Najpowolniejsze wakacje życia

 

Lekkie ADHD (a na pewno duża nadaktywność) w codziennym życiu przekłada się także na sposób spędzania wakacji. Nigdy jeszcze nie pojechaliśmy z moim osobistym urbanistą odpoczywać dłużej na plaży czy nad jeziorem. Zdarzało nam się, owszem, spędzić tak dzień czy dwa, najczęściej ze stosem książek przy leżaku, ale zaraz potem wracaliśmy do zasuwania po miastach. Nasze typowe wakacyjne wyjazdy wiążą się z ciągłym przemieszczaniem – spędzamy z reguły nie więcej niż dwie noce w jednym miejscu i ruszamy dalej. Oczywiście wszystko transportem publicznym, więc każda podróż musi być szczegółowo przygotowana: zabukowane noclegi, spisane połączenia, szczegółowo zaplanowane przesiadki. Tym razem mieliśmy jednak tak serdecznie dość spieszenia się na pociągi i wciskania kolejnych punktów programu w napięty grafik, że spędziliśmy właśnie najpowolniejsze wakacje swojego życia. Na dziesięć dni zaplanowaliśmy zaledwie trzy miasta do odwiedzenia, a wieczory zdarzało nam się spędzać w hotelu, bez wyrzutów sumienia, że nie korzystamy z lokalnych atrakcji.

Okazało się, że spędzanie wieczorów w hotelu nie jest wcale takie bezsensowne. Pisałam  te słowa w jednym z najprzyjemniejszych miejsc, w jakich zdarzyło mi się zatrzymać (Black Iris w Madabie).  Nie wierzyłam opiniom gości – „nie było ciepłej wody, ale miejsce jest tak urocze, że daję 10/10” – lecz to wszystko prawda. Nieczęsto zdarzają się miejsca z taką atmosferą, że goście przychodzą do hotelowego lobby po prostu po to, aby posiedzieć sobie na puchatych kanapach i pograć w scrabble z dziećmi właścicieli. Pokoje usytuowane są tak, że zawsze trzeba przejść obok jadalni, kąta z herbatą i kilku przyjemnych zakamarków. Wszystkie strefy się przenikają, zapachy (apetyczne) roznoszą, a goście i obsługa non stop uśmiechają się do siebie.

Przed Madabą zatrzymaliśmy się w Ammanie i w Dżaraszu. Amman jest – jakby to w miarę delikatnie określić? – trudny turystycznie. Zwłaszcza dla takich maniaków spacerowania, jak my. Prawie nie ma tam chodników ani przejść dla pieszych, transport publiczny istnieje, ale nie sposób się w nim połapać, a różnice wysokości sprawiają, że odległości, które na mapie wyglądały niewinnie, wydłużają się w nieskończoność. Najtrudniejsze jest jednak coś innego – jakość powietrza. Tłuste, śmierdzące  spaliny wciskają się w nos i gardło, a poza tym prawie nie ma zieleni, która chociaż częściowo filtrowałaby tę truciznę. Ale to nie znaczy, że z Ammanu trzeba uciekać i miasto nie ma wiele do zaoferowania, wręcz przeciwnie. Oprócz bezdyskusyjnie przepięknych miejsc (przede wszystkim Cytadeli i  ogromnego rzymskiego teatru), ma fantastyczne handlowe ulice i wspaniałe kawiarnie (szisza!). Dla mnie najciekawsze było jednak objęcie skali tego miasta, jednego z największych na Bliskim Wschodzie, tym bardziej, że trudno w jego strukturze znaleźć jasną dla Europejczyków hierarchię w układzie przestrzennym. Byłam też ciekawa, czy w tej ogromnej masie budynków i ulic można zobaczyć nowoczesne oblicze miasta. To ostatnie zadanie okazało się najłatwiejsze, bo zatrzymaliśmy się niedaleko Abdali – ogromnego kompleksu, który ma podnieść znaczenie Ammanu jako ważnego globalnego ośrodka. Wygląda światowo – są wieżowce, szerokie chodniki (!), wielkie centrum handlowe, luksusowe hotele i biurowce, ale duża część powierzchni dopiero czeka na najemców.

Nie współczesny urbanistyczny rozmach Ammanu zaskoczył mnie najbardziej, lecz… rzymski i starożytny. Dżarasz okazał się gwoździem programu. Ale o tym w następnym odcinku:)

[Fot. Monika Arczyńska]

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Reklamy
%d blogerów lubi to: