Raport z frontu

TITLE

A miało być tak pięknie… Ale pięknie tylko przy okazji, bo przede wszystkim prospołecznie, pragmatycznie, humanitarnie. Wyszło dość nijako, powtarzalnie i nudno. Oglądając kolejne, podobne do siebie wystawy, zaprezentowane w ostentacyjnie niskobudżetowy sposób, bo przecież nie wypada wydać na makietę więcej niż na budynek, który reprezentuje, nieraz miałam wrażenie, że podróż do Wenecji była całkiem niepotrzebna. Oglądając katalog i popijając kawę – obowiązkowo fair trade – w zaciszu własnego mieszkania dowiedziałabym się więcej, bo bez pośpiechu, nie wspominając o ilości CO2, którą wyprodukował samolot, pociąg i klimatyzacja w hotelu. Nie wspominając już o tym, że pieniądze wydane na podróż mogłabym wpłacić na jakiś NGO budujący studnie w Afryce (podobną strategię przyjęła zresztą Austria, pożytkując zaoszczędzone dzięki skromnej wystawie fundusze na poprawę warunków mieszkaniowych kilku rodzin uchodźców).

ARRIVAL CITY

Niemcy również wybrnęli sprytnie  z problemu mało spektakularnego tematu i uniknęli szarej tektury, worków foliowych i plastikowych butelek. Nie dość, że wypruli otwory w swoim nazistowskim pawilonie, aby pokazać, jak bardzo są otwarci na przybyszów z zewnątrz – obecnie głównie uchodźców – to jeszcze wybrali stylistykę materiałów graficznych przypominającą przeskalowane kserówki ze spontanicznymi komunikatami. Bez zadęcia, z lekką naiwnością, może aż zbyt lekko, ale jak świeżo po dziesiątkach wystaw o mniejszych i większych problemach ludzkości.

ETH

[Ta instalacja ETH z Zurychu oczarowała chyba wszystkich i to akurat było coś, co trzeba zobaczyć na własne oczy, a nie tylko w katalogu. Konstrukcja składa się wyłącznie z wycinanych komputerowo kamiennych płyt – bez zaprawy, bez żadnych dodatkowych elementów łączących. Jak w czasach gotyckich katedr, których sklepienia wykonywano w podobny sposób. Tyle, że tu gotowe elementy składano zaledwie dwa tygodnie.]

Podczas Biennale rynkowa koniunktura przekłada się zwykle na ilość przelewanego prosecco oraz połysk wystaw, lecz Aravena wykręcił architektom niezły numer. Zachód powoli wykaraskał się z kryzysu, inwestorzy zaczęli wyciągać  odłożone do szuflady projekty, a w krajobrazie europejskich i amerykańskich miast znów pojawiły się dźwigi. Miło byłoby znów pobłyszczeć na okładkach kolorowych magazynów, a medialny szum po śmierci Zahy Hadid potwierdził tęsknotę za wielkimi nazwiskami i ekscentrycznymi twórcami. Dla wielu architeków to za szybko na pochylanie się nad wykluczonymi i  budowanie lepianek z gliny – brzmi świetnie, gdy chce się pochwalić znajomym egzotycznym wolontariatem, ale żeby zaraz przestać marzyć o  projektowaniu wieżowców i muzeów?

MOKOKO.jpg

[Nagrodzony Srebrnym Lwem dla „obiecującego młodego uczestnika” model pływającej szkoły Mokoko]

ZLOTY

[Z przodu makieta West Village w chińskim Chengdu – maksymalizacja przestrzeni rekreacyjnych i sportowych; w tle nagrodzona Złotym Lwem spektakularna instalacja Gabinete de Arquitectura z Paragwaju, wykonana z cegły przez niewykwalifikowaną siłę roboczą – tu akurat aspekt piękna i czystej formy architektonicznej został doceniony]

Polskie akcenty wypadły nieźle, chociaż „śmieciowo”. Wystawa Hugona Kowalskiego i Marcina Szczeliny o odpadach całkiem nieźle prezentuje się w Arsenale, ale tego śladu węglowego (śmieci przywiezione z Polski!) to chłopakom nie wybaczę. Polski pawilon z uwagi na temat, którego spodziewałam się w przynajmniej kilku innych miejscach, a którym jednak zajęli się tylko Polacy, stał się chyba jednym z najpopularniejszych w Giardini. Tu „śmieciowy” motyw dotyczył m.in. sposobu zatrudnienia robotników budowlanych bez umów (lub na tzw. „śmieciówkach”), ale i darmowe nadgodziny architektów załapały się na infografikę o problemach pracowników branży budowlanej. Trochę się martwiłam, że będzie za skromnie i że przygotowywany przez kielecką ekipę research nie wystarczy dla pełnego zobrazowania poruszanych kwestii, ale okazało się, że Biennale to miejsce zadawania pytań, a niekoniecznie podawania gotowych rozwiązań. Mieliśmy jednak z naszym własnym kuratorskim zespołem wrażenie, że wchodzimy na wystawę, którą sami zaproponowaliśmy na tegoroczne Biennale. Chociaż tematy się nie pokrywały, strona wizualna okazała się prawie identyczna. Ustawiony według naszego projektu billboard na dachu polskiego pawilonu miał krzyczeć czarnymi literami na agresywnie żółtym tle – tu krzyczały żółte torby w identycznym odcieniu, po których w całej Wenecji można było poznać architektów. Podobnie jak u nas, całą przestrzeń pawilonu wypełniała stalowa konstrukcja i tak samo była owinięta przepuszczającą światło tkaniną (tyle, że siatką ochronną, jak na rusztowaniach, a nie materiałem, z którego robi się billboard). Tak samo wchodziło się do środka przez wycięcie w materiale. Przynajmniej wiemy, że projekt sprawdziłby się w 1:1:)

Polish

Ciekawostka, ale spodziewana – zabrakło starchitektów. Co prawda pojawiły i garaże dla dronów projektu Fostera, i muzeum Chipperfielda w Sudanie, mignęli gdzieś w filmie dokumentalnym Herzog&de Meuron, a Shigeru Bana obskoczyli łowcy autografów, ale o pojedyncze nazwiska, a nie potężny gwiazdozbiór, jak zwykle bywało. Całą salę na wystawie głównej poświęcono też projektom Renato Rizziego. Zamierzałam podziękować mu za pokazywany w Giardini Teatr Szekspirowski – ostatnio rozmawialiśmy w dniu otwarcia, kiedy jeszcze nie wiedziałam, że Teatr stanie się jednym z moich ulubionych budynków. Rizzi, jak to stuprocentowy Włoch, rozgadał sie jednak z jakimś dziennikarzem. Następnym razem!

baN

Rizzi

[Rizzi, dziennikarze i przepiękne makiety]

DRON

[Fosterowy „garaż” dla dronów]

IRISH.jpg

[Projekcja na wystawie Irlandii (Níall McLaughlin), pokazujący, wraz ze zmieniającą się ścieżką dźwiękową, jak osoby z chorobą Alzheimera odbierają przestrzeń. Subtelnie, pięknie, ale w punkt – takie ekspozycje lubię na Biennale najbardziej.]

Największe rozczarowanie to brak otwartych debat. W Giardini zawsze były organizowane otwarte spotkania -€“ to miejsce stawało się centrum Biennale, gdzie można posłuchać dyskusji zaproszonych kuratorów i projektantów. Tym razem kilka spotkań odbyło się w audytorium, gdzie mieści się tylko niewielki odsetek zainteresowanych osób (nie wspominając o pewnym skandalu – okazało się, że Aravena zaprosił do głównej debaty na otwarcie debaty samych mężczyzn). Tym razem, kiedy na wystawie pokazywano dobre praktyki z odległych od siebie części świata, dyskusja i podzielenie się uwagami byłyby szczególnie ważne. Nawet, jeśli rozwiązania muszą być unikalne i „szyte na miarę” z uwagi na różnice geograficzne czy kulturowe, najbardziej intrygujące fragmenty wystawy głównej to te, które przedstawiały uniwersalność problemów oraz sposobów ich rozwiązania w różnych częściach świata. Do jednej z najbardziej trafnych w tym kontekście wystaw zaliczyłabym porównanie tymczasowych miast – od osiedli dla ofiar klęsk żywiołowych, przez festiwal w Glastonbury, po święto przyciągające w jedno miejsce w Indiach kilkanaście milionów ludzi.

Porażką była również nieobecność i jednoczesna medialna wszechobecność Araveny.  Chociaż wpatrywaliśmy uważnie jego rozwichrzonej czupryny, pojawiącej się dosłownie wszędzie – w magazynach, na filmach, w wywiadach – nie czułam jego roli jako gospodarza, jak chociażby Koolhaasa dwa lata temu. Nie kręcił się cały czas na wystawach, trudno było się wbić na spotkania. To dziwne, bo w trakcie przygotowań intensywnie współpracował z innymi kuratorami. Być może tak już mają niektórzy architekci – interesuje ich proces twórczy, a nie to, co dzieje się później, a może stał się ofiarą własnego sukcesu. Pritzker i Biennale w jednym roku to chyba trochę za dużo nawet dla takiego człowieka-orkiestry. Aravena, podkreślając swoje praktyczne podejście do rozwiązywania problemów, prezentował się nie tyle jako kurator, ale jako stuprocentowy architekt, który do przygotowania Biennale podchodzi jak do projektu architektonicznego. Już w pierwszej sali, wypełnionej gips-kartonem (100 ton pozostałości po poprzednim Biennale), pokazał proces projektowania wystawy, dyskusje z kuratorami i aranżowanie przestrzeni. Wszystko zgodnie z jego kuratorskim przesłaniem o roli architekta, tyle, że w pokazanych dalej projektach architekt stanowił zaledwie element, nie zawsze najważniejszy, procesu rozwiązywania problemów. Za to za każdym prawie razem, gdy tylko pozwalała na to aranżacja i stylistyka wystawy, łechtano ego projektantów jako bogów, twórców czy godnych podziwu filantropów. To trochę jak z Araveną, prawda?

greedy.jpg

[Aravena na filmie…

ARAV

[… i jego instalacja z rozbiórkowych stelaży i płyt gispowo-kartonowych]

 

 

team02

[Czym byłoby Biennale bez fotogenicznych instalacji?]

Najciekawsze wydawały mi się te fragmenty Biennale, gdzie“ rola architekta nie polegała na zbawianiu ludzkości, ale gdzie wyjście poza tradycyjne projektowanie oznaczało działania związane z definiowaniem systemów i procesów rządzących przestrzenią. Na przykład izraelski pawilon pokazywał relacje między nauką a architekturą, gdzie np. symulacje rozwoju kolonii drobnoustrojów można by wykorzystać jako model projektowania ludzkich siedlisk. Wyobrażam sobie świetnie odwrócenie tej zasady i wykorzystanie umiejętności architektów do analizy i zapisu podobnych procesów w nauce – badacze nie zawsze posiadają predyspozycje i doświadczenie, żeby tego dokonać.

Ale to, co zrobiło na mnie największe wrażenie, to wystawa Forensic Architecture, działającej w ramach londyńskiego uniwersytetu agencji zajmującej się dokumentowaniem dowodów (głównie dla organizacji pozarządowych i ONZ) dotyczących zbrodni wojennych czy środowiskowych. Te zadania wymagają współpracy pomiędzy specjalistami z różnych branż – od prawników po filmowców, ale rola architektów, którzy rozumieją przestrzenne relacje, jest szczególna w określaniu miejsca i czasu wydarzeń. Tu nie architekt stał w centrum zainteresowania, ale ofiary. To chyba jedyne miejsce na całej wystawie, gdzie na ludzi nie patrzyło się jak na masę, ale jak na konkretne jednostki. Pięciolatek, który zginął od wybuchu pocisku w Strefie Gazy staje się mniej anonimowy niż afrykańskie dziecko zdobywające wykształcenie dzięki nowemu budynkowi szkoły. Bezimienni rozbitkowie-uchodźcy stają się bliżsi niż społeczność południowoamerykańskich slumsów.

Właśnie takich wystaw oczekiwałam na tegorocznym Biennale.

FORENSIC

[Fot. Monika Arczyńska, Łukasz Pancewicz]

Reklamy

13 thoughts on “Raport z frontu

  1. eV pisze:

    I gdzie ta nuda, o które pisałaś na początku. Niesamowite wydarzenie i piękne zdjęcia 🙂

  2. sixlettercity pisze:

    A to i tak nie wszystko, trzeba by zostać z tydzień:)

  3. robert skitek pisze:

    Dzięki! A czy czasem to rozczarowanie nie wynika z faktu braku bezpośredniego spotkania z oblubieńcem? Żartuję… Tego się obawiałem po tym biennale: rozmycia i banału właśnie w świetle chwilowo modnego pochylenia się nad maluczkimi… Taki temat jednak wymagałby jakiegoś mocnego podsumowania i wskazania najbardziej efektywnych działań.

    • sixlettercity pisze:

      Odkochałam się przez to Biennale:) Masz rację z tym rozmyciem i banałem – mocne podsumowanie można by zrobić np. dzieląc, jak Koolhaas w poprzedniej edycji, wystawę główną i pawilony narodowe na dwa różne tematy. Wówczas selekcja byłaby bardziej spójna, a przykładów mniej, bo w tym natłoku trudno nawet czasem zrozumieć, jaki jest ich sens i kontekst. A brak dyskusji i porównania doświadczeń to zdecydowanie najsłabsza strona tego Biennale.

      • robert skitek pisze:

        Wiadomo było, że po Koolhasie to łatwo nie będzie. Wybór Araveny i niespodziewana pritzkerowa sława chyba jednak za bardzo napompowała balon oczekiwań …

  4. Cromadex pisze:

    Nie widzę tu nudy 😉 A ten stelaż niemiecki jest wspaniały. Aż zapiera dech. Z chęcią zobaczyłabym na żywo 🙂

  5. Tomek Mielczyński pisze:

    chciałbym umieć budować takie sklepienia z cegły…

    • sixlettercity pisze:

      Pewnie trzeba by się zgłosić do specjalistów od konserwacji i odbudowy zabytków. Pamiętam, jak na studiach wylądowaliśmy z przyjacielem całkiem przypadkiem w kościele św. Piotra i Pawła w Gdańsku – akurat trwała reknstrukcja gotyckich sklepień. To bardzo przypominało te Fosterowe instalacje:)

  6. Tomek Mielczyński pisze:

    no i rysować tak jak Norman… ach Norman! 🙂

  7. […] wydarzenie architektoniczne roku, w jakim miałam okazję uczestniczyć, ważniejsze niż weneckie biennale czy triennale w Oslo (moje relacje z obu w bieżącym i kolejnym numerze Architektury-Murator). […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: