„Last 24 hours”

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Kasia Tusk na swoim blogu regularnie publikuje ‚last month’ czyli opis tego, co się u niej działo w ostatnim miesiącu. Z reguły mało tam treści, ale dużo morza, kawy na wynos i nowych ubrań. A ja dziś podzielę się moim ‚last 24 hours’, które nie były może najbardziej „architektoniczną” dobą mojego życia, ale zdecydowanie należały do najdziwniejszych 24 godzin tego roku. Też będzie morze i kawa na wynos oraz ubrania, ale nie nowe, za to wrzucane do walizki w bardzo stresujących okolicznościach.

Sobota trochę za bardzo się udała. Na tyle bardzo, że zamiast wrócić do domu o przyzwoitej godzinie i spakować się na wyjazd do Dublina, zostałam na paru drinkach więcej niż planowałam, bo przecież wylot miał być dopiero w niedzielę, chwilę po południu. Mnóstwo czasu, żeby zjeść spokojnie śniadanie, wysłać kilka zaległych maili, spakować się na wyjazd i grzecznie podjechać autobusem na lotnisko. O szóstej obudziłam się w doskonałym nastroju, bo śniło mi się, że jestem w Rzymie i w jakiejś idiotycznej loterii wygrywam wypasiony nowy model samochodu. Chyba fiata, ale fiaty raczej nie są luksusowe, prawda? Sen był jednak tak realistyczny, że zaraz po przebudzeniu zaczęłam planować, co sobie kupię za pieniądze ze sprzedaży nagrody, bo przecież przy całej swojej niechęci do samochodów pozbyłabym się jej czym prędzej. A to tylko sen… Zasnęłam ponownie, a potem obudziłam się z lekkim bólem głowy (to ta sobota) i zabrałam się za zaplanowane śniadanie i maile. Pakowanie postanowiłam zacząć od sprawdzenia, o której dokładnie mam lot i… okazało się, że pomyliłam godzinę odlotu z przylotem. Przez dłuższą chwilę z niedowierzaniem patrzyłam to na zegarek, to na kartę pokładową i kiedy w końcu zrozumiałam, że mam dokładnie 45 minut, żeby się spakować, dotrzeć na lotnisko i przejść przez kontrolę bezpieczeństwa, poczułam się jakbym właśnie dostała zastrzyk adrenaliny. Zamówiłam taksówkę („Oj, nie ma teraz żadnych wolnych, ale jak się pani tak spieszy, to zobaczę, co się da zrobić”), w pięć minut wrzuciłam rzeczy do walizki (poskładam w taksówce), powyłączałam wszystkie wtyczki z gniazdek i sprawdziłam zawory wody i gazu (to takie natręctwo),  wsiadłam do taksówki prosząc kierowcę o tempo błyskawicy (i tak wszyscy na drodze go wyprzedzali), ale udało się! Okazało się, że zapomniałam tylko szczotki do włosów i książki, którą planowałam dokończyć w samolocie:)

A Dublin przywitał mnie przepięknie. Na lotnisku czekali przyjaciele z kubkiem gorącej kawy na wynos. Kiedy przejeżdzaliśmy przez miasto, na niebie pojawiła się tęcza – nie żartuję! W Dun Laoghaire, jednej z najsympatyczniejszych nadmorskich dzielnic Dublina, czekał zrewitalizowany park z niedzielnym targiem i nową restauracją. W ulubionym miejscu z widokiem na morze, które od dwóch sezonów stało puste, właśnie otwarto nową knajpę i rozdawano powitalne drinki. Jedyny zgrzyt tego idealnego dnia to nowy budynek biblioteki projektu Carr Cotter and Naessens. Braliśmy nawet z biurem udział w konkursie na ten obiekt kilka lat temu i pamiętam, że zwycięska koncepcja już wtedy była dyskusyjna. Ten bydlak jest po prostu za wysoki! Brutalnie dominuje nad otoczeniem, gdzie wśród cukierkowych domów znajduje się co prawda kilka sporych nowych apartamentowców i nawet centrum handlowe, ale tworzą zwarte kubatury i nie drażnią tak mocno, jak ten przyciężkawy kloc nadwieszający się nad trasą spacerową z widokiem na morze. Na dodatek dookoła znajdują się bardzo „studencki” projekt krajobrazu. Pisząc „studencki” mam na myśli, że czasem, przy braku mocnego pomysłu na zagospodarowanie terenu, studenci zaczynają go szatkować i wypełniać poszczególne pola innymi materiałami – tu damy basen z wodą, tu postawimy latarnie, tam będzie rosła trawa,  a zaraz obok posadzone w regularny wzór krzewy. To banalna strategia na zapełnienie białych plam w projekcie i dokładnie tak wygląda otoczenie biblioteki. Nie udało mi się co prawda wejść do środka (niedziela), ale nie sądzę, aby wnętrza zrekompensowały to, co zobaczyłam na zewnątrz. Szkoda. Wcale nie dziwią mnie krytyczne słowa mieszkańców, nie wspominając już o tym, że podczas budowy zaczęły pękać ściany sąsiednich historycznych budynków.

W Dublinie spędzę najbliższych kilka dni. Potem tylko szybko przepakuję się na świąteczny wyjazd (tym razem dokładnie sprawdzę godzinę wylotu i mam też nadzieję, że pendolino zawiezie mnie na czas do Warszawy). Nie będę już miała czasu na pisanie, więc już dziś życzę Wam fantastycznych świąt i Nowego Roku! I niech realizacje 2015 roku będą bardziej udane niż ta nieszczęsna biblioteka:)

[fot. Monika Arczyńska]

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: