I Ty zostaniesz gadżeciarzem

Zrobione przy użyciu Lumia Selfie

Stało się. Po wielu latach wierności przedpotopowej nokii, oporowi wobec ekranów dotykowych oraz ogólnego antygadżeciarstwa i ja zdecydowałam się na smartfon. Dotychczas dumnie omijałam te urządzenia szerokim łukiem, cichutko śmiejąc się z blogerów robiących selfie z dzióbkami przy każdej możliwej okazji i czułam się doskonale będąc „ponad”. Brak smartfona wydawał mi się wyrazem antykonsumpcyjnego stylu życia, tak jak brak samochodu i telewizora. Hm, o kolekcji butów cicho sza… Bloger powinien jednak mieć cały czas możliwość robienia zdjęć, a aparat, który zepsuł się na Putinie, nadal nie jest naprawiony. Zresztą moje torebki są zwykle tak przeładowane, że nie ma już w nich miejsca nawet na niewielki aparat (tak, proszę Państwa, jestem architektem nieposiadającym lustrzanki). Zdecydowałam się w końcu na smartfon, oczywiście ten bez jabłka, bo to byłby przecież szczyt gadżeciarstwa i… no właśnie, jak mogłam żyć bez dostępnego 24/7 aparatu? Rach-ciach i blogowe zdjęcie gotowe. Chciałabym jeszcze tylko mieć możliwość zrobienia „pstryk” i cudownego wygospodarowania czasu na pisanie tych wszystkich zaległych postów.

Nadal uważam jednak, że telefon służy głównie do dzwonienia i smsów,  więc po prostu uznaję go za medium podstawowej telekomunikacji, tyle, że z wbudowanym aparatem. Nie chce mi się nawet szukać żadnych aplikacji ani dodatkowych funkcji – zainstalowałam sobie tylko latarkę, bo ostatnio prawie połamałam nogi oglądając lokal, w którym właściciel odciął prąd. Zaskakują mnie więc cały czas absurdalne dodatki, które odkrywam zupełnym przypadkiem. Najbardziej groteskowe wydaje mi się… edytowanie selfie. Wiedziałam, że istnieją filtry, dzięki którym można poprawić kolorystykę zdjęcia, ale możliwość powiększenia oczu, wybielenia zębów czy wyszczuplenia twarzy jednym kliknięciem to już chyba lekka przesada. Oczywiście od razu zaczęłam testować na sobie, ale nie pokażę efektów podrasowania własnej fizjonomii, bo zwłaszcza opcja powiększania oczu robi ze mnie jakieś Bambi. Nie mogłam jednak powstrzymać się od poeksperymentowania. Architektonicznego, oczywiście.

Eksperyment 1

Co zrobi smartfon ze zdjęciem „Domu-Twarzy” Kazumasa Yamashity (Kyoto, 1974)? Wybieli pożółkłe ramy drzwi wejściowych? Powiększy okrągłe okna na drugim piętrze? Wygładzi zmarszczki na elewacji i poprawi kolorystykę fasad? Nie, nic z tych rzeczy. Nic nie zrobi, bo… nie rozpoznaje twarzy. Serio? Jak można nie rozpoznać twarzy w tym budynku?

Kazumasa Yamashita Kyoto Face House 1974_architectstudio3d.org

Eksperyment 2

Eksperyment zakończony sukcesem, twarz rozpoznana. Na szczęście aplikacja nie usunęła pewnego znaku szczególnego na nosie, bo Zaha H. bez brodawki nie byłaby Zahą H.

Zaha

Wniosek

Nie dość, że samo urządzenie nie jest zbyt mądre (nie rozpoznać twarzy u Yamashity?), to na dodatek ma działanie lekko ogłupiające. Zamiast wygładzać cerę pani Hadid powinnam dzielnie zasuwać nad projektem, przygotowywać wykłady albo popracować nad kolejnym artykułem. Ale może czasem w poniedziałkowe popołudnie potrzebna jest odrobina odmóżdżającej rozrywki?

[fot. Monika Arczyńska, http://www.architectstudio3d.org, http://www.walesonline.co.uk]

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: