Nie tylko cannoli

szpilki_male

Pamiętam pewien lot przegadany z Włoszką z Bari, która przekonywała mnie, że dopiero część kraju na południe od Neapolu to prawdziwe Włochy. Nie zdawałam sobie wówczas sprawy, jak wiele miała racji. O Neapol i wybrzeże Amalfi zahaczyłam w ubiegłym roku, a niedawno trafiłam na Sycylię. Żałuję, że Włochy nie rozciągają się jeszcze dalej, bo im bardziej na południe, tym piękniej i… smaczniej. Architektoniczne przyjemności dla oczu najlepiej przeplatać przyjemnościami dla podniebienia, wsuwając kolejne cannoli (lokalne słodycze nadziewane ricottą) .

Uwaga, uwaga: przez cały tydzień, po wylocie z Mediolanu, gdzie oprócz EXPO zwiedzałam Fondazione Prada i Uniwersytet Bocconi, nie oglądałam żadnej współczesnej architektury! Czułam się z tym doskonale, bo za to podładowałam architektoniczne baterie antykiem i barokiem. Ba, Antykiem i Barokiem, przez wielkie A i wielkie B, bo Sycylia to prawdziwe zagłębie i jednego i drugiego najwyższej klasy. Sycylijski barok jest wyjątkowy z wielu względów, ale może odpuszczę wykład z historii architektury, tylko napiszę, co zachwyciło mnie w nim najbardziej: trójwymiarowość elewacji. Nie są płaskie i szykowne jak rzymski kościół Il Gesù, ale falują jeszcze dynamiczniej niż fasady Borrominiego. Może tracą nieco na elegancji przez to swoje nieprzyzwoite rozbuchanie, ale są równie rozkoszne jak rubensowskie modelki o bujnych kształtach. Taką właśnie przegiętą elewację ma katedra w Syrakuzach. Niewiele brakowało, a nie udałoby mi się wejść do środka, bo jakiś carabinieri właśnie brał tam ślub ze swoją blond wybranką. Nie mogłam zrozumieć, jak poważny mundurowy mógł zgodzić się na ceremonię w tak dekoracyjnym miejscu. Barokowa elewacja z piaskowca była przez cały czas pięknie oświetlona słońcem i sugerowała wnętrze z puttami i zwielokrotnionymi pilastrami. Tak przyciągała wzrok, że nie spojrzałam nawet na boczną fasadę, która z barokowym przepychem nie miała nic wspólnego, za to zdradzała, co można zobaczyć w środku. A tam zaskoczenie, ale wcale nie dlatego, że zewsząd atakowały te spodziewane putta i złocenia, ale dlatego, że wnętrze okazało się surową… grecką świątynią. Serio. Można się tam uczyć nie tylko architektury starożytnej Grecji, ale również tego, jak przekształcano starożytne świątynie w chrześcijańskie kościoły. W antyku na zewnątrz stały kolumny, a wewnątrz – ściany celli. W kościołach – romańskich, gotyckich, barokowych – jest na odwrót i to kolumny znajdują się wewnątrz, wydzielając nawy. W Syrakuzach przerobiono jeden typ na drugi: w ścianach celli wycięto otwory, aby stworzyć trójnawowy układ, a przestrzenie między doryckimi kolumnami wypełniono. To właśnie kolumny były widoczne na bocznej elewacji. Mimo tej zamiany można tam świetnie poczuć skalę greckiej świątyni, bo w przeciwieństwie do większości zachowanych z tamtego okresu ruin jest przykryta drewnianym stropem.

Sir

[Barokowa elewacja frontowa…]

Syr_02_male

[…i antyczne – przebudowane – wnętrze]

Antyczne teatry przez ten tydzień „zaliczyłam” trzy, przy czym każdy z nich miał zupełnie inny charakter i był inaczej położony. Ten w Syrakuzach – podobno jeden z największych, jeśli nie największy zachowany grecki teatr w Europie – wygląda podręcznikowo. Jest położony na naturalnym zboczu, otoczony zielenią. Miasto rozwijało się głównie w innej części i całość przetrwała w miarę niezłej kondycji. Z kolei w Katanii teatr zabudowywano i przez długie lata zaledwie jego obrys, podejrzanego półkole, był widoczny na mapach gęsto zabudowanego miasta. Obecnie jest częściowo odkryty i trzeba uważać, żeby nie minąć wejścia, tak zakamuflował się w kwartałach zabudowy. Ale największe wrażenie zrobił na mnie teatr w Taorminie. Zresztą nie sam teatr, ale i samo miasteczko, które stanowiło niegdyś obowiązkowy punkt na trasie Grand Tour, urządzanych sobie niegdyś przez arystokrację. Z jednej strony to fantastyczne, że nastały takie czasy, że wystarczy wsiąść do tanich linii, żeby to zobaczyć, a wysokie urodzenie i niezły majątek nie jest już potrzebny do odkrywania antycznego dziedzictwa, z drugiej – te największe atrakcje są dosłownie zadeptywane przez turystów. Taormina, podobnie jak Syrakuzy, stała się prawdziwym Disneylandem. Na każdym kroku można potknąć się o stoiska z pamiątkami lub naganiaczy zachęcających do zatrzymania się w knajpie, gdzie bruschetta kosztuje tyle, co cały posiłek w mniej turystycznym mieście, a na ulicach częściej niż włoski słychać angielski. Z amerykańskim akcentem, oczywiście. I marudząc na to przypominam pewnie siedzącego w samochodzie kierowcę, który klnie na korki, sam je powodując. Jednak podczas gdy dla architekta odpowiednik Grand Tour to ważny element edukacji, większość turystów bezrefleksyjnie pstryka sobie selfie na tle antycznych ruin, odhaczając kolejny punkt z przewodnika „The Best of Sicily”. Zresztą i władze miasta tęsknią chyba do dawnych czasów, bo oprócz tablic informujących o zabytkach, pojawiają się również te związane z ważnymi postaciami, przede wszystkim pisarzami, którzy bywali w Taorminie (mój ukochany D.H.Lawrence spędził tam dwa lata). Jakoś mi te dawne długie suknie, garnitury i kapelusze bardziej pasują do tego miejsca niż klapki i szorty.

Ale ja chyba miałam pisać o teatrze? Otóż teatr to jedno z najbardziej malowniczych miejsc, jakie widziałam. Równa się z numerem jeden na mojej prywatnej liście, czyli Alhambrą, jeśli mowa o połączeniu krajobrazu i architektury. Nie dość, że wpasowuje się w górzysty teren, to rozciągają się z niego widoki na porośnięte zielenią góry i turkusowe morze, a za sceną, przez fragment ruin, widać Etnę. Olbrzymią i – uwaga, osoby nietolerujące takiej dawki kiczu proszone są o wstrzymanie się od czytania – wypuszczającą obłoki pary, dzięki czemu na bezchmurnym sycylijskim niebie nad wulkanem zawsze pojawiają się baranki… Kicz nad kicze!

sir_03

[Syrakuzy…]

Catania_male

[Catania…]

sir_teatr

[Kicz nad kicze w Taorminie – w tle Etna]

Taor_01_male

[Eh, tam nie da się pstryknąć niepocztówkowego zdjęcia]

Kiczem zakończę, ale to nie koniec sycylijskich opowieści, bo Palermo i Katania zasługują na oddzielny wpis:)

[Fot. Monika Arczyńska]

Reklamy

4 thoughts on “Nie tylko cannoli

  1. Bluesol pisze:

    niesamowite, tęsknię za Italia. tęsknię…
    Gdzie najlepiej się czujesz w Italii?
    Ja byłam w tamtym roku w Rzymie

    • sixlettercity pisze:

      Tej tęsknoty chyba nie da się pozbyć:) Wracam tam mniej więcej raz w roku i wciąż mi mało. Uwielbiam morze i najlepiej czuję się na wybrzeżu, a w Wenecji jestem absolutnie zakochana. Mam nadzieję, że w trakcie jednego z kolejnych wyjazdow uda mi się dotrzeć do Genui – podobno jest przepiękna!

  2. Damian pisze:

    Miałem okazję dwa lata temu troszkę pozwiedzać Italię. Byłem niecałe dwa tygodnie i koniecznie muszę się jeszcze wybrać bo tęskno… Bardzo mile wspominam wycieczkę na Wezuwiusz i ten widok na Neapol z samego szczytu, coś pięknego. Pompeje też mi przypadły do gustu a najbardziej tęskno mi właśnie do Wenecji. Pozdrawiam 🙂

    • sixlettercity pisze:

      Zazdroszczę wycieczki na Wezuwiusz – tam niestety nie udało mi się dotrzeć. A za Neapolem tęsknie tak bardzo, że zaczęłam kupować ulubioną neapolitańską kawę (na szczęście można ją dość łatwo kupić w Polsce:)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: