Wyprawa przez przerośnięte kalafiory

Kol01

Bez względu na miłość do współczesnej architektury, czasem trzeba przypomnieć sobie o dawnej. Tak w sumie jest ze wszystkim – jeśli na co dzień słucha się Kanye Westa, od czasu do czasu warto wrócić do Schuberta. Jeśli nie można żyć bez Sasnala, nie zaszkodzi pooglądanie Michała Anioła. Jeśli Zaha i tylko Zaha, zwiedzenie romańskiego kościoła przypomni, że w architekturze, muzyce i sztuce wszystko już było. Teraz tylko wyciągamy wymyślone niegdyś formy z wielkiego wora, udając, że wsadzenie ich w nowe opakowania to tworzenie czegoś nowego. Akurat. To dlatego lubię czasem wrócić do Giedionowskiej „Przestrzeni, czasu i architektury”, żeby kolejny raz utwierdzić się w przekonaniu, że kopiowanie i reinterpretacja to całkowicie normalny proceder w projektowaniu.

Tak samo jak Giedion działa oglądanie historycznej architektury, więc w ten upalny weekend, który spędzałam w Łodzi, chociaż z uwagi na temperaturę wolałabym w kajaku, postanowiliśmy z moim osobistym urbanistą podskoczyć do Tumu pod Łęczycą i zwiedzić kolegiatę. Nie mogę sobie przypomnieć, czy już ją kiedyś widziałam. Rodzice* twierdzą, że zahaczyliśmy o Łęczycę podczas jednej z naszych wypraw w Polskę wiele lat temu, ale ja pamiętam tylko opowieści o diable Borucie, które opowiadaliśmy sobie przejeżdżając przez miasteczko naszym granatowym polonezem. Tym razem nie było ani poloneza, ani żadnego innego auta, bo akurat wszyscy nasi zmotoryzowani znajomi mieli inne plany, więc (jak zwykle zresztą) użyliśmy transportu publicznego. Jak stuprocentowi turyści odwiedziliśmy punkt informacji przy rynku, upewniliśmy się, że położona za miastem kolegiata jest tego dnia otwarta do 18:00, dzięki czemu mieliśmy jeszcze czas na obejrzenie zamku i wystawy figurek diabłów. Boruta nas nie postraszył, ale zaintrygował diabeł o wdzięcznym i dźwięcznym imieniu Srala, który w bardzo nieprzyzwoitym geście podwijał spódnicę wyraźnie zadowolonej dziewoi. Po zamku lody w jednej z łęczyckich lodziarni – jest ich tam tak dużo, zwłaszcza w zestawieniu z jednym, jedynym miejscem, gdzie można napić się piwa, że poczuliśmy się jak w kraju arabskim. A może to tylko przykrywki i na zapleczu są salony masażu albo punkty sprzedaży dopalaczy? Nieważne. Ruszyliśmy do kolegiaty najkrótszą drogą, którą pokazał nam GPS, czyli przez pola żyta, kukurydzy i wyraźnie przerośniętych kalafiorów. Kolegiata stoi praktycznie w szczerym polu i to zbliżanie się było bardzo ekscytujące – rosła, rosła, aż w końcu stanęliśmy tuż pod nią, uderzeni jej ogromem. Ogromem w skali polskiego romanizmu, oczywiście.

kol04

Kolegiata jest… współcześnie prosta. Idealna w proporcjach i „skończona” – mam wrażenie, że jedna mniej albo jedna więcej apsyda zaburzyłaby tę idealną formę. Można by się na niej uczyć geometrii wykreślnej i przenikania brył. Do tego te materiały – Zumthor nie powstydziłby się tych surowych kamiennych powierzchni i subtelnego detalu. Ale żeby w pełni docenić klasę budynku, należy wejść do środka, żeby postudiować proporcje wnętrza. A tu niespodzianka: zamknięta na kłódkę krata i powieszona na tablicy karteczka, że akurat tego dnia zwiedzanie jest możliwe wyjątkowo do 14:00. Inni wkurzeni turyści popędzili na plebanię, ale bardzo zajęty proboszcz był nieubłagany. Co nam zostało? Popatrzenie na fragment wnętrza, gdzie nawet nie było widać empory, na dodatek z boku, więc nie dało się zobaczyć ani wnętrz apsyd, ani – najważniejsze – proporcji naw! Na ogół jestem w miarę cierpliwa, ale akurat w to lato, pewnie z powodu nadmiernego przepracowania przez ostatnie pół roku, jakoś nadzwyczaj często puszczają mi nerwy. Tu też puściły i jako komentarz do tej karygodnej sytuacji padło mnóstwo brzydkich słów („przecież to jest, k…., najważniejszy fragment dziedzictwa zbudowanego w tej, k…, części kraju!”, to jest, k…, nie do pomyślenia!”, jak tak można, k…, traktować ludzi, którzy tu, k…, specjalnie przyjechali, żeby podziwiać ten, k…, genialny romanizm?, „tak trudny był, k…, jeden telefon z informacją do informacji turystycznej, k…?”). Ale jakimś dziwnym trafem w podobnych sytuacjach zawsze udaje mi się to, co sobie wymyśliłam. Kiedy tak stałam przy kracie, testując, czy być może jeden z naszych kluczy przypadkiem nie pasuje do kłódki, pojawił się nagle pan z właściwym zestawem, żeby coś zabrać z zakrystii i na chwilę wpuścił nas do środka.

A tam już „o, k…” poleciało z czystego zachwytu…

kol03

*Rodzice z kolei postawili w ten weekend na architekturę najnowszą i pojechali do Szczecina obejrzeć Filharmonię. Punkt dla nich, ja jeszcze nie byłam! Czy muszę dodawać, że rodzice nie mają absolutnie nic wspólnego z architekturą (oprócz  dziecka, oczywiście)? Podobno na zwiedzanie wybrało się oprócz nich ok. 150 osób – chyba dzięki nagrodzie Miesa zaczyna się u nas rozwijać prawdziwa turystyka architektoniczna. Albo raczej „współczesnoarchitektoniczna”.

[Fot. Monika Arczyńska/Łukasz Pancewicz]

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: