Było sobie życie

IMG_9549

Pamiętacie „Było sobie życie”, animowany francuski serial z końca lat 80.? Wyjaśniał, jak funkcjonuje ludzki organizm i każdy element, od leukocytów po wirusy, był przedstawiony jako spersonifikowana postać. Najbardziej fascynowały mnie pochody krwinek przenoszących na plecach przezroczyste bąbelki tlenu. Strasznie się wlokły przez układ kwionośny i jako dziewięcioletni przyszły inżynier nie mogłam zrozumieć relacji między szybkim biciem serca pompującego krew do tętnic a spacerowym tempem tych czerwonych ludzików. Z kolei walka z wirusami, która znudzonemu leżeniem w łóżku z grypą dziecku dłużyła się w nieskończoność, w serialu przypominała błyskawiczną akcję, jak z gry komputerowej. Do intruza podlatywały minaturowe pojazdy bojowe i błyskawicznie go obezwładniały.

Dlaczego nagle przypomniał mi się ten serial i skojarzył z architekturą? Jeszcze przed Bożym Narodzeniem, przy okazji wyjazdu do Dublina na świąteczną imprezę w pracowni, skoczyłam na budowę w Galerii Narodowej. Nasze biuro pracuje  na tym projektem od ładnych paru lat i szczerze podziwiam za cierpliwość Kasię, która go prowadzi. Wszystko ciągnie się od masterplanu obejmującego przebudowę i rozbudowę, przez kryzys, który zatrzymał wszystkie prace, aż po rozdrobnioną do granic możliwości na etapy realizację zaplanowanych robót. W tej chwili prace są już mocno zaawansowane, a po budowie zasuwają panowie-budowlańcy w maleńkich kopareczkach, które przypomniały mi właśnie sprzęty bojowe z „Bylo sobie życie”.

Ale to nie były moje jedyne anatomiczne skojarzenia. Galeria to wiktoriańska staruszka, której stuknęło niedawno półtora wieku. Precyzyjniej mówiąc tyle stuknęło jej najstarszej części, bo później co kilkadziesiąt lat dodawano kolejne skrzydła. Nikt nie wie tylko, dlaczego każde z nich ma inne wysokości kondygnacji i łączy się z pozostałymi w tak pokrętny sposób, że w środku nie gubią się chyba tylko pracownicy z co najmniej dwudziestoletnim stażem (ale i tak założę się, że gdyby zamienić miejscami Caravaggia i Vermeera, też pomyliliby drogę). Mieliśmy to wszystko zracjonalizować, uprościć, a na dodatek zapewnić nareszcie porządne warunki klimatyczne pomieszczeń ekspozycyjnych, bo pod świetlikami było tak gorąco, że można by było uprawiać tam pomidory i żadna poważna galeria nie wypożyczyłaby swoich obrazów dublińskiej. Brzmi prosto, ale w przypadku tak cennego zabytku proces upychania jakichkolwiek nowych instalacji jest koszmarem każdego architekta. Na dodatek lata oszczędzania na zdrowiu i nadmierna eksploatacja dały się we znaki naszej pacjentce. Wszystko jest chronione, wszystko może się rozsypać, ale przede wszystkim nie ma miejsca, żeby ukryć ogromne przewody wentylacyjne. We współczesnym budynku schowałoby się je pod podłogą, w ścianie albo nad sufitem, ale we wnętrzu wiktoriańskiej staruszki? To bardziej skomplikowane niż wszycie by-passów! Różne instalacyjne by-passy też należało oczywiście powszywać, a żeby tego wszystkiego dokonać, trzeba było naszą bidulkę obedrzeć gdzieniegdzie ze skóry. Więle prac wykonywanych jest ręcznie, z chirurgiczną precyzją i powoli, jak ów tlen przenoszony przez serialowe czerwone krwinki. Trzeba było również pousuwać pojawiające się przez lata narośla przebudów i modernizacji, ale w taki sposób, żeby zachowała charakter i nie wyglądała jak Renee Z. czy Nicole K. po liftingu.

Dargan

Przed budynkiem powstaje Energy Centre – tu będą znajdowały się prawie wszystkie serca i płuca. Prawie, bo w budynku o tej wielkości odległości od organów do obsługiwanych przez nie części „ciała” są zbyt duże i trzeba podzielić je na mniejsze sektory. Centrum będzie zakopane w ziemi i musiało zostać zaprojektowane w sposób, który pozwoli na transplantację organów w przyszłości. Przez specjalne, zdejmowalne płyty będzie można wyciągnąć płuco (czyli jednostkę systemu klimatyzacji) i wstawić nowe.

Merrion Square

piwnice

Nie mogę się doczekać finału tej operacji. Przykro patrzy się teraz na rozbebeszony budynek, ale to wszystko dla jego dobra. Jest w każdym razie w dobrych rękach – zajmują się nim świetni specjaliści, część elementów sprowadzana jest ze świetnych zagranicznych klinik, tfu, fabryk. Po tylu latach zespół zna każdy kąt i chociaż od czasu do czasu zdarzają się niespodzianki, wszystko jest pod pełną kontrolą. Po zakończeniu zabiegów pacjentka poczuje się jak nowo narodzona i chętnie zacznie znów przyjmować gości. Dokładnie tak, jak miały w zwyczaju wiktoriańskie damy…

Leinster

[for. Monika Arczyńska, http://www.nostalgie.be]

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: