Śmierć i życie

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

1961 rok: BB (Brigitte Bardot) zagrała w „Kłopotliwej narzeczonej”, MM (Marylin Monroe) w „Skłóconych z życiem”, a JJ (Jane Jacobs) wydała książkę, która wszystkim osobom zainteresowanym miejską tematyką nieźle namieszała w głowach. Ta książka to oczywiście „Śmierć i życie wielkich miast Ameryki”. Przy okazji jej wydania wybuchła niezła afera, bo JJ nie była  ani architektem, ani urbanistką, tylko dziennikarką, a ośmieliła się odważnie wypowiadać się na tematy zmonopolizowane przez ekspertów od miasta. Przypuszczam, że reakcja szacownego „środowiska” musiała być podobna do tej, którą wywołał Filip Springer „Wanną z kolumnadą” („Springer? Jaki Springer? Phi, przecież on nawet nie jest architektem!”). Między innymi dzięki JJ narodził się miejski aktywizm, a mieszkańcy zaczęli domagać się prawa do współdecydowania o przestrzeni. Nagle okazało się, że miasto jest dla ludzi – ta deklaracja brzmi zaskakująco współcześnie.

Dziś odbyła się premiera polskiego tłumaczenia tej książki, wydanego przez Centrum Architektury. Centrum odwala kawał naprawdę dobrej roboty z tymi tłumaczeniami. Pamiętam, jak kilkanaście lat temu marzyło się nam, stęsknionym dostępu do literatury studentom, żeby zrobić dokładnie to samo – zacząć tłumaczyć „klasyki”. Skończyło się na marzeniach. Po pierwsze wydawało nam się to zbyt dużym wysiłkiem czasowym i finansowym, bo w tamtych czasach o grantach na podobną działalność można było zapomnieć. Po drugie baliśmy się, że nasza praca poszłaby na marne, bo kto byłby zainteresowany tymi książkami. Inni studenci? Przecież studenci nie czytają. Wtedy nie mieli jednak nawet czego czytać. To były czasy, kiedy w naszej wydziałowej bibliotece znajdowała się JEDNA książka Le Corbusiera. Na dodatek po francusku. Książki przywoziło się zza granicy, ale w przeliczeniu na złotówki kosztowały wówczas fortunę*. Pamiętam, że za równowartość Koolhaasowskiego „S,M,L,XL” mogłam opłacić akademik przez półtora miesiąca. A kiedy w jakimś holenderskim antykwariacie zobaczyłam przepiękne wydanie „Space, Time and Architecture” Giediona z 1954 roku, postanowiłam, że przez następny rok nie kupię sobie nic nowego do ubrania, nawet pary nowych skarpetek, bo po prostu MUSZĘ go mieć. Czasem trzeba było trochę pokombinować. Z Erasmusa przywiozłam kilka wielkich kartonów książek z wyprzedaży (mój entuzjazm podczas sale’a w księgarni NAi był na pewno większy niż pierwsza wizyta szafiarek w TK Maxx) oraz kserówek. Do dziś na mojej półce stoją kserokopie „Delirious New York” i „The Image of the City”. Pamiętam, że kopiowałam te książki jednocześnie,  na formacie A3, przecinając później strony – tak było i szybciej, i taniej. Po kilku latach kupiłam już „prawdziwe” egzemplarze, a gdybym poczekała jeszcze chwilę, mogłabym kupić polskie tłumaczenia. Dziś dzięki polskim wersjom po literaturę zaczynają nareszcie sięgać studenci. Każdy projektowy semestr na Politechnice zaczynam od anonimowej „wejściówki”: dyktuję dziesięć nazwisk – w tym i JJ, i Koolhaasa, i Le Corbusiera – prosząc o podanie tytułu przynajmniej jednej napisanej przez te osoby książki. Ten test zawsze wypada kiepsko, ale widzę ostatnio pewną poprawę i przyczyniają się do niej głównie polskie tłumaczenia.

Nie kupię jednak Jane Jacobs po polsku. Niepotrzebny mi kolejny egzemplarz, bo mam już jeden w oryginale, kupiony kilka lat temu w Dublinie. Jak widać na zdjęciu, jest cały wypełniony zakładkami i ma niemiłosiernie upaćkaną okładkę – to książka, której intensywnie się używa, notuje na marginesach i często do niej wraca. Chętnie dorwałabym jednak posłowie Kacpra Pobłockiego – może jest gdzieś dostępne? Teksty Kacpra zawsze czytam z największą przyjemnością, a nie dalej niż wczoraj tłumacząc znajomemu, kto to taki ten Pobłocki, określiłam go krótko: to jedna z najmądrzej piszących o mieście osób w Polsce. Trochę może wstyd, że najmądrzej pisze wcale nie architekt czy urbanista, ale… przecież JJ była dziennikarką, prawda?

* Przy okazji mam praktyczną radę dla osób, które chciałyby możliwie niskobudżetowo uzupełnić własną bibliotekę o architektoniczne klasyki. Amazon, zwłaszcza amerykański, jest prawdziwą kopalnią – ceny zaczynają się od kilku centów.

[fot. Monika Arczyńska]

 

 

 

 

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: