Category Archives: zrównoważony rozwój

Monarchitektura pocztowa

stamp.jpg

Księżna Kate i książę William odwiedzają dziś Gdańsk, a ja oglądam sobie znaczki Poczty Królewskiej. Głównie jeden znaczek, ze specjalnej serii poświęconej współczesnej brytyjskiej architekturze – obok rozbudowy Tate Modern, Edenu czy biblioteki w Birmingham znalazło się tam także Giant’s Causeway Visitor Centre.

Patrzę na ten kamienny narożnik i przypominają mi się długie godziny spędzone na kombinowaniu, jak pogodzić restrykcyjną geometrię z materiałem – lokalnym bazaltem, który kompletnie nie nadawał się do celu, w jakim zamierzaliśmy go użyć.  Kilka razy modyfikowałam podziały bloków, bo w trakcie budowy okazało się, że nie da się pozyskać wymaganych wielkości. A bloków było ponad 14 tysięcy, wszystkie docinane pod kątem i ręcznie montowane w elewacjach. Na północnym wybrzeżu pada wyjątkowo często, a zimno jest potwornie przenikliwe i kiedy przypomnę sobie kamieniarzy cierpliwie układających w mżawce zimne bloki kamienia, myślę o nich z podziwem i wdzięcznością. To wspólna, świetna robota ogromnego zespołu – projektantów, wykonawców, klienta – i cieszę się, że została wyróżniona w ten sposób. Gratulacje dla wszystkich!

PS O projekcie pisałam więcej tutaj.

Wkrótce urlop!

hiszpania 02

Już niedługo spakuję do walizeczki na kółkach wysłużony przewodnik Pascala, mapki z zaznaczonymi miejscami, w których stołują się lokalsi i kilka letnich kiecek. Czuję, że już dawno tak bardzo nie zasługiwałam na odpoczynek. Pomysłów na wyjazd mieliśmy mnóstwo – zamarzyły nam się odległe, egzotyczne miejsca, ale nie mieliśmy siły na planowanie. Przez chwilę nawet rozważaliśmy staycation i wylegiwanie się na trójmiejskich plażach oraz wycieczki rowerowe po okolicy, bo nigdy nie mamy na to dość czasu. Ostatecznie doszliśmy do wniosku, że wyjazd to jedyna możliwość, żebyśmy oderwali się od komputerów.

Przejrzałam ofertę tanich linii i padło na kontynuację trasy sprzed roku – północ Hiszpanii. Lądujemy w Madrycie, jak rok temu, ale potem trasa biegnie nie na północny wschód, ale zachód, przez Segowię, Salamankę, Leon, Oviedo, Gijon, Lugo, Santiago de Compostela i Pontevedrę. Oczywiście wszystko transportem publicznym – nigdzie nie odpoczywam tak dobrze, jak w autobusach ALSA. Plażowo będzie może przez chwilę, ale w sumie to żadna strata, bo to nie jest najbardziej słoneczny rejon Hiszpanii. W czasie deszczu, a pada tam często, będziemy skakać między cukierniami i barami. Tego nie mogę doczekać się równie mocno, jak zwiedzania.

Znów będziemy oglądać trochę współczesnej architektury. Ubiegłoroczny wyjazd zdominowali Gehry, Moneo, Hadid i Nieto Sobejano, a teraz najbardziej nie mogę się doczekać realizacji Mansilla + Tuñón. Niemeyera w Aviles sobie odpuścimy, skoczymy za to zobaczyć dziwacznego Calatravę w Oviedo. Jeśli możecie podpowiedzieć jeszcze inne realizacje, będę bardzo wdzięczna.

hiszpania 05

Za każdym razem podczas wakacji zastanawiam się, jak by tu sobie przeorganizować życie (zawodowe przede wszystkim), żeby móc wynająć jakieś mieszkanie w pięknym, ciepłym miejscu, poza sezonem, więc za grosze i tam na miejscu pisać swoje dyrdymały i dłubać projekty, korzystając przy okazji z bogactwa świeżych ryb i soczystych owoców. I wina, jak mogłam zapomnieć o winie. Na razie mam za dużo obowiązków na miejscu, ale może to pomysł na emeryturę?

Jeśli nie będę się odzywać, odpowiadać na maile, wiadomości, telefony i smsy, proszę mnie nie ścigać. Odpoczywam:)

[Fot. Łukasz Pancewicz/Monika Arczyńska – tak było rok temu]

A2P2

IMG_1675a.jpg

Miała być oficjalna premiera strony internetowej – baloniki, fajerwerki i fanfary, ale skończyło się jak zwykle. Nie wszystko jeszcze działa idealnie, wprowadzamy ostatnie poprawki, ale zapraszamy już na A2P2.pl oraz na nasz fejsbukowy fanpejdż. W końcu współpraca z moim osobistym urbanistą nie jest już tylko robieniem razem fuch po godzinach, ale pracujemy nareszcie na własne  nazwiska.

Stronę www oraz identyfikację wizualną opracował nam Patryk Kalista z Pictodo. W końcu mamy wizytówki i papier firmowy z prawdziwego zdarzenia. Ba, nawet kupiłam kilka korpokiecek. Na stronie będzie zdecydowanie poważniej niż na blogu – same oficjalne informacje o projektach, którymi się zajmujemy. A mamy się czym zajmować, bo chociaż zaczęliśmy współpracować mniej więcej rok temu, okazało się, że jest spore zapotrzebowanie na projekty i doradztwo z pogranicza architektury i urbanistyki. Lokalnie i międzynarodowo – na przykład zajmujemy się wspólnie z Henning Larsen oraz BBGK obszarem Stoczni Cesarskiej. Żartujemy, że to przeznaczenie, bo w 2000 roku po raz pierwszy pracowaliśmy razem, jeszcze w akademiku, nad studenckim konkursem dla tego terenu. Wyjeżdżając kilka lat później do Dublina martwiliśmy się, że nie będziemy już mieć okazji zmienić nic na tym terenie, a tu niespodzianka – czekał na nas kilkanaście lat. A z konsekwencjami tej studenckiej współpracy zmagamy się do dziś – skończyło się na obrączkach i wspólnej firmie.

Przeciwko naszemu zespołowi MVRDV i Studio Paola Viganò – trzymajcie kciuki!

[Fot. Jakub Nanowski]

Parki i ogrody terapeutyczne

terap

Dostałam niedawno z PWN „Parki i ogrody terapeutyczne” autorstwa Moniki Trojanowskiej. Początkowo wahałam się, czy zająć się tym tematem, bo nie jestem przecież architektem krajobrazu, ale parki, drzewa i trawniki ostatnio mnie prześladują. Projektowo dosłownie utknęłam w „powierzchniach biologicznie czynnych”. Na tzw. desce mam teraz woonerf na Abrahama w Gdyni, gdzie pojawi się w końcu więcej zieleni. Książka traktuje również o sensorycznym odbieraniu zieleni, które ma wiele wspólnego berlińskim Ogrodem Botanicznym. Z Heneghan Peng właśnie projektujemy tam pawilon wejściowy i bistro, a w Tast- und Duftgarten, czyli ogrodzie dotyku i zapachu… toalety. Ze studentami zajmujemy się przestrzeniami publicznymi na Witominie – jednej z najbardzej zielonych dzielnic Gdyni, położonej w lesie. Z kolei z uwagi na ciągły nadmiar pracy eksploatuję ostatnio intensywnie okoliczną zieleń w celach terapeutycznych i antystresowych. Nie tyle na łonie przyrody, bo trudno tam gapić się w monitor komputera, co patrząc przez okno i wdychając zapach kwitnących pod moją kamienicą bzów.

Ale miało być o książce, a nie o moich parkowych doświadczeniach. Nie traktowałabym tej książki jako opracowania naukowego, lecz bardziej jako podręcznik i katalog dobrych parkowych praktyk, zilustrowany wieloma przykładami, głównie polskimi i francuskimi. Autorka przedstawia zestawienie cech, nazwanych przez nią atrybutami, które decydują o tym, czy park faktycznie ma działanie terapeutyczne. Bo choć w sumie relaksujący i uspokajający wpływ zieleni wydaje się oczywisty, nie każdy projekt w pełni wykorzystuje jej terapeutyczny potencjał. Cechy zostały usystematyzowane we „wzorcu zestawienia atrybutów parku o właściwościach terapeutycznych” – narzędzia, które podczas projektowania parku warto mieć pod ręką przez cały czas. Od pierwszych idei, które powinny uwzględniać wspomniane atrybuty, po ostateczne sprawdzenie, czy zostały one faktycznie uwzględnione. Wzorca można także  użyć do ewaluacji już w trakcie użytkowania i w książce znajduje się jeden taki przykład. Brakuje mi jednak rozróżnienia na zielone przestrzenie o różnej skali. W silnie zurbanizowanej przestrzeni park kieszonkowy może mieć większe znaczenie terapeutyczne dla spragnionych zieleni mieszkańców niż duży, wielofunkcyjny park wśród zabudowy o niskiej intensywności. Żałuję również, że nie zamieszczono więcej informacji o wyspecjalizowanych ogrodach terapeutycznych, ukierunkowanych na konkretne schorzenia. Przedstawione studia przypadku dają co prawda pojęcie o sposobach wykorzystywania zieleni jako elementu terapii i leczenia, jednak w podziale na kategorie schorzeń, np. wsparcie terapii demencji i Alzheimera, poparzeń czy depresji, pojawiają się tylko odnośniki do zlokalizowanych na całym świecie ogrodów.

Polecam tę książkę przede wszystkim każdemu, kto za temat parków dopiero się zabiera. Żałuję, że nie miałam dostępu do podobnej publikacji, kiedy przymierzałam się do parkowych tematów podczas konkursów. Innowacyjna, oryginalna koncepcja funkcjonalna lub przestrzenna pozwala świetnie „sprzedać” projekt, ale parki rządzą się własnymi prawami i warto te prawa – czy też może atrybuty – poznać i zrozumieć, żeby intuicyjnie stosować je w projektowaniu.

„Parki i ogrody terapeutyczne” można kupić  m.in. w księgarni internetowej PWN, również jako ebook.

[Fot. Paweł Unger]

Co w Łodzi wychodzi

WP_20170408_11_33_22_Pro

Po wielkanocnej komputerowo-internetowej abstynencji zabrałam się w końcu za nadrabianie blogowych zaległości. Ta abstynencja ciągnie się kolejny weekend pod rząd – ostatnio co tydzień gdzieś wyjeżdżamy. Poprzednią sobotę i niedzielę spędziliśmy w ulubionej Łodzi na urodzinowej imprezie-niespodziance i spacerowaniu po mieście z częstymi przerywnikami na – jak to w Łodzi – „procentowe” postoje.

To już nie jest to samo miasto, co kiedyś. To nawet nie jest to samo miasto, co rok czy pół roku temu. Takiego tempa zmian na plus nie widziałam jeszcze nigdzie i wychodzi to Łodzi nadzwyczajnie. Po naprawdę kiepskim momencie miasto energicznie odbiło się od dna. Najpierw zrobiło się nieco berlińsko, czyli biednie, ale sexy, a teraz nareszcie są pieniądze, żeby działać porządnie. Nie ma nic gorszego niż naprawianie miasta poprzez prowizorki albo na zasadzie, że lepiej zrobić coś tanio, ale kiepsko, niż wcale.

Już trasa z Kaliskiej do centrum jest pozytywnym zaskoczeniem. Na Starym Polesiu co kawałek pojawia się na zadbany, obsadzony zielenią skwer (projekt „Zielone Polesie”), a w kilku miejscach albo już stoi nowa zabudowa, albo właśnie trwa realizacja nowych biurowców i mieszkań. Działalność deweloperska w łódzkim śródmieściu to nowość – dotychczas oferta mieszkaniowa istniała wyłącznie dla miłośników historycznych kamienic lub peerelowskich bloków. Jedne i drugie poddawane są zresztą teraz remontom. W końcu i w Łodzi na wiosnę pojawiły się rusztowania, chociaż do niedawna można je było zobaczyć głównie na elewacjach miejskich budynków, opatrzone znakiem akcji MIA100 Kamienic.

WP_20170408_13_05_54_Pro

Nawet Kościuszko z Placu Wolności doczekał się remontu

Centrum dogęszczane jest nie tylko nową zabudową mieszkaniową, ale i usługami. Pamiętam, jak podczas wcześniejszych wizyt zaskoczyło mnie, że w przeciwieństwie do większości polskich miast, gdzie spożywcze dyskonty znajdują się niemal na każdym rogu, w Łodzi mieszkańcy śródmieścia skazani są na żabki, a warzywniaków jest jak na lekarstwo. Tak, wiem, biedronki i lidle zabijają brutalnie drobny lokalny handel, ale po pierwsze ceny w osiedlowych sklepikach przekraczają możliwości finansowe emerytów, których w centrum mieszka mnóstwo, a innych mieszkańców zmusza do korzystania z samochodów. Dlatego ucieszył mnie m.in. nowy śródmiejski lidl, do którego można podskoczyć z wózeczkiem na zakupy.

Kolejny woonerf – łódzka specjalność – właśnie się buduje. Tym razem na ul. Zacisze. To pierwszy „prawdziwy” woonerf, czyli dla mieszkańców, zgodnie z pierwotną ideą tego holenderskiego wynalazku. Ten typ zagospodarowania ulicy kojarzy się u nas nieco inaczej, bo ze śródmiejską przestrzenią publiczną z knajpami i stolikami lokali gastronomicznych. Na Zaciszu będą miejsca postojowe, ławki, zachowane drzewa i zieleńce.

^B371BD72506B017EAE886FAE927E201D75CD2A0D1FBAE77F8C^pimgpsh_fullsize_distr

Woonerf na ul. Zacisze

Pierwszy raz miałam też okazję zobaczyć Łódź Fabryczną i to jedyne miejsce, w którym co chwilę wybuchałam złośliwym chichotem. Rozumiem, że dopiero po zbudowaniu tunelu i rozpoczęciu przyjmowania wszystkich przejeżdżających przez Łódź pociągów ta inwestycja zacznie mieć sens, ale skala założenia jest tak przegięta, że nawet gdyby miasto miało stać się globalną metropolią, na dworcu i tak będą pustki, bo tych ogromnych kubatur nie da się chyba zapełnić ludźmi. Chyba, że zaczną pełnić inne, dodatkowe funkcje – wyobrażam go sobie jako olbrzymią halę targową albo… oceanarium. Obiekt przypomina ogromną płaszczkę, więc mógłby stanowić wyjątkowo megalomański przykład architektury parlante. Na razie to przestrzeń, którą trzeba non stop obsługiwać za spore pieniądze – sprzątać, ogrzewać, wentylować.

SPRZATANIE

Ale największe zaskoczenie (i załamanie) to tylne wyjście, zawalone estakadami, betonem, asfaltem i samochodami. Co gorsza, ciężko się stamtąd wydostać inaczej niż taksówką. Próbowaliśmy intuicyjnie szukać drogi dla pieszych, ale albo wychodziliśmy w ślepe narożniki, albo… kończył się chodnik. W końcu znaleźliśmy wąski tunelik, który wyprowadził nas z tego infrastrukturalnego szaleństwa.

^6DD13822EEC73A2DBE2435C043C861922CAE25618B63840DA6^pimgpsh_fullsize_distr

Tak na lewo od wyjścia…

WP_20170408_12_03_00_Pro

…tak na prawo.

WP_20170408_12_05_03_Pro

Potem kończy się chodnik…

 

WP_20170408_12_06_40_Pro

..a wyjść można tylko ukrytym, wąskim i wilgotnym tunelikiem…

smiechnasalibw

…na którego widok nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać.

Aby odetchnąć, popędziliśmy od razu w kierunku pobliskiej ul. Tramwajowej, aby sprawdzić, czy nadal można tam zobaczyć kury (słyszeliśmy od znajomych). Ba, nie dość, że trzy kury, to jeszcze koguta. Całe to drobiowe towarzystwo pasło się luzem między samochodami i wyglądało na zadowolone.

WP_20170408_12_13_56_Pro

Na szczęście słynne kury z Tramwajowej wynagradzają tę infrastrukturalną traumę.

My też wyglądaliśmy na zadowolonych i to przez cały weekend. Pewne sprawy w Łodzi są na szczęście niezmienne – wspaniali łodzianie i intensywne życie nocne. Dla jednego i drugiego warto tam wpadać jak najczęściej i nie mogę się doczekać, aż będzie można dojechać pociągiem do Fabrycznej. Trzeba w końcu zapełnić tę pustkę!

[Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz]

 

Jan „naprawię każde miasto” Gehl

WP_20170315_15_50_54_Pro.jpg

Wróciłam właśnie ze spotkania z Gehlem. Wahałam się – wybierać się, nie wybierać – ale pogoda zachęciła mnie do wyjścia z domu. W takim mieście, jak Gdańsk, gdzie architektonicznie i urbanistycznie dzieje się niewiele, a gwiazdy tych dziedzin omijają Trójmiasto, jakby szalała tu epidemia dżumy, to nie lada wydarzenie. Można spotkać przyjaciół, znajomych, byłych studentów, obecnych studentów i przyszłych studentów, wykładowców, urzędników i aktywistów od przestrzeni. Bardzo przypominało to spotkanie towarzyskie, tym bardziej, że wynudziłam się okropnie i nie mogłam doczekać końca. Było jak to zwykle u Gehla – wszyscy zadają pytania o lokalne sprawy, spodziewając sie konkretnych rozwiązań, a przecież po dwóch spacerach po mieście nawet najbardziej wizjonerski urbanista świata nie dałby sobie rady  z takim zadaniem.

Chociaż bardzo lubię książki Gehla i często odsyłam do nich studentów, nie jestem przekonana do jego obecnych koncepcji. Jak magik wyciaga z kapelusza swoje złote zasady – podejrzewam, że od początku swojej kariery, czyli od ładnych kilkudziesięciu lat, zbiera różne „pomysły na miasto”. Tu trochę z własnego doświadczenia, tam trochę z Jane Jacobs albo Christophera Alexandra. Nie muszą być odkrywcze, ale powinny być w miarę możliwości uniwersalne. Kiedyś pewnie zbierałje w notesie, teraz pewnie istnieją już w formie aplikacji. Wpisuje się dane wejściowe – wielkość miasta, główne problemy, system polityczny, liczbę samochodów na 1000 mieszkańców czy procent terenów zielonych, wklepuje pożądaną liczbę pomysłów oraz poziom ich uszczegółowienia, klika enter i voila! „Dwanaście zasad Jana Gehla” albo „Profesora Gehla pomysły na uzdrowienie miasta X” gotowe, można wystawiać fakturę. Ale żeby była odpowiednio wysoka, trzeba mieć wyrobioną silną markę, a J.G. pracuje nad nią od lat. Nie każda książka staje się kultowa, nie każdy urbanista jest zapraszany do współpracy na całym świecie, nie każdy pojawia się w weneckim pawilonie Danii sfilmowany jak kapłan i prorok w jednym.

Pamiętam jeszcze z Dublina jego koncepcje dla poprawy przestrzeni publicznych w jednej z części miasta. Myślę, że bardziej złożone projekty potrafią przygotować studenci. Tymi mniejszymi zleceniami Gehl się rzadko chwali – pokazowe projekty to Nowy Jork, San Francisco czy Moskwa. Gehl nie jest tani – przypuszczam, że polskie samorządy, które zaprosily go do siebie z nadzieją współpracy, zrezygnowało z niej po otrzymaniu oferty z wyceną. A może nie tylko oferty, ale i samego zakresu opracowania – sporo się u nas zmieniło i duńskie patenty są już tu stosowane. Na dzisiejszym spotkaniu siedziałam przed ekipą z Biura Rozwoju Gdańska i co chwilę słyszałam szepty „No, to właśnie tak jak u nas!”. Ja też zachichotałam pod nosem słysząc o koncepcji sadzenia drzew przez mieszkańców Kopenhagi, przy współpracy z miastem. Sama „posadziłam” w tym tygodniu kilka drzew w Gdańsku i czekam właśnie na akceptację. I to jest chyba najbardziej optymistyczny akcent dzisiejszego spotkania – już umiemy sami rozwiązywać miejskie problemy. Tylko czasem przydałoby się trochę wizjonerstwa.

[fot. Monika Arczyńska]

JAK WYKOŃCZYĆ MIESZKANIE WYKAŃCZAJĄC I SIEBIE, ODC.4

piec.jpg

Pora w końcu się przyznać, co doprowadzało mnie ostatnio do remontowej rozpaczy. To żadna nowość, że architekci mają kota na punkcie mieszkań w starych kamienicach. Tam jest po prostu klimat i już – wysokość, duże okna, nietypowe układy. O takich miejscach pisze (głównie o swoim, w sopockiej kamienicy) moja blogowa koleżanka – Kasia Antończyk czyli Architekt na Szpilkach. O zachowanych stolarkach czy podłogach w Gdańsku można jednak z reguły pomarzyć, bo to miasto względnego dobrobytu i w większości kamienic od lat 90. dokonywano zabójczych dla oryginalnej tkanki modernizacji. Królują drzwi z OBI i panele z Castoramy, a co gorsza proceder usuwania oryginalnych elementów budynku trwa nadal i co rusz widzę na śmietnikach piękne stare drzwi z litego drewna. Przy okazji prośba: jeśli też kiedyś traficie na takie rarytasy, zróbcie zdjęcie i wrzućcie np. na facebookowy fanpage Uwaga, śmieciarka jedzie, który ma kilka lokalnych wersji. Niejedne drzwi udało się w ten sposób uratować.

Mieszkania w kamienicach są z reguły wielkie, a ja szukałam czegoś niedużego. Mniejsze lokale to przede wszystkim wynik podziału ponadstumetrowych molochów i zdarzają się w nich różne niespodzianki. Miałam okazję zobaczyć miejsca jak rodem z serwisu Chujowe mieszkania do wynajęcia, czyli np. z prysznicami w kuchniach. Nie mogę też odżałować lokalizacji przy jednej z moich ulubionych ulic we Wrzeszczu, pod samym lasem. W pięknej, choć zaniedbanej kamienicy, trzeba było przejść nie tylko przez główną klatkę schdodową, ale również przez labirynt przedziwnie pozakręcanych korytarzy. Uciekłam w popłochu na samą myśl o ewakuacji stamtąd w razie pożaru.

Po dwóch czy trzech latach poszukiwań w końcu trafiłam na odpowiednie mieszkanie, którego układ i wyposażenie wymagały jednak pewnych przekształceń. Jedyny pokój był spory, za to kuchnia miała  proporcje godne tramwaju: 6 metrów długości i całe 175cm szerokości. To mniej niż rozpiętość moich ramion. Do tego zero (!) wentylacji oraz łazienka ze skosem, o takiej wielkości, że nie dało się tam prawie wyprostować. O takich luksusach jak umywalka można było tylko pomarzyć – brakowało na nia miejsca. Mimo to, kiedy tylko weszłam do tego mieszkania, od razu zaczęłam ustawiać w głowie, jak można by wykorzystać jego potencjał, zrobiłam kilka pomiarów, sprawdziłam, gdzie są przewody wentylacyjne i już wiedziałam, że tego właśnie szukałam.

To, co przekonało mnie najbardziej, to przede wszystkim ilość światła wpadającego przez wielkie, drewniane okna (wymienione niedawno – to duża finansowa ulga) oraz zachowane stolarki drzwiowe i… piec kaflowy. Piec ma sto lat, obłędny kolor i trzy metry wzrostu. Na zdjęciu jest przykurzony, ale po kilkugodzinym pucowaniu i usuwaniu gliny, brudu oraz kurzu z tysiąca zawijasów na kaflach przy pomocy patyczków do uszu odzyskał taki blask, iż śmiem podejrzewać, że to jeden z najpiękniejszych pieców kaflowych w Gdańsku. A jeśli ktoś podejmuje wyzwanie i twierdzi, że to jego piec jest jeszcze bardziej niesamowity, poproszę o zdjęcie, policytujemy się. Dwór Artusa uprzejmie proszę o odkrochmalenie się:)

16_0225-PRZEBUDOWA Model (1).jpg

Tak było – tak jest

Zmiany układu były niewielkie, ale znacznie poprawiły funkcjonalność mieszkania. Tramwaj podzieliłam na dwa pomieszczenia dostępne z pokoju dziennego – maleńką sypialnię z oknem i szafą oraz kuchnię. W kuchni pozostawiłam oryginalne wejście z przedpokoju – dzięki temu wydaje sie przestronniejsza, wygodnie wchodzi się tam z zakupami, a stale otwarte drzwi to niezłe miejsce do składowania (wieszam tam torby). Dodatkowa szafa zmieściła się także w przedpokoju. Pomogły bardzo takie istotne drobiazgi jak zmiana kierunku otwierania drzwi w kuchni oraz łazience – mieszkanie zostało wyodrębnione z większego lokalu i do łazienki wchodziło się wcześniej z korytarza od drugiej, zabudowanej obecnie strony. Wentylację w kuchni podpięliśmy do biegnących obok wolnych przewodów kominowych, a w łazience – do dotychczasowego odprowadzenia dymu z pieca, którego wolimy nie używać. To już staruszek, nagrzał się dość w swoim stuletnim życiu i zasłużył na emeryturę.

wp_20160707_14_32_28_pro

Przed położeniem nowych desek

Najwięcej problemów sprawiła podłoga. Okazało się, że stuletni budynek lekko osiadł i spadek podłogi był – delikatnie mówiąc – mało komfortowy. Pierwotny plan zachowania oryginalnych desek nie powiódł się, ale dzięki wspomnianej Architekt na Szpilkach problem udało się rozwiązać i cieszę się teraz piękną sosnową podłogą (pisałam o tym tu). Nie tylko podłogi okazały się krzywe – w przedpokoju i kuchni zdecydowałam się na sufit podwieszany, aby schować kilometry rur oraz uzyskać proste powierzchnie – i płytki, i szafki miały ciągnąć się aż do samej góry, więc wszystkie nierówności zostałyby wyeksponowane.

O kuchni i łazience w następnych odcinkach. Wygląda na to, że im dalej w las, tym mniej wykańczająco, a bardziej wykończeniowo;)

[Fot. Monika Arczyńska]

Na Południu bez zmian

img_1795

Aby spełnić noworoczne postanowienie życiowo-zawodowej równowagi, zaczęliśmy od urlopu. Ponieważ między Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem wiele biur jest zamkniętych, więc nasza nieobecność nie narobi nam żadnych nieprzyjemnych zaległości, z reguły pakujemy się i zmykamy gdzieś w cieplejszym kierunku.

Wspominałam już kiedyś o pewnej Włoszce z Bari, która słusznie przekonywała mnie kiedyś, że prawdziwe Włochy to tylko południe, a nie bogate i wylizane północne miasta. Odwiedziliśmy właśnie jej rodzinne miasto i wygląda na to, że im dalej na południe, tym bardziej interesująco. Prowizorki są tam trwalsze, ulice brudniejsze (kocham brudne ulice!), ludzie mniej zmanierowani, a życie przenosi się z domów w przestrzeń publiczną. W podobnych miejscach często czuję się jak w arabskich miastach. Nie tylko z uwagi na gęstą, przypominającą labitynt zabudowę, ale także tradycję, która kobietom każe pilnować domowego ogniska, a facetów magiczną magnetyczną siłą z tych domów wyprowadza i każe im sączyć z kolegami herbatę (w krajach arabskich) albo piwko (w pozostałych).

img_1677

Stare miasto sprawia wrażenie, jakby nic nie zmieniło się tam od co najmniej dwustu lat. No dobra, niezupełnie „nic” – wprowadzono elektryczność i inne podobne wynalazki, plastik zdominował uliczny krajobraz, a zamiast osłów czy mułów pojawiły się skutery. Podobnie jak w Neapolu, w najstarszej części Bari w parterach znajdują się mieszkania z przeszklonymi drzwiami otwierającymi sie bezpośrednio na ulicę. Każde z nich ma białą wyszywaną firankę dla zapewnienia odrobiny prywatności, a przed niektórymi drzwiami stoją siatki z suszącym się makaronem orechiette. Podobno kiedy jest cieplej, gospodynie przygotowują go na ulicy i to nie jest żadna turystyczna ściema.

img_1638

Środek najstarszej części miasta – zamiast turystycznych atrakcji sklep z AGD i chemią

img_1693

Samochody nie mają szans!

img_1696

Plac zabaw – wygląda smutno, ale ma widok na morze:)

Za to nowsza część miasta z kwadratowymi kwartałami przypomina w skali Barcelonę, brakuje tylko ściętych narożników, jak w Eixample. W parterach królują sklepy i kawiarnie, wyżej znajdują się mieszkania – każde z nich, oprócz niektórych starszych budynków – posiada balkon lub taras. Ruch jest spory (niestety, śmierdzi spalinami), ale piesi mogą czuć się bezpiecznie. Samochody jeżdżą wolno, za to parkują dosłownie wszędzie – również na pasach. Jak to we Włoszech, dominują niewielkie, czyli łatwe do zaparkowania, ekonomiczne i niemiłosiernie poobijane auta.

img_1707

Ortogonalny układ ulic w nowszej części miasta

img_2207

Typowy sposób parkowania

img_1798

Warsztaty samochodowe znajdują się nawet w samym śródmieściu

Przyjechaliśmy już po świętach, więc bożonarodzeniową atmosferę czuliśmy głównie dzięki iluminacji. Sylwestrowa noc okazała się dość dynamiczna. Dominowały „domówki” – przez całe miasto zasuwały grupy obładowane tacami z jedzeniem i z brzęczącymi torbami, a z okien dobiegała głośna muzyka. W najstarszej części miasta na ulicach powystawiano grille. Pomimo zakazu puszczania fajerwerków było je słychać i widać w wielu miejscach. Główną miejską imprezę zasiliły włoskie gwiazdy, o których nigdy wcześniej nie słyszeliśmy, ale rozpaliły tłum, śpiewający z pamięci wszystkie refreny. O północy załapaliśmy się na wino musujące w plastikowych kubeczkach od bawiącej się obok grupy i ten sylwestrowy wieczór na pozór był idealny. Po berlińskich wydarzeniach dał się jednak odczuć pewien niepokój, wmocniony betonowymi blokami zastawiającymi wjazd na teren imprezy oraz wszechobecnymi carabinieri i  punktami pomocy medycznej.

Tak już będzie zawsze?

img_1790

Lodowisko i palmy czyli zima w tropikach:)

img_2081

Palmy rosną wdłuż najbardziej reprezentacyjnych ulic miasta

img_2075

A na głównym placu stoi wielka, rozświetlona choinka

W następnym urlopowym odcinku – Lecce (i znów żadnej współczesnej architektury!).

[Fot. Monika Arczyńska]

Mam trzy latka…

img_0632

…trzy i pół, sięgam głową ponad stół! Rozpędziłam się – na razie dopiero trzy. W sobotę blog obchodził urodziny i chociaż jak zwykle nie zdążyłam zorganizować świeczek ani tortu, udało mi się spędzić ten dzień i przyjemnie, i miejsko, i architektonicznie. Mój osobisty urbanista prowadził panel o rewitalizacji na Kongresie Obywatelskim, a ja wybrałam się na „Warszawę w budowie” i na nadrabianie zaległości w oglądaniu nowych inwestycji. Bardzo JEMS-owy był ten dzień, bo zaczęłam od wychwalanej pod niebiosa 19. Dzielnicy oraz od nieco kontrowersyjnej przebudowy hali Koszyki.

O Koszykach jeszcze napiszę, a w 19. Dzielnicy zrobiło mi się trochę dziwnie. To osiedle dostało już tyle nagród i pojawiło się tyle razy w mediach jako wzorcowy przykład projektowania dzielnic mieszkaniowych, że spodziewałam się prawdziwej petardy. Pamiętam też odcinek programu „Polska dobrze zaprojektowana”, w którym Kuba Szczęsny, siedząc przy podejrzanie pustej piaskownicy, opowiadał o tej inwestycji w samych „ochach” i „achach”. Bo nie dość, że to osiedle bez płotów, to na dodatek z usługami w parterach i z przestrzeniami rekreacyjnymi dla mieszkańców. Przybyłam, zobaczyłam i… złapałam się za głowę. Czyżby ze stołecznym mieszkalnictwem było aż tak źle? Architekturze – jak to z JEMS-ami bywa – nie mogę nic zarzucić. Bloki wyglądają jak wysmakowane apartamentowce, ale ponieważ są do siebie bardzo podobne, całość sprawia bardzo biurowe wrażenie. Przestrzenie zielone dla mieszkańców owszem są, ale za… szklanymi płotami. I to w postaci porośniętych elegancko przystrzyżoną trawką pagórków, z których nawet na sankach nie da się zjechać bez wyrżnięcia w idealnie wypucowane szyby. Teraz nie było tam nawet widać żadnych dzieci, bo listopad to nie jest najlepsza pora na zabawy podwórkowe, ale spacerując między budynkami wyobrażałam sobie, że mogłyby tam co najwyżej po cichutku (nie przeszkadzać!!!) jeździć miniaturowymi mercedesikami, ubrane w kolekcje junior od fRalpha Laurena. Kręcąc się po osiedli trafiłam kilka razy na zupełnie zwyczajnego tatę z wózkiem, który postanowił pospacerować przy domu i ten widok średnio pasował do wysmakowanego otoczenia.

img_0637

Na szczęście obok kilku sklepów, głównie z wyposażeniem wnętrz, znalazła się jedna „Żabka”, bo nie byłoby nawet dokąd zejść w kapciach po świeże bułki. Kiedy wprowadzi się tam więcej osób, pewnie powstanie francuska piekarnia, bo jednak bardziej stylowo będzie schodzić po bagietki. Na razie lekko parysko jest – w końcu nazwa dzielnicy zobowiązuje! Widziałam kilka osób, które wchodziły do klatek z wózeczkami na zakupy. Tylko nie wiem, czy to byli mieszkańcy, czy ich gosposie.

img_0642

Dobra, dobra, kończę już z tymi złośliwościami:) Spacer po tym osiedlu stał się po prostu pretekstem dla kilku uwag o tym, jak działa miejska przestrzeń. Także pretekstem do tego, aby w końcu napisać o gdańskim Garnizonie, który już od kilku lat działa jak 19. Dzielnica, a po wprowadzeniu funkcji kulturalnych i gastronomicznych stał się nie tyle miejski, co wręcz śródmiejski w charakterze (ale szybkość tych zmian również sprawia problemy). Jeśli coś ma być „dla ludzi”, to nie da się tam uniknąć lekkiej przaśności i nieporządku. Bardzo lubię powiedzenie, że „brudne dzieci to szczęśliwe dzieci” – ta zasada w przenośni dotyczy również dorosłych, którzy dla wyluzowania potrzebują jednak odrobiny chaosu. A gdzie wyluzować, jeśli nie na własnym osiedlu?

[fot. Monika Arczyńska]

 

 

 

 

Przebranie dla architekta

happy-halloween

Są takie rzeczy w architekturze, które wywołują u mnie dreszcze. Dreszcze strachu, obrzydzenia albo po prostu szoku – jak w horrorze. Pomyślałam, że warto byłoby wykorzystać je jako przebranie na Halloween, ale dokładniejsza analiza wymusiła skreślenie wszystkich propozycji.

Przebrać się za termomodernizację byłoby nieco passé, bo przecież „Wanna z kolumnadą” ma już kilka lat. Z pastelozą jest ten sam problem, a poza tym może byłoby nawet twarzowo, ale mężczyzna mojego życia ma alergię na jasne róże i fiolety w odcieniu jagodowego jogurtu. Za billboard też nie wypada się przebierać, bo przecież już uchwalono ustawę krajobrazową. Za drewnopodobne płytki ceramiczne – trochę ciężko (dosłownie). Za Zahę, która nie dość, że wyglądała wiedźmowato, to jeszcze zdarzało się jej puszczać wiedźmowate teksty, nie wypada, bo przecież o zmarłych powinno się mówić albo dobrze, albo wcale.

W tym roku skończyło się więc na tradycyjnym przebraniu czarownicy. Akcesoria miałam pod ręką. Miotłę w kolorze różowym nabyłam niedawno w hipermarkecie budowlanym, a kapelusz dokupiłam w Lidlu za całe 6,99PLN. Czarne ubrania wyciągnęłam z szafy – u architektów ich pełno. Pochodzenia peruki nie pamiętam.

Przebrałam się więc za niskobudżetowy, mało kreatywny, nieoryginalny i przaśny projekt z elementami recyklingu.

Czyli to, co u większości architektów wywołuje dreszcze:)

[Fot. Łukasz Pancewicz]

Coś starego, coś nowego…

W tym roku na blogu dominują opowieści z podróży poprzeplatane zrzędzeniem na gentryfikację w dzielnicy* i raportami z zajęć na Politechnice i warsztatów. Chciałabym czasem wrzucić zjadliwy komentarz o bieżących wydarzeniach, najchętniej o transporcie (w której to gminie proboszcz załatwił likwidację ścieżki rowerowej, żeby parafianie mieli gdzie parkować?), ale nie bardzo się wyrabiam. Za chwilę miną dwa miesiące od naszego powrotu z wakacji, a ja jeszcze nie zdążyłam podzielić się na blogu wrażeniami. Najpierw OSSA, zaraz po niej wyskoczyliśmy do Budapesztu, a potem znów wpadłam w projektowo-remontowy kołowrót. Nawet trochę się cieszę, że sierpień nie rozpieszczał pogodowo, bo przynajmniej nie było mi żal, że nie mogę wyskoczyć na plażę.

W lipcu z moim osobistym urbanistą wybraliśmy się na północ Hiszpanii. Jako maniacy transportu publicznego przemieszczalismy się ALSĄ – hiszpańskim PKS-em. Być może Hiszpanie narzekają na nią jak my na polskie autobusy, ale na nasze turystyczne potrzeby jest świetna cenowo, z gęstą siatką częstych połączeń oraz klimatyzowanymi autobusami, w których można sobie zarezerwować konkretne miejsca. I to w automacie z interfejsem w kilku językach. Poza tym przyznaję się do słabości do dworcowych barów i każda przesiadka jest świetną okazją, żeby zjeść tortillę i wypić kawę albo lokalne piwo.

stacja

Dworcowy bar w Madrycie

Długo zastanawiałam się, jaką wybrać trasę między punktami przylotu i wylotu – Madrytem i Barceloną. Celowałam w Bilbao i San Sebastian, żeby zobaczyć Muzeum Guggenheima i Kursaal projektu Moneo, ale oprócz tych miast na wymarzonej liście znajdowało się i Oviedo (miłość od pierwszego wejrzenia z „Vicky Cristina Barcelona”), i Leon (realizacje Mansilla+Tuñón). Będa jednak musiały poczekać na wypad do Santiago de Compostela, który od dłuższego czasu chodzi mi po głowie.

Tym razem pierwszym przystankiem było Burgos, następnie pojechaliśmy do Santander, Bilbao i San Sebastian. Stamtąd musieliśmy się już kierować w stronę Barcelony, ale tę przydługą trasę przerwaliśmy dwudniowym postojem w Saragossie – chcieliśmy zobaczyć, jak wyglądają tereny EXPO po ośmiu latach. Północ nas zaskoczyła. Spodziewaliśmy się tłumów turystów, tłoku i upałów, a tu niespodzianka. Pogoda jest tam prawie jak w Irlandii, czyli z częstą mżawka i niezbyt wysokimi temperaturami, więc zamiast turystów poszukujących słonecznych plaż można tam spotkać raczej osoby z południa, uciekające od nieznośnego gorąca. 

Burgos

No to po kolei! Zaczęliśmy od Burgos, głównie z sentymentu do mojego przyjaciela ze studiów, wielkiego fana gotyku. Katedra w Burgos zachwyciła go szczególnie, a ponieważ Grześka już z nami nie ma, chciałam pobyć przez chwilę w miejscu, które tak bardzo mu się podobało i spróbować poczuć tam to samo. Myślę, że się udało, bo to jeden z tych budynków, na którego widok człowieka ogarnia rodzaj niedowierzania i wzruszenia. Być może zachwyt wszystkich osób, które wcześniej czuły tam coś podobnego, nabudowuje się z każdym kolejnym westchnieniem i pozostaje na miejscu, w powietrzu albo w murach. Grzesiek, dorzuciliśmy dwie kolejne cegiełki do tej dawki emocji, którą tam zostawiłeś kilka lat wcześniej.

Burgos promenada

Promenada w centrum Burgos

Ale Burgos to nie tylko katedra. To również średniowieczne klasztory, położone poza miastem, a także kapitalna promenada położona wzdłuż przecinającej miasto rzeki (określenie „rzeczka” pasowałoby tam nawet bardziej). Trzeba by się dokopać do danych demograficznych, żeby potwierdzić nasze przypuszczenia – odnieśliśmy wrażenie, że seniorzy stanowią wyjątkowo duży odsetek mieszkańców. Ale co to są za seniorzy! Eleganckie panie popijające piwko z koleżankami. Pary, które mają już pewnie prawnuki, spacerujące z uśmiechem promenadą. Grupy znajomych siedzące na ławkach i wybuchające śmiechem, jak grupy nastolatków. Panowie, na których głowach zostało już niewiele włosów, ale nadal dbają o to, na co mają wpływ – spodnie z kantem i świeżo wypastowane buty muszą być. Życzmy sobie wszyscy takiej energii w tym wieku!

IMG_7798

Nowy bulwar proj. Herzoga&deMeurona

Jak to szło z wyposażeniem panny młodej w dniu ślubu – coś starego, coś nowego, coś pożyczonego i coś niebieskiego? Z moim osobistym urbanistą mamy podobny schemat wyboru miejsc do zobaczenia: coś starego, coś nowego, coś urbanistycznego i coś zrewitalizowanego. W Burgos zwiedzanie zaplanowaliśmy podobnie, a jedna z realizacji wpasowała się w kilka z tych kategorii. Na dodatek zaprojektowali ją starchitekci – Herzog & de Meuron. To masterplan dla jedenastokilometrowego bulwaru zbudowanego w miejscu przebiegu dawnych torów kolejowych. Świadomość, że brakuje tam wyraźnie zdefiniowanych pierzei, bo wiadomo, jak z reguły wygląda zabudowa od strony torów – zapleczowo i dość śmietnikowo – nie pozwala oceniać negatywnie lekkiego chaosu w tej przestrzeni. Architektonicznie jest jednak równie mało wyraziście. Szwajcarzy dodali trochę drzew, trochę elementów małej architektury, które mają jedną wspólna cechę – są okrągłe, a jedyna rzecz, która naprawdę mocno wyróżnia się na plus, to zawieszone nad ulicą lampy w kształcie kropli, w układzie przywodzącym na myśl sznury żarówek. Myślę jednak, że na podobne pomysły wpadliby nasi studenci, a skala działania polegająca wyłącznie na meblowaniu przestrzeni to za mało, aby zmienić jej charakter.

Burgs muzeum

Muzeum Ewolucji Człowieka (proj. Juan Navarro Baldeweg)

Żałuję, że nie starczyło nam czasu na zwiedzenie Muzeum Ewolucji Człowieka. Z uwagi na zboczenie zawodowe wpadłam tam tylko na chwilę, żeby zobaczyć, jak jest zorganizowana strefa wejściowa oraz kierunek zwiedzania i obeszłam tego molocha dookoła, aby ocenić strefę zapleczową (jest ok). To muzeum to prawdziwe monstrum z czerwoną kratownicą podtrzymującą dachy o sporej rozpiętości. Nie jestem przekonana co do tej skali – nawet na zdjęciach satelitarnych budynek wybija się na pierwszy plan – i mam tylko nadzieję, że nie chodziło tu o interpretację ewolucji pod hasłem „od jaskini do góry szkła i stali”.

Tyle o Burgos. Gdyby to był blog lajfstajlowy, powinnam dodać kilka słów o lokalnej kaszance, ale pozostanę przy architekturze:) W następnym odcinku – Santander.

*Wyjaśniło się, że we wspomnianym miejscu na Wajdeloty zamiast uszczelek i rurek będą sprzedawane rolki. Rolki sushi.

[Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz]

RUHA CIPŐ

pest_SMALL.jpg

Proszę się nie obruszać tytułem posta. Użyłam tych węgierskich słów z premedytacją, licząc na więcej niż zwykle kliknięć:) Te nieprzyzwoicie brzmiące wyrazy mają bardzo niewinne znaczenie – ODZIEŻ OBUWIE. Takie napisy pojawiają się na szyldach sklepów z ciuchami i butami w Budapeszcie, gdzie zawitałam ponownie po kilkunastu latach nieobecności.

Z tamtego pobytu pamiętam przebłyski (Mamo, może lepiej dalej nie czytaj?). W czasie, gdy w polskich monopolowych królowała Sophia, węgierskie wina, nawet te najbardziej przaśne, sprzedawane w plastikowych butelkach, smakowały nam jak najbardziej luksusowe roczniki. Oczywisty skutek był taki, że zwiedzanie miasta i oglądanie realizacji Makovecza, których egzotyczność przyciągała nas wówczas najbardziej, podlane były sporą ilością tego mało szlachetnego trunku. Trochę zaszaleliśmy, tym bardziej, że trafiliśmy tam zgraną grupą znajomych z roku. W czasach, gdy o Unii, Erasmusach i międzynarodowych warsztatach można było co najwyżej pomarzyć, zorganizowaliśmy wymianę ze studentami architektury z Budapesztu. Najpierw Węgrzy przyjechali do nas. Nocowali na łóżkach polowych w sali cichej nauki w naszym akademiku i nie zapomnę min pań portierek, które odbierały dla nas dostawy z… Polmosu (gorzelnie i browary najchętniej sponsorowały studenckie przedsięwzięcia). Wtedy po raz pierwszy zawstydziła mnie współczesna polska architektura – w Trójmieście było wówczas wyjątkowo beznadziejnie i ani nowe budynki uniwersyteckie, ani  apartamentowce w Orłowie nie zrobiły wrażenia na naszych gościach. Tak jakby garderoby na 300 par butów i widok na morze były normą, eh… Uratował nas krzyżacki gotyk, międzywojenny gdyński modernizm i absolutny hit – falowiec.

Byłam ciekawa, jak obecnie wygląda i funkcjonuje węgierska stolica. Polskie miasta zmieniły się tak bardzo, że pewnie trudno je poznać osobom pamiętającym je sprzed kilkunastu lat. Od znajomych, którzy niedawno odwiedzili Budapeszt, słyszałam zupełnie przeciwstawne opinie. Jedni twierdzili, że polskie „metropolie” mogą się przy nim schować, inni, że na ulicach widać straszną biedę. Może chodziło o liczbę bezdomnych, bo rzeczywiście sporo ich na ulicach? A może o zwykłe ubrania bez eksponowanych metek, które stanowią miłą odmianę dla wszechobecnych w polskich miastach New Balance’ów i Lacoste’ów? O samochody, znacznie starszych niż u nas, co przekłada się na dosłownie oszałamiającą ilość spalin (+ brak rowerów, gdzie są rowery)? Może jednak o coś innego – o to, jak wygląda sama miejska tkanka. W śródmieściu zamiast szklanych wieżowców przeważają XIX-wieczne kamienice i budynki z lat 60. i 70. Jeśli to wynika z ograniczeń inwestycyjnych, to potwierdza sie zasada, że nic nie konserwuje lepiej niż brak pieniędzy. Ilość PCV, tynków na styropianie i polbruku, która  dominuje w polskim miejskim krajobrazie, jest w Budapeszcie minimalna w porównaniu ze szlachetnie starzejącymi się kamieniarkami, ceramiką i anodowanym aluminium, które darzę szczególną sympatią. Na to ostatnie w Polsce niemal urządzano polowania: jeśli się je mało regularnie czyści, po latach pokrywa się matowym, szarym nalotem. Kto pamięta czarne, brudne szpary w aluminiowych ramach okiennych w PKP, wie, co mam na myśli. U nas z zadowoleniem wymieniano te nadzwyczaj trwałe ślusarki  na błyszczące i kolorowe PCV, które po kilku latach użytkowania wygląda fatalnie. Pod tym względem Budapeszt przypomina nieco Łódź – jedyne duże miasto w Polsce, gdzie bez problemu można trafić na kamienice z zachowanymi stolarkami i detalami. W innych, bogatszych miastach, szybko nastąpiła masowa wymiana solidnych drewnianych drzwi na karton w okleinie z marketu budowlanego. Węgrzy wydają się bardziej doceniać to materialne dziedzictwo.

IMG_9678

Podczas mojej poprzedniej wizyty w Budapeszcie nasi gospodarze zabrali nas do tureckiej łaźni Kiraly. Wszystkie panie, w wieku przeważnie matuzalemowym, rozkładały swoje bogato pomarszczone nagie ciała w kamiennym basenie. Jak u Kozyry. Tym razem trafiłam do tego samego miejsca -szesnastowiecznego budynku, który od lat nie był poddawany modernizacji. Łaźnia wcale się nie zmieniła – zmienił się tylko regulamin i teraz nie jest już koedukacyjna oraz obowiązują stroje kąpielowe. Nie odczyszczono zacieków na kamiennej kopule, nie zainstalowano nowego sprzętu. Działa? Działa. Taki pragmatyzm to najskuteczniejsza metoda konserwacji.

IMG_9531

Na ulicach można spotkać wielu obcokrajowców, którzy sprawiają wrażenie, jakby tam mieszkali na dłużej. W mieście nie widać wielkich kompleksów biurowych, a i obcokrajowcy nie wydają się przynależeć do kategorii „korpo”, więc zakładam, że nie są finansistami na kontraktach. Albo to studenci (czyżby, podobnie jak w Polsce, przyciągano zachodnich studentów na wydziały medyczne?), albo szeroko pojęta „klasa kreatywna”. Budapeszt bardzo przypomina Berlin sprzed gentryfikacji, ceny są niskie, jakość życia (zwłaszcza tego nocnego) wysoka, więc nie zdziwiłabym się, gdyby osiadały tam, chociaż na chwilę, osoby pracujące zdalnie lub artyści. Chętnie dowiedziałabym się od kogoś lepiej zorientowanego, czy moje przypuszczenia są słuszne. W całym śródmieściu widać dwujęzyczne informacje o wynajmie i to nie tylko mieszkań, ale także lokali usługowych. Sami musieliśmy przez chwilę popracować i przetestowaliśmy pewną coworkingową kawiarnię  – sporo tam podobnych miejsc.

Wnętrzarsko w nowych lokalach dominują te same trendy, co u nas. Może nie widać aż tyle płyty OSB, ale patchworki z marokańskich płytek, odkryta cegła i gołe żarówki pojawiają się równie często. Można również nierzadko zauważyć u nas rzadko spotykane, a tam nawiązujące do lat 70. (ach, te przejścia podziemne!) kompozycje ze świetlówek. Zachwycające są niektóre z tzw. ruin barów, czyli pubów albo klubów zaaranżowanych w opuszczonych, zaniedbanych kamienicach. Byłam kiedyś w podobnym miejscu w Edynburgu i bardzo podobała mi się plątanina korytarzy, pokoi i klatek schodowych. W Budapeszcie zagospodarowywane są również przepiękne dziedzińce – zamieniają się w wielkie ogródki winno-piwne pod gołym niebem. Niestety, prawie całkowicie zdominowali je turyści i wydawane są nawet specjalne anglojęzyczne przewodniki po zagłębiach barów. Chociaż zabawa w Davida Attenborough i obserwowanie rytuałów godowych homo sapiens bywa intrygujące, jednak powtarzalność interakcji między uczestnikami brytyjskich wieczorów  panieńskich i kawalerskich zaczyna szybko męczyć. Podobnie męczą całe ulice zamienione w gastronomiczne deptaki z „Traditional Hungarian Cuisine” i „Goulash – 5 euro”.

IMG_9808

IMG_9818

IMG_9827

Na zdjęciach powyżej Most Wolności czyli po prostu Most Zielony, który we wspomnieniach sprzed półtorej dekady kojarzy mi się przede wszystkim z przeciąganiem liny przez studentów Politechniki i Uniwersytetu (uczelnie zlokalizowane są na jego końcach). Pamiętam też wspinanie się po jego konstrukcji – na szczęście nie ja się wspinałam, za to wspomniane wino z plastikowych butelek odgrywało w tej mało bezpiecznej przygodzie ważną rolę. Dziś most to popularne miejsce na sączenie piwka – lepiej niż w Kopenhadze, bo z jeszcze atrakcyjniejszym widokiem. Intensywne miejskie życie w śródmieściu zachwyciło mnie poprzednio i równie mocno tym razem. I właśnie po to zamierzam wrócić jeszcze do Budapesztu.

Nie, nie wrócić. Wracać regularnie!

[fot. Monika Arczyńska&Łukasz Pancewicz]

Odkochałam się

team

W branżowej prasie nadal, chociaż z mniejszą częstotliwością, pojawiają się przeglądy weneckich wystaw i pawilonów, Marcin Szczelina chyba jeszcze siedzi we Włoszech (wróci? nie wróci? Dziś wrzucił na FB zdjęcie z Lido), a ja nadal wspominam wystawy, bo przetrawienie takiej dawki informacji i wrażeń wymaga czasu.

Tym razem do Wenecji pojechałam nie tylko z moim osobistym urbanistą, ale i z ulubionym historykiem sztuki. Połączyło nas właśnie Biennale – kiedy trzy lata temu szukaliśmy z Łukaszem kuratora, aby wspólnie przygotować projekt konkursowy na wystawę w polskim pawilonie, znajomi polecili nam Maksa Bochenka*. Zadzwoniłam, umówiliśmy się na kawę i na tej pierwszej kawie zaiskrzyło na tyle, że nie tylko złożyliśmy projekt (nawet dwa, bo i jeszcze jeden, rok temu), ale prowadzimy kolejną serię wykładów, przegadaliśmy setki godzin o architekturze, sztuce i innych mniej poważnych rzeczach, a po głowie chodzą nam  pomysły na kolejne projekty. W Wenecji okazało się, że pomimo różnych profesji – architekt, urbanista i historyk sztuki – odbieraliśmy poszczególne wystawy dość podobnie, a tam, gdzie ekspozycje prowokowały nas do dyskusji, potrafiliśmy mówić tym samym językiem. oponki

[Bez głupawki ani rusz – kto by wytrzymał bieganie po wystawach architektonicznych przez 10 godzin dziennie?]

LPMA.jpg

[Bez espresso też się nie da:)]

Zawsze szukam na Biennale „przekłuwania balona” – potraktowania architektury bez nadmiernego nadęcia i pompy. Tegoroczna edycja była śmiertelnie poważna: klęski żywiołowe, strefy militarne, ubóstwo i nierówności. Z westchnieniem ulgi skoczyliśmy  do serbskiego pawilonu, w którym interpretacja tematu może nie do końca nas przekonała, ale kapitalnie potraktowano wnętrze budynku, bliźniaczego z polskim. To nie jest najłatwiejsza przestrzeń ekspozycyjna -€“ wąska i długa -€“ i ten sposób na jej zagospodarowanie wydaje mi się bardziej odpowiedni niż wstawianie tam plansz czy makiet. Podłoga pawilonu stała się dnem niebieskiego statku, wyposażonego w najważniejszą dla przetrwania rzecz -€“ gniazdka elektryczne. Zapomnieliśmy sprawdzić, czy była też sieć bezprzewodowa, ale nie wyobrażam sobie, że mogłoby być inaczej. Wielki błękit i możliwość podładowania telefonu sprawił, że cichły rozmowy, a pochyłe dno zadziałało jak wielka leżanka…

Slovenia

Biennale to również godziny podpatrywania sposobów prezentacji projektów. Tym razem pięknych, piekielnie drogich makiet było jak na lekarstwo – robiłyby zdecydowanie nieprzyzwoite wrażenie wśród niskobudżetowych projektów w slumsach i na terenach dotkniętych przez kataklizmy. Co prawda Chipperfield i Rizzi pokazali odjechane makiety, no ale im wszystko wolno. Z drugiej strony stylistyka „zrób to sam”, jeśli potraktowana z pewną dozą humoru, również potrafi być atrakcyjna. Moi ulubieńcy to warsztat w pawilonie Recetas Urbanas.

LUDZIKI.jpg

Nie wiem, jak Izrael to załatwił, ale pierwszego dnia zamiast o 19:00, Giardini zamknięto godzinę później. W międzyczasie na tyłach pawilonu rozkręciła się w okamgnieniu niezła impreza – campari lało się strumieniami, a dj podrygiwał puszczając najbardziej kiczowate kawałki świata. Wśród pląsającego tłumu chyba wypatrzyliśmy nawet noblistów, których twarze chwilę wcześniej widzieliśmy na wystawie – opowiadali o relacjach między nauką a architekturą. Relacje między nauką a architekturą na parkiecie również okazały się bliskie.

Israel

Jak już przy nieeuropejskich, ale eurowizyjnych krajach jesteśmy, to w tym roku premierę miał pawilon Australii. Denton Corker Marshall zaproponowali czarne pudło, ale niespodzianka czekała w środku. „Raport z frontu” w interpretacji Australii to raport z frontu willi z basenem, bo postawili właśnie na „pool culture”. Tego samego dnia wieczorem moi towarzysze ratowali pijanych turystów, kórzy postanowili wykąpać się w Canale Grande. Bełkotali tak niewyraźnie, że nie byłam w stanie poznać po akcencie, skąd przyjechali, ale może to też byli Australijczycy?

Australia.jpg

Ale najważniejsze: odkochałam się. Aravena mi się po prostu przejadł. Po Pritzkerze i Biennale aż strach otwierać lodówkę. Już nie będzie walentynek, listów miłosnych ani wzdychania. Może gdybym wpadła na niego gdzieś w Giardini, uczucie by przetrwało, ale żartowaliśmy, że Alejandro A. specjalnie mnie unika. Pewnie dlatego, że krótko przed Biennale dowiedziałam się, że ma żonę (drugą!) i dzieci. Liczna grupa jego psychofanek pewnie nie zauważy nawet, że ich grono zmniejszyło się o jedną architekt z Polski, a ja zacznę szukać nowego obiektu westchnień. Jakieś propozycje?

*W piątek o 18:00 w hali B90 w Stoczni odbędzie się wernisaż Alternativa 2016: Uszczerbki i Straty. Maks  jest producentem tej wystawy – ostatnio wyspał się chyba w Wenecji, tak ogromne jest to przedsięwzięcie. Wpadłam wczoraj  do stoczni, żeby zobaczyć, jak w ogóle przebiega instalacja wystawy i powiem jedno: zapowiada się świetnie. Do zobaczenia w piątek!

[Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz, Maks Bochenek]

Raport z frontu

TITLE

A miało być tak pięknie… Ale pięknie tylko przy okazji, bo przede wszystkim prospołecznie, pragmatycznie, humanitarnie. Wyszło dość nijako, powtarzalnie i nudno. Oglądając kolejne, podobne do siebie wystawy, zaprezentowane w ostentacyjnie niskobudżetowy sposób, bo przecież nie wypada wydać na makietę więcej niż na budynek, który reprezentuje, nieraz miałam wrażenie, że podróż do Wenecji była całkiem niepotrzebna. Oglądając katalog i popijając kawę – obowiązkowo fair trade – w zaciszu własnego mieszkania dowiedziałabym się więcej, bo bez pośpiechu, nie wspominając o ilości CO2, którą wyprodukował samolot, pociąg i klimatyzacja w hotelu. Nie wspominając już o tym, że pieniądze wydane na podróż mogłabym wpłacić na jakiś NGO budujący studnie w Afryce (podobną strategię przyjęła zresztą Austria, pożytkując zaoszczędzone dzięki skromnej wystawie fundusze na poprawę warunków mieszkaniowych kilku rodzin uchodźców).

ARRIVAL CITY

Niemcy również wybrnęli sprytnie  z problemu mało spektakularnego tematu i uniknęli szarej tektury, worków foliowych i plastikowych butelek. Nie dość, że wypruli otwory w swoim nazistowskim pawilonie, aby pokazać, jak bardzo są otwarci na przybyszów z zewnątrz – obecnie głównie uchodźców – to jeszcze wybrali stylistykę materiałów graficznych przypominającą przeskalowane kserówki ze spontanicznymi komunikatami. Bez zadęcia, z lekką naiwnością, może aż zbyt lekko, ale jak świeżo po dziesiątkach wystaw o mniejszych i większych problemach ludzkości.

ETH

[Ta instalacja ETH z Zurychu oczarowała chyba wszystkich i to akurat było coś, co trzeba zobaczyć na własne oczy, a nie tylko w katalogu. Konstrukcja składa się wyłącznie z wycinanych komputerowo kamiennych płyt – bez zaprawy, bez żadnych dodatkowych elementów łączących. Jak w czasach gotyckich katedr, których sklepienia wykonywano w podobny sposób. Tyle, że tu gotowe elementy składano zaledwie dwa tygodnie.]

Podczas Biennale rynkowa koniunktura przekłada się zwykle na ilość przelewanego prosecco oraz połysk wystaw, lecz Aravena wykręcił architektom niezły numer. Zachód powoli wykaraskał się z kryzysu, inwestorzy zaczęli wyciągać  odłożone do szuflady projekty, a w krajobrazie europejskich i amerykańskich miast znów pojawiły się dźwigi. Miło byłoby znów pobłyszczeć na okładkach kolorowych magazynów, a medialny szum po śmierci Zahy Hadid potwierdził tęsknotę za wielkimi nazwiskami i ekscentrycznymi twórcami. Dla wielu architeków to za szybko na pochylanie się nad wykluczonymi i  budowanie lepianek z gliny – brzmi świetnie, gdy chce się pochwalić znajomym egzotycznym wolontariatem, ale żeby zaraz przestać marzyć o  projektowaniu wieżowców i muzeów?

MOKOKO.jpg

[Nagrodzony Srebrnym Lwem dla „obiecującego młodego uczestnika” model pływającej szkoły Mokoko]

ZLOTY

[Z przodu makieta West Village w chińskim Chengdu – maksymalizacja przestrzeni rekreacyjnych i sportowych; w tle nagrodzona Złotym Lwem spektakularna instalacja Gabinete de Arquitectura z Paragwaju, wykonana z cegły przez niewykwalifikowaną siłę roboczą – tu akurat aspekt piękna i czystej formy architektonicznej został doceniony]

Polskie akcenty wypadły nieźle, chociaż „śmieciowo”. Wystawa Hugona Kowalskiego i Marcina Szczeliny o odpadach całkiem nieźle prezentuje się w Arsenale, ale tego śladu węglowego (śmieci przywiezione z Polski!) to chłopakom nie wybaczę. Polski pawilon z uwagi na temat, którego spodziewałam się w przynajmniej kilku innych miejscach, a którym jednak zajęli się tylko Polacy, stał się chyba jednym z najpopularniejszych w Giardini. Tu „śmieciowy” motyw dotyczył m.in. sposobu zatrudnienia robotników budowlanych bez umów (lub na tzw. „śmieciówkach”), ale i darmowe nadgodziny architektów załapały się na infografikę o problemach pracowników branży budowlanej. Trochę się martwiłam, że będzie za skromnie i że przygotowywany przez kielecką ekipę research nie wystarczy dla pełnego zobrazowania poruszanych kwestii, ale okazało się, że Biennale to miejsce zadawania pytań, a niekoniecznie podawania gotowych rozwiązań. Mieliśmy jednak z naszym własnym kuratorskim zespołem wrażenie, że wchodzimy na wystawę, którą sami zaproponowaliśmy na tegoroczne Biennale. Chociaż tematy się nie pokrywały, strona wizualna okazała się prawie identyczna. Ustawiony według naszego projektu billboard na dachu polskiego pawilonu miał krzyczeć czarnymi literami na agresywnie żółtym tle – tu krzyczały żółte torby w identycznym odcieniu, po których w całej Wenecji można było poznać architektów. Podobnie jak u nas, całą przestrzeń pawilonu wypełniała stalowa konstrukcja i tak samo była owinięta przepuszczającą światło tkaniną (tyle, że siatką ochronną, jak na rusztowaniach, a nie materiałem, z którego robi się billboard). Tak samo wchodziło się do środka przez wycięcie w materiale. Przynajmniej wiemy, że projekt sprawdziłby się w 1:1:)

Polish

Ciekawostka, ale spodziewana – zabrakło starchitektów. Co prawda pojawiły i garaże dla dronów projektu Fostera, i muzeum Chipperfielda w Sudanie, mignęli gdzieś w filmie dokumentalnym Herzog&de Meuron, a Shigeru Bana obskoczyli łowcy autografów, ale o pojedyncze nazwiska, a nie potężny gwiazdozbiór, jak zwykle bywało. Całą salę na wystawie głównej poświęcono też projektom Renato Rizziego. Zamierzałam podziękować mu za pokazywany w Giardini Teatr Szekspirowski – ostatnio rozmawialiśmy w dniu otwarcia, kiedy jeszcze nie wiedziałam, że Teatr stanie się jednym z moich ulubionych budynków. Rizzi, jak to stuprocentowy Włoch, rozgadał sie jednak z jakimś dziennikarzem. Następnym razem!

baN

Rizzi

[Rizzi, dziennikarze i przepiękne makiety]

DRON

[Fosterowy „garaż” dla dronów]

IRISH.jpg

[Projekcja na wystawie Irlandii (Níall McLaughlin), pokazujący, wraz ze zmieniającą się ścieżką dźwiękową, jak osoby z chorobą Alzheimera odbierają przestrzeń. Subtelnie, pięknie, ale w punkt – takie ekspozycje lubię na Biennale najbardziej.]

Największe rozczarowanie to brak otwartych debat. W Giardini zawsze były organizowane otwarte spotkania -€“ to miejsce stawało się centrum Biennale, gdzie można posłuchać dyskusji zaproszonych kuratorów i projektantów. Tym razem kilka spotkań odbyło się w audytorium, gdzie mieści się tylko niewielki odsetek zainteresowanych osób (nie wspominając o pewnym skandalu – okazało się, że Aravena zaprosił do głównej debaty na otwarcie debaty samych mężczyzn). Tym razem, kiedy na wystawie pokazywano dobre praktyki z odległych od siebie części świata, dyskusja i podzielenie się uwagami byłyby szczególnie ważne. Nawet, jeśli rozwiązania muszą być unikalne i „szyte na miarę” z uwagi na różnice geograficzne czy kulturowe, najbardziej intrygujące fragmenty wystawy głównej to te, które przedstawiały uniwersalność problemów oraz sposobów ich rozwiązania w różnych częściach świata. Do jednej z najbardziej trafnych w tym kontekście wystaw zaliczyłabym porównanie tymczasowych miast – od osiedli dla ofiar klęsk żywiołowych, przez festiwal w Glastonbury, po święto przyciągające w jedno miejsce w Indiach kilkanaście milionów ludzi.

Porażką była również nieobecność i jednoczesna medialna wszechobecność Araveny.  Chociaż wpatrywaliśmy uważnie jego rozwichrzonej czupryny, pojawiącej się dosłownie wszędzie – w magazynach, na filmach, w wywiadach – nie czułam jego roli jako gospodarza, jak chociażby Koolhaasa dwa lata temu. Nie kręcił się cały czas na wystawach, trudno było się wbić na spotkania. To dziwne, bo w trakcie przygotowań intensywnie współpracował z innymi kuratorami. Być może tak już mają niektórzy architekci – interesuje ich proces twórczy, a nie to, co dzieje się później, a może stał się ofiarą własnego sukcesu. Pritzker i Biennale w jednym roku to chyba trochę za dużo nawet dla takiego człowieka-orkiestry. Aravena, podkreślając swoje praktyczne podejście do rozwiązywania problemów, prezentował się nie tyle jako kurator, ale jako stuprocentowy architekt, który do przygotowania Biennale podchodzi jak do projektu architektonicznego. Już w pierwszej sali, wypełnionej gips-kartonem (100 ton pozostałości po poprzednim Biennale), pokazał proces projektowania wystawy, dyskusje z kuratorami i aranżowanie przestrzeni. Wszystko zgodnie z jego kuratorskim przesłaniem o roli architekta, tyle, że w pokazanych dalej projektach architekt stanowił zaledwie element, nie zawsze najważniejszy, procesu rozwiązywania problemów. Za to za każdym prawie razem, gdy tylko pozwalała na to aranżacja i stylistyka wystawy, łechtano ego projektantów jako bogów, twórców czy godnych podziwu filantropów. To trochę jak z Araveną, prawda?

greedy.jpg

[Aravena na filmie…

ARAV

[… i jego instalacja z rozbiórkowych stelaży i płyt gispowo-kartonowych]

 

 

team02

[Czym byłoby Biennale bez fotogenicznych instalacji?]

Najciekawsze wydawały mi się te fragmenty Biennale, gdzie“ rola architekta nie polegała na zbawianiu ludzkości, ale gdzie wyjście poza tradycyjne projektowanie oznaczało działania związane z definiowaniem systemów i procesów rządzących przestrzenią. Na przykład izraelski pawilon pokazywał relacje między nauką a architekturą, gdzie np. symulacje rozwoju kolonii drobnoustrojów można by wykorzystać jako model projektowania ludzkich siedlisk. Wyobrażam sobie świetnie odwrócenie tej zasady i wykorzystanie umiejętności architektów do analizy i zapisu podobnych procesów w nauce – badacze nie zawsze posiadają predyspozycje i doświadczenie, żeby tego dokonać.

Ale to, co zrobiło na mnie największe wrażenie, to wystawa Forensic Architecture, działającej w ramach londyńskiego uniwersytetu agencji zajmującej się dokumentowaniem dowodów (głównie dla organizacji pozarządowych i ONZ) dotyczących zbrodni wojennych czy środowiskowych. Te zadania wymagają współpracy pomiędzy specjalistami z różnych branż – od prawników po filmowców, ale rola architektów, którzy rozumieją przestrzenne relacje, jest szczególna w określaniu miejsca i czasu wydarzeń. Tu nie architekt stał w centrum zainteresowania, ale ofiary. To chyba jedyne miejsce na całej wystawie, gdzie na ludzi nie patrzyło się jak na masę, ale jak na konkretne jednostki. Pięciolatek, który zginął od wybuchu pocisku w Strefie Gazy staje się mniej anonimowy niż afrykańskie dziecko zdobywające wykształcenie dzięki nowemu budynkowi szkoły. Bezimienni rozbitkowie-uchodźcy stają się bliżsi niż społeczność południowoamerykańskich slumsów.

Właśnie takich wystaw oczekiwałam na tegorocznym Biennale.

FORENSIC

[Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz]

Muzeum Palestyny

z daleka

Uff, ależ to były intensywne dwa dni! W środę odbyło się oficjalne otwarcie Muzeum Palestyny. Wyjazd na Bliski Wschód to zawsze niesamowite doświadczenie, a jeśli trwa zaledwie 48 godzin, w międzyczasie trzeba przebić się przez zasieki i punkty kontrolne, a docelowo trafia się do świata jak z arabskiej baśni, emocje stają się jeszcze mocniejsze.

Polska prasa przemilczała temat otwarcia Muzeum (mamy teraz dość własnych problemów…), ale światowe media wysłała na miejsce swoich dziennikarzy. Opinie są różne, ale przeważa zdanie, że budynek jest udany, chociaż kompletnie odbiega od rodzaju i jakości architektury w regionie,a za wyjątkowo kontrowersyjną decyzję uznano otwarcie budynku bez wystawy. Pewnie dlatego, że od początku krystalizowania się profilu tej instytucji nazywano ją „bezpiecznym miejscem dla niebezpiecznych idei”. W międzyczasie zmienił się dyrektor, a ponieważ na przygotowanie wystawy na planowane od dawna otwarcie nie wystarczyłoby czasu, zaaranżowano szybko ekspozycję poświęconą budynkowi i jego realizacji. Pojawiły się betoniarki, kaski, kamienne płyty okładzinowe i wykaligrafowane na naszych rysunkach arabskie słowa, które kojarzą się z Palestyną. Dla wielu krytyków okazało się to niewystarczające – przypuszczalnie spodziewali się prowokacyjnej wystawy związanej z izraelsko-palestyńskim konfliktem. Dla nas, świadomych trudności, jakie wiązały się z realizacją tego budynku oraz niewyobrażalnego zaangażowania wielu osób w jego stworzenie, była to nie tyle bezpieczna decyzja, otwierająca w wyważony sposób pole dla dalszych kuratorskich eksperymentów, co potraktowanie budynku jako głównego eksponatu. Tym bardziej, że to najbardziej zaawansowany architektonicznie i technicznie obiekt w Autonomii, a poza tym, podobnie jak przyszłych wystaw, nie będą mogli go zobaczyć wszyscy zainteresowani z uwagi na restrykcje związane z przekraczaniem granic  w regionie. Nawet Lara Zureikat, architekt krajobrazu odpowiedzialna za projekt tarasowych ogrodów, nie dostała wizy na wjazd z Jordanii na otwarcie. Dlatego Muzeum działa równocześnie na zasadzie internetowej platformy oraz organizuje satelitarne wystawy (obecnie w Bejrucie można obejrzeć tradycyjne hafty).

O samym budynku mogłabym opowiadać godzinami, ale ponieważ „jeden obraz jest wart więcej niż tysiąc słów”, zamieszczam poniżej więcej niż zwykle zdjęć. Obawiałam się najbardziej, że przez cały czas będę dostrzegać tylko niedoskonałości tego obiektu. Tak, tam są niedoróbki, nawet sporo (na szczęście widoczne z bliska). Standard wykonawstwa jest nieporównywalnie niższy, niż gdybyśmy stawiali ten obiekt w Niemczech czy Wielkiej Brytanii, ale wiele elementów zatrzymano na granicy (np. w ostatniej chwili austriackie znaki wyjść ewakuacyjnych zastąpiono… polskimi).albo stwierdzę, że mnóstwo rzeczy można by zrobić inaczej. Kiedy w ubiegłym roku oglądałam dopiero co montowane kamieniarki, pomyślałam, że być może popełniamy błąd decydując się na tak wielkie, mocowane na stalowych szynach płyty. Wykonawcy musieli rozbierać fragmenty okładzin i zakładać je ponownie, bo ten sposób montażu, przeprowadzany po raz pierwszy na tak skomplikowanej geometrycznie bryle, stanowił podwójne wyzwanie i pierwsz próby okazały się porażką. Ta forma architektoniczna wymaga jednak czystych, dużych powierzchni, których nie udałoby się uzyskać przy pomocy mniejszych, typowych dla tamtejszego budownictwa bloczków. Musieliśmy także zachować wysokie standardy izolacyjności cieplnej (budynek posiada certyfikat LEED – pierwszy na obszarze Autonomii) i przeciwwilgociowej, co również stanowi ewenement w tej części świata.

opening

To moje pierwsze otwarcie – do tej pory albo nie mogłam uczestniczyć w podobnych imprezach, bo byłam na drugim końcu swiata, albo budowy są jeszcze rozgrzebane z uwagi na wielkość inwestycji. Ta ceremonia była jednak wyjątkowa, bo wyjątkowe jest znaczenie tego budynku dla Palestyńczyków. Co prawda niewiele brakowało, aby spóźniony taksówkarz, który wiózł nas z Ramallah, nie zdążył na czas przed zamknięciem  dróg, ale przemykał przez koeljne punkty kontrolne pokazując na tylne siedzenia z wyjaśnieniem „Americans!” (to hasło otwiera wiele bramek). Tylu żołnierzy nie widziałam już dawno – kilka kilometrów przez Muzeum obstawiono wszystkie drogi, aby prezydent Abbas mógł bezpiecznie dotrzeć na przecinanie wstęgi. Przed południem odbyły się oficjalne przemowy, a zjeżdżający się zewsząd projektanci, wykonawcy czy kuratorzy mieli okazję, żeby wspólnie obejrzeć gotowy budynek i ogrody. Świeciło słońce, a taras okazał się idealną bankietową przestrzenią.

Wieczorem odbyła się artystyczna część ceremonii. Na parkingu przed budynkiem umieszczono telebim i setki krzeseł, aby jeszcze więcej osób mogło uczestniczyć w tym wydarzeniu, w ogrodach brzdąkały smyczki, ale główną rolę zagrał sam budynek. Amfiteatr zdał egzamin, lecz najbardziej zaskoczyło nas, że oprócz wykorzystania sceny na dole dla orkiestry i mównicy, zaaranżowano spektakl tańca w samym budynku, w tzw. strefie buforowej za wielkim, otwierającym się na tarasy przeszkleniem. Jak mogliśmy o tym nie pomyśleć na etapie projektu? Myślę, że podobne niespodzianki, bo było ich znacznie więcej, sprawiają, że – zabrzmię nieskromnie w imieniu całego zespołu – to kawał naprawdę porządnej architektury. Udało się wyważyć odpowiednio proporcje i w zależności od aranżacji przestrzenie mogą kameralne lub przestronne, jak w przypadku podobnych dużych imprez. Sam spektakl był dość łopatologiczną i wymowną opowieścią o złych najeźdźcach, ale po zakończeniu, kiedy w amfiteatrze huknęły oklaski i entuzjastyczne gwizdy, przyznaję: pociekła mi po policzku niejedna łza. Jeden budynek i tyle wzruszeń!

outdoor

4ladiesofhparc

[Większość damskiej części Heneghan Peng zaangażowanej w projekt: Roisin, Elizabeth, Catherine i ja:)]amfi2

[Widok na amfiteatr]amfiteatrbankietbizreh

[Tarasowo schodzące ogrody z typową dla regionu roślinnością i gatunkami charakterystycznymi dla palestyńskiego rolnictwa. Przy dobrej widoczności z góry można zobaczyć położony kilkadziesiąt kilometrów dalej Tel Awiw i Morze Śródziemne. Widoczne na zdjęciu posadzki wykonano w tradycyjnej w regionie technologii – rodzaj  terazzo, ale bez polerowania. Większość chodników w Ramallah wykończono właśnie  w ten sposób  Wszystkie ścieżki i schody położyło tylko dwóch, podobno najlepszych rzemieślników w kraju. Tu zdecydowanie najbardziej perfekcyjnie wykonana część Muzeum]

buffer02

[Tzw. strefa buforowa, czyli ciągnąca się wzdłuż budynku przestrzeń oddzielająca wystawę oraz biura od zewnętrznych tarasów. To w tej przestrzeni odbywał się spektakl, oglądany z amfiteatru]

buffer_ma

[Wracałam tam co kilka godzin, żeby zobaczyć, jak zmieniają się cienie rzucane przez podtrzymujące fasadę ‚żyletki’]

show

[Najpierw taneczny spektakl w przestrzeni, o której projektując budynek, wcale nie pomyśleliśmy, jako o scenie (a przecież to takie oczywiste!)]

projekcja

[Później muzyka, poezja i projekcje na elewacjach]catering

[Gościnność Palestyńczyków jest legendarna, więc i bufet okazał się wyjątkowy. Wśród słodyczy królowały ciasteczka z logo Muzeum. Zamiast baru z drinkami pojawił się bar z… lodami]

dark

[Ta elewacja to był pot, krew i łzy. Ale warto było:)]

feras

[Feras Tubaila, którego firma wykonała najbardziej skomplikowane technicznie elementy budynku]noc

wyst2

wystawa

[Główna przestrzeń ekspozycyjna z tymczasową, zaaranżowaną minimalnymi środkami wystawą o powstawaniu budynku. Nasze rysunki posłużyły jako tło dla arabskich napisów – skojarzeń związanych z Palestyną]

chlopaki

[Świętowali wszyscy zaangażowani w realizację budynku oraz przygotowanie ceremonii – od firm wykonawczych po ochroniarskie]

team

[Heneghan Peng + towarzyszący mężowie i przyjaciele. Po lewej (pod krawatem) Conor, który był odpowiedzialny za projekt na etapie wykonawczym. Regularnie latał na budowę i to głównie on zmagał się z problemami z dostawami materiałów. W międzyczasie zaczął śmigać po arabsku i zaprzyjaźnił się z miejscową ekipą]

[Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz i inni]

Tego Wam nie wybaczę!

Wajdeloty

Już dawno przymierzałam się do tego tematu. Czekałam tylko na wiosnę i zazielenione drzewa, żeby zrobić serię porządnych zdjęć. O co chodzi? O miejsce, o którym pisali już chyba wszyscy trójmiejscy blogerzy – Dolny Wrzeszcz i ulicę Wajdeloty. Większość wypowiadała się z zachwytem, mnie zachwyca tylko część zachodzących tam zmian, bo teraz to już gentryfikacja w najbrutalniejszym wydaniu. Chciałam o tym napisać w żartobliwie-uszczypliwym stylu, przygotowując test poziomu zgentryfikowania ulicy. Miały się tam znaleźć pytania o dostępność produktów bezglutenowych (na Wajdeloty – żaden problem), możliwość przystrzyżenia brody (pod numerem 9), jakość humusu (podobno przyzwoita) i deserów z chia (znośna) oraz liczba miejsc, w których można poćwiczyć jogę (obecnie chyba dwa). Zrobiłabym to, gdyby nie wczorajsze wydarzenie…

Mieszkam w Dolnym Wrzeszczu. Kiedy szukaliśmy z moim osobistym urbanistą miejsca, żeby stworzyć w Gdańsku bazę (nie piszę ‚osiąść’, bo jak znam życie, znów nas stąd kiedyś wywieje), nie patrzyliśmy nawet na inne dzielnice niż Wrzeszcz. To nie jest centrum wszechświata, ale ma największą kumulację tych rzeczy, które w życiu w mieście są najważniejsze: świetną dostępność komunikacyjną (tramwaj, autobus, ścieżki rowerowe, pociąg i kolejka miejska, teraz również na lotnisko), usługi – od zegarmistrza po sieciówki z ciuchami, na Politechnikę idzie się stąd 20 minut jedną z moich ulubionych ulic, a przychodnię mamy przy domu. Zapomniałabym! W promieniu kilkuset metrów znajdują się trzy parki i skwery, z nowym wyposażeniem dzięki sąsiedzkim staraniom i budżetowi obywatelskiemu. Dzielnica wydaje się skazana na sukces, stąd moje zdziwienie, że jeszcze niedawno Urząd Miasta myślał serio o zaplanowaniu tam działań rewitalizacyjnych.

Odkąd dokonano ‚rewitalizacji’ (tzn. remontu) ulicy, trudno nadążyć za prędkością zmian. Zaczęło się od wegańskiej knajpy, która zaczęła działać jeszcze podczas remontu, gdy przejście przez rozkopy i stalowe siatki przypominało tor przeszkód. W miejscu spożywczaka powstał ‚Hummusland’. W miejscu mięsnego – ‚The Barbers’. Przetrwała pizzeria ‚Ósemka’, którą pamiętam jeszcze ze studenckich czasów, gdy na Wajdeloty czasem przychodziło się popatrzeć na piękne przedwojenne kamienice, ale cały ten obszar za torami wydawał się wówczas taki odległy… ‚Ósemka’ przetrwała, chociaż serwowana tam pizza zawsze była raczej polską wariacją na temat włoskiego oryginału, za to w ubiegłym roku pojawiła się taka informacja :

vegan.jpg

Wzdychałam z lekkim zniecierpliwieniem za każdym razem, gdy następowały podobne zmiany, ale nie chciało mi się wierzyć, że gentryfikacja może mieć tu takie tempo jak w Berlinie, przebadanym od pod tym kątem z laboratoryjną dokładnością. Pocieszałam się, że przecież w sumie wszystko idzie w dobrym kierunku, ulica wypiękniała, podziemna infrastruktura została wymieniona, fundamenty kamienic zaizolowane, ruch uspokojony, a atrakcyjność miejsca wprowadzi tam nowe biznesy i miejsca pracy. Wzdychałam i mamrotałam pod nosem, że dopóki na ulicy przetrwają lumpeksy i sklep metalowy, nie jest jeszcze tak źle. Lumpeksów zawsze było kilka, a metalowy to takie miejsce, na widok którego człowiekowi robi się lżej na duszy, bo wiadomo, że jeśli trzaśnie w domu jakiś wężyk albo uszczelka, to przemiły pan sprzedawca na pewno dobierze odpowiedni zamiennik i poradzi, jak go zamontować. To też sklep, na którego wystawie znajduje się stary szyld z nazwą ulicy – ot, taki lokalny sentyment.

Lumpeksy powoli zaczęły znikać, sąsiednie solarium padło, ale metalowy dzielnie trwał. Wczoraj w drodze na rosyjski zobaczyłam jednak w oknach informację o likwidacji.

Nigdy Wam tego nie wybaczę, ale kim jesteście, tajemniczy ‚Wy’? Lokalną hipsterką sączącą rzemieślnicze piwo w pubie na końcowym rondzie? Sama je tam wczoraj sączyłam. Klasą średnią, która zamieszkała na nowym osiedlu w starym browarze na końcu ulicy? To takie miejsce, gdzie w każdej klatce mieszkają co najmniej trzy buldożki francuskie, a liczba samochodów na gospodarstwo domowe jest taka, jak na przedmieściach. A może ‚Wy’ to właściciele lokali, którzy po latach dokładania do swoich lokalnych sklepików zauważyli szansę na niezły biznes? Rozumiem to doskonale. A może chodzi o blogerki lajfstajlowe, które interesuje ładne tło do zdjęć i dobra kawa? Nie wiem. Pewnie nie ma sensu szukanie winnych, pewnie jestem równie winna, bo częściej korzystam z Biedronki przy browarze niż z ostatniego warzywniaka na Wajdeloty. Nie tylko więc Wam – sobie tego też nie wybaczę.

[fot.Monika Arczyńska]

Styczeń

berlin scharoun 03.jpg

Kasia Tusk co miesiąc przedstawia na swoim blogu listę aktualnych „umilaczy” i „Last month” ze zdjęciową relacją z ostatniego miesiąca. Wśród „umilaczy” ostatnio pojawił się między innymi przepis na naturalny cukier waniliowy oraz długa lista kosmetyków. Ponieważ na SIX LETTER CITY nadal nie ma żadnego lokowania produktu (producenci papy termozgrzewalnej – dlaczego, ach dlaczego wciąż mnie ignorujecie?), a na instagram wciąż nie mogę się zdecydować, to skuszę się chociaż na podsumowanie bieżących wydarzeń.

POLITECHNIKA

W ubiegły piątek studenci Gospodarki Przestrzennej na Politechnice Gdańskiej prezentowali prace semestralne. O zeszłorocznych projektach pisałam szerzej tutaj – w tym roku powtórzyliśmy temat i lokalizację, modyfikując nieco układ zajęć na podstawie wcześniejszych doświadczeń. Znów wyszło świetnie, ale zastanawiam się, czy przypadkiem nie wymagamy od studentów zbyt wiele. Czasem chyba zapominamy, że są dopiero na piątym semestrze! Poradzili sobie fantastycznie, a jako deweloperzy zarobili po kilkadziesiąt milionów złotych wirtualnych złotówek:)

WARSZAWA

Miniony weekend spędziłam pracowicie i przyjemnie w Warszawie. W sobotę opowiadałam o współpracy między projektantami a publicznymi inwestorami na podyplomowych studiach „Miasta i Metropolie” w Instytucie Badań Przestrzeni Publicznej. Nareszcie poplotkowaliśmy na spokojnie z Piotrem Szczepańskim z Instytutu, bo do tej pory zawsze spotykaliśmy się gdzieś w przelocie. Umówiliśmy się także z Gosią Borys z MamArchitekci. Opowiadała o aktualnych projektach – pracownia się rozwija, zlecenia są coraz ciekawsze, a poza tym miło posłuchać kogoś, kto mówi, że przychodzi do pracy z autentyczną przyjemością. To ostatnio rzadkość wśród architektów:) Poznałam też w końcu Jacka Grunt-Mejera, który zajmuje się programem rewitalizacji Pragi. „W końcu”, bo wcześniej czytałam sporo jego tekstów i facebookowych komentarzy – bardzo podoba mi się jego energia i zdroworozsądkowe podejście do rewitalizacji i zasad funkcjonowania miasta.

MUZEA

WP_20160123_18_04_48_Pro

Odwiedziłam przy okazji dwa warszawskie muzea. W Polinie – Muzeum Historii Żydów Polskich – byłam wcześniej jeszcze przed zainstalowaniem wystawy. Treaz prawie trzy godziny nie wystarczyły na dokładne obejrzenie całości i na pewno tam wrócę. Podobało mi się również Muzeum Warszawskiej Pragi z wystawą zaaranżowaną przez 137kilo. Nie wiedziałam nawet, że mieszała przy tym projekcie Charlie Koolhaas. Oprócz obejrzenia samej wystawy warto również zobaczyć konkursowe plansze i grafiki – to prawdziwy majstersztyk w przedstawieniu koncepcji. Mam słabość do makiet i myślę, że nadają się idealnie do prezentacji projektów krajobrazu, przestrzeni publicznych i właśnie wystaw. Uproszczenie, jakie daje model, pozwala na znacznie czytelniejsze wyjaśnienie, jaki jest główny zamysł, ale też na zbudowanie określonej atmosfery wokół projektu, zdecydowanie bardziej trafnie niż nawet najbardziej realistyczne wizualizacje.

MIASTOPROJEKCJE

IKM_MP

Zapowiadałam niedawno, że szykuje się kolejna współpraca z Maksem Bochenkiem. Już dziś zaczynamy nowy cykl spotkań w Instytucie Kultury Miejskiej. Tym razem w ramach serii Miastoprojekcje będziemy opowiadać o budynkach przedstawionych w serii filmów „Świątynie Kultury”. Rozbijamy filmy, oryginalnie złożone z trzech odcinków-budynków, na części prezentujące pojedyncze obiekty. Zaczynamy od Filharmonii Berlińskiej (na zdjęciu na górze), następne w kolejce – Centrum Pompidou.

KANADA

hp

Wspominałam już na Facebooku, że Heneghan Peng wygrało konkurs na Muzeum Kajaków w Kanadzie. Brzmi może mało poważnie (kajaki???), ale będzie się tam mieścić największa na świecie kolekcja kajaków, które stanowią kawał dziedzictwa kulturowego Kanady, w tym osiemnastowieczne eksponaty. Oprócz wystawy w muzeum zostaną zlokalizowane m.in. sale edukacyjne i warsztatowe, a także centrum kajakarstwa. Pracownie z całego świata wysłały prawie sto zgłoszeń, a elementem finałowej selekcji najlepszego projektu była publiczna prezentacja oraz internetowy sondaż – dziękujemy za wszystkie głosy! Nie pracowałam nad projektem konkursowym, ale cieszę się równie mocno, jak autorzy koncepcji. Powstanie budynek, który nie stara się być na siłę ikoną i prawie zniknie w krajobrazie.

A10

Cover-A10-61

A w styczniowo-lutowym numerze A10 pojawił się nasz (mojego osobistego urbanisty i mój) tekst o polskim mieszkalnictwie. Mam nadzieję, że się pojawił, bo nie miałam jeszcze okazji zajrzeć do środka:)

Tyle aktualności. Zamierzam teraz nacieszyć się przerwą w zajęciach na uczelni i zbierać siły na kolejny semestr. Znów będzie się działo – o tym wkrótce:) A gdyby jednak producenci papy termozgrzewalnej zdecydowali się na umieszczenie reklamy na moim blogu, obiecuję, że przemyślę nawet instagram!

[Fot. Monika Arczyńska, A10, designboom, IKM]

 

Ja też, ja też!

rower

Znajomi masowo publikują w sieci zdjęcia na rowerze, więc postanowiłam, że nie będę gorsza. Za to przyznam się, że na obiad zjadłam karkówkę, więc chociaż pod tym względem prawdziwa ze mnie Polka. Nie wiem, czy zwróciliście uwagę na pozostałą część wypowiedzi pana ministra „Wu Wu”, ale mam pewne wątpliwości, czy mieszkanie w różnych miastach to „normalne życie rodzinne pomiędzy mężczyzną a kobietą”, które tak „porusza większość Polaków”. Muszę o tym poważnie porozmawiać z moim osobistym urbanistą, bo jeszcze nam dowalą jakiś podatek za to rozbicie między Gdańskiem a Łodzią. Trzeba w końcu skądś wytrzasnąć fundusze na spełnienie wyborczych obietnic miłościwie nam panujących.

Zwróciliście przy okazji uwagę, że od dawna nie słychać popularnego niegdyś żartu, że na drogie i duże samochody decydują się panowie, u których występują pewne – nazwijmy to delikatnie – niedobory? Przypuszczam, że gdy samochody były jeszcze niedostępnym finansowo towarem, używano tego żartu z zazdrości, ale teraz brzmiałby lekko anachronicznie. Pasowałby jednak do kanonu niemądrych złośliwości, jakimi obsypują się obecnie dwie Polski.

A panu „Wu Wu” dedykuję tę piosenkę. Dziękuję za tę uroczą dawkę oparów absurdu!

[Fot. Łukasz Pancewicz]

Dla nosa, dla uszu, dla oczu

Dziś w drodze rowerem na KOD-ową manifestację myślałam, że się uduszę. W czasach zakupów online oraz tanich przesyłek kurierskich na przedświąteczne zakupy nadal jednak TRZEBA wybrać się samochodem, wrrrr. W centrum Gdańska aut było tak dużo, że chociaż rzadko jestem w stanie nawet poczuć zapach spalin, tym razem lekka mgiełka nie pozwalała się im unieść i wciskały się, lepkie, śmierdzące i niezdrowe, przez nos i usta.

Za to chwilę wcześniej było pięknie i pachnąco kawą i pierniczkami (a także świeżo usmażonym dorszem w fish&chips:). Wyjechałam, jak co roku, na świąteczny lancz do Dublina i znów miałam okazję nacieszyć się przez chwilę jednym z ulubionych miast. A przed świętami jest tam naprawdę wyjątkowo. Po centrum większość osób przemieszcza się pieszo, więc od rana do wieczora słychać szybki stukot obcasów, muzykę na żywo, śmiech i rozmowy oraz pogwizdywane pod nosem kolędy. Oprócz tych przyjemności dla nosa i uszu, rozpieszczane są też oczy, przede wszystkim światełkami (moje ulubione to żyrandole na Grafton Street) oraz wystawami sklepowymi. Najpiękniejsze, tradycyjnie, to te w luksusowym domu towarowym Brown Thomas.

060405

Ale wystawy wystawami, fish&chips fish&chipsami, ale każdy wypad do Dublina to także nadrobienie pracowych zaległości, których nie jestem w stanie wykonać na odległość. Tym razem było to przede wszystkim spotkanie z edytorką z magazynu DETAIL (w jednym z przyszłorocznych numerów pojawi się nasz projekt) oraz wizyta na budowie Galerii Narodowej. Od ubiegłorocznej wizyty, pomimo pewnych opóźnień, które przy tak głębokim grzebaniu w historycznej, chronionej tkance są dość oczywiste (za to niezwykle frustrujące dla prowadzących projekt architektów – Kasia, trzymam kciuki!), udało się ukończyć sporą część prac. Jednym z głównych celów przebudowy było tak sprytne ulokowanie nowych instalacji, żeby nie było widać żadnych zmian w budynku. Co za koszmar dla architekta, prawda? Projektować tak, aby jego praca nie była widoczna:) Na szczęście kilka przestrzeni, przede wszystkim tych organizujących komunikację w budynku, zmieni zupełnie charakter.

01

Jedna z nich zostanie po raz pierwszy w historii otwarta dla publiczności. Teraz wygląda trochę jak scenografia z Gwiednych Wojen (na zdjęciu powyżej), a to tylko rusztowania i zwykłe świetlówki. Ta przestrzeń była zawsze niedostępnym dla zwiedzających zapleczowym dziedzińcem, a stanie się miejscem pozwalającym na orientację i przejście między skrzydłami tego niezwykle skomplikowanego budynku. Zachowały się tam oryginalne wykończenia ścian – kamień i białe szkliwione cegły, które odbijały światło słoneczne do wnętrza Galerii w czasach, gdy o oświetleniu LED nikt nie śmiał nawet pomarzyć. Zachowały się również okna wpuszczające to światło do środka, jednak zamurowano je niegdyś, aby zwiększyć powierzchnię do wieszania obrazów. Teraz okna zostały na nowo odkryte i odrestaurowane.

07

Dziedziniec został już przekryty świetlikiem. Podpierają go szklane „żyletki”, dzięki którym całość będzie wydawała się tak lekka i przezroczysta, że aż prawie niewidoczna. Udało mi się wspiąć po drabinach, żeby zobaczyć, jak z bliska wyglądają detale, nad którymi pracowaliśmy kilka lat temu z inżynierami z paryskiej T/E/S/S, a które wykonała wykonała holenderska firma Octatube. Chyba wycałuję chłopaków przy najbliższej okazji – jest idealnie.

08

Nie miałam czapki św. Mikołaja (nie spełniłaby wymogów bhp), więc wybrałam najbardziej czerwony kask, jako udało mi się znaleźć. Nie umieszczę w najbliższym czasie nowych postów, więc już teraz życzę Wam wesołych świąt, drodzy Czytelnicy! Odpocznijcie i postarajcie się, proszę, nie myśleć przez ten czas o architekturze. Ja też spróbuję:)

[Fot. Monika Arczyńska]

 

Sześć liter górą!

GDYNIA

Kiedy dwa lata temu pisałam o tym, jak wygodnie mieszka się w nieco nudnawych miastach, miałam również na myśli Trójmiasto. To był dopiero rok po mojej przeprowadzce z Dublina do Gdańska i w ramach dysonansu podecyzyjnego starałam się patrzeć na Trójmiasto przez różowe okulary. Sporo rzeczy mnie tu wkurzało, ale było morze, było sześć liter w nazwie, byli fajni starzy znajomi i fajni nowi studenci, więc różowy kolor wydawał mi się jak najbardziej na miejscu. Po dwóch latach powinien wyblaknąć, ale im dłużej tu mieszkam, tym bardziej mi się tu podoba. Na dodatek odkryłam, że… tu wcale nie jest nudno.

Gdy zwiedza się własne miasto  (albo własne trój-miasto) z kimś, kto nie ma o nim zielonego pojęcia, można spojrzeć na nie z większym dystansem niż na co dzień. W weekend mieliśmy gości: przyjaciółka, która również ma na koncie kilka lat spędzonych w Irlandii, odwiedziła nas wraz ze znajomym z Zielonej Wyspy. To był jego pierwszy raz w Polsce. Kręcił nosem, bo liczył na kraj w ruinie i motoryzacyjne klimaty rodem z Hawany, a tu takie rozczarowanie. Autobusy przyjeżdżały punktualnie, w toaletach wisiał papier toaletowy, a jedyny fiat 126p, na którego trafiliśmy, był przelakierowany na krowomilkowy odcień fioletu, żeby wyglądać jeszcze bardziej słodko.  Na dodatek, jak na życzenie, właśnie opublikowano nową Diagnozę Społeczną i okazało się, że Gdańsk wskoczył z trzeciego na drugie miejsce, a na szczycie po raz kolejny znajduje się Gdynia. Miasta na sześć liter górą! Kiedy siedząc w knajpie na plaży popijaliśmy grzane piwo i opowiadaliśmy naszemu gościowi o tym, jak żyje się w Trójmieście, poczuliśmy, że to pierwszy raz, kiedy nie musimy udawać, że jesteśmy bardziej zachodni od Zachodu albo tłumaczyć, dlaczego nie wszystko działa tak, jak powinno. Tu już jest tak, jak zawsze chcieliśmy, żeby było.

Ale miasto to nie tylko infrastruktura i budynki. Może to mało architektoniczno-miejskie spostrzeżenie, za to kolosalnie wpływające na jakość życia w mieście: ludzie w końcu zaczynają ze sobą rozmawiać. To najbardziej chciałam przenieść z Dublina do Trójmiasta. W ramach eksplorowania nocnego życia Gdańska wpadliśmy z naszym weekendowym Irlandczykiem do WL4 – nowo otwartych pracowni artystycznych, tuż przy budowanym właśnie Muzeum II Wojny Światowej. Gdybym była artystką, chciałabym tam mieć pracownię: świetna lokalizacja, widok na wodę, dużo przestrzeni. I jakoś tak berlińsko, ale mniej hipstersko niż w tych wszystkich wypieszczonych miejscach z wegańskim jedzeniem i jogą, jakie dominują ostatnio w Polsce. Ale co najważniejsze, wszyscy tam ze sobą gadali. Ostatecznie wylądowaliśmy w pracowni niejakiego Cześka, grzejąc się przy jego kozie. Podobnie było tydzień temu na festiwalu Narracje, który odbywał się w Nowym Porcie – zaniedbanej, ale pięknej dzielnicy Gdańska. W lokalu o swojsko brzmiącej nazwie „Perła Bałtyku” zatrzymałyśmy się z przyjaciółką na „Perłę” właśnie i resztę wieczoru spędziłyśmy z poznaną tam ekipą. Było wesoło, zwłaszcza gdy napotkany przy jednej z artystycznych instalacji nowoporcianin grzecznie poprosił o pomoc we włamaniu się do (podobno) własnego mieszkania. Zgubił klucz, biedaczek, a aura taka niesprzyjająca nocowaniu pod gołym niebem… Tu naprawdę nie jest nudno:)

PS Właśnie przeczytałam, że na budynkach Urzędu Miasta w Gdańsku będą łopotać flagi Unii. I jak tu nie lubić miast na sześć liter? 😉

 [fot. Monika Arczyńska]

 

 

Pawilon idealny

IMG_1264

EXPO zakończone, pora więc zabrać się za podsumowania. Wspominałam, że spróbuję stworzyć subiektywny poradnik projektowania ‚pawilonu idealnego’ na podstawie własnych obserwacji i pokonkursowych doświadczeń. Posłużę się głównie przykładem brytyjskiego pawilonu, który moim zdaniem wyróżniał się najbardziej na tegorocznej wystawie. Jak się ostatecznie okazało, nie była to tylko moja opinia, bo otrzymał główną nagrodę za najlepszą architekturę i projekt krajobrazu.

  • Warunki konkursowe

Przede wszystkim należy wczytać się uważnie w warunki konkursowe i ocenić, czy… mają w ogóle sens. Polska zdecydowała się na udział we włoskim EXPO w ostatniej chwili, po wielokrotnych zapowiedziach wycofania się z imprezy. Regulamin doskonale odzwierciedlał ten pośpiech. Robił też wrażenie, że pisano go na kolanie, na zasadzie ‚kopiuj-wklej’ z poprzednich edycji. Chyba nawet nie zaangażowano do współpracy żadnego architekta, który sprawdziłby, czy wymagany program w ogóle mieści się na wąskiej i długiej działce. Pracując wraz z Menthol Architects nad projektem konkursowym zdecydowanie za bardzo podążaliśmy za warunkami, a trzeba było skupić się na rozwinięciu prostego, bezpośredniego pomysłu.

  • Intrygująca forma.

Pawilon idealny musi odróżniać się od innych, co przy typowej dla EXPO eksplozji form nie jest wcale takim prostym zadaniem. Wielkiej Brytanii udało się to dzięki spektakularnej konstrukcji, z daleka robiącej wrażenie nieregularnej, organicznej formy, z bliska okazującej się zestawieniem powtarzalnych aluminiowych elementów.  Po zmroku metalową konstrukcję dynamicznie podświetlano w rytmie związanym z tematem wystawy.

IMG_1250

  • Wystawa na konkretny temat

Większość pawilonów i wystaw skupia się na pokazywaniu stereotypowych obrazków. Ile można znieść takich banałów? No chyba, że ów banał jest równie apetyczny jak np. w  pawilonie francuskim. „I tak wszyscy wiedzą, że mamy najlepszą kuchnię świata, więc ją po prostu pokażmy”.  Te sery, wina, zioła, ryby zwieszające się z sufitu… W podłodze powinny być zainstalowane korytka dla odprowadzenia cieknącej śliny zwiedzających.

Brytyjczycy postawili na pszczoły  – niby trochę jak my na jabłka, ale w polskim pawilonie oprócz skrzynek na elewacjach i owoców, którymi można było się poczęstować, w środku było już zdecydowanie mniej owocowo. Czekoladowa kolejka Wedla, sklep z bursztynem, film Bagińskiego o historii Polski… co to miało wszystko wspólnego z sadownictwem?

IMG_1268

  • Wystawa zintegrowana z pawilonem

Tego zabrakło w większości pawilonów, które z reguły stanowiły zgrabne opakowanie dla dowolnej zawartości. W Brytyjczyków znów inaczej i konsekwentnie: pulsowanie światła i dźwięków odtwarzało na żywo buczenie prawdziwego ula. Brzęczenie owadów można było także usłyszeć ze specjalnych instalacji, przez rezonans kostny. Próbowałam tego pierwszy raz w życiu i wydało mi się to nieco niepokojące. No bo jak to: słychać to, czego nie słychać i to jeszcze przez wsadzony między zęby patyczek?

IMG_1260

  • Mocne wejście

Do pawilonu wchodziło się przez łąkę. W polskim pawilonie sad na piętrze był gwoździem programu, tu – dopiero wprowadzeniem. Czyli jak u Hitchcocka – zaczyna się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie rośnie.

IMG_1272

  • Olać otoczenie, otworzyć pawilon

Czy też – cytując za klasykiem – ‚fuck the context’. W takiej eksplozji form i kolorów myślenie o kontekście mija się z celem (na przykład obok pawilonu UK stał węgierski – najokropniejszy obiekt tej wystawy, wyglądający jak skrzyżowanie parówki z dżdżownicą). Warto za to ułatwić dostęp do wnętrza, chyba, że lubimy kolejki. U Brytyjczyków trzeba było co prawda poczekać na wejście, ale zaledwie przez kilka minut.

hun

  • Techniczne wyrafinowanie…

Trochę w tradycji dawnych wystaw światowych. Sprawdziłam – ta szalona konstrukcja to dokładnie 169 300 aluminiowe elementy. Budżetu wolę nie sprawdzać 🙂

IMG_1258

  • …lub sprytne wykorzystanie tanich materiałów

EXPO to świetny katalog materiałów, które mogą jednak wypaść bardzo różnie. Np. porządne lustrzane okładziny zastosowano wokół ogrodu w polskim pawilonie i tam wyglądały doskonale, ale już w kilku innych obiektach, gdzie użyto ich tańszego odpowiednika jako okładziny zewnętrznej, z widocznymi mocowaniami, wyglądały strasznie tandetnie. Pojawiło się sporo sklejki, drewna i tworzyw. Im prościej, tym lepiej. A jeśli prosto i oryginalnie, to już w ogóle najlepiej.

IMG_1242

  • Strefa chill-outu

W pawilonie albo tuż obok powinna pojawić się sympatyczna przestrzeń, kusząca, aby zostać tam chociaż na chwilę. Brytyjczycy, zamiast wzorem innych pawilonów bawić się w siedziska czy huśtawki, zorganizowali po prostu bar, serwujący wyspiarskie jedzenie i piwa. Oczywiście zostaliśmy, żeby wypić ale’a, tylko fish&chips już się skończyły. Niestety, a może „stety”, bo wygłodzeni popędziliśmy do holenderskiej części po zasłużoną porcję frytek z majonezem i krokietów.

Holandia w ogóle poszła po bandzie i zamiast stawiać klasyczny kubaturowy pawilon („Kolejny pawilon? Nuuudy!”), ściągnęła kilka food trucków serwujących wspomniane frytki z majonezem, poffertjes i Heinekena przy dźwiękach holenderskiego disco. Bawiłam się doskonale i do szczęścia brakowało mi tylko matjasa z cebulką.

I to chyba najlepsza wskazówka, jak zaprojektować pawilon: albo dać odwiedzającym do myślenia, albo na odwrót: zaserwować im trochę bezmyślnej przyjemności.

NL

[Fot. Monika Arczyńska]

Czarny nie znaczy ponury

DSC08456

Gdyby nie nagła zmiana planów, byłabym właśnie w Weronie na targach Marmomacc, gdzie miałam odbierać w imieniu biura International Award Architecture in Stone 2015. To kolejna nagroda, którą przyznano centrum obsługi turystów w Giant’s Causeway w Północnej Irlandii. Budynek został ukończony w 2012 roku i oprócz dotarcia do finału nagrody Stirlinga oraz shortlisty nagrody im. Miesa van der Rohe otrzymał wiele statuetek w różnych konkursach. Stone Award to niespodzianka – kolejne wyróżnienie, gdy myśleliśmy, że deszcz nagród już ustał. Istnieją jednak konkursy podsumowujące kilkuletnie okresy i tak właśnie należałoby nagradzać obiekty architektoniczne – po kilku latach użytkowania, gdy można już uczciwie ocenić, czy budynek tylko wygląda pięknie na zdjęciach, czy sprawdza się również pod względem funkcjonalnym (chociaż Stone Award, jak nazwa wskazuje, koncentruje się na kamieniu). Ale również, czy jego użytkownicy lubią w ogóle w nim przebywać.

Giant’s Causeway Vistor Centre, pomimo posępnego na pierwszy rzut oka wyglądu, to budynek, który da się lubić. Wielokrotnie rozmawialiśmy z pracownikami już po otwarciu i są bardzo zadowoleni z warunków, w jakich spędzają codziennie kilka godzin. Wiedzą dużo o projekcie i często było słychać dumę, że ich miejsce pracy to nie tylko obiekt doceniany za walory architektoniczne, ale również wyjątkowo energooszczędny budynek. Centrum posiada certyfikat BREEAM Excellent – wcale nie było łatwo go uzyskać w tak nietypowym obiekcie, gdzie kontekst narzucał bardzo restrykcyjne wytyczne projektowe (działka znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO).

Od początku było wiadomo, że należy użyć lokalnego bazaltu – takiego, jak heksagony Giant’s Causeway. Liczył się lokalny kontekst, ale i kwestie zrównoważonego rozwoju – transport materiału odbywał się w promieniu kilkudziesięciu kilometrów. Wybór kamienia i sposobu jego mocowania trwał długie miesiące. Po wielu testach, wizytach w kamieniołomie, konsultacjach geologicznych i obejrzeniu dziesiątek próbek, udało się ostatecznie ustalić, jak można by użyć tego materiału w nietypowy sposób. Bazalt nadaje się świetnie na drogi, jako kostka albo tłuczeń, ale jest zbyt kruchy dla innych zastosowań. U nas miały być z niego zbudowane całe elewacje i to nie jako okładzina, ale masywne słupy. Fasada to prawdziwy inżynieryjny majstersztyk. Kolumny z ręcznie ciętych bloków wyglądają bardzo podobnie, ale w zależności od smukłości są skonstruowane na trzy różne sposoby. Najcieńsze słupy mają w środku stalowe kable, a dodatkowo usztywnia je wypełnienie ze szkła.

Czerń ma wiele odcieni. W Giant’s Causeway bazalt w słońcu wygląda jak grafit, z lekko srebrzystym odcieniem, ale ponieważ w tej lokalizacji często pada, mokra powierzchnia staje się idealnie czarna i błyszcząca. Pamiętam moment, kiedy mieliśmy zadecydować o wykończeniu kamienia. Początkowo planowaliśmy matową powierzchnię, bo połysk wydawał się zbyt oczywisty. Kamieniarze, najlepsi pod słońcem fachowcy z McConnells & Sons, pokazali nam kilka różnych wykończeń, na koniec prezentując lekko wypolerowany blok. Ale nam się wtedy wszystkim zaświeciły oczy! Nie było już mowy o żadnym macie.

Mimo, że wielu osobom ten budynek kojarzy się z grobowcem z czarnego kamienia, stanowi źródło niezłej zabawy. Przede wszystkim dzieciaki szaleją na świetlikach, zaglądając do środka i machając do zwiedzających. Z kolei bazaltowe kolumny to świetne tło do zdjęć i wiele grup pstryka sobie zdjęcia między czarnymi kolumnami i pilastrami. Zabawnie wygląda kontrast między kolorowymi, przeciwdeszczowymi ubraniami a eleganckim, czarnym kamieniem. Prosta forma i czarny kolor nie oznaczają, że budynek staje się automatycznie smętnym sarkofagiem, ale nie można oceniać samej koncepcji. Należy poczekać na ostateczny efekt, po realizacji, gdy będzie można odkrywać bogactwo odcieni czerni i szarości w różnych porach dnia i przy różnej pogodzie. Czarny nie znaczy ponury!

DSC08489

[fot. Monika Arczyńska]

Mój pierwszy raz

aleja

To był mój pierwszy raz na EXPO. Nie trafiłam wcześniej do Hannoveru, chociaż to najbliższe EXPO ostatniej dekady, więc kiedy wyklarował się nagle wakacyjny kierunek, do którego nie dało się dolecieć bezpośrednio, przesiadka w Mediolanie narzuciła przystanek na wystawę. Na wystawę, której idei nie jestem w stanie zrozumieć. Dawniej – wiadomo. Kryształowe Pałace, wieże Eiffla i inne cuda przyciągały z całego świata ludzi, którzy chcieli zobaczyć je na własne oczy. Na dodatek dawne  wystawy światowe stanowiły niezły biznes (napiszę kiedyś o ekonomicznych aspektach konkursu na odpowiednik wieży Eiffla w Londynie – założenia czyta się jak współczesne wytyczne chciwego inwestora). Ale teraz, kiedy wszystko można zobaczyć w National Geographic albo na Discovery, własną wieżę Eiffla ma i Vegas, i wiele innych miejsc, a kobieta z brodą po zwycięstwie w Eurowizji robi tour po Europie, jaki jest sens EXPO? Tym bardziej, że zwiedzający robią wrażenie zmultiplikowanych inżynierów Mamoniów, którzy najbardziej lubią to, co już znają i zamiast odkrywać nowości, ciągną do pawilonów krajów, w których byli na wakacjach. Lub tych, które dobrze znają z mediów, stąd taki na przykład pawilon amerykański, bez względu na atrakcyjność wystawy czy architektury, zawsze będzie popularny. Na EXPO wszystkiego tak dużo, że chociażby się człowiek uparł i przychodził codziennie przez tydzień, nie da rady zobaczyć wszystkiego. Człowiek gapi się na zmęczone spacerowaniem po wystawie tłumy i zastanawia, po co oni tu wszyscy w ogóle przyjechali?

Tegoroczny temat – Feeding the Planet/Energy for Life -€“ aż prosił się o bardziej refleksyjne spojrzenie na kwestie zrównoważonego rozwoju, niedoborów wody czy głodu na świecie, a ostatecznie okazał się rozrywkowym festiwalem smaków z całego świata serwowanych na jednorazowych talerzykach. Brrr. Herzog & de Meuron, autorzy masterplanu, wycofali się ostatecznie z projektu, gdy okazało się, że zamiast zrewidowania koncepcji światowej wystawy organizatorzy zdecydowali jednak o stworzeniu kolejnego światowego jarmarku. Ogólne ramy masterplanu jednak pozostały, ale jak sprawdziły się w tej jarmarcznej konwencji? Główna ulica zadziałała świetnie, zadaszenia skutecznie chroniły przed słońcem, ale już proporcje działek sprawiały problemy. Pawilony były za wąskie, aby umożliwić wejście i wyjście w tym samym punkcie, więc albo trzeba było kierować zwiedzających przez cały obiekt, co niekoniecznie współgrało z sąsiednimi pawilonami, albo wprowadzać na piętro. A ile razy można pokonywać schody podczas jednego dnia i to jeszcze w upał? Za to na końcu wielkiej alei stanął skromny pawilon Slow Food według projektu Herzoga&deMeurona, z sympatycznym ogrodem warzywnym (i z kapitalnym aperitivo). Idealne wyciszenie na zakończenie zwiedzania.

hdm

hdm02

Oczywiście sporo uwagi poświęciłam polskiemu pawilonowi. Brałam wraz z Menthol Architects udział w konkursie i… dobrze, że nie wygraliśmy. Bo po pierwsze za bardzo staraliśmy się spełnić wymagania konkursu (o tym jeszcze napiszę), po drugie pawilon Argentyny był zorganizowany identycznie jak nasz projekt, a po trzecie nie powinniśmy w ogóle zabierać się za ten konkurs, nie będąc wcześniej na żadnym innym EXPO.  Dlatego biegając od pawilonu do pawilonu cały czas oceniałam je pod kątem sprawdzenia się na tego typu wystawie i weryfikowałam, które z naszych założeń okazały się słuszne, a w których aspektach koncepcji trafiliśmy kulą w płot.

Ponieważ relacji z EXPO było już mnóstwo i  w prasie, i na blogach (obszerny materiał przedstawiła m.in. Pani Dyrektor), swoją przedstawię jako dwa poradniki. Jeden dla osób, które dopiero się wybierają (wystawa trwa do końca października, ale przecież będą kolejne edycje), a drugi dla tych, którzy będą chcieli wziąć udział w kolejnym konkursie na polski pawilon, czyli przegląd projektów, które się sprawdziły i tych, które większość odwiedzających wystawę omijała szerokim łukiem. Jak pokazują przykłady WWAA i 2pm, zwycięstwo to niezła przepustka do kariery dla młodych pracowni. Sama chciałabym dostać taki poradnik rok temu:)

Dziś więc o tym, jak się przygotować do zwiedzania i na co zwracać uwagę.

  • Zadecydujcie wcześniej, jak dokładnie chcecie zwiedzać wystawę. Jeden dzień wystarczy na bardzo pobieżne zobaczenie pawilonów z zewnątrz €- tyle czasu spędziłam odpuszczając sobie wchodzenie do środka. Wyjątek zrobiłam tylko dla kilku, ale czas oczekiwania na wejście był jednym z warunków. Czas oczekiwania trudno ocenić po długości kolejki (każda przesuwa się w innym tempie), a  aktualizowane na bieżąco tabliczki z informacją o czasie oczekiwania zauważyłam tylko€“ przed pawilonami Niemiec i Japonii. Cóż za cudowne potwierdzenie stereotypu o perfekcyjnej organizacji pracy w tych krajach!
  • Wygodne buty to podstawa! Szpilki tym razem najlepiej zostawić w domu.
  • Poczytajcie wcześniej o pawilonach, żeby ustalić, które trzeba zobaczyć obowiązkowo, a które można pominąć. Część decyzji i tak zweryfikujecie na miejscu. Na mojej obowiązkowej liście był m.in. pawilon Brazylii, ale siatkę do chodzenia obejrzałam już tylko od spdu, bo szkoda mi było czasu na czekanie.

Brazylia

  • Podobno (nie testowaliśmy) warto wybrać się na teren EXPO zaraz po otwarciu i od razu zająć miejsce w kolejce do najpopularniejszych miejsc.

Japan

[Kolejka do japońskiego pawilonu – jak po chińskie ręczniki za czasów PRL]

japan02

[Za to w części ogólnodostępnej można było trafić na takie atrakcje]

  • Warto zostać do późna, gdy włączana jest iluminacja pawilonów.

night

  • Jeśli nie chcecie zbankrutować na miejscu, a nie planujecie smakowania specjałów z całego świata, warto zaopatrzyć się w kanapkę. Albo śledzić, w których pawilonach są happy hours (mam wrażenie, że Słowacja przyciągała głównie piwem za 2 euro:)
  • Warto wyspać się porządnie dzień wcześniej. Nie polecam wycieczki naszym sposobem, czyli po locie o szóstej rano i trzech godzinach snu. EXPO to wyjątkowo męczące miejsce i nawet espresso co godzinę nie pomaga. Za to pawilon kawy to jedno z najprzyjemniejszych miejsc na EXPO – działających na wszystkie zmysły, zwłaszcza smaku i węchu.

kawa 02

kawa 01

[W pawilonie kawy]

[fot. Monika Arczyńska/Łukasz Pancewicz]

Gorący temat

Dziś temat trójmiejski, więc przy okazji załatwię pewną gdańską prywatę. Ponownie zgłosiłam SIX LETTER CITY w konkursie na najlepszy gdański blog i chociaż wiem, że jak zwykle przegram z szafiarkami, byłoby mi bardzo miło nie przegrać z kretesem. Kimkolwiek lub czymkolwiek ów kretes jest:)

Gdansk_MAPA

Najgorętszy ostatnio temat w Gdańsku to wcale nie końcówka sezonu ani temperatura wody w Zatoce, ale drogi. Kilka dni temu jednym głosem (eh…) Rada Miasta zadecydowała o rozpoczęciu przygotowań do kolejnego etapu realizacji tzw. Drogi Zielonej. Zielona nie dość, że odetnie pas nadmorski od reszty miasta, to na dodatek jej przedłużenie ma stanowić tunel pod wzgórzem Pachołek, wstępnie szacowany na – bagatela – dwa miliardy złotych. Już istniejący fragment tej trasy muszę pokonać na trasie nad morze. Na wielkim skrzyżowaniu brakuje jeszcze chyba tylko estakady, żeby całość wyglądała jak mokry sen drogowca. Brakuje tam za to autentycznie chodnika, którym można by wzdłuż tego zielonego potwora przejść. Probowaliśmy kiedyś ze studentami wymyślić strategię na „uczłowieczenie” tej bariery i niestety, wszystkie pomysły poległy na tych hektarach asfaltu.

Inny gorący temat drogowy sprzed tygodnia to kwestia pewnego przejścia dla pieszych we Wrzeszczu, przy teatrze Miniatura (na mapce zaznaczone znakiem zapytania). Kiedyś  działało bez świateł, potem je zlikwidowano, ale z obietnicą przywrócenia. Teraz temat powraca z licznymi sugestiami, żeby jednak go nie przywracać. Dominuje argument, że to przejście było niebezpieczne, ale fakt, że między najbliższymi zebrami jest w tym miejscu aż pół kilometra, już nie wzrusza – przynajmniej kierowców. A nie dość, że dzielnica, która w Gdańsku pełni rolę centrum usługowego i posiada najlepsze połączenia komunikacyjne z innymi dzielnicami oraz już zaraz z lotniskiem (Kolej Metropolitalna!), jest przecięta torami kolejowymi z kilkoma zaledwie przejściami, to na głównej arterii komunikacyjnej systematycznie znikają przejścia dla pieszych. Tak jak to przy Miniaturze. Na powyższej mapce widać skalę problemu – arterię (grubszą, na dole) i tory zaznaczyłam na niebiesko, bo stanowią równie mocną barierę, jak dwie rzeki. Tyle, że z sunącymi samochodami zamiast kaczek i łabędzi.

Z ciekawości porównałam odległości między przejściami do dystansów między mostami przez przecinającą samo centrum Dublina rzekę Liffey (mapki są w tej samej skali).

Dublin_mapa

I co? Gęsto! A to przecież mosty, a nie namalowana na asfalcie zebra!

Poza tym biegnące wzdłuż Liffey ulice to główne połączenie W-Z przez śródmieście Dublina. Miasta, gdzie dominuje mieszkaniowa zabudowa szeregowa, które rozpełzło się we wszystkich możliwych kierunkach na wiele kilometrów i w którym teoretycznie bardzo trudno bez samochodu dotrzeć z podmiejskiego domu do pracy w centrum, bo transport publiczny jest, jaki jest. Ostatnio się poprawił, więc przypadki czekania prawie godzinę na kolejny autobus, bo akurat poprzedni wypadł z trasy, zdarzają się rzadziej, jednak idealnie nie jest. Jakimś cudem w Dublinie do centrum bez samochodu docierają jednak nawet pracownicy korporacji, od których wymaga się nienagannego wyglądu w pracy (ach, jak uwielbiam ten argument polskich kierowców). Szpilki można założyć dopiero w biurze, a noszenie przy sobie parasola skutecznie zapobiega zniszczeniu fryzury przez deszcz.

Na czym polega sekret Dublina? Po tym mieście się chodzi. Sprawnie, szybko i dużo. Pamiętam ranking miast, w których piesi osiągają najwyższe prędkości i Dublin był w czołówce (obok Manhattanu, po którym aż trudno spacerować wolnym krokiem, bo pędzący tłum doslownie porywa co wolniejszych pieszych). Poza tym mentalne postrzeganie odległości jest inne. Jeśli spacerem można gdzieś dojść w 20-30 minut, dublińczycy wiedzą, że nie ma sensu szukać alternatywnego rozwiązania. Po powrocie z Irlandii sama zaczęłam pokonywać pieszo gdańskie trasy, na których wcześniej zawsze podjeżdżałam tramwajem.Za przechodzenie na czerwonym świetle nie dostaje się mandatu, dzięki czemu można uniknąć spowolnienia tempa. A ponieważ w pół godziny da się bez problemu przejść około trzech kilometrów, więc nawet gdy autobus nie podjeżdża pod samo biuro, zawsze można pieszo pokonać dystans od przystanku.

Po Wrzeszczu również doskonale by się chodziło, gdyby nie światła co kawałek i gdyby nie – właśnie – brak przejść dla pieszych. Podział na Wrzeszcz Dolny (od torów kolejowych w stronę morza) i Górny (po przeciwnej stronie) wzmacnia się ostatnio coraz bardziej z uwagi na te bariery. Mimo, że odległości w linii prostej w dzielnicy są na tyle niewielkie, że w ciągu kwadransa można by spokojnie dojść do każdego ważniejszego punktu, brak przejść i konieczność czekania na zielone światło wydłuża koszmarnie czas spaceru.

Nie proszę o przejścia dla pieszych. Ja się ich domagam, do jasnej cholery!

[ryc. Monika Arczyńska – mam nadzieję, że nie pominęłam żadnych mostów ani przejść:)]

Stało się coś niebywałego

zajecia_03

„Stało się coś niebywałego” – taki komentarz wywołało piątkowe wydarzenie w łódzkim Prexerze. Studenci zaprezentowali wyniki projektu rewitalizacji Starego Polesia, który prowadziliśmy z Łukaszem Pancewiczem w ramach kursu projektowania urbanistycznego dla pierwszego roku studiów magisterskich na Politechnice Gdańskiej. Zajęcia były prowadzone po angielsku i brali w nich również udział studenci z wymiany Erasmus z Niemiec i Francji.

Zamiast podzielić studentów na grupy, z których każda pracowałaby nad własną koncepcją, postanowiliśmy przeprowadzić pewien eksperyment i pracować ze wszystkimi jako jednym zespołem. Nasze obserwacje i doświadczenia zawsze potwierdzały, że chociaż studenci i absolwenci polskich uczelni nie odstają merytorycznie od  tych z zachodnich wydziałów, umiejętność organizacji pracy, a przede wszystkim współpracy z branżystami i zespołem, to prawdziwa pięta Achillesowa. O tym między innymi rozmawialiśmy kilka tygodni temu podczas debaty z Blok Blogiem o kształceniu architektonicznym w Polsce. Rozwinięcie umiejętności pracy w grupie stanowiło więc absolutny priorytet. Wprawką był wałbrzyski Architektour, który pokazał, że taki eksperyment może udać się na małą skalę, ale czym innym jest kilkudniowa intensywna praca w dwa razy mniejszej grupie, a czym innym semestralny projekt. Sami nie wiedzieliśmy, jak się wszystko potoczy, ale okazało się, że zdecydowanie było warto spróbować. Przez piętnaście tygodni sala 415 zamieniała się co piątek w sporą, bo ponadtrzydziestosobową, pracownię. Tematem zajęć była rewitalizacja Starego Polesia w Łodzi – fantastycznie zlokalizowanej i zdecydowanie klimatycznej, ale bardzo zdegradowanej dzielnicy o złej sławie. Założeniem było stworzenie wielowątkowej koncepcji poprawy jakości życia w dzielnicy, ale w oparciu o istniejącą infrastrukturę, bez nierealistycznych (zwłaszcza finansowo) założeń, do przeprowadzenia przy dużym udziale mieszkańców. Kilka pomysłów, takich jak przekształcenia podwórek, zostało zaprezentowanych w dwóch wersjach – tymczasowej, niskobudżetowej i trwalszej, wymagającej większych nakładów finansowych.

Łukasz był odpowiedzialny głównie za sprawy merytoryczne i kontakty z Łodzią, ja za organizację pracy. Ale to, co się wydarzyło później nie jest naszą zasługą, tylko niesamowitej ekipy studentów. Ekipy, która zaskakiwała nas od samego początku. Ani nie narzekała, że z zaledwie tygodniowym wyprzedzeniem zarządziliśmy wyjazd do Łodzi, ani już na miejscu, kiedy podczas biegania od spotkania do spotkania nie było nawet czasu na zjedzenie kanapki. Ba, zamiast spędzić całą noc na imprezowaniu w łódzkich knajpach, część osób wstała o siódmej rano, żeby jeszcze raz zobaczyć teren. Nie było nawet sugestii rezygnacji z angielskiego podczas zajęć, chociaż nie we wszystkich grupach pracowali studenci z wymiany, a końcowy raport napisany był po polsku, żeby wszyscy zainteresowani łodzianie mogli z niego skorzystać. Dopiero w Łodzi po raz pierwszy usłyszeliśmy studentów prezentujących projekt po polsku. Kontakt z urzędnikami i lokalnymi aktywistami nie skończył się na tym pierwszym spotkaniu, ale trwał przez cały semestr. Studenci zdążyli zorganizować dofinansowanie do projektu, pojechać ponownie do Łodzi, żeby przeprowadzić wywiady z mieszkańcami i uzupełnić dokumentację fotograficzną oraz… złożyć wniosek grantowy na przekształcenie podwórek na Starym Polesiu.

Złożony temat wymagał precyzyjnego podziału obowiązków. Na podstawie wstępnych analiz i dyskusji zostało wyodrębnionych pięć zespołów: projektowe, zajmujące się przestrzeniami publicznymi i ulicami, grupa koncentrująca się na działaniach społecznych, odpowiedzialna za marketing oraz tzw. glue team, czyli zespół „sklejający” poszczególne działania. Każda grupa miała lidera koordynującego prace zespołu. Studenci sami wybierali, w której grupie chcą pracować i czy chcieliby przyjąć obowiązki koordynatora. Warunkiem udanego, spójnego rezultatu była bliska współpraca poszczególnych zespołów, dlatego przy omawianiu każdego tematu działań od razu ustalalano, które grupy powinny wspólnie się nim zająć. Takich konfiguracji było sporo, a ponieważ nie udałoby się koordynować i sprawdzać na bieżąco pracy ponad trzydziestu osób, co tydzień rozmawialiśmy z liderami, a co kilka zajęć z całą grupą, kiedy demokratycznie były podejmowane najważniejsze decyzje projektowe. Wsparciem były także konsultacje projektowe zaproszonych ekspertów zewnętrznych.

zajecia_01

Nie zawsze było łatwo. Grupy toczyły prawdziwe boje, zwłaszcza, gdy trzeba było podjąć kluczowe decyzje w kwestiach transportu. Kiedy jednak rozmawialiśmy już po łódzkiej prezentacji, okazało się, że wszyscy są doskonale świadomi, czego nauczyli sie przez ten semestr, zarówno w kwestiach merytorycznych, jak i organizacyjnych, związanych z zarządzaniem procesem projektowym. Problemy były identyczne z tymi „korporacyjnymi” – trudność w wypośrodkowaniu między nadmierną autorytarnością a wycofaniem, utrzymywanie stałego poziomu motywowania zespołu, precyzja w definiowaniu zadań oraz praca według weryfikowanego na bieżąco harmonogramu i pod ogromną presją czasu.

„Docieranie się” zespołu następowało tak błyskawicznie. To dojrzała grupa, która potrafiła słuchać i nie upierała się przy pierwszych pomysłach (to największa zmora we współpracy ze studentami). Koncepcji było tyle, że najważniejsze okazało się ustalenie ich optymalnej liczby i decyzja, które działania są priorytetowe. W wielu momentach wycofywaliśmy się jako prowadzący, bo cały proces organizacji pracy i podejmowania decyzji był doskonale ustalony przez studentów. Wtrącaliśmy się głównie wtedy, kiedy zespół komunikował taka potrzebę (głównie w kwestiach merytorycznych) lub gdy widzieliśmy, że potrzebne jest lekkie sterowanie z góry. Tydzień przed zakończeniem projektu spotkaliśmy się, żeby złożyć raport podsumowujący prace. Chociaż na początku przewidywaliśmy, że skończy się na niewielkiej broszurze, zakres rósł i rósł, aż skończyło się na… ponad dwustu stronach.

zajecia_02

[Składanie raportu]

prezentacja_02

[Plansze i materiały reklamowe]

prezentacja_07

[Raport i materiały reklamowe – koszulki, piny, torby, pocztówki, stempel, wlepki – z motywami graficznymi ze Starego Polesia]

prezentacja_06

[Na pierwszym osoby, które bardzo pomagały w projekcie: planie Bartek Zimny – twórca łódzkiego woonerfu i oficer rowerowy, tyłem Agnieszka Reiske ze stowarzyszenia Współ-dzielnia ze Starego Polesia]

prezentacja_05

[Publiczność podczas prezentacji; na oknach plakaty reklamujące dzielnicę i planowane w niej wydarzenia]

prezentacja_04

[Ania Sokołowska z Miejskiej Pracowni Urbanistycznej z raportem]

prezentacja_03

[Kinga Rzeplińska, odpowiedzialna za grafikę i Zofia Ulman, autorka strony internetowej]

Na prezentację w ubiegły piątek do Łodzi przyjechali liderzy oraz część zespołu marketingowego. Nie było już czasu ani na porządne wsparcie w ustaleniu ostatecznej prezentacji, ani na próbę generalną. Obawialiśmy się trochę, czy ponadgodzinny wykład o tak wielowątkowym projekcie okaże się wystaczająco czytelny i wciągający dla publiczności, ale skończyło się kolejnym pozytywnym zaskoczeniem! Podczas dyskusji po prezentacji liderzy odpowiadali na pytania (przede wszystkim te najtrudniejsze – dotyczące kwestii transportowych i finansowania przekształceń) z takim profesjonalizmem, jakby od lat byli zaangażowani w programy rewitalizacji.

Wszystkie materiały zostały przekazane miastu – urzędnikom, społecznikom i radnym. Na pewno zostanie wzdrożona strategia marketingowa – to element koncepcji, który nie wymaga oddolnego zaangażowania ani wielkich nakładów finansowych, bo materiały (identyfikacja wizualna, strona internetowa czy plakaty) są już gotowe. Wiele działań można zrealizować przy minimalnym dofinansowaniu, jak grant, o który studenci starali się w trakcie semestru. Podczas prezentacji padały konkretne kwoty, określone w oparciu o analogiczne działania przeprowadzone wcześniej w innych polskich ośrodkach. Wyniki pracy można zobaczyć na stronie www.starepolesie.com, raport także tu.

prezentacja_01

[Prezentacja części marketingowej prowadzonej pod kierownictwem Karoliny Zarychty, na fotelach od lewej Natalia Podejko, liderka grupy koordynacyjnej, Agnieszka Stobierska, szefowa działań społecznych, Justyna Król – liderka grupy projektującej ulice i Michał Bainka – przestrzenie publiczne oraz Zofia Ulman]

Po takim semestrze potwierdza się, jak ważne jest wzajemne zaufanie w zespole. Okazało się, że warto rzucić studentów na głęboką wodę i pozwolić im współtworzyć cały proces organizacji zajęć – efekty tego eksperymentu przeszły nasze najśmielsze oczekiwania. Momentami czułam się jak podczas pracy w biurze, gdzie również mamy idealnie zgrany zespół – zresztą metody organizacji pracy właśnie stamtąd zostały zaczerpnięte. Szkoda, że nie szukam właśnie pracowników do gdańskiego oddziału, ale i tak prawie wszyscy studenci zaraz wyjeżdżają na Erasmusa:)  Cały czas nie mogę uwierzyć, że wszystko się udało i że w zaledwie cztery miesiące udało się uzyskać takie rezultaty.

Dziękuję, współpraca z Wami była ogromną przyjemnością!

Autorzy

[fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz, Agnieszka Chromiec – portrety]

Życie między budynkami (Kopenhagi)

pan

Zaczynam się czuć jak Charlize Mystery, która po każdym wyjeździe na New York  Fashion Week umieszcza na blogu dziesiątki postów typu „Zwiedzać Nowy Jork śladami Kevina w Nowym Jorku”.  Obiecuję jednak, że u mnie nie pojawi się post „moje ulubione restauracje w Kopenhadze”, chociaż przyznaję, że jeden arabski przybytek zaraz przy Superkilen (tematycznie, bo imigrancko) miałabym ochotę zarekomendować. Obiecuję też, że to ostatni post o Kopehadze, bo Charlize M. przynajmniej nie rozwleka powyjazdowych opowieści przez trzy miesiące po powrocie:)

Dziś będzie nie o restauracjach, nie o Kevinie, ale o Janie. Janie Gehlu. Postanowiłam sprawdzić, czy Kopenhaga jest faktycznie taka „gehlowata”, jak wskazywałoby na to nie tylko samo „Życie między budynkami”, ale i reputacja miasta uważanego za jedno z najbardziej „zielonych” na świecie. Żeby tylko reputacja – Kopenhaga pojawia się na szczycie wszystkich rankingów miast ekologicznych czy miast o najwyższej jakości życia. Istnieje nawet tzw. „wskaźnik kopenhagenizacji” określający, jak bardzo miasta są przyjazne i bezpieczne dla rowerzystów oraz na ile skuteczna jest ich polityka prorowerowa oraz rozwój infrastruktury.

Przyznaję, że nie mam do Gehla tak nabożnego stosunku jak większość znanych mi architektów i urbanistów. „Życie między budynkami” (które stoi na mojej półce w holenderskiej wersji pod uroczym tytułem „Leven tussen huizen”) to jednak przełomowa lektura i zdaję sobie sprawę, że to między innymi dzięki niej nastąpiła prawdziwa miejska rewolucja. Symbolem „kopenhagenizacji Kopenhagi” było wyrzucenie w 1962 roku samochodów z samego centrum miasta, ulicy Strøget, dziś  deptaka ze sklepami i kawiarniami. Jeden z jego końców wypada na Rådhuspladsen, placu z ratuszem, jednym z miejsc, w których gdzie Gehl prowadził swoje obserwacje zachowań ludzi w przestrzeniach publicznych. Plac, jest w tej chwili zastawiony wielkim ogrodzeniem – realizowana jest właśnie kolejna linia metra i w mieście można natknąć się na sporo budów nowych stacji. Rådhuspladsen cały czas pozostaje jednak miejscem spotkań, poza tym wędrują tam obowiązkowo wszystkie wycieczki . Wiadomo – ratusz, centrum, historyczne miejsce, ale ciekawa jestem, czy przewodnicy wspominają również o Gehlu i jego rewolucyjnej książce.  Wycieczki stanowią za to świetny obiekt obserwacji – turyści ustawiają się w idealne kółka i stają w mniej więcej takich samych odległościach od siebie. koleczka

[Wycieczki w kółeczkach – ciekawe, czy Gehl też zwrócił uwagę na to zjawisko pisząc „Życie…”] Gehl

[To tu! Tylko widok w tle średnio teraz atrakcyjny przez budowę metra]

Przestrzenie publiczne Kopenhagi są demokratyczne i egalitarne aż do bólu. Rozczulają drobne uprzejmości między użytkownikami przestrzeni. Może nie da się zaobserwować tylu rozmów między nieznajomymi, jakie pamiętam z Dublina, za to co chwilę widać pozornie mało ważne interakcje. A to ktoś ustępuje komuś miejsca na ścieżce rowerowej, a to mama z wózkiem odstawia go kawałek dalej, żeby nastolatki szalejące na deskorolkach miały więcej przestrzeni.  Aż trudno wyobrazić tu sobie jakiekolwiek przejawy ulicznej agresji, chociaż wierzę, że muszą jej nieco generować chociażby korki rowerowe w godzinach szczytu. W wielu miejscach ustawione są liczniki rowerów (czy przypadkiem nie Gehl stwierdził kiedyś, że należy mierzyć zjawiska, na których nam zależy?) i z ciekawości porównywałam wyniki ze wskazaniami, które obserwuję na licznikach w Gdańsku. W końcu mieszkam w najbardziej roweowym mieście w Polsce:) Oczywiście kopenhaskie liczby znacznie przekraczają gdańskie, ale np. porównanie duńskiego sobotniego poranka z gdańskimi godzinami szczytu w środku tygodnia nie jest już tak rozbieżne.

Gehlowskie „przysiadanie”, o którym pisałam już kiedyś w kontekście pewnego łódzkiego krawężnika, odbywa się dosłownie wszędzie. Rozumieją to doskonale projektanci nowych przestrzeni publicznych, którzy oprócz standardowych ławek projektują często amfiteatralne struktury albo stosują drewno – znacznie przyjemniejsze do siedzenia niż beton czy kamień – na nabrzeżach, gdzie sympatycznie jest pogapić się na wodę. W ciepły dzień tłumy przysiadły między innymi na jednym z głównych mostów w centrum  miasta, po nasłonecznionej stronie, bezpośrednio na nagrzanych kamieniach. Nikt się nawet nie przejmował, że z poziomu chodnika nie ma widoku na wodę – wystarczająco atrakcyjne było patrzenie na przemieszczających się ludzi oraz dziesiątki rowerzystów i wystawianie twarzy do słońca. W pobliskim supermarkecie można było zaopatrzyć się w zgrzewkę piwa i nikt nie przejmował się piciem w miejscach publicznych (czy tam w ogóle jest jakikolwiek zakaz?). Nikt też nie zachowywał się nieprzyzwoicie, rozochocony promilami w krwiobiegu.

most Tuborg na moscie

[To nie jest reklama tuborga!]

Nieformalnie, bezpiecznie, spontanicznie – tak będą mi się kojarzyć przestrzenie publiczne Kopenhagi. Czego i polskim miastom życzę:)

[Fot. Monika Arczyńska/Łukasz Pancewicz]

Teren zabudowany (czyli krajobrazowy)

zabudowany 02

Mam nadzieję, że wszyscy porządnie odpoczęli podczas  ostatniego weekendu. Ja też skorzystałam z tej niesamowitej pogody i zamiast pracować nad zaległymi zleceniami, wybrałam się z moim osobistym urbanistą na plażę pod Gdańskiem. Po drodze, jadąc spacerowym tempem rowerami, mijaliśmy między innymi takie znaki, jak na zdjęciu i przypomniała mi się pewna nie do końca architektoniczna, ale za to zdecydowanie krajobrazowa anegdota.

Otóż jako już wcale nie taka mała dziewczynka byłam święcie przekonana, że ten znak oznacza początek nie terenu zabudowanego, ale… strefy krajobrazowej. Mówiąc wprost, po minięciu tego właśnie znaku należałoby zacząć uważnie się rozglądać, wypatrując interesującej sylwety miasta albo wsi. W polskim krajobrazie w sywetach z reguły dominuje wieża kościoła – w jakim innym celu miałaby przecież być pokazana na tym czarno-białym obrazku? Chyba tylko po to, żeby wiedzieć, że zaraz się pojawi i jej nie przegapić. Poza tym na tych niemieckich autostradach, jedynych, jakie wówczas znałam, takich znaków nie było, bo po co. „Autobany” przebiegały przecież przez jakieś strasznie nudne płaskie tereny albo, co gorsza, były obstawione ekranami akustycznymi. Z kolei oznaczenie końca  drogi przebiegającej przez obszar zabudowany, czyli ten sam znak z czerwonym przekreśleniem, stanowił w moim przekonaniu informację, że to, co ciekawe, już za nami i można z powrotem skupić się na prowadzeniu samochodu. Byłam bardzo rozczarowana, kiedy w końcu ktoś mi wytłumaczył prawdziwe znaczenie tego znaku.

Od niedawna funkcjonują nowe przepisy i kierowcom, którzy na obszarze zabudowanym przekroczą dozwoloną prędkość o co najmniej 50 km/h, zostanie natychmiast odebrane prawo jazdy. Aby móc się rozglądać, trzeba jechać wolno. Może ten mój dziecięcy pomysł nie był wcale taki absurdalny?

[fot. Monika Arczyńska]

Turystyka bjarkeingelsowa

VM_01

Od wyjazdu minął już ponad miesiąc, a ja wciąż wracam myślami do Kopenhagi. Wracam na tyle intensywnie, że na zajęciach ze studentami automatycznie przychodzą mi do głowy duńskie projekty. Kiedy podczas wykładu o narzędziach opisywania i interpretowania architektury miałam wybrać przykład diagramu wyjaśniającego, skąd wzięła się koncepcja, nie trafiło ani na Roberta Koniecznego, ani nawet na MVRDV, ale na BIG i VM Houses. Ten schemat nie mógłby być banalniejszy, ale jego siła leży w prostocie pokazania, jak kilka modyfikacji standardowego układu potrafi przełożyć się na  bogate połączenia widokowe i formę. Ale te budynki mają coś jeszcze: szalone balkony, na tle których oczywiście musiałam sobie zrobić obowiązkowe selfie. Na zdjęciach wyglądają na jakiś wyrafinowany element architektoniczny, a w rzeczywistości są bardzo racjonalnie zaprojektowane.Naliczyłam zaledwie trzy typy trójkątnych, stalowych, podwieszonych balkonów – symetryczne oraz przekrzywione na lewo i na prawo. Sprawiają wrażenie nieregularnie wystających z elewacji kolców, a wszystko dzięki temu, że ustawiono je według zasady „kontrolowanego chaosu” – nigdy nie liniują się więcej niż dwa z nich. A może liniują, tylko od patrzenia zaczęło mi się kręcić w głowie:) VM_02

[Szalone balkony]

VM_03

[Tak wygląda spokojniejsza strona] VM_04

[Lepiej niż w Jednostce Marsylskiej! Podniesienie budynku o jedną kondygację umożliwiło zorganizowanie na poziomie zero parkingu rowerowego chroniącego jednoślady przed deszczem, ścianki wspinaczkowej oraz wydzielenie świetlicy dla mieszkańców]

VM_05

[Gdzieniegdzie coś się sypie lub odpada, ale to nie jest architektura, która ma przetrwać stulecia]

Obok VM Housing (czyli w nowej dzielnicy Ørestad, dziesięć minut koeljką do centrum), stoi równie znana mieszkaniowa realizacja BIG (z JDS): Bjerget czyli Mountain Dwellings. Tarasowo schodzące mieszkania przykrywają parking. Na parking można wejść (mogą z niego korzystać nie tylko mieszkańcy budynku), więc oczywiście zaczęliśmy biegać po poszczególnych kondygnacjach, próbując zrozumieć, jak ten budynek jest w ogóle zorganizowany. Zobaczyła nas pewna wjeżdżająca właśnie samochodem pani i widząc nasze zainteresowanie oraz pewnie przyzwyczajona do przewalających się tabunów architektów, zapytała, czy studiujemy architekturę. Jak się nagle poczułam młodo:) Co odpowiedzieliśmy? „My już nie, ale nasi studenci tak”. Chyba ją to przekonało, że może warto nam pokazać więcej, a może uznała, że przydałaby się jej pomóc z wniesieniem zakupów, bo zaprosiła nas do siebie. Dopiero w jej mieszkaniu dotarło do nas, jak wyjątkowy jest ten budynek. Można się tam naprawdę poczuć jak we własnym domu ze słonecznym ogrodem, z pięknym widokiem na kanał, zieleń i domy. Właścicielka mieszkania, które oglądaliśmy, przeniosła się tam po śmierci męża z domu jednorodzinnego i stwierdziła, że w Bjerget ma wszystko to, co wcześniej w domu. Prywatność  jest zapewniona dzięki skrzyniom na rośliny (z systemem irygacji podłączonym do zbierania deszczówki – nadwyżkami są spłukiwane toalety). Są na tyle szerokie, że nie można się przez nie wychylić, żeby zobaczyć, co robią sąsiedzi piętro niżej. Aby zachować spójny wygląd budynku, zostały ustalone pewne zasady, których muszą przestrzegać wszyscy mieszkańcy. Drewna na tarasach nie wolno pomalować ani polakierować, nie można też ingerować we wspomniane skrzynie, gdzie posadzono pnącza. Opiekuje się nimi ogrodnik, który na tarasy wchodzi systemem furtek – podobno nie puka, a wcześniej nie ma ostrzeżeń, kiedy będą przycinane rośliny, więc z tą prywatnością różnie bywa:) Mieszkania w Bjerget okazały się nadzwyczaj popularne i podobno na liście oczekujących na mieszkania (z drugiej ręki) jest około stu osób. Nie tylko dlatego, że mieszka się tam świetnie, ale również z uwagi na projektanta. Okazuje się, że Duńczycy znają swoich starchitektów i mieszkanie w budynku zaprojektowanym przez Bjarke Ingelsa to niezły prestiż.

Mountain_06

[U gory schodzące tarasowo mieszkania, na dole parking] Mountain_07

[A tak ten tarasowy krajobraz wygląda od strony kanału. Nie dość, że tarasy są świetnie nasłonecznione, to jeszcze rozpościera się z nich kapitalny widok] Mountain_08

[Odjechany parking pod tarasową płytą mieszkań i winda, która z uwagi na nachylenie bardziej przypomina kolejkę górską]

Mountain_02

[Przy wejściach widać troskę o szczegóły: identyfikację wizualną i małe wycofanie, dzięki czemu na korytarzach nie walają się buty ani wycieraczki. Każde piętro ma okładziny w innym kolorze. To niby ograny motyw, ale w tym przypadku jest nawiązaniem do kolorów używanych przez Vernera Pantona – ależ ci Duńczycy mieli szczęście do świetnych designerów.]

Ale już 8 Tallet – dom-ósemka, nieco mnie przeraził swoją skalą. Obejmuje różne typy mieszkań, w tym ustawione wzdłuż krawędzi „domki jednorodzinne”, ale w najwyższych częściach sprawia wrażenie zwykłego, obłożonego aluminiowymi płytami bloku. Nietypowego co prawda, bo z zielonymi, ostro schodzącymi dachami i dynamiczną formą, również dziedzińców. Stamtąd zdjęć nie będzie, bo chociaż dziedzińce  są otwarte i każdy może zrobić sobie przez nie skrót, co przy budynku tej wielkości zdecydowanie ma dużo sensu, przy każdym wejściu znajdują się napisy po duńsku i angielsku z prośbą o uszanowanie prywatności mieszkańców, a przede wszystkim o powstrzymanie się od wykonywania fotografii. Muszą być nieźle zmęczeni przyjeżdżającymi z całego świata architektami. Jak widać istnieje nie tylko „turystyka architektoniczna”, ale też jej podkategoria – „turystyka bjarkeingelsowa”. 8 House_04 8 House_03

[„Domki jednorodzinne” wzdłuż krawędzi]

PS W drodze z lotniska podsłuchiwaliśmy uważnie, o czym opowiadał polski kierowca busa jednej z pasażerek. Oprócz standardowych komentarzy na temat poziomu życia w Danii pojawiły się wątki architektoniczne. Pierwszy dotyczył łazienek, które podobno są nieproporcjonalnie małe względem powierzchni mieszkań i domów. Drugi – pracowni architektonicznych w Kopenhadze, które według kierowcy zatrudniają polskich studentów architektury. Studenci są szczęśliwi, że mają w cv staż w znanym biurze, a biura dzięki naszym rodakom wygrywają wszystkie konkursy, a jednocześnie… mało im płacą. Ot, taki architektoniczny spisek;)

[fot. Monika Arczyńska]

Duńczycy są nowymi Holendrami

Superkilen_09

„The Danish are the new Dutch” – nie, nie chodzi o rowery. Chodzi o architekturę. Taki komentarz pojawił się na portalu Dezeen pod tekstem o kopenhaskim Superkilen.

Studenci byli niegdyś bez pamięci zakochani w PLOT, a kiedy biuro się podzieliło, maślany wzrok kierowali w stronę JDS i BIG. Najpierw nie rozumiałam fenomenu popularności tych pracowni, a Bjarke Ingels, pojawiający się WSZĘDZIE, zaczął mnie w pewnym momencie trochę drażnić. Na dodatek jego projekty wydawały mi się początkowo dość wtórne, bo świeżość i odwaga koncepcji oraz proste, wyraziste diagramy kilka lat wcześniej były charakterystyczne dla młodych (teraz już nie takich młodych) holenderskich pracowni. Z drugiej strony studenci mają prawo nie pamiętać realizacji MVRDV czy NL Architects z milenijnego przełomu… Potem nastąpił kryzys i całą tę świeżość i odwagę zasłoniło widmo niezapłaconych rachunków i projektów wkładanych do szuflady. Eksperymentuje się tam, gdzie są pieniądze – jeśli eksperyment się nie powiedzie, budynek można szybko zastąpić nowym. Stąd każdy okres słabszej koniunktury przynosi bardziej konserwatywne rozwiązania. Wcale nie twierdzę, że to niedobrze, bo stabilizacja i uspokojenie są konieczne dla zebrania sił przed kolejną eksplozją eksperymentów, a skracanie cyklu życiowego budynków to zdecydowanie mało „zrównoważona” strategia. Eksperymenty wydają się jednak zdecydowanie bardziej ekscytujące (przynajmniej dla architektów).

W końcu nadarzyła się okazja, żeby zobaczyć na żywo to „holenderskie” podejście w Danii. Podłużna przestrzeń Superkilen – częściowo parku, częściowo placu – kapitalnie reprezentuje takie projektowanie. Podczas zwiedzania przypomniały mi się dwa wykłady. Jeden z nich wygłosiła Ewa Porębska podczas Weekendu Architektury w Gdyni dwa lata temu. To było świeżo po finale konkursu im. Miesa van der Rohe, w którym Ewa była jurorką i mówiła o procesie selekcji finalistów. Opowiadała, jak trudno było oceniać ten projekt na tle typowych kubaturowych realizacji. Tu działania przestrzenne miały zupełnie inny charakter: wyczyszczono teren, pozostawiono i tylo lekko podrasowano elewacje budynków, głównie poprzemysłowych. Przestrzeń umeblowano elementami wyposażenia miejskich przestrzeni ze stron świata, z których pochodzą zamieszkujący okolice Superkilen imigranci – od lamp ulicznych, przez zadaszenia i ławki, aż do pokryw studzienek kanalizacyjnych. Jedna jest z Gdańska. Wydawało mi się wtedy, że głównych bohaterów tego miejsca – imigrantów – potraktowano nieco z góry. „Nie jesteście u siebie, bidulki, to łaskawie postawimy wam parę elementów z domu – będziecie mogli sobie popłakać za odległą ojczyzną na betonowej ławce z rodzinnej miejscowości”.

Superkilen_04

Superkilen_06

Superkilen_02

Drugi wykład to spotkanie z Marthą Schwartz, w Dublinie, przy okazji otwarcia zaprojektowanego przez nią placu w Grand Canal Dock. Żaliła się wtedy, że inwestorzy nie doceniają znaczenia architektury krajobrazu i często proponują absurdalnie niskie stawki z myślą o tym, że przecież kilka metrów trawy z rolki nie może dużo kosztować. Złośliwie komentowała: „Nie ma sprawy, zaprojektujemy Wam najpiękniejszy asfalt świata, może nawet wystarczy na farbę, żeby go pomalować”.

Superkilen_03

Ale to właśnie zrobił BIG na Superkilen. No dobra, nie zrobił tego sam BIG, tylko we współpracy z projektantami krajobrazu Topotek1 i artystami z Superflex. Asfalt i farba to prawie cały przepis na sukces tego miejsca. W części parkowej zieleń jest tak zwyczajna, jaką tylko można sobie wyobrazić. Rośnie trochę drzew, a jedyne bardziej finezyjne elementy krajobrazu to usypane pagórki z trawą. Dokładnie takie, jak na niektórych polskich blokowiskach, gdzie ziemię z wykopów pod fundamenty  pozostawiano przy blokach zamiast ją wywozić. Szybko stawały się ulubionym miejscem zimowych szaleństw na sankach.

Superkilen nie wygląda już tak świeżo, jak tuż po oddaniu. Pamiętam, że kiedy zobaczyłam pierwsze zdjęcia, nie wiedząc jeszcze nic o samym placu, najbardziej zastanawiało mnie, co to za intrygujący kolorowy materiał. Zastosowano trochę miękkich posadzek, takich, jak na placach zabaw, jest kawiarnia, teatr, centrum sportu i miejsce dla deskorolkarzy. Przez całość biegnie ścieżka rowerowa. Od momentu ukończenia w 2011 roku wszystko zdążyło się już mocno przykurzyć i zarysować, kolory na asfalcie straciły siłę rażenia (w oczy), którą miały świeżo po malowaniu, ale całość, zamiast zacząć przypominać pokolorowany śmietnik, nabrała chropowatego miejskiego charakteru. Nie wygląda w każdym razie tak plastikowo, jak na zdjęciach sprzed kilku lat.

Superkilen_01

Superkilen_08

Superkilen_05

Superkilen kosztował równowartość ok. 30 milionów złotych. Bardziej odjechana fontanna w polskim mieście potrafi kosztować 5, a tu mowa nie tylko o fontannie (jest też), ale i o 30 tysiącach metrów kwadratowych placu i parku. Ze ścieżkami rowerowymi, infrastrukturą do odpoczynku i uprawiania sportu oraz elementami umeblowania ściąganymi z całego świata. Ale przede wszystkim mowa o kapitalnej, eksploatowanej do granic możliwości przestrzeni publicznej, w której udaje się realizować idealistyczne założenie integracji mieszkańców, bez względu na ich miejsce pochodzenia i wiek.

BIG jest wielki. Dosłownie.

[fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz]

Jak tu obrzydliwie idealnie!

Kopenhaga

O Boże, jak tu obrzydliwie idealnie! Jak ohydnie ekologicznie! Jak potwornie bezpiecznie! Gdyby nie ta odrapana, pokryta graffitti Christiania, nie dałoby się wytrzymać w tej absurdalnie perfekcyjnej Kopenhadze! Oczywiście żartuję, ale to fakt, że fragmenty centrum przypominają poziomem wylizania Zurych. Na szczęście wystarczy zapuścić się kawałek dalej, żeby znaleźć fantastycznie miejskie w charakterze dzielnice do mieszkania, a nie podziwiania. Czynsze są tam niższe niż w zdominowanym przez biura, handel i usługi centrum, warzywniaki oferują nie tylko organiczne marchewki, a etniczny (bo mieszkają tam też imigranci) fast i street food smakuje jak w kraju pochodzenia i kosztuje niewielką frakcję tego, co bezglutenowe brunche w „lepszych” lokalizacjach. Te dzielnice są doskonale wyposażone w każdy rodzaj infrastruktury: z każdego punktu jest blisko do szkoły, supermarketu, przystanku komunikacji miejskiej i zieleni. I tylko wzdychać się chce z zazdrością na widok gęsto zlokalizowanych placów zabaw czy identycznych stolarek okiennych w całych kamienicach…

Bylam w Kopenhadze może z dziesięć lat temu  i wydała mi się wówczas nieco nudna, jak inne „zielone” stolice Europy. Zachwyciły mnie oczywiście ścieżki rowerowe czy system rowerów miejskich (pierwszy, jaki miałam okazję zobaczyć), ale samo miasto, pomimo fantastycznej zabudowy i położenia, zrobiło na mnie mało ekscytujące wrażenie. Teraz już wiem, dlaczego. Po pierwsze, pojechaliśmy tam sporą uczelnianą ekipą samochodami (w czasach przed ekspansją tanich linii połączenia promowe wygrywały cenowo), a Kopenhaga to miasto, które należy zwiedzać pieszo albo rowerem. Tym razem okazało się, że przez trzy intensywnego zwiedzania dni można zaledwie posmakować tego miejsca. Nie zdążyłam zobaczyć nawet wszystkich zaplanowanych dzielnic i ani jednego muzeum, a są tu prawdziwe cuda – na szczęście poprzednim razem pojechaliśmy na cały dzień do Louisiany.

Architektonicznie jest tam wszystko, po prostu wszystko, przynajmniej, jeśli chodzi o XX wiek. I to nie wspominając nawet o najbardzej współczesnych realizacjach, przede wszystkim fantastycznej mieszkaniówce oraz przestrzeniach publicznych – o Bjarke Ingelsie już szykuję specjalny wpis. Jeden z najbardziej znanych przykładów ekspresjonizmu (i jeden z niewielu zbudowanych w tym stylu obiektów sakralnych), kościół Grundtviga, musiałam teraz koniecznie zobaczyć ponownie. Do budowy użyto żółtej cegły i cały obiekt – wszystkie posadzki, podpory i detale – oparty jest na jej module. Rozmawialiśmy przez chwilę z mieszkańcem otaczającego obiekt malowniczego założenia mieszkaniowego, zrealizowanego równolegle z kościołem (wyprowadzał akurat psa na spacer – mój Boże, dać się wysikać psu w takim otoczeniu???). Opowiadał, że oprócz turystów i tłumów architektów, którzy przyjeżdżają, żeby obejrzeć ten niesamowity, mroczny z zewnątrz budynek, pojawiają się też przyszli murarze, uczący się fachu na tym doskonałym przykładzie .

Grundtvig

[Kościół Grundtviga i otaczające go założenie mieszkaniowe]

W Kopenhadze można też łatwo natrafić na przykłady doskonale zachowanego międzywojennego modernizmu. Zatrzymaliśmy się w jednym z nich – hotelu Astoria z połowy lat 30., z zachowanymi ślusarkami oraz najstarszymi w mieście i nadal działającymi drzwiami obrotowymi.

Astoria

[Hotel Astoria, zaraz przy głównym dworcu kolejowym]

Ale i modernizm powojenny nie ustępuje międzywojennemu, a blisko Astorii znajduje się jeden z niewielu wieżowców w śródmieściu – hotel SAS projektu Arne Jacobsena z 1960 roku. Jest często przytaczany jako przykład Gesamtkunstwerku w architekturze (dokładnie o tym, chociaż na podstawie innych przykładów, opowiadaliśmy niedawno z Maksem Bochenkiem w Instytucie Kultury Miejskiej). Jacobsen zaprojektował tam dosłownie wszystko – od samej architektury, przez wnętrza, aż po meble i wyposażenie. Pokój 606 wygląda dokładnie tak, jak w 1960, ale i przestrzenie ogólnodostępne nie zmieniły się za bardzo. Przy najbliższej możliwej okazji trzeba się koniecznie wybrać na drinka w hotelowym lobby (najlepiej w ubraniach vintage;).

SAS

[Lobby hotelowe SAS]

Architektura to jedno, ale Kopenhaga to przede wszystkim mekka urbanistów. Oprócz wspomnianej infrastruktury rowerowej zachwyca, jak bardzo przyjazne jest to miasto również dla pieszych. Przede wszystkim dzięki ciągłości miejskiej tkanki – dzięki temu uniknięto niebezpiecznych zakamarków, a bariery takie jak linie kolejowe biegną albo w dole, z gęsto przerzuconymi mostami, albo na estakadach. Brakuje typowych zapleczowych ulic z wjazdami do parkingów lub miejsc dostaw, gdzie zawsze jest ciemno, brudno i niebezpiecznie. Ruch kołowy i pieszy bywa integrowany – w nowych osiedlach mieszkańcy mogą wjeżdżać na ciągi piesze, aby sztucznie nie odseparowywać samochodów tam, gdzie jest jest ich niewiele i ograniczenie prędkości wystarcza dla zapewnienia bezpieczeństwa.

Świetnie zorganizowano zintegrowane węzły przesiadkowe, takie jak dopiero co ukończony Nørreport (proj. Gottlieb Paludan Architects/COBE) z pokrytymi trawą zadaszeniami. Jeśli wierzyć internetowi, przewija się przez niego ok. 165 tysięcy osób dziennie. Najpierw przeanalizowano, któredy przemieszczają się największe potoki ruchu, dopiero później zabrano się za projektowanie. Ponieważ parkingi rowerowe sprawiają zawsze bardzo bałaganiarskie wrażenie (życzę naszym placom takiego bałaganu:), umieszczono je w betonowych nieckach.

Norreport

[Na pierwszym planie betonowe niecki parkingów. Na zadaszeniach rośnie trawa]

Nie jest tak, że samochodów nie ma wcale. Są, zdarzają się ulice upstrzone gęsto zaparkowanymi samochodami, poza tym miasto przecina kilka sporych arterii – pozostałości planowania przestrzennego sprzed kilkudziesięciu lat. Auta mogą wjeżdżać do centrum, ale liczbę miejsc postojowych zredukowano do minimum. Zdarzają się jednak nowe realizacje integrujące parkingi z przestrzeniami publicznymi, jak Israels Plads (proj. COBE). Na eleganckim, wyłożonym kamieniem placu nad parkingiem podziemnym, znalazło się miejsce i na boisko, i na nieckę dla deskorolkowych szaleństw. Rośnie tam zaledwie kilka drzew, stoi parę ławek, ale całość jest gęsto umeblowana sportową infrastrukturą. Okazuje się, że ogrodzenie boiska wcale nie musi być wykonane z przaśnej siatki, ba, nawet nie musi mieć prostokątnego rzutu! W dodatku może pasować do eleganckiej posadzki z kamienia i subtelnego oświetlenia. Od razu przypomniał się wrocławski Nowy Targ, który z uwagi na lokalizację wśród terenów mieszkaniowych mógłby mieć bardzo podobne funkcje, ale tam postawiono (choć jeszcze jej nie postawiono) na dekoracyjną fontannę w centrum założenia. W Polsce patrzy się na wodę w pozycji półleżącej, w Danii kopie się piłkę. Już rozumiem, skąd różnica w obwodzie talii między tymi dwiema narodowościami.Israel

[Po prawej boisko z ogrodzeniem na planie elipsy, w tle hale targowe…]

Israel_wnetrze

[…które w środku wyglądają tak]

A wniosek z tych wszystkich obserwacji jest jeden:w mieście albo jest miejsce na infrastrukturę dla samochodów, albo na infrastrukturę dla ludzi. Już kilkadziesiąt lat temu właśnie w Kopenhadze odkrył to Jan Gehl, ale to temat na osobną historię:)

[fot. Monika Arczyńska]

Złowieszczy ch[ICHOT]

ICHOT

Podczas niedawnej wizyty w Poznaniu skoczyłam zobaczyć ICHOT – Interaktywne Centrum Historii Ostrowa Tumskiego (proj. AD ARTIS Emerla Wojda). Nie podobał mi się specjalnie na zdjęciach, które oglądałam wcześniej, ale architekturę trzeba pomacać i obwąchać, żeby wyrobić sobie zdanie na jej temat, więc wybrałam się na zwiedzanie. Poza tym obiekt otrzymał sporo nagród, więc pomyślałam, że zdjęcia zdjęciami, ale ten budynek pewnie zyskuje przy bliższym poznaniu (Poznaniu?).

Nie zyskał. Gdyby studenci pojawili się na konsultacjach z podobną koncepcją, może nie wychrzaniłabym ich od razu za drzwi, ale zadałabym  kilka fundamentalnych pytań. Jak ta minimalistyczna forma odnosi się do kontekstu? Skąd ten „szkolny”, nieco wyeksploatowany motyw betonowego pudła? Betonowa kostka to też m.in. kościół Fuksasa w Foligno, ale tam beton stanowi wyraźną skorupę, dzięki czemu wewnętrzna pustka działa jak pudło rezonansowe, pozwala na bogactwo świetlnych efektów wędrujących po ścianach plam słońca I robi wrażenie swoją otwartą kubaturą. ICHOT jest wypełniony serią mniejszych, ciemnych pomieszczeń zorganizowanych dzięki przecinającej budynek szczelinie. Szczelina z jednej strony kadruje widok na katedrę na Ostrowie Tumskim, ale z drugiej jest już zdecydowanie mniej ekscytująco. Katedrę widać zresztą tylko podczas przechodzenia szklanymi mostkami pomiędzy poszczególnymi częściami wystawy i założę się, że wielu zwiedzających nie zwraca na nią uwagi, skupiając się na skądinąd nieźle rozwiązanych w detalu kładkach. Trudno mi ocenić, czy to decyzja projektowa na plus (bo zaskakująca i nienachalna), czy na minus, bo ten projektowy zamysł organizujący wnętrze obiektu traci na sile. Nie ma tak wyrazistego znaczenia jak np. w Muzeum Holokaustu w Yad Vashem (proj. Moshe Safdie), gdzie przepiękny widok otwierający się na krajobraz na końcu wystawy tak kontrastuje z przedstawionym wcześniej tragizmem Holokaustu, że dosłownie wyciska z oczu łzy. Albo jak w Muzeum Akropolu, w którym wzgórze i świątynie stanowią najważniejszy element ekspozycji (proj. Bernard Tschumi).

Betonowe elewacje, największe tego typu w Polsce, muszą wyglądać spektakularnie w pełnym słońcu odbijającym się od gładkiej powierzchni, ale w pochmurny dzień wiele tracą. Stają się płaskie, a wyraźny detal linii styku ścian sprawia wrażenie, jakby te ciężkie betonowe ściany były tylko cienką okładziną. Doceniam jednak bardzo pewne optyczne złudzenie w Centrum Historii Ostrowa. Przez brak podziałów i jednolite powierzchnie elewacji, a także kontekst, który nie pozwala na odnalezienie kubaturowych odniesień, nie można z daleka ustalić rzeczywistej wielkości budynku. Tylko skala kładki i nielicznych otworów sugeruje, jak duży jest ten obiekt. Fasady nie mają takiego bogactwa faktur i podziałów jak np. część elewacji rozbudowy Biblioteki Raczyńskich w Poznaniu, gdzie z daleka ściany sprawiają monumentalne, monolityczne wrażenie, z mniejszej odległości widać podział na drobniejsze fragmenty, a żeby zauważyć elementy różnokolowego kruszywa, trzeba podejść bardzo blisko. Ta gradacja pozwala na stopniowe, konsekwentne odkrywanie skali budynku – uniemożliwienie podobnej percepcji  w ICHOT to sprytna wizualna gra z obserwatorem.

Najbardziej rozczarowała mnie jednak kładka prowadząca do budynku. Jeśli już realizuje się most w miejscu, gdzie pieszych połączeń jest jak na lekarstwo, to dlaczego nie służy jako połączenie (przejść można tylko w jedną stronę), ale napuszone wejście na wystawę? Otwarta 24h na dobę kładka zintegrowana z ICHOT-em mogłaby zapewnić możliwość bezpiecznego, pieszego przejścia do malowniczej, ale potrzebującej rewitalizacji Śródki. Także do dalszych dzielnic, które mimo bliskiego geograficznego położenia względem Starego Miasta, wydają się bardzo odległe z uwagi na zaniedbane tereny nad Wartą i Cybiną oraz konieczność spaceru wzdłuż dużych arterii komunikacyjnych.

ICHOT most

[Kładka, która jest wejściem i wyjściem, ale nie mostem-łącznikiem]

Cały czas powtarzam, jak bardzo cieszę się, że w końcu nadrabia się lata zaległości w polskiej kulturze – realizowane są nowe muzea, galerie, wystawy czy filharmonie. W przypadku ICHOT-u odnoszę wrażenie, że miasto nie zyskało zbyt wiele. Tę nadrabiającą błyskiem akrylu i interaktywnością wystawę pewnie można było zaaranżować w jakimkolwiek istniejącym budynku. Poza tym ile można wyprodukować eksponatów na temat powstania grodu i katedry? Wystawa wydaje się rozbudowana nieco na siłę, np. sporą powierzchnię zajmuje pomieszczenie z zaaranżowanymi klubowymi stolikami i kanapami, gdzie najpierw ogląda się film o historii Poznania, a później odpowiada na pytania naciskając odpowiedni guzik. Czułam się, jakby ktoś kazał mi oglądać „Familiadę”… Audio guide sugeruje, aby to przesunąć się w prawo, to w lewo, a jak już się w końcu znużony zwiedzający rozsiądzie wygodnie na kanapie, żeby obejrzeć film, musi znów wstawać, aby włączyć komentarz w słuchawkach. Poza tym wizyta w toalecie wyjaśnia wszystko. Jeśli do obsługi umwalki potrzebna jest specjalna instrukcja, to jak skomplikowane musi być obejrzenie interaktywnej wystawy?

Instrukcja

ICHOT kosztował około 100 milionów złotych. W dużej części wykorzystano dofinansowanie unijne, ale nie umiem traktować tego jako czynnika łagodzącego. Zastrzyk finansowy przydałby się raczej instytucjom, które już świetnie działają, ale brakuje im budżetu na rozwój. Dzień po zwiedzeniu ICHOT wybrałam się do Poznańskiego Muzeum Narodowego. Niewiele instytucji może pochwalić się tak fenomenalną kolekcją polskiej sztuki, ale sposób ekspozycji obrazów woła o pomstę do nieba. Biurowe oświetlenie gasi kolory, zabija kontrasty i rzuca cienie ram na płótna. Na Ostrowie Tumskim wystarczyłaby pewnie porządna makieta albo animacja prezentująca następujące wieki temu zmiany i historię początku chrześcijaństwa w Polsce, a zamiast tego za grube miliony powstał drogi budynek z „familiadową” wystawą. I ta nieszczęsna kładka w jedną stronę…

PS Z uwagi na pewne bardzo smutne wydarzenie oraz wypełniony po brzegi kalendarz w najbliższym czasie blogowe posty będą się pojawiać z nieco mniejszą częstotliwością niż dotychczas. Czeka mnie m.in. kilka otwartych wykładów, na które serdecznie zapraszam (najbliższy już jutro w IKM), a także krótki wypad do Kopenhagi. W planie m.in. wizyta w Henning Larsen i odkrywanie, dlaczego akurat to miasto stało się symbolem „zrównoważonego” stylu życia. Postaram się zacząć o tym pisać już na lotnisku:)

[fot. Monika Arczyńska/Łukasz Pancewicz]

Miasto mężczyzn

wyklad_02

Już po Budmie i po wykładzie. Przyszło ponad sto osób – mam nadzieję, że chociaż jedną z nich udało mi się przekonać, że właśnie teraz następuje moment, w którym polska architektura przestaje odstawać od zachodniej. Na widowni pojawiło się kilka znajomych twarzy, m.in. przyszli się przywitać Piotr Loska i Rafał Bełoniak prowadzący Archifunblog. Znaliśmy się wcześniej z blogosfery, a tym razem udało nam się chwilę pogadać bez pośrednictwa klawiatury. Lubię ich czytać, a jeszcze większą sympatią darzę ich kapitalne, odręczne rysunki.

 archifunblog_Rafał Bełoniak

[Rafał z Archifunbloga – rozpoznaliśmy się dzięki ustalonym wcześniej hasłom:)]

Po wykładzie miałam kilka godzin, żeby pozwiedzać Budmę. Targi są ogromne i jest na nich chyba wszystko,  o czym w budownictwie można sobie w ogóle pomyśleć. Przyznaję – z braku czasu zdążyłam dosłownie przebiec przez hale wystawowe, zgarnęłam tylko kilka folderów, ale to wystarczyło, żeby mniej więcej zorientować się w wystawianych materiałach. Interesowały mnie głównie świetliki Fakro do płaskich dachów, których reklamy widziałam wcześniej w branżowej prasie (nie wiem, ile kosztują, ale coś czuję, że to będzie hit). Oprócz wielkich producentów wystawiały się także mniejsze firmy o tak swojskich nazwach jak „Kow-Kot”. Ale największe wrażenie zrobiła na mnie wystawa ciężkiego sprzętu (jakie wielkie traktory!) i maszyn produkcyjnych. Przy jednej z nich utknęłam na dobre – maszyna robiła WSZYSTKO. Cięła i gięła profile okienne, łączyła elementy, przerzucała gotowe produkty – stałam jak zahipnotyzowana i nie wierzyłam własnym oczom. Jedną halę poświęcono drewnu – pięknie tam pachniało, a prezentowano m.in. szalone przykłady giętego drewna. Równolegle odbywał się kilkudniowy panel poświęcony budownictwu pasywnemu (wpadłam tylko na chwilę, ale wiem, że studenci z gdańskiej Polibudy jechali tam w ramach jednego z przedmiotów obieralnych). Rozstrzygnięto też kilka konkursów architektonicznych, m.in. kolejną edycję Domu Dostępnego. 

bdma

[Takich hal jest wiele…]

miasto mezczyzn_01

[Jedna z maszyn, które „robią wszystko”]

drewno

[Nieco przegięte drewo gięte]

Kow-Kot

[Kow-Kot niekwestionowanym zwycięzcą w plebiscycie na najbardziej swojską nazwę]

Budma ma podobno swój nieoficjalny harmonogram. Pierwszego dnia dopiero rozstawia się stoiska, jest mnóstwo stresu i pracy, więc wszyscy grzecznie wracają do swoich hoteli, żeby zbierać siły przed kolejnym dniem. Następny wieczór to punkt kulminacyjny – spotkanie starych znajomych I sporo drinków integracyjnych. Trafiłam na Budmę dzień po takim wieczorze i było widać, że dominuje krok powolny, wzrok mętny, a oddech nieświeży. Wśród różnorodności języków (dużo niemieckiego) czy kolorów skóry wystawców i zwiedzających, jedna cecha łączyła ich wszystkich: 90, a może nawet 95 procent to mężczyźni. Różni – od młodszych, pewnie studentów, przez tych w średnim wieku, najczęściej w granatowych garniturach (dlaczego akurat granatowych?), tzw. „repów” czyli przedstawicieli sprzedaży, po typowych panów budowlańców w kraciastych koszulach. Wąsów naliczyłam stosunkowo niewiele. Ten zdecydowany nadmiar facetów działał bardzo dziwnie i gdyby Felliniemu, zamiast „Miasta kobiet”, przyszło do głowy nakręcenie „Miasta mężczyzn”, to targi budowlane z ich parującą testosteronem atmosferą stanowiłyby idealną scenerię. Nie wiem, co mi strzeliło do głowy, żeby założyć mini i obcasy, ale nigdy, przenigdy, nawet w żadnej Hiszpanii czy Włoszech, nie czułam się tak ostentacyjnie taksowana, przy czym żadna ze mnie Miss Polonia, a osiemnaście lat skończyłam dawno temu. Najpierw mnie to śmieszyło, potem irytowało, a na koniec przestało w ogóle ruszać, ale współczuję hostessom, które w tym męskim tłumie musiały zasuwać na szpilkach i w obcisłych kieckach. Jeśli w Polsce dachówki i kaloryfery reklamuje się zdjęciami biuściastych blondynek, proszę sobie wyobrazić żywy odpowiednik takich reklam na targach budowlanych. Podobno pierwszego dnia pojawiły się również mocno roznegliżowane hostessy, które z żalem skarżyły się, że „one naprawdę nie przyjechały tu szukać męża”. Męża, akurat! Panowie ewidentnie byli spragnieni przygód na wyjeździe służbowym. Nie przyglądałam się, żeby nie zdradzać jakiegokolwiek ewentualnego zainteresowania, ale przypuszczam, że na wielu palcach błyszczały ślady po pospiesznie zdjętych obrączkach. Oczywiście po Budmowych godzinach szczytu, bo podczas prezentacji I rozmów ze zwiedzającymi obrączki sa obowiązkowe – stateczny mąż, głowa rodziny, wzbudza większe zaufanie potencjalnych klientów. Kiedy zwiedzający znikają, bo ile w końcu można łazić wśród desek podłogowych i farb, alkohol zaczyna lać się strumieniami, panowie w granatowych garniturach rozluźniają się coraz bardziej  i pozwalają sobie nawet na bezpośrednie zaczepki. Jeśli z żadną hostess, studentek architektury czy pań inżynier budownictwa nie uda się na samych targach, zawsze można próbować jeszcze w knajpach i w hotelach, bo cały Poznań jest zdominowany przez ludzi z branży i staje się prawdziwym miastem mężczyzn.

Następnym razem jadę męskim przebraniu…

miasto mezczyzn_02

[To właśnie typowe Budmowe proporcje między liczbą kobiet i mężczyzn]

rynna

[Niektóre hostessy miały sporo szczęścia w kwestii ubrań – bez golizny]

[fot. Anna Żmijewska, Monika Arczyńska]

Tak trzymać!

Zrobione przy użyciu Lumia Selfie

Ale poranek! Dziś na Politechnice odbyły się prezentacje projektów semestralnych na Gospodarce Przestrzennej. Zajęcia miały eksperymentalny charakter, bo w ramach jednego modułu „Urbanistyka i Ekonomia” połączono trzy zintegrowane przedmioty. Na ogół na większości uczelni wszystkie wykłady i ćwiczenia prowadzone są oddzielnie, więc studentom trudno jest użyć wiedzy i umiejętności zdobytych w ramach jednego przedmiotu w innym. Na dodatek do prowadzenia zajęć rzadko zaprasza się praktyków. Tym razem miało być inaczej – tak, jak odbywa się to w rzeczywistości, w warunkach rynkowych. Urbanista i architekt (czyli ja) prowadzili projekt zagospodarowania śródmiejskiego kwartału w Gdyni. Równolegle ekspertka – praktyk ogromnym doświadczeniem – koordynowała wycenę planowanej tam przez studentów inwestycji, a całość uzupełniały wykłady projektanta z firmy deweloperskiej. Był objazd po inwestycjach mieszkaniowych, ćwiczenia z opracowywania strategii marketingowej, długie dyskusje o stylu życia i potrzebach mieszkaniowych, a nawet spontaniczne telefoniczne konsultacje z fachowcem od certyfikacji LEED. Inwestycja miała nie tylko opłacić się wyimaginowanemu deweloperowi, ale również wpisywać się w urbanistyczny kontekst i zapewnić zgodność z założeniami planu miejscowego oraz zasadami zrównoważonego rozwoju. Kładliśmy też nacisk na elastyczność koncepcji, aby z upływem lat zabudowa mogła zostać dostosowywana do nowych funkcji. Wycena inwestycji pozwoliła na przetestowanie, jak wysoki zysk zostanie uzyskany dla różnych standardów i cen nieruchomości. Niektóre grupy udowodniły, że przy odpowiednio wysokiej intensywności zabudowy śródmiejskie mieszkanie niedaleko plaży, w mieście o najwyższej jakości życia w Polsce, może być dostępne również dla mniej zamożnych nabywców niż finansowe elity. Aby określić optymalną cenę metra kwadratowego, studenci badali między inymi zdolność kredytową gdynian (dla uproszczenia nie braliśmy poprawki na kurs franka;). Najtrudniejsze okazało się spojrzenie na projekt z kilku zupełnie odmiennych perspektyw, sugerujących przeciwstawne decyzje projektowe – nastawionego na zysk inwestora, przyszłego użytkownika czy planisty ustalającego strategię rozwoju miasta. Dużo i poważnie jak na piąty semestr, prawda?

Eksperyment okazał się sukcesem. Pomimo początkowych trudności  – był taki moment, kiedy myślałam, że nic z tego nie wyjdzie – studenci zrobili ogromne postępy i bardzo pozytywnie nas dziś zaskoczyli. Chyba nawet nie obrazili się za nadmiar pracy i „ciśnięcie” do oporu, mimo że rzuty parkingów podziemnych pewnie jeszcze długo będą im się śnić po nocach. Czuję się wyjątkowo  usatysfakcjonowana, bo zobaczyłam dziś, jak wiele udało się osiągnąć w tak krótkim czasie. Uczenie jest super:)

Wasze zdrowie, szanowni studenci, tak trzymać!

[fot. Monika Arczyńska]

I Ty zostaniesz gadżeciarzem

Zrobione przy użyciu Lumia Selfie

Stało się. Po wielu latach wierności przedpotopowej nokii, oporowi wobec ekranów dotykowych oraz ogólnego antygadżeciarstwa i ja zdecydowałam się na smartfon. Dotychczas dumnie omijałam te urządzenia szerokim łukiem, cichutko śmiejąc się z blogerów robiących selfie z dzióbkami przy każdej możliwej okazji i czułam się doskonale będąc „ponad”. Brak smartfona wydawał mi się wyrazem antykonsumpcyjnego stylu życia, tak jak brak samochodu i telewizora. Hm, o kolekcji butów cicho sza… Bloger powinien jednak mieć cały czas możliwość robienia zdjęć, a aparat, który zepsuł się na Putinie, nadal nie jest naprawiony. Zresztą moje torebki są zwykle tak przeładowane, że nie ma już w nich miejsca nawet na niewielki aparat (tak, proszę Państwa, jestem architektem nieposiadającym lustrzanki). Zdecydowałam się w końcu na smartfon, oczywiście ten bez jabłka, bo to byłby przecież szczyt gadżeciarstwa i… no właśnie, jak mogłam żyć bez dostępnego 24/7 aparatu? Rach-ciach i blogowe zdjęcie gotowe. Chciałabym jeszcze tylko mieć możliwość zrobienia „pstryk” i cudownego wygospodarowania czasu na pisanie tych wszystkich zaległych postów.

Nadal uważam jednak, że telefon służy głównie do dzwonienia i smsów,  więc po prostu uznaję go za medium podstawowej telekomunikacji, tyle, że z wbudowanym aparatem. Nie chce mi się nawet szukać żadnych aplikacji ani dodatkowych funkcji – zainstalowałam sobie tylko latarkę, bo ostatnio prawie połamałam nogi oglądając lokal, w którym właściciel odciął prąd. Zaskakują mnie więc cały czas absurdalne dodatki, które odkrywam zupełnym przypadkiem. Najbardziej groteskowe wydaje mi się… edytowanie selfie. Wiedziałam, że istnieją filtry, dzięki którym można poprawić kolorystykę zdjęcia, ale możliwość powiększenia oczu, wybielenia zębów czy wyszczuplenia twarzy jednym kliknięciem to już chyba lekka przesada. Oczywiście od razu zaczęłam testować na sobie, ale nie pokażę efektów podrasowania własnej fizjonomii, bo zwłaszcza opcja powiększania oczu robi ze mnie jakieś Bambi. Nie mogłam jednak powstrzymać się od poeksperymentowania. Architektonicznego, oczywiście.

Eksperyment 1

Co zrobi smartfon ze zdjęciem „Domu-Twarzy” Kazumasa Yamashity (Kyoto, 1974)? Wybieli pożółkłe ramy drzwi wejściowych? Powiększy okrągłe okna na drugim piętrze? Wygładzi zmarszczki na elewacji i poprawi kolorystykę fasad? Nie, nic z tych rzeczy. Nic nie zrobi, bo… nie rozpoznaje twarzy. Serio? Jak można nie rozpoznać twarzy w tym budynku?

Kazumasa Yamashita Kyoto Face House 1974_architectstudio3d.org

Eksperyment 2

Eksperyment zakończony sukcesem, twarz rozpoznana. Na szczęście aplikacja nie usunęła pewnego znaku szczególnego na nosie, bo Zaha H. bez brodawki nie byłaby Zahą H.

Zaha

Wniosek

Nie dość, że samo urządzenie nie jest zbyt mądre (nie rozpoznać twarzy u Yamashity?), to na dodatek ma działanie lekko ogłupiające. Zamiast wygładzać cerę pani Hadid powinnam dzielnie zasuwać nad projektem, przygotowywać wykłady albo popracować nad kolejnym artykułem. Ale może czasem w poniedziałkowe popołudnie potrzebna jest odrobina odmóżdżającej rozrywki?

[fot. Monika Arczyńska, http://www.architectstudio3d.org, http://www.walesonline.co.uk]

 

Chłopaki, na rowery!

teczowo rowerowo

Tego się po Tel Awiwie nie spodziewałam: jego „urowerowienia”! Widać, że to stosunkowo nowe zjawisko, ale jeśli trend się utrzyma, za jakiś czas będzie tam drugi Amsterdam. Oczywiście przesadzam, ale miasto ma idealne ukształtowanie, wielkość i układ, aby rowery skutecznie wypierały tam samochody. Porównywałam ostatnio Tel Awiw do Nowego Jorku: skala rozległego śródmieścia idealnie nadaje się do spacerowania i chociaż Izraelczycy, podobnie jak Amerykanie, są uzależnieni od samochodów, w tych dwóch miastach wygodniej można przemieszczać się pieszo, rowerem lub transportem publicznym. Muszę jednak przyznać, że po tel Awiwie chodzi się wolniej niż po Manhattanie – siatka urbanistyczna jest bardzo gęsta, więc co chwilę trafia się na przejście przez ulicę i światła. Co prawda podobnie jak w Nowym Jorku nikt nie zwraca uwagi na światła, ale dla własnego bezpieczeństwa lepiej się na chwilę zatrzymać i rozejrzeć. Kierowcy na szczęście jeżdżą dość powoli – może rozumieją, że płynność ruchu, a nie prędkość, jest najważniejsza dla sprawnego przedarcia się przez śródmieście? Zdarza im się zachowywać nieprzewidywalnie (w końcu to Bliski Wschód, więc ruch uliczny ma prawo funkcjonować nieco chaotycznie:), ale akurat w tej konkurencji bezapelacyjnymi mistrzami są rowerzyści. Bez względu na to, czy w pobliżu biegnie ścieżka rowerowa czy nie, trzeba uważać, aby nie zderzyć się z rowerzystą, który akurat ma fantazję jechać chodnikiem. Piesi reagują jednak ze spokojem – może etap uliczych pyskówek, które tak często zdarzają się w Polsce między kierowcami, rowerzystami i pieszymi, mają już za sobą.

W mieście funkcjonuje system rowerów miejskich i faktycznie wiele osób z nich korzysta. Obecnie Tel Awiw posiada również ok. 120 kilometrów ścieżek rowerowych (dla porównania: Gdańsk, o nieco większej liczbie ludności, ale również mniej więcej pięć razy większej powierzchni, ma ich ponad 500km). Rowery przydają się bardzo w soboty, ponieważ podczas szabasu nie działa komunikacja miejska.

Tel-O-Fun

W mieście widać także hulajnogi i przede wszystkim bardzo dużo rowerów z elektrycznym napędem. Ich liczba najpierw mnie zaskoczyła, bo Tel Awiw jest praktycznie tak płaski, jak holenderskie miasta. Silniki kojarzyły mi sie zawsze z  miejscami, gdzie różnice wysokości utrudniają jazdę pod górkę osobom o przeciętnej kondycji.  Rozumiem chyba jednak, skąd ten napęd – chodzi o klimat! Zimą nie ma problemu, ale latem, przy 40oC, pedałowanie musi być piekielna torturą.

Miasto wprowadza liczne ograniczenia dla parkowania. Krawężniki są malowane według specjalnego kodu, który określa, kto może parkować w danym miejscu i czy jest za to pobierana opłata). Liczbę miejsc postojowych ogranicza się w wielu strefach miasta, głównie na rzecz parkingów dla rowerów.

WP_20141230_23_00_33_Pro

W wielu miejscach można zauważyć pozytywne efekty polityki redukowania liczby pasów ruchu. Na obszarach mieszkaniowych wiele ulic zmieniono w jednokierunkowe lub usunięto po jednym pasie w każdą stronę z ulic 2×2. Dzięki temu udało się zarówno ograniczyć prędkość (im węższa ulica, tym wolniej jeżdżą kierowcy) i wygospodarować miejsce na ścieżkę rowerową. Miejsca postojowe nadal istnieją w takim układzie, ale zamiast parkować bezpośrednio przy chodniku lub na chodniku (tak, znamy ten problem z Polski) auta zatrzymują się równolegle do drogi, między ścieżką rowerową a jezdnią, dodatkowo odgradzając rowerzystów od jadących samochodów. Z kolei w pasie chodnika, który wcześniej zajmowały auta, udaje się wygospodarować miejsce na stojaki rowerowe, dodatkową zieleń albo ławki.

ulica_male

Napiszę kiedyś osobny post o pierwszych oznakach gentryfikacji, ale już teraz zdradzę jedną z nich. Jeśli w zaniedbanej dzielnicy parkują takie rowery, to znaczy, że już niedługo będzie tam łatwiej kupić bezglutenowy chleb niż zwykłe bagietki:

gentryfikacja

Na rowerach przewozi się wszystko – dzieci, zakupy, karabiny maszynowe. Najpiękniejszy jest widok przystojnego surfera z deską pod pachą. I kiedy tak oglądałam się kolejny raz za pedałującymi chłopakami z surfingowym ekwipunkiem, przypomniało mi się zauważone latem w Polsce zjawisko. Jeszcze kilka lat temu wszyscy FF ( fajni faceci) jeździli wyłącznie samochodami. W tramwaju można było spotkać głównie pryszczatych nastolatków albo emerytów, a FF chowali się za przyciemnianymi szybami swoich aut. Odkąd zaczął się szał na dwa kółka, w końcu jest na kim zawiesić oko na ulicy.  Chłopaki, na rowery!

surf

[fot. Monika Arczyńska]

Bez samochodu

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dziś podwójne święto: Światowy Dzień bez Samochodu oraz Dzień Ćwiczenia Przed Lustrem Prośby o Podwyżkę. O tym drugim nie zamierzam nawet wspominać, bo „architekt” i „podwyżka” to dwa pojęcia, które praktycznie nigdy się nie zazębiają. Będzie więc o samochodach.

To niby żadna tajemnica, ale przyznam się do czegoś publicznie: mam na nie alergię. Nie pierwszy raz już o tym piszę, a studenci mają już pewnie dosyć mojego gadania na ten temat, ale myślę, że mówiąc o zrównoważonym transporcie na zajęciach wzbudzam większe zaufanie, jeśli faktycznie z niego korzystam. Tym bardziej, że nieraz zdarzało mi się parkować rower obok parkujących auta studentów. Alergia nie objawia się żadną wysypką i moja niechęć do czterech kółek nie jest wcale ortodoksyjna. Doceniam wygodę i rozumiem  doskonale, że w wielu sytuacjach dla samochodu nie ma sensownej alternatwy. Nie dostaję drgawek na myśl o przejażdżce i chętnie korzystam, kiedy ktoś proponuje podwiezienie. Mimo że całe dzieciństwo byłam wożona na tylnym siedzeniu i przemieszczanie się autem powinno mi się wydawać czymś oczywistym, nie mam jednak samochodu. Ba, nie mam nawet prawa jazdy! Nie dlatego, że mnie na samochód nie stać, chociaż nie ukrywam, że znam ciekawsze sposoby zagospodarowania pieniędzy. Kto ma udowodnić, że da się żyć bez auta, jeśli nie ja? Nie mam dzieci, które musiałabym wszędzie podwozić ani nie potrzebuję samochodu do pracy (chociaż czasem przydałby mi się samolot:). Miejsce zamieszkania świadomie wybrałam tak, żeby do wszystkich miejsc pierwszej potrzeby typu sklep, lekarz czy poczta dotrzeć w pięć minut pieszo. Kwadrans spaceru dzieli mnie od dwóch, a niedługo trzech centrów handlowych, mediateki i stacji kolejowej. Fryzjera mam w kamienicy – zawsze chciałam mieszkać w budynku, w którym na parterze są usługi (to takie małe zboczenie po lekturze Jane Jacobs). Szewc jest za rogiem i za każdym razem, kiedy przechodzę obok jego zakładu, kłaniamy się sobie uprzejmie. Po co mi samochód? Niestety, moje motoryzacyjne „zero” nie wpływa znacząco na średnią w dzielnicy. Niedawno poznałam mieszkającą w sąsiedztwie parę,  również zadowoloną z lokalizacji, tym bardziej, że do pracy ma blisko bezpośrednim tramwajem. Teoretycznie, bo głównym czynnikiem decydującym o wyborze tego miejsca zamieszkania były… dwa miejsca w hali garażowej.

USA

Ale nie będę się poddawać i zamierzam nadal promować zrównoważony transport. Można się tak przemieszczać nawet po tak nieprzyjaznej dla niezmotoryzowanych okolicy jak Stany. Potwierdzam – podróżowałam tak z moim osobistym urbanistą przez pięć tygodni i udało nam się pokonać 4,5 tysiąca kilometrów (z jednym skokiem samolotem, który pozwolił nam uniknąć trzydniowej przeprawy przez pustynię). Co prawda takie momenty jak przejazd nocnym autobusem przez najbardziej niebezpieczne dzielnice Miami jest dość emocjonującym przeżyciem, ale nie żałujemy swojej decyzji. Kiedy planowaliśmy podróż, w rozmowach ze znajomymi musieliśmy się mocno z niej tłumaczyć. Nikt nie rozumiał, dlaczego po prostu nie wypożyczymy samochodu i zrobimy tradycyjnego cross country, jak to się w Stanach robi. Nasze wyjaśnienia, że nie mamy doświadczenia i byłoby to dla nas bardzo stresujące, nikogo nie przekonywały. „Tak, tak, doświadczenie. Przyznajcie po prostu, że autobusy są tańsze od samochodu i dlatego je wybieracie” – śmiał się znajomy Amerykanin. Jeżdżenie greyhoundami, czyli amerykańskim odpowiednikiem PKS, okazało się jednak cenne z różnych powodów. Dopiero podróżując transportem publicznym byliśmy w stanie dostrzec społeczne różnice w poszczególnych częściach kraju. Okazało się na przykład, że między Bostonem a Nowym Jorkiem podróżują głównie młodzi, biali ludzie. W Kalifornii w czerwcu dominowali turyści, przede wszystkim brodaci, lekko przybrudzeni backpackerzy. Czasami podróżowaliśmy z amiszami. W biedniejszych stanach, przede wszystkim w okolicach Florydy i Luizjany, byliśmy często jedynymi białymi pasażerami. Czasem ktoś próbował nas nawracać na swoją religię, innym razem dochodziło do rasistowskich przepychanek. W niektórych częściach tego olbrzymiego kraju musieliśmy być bardzo egzotycznymi pasażerami, bo rozpoznawali nas, w kilkusetkilometrowych odstępach, kierowcy i panowie ładujący bagaże. Wszystko poszło sprawnie przede wszystkim dzięki smartfonowi, na którym na bieżąco sprawdzaliśmy połączenia – bez niego zdarzałoby się nam utknąć na kilka godzin w oczekiwaniu na kolejny autobus.

Ze smartfonem czy nie – mam nadzieję, że wszyscy dziś świętują Dzień bez Samochodu. Wszystkiego najlepszego z tej okazji!

San fran

[„Zrównoważone” taksówki w San Francisco]

[fot. Monika Arczyńska]

Auto dla architekta

???????????????????????????????

Na zdjęciu ogłoszenie z czerwcowego numeru „Architektury & Biznesu”, umieszczone gdzieś między reklamami cegieł a sufitów podwieszanych. Nic nie rozumiem. Chodzi o rabat, o markę czy o profesję? Może specom od marketingu wydawało się, że architekt to wyjątkowo prestiżowy zawód i odrobina tego prestiżu miała spłynąć na markę reklamowanego samochodu? Passat to przecież nie porsche. Nie miałoby wówczas jednak sensu umieszczanie tej reklamy w branżowym czasopiśmie czytanym wyłącznie przez architektów. Oni dobrze zdają sobie sprawę, jak wątpliwy jest prestiż ich profesji. Większość kolegów po fachu nerwowo chichocze oglądając „Tylko mnie kochaj”, gdzie arch. Maciej Zakościelny pracuje w luksusowym biurowcu i jeździ BMW 6 Cabrio (w sumie nawet częściej jeździ niż pracuje). Z drugiej strony słyszę często, że jeśli w Polsce w tym zawodzie chce się robić poważne wrażenie, na spotkania należy przyjeżdżać droższym samochodem niż klient. Zleceniodawca mógłby sobie przecież pomyśleć, że słabo się zarabia na projektach, więc może same projekty są słabe. O odwrotnej sytuacji słyszałam w odniesieniu do przedstawicieli firm farmaceutycznych, którzy podobno powinni jeździć tańszymi autami niż lekarze, żeby ich broń Boże nie urazić. W każdym stereotypie, jak w plotce, tkwi ziarno prawdy – zwróciliście uwagę na dopisek „+ rabat dla lekarzy”? Zresztą lekarze prestiżem biją architektów na głowę. W ostatnim „Newsweeku” pojawiło się analogiczne ogłoszenie o obniżce właśnie dla nich, ale na volvo, a nie passata. O rabacie dla architektów ani słowa.

Piszę ten post w Berlinie. Ulice nie są ani zakorkowane, ani zastawione zaparkowanymi autami. Wszędzie dominują piesi i rowerzyści. Pachnie kwitnącymi lipami, a nie spalinami. Dzieci zasuwają chodnikami na rowerkach. Nie widać zbyt wielu ostentacyjnie drogich samochodów. Kierowcy uprzejmie zatrzymują się przed pieszymi zamierzającymi przejść przez ulicę. Oczywiście nie zawsze jest tak różowo i jak wszędzie zdarzają się motoryzacyjni szaleńcy, ale rzucają się w oczy mniej niż w Polsce. Pewnie dlatego, że w stosunku do liczby mieszkańców w Berlinie jest prawie dwa razy mniej samochodów niż na przykład w Warszawie. Znajomi architekci (i lekarze) korzystają z transportu publicznego, rowerów albo systemu car sharing. Na spotkania z klientem chyba nawet nie wypadałoby przyjeżdżać zbyt drogim samochodem. A gdyby z jakiegoś powodu musieli jednak kupić auto, pewnie zdecydowaliby się  na pierwsze lepsze używane lub elektryczną wersję. Jak Clooney albo DiCaprio.

To ja póki co poprzestanę na rowerze.

[fot. Monika Arczyńska]

Nie tylko dla rowerów

rowerowa
Miałam przed południem do załatwienia pewną sprawę w Urzędzie Miasta. Ponieważ pogoda jest dzisiaj fantastyczna, a  spod mojego domu do Urzędu prowadzi bezpośrednia ścieżka rowerowa, nawet przez chwilę nie zastanawiałam się nad innym środkiem transportu niż dwa kółka. Wzięłam aparat, żeby w razie jakiejś kolejnej miejskiej obserwacji pstryknąć zdjęcie na bloga i okazja przydarzyła się natychmiast. Zdjęcia jednak nie zrobiłam, bo głupio tak jakoś: ścieżką jechała pani na elektrycznym wózku. „Jechała” to w sumie mało powiedziane – ostro zasuwała! Miała na sobie zieloną kurtkę, prawie tak jaskrawą jak kamizelka odblaskowa, słuchała radia i wyglądała na równie zadowoloną, jak mijający ją rowerzyści. Nic dziwnego – co może być przyjemniejszego w słoneczny dzień niż przejażdżka piękną lipową aleją? Uśmiechnęłyśmy się do siebie czekając na zielone światło i kusiło mnie strasznie, żeby z nią chwilę pogadać.

Dla pani w zielonym przejażdżka ścieżką rowerową to pewnie najwygodniejszy sposób przemieszczania się po mieście, chociaż ma przecież inne możliwości. Tramwaje i autobusy mają obniżone wejścia, ale najpierw trzeba się dostać na przystanek. Wózek jedzie szybciej niż spacerują piesi, więc każda trasa zamienia się w slalom-gigant. Zamówienie zwykłej taksówki oznacza, że nie można użyć elektrycznego wózka, bo nie zmieści się do bagażnika. Ścieżki rowerowe dają to, co najważniejsze: wolność i niezależność. Bez względu na to, czy pani w zielonym jechała na zakupy, kawę z koleżanką, czy podobnie jak ja – do urzędu – jeśli tylko ma wygodnie zorganizowane wyjście z domu, ścieżkami może jechać bez mocowania się z krzywymi chodnikami i wysokimi krawężnikami.

Patrząc nią zdałam sobie sprawę, że w tak urowerowionym mieście jak Gdańsk po raz pierwszy widzę na ścieżce osobę na wózku. W takiej Holandii czy Danii to zupełnie normalny widok. Przyznaję – nie mam pojęcia, czy to w ogóle w Polsce legalne, ale… nie wyobrażam sobie, żeby ktokolwiek, wliczając policję, śmiał zareagować. Dlaczego w ogóle o tym wspominam? Mam wrażenie, że cały czas zapomina się, że ścieżki rowerowe służą nie tylko rowerzystom. Pani w zielonym miała oczywisty problem z mobilnością, ale istnieje wiele innych czynników, które sprawiają, że rower lub inny pojazd jadący ścieżką, staje się najbardziej sensowną transportową alternatywą. „Rowerzyści z przymusu” to nie tylko ludzie, których nie stać na samochód (niestety, nadal często słyszę ten argument). Są jednak również osoby, które z powodu kiepskiego wzroku nie mogą lub nie powinny prowadzić samochodu. Są starsi ludzie ze osłabionym refleksem, którzy nie chcą stanowić zagrożenia na drodze albo ci, których każda minuta za kierownicą stresuje do granic możliwości (co wcale mnie nie dziwi, kiedy obserwuję agresywność niektórych kierowców). Czasem się zastanawiam, dlaczego wszystkie rowerowe dżihady, fundacje i stowarzyszenia, walcząc o nowe kilometry ścieżek, nie używają tego argumentu. Jeśli cała Polska emocjonuje się strajkiem rodziców niepełnosprawnych dzieci w Sejmie, może udałoby się użyć podobnej strategii w kwestii zrównoważonego transportu? On jest naprawdę jeszcze bardziej zrównoważony i wyrównujący szanse, niż to się na pierwszy rzut oka wydaje. A pani w zielonym, jadąca sobie elektrycznym wózkiem, stanowiłaby idealną przeciwwagę dla piratów rowerowych w obcisłych lycrach, na których pomstują i kierowcy, i piesi.

A ja przy okazji skorzystam i będę mieć w Gdańsku jeszcze więcej ścieżek.

[fot. Monika Arczyńska]

Wieś mazowiecka

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Przeczytałam niedawno w pewnym internetowym serwisie wywiad z parą młodych i zdolnych architektów-dizajnerów. Nie napiszę, o kogo chodzi, bo zamierzam się nieco poczepiać, przy czym absolutnie nie chodzi o czepianie personalne, ale opisanie pewnego zjawiska. Poza tym brzydszą połowę tej pary poznałam kiedyś na studenckich warsztatach i wspominam jak najbardziej pozytywnie. Dlatego przyjmę ten wywiad jako czysto marketingowy wytwór i użyję przedstawionego tam obrazu jako wyrazistego przykładu zmory naszych czasów – przeestetyzowania. Jak na złość, właśnie mojej – projektowej – branży dotyka ona najmocniej.

Para prowadzi własną pracownię. Projektują i produkują naprawdę kapitalne meble. Mają showroom swoich produktów, ze stertami magazynów X i Y (rzecz jasna zagranicznych), oczywiście w Warszawie, naturalnie nie na żadnej Białołęce, tylko w jednej z modniejszych dzielnic. Posiadają psa – oczywiście rasowego. Do domu kupili ostatnio sofę marki X i zapach marki Y. Jeśli lampa, to marki Z. W lodówce zawsze mają owoce morza. Słuchają jazzu, w kinie uwielbiają francuską klasykę. Stop! Naprawdę mamy uwierzyć, że polska klasa kreatywna z sukcesami nigdy nie czyta Pudelka, nie gapi się od czasu do czasu bezmyślnie w telewizor i nawet w stanie głodu absolutnego nie katuje żołądka kebabem o 4 nad ranem? Przecież od takiego przestymulowania pięknem i wyrafinowaniem na co dzień zwoje mózgowe uległyby przegrzaniu. W tym kontekście nawet „wieś mazowiecka”, na której para naszych bohaterów pragnęłaby zbudować ekologiczny dom, zaczyna brzmieć jak marketingowy slogan. Nadmierne przeestetyzowanie, pomijając jego pretensjonalność, może zabić umiejętność cieszenia się rzeczami codziennymi. Jajecznica ze zwykłych jaj już nigdy nie będzie smakować jak ta z ekologicznych. Billboardy na elewacjach zabiorą przyjemność spacerowania po mieście. Zawyżone standardy niekiedy stają się przekleństwem, bo wymagają bezustannego testowania, czy na pewno nadal się je utrzymuje. A ponieważ trendy ulegają zmianom, można łatwo wpaść w sidła niebezpiecznego wyścigu, który trwa, odkąd wraz z masową produkcją piękne, dawniej niedostępne towary, stały się osiągalne dla większości: …nowi bohaterowie kultury konsumpcjonizmu traktują styl życia jako życiowy projekt i ekspresję swojej indywidualności*. Nasi bohaterowie pracują w branży projektowej, więc to naturalne, że żyją w świecie marek oraz pięknych przedmiotów, ale jednocześnie sprzedają swój styl życia. A ponieważ można go tak łatwo przedstawić w skrajnie wyidealizowany sposób, inni zaczynają do niego bezmyślnie aspirować. Spirala się nakręca…

Proszę więc o odrobinę uodpornienia na to wszechobecne przeestetyzowanie. Wiem, co zaraz usłyszę: że piękno można odnaleźć również w brzydocie albo że to, co dziwne czy charakterystyczne, również przyciąga odbiorców spragnionych wyjątkowości. Ale przecież nie wszystko musi być „jakieś”. Zwłaszcza tak organiczne twory, jak miasta, potrzebują neutralnego, zwyczajnego, nijakiego niekiedy tła. Nie róbcie mi marki z Mierzei Wiślanej ani wsi kaszubskiej. Chcę robić zakupy na zwyczajnym targowisku, a nie w bio-eko-organic-local-bazarze. Chcę cieszyć się nowym fotelem bez zastanawiania się, czy jest wystarczająco dizajnerski. Chcę czuć się komfortowo, jedząc od czasu do czasu w McDonaldzie. Ręce precz od zwyczajności codziennej!

*Featherstone, M. (1991). Consumer Culture & Postmodernism. London/Newbury Park/New Delhi: SAGE Publications.

[Na zdjęciu nastolatki fotografujące się przed butikiem Louis Vuitton w Ho Chi Minh. Fot. Monika Arczyńska]

 

Wirus motoryzacyjny

Zamieściłam wczoraj na Facebooku wycinek z ogłoszonego właśnie projektu „Planu zrównoważonego rozwoju publicznego transportu zbiorowego dla Miasta Gdańska na lata 2014-2030” (tzw. planu transportowego). Obrazek zaczął byskawicznie rozprzestrzeniać się wśród osób zainteresowanych problematyką transportowa i miejską. Zobaczcie sami dlaczego:

Image

Okazuje się, że według prognoz wzrost liczby samochodów w Gdańsku, stanowi wariant… optymistyczny. Hmmm. Z optymizmem zawsze kojarzyły mi się korzystne zmiany, poprawa jakości życia i osiąganie wyższych standardów. Doganianie Zachodu, na co wydawane są unijne środki oznaczałoby, że w najlepszym (czyli najbardziej pesymistycznym?) wariancie liczba samochodów powinna w Gdańsku spadać. Obecnie wynosi 508 na 1000 mieszkańców*, czyli ok. 100-150 więcej niż w europejskich miastach, w których infrastruktura i jakość życia oceniane są najwyżej. Celowe działanie czy lapsus językowy? W facebookowych dyskusjach pojawiły się różne teorie, m.in. że jeśli wzrost zamożności polskiego społeczeństwa mierzy się wskaźnikiem motoryzacji, to ów optymizm wiąże się z przewidywanym bogaceniem się Polaków. Niektórzy sugerowali, że ta freudowska pomyłka ujawniła prawdziwe oczekiwania Biura Rozwoju Gdańska. Przejęzyczenie przejęzyczeniem, ale mam nieśmiałą nadzieję, że gdański samorząd po cichu próbuje przeforsować zrównoważone rozwiązania, pozornie nie dając podstaw samochodowemu lobby, że nastaną dla niego ciężkie czasy. Z jednej strony konsekwentnie rozwijana jest sieć transportu publicznego oraz infrastruktury rowerowej i są to ogromne inwestycje. Chociaż sprawy najbardziej pilne, jak wspólny bilet na kolejkę miejską i pozostałe środki komunikacji zbiorowej nie są jeszcze rozwiązane, liczba ulepszeń zaskakuje. Każda nowa inwestycja powoduje spory szum medialny, a reakcje na nowe linie tramwajowe czy budowę Pomorskiej Kolei Metropolitalnej są entuzjastyczne. Z drugiej strony odnoszę wrażenie, że ograniczenia dla samochodów wprowadzane są stopniowo, niemalże po cichu, tak, aby nie podpaść, zwłaszcza przed wyborami, właścicielom aut. Właściciele się burzą, ale mało gwałtownie, bo dzięki metodzie małych kroków zmiany nie wydają się rewolucyjne, a kierowcy mają czas, aby przyzwyczaić się do nowych warunków – rozszerzanej strefy Tempo 30, zakazów wjazdu czy podnoszenia opłat za parkowanie w śródmieściu. Mam nadzieję, że ta strategia to nie tylko złudzenie.

Aha, chyba wiem, skąd ten „optymistyczny” wariant. To jak „pozytywny” wynik testu na obecność wirusa albo „pozytywny” wynik testu ciążowego. Tylko że wirus nie oznacza nic dobrego, a ciąże bywają niechciane…

*dane z 2012 roku według cytowanego projektu.

Pochwała babcinych metod

Obrazek
Udało mi się niedawno zrobić wrażenie na pewnym młodym i całkiem przystojnym urbaniście. Niezbyt pozytywne wrażenie – potwornie staroświeckiej osoby. Nie dość, że na zakupy chodzę z wózkiem, to na dodatek używam termoforu. Najpierw zrobiło mi się trochę głupio, ale to urbaniście przydałoby się lekkie uwrażliwienie na kwestie środowiskowe, bo te dwa proste przedmioty mają znaczenie dla energooszczędności w skali zarówno budynku, jak i miasta. Wpisują się idealnie w trend simple living, jak wiele innych babcinych metod.

Do termoforu przekonali mnie znajomi z Dublina. Klimat w Irlandii jest na tyle łagodny, że nie potrzeba tam ani za dużo ochłody latem, ani zbyt wiele ogrzewania zimą. Co nie znaczy, że zimno nie bywa, bo bywa koszmarnie, zwłaszcza w kiepsko izolowanych budynkach – po co je porządnie ocieplać w tak łagodnym klimacie? W starych kamienicach z reguły spotyka się pojedyncze szyby w oknach, ogrzewanie najczęściej jest elektryczne i mało wydajne, więc chłodnymi wieczorami trzeba dogrzewać się inaczej. Sposoby o charakterze erotycznym pozostawiam wyobraźni czytelników, ale pozostałe podstawowe metody są trzy: kominek, whiskey albo termofor. Nie każdy ma kominek, nie każda wątroba wytrzyma codzienne picie, więc pozostaje rozwiązanie najprostsze – gumowa butelka z ciepłą wodą. Bardzo energooszczędnie, bo do jej ogrzania potrzeba zdecydowanie mniej energii niż do ogrzania sypialni.  Do spania i tak najlepsza jest niska temperatura, a kubatura przestrzeni pod kołdrą jest zdecydowanie mniejsza niż całego mieszkania. Z kolei same termofory bardzo się unowocześniły i nie przypominają już śmierdzących gumą płaskich flaków, ale dostępne są wersje w całkiem przyjemnych wełnianych sweterkach.

Wózek to z kolei alternatywa dla samochodu podczas zakupów – pozwala uniknąć dźwigania ciężkich siat, czyli jednego z najczęściej przytaczanych argumentów dla konieczności posiadania auta w mieście. Poza tym prawie połowa Polaków mieszka nie dalej niż kilometr od dyskontu, a niewielu mniej ma w zasięgu spaceru hipermarket, więc narzekanie na wysokie ceny lub ograniczony wybór towarów w lokalnych sklepikach również nie ma sensu. Wózki, podobnie jak termofory, także się zmieniły i chociaż te paskudne i faktycznie mocno babcine, w zieloną lub granatową kratę, nadal są dostępne, można znaleźć mnóstwo kolorowych wersji. Stają się coraz bardziej popularne i potwierdzam, że osoba poniżej osiemdziesiątego roku życia z wózkiem nie wzbudza już w Polsce sensacji. W Barcelonie widziałam w supermarketach specjalne stanowiska do zaparkowania i przypięcia – ten patent przydałby się  wszędzie. Sama używam wózka również do transportowania szkła, ponieważ najbliższe kontenery na odpady do recyklingu znajdują się dość daleko, a butelki sporo ważą. Podkreślam również przewagę tzw. stair climbera z trzema kółeczkami po każdej stronie nad zwyklym dwukołowcem – radzi sobie i ze schodami, i z krawężnikami.

Do Świąt dwa tygodnie – może to niezłe sugestie prezentowe, niekoniecznie dla babci?

[Zdjęcia z Allegro, chociaż może powinnam zrobić sobie zdjęcia z wózkiem oraz termoforem i stać się Kasią Tusk architektonicznego segmentu polskiej blogosfery]

%d blogerów lubi to: