Życie między budynkami (Kopenhagi)

pan

Zaczynam się czuć jak Charlize Mystery, która po każdym wyjeździe na New York  Fashion Week umieszcza na blogu dziesiątki postów typu „Zwiedzać Nowy Jork śladami Kevina w Nowym Jorku”.  Obiecuję jednak, że u mnie nie pojawi się post „moje ulubione restauracje w Kopenhadze”, chociaż przyznaję, że jeden arabski przybytek zaraz przy Superkilen (tematycznie, bo imigrancko) miałabym ochotę zarekomendować. Obiecuję też, że to ostatni post o Kopehadze, bo Charlize M. przynajmniej nie rozwleka powyjazdowych opowieści przez trzy miesiące po powrocie:)

Dziś będzie nie o restauracjach, nie o Kevinie, ale o Janie. Janie Gehlu. Postanowiłam sprawdzić, czy Kopenhaga jest faktycznie taka „gehlowata”, jak wskazywałoby na to nie tylko samo „Życie między budynkami”, ale i reputacja miasta uważanego za jedno z najbardziej „zielonych” na świecie. Żeby tylko reputacja – Kopenhaga pojawia się na szczycie wszystkich rankingów miast ekologicznych czy miast o najwyższej jakości życia. Istnieje nawet tzw. „wskaźnik kopenhagenizacji” określający, jak bardzo miasta są przyjazne i bezpieczne dla rowerzystów oraz na ile skuteczna jest ich polityka prorowerowa oraz rozwój infrastruktury.

Przyznaję, że nie mam do Gehla tak nabożnego stosunku jak większość znanych mi architektów i urbanistów. „Życie między budynkami” (które stoi na mojej półce w holenderskiej wersji pod uroczym tytułem „Leven tussen huizen”) to jednak przełomowa lektura i zdaję sobie sprawę, że to między innymi dzięki niej nastąpiła prawdziwa miejska rewolucja. Symbolem „kopenhagenizacji Kopenhagi” było wyrzucenie w 1962 roku samochodów z samego centrum miasta, ulicy Strøget, dziś  deptaka ze sklepami i kawiarniami. Jeden z jego końców wypada na Rådhuspladsen, placu z ratuszem, jednym z miejsc, w których gdzie Gehl prowadził swoje obserwacje zachowań ludzi w przestrzeniach publicznych. Plac, jest w tej chwili zastawiony wielkim ogrodzeniem – realizowana jest właśnie kolejna linia metra i w mieście można natknąć się na sporo budów nowych stacji. Rådhuspladsen cały czas pozostaje jednak miejscem spotkań, poza tym wędrują tam obowiązkowo wszystkie wycieczki . Wiadomo – ratusz, centrum, historyczne miejsce, ale ciekawa jestem, czy przewodnicy wspominają również o Gehlu i jego rewolucyjnej książce.  Wycieczki stanowią za to świetny obiekt obserwacji – turyści ustawiają się w idealne kółka i stają w mniej więcej takich samych odległościach od siebie. koleczka

[Wycieczki w kółeczkach – ciekawe, czy Gehl też zwrócił uwagę na to zjawisko pisząc „Życie…”] Gehl

[To tu! Tylko widok w tle średnio teraz atrakcyjny przez budowę metra]

Przestrzenie publiczne Kopenhagi są demokratyczne i egalitarne aż do bólu. Rozczulają drobne uprzejmości między użytkownikami przestrzeni. Może nie da się zaobserwować tylu rozmów między nieznajomymi, jakie pamiętam z Dublina, za to co chwilę widać pozornie mało ważne interakcje. A to ktoś ustępuje komuś miejsca na ścieżce rowerowej, a to mama z wózkiem odstawia go kawałek dalej, żeby nastolatki szalejące na deskorolkach miały więcej przestrzeni.  Aż trudno wyobrazić tu sobie jakiekolwiek przejawy ulicznej agresji, chociaż wierzę, że muszą jej nieco generować chociażby korki rowerowe w godzinach szczytu. W wielu miejscach ustawione są liczniki rowerów (czy przypadkiem nie Gehl stwierdził kiedyś, że należy mierzyć zjawiska, na których nam zależy?) i z ciekawości porównywałam wyniki ze wskazaniami, które obserwuję na licznikach w Gdańsku. W końcu mieszkam w najbardziej roweowym mieście w Polsce:) Oczywiście kopenhaskie liczby znacznie przekraczają gdańskie, ale np. porównanie duńskiego sobotniego poranka z gdańskimi godzinami szczytu w środku tygodnia nie jest już tak rozbieżne.

Gehlowskie „przysiadanie”, o którym pisałam już kiedyś w kontekście pewnego łódzkiego krawężnika, odbywa się dosłownie wszędzie. Rozumieją to doskonale projektanci nowych przestrzeni publicznych, którzy oprócz standardowych ławek projektują często amfiteatralne struktury albo stosują drewno – znacznie przyjemniejsze do siedzenia niż beton czy kamień – na nabrzeżach, gdzie sympatycznie jest pogapić się na wodę. W ciepły dzień tłumy przysiadły między innymi na jednym z głównych mostów w centrum  miasta, po nasłonecznionej stronie, bezpośrednio na nagrzanych kamieniach. Nikt się nawet nie przejmował, że z poziomu chodnika nie ma widoku na wodę – wystarczająco atrakcyjne było patrzenie na przemieszczających się ludzi oraz dziesiątki rowerzystów i wystawianie twarzy do słońca. W pobliskim supermarkecie można było zaopatrzyć się w zgrzewkę piwa i nikt nie przejmował się piciem w miejscach publicznych (czy tam w ogóle jest jakikolwiek zakaz?). Nikt też nie zachowywał się nieprzyzwoicie, rozochocony promilami w krwiobiegu.

most Tuborg na moscie

[To nie jest reklama tuborga!]

Nieformalnie, bezpiecznie, spontanicznie – tak będą mi się kojarzyć przestrzenie publiczne Kopenhagi. Czego i polskim miastom życzę:)

[Fot. Monika Arczyńska/Łukasz Pancewicz]

Reklamy

4 thoughts on “Życie między budynkami (Kopenhagi)

  1. Ach, bardzo fajnie napisane. Przysiadanie to niezły temat na długi tekst. Muszę i ja się nad tym zastanowić, bo rzeczywiście to ważny element bycia w mieście. Kiedy nie ma gdzie przysiąść jest po prostu kiepsko. Bo niby co? Człowiek stojący to człowiek może czekający, może zdezorientowany, szukający pomocy. Nie można tak po prostu stać i patrzeć. 😉 Jak się usiądzie(przysiądzie) na murku, krawężniku, schodku od razu jest się do tego patrzenia jakby uprawnionym.. Tak, muszę o tym napisać i ja..
    A Gehl… choć byłam na jego wykładzie w Łodzi w zeszłym roku, to też nie należę do fanek, mimo, że jego książka zawiera wiele trafnych wskazówek i odniesień. Według mnie Gehl patrzy czysto funkcjonalnie. A to dla mnie za mało. Ale czasem lepsze to niż nic..
    Ciekawa obserwacja o kółeczkach turystów.. Muszę zwrócić na to uwagę..
    Świetne buty!

  2. sixlettercity pisze:

    Podpowiedzialaś mi właśnie niezłe ćwiczenie dla studentów – przeanalizowanie, na czym mozna przysiąść (np. na przykładach istniejącej przestrzeni publicznej). Mogłoby z tego wyjść kapitalne opracowanie – sprawdzenie, jakie wysokości, materiały itd. są najchętniej „obsiadane”, na jak długo, przez kogo itd. Ba, to temat na doktorat;)

  3. Przysiadanie na różnych ławeczkach stało się ostatnio wdzięcznym tematem na moim blogu. Ławki wyszukiwałam w różnych miejscach, z dala od miejskiej przestrzeni. „Życie między budynkami (Kopenhagi)” oraz zamieszczone pod tekstem komentarze zainspirowały mnie do tego, by poszukać „Stylowych ławeczek” w moim mieście i wszędzie tam gdzie pojadę. Przysiądę na chwilę i dobrze przyjrzę się życiu, które toczy się dookoła. Już jestem ciekawa co z zobaczę. Pozdrawiam bardzo serdecznie

  4. […] przygodzie ważną rolę. Dziś most to popularne miejsce na sączenie piwka – lepiej niż w Kopenhadze, bo z jeszcze atrakcyjniejszym widokiem. Intensywne miejskie życie w śródmieściu zachwyciło […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: