałam niedługo po dyplomie, więc w branży mogli mnie pamiętać wyłącznie dawni wykładowcy i rówieśnicy – koledzy po fachu. A reszta tzw. „środowiska”? Reszta nie wiedziała, jak mnie zaklasyfikować. Najbardziej absurdalne sytuacje zdarzały się podczas niektórych spotkań z architektami, o których realizacjach pisałam dla „Architektury-Murator”. Panowie, bo to praktycznie zawsze panowie, urządzali sobie na początku małe interview, żeby mniej więcej zorientować się, jak się do mnie zwracać i jak ująć niektóre tematy. Pytali kim jestem, w którym mieście mieszkam („Pani z Warszawy?”), czy jestem praktykującym architektem. Z reguły odpowiadałam mało precyzyjnie, że owszem, jestem architektem, ale nie pracuję w Polsce. Interpretowali moje odpowiedzi po swojemu, na podstawie stereotypów, np. uznawali, że praca za granicą to wyłącznie „architektoniczny zmywak” i nie interesowało ich ani czym dokładniej się zajmuję, ani w jakim biurze.

Nie lubię zresztą używać biurowej afiliacji. Pracownie firmują swoimi nazwiskami ich właściciele, a poza tym architektura jest zawsze pracą zespołową. Trudno budować na tej podstawie swoją zawodową tożsamość w dłuższej czasowej prespektywie. To możliwe chyba tylko wówczas, gdy prowadzi się niewielkie biuro i samodzielnie podejmuje praktycznie wszystkie decyzje projektowe. Pracuję też na uczelniach, ale to tylko kilka godzin dydaktycznych, głównie dla przyjemności, więc również nie identyfikuję się w pełni z rolą wykładowcy. Blog to pierwsza inicjatywa, która jest stuprocentowo moja i za którą biorę pełną odpowiedzialność. Zauważyłam, że coraz częściej przedstawiam się jako autorka SIX LETTER CITY i tożsamość architektonicznej blogerki bardzo mi odpowiada.

Drogi blogu – dziękuję!

[fot. Łukasz Pancewicz]

Jak Wam się podoba (Teatr Szekspirowski)?

Zdecydowanie nie jestem mistrzynią autopromocji, postanowiłam jednak zgłosić SIX LETTER CITY do konkursu „Blog of Gdansk 2014”. Biorą w nim udział blogi, których tematyka lub prowadzące je osoby są związane z tym miastem. W pewnym momencie otrzymałam od organizatorów prośbę o potwierdzenie, że na pewno mieszkam w Gdańsku. Trochę się nie dziwię, bo jeśli nawet pobieżnie przejrzeli kilka postów, wynika z nich bardzo zagmatwana kombinacja geograficzna. Tak właśnie jest. Mieszkam w Gdańsku, pracuję w Dublinie, projekt mam w w Moskwie, a męża w Łodzi. Tylko ten krnąbrny mąż wyłamuje się spod dominacji miast na sześć liter, dlatego za karę wylądował na końcu zestawienia. Ale wracając do konkursu, głosowanie internautów właśnie się rozpoczęło i będzie mi bardzo miło, jeśli postanowicie oddać głos na SIX LETTER CITY. Można to zrobić TUTAJ.

TOBEORNOTTOBE

Również w ramach autopromocji obiecywałam już dawno klasyczne blogerskie zdjęcie z kubkiem latte i laptopem w jakiejś kawiarni, ale ostatecznie wybór padł na czarną cegłę Teatru Szekspirowskiego – stąd „szekspirowski” tytuł posta. Nie ma przecież bardziej architektonicznego koloru niż czarny. Robiąc selfie wyobrażałam sobie, że zamiast aparatu trzymam w wyciągniętej dłoni czaszkę Yoricka i recytuję monolog Hamleta. Wkrótce go zresztą posłucham w tym właśnie budynku, bo wybieram się na Festiwal Szekspirowski, żeby przetestować, jak nowa gdańska scena sprawdza się „w praniu” (czy też raczej „w graniu”). Tak się złożyło, że oba spektakle, które zobaczę, to właśnie inscenizacje „Hamleta”, więc na drugim będę się pewnie czuła, jakbym oglądała remake pierwszego.

Miałam już okazję zwiedzić Teatr. Następnego dnia po oficjalnym otwarciu po budynku oprowadzał mnie jego projektant, Renato Rizzi. Udało mi się z nim spotkać w związku z tekstem o obiekcie, który przygotowuję dla „Architektury – Murator”. Profesor robi przesympatyczne wrażenie i ma ten specyficzny, pełen energii błysk w oku, który charakteryzuje wielu architektów. Nie dość, że po samym budynku widać, że został zaprojektowany przez Włocha (ach, te dopieszczone detale!), to sam projektant ma bardzo włoski, bezpośredni i kontaktowy sposób bycia. Przyznał się, że zamierza w kolejnym roku ograniczyć działalność projektową, żeby dokończyć… dziesięć rozpoczętych książek. W pewnym momencie zażartował, że z zemsty powinien zrzucić mnie z dachu, kiedy zapytana, czym się zajmuję, przyznałam się, z którym biurem jestem związana. W rozstrzygniętym w 2003 roku konkursie na Wielkie Muzeum Egipskie profesor Rizzi zajął trzecie miejsce, a ja kilka lat później pracowałam u zwycięzców nad tym właśnie projektem. Z dachu mnie ostatecznie mnie nie zrzucono, ale ponarzekaliśmy sobie zgodnie na konkursy i ciężki los architektów. A kiedy tak sobie marudziliśmy,  zaczął się otwierać pokryty miedzianą blachą dach nad widownią. Potwierdzam: cała operacja trwa trzy minuty, jest płynna i cicha. Nie ma więc ryzyka, że deszcz przeszkodzi  w scenie balkonowej czy wspomnianym monologu Hamleta  – wieka dachu można bezszelestnie zamknąć w trakcie spektaklu.  No chyba, że właśnie wystawiana jest „Burza” albo „Sen nocy letniej” i naturalne zjawiska atmosferyczne stanowią element inscenizacji.

01_male

Takiego widoku na szczyty kamieniczek Głównego Miasta nie ma z żadnego innego punktu.

03_male

Trzy minuty i otwarte!

06_male

Z dachu wnętrze teatru wygląda jak makieta architektoniczna.

04_male

Na balkonach nie ma foteli, tylko drewniane podesty.

05_male

A tak jest w wyłożonym drewnem foyer.

No to „Jak Wam się podoba”?

[fot. Monika Arczyńska]

Szybkie miasto Gdynia

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wróciłam właśnie z wernisażu wystawy w Muzeum Miasta Gdyni: „Narodziny Miasta. Gdyński modernizm w dwudziestoleciu międzywojennym”. Frekwencja tak dopisała, że oczekujący przed budynkiem tłum ledwie wcisnął się do środka, a żeby cokolwiek zobaczyć, trzeba było energicznie rozpychać się łokciami. Warto jednak było to zrobić, bo wystawa jest przyzwoicie zaaranżowana, PR przyzwoicie zorganizowany (stąd te tłumy), pewnie nawet wino było przyzwoite, ale przez tę nadzwyczajną frekwencję nie dane było mi się do niego dopchać. Przyznam jednak, że obawiałam się nieco dwóch rzeczy. Po pierwsze – „powtórki z rozrywki”, czyli zdjęć i rysunków, które w Trójmieście wszyscy znają na pamięć z wielu publikacji wydawanych w ramach promocji modernistycznego dziedzictwa Gdyni. Większość fotografii nie była jednak wcześniej prezentowana i bijąca z nich energia kapitalnie oddaje atmosferę tamtych czasów oraz ewidentnej dumy z pierwszego powojennego portu. Po drugie bałam się konserwatorskiego przynudzania, tym bardziej, że równolegle odbywała się konferencja na temat waloryzacji modernistycznej architektury, a to, co interesuje praktyków i akademików, niekoniecznie jest strawne dla przeciętnego odbiorcy. A właśnie do przeciętnych odbiorców powinny być skierowane tego typu wystawy, bo modernizm nie jest najłatwiejszy w odbiorze i wiedzę o nim należy dawkować rozsądnie. Na szczęście rozsądek  został zachowany, nie ma nadmiernego roztkliwiania się nad niezauważalnymi dla laika szczegółami, za to świetnie pokazano coś innego: dynamikę powstawania miasta. Po decyzji o budowie portu populacja dawnej wsi przyrastała w szokującym tempie. Hasło „Szybkie miasto Gdynia”, jako parafraza „Wolnego Miasta Gdańska”, było w dwudziestoleciu znacznie bardziej aktualne niż dziś, gdy oba samorządy konkurują w dyscyplinie tempa rozwoju gospodarczego i nowych inwestycji. Pod tym względem Gdynia w międzywojniu przypominała Manhattan, tyle, że bez wieżowców, za to również z nowoczesną architekturą i infrastrukturą oraz ściągającymi zewsząd poszukiwaczami pracy lub przygód w błyskawicznie rozwijającym się mieście. Społeczny aspekt tego zjawiska, nieczęsto wspominany przy okazji dyskusji o gdyńskim modernizmie, wyraźnie zaznaczono na wystawie – substandardowe mieszkania biedoty ostro kontrastowały z luksusowymi śródmiejskimi apartamentami. Podobnie jak Nowy Jork, Gdynię w latach 20. dotknął kryzys. Modernizm okazał się wówczas tańszą, bo niewymagającą pracochłonnych detali, alternatywą dla bardziej tradycyjnej architektury, która początkowo dominowała w mieście. Ciekawostką jest zdjęcie robotników – prawdziwych budowniczych miasta, przypominająca słynną fotografię nowojorskich budowlańców odpoczywających na zawieszonej belce:

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Podobne skojarzenia ze znanymi z podręczników historii architektury obrazami można mieć oglądając zdjęcia, na których pojawiają się samochody. Zawsze bawił mnie kontrast między wysmakowaną nowoczesnością i prostotą modernistycznych budynków a staroświeckimi formami automobili. Zaskoczyło mnie jednocześnie, że przed wojną po gdyńskich ulicach jeździło całkiem sporo aut. W tamtych czasach własne cztery kółka były prawdziwym symbolem luksusu, więc faktycznie można było tu zrobić całkiem niezłe pieniądze. Ciekawe, czy znów na wzór amerykańskich karier – „od pucybuta do milionera”?

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Z ciemnej, lekko przytłaczającej wizualnie wystawy warto wyjść na taras, z którego rozciąga się widok na Gdynię – część ekspozycji w skali 1:1. Ten przyjemny widok na Zatokę, miasto oraz park pokazuje w absurdalnie wyidealizowany sposób zalety modernizmu – przestrzeń oraz nowoczesność. Słyszałam co prawda gdzieniegdzie głosy, że wystawa jest aż za bardzo piewczo-pochwalna, ale wydaje mi się, że na fali dumy gdynian z ich miasta nie jest to ton bardzo przesadzony. Nie przypadkiem Gdynia wygrywa regularnie we wszelkich rankingach na polskie miasto, w którym mieszka się najlepiej.  „Narodziny miasta” idealnie wstrzeliły się w przedwyborczy klimat.

Przyznam się po cichu, że miałam na wystawie do załatwienia pewien prywatny interes. Liczyłam, że wśród niepublikowanych wcześniej w polskich wydawnictwach zdjęć uda mi się odnaleźć pewien budynek – międzywojenną restaurację z dancingiem. Na jej tle sfotografowany jest mój dziadek z kolegami (dziadek to ten najprzystojniejszy, w kaszkiecie). Przyjechał do Gdyni przed wojną, pracował tam i domyślam się, że nieźle imprezował w takich właśnie modernistycznych przybytkach. Niestety, budynku nie było na wystawie, ale będę szukać dalej.

dancing

PS W drodze powrotnej z wernisażu postanowiłam przejść obok sąsiadującego z Muzeum Teatru Muzycznego. Trwa właśnie festiwal filmowy i pomyślałam, że może trafię na jakieś gwiazdy polskiej kinematografii. Gwiazd nie dojrzałam, ale nagle ktoś do mnie podbiegł z pytaniem „Przepraszam, czy Pani nazywa się Monika Arczyńska?”. Okazało się, że po zdjęciach z bloga rozpoznał mnie Piotr Szczepański z warszawskiego Instytutu Badań Przestrzeni Publicznej. Ha, przez chwilę sama poczułam się jak gwiazda!

[fot. Monika Arczyńska/kolega dziadka]

%d blogerów lubi to: