Bilbao

IMG_8305

Archdaily opublikowało wczoraj listę dziwnych przyzwyczajeń architektów. Do wielu się przyznaję, chociaż nie podzielam bezkrytycznej miłości do moleskine’ów i Bjarke Ingelsa. Jednak planowanie takich tras wakacyjnych podróży, aby zahaczyć o konkretne budynki, to coś, co robię zdecydowanie za często. A ponieważ z tęsknoty za słońcem przebijam się właśnie przez zdjęcia z letniego wyjazdu na północ Hiszpanii, przypomniał mi się jeden z głównych punktów podróży. Być w okolicach Bilbao i nie zobaczyć Muzeum Guggenheima to gorzej niż być w Rzymie i nie widzieć papieża. Papież może gdzieś akurat wyjechać, a muzeum od prawie 20 lat cierpliwie stoi, odwiedzane przez miliony ludzi.

Realizacja Gehry’ego zdecydowanie zasługuje na oddzielny post, ale muszę go napisać, kiedy będę w odpowiednio złośliwym nastroju. Ciekawsze wydaje mi się samo miasto, bo to miejsce, o którym przed realizacją falistego muzealnego potwora mało kto słyszał. Dzięki świetnemu marketingowi wyrobiło sobie taką turystyczną markę, że właśnie tam trafiliśmy na największą liczbę obcokrajowców spośród odwiedzanych po drodze miast (oprócz San Sebastian, ale to gracz w innej kategorii). Architektoniczny PR jest cały czas podpompowywany i eksploatowany. Już podczas meldowania się w hotelu dostaliśmy mapkę, na której recepcjonista zaczął zaznaczać największe atrakcje turystyczne. Wymieniał przy tym nazwiska – Gehry, Starck, Calatrava – jakby to było oczywiste, że albo wszyscy doskonale je znają, albo przyjeżdżają specjalnie dla realizacji tych projektantów (nie przyznaliśmy się, że jesteśmy architektami). Najbardziej zaintrygowała nas jednak część Bilbao, którą pan z recepcji energicznie zakreślił, napisał tam wielkimi literami ‚NO GO’ i kategorycznie zabronił nam się tam zapuszczać. Zapytaliśmy, czy to jakaś bardzo niebezpieczna dzielnica, z której nie wyjdziemy żywcem – trochę się zmieszał, bo jednak wizerunkowo mordownia nie pasowałaby do odpicowanego obrazu Bilbao. Mruknął pod nosem, że nie, że po prostu „trochę tam brudno i raczej nie mamy tam czego szukać”. Już wiedzieliśmy, od której dzielnicy zaczniemy zwiedzanie!

Okolice ulicy San Francisco faktycznie odbiegały nieco czystością od pozostałych części śródmieścia. W pobliżu znajduje się dworzec kolejowy, więc wcale mnie to nie zaskoczyło – to często najbardziej szemrane dzielnice w miastach. W zaniedbanych miejscach niskie czynsze przyciągają imigrantów i niebieskie ptaki. To bardzo wygodna lokalizacja – blisko centrum, z usługami w parterach i sklepików z egzotycznym jedzeniem. No dobra, momentami byłam jedyną kobietą na ulicy i to już zdecydowanie nie było komfortowe uczucie. Kontrast z odpicowanym centrum tuż po drugiej stronie rzeki był dość szokujący, ale najbardziej zaskoczyła mnie osmoza pomiędzy tymi dwoma światami. Rzeka stanowi barierę, która w jedną stronę przepuszcza turystów, w drugą – grupki żebraków lub młodzież popijającą procenty w wypieszczonej przestrzeni publicznej. Nie trzeba być szczególnie wrażliwym na wizualne niuanse, aby jednoznacznie określić, kto przynależy do którego z tych światów. Pomiędzy nimi śmigała jednak spora grupa mieszkańców Bilbao, którzy w obu miejscach czuli się jak u siebie, spajając to symboliczne rozdarcie.

Ale w sumie nie dla takich miejsc przyjechaliśmy do Bilbao. Ruszyliśmy oglądać  Centrum Azkuna (dawniej  Alhóndiga) czyli dawny magazyn wina przeprojektowany przez Philippe’a Starcka. Obecnie to wielofunkcyjne centrum rozrywkowo-kulturalne, z biblioteką, basenem (na dachu, ze szklanym dnem, przez które można podglądać pływających), restauracją i galerią. Wiele tam wnętrzarskiego gadżeciarstwa w dużej skali i nieintucyjnego rozplanowania funkcji i nie mogłam pozbyć się myśli, że projektowanie budynku to jednak bardziej projektowanie krajobrazu niż wyciskarek do cytrusów.

IMG_8135

U Starcka: szalenie ozdobione kolumny pod szalenie nisko położonym sufitem…

IMG_8133

… i szalenie smukłe kolumny pod szalenie wysoko położonym sufitem:)

Inne architektoniczne must-see w centrum to m.in. kładka projektu Calatravy oraz dość przyjemny, chociaż bazujący na oklepanym pomyśle (przejście przez rozcięcie między skrzydłami) ratusz projektu IMB Arquitectos.

IMG_8271

Rozbudowa ratusza proj. IMB Arquitectos – sympatyczny, ale nie arcydzieło sztuki architektonicznej

Moim ulubieńcem okazał się inny obiekt: biblioteka projektu Rafaela Moneo, z elewacjami z luksferów. Podobnych budynków powstało sporo – z luksferami kombinował i Wiel Arets w Maastricht, i Renzo Piano w Tokyo – ale tu mają jedną ogromną zaletę. Przy całym architektonicznym szaleństwie w okolicy ich jednolita, neutralna powierzchnia przynosi oczom zasłużoną ulgę….

IMG_8546

IMG_8549

Biblioteka projektu Moneo

Moneo jest chyba jednak zbyt krajowy, żeby uznać go w Bilbao za megagwiazdę. Co innego najjaśniej nam błyszczący superstar z „sir” przed nazwiskiem. Zaprojektował dla Bilbao wejścia na stacje metra, które od jego nazwiska nazywane są… „fosteritos”.

fosterito

Sir Norman F. strzelił autograf na jednej z betonowych ścian. To się nazywa architektoniczny PR!

IMG_8334

Same wejścia wyglądają dość… pędrakowato

Im dalej od ścisłego centrum, tym mniej prac starchitektów, ale to wcale nie znaczy, że jest tam nieciekawie. Nie mam nawet na myśli współczesnych budynków, ale np. poprzemysłowe obszary poprzecinane intrygującymi elementami infrastruktury, które wyglądają jak wzorcowe przykłady podnoszenia jakości życia na obszarach zdegradowanych. Na przykład pod wielkim wiaduktem można trafić na zacienione boisko, a sma wiadukt jest zaprojektowany w sposób przyjazny dla pieszych i rowerzystów, oddzielonych od pędzących samochodów.

IMG_8489

IMG_8494Muszę przy okazji rozwiać pewien mit. Pamiętam z wielu artykułów na temat „efektu Bilbao”, że przed realizacją projektu Gehry’ego miasto było zaniedbanym i ogólnie niezbyt pięknym przemysłowym ośrodkiem. Akurat! Może faktycznie było zapuszczone, ale są tam malownicze miejsca, ze spiętrzającą się na wzgórzach zabudową, świetne nabrzeże i schowany w środku historycznych kwartałów plac, gdzie zmęczeni współczesną architekturą turyści lądują na zasłużonym winie i pintxosach. Ale przyznaję – gdyby nie Gehry, pewnie byśmy tu wcale nie przyjechali.

ArchDaily jak zwykle ma rację:)

[Fot. Monika Arczyńska i Łukasz Pancewicz]

Reklamy

One thought on “Bilbao

  1. Alex pisze:

    Ma swój posmak to Bilbao. Na pewno warto tam zajrzeć, chociaż, ze zdjęć wynika, że trochę skąpe, ale oryginalne na architekturę. Zaplusuję)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: