Jak wykończyć mieszkanie wykańczając i siebie, odc.2

IMG_5223.JPG

Odcinek 2: W pogoni za podpisami

„Mała wspólnota” – na to hasło dostaje gęsiej skórki. Nawet, jeśli planowana ingerencja w część wspólną budynku jest tak niewielka, że nie ma co spodziewać się problemów w uzyskaniem zgody wszystkich właścicieli, problem może stanowić… dotarcie do nich. Pół biedy, gdy mowa o ściganiu sąsiada, który pracuje na zmiany i trudno zastać go w domu. Niestety, bywają bardziej skomplikowane przypadki. A to ktoś jest za granicą, a to w sanatorium, a to wyszedł z domu i nie wrócił.

Ingerencja w moim projekcie była naprawdę mała – chodziło wyłącznie o podpięcie się do przewodów kominowych, bo ani w kuchni, ani w łazience nie ma obecnie żadnej wentylacji. Ponadto okazało się, że wolnych przewodów jest mnóstwo – pozostały po likwidacji pieców kaflowych. Uzbrojona w projekt uchwały i sporo cierpliwości zaczęłam pukać do mieszkań. Co się okazało: w zaledwie dwóch mieszkaniach na siedem (ach, te małe wspólnoty) mieszkali właściciele. Reszta albo stała pusta, albo była wynajmowana. Na szczęście dostałam kilka numerów telefonów i udało mi się dotrzeć do paru osób. Na nieszczęście w międzyczasie trafiłam do szpitala i nie mogłam pojawić się na spotkaniu wspólnoty, podczas którego miałam nadzieję na zebranie kilku podpisów. Pewnie nadal miałabym z tym kłopot, gdyby nie  miła pani, od której kupiliśmy mieszkanie. Bardzo nam pomogła zdobywając kolejne podpisy od niegdyś swoich, a obecnie naszych sąsiadów i nawet przywiozła mi je do domu.

Ale to wszystko przecież nie mogło być tak proste, prawda? Kiedy podskoczyłam do Urzędu Miasta, żeby wprowadzić zmiany w złożonym zgłoszeniu (historia z poprzedniego odcinka sagi) miła pani z Wydziału Architektury i Urbanistyki zauważyła w mojej ‚budowlanej’ teczce listę właścicieli mieszkań i szybko sprawdziła ją w bazie danych. Oczywiście okazało się, że mam na liście nie te nazwiska, co trzeba, bo niektórym właścicielom zdarzyło się umrzeć i to nawet nie miesiąc, nie dwa, ale cztery lata temu. Pogoń za podpisami zrobiła się jeszcze bardziej skomplikowana… Tym razem pomogła nie tyle miła pani, co miły sąsiad z dołu. Wykonał kilka telefonów, dowiedział się, kiedy wraca do Gdańska najtrudniej uchwytny sąsiad-marynarz i zaczęłam znów widzieć światełko w tunelu. Tym bardziej, że w międzyczasie umówiłam wykonawcę na maj i zaczęłam kupować umywalki, płytki i grzejniki.

Zdobywanie ostatnich podpisów mogłabym określić jako ‚trochę śmieszno, trochę straszno’. Umawiając się telefonicznie i wyjaśniając, w czym rzecz, usłyszałam, że dołączoną do projektu opinię kominiarską należy sprawdzić, bo przecież kominiarz pracował na moje zlecenie i mógł wpisać tam to, co mu kazałam… Na moje oburzenie rozmówca zareagował ‚Proszę Pani, nie takie rzeczy się widziało!’.

Ale podpisał:)  CDN

[Fot. Monika Arczyńska]

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: